przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 22 września 2015 | opinie
Jest taki kraj, który trochę udaje, że istnieje. To mój kraj. Trochę na niby, ale bardzo wzniosły, jeśli chodzi o odmienianie przez wszystkie przypadki na wysokim diapazonie słów takich jak „ojczyzna”, „patriotyzm”, „naród”. Kraj, który w konstytucji pro forma ma zapisaną „sprawiedliwość społeczną”, ale w realnym, codziennym bycie opiera się na darwinizmie społeczno-gospodarczym, nierównomiernej strategii rozwojowej i instytucjonalnej atrofii. Tu strzeżone osiedla są miarą życiowego sukcesu, linią demarkacyjną „lepszego świata” nawet dla rzekomo lewicowych publicystek w rodzaju Kingi Dunin.
To kraj, w którym własny samochód jest z zasady jedyną szansą na ratunek przed komunikacyjnym i społecznym wykluczeniem. Z transportu masowego zrobiono bowiem albo jego parodię, albo ekskluzywny produkt dla dość nielicznej grupy potencjalnych pasażerów. To kraj, w którym przestrzeń publiczna to przede wszystkim miejsce na pstrokaciznę i szpetotę reklam – i niemal nic ponadto. To kraj, którego społeczeństwo nie jest zdolne do zbudowania sprawnej architektury państwowej. To kraj, który najlepsze, co ma w dziedzinie ładu przestrzennego czy estetyki, zawdzięcza na ogół pokoleniom dawno minionym, a często też – obcym kulturom. To kraj, w którym świadome lub bierne przyzwolenie na lumpenliberalne strategie przystosowania do rzeczywistości kształtują byt kilkudziesięciu milionów ludzi – czyniąc niemożliwą szansę na jakąkolwiek zmianę systemową.
Z okazji niedawnej rocznicy Porozumień Sierpniowych odbyły się w Polsce liczne msze święte. Nie mam nic przeciwko temu, ale uważam, że zaraz po mszach powinny zacząć się strajki i pikiety, jak kraj długi i szeroki. I to by dopiero było pełne i właściwe uczczenie Sierpnia w kraju, w którym każdy kolejny sierpień to więcej władzy wielkiego kapitału, polityczno-biznesowej oligarchii i więcej łamania praw pracowniczych, rozwarstwienia i wciąż więcej przykładów traktowania ludzi słabych, starych i bezbronnych jak śmieci. Ale nic takiego się nie wydarzyło.
Nieco później przytrafiła nam się za to inna historia. Przez kraj przelała się fala buntu przeciw uchodźcom z Afryki. Zawyło coś i zaburczało w narodowych trzewiach, skoczyła temperatura emocji i wyobrażeń społecznych, kebab wypadł Kowalskiemu z rąk przy wieczornej lekturze internetów. Nagle stało się jasne, kto wkrótce zabierze dumnym potomkom husarii rozbijającej Turków pod Wiedniem spokojny byt na ojczyzny (lub obczyzny) łonie. To uchodźca, który ma dostać większe pieniądze niż polski bezrobotny i zasiedli nasze lokale komunalne, a w krajach ościennych – zupełnie inaczej niż cała polska społeczność emigracyjna – chciałby tylko socjalu i spokojnej egzystencji w „równoległych społecznościach”.
Gdy trafiłem niedawno na podaną w alarmistycznym tonie informację zatytułowaną „Nie będzie mieszkań komunalnych dla młodych Polaków: Władze PO przyznają je islamskim imigrantom”, zamieszczoną na portalu wGospodarce, odczułem coś w rodzaju gorzkiego rozbawienia. Po kliknięciu w link było już tylko śmieszniej i straszniej: Wywodzące się z PO władze Gdańska chcą być w awangardzie europejskiego postępu i jak najbardziej udogodnić życie przybyszom z północnej Afryki. Rozszerzenie listy osób mogących ubiegać się o wynajęcie mieszkań komunalnych także o uchodźców to pierwszy krok w budowaniu socjalnego modelu pomocy imigrantom, który doprowadził do społecznej katastrofy w zachodnich państwach Europy.
Pomijam już neoliberalną logikę tego newsa, z której właściwie wynika, że Polacy z kraju-raju masowo emigrują do krajów dotkniętych „społeczną katastrofą”. Rozumiem, że mowa choćby o znajdującej się w totalnej zapaści Skandynawii (która upada odkąd większość mocno dorosłych dziś postkorwinistów zaczęła ząbkować), o Niemczech i Francji. Trudno serio traktować tak grube uogólnienie. Ale jest w nim zawarty o wiele ciekawszy element, jasny i prosty przekaz: przez imigrantów młodzi Polacy nie będą mieli mieszkań komunalnych. I to jest sprawa, wobec której nie można przejść obojętnie.
Polityka mieszkaniowa w Polsce, podobnie jak inne dziedziny polityki społecznej, leży odłogiem od bardzo dawna. Zastąpiły ją znane programy-protezy, korzystne przede wszystkim dla deweloperów i banków. Od początku transformacji wszelkie próby racjonalnej dyskusji o polityce publicznej są ucinane za pomocą kilku sloganów o socjalizmie, roszczeniowości, rozbuchanym socjalu wygodnym „dla nierobów, życiowych nieudaczników i meneli”.
Poza tę logikę nie można wyjść do dziś, nie licząc mini-dyskusji w środowiskach mikrolewicy, nierzadko generowanych przez tytuły modnych akurat książek, z czym mieliśmy do czynienia niedawno przy okazji książki „13 pięter” Filipa Springera. Walka ruchów lokatorskich i części ruchów miejskich o godny i efektywny system mieszkalnictwa komunalnego w całym kraju to bicie głową w mur – mur obojętności polityków, władz samorządowych, opinii publicznej. I co się raptem okazuje? Że imigranci zabiorą młodym Polakom mieszkania komunalne! Napiszę to mocno: trudno takie wzorce „informacji” uznać za coś innego niż goebelsowską propagandę. Na marginesie: krótki przegląd portali internetowych pomógł mi w ustaleniu, że gdańska komunalna pula dla imigrantów nie będzie większa niż 1-2 mieszkania rocznie. Zaiste, rozbuchany to socjal i szeroko otwarta furtka dla narastania imigranckich roszczeń względem polskiego społeczeństwa i państwa.
Gdy byłem nastolatkiem, zdarzało mi się napotykać instytucję starszych panów, mniej lub bardziej dziarsko stwierdzających, że „Hitler by się przydał”. Dziadkowie reagowali tak na spóźniające się autobusy i pociągi, rosnące ceny opału, młodzież, która nie ustępowała w tramwajach miejsca starszym. Reagowali tak na Lecha Wałęsę, na postkomunistów, Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, zimne wiosny i – niewykluczone – starcze problemy z erekcją i demencją. Stwierdzenie „Hitler by się przydał” było uniwersalną odpowiedzią tych panów na każdy doskwierający im w danym momencie dyskomfort.
Jak się okazuje, w ostatnich tygodniach okrzyk „Hitler by się przydał” dobiega przede wszystkim z szeregów ludzi bardzo i wciąż dość młodych, nierzadko wykształconych i z dużych miast, choć część z nich kształciła się przez lata na okołoprawicowych, a część na okołoliberalnych tygodnikach opinii. Część wychowywała się też na haśle „śmierć frajerom” i słyszanym regularnie w domu, w szkole, w telewizji i we własnych subkulturach przekonaniu, że „trzeba się ustawić”. Ustawianie się zaś w polskich realiach polega głównie na próbie zajęcia wyższej pozycji w hierarchii całowania w d…
Sądzę, że właśnie to pokolenie darwinizmu społecznego, aktualnie „walczące z ciapatymi”, zalegalizuje nam za kilka dekad „dobrowolną eutanazję”. Oczywiście, z przyczyn humanitarnych, a przy okazji dlatego, żeby ze starymi, słabymi i zbędnymi nie męczyć się zanadto. W ten sposób skrajny szowinizm pojedna się u nas ze skrajnym postępem kosztem najsłabszych, czyli – idąc za symulacjami wysokości emerytur – całkiem dużej grupy społeczeństwa. Ktoś powie: to tylko gadanina, cały ten przelewający się dziś rynsztok. Ale jest taki moment, gdy to, co stanowi „tylko paplaninę” utrwala się w formie silnych wzorców, przekonań i przyzwoleń społecznych, gdy stopniowo, ale nieubłaganie maleje niezgoda na jawnie okazywaną „cnotę” darwinizmu społecznego.
Nie trzeba do tego uchodźców. Rodzimi bezdomni także świetnie się nadają jako materiał do ćwiczeń z nienawiści. Chcemy przecież żyć w coraz bardziej posegregowanym świecie, na tyle higienicznym i bezpiecznym (od którego momentu ta potrzeba z ludzkiej zamienia się w nieludzką?), by nie wzbudzał w nas odrazy nieoczekiwany smród czy niekonwencjonalne zachowanie. Dobrze to widać w historii opisanej przez mieszkańca Łodzi, Marcina Bogusławskiego. W wywiadzie jakiego udzielił „Gazecie Łódzkiej” wspomina: To było pod koniec maja. Dojeżdżałem nad ranem na Dworzec Kaliski autobusem linii N2. Zauważyłem, że jakiś mężczyzna próbuje wsiąść. Mimo, że naciskał przyciski, drzwi nie otwierały się. Wstałem i nacisnąłem guzik w środku, ale i to okazało się bezskuteczne. Zwróciłem uwagę kierowcy, który poinformował mnie, że mężczyzna jest bezdomny i celowo nie wpuszcza go do autobusu. Pozostałych pasażerów, którzy się pojawili na przystanku, kierowca wpuszczał drzwiami przy „szoferce”.
Bogusławski, filozof z Uniwersytetu Łódzkiego, wysłał w tej sprawie list do Prezesa Zarządu MPK, prezydent miasta Hanny Zdanowskiej i mediów. MPK stanęło po stronie kierowcy, a gdy tylko lokalne środki przekazu podchwyciły temat, na Bogusławskiego wylała się w sieci fala nienawiści. On sam wspomina: Reakcja łodzian mnie zaskoczyła. Nie żyjemy w bogatym mieście. Z biedą spotykam się na każdym kroku. Polska nie daje sobie rady z problemem eksmisji. Polacy miewają też problemy z higieną, i tak dalej. Okazuje się jednak, że bezdomność stała się wygodnym tematem do rozładowywania frustracji, agresji słownej, surowych ocen. Pewnie dzięki temu ludzie czują się lepiej. […] Mam poczucie, że to problem zdecydowanie bardziej „systemowy”. Neoliberalny kult wyścigu szczurów, wartościowanie ludzi przez pryzmat sukcesu materialnego. […] Do tego frustracja i niezmiennie popularny w Polsce sposób budowania grup – przez wskazywanie wrogów, zagrożeń i napiętnowanych odmieńców. To, co opisuje Bogusławski, jest znamienną cechą darwinizmu społecznego: biedniejsi i biedni, słabi i słabsi mają na ogół dość siły, by jawnie wystąpić przeciw jeszcze biedniejszym i słabszym. Nie trzeba też do tego bardziej precyzyjnego instrumentarium opisu rzeczywistości – słaby to wróg, i tyle.
Nie obawiam się nastania faszyzmu jako formy ustrojowej. Bądź co bądź faszyzm, jeśli trzymać się jego naukowych opisów, wymaga silnych struktur i mocnych instytucji publicznych, elementarnej umiejętności zbudowania bardziej wyrafinowanych form samoorganizacji publicznej. A do ich stworzenia współcześni Polacy nie są cywilizacyjnie zdolni: ani starsze pokolenia, ani tym bardziej te młodsze. Część z nich może za to zamknąć się na strzeżonym osiedlu, poruszać się w obrębie ściśle wyznaczonych rewirów bytowania, pracy i konsumpcji, przemieszczać się w „samochodowej banieczce” od punktu A do B i C. I tyle w kwestii struktur, które zdolne są umysłowo i funkcjonalnie ogarnąć.
Widzę inny problem. Mamy do czynienia z lumpenliberalnym szowinizmem, który w razie czego nie stroni nawet od socjalnych hasełek, by poszerzyć pole swojego oddziaływania. Ta specyficzna struktura wyobrażeń i realnych wzorców społecznych, mało logiczna, bazująca na kulcie indywidualnych strategii przetrwania, jest antycywilizacyjna i antyetatystyczna. Jest to swoista negatywna wolnościowość, która spełnia się w przekonaniu, że „sam/sama sobie poradzę najlepiej”. To także wspólnota negacji sfery publicznej. Jej opresyjność wyraża się przede wszystkim w odmowie solidaryzmu społecznego – i jest na ogół niewidoczna dla tych, którym „jakoś się udało”.
A jeśli jest widoczna, to objawia się w ostentacyjnym wyklinaniu instytucji własnego państwa i stygmatyzacji słabszych albo w zrezygnowanym machnięciu ręki. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie będzie czekał na pociąg, który i tak nie przyjedzie – wsiądzie do samochodu. Nikt też nie będzie czekał na mieszkanie komunalne w normalnym standardzie – zapożyczy się raczej na własne mieszkanie, co zresztą podnosi status wizerunkowy jednostek i młodych małżeństw w trakcie niedzielnego obiadku u teściów. A gdy przychodzi do rozładowania gniewu, to na bok idą pytania, czy to na pewno właśnie uchodźcy pozbawiają Polaków pracy, wypychają na emigrację, oszukują na wypłacie, wyzyskują, traktują per noga, śmieją się w twarz i urządzają reformy, po których nie ma czego zbierać po niegdyś działających na prowincji instytucjach i sieciach infrastruktury publicznej. Takie zagadnienia to jak grochem o ścianę – są nudne i łatwo je zamilczeć.
Z wielu przyczyn termin „własne państwo” niewiele w ogóle dziś w Polsce znaczy. I to nie dlatego, że „państwo to znów okupant”, jak głoszą za swoim guru (post)korwiniści. Przede wszystkim dlatego, że nie da się zbudować państwa i szacunku dla niego na lumpenliberalnej, powszechnie obowiązującej ideologii. To się wzajemnie wyklucza. W Polsce wyznawcami lumpenliberalizmu jest nie tylko większość kasty dziennikarskiej, nie tylko znaczna część klasy politycznej czy oligarchii dobrze żyjącej z promowania lumpenliberalizmu. Wierzy weń znaczna część społeczeństwa, sądząc, że przyczyną obecnego stanu rzeczy jest faktycznie niewydolne państwo oraz ciągły deficyt wolnego rynku. Ale jak ma działać państwo oparte na rozbitym społeczeństwie, które raz po raz co najwyżej daje upust frustracji, kierując swój gniew i większość „umysłowego wysiłku” na przykład przeciw „ciapatym”? Być może za sto, dwieście lat historycy opiszą dokładnie ten fenomen – logikę autodestrukcji, która opanowała Polaków w czasie, gdy akurat mieli dość sprzyjające warunki, by wreszcie zbudować efektywne państwo.
Najbardziej bolesne jest to, że nie mówimy o abstrakcjach, że ta „filozofia (anty)państwa” uderza w bardzo konkretnych ludzi. Darwinizm społeczny, jego zdolność do selekcji jednostek, rodzin i społeczności na lepsze i gorsze wedle kryterium dochodowego, ma bardzo realne skutki. Unia polityki realnej, czyli szeroka, zbudowana ponad podziałami i etykietami lumpenliberalna sieć oddziaływań na wyobrażenia społeczne funkcjonuje bez zarzutu, jeśli idzie na przykład o wprowadzone przez Sojusz Lewicy Demokratycznej eksmisje na bruk. Policja, urzędnik, właściciel, komornik – instytucje działają efektywnie. Spójrzmy na zdjęcia z eksmisji: młodzi policjanci mają nieobecne twarze, ale są bardzo sprawni w pilnowaniu, by literze prawa stało się zadość.
Podobno w Polsce chroni się życie ludzkie od poczęcia do naturalnej śmierci. Podobno godnością ludzi Polska stoi, tyle tu przecież ulic i rond Jana Pawła II. Podobno wciąż mamy w parlamencie lewicową reprezentację, strzegącą „tradycyjnych wartości lewicy”. Może to wszystko cyniczny żart, w którym się gubię. Nie wiem na przykład, czy wyrzucona z mieszkania milicjantka z objawami starczej demencji, przed dekadami kierująca ruchem samochodowym w Warszawie, pozostawiona przez funkcjonariuszy policji na klatce schodowej z kotem i reklamówką, podpada pod kategorię „żywy człowiek”, którego elementarne prawa wymagają jakiejś ochrony. Chyba nie. I może w tym problem – że mamy w kraju sporą grupę „żywych trupów”, ludzi nikomu do niczego niepotrzebnych, naprawdę zbędnych, których można się pozbyć z „przestrzeni życiowej” należącej do nowych nadludzi. Może ci wszyscy, którzy przegrywają na polskim modelu transformacji, są ludźmi na niby – i właściwie nie żyją. Tak, to chyba kraj ze sporą populacją żywych trupów, który wciąż nie radzi sobie z ich utylizacją. I najprawdopodobniej długo tak pozostanie.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 19 sierpnia 2015 | opinie
31 października 2005 roku swój urząd złożył premier Marek Belka, stojący na czele ostatniego jak dotąd formalnie lewicowego rządu III Rzeczpospolitej.
Wkrótce minie dekada od tamtego momentu. Z perspektywy długiego trwania to wciąż niewiele. Ale w ludzkim życiu dekada to dość długi okres. W 2005 roku dzisiejsi dwudziestolatkowie byli jeszcze dziećmi, socjalizowanymi do życia w realnym liberalizmie wedle wszelkich jego znanych nam już dobrze kanonów, skupiających się na indywidualnym zapewnieniu sobie sukcesu lub środków do przetrwania. W 2005 roku dzisiejsi trzydziestolatkowie dopiero zaczynali studia, nabywali kompetencji, zawierali i wzmacniali korzystne znajomości, jeśli zapewniały im to odpowiednie uczelnie i koneksje rodzinno-towarzyskie. Ale znaczna część z nich studiowała w Wyższych Szkołach Ulotnej Myśli, Gotowania na Gazie i Wszystkiego Dobrego, domyślając się może, że i tak nie ma większego znaczenia, czego (nie)dowiedzą się na „uczelni”. Bo o ich jednostkowym i zbiorowym losie rozstrzygnie otwarcie zachodnich rynków pracy, względnie ułożenie sobie życia w którejś z lokalnych metropolii.
W 2005 roku dzisiejsi czterdziestolatkowie pocieszali się myślą, że w ciągu kolejnej dekady z pewnością zaczną więcej zarabiać, będą w stanie bez problemów spłacać kredyty (jakże one były wtedy modne!) i zakładać lub powiększać rodziny. Jeszcze starsze pokolenie, które w pierwszych latach III RP dzieliło między sobą schedę po Polsce Ludowej (ach, te wszystkie mniejsze i większe uwłaszczenia i mniej lub bardziej złodziejskie prywatyzacje, o których pamięć stanowi część wstydliwej historii niejednej polskiej rodziny), dekadę temu oswajało się z własnym, na ogół niższym niż wyższym statusem w III RP. I dziwiło się niepomierne, że dzieci tak często zmieniają pracę i coraz rzadziej „łapią etat”, choć umowy śmieciowe nie były wówczas jeszcze tak rozpowszechnione jak dekadę później. A jeszcze starsi często przenosili się na drugą stronę rzeczywistości, co z pewnością napawa ich smutkiem, bo nie doczekali radosnych lat na zielonej wyspie, pełnej szczawiu, mirabelek i unijnych inwestycji, z których część faktycznie się przydaje, a część zostanie jako pomnik megalomanii władz, na ogół samorządowych.
31 października 2005 roku desygnowany na premiera został były członek Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, czyli Kazimierz Marcinkiewicz, o którym wiemy dziś znacznie więcej niż wówczas, a to przede wszystkim dzięki tabloidom śledzącym perypetie uczuciowo-łóżkowe różnego sortu celebrytów. Cała prawoskrętna Polska, którą wkrótce czekał poważny rozłam, nie posiadała się z radości przynajmniej z tego jednego powodu – odsunięto od władzy „komuchów”, którzy wcześniej, niesieni falą społecznego gniewu, znokautowali rząd Jerzego Buzka. Gdy postkomuniści sami znaleźli się w końcu na deskach, wieszczono liberalne reformy gospodarcze i sanację państwa. Głośno mówiono o polskiej korupcji, choć na prawicy zwyczajowo chętniej podkreślano jej postkomunistyczno-okrągłostołowe korzenie, niż fakt, że sprawy zdążyły się przez ostatnich kilkanaście lat skomplikować. I niejeden ważny dawny opozycjonista zamienił ideały Sierpnia na podmiejską willę zdobytą w niezbyt jasnych okolicznościach. Nikt wtedy jeszcze powszechnie nie krytykował panabuzkowej antyreformy systemu emerytalnego ani antyreformy szkolnictwa. Na prawicy radośnie powiewały sztandary prawa, sprawiedliwości i gospodarczego liberalizmu. Jan Maria Rokita jeszcze nie wiedział, że zrzucą go wkrótce z partyjnej furmanki, więc nigdy nie szarpnie za cugle demokracji. Przyjemnie brzmiały opowieści o ciepłej wodzie w kranach, a polski hydraulik wyglądał jak żigolo z mokrego snu naszych prawo-lewych elit – zbędne gęby wreszcie legalnie da się wypchnąć z kraju.
Nikt specjalnie nie zaprzątał sobie głowy faktem, że premier Marcinkiewicz, autor książki „Pracowitość i uczciwość w polityce”, jest tym samym człowiekiem, który współtworzył ustawę rozwalającą nasze szkolnictwo zawodowe. Akcja Wyborcza „Solidarność” zlikwidowała 6 tys. szkół zawodowych, pozbawiając w ten sposób pracy 50 tys. nauczycieli: „relacja absolwentów liceów ogólnokształcących do absolwentów szkół zawodowych miała docelowo wynosić 80:20. Liczba uczniów techników i szkół zawodowych miała się zmniejszyć z 62 proc. (w 2000 r.) do docelowych 20 proc.” (cyt. za artykułem Krzysztofa Świątka „Student – absolwent – bezrobotny” opublikowanym ponad dwa lata temu w „Tygodniku Solidarność”). Uznano je za zbędne w kraju, który nie chciał już własnego przemysłu, własnych innowacyjnych technologii, za to gorąco pożądał kolejnych galerii handlowych i kolejnych zagranicznych inwestycji. O patriotyzmie gospodarczym, repolonizacji banków i reindustrializacji rzadko kto wtedy przebąkiwał, nawet na naszej arcypatriotycznej przecież prawicy. To był inny etap: wraz z wejściem do Unii wreszcie miało być już tylko lepiej.
Na kwestie socjalne, na lewicową perspektywę społeczno-gospodarczą nie zwracała wówczas uwagi nawet większość, nadającej ton w przestrzeni publicznej, lewicy, która na ogół śniła o tym, że wreszcie oświeci obyczajowo i kosmopolitycznie lokalny ciemnogród. Po dziesięciu latach można stwierdzić, że po wielkiej misji zostało nie mniejsze zdziwienie, dziś już wprost wyrażane: jak to się stało, że prawica zawłaszczyła politykę historyczną, wyobrażenia społeczne i polskie insurekcje? Chętnie podpowiem odpowiedź: sami wówczas oddaliście te wielkie mity i pasje, utożsamiając patriotyzm z faszyzmem/nacjonalizmem, a pamięć historyczną z prawicową, już wówczas bardzo świadomie formatowaną martyrologią narodową.
A post-PRL-owska lewica? Zachowała parlamentarny byt w ciągu kolejnych kadencji, ale poza tym niewiele interesującego da się o niej powiedzieć. A wkrótce być może odtrąbi sukces, jeśli uda się jej przybrać parlamentarną formę przetrwalnikową. Choć i to nie jest pewne. Patrząc szerzej: mamy dziś dwie „zjednoczone lewice” plus partię Razem – tyle w ramach oferty dla wyborców. Tylko że dekada wystarczyła, by elektorat gdzieś sobie poszedł. A może zniknął, dotknięty przez Ducha Dziejów czarodziejską różdżką transformacji?
Postawmy robocze pytanie: gdzie rozpłynął się lud, w jakiej dziejowej magmie się roztopił? Gdzie polski lud, podobno naturalny sojusznik lewicy, gwarantujący jej polityczne istnienie w ramach parlamentarnych demokracji? To pytanie warto połączyć z inną kwestią. Otóż, pomimo wyraźnego triumfu lumpenliberalnych sloganów w coraz marniejszej jakości debatach publicznych, przynajmniej część przeprowadzanych badań i ankiet wskazuje, że duża część Polaków chce na przykład bardziej sprawiedliwego/progresywnego rozkładu podatków, czyli chociażby dodatkowego progu podatkowego dla najbogatszych. Do tego wciąż znaczna część społeczeństwa uważa, że instytucje publiczne, centralne i samorządowe powinny odpowiadać za szeroko rozumianą sferę zabezpieczeń socjalnych i nie powinno zamykać się kolejnych szkół.
W dodatku gołym okiem da się zauważyć narastający antagonizm wokół tematyki społeczno-gospodarczej. Owszem, przybywa liberalnych radykałów (a może po części ludzi, którym państwo i „wspólnota odpowiedzialności” są kompletnie obce), co istotne – właśnie w młodszych pokoleniach. Z drugiej jednak strony w pokoleniu trzydziesto- i czterdziestolatków często słychać głosy niezadowolenia z realnego liberalizmu i modelu rodzimej transformacji. Zaznacza się też upadek wiary, że mechanizmy rynkowe są jedynym sposobem na organizację życia kilkudziesięciomilionowego społeczeństwa. Dla tych ludzi mankamenty życia w puszczonym na żywioł kapitalizmie nie są już opowiastkami rodem z PRL-owskiej propagandy – za lekcję rzeczywistości płacą stresem, zmęczeniem, poczuciem niestabilności życia, prowizorką międzyludzkich więzi. Ale doświadczenie na własnej skórze tego stanu rzeczy nie czyni jeszcze nikogo wyborcą lewicy. Nierzadko wręcz przeciwnie i powoduje reakcje: państwo to znów okupant, i to dość nieudolny, chcemy więcej gospodarczego liberalizmu. Oparte na tym przekonaniu wyobrażenia społeczne są na tyle silne i tak popularne dzięki swojemu sloganowemu przekazowi, że stanowią nieledwie „mądrość ludową” społeczeństwa, które niespecjalnie ma ochotę pomyśleć, że może brak mu predyspozycji do budowania cywilizowanej „architektury państwowej”.
Ale ludu w klasycznym tego słowa znaczeniu, ważnym dla lewicowej tradycji, już nie ma. Rzecz nie tylko w zaniku wielkoprzemysłowej klasy robotniczej i słabości rodzimych związków zawodowych. Sedno sprawy w tym, że bardzo nam się przemieszały relacje statusu zawodowego, przynależności klasowej i sytuacji materialnej/społecznej/kulturowej: dziś sztygar z KGHM, facet w średnim wieku, który odchował już dzieci, ma się znacznie lepiej niż spauperyzowany wielkomiejski post-inteligent, który najchętniej zostałby sławnym pisarzem, ale w rzeczywistości żyje z obsługi krótkoterminowych grantów. Który z nich będzie głosował na lewicę? Ktoś powie: oczywiście ten drugi! Ale ten drugi, nazywany dziś modnie prekariuszem, bywa tak „umeblowany” na umyśle, że śni mu się po nocach jeszcze więcej liberalizmu, tyle że w znacznie mniejszej cenie i z ładną melodyjką czasoumilacza w tle – zupełnie gratis. A państwa nie cierpi organicznie, bo państwo to ZUS i kolejki w szpitalach, gdy przecież nasz prekariusz bywa prywatnie u dentysty i tam nie ma kolejek. Podobnie u prywatnego weterynarza, do którego chodzi z pieskiem. A może na lewicę chciałby głosować młody terminujący na śmieciówce dziennikarz z wielkiej redakcji? Owszem, pod warunkiem że ta lewica będzie jadła kiełki, bywała w „Charlotte”, miała zrozumienie dla niskich podatków dla wyższych sfer i przeklnie górników, hutników, pielęgniarki i nauczycieli. Mówiąc w skrócie: nie, prekariat wcale nie jest naturalnym sojusznikiem lewicy politycznej. Bywa nim – tylko i aż tyle.
A sztygar z KGHM? Załóżmy, że w czasach PRL był w „Solidarności”. I nadal w niej jest. Przypuśćmy, że w latach 90. głosował na prawicę, popierał Wałęsę przeciw Kwaśniewskiemu, że poparł parasol ochronny związku nad Akcją Wyborczą „Solidarność”, czyli – oczywiście nie zapominając o ideałach Sierpnia – traktował liberalną politykę prawicy jako słuszną drogę do lepszego bytu polskich rodzin. Później się wkurzył i nie poszedł na wybory, z odrazą patrzył na premiera Millera. A następnie zagłosował, licząc na spokojną koalicję PO i PiS. Potem żył w politycznej rozterce, choć prywatnie całkiem dostatnio. 10 kwietnia 2010 roku szczerze płakał, ale po jakimś czasie uznał, że sentyment to jedno, a ciepła woda w kranach to drugie. Niedawno do cna znienawidził rządy Platformy Obywatelskiej, waha się między antysystemowcami Pawła Kukiza a Prawem i Sprawiedliwością. W drugiej turze wyborów prezydenckich głosował na Andrzeja Dudę. W internecie klnie premier Kopacz, że lekceważy niedożywione polskie dzieci. I narzeka na zniszczenie polskiej gospodarki przez zagraniczny kapitał. Ale już nie pamięta, kto to był Emil Wąsacz ani dlaczego Jan Kulczyk nieźle się dogadywał z ekipą Jerzego Buzka. On z pewnością nie zagłosuje ani na Zjednoczoną Lewicę, ani na jeszcze bardziej Zjednoczoną Lewicę-bis, ani na partię Razem, którą podejrzewa o różne brzydkie rzeczy, bo tak już ma, że nie ufa niczemu, co się rusza i jest lewoskrętne.
Gdzie jest zatem lud, nadzieja lewicy? Aby rzecz skomplikować przypomnę fragment wywiadu, jaki przeprowadziłem dla „Nowego Obywatela” z dr. hab. Rafałem Chwedorukiem. Politolog zapytany, na ile lewicowe jest polskie społeczeństwo i czy możemy wyróżnić warstwy społeczne o naturalnie lewicowych inklinacjach odpowiedział: może zabrzmi to dla wielu lewicowców przykro, ale jeśli przeanalizujemy dokładnie geografię wyborczą i sondaże opinii publicznej, to można wskazać, że najbardziej lewicową grupą wyborczą są byli pracownicy Ministerstwa Obrony Narodowej, w tym żołnierze zawodowi. Tu naukowiec zaśmiał się i dodał: na drugim miejscu musielibyśmy wymienić pracowników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. I być może to właśnie są korodujące już resztki „żelaznego elektoratu” lewicy po-PRL-owskiej: grupa wciąż malejąca, która nawet wzbogacona o mini-elektoraty Zielonych czy Twojego Ruchu nie wystarczy już, by zagwarantować tak zwanej Zjednoczonej Lewicy miejsca w sejmie następnej kadencji.
Warto przy tej okazji poświęcić kilka słów partii Razem. Rzadko kto zwraca uwagę na pewien interesujący wątek. Otóż mamy do czynienia z formacją, która wyłoniła się wprost z bytu, jaki zwiemy społeczeństwem obywatelskim. Określenie to kojarzymy dziś na ogół już niemal wyłącznie ze sprofesjonalizowanym i ugrantowionym Trzecim Sektorem. Ale jeśli dobrze przyjrzeć się Razem (i przeanalizować to, co ta partia mówi o swoich początkach) to zauważymy, że duża część jej członków to często ludzie, którzy postanowili „wziąć sprawy w swoje ręce” i upolitycznić się/upartyjnić, choć wcześniej nie widzieli po temu sensu. Oczywiście osoby nadające ton w Razem to ludzie często już znani z działalności społecznej, obywatelskiej, lewo-publicystycznej, okołopolitycznej. Ale sama partia zawdzięcza większość swych członków (i skromnych wciąż struktur) tzw. zwykłym ludziom. To wcale nie przesądza o ich szansach na sukces, a może rzecz całą czyni trudniejszą. Ale samo w sobie jest interesujące właśnie jako fenomen polityczny, i to zarówno jeśli spojrzeć na prawą, jak i lewą stronę sceny partyjnej, na której rządzą mechanizmy kooptacji do starych struktur i liderów.
W tym sensie Razem może być zaczynem czegoś nowego w dziejach polskiej lewicy politycznej, a może zapowiedzią jej losu w kolejnych latach czy nawet dekadach. Być może czeka nas – odwołując się do skojarzenia historycznego – swoista lewicowa „kółkowszczyzna”, po części politycznie-partyjna, po części – inteligencko-stowarzyszeniowo-towarzysko-środowiskowa, bazująca na tym odłamie prekariackiego żywiołu, który nie da się nabrać na liberalną propagandę. Konieczne będą oczywiście sojusze z lewym skrzydłem rodzimego ruchu związkowego, o ile nie da się on uśpić, nie popadnie w rezygnację i nie rozbije go komercjalizacja służby zdrowia, prywatyzacja szkolnictwa, wyprzedaż i zamknięcie polskich kopalń. Pozytywem może być to, że realia zmuszą lewicę nie tyle do marszu przez instytucje i już posiadane struktury, co do marszu przez społeczeństwo: od dołu, a nie od góry.
Oczywiście są jeszcze pracujący ubodzy, ludzie na samozatrudnieniu, czyli bieda-przedsiębiorcy, outsourcingowane sprzątaczki w wielkich firmach, miesiącami czekające na wypłatę, są bankowi pracownicy niższego szczebla, którzy mają szczerze dość sprzedawania kredytów, gdy nikt już ich nie chce, żyjący za grosze prowincjonalni urzędnicy, są ludzie, którzy chcieliby płatnych urlopów, są społeczności, które boleśnie doświadczają skutków zniszczenia/uwiądu lokalnego przemysłu i transportu publicznego, są ludzie póki co przede wszystkim z gorzką ironią roztrząsający wysokość swoich przyszłych emerytur. Ale ich społeczna i zawodowa fragmentaryzacja, która kulturową wspólnotę odnajduje nierzadko w narodowo-liberalnej mitologii niczego obecnie lewicy społecznej nie ułatwia.
Lud nam się roztopił? Raczej: lud nam się skruszył. I póki znów nie okrzepnie, nie nabierze formy, dopóty lewicy politycznej – niezależnie od jej własnych błędów i wypaczeń – pozostaje trwać i przetrwać. I pytać samej siebie: jaki z nas wszystkich może być pożytek dla ludu? To najważniejsza sprawa, cała reszta to już konsekwencje udzielonej odpowiedzi.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 13 sierpnia 2015 | Lato 2015, Wywiad - kwartalnik
– Rozmawiamy w Radomiu. Okazuje się, że aby tu dotrzeć z Krakowa na 14.00 bezpośrednim pociągiem, który jedzie 160 minut, musiałbym wsiąść w taki przed 7.00. Następny bezpośredni jest dopiero po 15.00. Ostatni bezpośredni pociąg z Radomia do Krakowa wyjeżdża po 18.00. Gdyby na niego nie zdążyć, to owszem, można się dostać pociągiem z Radomia do Krakowa, ale podróż z przesiadką będzie trwała co najmniej 4,5 h. Wersja krajoznawcza: 9,5 h. To wymowne.
– Łukasz Zaborowski: W „komunistycznych czasach” ostatni pociąg z Krakowa do Radomia wyjeżdżał po 21.00. Linia kolejowa numer osiem, czyli Kraków – Warszawa, która łączyła te ośrodki jako pierwsza i biegnie przez aglomerację staropolską – Kielce i Radom, podlega obecnie tzw. efektowi tunelu. Polega on na tym, że gdy stworzymy alternatywą linię, która z jakichś względów jest lepiej obsługiwana, to siłą rzeczy przewoźnicy ograniczają liczbę i jakość połączeń na tej starej. Doświadczamy tego dziś w Kielcach i Radomiu. Odkąd dla przewozów pasażerskich została udostępniona Centralna Magistrala Kolejowa, która pierwotnie służyła do przewozu węgla z Zagłębia Śląsko-Dąbrowskiego do centrum kraju, linia numer osiem jest obsługiwana bardzo słabo. Podobnie jak stara linia kolejowa Warszawa – Katowice (Kolej Wiedeńska) przez Piotrków Trybunalski i Częstochowę. Ludzie, którzy planują rozkłady jazdy, siedzą w Warszawie i układają ruch pociągów pasażerskich pod kątem tego, co jest potrzebne stolicy i kilku największym metropoliom, do których „Warszawa chce dojechać”.
– Ktoś może powiedzieć: potrzebujemy szybkiego połączenia między Warszawą i Krakowem, co nas obchodzą Kielce czy Radom.
– Takie myślenie dominuje. Ale nie jest to tylko polskie doświadczenie i szkoda, że nie uczymy się na cudzych błędach. Spójrzmy na dwa zagraniczne przykłady: Francję i Niemcy. We Francji w latach 80. XX w. stworzono sieć Train à Grande Vitesse (TGV – kolej dużej prędkości). Pierwotnym zamysłem projektu było „szybkie połączenie” Paryża z odległymi francuskimi ośrodkami, z pominięciem wszystkiego, co po drodze, np. Dijon, historycznej stolicy Burgundii. Ten system, jakkolwiek bardzo nowoczesny technologicznie, był i jest powszechnie krytykowany od strony polityki przestrzennej kraju. Ale nie narodził się wraz z TGV. Andrzej Bobkowski w „Szkicach piórkiem”, opisując swoje podróże po Francji w czasie II wojny światowej, czynił uwagi, że kolejowa sieć francuska jest jak pajęczyna, która z Paryża rozchodzi się na kraj. A wszelkie połączenia poprzeczne są zupełnie niedowartościowanie. Teraz Francuzi próbują łatać tę sieć, tworząc w pobliżu mniejszych ośrodków lokalne linie i bocznice, które obsługują te miasta. Moim zdaniem całościowo to zły model.
– A jaki jest dobry?
– Niemcy są wzorem dobrego planowania przestrzennego i dobrego transportu publicznego. W Niemczech pociągi najwyżej klasy, czyli ICE, jeżdżą po sieci, każde duże miasto ma połączenia w każdym kierunku, nie ma potrzeby jazdy przez tylko jeden węzeł transportowy. Co więcej, u naszego zachodniego sąsiada mamy do czynienia z założeniem planistycznym, zgodnie z którym tzw. ośrodki wyższego rzędu (a jest ich około stu!) mają posiadać dostęp do pociągów najwyższej kategorii. Poza tym w Niemczech świetnie rozwinięta jest sieć ekspresów regionalnych, które są dużo tańsze, ale jeżdżą porównywalnie szybko do pociągów najwyższej klasy. Na nich opiera się sieć połączeń międzymiastowych. Do tego dodajmy regularność tych połączeń, ich określoną częstotliwość i dostępność przez większą część doby.
To są niemieckie standardy. Tam zatrzymania pociągów klasy ICE na stacjach następują średnio co kilkadziesiąt minut. To zupełnie inna sytuacja niż w Polsce, gdzie pociągi kursujące na linii Warszawa – Kraków zatrzymują się raz, w często ośmieszanej Włoszczowie, albo w ogóle się nie zatrzymują przez 300 km lub 2,5 h jazdy. W Niemczech właściwie nie ma odcinków o takiej długości, na których pociąg nie ma przystanku. U nas to norma w przypadku dalekobieżnych, szybkich pociągów. To są rosyjskie standardy, odnoszące się do sytuacji, w której sieć osadnicza jest na tyle rzadka, że faktycznie pociąg nie ma się gdzie zatrzymać po drodze. Tyle że polska sieć osadnicza – silnie policentryczna – jest porównywalna do niemieckiej, a nie rosyjskiej.
– Ktoś powie: ale w miejsce kolei wchodzą prywatni przewoźnicy busowi i autobusowi, więc w czym problem?
– Problem polega na tym, że równamy do standardów spoza naszego kręgu cywilizacyjnego. Busy powszechnie spotyka się na Bliskim Wschodzie, gdzie komunikacja publiczna nigdy nie była rozwinięta tak jak w Europie. W Turcji nazywane są dolmuszami, na przystankach nie ma rozkładów jazdy, więc nie wiadomo, kiedy busik przyjedzie. Albo, jeśli nie zbierze się odpowiednia liczba pasażerów, dolmusz nie jedzie. Podobne doświadczenie miałem w Radomiu – wcześnie rano wyszedłem na busa do Krakowa, a kierowca stwierdził, że jeśli nie zbierze się odpowiednia liczba pasażerów, to kursu nie będzie. To nie jest sposób zapewniania sprawnej komunikacji publicznej dla dużych ośrodków osadniczych. W roku 2002 Tomasz Kossowski opublikował badanie dostępności szybkich połączeń kolejowych dla dużych miast w Polsce. Autor przeprowadził to badanie dla lat 1975 i 1999, dzieląc miasta na cztery kategorie dostępności. W 1975 r. do kategorii najwyższej były zaliczone tylko dwa miasta: Warszawa oraz Radom, w którym rozmawiamy.
– Skąd tutaj Radom?
– Leży na skrzyżowaniu dwóch szlaków kolejowych: Warszawa – Kraków oraz Lublin – Łódź. Później Radom spadł do trzeciej kategorii. Również na tym przykładzie widać, że następuje wyraźne pogorszenie obsługi kolejowej ośrodków dużych, ale nie największych.
– Jak wygląda polityka regionalna w wydaniu radomskim? Jak walczycie o swoje interesy?
– Typowo polskim sposobem walenia głową w mur. Aż do przebicia. Drobny przykład: w okolicach Radomia trwają prace nad rozbudową drogi krajowej S7. Ale dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że jest ona potrzebna Warszawie jako „naturalny korytarz” łączący ją z Krakowem i Zakopanem, via Radom i Kielce.
Wracając do kolei, właśnie linia komunikacyjna Warszawa – Radom – Kielce – Kraków, a nie Centralna Magistrala Kolejowa, stanowi optymalne połączenie między stolicą kraju i stolicą Małopolski, gdyż umożliwia równocześnie zagospodarowanie ruchu pasażerskiego generowanego przez Radom i Kielce. Trasa Warszawa – Radom – Kraków jest porównywalnej długości z trasą przez CMK, to decyzje polityczne zdecydowały o komunikacyjnym „odsunięciu” mniejszych miast na plan dalszy.
Tu pojawia się kwestia lokalnych władz. One protestują przeciw temu, co się dzieje. Ale trzeba wyróżnić dwa wątki problemu. Ośrodki pozametropolitalne są wydrenowane z kadr i wbite w niewolniczą mentalność, zwasalizowane przez polityków centralnych, dlatego na ogół upominają się tylko o ochłapy z pańskiego stołu. Rzadko wnoszą postulaty odnoszące się do całościowej wizji polityki transportowej i regionalnej państwa. Problemem jest z jednej strony to, że państwo nie ma pomysłu na politykę regionalną służącą interesom niemetropolitarnych ośrodków miejskich, a z drugiej to, że przynajmniej w przypadku Radomia myślenie władz było absolutnie dostosowane do panującego status quo.
– Sytuację utrudnia pewnie także to, że nie jesteście obecnie miastem wojewódzkim.
– To przesądza, że jesteśmy na straconej pozycji. Rozgrywka toczy się o to, czy będziemy traktowani tylko gorzej czy też dużo gorzej niż miasta o porównywalnej wielkości, które miały szczęście utrzymać status wojewódzki. Właściwie bijemy się o to, żeby nie powiększał się zbyt szybko dystans między Radomiem a innymi ośrodkami. A przecież powinniśmy upominać się o to, żeby nasze miasto miało ten sam status planistyczny, co Kielce, które są obecnie stolicą województwa i mają o wiele lepszą pozycję przetargową.
W przypadku Radomia dobrze widać, że popularna teoria rozwoju polaryzacyjno-dyfuzyjnego świetnie sprawdza się w zakresie polaryzacji – zwiększania różnic rozwojowych. Znacznie gorzej jest z dyfuzją, czyli rozprzestrzenianiem bodźców rozwojowych do obszarów kryzysowych.
– Dlaczego?
– Zacznijmy od tego, że model polaryzacyjno-dyfuzyjny jest coraz częściej krytykowany, także na Zachodzie. Krytyka koncentruje się na tym, że dyfuzja zachodzi tylko w obrębie obszarów miejskich, w promieniu najwyżej kilkudziesięciu kilometrów. Natomiast z obszarów bardziej odległych od obecnych centrów rozwoju gwałtownie postępuje wysysanie potencjału ludzkiego. Mamy zatem dwa dopełniające się zjawiska – oba niepożądane w świetle zrównoważonej polityki przestrzennej. Z jednej strony przenoszenie miejsc pracy i zamieszkania do obszarów podmiejskich wielkich miast, z drugiej – wypłukiwanie zasobów z ośrodków bardziej odległych, które potencjalnie powinny stanowić możliwie samodzielne bieguny wzrostu swoich regionów.
– Radom bywa nazywany sypialnią Warszawy, wiele osób stąd pracuje na co dzień właśnie w stolicy. Jak wysokie jest tutaj bezrobocie?
– Rzeczywiście, w Warszawie pracują tysiące radomian. Są zameldowani w Radomiu, tutaj zostawiają rodziny i na cały tydzień wyjeżdżają „za chlebem”. Natomiast opowieści o masowych codziennych migracjach do Warszawy to taka miejscowa legenda. Dojazdy na odległość 100 km, nawet gdyby były technicznie dogodne, zawsze będą nieracjonalne ekonomicznie. Pomysły planistów-amatorów, że po modernizacji linii kolejowej będzie się mieszkać w Radomiu, a pracować w Warszawie, są wręcz szkodliwe, bo odwodzą nas od poszukiwania prawdziwych sposobów przełamania kryzysu. Zasilanie rynku pracy sąsiednich ośrodków to nie jest wizja rozwoju dla ćwierćmilionowego miasta.
Bezrobocie wynosi tutaj ponad dwadzieścia procent, według oficjalnych danych. To wartość najwyższa dla polskich miast, które mają powyżej stu tysięcy mieszkańców. W czasach PRL Radom był wielkim ośrodkiem przemysłowym. To był przemysł wysokiej klasy: precyzyjny, maszynowy, elektromaszynowy, zbrojeniowy. „Za komuny” Radom tym przyciągał nowych mieszkańców. Uchodził wówczas za miasto dość atrakcyjne właśnie dlatego, że można było tu znaleźć „dobrą robotę”. Ponad dwadzieścia lat temu prawie wszystkie te zakłady upadły: albo same z siebie, albo ktoś im pomógł. Nie było żadnej sensownej restrukturyzacji. Nagle się okazało, że nasze miasto nie ma żadnej ważniejszej funkcji. A każdy ośrodek musi pełnić jakąś funkcję, inaczej staje się zbędny i zbędni stają się w nim ludzie. Radom nie posiada takowej, ponieważ przez ostatnie dekady nie inwestowano w miasto choćby jako ośrodek usługowy.
Sądzę ponadto, że nie ma w Polsce drugiego dużego miasta tak zaniedbanego pod względem infrastruktury społecznej. Brakuje tutaj specjalistycznych szpitali, nie istnieje sieć wyższych uczelni, niewiele jest ośrodków wyższej kultury, nie ma specjalistycznych urzędów wyższej rangi, które także zostały z Radomia wyprowadzone. A to są istotne czynniki przyciągające kapitał ludzki, bo miasta nie są przypadkowymi zbiorowiskami ludzi. Żeby wytworzyć własne, lokalne elity, potrzebują warstwy kreatywnej, inteligencji technicznej i humanistycznej, ambitnych i wykształconych kadr w administracji, lokalnych liderów większego biznesu.
A jeśli nie istnieje przemysł, nie ma specjalistycznych funkcji, to jest oczywiste, że zatrudnienia nie mają ludzie nie tylko pracujący w tych dziedzinach, ale także ci na różne sposoby je „obsługujący”.
Wszystko to powoduje, że mamy w Radomiu kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy albo są bezrobotni, albo żyją w rodzinie, w której ktoś jest dotknięty trwałym bezrobociem. Ponieważ ten stan trwa od ponad dwudziestu lat, mamy do czynienia z problemem kolejnego pokolenia, które żyje w takich warunkach, jest uzależnione od pomocy MOPS-u. Podam pewien przykład. Moja znajoma zajmuje się pedagogiką ulicy. Pracuje z dziećmi w tzw. dzielnicach socjalnych. Pewnego razu miała jechać z podopiecznymi na wycieczkę. Nie mogła zabrać wszystkich, ponieważ brakowało środków na wynajęcie drugiego autokaru. Tłumaczyła, że brakuje jej na to pieniędzy. Jedno z dzieci podpowiedziało: „niech pani idzie do MOPS-u”.
– Taką historię łatwo wykorzystać jako argument przeciw „roszczeniowcom”. Ale Pana opowieść dobrze pokazuje, jak całościowy brak sensownej polityki miejskiej/regionalnej skutkuje podobnymi realiami.
– W dodatku brak strukturalnych rozwiązań powoduje, że takie sposoby na „walkę z bezrobociem”, jak krótkoterminowe kursy czy doszkalania, to para w gwizdek. Realną alternatywą są różne formy migracji zarobkowej. Z badań przeprowadzanych w Radomiu, a dotyczących klas maturalnych, wynika, że ponad 90 proc. młodych nie tylko chce stąd na stałe wyjechać, ale faktycznie – znika z miasta. I jeszcze inne dane, sprzed dwóch lat. W pobliskich Kielcach pracuje 75 tys. osób, nie tylko mieszkańców tego miasta. W Radomiu mamy 55 tys. pracujących, choć to miasto jest większe, jeśli liczyć na podstawie meldunków. Tymczasem Radom „równa” do miast dwukrotnie od siebie mniejszych, typu Opole czy Płock. To pokazuje, jak bardzo marnowany jest lokalny potencjał demograficzny.
W dodatku często przyjęty w Radomiu sposób zarobkowania to wyjazdy na tydzień roboczy i powroty na weekend, ze skutkami nierzadko tragicznymi dla życia rodzinnego, bo ojciec czy matka albo oboje rodzice wyjeżdżają na kilka dni do Krakowa i Warszawy, tam mieszkają na co dzień i wracają na sobotę i/lub niedzielę do domów. Jedna sprawa to problem czysto „ludzki”, druga – w ten sposób miasto może wegetować, ale nie będzie się rozwijać.
– Pytanie, jak w aktualnych warunkach odbudować przemysł i przywracać stabilne miejsca pracy.
– W okresie międzywojennym i w czasach PRL mieliśmy do czynienia z państwowymi inwestycjami w przemysł. Tak było w Radomiu, choćby w przypadku zbrojeniówki. Dziś jest tak, że prywatny inwestor przychodzi tam, gdzie mu się to opłaca. Do Radomia nie opłaca mu się przychodzić, choćby dlatego, że jeśli chciałby wprowadzić tutaj nieco bardziej innowacyjne inwestycje, to nie znajdzie odpowiedniej liczby wykwalifikowanych pracowników.
Spójrzmy, gdzie dziś w Polsce dokonywane są największe inwestycje. Tam, gdzie są największe ośrodki akademickie, czyli kadry – najważniejszy czynnik rozwoju innowacyjnej gospodarki.
– Ale w Radomiu jest uczelnia wyższa.
– Owszem, mamy Uniwersytet Technologiczno-Humanistyczny im. Kazimierza Pułaskiego. Ale to mały ośrodek naukowy. W dodatku w naszym mieście zaznacza się spektakularny spadek liczby studentów. Dziś studiuje około 7 tys. osób, dziesięć lat temu było ich dwa razy tyle. Nie jest tak, że jedynym czynnikiem determinującym tę kwestię jest demografia. W Polsce wciąż są ośrodki akademickie, gdzie przybywa studentów. Jeśli porównać sytuację Radomia do Kielc czy Torunia – miast podobnej wielkości, to na początku lat 90. mieliśmy o połowę mniej studiujących niż oni. Obecnie ta dysproporcja wzrosła kilkakrotnie. W dodatku Radom to największy ośrodek miejski, poza konurbacjami, gdzie jest tylko jedna uczelnia publiczna. Nawet mniejsze miasta, jak Olsztyn, Opole czy Rzeszów, mają po co najmniej dwie publiczne uczelnie.
Na stronie Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego znaleźć można ogłoszenia o naborach na stanowiska wyższych pracowników naukowych na poszczególnych uczelniach. Niestety, porównanie Radomia z miastami o podobnej wielkości wypada źle. O ile w Kielcach, gdzie są dwie publiczne wyższe uczelnie, każda z nich przedstawia regularnie po kilka ofert pracy, w Radomiu są jedna, dwie oferty. To również wskazuje, że ten ośrodek naukowy wciąż się degraduje.
– A jak wygląda demografia Radomia?
– Jeśli chodzi o przyrost naturalny, to przynajmniej do niedawna byliśmy na bardzo dobrej pozycji. Mamy dodatni przyrost naturalny, co nie jest częstym zjawiskiem, jeśli idzie o duże miasta. Obecnie w Polsce głównie miasta ze ściany wschodniej, a także Rybnik, mogą się tym pochwalić. Bardzo wysoki jest także odsetek małżeństw w relacji do całej populacji. Mieliśmy także do niedawna najwyższy odsetek ludności w wieku przedprodukcyjnym, jeśli chodzi o duże miasta. Wskaźniki demograficzne, „czysto rozrodcze”, są więc wspaniałe. Tylko że przychodzi moment, w którym ta ludność w wieku przedprodukcyjnym przechodzi w „okres studencki” – i znika stąd. Jeśli wziąć pod uwagę oficjalne dane Głównego Urzędu Statystycznego dotyczące migracji, to nie jest tak źle w porównaniu z innymi miastami. Ale trzeba pamiętać, że wśród tych, którzy są zameldowani w Radomiu, bardzo wielu ludzi tutaj nie mieszka. Mówiliśmy już o tym: wyjeżdżają na tydzień, wracają na weekend, tutaj nawet płacą podatki, ale właściwie ich nie ma, choć są „niezauważani przez statystykę”. Jestem przekonany, że z Radomia sukcesywnie znika przede wszystkim kreatywna warstwa społeczna, ludzie lepiej wykształceni, pracujący w zawodach o wyższej specjalizacji, pełniący ważniejsze funkcje zawodowe i społeczne. Nie ma ich tutaj co zatrzymać.
– Mamy w Polsce pewne „remedium” na niedostatki rozwoju społeczno-gospodarczego, czyli Specjalne Strefy Ekonomiczne.
– [śmiech] Mamy w Radomiu SSE. W skali aglomeracji Radomia daje ona zatrudnienie rzędu półtora procent. Szerszy problem z SSE polega na tym, że można je założyć właściwie wszędzie: zarówno w Warszawie czy Wrocławiu, jak i w Radomiu. Specjalne Strefy Ekonomiczne w miastach najlepiej rozwiniętych są w czołówce pod względem zatrudnienia we wszystkich polskich SSE. Nie dzieje się tak bez powodu.
Zgodnie z ustawą o SSE powinny one być lokowane w obszarach wymagających „pomocy regionalnej” – szczególnego wsparcia, impulsu rozwojowego szans na przewagę konkurencyjną nad innymi ośrodkami. A jeżeli te strefy można zakładać wszędzie, to atrakcyjni inwestorzy i tak idą do „lepszych lokalizacji”, np. do Kobierzyc pod Wrocławiem.
Co do samych stref, to są przypadki, że lokują się w nich miejscowe przedsiębiorstwa, które i tak prowadziły działalność w okolicy, ale po powstaniu SSE przeniosły się do niej. Dzięki temu nie płacą podatków, które wcześniej płaciły. Tak dzieje się statystycznie częściej w miejscach, które są mniej atrakcyjne dla inwestorów zewnętrznych, to syndrom bardziej zaniedbanych ośrodków miejskich. Ma to miejsce także w radomskiej SSE.
Natomiast nie podważałbym samej zasady, że w SSE obowiązują ulgi podatkowe, na tym to przecież polega – to jest zdecydowanie problem bezsensownej lokalizacji stref w Polsce. Oczywiście, można pytać, czy na ulgach musi tracić lokalny samorząd, czy instytucje centralne powinny wziąć na siebie takie obciążenia.
Strefy dają zatrudnienie, to jest największe dobrodziejstwo dla lokalnych społeczności. Ale moim zdaniem SSE w mniejszym stopniu stanowią czynnik przyciągania przedsiębiorstw do regionu z zewnątrz, a w większym są czynnikiem wtórnej lokalizacji wewnątrz danego regionu. Jeśli dany region nie interesuje inwestora, nie przyjdzie on tam ze względu na SSE. Natomiast jeśli już wybierze dany region, to oczywiście woli działać w specjalnej strefie. Czyli inwestor w pierwszym kroku wybierze Wrocław (jako aglomerację), a w drugim – Kobierzyce zamiast jakiegoś terenu po drugiej stronie Wrocławia. Dzieje się tak właśnie dlatego, że nie istnieje żadna sensowna strategia lokalizacyjna odnośnie do stref, można je zakładać wszędzie. Strefy powinny być tylko w lokalizacjach preferowanych, nie powinna istnieć możliwość ich zakładania gdzie indziej.
– Jak zatem wygląda mapa najlepiej radzących sobie SSE?
– Jeśli spojrzeć choćby na odsetek zatrudnionych, to wysoko plasuje się Wrocław, a także Kraków i Poznań. Co do jakości, innowacyjności produkcji, dane są wyrywkowe i – z tego co wiem – tego typu przedsięwzięcia lokują się na przykład w rejonie Wrocław-Kobierzyce. Nie jest to żelazna reguła, ale moim zdaniem bardziej innowacyjne przedsiębiorstwa lokują się właśnie w regionach lepiej rozwiniętych.
– A gdyby Pan miał zarządzać mapą SSE, jak by ona wyglądała? Obsadziłby Pan nimi ścianę wschodnią?
– Sądzę, że obecnie częściowo zaciera się podział na Polskę wschodnią, centralną i zachodnią, przynajmniej w wymiarze miejskim. Jeśli zbadamy dynamikę rozwoju stosunkowo dużych ośrodków, to okaże się, że silnie dotowane miasta Polski wschodniej, typu Białystok, Rzeszów czy Lublin, radzą sobie dziś lepiej niż szereg miast podobnej wielkości w Polsce środkowej lub zachodniej. Na problem międzyregionalny nakłada się pytanie o pożądany model rozwoju uwzględniający miasta i obszary wiejskie.
– A istnieje w ogóle jakaś przemyślana strategia dotycząca relacji miasto-wieś?
– W polskiej polityce przestrzennej nie mamy odróżnienia modelu rozwojowego miast od modelu rozwoju obszarów wiejskich. W tej chwili, jeśli mówimy o rozwoju obszarów wiejskich, to de facto mówimy o wprowadzaniu funkcji miejskich na tereny wsi, co jest szkodliwe.
Lokalizacja SSE powinna być elementem całościowej polityki regionalnej. Ta powinna rozpocząć się od rzetelnego rozpoznania sytuacji w skali tzw. regionów miejskich. Pod tym pojęciem rozumiem obszar wokół miasta co najmniej średniej wielkości, leżący w promieniu swobodnych codziennych dojazdów. W ramach takich regionów zamyka się obecnie większość aktywności społeczno-gospodarczej. W ramach tych regionów zbadałbym, jakie są obecnie ich możliwości i bariery, dynamika rozwojowa. I lokalizowałbym SSE w ośrodkach dysfunkcyjnych. Ale – co do rozróżnienia między ośrodkami miejskimi i wiejskimi – dbałbym o to, żeby SSE były zlokalizowane w miastach, w obszarach zabudowy miejskiej, czy też dotychczas bezpośrednio związanych z tą zabudową, szczególności w obszarach wymagających rewitalizacji, np. na dawnych terenach przemysłowych, a nie „w szczerym polu”, w gminach podmiejskich, tak jak teraz się to dzieje. Klasycznym przykładem negatywnym są tutaj właśnie Kobierzyce pod Wrocławiem czy Zabierzów pod Krakowem. Obecnie za pomocą SSE wspieramy w skali kraju polaryzację rozwojową – dysproporcje pomiędzy najlepiej a najgorzej rozwiniętymi regionami, a w skali regionu miejskiego silnie stymulujemy procesy suburbanizacyjne, rozrost miast na okoliczne tereny. W obu przypadkach powinno być odwrotnie.
– Swego czasu przeprowadzałem wywiad z dr Katarzyną Kajdanek, autorką dwóch książek poświęconych „suburbanizacji po polsku”. Zwraca ona uwagę, że ta kwestia nie istnieje jako problem polityczny, świadomie wyartykułowany na forum publicznym.
– Rzecz jest w praktyce „puszczona na żywioł”, choć, co trzeba podkreślić, w środowiskach eksperckich problem jest zauważany i ma swój oddźwięk w dokumentach planistycznych, czy to krajowych, czy niższego szczebla. Nawet projekt Krajowej Polityki Miejskiej jest pod tym względem całkiem niezły, zwraca się tam uwagę na potrzebę koncentracji zabudowy w miastach. Widzą ten problem także samorządy miejskie. Natomiast – tak sądzę – świadomie lekceważą go samorządy wiejskie, położone pod miastami, gdyż upatrują w tym szans na własny rozwój. Dzieje się tak również dlatego, że w Polsce każda gmina jest udzielnym księstwem, brak nam planowania w skali funkcjonalnych obszarów miejskich. To umożliwia rozlewanie się miast.
– Z kolei włodarze gmin podmiejskich narzekają, że nowo osiedlona ludność przybyła z miast, nie płaci u nich podatków, za to domaga się dobrych dróg dojazdowych.
– Gdyby faktycznie uznawali, że im się to nie opłaca, to mają przecież narzędzia planistyczne, żeby temu zapobiec. Jest coś takiego jak miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego. Nawet jeśli przyjmiemy, że w jakiejś skali czasu ludność napływowa nie przemelduje się, to gminy podmiejskie zarabiają na sprzedaży działek, przybysze robią tam zakupy, niejednokrotnie zakładają działalność gospodarczą itp. Uważam, że w obecnych realiach to gminy podmiejskie żerują na miastach centralnych. Ludność z terenów podmiejskich korzysta z infrastruktury miejskiej – nawet jeśli ich dom jest pod miastem, to jednak na co dzień żyją w mieście, tutaj korzystają ze szkół dla dzieci, z instytucji kultury, ochrony zdrowia.
– Odpowiedź może być taka: to problem miast, że nie potrafią zagospodarować własnego potencjału, że nie ma odpowiedniej liczby mieszkań o dobrym standardzie i przystępnych cenowo.
– W obecnych warunkach, jeśli deweloper ma w perspektywie kupno dużo droższego terenu i płacenie dużo wyższych podatków w mieście, i jeszcze ma ponosić dodatkowe obciążenia związane z rekultywacją terenu, który wcześniej był zabudowany, to woli iść „w pole”, gdzie nie ma w dodatku żadnych obostrzeń dotyczących architektury itp. Nawet gdyby miasta prowadziły najlepszą politykę mieszkaniowo-komunalną, to nic nie poradzą na to, że gminy podmiejskie występują w roli konkurentów w stosunku do miasta, wokół którego są skupione.
– Tego się dziś nie uniknie.
– Ale można by uniknąć. I na tym polega zasadniczy błąd polityki przestrzennej w Polsce: nie mamy odróżnionej klasyfikacji obszarów miejskich i wiejskich. Na przykład w Niemczech nie ma takiej możliwości, żeby wybudować osiedle mieszkaniowe w obszarze, który jest zaklasyfikowany jako otwarty, czyli wiejski. W Polsce można wszystko robić wszędzie. To jest powód, dla którego mamy tak żywiołowe niszczenie krajobrazu wiejskiego. Mamy ujemny przyrost demograficzny, miasta mamy zabudowane niezbyt gęsto w porównaniu z Europą Zachodnią, a jednak nasze miasta i tak się rozlewają. Kto trochę podróżuje po Europie, łatwo stwierdzi, że jesteśmy krajem o naprawdę tragicznie zdewastowanym krajobrazie.
– Krajobraz to żadna wartość we współczesnej Polsce.
– Tak właśnie sądzą włodarze gmin podmiejskich. Gminy podmiejskie to aktualnie dobre, dochodowe przedsiębiorstwa, gdzie wójt jest prezesem zarządu i różnymi metodami, legalnymi i nielegalnymi, robi złote interesy na tym, że właściwie wszystko wolno albo wszystko uchodzi na sucho.
To paradoks: zaniedbanie polskich miast, brak troski o rewitalizację terenów poprzemysłowych to także efekt tego, że pozwalamy bezkarnie niszczyć tereny wiejskie. Tam jest taniej, tam się opłaca. Cierpią na tym i miasta, i tereny otwarte. Ale mało się o tym mówi, bo dzisiejsze opiniotwórcze media głównego nurtu nie służą temu, żeby prowadzić merytoryczne dyskusje, żeby oświecać społeczeństwo, a wręcz przeciwnie. Media są od zapewniania rozrywki, a nie od rzetelnych debat.
Gdyby rządzący naszym krajem chcieli faktycznie mieć rozeznanie, jaka jest sytuacja, w jakim kierunku należałoby zmierzać to naprawdę jest wciąż kogo zapytać, zarówno w środowiskach eksperckich, jak i wśród praktyków. Nie idzie o to, by pytać czterech osób, które się ze sobą zgadzają, lecz należałoby szukać ludzi o różnych opiniach, pytać w wielu środowiskach, prowadzić debaty z udziałem decydentów. Ale dziś nasza debata publiczna nie ma takiego kształtu. Jeśli zapadają jakieś rozwiązania, to niestety bardziej liczą się interesy poszczególnych koterii, niż – szumnie mówiąc – dobro wspólne.
– Przyjrzyjmy się polityce regionalnej w Polsce. Jakie są jej główne założenia? I jak wygląda praktyczna realizacja?
– Skłaniam się ku tezie, że takiej polityki w zasadzie nie ma. Owszem, istnieją dokumenty planistyczne, które formalnie nadają kierunek polityce regionalnej. Jest choćby Krajowa Strategia Rozwoju Regionalnego, jest Koncepcja Przestrzennego Zagospodarowania Kraju 2030. Problem polega na tym, że zapisy we wszystkich tych dokumentach są mało konkretne i tworzone wedle zasady „dla każdego coś miłego”. Przykładowo: „będziemy wspierać rozwój obszarów metropolitarnych” lub „będziemy wspierać rozwój miast wojewódzkich”, albo „będziemy wspierać rozwój ośrodków regionalnych, subregionalnych, lokalnych”. Jednocześnie będziemy wspierać rozwój miast i obszarów wiejskich, a na tych ostatnich będziemy dopuszczać zarówno funkcje miejskie, jak funkcje wiejskie. To jest dokładnie wszystko i nic.
Polityka przestrzenna/regionalna musi opierać się na realnym wsparciu dla bardzo konkretnie wybranych celów. Nie można równocześnie w ramach tej samej wizji wspierać tendencji wzajemnie przeciwstawnych, bo w takiej sytuacji „wygrywają” procesy i tak już zachodzące samoczynnie, jak choćby polaryzacja rozwojowa.
Ale bywa jeszcze gorzej. Część dokumentów dotyczących strategii rozwojowych wprost mówi o wspieraniu regionów wygrywających, ośrodków już rozwiniętych, czyli np. miast wojewódzkich. O tym traktuje Krajowa Polityka Miejska czy Umowa Partnerstwa, program na lata 2014–2020, wdrażana przez Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju. Kładzie się w nich nacisk na rozwój metropolii i miast wojewódzkich. A to jest jeszcze mniej korzystne dla pozostałych miast i wzmaga procesy coraz głębiej idących podziałów na tych, którzy dysponują środkami i przyciągają większy kapitał gospodarczy i kulturowy, i na tych, którym on ucieka wraz z ludźmi.
Wrócę raz jeszcze do przykładu Niemiec. W tamtejszych ustawach i dokumentach wykonawczych dotyczących planowania przestrzennego bardzo ściśle określone są zasady rozwoju regionalnego, z precyzyjnym wskazaniem potrzeb, skutków i metod unikania zjawisk przeciwnych zamierzonym. W Polsce jest to puszczone właściwie samopas.
Jest jeszcze jeden problem, związany z naszą polityką spójności. Ona się odbywa de facto w trybie konkursowym. Na ogół wygrywają ci, którzy najlepiej przygotują wnioski, a nie ci najbardziej potrzebujący wsparcia. Trudno liczyć na to, że ośrodki najbardziej zdegradowane, ich instytucje, zwykle o kadrach z niższymi kwalifikacjami, będą miały szanse wygrać w takiej konkurencji. Podobnie jest z tzw. projektami kluczowymi. Środki z nich trafiają na ogół do tych, którzy mają odpowiednie „dojścia” do władzy – mowa choćby o włodarzach miast. To z kolei specyficzny „konkurs wpływów”.
Poza tym dziś wszystko jest doraźne: przychodzi minister, ma jakiś pomysł, ktoś mu coś podszepnie, ktoś kogoś poprosi o przysługę dla swojego regionu czy miasta – i właśnie to się robi, zarzucając często wcześniejsze ustalenia.
– Ale pewnie dzięki temu np. Włoszczowa zyskała stację kolejową, na której zatrzymują się pociągi dalekobieżne. Gdyby śp. Przemysław Gosiewski nie miał dość wpływów, tej stacji by nie było. A przecież dobrze, że jest.
– Tak się składa, że o otwarcie pośrednich stacji pasażerskich na Centralnej Magistrali Kolejowej sam wnioskowałem na konferencji w 2003 r. U nas odbyło się to tak, jak widzieliśmy: niemal cała Polska, poinstruowana przez większość mediów głównego nurtu, śmiała się ze stacji we Włoszczowie. Nikt nie myślał, że znacznie bardziej groteskowa jest sytuacja, w której w centrum kraju o gęstej sieci osadniczej pociąg pokonuje 300 km i się nie zatrzymuje.
– Pamiętam bardzo charakterystyczne obrazki telewizyjne z tamtych czasów: pokazywano lokalnych pijaczków zagadniętych przez dziennikarzy na włoszczowskim rynku i pytanych, czy będą korzystać z ekspresu do Warszawy.
– Z jednej strony miało to wymiar polityczny, z drugiej pokazywało mentalność elit wielkomiejskich. Świetnie ją dziś widać na przykładzie Pendolino, z którego zrobiono ekskluzywny pociąg dla wybrańców losu, a nie szybszy środek lokomocji. Mieszkańcy Radomia czy Kielc nie mają tej łaski, by do niego wsiąść. Ludzie, którzy potrzebują takiego standardu usługi mieszkają np. w Warszawie czy w Krakowie, ale nie na „polskiej prowincji”.
To szerszy problem, odnoszący się właśnie do sposobu, w jaki duża część wielkomiejskich elit postrzega resztę kraju. Rozmawiałem ostatnio z pewnym warszawskim profesorem, który stwierdził, że w Polsce powinny być wszystkiego ze trzy filharmonie. Po co więcej? To są ludzie, których zupełnie nie interesują kulturowe aspiracje osób spoza ich dość wąskiego grona. Ktoś uważa, że w Polsce nie trzeba filharmonii poza Warszawą i Krakowem, ktoś inny dowodzi, że nasza kolej świetnie funkcjonuje, bo mamy wreszcie Pendolino…
– Motorem napędowym współczesnego świata jest gospodarka. Ale także ona zależy od bardzo różnych czynników „typowo ludzkich”: jakość instytucji, prawa, specyfika geograficzna, zasobowa, historyczna, kulturowa poszczególnych regionów. Czy Pana zdaniem istnieje u nas tego typu szersze myślenie o relacjach społeczno-gospodarczych?
– W przekazie politycznym i medialnym go nie dostrzegam. Ale w pytaniu widzę coś więcej: ważna jest kwestia aspiracji i kompetencji wspólnoty, która zamieszkuje dane terytorium. Warto postawić zagadnienie, czy w naszych współczesnych realiach mniejsze ośrodki regionalne mają warunki do odtwarzania lokalnych elit, zdolnych świadomie wpływać na rozwój swojego regionu. Obecnie w przypadku większości regionów w Polsce mamy do czynienia z następującym problemem: ludzie, którzy mogliby sami stymulować rozwój lub twórczo wykorzystywać bodźce płynące z zewnątrz – wyjeżdżają.
– W skali kraju dochodzi do erozji lokalnych elit?
– Elit lokalnych, regionalnych, nawet elit większych miast. Mamy dziś może z dziesięć ośrodków, które przyciągają kadry, stwarzają im warunki do życia zgodnego z ich aspiracjami, nie tylko finansowymi, ale także „oczekiwaniami cywilizacyjnymi”, związanymi z dostępem do edukacji, kultury wyższej, infrastruktury medycznej, usługowej itd.
W ujęciu socjologicznym kładzie się silny nacisk na fakt, że podstawowym czynnikiem regionalnego rozwoju są zasoby ludzkie. To one są zdolne choćby właściwie zarządzać instytucjami publicznymi, tworzyć odpowiednie projekty, opracowywać strategie rozwoju i pozyskiwać środki na rozwój. Jeśli istnieją takie kadry, to często przyciągają na przykład zewnętrznych inwestorów, bo potrafią z nim współpracować. Mieliśmy niedawno w Radomiu do czynienia z zamykaniem oddziałów szpitalnych, ponieważ szpital nie był w stanie znaleźć pracowników odpowiednio wykwalifikowanych – ani w samym mieście, ani na zewnątrz.
– Mówiliśmy o tym, że jednym z czynników przyciągających fachowców i budujących całościową „ofertę” ośrodka, jest dostęp do kultury. Jak wygląda życie kulturalne Radomia, jego infrastruktura kulturalna?
– Wszystko jest, poza filharmonią, ale w dużo mniejszej skali niż wynikałoby to z wielkości miasta. Mamy jeden teatr – to akurat standard w ośrodkach tej wielkości. Ale Radom nie ma własnej orkiestry symfonicznej, istnieje jedynie Radomska Orkiestra Kameralna, zresztą na bardzo dobrym poziomie. Poza tym odbywają się u nas Międzynarodowy Festiwal Gombrowiczowski i Radomski Festiwal Jazzowy. Czasem większe wydarzenia artystyczne organizuje tutaj Krzysztof Penderecki, który współpracuje z miejscową szkołą muzyczną. Mamy Muzeum Jacka Malczewskiego na przyzwoitym poziomie, jest w Radomiu Muzeum Sztuki Współczesnej, które ma jedną z dziesięciu największych kolekcji w Polsce. Niestety, uważam, że to naprawdę mało w stosunku do wielkości miasta i regionu, że elita kulturalna jest bardzo wąska. Problem polega też na tym, że wiele instytucji musi walczyć o przetrwanie. „Organa prowadzące” te instytucje są na ogół samorządowe i mają mało pieniędzy. Stąd rokrocznie pojawia się wątpliwość: „będzie finansowanie czy go nie będzie?”. A jeśli są to instytucje marszałkowskie, to już w ogóle nie jest ich priorytetem, żeby w Radomiu rozwijała się kultura.
Na to wszystko nakłada się jeszcze jedna kwestia: z jednej strony wąskie są elity, które tworzą wysoką kulturę, z drugiej – wąskie jest grono osób, które chce z niej korzystać. Przecież mnóstwo osób stąd już wyjechało…
– Dziękuję za rozmowę.
Radom, 24 marca 2015 r.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 22 czerwca 2015 | opinie
Wiele już powiedziano o kontrowersyjnej kampanii Fundacji Mamy i Taty „Nie odkładaj macierzyństwa na potem”. Jej obrońcy zwracali uwagę, że sukces życiowy i poczucie samorealizacji mogą okazać się pułapką i przeszkodą dla macierzyństwa. Krytycy udowadniali za to, że odkładanie macierzyństwa/ojcostwa „na potem” nie sprowadza się z reguły do sugestii zawartych w kampanijnym spocie. A to dlatego, że przytłaczająca część polskich kobiet i wielu potencjalnych rodziców broni się przed dziećmi (często wyczekiwanymi, w tym dramat!) wcale nie dlatego, że zwiedzali stolicę Kraju Kwitnącej Wiśni, ocierali z ust okruszki po śniadaniach w paryskich kawiarniach, albo wygodnie urządzali się w swoich apartamentach, loftach i posiadłościach.
Niewykluczone, że nie byłoby tak wielkiego zamieszania, gdyby prezes Fundacji Mamy i Taty, Paweł Woliński, poprosił twórców kampanii o opatrzenie filmu krótkim opisem: „spot przeznaczony tylko dla osób odpowiednio zamożnych”. Podobną informację powinien zawierać inny ze spotów tej fundacji, „Pomyśl o dziecku!”, w którym oglądamy dziewczynkę stwierdzającą: „fajnie mieć kucyka, ale siostrę fajniej”, a z offu słychać męski głos: „Im nas więcej – tym weselej. Pomyśl o dziecku!”. Jeśli wziąć pod uwagę dane zawarte w niedawnym raporcie Głównego Urzędu Statystycznego, wskazujące, że aż 27 proc. gospodarstw domowych z więcej niż trójką potomstwa żyje poniżej progu skrajnego ubóstwa, rzecz przestaje budzić ciepły uśmiech. Dodajmy, że próg skrajnego ubóstwa to wydatki poniżej 540 zł miesięcznie dla osoby samotnie gospodarującej lub 1458 zł dla gospodarstwa czteroosobowego.
Na marginesie: w spocie „Nie odkładaj macierzyństwa na potem” to kobieta nie chce mieć dziecka, a w spocie drugim, „Pomyśl o dziecku”, to mężczyzna zachęca do posiadania potomstwa. Nawet jeśli to tylko zbieg okoliczności, to rzecz jawi się interesująco – egoizm kobiet plus troska i zachęta ze strony mężczyzny. Tyle że w rzeczywistości to polskie kobiety są często zarządcami gospodarstw domowych, to na ich głowach i ramionach spoczywa troska o to, żeby często niewielkie domowe budżety pozwoliły związać koniec z końcem. Dla twórców kampanii „Nie odkładaj macierzyństwa na potem” bogata kobieta jest osobą, której trzeba przypomnieć (może nie bez racji), że może być matką. Jednak dla bardzo wielu polskich kobiet ich zdolności menedżerskie, ich samoorganizacja, umiejętność strukturyzowania otaczającego je świata mają zupełnie inny wymiar, niż troska o piękne urządzenie luksusowego wnętrza.
Rzecz nie tylko w tym, że panie wysyłają panów do sklepu z listą zakupów. I nie tylko w tym, że często mieszkania kobiet-wdów są schludne, a mężczyzn-wdowców zabałaganione. Nawet nie tylko w tym, że kobieta „musi mieć czas” i na dom, i na pracę, a jeszcze dobrze by było, żeby wyglądała jak top modelka. I również nie w tym, że – choć oczywiście nie jest tak zawsze – to kobieta musi łączyć doglądanie chorego dziecka z innymi obowiązkami, domowymi i zawodowymi, bo taka jest „jej naturalna rola”. Są i inne sprawy. Czas jakiś temu prof. Elżbieta Tarkowska opowiadała „Nowemu Obywatelowi”: Do znudzenia powtarzam przykład z moich badań przeprowadzonych w połowie lat 90. Matka ośmiorga dzieci mówiła, że każdego dnia zamyka się na klucz w łazience, ponieważ musi się skupić i zastanowić, co im dać do jedzenia. Śniadanie jest dla większości z nas rzeczą banalną, w ogóle nie zwracamy na nie uwagi. Natomiast w przypadku biednych rodzin to samo śniadanie urasta do problemu, który wymaga namysłu, wysiłku, strategicznego myślenia.
Prof. Tarkowska wskazywała na coś jeszcze: na ogromną wyobraźnię i kreatywność tych kobiet, które wcale nie odwiedzają Tokio, Paryża ani Szanghaju, a własny kucyk dla dziecka to dla nich wizja równie prawdopodobna jak to, że polecą na Marsa. Robienie czegoś z niczego to sztuka, w której biedne kobiety są mistrzyniami. Dlatego właśnie szybko się starzeją, chorują. Mówię głównie o kobietach, ponieważ jedną z postaci zjawiska feminizacji ubóstwa jest często przejmowanie przez nie odpowiedzialności za to, żeby potrzeby rodziny były zaspokojone. Kobiety nie tylko wykonują prace domowe, ale także pożyczają, zwracają się o pomoc, kupują na kredyt. W rzeczonych badaniach była również pozycja „nicnierobienie” – okazało się ono domeną mężczyzn.
To sprawy wstydliwe, bo wcale nie dotyczą one jedynie zdecydowanie uboższej części społeczeństwa, a stanowią pewien kulturowy schemat, który mężczyźnie daje pozycję „żywiciela rodziny”, a kobiecie „strażniczki domowego ogniska”. W rzeczywistości często kobiety pełnią obie te funkcje, co najwyżej czasami „biorąc sobie wychodne”. I szkoda, że obrońcy kampanii „Nie odkładaj macierzyństwa na potem”, często rekrutujący się z grupy „aspirujących do klasy średniej”, nie chcą dostrzec tych różnic między samodzielnością zawodową i „wyuczonym egoizmem” kobiet ze spotu a znacznie powszechniejszym losem Matek Polek, które muszą zdążyć ze wszystkim: to tańsza siła robocza pośród taniej siły roboczej. Ale nikt nie tworzy kampanii społecznych zwracających uwagę na ich sytuację. Nie jest tak, że krytycy kampanii Fundacji Mamy i Taty nie zrozumieli intencji jej twórców – za to twórcy kampanii sprawiają wrażenie absolutnie impregnowanych na świat bez kucyków, bez apartamentów i bez podróży na antypody naszej rzeczywistości.
A przecież rzecz nie tylko w biedzie. Nawet przy przeciętnych polskich zarobkach trudno znaleźć pieniądze na prawdziwego konika dla swojej pociechy. Nie mówiąc już o tym, że dane GUS i Eurostatu potwierdzają, że Polacy żyją w przeludnieniu. Na tzw. przeciętnego Polaka/przeciętną Polkę przypada 26,3 m kw. powierzchni mieszkaniowej, gdy statystyczny Duńczyk ma ich dwa razy więcej (50 m kw.), a Niemiec – o dwie trzecie więcej. Cytuję za „Nowym Obywatelem”: Nad Wisłą na mieszkańca przypada jeden pokój, a średnia europejska to 1,6 pomieszczenia. 45 proc. obywateli mieszka w za małych mieszkaniach, przy średniej dla Europy wynoszącej jedynie 17 proc. Gorzej niż w Polsce jest tylko w Rumunii i na Węgrzech. Jeszcze słabiej przedstawia się sytuacja podziału metrażu pomiędzy osoby w mieszkaniach wynajmowanych – Polacy aż w trzech przypadkach na cztery (73 proc. badanych) mieszkają w za małych pomieszczeniach, gdyż wynajmują niewielkie pokoje, często z kimś współdzielone. Jako typowy Krzysztof patrzę zatem na wspomniany wyżej spot i dziwię się niepomiernie: „ale skąd, psiakość, kucyk?”. A przecież wszystko jest jasne: to spot tylko dla bogatych. I to powinno być jasno powiedziane.
Błędem byłoby jednak sądzić, że tylko rodzimi bogaci i bogobojni na tyle odkleili się od typowo polskich realiów, że epatują społeczeństwo własnymi klasowymi przekonaniami i przesądami, mniej lub bardziej subtelnie przekonując maluczkich, że są to wzorce uniwersalne i normatywne. Warto przypomnieć głośną wypowiedź sprzed kilku lat, autorstwa liberalnej feministki Magdaleny Środy. Wywiad z nią ukazał się w „Magazynie Świątecznym”, w czasie gdy trwał właśnie Kongres (Bogatych i Wyzwolonych) Kobiet. Agnieszka Kublik pyta: Wie pani, jak trudno jest kobietom łączyć pracę w domu z karierą zawodową? Na co jej rozmówczyni: Przecież łączyłam i łączę. Nie jest trudno. Kublik ripostuje: Nie? Pani pierze, prasuje, zmywa, gotuje… Ale trudno zbić z pantałyku Magdalenę Środę: Pierze pralka, prasować nie trzeba, gotować uwielbiam. A sprząta mi pewna pani. Szach mat, proszę państwa, szach mat, szanowne prekariuszki, które pewnie nigdy nie doczekacie się, że sprzątać wam będzie „pewna pani”. Szach mat, matki, które zarabiacie tyle, że na „pewną panią” musiałybyście wydać własną pensję, a może jeszcze coś dorzucić z pensji męża, partnera czy konkubenta. Szach mat i dla „pewnej pani”, która – jako służąca – musi sprzątać i u siebie, i u liberalnej feministki. Temat na wypracowanie (o ile w szkołach takie tematy są jeszcze omawiane): porównaj ścieżki kariery zawodowej Magdaleny Środy i „pewnej pani”, wskazując na determinanty ekonomiczne, klasowe, środowiskowe, kulturowe i społeczno-gospodarcze.
Przyznam szczerze: myślę, że to naprawdę sympatycznie mieć kucyka. Jeszcze sympatyczniej jest mieć i kucyka, i rodzeństwo. Cieszy mnie i to, że są w Polsce kobiety, przed którymi otworem stoją Tokio, Paryż i znaczne sukcesy zawodowe. Dlaczego by nie? Rozumiem i to, że ktoś chce przypomnieć tym kobietom, że mogą też być matkami. Ale nie zgadzam się na to, żebyśmy jako społeczeństwo byli zakładnikami najbogatszych. Choć, niestety, już jesteśmy. Tak urządzony jest ład społeczno-gospodarczy III Rzeczpospolitej.
Rozwarstwienie, szczelny podział klasowy to nie jest tylko problem ekonomiczny. To kwestia języka, obyczajów, perspektyw, szans na przyszłość, definiowania problemów i przedstawiania antidotum na nie. Świat bogatych rządzi się własnymi prawami – jest w nim większe przyzwolenie choćby na prywatną opiekę zdrowotną i edukację, na racjonalne – z punktu widzenia interesów bogatych – żądanie mniejszych obciążeń podatkowych, często też na bezkarność wobec fiskusa. Jest w tym świecie przyzwolenie na narastanie różnic między obszarami bogactwa i biedy. Jest w nim chęć odseparowania się od ogółu za wieloma już zamkniętymi drzwiami, za murami, za kordonami prywatnej ochrony, za barierami, które tworzy próg dochodów. Jest w tym świecie także znacznie więcej miejsca na nieznany ogółowi (z własnego doświadczenia) komfort życia, z którym wiążą się i pewne przyjemności, i możliwości działania i odpoczynku, i pewne zagrożenia.
Świat bogatych to łatwiejszy dostęp do polityki, większy wpływ na legislację, znacznie szersze możliwości wzmocnienia kapitału kulturowego własnej rodziny, zatroszczenia się o los swoich dzieci. To również lepszy dostęp do środków masowego przekazu, to możliwość opłacenia odpowiednich kampanii, spotów, billboardów itp. Przeciętni Polka i Polak skazani są zwykle na samych siebie, ponieważ oferta publiczna jest coraz skromniejsza, a często skierowana już jedynie do rzeczywiście najuboższych, a i to w formie rzuconego ochłapu. Polityczne oddziaływanie większości społeczeństwa jest znacznie słabsze niż oddziaływanie jego części nielicznej, ale uprzywilejowanej przez bogactwo. Skromnie żyjące matki, skromnie żyjący ojcowie, skromnie żyjące rodziny są prawie nieobecni w naszej debacie publicznej. Kto ma mówić w ich imieniu? I kto ich wpuści do telewizyjnych studiów, do redakcji opiniotwórczych gazet, kto im da pieniądze na dużą kampanię w nowych mediach i na billboardy?
Nie bez wpływu na to wszystko jest fakt, że niezależnie od wykonywanych zawodów, niezależnie od wahań w zarobkach, niezależnie od miejsca zamieszkania – ta znacznie większa część społeczeństwa jest zorganizowana znacznie gorzej niż kluby, koterie, lobby i sitwy najbogatszych. Trudno się w tym kontekście dziwić, że „antysystemowy” ruch w Polsce w kwestiach społeczno-gospodarczych bazuje na przekonaniu, że „liberalizm dla bogatych” wreszcie rozwiąże bolączki społeczne tej biedniejszej części społeczeństwa. Przecież wkurzony Paweł Kukiz jest człowiekiem jak na polskie realia naprawdę majętnym, a jego „wyobrażenia społeczne” i recepty na gospodarkę i państwo są do tego adekwatne. No chyba że duży dom z basenem i całkiem sporym areałem to rodzima norma…
Bogaci nie potrzebują państwa, a przynajmniej nie w taki sposób, jak ludzie zarabiający znacznie mniej. Mogą to państwo ominąć, tak jak mija się prowincjonalną Polskę z zamkniętymi dworcami kolejowymi, pełną dziurawych i wąskich dróg, podróżując pociągiem klasy premium z jednej metropolii do drugiej. Mówiąc publicystycznym skrótem: bogaci żyją w innej czasoprzestrzeni, w alternatywnym świecie. Ale dyktują swoje warunki, przekazują swoje wyobrażenia, nauczają i pouczają. Podstarzały bon vivant Janusz Korwin-Mikke, prorok liberalizmu po polsku, jest najwymowniejszym tego przykładem.
Cały kłopot w tym, że często ta znacznie skromniej żyjąca część społeczeństwa nie zdaje sobie sprawy, że logika bogactwa i racjonalność bogatych to nie jest ich własna logika i racjonalność. Dla wielu ludzi Kukiz, czyli burżua po polsku, jest „zwykłym, wkurzonym facetem”, „swojakiem” wściekłym na oderwaną od polskich realiów klasę polityczną. Ale to zwykły humbug – taki sam żart jak kucyk w każdym polskim domu. Nie wykluczam, że Kukiz raz po raz odczuwa wkurzenie, bo wściec się każdy może. Nie wykluczam, że Środa świetnie łączy życie rodzinne z zawodowym – tylko że ich świat nie jest światem znacznej części polskiego społeczeństwa. Niestety, jak długo w polskim życiu publicznym myślenie klasowe będzie leżało odłogiem, tak długo będziemy skazani na „jedynie słuszne” opowieści bogatych.
Póki co mamy swoją własną wieżę Babel. Języki już pomieszano, ale mowa bogatych znaczy więcej. Wyrobnicy, najemnicy, biedni dźwigający w górę coraz większe ciężary na coraz bardziej elastycznie zgiętych plecach, przynaglani, by wznosić kolejne piętra cudzego dobrobytu, słuchają tej mowy, próbują w niej mówić, uznając ją za własną. I w tym ich nieszczęście i kolejne lata w niewoli.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 11 maja 2015 | opinie
Kilka tygodni temu w Krakowie odbył się pokaz filmu „Niepamięć” w reżyserii Piotra Brożka oraz dyskusja nad nim. Zapowiadany jako „pierwszy dokument o pańszczyźnie”, wzbudził spore kontrowersje. „Niepamięć” nie jest właściwie filmem o pańszczyźnie ani nawet analizą jej dziedzictwa we współczesnym polskim społeczeństwie. To raczej mocno subiektywny zapis spotkania wywodzącej się ze wsi wielkomiejskiej inteligentki, Magdaleny Barteckiej, z potomkiem arystokratycznej rodziny, Franciszkiem Ledóchowskim. To zbyt mało, żeby mówić o filmie na temat pańszczyzny i jej dziedzictwa. Ale wystarczająco dużo, by zastanowić się, co właściwie pozostało we współczesnej Polsce z dość już odległej przeszłości. Znamienny jest także tytuł. Niepamięć wiąże się z brakiem wiedzy i rzeczywiście w trakcie krakowskiej dyskusji po filmie miałem wrażenie, że poruszamy się po omacku w dziedzinie niepamięci, czyli domniemań i hipotez, mniej lub bardziej udolnych prób rekonstrukcji stanu rzeczy.
W naszej współczesnej kulturze i obyczajach bardzo trudno wyraźnie rozpoznać, co jest realnym dziedzictwem wsi, a co konglomeratem bardzo wielu transformacji, przez jakie przechodziło polskie społeczeństwo w ciągu tylko ostatnich dziesięcioleci. Należałoby zresztą doprecyzować na wstępie, o jakiej wsi myślimy. Mamy w granicach Polski wsie z tak różnych regionów, jak Pomorze Zachodnie, Wielkopolska, ściana wschodnia, Galicja, świętokrzyskie. Mamy wieś na Kaszubach i na Spiszu. Historyczne różnice są tu znaczne, kwestie gospodarcze mieszają się ze strukturą etniczną czy z politycznym, społecznym i kulturowym dziedzictwem zaborów, a nawet czasów przedrozbiorowych. Ale to wszystko, co przetrwało do dziś z tego odleglejszego dystansu czasowego, jest właściwie wyłączną domeną profesjonalistów, przede wszystkim etnologów. Laik może tylko uchwycić pewne najwyrazistsze znaki odmienności, wciąż dostrzegalne czy to w języku, czy w obyczajach i artefaktach, pozostałościach tego, co jeszcze ocalało ze specyfiki wsi, która weszła w kontakt z homogenizującą siłą kultury masowej i w znacznej mierze „dostosowała” się do wzorców życia tworzonych w miastach. Na marginesie: jeśli pojedziecie dziś na „wiejski odpust”, dostaniecie tam najczęściej zabawki przywiezione z miejskich hurtowni, wyprodukowane w Chinach. Jeśli będziecie mieli szczęście, to ozdobą odpustu będzie kilka stoisk z eko-żywnością oraz z dość różnej jakości i „autentyczności” wyrobami z drewna. To jest najwymowniejszy znak tego, co się stało z kulturą wiejską/ludową w skali masowej – także na samej wsi.
Początek końca kultury wiejskiej w jej różnych historycznych odmianach to ten moment w czasach PRL, kiedy na wsi masowo pojawiły się telewizory. Kobiety przestały się spotykać wieczorami, by drzeć pierze – każdy we własnym domu oglądał kolejny odcinek Teatru Sensacji „Kobra”. Wcześniej wtopienie się wsi w wielkomiejską nowoczesność sygnalizowała ekspansja innych produktów przemysłowych: ubrań, potrzebnych w domu i zagrodzie artykułów codziennego użytku oraz sprzętu rolniczego. Na polskiej wsi znajdziecie jeszcze starych ludzi, opowiadających ze łzami w oczach o tym, jak w ich gospodarstwie pozbyto się ostatniego konia służącego do prac na roli. Było to w latach 60., 70., niekiedy jeszcze w 80. Czy tego chcemy, czy nie, dziś wiejskie rzemiosło stanowi na ogół element folkloru – wytwarzanego na potrzeby bądź to bardzo bogatego klienta, bądź na rynek masowy, dla turystów albo uczniów szkół podstawowych, którzy na wycieczce w Zakopanem kupią masowo produkowane imitacje ciupag.
Kolejną okolicznością, która przyczyniła się do zaniku wiejskiej kultury jako znaczącego zjawiska, była masowa migracja ludności wiejskiej do miast. Być może to właśnie ten, rozłożony na wiele pokoleń i wciąż niezakończony proces, był tu najistotniejszy, choć także mówienie o migracjach jako o spójnym fenomenie jest uproszczeniem. Tak naprawdę bowiem niewiele mają ze sobą wspólnego ludność chłopska z Galicji emigrująca za chlebem do Ameryki w drugiej połowie XIX w., imigranci z bieda-wsi piaszczystego Mazowsza i dzisiejsi emigranci zarobkowi, uciekający ze wsi popegeerowskiej w Wielkopolsce do Anglii, Niemiec, do rodzimych metropolii. Bardzo trudno nam też w pełni zrozumieć dziś migracje ludności wiejskiej opisane w „Ziemi obiecanej” Reymonta, gdy wegetację na głodnej i bezrobotnej wsi zamieniano masowo na robotnicze życie w łódzkich manufakturach. Tymczasem to właśnie rewolucja wielkiego przemysłu – co dobrze widać właśnie na kartach tamtej powieści – przetrąciła kark kulturze wsi – zarówno kulturze chłopstwa (biednego i bogatego), jak i kulturze panujących nad wsią i folwarkami szlacheckich/arystokratycznych dworków. Ale pal licho dworek. Skupmy się na chłopkach i chłopach, wieśniakach, którzy nie mieli do stracenia nic oprócz głodu, nie tylko na przednówku, dla których piekło fabryk, których kominy sięgały wyżej niż kościelne wieże, okazywało się atrakcyjniejsze od piekła wsi.
To jedno jest pewne. Gdy pytamy dziś, dlaczego współczesna rodzima kultura jest tak „miastocentryczna”, prawdopodobna odpowiedź może brzmieć: ta wiejska była niechciana, nie miała nic lub niewiele, co można byłoby przechowywać i kultywować po przeprowadzce do większego ośrodka. Wyrzekali się jej więc ci, którzy z niej się wywodzili, czyli masy migrujące do miast. Czym często była wieś? Harówką od wczesnego rana do nocy, brakiem higieny, błotnistymi drogami, podporządkowaniem czterem żywiołom i czterem porom roku. Miasto dawało awans, nawet jeśli był to awans problematyczny, obciążony nowymi rodzajami ryzyka. Miasto to była (i wciąż jest) edukacja, miasto to był (i znów coraz częściej się tym staje) dostęp do „reglamentowanych” dóbr cywilizacyjnych: lekarza, urzędów, instytucji kulturalnych, lepiej zaopatrzonego rynku towarów i usług itd., itp. Miasto to był dostęp do lepszego standardu mieszkaniowego. I wreszcie miasto to praca, a przynajmniej cień szansy na pracę, której tak często nie starczało na przeludnionej i małorolnej wsi.
Co można było przenieść ze wsi do miasta? Artefakty? Strój wiejski okazywał się zbędny. Przedmioty starzały się i odchodziły do lamusa. Często były zresztą ubożuchne i nie było ich wiele – widomy znak mizerii kulturowej przednowoczesnej wsi. Piosenki, klechdy, bajania? Powoli zacierały się w pamięci, wypierane przez miejską kulturę masową i jej rozrywki. Zostawała pamięć, ale i ta z czasem coraz bardziej okazywała się niepamięcią, czymś schowanym głęboko w duszy, bo nikomu już – z coraz młodszych i młodszych – niepotrzebnym. A może zostawała duma z własnej przeszłości? Ale jaka duma i z czego, skoro tamto życie było nierzadko upokarzająco smutne i ubogie? Przecież wielu z tych, co ze wsi przybywali do miasta, nie miało niemal nic własnego. Może poza religijnością, która na płótnach malarzy ukazujących Wielkanoc na wsi zawsze jest taka sama: dworek, pan i pleban, chłopki klęczące na ziemi przy święceniu pokarmów. Tak, piękne wiejskie obyczaje, tyle że były obyczajami służącymi przede wszystkim panom, a ci klęczący ludzie o spracowanych rękach, o surowych twarzach, które szybko przegryzały starość, zmęczenie i ból, byli tylko postaciami z drugiego, trzeciego planu. Te masy nie miały w zasadzie nic swojego – nawet ich kultura była „kulturą podporządkowaną”, niepodmiotową, niesuwerenną. Nic więc dziwnego, że w kolejnych pokoleniach zrzucali z siebie resztki tej wiejskości, tego „wieśniactwa”, tej „wsiowości” – nawet nie dlatego, że im tak kazano, ale dlatego, że pamięć była brzemieniem, a może wręcz głęboko schowanym resentymentem i wstydem (to właśnie widać w „Niepamięci”!), świadomością podległości nawet jeśli już nie pańszczyźnianej, to zawsze instytucjonalnej, obyczajowej, kulturowej.
Ale tu warto wprowadzić kontrargument. Polska wieś ostatnich dekad zaborów i późniejsza miała przecież swoje reprezentacje partyjne, swój ruch ludowy, swoje elity polityczne i kulturowe. Miała samoorganizację i samopomoc, wcieloną choćby w różne formy spółdzielczości. Była zatem także wieś zamożniejsza, świadoma swoich praw, harda. Niejednokrotnie antyklerykalna, choć religijna. Była wieś, która umiała korzystać z rewolucji przemysłowej dla powiększenia własnej zasobności, która z mas swojej ludności potrafiła uczynić siłę polityczną. Jednak i w jej obrębie zachodziło stopniowe obumieranie „tradycyjnej wiejskości”. Chłopki i chłopi w strojach ludowych, których widzimy jeszcze na zdjęciach z czasów II Rzeczpospolitej, nie chadzali tak przecież na co dzień, o czym wielokrotnie informowali mnie przeróżni rozmówcy. Zakładali je właśnie na specjalne okazje – tak tworzył się folklor jako specyficzna wizytówka własnego rodowodu. Niby wciąż „naturalna”, ale w jakiś sposób już odświętna, kultywowana w ramach rytuałów manifestowania własnej tożsamości/odrębności, świadomie przyjmowanej konwencji, z definicji niecodzienna.
Te procesy przebiegały coraz intensywniej i sięgały coraz głębiej, by w czasach PRL doprowadzić do niemal pełnego „umiastowienia” wsi, związanego m.in. z coraz częściej występującą dwuzawodowością, która utrzymuje się do dziś. To umiastowienie dokonywało się tym bardziej, że w ustroju centralnego sterowania wyobraźnią i aktywnością społeczną wszelka samorządność, wszelki oddolny ruch społeczny, były skrzętnie pilnowane. Szczególnie wyraziste były konsekwencje tego faktu w wymiarze politycznym: cały dawny ruch polityczny chłopstwa, bardzo różnorodny, został reglamentowany w ramach Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Centralizowała się także kultura ludowa, przemieniając się w „Cepelię” i ekskluzywne kramy w Sukiennicach. W dodatku wieś w czasach PRL – obok niewątpliwego skoku cywilizacyjnego – doświadczyła dwóch specyficznych form „neopańszczyzny”. Ta bardziej znana to Państwowe Gospodarstwa Rolne, ta rzadziej wspominana to ogromne kontyngenty żywności, jakie polska wieś musiała składać na rzecz miasta. Polegały one na dostarczaniu państwu w ściśle wyznaczonych terminach zboża, ziemniaków, żywca (a do 1957 r. także mleka) po znacznie zaniżonych cenach. Warto także przyjrzeć się historii powszechnych ubezpieczeń społecznych na polskiej wsi – znany nam stan rzeczy jest de facto wynikiem ustaleń, jakie wywalczyła dopiero na początku lat 80. XX w. Solidarność Rolników Indywidualnych! Do 1972 r. bezpłatna opieka zdrowotna w ogóle nie dotyczyła rolników indywidualnych i ich rodzin. Pierwsze świadczenia dla rolników pojawiły się w PRL dopiero w 1963 r., a i to w zamian za nieodpłatnie przekazane państwu przez chłopów gospodarstwa rolne. Również dopiero w 1972 r. ostatecznie zniesiono kontyngenty! To pokazuje skalę upośledzenia wsi.
Gdy nadeszła III RP wyzwaniem dla polskiej wsi stały się nowe, bardzo silne czynniki modernizacyjne, związane z transformacją. Wieś po raz kolejny doświadczyła wówczas swej podrzędności: zwłaszcza rolnicy, których część na krótką chwilę zjednoczył Andrzej Lepper, oraz wieś popegeerowska, której zrzucono z pleców jarzmo neo-pańszczyzny, w zamian dając jej nieznośną lekkość masowego bezrobocia.
Dla wszystkich wyżej wymienionych przyczyn bardzo trudno dziś zrobić film o pańszczyźnie, który rzeczywiście byłby dokumentem wprost jej poświęconym i analizującym jej skutki w perspektywie długiego trwania. Temat wymaga z pewnością więcej niż jednego dokumentu, prędzej już wielopłaszczyznowego cyklu w rodzaju poświęconego polskiej transformacji „Systemu 09”. Gdybym jednak miał zaryzykować odpowiedź na pytanie, co jest współczesnym dziedzictwem pańszczyzny, a przynajmniej jego ważnym elementem składowym, odpowiedziałbym, że jest nim kultura podporządkowania, nieumiejętność budowania własnej podmiotowości. Kultura wsi, kultura mas po-chłopskich jest de facto kulturą wyrzeczenia się samej siebie i dostosowania do cudzej logiki i wzorców. Być może jest to istotna część fenomenu, który nazywamy dziś neokolonializmem; masy wciąż potrzebują pana, nawet jeśli coraz rzadziej potrzebny im pleban. Równocześnie trwa zaciekła walka o lepsze umiejscowienie w szybko kostniejącej hierarchii ekonomiczno-kulturowej III RP – „kultura polskich menedżerów”, oparta na bezinteresownym upokarzaniu stojących niżej także może być dalekim echem pańszczyzny, rodzimej tradycji przed-nowoczesnego wyzysku. Ale to spekulacje. „Niepamięć” to dopiero punkt wyjścia dla uświadamiania sobie tożsamości mniej sielankowej niż pogodne dni Jana Onufrego Zagłoby, we wsi Burzec bawiącego dzieci Skrzetuskich. Póki co to niepamięć jest prawdziwą kulturą polskiej wsi.