Mowa (nie)pogodzonych

Rodzisz się. Świat nie jest usłany różami, ale da się to jakoś znieść, taka ludzka dola. Może jesteś z rodziny emigrantów, którzy przybyli ze wschodniego skraju Europy, gdzie była prawdziwa bieda. Albo trafili tu z Maroka, Bretanii, Włoch lub Belgii. Rośniesz, poznajesz smak życia. Zależnie od daty urodzenia – pamiętasz wojnę lub opowiadają ci o niej starsi. Idziesz do pracy, do cukrowni, która – jak to bywa na prowincji – stanowi niemal jedyną możliwość zatrudnienia dla ludzi z twojego miasteczka. Któregoś dnia, nie pamiętasz dokładnie kiedy, ale wiesz, że było to ze 40 lat temu, zakład zostaje zamknięty. Lądujesz na bruku. Ląduje na bruku twój sąsiad, sąsiadka, krewni i ten nieprzyjemny facet z następnej ulicy. Prawie całe miasteczko ląduje na bruku. A ty musisz jakoś dalej żyć. Wszyscy musicie jakoś żyć.

Blisko czterdzieści lat później, w jednej z kawiarni we francuskim miasteczku Crisolles (w regionie Pikardia) spotykają się ludzie, żeby opowiadać o stuletniej cukrowni, zlikwidowanej w 1966 roku. Poszukiwanie straconego czasu… Wielu z nich to dzieci nieżyjących już dawnych mieszkańców miasta, część to naoczni świadkowie tamtych wydarzeń – zwykli ludzie, którym później udało się jakoś żyć. Przełknęli swoją porcję biedy, goryczy i bezradności, przetrawili niezawinione upokorzenie – znaleźli pracę na roli lub w dalej położonych fabrykach. Życie wróciło do normy, świat się zmieniał, przybyło dostatku i wolnego czasu. Choć było go ciągle za mało, żeby myśleć o starych ranach.

Ale wreszcie przyszedł ten moment, żeby opowiedzieć o dawno zamkniętej cukrowni, jej strukturze, hierarchii zakładu pracy, stosunkach z pracodawcami, wakacjach, urlopach, dniu powszednim na polu obsadzonym buraczanymi sadzonkami. Żeby ze wspomnień na nowo utkać podarte na strzępy płótno minionego życia. Projekt pod patronatem stowarzyszenia „Souffler n’est pas jouer”, animowany przez Catherine Zambon, nazwano „Słowa Buraków”. Na jego podstawie powstało przedstawienie teatralne „Trudne ziemie” (Les terres fortes) w reżyserii Sylvie Baillon. Francuska premiera spektaklu odbyła się 5 października 2005 r.

2 marca 2007 roku. Paskudny, deszczowy wieczór, przed nowohucki teatr „Łaźnia Nowa” na os. Szkolnym tuż przed 18.00 zajeżdża autokar. Wysypuje się z niego spora grupka rozmawiająca po francusku: od dzieci, przez osoby dorosłe, po starszych ludzi. Kilkanaście minut później, w dużej, wypełnionej po brzegi sali zaczyna się spektakl. Rozmowy, dialogi, śpiew chóru – po francusku, a w tle napisy po polsku. Nie wiadomo, czy patrzeć na aktorów, z tonu głosu, mimiki, gestów wyłapywać najważniejsze treści – czy śledzić tłumaczenie. Co ważniejsze: ta obcość, która wyraża swoje szczęście, ból, próby chwycenia wątłej nici nadziei na przyszłość, obcość, która głosem dziecka odtwarza przeszłość, śpiewem starej kobiety przywraca jej sens i wartość – czy słowa, łatwiejsze do zrozumienia, ale tak oczywiste, że aż zaciemniają istotę rzeczy?

Powtórzę – minęło 40 lat od zamknięcia cukrowni w Crisolles. W sztuce „Trudne ziemie” biorą udział amatorzy – mieszkańcy miasteczka. To przedstawienie nie jest grą fabuły, fikcją literacką przeniesioną na teatralne deski, ale wysublimowaną rekonstrukcją wydarzeń, spektaklem pogodzonych z losem. To nie jest opowieść snuta przez ludzi, którzy zawodowo traktują emocje, mowę ciała, słowa, a nawet myśli. Dlatego w tym, co odbierałem, czułem tyle życia, tęsknoty, prawdy, śmiechu i powagi. Nawet dzieci opowiadające w tym spektaklu o wspomnieniach starszych, dzieci, dla których cukrownia jest już tylko znakiem, jakiemu inni muszą przydać treść, głupiutkie dzieci, przejęte powagą chwili i tą obcą widownią, porozumiewającą się na co dzień dziwnym językiem – nawet one, swoją niewinnością, uwiarygodniały to, co działo się na scenie.

I dopiero teraz zaczynam rozumieć, w czym rzecz: to nie jest spektakl, ale rodzinne spotkanie, bo jeśli ludzie różnych narodów i języków są braćmi, to pewnie w tym, co niezależnie od okoliczności stanowi ich tożsamość – walka o godność, własna pamięć, szukanie sensu tam, gdzie o niego najtrudniej. I rzecz wcale nie w patosie, który bywa najgorszym wehikułem pamięci, ale w pięknie rzeczy banalnych. Trochę jak na stypie, gdy zostają najbliżsi: łzy, czyjś żarcik o zmarłym, ciepłe słowo, nie do końca wyraźne, pewnie na poły zmyślone wspomnienie, czarno-białe zdjęcie z dowodu sprzed trzydziestu paru lat, żałobnicy, którzy otrząsają się z bólu.

A zatem, jeszcze raz: 40 lat było potrzeba, żeby mieszkanki Crisolles, Eva Foucher i Josephine Mazgaj, których korzenie tkwią w Polsce, mogły opowiedzieć o dziwnych losach swego miasteczka, będącego najpierw szansą na lepsze życie, a później – miejscem rozpaczy. Życie w miasteczku Crisolles, którego nie znam, ale – wyobrażam sobie – atmosferą przypominało trochę miasteczka z moich rodzinnych stron. Zapyziałe, pewnie nudne dla patrzących z boku, może całkiem ładne; miasteczko, w którym szło się do pracy na kilka zmian, można było coś zjeść, wypić, zabawić się, poznać piękną dziewczynę, rzucić kamieniem w psa, pohulać w czasie święta, ponarzekać na lokalną władzę. I w tym miasteczku była stuletnia cukrownia, produkowano w niej cukier puder, na okolicznych polach wprowadzano nowe odmiany buraków, na ulicach można było usłyszeć słowa po polsku czy po włosku. Była praca, były pieniądze, wydatki, szansa na oszczędności, nadzieja na lepsze życie, dobre zamążpójście córki, piękniejszą przyszłość dla wnuków. I raptem – przypomnijmy – prowadzenie cukrowni przestało się opłacać. Była nierentowna.

To się zdarza. Zostają budynki. Pola, na których pracowano, nie dają plonu. Spracowane ręce, zbolałe kręgosłupy, ogorzałe od skwaru twarze – znajdują odpoczynek. Zbyt wiele odpoczynku, który staje się znojem cięższym niż najgorsza harówka. Bo dobry Bóg, wyrzucając człowieka z raju, rzekł mu: „W pocie czoła twego będziesz pożywał chleba” – ale przez grzeczność nie wspomniał nic o bezrobociu. No ale stało się. A po ponad czterdziestu latach pojawiła się szansa, by o tym wszystkim opowiedzieć ludziom w Nowej Hucie, Koszycach, Kazimierzy Wielkiej, Legowicach, Węglowicach…

„Trudne ziemie” to mowa pogodzonych z losem – czy aż tyle lat potrzeba, by wyznać głośno niegdysiejszy wstyd i nędzę? Czy zawsze w imieniu nieżyjących już świadków społecznych tragedii dopiero po dziesięcioleciach będą mogli wypowiadać się pozostali – ich nieliczni, pozostali wciąż przy życiu rówieśnicy, albo potomkowie, którzy ze zdjęć, zakamarków jawy i snu wydobywają wspomnienia? I to jest pytanie niepogodzonych z losem – które niestety jest jednym z najważniejszych naszych, polskich pytań. Ale myślę, że jest to także pytanie mieszkańców Crisolles, że mowa niepogodzonych wciąż jest ich udziałem, bo jest ona zarzewiem buntu, mową niezgody na zapomnienie, obojętność, krzywdę. Chciałbym jednak, żeby tej mowy, tego napięcia, tej sztuki pojednania z pamięcią i buntu przeciwko złu życia społecznego nie musieli nas uczyć Francuzi. Bo mowa niepogodzonych rozbrzmiewa w każdym zakątku Polski. Dlatego też boję się trochę takich spektakli – nie ze względu na nie same, ale z uwagi na znajomość polskiej inteligencji. Popatrzeć, jak o bezrobociu i sztuce wychodzenia zeń mówią Francuzi, podyskutować o tym przez chwilę, napisać recenzję do „Gazety Wyborczej”, a potem dalej, bezrefleksyjnie albo cynicznie ignorować mowę niepogodzonych, która rozbrzmiewa tuż obok. Zachwycać się cudzym bólem – szydzić z własnego. Ale, na szczęście, to przedstawienie było w Nowej Hucie. A w tym mieście, mam nadzieję, ludzie zbyt dobrze wiedzą, czym jest mowa niepogodzonych. I przecież sami wciąż szukają, jak ją najlepiej wyrazić, by w końcu w głosie zabrzmiała nuta ukojenia.

Trudne ziemie” (Les terres fortes), reż. Sylvie Baillon, muz. Karine Dumont, scen. Érice Goulouzelle, produkcja: stowarzyszenie „Souffler n’est pas Jouer”, 2 marca 2007 r., Teatr „Łaźnia Nowa”, Nowa Huta. Spektakl odbył się w ramach „Eldorado – Festiwal Czynu Społecznego”.

Trzecia Rzecz Wykluczająca

Trzecia Rzecz Wykluczająca

To był początek transformacji. Świetny czas dla nastolatka. Żyło się nagle lepiej, żyło się weselej. W małym wiejskim sklepie spożywczym, który w poprzednich latach miewał problemy nawet z zaopatrzeniem w chleb (na zapisy) i mięso (na kartki) pojawiło się nagle mnóstwo śmieciowych zachodnich słodyczy. Realny socjalizm ustępował pod naporem żelków Haribo, powszechnie dostępnych bananów, spodni „marmurków” i polskiej edycji pisma „Bravo”. Wolność zmaterializowała się także w postaci genitaliów płci obojga, malowanych przez uczącą się (życia) młodzież na ścianach dworca PKP w Czempiniu. Blakły za to na murach, mało już ważne, graffiti z Leninem z fryzurą punkowca i osowiałym generałem w ciemnych okularach. Raptem prawie wszystko było prawie wszystkim wolno – wypożyczać pornole w wyrosłych jak grzyby po deszczu punktach z pirackimi kasetami wideo, organizować akademie na 11 listopada, głośno wyklinać komuchów i solidaruchów, popierać Stanisława Tymińskiego, przywozić z Zachodu stare samochody, bogacić się. Wolno też było sprzedawać z łóżek polowych szybko psujące się azjatyckie dwukasetowe magnetofony, które wciągały taśmę jak rockowa gwiazda kreski. Wolno było stracić pracę bez reakcji odpowiednich, zmurszałych instytucji. Było to na tyle zachwycające, że w euforii masowo zwalniano ludzi, którzy z nadzieją czekali właśnie na swoje sto milionów.

W ten piękny czas podróżowałem z rodzicami pociągiem do Leszna albo Poznania. W niebiesko-żółtej jednostce z wiśniowymi obiciami z dermy dosiadła się do nas kobieta, jak się okazało – lekarz stomatolog. Ucięła sobie kolejową rozmówkę z moją matką, nauczycielką, i od słowa do słowa zeszło na stan uzębienia uczniów. Były to czasy, gdy powszechna fluoryzacja i wizyty lekarza i pielęgniarki powoli odchodziły w przeszłość, pewnie nie tylko w mojej podstawówce. Pani stomatolog stwierdziła, że to żaden problem, bo teraz każdego będzie już stać pójść prywatnie do dentysty i leczyć zęby. Na grzeczną uwagę, że są przecież rodziny, których jednak na to nie stać, lekarka odparła: „zawsze jest jakaś patologia”.

Atmosfera zrobiła się nieco ciężkawa, a przynajmniej ja, w sile swoich trzynastu czy czternastu lat, poczułem się zirytowany. Bo z jednej strony wiedziałem co to „patologia” na pegeerowskiej wsi, z drugiej coś mi w tej argumentacji mocno nie pasowało. Pani wysiadła gdzieś po drodze, pozostawiając rodzinę homosovieticusów z dobrą nowiną o kapitalizmie, który odbije się pozytywnie na uzębieniu narodu. I z nadzieją, że ze zdrowymi siekaczami, kłami, przedtrzonowymi i trzonowymi każdy porządny obywatel wgryzie się w świeżą dostawę perspektyw i nowych możliwości.

Ale co z tą „patologią”? Po tylu latach chyba już można napisać. Dobrze pamiętam zwłaszcza rodzinę pełną płowowłosych dzieci, chłopców i dziewczynek, których głowy po wizycie szkolnej higienistki zawsze zabarwione były na mocny fiolet. To był efekt użycia jakiegoś środka przeciw wszawicy. Wielkie, sine plamy na głowach – dobitne potwierdzenie stygmatyzacji, dość regularnie doprawianej docinkami rówieśników. A zatem: biedna rodzina szeregowego pracownika PGR. Nie wiem, czy był tam alkohol w ilościach większych niż w innych domach. Ojca, chyba jedynego żywiciela rodziny, dość szybko zwolniono, gdy PGR upadał. I jeszcze jedno: mieliśmy w okolicy tzw. piaskownię, miejsce wydobycia piasku, strome zbocze z gliniankami, żółtawo-mętnymi oczkami wodnymi, w których latem kąpały się dzieciaki, choć rodzice i nauczyciele ostrzegali przed tym miejscem. Któregoś dnia masy piasku przysypały jedno z tych dzieci o blond-fioletowych włosach i nie udało się go odratować. Jak byśmy przenieśli się do jednej z nowelek XIX-wiecznych pozytywistów.

Druga rodzina miała bogatą przeszłość kryminalną – Milicja Obywatelska (a później policja) znała dobrze zarówno ojca, jak i dorastających synów. Przesiedlani z miejsca na miejsce, wreszcie trafili w nasze okolice. Kilkoro dzieci. Ojciec – wysoki mężczyzna. Matka – zaszczuta, przedwcześnie postarzała kobieta. Alkohol, noże, bójki, kradzieże. Powszechna niechęć małej społeczności. Pewnego razu, w środku zimy, nocą, dwie małoletnie dziewczynki zapukały do drzwi dyrektora okolicznej szkoły podstawowej. Ich ojciec się do nich dobierał, nie pierwszy raz.

To było dobrych dwadzieścia lat temu. Dzieci zmieniły się w dorosłych. Stare biedy stopniowo przybrały nowe formy, do wyobraźni społecznej weszły i nabrały „mocy urzędowej” terminy takie jak wykluczenie, rozwarstwienie, wyuczona bieda, strukturalne bezrobocie. Wstydliwe aspekty transformacji, z którymi wciąż sobie nie poradziliśmy – podobno dlatego że mamy za mało kapitalizmu w kapitalizmie. Dentystka pewnie dawno już nie jeździ podmiejskimi pociągami. Żyje się jej teraz jeszcze lepiej, żyje się jeszcze weselej. A dzięki jej wytężonej pracy na rzecz wolnorynkowej stomatologii dzieci pewnie nie mają już socjalistycznych dziur w zębach ani peerelowskiej próchnicy. Przynajmniej niektóre dzieci. Przynajmniej niektórzy dorośli.

III Rzeczpospolita okrzepła. Podział na bogatych i biednych, bogatszych i biedniejszych, najbogatszych i najbiedniejszych, stał się istotną częścią polskiego krajobrazu. A wraz z tym podziałem przyjęły się społeczne i państwowe strategie, które sprawiły, że III RP stała się Trzecią Rzeczą Wykluczającą. Jeśli cię nie stać na prywatne przedszkole, opiekunkę dla dziecka i trzypokojowe mieszkanie – twój problem. Jeśli twoje dzieci nie dojadają – to twój problem. Jeśli źle się urodziłeś – twój problem. Jeśli stoisz w bardzo długiej kolejce do lekarza – twój problem. Jeśli z przerażeniem obserwujesz, że znikają połączenia kolejowe i autobusowe, dzięki którym miałeś w miarę sensowny dojazd do pracy – twój problem. Jeśli zarabiasz grosze w małej pipidówce, której nie chcesz opuścić, bo to twój świat – twój problem. Jeśli nie jesteś dość elastyczny i nie umiesz, nie chcesz rozpychać się łokciami – twój problem. Jeśli w wielkim mieście oglądasz codziennie cudzy luksus w drodze do najtańszego spożywczaka – twój problem. Jeśli wiesz, że musisz być posłuszny i dyspozycyjny aż do granic głęboko frustrującego podporządkowania cudzej woli, aż do przekroczenia granicy, za którą twoja żona/twój mąż i dzieci będą traktować cię w domu jak gościa, bo przez najbliższe dekady masz do spłacenia kredyty – to wyłącznie twój problem. A może jesteś „patologią”?

Tu ktoś powie: ale przecież istnieje prawdziwa patologia i prawdziwy margines. Czy na tych ludzi także mamy łożyć nasze ciężko zarobione pieniądze, my, ludzie zaradni, zapracowani, którym niedziałające państwo chce zabrać ile wlezie? Co nas obchodzą dzieci z małżeństw kryminalistów albo nieudaczników życiowych? Co nas obchodzi ten świat kilka pięter niżej, skoro mamy swoje problemy i swoje, nie do końca zrealizowane, ambicje, a w dodatku codziennie prześladuje nas socjalizm? My chcemy więcej wolnego rynku, dzięki któremu z całą pewnością biedniejszym też się coś dostanie. A poza tym taki już jest ten świat, więc nigdy więcej komunizmu.

Tego typu argumentacja jest dziś niemal wszechobecna i stanowi jeden z istotnych motywów blokujących dyskusję o innych modelach polskiej transformacji/modernizacji. Ale tu pojawia się kwestia znacznie bardziej istotna. Otóż błędem byłoby uznać, że złemu realnemu liberalizmowi Trzeciej Rzeczy Wykluczającej przeciwstawiać zamierzam dobry PRL-owski realny socjalizm. Cały dramat polegał na tym, że z lat 80. wychodziliśmy z bardzo mocno zdewastowaną przestrzenią społeczną i instytucjonalną. Pomocowe funkcje państwa już wówczas były nieefektywne i biurokratyczne (i oczywiście głęboko niedofinansowane), choć możemy dziś żałować, że tak łatwo rozmontowano to, co zasługiwało na uratowanie – jak np. powszechną opiekę lekarską w szkołach.

Całościowo mogło się wtedy wydawać, że państwo jest (nad)opiekuńcze, choć w istocie jego „logistyka” względem ubogich i najuboższych oraz zdolności redystrybucyjne pozostawały daleko w tyle za osiągnięciami i rozwiązaniami stosowanymi w państwach dobrobytu Europy Zachodniej i Skandynawii. Bardzo niski był także poziom samopomocy społecznej, a na terenach pegeerowskich (i nie tylko tam) z oczywistych przyczyn bardzo słabe były też organizacje obywatelskie. Gdy do tego wszystkiego dołożył się szok transformacji, spowodowało to wielkie osamotnienie całych połaci kraju, któremu towarzyszyła stygmatyzacja ze strony wielkomiejskich elit. A ponieważ wtedy niemal wszyscy mieli stosunkowo niewiele, to mogło się wydawać, że w latach 80. istniała polityka na rzecz społeczno-gospodarczego egalitaryzmu. Ale tak naprawdę był to system masowej pauperyzacji, poza którym pozostawała tylko stosunkowo nieliczna grupa beneficjentów schyłkowego PRL – zarówno partyjnych, jak i tych, którzy reprezentowali sektor prywatny, mocno zresztą powiązany z państwem licznymi układami środowiskowo-rodzinnymi.

U początków III RP przyjęto, że prędzej czy później to rynek przejmie lub zastąpi funkcje pomocowe, niwelujące choćby skutki coraz powszechniejszego bezrobocia. Ludzie zaczną się bogacić, a wtedy – przekonywano – zniknie wiele kłopotów, bo niemal każdego będzie stać na „kupienie sobie” wyjścia z problemów. Z drugiej zaś strony – bardzo doraźnie i dla uspokojenia społecznych nastrojów – zaproponowano słynną kuroniówkę oraz protezy rozwiązań socjalnych, czyli wczesne emerytury i renty (te ostatnie później zaczęto ludziom masowo odbierać).

Co do swojej zasady ta filozofia wciąż powszechnie obowiązuje w Polsce. Polityka społeczna jest doraźna i nieprzemyślana, a wiara w samodiagnozujące się i samonaprawiające mechanizmy rynkowe przemawia do wyobraźni polityczno-partyjnej i ogólnospołecznej. Stąd też logika, wedle której państwo polskie coraz mniej wymaga od wąskiej grupy beneficjentów przemian (coraz więcej im oferując), a coraz mniej ma do zaproponowania pracownikom najemnym, rolnikom i innym najliczniejszym grupom społecznym. A że równocześnie przepływ unijnych środków finansowych umożliwia markowanie działalności urzędów pracy, można odnieść wrażenie, że polityka społeczna wciąż istnieje. Z tym że jej realna nieefektywność i fasadowość dodatkowo pogłębia niezadowolenie Polaków z własnego kraju. Bo ostatecznie Trzecia Rzecz Wykluczająca prowadzi przede wszystkim politykę wypychania poza obręb swojego zainteresowania i troski coraz większą części społeczeństwa. I stąd też gniew ludzi z prawie-klasy-średniej, np. ojców i matki z rodzin wielodzietnych, którzy wciąż nie są dość biedni, by załapać się na ochłapy socjalu i nie dość bogaci, aby bezpiecznie odetchnąć na swoim. Drażni ich, że nie mogą zapewnić dzieciom tego wszystkiego, co w ich wyobrażeniu powinno być w zasięgu portfeli. Dlatego z reguły chcą dla siebie więcej ulg, bez refleksji, że o wiele szerszym problemem jest polski system antydystrybucji. W Trzeciej Rzeczy Wykluczającej otrzeć się o beznadzieję jest naprawdę łatwo i same tylko ulgi niewiele pomogą w sytuacji większego zagrożenia. Wystarczy na kilka miesięcy wypaść z rynku pracy, albo przez nieco dłuższy czas nie załapać się na sensowną podwyżkę. Nie pytaj przeto, kto jest patologią, bo w takich warunkach i ty możesz nią zostać.

A co z dziećmi i młodzieżą z rodzin dotkniętych przemocą i nałogami, kryminalnym piętnem? Co z samotnymi matkami i ojcami z bardzo różnych grup społecznych, którzy muszą pogodzić rodzicielstwo z radzeniem sobie w takich realiach społeczno-gospodarczych i kulturowych? Tu jedyną odpowiedzią ze strony państwa jest w gruncie rzeczy prywatyzacja pomocy, czyli znów brak kompleksowych rozwiązań, które – przykładowo – wiązałyby samopomoc społeczeństwa obywatelskiego z dalekosiężnymi rozwiązaniami proponowanymi przez bardziej odpowiedzialne państwo. Przykładowo, rzadko mówi się u nas o tym, że w Norwegii jedną z najważniejszych organizacji prowadzących we współpracy z instytucjami publicznymi działalność na rzecz wykluczonych jest YMCA. Dodatkowo skutecznie wmówiono Polakom, że przecież model skrajnie urynkawiający rzeczywistość jest powszechnie akceptowanym na Zachodzie standardem, co w najlepszym razie jest naiwnym wyobrażeniem, a w najgorszym – cynicznie rozpowszechnianym kłamstwem.

Na koniec dwa cytaty. Pierwszy z „Dziecięcej choroby liberalizmu”, pióra Rafała Wosia. Książka ta stanowi ewenement w rodzimej publicystyce gospodarczej – rzecz napisana dobrze i lekko, bez naleciałości ideologicznych żargonów, a przy tym mocno na bakier z oficjalnymi, neokolonialnymi sloganami. Na jej kartach czytamy: jeden z najważniejszych argumentów przeciwników polskiego państwa dobrobytu brzmi tak: budować na Wisłą państwa opiekuńczego nie warto, bo sam bogaty Zachód od tego odchodzi. Dowodem mają być cięcia wydatków rządowych w krajach południa Europy czy Wielkie Brytanii. Tymczasem pogłoski o śmierci zachodniego państwa dobrobytu są mocno przesadzone. Jest dokładnie odwrotnie. Najlepiej przez kryzys przechodzą te gospodarki, które mają sprawne państwa socjalne – poddane tylko lekkiemu liftingowi – takie jak Niemcy czy Szwecja. Tamtejsze reformy były zmianami racjonalizatorskimi, nie zaś podważeniem całego fundamentu. I jeszcze jeden cytat z portalu ObserwatorFinansowy.pl: Prof. Ha Joon Chang z Cambridge University w książce „23 rzeczy, których nie mówią ci o ekonomii” pisze, że jego zdaniem duży poziom bezpieczeństwa socjalnego nie tylko nie rozleniwia ludzi, ale sprawia, że są oni bardziej otwarci na zmiany. Akademik porównuje to do jazdy samochodem z dobrymi hamulcami. Tylko wówczas pojedziemy nim szybko, gdy będziemy pewni, że możemy szybko wyhamować. Zdaniem prof. Changa to właśnie wysoki poziom zabezpieczenia socjalnego jest jednym z głównych powodów, dla którego większość krajów skandynawskich rozwijała się w ostatnich latach szybciej, niż USA, gdzie ochrona przed zwolnieniem jest na niskim poziomie. Na przykład w latach 2000-2008 średni wzrost PKB był w Szwecji na poziomie 2,4 proc. rocznie, w Finlandii 2,8 proc. a w USA 1,8 proc.

Gospodarka i wskaźniki to jedno. W polskich warunkach jakakolwiek zmiana będzie możliwa dopiero wtedy, gdy nadający ton debacie publicznej i wyobrażeniom społecznym głosiciele sloganów o wolnym rynku jako samoregulującym się generatorze ogólnego dobrobytu zrozumieją, że to właśnie ich ulubiona ideologia stoi u źródeł Trzeciej Rzeczy Wykluczającej.

Trzecia Rzecz Wykluczająca

Matki Polki zęby w ścianie

Latem tego roku media informowały o trudnej sytuacji myślenickich szwaczek, pracujących dla firmy Trend Fashion, która szyje dla Vistuli. Ponieważ pracownice od siedmiu lat nie dostały podwyżek, w połowie lipca na dwie godziny odeszły od maszyn. Kobiety pracujące na akord i zarabiające po 1300 złotych chciały jednego grosza więcej na „normominucie”, co w skali miesiąca dałoby im 100 złotych więcej. Zaraz po strajku firma zwolniła siedem osób. Taki trend.

W szwalni pracuje 250 kobiet, część z nich od dwóch-trzech dekad. Jak donosił „Dziennik Polski”, przed laty zakład był własnością Vistuli, lecz został „outsourcingowany”. Autor tekstu w „DP” przytaczał wypowiedzi pracownic i pracowników: „Kiedy byłam młoda miałam większą wypłatę, niż teraz”, „Przyszła ta granica, za którą ludzie czują, że nie mogą dać z siebie więcej”, „Pomimo umów o pracę jesteśmy pełni obaw o swoje emerytury, bo wiemy, że pracodawca nie płaci składek do ZUS”, „Trzynasty rok pracuję bez urlopu w lecie i mimo, że nie mamy przerwy urlopowej to jeszcze mamy pracujące soboty. Bez klimatyzacji, w temperaturze 38 stopni Celsjusza, a trzeba pamiętać, że są także stanowiska gorsze, przy żelazku i parze”. A jedna ze zwolnionych kobiet po kilku tygodniach poszukiwań pracy w okolicach Myślenic stwierdza, że „przeżywa kolejny szok, tym razem wywołany warunkami, jakie oferują pracodawcy i tym, co słyszy od ludzi, np. że o wypłatę nieraz trzeba się prosić”. W rezultacie chciałaby wrócić tam, skąd ją zwolniono…

Teraz konieczny przeskok. Pod koniec października w Płocku odbędzie się I Ogólnopolskie Forum Chrześcijańskie. Jego hasłem przewodnim będzie „ekonomia sumienia”. Brzmi świetnie. Na stronie internetowej wydarzenia znaleźć można skład panelistów. Mamy tam dr. Tadeusza Wasilewskiego, lekarza specjalistę z dziedziny położnictwa i ginekologii, mamy dr. Henryka Siodmoka, prezesa zarządu w Grupie Atlas. Jest również dobry na (prawie) każdą okazję Roman Kluska oraz Tomasz Sztreker, prezes Polskiej Akademii Biznesu. Wśród prelegentów nie zabraknie Marka Rogalskiego, analityka walutowego, a także Marka Zubera, „znanego i lubianego” eksperta ekonomicznego. Na deser mamy księdza Przemysława Króla SAC, który „w swej pracy naukowej stara się poznać zawiłości moralne podatków” oraz siostrę Małgorzatę Chmielewską z prelekcją o pięknym, poetycko-charytatywnym tytule „Posuńmy się na ławce życia”.

Nasuwa się pytanie, kto na forum poświęconym „ekonomii sumienia” reprezentuje słabo i średnio zarabiających pracowników najemnych. Bo przedstawicieli i rzeczników kapitału, także całkiem sporego, nie brakuje. Kto reprezentuje jednak wyzyskiwanych Polki i Polaków? Kto poruszy zagadnienia dotyczące sumienia w takich sprawach jak prawa pracownicze, notabene dość często wspominane w nauczaniu Papieża Franciszka? A mówiąc wprost: kto reprezentować będzie myślenickie szwaczki, wśród których zapewne znajduje się niejedna, tak miła sercom wielu katolickich publicystów, Matka Polka? Może – nie wprost – Marek Zuber z wykładem „Sumienie a chciwość”? A może ginekolog dr Wasilewski? Nasuwa się odpowiedź dość oczywista: nikt. Ale to byłoby zbyt proste…

Otóż (uboższym) światem pracy najemnej zajmuje się na tej konferencji siostra Chmielewska. Świat pracy może bowiem wystąpić na forum poświęconym (kapitalistycznej) ekonomii (neokolonialnego) sumienia tylko jako adresat działań charytatywnych. Działalność charytatywna to ta forma aktywności, która coraz częściej przejmuje i kontroluje sferę poczynań i wyobrażeń związanych z uboższymi Polakami. Chodzi o proceder dobrowolnego przekazywania przez osoby indywidualne, sektor prywatny i państwowy pewnej (relatywnie niewielkiej) części zasobów na protezy socjalne dla różnie definiowanych grup potrzebujących. Tyle w rzeczywistości oznacza wskazanie pod adresem reprezentantów świata kapitału: „posuńmy się na ławce życia”. Jeszcze dobitniejszym przykładem tej strategii jest ideologia i działalność ks. Stryczka, znanego jako organizator „Szlachetnej Paczki”.

Interesującą analizę strategii charytatywnych na przykładzie tej akcji i towarzyszącej jej ideowej otoczki przedstawiła socjolożka dr Katarzyna Górniak w artykule „Pułapki szlachetnej paczki” na łamach aktualnego numeru pisma „Kontakt”. Jak stwierdza autorka: „Charakterystyczną dla tego typu działań jest ich akcyjność, a tym samym doraźność. Tym samym przekonanie jej twórcy, ks. Jacka Stryczka, że paczka, którą otrzymują osoby biedne, ma stanowić punkt zwrotny w procesie wychodzenia z biedy, pobudzać do zmiany, być szansą na nowe życie, jest z założenia błędne, a w konsekwencji też szkodliwe […]. Pomoc staje się instrumentem dyscyplinowania – paczka daje prawo do formułowania wymagań i oczekiwań. Problem polega na tym, że osoba biedna nie będzie w stanie się z tych zobowiązań wywiązać, bo zawartość paczki nie znosi tego, co ją naprawdę ogranicza i hamuje, nie dotyka przyczyn, a jedynie dotkliwych skutków sytuacji biedy”.

Dodajmy do tego chętnie powtarzane przez ks. Stryczka zawołanie: jeszcze więcej wolności dla przedsiębiorców. Bez najmniejszej refleksji nad tym, że w naszych warunkach to „jeszcze więcej wolności” oznacza na ogół uwolnienie się od większości zobowiązań wobec nisko opłacanych pracowników. Bez namysłu nad tym, że brak efektywnej redystrybucji środków publicznych czyni życie w Polsce coraz mniej znośnym nie tylko dla biednych i najbiedniejszych. Trudno przy okazji ustrzec się przed myślą, że obecne realia czynią wielu specjalistów od filantropii beneficjentami status quo, zatem mają oni swój interes w tym, by promować obowiązujący model społeczno-gospodarczy. Jedni są od wyzyskiwania, drudzy od tego, by zarządzać dobrymi serduszkami, współczującymi wyzyskiwanym. Ba, trafiają się przecież także współczujący wyzyskiwacze oraz politycy (współpracujący z wyzyskiwaczami). W Polsce w pewnych kręgach nazywa się to – zdaje się – „wrażliwością społeczną”. A w efekcie, w myśl specyficznie rozumianej chrześcijańskiej ekonomii sumienia, jedynym prawem nisko i średnio zarabiających pracownic i pracowników staje się bycie przedmiotem charytatywnej działalności posiadaczy kapitału. Ni mniej, ni więcej. Jest to zarazem jedyne (i jedynie słuszne) remedium na atrofię i bylejakość polityki społecznej, systemów zabezpieczeń socjalnych, na proces zwijania państwa i jego infrastruktury publicznej, na zdziczenie rynku pracy.

Nie jest to jedynie problem polskiego katolicyzmu, wyjałowionego dziś niemal kompletnie z systemowej myśli solidarystycznej. Podporządkowanie polityki społecznej i świata pracy logice „charytatywy” jest bardzo dobrze widziane przez elity polityczne i gospodarcze. A być może jest to już nowy konsensus społeczny. Skoro w kolejce do lekarza Polka i Polak czekają niemal trzy miesiące, skoro znacznie zmniejszono zakres większości usług publicznych, niweluje się egalitaryzujący charakter edukacji, skoro komunikacja zbiorowa jest w odwrocie, a struktura zarobków i nasz system podatkowy skutecznie wzmacniają procesy rozwarstwienia, wykluczenia i trendy emigracyjne, to jedyną szansą na godne życie jest „cud charytatywy” i wygrana w radiowym konkursie „z dużymi nagrodami pieniężnymi”.

Może właśnie Tobie, Matko Polko z Myślenic, ktoś zrobi nieco miejsca na ławeczce życia: Twoje pociechy dostaną darmową wyprawkę, Twój domowy budżet zasili kwota z balu charytatywnego, może Twój mąż wygra kilka tysięcy wysyłając sms-y. Na tyle możesz liczyć, bo poza tym czeka Cię głodowa pensja, zwolnienie w razie desperackiej próby protestu, niepewność jutra w miejscu, gdzie miałaś pecha urodzić się, chodzić do szkoły i na randki, poznać męża, spłodzić dziecko/dzieci, spędzać życie w poczuciu prowincjonalnej beznadziei. Oczywiście, Matko Polko, Ojcze Polaku, możecie też wyjechać z kraju. A co będzie z waszą rodziną? Z waszym związkiem (nie)sakramentalnym? Co z waszym popędem seksualnym, instynktem macierzyńskim i ojcowskim na obczyźnie? Z waszą tęsknotą? To już naprawdę nie jest tak istotne, jeśli akurat nie wam przydarzył się „cud charytatywy”. Zresztą cud na ogół bardzo krótkotrwały i obliczony raczej na krótkoterminowy efekt niż długofalową efektywność.

Najpewniej zatem, jeśli nie zadowalają cię efekty ekonomii sumienia po polsku, ściągniesz rodzinę za granicę. Albo tutaj będziesz żyć w desperacji, licząc, że los się musi odmienić. Ale jako przedmiot działalności charytatywnej powinnaś/powinieneś liczyć się z tym, że twoja szansa najpewniej nigdy nie nadejdzie. Zawsze może być za to jeszcze gorzej, bo grasz w swoistą rosyjską ruletkę: filantropom zarządzającym charytatywnymi protezami socjalnymi może coś się nie spodobać w Twojej (roszczeniowej) mimice i „proszalnym CV”. Jeden zły grymas twarzy – może oznaka dyskomfortu z powodu zgiętych pokornie pleców i przypochlebnego uśmiechu – albo po prostu czyjś kaprys, ewentualnie „nieuniknione cięcia”, a zostaniesz z tym, co masz. A i to być może ci odbiorą.

Forum poświęcone ekonomii sumienia jest symptomatycznym przykładem totalnej dysproporcji między kapitałem a światem pracy w rodzimych realiach społeczno-gospodarczych. Niewiele liczą się w nim już prawa pracownicze czy refleksja nad relacją zarobków do sposobów życia i strategii przetrwania w takim świecie jak nasz. Mało istotne są zagadnienia związane z przełożeniem polityk społecznych na jakość i komfort funkcjonowania szerokich grup społecznych, szczególnie tych, które znajdują się niżej w piramidzie ekonomicznej neokolonialnego kapitalizmu. To, co jest w polu zainteresowania etyki biznesu, dyktuje sam biznes. Im większy – tym więcej ma do powiedzenia. Stąd, moim zdaniem, gdy zwykły człowiek widzi na ekranie kuszące do okolicznościowego współczucia damy z wielkich medialnych fundacji, wyfraczonych konserwatywnych liberałów z towarzystw biznesowych i entuzjastycznie młodzieżowego Jurka Owsiaka, powinien mocno zacisnąć rękę na portfelu, a oszczędzony w ten sposób grosz oddać żebrakowi.

Oglądamy, jak sądzę, dopiero preludium sukcesów charytatywnych strategii, nastawionych w znacznej mierze na profity (jeśli nie materialne, to choćby wizerunkowe) z obrotu dużymi pieniędzmi, przeznaczonymi m.in. dla pracujących ubogich. Znakomitym przykładem logiki tego specyficznego biznesu są bajońskie kwoty przeznaczane przez fundacje dobroczynne na marketing. Dodajmy, że często pieniądze, którymi ów biznes obraca lub które przekazuje potrzebującym, nie pochodzą z zysku wypracowanego przez filantropów. Pozyskiwane są od setek tysięcy ludzi, którzy z własnej, nierzadko skromnej puli zarobków przeznaczają pieniądze na wsparcie innych – poruszeni czyjąś tragedią, kierowani poczuciem moralnego obowiązku, ale także przekonani, że tylko taka forma pomocy uboższym/dotkniętym wypadkami losowymi ma sens.

Problem polega na tym, że triumf charytatywy to droga do dalszego rozwarstwienia, wykluczenia kulturowego i ekonomicznego, do faktycznego zdjęcia odpowiedzialności ze społeczeństwa i państwa za procesy zachodzące w Polsce. Oczywiście, hasło „Posuńmy się na ławce życia” wielu przypadnie do gustu: wszak chodzi w nim o gest niezobowiązująco dobrowolny, gdy „podatki to złodziejstwo”. Pomija ono jednak najistotniejszy fakt. Otóż ludzie, których kapitalistyczne serduszka ma poruszać, nie siedzą na ogół z nikim na ławce, lecz zajmują wygodne miejsca w fotelach pierwszej klasy samolotów i pociągów, w ekskluzywnych klubach, restauracjach, w inteligentnych biurowcach, z których nadzorują i obserwują milionowe i miliardowe transakcje, itd. Dawno już nie ma żadnej wspólnej ławki: są osobne sektory dla VIP-ów, dla wąskiej klasy średniej, dla szerokiej klasy jako tako wiążących koniec z końcem, dla pracujących ubogich i dla tych, co żyją poniżej progu nędzy. Nowe warstwy posiadające mogą co prawda raz po raz rzucać ludowi pieniądze, ale ten model funkcjonowania cofa nas właściwie do epoki przedfeudalnej, do czasów, gdy wąska warstwa posiadaczy miała plebsowi do zaoferowania darmowe zboże, igrzyska i (źle maskowaną) pogardę. Być może w naszej post-chrześcijańskiej kulturze charytatywy tej pogardy wyrażanej wprost jest mniej – zastępuje ją obojętność albo przekonanie, że panujący porządek jest naturalny i dany przez Boga. I że w imię walki z socjalizmem należy zostawić pracownika z tym jednym prawem – ewentualnej możliwości skorzystania z czyjejś łaski.

Gdyby mnie ktoś zapytał, jak wyobrażam sobie pomnik symbolizujący niesprawiedliwość współczesnej Polski, odpowiedziałbym, że powinien to być wysoki postument – a na nim Matki Polki Zęby w Ścianie. Oto pomnik godny nie tylko losu myślenickich szwaczek. To pomnik dla wszystkich, którym ekonomia braku sumienia rodzimego kapitalizmu odmawia stu złotych podwyżki miesięcznie, a fatalny rynek pracy nie daje żadnej alternatywy poza emigracją (do wielkiego miasta lub za granicę) albo – jak bywa – prostytucją. Przecież powrót porno-biznesu do centrów miast po kryzysie finansowym nie wziął się znikąd, lecz z narastającej dysproporcji między tymi, co mają jeszcze więcej, a rosnącą grupą tych, których pracy nikt nie chce. Dla większości znanych mi z rodzimego podwórka moralistów i moralizatorów sprawa ta jest jednak mocno nieoczywista.

Ale niech się szwaczki nie trapią: zawsze znajdzie się ktoś, kto zachęci prezesa Trend Fashion, by posunął się na ławce życia. To musi bardzo wielu kobietom (i mężczyznom) dziś w Polsce wystarczyć: zamiast godnej pracy i godziwej zapłaty – ten szlachetny gest i świąteczna paczka od dobrodziejów.

Kraj pod miastem

„Suburbanizacja po polsku” Katarzyny Kajdanek to lektura obowiązkowa dla osób, które poszukują pogłębionej wiedzy o zjawiskach społecznych, kulturowych i gospodarczych we współczesnej Polsce. Tym bardziej że dotyczy tematyki, która rzadko przebija się do opinii publicznej. A przecież jest to – dosłownie i w przenośni – jeden z coraz istotniejszych elementów rodzimego krajobrazu.

Autorka zawodowo zajmuje się socjologią miasta i socjologią społeczności lokalnych, bada zjawiska dotyczące przeobrażeń struktury miejskiej pod wpływem procesów urbanizacji, metropolizacji i globalizacji. Nie bez znaczenia pozostaje też jej zainteresowanie problematyką lokalnych społeczności, ich podmiotowością, tożsamością i dysfunkcjami. Te kwestie docenił recenzent „Suburbanizacji…”, prof. dr hab. Zdzisław Mach, stwierdzając, iż Kajdanek chyba najwięcej uwagi poświęca obojętności, jaka cechuje nowych mieszkańców podmiejskich wsi, obojętności wobec siebie i wobec zasiedziałych mieszkańców wiosek, oraz towarzyszącej temu zjawisku wzajemnej niechęci mieszkańców i lokalnych liderów. Ewidentnie nie ma mechanizmów, które mogłyby zachęcać do tworzenia nowych wspólnot. Stąd „społeczny krajobraz” podmiejskich osiedli zwykle straszy pustką.

Analizy zawarte w książce bazują na badaniach ankietowych przeprowadzonych w kilku niewielkich miejscowościach Dolnego Śląska: Jeżów Sudecki, Kruszyn, Łagów, Sobin, Wioska, Stronie Śląskie Wieś. Zdecydowanym walorem publikacji jest zwrócenie uwagi na rodzimą specyfikę zasiedlania suburbiów, odmienną w swych przyczynach niż na Zachodzie. Wśród powodów „ucieczki” z miasta na przedmieścia Kajdanek wymienia m.in. stały, wysoki deficyt mieszkaniowy, pogarszanie się stanu technicznego mieszkań komunalnych w okresie transformacji, złą kondycję wielorodzinnej, miejskiej zabudowy, rachityczność procesów rewitalizacji, degradację przestrzenną i społeczną wielkich zespołów mieszkaniowych z lat 60. i 70. Autorka zwraca też uwagę na zaznaczające się w tej materii tworzenie potrzeb przez podmioty działające na rynku mieszkaniowym, czyli na prestiż przypisywany posiadaniu domu pod miastem, kreowany przez deweloperów i media.

Wiele ludzkich nadziei związanych z przeprowadzką na wieś okazuje się jednak mrzonką. Główną przyczyną tego zjawiska jest słabość infrastruktury technicznej i społecznej w urbanizujących się wsiach. Po 1990 roku trwałym elementem krajobrazu usług stała się niewłaściwa alokacja zasobów przeznaczonych na infrastrukturę społeczną. Samorządów nie stać na utrzymanie istniejących placówek (żłobków, przedszkoli, świetlic, domów kultury), nie budują też nowych. W efekcie takiej polityki polskie suburbia powstają w pustce instytucjonalnej i funkcjonalnej. […] Kiedy wyraźnie zaczął rosnąć popyt na ziemię pod miastami, włodarze podmiejskich gmin w nowych miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego przekształcili i przeznaczyli na zabudowę (i na sprzedaż) niemal każdy skrawek ziemi. Nie pomyślano ani o spójnych warunkach zabudowy, ani o przestrzeniach publicznych– stwierdza Kajdanek. Taka sytuacja dodatkowo stymuluje poczucie wzajemnej obcości nowych i starych mieszkańców, sprzyjającej „wsobnym” strategiom egzystowania w otoczeniu, które staje się niemal niewidzialne i zbędne, a przy tym pozbawione jakichkolwiek czynników kulturotwórczych. Polskie suburbia to często ziemia jałowa, na których nie ma szans wyrosnąć żadna realna wspólnota.

Badaczka stopniowo wprowadza czytelnika w zagadnienia decydujące o specyfice życia w podmiejskich okolicach. Niebagatelne są tu wcześniejsze „historie mieszkaniowe” migrujących osób oraz kalkulacja ekonomiczna i walory przestrzenne (dostępność miasta, wyposażenie infrastrukturalne, w dalszej kolejności uroda miejsca). Większość osiedli mieszkaniowych jest zdecydowanie chaotycznych, ale „raczej nijakich” niż brzydkich. Rzadko kiedy zabudowa mieszkaniowa znajduje dopełnienie w postaci wystarczającej ilości nowych dróg, chodników, ścieżek rowerowych. Autorka akcentuje także rolę samochodu (transportu prywatnego) w przestrzeni suburbiów. W takich okolicach rzadko kiedy można dojść pieszo/dojechać rowerem do szkoły, urzędu, ośrodka zdrowia, pracy. Stąd samochód, który z jednej strony jest koniecznym narzędziem funkcjonowania, a z drugiej skutecznie oddziela od siebie przestrzeń domu, miejsca pracy, załatwiania codziennych spraw i spędzania wolnego czasu, co wprost przekłada się na złą kondycję i rozpad lokalnych wspólnot.

Choć autorka niejednokrotnie podkreśla specyfikę polskich suburbiów, to wskazuje też, że zdiagnozowane problemy korespondują z wnioskami analiz zachodnich badaczy. Mowa przede wszystkim o wycofywaniu się mieszkańców do sfery prywatnej, ograniczonych stycznościach sąsiedzkich, braku zaangażowania w działania wspólnotowe. Nowi mieszkańcy starych wsi nie sąsiadują „po wiejsku”: nie chcą informować o sobie i wiedzieć o innych. Niewykluczone, że tego typu nawyk jest przeniesiony z „relacji miejskiej” w nowe otoczenie. Większość nowych mieszkańców długo zwleka ze zmianą meldunku. Co gorsza, zdecydowanie przeważająca część z nich nie wykazuje obywatelskiego zaangażowania w działalność wiejskich organizacji czy to starego (koła gospodyń wiejskich, koła parafialne), czy nowego typu (lokalne grupy działania, organizacje III sektora). To sprawia, że tkanka obywatelska podmiejskich wsi jest niemal zupełnie martwa.

Co interesujące, jednym z nielicznych miejsc łączności z nową społecznością jest nierzadko wiejska szkoła. Daje się tu zaobserwować nowe zjawisko: nie jest już rzeczą niezwykłą, że wiejskie szkoły mają do zaoferowania więcej niż pobliskie placówki miejskie. Ich walory to mniejsze klasy, większa troska nauczycieli, wysoki poziom nauczania, doskonałe wyposażenie itp.

Na podstawie analizy przeprowadzonych ankiet badaczka uważa, że istotą mechanizmu „suburbanizacji po polsku” są odrzucenie skromnych warunków życia w blokach, głód mieszkaniowy oraz dążenia do zamieszkiwania w zasobach mieszkaniowych wyższej jakości, które gwarantują nie tylko większy metraż, ale przede wszystkim własność powiązaną z nadzieją na ciszę, spokój, dostęp do zieleni i większe zadowolenie z życia. Ale miasto wciąż jest stałym punktem odniesienia, a wieś nie przypomina wymarzonej Arkadii. To te kwestie decydują często o wyborach życiowych osadników, niekiedy – paradoksalnie – umacniając jeszcze ich pełną dystansu postawę wobec okolicy, w której przyszło im zamieszkać.

Znacznym walorem książki jest ukazanie wpływu decyzji dorosłych na potomstwo, jego potencjalne perspektywy życiowe, sposobów przenikania się światów dorosłych i dzieci w nowej sytuacji. Zwykle zdecydowanie aspołeczny, indywidualistyczny charakter życia w podmiejskiej sferze wyraźnie oddziałuje na najmłodsze i młode pokolenie: dopóki wychowujące się w suburbiach dziecko jest w wieku wczesnoszkolnym, a jego świat społeczny ogranicza się do świata rodziców oraz [częściowo – przyp. K.W.] innych dzieci spotykanych w przedszkolu, jego podmiejskie życie jest beztroskie.

Z kolei starsze dzieci bardzo szybko przekonują się o dysfunkcjach nowych miejsc i coraz bardziej doskwierającym ograniczeniu ich dawnej sieci rówieśniczej/społecznej. Jak wspomniałem, suburbia w znacznym stopniu pozbawione są nie tylko sprawnie działającej komunikacji publicznej, ale w ogóle infrastruktury kulturalnej i społecznej. Poza tym nowe miejsce jest dla ich rodziców obce, zatem nie powstają typowe relacje sąsiedzkie. Równocześnie konieczność zapewnienia dzieciom stylów życia uznawanych choćby za typowe dla klasy średniej powoduje, że rodzice przyjmują na siebie rolę „darmowej taksówki”. Uzgodnienie rytmu życia dorosłych opiekunów z rytmem funkcjonowania ich dorastających dzieci powoduje znaczne obciążenia finansowe i psychiczne.

Na mniejszą skalę, ale na mocy podobnego mechanizmu dochodzi do zakorzenienia się nowego zjawiska/roli społecznej i domowej, szczególnie wśród kobiet. Zachowując wszelkie proporcje, autorka porównuje „podmiejskie matki” z amerykańskimi soccer moms, które podporządkowały życie dorastaniu i (potencjalnej karierze) nastoletnich dzieci. Z zasady nieodzownym narzędziem dla spełnienia tej roli jest własne auto. Warto zwrócić uwagę na niemal absurdalną cechę tej sytuacji. Otóż z pozoru spokojniejsze życie w wiejskim otoczeniu rodzi nowy rodzaj zmęczenia, stresu i frustracji (wyraźnie obecnych w przeprowadzonych przez Kajdanek ankietach) właśnie dlatego, że sieć kulturowa i społeczna oraz komunikacyjna jest tak rachityczna. Rekrutujący się często z szeregów konserwatywnego liberalizmu piewcy „własnego samochodu”, utożsamionego niemal z autonomiczną „wartością rodzinną”, szydzący z takich przeżytków jak „socjalistyczny” publiczny transport, również w tej materii pokazują swoją ignorancję w kwestii procesów społecznych i skutków indywidualizacji.

Inne interesujące zjawisko zaznacza się w odniesieniu do podmiejskich szkół podstawowych. O ich rosnącej wartości edukacyjnej była mowa. Problemem jest jednak to, że zarówno władze gminne, jak i szkolne często w ogóle nie rozumieją zachodzących na ich terenie zjawisk społecznych związanych z nową grupą osadniczą. Nie kojarzą też w sposób świadomy szkoły jako jednego z już nielicznych kulturotwórczych miejsc na własnym terenie. Z pewnością częściowo determinują to kłopoty finansowe samorządów, ale także przyjęty i wcielany w życie model modernizacji, traktowanej jako przyrost pewnego materialnego zasobu dóbr. Szkoły nierzadko ulepszają infrastrukturę, nie bez znaczenia jest także pozytywna rola obiektów sportowych związana z wdrożonym przez rząd Platformy Obywatelskiej projektem „Orliki”. Równocześnie jednak rzadkością są wciąż inicjatywy zmierzające do wzmocnienia sfery społecznej. Placówka oświatowa w tym kontekście jest wciąż bardziej gmachem, w którym odbywa się „obowiązek szkolny”, niż miejscem, gdzie w sposób przemyślany i celowy dokonuje się integracja lokalnej wspólnoty. To zdecydowany błąd, gdyż zdaniem autorki „Urbanizacji po polsku” miejscowe władze powinny wykorzystać potencjał tkwiący w lokalnych szkołach do generowania zasobów wiedzy, zaufania i poczucia więzi pomiędzy starymi i nowymi mieszkańcami, zaczynając od dzieci szkolnych i ich rodziców.

W jednej z kolejnych części pracy, „Podmiejska wspólnota?”, autorka szczegółowo analizuje charakterystyczne dla małomiasteczkowych suburbiów zjawiska, które skutecznie blokują rozwój badanych społeczności. Kajdanek stara się odpowiedzieć na pytania: dlaczego ludzie o podobnych statusach, sprowadzający się do osiedli podmiejskich, nie są w stanie stworzyć wspólnoty, oraz w jakim stopniu posiadane zasoby pozwalałaby im to uczynić? Jedna z wiodących tez, pojawiających się często w książce, jest klarowna: fatalna kondycja wiejskich przestrzeni publicznych jest idealnym odzwierciedleniem stanu podmiejskiej wspólnotowości.

Wśród czynników determinujących słabą więź wspólnotową badaczka wyróżnia ulotność i krótkotrwałość relacji sąsiedzkich – nowi mieszkańcy zamykają się w domu, gdy tylko zostanie on wybudowany. Ankiety wskazują, że osadnicy znają na ogół sąsiadów z zaledwie 2–5 pobliskich domostw. W dodatku „nowi” programowo unikają tradycyjnych, wiejskich przestrzeni publicznych, wiążąc sposoby spędzania wolnego czasu choćby z centrami handlowo-rozrywkowymi, położonymi w odległości dającej się pokonać za pomocą samochodu. W najgorszych przypadkach prowadzi to do upowszechnienia w mentalności lokalnych społeczności podziału na „my” i „oni”, w „najlepszych” – do obojętności i postawy „niewchodzenia sobie w drogę”.

To „strukturalne nieprzystosowanie” skutkuje także niskim poziomem wzajemnego zaufania. I tak część osadników twierdzi, że zamiast prosić o opiekę nad domem/kluczami sąsiadów, woli zwrócić się do rodziny, założyć alarm czy wynająć kogoś do pilnowania posesji. To bardzo interesujący wątek, wprost pokazujący cechy charakterystyczne współczesnej atomizacji Polaków. Wyraźnie zaznacza się tu istotna i bardzo typowa dziś antynomia. Mamy do czynienia z ucieczką we „wsobną familiarność” lub „rodzinne wyobcowanie”, albo ze zdaniem się na procesy związane z komercjalizacją życia, nawet w jego wymiarach domowych, bardzo przecież osobistych: wykupienie technologii i usługi, związanie bezpieczeństwa domu z prywatną firmą ochroniarską lub finansową „rekompensatę” za pewne dobro, wynikające, zdawałoby się, z elementarnych pobudek etycznych. W większości przypadków zachowania pseudosąsiedzkie reguluje poczucie obowiązku i norma wzajemności z naciskiem na szybkie odwzajemnienie usługi, a nie zaufanie, które kumuluje się do postaci kapitału społecznego.

Przyjrzyjmy się bliżej kwestii przestrzeni publicznej na podmiejskich osiedlach. Tradycje życia wiejskiego wyróżniają zwykle takie miejsca jak place przykościelne, boiska szkolne, remizy strażackie, tamtejsze świetlice. Miejsca te pełnią funkcję wspólnotową na mocy organizowanych na ich terenie wydarzeń, dotyczących działania samorządu, rady sołeckiej czy parafialnej, odbywających się festynów czy odpustów, czasem giełdy rolnej, a także inicjatyw Ochotniczej Straży Pożarnej i Koła Gospodyń Wiejskich. Jednak nowym mieszkańcom nie są one potrzebne: lokalna polityka nie jest dla nich interesująca, na niedzielną Mszę św. często jeżdżą „w stare strony”, a wiejskich rozrywek nie uważają za swoje.

Nie oznacza to jednak, że nowa przestrzeń jest kompletnie nieinteresująca dla osadników. Zwykle dostrzegają walory cennych przyrodniczo/krajoznawczo miejsc położonych w najbliższej okolicy. Irytuje ich też fakt, że domy tracą często na wartości, gdy piękne widoki zasłaniają kolejne budowle stawiane przez jeszcze-bardziej-nowych-mieszkańców, którzy stają się dla już-mniej-nowych-mieszkańców intruzami, zabierającymi kolejne fragmenty niezabudowanego horyzontu za oknem. Jednak pozostająca do ich dyspozycji przestrzeń ogólnodostępna niekoniecznie staje się przestrzenią wspólną/publiczną. Kajdanek pokazuje, w jaki sposób najbliższa, pozadomowa przestrzeń poddana zostaje indywidualizacji, nie prowadzi do wyjścia ku innym ludziom. Położone w sąsiedztwie wsi niewielkie połacie lasów (Sobin), ciekawe ścieżki spacerowe (Łagów, Kruszyn), stawy czy Arboretum (Wioska) zostają uznane za miejsca szczególnie atrakcyjne i są z przyjemnością odwiedzane. Nawet jeśli na spacerze mieszkańcy spotykają tam sąsiadów, to zwykle zachowują się tak, jakby byli sami i spacerowali w izolowanych korytarzach. Wiejskie miejsca publiczne mają zatem przede wszystkim walory związane z prywatną rekreacją. Mówiąc dosadnie: pełnią rolę spacerniaków w miejscu traktowanym jako obce.

Wiąże się to z jeszcze jednym czynnikiem, dość typowym dla dzisiejszej polskiej „wspólnotowości”, budowanej na wzniosłych sloganach, ale nie na realnym osadzeniu w świecie: na tych obszarach nie ma żadnej infrastruktury ani małej architektury pozwalającej zatrzymać się, przysiąść, by kontemplować przyrodę, a przy okazji w niekrępujący sposób być z innymi ludźmi. Nic dziwnego, że analizy poświęcone tej kwestii badaczka podsumowuje krótkim zdaniem wypowiedzianym przez jednego z ankietowanych mieszkańców Sycowa: Tu nie ma miejsc, gdzie się spędza czas. To subiektywne przekonanie (bo nierzadko stara infrastruktura wciąż jednak istnieje, choć jest skromna) rzutuje na ogląd całego świata, który otacza nowych mieszkańców starych wsi. Polacy przeprowadzają się na wieś, jakiej nie znają z miast, w których było im źle. Jednak na wsi nie czują się u siebie, a do miast muszą wracać ze względu na pracę, przyszłość dzieci, większą pulę świadczonych tam usług itp.

Ogromnym walorem książki Katarzyny Kajdanek jest fakt, że podjęła się tematyki, która właściwie nie budzi niczyjego zainteresowania i dobrze wpisuje się w strategię przemilczenia problemów i zagadnień społecznych, jakie są udziałem „milczącej większości” Polaków. W zakończeniu swojej pracy badaczka posługuje się publicystycznym ozdobnikiem, by oddać bardzo smutną treść: polska suburbanizacja jest siermiężna, a nie sexy. Nie jest to temat dyskutowany publicznie, traktowany jako element programowych debat politycznych, strategii rozwojowych władz samorządowych i centralnych. Stąd opinia autorki, że skoro nie ma rozbuchanych i zbiorowych oczekiwań, to rozczarowania przechodzą bez echa. Stają się indywidualnymi zmartwieniami, jednostkowymi porażkami, a nie doświadczeniem blisko 70 tysięcy uchwyconych w Spisie Powszechnym 2011 przybyszy z miasta na wieś, choć ich faktyczną liczbę należałoby, wedle moich ostrożnych szacunków, pomnożyć trzykrotnie.


Katarzyna Kajdanek, Suburbanizacja po polsku, Zakład Wydawniczy NOMOS, Kraków 2012.

Trzecia Rzecz Wykluczająca

Pic. A za picem nic

Wolny rynek będzie naprawdę wolny, gdy wyzwoli się od społeczeństwa. W Polsce trwają postępy realnego liberalizmu w tym kierunku. Niż demograficzny jest najlepszym przykładem. Trzeba przyznać, że ten system ma znakomite właściwości odchudzające.

W mojej okolicy są dwie poczty. Jedną z nich właśnie wyremontowano. W środku zrobiło się bardzo elegancko i nowocześnie. Jest duże, odrębne stanowisko finansowe (Bank Pocztowy), osobny regał na prasę, koperty. I tylko jeden mały kłopot: zrobiło się ciasno. Zamiast dawnych dwudziestu krzeseł, na których zwykle siedzieli staruszkowie płci obojga, postawiono – na jedynym już kawałku wolnej przestrzeni – czerwoną ławkę, której oparcie kończy się w okolicach nerek (testowałem: mało wygodne). Od biedy mieści się na niej pięć ściśniętych osób. Reszta klientów musi stać w ścisku i  czekać na swoją kolej. Nie ma już stolików – został jeden krótki blat, przy którym można wypełnić druczki. Pechowo, jego okolice to właśnie ostatni skrawek poczty, gdzie da się przystanąć nikomu nie zawadzając, gdy w środku jest tych dwadzieścia osób. Najbardziej jednak bije w oczy ta krótka czerwona ławka w „miejscu użyteczności publicznej”. Choć chyba ktoś, kto to projektował, najwyraźniej nie myślał o wnętrzu budynku pocztowego w tak mało nowoczesnych kategoriach.

Trudno traktować ten przypadek inaczej, niż jako symbol przemian, jakich doznaje cała nasza przestrzeń publiczna. W Krakowie właśnie oddano do użytku podziemny dworzec kolejowy, który stanowi de facto przedłużenie pobliskiej Galerii Krakowskiej. Ledwo oznaczono dojścia na poszczególne perony. Co stanie się ze starym, zabytkowym dworcem? Jeszcze nie wiadomo. W wielu miasteczkach, jeśli dworce kolejowe nie popadły w ruinę, po prostu zamieniono je w magazyny i hurtownie. W wielkopolskim Czempiniu rok temu zatrzymałem się w małej kawiarence na rynku, prowadzonej, jak się okazało, przez lokalnego patriotę i pasjonata swojej okolicy. Rozmowa zeszła na tamtejszy dworzec kolejowy. – Tam, w poczekalni, były piękne, zabytkowe kasetony, ale nie wiadomo, co się z nimi stało, bo to wszystko przerobili na magazyny – opowiadał. Łudzę się nadzieją, że starego dworca krakowskiego nie da się ot tak, po prostu, oddać na zmarnowanie. Ale w zasadzie: dlaczego nie? Przecież większości opinii publicznej i tak nic takie sprawy nie obchodzą, a nawet jeśli jest inaczej, to ich przełożenie na „czynniki decyzyjne” jest niemal żadne.

Na polskich ulicach królują banki i apteki – jeśli ktoś źle się poczuł po terapii szokowej, zawsze może wziąć to, co Goździkowa. I ludzie biorą. Zdaniem Centrum Badania Opinii Publicznej około 70 proc. Polaków łyka leki bez recepty co najmniej raz w miesiącu. Politycy wiedzieli co robią, zezwalając na niekontrolowaną reklamę tych produktów. Lekko „przyćpany” naród mniej się buntuje.  Co prawda przedłużone samoleczenie może być szkodliwe, ale co komu szkodzi wziąć kilka tabletek, gdy wiadomo, że szanse na szybkie dostanie się do specjalisty są mizerne.

„Polacy są lekomanami i biorą za dużo leków bez recepty, szczególnie tych przeciwbólowych” – mówi Wirtualnej Polsce dr Piotr Burda, konsultant krajowy w dziedzinie toksykologii klinicznej. Nieco inaczej widzi problem prof. Richard Wilkinson, współautor jednej z najważniejszych książek ostatnich lat, „Duch równości”. W rozmowie z tygodnikiem „Polityka” stwierdził m.in.: „Emocje trudno jest kontrolować. A stres statusowy bywa bardzo bolesny. Badania pokazują, że wykluczenie społeczne oddziałuje na te same obszary mózgu co fizyczny ból. Niedawno opublikowano badanie, które pokazuje, że te same lekarstwa, które zmniejszają ból – na przykład paracetamol – zmniejszają też poczucie wykluczenia. To widać po rejestrowanych przez skaner reakcjach fizjologicznych mózgu. Można to też uchwycić w badaniach ankietowych. To częściowo tłumaczy nadużywanie środków przeciwbólowych w niższych klasach i w społeczeństwach o większym rozwarstwieniu”.

Wiemy jednak, że w Polsce nie jest w dobrym tonie mówić o rozwarstwieniu i konfliktach klasowych. To „komunistyczne wymysły” – liczy się jedność narodowa, którą osiągniemy, gdy tylko zacznie rządzić prawica bardziej prawdziwa od tej mniej prawdziwej. I oczywiście jeszcze bardziej wolnorynkowa, bo tylko wolny rynek odejmie Polakom ból głowy. Niektórym najpewniej razem z głową, ale koszty transformacji są zawsze nieuniknione. Te obecne, bo nad dawnymi można już uronić łezkę: Karol Modzelewski i Marcin Król służą przykładem wzruszeń poniewczasie. Prawa realnego liberalizmu nie różnią się pod tym względem od obowiązujących w realnym socjalizmie: za okres błędów i wypaczeń można bić się w piersi wtedy, gdy dawne ofiary już trafił szlag, a system pracuje nad nowymi.

Podobnie jak problem bólu głowy rozwiązać można kwestię kolejek do publicznych ośrodków zdrowia. Można je skrócić nie inwestując ani złotówki: trzeba po prostu zlikwidować publiczną służbę zdrowia. I chodzą słuchy, że tak właśnie będzie. Dokąd pójdą ci, których nie będzie stać na komercyjne usługi zdrowotne? Umrą. Przecież i tak wszyscy umieramy. Sami widzicie, że wolny rynek medyczny może uwolnić się od społeczeństwa naprawdę skutecznie.

Jak dotąd jednak istnieje jeszcze taki byt jak polskie społeczeństwo. Stąd może nie mam racji, gdy narzekam, że na poczcie nie ma już prawie gdzie usiąść. Docelowo przecież i tak nie będzie komu siadać. Ale po co w takim razie to majestatyczne stanowisko Banku Pocztowego? Cóż, i to da się wyjaśnić: współczesny kapitalizm spekulantów i wielkich instytucji finansowych opiera się przecież na transferze środków z peryferii do centrów. Będą nas zatem bombardować usługami bankowymi do ostatniego niewyciśniętego obywatela. Będą nas wyciskać na poczcie, na dworcu kolejowym zamienionym w galerię handlową i w aptece, do której skoczymy po wyjściu z banku. A na dodatek jeszcze w pracy, która staje się „elastyczna” do granic możliwości – swojej albo naszej.

W realnym socjalizmie było biednie, a z reguły też nikczemnie, ale dzieci przybywało. Dziś na ogół też jest nikczemnie, tyle że już w inny sposób, a zamiast równo dzielonej biedy mamy rosnące rozwarstwienie. Dzieci już nie przybywa. Mentalni potomkowie Korwin-Mikkego twierdzą, że to przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych – planowo ograbiający lud pracujący miast i wsi z pieniędzy, zabierający pracodawcom środki, które ci najchętniej przeznaczyliby na wyższe pensje dla swoich ukochanych pracowników. Inni – wiążą negatywne tendencje z rozpadem więzi rodzinnych, pod wpływem nagłych zmian społecznych i kulturowych, które zachodziły w czasach terapii szokowej.

Wredna lewacka propaganda głosi z kolei, że gdyby w Polsce istniał efektywny transport publiczny, sieć żłobków i przedszkoli, gdyby nie skomercjalizowano niemal wszystkich sfer życia i nie zaniżano z premedytacją płac w skali całego kraju, to dzieci mogłoby być więcej. Trzeba jednak uznać, że to rynek ma zawsze rację. A on najwyraźniej nie potrzebuje do szczęścia aż tylu Polaków. Być może wystarczyłoby nas kilkaset tysięcy, osadzonych gdzieś w okolicach Puszczy Białowieskiej i zatrudnionych w agroturystyce? Niemieccy emeryci przyjeżdżaliby do nas ze swego koszmarnego kraju, w którym pokutują straszliwe przeżytki komunizmu, takie jak własny przemysł czy dobrze rozwinięta sieć transportu publicznego. My przemysłu i sprawnego transportu nie mamy, bo jesteśmy nowoczesnym państwem realnego liberalizmu, a nie Niemcami, które, jak niedawno słyszałem, wkrótce zbankrutują już od tego dobrobytu. Razem z krajami skandynawskimi, rzecz jasna.

A skoro jesteśmy przy Niemcach i kolei. W czas Bożego Narodzenia, spędzanego w Wielkopolsce, rozmawiałem ze znajomym. Zwyczajowo zeszło na dawno zamkniętą lokalną linię kolejową. – „I tak wrócą tu Niemcy” – powiedział. Przyznam, że pierwszy raz w swoich stronach usłyszałem taki tekst. Gorycz? Poczucie, że wszystko wokół rozłazi się jak karton w strugach deszczu? Zdroworozsądkowa konstatacja, że inaczej być nie może, skoro z polskiego państwa zostają często tylko pudełka coraz bardziej pustych domów? Skoro domy te stoją przy dziurawych ulicach, którymi coraz dalej trzeba dojeżdżać do lekarza, na pocztę, do jakiegokolwiek ośrodka kultury? Skoro po gwałtownych wichurach w okolicy przez kilka dni nie ma prądu, bo sieć energetyczna jest stara i coraz mniej wydolna?

Tymczasem czytam, że minister rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska zapowiada, iż za dwa lata nasz kraj zwróci się do Komisji Europejskiej o przeniesienie niewykorzystanych funduszy unijnych z projektów kolejowych na drogowe. Komisja nalega zaś, byśmy do tego czasu wydali jak najwięcej na kolej, bo dobrze wiedzą, jakie w tej materii panuje w Polsce dziadostwo. Ale przecież „rozwój regionalny” w kraju realnego liberalizmu rządzi się swoją logiką: logiką niedorozwoju i atrofii. Infrastruktura publiczna może być dziadowska, byle nie rzucała się w oczy cienkiej warstwie zasobniejszych Polaków. Nie ma sensu wydawać na kolej, gdy się ją akurat likwiduje, a to, co z niej zostaje, wystarczy akurat na obsługę kilku największych miast.

Banki, apteki, galerie handlowe, likwidowane urzędy, kiepskie drogi, zarastające tory, pustoszejące regiony, niż demograficzny. Goździkowa, sklepy pocztowo-rybne, Marcin Król załamujący ręce nad polską transformacją, niskie podatki dla bogatych, wysokie dla biednych. Dla kogo nie wystarcza miejsca na coraz krótszej ławeczce, ten frajer. Stój w drzwiach albo emigruj, względnie zrób napad na bank, a łup przeznacz na proszki od bólu głowy.

Co to jest III Rzeczpospolita? Pic. A za picem nic.