Polacy popierają atom

Polacy popierają atom

86 proc. Polaków popiera budowę elektrowni jądrowych w Polsce – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Ministerstwa Klimatu i Środowiska. Jednocześnie ponad 70 proc. badanych zgodziłoby się, aby taka elektrownia powstała w okolicy ich miejsca zamieszkania.

Badanie z listopada 2022 r. wskazuje, że ponad 86 proc. ankietowanych wyraża poparcie dla elektrowni jądrowych w naszym kraju, a 10 proc. jest przeciwnego zdania. W porównaniu do roku 2021 odnotowano wzrost zwolenników tego typu inwestycji aż o 12 proc. O sprawie pisze portal wnp.pl.

Szczególnie ważne jest, że większość badanych (71,6 proc.) popiera zlokalizowanie elektrowni jądrowej w bezpośredniej okolicy swojego miejsca zamieszkania, a zaledwie 25,5 proc. jest przeciwnego zdania. Liczba zwolenników budowy elektrowni jądrowej w swoim sąsiedztwie wzrosła aż o 14 proc. w porównaniu do roku poprzedniego.

Blisko 90 proc. ankietowanych uważa, że budowa elektrowni jądrowej jest dobrym sposobem na walkę ze zmianami klimatycznymi. Z kolei ponad 90 proc. biorących udział w badaniu jest zdania, że budowa w Polsce elektrowni jądrowej przyczyni się do zwiększenia bezpieczeństwa energetycznego kraju.

Wielki piec jeszcze zapłonie?

Wielki piec jeszcze zapłonie?

Pracownicy huty ArcelorMittal Poland w Dąbrowie Górniczej obawiają się powtórki scenariusza z krakowskiej huty koncernu, gdzie kilka lat temu tymczasowe zatrzymanie wielkiego pieca skończyło się jego trwałym wygaszeniem.

Jak informuje portal wnp.pl, wielki piec nr 3 nie działa, a związki boją się, że potrwa to dłużej.
Na przełomie listopada i grudnia zarząd poinformował nas, że wielki piec nr 3 zostanie ponownie uruchomiony między 10 a 20 grudnia. Teraz dowiedzieliśmy się, że ma to nastąpić na początku stycznia, ale konkretna data nie padła. To zaczyna przypominać sytuację z krakowskiego oddziału AMP, gdzie w 2020 roku ponowne uruchomienie wielkiego pieca również przekładano kilka razy, a ostatecznie został on definitywnie zatrzymany – mówi Lech Majchrzak, przewodniczący NSZZ Solidarność w ArcelorMittal Poland w Dąbrowie Górniczej.

Zarząd ArcelorMittal Poland (AMP) odłożył termin ponownego uruchomienia pieca nr 3 w Dąbrowie Górniczej. Solidarność alarmuje, że przyszłość pieca jest niepewna. Firma stara się uspokoić emocje. Wielki piec nr 3 ma zostać ponownie uruchomiony później niż wcześniej zapowiadano. Decyzja zarządu ArcelorMittal Poland wzbudziła niepokój wśród załogi zakładu.

Ogłosiliśmy tymczasowe wstrzymanie pracy wielkiego pieca nr 3, mając nadzieję na jak najszybsze jego ponowne uruchomienie. Od tego czasu bacznie obserwowaliśmy rynek i prognozy w zakresie możliwego wzrostu popytu, długo oczekiwanej poprawy aktywności w Europie. Niestety tak się jeszcze nie dzieje. I nie widzimy żadnych oznak ożywienia rynku w nadchodzących tygodniach. Nadal widzimy, że nasz portfel zamówień utrzymuje się poniżej poziomu pracy technologicznego minimum dwóch wielkich pieców – czytamy w komunikacie ArcelorMittal Poland.

Kętrzyn odlicza dni

Kętrzyn odlicza dni

Z początkiem 2023 r. Kętrzyn zapewni mieszkańcom bezpłatną komunikację miejską.

Jak informuje portal Rynek Kolejowy, kętrzyńską komunikację miejską zasilą cztery zeroemisyjne autobusy Yutong E10. Ten model jest znany już z Polkowic, gdzie kolejny rok mieszkańcom służy jego 9 egzemplarzy. Autobus ma 10 metrów długości, niskopodłogową konstrukcję i jest wyposażony w wydajny system klimatyzacji. Na jednym ładowaniu osiąga nawet 400 kilometrów.

Dzięki realizacji tego projektu modernizujemy nie tylko tabor kętrzyńskich autobusów, ale także siatkę połączeń, dzięki czemu komunikacja miejska będzie bardziej dostępna. Mamy nadzieję, że to zachęci mieszkańców do pozostawienia aut i podróży bezpłatnym, zeroemisyjnym transportem zbiorowym, co na pewno będzie miało zbawienny wpływ na jakość powietrza w mieście – zaznaczył burmistrz Kętrzyna, Ryszard Niedziółka.

Nowe latarnie w gminach

Nowe latarnie w gminach

Ok. 23 tys. lamp ledowych dla oświetlenia ulicznego zainstaluje w 13 gminach południowej Polski koncern energetyczny Tauron. Zastąpią one stare lampy sodowe.

Jak informuje Portal Samorządowy, nowe oświetlenie ma pojawić się w gminach: Pietrowice Wielkie, Murów, Olsztyn, Tarnowskie Góry, Miedźna, Łambinowice, Skoroszyce, Ogrodzieniec, Stryszawa, Przeciszów, Stryszów, Poręba i Bytom. Dzięki inwestycjom samorządy rocznie zaoszczędzą prawie 8 tys. MWh energii elektrycznej, a do atmosfery nie trafi 5,5 tys. ton CO2.

Spółka Tauron Nowe Technologie jest właścicielem i operatorem sieci oświetleniowej na terenie województw: dolnośląskiego, opolskiego, śląskiego i małopolskiego, gdzie obsługuje łącznie ok. 700 tys. punktów świetlnych. W ub. roku Tauron zmodernizował niemal 20 tys. z nich: pod koniec 2021 r. co dziesiąta lampa spółki na tym obszarze była typu ledowego.

W poniedziałek Tauron podał, że otrzymał 19 mln zł pożyczki z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej na prace, które mają być wykonane do końca sierpnia 2023 r. Porozumienie z NFOŚiGW zakłada, że w przypadku terminowej realizacji projektów i ich właściwego rozliczenia Tauron Nowe Technologie będzie mógł liczyć na 10-procentowe umorzenie pożyczki.

Tauron podkreśla, że koszty zasilania oświetlenia drogowego stanowią przeciętnie 25 proc. wszystkich wydatków miast i gmin ponoszonych z tytułu zużycia energii. Technologia ledowa umożliwia zastąpienie np. często spotykanych dotąd 300-watowych lamp sodowych nowoczesnymi oprawami o mocy 80 MW.

Dodatkowo instalacją oświetleniową z oprawami ledowymi można sterować. We wczesnych godzinach wieczornych, kiedy na ulicach panuje ruch, oprawy korzystają z pełnej mocy, natomiast późną nocą i nad ranem, kiedy aktywność pieszych i kierowców zdecydowanie spada, ich moc może zostać ograniczona o kilkadziesiąt procent, co przekłada się na dużo niższe zużycie energii elektrycznej.

Oddalająca się praca

Oddalająca się praca

Rząd ma nadzieję, że praca zdalna powstrzyma wyludnianie się wsi i mniejszych miast. Nie uda się to bez dobrego transportu publicznego.

Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej chce upowszechnić pracę zdalną, licząc na to, że możliwość wykonywania obowiązków z własnych domów powstrzyma mieszkańców wsi oraz małych i średnich miast przed emigracją do dużych aglomeracji.

Przeciwdziałanie wyludnianiu

Jak zakłada projekt ustawy o aktywności zawodowej, pracę zdalną mają promować dopłaty dla pracodawców. Będą oni mogli otrzymać dotację z Funduszu Pracy za przyjęcie na stanowisko zdalne każdej osoby bezrobotnej mającej mniej niż 30 lat albo, jeśli jest w małżeństwie lub wychowuje dziecko, nie więcej niż 40 lat. Z dopłaty na utworzenie stanowiska pracy zdalnej, która wynosić ma 6980 zł, ma być finansowany dostęp do internetu, sprzęt komputerowy czy oprogramowanie.

„Istotą planowanego rozwiązania jest przeciwdziałanie wyludnianiu się małych i średnich miejscowości oraz ich rozwój społeczny i gospodarczy” – czytamy w ocenie skutków regulacji przedstawionej przez resort polityki społecznej. Dopłata przysługiwać ma za przyjęcie do pracy zdalnej mieszkańca obszarów problemowych wskazanych w Krajowej Strategii Rozwoju Regionalnego – to 139 miast tracących funkcje społeczno-gospodarcze i 755 gmin zagrożonych trwałą marginalizacją.

Przeceniana praca zdalna

Resort rodziny i polityki społecznej nie udaje, że upowszechnianie pracy zdalnej przyniesie znaczące efekty. Szacuje bowiem, że dzięki dopłatom zatrudnienie znajdzie w skali całego kraju około 13,8 tys. osób rocznie: średnio 45 mieszkańców każdego z miast tracących funkcje i 5-15 mieszkańców każdej gminy zagrożonej marginalizacją.

Tymczasem wiele gmin z roku na rok traci kilkudziesięciu mieszkańców. Na przykład w dwóch gminach w powiecie sokołowskim na wschodzie województwa mazowieckiego populacja w ciągu dekady zmniejszyła się o 20%: od 2011 do 2021 r. – między kolejnymi spisami powszechnymi – gmina Ceranów straciła 342 mieszkańców, a gmina Sterdyń 690 mieszkańców.

Jak wskazuje Główny Urząd Statystyczny, największym skupiskiem gmin, które w ciągu minionej dekady straciły przynajmniej 10% ludności, jest województwo podlaskie, gdzie problem dotyczy prawie połowy gmin.

Jak dotąd praca zdalna na obszarach, na których rząd chce ją promować, nie była popularna. W województwie podlaskim w pierwszym kwartale 2022 r. zdalnie swoje obowiązki wykonywało 0,7% pracowników. Według danych GUS, udział pracujących na odległość wynosił mniej niż 1% również w województwach świętokrzyskim, opolskim, lubuskim i warmińsko-mazurskim. Praca z domu najpopularniejsza jest w aglomeracji warszawskiej, gdzie na początku 2022 r. obowiązki wykonywało tak 13,9% pracowników. Znaczenie pracy zdalnej i możliwości rozwoju tej formy zatrudnienia często się przecenia. Jak podał Eurostat, w 2020 r. – w dobie największych obostrzeń epidemicznych – w Polsce pracowało zdalnie 8,9% zatrudnionych, natomiast w całej Unii Europejskiej 12,3%.

Ostatni autobus za wcześnie

Można uznać, że Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej swoją inicjatywą wyraża brak zaufania do skuteczności programów Ministerstwa Infrastruktury, których celem jest walka z wykluczeniem transportowym.

Utworzony w 2019 r. Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych choć oferuje samorządom pieniądze, to wciąż wyłącznie na podstawie umów rocznych. Brak wieloletniego finansowania to brak gwarancji stabilności przewozów. Wprowadzenie funduszu nie wiązało się też z określeniem standardów, przez co na liniach dotowanych z rządowego funduszu liczba kursów często nie odpowiada potrzebom społecznym.

Problem ten daje o sobie znać chociażby w przypadku finansowanych z FRPA połączeń obsługujących najbardziej wyludniające się mazowieckie gminy Sterdyń i Ceranów, do których ostatni autobus odjeżdża z Sokołowa Podlaskiego o 17:10. Nie daje to możliwości powrotu z pracy w handlu, gastronomii czy z drugiej zmiany w zakładach przemysłowych. W weekendy kursy nie odbywają się wcale.

Podczas badań „Publiczny transport zbiorowy poza miejskimi obszarami funkcjonalnymi” prowadzonych przez dr. Michała Wolańskiego z warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej pracownicy urzędów pracy zwracali uwagę na sytuacje, gdy bezrobotni z terenów wiejskich nie są w stanie przyjąć ofert zatrudnienia w handlu i gastronomii, ponieważ ostatnie autobusy do ich miejscowości odjeżdżają z miasta przed godziną zamknięcia sklepów i lokali.

Czynnik kryzysu

Duże nagromadzenie gmin, które w ciągu minionej dekady straciły co najmniej 10% ludności, występuje na pograniczach województw. Tereny te określa się mianem peryferii wewnętrznych. „Najbardziej prawdopodobnym czynnikiem ich kryzysu jest zła dostępność” – czytamy w raporcie „Studia nad obszarami problemowymi w Polsce” Polskiej Akademii Nauk oraz Uniwersytetu Warszawskiego. – „Dane pokazują, że właśnie z tego typu obszarów nastąpił silniejszy odpływ ludności”.

Na granicach województw mieszkańcy – zamiast móc korzystać z dostępu do rynku pracy dwóch czy nawet trzech regionów – borykają się z urywającymi się relacjami pociągów czy zupełnym brakiem połączeń na stycznych odcinkach. Z tym problemem miał walczyć rządowy program Kolej Plus, w którym – oprócz przywracania do życia linii kolejowych – przewidziano zachęty dla samorządów do uruchamiania połączeń w głąb sąsiednich województw. Ten element Kolei Plus został jednak zapomniany – w sprawozdaniach z realizacji programu rząd słowem nie wspomina o uzyskanych efektach w zakresie zszywania sieci połączeń między regionami.

Rządowe programy rozwoju kolei stawiają samorządom wymóg uruchamiania czterech par pociągów na dobę. Jak taki rozkład jazdy wygląda w praktyce, można zobaczyć na przykładzie Białegostoku, skąd pociągi regionalne w kierunku Ełku odjeżdżają tylko o 5:03, 10:20, 14:27 i 18:09. Taka oferta nie zaspokaja nawet tak podstawowych potrzeb jak powrót ze stolicy województwa z pracy, którą kończy się o 15:00, 15:30, 16:00, 19:00, 20:00, 21:00 czy 22:00.

Dojazd albo jego brak

Z danych GUS za wrzesień 2022 r. wynika, że w 10 województwach powiaty, w których notuje się najwyższe bezrobocie, to powiaty położone poza siecią kolejowych połączeń regionalnych. Gdy na Dolnym Śląsku stopa bezrobocia w skali regionu wynosi 4,5%, to w pozbawionym kolei powiecie górowskim sięga ona 15,5%. Ta zależność występuje także w województwach kujawsko-pomorskim, lubelskim, łódzkim, małopolskim, opolskim, podkarpackim, podlaskim, pomorskim i świętokrzyskim.

Dla całej Polski stopa bezrobocia wynosi 5,1% (w aż 120 powiatach utrzymuje się na poziomie poniżej 5%). Co jednak znamienne, w sondażu Centrum Badania Opinii Społecznej z września 2022 r. aż 29% ankietowanych z miast liczących mniej niż 20 tys. mieszkańców odpowiedziało, że znalezienie pracy na miejscu jest trudne lub niemożliwe. To oznacza, że dla mieszkańców mniejszych ośrodków decydującą kwestią przy zatrudnieniu są możliwości dojazdu do pracy. Albo ich brak.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 6/121 listopad-grudzień 2022)
http://www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

W Suchedniowie powstanie państwowa fabryka

W Suchedniowie powstanie państwowa fabryka

Rozpoczęto budowę nowoczesnego zakładu, który zajmie się produkcją żelbetowych prefabrykatów.

Jak pisze portal wnp.pl, fabryka będzie dostarczała elementy na potrzeby budownictwa wielkokubaturowego, m.in. hal produkcyjnych i magazynowych, obiektów handlowych, biurowych oraz budynków mieszkalnych wielorodzinnych.Dużym atutem tej lokalizacji jest bliskość infrastruktury drogowej i kolejowej. Powstanie na terenie po dawnych zakładach Marywil.

W pierwszym etapie inwestycji planowane jest uruchomienie nowoczesnych linii technologicznych, które pozwolą na produkcję takich elementów, jak ściany warstwowe, ściany pełne, ściany dwuwarstwowe, płyty balkonowe, podwaliny, płyty stropowe kanałowe, słupy, belki, dźwigary dachowe oraz prefabrykowane biegi schodowe.

Inwestycja będzie powstawała przy zaangażowaniu Agencji Rozwoju Przemysłu i spółek ARP Budownictwo i Operator ARP. Zakład zostanie otwarty pod koniec 2023 r.

 

Polacy nie chcą jedzenia w plastiku

Polacy nie chcą jedzenia w plastiku

65 proc. Polaków opowiada się za wprowadzaniem w Polsce przepisu zakazującego sprzedaży owoców i warzyw w plastikowych opakowaniach – wynika z badania.

Jak informuje portal Rynek Spożywczy, w 2019 roku Unia Europejska wprowadziła zakaz sprzedaży i używania jednorazowych plastikowych produktów. Państwa UE dostały dwa lata na dostosowanie swoich ustaw do nowej plastikowej dyrektywy. Kolejne zmiany dotyczące ograniczania w produkcji opakowań plastikowych mają się pojawić w 2025 roku. Wówczas wieczka i nakrętki plastikowe będzie można wprowadzić do obrotu tylko, jeśli będą na stałe przymocowane do butelek i pojemników. Od 2025 roku plastikowe butelki będą musiały być wyprodukowane w minimum 25 proc. z materiału pochodzącego z recyklingu – podano.

Za wprowadzeniem zakazu sprzedaży owoców i warzyw w plastikowych opakowaniach opowiada się 65 proc. Polaków, a wśród nich aż 70 proc. badanych kobiet i blisko 60 proc. pośród wszystkich ankietowanych mężczyzn – przekazano w informacji dotyczącej badania. Badanie Ekobarometr zostało przeprowadzone przez pracownię SW Research we współpracy z Grupą Akomex. Zbadano reprezentatywną grupę Polaków, liczącą 1583 osoby. Grupa Akomex jest producentem opakowań kartonowych, posiada trzy fabryki w Polsce i w Danii.

Jak dodano, grupą wiekową najchętniej popierającą zakaz sprzedaży owoców i warzyw w plastikowych opakowaniach są osoby powyżej 65 roku życia. 73 proc. ankietowanych w tej grupie wiekowej uważa, że jest to słuszne działanie. Negatywnie na pomysł rezygnacji z opakowań plastikowych w sprzedaży owoców i warzyw zareagowało 13 proc. respondentów.

Zgodnie z wynikami badań konsumenci wskazują także, że produkty wytwarzane z kartonu oraz papieru są najbardziej ekologicznymi opakowaniami. Tego zdania jest 52 proc. respondentów. 30 proc. badanych jako proekologiczne opakowanie wymienia szkło, a 10 proc. wskazuje na drewno.

 

Piła chce zbudować samowystarczalne osiedle

Piła chce zbudować samowystarczalne osiedle

Samorząd Piły jako pierwszy w kraju założył klaster energii, zaczął się przymierzać do wykorzystania wodoru i był pionierem w energetycznym wykorzystaniu ciepła ze ścieków. Teraz chce wybudować wzorcowe samowystarczalne energetycznie osiedle mieszkaniowe.

Jak informuje Portal Samorządowy, 9 grudnia Piła podpisze umowę, na mocy której otrzyma dofinansowanie z NFOŚiGW do zakupu autobusów wodorowych, a w styczniu zakończy budowę farmy fotowoltaicznej o mocy prawie 5 MW. Kontynuacją tych działań jest plan budowy osiedla mieszkaniowego dla 8 tys. mieszkańców, które ma być samowystarczalne energetycznie i superekologiczne.

Pilska komunalna spółka wodociągowo-kanalizacyjna już osiem lat temu – jako pierwsza w kraju – zainstalowała pompy ciepła, wykorzystujące ciepło ze ścieków komunalnych. W 2016 r. uruchomiła własną instalację fotowoltaiczną, też jedną z pierwszych w kraju, wybudowanych przez firmę wodociągowo-kanalizacyjną.

Miasto chwali się też inteligentnym oświetleniem ulicznym, wyposażonym w czujniki ruchu. Dzięki temu w nocy latarnie redukują natężenie światła o 70 proc., a zaczynają świecić mocniej tylko wtedy, gdy ktoś koło nich przechodzi lub przejeżdża.

Piła rozpoczęła współpracę z Orlenem, który ma pomóc w rozwoju komunalnego transportu opartego na napędzie wodorowym. Orlen ma wybudować w Pile jedną ze swych pierwszych pięciu stacji wodorowych.

Ukoronowaniem tych wszystkich działań ma być budowa samowystarczalnego energetycznie i ekologicznego osiedla mieszkaniowego, na którym zamieszka 8 tys. osób. Stanie ono na dużym, 60-hektatorym terenie należącym do samorządu. Będzie się tam np. gromadzić deszczówkę i wykorzystywać ją do spłukiwania toalet. Ale planowane przez miasto osiedle ma być przede wszystkim samowystarczalne energetycznie. Będzie wyposażone w instalacje fotowoltaiczne czy mikroelektrownie wiatrowe, a produkowana przez nie energia będzie zasilać – przy wykorzystaniu magazynów energii – stojące tam budynki mieszkalne i obiekty użyteczności publicznej.

Etnografia przeszłości w przyszłości: Pierwsze spotkanie

Etnografia przeszłości w przyszłości: Pierwsze spotkanie

To mój pierwszy raport z badań terenowych na zajęciach z etnografii historycznej. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to będą następne – zobowiązałam się pisać i wysyłać regularnie krótkie sprawozdania z moich badań. To jest troszkę dłuższe, bo jest pierwsze. Dostaliśmy za zadanie publikować etnoreportaże w mediach szerokiego zasięgu; ja wybrałam „Supernowego Obywatela”, bo ma mnóstwo czytelników, ale i wyraźny profil i zawsze stara się mówić nowe, niebanalne rzeczy. Właśnie takie chciałabym umieć powiedzieć o epoce, którą badam – coś więcej niż to, co wszyscy o niej myślą i czują, czyli właściwie nic specjalnego, byle nie musieć się na niej zbyt długo koncentrować, zbyć banalną etykietką i móc zająć się ciekawszymi momentami w historii planety. Dla mnie ta epoka ma nabrać życia, energii i znaczenia. I chcę przekazać moim współczesnym ziomkom to, co zobaczę.

Nie zdziwi nikogo, gdy dodam, że byłam jedyną osobą, która zapisała się na tę epokę. Nasza profesor, Ania Lawendowska, po namyśle zgodziła się, żebym wybrała się na samodzielne badania. Powiedziała: „Ty, Dobromiło, zawsze jesteś taka Zosia Samosia, dasz sobie radę. I ta epoka właściwie pasuje do takiego indywidualnego podejścia. Tylko musisz być bardzo czujna i wrażliwa, żeby nie stracić energii”.

Wyjaśniła mi, że mam sprawdzać poziom energometrem codziennie, a w razie potrzeby nawet za każdym razem, gdy czuję, że coś jest nie bardzo w porządku. Jeśli zjedzie mi pod kreskę, to mam zostawić absolutnie wszystko, nie wracać po nic, tylko nastawić chronoport z powrotem na rok 2083 i fru. Notatki będę zawsze nosić przy sobie, bo nie wyobrażam sobie, żebym umiała je zostawić i wyskoczyć z powrotem do domu bez nich. Wszystko inne mogę zostawić, ale mojej pracy nie. Nie ma w tym chyba nic dziwnego; wiadomo, że utrata pracy powoduje dramatyczny spadek energii. Będę bardzo uważać, bo wiemy z historii, że ludzie wtedy to były chodzące czarne dziury (i jakie to miało skutki). Zresztą nasza Ania pamięta sama tamte czasy, studiowała wtedy socjologię, i dobrze potrafiła mi poradzić, jak mam się zabezpieczać przez zjazdem.

Najpierw było mnóstwo szkoleń BHP i z obsługi chronoportu. Zakazano nam ujawniania w jakikolwiek sposób, że pochodzimy z ich przyszłości. Słusznie – chociaż wiemy przecież, że tamci ludzie po prostu nie widzą niczego, co pochodzi z przyszłości; żyją w czasach sprzed chronoportacji i nie mają nawet specjalistów od postrzegania przybyszów z przyszłości. Widzą nas tylko o tyle, o ile odgrywamy role i zasady z ich czasów. Na dobrą sprawę można im powiewać sztandarem rewolucji 2032 roku i nie zobaczą dokładnie nic. Ale rozumiem, że muszą nam takie rzeczy dokładnie wyjaśnić, bo takie badania przeszłości to nie żadna turystyka, lecz poważne podejście i trzeba brać odpowiedzialność za to, co się robi i za to, co się myśli. Nie wiadomo jeszcze, jaki ślad tam zostawiamy, nawet jeśli nikt nas nie widzi. Nie można robić byle czego w przeszłości tylko dlatego, że oni robili byle co. Tych przygotowań i szkoleń było mnóstwo, zdążyły nas zmęczyć i znudzić. Jednak, mimo wszystko, nic nie przygotowało mnie na faktyczne stanięcie twarzą w twarz z rokiem 2022. Żadne opowieści, żadne symkursy, żadne pilotaże nie mogą się równać z bezpośrednim wrażeniem zanurzenia w zupełnie innym kosmosie. Tak jak nam wyjaśniono, najpierw jest pierwszy haust euforii, nagłe wyrównanie energii, ma się wrażenie unoszenia w powietrzu. Ale potem się zaczyna czuć przestrzeń wokół.

W moim przypadku – nie bardzo. Pierwsze uczucie: no dobrze, pojmuję, czemu ten czas nazywa się La Moche Époque. Tego wrażenia nie oddają w pełni stare klipy ani obrazy, to jest coś, co się czuje całą skórą. Jest naprawdę brzydko, wszystko jest strasznie brzydkie. Myślę sobie está bem, dawaj od razu energometr. I słusznie – wskaźnik spadał, chyba z jakiegoś zawyżonego pułapu od tego pierwszego haustu, więc nie było tragicznie – ale przestraszyłam się, bo jeszcze nigdy czegoś takiego nie miałam, tak silnego zjazdu. Wszystko wokół było jakieś jałowe, wysuszone, ale jednocześnie wiotkie, zwiędłe. Ludzie niby ubrani kolorowo, ale wszyscy tacy sami, przynajmniej wtedy takimi mi się wydali. Gesty, rytm wokół jednostajny. Na pewno też zawiniła troszkę nawigacja, bo zamiast bezpiecznie w mieszkaniu, znalazłam się w środku domu handlowego. Muszę to zgłosić, pewnie błąd w mapach programu, ale i tak dobrze, że mnie nie wylądowało na środku ulicy.

W każdym razie wrażenie było mocne i postanowiłam od razu skorzystać z rad anty-entropowych. Obrałam kurs na najbliższy park, czyli w tym przypadku Saski. To fizyczne uczucie ulgi, kiedy spotkałam pierwsze drzewo! Kochany, cudowny klon. I potem już coraz lepiej. Lipy, kasztanowce białe, inne klony. Nawet nie musiałam mierzyć energii, czułam się z każdą minutą coraz lepiej. Jak spragniony człowiek w upale, chłonęłam kontakt z jesiennymi liśćmi, cienie, jakie rzucały na alejki, cudne aromatyczne zapachy jesieni, ptaki, które czuły moje zaniepokojenie i starały się nakarmić mnie dawką dobrego konsonansu. Está bem, está bem. Było dość ciepło, usiadłam na ławce. Po jakimś czasie zaczęłam znów zwracać uwagę na ludzi. Patrzyłam na nich troszkę jakby z ukrycia, nieśmiało, gotowa, by odwrócić w każdej chwili wzrok. Już nie wydawali mi się tacy groźni, jak na samym początku. Nawet mieli swój wdzięk. Mieli jakiś taki rytm smutku, nie uśmiechali się do siebie, nie mówili przechodzącym ani dzień dobry, ani olá. Większość sunęła z łagodną melancholią, jakby nie do końca świadomie chłonąc i czerpiąc energię z drzew. Niektórzy patrzyli pod nogi, inni jakby w próżnię. Tak jak nas uczono, sporo osób chodziło z tymi ich modelami komórek, które są absolutnie identyczne i przypominają listewki do prądu. Albo trzymają to przy głowie, albo mają lokalną zdalność, ale wtedy też są na tych komórkach skoncentrowani, ich uwaga jest wyraźnie gdzieś indziej. Widziałam też osoby siedzące na ławkach z komórkami albo z książkami, takimi z papieru drzewnego, te białe kartki mocno zwracają uwagę, jest w nich coś smutnego i bardzo pięknego. Pomyśleć, że oni mogą z takimi cudami siedzieć byle gdzie i dotykać brudnymi łapami. Choć w jakiś sposób to mi pasowało, poczułam wielkie piękno tej scenki – człowiek z drzewną książką pod jesiennym kasztanowcem, drzewem…

Poczułam też, że cieszę się i jestem głęboko wdzięczna za nasz algowy papier, w tym drzewnym jest, oprócz głębokiego piękna, też głęboka przemoc, tak samo jak z pergaminem. Patrzyłam w Saskim na ówczesne dzieci, też takie odrębne, ale przynajmniej rozglądały się na boki i jedno pokazało mi ozór. Odpowiedziałam tym samym. Poczułam, że jest está bem i że mogę już iść, poszukać mojego lokum i spróbować się z nim zaprzyjaźnić. Przede mną, jak dobrze pójdzie, cały semestr w tym burym świecie.

Inaczej niż większości, mnie załatwiono indywidualne mieszkanie, bo ważniejsze niż zsocjalizowanie się z epoką jest przeżycie badania, a na higienie energetycznej mieszkańców, nawet najbardziej podstawowej, nie ma tu co polegać. Nie mogę więc obserwować, co robią rano studenci w akademiku ani jak się zachowuje rodzina gospodarzy wieczorem, czego troszkę żałuję. Z drugiej strony jednak nie zamierzam szaleć, bo nikt nie chce się obudzić pewnego dnia jako pieprzony implo.

Mieszkam na Żoliborzu, bo tam jest dużo drzew, sporo niekoszonych trawników, ptaki i inne zwierzęta. Dom jest zbudowany ze zdrowego materiału, sporo cegły, jest zachowana taka jakby intuicyjna higiena mieszkalna. Wyjaśniono mi, że to troszkę sztuczna społeczność, bo głównie bogaci ludzie, żebym się nie spodziewała organicznego życia sąsiedzkiego, i żeby, jeśli coś będzie ze mną nie tak, jednak najpierw sięgać po chronoport, a nie liczyć na pomoc sąsiada. Tu jednak moje pierwsze wrażenia były bardzo przyjemne. Dom przywitał mnie ciszą i zapachem starych murów. Wszędzie są zamki i zamknięcia, ale przynajmniej nie ma tu ogrodzeń, a wiem, że w innych osiedlach bywają.

Wnętrze cudownie velha guarda, z drewnianą klepką, która trzeszczy pod stopami, umeblowane też po staremu, bo ktoś zostawił meble i wynajął. Szafki w kuchni pełne talerzy ręcznie malowanych przez starych mistrzów z Włocławka. Gdybym była gorszym człowiekiem, to zabrałabym kilka do domu na koniec badań. (Ale nie jestem, bądźcie spokojne, drodzy Czytelnicy!) Coś przecudnego, i można jeść z tego jajecznicę i chleb z masłem. Co oczywiście robię i wcale mi się nie nudzi, czuję tę zebraną w talerzu pracę ludzką, staranność, wiedzę całych załóg zmaterializowaną w tych obiektach – i jestem ostrożna, pełna szacunku. W ogóle mieszkanie nastraja mnie w ten sposób. Nie czuję się tu sama, wszędzie są ślady czyjejś staranności i pracy. Nie zawsze jest to dobre uczucie – właściciel zostawił mi na powitanie różne rzeczy, między innymi tabliczkę czekolady, której jedzenie sprawiło mi fizyczną przyjemność, ale jednocześnie napełniło smutkiem. Mnóstwo rzeczy w tym świecie powstaje z pracy tak głęboko wyalienowanej, że ściska w dołku. Czasami zupełnie nie jest się na to przygotowanym, bo nigdzie nie ma ostrzeżeń. Nie bardzo.

Na początek postanowiłam się zmierzyć z młodzieżą jako tematem badawczym. Przeprowadziłam analizę tekstu, obserwację nieuczestniczącą i jedną rozmowę z tubylczynią. Analizowałam głównie teksty z tutejszego internetu – to rzeczywiście gąszcz pełen wnyków i miejscami zaminowany, można się wrąbać w byle co bez żadnego uprzedzenia – nikt tego nie moderuje ani nie ma ostrzeżeń dla użytkowników. Ma rację Zapatero, że to była prawdziwa machina chaosu i nic dziwnego, że poszło tak, jak poszło. Obserwację prowadziłam w wybranych miejscach pracy studentów i uczniów. Pracują też często jako gońcy, tak zwani copywriterzy, czyli pisarze reklam, opiekują się dziećmi (głównie kobiety), pracują w magazynach i jako piloci wycieczek.

Wybrałam gastronomię, bo wydała mi się najłatwiejsza do obserwowania z zewnątrz. Siedziałam w kawiarniach, gdzie pracowała młodzież i patrzyłam uważnie na to, co się dzieje. Wreszcie porozmawiałam z jedną osobą. Tu nie jest tak łatwo zacząć rozmowę z nieznajomą osobą na mieście – za to super łatwo z nieznajomym w internecie, ale na tym mi na razie nie bardzo zależy, te wymiany są strasznie płytkie i często agresywne, a chciałam mieć głębszy kontakt z tubylcem. Nie ma klubów osiedlowym, ale są pierwsze kooperatywy. Zapisałam się do jednej i tam bez żadnych problemów nawiązałam takie znajomości, na jakich mi zależało. Osoba, z którą porozmawiałam o jej sytuacji, ma na imię Karolina i pracowała razem ze mną na dyżurze. Wygląda to w zasadzie tak samo jak u nas, chociaż tu jest o wiele rzadziej spotykane – te kooperatywy to prawdziwi pionierzy spółdzielczości i trzeba poważnie poszukać, żeby na jakąś trafić.

Potem będę naprawdę spotykać się z różnymi ludźmi, rozmawiać i uczyć się, jak żyją. Będę o tym, czego się tu nauczę, pisać i wysyłać kolejne raporty. Teraz kilka słów o wstępnych badaniach młodych ludzi z brzydkiej epoki. Nie będą to miłe słowa, bo sytuacja młodych zdaje się tu być niezbyt miła. Z jednej strony teksty tych czasów pełne są komplementów wobec młodzieży. Młodzież to „przyszłość”, „jest najlepszym pokoleniem w historii” (w ogóle wymyśla się tu ciągle nowe pokolenia, to bardzo ciekawe, bo między nimi nie ma odstępu w czasie, który wystarczyłby na rodzicielstwo, no, chyba że rodzicami miałyby być dziesięcioletnie dzieci…), jest „ambitna”, „wie, czego chce”, „jest mądra, nie da się indoktrynować”. Często też spotyka się frazę „trzeba dać młodzieży szansę” albo „teraz czas na młodych”. Nie ma tu instytucji starszyzny w strukturach zarządzających organizacjami czy społecznościami.

Z jednej strony można odnieść wrażenie, że ta epoka jest przynajmniej ideowo przyjazna dla młodych. Ale z drugiej – nigdy nie słyszałam o czasach tak niesprzyjających młodym ludziom. Młodzi niby rządzą się sami, nikogo nie pytając – ale też nie mają kogo spytać. Bardzo trudno o pracę zgodną z umiejętnościami i wykształceniem. Niby deklaratywnie wpiera się osoby, które chcą się kształcić, ale nie udało mi się dowiedzieć, na czym to wsparcie konkretnie polega. Studenci zaoczni nie dostają płatnych urlopów z miejsc pracy, nawet na czas pisania prac dyplomowych. Nie dostają też nagród, gdy takie studia ukończą. Za to wisi nad nimi ciągła groźba utraty pracy i bardzo wiele osób szuka studiów niezgodnych ze swoimi zainteresowaniami, ze strachu, że zostaną bez pracy po ukończeniu nauki! W naszych czasach wydaje się śmieszne, że takie ogromne masy osób studiują zarządzanie – tylko w tym roku były w Polsce dziesiątki tysięcy kandydatów na takie studia! Czym oni potem zarządzają? Wydaje mi się, że oni wiedzą, że nie będą szefami korporacji, ale mają nadzieję, że miejsca pracy będą przychylnie patrzeć na ich dyplomy – nic innego nie odgrywa tu większej roli.

Co gorsza, młodzi nie mają gdzie mieszkać i wszyscy sprawiają wrażenie, jakby to było normalne. Prawie wszystkie mieszkania są prywatne i naprawdę strasznie drogie. Gdyby młoda osoba nawet nie wydała nic na życie przez cały rok, to taka całkowicie odłożona pensja wystarczyłaby na jakieś 3 metry kwadratowe mieszkania, może 4. Tylko młodzi z bogatymi rodzicami mają szansę na własne mieszkanie. Ale to też ma swoją cenę – rodzina mówi im, co mają studiować, w jaki sposób brać ślub, a nawet z kim i kiedy. Stosunki własności paraliżują tutaj życie. Trudno się dziwić, że nie ma bogatej kultury żywego teatru, żadnego fermentu, bezkompromisowego buntu. Naszym łatwo jest mówić – spróbowaliby tu pożyć moi koledzy kurwa wyklęci bardowie z wielkim dylematem życiowym, czy mieszkać w cichej kawalerce, czy kolektywnie.

Młodzi ludzie pracują w warunkach kompletnej alienacji pracy. Są cały czas obserwowani i nagrywani przez kamery, zazwyczaj nie mają umowy o pracę ani nawet wzajemnych zobowiązań świadczenia z zakładem pracy. W ich miejscach pracy bardzo często nie ma w ogóle związków zawodowych. Widziałam szefów besztających pracowników na oczach całej sali pełnej klientów – nikt nie reagował (miałam wielki problem, żeby powstrzymać się przed wstaniem i strzeleniem we wrzeszczący pysk). Widziałam, jak pracownik musiał robić za kilka osób, dwoił się i troił, bez przerw, bez możliwości pogadania z innymi ludźmi. Widziałam, jak pracownicy gastro zmuszeni byli do recytowania odrażających formułek marketingowych i wpychania klientom jakichś rzeczy, których oni wcale nie chcieli – to skutecznie zabijało jakiekolwiek możliwości nawiązania więzi między nimi, rzecz jasna, bo klient myślał tylko o tym, żeby jak najszybciej odejść od lady, a pracownik nie widział w kliencie w ogóle człowieka, lecz obiekt do molestowania tymi ofertami. Dowiedziałam się, że młodzi pracują na zmianach po 10 godzin w cateringu – a bywa, że dłużej. Nie mają do kogo iść na skargę, bo jest to uważane za normalne, jeszcze usłyszeliby od przełożonych i rodziców, że mają za dobrze. Podobno to normalna odzywka w tej epoce, muszę kiedyś spróbować zrozumieć, skąd się bierze – sprawia wrażenie okrutnego absurdu. Natomiast fakt, że polscy studenci i tak mają nieskończenie lepiej, niż rówieśnicy z Anglii czy USA (którym wszyscy zdają się zazdrościć), bo przynajmniej nie muszą na ogół płacić za naukę ani zadłużać się na dziesięciolecia do przodu.

Te obserwacje pochłonęły sporo czasu i energii, zabierałam zawsze ze sobą awaryjny tomik poezji, Nâzım Hikmet uratował mnie przed niejednym zjazdem. Czułam, że zaczynam widzieć problem, ale patrzyłam ze zbyt wielkiego dystansu, aby naprawdę go rozumieć. Wtedy właśnie zapisałam się do kooperatywy i zaczęłam regularnie przychodzić na dyżury. Zaprzyjaźniłam się z Karoliną i zadawałam jej wiele pytań, a ona odpowiadała i czasami też mnie pytała. Staram się zawsze odpowiadać szczerze, ale bez przyszłościowych rewelacji, więc siłą rzeczy to, co o sobie mówię, jest skrótowe i zniekształcone. Czasami tłumaczę, że jestem introwertyczką, co jest po części prawdziwe. W każdym razie dzięki Karo zobaczyłam ten świat troszkę bardziej od środka. Opowiedziała mi, jak wcześniej pracowała w gastro, potwierdzając z naddatkiem moje ponure obserwacje. Nadal musi zasuwać, bo jej kooperatywa nie płaci, tylko daje możliwość kupowania warzyw i owoców ze zniżką. Ja mam zresztą tak samo, też nie dostaję wypłaty i nie jestem pracowniczką. Mnie to nie robi problemu, bo mam stypendium i mogę się skoncentrować na studiowaniu. Tego oczywiście Karo nie powiedziałam, bo to zupełnie przyszłościowy kosmos. Ale bardzo nam się dobrze pracuje razem, Karo też mówi, że w kooperatywie jest cudownie. Dostosowujemy się do siebie z tempem, pomagamy sobie wzajemnie nosić kraty z warzywami. Siedzimy, przebieramy marchewkę razem i rozmawiamy.

„Ty, dlaczego nikt nie wpadł na to, że taka praca jak tu jest sensowniejsza i lepsza niż to, co na ogół?” – spytała mnie Karo, a ja nie wiedziałam, co powiedzieć, więc tylko kiwałam głową. „W gastro jest spinka, wszyscy z agresją, często nienawidzi się tych klientów, bo to jedyne, co daje moc, żeby przetrwać jeszcze kilka godzin. I się bierze, co się da, bo nie wolno, szef każe wyrzucać do śmieci dobre jedzenie. Więc jak się trafi okazja, to bierze się, co się da. A przecież tu – nigdy, za nic. Tu jest inaczej. Nie wiem, jak to wytłumaczyć”.

Ja wiem, ale nie mogę jej tego powiedzieć. Pocieszam się, że już za 10 lat oni też to będą wiedzieć i że dzięki temu tacy jak ja będą mogli sobie odgrywać święty teatr po nocach i mieć bezkompromisowe zdanie o świecie i o czasie odkupienia. Na widok wrzeszczącego w miejscu pracy sadysty świerzbi nas ręka, a nie zaokrąglają się ramiona. Własne mieszkanie kojarzy nam się z introwertyzmem i ekstrawertyzmem, a nie z długiem do końca życia. Dziękuję, Karo. Nie mogę ci tego powiedzieć tam w świecie, który badam, ale powiem tu, w moim reportażu.

Karo powiedziała mi, że mieszka „za miastem” i dodała, że w Konstancinie. Zaciekawiło mnie, jakie mają przedmieścia w tych czasach, więc bezczelnie się do niej wprosiłam. Chyba była troszkę zdziwiona, zdaje się, że nie jest to normalnie praktykowane, żeby tak szybko i tak bezstresowo się wpraszać do znajomych. Przywitała mnie jakimś fajnym warzywnym daniem, nie spodziewałam się, że zada sobie trud gotowania dla mnie obiadu i zrobiło mi się głupio. Wynajmuje pokój u jakiejś rodziny, ma własny kąt kuchenny i całkiem przyjemny widok z okna na piękne jesiony i olchy. Zdziwiła się, że tak dużo wiem o drzewach i ptakach, a ja zdziwiłam się, że oni mówią po prostu „drzewo”. To tak jakby mówić „zwierzę” zamiast kot, pies, dzik. Ale – co kraj to obyczaj i co epoka w sumie też. Ciekawe, kiedy zaczną powstawać nowe przysłowia, gdy chronoporty się staną bardziej powszechne. Oczywiście nic z tego nie powiedziałam Karolinie, tylko pomogłam jej zmywać i ucieszyłyśmy się obie, że się niedługo znów zobaczymy.

W drodze powrotnej miałam zabawną przygodę w tramwaju. Automat biletowy pożarł mi monetę i nie chciał wydać biletu. Spojrzałam na niego i powiedziałam wyraźnym i spokojnym tonem: oddaj, ty skurwysynu. Oczywiście wiem, że tutejsze biletomaty nie reagują na zaczepki, ale nie mogłam się powstrzymać. Pomyślałam nawet „nie zauważą i już”. Nieoczekiwanie dla mnie stały się dwie rzeczy. Automat pomielił i wypluł bilet. Odchodząc natrafiłam na wpatrzone we mnie z zachwytem oczy chyba dziesięcioletniego chłopca. „Szacunek” powiedział, gdy zobaczył, że na niego patrzę. Wzajemnie, nieznajomy chłopaku, wzajemnie.

Śniłam dzisiaj, że w moim tutejszym mieszkaniu zamknięte były koty, wychudzone, smutne. Wypuściłam je na wolność – z taką niesamowitą ulgą wybiegły. Myślę, że będzie dobrze. Ta epoka jest brzydka, ale nie może być aż tak zła, skoro już niedługo wybuchnie tu najpiękniejsza rewolucja 2032 roku i bardzo duża część osób, które teraz obserwuję, weźmie w niej udział, walcząc o piękniejszy, pełen życia świat. Está bem.

prof. dr hab. Monika Kostera

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Silvia from Pixabay.

Będzie dodatkowa kasa na zatrudnianie osób z niepełnosprawnością

Będzie dodatkowa kasa na zatrudnianie osób z niepełnosprawnością

Zwiększenie środków na Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON) o dodatkowe ponad 400 mln zł rocznie zakłada projekt nowelizacji ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych.

O sprawie pisze portal plushr.pl. Według jego informacji, ysokość dotacji dla PFRON na miesięczne dofinansowania do wynagrodzeń pracowników niepełnosprawnych ustalona zostanie na 30 proc. środków zaplanowanych na realizację tego zadania na dany rok.

Oznacza to, że obecna wysokość dotacji w kwocie 676,5 mln zł zostanie zwiększona o ponad 400 mln zł i wyniesie 1,08 mld zł. To wzrost o prawie 60 proc. – wskazuje Kancelaria Premiera.

Podniesiona zostanie m.in. wysokość dofinansowań dla pracodawców ze środków PFRON. Z 1950 zł do 2400 zł podniesione zostanie dofinansowanie w przypadku osób niepełnosprawnych, którzy zaliczani są do znacznego stopnia niepełnosprawności. Z 1200 zł do 1350 zł wzrośnie dofinansowanie w przypadku osób niepełnosprawnych, którzy zaliczani są do umiarkowanego stopnia niepełnosprawności. W przypadku osób niepełnosprawnych, którzy zaliczani są do lekkiego stopnia niepełnosprawności, dofinansowanie zostanie podniesione z 450 zł do 500 zł.

Kobiety pójdą do wojska?

Kobiety pójdą do wojska?

Powstał projekt rozporządzenia wprowadzającego obowiązek kwalifikacji wojskowej dla kobiet kończących studiach na kierunkach medycznych, a także weterynarii i psychologii.

Jak informuje pulshr.pl, rząd zajmie się projektem jeszcze w tym roku. Przedstawiony przez Ministerstwo Obrony Narodowej projekt trafił do wykazu prac rządu 30 listopada; planowany termin jego przyjęcia to IV kwartał 2022 roku. Jak poinformowano na stronach rządowych, projekt wskazuje grupę kobiet, która ma mieć obowiązek stawienia się do kwalifikacji wojskowej oraz określa stanowiska lub funkcje, na których będą one mogły pełnić czynną służbę wojskową.

Grupę tę stanowią kobiety kończące studia na kierunkach lekarskim, weterynaryjnym, pielęgniarskim, psychologicznym, analityki medycznej oraz ratownictwa medycznego.

Projekt rozporządzenia wskazuje również stanowiska służbowe i funkcje, na które kobiety będą mogły zostać wyznaczone w razie konieczności ich powołania do obligatoryjnych niezawodowych form służby wojskowej (w razie ich wprowadzenia).

Czy czterodniowy tydzień pracy ma sens?

Czy czterodniowy tydzień pracy ma sens?

W globalnym programie pilotażowym 33 firmy i 903 pracowników przez sześć miesięcy testowało czterodniowy tydzień pracy bez obniżki wynagrodzenia. Oto pierwsze wnioski.

Jak informuje Business Insider, globalny czterodniowy program pilotażowy odniósł ogromny sukces, twierdzą jego organizatorzy. Ich zdaniem, po sześciu miesiącach większość z 33 firm i 903 pracowników testujących harmonogram bez obniżki wynagrodzenia raczej nie wróci do standardowego tygodnia pracy. Jak podaje CNN, żadna z 27 firm, które odpowiedziały na ankietę przeprowadzoną przez organizację „4 Day Week Global”, nie stwierdziła, że ​​planuje powrót do swojej poprzedniego pięciodniowego trybu pracy lub że składnia się ku temu.

Około 97 proc. z 495 pracowników, którzy odpowiedzieli na ankietę, powiedziało, że chce kontynuować czterodniowy tydzień pracy. Pracownicy zgłaszali niższy poziom stresu, zmęczenia, bezsenności i wypalenia oraz poprawę zdrowia fizycznego i psychicznego.

Ponadto według badania średni przychód firm wzrósł o 38 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku.

Były reporter TVN wygrał ze stacją przed sądem pracy

Były reporter TVN wygrał ze stacją przed sądem pracy

Robert Jałocha, były reporter TVN24 i „Faktów” TVN, wygrał przed sądem pracy proces, jaki w jego imieniu wytoczył stacji TVN inspektor pracy. Sąd uznał, że firma zatrudniając go przez cztery lata na umowie o dzieło, obchodziła prawo pracy, gdyż dziennikarzowi należała się wówczas umowa i opłacanie składek.

Jak informuje portal Wirtualne Media, sprawa dotyczy lat 2010- 2020. Wtedy Robert Jałocha pracował na umowie o dzieło dla TVN24 i dla „Faktów” TVN. Gdy w 2020 roku rozstał się ostatecznie z firmą, poprosił o świadectwo pracy. Świadectwo się nie znalazło, więc poinformował o tym fakcie Państwową Inspekcję Pracy.

Ta zaś najpierw wystąpiła z zapytaniem o świadectwo pracy i dokumenty za ten okres do TVN, a następnie dopatrzyła się nieprawidłowości w zatrudnianiu reportera w tym okresie i złożyła do sądu pracy wniosek o ustalenie stosunku pracy

Sąd uznał, że TVN obchodził prawo pracy oraz potwierdził, że pomimo podpisywania ze mną umów cywilnoprawnych łączył mnie w tym okresie z TVN stosunek pracy – informuje Robert Jałocha, przytaczając słowa sędzi.

„Nowy Obywatel” opisywał podobną sprawę. Kamil Różalski, były operator kamery i realizator obrazu w TVN-nie, również walczy ze stacją. Wywiad z nim czytelnicy znajdą w 89. numerze czasopisma: https://obywatel3.macmas.pl/sklep/sklep-kwartalnik/nowy-obywatel-3889-wiosna-lato-2022/

Zamkną baseny?

Zamkną baseny?

Samorządowcy domagają się, by zamrożenie cen gazu objęło też pływalnie i hale sportowe. Ostrzegając, że bez tego będą musieli zamykać te obiekty.

Jak informuje Portal Samorządowy, większość basenów i hal sportowych to obiekty komunalne. Mimo to sejmowa Komisja Energii, Klimatu i Aktywów Państwowych odrzuciła poprawkę samorządów do projektu ustawy zamrażającej ceny gazu dla niektórych odbiorców. Ta poprawka przewidywała, że osłoną cenową zostaną objęte też obiekty sportowe. Są już w kraju pierwsze przypadki zamykania z powodu wysokich cen energii i gazu pływalni. Z tego samego powodu na wielu pływalniach bardzo wzrosły opłaty za wstęp.

Samorządowcy uważają, że osłona cenowa powinna objąć także samorządowe instytucje realizujące zadania z zakresu kultury fizycznej. Tym problemem zajął się też Związek Powiatów Polskich w swym piśmie, wystosowanym do szefa sejmowej Komisji do Spraw Energii, Klimatu i Aktywów Państwowych, Marka Suskiego. Właśnie ta komisja zajmuje się rządowym projektem ustawy, zamrażającej ceny gazu w przyszłym roku dla gospodarstw domowych, ale też m.in. dla tzw. odbiorców wrażliwych, w tym szkół i szpitali.

Z zadowoleniem przyjmujemy, że samorządowe podmioty wykonujące zadania z zakresu kultury fizycznej są przewidziane jako odbiorcy uprawnieni w rozwiązaniach mających ustalić ceny maksymalne za energię elektryczną. Uważamy więc, że analogiczna ochrona w formie ujęcia takich jednostek jako odbiorców paliwa gazowego – napisał w swym piśmie Związek Powiatów Polskich.

Znaczna część funkcjonujących w Polsce obiektów sportowo-rekreacyjnych – w tym stadionów, hal gimnastyczno-sportowych, basenów i pływalni – jest zarządzana przez podmioty samorządowe (często w formie tzw. ośrodków sportów i rekreacji będących samorządowymi jednostkami budżetowymi). Realizują one funkcje nie tylko wypoczynkowo-rekreacyjne, ale także edukacyjne, zdrowotne, profilaktyczne i treningowe przez udostępnianie ich dla mieszkańców, w tym zawodników i trenerów zrzeszonych w lokalnych klubach i organizacjach sportowych.

Jak oceniają samorządowy „byłoby więc wysoce niewskazane, nie tylko ze względu na nastroje społeczne, ale także ze względu na potrzebę utrzymania odpowiedniego poziomu kultury fizycznej, by samorządy musiały ograniczać działalność obiektów takich jak pływalnie lub hale sportowe”.

Jako pierwszy zamknął swój basen z powodu wysokich cen energii i gazu samorząd w Brzegu Dolnym. Tamtejszy basen jest zarządzany przez Miejski Ośrodek Sportu Kultury i Rekreacji w tym mieście. Z kolei w listopadzie z tej samej przyczyny zamknięto „do odwołania” jeden z miejskich basenów w Krośnie.

 

Portugalscy kolejarze strajkują

Portugalscy kolejarze strajkują

W efekcie trwającego w Portugalii od środy rano strajku pracowników kolei do skutku nie doszła ponad połowa z zaplanowanych na ten dzień połączeń.

Jak informuje portal pulshr.pl, Chaos komunikacyjny panuje zarówno w przypadku pociągów dalekobieżnych, jak i podmiejskich. W akcji uczestniczą pracownicy zakładów naprawy taboru kolejowego oraz osoby zatrudnione w firmie Fertagus, realizującej połączenia w stołecznej aglomeracji i w mieście Setubal.

Według dyrekcji spółki CP, głównego przewoźnika kolejowego Portugalii, do skutku nie doszło ponad 50 proc. zaplanowanych na środę połączeń pasażerskich. Z informacji przekazanych przez organizujące 24-godzinny strajk centrale związkowe wynika, że w proteście bierze udział około 80 proc. pracowników kolei.

Głównymi postulatami strajkujących jest poprawa warunków pracy na kolei i kilkuprocentowe podwyżki pensji.

Zwolniony za zakładanie związku

Zwolniony za zakładanie związku

Łódzki oddział firmy Sii Polska zwolnił Krystiana Kosowskiego za założenie związku zawodowego. To znana firma, której prezes posiada jednocześnie Polonię Warszawa.

Jak wspomina w swoich mediach społecznościowych stowarzyszenie Łódź Dla Ludzi, Krystian pracował w firmie od 1 maja b.r.  Zajmował się organizacją procesu likwidacji usterek informatycznych dla klienta ABB – globalnego koncernu technologicznego, posiadającego również fabrykę w Łodzi.

18 listopada, wraz z kolegami z pracy, Krystian powołał Związek Zawodowy Pracowników Sii. Jak twierdzi, bezpośrednią przyczyną powołania związku było niezadowolenie z wynagrodzeń oraz z nieuczciwego podejścia jednego z menadżerów. Jeszcze tego samego dnia o fakcie powstania związku zostało poinformowane kierownictwo korporacji. 24 listopada zaś ta informacja została umieszczona na wewnętrznym forum łódzkiego oddziału firmy.

Następnego dnia (25 listopada) otrzymałem od prezesa Nitot obraźliwego i napastliwego maila, atakującego mnie za założenie związku zawodowego, krytykującego samą ideę związków zawodowych oraz twierdzącego, że działam na szkodę firmy – mówi Krystian. Mail ten został wysłany na listę mailingową mającą ok. 300 adresów, przeznaczoną dla szefostwa Sii (menadżerów, dyrektorów, sprzedawców, rekruterów itp.).

Kilka godzin później Krystian otrzymał mailem zwolnienie dyscyplinarne za „rażące naruszenie podstawowych obowiązków pracowniczych w zakresie przestrzegania zasad współżycia społecznego i dbania o dobre imię pracodawcy”. Umieszczenie ogłoszenia na wewnętrznym forum uznano za działanie na „szkodę pracodawcy poprzez zachęcanie innych pracowników do negatywnego stosunku względem pracodawcy oraz kreowanie negatywnej atmosfery w miejscu pracy”.

To nie pierwszy raz, gdy międzynarodowa korporacja próbuje w ten sposób zniszczyć związek zawodowy. Decyzja o zwolnieniu Krystiana jest bezprawna, choćby dlatego, że nie skonsultowana ze związkiem zawodowym w firmie i stanowi odpowiedź na próbę organizowania pracowników.

Dość łamania prawa pracy!

W Polsce nie chcemy car sharingu

W Polsce nie chcemy car sharingu

Nie wypalił żaden miejski system wypożyczania samochodów na minuty, na wzór rowerów.

Jak pisze Portal Samorządowy, niektóre polskie miasta przymierzały się do uruchomienia własnych systemów wypożyczania samochodów na minuty z użyciem aplikacji. Nic z tego nie wyszło. We Wrocławiu powstał system wypożyczania samochodów o napędzie elektrycznym pod nazwą „Vozilla”, ale jej operator wycofał się w połowie trwania 5-letniej umowy. Urząd miasta uważa projekt za zamknięty.

Car sharing, czyli współdzielenie samochodów, to usługa polegająca na możliwości wypożyczenia samochodu bez potrzeby udawania się do wypożyczalni. Na świecie funkcjonuje to od dawna, w Polsce zostało zapoczątkowane w 2016 r. i rynek szybko się w kolejnych latach rozwinął, obejmując większość dużych miast. Niektóre samorządy, jak m.in. Wrocław, Warszawa czy Kraków, szybko podjęły temat i tak, jak wcześniej uruchomiły miejskie wypożyczalnie rowerów, tak na podobnej zasadzie chciały wprowadzić miejski car sharing, w założeniu oferujący usługi po atrakcyjniejszych cenach niż w przypadku działalności stricte komercyjnej. Tak naprawdę wystartował jednak tylko jeden system i nie zanosi się na to, żeby uruchomione zostały w najbliższej przyszłości inne. Za pomocą specjalnych aplikacji można sprawdzić, gdzie znajduje się najbliższy wolny pojazd oferowany w ramach tego systemu, następnie zarezerwować go i skorzystać z niego, po czym pozostawić go w innym miejscu, zwalniając jednocześnie pojazd w aplikacji i umożliwiając tym samym wypożyczenie go komuś innemu. Jednak samorządowe próby wprowadzenia w dużych miastach takiego rozwiązania zupełnie się nie udały. Jeśli ktoś chce wypożyczyć samochód, udaje się do prywatnej wypożyczalni.

Swój miejski system car sharingu chciała też mieć Warszawa. W stolicy sprawa nie zakończyła się tylko na wstępnym rozeznaniu, jak w niektórych innych miastach. Nie zdecydowano się tu jednak na samochody elektryczne, jak uczynił to Wrocław. Zarząd Dróg Miejskich w Warszawie w latach 2016-2018 próbował znaleźć operatora. W postępowaniu, które zakończył w marcu 2018 r., wpłynęła wprawdzie oferta – firmy Panek Car Sharing, największego wówczas pod względem liczby aut operatora w mieście, oferującego samochody hybrydowe. Ale do podpisania umowy nie doszło i „temat umarł”.

Systemy car sharingu w ostatnich latach często wiąże się z flotą elektryczną, co wpisuje się w politykę Unii Europejskiej i pozwala skuteczniej walczyć o czystsze powietrze. Ale w Polsce to obecnie niewykonalne ze względu na ceny prądu i samych aut elektrycznych.

 

Kto zarabia na inflacji?

Kto zarabia na inflacji?

Gdy mówimy o tym, że „ceny rosną”, to opisujemy inflację jako problem, który nie ma przyczyny. Ceny podnoszą globalne korporacje. Robią to, bo mogą. Notują przy tym rekordowe marże i wielomiliardowe zyski.

Jak do tego doszło i dlaczego ten prosty fakt tak długo pozostawał poza radarem ekonomistów? Żeby to zrozumieć, musimy wgłębić się w trzy opowieści o inflacji, które zdominowały debatę publiczną i ekonomiczną.

Najszerzej rozpowszechniona z nich – nazywana w żargonie teorią monetarną – zakłada, że wzrost cen wynika z zaburzenia równowagi pomiędzy ilością pieniądza i produkowanych towarów. Jeśli wzrośnie ilość pieniędzy, a produkcja pozostanie na tym samym poziomie, to więcej osób będzie stać na zakup konkretnych towarów. Więcej niż produktów dostępnych na rynku. Być może z początku pojawią się niedobory, ale problem szybko zostanie rozwiązany poprzez wzrost cen. Taka opowieść dominuje dziś w mediach, takie historie opowiadają politycy. Ceny rosną, gdy rośnie ilość pieniądza w obiegu – w domyśle dlatego, że na masową skalę drukuje go rząd, a później rozdaje w postaci świadczeń socjalnych, takich jak 500+, trzynasta czy czternasta emerytura.

Problem z tą teorią jest jeden – ma pięćset lat, a jej korzenie można znaleźć już w traktatach Mikołaja Kopernika, który – mało kto wie – był również ekonomistą. Jednak teoria inflacji monetarnej nie przystaje z kilku powodów do współczesnego świata. Ilość pieniądza w obiegu nie zależy dziś od prasy drukarskiej Narodowego Banku Polskiego ani od maszyn Mennicy Polskiej. Znaczną większość pieniądza we współczesnych gospodarkach (zwykle powyżej 90%) stanowi pieniądz cyfrowy, „emitowany” przez banki komercyjne, które tworzą go udzielając kredytów. Banki nie są pośrednikami pomiędzy tymi, którzy lokują pieniądze na swoich kontach, a tymi, którzy potrzebują gotówki. Są jej producentami: każdy udzielony kredyt to więcej pieniądza w obiegu. Właśnie dlatego podstawowym narzędziem używanym (z lepszym lub gorszym skutkiem) przez banki centralne poszczególnych państw w obliczu inflacji jest manipulowanie stopami procentowymi. Wyższe stopy to droższe kredyty, a co za tym idzie – mniej chętnych kredytobiorców. Banki będą więc udzielały ich mniej, a ilość pieniędzy powinna zacząć spadać.

Rzecz w tym, że to, ile pieniędzy istnieje, nie ma żadnego znaczenia. Kluczowe jest to, ile jest ich w obiegu – pieniądz, który nie krąży, nie ma prawa wpływać na ceny na rynku, tak jak na ceny złota nie ma wpływu to, ile ton kruszcu leży obecnie na dnie oceanów we wrakach statków zatopionych trzysta lat temu. Na tym spostrzeżeniu opiera się teoria inflacji popytowej, istotna dziś z tego względu, że w 2022 roku wyszliśmy z okresu pandemicznych lockdownów. Gdy nie można było chodzić do restauracji czy latać na wakacje, oszczędności Polek i Polaków rosły (oczywiście niektórych – dla bardzo wielu czas pandemii był czasem trudności materialnych). Po zniesieniu pandemicznych restrykcji obywatele zaczęli wydawać zachomikowane pieniądze. Doskonale widać było to w pierwszym kwartale 2022 roku, kiedy wzrost gospodarczy w Polsce wyniósł 8,5% wobec pierwszego kwartału 2021. Do wzrostu ilości pieniądza w obiegu, który może powodować inflację, nie trzeba ani banków, ani prasy drukarskiej, ani mennicy.

O ile na popyt na rynku mają wpływ decyzje tego czy innego rządu, o tyle szukanie źródeł inflacji w nieudolnej polityce gospodarczej naszego rządu wymaga zamknięcia oczu na to, że wzrost cen jest zjawiskiem globalnym. Dotyka on niemal wszystkich krajów na świecie i wszystkich w Europie. W październiku 2022 w Europie Zachodniej inflacja oscylowała pomiędzy 6% (Francja) a 14% (Holandia), w Europie Środkowo-Wschodniej wahała się od 15% (Słowacja) do 35% (Mołdawia). Polska nie jest tu w żaden sposób wyjątkowa. Nie jest też tak, że kraje bogatsze prowadzą mądrzejszą politykę niż biedniejsze. Mają nieco niższą inflację przede wszystkim dlatego, że inny udział w ich koszyku konsumpcyjnym stanowią dobra, które drożeją najszybciej – takie jak żywność czy energia. Po prostu przeciętny Francuz czy Niemiec wydaje na nie znacznie mniejszą część swojego dochodu niż Litwin czy Polak.

Państwa Europy prowadziły przez ostatnie lata bardzo różnorodną politykę – niektóre szczodrą politykę socjalną, a inne zaciskały pasa. W niektórych rósł deficyt, a w budżecie innych panowała równowaga. Jedne należą do strefy Euro, inne nie. Próba wyjaśniania dzisiejszej inflacji przez „drukowanie pustego pieniądza”, „PiSowskie rozdawnictwo”, trzynaste emerytury czy niekompetencję Adama Glapińskiego – to po prostu ekonomiczna demagogia. Chyba że ktoś jest w stanie wykazać, w jaki sposób wpłynęły one na poziom cen w całej Europie.

Jest jeszcze trzeci rodzaj inflacji – nazywany w żargonie ekonomicznym inflacją podażową – którym można wyjaśniać wzrost cen w większości krajów świata. Chodzi w niej o to, że gdy rosną ceny podstawowych surowców – takich jak ropa, gaz czy żywność – to zaczynają rosnąć koszty produkcji wszystkiego w gospodarce. Prawie każdy towar trzeba gdzieś przewieźć, do produkcji każdego dobra potrzeba pracownika, który musi coś jeść i musi jakoś ogrzać dom. W ten sposób inflacja spowodowana wzrostem cen jednego surowca może rozlać się po całej gospodarce i sprawić, że ceny wszystkich towarów zaczną rosnąć. Za modelowy przykład takiej inflacji uznaje się zwykle lata siedemdziesiąte, kiedy doszło do tak zwanych kryzysów naftowych. W 1973 roku kraje OPEC (eksportujące ropę naftową) w reakcji na to, że USA stanęło po stronie Izraela podczas Wojny Jom-Kippur, postanowiły ograniczyć eksport ropy naftowej. Ceny wzrosły z 20 do ponad 60 dolarów za baryłkę, inflacja uderzyła w gospodarkę Stanów Zjednoczonych, a później rozlała się po reszcie świata, napędzając wzrost cen wszystkich innych towarów w gospodarce.

Szczególnym zagrożeniem związanym z inflacją podażową, na które często zwracają uwagę ekonomiści, jest tak zwana spirala płacowo-cenowa. Jeżeli rosną ceny, pracownicy domagają się podwyżek, żeby związać koniec z końcem. W rezultacie rosną koszty pracy, a więc koszty produkcji wszystkich dóbr w gospodarce, co raz jeszcze przyczynia się do wzrostu cen – i zamyka błędne koło. Dlatego też w obliczu wysokiej inflacji ekonomiści często postulują hamowanie wzrostu wynagrodzeń, na przykład poprzez zamrażanie płacy minimalnej – co, biorąc pod uwagę wzrost kosztów życia, oznacza obniżanie pensji pracownikom.

Czego o inflacji nie wie lewica?

Taki obraz inflacji dominuje w ekonomii głównego nurtu i tak wyglądają postulowane przez ekonomistów rozwiązania. Zwykle uderzają one w najuboższych: czy to przez cięcia świadczeń socjalnych (żeby ograniczyć popyt), czy hamowanie wzrostu płac (żeby zmniejszyć koszty produkcji dla firm). Właśnie z tego powodu lewica przez dekady ignorowała inflację. Nie dorobiliśmy się alternatywnej, przekonującej opowieści o tym, dlaczego ceny rosną i co można zrobić, żeby przestały. Uderzanie w najsłabszych w imię dbania o abstrakcyjnie rozumianą „kondycję gospodarki” zawsze było nam na lewicy nie w smak. Problem w tym, że inflacja również uderza w najsłabszych, a jest przy okazji być może jedynym wskaźnikiem ekonomicznym, z którym przeciętny obywatel styka się każdego dnia, podczas każdej wizyty w sklepie.

Ignorowaliśmy inflację, śmialiśmy się z paniki medialnej, gdy ceny rosły o dwa, trzy, cztery procent rocznie. Gdy ktoś narzekał na wzrost cen, pokazywaliśmy dane, zgodnie z którymi w tym samym roku płace wzrosły o dziesięć procent. Robiliśmy w gruncie rzeczy to, o co oskarżaliśmy liberałów przez ostatnie trzydzieści lat – próbowaliśmy odpowiadać na uczucia ludzi przy pomocy przeczących im danych i wskaźników. Tak jak eksperci i politycy przez trzy dekady tłumaczyli Polkom i Polakom, że przecież PKB rośnie, a średnia płaca przekroczyła już 5 czy 6 tysięcy, więc na pewno żyje im się lepiej. Dokładnie to robili na lewicy politycy, publicyści i nieliczni lewicowi ekonomiści. Robiłem to sam w dyskusjach internetowych i na łamach różnych mediów. Robiłem to, gdy przyjeżdżałem do Lublina i tłumaczyłem ojcu, który narzekał na nieustanny wzrost cen, że inflacja to przecież 2 czy 3 procent, niewiele, patrz, tu masz tabelkę, Główny Urząd Statystyczny, oni nie kłamią.

Bagatelizowaliśmy inflację z bezradności intelektualnej. Z przekonania, że ceny w gospodarce wyznacza „rynek”, metafizyczne bóstwo o niezbadanych wyrokach, do których firmy mogą się tylko dostosowywać. Mówiąc konkretnie – przyjęliśmy, za teorią ekonomiczną, że firmy podnoszą ceny, bo muszą, bo rosną koszty ich produkcji. Ale czy naprawdę mamy uwierzyć w to, że Nestle, Unilever, Procter&Gamble czy Coca-Cola zbankrutowałyby, gdyby nie podniosły cen produktów na przestrzeni ostatniego roku?

Czego o inflacji nie wiedzą ekonomiści?

Wierzą w to ekonomiści, bo takie przyjęli założenia. W ekonomii mówi się o kilku podstawowych formach, jakie może przyjmować rynek. Może to być monopol, gdy dominuje jedna duża firma, albo oligopol, gdy jest ich kilka. Ale świętym Graalem ekonomistów jest konkurencja doskonała – czyli rynek, na którym jest bardzo wiele podmiotów sprzedających bardzo podobne produkty. Na takim rynku są też bardzo niskie są bariery wejścia, a więc niemal każdy może założyć kolejną firmę i zacząć konkurować z innymi. Przyjmujemy również, że wszystkie ceny są znane dla wszystkich klientów, a do każdego sprzedawcy jest podobna odległość. Czasami jako przykład rynku bliskiego konkurencji doskonałej podaje się bazar – mamy bardzo podobne do siebie owoce czy warzywa, sprzedawane w jednym miejscu po zbliżonych cenach. Można się przejść, porównać ceny i kupić od tego, kto sprzedaje najtaniej. Jeżeli mamy podejrzenie, że sprzedawcy narzucają wysokie marże, można pojechać na giełdę, kupić te same owoce czy warzywa po cenach hurtowych i samemu rozłożyć stoisko, zaoferować niższą cenę i przejąć klientów. A przynajmniej jest to znacznie prostsze niż wejście na rynek np. w przemyśle motoryzacyjnym czy petrochemicznym.

Wszystko to ma dosyć niespodziewane skutki – na takim rynku marże (a co za tym idzie także zyski), powinny na dłuższą metę dążyć do zera. A to dlatego, że tak długo, jak któryś ze sprzedawców osiąga zysk, zawsze może pojawić się osoba z zewnątrz, która będzie sprzedawać dane produkty nieco taniej, zadowalając się niższym zyskiem. I przejmie klientów od pierwszego sprzedawcy. W ten sposób rynek dostarczy nam towarów po możliwie najniższych cenach, które na dłuższą metę powinny oscylować w okolicach kosztów produkcji. W żargonie ekonomicznym mówi się, że na rynku konkurencyjnym firmy są cenobiorcami. Ze względu na duży poziom konkurencji, nie są w stanie wpłynąć na ceny produktów, które sprzedają. Jeżeli będą chciały je podwyższyć, wykosi ich tańsza konkurencja. Na tym kluczowym założeniu opiera się teoria inflacji podażowej – czyli tej związanej ze wzrostem kosztów. W punkcie wyjścia przyjmujemy, że firmy nie mają wpływu na cenę, bo tę wyznacza konkurencja na rynku. A zatem każdy wzrost kosztów produkcji (paliwa, pracy, surowców) przełoży się na wzrost cen końcowego produktu u wszystkich sprzedawców.

Problem w tym, że świat tak nie wygląda i nie można przyjąć tych założeń za akceptowalne uproszczenia rzeczywistości. Choć w sklepach obcujemy z setkami marek, to znaczna większość towarów, które kupujemy każdego dnia, jest produkowana przez kilka globalnych korporacji o miliardowych zyskach. Kupujemy je w większości także w jednej z kilku globalnych sieci detalicznych o miliardowych zyskach. Nie ma to nic wspólnego z jednolitym produktem, niskimi barierami wejścia na rynek czy konkurencją cenową – większość rynków wokół nas to oligopole. Konkuruje na nich co najwyżej kilka innych międzynarodowych podmiotów, żadnemu z nich nie opłaca się obniżać cen, a wejście na takie rynki jest zazwyczaj bardzo trudne i wymaga kolosalnego kapitału. Z tego powodu na rynkach oligopolistycznych firmy są, jak mawiają ekonomiści, cenotwórcami. Same ustalają ceny produktów końcowych. I robią to w taki sposób, jaki im się najbardziej opłaca, bo ich celem jest maksymalizacja zysku, a nie zaspokojenie potrzeb jak największej liczby konsumentów. Liczą więc – dla przykładu – czy bardziej zyskownie będzie sprzedawać milion sztuk danego produktu po trzy złote, czy dwa miliony po dwa złote (w żargonie ekonomicznym takie kalkulacje nazywa się cenową elastycznością popytu). Na podstawie tego określają ceny wyjściowe, z którymi stykamy się w sklepach.

A skoro firmy same ustalają ceny swoich produktów, zwykle gdzieś pomiędzy kosztami ich wyprodukowania, a poziomem, na którym nie znalazłyby na nie kupca, to mogą je także swobodnie podnosić. Na przykład gdy wykupią mniejszą firmę w sektorze, która dotychczas stanowiła ich konkurencję. Albo gdy sprzedają towary tak podstawowe, że bez względu na cenę kupcy i tak się na nie znajdą. W tym kontekście możemy spojrzeć na inflację podażową lat 70. – wspomniane kryzysy naftowe – jako na modelowy przykład inflacji oligopolistycznej. Ceny ropy poszły w górę nie dlatego, że wzrosły ceny wydobycia, albo złoża zaczęły się wyczerpywać. Wzrosły dlatego, że kontrolę nad nimi sprawował oligopol i postanowił arbitralnie je podwyższyć, aby osiągnąć swoje cele polityczne, a przy okazji dobrze zarobić.

Markowa inflacja

Należy dodać istotne zastrzeżenie – tak naprawdę rynki mają wiele warstw. Produkty końcowe sprzedają nam oligopoliści w rodzaju PepsiCo, Nestle czy Kraft Foods, pod różnymi markami. Ale pod nimi znajduje się szereg firm, które zwykle operują w warunkach zbliżonych do konkurencji – bo ich produkty są praktycznie takie same (albo wręcz cała ich specyfikacja jest odgórnie określana przez firmę zlecającą). Firmy produkujące butelki, do których nalewa się popularne napoje, zakrętki, którymi się je zakręca, czy półprodukty, z których się je wytwarza, będą zwykle operować na granicy opłacalności w swoich umowach z dużymi podmiotami. A zyski generować na mniejszych zamówieniach dla mniejszych podmiotów, gdzie marże są znacząco wyższe. Kluczowa różnica pomiędzy oligopolami, z którymi spotykamy się na co dzień robiąc zakupy, a podwykonawcami tych oligopoli, jest taka, że produkty podwykonawców są takie same. A produkty końcowe – nawet jeżeli smakują tak samo i wyglądają podobnie – są sprzedawane pod różnymi markami, z których każda ma wyjątkową, starannie budowaną przez lata tożsamość.

Marka pozwala uciec przed konkurencją cenową. Im droższa i bardziej luksusowa marka, tym skuteczniejsza będzie to ucieczka. Na własnej skórze przekonał się o tym zarząd firmy Philip Morris, który 2 kwietnia 1993, w obliczu rosnącej konkurencji ze strony niemarkowych, tańszych papierosów, ogłosił, że obniża cenę papierosów Marlboro o 20%. Ten dzień zapisał się w historii jako Piątek Marlboro – analitycy i inwestorzy ogłosili go końcem wielkich marek, obawiając się, że obniżka cen Philipa Morrisa to początek szerszego trendu. Że nie da się dłużej uzasadniać wysokich cen przy pomocy znanych symboli handlowych i opowiadających o nich reklam. Wycena akcji PM spadła o jedną piątą, a za nią poszły spadki w wycenie innych firn, takich jak Disney, Coca-Cola Company czy Procter&Gamble. Były to oczywiście wahania chwilowe, a Piątek Marlboro nie był zapowiedzią śmierci marek, a raczej krótkotrwałym kryzysem jej wiary we własną wartość. Ale stanowił ważne ostrzeżenie dla prezesów i zarządów globalnych korporacji: nigdy nie obniżaj cen. Jak podsumował to później na łamach „Wall Street Journal” Bob Stanojev, dyrektor regionalny EY: „Wystarczy, że jeden czy drugi wielki wytwórca produktów konsumpcyjnych zacznie opuszczać ceny, by uruchomić lawinę. A wtedy cena zacznie rządzić rynkiem”. Ekonomiści w swoich modelach zakładają, że cena rządzi rynkiem. Prezesi korporacji wiedzą, że to oni rządzą ceną.

Firmy podnoszą ceny, bo chcą zarabiać więcej

Właśnie to jest istotną składową współczesnej inflacji. Jej źródła były i popytowe (związane z popandemicznym wzrostem ilości pieniądza w obiegu), i podażowe (związane ze wzrostem kosztów surowców, energii i transportu), ale szybko okazało się, że inflacja jest doskonałą wymówką dla wielkich korporacji, aby zarobić więcej. Policzyli to analitycy z Economic Policy Institute – porównali, z czego wynikał wzrost cen na przestrzeni ostatnich 40 lat i ten w ostatnich dwóch latach. Wyszło im, że pomiędzy 1979 a rokiem 2019 wzrost cen był spowodowany w 61,8% wzrostem płac, w 26,8% wzrostem cen surowców i półproduktów, a w 11,4% wzrostem marż i zysków. Gdy spojrzymy na inflację ostatnich dwóch lat, to okaże się, że wzrost płac odpowiada za 7,9% wzrostu cen, wzrost cen surowców za 38,3%, a większość notowanej inflacji – 53,9% – jest pochodną rosnących marż i zysków. Połowa wzrostu cen w ostatnich dwóch latach to bezpośredni transfer pieniędzy z kieszeni obywateli na konta wielkich firm.

Na przykładach poszczególnych korporacji opisywał to amerykański ekonomista Robert Reich – w kwietniu 2021 roku Procter&Gamble ogłosiło podwyżki cen artykułów higienicznych, uzasadniając je rosnącymi kosztami materiałów i transportu. A po podwyżkach ogłosiło 5-miliardowe zyski, odpowiadające 24,7% marży. Dokładnie to samo zrobiło PepsiCo, również tłumacząc się wzrostami cen półproduktów, a pod koniec 2021 roku wypłaciło akcjonariuszom 5,8 miliardów dywidendy – o 5% więcej niż w poprzednim roku. Nie inaczej postąpiła Coca-Cola. Podobnie na przestrzeni ostatnich lat rosły również zyski największych sieci supermarketów.

Wszystko to widać również, gdy spojrzymy na drugą stronę medalu – na korporacje, które nie podniosły cen, pomimo wzrostu kosztów produkcji. Na przykładzie przemysłu odzieżowego (w którym ceny zwykle rosną powoli) analizował to Michał Kędziora, autor bloga odzieżowego Mr. Vintage. Przywoływał wypowiedź dyrektora Primarka, który w jednym z wywiadów „powiedział, że jego marka nie planuje podwyższać cen na nową kolekcję. Takie same informacje przekazywało do mediów także Pepco, sieć która słynie z bardzo niskich cen. Podobną strategię prawdopodobnie przyjmie LPP, czyli nasz lokalny potentat odzieżowy. Spółka ta jest właścicielem marek Reserved, House, Cropp, Mohito oraz Sinsay […] Przemysław Lutkiewicz [prezes LPP] mówi we wspomnianym wywiadzie tak: »Jeszcze w 2019 r. koszt sprowadzenia kontenera ubrań z Chin wynosił od 2,5 do 3 tys. dolarów. Dzisiaj mówimy nawet o 14 tys. dolarów za kontener. Przed pandemią transport koszuli kosztował ok. 2 zł, dzisiaj – od 8 do 10 zł«. Pomimo czterokrotnego wzrostu kosztów logistycznych, spółka LPP nie chce podnosić cen”.

Mamy tu jeszcze jeden dowód na to, że cen nie ustala rynek, lecz poszczególne firmy – wyrażoną wprost deklarację prezesa, że firma może nie podnosić cen pomimo wielokrotnego wzrostu kosztów produkcji i transportu. Nie robi tego prawdopodobnie dlatego, że jest to segment rynku o dosyć wysokim poziomie konkurencji. Tanie marki odzieżowe nie mają funkcji statusowej. Z tego względu bardziej opłaca się sprzedawać taniej, przy mniejszych marżach, ale większej liczbie klientów.

Jajko i kura

Jeżeli firmy same ustalają ceny produktów gdzieś pomiędzy kosztami produkcji a cenami, za które nikt nie kupiłby ich towarów, to być może prawda o wspomnianej już spirali płacowo-cenowej jest zupełnie inna. Może ceny rosną nie dlatego, że wzrost płac oznacza wzrost kosztów produkcji, lecz dlatego, że wzrost płac to większe możliwości nabywcze konsumentów. A co za tym idzie, firmy mogą podnieść ceny, bo wiedzą, że znajdą konsumenta na ten sam produkt, nawet gdy będzie o 5 czy 10 procent droższy. Przesłanki wskazujące na to widać, gdy porównamy ceny tych samych produktów tych samych marek w krajach biedniejszych i bogatszych. W Ukrainie te same proszki do prania, chipsy czy napoje będą tańsze niż w Niemczech. Częściowo będzie to spowodowane różnicą w kosztach (pensjach kierowców tirów, którzy będą je rozwozić, kasjerów, którzy będą je sprzedawać czy czynszów), a częściowo po prostu tym, że niemiecki klient bez mrugnięcia okiem zapłaci półtora euro za to, co w Ukrainie kosztuje 30 hrywien. Bo go stać.

Może w ten sam sposób da się wyjaśnić występującą czasami wymienność pomiędzy inflacją a bezrobociem? Teorie ekonomiczne (i niektóre badania empiryczne) wskazują, że działania państwa, które mają obniżać inflację, przekładają się często w krótkim okresie na wzrost bezrobocia. Idąc za teorią inflacji podażowej zwykle mówi się, że niskie bezrobocie to wysoka siła przetargowa pracowników, którzy mogą domagać się podwyżek, a firmy aby ich udzielić, podniosą ceny swoich produktów – i stąd wzrost inflacji. Ale skoro związek pomiędzy kosztami produkcji a cenami towarów jest znacznie luźniejszy niż zakładają ekonomiści, to może jest odwrotnie – po prostu przy rosnącym bezrobociu firmom nie opłaca się podwyższać cen, bo nie znajdą klientów na droższe produkty.

Wszystko to są hipotezy i uproszczenia, rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona. Pomiędzy konsumentem a producentem mamy bardzo wiele szczebli pośredników, z których na jednych konkurencja cenowa będzie wysoka, a dominująca teoria ekonomiczna będzie sprawdzać się nieźle. Na innych władza kilku korporacji będzie znaczna i lepiej sprawdzi się oligopolistyczna teoria inflacji. Zależnie od tego, jak te szczeble będą wyglądać, w danych sektorach ceny mogą być bardziej determinowane przez koszty produkcji lub bardziej arbitralnie narzucane przez dominujących graczy na rynku. Tym uważniej należy jednak przyglądać się dysproporcji władzy na rynku, szukać przestrzeni, które się oligopolizują, w których globalne spółki wycinają rozproszoną konkurencję. Takim sektorem, o której w kontekście inflacji mówi się zaskakująco rzadko, jest sprzedaż detaliczna podstawowych produktów w Polsce. Warto byłoby zbadać, za jaką część wzrostów cen żywności czy produktów chemii gospodarczej w ostatnich latach odpowiada na przykład ekspansja popularnego sklepu znanego z wysokich cen i wyzysku ajentów.

Co z tego wynika?

Po pierwsze, zdradził nas język. Za każdym razem, gdy mówimy o tym, że „ceny rosną”, opowiadamy inflację jako problem, który nie ma przyczyny. Ukrywamy sprawczość i władzę, jakie w kształtowaniu cen mają korporacje. Nawet samo słowo inflacja jest zwodnicze – oznacza dmuchanie, angielskie inflate odnosi się zwykle do pompowania balona, który staje się coraz większy, choć nie ma w nim niczego poza powietrzem. Ta metafora sugeruje, że pieniądze miałyby być „dmuchane” przez rząd, który masowo je drukuje, w teorii jest ich zatem coraz więcej, ale w praktyce jest to wzrost pusty, bo z każdą nowopowstałą złotówką wszystkie dotychczasowe tracą na wartości. Ale pieniądz nie jest balonem. Monetarna teoria inflacji da się utrzymać jedynie w historiach o wiosce smerfów, które są imponującym pokazem tego, jak chwytliwa bywa demagogia ekonomiczna i jak sprawni retorycznie potrafią być dyletanci. Ceny wszystkich produktów nie rosną równomiernie z powodu spadku wartości pieniądza – rosną w jednych, są stabilne w innych, a w nielicznych spadają, lecz w każdym z sektorów z innej przyczyny.

Po drugie, jeżeli firmy mają swobodę w kształtowaniu cen, a jedną z kluczowych zmiennych, które biorą pod uwagę, są możliwości nabywcze konsumentów (wynikające z ich wynagrodzeń), to musimy rozpatrywać inflację jako zjawisko klasowe. Każdy wzrost płac może zostać zjedzony przez wzrost cen – czego doświadczyli na własnej skórze pracownicy w Stanach Zjednoczonych na przestrzeni ostatnich 50 lat. Od lat 70. ich przeciętne realne (czyli uwzględniające wzrost cen) płace wzrosły o 8%. Nie jest przypadkiem, że początek wielkiej stagnacji wynagrodzeń zbiegł się w czasie z wspominaną inflacją lat siedemdziesiątych. Inflacja, jakakolwiek by nie była jej przyczyna, jest dla wielkiego kapitału okazją do obniżenia realnych płac, której nie można zmarnować. Musimy być na to wyczuleni, bo w ostatnich miesiącach w polskiej gospodarce po raz pierwszy w historii notuje się ich spadek. Wskaźnikiem, który najlepiej odzwierciedla dynamikę władzy w konflikcie klasowym, jest udział płac w PKB. Mówi on o tym, jaka część każdej złotówki, która powstaje w gospodarce, trafia do pracownika, a jaka do właścicieli kapitału – ten udział w większości krajów świata spada od dekad.

Po trzecie, inflacja jest istotnym i najszybciej odczuwanym przez obywateli zjawiskiem ekonomicznym, które najbardziej dotyka najuboższych. Z tego powodu bagatelizowanie inflacji jest dla lewicy politycznym samobójstwem. Należy narzucić inny język debaty – mówić nie o tym, że ceny rosną, lecz o tym, że korporacje je podnoszą. Chcemy, aby było inaczej? Trzeba rozbijać monopole i oligopole, nakładać podatki od nadzwyczajnych zysków, określać maksymalne marże. Walczyć o konkurencję na rynkach, na które wkraczają globalni gracze. Oni nie robią tego, bo dbają o interes polskiego klienta, robią to z troski o interes globalnego kapitału.

Post Scriptum: Świat bez nieskończonego wzrostu (cen)

W teorii postęp technologiczny powinien sprawiać, że produkcja poszczególnych dóbr i usług będzie coraz prostsza i bardziej efektywna, a co za tym idzie – tańsza. Ceny powinny z dekady na dekadę spadać. Tymczasem jest odwrotnie – domyślnym stanem gospodarki jest inflacja. Deflacja jest zjawiskiem bardzo rzadkim. W Polsce na przestrzeni ostatnich 30 lat mieliśmy z nią do czynienia na przestrzeni niespełna dwóch lat.

Ekonomiści, którzy czytają ten tekst, już się gotują, żeby dopowiedzieć: „i bardzo dobrze”. Tradycyjna teoria ekonomiczna głosi, że deflacja to same problemy – zdecydowanie lepszy jest niski, stabilny wzrost cen, niż ich spadek. Inflacja miałaby służyć gospodarce – sprawiać, że konsumenci nie odkładają zakupów na później (gdy ceny spadają, bardziej opłaca się poczekać z zakupami na przyszły tydzień, miesiąc czy rok). Dodatkowo powinna mobilizować kapitał do poszukiwania inwestycji. Jeżeli pieniądz traci na wartości kilka procent rocznie, to posiadacze kapitału będą uważnie rozglądać się, gdzie można go zainwestować. W ekonomicznym domyśle: w innowacje, które ostatecznie zapewnią nam lepszą technologię, wygodniejsze życie i lepszy świat.

Rzecz w tym, że wszystkie te argumenty są zasadne tak długo, jak interesuje nas gospodarka oparta na nieskończonym wzroście. Czyli jedyna, o której mówi teoria ekonomiczna. Wiemy dziś jednak, że nieskończony wzrost produkcji na skończonej planecie jest niemożliwy. Wiemy, że kapitał „mobilizowany do inwestycji” w ostatnich dekadach rzadko przekłada się na realne techniczne usprawnienia naszego życia, a raczej zasila rynek finansowy, gdzie wymyśla się kolejne innowacyjne instrumenty spekulacyjne. Żyjemy w czasach katastrofy ekologicznej i spowolnienie cyklu konsumpcji – czyli odłożenie zakupów, które nie są niezbędne, na kolejny miesiąc czy rok, z perspektywy planety byłoby efektem bardzo pożądanym. Właśnie dlatego należy dogłębnie przemyśleć deflację z perspektywy ruchu degrowth. Być może należy zacząć opowiadać degrowth nie tylko jako gospodarkę bez nieskończonego wzrostu, ale także w bardziej zachęcający sposób – jako gospodarkę, w której ceny nie muszą rosnąć w nieskończoność.

Hubert Walczyński

Ceny gazu zostaną zamrożone

Ceny gazu zostaną zamrożone

Rząd przyjął projekt ustawy o szczególnej ochronie odbiorców paliw gazowych w 2023 r. w związku z sytuacją na rynku gazu. Gaz ma kosztować tyle samo, co w 2022 r.

Jak informuje portal bankier.pl, podstawowe założenie to zamrożenie taryfy gazowej dla gospodarstw domowych na poziomie z tego roku – poinformowała minister klimatu. Jak dodała, zasada zamrożonej taryfy na gaz będzie obowiązywała dla wszystkich bez względu na próg dochodowy.

Ta kwota, na poziomie 200 zł taryfy, będzie przeniesiona na kolejny rok i to dotyczy zarówno gospodarstw domowych, jak i szerokiej listy z ustawy – czyli szkół, szpitali, żłobków, przedszkoli, pieczy zastępcze, noclegowni, organizacji pozarządowych, kościołów wyznaniowych – powiedziała. Wszyscy, którzy się znaleźli na liście mrożącej taryfę na ten rok, ta lista podmiotów uprawnionych zostanie przeniesiona na przyszły rok – dodała.

Minister Moskwa poinformowała także, że dla nauboższych rząd przygotował dodatek gazowy. Biorąc pod uwagę, że w Polsce część osób ogrzewa się gazem, poza wszystkimi dodatkami, które już wypłaciliśmy, dodatkowo dla najuboższych wprowadzamy dodatek gazowy. Z jednej strony mrozimy taryfę, z drugiej strony dla tych z progiem dochodowym analogicznym do dodatku osłonowego, czyli 2 100 zł w przypadku jednoosobowego gospodarstwa domowego, 1 500 zł w przypadku wieloosobowego gospodarstwa domowego, zwracać równowartość VAT-u – powiedziała Moskwa.

Jednocześnie jednak od stycznia 2023 r. przywrócony zostanie VAT na gaz, który na mocy tarczy antyinflacyjnej wynosił w ostatnim czasie 0 proc.

Plotkujemy w pracy

Plotkujemy w pracy

Co trzecia osoba plotkuje w miejscu pracy o o rodzinie, 64 proc. o przyjaciołach, a 58 proc. o swoim szefie. Aż 57 proc. osób plotkuje o współpracownikach.

Z najnowszym badania YouGov, cytowanego przez portal pulshr.pl, najczęściej w pracy plotkują osoby młode w wieku od 18 do 29 lat – 38 proc. badanych. Niemniej aż 33 proc. osób w wieku 30 do 44 lat przyznaje, że regularnie plotkuje. Co więcej, 57 proc. osób przyłapało kogoś na plotkowaniu za swoimi plecami.

Kultura plotkowania może wytworzyć toksyczne środowisko pracy. Pracownicy mogą zacząć patrzeć na siebie z podejrzliwością i pogardą. Plotki doprowadzają do konfliktów i spekulacji.