Ahoj, na Zachód! O czeskiej demografii

Ahoj, na Zachód! O czeskiej demografii

Pod względem demografii Czechy bardziej przypominają dobrze prosperujący kraj zachodni niż dawne państwo komunistyczne.

Ich populacja rośnie, a w 2021 roku Czeszki urodziły więcej dzieci niż przyszło na świat gdziekolwiek indziej w Europie. Czechy przeciwstawiają się trendom całej reszty byłej komunistycznej Europy. Przyciągają imigrantów, mają niski wskaźnik emigracji i demograficznie przypominają bardziej prosperujący kraj zachodni niż dawne państwo komunistyczne.

Wojna w Ukrainie sprawiła, że przewidywanie przyszłości stało się głupotą, ponieważ nikt nie wie, ilu z 431 285 Ukraińców, którzy zarejestrowali się w Czechach w celu uzyskania „tymczasowej ochrony”, pozostało tam, a ilu kiedykolwiek wróci do domu – co daje potencjalnie masowy i nieoczekiwany wzrost całkowitej liczby ludności kraju. W 1989 r. populacja Czech wynosiła 10,3 mln. Według spisu ludności z 2021 r. jest to obecnie 10,5 mln, a ta liczba nie obejmuje uchodźców z Ukrainy.

W 2021 r. czeski całkowity współczynnik dzietności wyniósł zdumiewające 1,83 dziecka na kobietę w wieku rozrodczym. W 2022 r. ma on spaść do poziomu 1,65-1,70, ale nadal jest to wartość znacznie powyżej średniej unijnej, wynoszącej 1,5. Czesi starzeją się jak wszyscy Europejczycy, ale jeśli chodzi o tak zwaną „naturalną zmianę” – bilans urodzeń i zgonów – radzą sobie stosunkowo dobrze. W latach 1994-2005 przydarzył im się okres, w którym było więcej zgonów niż urodzeń rocznie, ale przez większość lat od tego czasu do 2020 r., kiedy COVID-19 zwiększył śmiertelność, mieli więcej urodzeń niż zgonów.

Jednak fakt, że populacja Czech jest obecnie większa niż w momencie upadku komunizmu, jest prawie całkowicie spowodowany imigracją. To właśnie odróżnia go od innych byłych krajów postkomunistycznych i sprawia, że jego trendy demograficzne stają się podobne do trendów wielu krajów Europy Zachodniej, których populacja zmniejszyłaby się bez ciągłego napływu przybyszów.

Dlaczego Czechy się wyróżniają? Odpowiedź leży na mapie. Demografowie uwielbiają spierać się o to, czy stare powiedzenie „demografia to przeznaczenie” jest prawdziwe, czy nie, ale czeskim demografom można wybaczyć brak troski. Dla nich geografia to przeznaczenie. „Zdradzę ci mały sekret” – mówi Tomas Kucera, starszy demograf z Uniwersytetu Karola w Pradze. – „Czechy leżą w jednej z najlepszych lokalizacji geograficznych w Europie”. Leżące na przecięciu korytarzy transportowych Wschód-Zachód i Północ-Południe Czechy od dawna znajdują się w miejscu dobrym dla rozkwitu gospodarki, a w okresie przejściowym od komunizmu był to kluczowy czynnik chroniący je przed zawirowaniami demograficznymi, przed którymi stanęły wszystkie inne kraje w byłej komunistycznej Europie, z wyjątkiem Słowenii.

– „Gdyby Mołdawia była tam, gdzie my, a my tam, gdzie jest Mołdawia”, mówi Kucera, „to bylibyśmy w podobnej sytuacji jak Mołdawia jest teraz, i vice versa”. Od 1989 roku Mołdawia straciła jedną trzecią populacji. – „Kiedy Cesarstwo Austro-Węgier upadło w 1918 roku”, mówi Kucera – „nowa Czechosłowacja, a raczej ta jej część, która jest teraz Czechami, odziedziczyła znaczną część przemysłu, który zachowała i rozwija do dziś”. W latach międzywojennych Czechosłowacja była gospodarką rozwiniętą na równi z kilkoma krajami Europy Zachodniej, których trendy demograficzne również odzwierciedlała.

W czasach komunistycznych pozostawała ważną potęgą przemysłową. Następnie, po upadku komunizmu, który w przeciwieństwie do innych krajów nie doprowadził tam do całkowitego załamania gospodarczego, trendy demograficzne w Czechach szybko wróciły do tych z głównego nurtu Europy Zachodniej.

Kiedy załamanie współczynnika dzietności nie jest końcem świata

Historia współczynnika dzietności w Czechach, który w zeszłym roku wyniósł 1,83 i przekroczył wysokość współczynnika we Francji metropolitalnej (a ona od dawna ma jeden z najwyższych wskaźników w Europie), jest fascynującym wglądem w historię demograficzną tego kraju.

W czasach kryzysu lat 30. XX wieku niepewność co do przyszłości zepchnęła dzietność poniżej 2,1, czyli poziomu, którego populacja potrzebuje do zastąpienia pokoleń bez imigracji. Co ciekawe, w czasie II wojny światowej nastąpił gwałtowny wzrost dzietności, po części dlatego, że Czechom w większości oszczędzono walki, a posiadanie dzieci było sposobem na uniknięcie wysłania na roboty przymusowe do Niemiec.

Współczynnik dzietności utrzymywał się na wysokim poziomie we wczesnych latach komunizmu, które dla wielu były okresem optymizmu. Następnie spadł poniżej poziomu zastępowalności między 1966 a 1972 rokiem, a ostatecznie spadł poniżej niego na dobre w 1981 roku. W 1989 roku wynosił 1,87, ale dekadę później spadł do 1,13. W tamtym roku urodziło się tylko 89 471 dzieci, najmniej we współczesnej historii Czech. Od tego czasu jednak regres współczynnika zaczął się cofać. W 2021 roku w Czechach urodziło się 111 793 osób.

Co jednak interesujące, w pierwszej połowie 2022 r. urodziło się jedynie około 50 000 osób, co oznacza, że w tym roku, z niejasnych jeszcze przyczyn, wskaźnik urodzeń prawdopodobnie spadnie o około 10 procent w porównaniu z rokiem ubiegłym.

Całkowity spadek współczynnika dzietności po upadku komunizmu nastąpił w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Były to lata zawirowań gospodarczych i prawie wszędzie pojawiły się znaczne trudności, bezrobocie, rosnąca śmiertelność i wysokie wskaźniki emigracji.

Z badań Tomasa Sobotki z Wiedeńskiego Instytutu Demograficznego wynika jednak, że w Czechach było zupełnie inaczej. Twierdzi, że „załamanie współczynnika dzietności” w Czechach wcale nie było krachem, ale raczej odrzuceniem wschodnioeuropejskich wzorców małżeństw i rodzenia z czasów komunizmu i powrotem do zachodnioeuropejskich wzorców sprzed wojny.

Sobotka mówi, że kobieta urodzona w 1965 r. miała zazwyczaj pierwsze dziecko w wieku 20 lub 21 lat. Ale kobieta urodzona w 1990 r. „zwykle rodzi swoje pierwsze dziecko w wieku 29 lat, a więc pomiędzy tymi okresami nastąpiła przerwa, bo kobiety i ich partnerzy czekali dłużej, zanim mieli pierwsze dziecko. Zatem w tym okresie przejściowym współczynnik dzietności spadł, nie dlatego, że ludzie przestali mieć dzieci, ale dlatego, że czekali, aż będą starsi”.

Wyjaśnia, że kolejnym powodem, dla którego wiek posiadania pierwszego dziecka w Czechach bardzo szybko wzrósł, jest to, że w czasach komunizmu edukacja seksualna była na niskim poziomie, a stosowanie pigułek antykoncepcyjnych było niezbyt częste, więc wiele pierwszych ciąż było przypadkowych. W 1990 roku antykoncepcję hormonalną przyjmowało tylko 4 procent kobiet w wieku rozrodczym. Zmieniło się to szybko i liczba nieplanowanych urodzeń i aborcji gwałtownie spadła. Obecnie pigułki stosuje około 30 procent czeskich kobiet w wieku rozrodczym.

Dziś płodność jest wspierana „stosunkowo hojną polityką rodzinną” – mówi Sobotka – „pozwalającą na elastyczny i dobrze płatny urlop rodzicielski dla obojga rodziców przez pierwsze trzy lub cztery lata życia każdego dziecka”. Dość egalitarna redystrybucyjna polityka socjalna pomogła również zachować „większą stabilność społeczną i uniknąć najgorszych nierówności ekonomicznych i wydarzeń, jakie można zaobserwować w innych krajach postkomunistycznych”.

Gospodarka ogranicza emigrację

Innym czynnikiem odróżniającym Czechy od ich byłych komunistycznych odpowiedników po 1989 r. był fakt, że ochrona zdrowia wszędzie przeżywała kryzys, ale Czechy nie doświadczyły porównywalnej zapaści. Oznaczało to, jak mówi Sobotka, że „nastąpiły bardzo szybkie inwestycje w nowe technologie, które były niedostępne wcześniej. Tak więc leczenie raka i niektórych innych trudniejszych schorzeń związanych ze starością szybko się poprawiło, a wskaźniki śmiertelności zaczęły spadać, zaledwie kilka lat po zmianie ustroju i po 30 latach stagnacji”.

W przeciwieństwie do reszty komunistycznej Europy, Czechy, uprzemysłowione przed II wojną światową, nie były zdominowane przez wielkie gałęzie przemysłu, których zamknięcie prowadziło do upadku gospodarczego całych miast i regionów, jak to miało miejsce na przykład na Słowacji. Mniejsze branże i gałęzie przemysłu znacznie lepiej radziły sobie z transformacją. Od tamtego czasu Czesi mają znacznie mniejszą motywację ekonomiczną do emigracji niż obywatele innych byłych krajów komunistycznych, a nawet niektórych krajów Europy Zachodniej. „Dla Czechów nie ma sensu jechać do pracy w Wielkiej Brytanii” – mówi Kucera – „bo pieniądze, które tam zarobią, pomniejszone o koszty zakwaterowania, oznaczają, że zyskają mniej, niż będą zarabiać tutaj”.

Przypuszczenia Kucery potwierdzają dane ujawnione przez brytyjskie Biuro Statystyk Narodowych. Po Brexicie 78 200 Czechów złożyło wniosek o pozostanie na terenie Wielkiej Brytanii. Z kolei 136 970 Słowaków złożyło tam wniosek o pobyt, mimo że populacja Słowacji jest o połowę mniejsza niż w Czechach; 444 940 Portugalczyków złożyło wnioski, mimo że populacja Portugalii jest prawie taka sama jak w Czechach.

Badania przeprowadzone przez Sobotkę pokazują również, że wskaźnik emigracji Czechów jest bliższy wskaźnikowi dobrze prosperujących krajów Europy Zachodniej, w przeciwieństwie do krajów Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej, z których wyjechał duży odsetek ludzi w każdym wieku. Mówi, że w Czechach od 4 do 6 procent ludzi w każdym pokoleniu mieszka obecnie za granicą, „a to nie różni się tak bardzo od stanu, który można napotkać w Wielkiej Brytanii czy Francji”.

Oczywiście trudno jest śledzić emigrację, a zeszłoroczny spis ludności wykazał, że kraj opuściło więcej osób, niż przewidywano na podstawie spisu z 2011 roku. Doprowadziło to do korekty liczby ludności Czech w 2021 r. o 200 000 w porównaniu z 2020 r., ale nie oznacza to, że liczba ludności kraju spadła aż tak bardzo w ciągu roku.

Napływ imigrantów

Przede wszystkim tym, co pod względem demograficznym upodabnia Czechy do bogatszego kraju zachodniego, jest imigracja.

Pod koniec 2021 r. w kraju zarejestrowanych było 660 849 cudzoziemców, z czego 320 534 miało pobyt stały, a większość pozostałych posiadała krótkoterminowe zezwolenia na pracę. Spośród wszystkich trzech najsilniej reprezentowanych narodowości było to 196 875 Ukraińców, 114 630 Słowaków i 64 851 Wietnamczyków.

Opierając się na danych i tendencjach w Czechach do końca 2021 r., prognozy Eurostatu przewidywały delikatny wzrost liczby ludności Czech do 10,76 mln w 2030 r., a następnie powrót do obecnego poziomu 10,53 mln do 2050 r. Teraz jednak o nic byśmy się nie zakładali. Do 13 września tego roku około 431 285 Ukraińców zostało zarejestrowanych jako osoby, którym zezwolono na pozostanie w Czechach z powodu wojny na terenie ich kraju.

Z pewnością część, a nawet większość z tych Ukraińców mogła od tego czasu wrócić do domu lub wyjechać do innych krajów, takich jak Niemcy. Ale duża liczba pozostaje w Czechach i nadal będzie to robić, ponieważ wiele dzieci uchodźców rozpoczyna naukę w szkole, a im dłużej trwa wojna, tym większa będzie liczba osób, które osiedlą się na stałe w Czechach.

Zdaniem Kucery populacja Czech „zdecydowanie będzie rosła w perspektywie średnio- i długoterminowej”, ale nieoczekiwany napływ setek tysięcy Ukraińców oznacza, że przyszłość demograficzna Czech jest obecnie niemożliwa do przewidzenia.

Co ciekawe – mówi Kucera – „zwykle im bardziej odległy horyzont przewidujesz, tym mniej pewna jest prognoza. Mamy teraz paradoks – najbardziej niepewne są prognozy krótkoterminowe!”.

Tim Judah

tłum. Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie balkaninsight.com w październiku 2022 r.

Grafika w nagłówku tekstu: Kurious from Pixabay.

Galeria na wsi

Galeria na wsi

Otwarto pierwszą w Polsce galerię sztuki nowoczesnej na obszarze wiejskim.

Jak pisze Portal Samorządowy, zainaugurowano działalność pierwszej w Polsce galerii sztuki nowoczesnej na wsi, którą otwarto w piątek w Siennicy Różanej (Lubelskie). Mieści się ona w zabytkowym dworze, w którym za 4,5 mln zł powstała nowa placówka kulturalna – Dwór Sztuki.

Nowa placówka kulturalna znajduje się w zabytkowym dworze hrabiego Jana Poletyło w Siennicy Różanej. Będzie w nim działać pierwsza w Polsce galeria sztuki nowoczesnej na wsi ze stałą ekspozycją dzieł Janusza Jutrzenki Trzebiatowskiego, który swoje piękne prace przekazał nam nieodpłatnie. Są to współczesne obrazy, medalierstwo i rzeźba – sprecyzował wójt.

W odrestaurowanym dworze urządzono także Salę Wystaw Zmiennych, w której prezentowane będą prace zaproszonych twórców i artystów, także młodego pokolenia.

Dodatkowo utworzono salę do prowadzenia zajęć praktycznych, w której planowana jest organizacją warsztatów mistrzowskich. W ośrodku znajdują się również sale historyczne, upamiętniające m.in. postacie ważne dla dziejów Siennicy Różanej. Jest także kameralna sala koncertowa z widownią na 140 miejsc.

Nie podniesieniu wieku emerytalnego we Francji

Nie podniesieniu wieku emerytalnego we Francji

Francuska centrala związkowa CGT zamierza sparaliżować kraj w proteście przeciwko podniesieniu wieku emerytalnego o dwa lata.

Jak informuje portal Business Insider, protesty zapowiedzieli już pracownicy kolei, transportu miejskiego i drogowego. Do przyłączenia się do strajku wezwano także rafinerie, które mają stanąć 26 stycznia na 48 godzin i 6 lutego na 72 godziny. Jeden dzień nie wystarczy, aby zmusić rząd do zrezygnowania z reform — powiedział Eric Sellini, koordynator CGT w koncernie petrochemicznym TotalEnergies.

Centrala związkowa Force Ouvriere (FO) ostrzegła, że zastrajkuje sektor transportu, w tym kierowcy ciężarówek, autokarów i ambulansów.

Protest jest odpowiedzią na rządowy plan podniesienia wieku emerytalnego do 2030 r. z obecnego ustalonego na poziomie 62 lata do 64 lat.

Volkswagen musi przywrócić związkowca do pracy

Volkswagen musi przywrócić związkowca do pracy

Poznański sąd podjął decyzję o przywróceniu do pracy działacza OZZ Inicjatywa Pracownicza. Marek Duniec pracował w poznańskiej fabryce Volkswagena kilkanaście lat i był jednym z założycieli komisji zakładowej. Dwa lata temu został przez pracodawcę dyscyplinarnie zwolniony między innymi za pełnienie dyżurów związkowych na terenie zakładu. Zwolnienie nastąpiło mimo, że Duniec objęty był ochroną związkową.
Tydzień temu sąd I instancji zdecydował o przywróceniu Duńca do pracy do czasu prawomocnego zakończenia postępowania i obciążył wszystkimi kosztami procesu pracodawcę. To ważne zwycięstwo ruchu związkowego.

Poseł Razem Maciej Konieczny pisze na swoim profilu w mediach społecznościowych: Smuci mnie bardzo, że na wyrok pierwszej instancji trzeba było czekać dwa lata, a sprawa może się jeszcze ciągnąć. To pokazuje, że polskie prawo nadal niewystarczająco chroni związki zawodowe przed bezprawnymi działaniami nieuczciwych pracodawców. Dlatego złożyliśmy w Sejmie projekt ustawy, który pozwala na przywrócenie zwolnionego związkowca do pracy jeszcze przed pierwszą rozprawą i przenosi ciężar dowiedzenia, że zwolnienie było zgodne z prawem na pracodawcę. Jego przyjęcie znacząco poprawiłoby pozycję związków zawodowych i utrudniłoby nieuczciwym pracodawcom bezprawne zwalnienie związkowców. Najwyższy czas przyjąć ten projekt!

Marek Duniec pomimo ochrony związkowej został zwolniony dyscyplinarnie między innymi za dyżur związkowy na terenie zakładu. Wyrokiem sądu Marek został właśnie przywrócony do pracy. Sprawiedliwość zwycięża. Marek wraca, jeszcze bardziej zdeterminowany by walczyć z firmą o prawa pracownicze – nasze prawa – informuje Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza.

Rząd zapłaci za przeprowadzkę

Rząd zapłaci za przeprowadzkę

Japoński rząd stworzył program przewidujący spore dofinansowanie dla rodzin, które przeprowadzą się z Tokio do mniej zaludnionych części kraju.

Jak informuje Portal Samorządowy, Tokio ma 14 mln mieszkańców, ale cała tokijska aglomeracja aż 37 milionów. Jest to więc najbardziej przeludniona części Japonii. Co gorsza, liczba mieszkańców tam ciągle rośnie – o 80 tys. osób rocznie. To samo zjawisko dotyczy także innych największych japońskich aglomeracji. Od dekad młodzi Japończycy migrują do największych miast kraju za lepiej płatną pracą i większymi możliwościami zawodowymi.

Doprowadziło to do bardzo dużego wzrostu cen (nie tylko mieszkań) w japońskich metropoliach, a Tokio stale wygrywa w rankingu najdroższych miast na świecie. Takie migracyjne wzorce, połączone z demografią japońskiego społeczeństwa, sprawiły, że małym, oddalonym od metropolii miasteczkom szybko ubywało mieszkańców. Liczba pustych, opuszczonych domów w tych miasteczkach idzie już w miliony. Według statystyk ów problem dotyka więcej niż połowy japońskich gmin.

Rządowy program zakłada, że każdy, kto przeniesie się z Tokio do jednej ze zmagających się z wyludnianiem miejscowości, otrzyma 600 tys. jenów (4,5 tys. dolarów). Ale w przypadku rodzin to dofinansowanie będzie większe – milion jenów na osobę (7,7 tys. dolarów), w tym na dzieci. Ów program ma pomóc w ożywieniu tych miejscowości i w podniesieniu w nich wskaźnika urodzeń.

To nie pierwszy raz, gdy japoński rząd używa finansowych zachęt, aby nakłonić mieszkańców tokijskiej aglomeracji do przeprowadzki do mniejszych, oddalonych od niej miejscowości. Jednak dotychczas te zachęty były dużo mniej szczodre.

Cztery dni pracy w tygodniu to już pewnik?

Cztery dni pracy w tygodniu to już pewnik?

Nie ma odwrotu od dążenia do skrócenia czasu pracy. Taki wniosek płynie z raportu „Monitoring trendów w innowacyjności” Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Jak informuje pulshr.pl, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości przedstawiła raport „Monitoring trendów w innowacyjności”. Jednym z elementów, na jakie wskazali jego autorzy, jest skrócenie czasu pracy, które traktowane jest jako jeden z kroków do dochodzenia do zrównoważonej gospodarki. Krótszy wymiar pracy sprzyja zmniejszeniu bezrobocia, śladu węglowego oraz zwiększeniu równowagi między życiem prywatnym a zawodowym, co prowadzi do budowania silniejszych więzi międzyludzkich, a także utrzymania lepszego zdrowia fizycznego i psychicznego.

Koncepcja ta, choć nie jest już nowa, coraz chętniej stosowana jest nie tylko w firmach, ale także testowana na szeroką skalę. W 2021 roku rządowy, pilotażowy program wprowadziła Hiszpania, zaś w drugiej połowie 2022 roku – Wielka Brytania.

Jak wskazują autorzy raportu, skrócenie czasu pracy ma wspierać dążenie do zrównoważonego rozwoju – w założeniu ma ono bilansować potrzeby ludzi, środowiska i samej gospodarki.

Ośmiogodzinny dzień pracy obowiązuje w Polsce już ponad 100 lat. Ustanowiono go w 1918 r., a dekret wprowadzający to rozwiązanie podpisał Naczelnik Państwa Józef Piłsudski. Obowiązkowo pracowano wówczas również w soboty. Dopiero 21 lipca 1973 r. Polacy po raz pierwszy w historii nie poszli do pracy w co drugą sobotę.

Kolejny zakład w Wałbrzychu likwidowany

Kolejny zakład w Wałbrzychu likwidowany

Z powodu wysokich cen gazu zamyka się Porcelana Krzysztof, a Cersanit wygasza piece.

Jak informują portale walbrzych.wyborcza.pl i money.pl, zaczynają się zwolnienia grupowe w znanych wałbrzyskich firmach. Do Powiatowego Urzędu Pracy w Wałbrzychu wpłynęły dwa zgłoszenia. Pierwsze dotyczy Porcelany Krzysztof, a drugie producenta płytek ceramicznych, Cersanitu.

Jak podano w informacji o zamiarze przeprowadzenia zwolnień grupowych, pracę w Porcelanie Krzysztof straci 70 osób. Część z nich skorzysta z trzymiesięcznego okresu wypowiedzenia, a części zostanie on skrócony do miesiąca. Zwolnienia mają związek z likwidacją zakładu.

W uzasadnieniu firma podała, że chodzi o zakończenie działalności gospodarczej, które jest spowodowane sytuacją na rynku gazu – informuje dyrektorka Powiatowego Urzędu Pracy w Wałbrzychu Marzena Radochońska. – Chodzi o wzrost cen surowca i brak podpisania umów na jego dostarczanie.

Przed pandemią Porcelana Krzysztof zatrudniała 320 osób, z czego 80 procent stanowili pracownicy produkcyjni. Rocznie produkowała około 10 milionów sztuk porcelany stołowej. Jednak wybuch pandemii COVID-19 pogorszył sytuację spółki.

Dąbrowa od nowego roku ma darmową komunikację gminną

Dąbrowa od nowego roku ma darmową komunikację gminną

Dąbrowa, choć położona w bliskiej odległości od Opola, miała problem z komunikacją i niektórzy mieszkańcy byli przez to wykluczeni transportowo. Opolskie MZK dojeżdżało bowiem jedynie do dwóch z trzynastu wiosek.

Jak pisze portal nto.pl, Dąbrowa była jedną z 24 gmin, które otrzymały od rządu łącznie 30 mln zł na wsparcie publicznego transportu zbiorowego. Dla wielu Opolan jest on jedynym środkiem transportu do pracy czy szkoły. Darmowe linie w Dąbrowie cieszą się dużym zainteresowaniem – zarówno wśród starszych mieszkańców, jak i dzieci i młodzieży.

Gmina wystartowała w rządowym konkursie wsparcia przewozów autobusowych, ustanowionym przez rząd w 2019 r., i otrzymała 750 tys. złotych. Kolejne 350 tysięcy to wkład z budżetu gminy. Dofinansowanie zapewnia organizację darmowego transportu na rok.

Z roku na rok przybywa mieszkańców w gminie, ludzie chcą się tu budować i mieszkać, ale problemem był brak komunikacji miejskiej. Teraz to się zmieniło i po pierwszych dniach funkcjonowania mogę śmiało powiedzieć, że nowe linie przypadły do gustu naszym mieszkańcom – mówi wójt Dąbrowy.

 

Co przyniósł polskiej obronności pierwszy rok wojny

Co przyniósł polskiej obronności pierwszy rok wojny

O tym, że rok 2022 był dziwny, chyba nikogo nie trzeba przekonywać. Konsekwencje wydarzeń rozciągną się niechybnie na dekady, natomiast obserwacji i wstępnej ocenie dostępne są pewne skutki bezpośrednie. Wśród nich widoczna jest gwałtowna transformacja Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej.

W ciągu minionego roku skumulowały się procesy decyzyjne, które przy normalnym biegu wypadków zajęłyby zapewne dekadę. W bezpośrednim związku z wojną obronną Ukrainy, Wojsko Polskie w istocie żegna się ze schedą po PRL-u, której bez tego pozostałoby jeszcze całkiem sporo lat życia.

Dookreślenie strategiczne

Być może najważniejszą rzeczą, którą przyniósł rok 2022, jest dowodne wykazanie skali zaangażowania, do którego w naszym regionie zdolny jest umowny Zachód pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych. Wcześniej Polska była oczywiście już wiele lat członkiem NATO, obowiązywały artykuły Traktatu Północnoatlantyckiego ze sławnym piątym na czele, jednak wątpliwości istniały. Można było w zupełnie dobrej wierze zastanawiać się, czy alianckie stolice, w tym najważniejsze, nie zaczną się w obliczu materializacji zagrożenia ze strony Rosji głęboko zastanawiać, interpretować Traktat w sposób możliwie najmniej wiążący etc., w efekcie pozostawiając region samemu sobie. Refleksji nigdy za wiele, wszak nic nie jest dane na zawsze, jednak to, co widać na Ukrainie, musi zaskakiwać największych optymistów.

Gdyby w lutym 2022 ktoś ogłosił, że niemal rok później Ukraina będzie toczyć z Rosją wojnę na wyniszczenie, opartą na gigantycznej pomocy materiałowej i informacyjnej Zachodu, że od kilku miesięcy spustoszenie w rosyjskich szeregach będzie siać skolokwializowane już HIMARS-owanie, że zostanie ogłoszona dostawa Patriotów, a „na stole” będzie kwestia zachodnich czołgów i samolotów bojowych – zostałby w najlepszym wypadku ogłoszony reprezentantem myślenia życzeniowego. Tymczasem to wszystko po prostu się dzieje. Obóz kierowany przez Waszyngton toczy przeciwko moskiewskiemu agresorowi de facto regularną wojnę o dużej intensywności, pokonując kolejne progi niewyobrażalności posunięć.

Powyższe ma dwojakie skutki. Pierwsze są natury geostrategicznej. Okazało się dowodnie, że nie istnieją aktualnie realne alternatywy w polityce zagranicznej, którymi Polska mogłaby uzupełniać takie czy inne niedostatki relacji ze Stanami Zjednoczonymi i Unią Europejską. W szczególności jako mało wartościowy zweryfikował się kierunek chiński. Pekin, który wcześniej i tak nie był w stanie sformułować atrakcyjnej dla krajów regionu oferty gospodarczo-politycznej, okazał się nie mieć także zdolności pożądanego moderowania posunięć Rosji, względnie przewidywania ich konsekwencji. Sekwencja wydarzeń na linii Chiny-Rosja przed 24 lutego 2022 pozostaje w sferze domysłów, jednak można założyć, że chińskie kierownictwo państwowe albo nie było w stanie odwieść Rosjan od ich planów, albo nie chciało tego robić i dało przyzwolenie na jakąś formę operacji. Być może opierając się na radykalnie mylnych ocenach zarówno rosyjskiego potencjału, jak i psychologicznej oraz materialnej zdolności dania mu odporu przez Zachód. W świetle powyższego spoglądanie z Europy Środkowo-Wschodniej na Pekin, skądinąd boleśnie uderzany przez Amerykanów w ramach wojny gospodarczej i pozostający w COVID-owej opresji, poza poziomem relacji czysto gospodarczych wydaje się nie mieć żadnego uzasadnienia, poza oczywiście marginesem zaślepionego i nierealistycznego ideologicznego antyokcydentalizmu.

Żadną alternatywą wobec Waszyngtonu nie okazał się również Berlin. Niemcy najpierw przez konsekwentną politykę uzależniania Europy od rosyjskich surowców energetycznych walnie przyczynili się do zaistnienia groźnej sytuacji. Natomiast w momencie erupcji popadli w stupor wynikający z koniunkcji zawalenia się rachub polityczno-gospodarczych z niskiej jakości przywództwem. Presja sytuacji i Amerykanów spowodowała włączenie się Berlina do realnej pomocy Ukrainie, ale i tak stolica ta pozostaje wołem w zaprzęgu ciągniętym przez anglosaskie rumaki.

Drugi skutek dotyczy bezpośrednio kierunków zakupów dla polskich Sił Zbrojnych. Siłą rzeczy ogromna część kluczowego sprzętu i/lub technologii pochodzi z importu i nic nie wskazuje, aby to miało ulec zmianie w przewidywalnej przyszłości. Dominujący w tym zakresie kierunek amerykański był wielokrotnie poddawany uzasadnionej krytyce – jako mało atrakcyjny gospodarczo. Stany Zjednoczone najchętniej sprzedają krajom takim, jak Polska, pozbawionym bardzo mocnej pozycji przetargowej, rozwiązania „z półki”, bez dzielenia się istotnymi technologiami. Na przykład kwestie marginalnego transferu produkcji i technologii w przypadku nabycia systemów Patriot dla programu „Wisła” czy jego braku w odniesieniu do F-35 nie budziły zatem wielkich wątpliwości z uwagi na pozostawanie stosownych kompetencji poza zasięgiem krajowego przemysłu i gospodarki. Natomiast w przypadku systemów artylerii rakietowej HIMARS czy pocisków przeciwpancernych Javelin takie podejście budziło zupełnie zasadnie furię obserwatorów. W pierwszym przypadku wskazywano na o rząd bardziej atrakcyjną w odniesieniu do wspomnianych transferów kontrpropozycję izraelską. W drugim na pociski Spike i krajowe opracowania prototypowe.

Wojna ukraińska przyniosła tu jednak zasadnicze przewartościowanie. W przypadku wojennej próby mało komfortowe gospodarczo w czasie pokoju zakupy sprzętu w Stanach Zjednoczonych otwierają dostęp do Sezamów tamtejszych magazynów i bieżącej produkcji. Izrael (czy wielu innych potencjalnych kontrahentów) ma o rzędy mniejsze zasoby bieżące i możliwości produkcyjne. Których zresztą z uwagi na potrzeby wynikające z własnej polityki regionalnej czy nawet wewnętrznej w sytuacji wojny wcale nie musi chcieć udostępniać nabywcy oddalonemu geograficznie i politycznie. Stąd, dbając maksymalnie o wzmacnianie własnego przemysłu, należy zachowywać daleko idący sceptycyzm wobec egzotycznych partnerów. W zamian warto preferować mocno powiązanych politycznie i dysponujących rozwiniętą bazą wytwórczą, nawet jeżeli ci pierwsi byliby skłonni czarować atrakcyjnymi propozycjami

Ofensywa modernizacyjna

Sporą część zagadnień modernizacji sił zbrojnych z ubiegłego roku omówiłem we wcześniejszych tekstach: Modernizacja Wojska Polskiego osiąga prędkość kosmiczną oraz Zbrojeniowe Eldorado szansą dla przemysłu? Odsyłam zatem do nich, aby uniknąć powtarzania się. Jednak kolejne miesiące przyniosły zarówno nowe wydarzenia, jak i konkretyzację w niektórych obszarach. Ograniczeniu do około 200 wyrzutni uległy zamiary zakupy systemów HIMARS – nawet amerykański przemysł nie byłby w stanie zrealizować w rozsądnym czasie zamówienia o skali 500 sztuk, w szczególności w świetle potrzeb sił zbrojnych zarówno własnych, jak i ukraińskich. Na fali zakupów w Korei Południowej MON znalazł jednak uzupełnienie właśnie tam. Ma je stanowić 288 wyrzutni rakiet K239 Chunmoo, stanowiących bliski ekwiwalent systemów amerykańskich. Wyrażane są nadzieje na szeroką polonizację, w szczególności produkcję w kraju pocisków. Jednak uzyskanie od Koreańczyków – spełniających z uwagi na znaczne zdolności wytwórcze wymóg bycia poważnym partnerem, a potencjalnie bardziej od Amerykanów skłonnych do transferu technologii – realnych korzyści gospodarczych okazuje się nie aż tak proste. Nie są oni w tym zakresie świętymi Mikołajami, a podpisywanie najpierw umów na zakupy (warto zaznaczyć, że w grudniu do kraju dotarły już pierwsze partie czołgów K2 i haubicoarmat samobieżnych K9A1), a później negocjowanie przeniesienia produkcji i jego formy okazuje się problematyczne, zgodnie zresztą z oczekiwaniami. Wskutek splotu tych trudności z realiami organizacyjnymi wszystko wskazuje na to, że z oczekiwanych aż 1000 czołgów K2 w wersjach pierwotnej i dostosowanej do polskich wymagań, 500 powstanie w Korei, a drugie 500… może pozostać bardzo mglistą perspektywą.

Z kolei w odniesieniu do haubicoarmat typu K9 nastąpiła dość istotna zmiana zamierzeń. O ile po zakupie w Korei 212 egzemplarzy wersji A1 dopełnienie do planowanej liczby 672 miała stanowić wersja A2 z w pełni automatycznym ładowaniem działa, o tyle weryfikacja doświadczeń ukraińskich, szczególnie eksploatacji z jednej strony dział Krab mających ładowanie półautomatyczne, a z drugiej niemieckich PzH 2000 z „pełną” automatyzacją, wykazały dużą problematyczność tego drugiego rozwiązania, które z uwagi na skomplikowanie źle znosi brutalne użytkowanie na froncie. W związku z tym wojsko miało odstąpić od zamiaru zakupu dział w wersji opartej na K9A2, przynajmniej w aspekcie automatyzacji.

W odniesieniu do innego sprzętu ciężkiego Wojsk Lądowych konkretyzacji uległa liczba i wersja używanych czołgów Abrams, pozyskanych w Stanach Zjednoczonych w ramach szybkiego uzupełnienia stanów sprzętu w związku z donacjami dla Ukrainy. Będzie to 116 pojazdów w wersji M1A1 FEP, poddanych dodatkowo remontowi zerującemu resurs. Czołgi mają zacząć docierać do nas jeszcze w bieżącym roku. Co bardzo istotne, WP zamierza do nowo pozyskiwanych czołgów kupić wreszcie skuteczną amunicję przeciwpancerną. W grudniu Polska zwróciła się do Stanów Zjednoczonych z zapytaniem dotyczącym zakupu tego asortymentu, obejmującego m.in. do 112 000 nabojów M829A2/A3/A4, tj. sławnej amunicji z rdzeniami ze zubożonego uranu, niezwykle skutecznej nawet w przypadku najnowocześniejszych czołgów. Niewykluczone zresztą, że to nie koniec zmian w odniesieniu do czołgów. Pojawiają się bowiem informacje, że na Ukrainę miałyby trafić nie tylko pozostałe jeszcze w Polsce dość nieliczne czołgi T-72 i PT-91, których dotychczas ma pole walki trafiła tylko niewielka część, ale także Leopardy 2. Trudno sobie wyobrazić, żeby takie ruchy miały się dokonać bez de facto natychmiastowej rekompensaty sprzętowej, której źródłem mogą być realnie tylko arsenały niemieckie (musiałyby być to wyprodukowane dla Bundeswehry Leopardy 2A6/A7) czy ponownie amerykańskie, z kolejnymi Abramsami. Poza tym szczęśliwe rozwiały się obawy dotyczące możliwości zakupu w Korei mało interesujących bojowych wozów piechoty K21. Nawet stanowiące znacznie bardziej zaawansowaną ofertę pojazdy AS21, które bardzo poważnie przymierzano do elitarnej uderzeniowej 18 Dywizji Zmechanizowanej, okazały się w procesie zapoznawczym bardzo problematyczne. Ich izraelska wieża wykazała się fatalną celnością, a podwozie dyskwalifikującą w krajowych warunkach sygnaturą termiczną. W związku z tym ich zakup przynajmniej w obecnej postaci stał się wątpliwy, natomiast realizacja krajowego Borsuka i powiązanej w nim wieży ZSSW-30 wydaje się niezagrożona. W szczególności na tę ostatnią złożono już zamówienie, w liczbie 70 sztuk, jeszcze dla Rosomaków.

Warto także zwrócić uwagę na wystosowanie do rządu amerykańskiego zapytania w sprawie możliwości zakupu aż 96 śmigłowców AH-64E wraz ze środkami rażenia i transferem technologii. Miałyby w końcu zastąpić one przestarzałe zupełnie Mi-24. Skala jest ponownie bardzo duża, więc pojawiają się wątpliwości odnośnie do możliwości absorpcji takiej liczby tych potężnych, ale bardzo drogich w zakupie i jeszcze bardziej w eksploatacji maszyn. Zawarto także umowę w sprawie zakupu bezzałogowego systemu rozpoznawczo-uderzeniowego klasy MALE (średni pułap, duży zasięg) MQ-9A Reaper, które ma służyć do czasu zakupu bardziej zaawansowanej wersji B. W odniesieniu do zdolności rozpoznawczych bardzo duże znaczenie ma zawarcie z koncernem Airbus umowy na dostawę dwóch satelitów rozpoznania obrazowego Pléiades Neo wraz z dostępem do danych pozyskiwanych przez całą konstelację. Na morzu takie zdolności mają zapewnić dwa zamówione od szwedzkiego Saaba (ze spodziewaną budową w Polsce) okręty rozpoznania elektronicznego „Delfin”.

„Wojna jest ojcem wszystkich rzeczy”

Ponieważ, zgodnie z maksymą Heraklita, obszerne procesy modernizacyjne w Polsce zainicjowała lub zintensyfikowała wojna ukraińska, warto przyjrzeć się naszym dostawom dla broniącego się sąsiada. Zauważając przy tym, że nie są one jakimś „bezinteresownym frajerstwem”. Abstrahując nawet od realizacji przez Ukraińców polskiego celu strategicznego przez tępienie rosyjskiego miecza, Polska jest wynagradzana tak przez Unię Europejską (pojawiła się informacja o przekazaniu kwoty 1,5 miliarda euro za dość jednak stary sprzęt), jak i przez Amerykanów. Wiadomo np. o jawnym dofinansowaniu zakupu czołgów M1A1 FAP kwotą 200 milionów dolarów. Według bardziej i mniej jawnych danych dostarczyliśmy zatem Ukrainie ponad 230 czołgów T-72M1/M1R, kilkadziesiąt PT-91, co najmniej 40 pojazdów BWP-1, nie mniej niż 54 Kraby, około 150 dział samobieżnych 2S1, ponad 20 wyrzutni artylerii rakietowej BM-21, nieokreśloną liczbę zestawów przeciwlotniczych S-125 Newa oraz 9K33 Osa. Sprzęt ten zapewnia ukraińskiej armii bezcenne wsparcie, pozwala na odbudowę ponoszonych strat i ma kluczowe znaczenie dla możliwości prowadzenia wojny. Można śmiało powiedzieć, że bez polskich dostaw Ukraina by nie przetrwała, a inne uzupełnienie ich byłoby nierealne. Wypada sobie życzyć, aby kolejny rok przyniósł w tej wojnie korzystny przełom, do czego mogą się przyczynić kolejne transfery sprzętu, implikujące dalsze zmiany w polskiej armii…

dr Jan Przybylski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Obraz autorstwa kjpargeter na Freepik.

Fiat likwiduje spółki w Bielsku-Białej

Fiat likwiduje spółki w Bielsku-Białej

W grudniu ub. roku zlikwidowana została jedna z bielskich spółek należących do FCA Poland, a podobny los ma spotkać kolejną. Zdaniem pracowników oznacza to wygaszanie działalności Fiata w Bielsku-Białej.

Jak informuje portal bielsko.biala.pl, w połowie grudnia ub. roku wykreślona z rejestru przedsiębiorców została bielska spółka Gestin. Firma utworzona w 2001 roku zajmowała się zarządzaniem nieruchomościami należącymi do Fiata w Bielsku-Białej. Według danych w KRS, na koniec 2021 roku podmiot zatrudniał ponad 30 osób, wypracował ponad 1,6 mln zł zysku, a przychody przekroczyły 31,4 mln zł.

Gestin wraz z całym swoim majątkiem i pracownikami został wchłonięty przez spółkę akcyjną FCA Poland, czyli spółkę-matkę. Według nieoficjalnych informacji, następną spółką likwidowaną i wchłanianą przez podmiot dominujący ma być Sirio Polska – to spółka utworzona w tym samym czasie co Gestin i tak jak ona z siedzibą przy ul. Grażyńskiego w Bielsku-Białej. Jej rolą w działalności Fiata jest świadczenie usług ochroniarskich, na koniec 2021 roku zatrudniała ponad 130 osób i miała 17 mln zł przychodu.trzecim likwidowanym i wchłanianym podmiotem jest spółka Fiat Chrysler Polska, ale z siedzibą w Warszawie. Zajmowała się marketingiem, doradztwem czy udzielaniem kredytów. Reorganizacja spółek wchodzących w skład FCA Poland niepokoi pracowników. Ich zdaniem, od momentu fuzji koncernu Fiat Chrysler Automobiles oraz francuskiego PSA i utworzeniu grupy kapitałowej Stellantis, los bielskiego zakładu jest przesądzony. Fiat powoli, ale sukcesywnie wygasza działalność w Bielsku-Białej.

Te wszystkie sygnały i działania pojawiające się w tak krótkim czasie są wystarczająco niepokojące, aby zacząć zadawać pytania co dalej z działalnością FCA Poland w strefie ekonomicznej w Bielsku-Białej. To, co można zaobserwować przypomina proces odwrotny do kontrowersyjnej prywatyzacji FSM jaka miała miejsce w latach 90. Wówczas usługi wydzielono do spółek, które teraz są likwidowane. Czy to początek końca Fiata w Bielsku-Białej? Jaka przyszłość czeka strefę z podwykonawcami? Czy pracownicy są informowani o zmianach jakie podjął ktoś na górze, a dotyczą ich bezpośrednio? – pytają pracownicy.

Oprócz reorganizacji spółek FCA Poland, pozostaje jeszcze kwestia działalności FCA Powertrain. To bielski zakład produkujący silniki, podlegający bezpośrednio pod włoską spółkę FCA Italy w Turynie. Firma od dawna pracuje w ograniczonej liczbie zmian i niepełnej wydajności, jej pracownicy obawiają się, że i ten zakład czeka wygaszenie. O możliwej likwidacji bielskiego Powertrain nieoficjalnie mówiło się już pod koniec 2019 roku, gdy jasne stało się, że dojdzie do fuzji FCA z francuskim koncernem PSA.

Od pewnego czasu w Powertrain trwa program dobrowolnych odejść pracowniczych, który dotyczy działów utrzymania ruchu oraz pracowników umysłowych. Niewielkie grupy personelu delegowane są do pracy w zakładach koncernu we Francji. Jeszcze kilka lat temu Powertrain chwalił się, że zatrudnia w Bielsku-Białej ponad 1150 pracowników. Według danych w KRS, na koniec 2021 roku zatrudnienie wynosiło niewiele ponad 1000, a dziś  liczba ta spadła poniżej 900 osób. Według ostatnich informacji, w tym roku w bielskim Powertrain wygaszona ma zostać produkcja jednego z modeli silników.

Niemiecka arytmetyka

Niemiecka arytmetyka

Niemcy dokładają do budżetu UE 25 mld euro, a zyskują 132 mld euro rocznie.

Jak informuje portal forsal.pl, według wyliczeń agencji Deutsche Presse Niemcy wniosły do wydatków wspólnotowych UE w 2021 roku ok. 25,1 mld euro netto. Jednocześnie, jak informuje rząd w Berlinie, Niemcy czerpią najwięcej korzyści z jednolitego rynku UE, zyskując na nim ponad pięć razy więcej, bo aż 132 mld euro rocznie.
Zapytana przez dpa o konkretne wpłaty Niemiec do budżetu UE, Komisja Europejska nie chciała komentować tych danych. Urząd od pewnego czasu nie publikuje bilansów.

Żadna europejska gospodarka nie czerpie takich korzyści z jednolitego rynku UE, jak gospodarka niemiecka – czytamy na stronie internetowej rządu federalnego. Niemcy wpłacają dużo pieniędzy do puli UE, ale czerpią z tego jeszcze więcej korzyści.

Według danych opublikowanych na stronie niemieckiego rządu w lutym 2022 roku jednolity rynek europejski „zwiększa dochód na mieszkańca o 1000 euro rocznie”. Dodatkowo wspólny rynek gwarantuje kanały sprzedaży dla niemieckich firm. Jak podaje rząd w Berlinie, w 2020 roku 67,1 proc. niemieckiego eksportu trafiło na jednolity rynek UE.

Zakaz sprzedaży alkoholu w nocy to zdrowie

Zakaz sprzedaży alkoholu w nocy to zdrowie

Wdrożony w 2010 roku w niemieckim kraju związkowym Badenia-Wirtembergia zakaz sprzedaży alkoholu w nocy przyniósł istotne korzyści zdrowotne w przypadku osób młodych.

Jak informuje Obserwator Gospodarczy, liczba hospitalizacji osób w wieku od 15 do 24 lat spowodowanych spożyciem alkoholu spadła średnio o ok. 9 proc. Co więcej, liczba wizyt lekarskich wynikłych z konsumpcji tej używki spadła średnio aż o 18 proc.

W 2009 roku władze niemieckiego kraju związkowego Badenia-Wirtembergia postanowiły zająć się szkodami wywoływanymi u młodych Niemców po spożyciu alkoholu. W tym celu wprowadziły zakaz sprzedaży alkoholu w nocy. Zaczął obowiązywać już w 2010 roku.  Stanowił, że od 22:00 w nocy do 6:00 nad ranem sklepy, stacje paliwowe oraz kioski nie mogą sprzedawać alkoholu. Przy czym tylko te podmioty zostały objęte zakazem. Jeżeli ktoś w tym kraju związkowym chciał kupić i spożyć procentowy trunek, nadal mógł to zrobić, musiał jednak udać się do restauracji, baru, pubu bądź klubu.

Jak wskazują badacze, młodzi piją alkohol głównie w późnych godzinach. Co więcej, często kupują go wieczorem, gdyż w przeważającej większości nadal mieszkają z rodzicami, przez co mają ograniczoną możliwość przechowywania trunków domu. Ponadto dochody uczniów i studentów są relatywnie małe na tle populacji, co przyczynia się do tego, że grupa ta szczególną uwagę przywiązuje do cen. Z kolei te w pubach czy barach są znacznie wyższe niż w sklepach.

 

Ikea zwalnia związkowca

Ikea zwalnia związkowca

Przewodniczący Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” Piotr Duda zwrócił się do prezesa spółki IKEA Industry AB oraz do Ambasady Szwecji w Polsce w sprawie zwolnionego przewodniczącego NSZZ „Solidarność” IKEA Industry Lubawa Dariusza Kawki.

Jak informuje Tygodnik Solidarność, 28 listopada Dariusz Kawka, przewodniczący organizacji związkowej NSZZ „Solidarność” IKEA Industry Lubawa, został zwolniony z pracy. Wedle pracodawcy przyczynami uzasadniającymi rozwiązanie z nim umowy o pracę były powtarzające się naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych przez związkowca.

W związku z tym przewodniczący Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” Piotr Duda zwrócił się do prezesa spółki IKEA Industry AB oraz do Ambasady Szwecji w Polsce w obronie zwolnionego przewodniczącego NSZZ „Solidarność” IKEA Industry Lubawa Dariusza Kawki.

W piśmie skierowanym do prezesa spółki IKEA Industry AB, przewodniczący Solidarności zwrócił uwagę na „na bulwersujące działania” firmy w jej lubawskim oddziale. – Doszło tam do bezprawnego zwolnienia z pracy lidera związku zawodowego NSZZ „Solidarność”, pana Dariusza Kawki. Stanowi to złamanie obowiązujących w Polsce regulacji prawa pracy i narusza obowiązujące globalne standardy pracy, w tym wypadku dotyczące ochrony działalności związków zawodowych. Znając standardy pracy i utrwalone, wzorcowe relacje między pracodawcami i związkami zawodowymi w Szwecji, chcę głęboko wierzyć, że zarząd IKEA nie jest świadomy sytuacji w Lubawie – napisał w liście Piotr Duda.

Pomimo wyrażanych intencji, w praktyce łamiecie Państwo tę zasadę zwalniając z pracy lidera związku zawodowego – Przewodniczącego Komisji Zakładowej i członka Europejskiej Rady Zakładowej. Podejmował on wszelkie działania w interesie pracowników, posiadając pełny mandat do tego, by ich reprezentować i zabierać głos w dyskusjach dotyczących sytuacji w miejscu pracy – wskazał szef Solidarności i przypomniał, że „zgodnie z zapisami art. 32 ust. 1 Ustawy z dnia 23 maja 1991 roku o związkach zawodowych oraz art. 37 ust. 1 Ustawy z dnia 5 kwietnia 2002 roku o europejskich radach zakładowych stosunek pracy przewodniczącego zakładowej organizacji związkowej podlega szczególnej ochronie i pracodawca bez zgody zarządu zakładowej organizacji związkowej (w tym przypadku Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność”) nie może ani wypowiedzieć mu umowy ani rozwiązać z nim stosunku pracy. Takiej zgody nie udzielono.

Dariusz Kawka był przewodniczącym Organizacji Związkowej NSZZ „Solidarność” IKEA Industry Lubawa, delegatem Europejskiej Rady Zakładowej IKEA Industry i jednocześnie radnym Miasta Lubawa.

18 listopada ponad 300 pracowników firmy IKEA pikietowało pod bramą zakładu w Lubawie, solidaryzując się ze związkowcem.

Koniec udawania lekarza

Koniec udawania lekarza

W reklamie wyrobów medycznych nie będzie można wykorzystywać wizerunku osób wykonujących zawody medyczne.

Jak informuje portal rp.pl, dd nowego roku aktor nie będzie mógł wcielić się już w rolę lekarza, położnej, farmaceuty lub innej osoby wykonującej zawód medyczny i w reklamie polecać wyrobów medycznych.Zakazana będzie też bezpośrednia reklama takich produktów skierowana do dzieci lub ich rodziców. Tak wynika z wchodzących w życie z nowym rokiem niektórych przepisów ustawy o wyrobach medycznych.

Zgodnie z nowym prawem akcja reklamy wyrobów medycznych nie tylko nie będzie mogła rozgrywać się w aptece czy gabinecie lekarskim czy w innym miejscu mogącym sugerować, że osoba prezentująca wyrób wykonuje zawód medyczny. Będzie musiała być zrozumiała dla odbiorcy, który nie ma na co dzień do czynienia z produktem, czyli zwykłego użytkownika. Wymóg ten dotyczy również sformułowań medycznych i naukowych oraz przywoływania w reklamie badań naukowych, opinii, literatury. Wszelkie pojęcia naukowe i medyczne muszą być ujęte w sposób klarowny i przystępny.

Nowe przepisy obostrzeniami obejmą m.in. sprzęty specjalistyczne, takie jak implanty, wyroby oparte na laserze czy nawet kwas hialuronowy.

W ustawie pojawił się też przepis przejściowy, który pozwala na to, by upowszechnianie przekazów reklamowych, które pojawią się przed 1 stycznia 2023 r., przez pół roku odbywało się jeszcze na starych zasadach. Aktorzy w kitlach nie znikną więc z dnia na dzień z reklam.

Ustawa została przyjęta w celu dostosowania polskiego prawa do prawa unijnego i ma służyć implementacji dwóch ważnych dla rynku wyrobów medycznych rozporządzeń z 2017 r. – nr 2017/745 i 2017/746.

Zwierzęta będą miały pełnomocnika w rządzie

Zwierzęta będą miały pełnomocnika w rządzie

Zostanie powołany pełnomocnik premiera do spraw zwierząt.

Jak informuje Portal Samorządowy, do zadań pełnomocnika należy m.in. analiza obowiązujących regulacji prawnych związanych z ochroną zwierząt, w szczególności zwierząt bezdomnych; wypracowanie, w uzgodnieniu z właściwymi ministrami, propozycji zmian legislacyjnych związanych z ochroną zwierząt; wspieranie i promowanie przedsięwzięć mających na celu ochronę zwierząt, w szczególności przez organizowanie paneli dyskusyjnych, konferencji i seminariów mających na celu wypracowanie optymalnych rozwiązań służących poprawie funkcjonowania systemu ochrony zwierząt; współpraca z organami administracji publicznej, organami jednostek samorządu terytorialnego i innymi podmiotami działającymi w obszarze ochrony zwierząt, w tym w szczególności z krajowymi i zagranicznymi organizacjami pozarządowymi; współpraca z instytucjami międzynarodowymi; opiniowanie projektów aktów prawnych i innych dokumentów dotyczących ochrony zwierząt; promowanie pozytywnych zachowań wobec zwierząt.

Pełnomocnik będzie przedstawiał premierowi sprawozdanie ze swojej działalności do dnia 31 marca za rok poprzedni. Będzie mógł również powoływać zespoły o charakterze opiniodawczym lub do opracowania określonych zagadnień. Obsługę merytoryczną, organizacyjno-techniczną oraz kancelaryjno-biurową Pełnomocnika ma zapewniać Kancelaria Prezesa Rady Ministrów.

Obecnie takie pełnomocnik działa przy ministrze rolnictwa, ale zostanie utworzone nowe stanowisko.

Cyfrowe prawa pracownicze

Cyfrowe prawa pracownicze

Polska ma szanse przyjąć rozwiązania prawne, które choć trochę porządkują obszar zarządzania algorytmicznego w firmach. Zastępowanie w pracy decyzji człowieka automatycznymi decyzjami sztucznej inteligencji w odniesieniu do obciążenia zadaniami, wynagrodzenia, zatrudnienia czy awansu, opiera się przeważnie na niejasności ich kryteriów dla pracowników. Uchwała procedowana w Sejmie ma zobowiązać pracodawców do zakomunikowania na wniosek związków zawodowych, na jakich zasadach działa algorytm podejmujący decyzje kluczowe z punktu widzenia pracownika.

Zarządzanie algorytmiczne to różnorodne narzędzia cyfrowe stosowane w firmach. Polegają na zbieraniu danych, ich obróbce, a następnie automatycznym zarządzaniu procesami pracy w oparciu o te dane. Pracownik otrzymuje z systemu kluczowe dla siebie informacje na temat dziennych norm, planu pracy czy wynagrodzenia. Może być też tak, że decyzje na temat przyszłości pracownika (awans, podwyżka, przedłużenie lub zakończenie umowy o pracę) podejmowane są przez kierowników w oparciu o dane pochodzące z takiego systemu.

Z punktu widzenia pracownika najważniejsze są kryteria takich decyzji. Niestety, przeważnie informacja dotyczy tylko wyniku procesu decyzyjnego, na zasadzie „tak wskazał komputer”. Tworzy to asymetrię informacji: pracodawca zna kryteria oceny pracownika, pracownikom brakuje tej wiedzy. Jak wskazują badania, wywołuje to u nich poczucie niepewności i niestabilności. Pracownicy obawiają się o swoje zatrudnienie, nie mając wskazówek, w jaki sposób poprawiać efektywność. Mierniki te służą w ten sposób dyscyplinowaniu pracowników [1].

Skrajnym przykładem są platformy cyfrowe (jak Uber, Bolt czy Glovo), gdzie osoby wykonujące pracę (nie mając praw pracowniczych) w 100% podlegają zarządzaniu poprzez system algorytmiczny. Nie mają kierowników, wszelkie decyzje są im przekazywane z poziomu aplikacji.

Sejmowa Komisja Cyfryzacji, Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii od wielu miesięcy pracowała nad nowymi przepisami. Mają one zobowiązać pracodawców wykorzystujących rozwiązania z obszaru sztucznej inteligencji w zarządzaniu pracownikami – do udzielania informacji na temat zastosowania takich algorytmów. Obszar ten obecnie nie podlega praktycznie żadnym regulacjom, więc taki przepis byłby pierwszym porządkującym stosowanie zarządzanie algorytmicznego.

Ustawa ma dać związkom zawodowym, jako reprezentantom pracowników, dostęp do „parametrów, zasad i instrukcji, na których opierają się algorytmy lub systemy sztucznej inteligencji, które mają wpływ na podejmowanie decyzji, a które mogą mieć wpływ na warunki pracy i płacy, dostęp do zatrudnienia i jego utrzymanie, w tym profilowanie”. Zapis krótki, ale zmieniający wiele.

Takich regulacji brakuje nie tylko w Polsce. Jedynie Hiszpania wprowadziła rozwiązania, które w podobnym kształcie procedowane są w polskim parlamencie. To tylko wskazuje, że mówimy o obszarze nieuporządkowanym, zajętym przez tych, którzy wykorzystują pełnię możliwości sztucznej inteligencji w celu maksymalizacji zysków. Jednym przynosi to zyski, innym pogarsza warunki pracy i powoduje niepewność.

Z punktu widzenia osób pracujących takie rozporządzenie jest czymś oczywistym. Każdy w pracy potrzebuje podstawowych informacji. Problemem nie jest bowiem stosowanie mechanizmów opartych na sztucznej inteligencji do podejmowania decyzji. Problemem jest asymetria informacji i celowe ukrywanie kryteriów decyzyjnych, aby móc nimi sterować dla maksymalizacji korzyści pracodawcy.

Podczas prac sejmowej komisji, a także w publikacjach poświęconych tej regulacji, zazwyczaj pojawiają się te same zastrzeżenia. Przyjrzyjmy się im.

To skomplikowane

Algorytm jest zbyt skomplikowany, aby pracownicy byli w stanie go zrozumieć. To praca informatyków, rozbudowany projekt, zrozumiały tylko dla specjalistów.

Taka argumentacja jest stosowana przez firmy gospodarki cyfrowej od lat, gdy tylko ktoś domaga się przejrzystości stosowanych przez nie algorytmów. Można było to słyszeć od szefów portali społecznościowych, właścicieli wyszukiwarek internetowych, a obecnie od chcących zablokować transparentność zarządzania algorytmicznego.

Pracownicy nie potrzebują szczegółów technicznych dotyczących algorytmu. Pracownicy potrzebują informacji o kryteriach co do decyzji, jakim podlegają. Ktoś te kryteria ustanowił, ktoś tymi kryteriami steruje. Jeśli to wszystko byłoby zbyt skomplikowane, aby móc to wytłumaczyć ludziom, których te decyzje dotyczą, coś byłoby nie w porządku z takim algorytmem. Oznaczałoby to, że prawdopodobnie jest słabo kontrolowalny i w ten sposób bardzo ryzykowny dla jakiejkolwiek firmy.

Jeszcze z innej strony, trudno sobie wyobrazić przeciętnego szefa firmy, który ma podjąć decyzję o wprowadzeniu w organizacji zarządzania algorytmicznego i nie oczekuje prostego podsumowania, w jaki sposób to będzie działać, w oparciu o jakie kryteria. Decydenci potrzebują w takich sytuacjach skrótu kluczowych informacji. Asymetria polega na tym, że ich podwładni nie dostają tych informacji.

To tajemnica handlowa

Jeśli podamy szczegóły dotyczące algorytmu, ujawnimy tajemnicę handlową przedsiębiorstwa, na której opiera się przewaga konkurencyjna.

Pracownicy nie potrzebują dokumentacji technicznej, jaką twórca oprogramowania dostarcza klientowi-firmie lub jaka powstaje w ramach wewnątrzfirmowo opracowywanej aplikacji. A tylko konieczność ujawnienia takiej dokumentacji mogłaby naruszyć tajemnicę handlową. Informacje niezbędne pracownikom są z tej kategorii danych, które pracownicy mają prawo znać na bazie innych, obowiązujących już przepisów (jak np. prawo do informacji na temat systemu wynagrodzeń).

Ten argument często idzie w parze z podkreślaniem bezpieczeństwa danych zbieranych w ramach systemu. Konieczność zabezpieczenia danych jest bezdyskusyjna i opisana np. w przepisach RODO.

Unia to wkrótce załatwi

Nie ma potrzeby uchwalania odrębnych przepisów, Unia Europejska pracuje nad całym pakietem regulacji, dotyczących zastosowania sztucznej inteligencji w wielu obszarach, nie tylko pracy.

Parlament Europejski i Rada Europy od dłuższego czasu pracują nad całościowymi przepisami AI Act – Akt w sprawie sztucznej inteligencji. Do tego dochodzi projekt innej dyrektywy, regulującej pracę za pośrednictwem platform cyfrowych. Obydwa projekty mają rzeczywiście odniesienie do obszaru, którego dotyczy omawiana ustawa z polskiego parlamentu.

„Akt w sprawie sztucznej inteligencji” to obszerny dokument, pokazujący ambicje unijne w odniesieniu do gospodarki cyfrowej. Poza uporządkowaniem zastosowania rozwiązań wykorzystujących sztuczną inteligencję, unijne podejście charakteryzuje też chęć przewodzenia rewolucji cyfrowej. Akcenty są więc rozłożone nieco inaczej, to nie kwestia warunków pracy jest punktem odniesienia. W projekcie unijnym kluczowe jest określenie ryzyka wynikającego ze stosowania sztucznej inteligencji oraz określania na bazie tego, czy dane rozwiązanie jest dopuszczalne, czy też nie. Pracownicy są tu tylko jedną z wielu grup odniesienia. Pojawiają się też analizy, według których takiemu podejściu brakuje etycznego fundamentu i mocniejszego podkreślenia kwestii godnościowej w odniesieniu do pracy regulowanej algorytmami [2].

W oparciu o AI Act producenci aplikacji mają otrzymywać certyfikację zgodności z unijnymi przepisami. Informacja o tym, że oprogramowanie zastosowane do algorytmicznego zarządzania ma unijny certyfikat, nie jest kluczowa z punktu widzenia pracowników i nie rozwiązuje problemu asymetrii informacji. Na pewno uporządkuje to obszar stosowania AI, ale wciąż na poziomie firm wymagać będzie komunikacji nie o produkcie, ale o sposobie jego wykorzystania i ustawieniu parametrów decyzyjnych. To niekoniecznie będzie wynikać wprost z unijnego projektu, gdzie w tym kontekście można przeczytać raczej ogólne stwierdzenia o zapewnieniu odpowiedniego poziomu przejrzystości i informacji o sposobie korzystania z systemu.

Drugi ze wspomnianych projektów unijnych dotyczy co prawda organizacji opartych na zarządzaniu algorytmicznym, ale ograniczony tylko do tego typu firm. Nacisk jest tam położony na kluczowe dla pracowników potwierdzenie istnienia stosunku pracy, więc cel jest zupełnie inny. Dlatego ani jedno, ani drugie rozporządzenie nie zastąpią projektu złożonego we wrześniu w Sejmie. Natomiast wszystkie one razem będą się świetnie uzupełniać.

Rola związków zawodowych

W propozycji ustawy to związki zawodowe są organizacją uprawnioną do wystąpienia o informacje na temat algorytmu. Nawet jeśli jest to ograniczeniem, to warto chwilę przyjrzeć się przyszłości związków w kontekście nie tylko zarządzania algorytmicznego, ale i gospodarki cyfrowej.

Na początek cofnijmy się do gospodarki kapitalistycznej poprzednich czasów. Kilkadziesiąt lat temu jednym z twardych wskaźników słabej komunikacji w organizacji był odsetek pracowników należących do związków. Kiepskie relacje firma-pracownicy miały swoje odbicie w niedoinformowaniu zatrudnionych, a związki zawodowe stanowiły dla pracowników w takiej sytuacji alternatywny kanał komunikacji. Stąd korelacja: kiepska komunikacja to więcej osób należących do związków.

W gospodarce cyfrowej związki zawodowe nie pełnią takiej roli, jak w tradycyjnych branżach kilkadziesiąt lat temu. W nowych firmach trudniej zawiązać organizację związkową (co publicznie można było ostatnio zaobserwować w Polsce choćby na przykładzie firmy Sii Polska), rozproszenie pracowników przy pracy zdalnej utrudnia budowanie relacji pomiędzy nimi, co jest niezbędne do jakiegokolwiek zorganizowania. Jednocześnie typowe hierarchiczne relacje, niezbędne dla zdrowego formalnego przepływu informacji, zanikają dzięki zarządzaniu algorytmicznemu. W tradycyjnej organizacji najważniejszym z punktu widzenia pracownika nadawcą informacji był bezpośredni przełożony, a najważniejsze tematy to te, które bezpośrednio dotyczą pracy i zadań. Gdy bezpośredni przełożeni są zastępowani przez algorytmy, a informacje podawane przez system nie odpowiadają najważniejszym potrzebom pracowników, trudno o zadowolenie z komunikacji.

W naturalny sposób pojawia się tu rola do wypełnienia dla związków zawodowych. Nie tylko jako kanału komunikacji dla niedoinformowanych pracowników, ale również jako czynnika gwarantującego etyczne zastosowanie zarządzania algorytmicznego. Etyczne, to znaczy odnoszące się do dobrej pracy, co nie jest przecież podstawowym celem wdrażania takich rozwiązań w firmach. Jak piszą autorzy raportu o etycznym zastosowaniu sztucznej inteligencji w zarządzaniu: „Każdy pracodawca poważnie zainteresowany etycznym zastosowaniem sztucznej inteligencji w miejscu pracy powinien respektować prawa pracowników do organizowania się i zapewnić jak najszerszą reprezentację dla opinii pracowników” [3].

Jeżeli spojrzeć na sens polskiej ustawy, to właśnie o dobrą pracę w niej chodzi – o doinformowanie na temat kwestii kluczowych dla każdej pracującej osoby. Porządne firmy same z siebie powinny to robić, te mniej porządne potrzebują przepisu, który wymusi coś, co powinno wydawać się oczywistym działaniem dla każdego menedżera poważnie traktującego pracowników.

Roman Rostek

Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay.

Przypisy:

1. Chan N. K. (2022), Algorithmic precarity and metric power: Managing the affective measures and customers in the gig economy, Big Data & Society, July–December: 1–13, 2022.

2. Cole M., Cant C., Ustek Spilda F. and Graham M. (2022), Politics by Automatic Means? A Critique of Artificial Intelligence Ethics at Work. Frontiers in Artificial Intelligence 5:869114. doi: 10.3389/frai.2022.869114

3. Tamże, s. 10.

Coś dla rolników

Coś dla rolników

Rząd przyjął projekt ustawy zrównującej emeryturę minimalną pracowniczą i rolniczą.

Jak informuje portal wyborcza.biz, minimalna emerytura rolnicza po 25 latach opłacania składki nie może być niższa niż analogiczna emerytura w systemie ZUS.

Dziś emerytura minimalna w ZUS wynosi z 1338,44 zł brutto. W wyniku marcowej waloryzacji wzrośnie w przyszłym roku do 1588,44 zł (w marcu będzie waloryzacja kwotowo-procentowa, w wyniku której najniższe świadczenie wzrośnie o 250 zł brutto). Od teraz tyle samo będzie wynosić emerytura z KRUS. Rolnicy, aby dostać najniższe świadczenie, będą musieli tylko udowodnić 25 lat opłacania składek.

Zmiana zasad liczenia emerytur rolniczych ma kosztować budżet państwa 2 mld zł.

Koniec z ukrytymi opłatami

Koniec z ukrytymi opłatami

18 grudnia 2022 r., w życie weszły przepisy ustawy antylichwiarskiej. Zakupy na raty, chwilówki albo pożyczki od osób fizycznych nie mogą już zawierać ukrytych, rażąco wysokich opłat czy oprocentowania.

Jak informuje serwis Gazeta Prawna, dotychczas wiele ofert pożyczek kusiło „zerowymi odsetkami”, choć w rzeczywistości umowy zawierały liczne opłaty dodatkowe, które znacząco podnosiły ostateczny koszt zaciąganego zobowiązania finansowego. Pożyczkodawcy wprowadzali różne prowizje czy opłaty za przygotowanie wniosku i umowy bądź za obsługę zobowiązania. Efekt? Rażąco wygórowana kwota do spłaty.

Polskie państwo nie pozwoli, aby lichwiarz nadużywał swojej przewagi i był bezkarny. Nie pozwolimy, by ludziom odbierano mieszkania, co było na porządku dziennym w poprzednim stanie prawnym – zapewnił minister Zbigniew Ziobro.

Nowelizacja kończy z dowolnością w doliczaniu dodatkowych prowizji i marży. Ich limit maksymalny zostaje ustalony na 45 proc. całkowitej kwoty zobowiązania w całym okresie trwania umowy. Jeśli okres kredytowania będzie obejmował 6 miesięcy, suma odsetek i kosztów pozaodsetkowych nie może przekroczyć 25 proc.

W przypadku spłaty przedterminowej konsument może oczekiwać od pożyczkodawcy proporcjonalnego zwrotu wszelkich opłat i kosztów związanych z pożyczką, jak prowizja czy ubezpieczenie.

Dotychczas prawo nie chroniło dostatecznie pożyczkobiorców. Padali oni ofiarą lichwiarzy, na wiele lat stając się niewolnikami zaciągniętych zobowiązań. Od dziś wysokość sumy pieniężnej, do której dłużnik poddaje się egzekucji, nie może przekraczać sumy kwoty pożyczki powiększonej o wysokość odsetek maksymalnych, obliczonych od pożyczonej kwoty za dany okres.

 

Holandia odgórnie obniży czynsze

Holandia odgórnie obniży czynsze

W obliczu problemów ze znalezieniem mieszkania na wynajem w rozsądnej cenie, rząd Holandii chce nałożyć limity na czynsze w ponad 300 tys. mieszkań.

Jak donosi Bloomerg, po wdrożeniu planu ceny wynajmu mają zostać obniżone o średnio 190 euro miesięcznie. Nowy system, który wejdzie w życie w styczniu 2024 r., ma ograniczyć rynkową cenę najmu do ok. 1100 euro miesięcznie.

W Holandii obowiązuje punktowy system wyceny mieszkań. Uwzględnia on powierzchnię mieszkania, ale też jego otoczenie. Liczy się też oficjalna szacowana wartość domu, a nawet powierzchnia kafelków w kuchni i łazienkach.

Obecnie kontrola czynszów obowiązuje jedynie mieszkania, które uzyskały mniej niż 142 punkty. Zgodnie z nowym pomysłem limity na czynsze miałyby być zastosowane do wszystkich lokali wycenionych na maksymalnie 187 punktów.

System wyceny mieszkań ma się stać obowiązkowy, a na właścicieli mieszkań, którzy naruszą limity, mają być nakładane wysokie grzywny.

Kurierzy zastrajkują

Kurierzy zastrajkują

Kurierzy Pyszne.pl z kilku miast w Polsce podjęli decyzję o strajku. Przyczyną protestu jest brak bonusów w okresie zimowym dla jeżdżących w mniejszych miastach.

Jak informuje związek zawodowy OPZZ Konfederacja Pracy, kurierzy Pyszne.pl z kilku miast w Polsce podjęli decyzję o strajku. Głównym dniem protestu ma być poniedziałek 19 grudnia.

W ramach międzymiastowej koordynacji porozumieli się w sprawie dni, w których nie zgłoszą gotowości do pracy. Strajk jest w pełni legalny, dzięki elastycznemu systemowi przyznawania zmian, w którym dyspozycyjność leży w gestii kurierów. W niektórych miastach (Białystok, Lublin, Radom) liczba strajkujących sięgnęła nawet 90 procent załogi – mówi Ewa Reinek z biura zarządu OPZZ Konfederacji Pracy.

Związkowcy podkreślają, że przyczyną strajku jest brak przyznania przez Pyszne.pl bonusów w okresie zimowym kurierom jeżdżącym w mniejszych miastach. Oburzenie wśród kurierów wzbudził fakt, że bonusy zostały przyznane tylko w dużych aglomeracjach, np. w Warszawie i Krakowie. Dodatkowo kurierzy żądają przywrócenia dodatków stażowych, które firma niedawno usunęła, bonusów za pracę w trudnych warunkach pogodowych oraz przywrócenie dodatków dla starszych kurierów, wykonujących dodatkowe obowiązki, tzw. kapitanów.

Strajk ma charakter ostrzegawczy, ale – jak zapewniają związkowcy – kurierzy gotowi są go powtórzyć.