Jedno mieszkanie na rok?

Jedno mieszkanie na rok?

W styczniu resort rozwoju poinformował o skierowaniu do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów projektu ustawy o ograniczeniach w nabywaniu lokali mieszkalnych. Jak podało Ministerstwo Rozwoju, projekt ogranicza liczbę mieszkań, jakie w ciągu roku będzie mogła nabyć osoba (w tym osoba prawna) posiadająca co najmniej pięć innych lokali.

Jak informuje Portal Samorządowy, według zapowiedzi każde kolejne mieszkanie będzie można kupić nie częściej niż raz na rok. Ponadto kupując szóste lub kolejne mieszkanie trzeba będzie zapłacić wyższy podatek od czynności cywilnoprawnych w wysokości 6 proc., przy czym będzie on stosowany także przy transakcjach na rynku pierwotnym.

Minister rozwoju Waldemar Buda pytany, czy zasada „jedno mieszkanie raz na rok” będzie dotyczyć zarówno osób fizycznych, jak i funduszy inwestycyjnych, poinformował, że prowadzone są ustalenia, czy ograniczenia w hurtowym zakupie mieszkań będą dotyczyć liczby mieszkań w danej inwestycji, czy w konkretnym czasie.

Trwają analizy, na ile ograniczyć nabywanie mieszkań w ogóle w danym okresie czasu, a na ile w określonej inwestycji, bo często problemem jest to, że ktoś wykupuje w hurcie np. najlepiej położone mieszkania w danej inwestycji, a reszta zostaje na rzecz <<Jana Kowalskiego>>, i niejako ten inwestor spekulacyjny ma pierwszeństwo nabycia – zauważył minister rozwoju.

Strajk po czesku

Strajk po czesku

Pracownicy fabryki opon Nexen w Czechach rozpoczęli strajk. Firma obsadza stanowiska strajkujących innymi pracownikami.

Jak informuje portal ct24.ceskatelevize.cz, pracownicy południowokoreańskiej fabryki opon Nexen koło Žatca rozpoczęli bezterminowy strajk. Jego celem jest zawarcie układu zbiorowego, a związki domagają się m.in. podwyżek płac dla pracowników. Firma obsadza stanowiska strajkujących innymi pracownikami.

Do fabryki przybyła też część pracowników, którzy nie mieli zmiany, ale chcieli swoją obecnością wesprzeć strajk. Mniej więcej za kwadrans dziewiąta z fabryki wyszła grupa robotników w kamizelkach odblaskowych z grzechotkami i gwizdkami.

Związkowcy twierdzą, że na ostatnim spotkaniu, które odbyło się w poniedziałek, przedstawiciele spółki odmówili negocjacji. De facto zostaliśmy wyrzuceni – twierdzi przewodniczący związku zawodowego KOVO Roman Ďurčo. Według niego jest to typowe podejście koreańskiego zarządzania. – Przyszedł do nas dyrektor personalny i poinformował, że odmawiają z nami negocjacji, mimo że spotkanie zostało przez nich zaaranżowane – dodał związkowiec. Według związkowców od prawie czterech lat trwają bezowocne negocjacje.

Związki zawodowe w fabryce ogłosiły rok temu pogotowie strajkowe ze względu na stosunek koreańskich właścicieli firmy do rokowań zbiorowych. Pracownicy zastrajkowali po tym, jak pracodawca odrzucił kompromisową umowę między obiema stronami. W firmie pracuje 1100 osób. Zdaniem związkowców, większość pracowników popiera strajk.

Celem strajku jest zawarcie układu zbiorowego na lata 2022 i 2023. – Według naszych obliczeń straty firmy powinny wynieść około piętnastu milionów koron dziennie. Mówimy o podwyżce o około trzydzieści do pięćdziesięciu milionów koron, więc można obliczyć, kiedy przestanie im się to opłacać – powiedział Ďurčo.

Prawo do strajku jest święte

Prawo do strajku jest święte

Rząd Wielkiej Brytanii próbuje ograniczyć prawo do strajku. Ustawa, nad którą w angielskim parlamencie obecnie toczy się debata, zakłada, że od części pracowników sektora publicznego będzie się wymagać świadczenia pracy nawet podczas strajku.

Jak informuje OPZZ, wymagałoby to zachowania określonego poziomu świadczenia usług w okresach akcji strajkowej w sześciu sektorach, między innymi w sektorze zdrowia, edukacji czy transporcie. Oznacza to, że projekt nowego prawa strajkowego w Wielkiej Brytanii zakłada, że od części pracowników sektora publicznego będzie się wymagać świadczenia pracy podczas strajku.

Po wprowadzeniu ustawy pracodawca będzie mógł wydać „zawiadomienie o pracy”, określające liczbę i funkcje konkretnych pracowników, którzy będą musieli pracować i utrzymywać minimalny poziom świadczenia usług podczas akcji strajkowej.

Kongres Związków Zawodowych (TUC) informuje, że związkowi zawodowemu może grozić nakaz sądowy lub konieczność wypłaty odszkodowania, jeżeli zostanie uznane, że związek zawodowy nie podjął „rozsądnych kroków” (nie precyzując, co oznacza rozsądny krok) w celu zapewnienia, by osoby wskazane w zawiadomieniu o pracy nie wzięły udziału w akcji strajkowej. W zeszłym roku pułap kar za nieprzestrzeganie przepisów prawa wzrósł w Wielkiej Brytanii do 1 miliona funtów.

Przewodniczący OPZZ Piotr Ostrowski w piśmie do przedstawiciela ambasady brytyjskiej wyraził zaniepokojenie związane z brytyjskim antystrajkowym projektem ustawy. Wskazał, że ma ona na celu poważne ograniczenie prawa do strajku w kilku sektorach, co jest niedopuszczalne i wyraził solidarność z wszystkimi pracownikami, którzy bronią swojego prawa do strajku.

Chrońmy prawo do strajku – podpisz petycję: TUTAJ

Przepłacani

Przepłacani

Amerykańskie korporacje zwalniają pracowników na potęgę, ale i tną wynagrodzenia prezesom.

Jak informuje pulshr.pl, nie zmienia to faktu, że szefowie takich firm, jak Apple, Google czy Goldman Sachs są wciąż przepłacani.

Goldman Sachs na początku tego miesiąca zwolnił 3200 pracowników  w związku ze spowolnieniem transakcji na Wall Street, jak podaje CNN. Bank ujawnił też w piątek, że wynagrodzenie jego prezesa Davida Salomona za rok 2022 zostanie zmniejszone o prawie 30 proc. Zysk Goldman Sachs spadł w zeszłym roku o 49 proc.

Podobna obniżka wynagrodzenia może spotkać Sundara Pichaia, prezesa firmy macierzystej Google – Alphabet. Po tym, jak Alphabet ogłosił w tym miesiącu redukcję 12 tys. miejsc pracy, Pichai powiedział pracownikom, że dyrektorów najwyższego szczebla dotknie „bardzo znacząca” obniżka wynagrodzenia – informuje CNN.

Cięcia płac prezesów, choć ważne w dobie kryzysu, nie będą dla nich jednak zbyt bolesne. Jak wynika z danych firmy doradczej Equilar, wśród 500 największych pod względem przychodów firm publicznych mediana wynagrodzenia ich szefów wyniosła 14,2 mln dolarów w roku fiskalnym 2021, co oznacza wzrost o 18,9 proc. w stosunku do roku poprzedniego.

Nie dadzą sobą pomiatać

Nie dadzą sobą pomiatać

Prawie 600 pielęgniarek ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie rozważa pozew sądowy w związku z faktem, że pracodawca nie uznaje ich magisterskich kwalifikacji, co wpływa na obniżenie wynagrodzenia.

Jak informuje PAP, w lipcu weszły w życie zapisy ustawy o podwyżkach dla pracowników ochrony zdrowia. Wzrost wynagrodzeń zależy od kwalifikacji wymaganych na danym stanowisku, wcześniej zależał od kwalifikacji, niezależnie od stanowiska. Dyrektorzy części placówek w kraju nie wypłacili podwyżek, uznając, że tytuł magistra nie jest potrzebny na danym stanowisku.

Od 1 lipca 2022 r. minimalne wynagrodzenie dla pielęgniarek i położnych z tytułem magistra, z wymaganą specjalizacją, wzrosło do 7304,66 zł z 5477,52 zł. Dla pielęgniarek, położnych wykonujących zawód medyczny wymagający tytułu magistra, wyższego wykształcenia i specjalizacji albo pielęgniarki, położnej ze średnim wykształceniem i specjalizacją wzrosły do 5775,78 zł z 4185,65 zł. Dla pielęgniarek, położnych wykonujących zawód medyczny wymagający wyższego wykształcenia na poziomie studiów I stopnia (licencjat) lub pielęgniarek, położnych ze średnim wykształceniem, bez tytułu specjalisty do 5322,78 zł z 3772,25 zł.

Przed lipcem 2022 r. NFZ wypłacał szpitalowi imiennie środki na wynagrodzenie dla pielęgniarek, a teraz szpital otrzymuje te środki niespersonalizowane i co za tym idzie – jak oceniła jedna z pielęgniarek – mogą one być „dobrowolnie wydatkowane przez kierownictwo szpitala”.

Większość z pielęgniarek zdobyła swoje wykształcenie na własny koszt w wolnym czasie. Jest to najbardziej deficytowa grupa. Dziwię się postawie dyrektorów placówek medycznych, jest ich w Małopolsce 15, że w taki sposób interpretują przepisy – mówił poseł Marek Sowa.

Do 30 czerwca 2022 r. pielęgniarki otrzymywały wynagrodzenie naliczane według posiadanych kwalifikacji, ustawa zmieniająca wynagrodzenia minimalne dla pracowników udzielających świadczeń w podmiotach leczniczych, obowiązująca od 1 lipca 2022 r. mówi o tym, że wynagrodzenie nalicza się według wymagań stawianych przez pracodawcę na danym stanowisku pracy. Wymagania te wynikają wprost z zapisów rozporządzenia ministra zdrowia.

 

Górnik z Bogdanki z naganą za działalność związkową

Górnik z Bogdanki z naganą za działalność związkową

7.02.2023 o godz. 11.00 w Rejonowym Sądzie Pracy odbędzie się rozprawa z powództwa przewodniczącego Związku Zawodowego „Przeróbka” w Lubelskim Węglu „Bogdanka” S.A. Jarosława Niemca  przeciwko zarządowi spółki o anulowanie kary nagany.

Karę nagany zarząd nałożył na związkowca w czasie, gdy ZZ „Przeróbka” wstąpiła w spór zbiorowy i zorganizował pikietę pod siedzibą zarządu. Pretekstem do nałożenia kary było rzekome naruszenie przepisów antycovidowych podczas pikiety. W uzasadnieniu nałożonej kary zarząd zawarł ogólne sformułowania „naruszenia dobrego imienia firmy, dezinformacji”.

ZZ „Przeróbka” wyjaśnia, że nastąpiło naruszenie praw i wolności związkowych, a także naruszenie ochrony związkowej. Wszelkie działania podejmowane w tym czasie byłynormalnymi działaniami związku zawodowego, przewidzianymi ustawą, a w szczególności prawo do wstąpienia w spór zbiorowy i organizacja pikiety. W tym czasie zarząd związku „Przeróbka” wykonywał swoje obowiązki, zgodne z ustawą o związkach zawodowych, a zatem w żaden sposób nie podlega to ocenie drugiej strony i nie ma ona żadnego prawa rozliczać związku zawodowego. Odpowiedzialność za naruszenie ustawy o związkach zawodowych czy sporze zbiorowym określona jest w ustawie i o ile zarząd ma zastrzeżenia co do działań związku, może zawiadomić o tym właściwe organy, natomiast nie ma prawa wymierzać sprawiedliwości na własną rękę. Ponadto zarząd firmy, jako jedna ze stron, postanowił być sędzią we własnej sprawie i arbitralnie uznał, że spór zbiorowy jest „nielegalny”. Nie może być tak, żeby w grze, w której grają dwie strony, jedna ustalała zasady. Jest to naruszenie zasad dialogu społecznego, który przewiduje także spory zbiorowe, strajki, pikiety oraz demonstracje. Kara nagany jest karą regulaminową za naruszenie regulaminu pracy, a nie za działalność związkową.

Związek Zawodowy „Przeróbka w LW „Bogdanka” S. A. pismem z dn. 22 grudnia 2021 wystąpił do Zarządu LW „Bogdanka” S.A. o spełnienie żądań poprawy warunków pracy i płacy do dn. 3 stycznia 2022 roku. W odpowiedzi Zarząd LWB nie podjął rozmów, lecz wysłał pismo z odpowiedzią, że nie widzi podstaw do wejścia w spór zbiorowy.

Dr Jan Czarzasty: Niestabilna młodość w pracy

Dr Jan Czarzasty: Niestabilna młodość w pracy

Z dr. Janem Czarzastym rozmawia Szymon Majewski 

Będziemy rozmawiać o młodych pracownikach i pracownicach – czyli do jakiej granicy wiekowej? Czy badacze stosują jakieś zobiektywizowane kryteria, które pomagają wyodrębnić tę grupę, np. w ramach poświęconego prekaryzacji w Polsce i Niemczech projektu PREWORK, który realizowaliście?

Dr Jan Czarzasty: Gdy w jakichkolwiek badaniach społeczno-ekonomicznych, takich jak nasze, wyodrębnia się tę populację, to bardzo często obowiązują kryteria statystyki dotyczące poszczególnych przedziałów wiekowych, jakich używa np. GUS. Natomiast oczywiście badacz ma zawsze pewną swobodę w tych ramach wyznaczonych przez progi; to jest kwestia tego, na którym progu się zatrzymamy i jest w tym trochę arbitralności. Gdy mówimy o młodych pracownikach, czasami przyjmuje się górną granicę 24 lat. Nie jest to jednak szczęśliwe, bo jest to czas, gdy spora część ludzi dopiero stawia pierwsze kroki na rynku pracy – ale można przyjąć, i często się tak robi, że tę granicę stawia się na 29 latach, czyli młody jest każdy do trzydziestki. Czasem nawet używa się kolejnego przedziału wiekowego, czyli do 34. roku życia. My natomiast przyjęliśmy granicę 30 lat. Badania trwały kilka lat, bo zaczęliśmy realizować projekt w 2016 r., a skończony został cztery lata później, przed samą pandemią, wydaniem książki „Oswajanie niepewności”. Ostatnio symbolicznie go zamknęliśmy kolejną publikacją „Niepewność, czyli normalność”, gdzie analizujemy i komentujemy wyniki sondażu zrealizowanego w 2018 r. na terenie Mazowsza. Tam z kolei stwierdziliśmy, że górną granicę podniesiemy do 32 lat, bo chcieliśmy iść z biegiem czasu. Nasi badani po prostu się zestarzeli.

Czy prekarność i umowy śmieciowe to zjawiska pokoleniowe, które pojawiły się w Polsce w ciągu ostatnich dwóch-trzech dekad i zostały już na stałe, niezależnie od wieku pracowników?

Tak naprawdę mówimy nie o prekarności, lecz o prekaryjności. To jest trochę skomplikowane, bo wszystkie te pojęcia są nie do końca jednoznaczne, a u nas jeszcze pojawił się problem, że gdy po raz pierwszy zaczęto tłumaczyć literaturę na temat prekariatu i procesu prekaryzacji pracy, to niezbyt szczęśliwie przyjęło się pojęcie prekarności. Prekarność dotyczy ograniczeń i słabości, które są fizycznie i emocjonalnie wpisane w ludzką kondycję; prekarność to chociażby choroba czy starzenie się. Natomiast prekaryjność dotyczy właśnie braku bezpieczeństwa socjalnego i ekonomicznego, i o tym mówimy.

Czy to się pojawiło w ciągu ostatnich trzech dekad? Dr Mateusz Karolak opisuje, opierając się na danych statystycznych, fale prekaryzacji, które przechodziły przez polski rynek pracy od lat dziewięćdziesiątych. Prekaryzacja i prekaryjność pojawiły się wraz z powrotem kapitalizmu do Polski. Moim zdaniem, gdyby pomyśleć o historii najnowszej, cofając się jeszcze do PRL-u po II wojnie światowej, to tej prekaryjności było dużo, jeśli zastanowimy się na przykład nad ubezpieczeniami społecznymi, których rolnicy byli pozbawieni do 1977 r. Były różne grupy zawodowe, takie jak rzemieślnicy, które niby miały osobne systemy zabezpieczeń, ale w gruncie rzeczy tego prawie nie było. W efekcie mnóstwo ludzi nie miało prawa do emerytury. Oczywiście było to łatane rentami i tak dalej, o co było wtedy łatwiej, bo państwowa kasa była jedna.

Klaus Doerre stwierdził, że prekariat jest tak stary jak kapitalizm. O tych zjawiskach moglibyśmy mówić, cofając się do XVIII wieku, gdy zaczęły się tworzyć zalążki tego, co potem stało się klasą robotniczą, również na ziemiach polskich. Na pewno jednak turbodoładowanie nastąpiło w latach dziewięćdziesiątych. Kolejne gruntowne zmiany, reformy prawa pracy, których intencją było uelastycznienie rynku, przyczyniły się do poszerzania skali prekaryzacji. To przebiegało trochę po cichu i problem prekaryzacji zatrudnienia był schowany za problemem bezrobocia w ogóle. W pewnym momencie przed wejściem do Unii Europejskiej osiągnęło ono psychologiczną barierę 20%, więc wszystko kryło się w cieniu tego problemu. Potem mieliśmy wielką falę emigracji poakcesyjnej i przynajmniej dwa miliony osób miało epizod migracyjny, a grubo ponad milion opuściło Polskę na stałe. To zmieniło układ sił na rynku pracy, ale paradoksalnie skala prekaryjności się nie zmniejszyła, a wręcz można powiedzieć, że uległa nasileniu. Nie zadziałał mechanizm, że jeśli podaż pracy się zmniejsza (a wyjeżdżali ludzie w wieku produkcyjnym i z perspektywy gospodarki to była wielka strata, jeśli chodzi o kapitał ludzki, który po prostu zniknął i tylko częściowo skompensowała to imigracja), to polepszają się warunki zatrudnienia. Do mediów i świadomości społecznej zaczęło przebijać się pojęcie umów śmieciowych.

Między innymi dzięki związkom zawodowym, które propagowały to pojęcie.

Oczywiście. Próbowano przełożyć na polski pojęcie junk job i faktycznie to się przyjęło na określenie umów cywilnoprawnych i samozatrudnienia. Jeszcze większym problemem bywało nierzadko także wymuszone samozatrudnienie.

Jeśli chodzi o ludzi młodych, to problem był złożony i istnieje do tej pory, bo to kwestia tego, że młody człowiek z legitymacją studencką ma ubezpieczenie, i zwłaszcza w sektorze usług, czyli tam, gdzie mamy do czynienia z niewielką wartością dodaną i przedsiębiorcy tną wszelkie koszty, w tym koszty pracy, zawsze było bardzo popularne tego typu zatrudnienie niepracownicze. Chodzi głównie o gastronomię, ale nie tylko. Wymuszone samozatrudnienie to nadal problem, chociaż oczywiście znacznie się zmniejszył, tak samo jak zatrudnianie na umowy cywilnoprawne, co ma związek z oskładkowaniem i również bardzo mocnym przykręceniem śruby, jeśli chodzi o umowy o dzieło i należne w ich przypadku 50% kosztów uzyskania przychodu. Samozatrudnienie nie jest problemem generacyjnym i dotyczy właściwie wszystkich w wieku produkcyjnym, aczkolwiek występowała jakaś korelacja, bo ludzie młodsi na krzywej kariery zawodowej znajdowali się na etapie, gdy ich pozycja przetargowa na rynku pracy była słabsza i łatwiej było na nich wymusić samozatrudnienie nawet w sytuacjach tak ewidentnego zachodzenia stosunku pracy, że można byłoby to udowodnić w sądzie. To zjawisko zaczęło się na pewno zmniejszać, gdy zaczęliśmy realizować projekt PREWORK, bo nasze badania zbiegły się w czasie z oskładkowaniem umów-zleceń. Sporym osiągnięciem było też na pewno wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej.

Ile mniej więcej młodych osób pracuje dzisiaj w sprekaryzowanych warunkach i jak się to objawia? Mamy umowy-zlecenie, które, jak już mówiliśmy, trochę się „odśmieciowiły”, mamy umowy o dzieło, samozatrudnienie i umowy czasowe.

Trudno to dokładnie określić. Nie wiemy, jaka część samozatrudnionych znajduje się w tej sytuacji wbrew własnej woli. Dyskusyjne jest traktowanie umów na czas określony jako zatrudnienia prekaryjnego, to jest mimo wszystko umowa o pracę, z całą właściwą dla niej obudową. Pamiętajmy też, że praca platformowa, która odbywa się często na styku różnych trybów zatrudnienia niepracowniczego, jest pracą sprekaryzowaną. Mamy dzięki GUS dane o liczbie umów zlecenia. Osób pracujących na umowie zlecenia było na koniec pierwszego półrocza 2022 r. prawie 370 tys. To wyraźny wzrost w stosunku do końca 2021 r., gdy liczba ta wynosiła trochę ponad 250 tys. W całym ubiegłym roku naliczono takich osób z kolei łącznie 880 tys. Należy to rozumieć tak, że od 1 stycznia do 31 grudnia każda z tych osób, wyłapanych w Badaniu Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL), miała przez pewien czas podpisaną umowę zlecenia i równocześnie żadnego innego stałego źródła dochodu z pracy. To tłumaczy różnicę w podanych tu wielkościach.

Punktem odniesienia wciąż jest standard tradycyjnej pracy na bezterminowej umowie z zapewnionymi ubezpieczeniami społecznymi i prawami pracowniczymi takimi, jak urlop czy okres wypowiedzenia – wywodzi się on jeszcze z fordowskiego modelu gospodarki. Czy wszystkie te prawa były zabierane pracownikom krok po kroku?

Praca fordowska jako taka już prawie nie istnieje, bo świat fordowski się definitywnie skończył. Są jeszcze w dalszym ciągu jego enklawy i nie mówię o sektorze publicznym, bo bezpieczna i stabilna praca w nim, dająca może niewygórowane, ale pewne zarobki i osłony socjalne, to mit. Sfera budżetowa teraz bardzo mocno cierpi. Jeżeli jednak pojedziemy do wielkiego zakładu przemysłowego typu fabryka Volkswagena, to tam jeszcze istnieje świat fordowski. Natomiast co do zasady jego już nie ma, w związku z czym nie ma typowo fordowskich miejsc pracy lub jest ich bardzo niewiele. To powoduje oczywiście, że pozycja przetargowa pracowników słabnie.

To zjawisko ma u nas miejsce od lat dziewięćdziesiątych, ale gdzie indziej na świecie pojawiło się znacznie wcześniej, bo fordyzm zaczął się kruszyć po kryzysie naftowym lat 70. Prekaryjność jest oswajana, czyli normalizowana. To wybrzmiewa wyraźnie w naszych badaniach. Fordowska wizja pracy (wraz z jej podstawowym atrybutem, czyli stabilnością) wcale nie przestaje być atrakcyjna, tyle że staje się w zasadzie niedostępna. Fordyzm ma swoje nieliczne, kurczące się enklawy, typu wspomniane zakłady Volkswagena czy inne wielkie korporacje, które są zorientowane nie tylko na kontrolę kosztów, ale i utrzymywanie kapitału ludzkiego na wysokim poziomie. Dostać się do nich jest jednak trudno, czego świadomość jest powszechna. W miejsce fordyzmu wchodzą coraz większa elastyczność, tymczasowość, niestabilność, a także presja maszyn: automatyzacja, digitalizacja, robotyzacja. To nie jest optymistyczna wizja dla ludzi utrzymujących się z pracy, a więc ogromnej większości, ale nie widać dla niej póki co realnej alternatywy. Zaczęła się serwicyzacja zatrudnienia, co rozbiło bastiony związków zawodowych. Nie stało się to z dnia na dzień, ale po dwóch dekadach skutki były już bardzo wyraźne. Teraz to nie jest nawet postfordyzm; mamy do czynienia po prostu z gospodarką cyfrową, silnie zserwicyzowaną. Nie ma wielkich zakładów przemysłowych, w których było kilkuset albo nawet kilka tysięcy pracowników w bardzo podobnym położeniu, przez co ich siła przetargowa czy to przy negocjowaniu umów zbiorowych, czy strajków, była realnym instrumentem nacisku. To były duże skupiska pracowników o względnie podobnych interesach, które łatwo było zdefiniować. Łatwiej było występować z grupowymi postulatami czy roszczeniami, nie obawiajmy się tego słowa, do którego przykleiło się pewne odium, ale taka rewindykacja jest jak najbardziej uzasadniona i to jest prawo pracownicze. Zaczęła rosnąć rola małych i średnich przedsiębiorstw, takich, w których elastyczność na wewnętrznym rynku pracy była wymuszona elastyczną organizacją produkcji.

To był pierwszy proces, do którego doszedł fenomen XXI wieku, czyli coraz większy zanik fizycznego miejsca pracy. Pandemia bardzo dobrze to unaoczniła wraz z pracą zdalną i hybrydową, ale to przecież istniało wcześniej. Praca zdalna nie ma wyraźnego bezpośredniego przełożenia na prekaryzację. Jednak wzrost jej popularności, a dokładniej rzecz biorąc, preferencji dla niej oraz dla pracy hybrydowej daje pożywkę do dalszej ekspansji pracy platformowej. A ta jest sferą, w której prekaryjność to nie wyjątek, lecz reguła. To ogromne wyzwanie: jak zabezpieczyć podstawowe prawa pracownicze i socjalne, a nawet obywatelskie tych ludzi, bo są narażone na poważne naruszanie. Dochodzi do tego neoliberalizm jako pewien silnie zakorzeniony światopogląd.

Gdy popatrzymy na badania opinii publicznej i świadomości ekonomicznej młodych pracowników – również w naszych badaniach to wyszło – to istnieje swoista schizofreniczność przekonań. Chcielibyśmy mieć bezpłatną ochronę zdrowia, a z drugiej strony istnieje bardzo duże poparcie dla obniżania podatków i likwidacji powszechnego systemu emerytalnego. Takie opinie nie są wyrażane tylko przez młodych sprekaryzowanych, ale przez młodych (18–30 lat) w ogóle. Takie są poglądy młodych Polaków na gospodarkę. Jest w tym pewnie jakaś racjonalna indywidualność, skoro ludzie są bombardowani komunikatami, że system emerytalny oparty na zasadach repartycyjnych i solidarności pokoleniowej nie ma prawa się utrzymać z powodu demografii. Logika i racjonalność indywidualna podpowiadają, że trzeba zadbać o siebie i lepiej nie oddawać pieniędzy do „państwowego molocha”, bo i tak ich nie odzyskamy. Neoliberalizm cały czas się świetnie trzyma, jeśli chodzi o pewną ideologię zakorzenioną w świadomości zbiorowej. Przetrwał serię kryzysów po 2008 r., co było niespodzianką, bo wydawało się, że zadziała tzw. wahadło Polany’iego, które wskutek rozczarowania rynkiem wychyli się w drugą stronę, czyli zacznie wzrastać popularność poglądów lewicowych. To się nie stało, w zamian mamy falę populizmu, który ma bardzo różne barwy. Jest silny populizm narodowo-konserwatywny, słabszy populizm lewicowy, ale jest też widoczny populizm liberalny, który mocno rezonuje wśród części młodych ludzi. To ten odłam społeczeństwa, który próbuje zagospodarować Konfederacja, z poglądami na skrzyżowaniu anarchokapitalizmu i darwinizmu społecznego. I to się politycznie sprzedaje, choć nie na masową skalę.

To kwestie dotyczące świadomości i wyborów politycznych – a na czym jeszcze polega sama prekaryzacja? Co traci pracownik poddany temu procesowi?

Poczucie bezpieczeństwa socjoekonomicznego, czyli dokładnie to, o czym pisał Guy Standing w swoich głośnych książkach o prekariacie. Jego poglądy są oczywiście kontrowersyjne, łącznie z tezą, że prekariat wyłania się jako odrębna klasa społeczna. Z naszych badań ewidentnie wynika, że nie mamy prawa mówić o tym, iż to jakakolwiek klasa czy warstwa, która byłaby połączoną choćby i słabą wspólnotą świadomości. To, co pisał Standing na temat bezpieczeństwa socjoekonomicznego związanego ze stabilnością zatrudnienia i dochodu, prawem do mieszkania, prawem do urlopu, to wszystko są elementy, które składają się na prekaryzację. Jeśli jesteśmy pozbawieni tych poduszek bezpieczeństwa, to podlegamy prekaryzacji. Sytuacja taka, jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie około 60 mln ludzi nie ma ubezpieczenia zdrowotnego albo ma takie umowy o pracę, które nie obejmują prawa do płatnego urlopu, to przykład masowej prekaryzacji.

Czy kiedykolwiek zbliżyliśmy się do takiego przerażającego standardu, jeśli chodzi o podstawowe uprawnienia socjalne, np. związane z dostępem do ochrony zdrowia? Na szczęście umowy-zlecenie są już oskładkowane na NFZ. Może u nas w takim razie mamy do czynienia z pewną deprekaryzacją?

Faktycznie nastąpiło coś takiego, jak umiarkowana „deprekaryzacja”, bo polskie państwo w pewnym momencie powiedziało „stop”. Oskładkowanie umów śmieciowych było krokiem w dobrą stronę, zwiększyło poziom bezpieczeństwa socjoekonomicznego ludzi wykonujących prace niestabilne, które nie są świadczone w oparciu o umowę o pracę. Jesteśmy w trochę lepszej sytuacji niż byliśmy w szczycie prekaryzacji, czyli w latach 2009–2014. Nie było u nas wtedy wprawdzie recesji, ale wyraźne spowolnienie gospodarcze, nadal spore bezrobocie i znaczna skala zarówno umów cywilnoprawnych, jak i samozatrudnienia.

Deprekaryzacja dotknęła w większym stopniu ludzi posiadających wykształcenie i kwalifikacje pożądane na rynku pracy przy niskiej stopie bezrobocia. Jeżeli pracownik stał się, mówiąc tym brzydkim językiem utowarowienia, dobrem rzadkim i pożądanym, to pracodawcy zaczęli zabiegać o to, by go do siebie przywiązać. To się oczywiście przełożyło na o wiele większą skłonność do oferowania umów o pracę i to często od razu, po umowie na czas próbny.

To czynnik rynkowy, który deprekaryzacji sprzyjał, ale koniunktura, co zresztą wychodzi nam z aktualnych, postpandemicznych badań, zmienia się. W książce naszego zespołu w projekcie COV-WORK zatytułowanej „Polacy pracujący w czasie COVID-19”, zauważamy, że „lepiej już było”. Chodzi o oddanie pewnego stanu zbiorowej świadomości – było fajnie, ale to się kończy. Ta świadomość jest coraz wyraźniejsza i silniejsza, a sondaż zrobiliśmy w zeszłym roku, jeszcze przed – co warto podkreślić – wybuchem wojny i wszystkich problemów, które się z nią wiążą. Już wtedy było wyraźnie wyczuwalne obniżenie się nastrojów społecznych dotyczących najbliższej przyszłości. Ludzie spodziewają się chudych lat. W życiu społecznym bardzo dużą rolę odgrywają samospełniające się przepowiednie. Jeżeli pesymistycznie patrzymy w przyszłość, to ona faktycznie może taka być, bo na tym założeniu budujemy swoje strategie życiowe. Uważam, że mówienie o rynku pracownika jest nadużyciem, ze względu na segmentację rynku pracy, związaną z wykształceniem, kwalifikacjami, wiekiem, płcią, ale także regionalną, bo nadal są takie części Polski, oddalone od głównych centrów rozwoju gospodarczego, gdzie sytuacja na rynku pracy pozostaje bardzo trudna.

A czy coś zmieniła pandemia?

W czasie pandemii liczba umów-zleceń zaczęła znowu rosnąć. Hipotezy mówiły, że były to oczekiwania wyprzedzające ze strony pracodawców, którzy spodziewali się załamania gospodarczego i nie chcieli wiązać sobie rąk umowami o pracę, bo relatywnie trudniej jest je zerwać. Potem okazało się, że spowolnienie jest krótkie, miało miejsce w drugim kwartale 2020 r., a potem cała dynamika wzrostu gospodarczego i produkcja przemysłowa zaczęły rosnąć.

Było bardzo niewiele instrumentów skierowanych bezpośrednio do pracowników. Świadczenia dostali zleceniobiorcy; z kolei bezzwrotne pożyczki i mikrodotacje były zachętą do podjęcia samozatrudnienia, można było bodajże wziąć pięć razy po pięć tysięcy. Początkowo była to pożyczka do umorzenia, a później zmieniono status tego na dotację, czyli nie było już żadnego zobowiązania. To ciekawe, bo takie krótkoterminowe korzyści mogły się w dłuższej perspektywie obrócić przeciwko osobom, które z nich skorzystały – ludziom, którzy na przykład rezygnowali z etatu na rzecz prowadzenia działalności gospodarczej. Generalnie jednak wszystko było ukierunkowane na wsparcie pracodawcy – nawet postojowe, które było instrumentem pomocy przedsiębiorstwom, a pracownikom tylko pośrednio. Wiele nam to mówi o tym, że wciąż nie ma trwałych instytucjonalnych zabezpieczeń, które miałyby redukować ryzyko prekaryzacji. Słabość instytucjonalnych zabezpieczeń to jest jedna rzecz, a druga to słabość szeroko rozumianego pracownika, nie tylko prekariuszy, ale także osób z umowami o pracę. Słabość pracujących, brak silnej zbiorowej reprezentacji, brak układów zbiorowych, to wszystko utrwala indywidualizację stosunków pracy, a w tego typu układzie pracodawca zawsze jest stroną silniejszą.

Teraz stoimy wobec znacznie gorszych perspektyw gospodarczych, bo jeszcze nie odczuliśmy skutków wzrostu cen energii, i to może mieć naprawdę dewastujący wpływ na rynek pracy i na wzrost nie tylko prekaryzacji, ale i tej prekarności, o której mówiliśmy na początku, gdy się okaże, że ludzi nie stać na mieszkania i opłaty czynszów.

Dla części młodych pracowników prekaryjny status może być tylko wczesnym etapem w rozwoju kariery zawodowej, która potem jakoś się wyprostuje, ale nie we wszystkich przypadkach. Dochodzimy tutaj do problematyki dualnego rynku pracy. Jak prekaryjność objawia się w przypadku non-career jobs, a jak w career jobs – pracach rozwojowych, związanych z większym prestiżem i autonomią oraz kojarzonych z klasą średnią albo wyższą?

Bardzo ciekawych danych i ustaleń dostarczyła jakościowa część naszego projektu, oparta na wywiadach biograficznych. Jest tam mowa właśnie o trajektorii, czyli zapadaniu się, grzęźnięciu w prekaryjności. Proszę spojrzeć na ukazane tam historie ludzi wykonujących prace wymagające kwalifikacji, takie, które cieszą się stosunkowo wysokim prestiżem, na przykład młodego architekta. Wydawałoby się, że jest to osoba posiadająca silny kapitał kulturowy w postaci wykształcenia i zawodu, który powinien ochronić ją przed prekaryjnością i spowodować, że faktycznie byłaby ona etapem przejściowym, natomiast ten człowiek na nim utkwił. Oczywiście był nadal młody i jego perspektywy nie były jednoznacznie złe na tyle, aby popychało go to do myśli o rezygnacji z tego zawodu. Jednak istnieje taka zależność, że im bardziej mamy do czynienia z pracami nierozwojowymi, prostymi, niewymagającymi kwalifikacji lub kwalifikacji tylko w ograniczonym zakresie, tym zagrożenie trwałą prekaryzacją jest silniejsze.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, grudzień 2022 r.

Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay.

Jan Czarzasty – doktor nauk ekonomicznych, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, adiunkt w Zakładzie Socjologii Ekonomicznej (Instytut Filozofii, Socjologii i Socjologii Ekonomicznej). Sekretarz redakcji „Warsaw Forum of Economic Sociology”, członek Rady Naukowej periodyku „Dialog. Pismo dialogu społecznego”. Współpracuje z Instytutem Spraw Publicznych, Europejską Fundacją na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy (Eurofound), Fundacją im. Friedricha Eberta.

Amazon blokuje referendum strajkowe

Amazon blokuje referendum strajkowe

Zarząd Amazon próbuje zakazać pracownikom udziału w referendum strajkowym.

Związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza zaprasza lokalne media pod magazyn WRO5 w Okmianach 30 stycznia 2023 r. o godz. 10:30

W zeszłym roku nasza organizacja weszła w spór zbiorowy z pracodawcą, informuje Inicjatywa Pracownicza w swojej informacji prasowej. Spór jest odpowiedzią na decyzję spółki o podniesieniu pracownikom płac o 1,5 zł/h. Wywołało to oburzenie wśród załogi boleśnie odczuwającej skutki olbrzymiej inflacji, a z drugiej strony zdającej
sobie sprawę z wciąż rosnących zysków jednej z najbogatszych korporacji na świecie. W wyniku braku porozumienia, pod koniec roku rozpoczęliśmy referendum strajkowe. W grudniu 2022 r. Amazon odmówił naszej organizacji związkowej przeprowadzenie głosowania w magazynach POZ1 (Poznań) i WRO5 (Okmiany). Niedawno odmówiono nam także możliwości przeprowadzenia referendum w LCJ4 w Łodzi. 30 stycznia
Amazon ponownie ogłosił zakaz prowadzenia referendum w magazynie WRO5
w Okmianach.

Polskie prawo nie przewiduje zakazu referendum w toku sporu zbiorowego. Amazon zastrasza w ten sposób pracowników, wpływając na wyniki głosowania umożliwiającego strajk oraz utrudnia prowadzenie działalności związkowej. Jest to pierwsza tego typu sytuacja w historii funkcjonowania OZZ Inicjatywa Pracownicza. Amazon informuje w
piśmie, które otrzymał związek: „Pracodawca stoi na stanowisku, iż okres
trzech miesięcy z regularną aktywnością Państwa Organizacji w poszczególnych lokalizacjach oraz dostępną 24/7 opcją głosowania online był wystarczający, aby wszyscy zainteresowani tym pracownicy wyrazili swoje stanowisko w sprawie organizacji strajku. W związku z tym oraz mając na uwadze fakt, że pismo pracodawcy z prośbą o
wskazanie daty kończącej referendum pozostało przez Państwa zignorowane – Pracodawca nie wyraża zgody na przeprowadzenie przez Przedstawicieli Państwa Organizacji Związkowej akcji referendalnej”.

Przepisy dotyczące organizacji strajku nie przewidują konieczności udostępnienia pracodawcy terminu zakończenia referendum strajkowego przez związek zawodowy. Takie działanie jest bezprawne. Ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych nie przyznaje pracodawcy jakichkolwiek kompetencji w tym zakresie. To związek zawodowy decyduje o tym, kiedy zakończyć głosowanie.

Polskie prawo strajkowe jest jednym z najbardziej restrykcyjnych w
Europie. Osiągnięcie 50% progu frekwencji w głosowaniu (warto zaznaczyć, że nie ma takiego wymogu w innych referendach, czy wyborach dla jakichkolwiek władz) w dużych zakładach jest niezwykle trudne, przez co polscy pracownicy praktycznie nie strajkują. Mała liczba strajków przyczynia się do utrzymania ciężkich warunków pracy i
niskich płac w Polsce. Utrudnianie zbierania głosów i kontaktu z pracownikami organizacji związkowej, która i bez tego stoi przed ogromnym wyzwaniem logistycznym, powinno być surowo karane.

Mimo informacji o podtrzymaniu przez Amazon zakazu kontynuowania referendum, przedstawiciele organizacji związkowej postanowili, iż nie ugną się w obliczu bezprawnych praktyk pracodawcy. 30 stycznia, tak jak planowaliśmy, pojawimy się w magazynie WRO5 w Okmianach, aby dalej zbierać głosy w sprawie strajku. Obawiamy się jednak, że zarząd Amazon utrudni nam wejście na zakład – piszą związkowcy.

Nie można zwalniać związkowców

Nie można zwalniać związkowców

Kontrola PIP wykazała, że zwolnienie przewodniczącego „Solidarności” w lubawskim oddziale IKEA w sposób rażący naruszało prawo pracy.

Jak informuje portal tysol.pl, Państwowa Inspekcja Pracy Okręgowy Inspektorat Pracy w Olsztynie w piśmie z 18 stycznia 2023 r. skierowanym do Józefa Dzikiego, przewodniczącego Zarządu Regionu Warmińsko-Mazurskiego NSZZ „S”, przedstawiła wyniki kontroli przeprowadzonej w IKEA Industry Poland sp. z o.o. Oddział w Lubawie w związku z rozwiązaniem umowy o pracę z Dariuszem Kawką – przewodniczącym Organizacji Zakładowej NSZZ „Solidarność” w lubawskim oddziale IKEA.

W toku prowadzonej kontroli potwierdziły się zarzuty zawarte w Państwa piśmie, dotyczące rozwiązania umowy o pracę z Panem Dariuszem Kawką – Przewodniczącym Organizacji Zakładowej NSZZ «Solidarność» w IKEA Industry Poland Sp. z o.o. Oddział w Lubawie z naruszeniem przepisów dotyczących szczególnej ochrony stosunku pracy – napisano w piśmie.

W dokumencie potwierdzono, że Komisja Zakładowa NSZZ „S” w lubawskim oddziale IKEA nie wyraziła zgody na rozwiązanie umowy o pracę z przewodniczącym Kawką, co uczynił później pracodawca. Inspektor pracy stwierdził, że osoba działająca w imieniu pracodawcy rozwiązała z Panem Dariuszem Kawką stosunek pracy bez wypowiedzenia, naruszając w sposób rażący przepisy prawa pracy, co stanowi wykroczenie z art. 281 § 1 pkt 3 ustawy z dnia 26 czerwca 1974 r. – Kodeks pracy – czytamy w piśmie.

Poinformowano również, że „w związku ze stwierdzonymi w toku kontroli naruszeniami przepisów prawa pracy, w tym dotyczącymi kwestii wskazanych w Państwa piśmie, tj. w zakresie rozwiązywania stosunku pracy z naruszeniem przepisów prawa pracy dotyczących jego szczególnej ochrony, inspektor pracy skierował do pracodawcy niezbędne środki prawne przewidziane przepisami ustawy z dnia 13 kwietnia 2007 r. o Państwowej Inspekcji Pracy”.

Strajk kurierów przedłużony

Strajk kurierów przedłużony

Kurierzy i kurierki mają zamiar kontynuować swój strajk w Pyszne.pl.

Jak informuje portal 300gospodarka.pl, kurierzy i kurierki Pyszne.pl zdecydowali o kontynuacji nieformalnego strajku, który rozpoczęli w grudniu 2022 roku. Domagają się m.in. przywrócenia dodatku stażowego, większej stawki godzinowej za pracę w weekendy i święta oraz dodatku za pracę w trudnych warunkach pogodowych.

O sprawie poinformował związek zawodowy Konfederacja Pracy, należący do OPZZ. To jego działacze rozmawiali z firmą Pyszne.pl, reprezentując kurierów.

Według związku przedsiębiorstwo nie zadeklarowało jasno woli realizacji postulatów pracowników. Kurierzy uznali, że półtora miesiąca, które Pyszne.pl miało na ustosunkowanie się do postulatów, to wystarczający czas na podjęcie decyzji. Dlatego kontynuują protest, w ramach którego skorzystają z faktu, że mogą wybierać dowolnie godziny i daty pracy.

Znaczna część załogi kurierskiej w miastach (m.in. Krakowie, Poznaniu, Gdyni, Bydgoszczy i Warszawie) deklaruje, że nie zgłosi swojej dyspozycyjności w piątek 3 lutego, podała Konfederacja Pracy w komunikacie.

Za ubóstwo zapłacisz rakiem

Za ubóstwo zapłacisz rakiem

Sytuacja społeczno-ekonomiczna w coraz większym stopniu odbija się na stanie zdrowia czeskiej ludności. Jednocześnie istnieją zasadnicze różnice między regionami.

Jak informuje czeski portal seznamzpravy.cz, jest to zjawisko znane jako nierówność zdrowotna. Pokazuje ono, jak duży wpływ na występowanie chorób czy długość życia mają czynniki społeczno-ekonomiczne, standard życia czy jakość środowiska. W Republice Czeskiej różnice zdrowotne między grupami społecznymi można obecnie prześledzić aż do poziomu regionalnego. I choć państwo postawiło sobie za zadanie wyrównanie różnic w strategii rozwoju do 2030 roku, to dane pokazują, że mu się to nie udaje.

Przeciwnie. Osoby mieszkające w uboższych regionach, z wyższym poziomem bezrobocia czy niższym poziomem wykształcenia, statystycznie częściej chorują na choroby onkologiczne lub sercowo-naczyniowe i umierają wcześniej.

Znajduje to ostatnio odzwierciedlenie w krajowych danych Czeskiego Urzędu Statystycznego (ČSÚ) przedstawionych w zeszłym tygodniu. Na przykład jeśli chodzi o oczekiwaną długość życia w chwili urodzenia, regiony ustecki, morawsko-śląski i karlowarski są nadal w najgorszej sytuacji. W pierwszym wymienionym regionie oczekiwana długość życia mężczyzn w chwili urodzenia wynosi ponad 72 lata. To o ponad cztery lata mniej niż statystyczna długość życia mężczyzn z Pragi. Wraz z mężczyznami z Wysoczyny i Kraju Kralowohradeckiego mają oni największe nadzieje na przeżycie sporej liczby lat. Podobne różnice widoczne są również u kobiet.

Osoby lepiej wykształcone żyją dłużej, mają lepsze zdrowie, prowadzą zdrowszy tryb życia oraz w większym stopniu korzystają z programów profilaktycznych. „W Czechach wpływ wykształcenia na powyższe zjawiska jest większy niż np. wpływ wykształcenia na poziom dochodów czy status społeczno-ekonomiczny” – stwierdzają badacze.

Badania potwierdziły między innymi, że osoby bez wykształcenia lub z wykształceniem podstawowym są skoncentrowane w regionach przygranicznych, podczas gdy najwyższy odsetek studentów jest związany z dużymi miastami i okolicami. Jakość życia i jego długość idą w parze z wykształceniem.

Uczniowie dostaną laptopy

Uczniowie dostaną laptopy

Począwszy od września tego roku, wszyscy uczniowie IV klasy otrzymają nieodpłatnie laptopy, które będą służyły im przez kolejne lata edukacji. Sprzęt zabiorą do domu i przejdzie on na własność rodziny.

Jak informuje portal bankier.pl, laptopy trafią do 370 tys. uczniów rozpoczynających naukę w IV klasie w 2023 roku. Naszym zdaniem nierówności nie są napędem rozwoju, ale przyczyną straconych szans, utraconych talentów, także przyczyną wielu tragedii. Staramy się na wszystkie możliwe sposoby te nierówności wyrównywać – powiedział premier Mateusz Morawiecki na wtorkowej konferencji prasowej.

W ubiegłym roku w komputery wyposażono ok. 218 tys. uczniów z terenów popegeerowskich.

Rosną obawy pracowników

Rosną obawy pracowników

Kolejna fabryka w Bielsku-Białej ma problemy z produkcją.

Pracownicy fabryki Stellantis w Bielsku Białej obawiają się o swoją przyszłość. Według nich 28 lutego ma zostać zakończona produkcja silników 0.9 SGE, a wkrótce potem także 1.3 SDE.

Tylko w 2018 roku w zakładzie FCA Powertrain Poland w Bielsku-Białej wyprodukowano 264 tys. silników, z czego 178 tysięcy Turbo Diesli Multijet 1.3, 41 tysięcy dwucylindrowych benzynowych TwinAir 0.9 l oraz 45 tysięcy silników benzynowych turbo: 3-cylindrowego o pojemności 1.0 litra oraz 4-cylindrowego o pojemności 1.3 litra. Jednostki napędowe z Bielska-Białej wysyłane wtedy były do fabrykw Tychach, Turynie, Melfi, Pomigliano, Kragujevacu (Serbia), Tofaș (Turcja) i Betim (Brazylia).

Dzisiaj nastroje pracowników bielskiej fabryki Stellantis są dalekie od optymizmu. Zdają sobie oni sprawę z faktu, że grupa Stellantis stawia na unifikację produkcji oraz cięcie kosztów. W ramach powstających nowych platform grupy nie będzie prawdopodobnie miejsca na inne jednostki napędowe niż te produkowane pierwotnie przez PSA. Załoga fabryki w Bielsku alarmuje, że już za miesiąc kończy się produkcja silnika 0.9 SGE. List do dostawców, informujący o tej zmianie, miał zostać wysłany w połowie styczna 2023 r. Wśród pracowników rozeszła się też informacja o tym, że zakończona ma być również produkcja silnika 1.3 SDE, który trafia do Turcji.

Jak informuje portal francuskie.pl, zapowiedziano na ten rok dalsze cięcia i oszczędności w ramach Stellantis. Obejmują one m.in. unifikacje produkcji, czyli m.in. wprowadzenie w ramach grupy tych samych rozwiązań, co ma znacząco obniżyć koszty. Uzyskane w ten sposób środki mają pomóc przeprowadzić koncern z epoki spalinowej do elektrycznej. Od 2030 roku wszystkie samochody Stellantis będą elektryczne. Dla fabryk takich jak w Bielsku oznacza to koniec produkcji, chyba że znajdzie się pomysł na inny profil działania. wytwarzanie napędów elektrycznych przewidziano dla innych zakładów – m.in. we Francji i we Włoszech.

Karol Irzykowski: Bezkrwawe walki (1933)

Karol Irzykowski: Bezkrwawe walki (1933)

W Klimontowie, w głębokości 400 metrów pod ziemią, założyli kilkudniowe własne państwo. Byli rzeczywistymi panami kopalni. Zakosztowali tego, co jest celem socjalizmu: opanowania narzędzi i materiałów pracy. Dowiedli światu, że kopalnia należy się nie tym, którzy ją chcą zatopić, gdy eksploatacja się nie opłaca, lecz tym, którzy ją ratują, którzy z głębi wołają: Nie damy! Nie oddamy!

Posiedli ją najpierw w ofiarnej pracy, a potem w ofiarnej miłości. Przeprowadzili regularne oblężenie, wygłodzenie twierdzy. Ale rzecz dziwna: oblegający wydawali się oblężonymi, i oni też cierpieli głód faktyczny. Wiła się jednak ze strachu i wstydu opinia publiczna i w końcu musiała się poddać. Nie można było dopuścić, aby 490 ludzi umarło z głodu pod ziemia, ABY UMARLI ZWYCIĘZCAMI. Trzeba im było ustąpić. Trzeba się było nad nimi „zlitować”, uszanować ich, niby świętych wariatów. To, co było legalną zdobyczą, opinia zamieniła w kompromis, nawet w łaskę. Byle nie było „skandalu”.

A jednak zwycięstwo nie daje się sfałszować i pozostaje zwycięstwem. Zatacza dalsze kręgi, budzi naśladowców. Głodówki wciąż wybuchają.

Ci, którzy nie mogą przymuszać, chwytają się tego, żeby wymuszać. Wymuszanie jest na ogół bronią słabych. Ale jeżeli odnosi w ogóle skutek, to dlatego, że istotnym słabym jest świat kapitalistyczny. On przegrywa w opinii. Czuje, że nie może przeciągać pewnych strun. Gdyby był naprawdę silny, odwołałby się do bagnetów, stłumiłby „nieposłuszeństwo”, albo pozwoliłby zbuntowanym zdychać z głodu – skoro sobie tego sami życzą.

Cudowna siła ilustracyjna zawiera się w tym głodzie. Jest to głód dobrowolny, a jednak koncentruje się w nim to, całe lata trwające, przymieranie głodem, które znosić musieli oni i ich rodziny. Teraz głodują dobrowolnie i publicznie, bo przedtem głodowali przymusowo i prywatnie. Robią ze swojego głodowania ironiczną uroczystość. Są aktorami głodu, bo zaczęli być wyższymi ponad głód. Swoim głodem policzkują. I tego syci znieść nie mogą. Czują także jakieś skręcenia w kiszkach i wolą ustąpić.

Cudowna siła zawzięcia się w woli która chce – nie chcieć. Gdy bohaterstwa czynu są na razie wyłączone, trwają bohaterstwa cierpienia, które jednak dają miarę tego, jakie skupienia woli się nagromadziły.

Rozpowszechnienie się metod strajku włoskiego i jego powodzenia tłumaczą się tym, że na ogół szanse rewolucji są dzisiaj mniejsze, niż dawniej. Strona słabsza, choć liczniejsza, nie może walczyć z mniejszością, która ma w ręku broń i organizację. Metody spiskowe nie dopisują wobec wszechpenetracji szpiegów i wobec kontrspisków i prowokacji.

Strajk włoski, jako zjawisko socjologiczne naszych czasów, dałby się porównać z obstrukcją parlamentarną. I obstrukcja parlamentarna ma to na celu, by w ironiczny sposób unaocznić przeciwnikowi, że popełnia gwałt na mniejszości. Ale obstrukcja taka jest już dziś, zdaje się, bronią złamaną. Gwałt krępował się dawniej przesądami liberalnymi, ale dziś już nauczył się nie dbać o nie.

Nasuwa sic też porównanie z głodówkami Gandhiego. Ale Gandhi głoduje indywidualnie. Gandhi jest arystokratą i prorokiem, jego głodowanie ma skupiać i fascynować tłumy, które by inaczej były rozproszone.

W każdym razie te metody walk bezkrwawych mają dużą rację bytu jako przygrywki rewolucji, chociaż jej zastąpić nie zdołają. Są rezerwuarem jeszcze nie wyczerpanym, a kto wie, czy nie obfitszym, niżby się zdawało.

Karol Irzykowski

Powyższy tekst dotyczy wydarzeń z roku 1933, gdy w kopalni „Klimontów” w Sosnowcu miał miejsce strajk okupacyjny w proteście przeciwko likwidacji kopalni. Francuscy właściciele kopalni postanowili ją zatopić wiosną 1933. W odpowiedzi górnicy z pierwszej zmiany nie wyjechali na powierzchnię, a dołączyli do nich na dole pracownicy drugiej zmiany. Prowadzili strajk okupacyjny połączony z głodówką, a po kilku dniach przestali komunikować się z ludźmi na powierzchni. Był to jeden z najgłośniejszych protestów pracowniczych w okresie II RP. Strajk zakończył się częściowym powodzeniem. Nie udało się uratować kopalni, ale górnicy uzyskali odprawy i inne formy wsparcia finansowego. Wznowienie wydobycia na tym terenie miało miejsce po II wojnie światowej, a po zmianach organizacyjnych wydobycie węgla w Klimontowie trwało do roku 1998.

Irzykowski błędnie używa w tekście terminu „strajk włoski”. Ten oznaczałby wykonywanie czynności pracowniczych powoli i przesadnie dokładnie, zmniejszając tempo wykonywania pracy. Natomiast strajk okupacyjny nosi nazwę strajku polskiego, gdyż w naszym kraju był stosowany pioniersko i często, stając się inspiracją dla robotników także w innych krajach.

Tekst Karola Irzykowskiego pierwotnie ukazał się w dzienniku „Robotnik – centralny organ Polskiej Partii Socjalistycznej” nr 146/1933, 30 kwietnia – 1 maja 1933 roku. Od tamtej pory nie był wznawiany. Tekst publikujemy w 150. rocznicę urodzin Irzykowskiego.

Robot nie zastąpi człowieka

Robot nie zastąpi człowieka

Procesy automatyzacyjne wspierają dziś działanie blisko 75 proc. organizacji na całym świecie, jednak sama robotyzacja nie potrafi sprostać wszystkim wyzwaniom współczesności, a blisko 50 proc. wdrożeń kończy się porażką.

Jak informuje portal pulshr.pl, z badań EY wynika, że niemal 50 proc. procesów robotyzacji kończy się fiaskiem, przede wszystkim tam, gdzie zakup sprzętu nie był skonsultowany z pracownikami. Wiele robotów przemysłowych zwyczajnie się nie sprawdziło. Gdy pandemiczny strach napędził popyt na robotyzację, producenci prześcigali się we wprowadzaniu na rynek innowacji, a przemysł, pod presją czasu i obaw o przyszłość, podejmował pochopne decyzje, inwestując w nietrafione rozwiązania.W innych przypadkach okazało się, że roboty są zbędnym gadżetem, który spowalnia pracę, zamiast ją usprawniać.

Przewaga konkurencyjna uzyskana za sprawą robotyzacji bywa krótkotrwała. Trudność automatyzacji polega na tym, że rzadko dostarcza ona elastycznych, adaptowalnych rozwiązań. Bez wątpienia podnosi wydajność, zwiększając tempo procesów lub ich dokładność, nie oferuje jednak rozwiązań na miarę zmieniających się warunków.

Prognozy firmy Deloitte dla branży produkcyjnej na 2023 rok mówią, że kluczowym trendem jest zapewnienie współpracy ludzi i technologii. Deloitte wskazuje na zmianę postrzegania technologii: przyszłość należy do technologii, dzięki którym praca staje się lepsza dla ludzi, a ludzie lepsi w pracy. Technologie przyszłości nie tyle zastępują człowieka w żmudnych zadaniach, co zwiększają jego możliwości.

1% się bogaci

1% się bogaci

W ostatnich latach gwałtownie rośnie liczba europejskich bankierów, zarabiających co najmniej milion euro – informuje holenderski dziennik „Financieele Dagblad”. Najwięcej jest ich w Niemczech – 589, natomiast Polska od kilku lat posiada ośmiu bankierów-milionerów.

Liczba bankierów zarabiających milion euro lub więcej wzrosła w ostatnich dwóch latach z 1383 w 2020 r. do 1957 pod koniec 2021 r., co stanowi wzrost o 42 proc. – podaje gazeta. To największy wzrost od 2010 roku, podkreśla „FD”.

Najlepiej zarabiają bankierzy zajmujący stanowiska kierownicze lub pracujący w pionie bankowości inwestycyjnej – podkreśla dziennik. „Financieele Dagblad”, powołując się na dane Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego (EBA), podaje, że najwięcej bankierów-milionerów jest w Niemczech (589), we Francji (371) oraz Włoszech (351).

Odpowiedzą za nieuznawanie sporu zbiorowego

Odpowiedzą za nieuznawanie sporu zbiorowego

Związkowcy z MOZ NSZZ „Solidarność” przy Fortum Power and Heat Polska złożyli w prokuraturze we Wrocławiu doniesienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez pracodawcę, polegającego na utrudnianiu prowadzenia działalności związkowej poprzez odmowę uznania zaistnienia sporu zbiorowego.

O sprawie informuje strona związkowa solidarnosc.org.pl.  W marcu 2022 r. Międzyzakładowa Organizacja Związkowa NSZZ „Solidarność” Fortum Power and Heat Polska Sp. z o.o. wystąpiła do pracodawcy o wzrost płac zasadniczych pracowników o 10 procent średniej wynagrodzeń w firmie, m.in. ze względu na inflację, która wtedy zaczęła się zbliżać do 10 punktów procentowych w ujęciu rok do roku.

Fortum Power and Heat Polska to znaczący producent i sprzedawca ciepła oraz energii elektrycznej (Wrocław, Zabrze, Częstochowa, Płock), w Polsce obecny od dwudziestu lat. Koncern Fortum jest własnością państwa fińskiego. Rok 2021 był dla Fortum Polska bardzo dobry: zysk okazał się dużo większy od planowanego i o kilkadziesiąt procent większy od zysku z roku poprzedniego. Zdaniem związkowców, podwyżka wynagrodzeń proponowanej wysokości w żaden sposób nie wpłynęłaby negatywnie na kondycję finansową pracodawcy, także ze względu na planowane podwyżki cen sprzedawanego ciepła i energii elektrycznej.

Zarząd firmy nie podjął negocjacji płacowych. 8 kwietnia 2022 r. MOZ NSZZ „Solidarność” oraz drugi działający w Fortum Związek Zawodowy Ruchu Ciągłego zgłosiły pracodawcy spór zbiorowy pracy, żądając wzrostu wynagrodzeń. Jednak pracodawca, powołując się na art. 4 ust. 2 ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych, zakwestionował fakt powstania sporu zbiorowego, uznając, że wszczęcie sporu winno zostać poprzedzone wypowiedzeniem porozumienia zbiorowego, w tym przypadku regulaminu wynagradzania. Zdaniem związkowców, regulamin wynagradzania jest wprawdzie uzgadniany ze związkami zawodowymi, lecz związki zawodowe nie są jego stroną, dlatego nie można go traktować jako aktu prawnego w rozumieniu porozumienia, o którym mówi ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych

Związki krytycznie o zmianach w kodeksie pracy

Związki krytycznie o zmianach w kodeksie pracy

NSZZ Solidarność i OPZZ uważają nowelizację kodeksu pracy za potrzebną, jednak wymagającą wielu poprawek. Związkowcy sądzą, że wprowadzenie pracy zdalnej w formie porozumienia stron jest szansą na stworzenie lub poprawę dialogu społecznego w zakładzie pracy.

Jak donosi strona solidarnosc.org.pl, w Sejmie trwają prace nad nowelizacją kodeksu pracy, która wprowadzi do kodeksu definicję pracy zdalnej. Praca zdalna będzie możliwa w formie całkowicie zdalnej, hybrydowej, jak również i okazjonalnej. Nowelizacja określa także, kto i na jakich zasadach będzie mógł wystąpić o pracę w takiej formie.

Według związków zawodowych, nowelizacja kodeksu pracy jest potrzebna, jednak wymaga poprawek. Ustalanie zasad pracy zdalnej powinno odbywać się w porozumieniu ze związkami zawodowymi na poziomie zakładowym lub ogólnopolskim. Koszty pracy zdalnej powinny być jasno określone, a wprowadzenie katalogu kosztów mogłoby pomóc uniknąć nadużyć.

Obecnie projekt przewiduje całkowitą pracę zdalną, częściową i okazjonalną. Najprawdopodobniej najpopularniejsza będzie częściowa praca zdalna – zauważyła dr Anna Reda-Ciszewska.

NSZZ Solidarność była przeciwna całkowitej pracy zdalnej w formie proponowanej w projekcie nowelizacji. Zdaniem przedstawicieli Solidarności całkowita praca zdalna mogłaby być dopuszczalna w ponadzakładowych porozumieniach zbiorowych.

Jeżeli pracodawca chciałby pracę zdalną całkowitą wprowadzić, powinien zawrzeć porozumienie ponadzakładowe z przedstawicielem strony związkowej. Proponowaliśmy, żeby był to jakiś przedstawiciel WRDS-u (Wojewódzkiej Rady Dialogu Społecznego – PAP) czy też Komisji Dialogu Społecznego – powiedziała PAP dr Reda-Ciszewska.

Zdaniem NSZZ Solidarność, koszty pracy zdalnej powinny być uregulowane w przepisach powszechnie obowiązujących. Pracodawca będzie wydawał regulamin pracy zdalnej, jeżeli nie uda mu się dogadać ze stroną związkową. Należy mieć na uwadze, że w wielu zakładach pracy nie ma związków zawodowych – powiedziała PAP dr Reda-Ciszewska.

OPZZ wskazuje, że w nowelizacji warto by było poszerzyć katalog kosztów pracownika związanych z wykonywaniem pracy zdalnej, które powinny być pracownikowi zwracane przez pracodawcę.
Jak zauważa Paweł Śmigielski z OPZZ, projekt wymienia tylko część kosztów, które będą się wiązały z pracą zdalną, tj. koszty energii elektrycznej oraz usług telekomunikacyjnych niezbędnych do wykonywania pracy zdalnej. Według niego, brakuje wprost wskazanych w treści projektu innych kosztów, za które pracownik wykonujący pracę zdalną powinien otrzymać od pracodawcy rekompensatę. Wymienia między innymi media takie jak ogrzewanie, wodę, czy wywóz śmieci

Będziemy jeść robaki?

Będziemy jeść robaki?

Unia Europejska zezwala na wprowadzenie do obrotu w krajach wspólnoty produktów spożywczych, w których wykorzystano proszek ze świerszcza domowego.

Jak informuje portal wyborcza.biz, jest too odpowiedź na wniosek złożony w 2019 roku przez firmę Cricket One. Stosuje ona częściowo odtłuszczony proszek ze świerszcza domowego do produktów żywnościowych. Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności, który analizował wniosek, orzekł, że w jego opinii „częściowo odtłuszczony proszek z Acheta domesticus (świerszcza domowego) jest bezpieczny w proponowanych warunkach stosowania i przy proponowanych poziomach stosowania”.

Unia zezwala na stosowanie częściowo odtłuszczonego proszku ze świerszcza domowego w suszonych i mrożonych przetworach. Proszek będzie mógł być stosowany m.in. do produkcji pizzy, produktów na bazie makaronów, orzechów i nasion oleistych, przekąsek i sosów, przetworów mięsnych i zup, chleba i bułek wieloziarnistych, batonów zbożowych, mieszanek do wypieków, ciastek, przetworów ziemniaczanych, dań na bazie roślin strączkowych i warzywnych, serwatki w proszku, przekąsek na bazie mąki kukurydzianej, napojów piwnopodobnych i wyrobów czekoladowych.

Cricket One Co. Ltd może już od 24 stycznia może wprowadzać produkty spożywcze do wytworzenia których wykorzystała sproszkowane świerszcze domowe na terenie całej Unii Europejskiej, czyli również w Polsce.

PIP rozpoczyna nowy rok

PIP rozpoczyna nowy rok

W ciągu najbliższych 12 miesięcy inspektorzy PIP mają przeprowadzić 60 tys. kontroli. Jednym z głównym problemów do rozwiązania będzie kwestia mobbingu w pracy.

Jak informuje portal pulshr.pl, różnymi formami działań prewencyjnych inspekcja obejmie przynajmniej 35 tysięcy podmiotów – pracodawców i przedsiębiorców, pracowników, rolników indywidualnych, uczniów, studentów i innych.

Filarem aktywności urzędu będzie rozpatrywanie skarg pracowników. Ich liczba utrzymuje się na wysokim poziomie, co jest sygnałem nie tylko niepokojącej sytuacji w sferze ochrony pracy, lecz także wzrastającej świadomości prawnej pracowników szukających wsparcia u organów inspekcji pracy.

Konsekwentnie będą także realizowane zadania z zakresu prawnej ochrony pracy. Podobnie jak w latach poprzednich – w związku z utrzymującym się poziomem nieprawidłowości i społecznymi skutkami uchybień – najistotniejsze działania skoncentrują się na kontroli prawidłowości zatrudnienia na podstawie umów cywilnoprawnych, ograniczeniu naruszeń przepisów o czasie pracy oraz wypłacie wynagrodzeń i innych świadczeń ze stosunku pracy.

W 2023 roku jednym z głównych tematów działania Inspekcji będzie problem mobbingu. Jak pokazują badania przeprowadzane wśród polskich pracowników, to zjawisko staje się coraz powszechniejsze. Badacze z UCE Research i platformy ePsycholodzy.pl zapytali ponad tysiąc Polaków o to, czy w ciągu ostatnich sześciu miesięcy doświadczyli sytuacji o charakterze stricte mobbingowym. Analiza wykazała, że 40 proc. badanych odpowiedziało na pytanie twierdząco.

Jak informuje PIP, w 2023 roku kontynuowane będą działania z zakresu zwalczania nielegalnego zatrudnienia. Będą one ukierunkowane na ujawnianie nie tylko przypadków pracy świadczonej całkowicie na czarno, ale także zadeklarowanej fałszywie (np. wykonywanej faktycznie w wyższym wymiarze czasu pracy lub za wynagrodzeniem wyższym niż wskazane w umowie o pracę).

Zadania kontrolne realizowane będą m.in. w zakładach pracy powierzających pracę cudzoziemcom z tzw. państw trzecich, w szczególności obywatelom Ukrainy.