Większość do zwolnienia

Większość do zwolnienia

70 procent zatrudnionych straci pracę.

Jak informuje Express Bydgoski, wielka redukcja zatrudnienia właśnie dokonuje się w jednym z zakładów. W Bydgoskich Zakładach Przemysłu Gumowego „Stomil” zwolnienia z pracy otrzymały 92 osoby. To duża część całej załogi, obejmującej przed zwolnieniami 134 osoby.

Likwidacji ulega znaczna część przedsiębiorstwa. Produkcja zostanie utrzymana w wydziale płyt, wykładzin gumowych i sznurów przemysłowych. Zlikwidowane zostały wydziały produkcji węży hydraulicznych, węży przemysłowych oraz uszczelek i artykułów formowych.

Przedsiębiorstwo jest publiczne, należy do państwowej Agencji Rozwoju Przemysłu.

„Dobrowolne” zwolnienia?

„Dobrowolne” zwolnienia?

Nawet 200 osób może stracić pracę w kolejnej krakowskiej firmie redukującej zatrudnienie.

Jak informuje Kurier Krakowski, niepokój ogarnął załogę firmy Electrolux Poland – oddziału w Krakowie. Obawiają się o pracę, którą może stracić nawet 200 osób.

Najpierw poinformowano ich, że część zadań tego oddziału – procesów finansowych i księgowych – zostanie przeniesiona do Indii. 18 lutego firma przedstawiła im Plan Dobrowolnych Odejść – w ciągu trzech tygodni chętni mają się zgłosić i przyjąć zaoferowane warunki. Pracownicy twierdzą, że są na nich wywierane naciski, aby przystępowali do PDO. Sam plan nie ma jawnej i dostępnej postaci, lecz ma polegać na indywidualnych negocjacjach z szefostwem. Oznacza to brak możliwości porównania oferowanych warunków rezygnacji z pracy.

Nieoficjalne informacje mówią o redukcji 200 etatów.

Pół załogi bez pracy

Pół załogi bez pracy

Niemal połowa zatrudnionych w zakładzie straci pracę.

Jak informuje Głos Wielkopolski, niemal połowa pracowników Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego w Poznaniu zostanie zwolniona.

Zakład produkuje aparaturę do silników wysokoprężnych oraz części do samolotów. W ostatnim czasie ma miejsce duży spadek zamówień, a sytuacja finansowa firmy jest fatalna. Brakuje płynności finansowej, dwie ostatnie wypłaty pracownicy otrzymywali w ratach.

Zwolniona zostanie niemal połowa pracowników – 60 osób na nieco ponad 120 ogółem zatrudnionych. O pracę nikt nie może być spokojny. Przedsiębiorstwo jest od listopada objęte postępowaniem sanacyjnym. To oznacza, że zwolnieni mogą zostać absolutnie wszyscy, łącznie z kobietami w ciąży czy osobami w wieku przedemerytalnym. Średnia wieku w zakładzie wynosi około 50 lat, czyli są to osoby w wieku, w którym bardzo trudno znaleźć nowe zatrudnienie.

Pomóż nam przetrwać!

Pomóż nam przetrwać!

Jak co roku prosimy Was o przekazanie 1,5% podatku na wsparcie „Nowego Obywatela”. Nie kosztuje Was to ani złotówki, a od efektu zbiórki zależy w dużej mierze to, czy nasze pismo przetrwa.

Nie mamy bogatych sponsorów. Nasze pismo jest ubogie i wciąż walczy o przetrwanie. Tworzymy „Nowego Obywatela” w spartańskich warunkach – możemy tylko pomarzyć o budżetach, jakimi dysponują inne czasopisma, w tym większość niewielkich periodyków społeczno-politycznych.

Prosimy o Wasze wsparcie! Wystarczy w PIT wpisać wydawcę pisma – Stowarzyszenie Obywatele Obywatelom oraz nasz numer KRS: 0000 248 901. Możecie skorzystać także z rozliczenia Waszych PIT-ów przez urzędy skarbowe. Żeby w tym modelu przekazać nam 1,5%, trzeba zalogować się w Portalu Podatkowym i skorygować swój PIT o nasz numer KRS. Nie stracisz ani złotówki, a nam bardzo pomożesz.

Co dostajecie w zamian? Pismo tworzone przez ideowców, nie dla pieniędzy – robimy swoje już ponad 25 lat (właśnie obchodzimy ćwierćwiecze istnienia), bez słomianych zapałów. Pismo konsekwentnie stojące po stronie słabszych grup społecznych. Pismo rzetelne – w każdym numerze publikujemy dobrze przygotowane analizy fachowców oraz obszerne i pogłębione wywiady. Pismo, które wyprzedza epokę – jako pierwsi lub jedni z pierwszych w Polsce pisaliśmy o tematyce dzisiaj głośnej i modnej, m.in. o ekologii, zapaści prowincji, szkodliwości neoliberalizmu, konieczności rozwiniętej polityki socjalnej, upadku i konieczności odbudowy transportu zbiorowego, reprywatyzacji, deglomeracji i wielu innych tematach. Pomóż nam nie upaść!

Liczymy na Wasze wsparcie! Dziękujemy!

Uderzenie w najsłabszych

Uderzenie w najsłabszych

Samorządy w woj. warmińsko-mazurskim, gdzie jest najwyższe bezrobocie, stracą większość środków na wsparcie poszukujących pracy.

Jak informuje portal TKO.pl, znana od kilku miesięcy decyzja rządu liberałów o znaczącym obcięciu nakładów na wsparcie w wychodzeniu bezrobocia, szczególnie mocno uderzy w woj. warmińsko-mazurskie.

Rząd Tuska w bezprecedensowy sposób zmniejszył w 2026 roku środki na Fundusz Pracy. Trafiały one corocznie do powiatowych urzędów pracy i wspierały wychodzenie z bezrobocia. W roku 2025 na ten cel przeznaczono 3,6 miliarda, a w roku obecnym będzie to tylko 2,1 mld. Realnie do samorządów trafi jeszcze mniej, bo tylko 1,7 mld. Co gorsza, środki z tego źródła służyły także współfinansowaniu projektów z Europejskiego Funduszu Społecznego, czyli faktyczne zmniejszenie środków na wychodzenie z bezrobocia będzie jeszcze niższe.

W woj. warmińsko-mazurskim część powiatów będzie miała na ten cel nawet o 84% środków mniej niż w roku ubiegłym. Tak będzie na przykład w powiecie kętrzyńskim. Bezrobocie w nim na koniec grudnia 2025 wynosiło 18 procent. Podobnie w powiatach braniewskim (16,8 proc.) i bartoszyckim (16,4 proc.). W całym województwie warmińsko-mazurskim bezrobocie szybko rośnie i w styczniu 2026 wyniosło już 9,9%. na jedną ofertę zatrudnienia zgłoszoną do powiatowych urzędów pracy przypadało w grudniu 2025 aż 22 bezrobotnych.

Władze powiatu kętrzyńskiego są przerażone taką skalą redukcji wsparcia w wychodzeniu z bezrobocia. Decyzja rządu oznacza wielomilionowy ubytek środków na staże, szkolenia, doposażenie stanowisk pracy oraz roboty publiczne. „Nie będzie zatrudnień do robót publicznych i prac społecznie użytecznych” – napisano w stanowisku samorządu powiatu.

Związek Powiatów Polskich w swoim stanowisku wylicza, że tegoroczna kwota dotacji podzielona przez liczbę osób pozbawionych zatrudnienia daje kwotę 850 zł na osobę na rok. To kwota, za którą realnie nie da się pomóc w znalezieniu zatrudnienia w jakiejkolwiek postaci.

Zgłoszeni do zwolnienia

Zgłoszeni do zwolnienia

Kolejne zwolnienia grupowe w Krakowie w branży technologicznej.

Jak informuje portal Interia Biznes, firma Sabre z branży technologicznej zapowiedziała zwolnienia grupowe. Pracę ma stracić 60 osób w jej oddziale w Krakowie, gdzie przygotowywane jest oprogramowanie dla sektorów transportu i podróży.

Zwolnienia obejmą osoby z różnych działów. Są one wedle stanowiska firmy efektem automatyzacji i cyfryzacji części zadań. Sabre zatrudnia w Polsce około tysiąca osób.

Fatalne dane

Fatalne dane

Ubiegły rok był rekordowy od lat pod względem skali zwolnień grupowych, a sytuacja się nie poprawia.

Rok 2025 przyniósł niechlubny rekord pod względem zwolnień grupowych w Polsce. Dane Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wskazują, że w ciągu zaledwie dwóch lat skala zwolnień grupowych wzrosła o ponad 71%! W roku 2025 objęły one 29 500 osób, w roku 2024 było to 27 000, a w 2023 tylko 17 200 pracowników.

Najwięcej zwolnień grupowych w roku 2025 było w sektorze przetwórstwa przemysłowego – to aż 43% ogółu zwolnień grupowych. Kolejne miejsce zajęły transport i gospodarka magazynowa z 24% ogółu zwolnień.

Wraz z początkiem roku trend na rynku pracy są nadal fatalne. Bezrobocie wzrosło do poziomu niewidzianego od dawna – 6% w styczniu oznacza znaczny wzrost wobec grudnia (5,7%), a w ciągu dwóch lat rządów liberałów z poziomu 5%. Styczeń 2026 przyniósł także inne kiepskie dane. Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw było o 0,2% niższe niż w grudniu 2025 oraz o 0,8% niższe niż w styczniu 2025.

Portal wnp.pl przytacza dane Krajowej Izby Gospodarczej, której mówią o ubytku w sektorze przedsiębiorstw 9800 etatów w styczniu wobec grudnia. Tymczasem w styczniu tendencja była zwykle odwrotna. W analizie KIG czytamy, że „dane te są bardzo zaskakujące (negatywnie). Zazwyczaj statystyki stycznia pokazują wzrosty zatrudnienia. Ostatni spadek zatrudnienia w styczniu był odnotowany w 2021 roku – wtedy było to pokłosie trudnego, pandemicznego 2020 roku”.

Spór coraz ostrzejszy

Spór coraz ostrzejszy

Zaostrza się konflikt między związkami a szefostwem wielkiego producenta z sektora automotive.

Zaostrza się spór płacowy w zakładach firmy Adient w Bieruniu i w Siemianowicach. Szefostwo polskich oddziałów tej firmy odrzuca postulaty płacowe związkowców.

W Siemianowicach rokowania płacowe zakończyły się fiaskiem. Podwyżki o 1,5 zł brutto za każdą przepracowaną godzinę domaga się w tym zakładzie związek zawodowy Kontra. Początkowo szefostwo zakładu deklarowało podwyżkę o 3,5%, co dawało około 1,2 zł za godzinę. Jednak w trakcie rokowań przedstawili ofertę podwyżki płac o 1 zł, czyli w zasadzie jest to wyrównanie inflacyjne, a nie podwyżka. Związkowcy odstąpili od tej formy negocjacji.

Teraz odbędą się tam mediacje wedle schematu przewidzianego polskim prawem, czyli z udziałem mediatora. Kolejne przewidziane prawem kroki są ostrzejsze. „Nie wykluczamy żadnych scenariuszy. Będziemy podejmować działania protestacyjne zgodne z prawem. Pracownicy oczekują realnych podwyżek, a nie kroków wstecz” – mówi Adam Klacka, lider Kontry w zakładzie.

W zakładzie tej firmy w Bieruniu także toczy się spór płacowy. „Solidarność” w Adient Seating (największy w skali świata producent foteli samochodowych) domaga się podwyżki stawki godzinowej o 1,8 zł brutto oraz dodatkowych premii wakacyjnych i świątecznych. Szefostwo zakładu jest gotowe przyznać podwyżki znacznie mniejsze, także i tutaj wynoszące 1 zł brutto. Zdaniem „Solidarności” taka podwyżka jedynie rekompensuje inflację, a stawki premii są w Adiencie jedne z najniższych w branży automotive w regionie.

Także i tutaj po bezowocnym zakończeniu negocjacji mają się odbyć mediacje. Sytuacja w zakładzie jest tym gorsza, że pracę straciły w nim niedawno 64 osoby z powodu zmniejszenia produkcji w zakładzie koncernu motoryzacyjnego FCA w Tychach, na potrzeby którego zakład wytwarza fotele.

Studenci oskarżają władze UW

Studenci oskarżają władze UW

Na Uniwersytecie Warszawskim narasta konflikt wokół lokalu w piwnicy Domu Studenta przy Krakowskim Przedmieściu 24. Studenci i studentki zrzeszeni w OZZ Inicjatywa Pracownicza złożyli 16 lutego br. apel do władz Uniwersytetu Warszawskiego, domagając się natychmiastowego zerwania umowy najmu z firmą Topgastro sp. z o.o. i przywrócenia w tym miejscu niekomercyjnego klubu studenckiego.

Jak wskazują autorzy apelu, uczelnia od lat toleruje sytuację, w której lokal formalnie przeznaczony na klub studencki funkcjonuje jako droga restauracja nastawiona na turystów, niedostępna dla większości studentów. Tymczasem umowa najmu – przedłużona w 2023 roku – zobowiązuje najemcę do prowadzenia działalności kulturalnej dla studentów, przeznaczania na ten cel co najmniej 5,5 tys. zł miesięcznie oraz regularnego raportowania programu i wydatków Zarządowi Samorządu Studentów UW.

Zdaniem studentów żaden z tych warunków nie jest realizowany. Jednostki uczelni miały potwierdzić brak jakiejkolwiek dokumentacji dotyczącej działalności kulturalnej, co – według sygnatariuszy apelu – oznacza rażące naruszenie umowy i obnaża bezczynność władz uczelni oraz samorządu studenckiego.

Spór dotyczy jednak nie tylko jednego lokalu. Studenci przypominają, że kampus centralny UW – mimo swojej skali i prestiżu – nie posiada dziś ani jednego klubu studenckiego. Ich zdaniem jest to efekt wieloletniej prywatyzacji i likwidacji przestrzeni studenckich, zapoczątkowanej w latach 90., na którą władze uczelni konsekwentnie się godziły. W apelu podkreślają, że Uniwersytet Warszawski posiada środki, doświadczenie i infrastrukturę, by prowadzić własną instytucję kultury studenckiej, lecz od lat z tej odpowiedzialności się nie wywiązuje.

Sygnatariusze domagają się oddania lokalu społeczności akademickiej i utworzenia w nim centrum kultury studenckiej finansowanego z budżetu uczelni. Zapowiadają także eskalację działań w przypadku dalszego ignorowania ich postulatów.

„Jeżeli uniwersytet nie zorganizuje tam prawdziwego klubu studenckiego, będziemy zmuszeni wziąć sprawy w swoje ręce” – piszą studiujący w apelu.

Oto cały apel:

Apel ws. klubu studenckiego w piwnicy „Domu Studenta”

W piwnicy budynku przy ul. Krakowskie Przedmieście 24 zajmowanego dziś w większości przez samorząd, przez dekady funkcjonował klub studencki. Od lat 60. do 1989 roku był to lokal o nazwie „Sigma”, a następnie „Kontra”. W latach 90. działało tam Akademickie Centrum Kultury Niezależnej oraz restauracja „Giovanni”. Od lat 2000. mieści się tam „Indeks”, który od lat działa jako zwykła restauracja oferująca posiłki w zupełnie nieprzystępnych dla społeczności studenckiej cenach – jak np. niesławny kotlet schabowy za 65 złotych.

W umowie zawartej pomiędzy najemcą Topgastro sp.z o.o. a Uniwersytetem Warszawskim czytamy, że „Lokal przeznaczony jest na klub dla studentów”. W tej samej umowie mowa jest o comiesięcznym przeznaczaniu środków na działalność kulturalną studentów oraz cyklicznym sprawozdawaniu Zarządowi Samorządu Studentów UW programu kulturalnego. Niestety, nie miało to nigdy miejsca – Dział Organizacji Zasobów Informacyjnych UW poinformował, że taka dokumentacja nie istnieje. Najemca nie wywiązuje się z postanowień umowy, a ZSS bezradnie rozkłada ręce. To wielka strata dla pokoleń studentek i studentów, które zostały tym samym pozbawione dostępu do niekomercyjnej przestrzeni kulturalnej, która wcześniej służyła im przed dekady.

Wobec tego:

1. Domagamy się zerwania umowy z najemcą lokalu w związku z niewywiązywaniem się z jej postanowień. Zgodnie z § 3 pkt 5 umowy:

Najemca oświadcza, iż będzie miesięcznie przeznaczał kwotę w wysokości minimum 5 538 zł netto na działalność kulturalną w lokalu. Wysokość wydatkowanych kwot na działalność kulturalną będzie przedmiotem kontroli i oceny ze strony Zarządu Samorządu Studentów UW. Najemca będzie sporządzać miesięczne raporty z poniesionych wydatków i przekazywać go – wraz z dołączonymi kopiami faktur/rachunków – do Zarządu Samorządu Studentów UW do 20-go dnia następnego miesiąca. Nieprzekazanie we wskazanym terminie przez Najemcę raportu dot. kosztów związanych z działalnością kulturalną może skutkować rozwiązaniem umowy najmu bez wypowiedzenia.

2. Żądamy zwrócenia tej przestrzeni bezpośrednio naszej społeczności i stworzenia w niej centrum kultury studenckiej oraz przeznaczenia na ten cel środków z budżetu uczelni.

Historia kultury studenckiej nieodłącznie wiąże się z klubami studenckimi – miejscami, w których w warunkach niekomercyjnych może rozwijać się alternatywna kultura, a artyści rozpoczynają swoje kariery niezależnie od pochodzenia. Studiujący mają gdzie odbywać dyskusje i nawiązywać tak cenne i potrzebne dla młodych ludzi. Przez wiele lat to właśnie w takich klubach, tworzonych oddolnie przez społeczność, powstawały zespoły muzyczne popularne w całym kraju, eksperymentowano z nowymi gatunkami i tworzono nowe nurty w sztuce. Ich kluczową rolę stanowiło właśnie budowanie społeczności, której odizolowanym studiującym dzisiaj tak desperacko brakuje. Kultura studencka umiera przede wszystkim dlatego, że nie mamy dostępu do fizycznej przestrzeni, w której mogłaby ona się rozwijać.

Uniwersytet posiada zaplecze – lokal, który z powodzeniem działał jako klub studencki, a także finanse, know-how i doświadczenie w organizacji instytucji kulturalnych, takich jak Radio Kampus, Teatr Hybrydy, chóry uniwersyteckie, czy miejsc otwartych dla społeczności takich jak Makerspace w budynku Wydziału Fizyki czy Inkubator UW. Nie ma żadnego powodu, dla którego uniwersytet nie miałby zapewniać swoim studentom i studentkom przestrzeni na integrację i twórczość. Tymczasem, po dekadach sukcesów w sferze kultury studenckiej, w latach 90. władze Uniwersytetu Warszawskiego pozwoliły na likwidację lub prywatyzację wszystkich naszych klubów studenckich – Hybryd, Proximy, Ubabu, czy Magistra. Cięcia w epoce Balcerowicza oraz dzika prywatyzacja przeprowadzona przez ówczesnych samorządowców skutecznie pozbawiły całe pokolenia studentów dostępu do przestrzeni, które przez dekady działalności wydały na świat wielu artystów oraz pozwoliły na zawarcie niezliczonych przyjaźni na lata. Dziś na przestrzeniach byłych klubów zarabiają prywatni przedsiębiorcy, a studenci i studentki nie czerpią z tego żadnych korzyści.

Społeczność studencka domaga się dostępu do kultury – poczynając od przestrzeni, w której ta kultura ma szansę powstawać. Jesteśmy gotowe do walki o powrót klubu przy bramie głównej. Jeżeli uniwersytet nie wywiąże się ze swojej roli i nie zorganizuje tam prawdziwego klubu studenckiego, będziemy zmuszone wziąć sprawy w swoje ręce.

Niemiecki dumping stalowy

Niemiecki dumping stalowy

Zgodnie z przestrogami związkowców, dotowana niemiecka stal zalewa polski rynek.

Jak informuje portal Interia Biznes, nasila się import stali z Niemiec do Polski. Zagraża to rodzimym producentom wyrobów stalowych i miejscom pracy w Polsce.

Polscy producenci stali znajdują się od dłuższego czasu w kryzysie. Do niedawna trwał nielimitowany import wyrobów stalowych do UE z krajów, które mają znacznie niższe koszty pracy i produkcji oraz nie są objęte wysokimi i kosztownymi normami emisyjnymi. Po długich staraniach Unia wprowadziła w końcu tzw. mechanizm CBAM, ustanawiający opłaty od importowanych produktów energochłonnych. Miało to dać oddech branży stalowej w Europie, w tym w Polsce.

Nic takiego nie ma jednak miejsca z powodu zalewania Polski stalą z Niemiec. Unia Europejska wprowadziła możliwość dotowania cen energii dla przemysłu ciężkiego przez kraje członkowskie, ale pozostawiła im dowolność w kwestii wysokości dopłat. Jak nietrudno się domyślić, największe dopłaty mogą zaoferować kraje duże i bogate. Tak zrobiły Niemcy, oferując swojemu przemysłowi znaczne subwencje do cen/kosztów energii. Związkowcy z Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej alarmowali, że skutki tego będą opłakane dla przemysłu stalowego takich krajów. Koszty energii to jeden z głównych czynników cenotwórczych w produkcji stali, a kraje te nie są w stanie zaoferować takich dopłat, jak zamożne Niemcy.

Ich przewidywania potwierdziły się. Na polski rynek już masowo napływają tańsze niemieckie wyroby. Na razie są to głównie pręty żebrowane i blachy gorącowalcowane, wykorzystywane np. w budownictwie. Tylko w styczniu na polski rynek trafiło 40 tys. prętów żebrowanych, czyli dwa razy tyle, ile przed wprowadzeniem mechanizmu CBAM napływało do naszego kraju z Ukrainy.

Polskie pręty żebrowane kosztują około 2,65 tys. zł za tonę, tymczasem niemieckie, mimo wyższych kosztów pracy w tamtym kraju, są po wprowadzeniu dotowania cen energii sprzedawane u nas po 2,4 tys. zł za tonę. Krajowe blachy gorącowalcowane kosztują około 3,37 tys. zł za tonę, a niemieckie oferowane w Polsce są o 5% tańsze.

Polska branża stalowa od dawna apeluje o wprowadzenie dotacji do cen energii dla przemysłu w Polsce. Na razie bez efektów – rząd liberałów nie wyszedł poza niekonkretne obietnice.

Zakład w likwidacji

Zakład w likwidacji

Duże zwolnienia z pracy i likwidacja zakładu.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, zwolnienia grupowe ogłosiła i poinformowała o nich urząd pracy spółka Hexagon Agility Poland działająca w Słupsku. Pracę ma stopniowo stracić 96 osób. Spółka z branży paliw alternatywnych przeszła z rąk amerykańskich pod kontrolę kapitału norweskiego. Nowi właściciele podjęli decyzję o likwidacji polskiego oddziału. Popyt na produkty firmy maleje w Polsce.

Pierwsze 44 osoby stracą pracę już na koniec lutego. Reszta etatów i produkcji zostaną stopniowo zlikwidowane do września.

Pracy coraz bardziej brak

Pracy coraz bardziej brak

W styczniu bezrobocie w Polsce było najwyższe od czasów pandemii.

Bezrobocie w styczniu 2026 roku wyniosło w Polsce wedle wstępnych szacunków 6%. Oznacza to wzrost wobec z grudnia z poziomu 5,7%, a rok do roku z poziomu 5,4%. Gdy liberałowie obejmowali władzę, poziom bezrobocia wynosił 5%.

Jak informuje portal Interia Biznes, na koniec stycznia 2026 liczba zarejestrowanych bezrobotnych wyniosła 934,8 tys. osób. Było to o 47 tys. więcej niż w grudniu 2025 i o 97,2 tys. więcej niż w styczniu 2025. Ten ostatni wskaźnik wzrósł w ciągu roku o 11,6%. Liczba bezrobotnych wzrosła w ciągu miesiąca w każdym z województw. W woj. warmińsko-mazurskim wskaźnik bezrobocia wynosi już 9,9%. Stopa bezrobocia wzrosła w ciągu miesiąca w 370 powiatach, a w 10 pozostała bez zmian, natomiast nie zmalała w żadnym polskim powiecie.

Zwiększenie się liczby bezrobotnych miesiąc do miesiąca było w styczniu 2026 już ósmym miesiącem z rzędu z taką tendencją. W roku 2025 o około 9% wyższa niż rok wcześniej była liczba osób dotkniętych utratą pracy w procedurze zwolnień grupowych, choć już 2024 był pod tym względem rekordowy od lat.

W dodatku w ciągu roku znacznie zmalała liczba wolnych miejsc pracy zgłaszanych do urzędów pracy – w styczniu 2026 było ich o 63,1 tys., czyli o 71,3% mniej niż w styczniu 2025.

Przeciw podwójnym standardom

Przeciw podwójnym standardom

Związkowcy apelują do sieci marketów, aby zwalniani pracownicy byli traktowani tak, jak w zachodnich oddziałach firmy.

Jak informuje portal Tysol.pl, związkowcy z „Solidarności” apelują do szefostwa sieci handlowej Carrefour o zapewnienie zwalnianym pracownikom lepszych odpraw i warunków wypowiedzenia. Niedawno polski oddział tej sieci handlowej ogłosił kolejne zwolnienia grupowe. Tym razem pracę ma stracić około 200 osób.

Związkowcy domagają się, aby zwalniani, nierzadko pracownicy z długim stażem, dostali godne odprawy. Firma chce im bowiem dać tylko tyle, ile wynika z zapisów Kodeksu pracy.

W ubiegłym tygodniu związkowcy zorganizowali protest przed siedzibą firmy. Paweł Skowron, przewodniczący „Solidarności” w Carrefour Polska, mówił podczas akcji protestacyjnej: „To, co widzimy, to Europa dwóch prędkości. My jesteśmy pracownikami ściany wschodniej względem Europy Zachodniej. W Europie Zachodniej pracownicy tej samej korporacji dostają wielokrotność wynagrodzeń, my zaś jesteśmy poszkodowani. To smutna konkluzja po ponad dwudziestu latach obecności Carrefour w Polsce. Dzisiaj przy zwolnieniach grupowych pracownicy zostaną z minimalną odprawą gwarantowaną przez państwo. To pracownicy firmy, którzy pracowali w święta, przynosili zysk tej firmie. Domagamy się godnej odprawy”.

Podczas tej samej pikiety Alfred Bujara, przewodniczący Krajowego Sekretariatu Banków, Handlu i Ubezpieczeń oraz Krajowej Sekcji Pracowników Handlu NSZZ „Solidarność”, dodawał: „W Rumunii pracownicy po 10-letnim stażu pracy otrzymali 8-krotne wynagrodzenie przy odprawie, przy takich zwolnieniach. Osoby, które pracowały mniej niż 10 lat otrzymały 4-krotne wynagrodzenia. U nas pracodawca nie zaproponował dodatkowych odpraw. Pracownicy zostali tylko potraktowani kodeksowo, otrzymują kodeksowe odprawy i nic poza tym. To jest niebywałe”.

Dariusz Paczuski, przewodniczący Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność”, w swoim wystąpieniu powiedział: „To wstyd po 20-30 latach pracy tak się rozliczać z pracownikami. Kiedy ogromne międzynarodowe koncerny przychodziły do Polski robić interesy to robiły to na garbach tych ludzi, naszych koleżanek, kolegów i wypracowały ogromny majątek. To my społeczeństwo robiąc zakupy w sieciach handlowych, zagranicznych sieciach handlowych spowodowaliśmy, że dzisiaj są to ogromne koncerny. W Polsce zdobyły dominującą pozycję. I za te wszystkie lata te koncerny tak się z nimi rozliczają”.

Była firma, nie ma firmy

Była firma, nie ma firmy

Upada przedsiębiorstwo w Łodzi, pracownicy zostali bez pensji.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, upada firma Proteon Pharmaceuticals z Łodzi. To przedsiębiorstwo z dziedziny biotechnologii. Specjalizuje się w dodatkach do pasz na bazie bakteriofagów – technologia pozwala znacznie ograniczyć podawanie antybiotyków zwierzętom.

Jeszcze przed kilkoma laty firma zatrudniała około 200 osób. W roku 2024 dokonała zwolnień grupowych o skali 50 osób. W 2025 odchodzili kolejni. Latem ubiegłego roku załoga liczyła już tylko 70 osób, a płace zmniejszono o 18%. Od kilku miesięcy pensje nie są w ogóle wypłacane. Firmę próbuje się postawić w stan upadłości, ale nie zatwierdził tego jeszcze sąd.

Kontrole Państwowej Inspekcji Pracy wykazały duże zaległości w wypłacaniu wynagrodzeń i innych należności pieniężnych. Wynoszą one nawet pół roku i kilkadziesiąt tysięcy złotych, a dotyczą co najmniej 70 osób.

Firma upada, choć w roku 2025 uzyskała pozwolenie na sprzedaż swoich produktów w Unii Europejskiej – wcześniej produkowała je na rynki obu Ameryk.

Zaległości za leczenie

Zaległości za leczenie

Narodowy Fundusz Zdrowia wciąż nie zapłacił szpitalom ponad 2 mld zł za leczenie pacjentów w programach lekowych w 2025 r. To pieniądze za terapie, które już podano.

Szpitale, które realizują programy lekowe, muszą najpierw samodzielnie pokryć koszty terapii, zanim NFZ je rozliczy i za nie zapłaci. Jeśli są opóźnienia w płatnościach, placówki „kredytują” płatnika, aby móc dalej leczyć i kwalifikować do programów kolejnych chorych.

To nie jest problem pojedynczych terapii ani jednej grupy pacjentów. Z danych zebranych przez Federację Przedsiębiorców Polskich wynika, że szpitale nie otrzymały pełnych płatności zarówno za leczenie onkologiczne, jak i nieonkologiczne. Do tej pory NFZ rozliczył niespełna 14 mld zł za ubiegły rok. Na pozostałe środki placówki wciąż czekają, a zaległości dotyczą również drugiego i trzeciego kwartału ubiegłego roku.

Szpitale czekają na rozliczenie m.in. leczenia pacjentów z nowotworami hematoonkologicznymi, takimi jak ostra białaczka limfoblastyczna czy chłoniaki T- i B-komórkowe. Podobna sytuacja dotyczy nowotworów kobiecych. Za leczenie raka szyjki macicy Narodowy Fundusz Zdrowia zapłacił tylko 70 proc. należnych kwot, a w przypadku raka endometrium – 55 proc.

W programach lekowych dla pacjentów z chorobami nieonkologicznymi zaległości obejmują m.in. leczenie chorób nerek, choroby Parkinsona oraz leczenie profilaktyczne pacjentów po przeszczepach. Duże braki widać w leczeniu kardiomiopatii – tu NFZ uregulował 63 proc. zobowiązań – oraz miastenii, gdzie zapłacono tylko połowę należności.

„Ratujmy życie i zdrowie pacjentów poprzez umożliwienie im realnego dostępu do programów lekowych, zapewniając ich stabilne finansowanie” – mówiła prof. Alina Kułakowska w listopadzie, podczas prezentacji raportu „Dostępność programów lekowych w ocenie pacjentów”. W swojej wypowiedzi podkreślała, że programy lekowe przynoszą świetne efekty terapeutyczne i ekonomiczne. Apelowała do decydentów o niezmarnowanie tego, co już poprzez programy lekowe zostało osiągnięte, a co można stracić poprzez niestabilne ich finansowanie. Wskazała, że w neurologii kontrakty w regionach na realizację programów lekowych są niższe średnio o 16% vs rok poprzedni, co generuje nadwykonania, będące ogromnym problemem dla szpitali.

Programy lekowe są istotne dla zdrowia pacjentów. Federacja Przedsiębiorców Polskich zawnioskowała o omówienie tej kwestii podczas posiedzenia Trójstronnego Zespołu do spraw Ochrony Zdrowia, które ma się odbyć 18 lutego 2026 r. FPP oczekuje informacji o planowanym terminie uregulowania zaległych zobowiązań oraz przedstawienia zbiorczych danych dotyczących wartości kontraktów na programy lekowe w 2026 r.

Chcą swojego rzecznika

Chcą swojego rzecznika

Rodzice dzieci z niepełnosprawnościami mówią: „dość, chcemy swojego rzecznika, bo dla systemu jesteśmy niewidzialni”.

Brak informacji do kogo zgłosić się o pomoc, na temat dostępnych metod leczenia i przysługujących świadczeń, to największy problem dnia codziennego dla 75% rodziców dzieci przewlekle chorych i z niepełnosprawnościami – pokazują wyniki ankiety Fundacji Espero – Nadzieja Dla Dzieci. Dużym zmartwieniem są również długie kolejki do specjalistów lub brak lekarzy w miejscu zamieszkania. Jakby było mało, te wyzwania generują kolejne problemy. Z powodu „chorób” systemu opiekunowie dzieci cierpią na bezsenność, depresję, odczuwają lęk i wypalenie. Blisko 9 na 10 pytanych rodziców przyznaje, że w ciągu ostatniego roku przeżyło kryzys psychiczny. Powołanie rzecznika, który zadbałby o ich prawa i potrzeby wraz z nowym, kompletnym systemem wsparcia, jest szansą na zmianę złej sytuacji.

● Średni czas oczekiwania na pierwszą wizytę w poradni dla dzieci z autyzmem w Warszawie, w ramach NFZ wynosi około 477 dni. Dla porównania, w stolicy Dolnego Śląska „tylko” 300. Czas kwalifikacji na terapię zajęciową może trwać nawet dziewięć miesięcy.

● Aby ominąć kolejkę, można wybrać placówkę prywatną. Godzina terapii indywidualnej to koszt nawet 220-260 zł. Wysokość zasiłku pielęgnacyjnego to niecałe… 216 zł.

● W Warszawie, w placówkach publicznych pracuje mniej niż 10 kardiologów dziecięcych specjalizujących się we wrodzonych wadach serca. Za mało w stosunku do potrzeb, ale w Toruniu jest ich 2. Problem jest także z innymi specjalizacjami.

● 70% rodziców pytanych przez fundację czeka co najmniej 3 miesiące na wizytę u specjalisty. 2/3 przyznaje, że brak terminu wizyty lub brak koordynacji pogorszył sytuację zdrowotną dziecka.

Opieka nad dzieckiem z niepełnosprawnościami? 

Opieka nad dzieckiem z niepełnosprawnościami to praca na cały etat przez całą dobę. Z zerowym wynagrodzeniem, za to wymagająca stuprocentowego poświęcenia. Dzień wyznaczają godziny podawania leków, rehabilitacji, wizyt u specjalistów i reagowania na nagłe pogorszenia stanu zdrowia. Nie dziwi więc, że bardzo często oznacza konieczność rezygnacji z pracy zawodowej lub jej znaczącego ograniczenia, przynajmniej jednego z rodziców. Z danych Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej oraz Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że zdecydowana większość osób pobierających świadczenie pielęgnacyjne to rodzice, którzy wycofali się z rynku pracy, by sprawować stałą opiekę nad dzieckiem. – „Chcąc zapewnić córce odpowiednią opiekę, musiałam zrezygnować z pracy. Żyjemy z jednej pensji, nasza pięcioosobowa rodzina. Nie jest w stanie zapewnić wszystkiego, więc każdy dzień to stres, liczenie pieniędzy. I są te ciągłe wyrzuty sumienia, bo przecież jest jeszcze siostra bliźniaczka Łucji i nasz starszy syn. Nie ma mowy o tym, żeby zapewnić im możliwość uczestniczenia w jakiś dodatkowych zajęciach, kupić coś ładnego. Żyją w cieniu swojej siostry” – mówi Barbara Kacprzak, mama ośmioletniej Łucji cierpiącej na padaczkę i afazję (zaburzenie mowy i rozumienia języka, które pojawia się na skutek uszkodzenia mózgu), podopiecznej Fundacji Espero – Nadzieja dla Dzieci.

Tak swoją codzienność opisuje Kornelia Wilk, mama sześcioletniego Tomka, podopiecznego Fundacji Espero – Nadzieja dla Dzieci, który urodził się z poważną wadą serca pod postacią wrodzonego zwężenia lewego ujścia tętniczego: „Od ponad roku jestem samotną mamą trzech chłopców, z czego dwójka to dzieci z niepełnosprawnościami. Opieka nad nimi to ogromne wyzwanie. Jednak nasze życie jest podporządkowane głównie najmłodszemu, Tomkowi. Wizyty lekarskie to praktycznie codzienność. Co kilka miesięcy jesteśmy w szpitalu na badaniach kontrolnych, żeby sprawdzić, czy wszystko jest okej. Syn przeszedł dwie operacje kardiologiczne, a kolejne dwie są jeszcze planowane w niedalekiej przyszłości. Codziennie również rehabilitujemy Tomka, bo ma problem z napięciem mięśniowym przez operacje. To wszystko wymaga ode mnie logistyki na najwyższym poziomie. Na każdą wizytę czy turnus zabieram całą trójkę, bo nie zawsze ma kto zostać z chłopcami. Staram się godzić opiekę nad dziećmi z pracą. Obecnie pracuję, ale z tym nie zawsze jest łatwo, bo nie każdy pracodawca jest wyrozumiały. Czasem jest tak, że w ciągu dnia trzeba wyjść z pracy, bo dziecko mnie potrzebuje”.

Co ważne, nie chodzi po prostu o stałą obecność przy chorym dziecku, ale o zapewnienie specjalistycznej opieki. Rodzice muszą w przyspieszonym tempie zdobyć umiejętności posiadane przez ratowników medycznych czy pielęgniarki, nauczyć się podstaw farmakologii, rehabilitacji oraz procedur postępowania w sytuacjach kryzysowych. Równolegle śledzą zmiany w prawie, pilnują terminów kolejnych wizyt i każdego dnia szukają środków finansowych na leczenie. Świadczenia, na które mogą liczyć od państwa, są kroplą w morzu potrzeb.

Walka z systemem jak z wiatrakami

Zasiłek pielęgnacyjny, świadczenie mające pokryć część wydatków związanych z zapewnieniem opieki dziecku z niepełnosprawnościami lub przewlekle choremu, wynosi obecnie 215,84 zł miesięcznie. Świadczenie opiekuńcze to 3287 zł miesięcznie. Mimo podwyższenia tej kwoty w ostatnim czasie, w praktyce rzadko rekompensuje utratę dochodu i nie pokrywa kosztów intensywnej rehabilitacji, prywatnych wizyt lekarskich czy dojazdów do ośrodków specjalistycznych. Świadczenie otrzymują rodzice, którzy rezygnują z pracy lub jej nie podejmują, aby opiekować się dzieckiem. – „Jedna godzina jednej terapii to wydatek 200-300 zł. Łucja potrzebuje nawet 5 godzin zajęć w tygodniu, by można było mówić o ciągłości leczenia. Potrzebuje pomocy neurologopedy – kluczowego specjalisty przy afazji. Jest ich w Polsce bardzo niewielu. Trudno się do nich dostać, a ceny wizyt są astronomiczne” – podaje Barbara Kacprzak, mama Łucji.

Z tymi wyzwaniami mierzą się również dziadkowie i babcie. Jedną z nich jest Wanda Wilaszek, dzielna babcia wychowująca sześcioletnią Sabinę w spektrum autyzmu i ze zdiagnozowaną niepełnosprawnością intelektualną: „Sabinka każdego dnia przez pięć godzin uczęszcza do punktu terapeutycznego dla dzieci w spektrum. Miesięczny koszt to 2,5 tys. zł. Oprócz tego ma jeszcze zajęcia z logopedą i pedagogiem specjalnym, chodzi na rehabilitację neurologiczną. To wszystko są straszne koszty. Za samą rehabilitację płacimy 3 tys. zł miesięcznie. Od nowego roku godzina rehabilitacji kosztuje 240 zł. W tym momencie z mężem stać mnie na rehabilitację raz w tygodniu, chociaż wiem, że tych spotkań powinno być zdecydowanie więcej, bo widzę, jak Sabince pomagają. Brakuje na wszystko, ale człowiek spod ziemi wykopie, skądś znajdzie pieniądze, żeby dziecko miało”. Zwraca też uwagę na to, jak czasem system opieki zdrowotnej jest bezlitosny dla rodziców i opiekunów dzieci z niepełnosprawnościami. Toczą nierówną walkę z biurokracją i limitami na świadczenia: „Sabinie odebrali siódmy punkt orzeczenia o niepełnosprawności i nie wiemy, dlaczego” – komentuje Wanda Wilaszek.

Zapis – wspomniany siódmy punkt, dotyczy potrzeby opieki lub pomocy ze strony innej osoby, określa, czy dziecko: wymaga stałej lub długotrwałej opieki, potrzebuje pomocy w codziennym funkcjonowaniu w stopniu większym niż zdrowe dziecko w tym samym wieku. Dlaczego jest tak ważny dla rodziców wychowujących dzieci z niepełnosprawnościami? Uprawniają opiekuna do pobierania świadczenia pielęgnacyjnego i jest podstawą do wypłacenia zasiłku pielęgnacyjnego. – „Nie mamy w tej chwili pieniędzy ze świadczeń, które powinny nam przysługiwać ze względu na stan Sabinki i nie wiem dlaczego. Odwołałam się od decyzji, czekamy na kolejną komisję. Jednocześnie Sabince przyznano szósty punkt, gdzie piszą, że wnuczka wymaga rehabilitacji, pomocy, całodobowej opieki, a mnie odesłano do opieki społecznej i placówek państwowych, by zapewnić jej pomoc. Tylko terminy na rehabilitację są tak długie, że gdybym czekała, stan Sabinki mógłby się pogorszyć, a na pewno efekty dotychczasowej pracy zostałyby zaprzepaszczone, chociażby w zakresie mówienia. Kiedyś Sabinka zupełnie nie mówiła, teraz dzięki rehabilitacji i pracy ze specjalistami, jesteśmy w stanie się z nią porozumieć. Ta bezsilność rodzi we mnie złość” – kontynuuje Wanda Wilaszek.

Kornelia Wilk przyznaje, że gdyby nie pomoc Fundacji Espero, nie byłaby w stanie zapewnić odpowiedniej opieki synowi: „Bez zbiórek oraz wpłat z 1,5% podatku, naprawdę ciężko byłoby spiąć domowy budżet. Szczególnie, że jednak większość badań i lekarzy trzeba załatwiać prywatnie, bo po prostu są szybsze terminy, a nie możemy sobie pozwolić, by na wizyty, np. u kardiologa czekać tygodniami”.

Diagnoza to początek

Bezsilność to uczucie doskonale znane rodzicom chorych dzieci, którzy latami czekają na właściwą diagnozę, a każdego dnia walczą o wizyty u specjalistów. – „Łucja ma siostrę, bliźniaczkę. Mamy też starszego syna, więc widziałam, że coś jest nie tak, że rozwój Łucji jest inny. Długo nie było z córką żadnego kontaktu wzrokowego. Zaczęła chodzić, jak miała osiemnaście miesięcy, mówić dopiero mając sześć lat. Nie było diagnozy, nie wiedziałam, gdzie się mamy kierować po pomoc, co robić. Gdyby nie przedszkole, do którego trafiła córka – takie zwykłe, nie terapeutyczne, ale z bardzo dobrą kadrą, to podejrzewam, że do dziś bylibyśmy bez pomocy. Dopiero w przedszkolu nas pokierowali, podpowiedzieli, żeby iść do psychologa, zrobić odpowiednie testy. I tak się zaczęła walka o zdrowie dziecka. Dziś wiem, że straciliśmy kilka lat” – mówi Barbara Kacprzak i zaznacza, że diagnoza to dopiero początek, brakuje holistycznego podejścia do leczenia dzieci przewlekle chorych, z niepełnosprawnościami. – „Łatwo leczy się dzieci zdrowe. Bo jeżeli wiem, że dziecko utyka, to idę do ortopedy. Ale jeżeli widzę, że z moim dzieckiem ewidentnie coś złego się dzieje, jego stan się pogarsza, a pediatra udaje, że nie ma problemu, to gdzie mam się udać? Łucja byłaby dziś w zdecydowanie lepszym stanie, gdy otrzymała właściwą diagnozę i pomoc na czas” – zaznacza Barbara Kacprzak. Z kolei Kornelia Wilk przyznaje: „Najgorzej było na samym początku, po diagnozie. Nie miałam żadnej wiedzy na temat wad serca, a musiałam podejmować szybko decyzję dotyczące leczenia. Doczytywałam w Internecie, lekarze na oddziale sporo mi mówili, ale wiedziałam, że jak tylko wyjdziemy z synem ze szpitala, zostanę ze wszystkim sama. Oprócz tego, że miałam umówioną kontrolę na kolejną wizytę, to tak naprawdę nie wiedziałam, co dalej”.

Zdani na siebie

Historia Aleksandry Jeleńczak, mamy ośmioletniej Zuzi pokazuje, że przez wady w systemie rodzice dzieci przewlekle chorych i z niepełnosprawnościami są zmuszeni do szukania pomocy na własną rękę. Poświęcają mnóstwo czasu, by się dokształcać w tematach medycznych. Spędzają długie godziny w sieci, wynajdują kolejne terapie – łapią się wszystkiego, co może pomóc ich dzieciom. A co na to system? Karze takich rodziców. – „Moja córka, Zuzia jest w spektrum autyzmu, do tego dochodzą problemy metaboliczne, anomalie budowy krtani, przede wszystkim ma zespół Coffina-Sirisa. To rzadka wada genetyczna, która wpływa na rozwój mózgu i całego organizmu. W przypadku Zuzi jest związana z uszkodzeniem genu SOX4. Dzieci z takim rozpoznaniem żyje ok. 40 na całym świecie. Przy tak rzadkich chorobach rodzic nie jest wysłuchany i nie jest traktowany serio. W rozmowach z lekarzami specjalistami jestem często odbierana jako ta najmądrzejsza na świecie. A ja tylko staram się tłumaczyć, z czym zmaga się na co dzień moje dziecko. Poświęciłam mnóstwo czasu i energii, by w ogóle dowiedzieć się, o co chodzi, jakie są rokowania. Prawda jest taka, że jest dosłownie kilku lekarzy, którzy traktują jak partnera medycznego w walce o zdrowie i życie mojego dziecka. Jestem samotną mamą i lekarze też nie zawsze rozumieją moją sytuację. Nie jestem w stanie się rozdwoić i załatwiać kilku spraw jednocześnie” – mówi Aleksandra Jeleńczak.

Rodzice z miast wojewódzkich czy większych ośrodków miejskich i tak są w lepszej sytuacji – chociaż zderzają z długimi terminami wizyt u lekarzy specjalistów, mają do nich ułatwiony dostęp. W wielu regionach Polski brakuje kardiologów dziecięcych, neurologów czy rehabilitantów. Rodzice zmuszeni są do częstych podróży po całym kraju, co generuje dodatkowe koszty i zabiera czas, który mogliby poświęcić dziecku.

Rodzina w cieniu choroby

Z czasem pojawia się zmęczenie, izolacja społeczna i wypalenie. Badania organizacji pacjenckich wskazują, że rodzice dzieci z niepełnosprawnościami znacznie częściej doświadczają objawów depresji i chronicznego stresu, a jednocześnie mają ograniczony dostęp do systemowej pomocy psychologicznej. – „Czasami jak jest naprawdę ciężko, to usiądę sobie w kąciku i po cichu sobie popłaczę. Wtedy mi lepiej. Czasami człowiek w pewnych momentach jest bezsilny. Mam już 62 lata i czasami myślę, co będzie, jak zabraknie mnie i męża. Kto będzie wtedy opiekować się naszą wnuczką? Mieszkamy w starej, przedwojennej kamienicy. Ogrzewanie kosztuje bardzo dużo i nie są to warunki do wychowywania dziecka ze specjalnymi potrzebami. Spędzam dużo czasu w Urzędzie Miasta, pytam, czy byłaby możliwość zapewnienia Sabince mieszkania, ale w urzędzie tylko wzruszają ramionami, bo lista oczekujących jest długa. Proszę Boga codziennie, żeby dał mi siłę i zdrowie, żebym jeszcze mogła jak najdłużej się nią opiekować” – uważa Wanda Wilaszek.

Rzecznik potrzebny od zaraz

W Polsce mamy Rzecznika Praw Dziecka, swojego rzecznika mają również pacjenci. A kto dba o prawa rodziców i opiekunów dzieci z niepełnosprawnościami? – „Nikt. Rodzice mogą liczyć na wsparcie takich organizacji jak nasza. Brakuje podmiotu, który reprezentowałby rodziców, kluczowych uczestników systemu opieki. Postulujemy powołanie Rzecznika Rodziców i Opiekunów Dzieci z Niepełnosprawnościami, ponieważ rodzice nie potrzebują zastępstwa w opiece i dbaniu o swoje dzieci, lecz partnera – instytucji, która pomoże im poruszać się po systemie, reagować na bariery” – komentuje Patrycja Rudnicka, Prezes Fundacji Espero – Nadzieja dla Dzieci i dodaje: „Rodziny dzieci z niepełnosprawnościami są dziś przeciążone i pozostawione same sobie. System wsparcia jest rozproszony, a przez co rodzice stają się jedynymi koordynatorami całego procesu leczenia. Chcemy, żeby przestali dźwigać wszystko sami: leczenie, szkołę, rehabilitację, świadczenia, odwołania i walkę z instytucjami”.

Na czym miałaby polegać rola rzecznika? Chodzi o powołanie rzecznika, czyli organu, który interweniuje, wymaga odpowiedzi od szpitali, urzędów, monitoruje przestrzeganie i chroni praw rodziców, inicjuje zmiany legislacyjne oraz dba o to, by pomoc była spójna, przewidywalna i dostępna w praktyce. Rzecznik miałby nadzór nad Centralnym Punktem Koordynacji Wsparcia (CPKW) – jedno miejsce kontaktu, które kieruje sprawę dalej, oraz Wojewódzkimi Punktami Koordynacji Wsparcia (WPKW) – punkty, w których rodzina otrzymuje realne wsparcie zespołu, a nie tylko informację. Patrycja Rudnicka zaznacza, że pomysł jest przemyślany i czytelny dla rodziców, został opracowany również o oparciu o konsultacje z rodzicami: „Nasz plan przewiduje sześć kroków. Najpierw rodzic zgłasza się do CPKW, online lub poprzez infolinię. Następnie sprawa trafia do punktu koordynacji wsparcia w danych województwie. Rodzina otrzymuje koordynatora, czyli osobę, która pomaga «przejść przez system»: planuje kroki, pilnuje terminów i wspiera w kontaktach ze szpitalami, klinikami, oraz Indywidualny Plan Wsparcia – IPW. W kolejnym kroku koordynator uruchamia wsparcie prawne i/lub psychologiczne. Z naszych doświadczeń wynika, że wsparcie w pisaniu odwołań, pism w obronie praw rodziców i dziecka oraz w sporach ze szkołą czy instytucjami jest często potrzebne. Nieco mniej niż połowa naszych ankietowanych w ciągu ostatnich dwóch lat przynajmniej raz składała odwołanie od wydanej decyzji. Wsparcie psychologiczne również jest niezbędne, bo gdy choruje dziecko, choruje cała rodzina. W sprawach pilnych uruchamiana jest interwencja. Jeżeli dana instytucja, która ma zająć się leczeniem dziecka, nie współpracuje – sprawa trafia do Rzecznika” – wyjaśnia Patrycja Rudnicka.

Co o pomyśle myślą rodzice i opiekunowie? 90% osób biorących udział w ankiecie Fundacji Espero popiera utworzenie takiej inicjatywy i zaproponowanego przez organizację systemu wsparcia. – „Nie oczekuję po rzeczniku, że uzdrowi Łucję i będzie odpowiedzią na nasze wszystkie problemy. Wystarczy, żeby ktoś udzielał takim rodzicom jak my kluczowych informacji, żeby nie byli sami w momencie diagnozy, żeby dostali wsparcie i wiedzieli, do jakich specjalistów mają się kierować. Żeby to był ktoś, kto będzie mieć czas dla rodziców i będzie im wszystko wyjaśniać. Nierzadko wracamy z wizyty lekarskiej czy szpitala z kolejnymi pytaniami. To, że rodzic wychodzi od lekarza z plikiem dokumentów w ręku, to jeszcze nie oznacza, że rozumie, co jest w nich napisane i jak je wykorzystać. Spędziłam pięć lat w Internecie, na Facebooku, zanim poznałam innych rodziców wychowujących dzieci z afazją i w spektrum autyzmu. To od nich dowiedziałam się, co robić, jak kierować leczeniem mojej córki. Nie chcę, żeby inni rodzice przez to przechodzili. Dzieci takie jak moja córka są świadome swojej inności i niekoniecznie muszą nazywać ją niepełnosprawnością. Potrzebują nie tylko terapii czy rehabilitacji, ale również wsparcia psychologicznego, co są izolowane przez rówieśników. Rzecznik powinien również rozwiązać tę kwestię” – Barbara Kacprzak.

Podobne oczekiwania ma Aleksandra Jeleńczak: „Życzyłabym sobie, aby «nasz» rzecznik nie tylko pomagał trafić do odpowiednich specjalistów, ale również zajął edukacją lekarzy w kontaktach z rodzicami. Muszą wiedzieć, że rodzic w chorobach rzadkich to partner dla lekarza, a nie wróg numer jeden, który utrudnia im pracę. My naprawdę nie oczekujemy cudów, ani tego, że ktoś nas zastąpi w opiece nad dziećmi. Chcemy, żeby cały system był przyjaźniejszy i pomagał w budowaniu relacji rodzic – lekarz. Bez niej pomoc jest niekompletna. Naprawdę pilnie potrzebny jest ktoś, kto dodatkowo skoordynuje pomoc i będzie prawdziwym rzecznikiem” – zaznacza mama. Z kolei Wanda Wilaszek docenia wsparcie psychologiczne, które miałoby być dostępne w ramach Wojewódzkich Punktów Koordynacji Wsparcia: „W Warszawie powstała grupa dla babć z rodzin zastępczych. Można tam iść, wygadać się, tylko nie mam na to czasu i możliwości, bo ktoś musi zostać z Sabinką. A mąż dorabia jeszcze na emeryturze, ma pracę zmianową, więc jestem uzależniona od niego. Jesteśmy zdani sami na siebie. Nie mam do kogo pójść po pomoc i się pożalić. Mogę iść do psychologa, ale taka wizyta kosztuje 300 zł za godzinę. Może Rzecznik Rodziców i Opiekunów Dzieci z Niepełnosprawnościami by coś zmienił. Przynajmniej miałby kto nas wysłuchać” – zauważa Wanda Wilaszek.

Czystego powietrza nie będzie

Czystego powietrza nie będzie

Samorządy krytykują nową wersję rządowego programu mającego przeciwdziałać smogowi.

Jak informuje Portal Samorządowy, wiele krytycznych opinii samorządów lokalnych odnosi się do nowej wersji rządowego programu Czyste Powietrze. Program ma z założenia ograniczać niską emisję i zapewniać przejście na czyste źródła ogrzewania. Po zmianie władzy również ten program spotkały zmiany. Opinie władz lokalnych na ten temat zebrała organizacja Polski Alarm Smogowy.

Samorządy przede wszystkim krytykują długie procedury, zawiłości biurokratyczne i wykluczenie uboższych mieszkańców z nowej wersji programu. Potwierdzają to twarde dane: liczba wniosków o dofinansowanie w przechodzeniu na czyste źródła ogrzewania spadła ponad czterokrotnie. Od 31 marca 2025 do końca ubiegłego roku złożono niespełna 50 tysięcy wniosków o dofinansowanie. Rok wcześniej w analogicznym okresie było to ponad 205 tysięcy wniosków.

W ankiecie Polskiego Alarmu Smogowego przedstawiciele samorządów lokalnych podkreślają przede wszystkim wielomiesięczne procedury, uznaniowość w interpretowaniu regulaminu, zmiany zasad i decyzji – wszystko to w wykonaniu pracowników Wojewódzkich Funduszy Ochrony Środowiska, którzy odpowiadają za wdrażanie programu. Znacznie wzrosła liczba oczekiwanych dokumentów, wyjaśnień, certyfikatów itp. Zanim zostaną one dostarczone, wstrzymywane są wypłaty środków. Dochodzi nawet do arbitralnego zmniejszania dotacji na prace i wydatki już wykonane wedle wcześniej ustalonych i zatwierdzonych kwot.

Procedury trwają bardzo długo. Przedstawiciele samorządów zwracają uwagę, że nie tylko samo przekazywanie środków, ale także wiele procedur formalnych trwa bardzo długo, np. na sam numer umowy z WFOŚ czeka się całymi miesiącami.

Nowa wersja program ma też wykluczać z niego osoby ubogie. Nie są one w stanie wyłożyć kilkudziesięciu tysięcy złotych, a nawet większych kwot na termomodernizację budynków czy wymianę źródeł ogrzewania, a następnie na długie czekanie na zwrot tych środków. Nie tylko w ubogich, choć najbardziej w nich uderza także koszt kwalifikacji do programu – audyt energetyczny budynku kosztuje 1500-2000 zł, bez gwarancji, że zaowocuje to otrzymaniem dotacji czy choćby zwrotu tych kosztów.

Do nowej wersji programu zniechęcone są także firmy wykonujące prace w ramach dotacji. Długi czas zwrotu środków powoduje, że ubywa firm, które godzą się wykonywać prace w ramach swoich nakładów, które będą zwracane później. Szczególne ubywa firm niewielkich, lokalnych, mających mniejsze zasoby finansowe. Udział pracy robionych w takim modelu zmalał z 50% do 35% ogółu objętych programem. Skutkuje to także tym, że umowy są zawierane z firmami droższymi, co skutkuje większymi wydatkami z budżetu programu.

„Wnioski płynące z analizy ocen programu Czyste Powietrze przez gminy są porażające. Na początku 2024 r. mieliśmy nadzieję, że zapowiedzi premiera Tuska o usprawnieniu programu Czyste Powietrze, szybszej walce ze smogiem i pomocy dla gospodarstw domowych w termomodernizacji domów zostaną zrealizowane. Niestety, jak widzimy po dwóch latach sprawowania rządów, program znajduje się w głębokim kryzysie, a walka ze smogiem mocno wyhamowała. W obecnym tempie cele programu zdefiniowane przez NFOŚ, a więc wymiana 2,5 mln kopciuchów, nie zostaną osiągnięte nawet w ciągu czterdziestu lat” – mówi Andrzej Guła, lider Polskiego Alarmu Smogowego.

Presja ma sens

Presja ma sens

Po miesiącach uników zarząd wielkiej sieci handlowej przystępuje do negocjacji ze związkowcami.

Jak informuje Portal Spożywczy, ma wreszcie dojść do spotkania i negocjacji związkowców z zarządem sieci Dino. Przed kilkoma miesiącami w tej sieci handlowej, drugiej największej w Polsce w formacie dyskontowym, powstały struktury związku zawodowego Konfederacja Pracy. Wcześniej działał on już w sieciach Kauflandzie, Biedronce, Aldi i Rossmann, gdzie wielokrotnie podejmował inicjatywy na rzecz pracowników.

Po powstaniu związku w Dino od razu unaoczniło się kilka problemów, dotychczas skrzętnie skrywanych. Okazało się, że sieć nie utworzyła Zakładowego Funduszu Świadczeń Pracowniczych – właściciel sieci oszczędza na tym miliony kosztem pracowników. Pracownicy zrzeszeni w związku dopominają się także poprawy warunków zatrudnienia – krytykują zbyt niskie zatrudnienie i niewielką obsadę sklepów, co skutkuje przeciążeniem pracowników.

W ostatnim czasie głośno zrobiło się o warunkach termicznych w sklepach Dino. Okazało się, że sieć oszczędza nawet w największe mrozy na ogrzewaniu swoich placówek. Zaalarmowana o tym Państwowa Inspekcja Pracy przeprowadziła serię kontroli. Inspektorzy potwierdzili naruszenia przepisów BHP m.in. w zakresie temperatury w miejscu pracy.

Po miesiącach unikania spotkań ze związkowcami i ignorowania ich postulatów oraz samej działalności, zarząd sieci Dino zadeklarował wreszcie gotowość do rozmów. Mają one dotyczyć warunków pracy, poziomu wynagrodzeń oraz innych problemów sygnalizowanych przez pracowników. Związkowcy napisali na swoim profilu na Facebooku: „Podczas spotkania będziemy się domagać: podwyżek wynagrodzeń, wprowadzenia Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych, zwiększenia zatrudnienia”.

Spotkanie związkowców z zarządem ma się odbyć w ciągu dwóch najbliższych tygodni.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Warszawska róg Szerokiej w Tomaszowie Mazowieckim, w województwie łódzkim, PL, EU. – Praca własna, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=91161368

Silniejsi razem

Silniejsi razem

Pracownicy wynegocjowali pierwsze podwyżki.

Jak informuje portal Tysol.pl, w oddziale firmy Innerio Thermal Technology w Zabrzu udało się wynegocjować podwyżki wynagrodzeń. Stało się to możliwie dzięki utworzeniu i aktywności komisji zakładowej „Solidarności”.

W tej firmie z branży motoryzacyjnej latem 2023 roku utworzono struktury „Solidarności”. Wcześniej nie było tam związków zawodowych. Efektem aktywności związkowej była zmiana regulaminów pracy i regulaminów wynagradzania na korzyść pracowników oraz podwyższenie wartości bonów na posiłki dla zatrudnionych.

Teraz nadszedł czas na negocjacje płacowe. „Solidarność” wywalczyła 3-procentowe podwyżki dla wszystkich oraz dodatkowe, związane z wykonywaną pracą, wynoszące średnio 1,5%. Choć nie są to wskaźniki wysokie, są to pierwsze w dziejach firmy podwyżki negocjowane zbiorowo i przyznane wszystkim zatrudnionym w jasny i przejrzysty sposób. „Przez kilka lat pracowaliśmy na stawkach uzgodnionych jeszcze w 2017 roku, które z biegiem czasu zbliżyły się do poziomu płacy minimalnej. W zeszłym roku pracodawca przyznał podwyżki sam od siebie, nie podejmując rozmów ze związkiem. W tym roku po raz pierwszy udało się przeprowadzić negocjacje, tak jak to powinno być” – mówi portalowi Tysol.pl przewodniczący zakładowej „Solidarności” Włodzimierz Rutkowski.

Zakład w Zabrzu wytwarza systemy chłodzące do samochodów, głównie marki BMW. Zatrudnia 500 osób, z czego już 170 należy do „Solidarności”.

Razem w obronie stali

Razem w obronie stali

Jutro w Ostrawie wspólny polsko-czesko-słowacko-węgierski protest przeciwko dewastacji przemysłu stalowego.

Jak informuje portal Tysol.pl, jutro, 5 lutego, w Ostrawie w Czechach odbędzie się wspólny protest hutników i pracowników branży stalowej. Ostrawa to stolica największego czeskiego regionu przemysłowego, z wciąż działającymi dużymi hutami, choć wiele z nich zostało już zdewastowanych wskutek polityki liberałów i unijnej pseudoekologii.

W proteście wezmą udział pracownicy przemysłu stalowego z Polski, Czech, Słowacji i Węgier. Polskę będzie reprezentowała m.in. spora grupa z „Solidarności”. Przyczyną protestu jest sytuacja w branży metalurgicznej. Pogarsza się ona od miesięcy przy bierności władz. Huty europejskie są dławione wysokimi opłatami klimatycznymi, których nie ponoszą producenci spoza UE – a zarazem ich wyroby bez trudu, limitów i w rosnącym wymiarze są sprowadzane do krajów unijnych. Dużym ciosem w hutnictwo są także stale rosnące ceny energii, w tym szczególnie dla przemysłu. W naszej części kontynentu dodatkowym problemem są także wprowadzone niedawno wysokie dopłaty do kosztów energii dla przemysłu przez Niemcy. Subwencjonowanie przez wielki i bogaty kraj tego składnika kosztów produkcji stawia huty z pobliskich krajów na przegranej pozycji konkurencyjnej.

To jednak nie koniec. Niemcy i Bruksela forsują układ o wolnym handlu z Indiami. Podobnie jak układ z krajami Mercosur, leży on w interesie niemieckiego biznesu. Indie są ogromnym producentem taniej stali i jej napływ do Europy do reszty pogrąży tutejsze hutnictwo.

W chwili obecnej ma ono doraźny problem innego typu. Ukraina z dnia na dzień wprowadziła zakaz eksportu złomu, także metali kolorowych. Był on surowcem dla wielu hut w Europie Środkowej. Teraz są one skazane na zakup droższego wsadu złomowego i poszukiwanie jego dostawców. W tym samym czasie stal produkowana na Ukrainie oczywiście bez przeszkód trafia na europejski rynek – wytwarzana z tańszego surowca, nieobjęta regulacjami klimatycznymi itp.

Jutro zdesperowani z czterech krajów, których przemysł stalowy znajduje się w kryzysie, wychodzą wspólnie ponad granicznymi i narodowymi podziałami na ulice przeciwko tym zjawiskom.