Pocztowcy chcą strajku

Pocztowcy chcą strajku

Pracownicy Poczty Polskiej wypowiedzieli się w referendum za strajkiem.

Jak informuje radio RMF, referendum strajkowe w Poczcie Polskiej jest wiążące. Większość pracowników opowiedziała się za postulatami zaproponowanymi przez związki zawodowe. Łącznie ze strajkiem generalnym.

Udział w referendum wzięło udział ponad 60% zatrudnionych. Oznacza to, że jego wynik jest pełnoprawny, gdyż przekracza połowę zatrudnionych. Wśród głosujących ponad 90% opowiedziało się za postulatami związków zawodowych, które ponad podziałami zorganizowały głosowanie. Głosujący opowiedzieli się za żądaniem podwyżek płac – co najmniej o tysiąc złotych brutto – a także za podjęciem strajku w tej sprawie, gdyby szefostwo firmy nie odpowiedziało pozytywnie na to żądanie.

Decyzje w sprawie szczegółów dotyczących strajku zapadną wkrótce.

Bez pracy w niewielkim mieście

Bez pracy w niewielkim mieście

Niemal 180 osób straciło nagle pracę w Wałczu.

Jak informuje portal Asta24.pl, nagle bez pracy i bez dochodów zostali pracownicy dwóch spółek w Wałczu. W dodatku nie otrzymali ostatnich pensji.

Firma Aluminium Albatros działała w mieście od 16 lat. Wiosną pracownicy zauważyli, że dzieją się drobne, ale niepokojące rzeczy: likwidacja punktów premiowych, zamknięcie automatów z darmową kawą itp. Po czasie okazało się, że firma już wtedy nie płaciła za nich składek do ZUS. Latem zaczęły się opóźnienia w wynagrodzeniach. Sprawą zainteresował się Powiatowy Urząd Pracy, który zorganizował spotkanie z przedstawicielami firmy. Zapewniali oni, że sytuacja ma się poprawić, gdyż firma pozyskała nowego inwestora z Rumunii.

Okazało się inaczej. Pod koniec września PUP otrzymał informację, że spółki Albatros Aluminium oraz ADT Solutions z końcem miesiąca zwalniają 176 pracowników. W mieście liczącym 24 tys. osób. W dodatku zwolnionym zalegają z pensjami i składkami na ubezpieczenie społeczne.

Do Państwowej Inspekcji Pracy wpłynęło już ponad 30 skarg na niewypłacanie pensji i niepłacenie składek. Inspekcja prowadzi kontrolę w firmie. Pracownicy zamierzają kierować sprawy do Sądu Pracy.

Zagłodzą bary mleczne?

Zagłodzą bary mleczne?

Znaczne zmniejszenie dotacji dla barów mlecznych zapisano w budżecie na przyszły rok.

Jak informuje dziennik „Fakt”, w przyszłorocznym budżecie znajduje się znacznie mniejsza kwota na dotowanie barów mlecznych niż przeznaczono na ten cel w roku 2024.

Dotacja dla barów mlecznych rosła nieustannie w kolejnych budżetach. W roku 2018 wynosiła ona 18 milionów, a w 2023 już ponad 34 miliony. Budżet na rok 2024, przygotowany przez poprzedni rząd, zawierał dotację w wysokości ponad 71 milionów złotych. Miało to umożliwić utrzymanie niskich cen w barach mlecznych mimo wzrostu inflacji.

Bary mleczne są dotowane od dawna – aby stołujący się w nich niezamożni ludzie mogli sobie pozwolić na zakup posiłku. Po spełnieniu precyzyjnych kryteriów właściciele barów mlecznych otrzymują od państwa środki rekompensujące obniżanie cen potraw.

W budżecie na rok 2025 przewidziano zmniejszenie dotacji dla barów aż o 10 milionów złotych wobec kwoty z roku 2024. Dzieje się tak, pomimo że przewidywana inflacja w 2025 roku ma wynieść co najmniej 5%, a zdaniem wielu analityków będzie wyższa. W dodatku żywność, w tym półprodukty i składniki potraw, drożeje jeszcze bardziej.

Jest to pierwsze obniżenie dotacji od wielu lat. Bary mleczne dostaną o ok. 15% mniej niż w 2024. Przedstawiciele rządu twierdzą, że pieniędzy powinno wystarczyć, a środki są zabezpieczone na podstawie szacunków wydatków na ten cel w roku 2024. Przedstawiciele właścicieli barów mlecznych krytykują taki pomysł. Wskazują, że po pierwsze dotacje dotyczą wyłącznie dań bezmięsnych i można było rozszerzyć zakres dotowania. Po drugie, jeśli nowy bar startuje w ciągu roku, to nie dostaje żadnej dotacji, gdyż wnioski o dofinansowanie trzeba zgłaszać w poprzednim roku, z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.

Biedronka żerowała na słabszych

Biedronka żerowała na słabszych

Sąd uznał, że sieć handlowa Biedronka wymuszała na dostawcach niekorzystne warunki i zyskała na tym setki milionów.

Jak informuje portal Business Insider, sąd okręgowy przychylił się do wcześniejszego stanowiska Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Ta instytucja już podczas kontroli w roku 2020 uznała, że sieć handlowa Biedronka stosowała wobec swoich dostawców niedopuszczalne i sprzeczne z prawem praktyki. Biedronka już w trakcie współpracy i po dostarczeniu produktów zmuszała dostawców do dodatkowych rabatów. Oznaczało to, że nie była możliwa kalkulacja tego, jakie zyski osiągną firmy dostarczające produkty do sieci handlowej oraz jak one będą się miały do kosztów produkcji.

UOKiK podczas kontroli w 2020 roku zwrócił uwagę na nietypowe zachowania sieci wobec dostawców, głównie warzyw i owoców. Instytucja informowała wówczas: „Kontrahenci byli informowani o konieczności udzielenia rabatu dopiero na koniec okresu rozliczeniowego, po zrealizowaniu dostaw. Tym samym zawierając umowę, nie wiedzieli, ile zarobią, ponieważ w każdej chwili właściciel Biedronki mógł zażądać pomniejszenia wynagrodzenia, poprzez przyznanie dodatkowego rabatu w sobie tylko znanej wysokości. W przypadku braku dokonania korekt wcześniejszych faktur z uwzględnieniem tego rabatu dostawcy groziła kara finansowa. Ze względu na siłę rynkową Biedronki dostawcy godzili się na niekorzystne dla nich warunki, obawiając się, iż zakończenie współpracy mogłoby oznaczać jeszcze większe straty finansowe”.

UOKiK uznał, że tylko w ciągu trzech lat Biedronka mogła takimi zagrywkami zyskać dodatkowe 600 milionów złotych oraz o tyle uszczuplić dochody dostawców produktów, czyli firm znacznie mniejszych od tej sieci handlowej. Dotyczyło to ok. 200 podmiotów, a w skrajnych przypadkach traciły one nawet 20% kwoty całych obrotów (nie zysku) z Biedronką. Instytucja nałożyła wówczas na Biedronkę karę w wysokości 723 milionów złotych. Sieć handlowa zaskarżyła tę decyzję do sądu.

Obecnie sąd pierwszej instancji uznał zasadność argumentów UOKiK i nałożył na Biedronkę karę w wysokości 506 milionów. Sąd stwierdził, że sieć nie miała prawa uzyskiwać od dostawców produktów spożywczych rabatów, które nie zostały wcześniej ustalone i zawarte w umowach handlowych.

Szef UOKiK powiedział portalowi Business Insider: „Wyrok to bardzo ważny sygnał dla rynku, zwłaszcza największych przedsiębiorców. Sieci handlowe powinny płacić dostawcom za produkty taką cenę, na jaką się umówiły”.
Decyzja sądu niestety nie jest prawomocna. Biedronce przysługuje apelacja od niej do wyższej instancji.

Bez pracy, bez płacy, bez huty

Bez pracy, bez płacy, bez huty

Coraz gorsza jest sytuacja Huty Częstochowa, a przede wszystkim jej pracowników.

Jak informuje portal Bankier.pl, pogarsza się sytuacja w Hucie Częstochowa, nazwanej obecnie Huta Liberty Częstochowa. Do dotychczasowych problemów zakładu doszło wyczerpanie się środków na pensje pracowników.

W lipcu ogłoszono upadłość Huty Częstochowa. Od miesięcy nie działała już ona realnie, a koncern Liberty już pod koniec 2023 roku zaprzestał produkcji stali w zakładzie. Kilkakrotne obietnice wznowienia produkcji pozostały tylko słowami. Po ogłoszeniu upadłości pracownicy pozostający na postojowym byli opłacani z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Te środki uległy wyczerpaniu, a żadna z instytucji publicznych, do których zwracano się o pożyczkę na ten cel, nie udzieliły jej. Oznacza to brak wynagrodzeń dla całej załogi huty. Bez pensji pozostaje 950 osób.

Związki zawodowe zaapelowały do Donalda Tuska i rządu o pomoc: „Związki zawodowe działające w Liberty Częstochowa Sp. z o.o. w upadłości (Huta Częstochowa) zwracają się z ponownym wnioskiem o podjęcie działań ze strony Państwa RP, zmierzających do wsparcia procesowego chroniącego przed likwidacją Hutę Częstochowa. Potrzebujemy wsparcia finansowego, potrzebujemy szybkiej decyzji, zgody na udzielenie naszemu upadłemu przedsiębiorstwu kredytu w celu zabezpieczenia wypłat dla pracowników huty za WRZESIEŃ, zaopiekowania się przedsiębiorstwem i dokończenia transakcji zbycia aktywów huty na rzecz nowego inwestora. Potencjał Huty Częstochowa i jej znaczenie w obliczu sytuacji geopolitycznej, bezpieczeństwa, obronności kraju i wagi w przemyśle ciężkim, są znane Rządowi RP. Nie pozwolimy aby nasz zakład zniknął z mapy Polski, jeśli będzie trzeba, będziemy tłumnie protestować i prosić o pomoc każdego, kto w okresie prawnej niepewności da nam wsparcie, oraz pomoże nam w znalezieniu nowego inwestora dla Huty Częstochowa. Od roku 2020 gdy Liberty, początkowo dzierżawca, a następnie właściciel, nie przeprowadził w Hucie Częstochowa żadnej inwestycji czy też modernizacji. Przeciwnie, poprzez zaniedbania wynikające najczęściej z braku środków finansowych oraz złego zarządzania, doprowadzono do degradacji infrastruktury i upadłości przedsiębiorstwa o strategicznym znaczeniu na rynku stali”.

Nieoficjalne szacunki mówią o zadłużeniu zakładu na kwotę 700 milionów, co miałoby trzykrotnie przewyższać rynkową wartość majątku huty.

Zatrudnienie wciąż śmieciowe

Zatrudnienie wciąż śmieciowe

Nie będzie wielokrotnie zapowiadanej i wpisanej do KPO likwidacji umów śmieciowych.

Jak informuje Dziennik Gazeta Prawna, nie będzie likwidacji umów śmieciowych w Polsce. Przypomnijmy, że poprzedni rząd wpisał likwidację śmieciówek do Krajowego Planu Odbudowy. Był to jeden z tzw. kamieni milowych. Uderzenie w zatrudnienie na bazie umów cywilnoprawnych wielokrotnie w ostatnich miesiącach zapowiadało obecne ministerstwo rodziny i pracy. Umowy o dzieło i umowy zlecenia miały zostać zastąpione przez tzw. jednolity kontrakt, de facto stanowiący to samo, co umowa o pracę.

Takie rozwiązanie miało polepszyć sytuację zatrudnionych. Umowy śmieciowe oznaczają mniej stabilne zatrudnienie, brak płatnego urlopu czy takiegoż zwolnienia chorobowego. Od wielu lat są uważane za narzędzie eksploatacji pracowników. Teraz okazuje się, że nic z tego.

Resort rodziny i pracy poinformował, że zmian nie będzie. Decyzję taką podjęto na bazie raportu Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych. To placówka podległa ministerstwu. W 2022 roku sporządziła ona raport, wedle którego na zlecenie resortu rodziny, który nadzoruje instytut. „Raport nie rekomenduje jej [jednolitej umowy o pracę] wprowadzenia do polskiego porządku prawnego. Nie ma więc podstaw do podjęcia prac legislacyjnych w ramach realizacji kamienia milowego A54G w zakresie wdrożenia do prawa polskiego jednolitej umowy o pracę. W konsekwencji w zakresie właściwości Departamentu Prawa Pracy kamień milowy A54G realizacji nie wymaga” – napisało ministerstwo w odpowiedzi na pytanie Dziennika Gazety Prawnej.

Również inne media w ostatnich dniach donoszą o wstrzymaniu prac nad likwidacją umów śmieciowych. Przedstawiciele rządu zapowiadają, że w razie potrzeby będę renegocjować KPO, aby usunąć ten zapis.

Rolnicy przeciw wolnemu handlowi

Rolnicy przeciw wolnemu handlowi

Przedstawiciele środowisk rolniczych protestują przeciwko umowie z krajami Mercosur.

Jak informuje portal Farmer.pl, przedstawiciele europejskich organizacji rolniczych wzywają władze unijne do odstąpienia od zamiaru wdrożenia porozumienia handlowego z krajami Mercosur. Na jego mocy zliberalizowano by handel produktami rolnictwa i hodowli z większością państw Ameryki Łacińskiej. Niedawno wznowiono prace nad sfinalizowaniem tej umowy.

Europejscy rolnicy twierdzą, że swoboda handlu z Mercosur doprowadzi do poważnych zakłóceń na rynku rolnym, otwierając drzwi do importu tańszych produktów rolnych z Ameryki Południowej, które nie spełniają surowych unijnych standardów. – „Europejscy rolnicy alarmują, że umowa ta zagraża stabilności ich działalności poprzez otwarcie rynków na import tanich produktów rolnych z Ameryki Południowej, które często nie spełniają rygorystycznych unijnych standardów. Takie działanie niesie ryzyko poważnych perturbacji na rynku europejskim, zagrażając konkurencyjności i żywotności lokalnych gospodarstw” – twierdzi Jerzy Wierzbicki, Prezes Polskiego Zrzeszenia Hodowców Bydła Mięsnego.

Z kolei Jacek Zarzecki z Polskiej Platformy Zrównoważonej Wołowiny mówi: „Nasza żywność, nasze gospodarstwa oraz nasza przyszłość wymagają ochrony przed nieuczciwą konkurencją, która może podważyć dziesięciolecia postępów w zakresie zrównoważonego rozwoju i wysokich standardów produkcji rolnej”.

O zagrożeniach związanych z umową handlową z krajami Mercosur pisaliśmy już pięć lat temu: Argentyńska wołowina i niemiecka fura a sprawa polska

Bez pomocy w kryzysie

Bez pomocy w kryzysie

Wiele powiatów nie oferuje osobom potrzebującym wsparcia w postaci interwencji kryzysowej – alarmuje Rzecznik Praw Obywatelskich.

Jak informuje Portal Samorządowy, zdaniem Rzecznika Praw Obywatelskich wiele powiatów nie oferuje osobom potrzebującym wsparcia w formie interwencji kryzysowej. Część z nich czyni tak z powodu brak dostatecznego finansowania wsparcia. Inne z powodu niejasności formalno-prawnych. RPO apeluje do minister rodziny, pracy i polityki społecznej o zajęcie się tym problemem.

W 2023 roku w Polsce działały 162 ośrodki interwencji kryzysowej, w wśród nich 125 miało miejsca całodobowej opieki. Z kolei punktów interwencji kryzysowej było 68, w tym całodobowych 14. Tego rodzaju działania są zadaniem ustawowym powiatów. Tymczasem w Polsce jest 314 powiatów i 66 miast na prawach powiatów. Oznacza to, że w wielu z nich nie istnieją ośrodki wsparcia w kryzysie.

Artykuł 47 ustawy o pomocy społecznej mówi, że interwencja kryzysowa to zespół interdyscyplinarnych działań na rzecz osób i rodzin będących w stanie kryzysu. W ramach interwencji udziela się natychmiastowej specjalistycznej pomocy psychologicznej, a w zależności od potrzeb także poradnictwa socjalnego lub prawnego, a w sytuacjach uzasadnionych schronienia na okres do 3 miesięcy. Wsparcie powinno dotyczyć osób w trudnych emocjonalnie sytuacjach, wywołanych kryzysami rodzinnymi, trudnościami wychowawczymi, problemami psychospołecznymi (brak środków finansowych, bezrobocie, przemoc domowa, nadużywanie alkoholu), kłopotami emocjonalnymi (lęki, poczucie osamotnienia).

Zdaniem RPO przepisy dotyczące interwencji kryzysowej nie określają np. szczegółowych zasad i norm funkcjonowania jednostek realizujących to zadanie, minimalnego zakresu usług, kwalifikacji osób je wykonujących. Ośrodki interwencji często same określają reguły działalności, w tym zasady przyjmowania osób potrzebujących do placówek. Powoduje to uznaniowość i brak jednolitego standardu pomocy w zależności od danego powiatu. Zdaniem Rzecznika również 3-miesięczny okres udzielania schronienia jest nieuzasadniony, bo wychodzenie z kryzysu to sprawa indywidualna i może trwać dłużej. RPO uważa, że państwo przeznacza na tego rodzaju pomoc zbyt małe środki, a powiaty nie zawsze dysponują odpowiednimi funduszami. Jego zdaniem niezbędne jest dofinansowanie powiatów w formie dotacji.

Dorota Kłuszyńska: Tadeusz Reger – rycerz niezłomny (1938)

Dorota Kłuszyńska: Tadeusz Reger – rycerz niezłomny (1938)

Odszedł w zaświaty Tadeusz Reger, najwierniejszy z wiernych wielkiej sprawie wyzwolenia ludzi pracy z niewoli i poniżenia.

Bezprzykładne poświęcenie, prawość charakteru, pracowitość niespotykana, ofiarność i bezinteresowność – oto zalety, które zdobyły mu miłość klasy pracującej, szacunek ogólny nie tylko w Polsce, ale i w zagranicznych organizacjach.

Urodził się Tadeusz Reger w Nowym Jorku 2 kwietnia 1872 r. Pochodził z niezamożnej rodziny mieszczańskiej. Ojciec Jego był inżynierem. Do szkół uczęszczał w Przemyślu i w Krakowie. Rozpoczął praktykę aptekarską w 1892 r. Został asystentem aptekarskim.

Już w 1889 r. pisywał artykuły i korespondencje do wychodzącej w Genewie „Pobudki”, do robotniczej „Pracy”, wydawanej we Lwowie przez Daniluka, następnie do „Robotnika” i „Siły”, redagowanych we Lwowie przez tow. Daszyńskiego.

W lipcu 1891 r. przemawiał na zebraniu socjalistycznego stowarzyszenia „Siła”. Zadenuncjowany przez pobożny organ szlachty galicyjskiej „Czas”, stracił pracę w aptece. Zapisał się na uniwersytet. Zdał świetnie kilka egzaminów, został relegowany w 1893 r. za udział w stowarzyszeniach i zgromadzeniach robotniczych.

Reger objął redakcję krakowskiego „Naprzodu”, ale już w lutym 1894 został aresztowany; wynikł z tego ogromny proces, sędziowie przysięgli wydali wyrok uniewinniający Regera i towarzyszy.

Na rozkaz hr. Kazimierza Badeniego, ówczesnego namiestnika Galicji, aresztowano Regera pod zarzutem organizowania zamachu na cesarza Franciszka Józefa, ale z tej opresji wychodzi wolny wyrokiem sądu przysięgłych.

Wraca natychmiast do pracy partyjnej jako redaktor, agitator i organizator socjalistyczny. Ścigany często przez c.k. władze austriackie był wielokrotnie więziony w Krakowie, Cieszynie, Ostrawie Morawskiej, Nowym Jiczynie, Przemyślu, Nowym Sączu itd. Ogółem przesiedział w więzieniach trzy lata.

W 1895 r. przeniósł się na żądanie organizacji na Śląsk Cieszyński, by organizować tam polski ruch socjalistyczny. Porzucił piękny Kraków i jako pierwszy polski misjonarz socjalizmu poszedł na trudną pracę siewcy nowej wielkiej idei, która miała przynieść odrodzenie Śląska Cieszyńskiego. Reger utworzył polską partię socjalistyczną, a przed Jego przyjściem były tylko niemiecka i czeska; polski robotnik, hutnik, górnik czekał na hasło Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej i to jest największą zasługą Regera, że wskazał polskiemu proletariatowi Śląska drogę do Polski i z jego trudu i twardej pracy jest ten radosny plon.

Z całym zaparciem o głodzie i chłodzie przemierzał wzdłuż i wszerz ziemię śląską, 3 i 4 zgromadzenia dziennie nie należały do wyjątków, wprost nie można było nadążyć za pracą tow. Regera.

Ruch polityczny, zawodowy, kulturalny przez założenie „Siły” [robotnicze stowarzyszenie oświatowo-kulturalne „Siła”, istniejące na Śląsku Cieszyńskim od roku 1908, powstałe z inicjatywy m.in. Regera – przyp. redakcji NO] postawiły Śląsk Cieszyński na czołowym miejscu socjalizmu polskiego w zaborze austriackim.

Jako poseł do parlamentu austriackiego, wybrany dwukrotnie, bronił sprawy górników i spraw śląska. W kasach chorych jako przewodniczący odegrał ważną rolę, sanując te instytucje dla dobra ubezpieczonych.

Kiedy Polska Partia Socjalno-Demokratyczna opowiedziała się za programem niepodległościowym, utrzymywał najsilniejsi kontakt z PPS, organizował Strzelca, wstąpił do Legionów. Po powrocie do Cieszyna stanął natychmiast do pracy jako komisarz wojskowy Legionów. W czasie przewrotu w październiku 1918 r. wziął Reger czynny udział w rozbrajaniu wojsk austriackich i obejmowaniu władzy na rzecz Rady Narodowej ks. Cieszyńskiego, której był jednym z trzech prezesów.

Podczas najazdu Czechów na Śląsk brał osobiście czynny udział w organizowaniu zbrojnej obrony. W lipcu 1920 r. udał się do Paryża, Londynu i Brukseli jako delegat Rady Narodowej, aby uzyskać arbitraż sprawiedliwy dla Śląska.

W Sejmie polskim piastował mandat ze Śląska od 1919 do 1935 roku. W komisjach ochrony pracy odegrał wybitną rolę.

Dobry mówca, był referentem na plenum Sejmu kilku ustaw ubezpieczeniowych. Przemawiał na wielkich zgromadzeniach w całej Polsce, wygłosił setki odczytów, słuchany przez tysiące robotników.

Żegnamy Tadeusza Regera pełni żalu i smutku. Odszedł z naszych szeregów działacz niezastąpiony, wierny do ostatniego tchu sprawie wolności, człowiek honoru, który nie ugiął karku przez całe życie.

Za trud i znój, za najcięższe ofiary doczekał, że padła granica na Olzie.

Ta granica – to był Jego bólów ból, rana krwawiąca Jego serce i duszę, podział Śląska Cieszyńskiego.

Tadeuszu, Przyjacielu nasz drogi, odpoczywaj w spokoju. Pamięć o Tobie i Twoim trudzie dla chwały Polski i ludu roboczego – nie zaginie!

Dorota Kłuszyńska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w dzienniku „Robotnik”, głównym organie prasowym Polskiej Partii Socjalistycznej, nr 295/1938, 18 października 1938 r. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. Tekst publikujemy w 86. rocznicę śmierci Tadeusza Regera.

Koniec fikcji samozatrudnienia?

Koniec fikcji samozatrudnienia?

Unia Europejska przyjęła dyrektywę, która ma chronić przed wymuszonym fikcyjnym samozatrudnieniem w platformach cyfrowych.

Jak informuje portal Puls HR, w poniedziałek przyjęto dyrektywą unijną dotyczącą poprawy i uregulowania warunków zatrudnienia osób świadczących pracę dla platform cyfrowych typu Uber czy Glovo. Dyrektywa ma przede wszystkim regulować ich status pracowniczy oraz skończyć z fikcją samozatrudnienia w aplikacji.

Pracownicy platform cyfrowych nie będą mogli już być bezzasadnie traktowani jako osoby samozatrudnione. Zyskają także prawa korzystania z normalnych praw pracowniczych typu ubezpieczenie zdrowotne czy prawo do zasiłku. Nowa regulacja wprowadza domniemanie stosunku pracy w ogóle, a szczególnie jeśli dowody wskazują, iż wydawane są im polecenia służbowe lub podlegają oni kontroli ze strony pracodawcy jak pracownicy etatowi. Ciężar dowodu ma spoczywać na samej platformie – to ona musi udowodnić, że stosunek pracy nie istnieje. W przeciwnym razie osoby świadczące usługi pod szyldem platform cyfrowych będą domyślnie traktowani jako ich pracownicy.

Dyrektywa nakłada na kraje UE obowiązek wprowadzenia w ciągu dwóch lat do prawodawstwa krajowego przepisów regulujących w takim duchu kwestię zatrudnienia osób w ramach platform cyfrowych.

Dyrektywa reguluje także wykorzystanie algorytmów w miejscu pracy. Pracownicy nie będą już mogli być monitorowani przez algorytmy lub zwalniani na podstawie decyzji algorytmów. Zautomatyzowane systemy będą musiały być monitorowane przez wykwalifikowany personel, a pracownicy będą mieli prawo zakwestionować decyzję podjętą przez system.

Dane Komisji Europejskiej wskazują, że w Unii Europejskiej na rzecz platform cyfrowych pracuje ponad 28 milionów osób.

Ciężko chorzy pozbawieni leczenia

Ciężko chorzy pozbawieni leczenia

Osoby, u których niedawno zdiagnozowano poważne choroby neurologiczne, nie otrzymają leczenia co najmniej do początku kolejnego roku.

Jak informuje portal Rynek Zdrowia, prof. Iwona Kurkowska-Jastrzębska z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie poinformowała, że nowi pacjenci z diagnozą m.in. stwardnienia rozsianego lub rdzeniowego zaniku mięśni nie otrzymają w tym roku leczenia. Placówce wyczerpały się kontrakty z NFZ, a fundusz ma wobec placówki duży dług.

Mowa o pacjentach, u których poważne choroby neurologiczne zostaną zdiagnozowane w ostatnim kwartale 2024 r. Mowa nie tylko o leczeniu we wspomnianej placówce. Ośrodki neurologiczne wykorzystały kontrakty na programy lekowe, a NFZ odmówił zapłaty za nadplanowe świadczenia. Taka sytuacja może prowadzić do poważnych opóźnień w leczeniu kluczowych schorzeń, takich jak stwardnienie rozsiane i rdzeniowy zanik mięśni. Prof. Kurkowska-Jastrzębska, szefowa II Kliniki Neurologicznej Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, mówi: „To oznacza, że do końca roku nie mamy możliwości kwalifikowania do programów lekowych nowo zdiagnozowanych pacjentów. To samo dotyczy pacjentów pediatrycznych, którzy skończyli 18 lat i powinni przejść z leczenia w ośrodkach neurologii dziecięcej do ośrodków dla dorosłych”.

W leczeniu neurologicznym w Polsce jest obecnie 17 programów lekowych. Dotyczą one m.in. stwardnienia rozsianego, rdzeniowego zaniku mięśni, choroby Parkinsona. – „W przewlekłych chorobach neurologicznych leczenie powinno być włączane jak najszybciej po diagnozie” – powiedziała prof. Kurkowska-Jastrzębska.

Tylko placówce, w której pracuje ta lekarka, NFZ zalega za samo leczenie stwardnienia rozsianego kwotę miliona złotych. Ta placówka próbuje kierować chorych gdzie indziej, ale sytuacja w dużych ośrodkach kontrakty także się skończyły, a w mniejszych występują braki personelu odpowiedniego do obsługi programów lekowych na takie schorzenia.

– „Nie wyobrażam sobie, że z powodu opóźnienia w płatnościach dziecko z SMA nie otrzyma terapii genowej, bo minie czas na jej podanie. Zresztą to samo dotyczy leczenia dorosłych pacjentów z SMA np. terapią doustną – oni też nie mogą czekać na rozpoczęcie leczenia, bo choroba postępuje” – mówi prof. Kurkowska-Jastrzębska.

Lekarka mówi także, iż kontrakty z NFZ nie zakładają zwiększenia liczby pacjentów, choć liczba pacjentów z np. stwardnieniem rozsianym rośnie każdego roku. Lekarstwa na takie schorzenia są poza zasięgiem finansowym pacjentem, gdyż są bardzo drogie. Terapie te są stosowane dożywotnio, a dzięki nowoczesnym terapiom pacjenci z SM mogą być w pełni sprawni.

Liberałowie dręczą seniorów

Liberałowie dręczą seniorów

Czeski neoliberalny rząd zamierza podnieść wiek emerytalny.

Jak informuje portal Money.pl, rządząca w Republice Czeskiej koalicja neoliberałów zamierza wprowadzić „reformę emerytalną”. Pod tym pojęciem kryje się oczywiści podnoszenie wieku emerytalnego.

Wiek emerytalny ma być podnoszony stopniowo. Obecnie wynosi on 65 lat dla kobiet i mężczyzn. Z każdym kolejnym rokiem od wprowadzenia „reformy” miałby rosnąć o jeden miesiąc. Oznacza to, że np. osoby urodzone po 1995 roku będą przechodziły na emeryturę w wieku 66 lat lub późniejszym. Docelowy wiek emerytalny ma wynieść 67 lat i ma to nastąpić dla wszystkich około roku 2050.

Zanim to nastąpi, już od 2025 roku ma zostać zmniejszona waloryzacja emerytur, czyli ich realne obniżenie. Waloryzacja emerytur nadal ma uwzględniać inflację, jednak wzrost świadczeń będzie już znacznie słabiej powiązany ze wzrostem płac realnych. Będzie liczony od wskaźnika 30, nie zaś, jak obecnie 50% ich wzrostu. Oznacza to, że już wkrótce emeryci staną się znacząco ubożsi od osób pracujących.

Rządzący neoliberałowie oraz wtórujący im „eksperci” motywują takie decyzje „koniecznościami budżetowymi” i tym, że w przyszłości zabraknie na emerytury. Nie mówią o żadnych innych rozwiązaniach, jak choćby wyższe opodatkowanie zamożnych i firm czy zwiększenie po stronie „pracodawców” składek emerytalnych płaconych za pracowników.

O emeryturę będzie także trudniej. Wcześniejsze emerytury będą przysługiwały po 40-letnim okresie składkowym. Obecnie wynosi on 35 lat. Do okresu składkowego będzie wliczane 80% okresu studiów wyższych, zamiast obecnie przyjętego całego standardowego okresu nauki na uczelni wyższej.

Jedyne pozytywne planowane rozwiązanie to zwiększenie przelicznika wysokości emerytur za okres opieki nad dzieckiem. Pozwoli to zwiększyć mizerne emerytury kobiet, które nie pracowały przez dłuższy czas z powodu opieki nad kilkorgiem dzieci.

Ubywa korzystnych porozumień

Ubywa korzystnych porozumień

W ciągu kilkunastu lat drastycznie zmalała liczba zawieranych zakładowych zbiorowych układów pracy.

Jak informuje portal PulsHR za stroną internetową śląsko-dąbrowskich struktur Solidarności, mamy do czynienia z zapaścią porozumień zbiorowych między pracownikami a „pracodawcami”, zwanych formalnie zakładowymi lub branżowymi układami zbiorowymi pracy. Z danych Głównego Inspektora Pracy wynika, że o ile w roku 2011 zarejestrowano w Polsce 136 nowych takich układów, o tyle w 2023 już zaledwie 46. W całej Polsce układy zakładowe są zawarte w około 8000 przedsiębiorstw, a układy ponadzakładowe w zaledwie 61.

Zbiorowe układy pracy stanowią zabezpieczenie praw pracowników. Zawierają one co do zasady takie zapisy, które wykraczają poza minimum zapewniane przez kodeks pracy i inne akty prawa. Są one zawierane przy obopólnej zgodzie przedstawicieli pracowników i właścicieli firm. W wielu krajach zbiorowe układy obejmują większość zakładów w danej branży, a nawet większość ogółu pracowników. W krajach skandynawskich i nordyckich zbiorowymi układami jest objętych 70-90% wszystkich zatrudnionych w gospodarce narodowej, a sporo branż jest w całości objętych takimi porozumieniami.

Za jedną z przyczyn niskiego poziomu objęcia układami zbiorowymi w Polsce uważa się niskie uzwiązkowienie. W imieniu pracowników to właśnie związki zawodowe są w świetle prawa przedstawicielem negocjującym takie układy z szefostwem firm. Jeśli w firmie nie ma związku, to trudno o reprezentanta strony pracowniczej. „Do poszczególnych okręgowych inspektoratów pracy wpływa coraz mniej wniosków o rejestrację nowych zakładowych układów zbiorowych pracy. Obserwujemy raczej tendencję w kierunku zmiany treści układów, a nie dążenia do zawierania nowych” – mówi portalowi śląsko-dąbrowskiej Solidarności Halina Tulwin, dyrektor departamentu prawnego Głównego Inspektoratu Pracy.

Wąskotorowe podejście

Wąskotorowe podejście

Samorządy przeznaczają miliony na koleje wąskotorowe. Ale wcale nie z myślą o włączeniu ich w regionalne systemy transportowe.

Gdy w Austrii, Szwajcarii, Niemczech czy Włoszech koleje wąskotorowe są normalnym elementem systemu transportu publicznego, w Polsce wciąż traktuje się je wyłącznie jako atrakcję turystyczną. I wygląda na to, że nie zmienią tego ani setki tysięcy wydawane na analizy ich rozwoju, ani nawet miliony przeznaczane na modernizację linii wąskotorowych.

Produkt turystyczny

W latach 2021-2023 na 46-kilometrowej kolei wąskotorowej Przeworsk – Kańczuga – Dynów wykonano prace modernizacyjne warte 56,3 mln zł, z czego 37,7 mln zł pochodziło z dotacji unijnej dla powiatu przeworskiego z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Podkarpackiego 2014-2020 z puli na infrastrukturę kolejową.

Wykonujący prace austriacki koncern Swietelsky Rail ściągnął z zagranicy specjalne maszyny do napraw infrastruktury wąskotorowej. Przeworska kolejka na całej trasie odzyskała przejezdność, utraconą po tym jak w 2020 r. ulewy zniszczyły nasyp i tor koło Jawornika Polskiego. Może teraz chwalić się wręcz magistralnym standardem: na długich odcinkach powstał tor z podkładami strunobetonowymi i sprężystym przytwierdzeniem szyn. Mimo to na tej linii o rozstawie 750 mm prędkość maksymalna to 35 km/h. Przyjęte w 1998 r. rozporządzenie ministra transportu o warunkach technicznych budowli kolejowych określa, że na liniach wąskotorowych pociągi nie mogą przekraczać prędkości 40 km/h. Tymczasem w Austrii na liniach o rozstawie szyn 760 mm pociągi jeżdżą 70-80 km/h.

W opisie rewitalizacji Przeworskiej Kolejki Wąskotorowej wskazano, że celem przedsięwzięcia jest skrócenie czasu podróży, poprawa jakości usług przewozowych, zmniejszenie negatywnego wpływu na środowisko w wyniku przeniesienia ruchu pasażerskiego z dróg na tory, poprawa dostępności terenów wiejskich oraz poprawa dostępności transportowej województwa w ruchu kolejowym. Trudno o spełnienie tych celów, gdy kolej funkcjonuje wyłącznie jako atrakcja turystyczna – pociąg „Pogórzanin” kursuje tylko w soboty i niedziele w sezonie wiosenno-letnim (bilet z Przeworska do Dynowa kosztuje 50 zł).

Czy w ogóle istnieją plany włączenia tej kolei w system transportowy i uruchomienia regularnych przewozów? – „Właścicielem i zarządcą infrastruktury Przeworskiej Kolei Dojazdowej jest powiat przeworski” – zaznacza Monika Konopka z samorządu województwa podkarpackiego. – „Obecny stan prawny nie pozwala powierzać realizacji kolejowego transportu publicznego bez przetargu. Prowadzona działalność na linii wąskotorowej ma charakter komercyjny. Dlatego też objęcie Taryfą Podkarpacką przejazdów na linii wąskotorowej w ramach wspólnego biletu byłoby możliwe do rozważenia po uruchomieniu przewozów powiatowych jako usługi publicznej”.

Powiat przeworski wcale jednak nie ma w planach rozszerzenia działalności o przewozy regularne. – „Rewitalizacja miała sprawić, by Pogórzanin stał się rozpoznawalny jako produkt turystyczny odpowiadający wymogom współczesnego turysty” – mówi Robert Mądry, dyrektor zarządzającego koleją wąskotorową Powiatowego Zarządu Dróg w Przeworsku. Linia Przeworsk – Dynów, choć w całości jest własnością powiatu przeworskiego, to biegnie również przez trzy gminy powiatu rzeszowskiego. Gdy trasa przekracza granice powiatów, to – w myśl ustawy o publicznym transporcie zbiorowym – podjęcie decyzji o uruchomieniu regularnych połączeń należy do samorządu wojewódzkiego. Codzienne przewozy zapewniłyby dojazd z Pogórza Dynowskiego do stacji Przeworsk na linii Przemyśl – Rzeszów – Kraków, rozszerzając sieć połączeń kolejowych na Podkarpaciu.

Kolej krajobrazowa

Samorząd województwa świętokrzyskiego w 2023 r. uzyskał 27 mln zł z funduszu Polski Ład na renowację linii wąskotorowej Jędrzejów – Motkowice – Umianowice – Pińczów (obecnie pociągi turystyczne kursują między Jędrzejowem i Motkowicami w niedziele od maja do września).

W zakres przedsięwzięcia wchodzi remont toru między Motkowicami a doliną Nidy i między Umianowicami a Pińczowem, modernizację stacji i zaplecza w Jędrzejowie, modernizację stacji i dworca w Pińczowie, a także naprawę parowozu Px48, lokomotywy spalinowej Lxd2 i sześciu wagonów. Ponadto planowana jest renowacja biegnącej nad doliną Nidy unikatowej przeprawy z 1915 r.: „W ramach programu Fundusze Europejskie dla Świętokrzyskiego 2021-2027 planowany jest remont mostów i estakad, który umożliwi połączenie szlaku kolejki od Motkowic do Umianowic, dzięki czemu zrewitalizowany zostanie cały szlak od Jędrzejowa do Pińczowa” – mówi Przemysław Chruściel z samorządu województwa świętokrzyskiego. – „Przywrócenie do ruchu odcinka Jędrzejów – Pińczów planowane jest w 2027 r.”.

Choć 10-tysięczny Pińczów jest miastem powiatowym leżącym poza siecią połączeń kolejowych, to rewitalizacja wąskotorówki nie jest prowadzona z myślą o uruchomieniu codziennych przewozów w celu zapewnienia dojazdu do położonej na linii Kraków – Kielce – Warszawa stacji Jędrzejów. Tu dodatkowym problemem jest to, że na terenie miasta kilkanaście lat temu rozebrano 700 metrów toru, którym wąskotorowe pociągi docierały do stacji normalnotorowej. – „Ze względu na zmiany zagospodarowania przestrzennego miasta Jędrzejów dotyczące zabudowy mieszkaniowej, usługowej i drogowej aktualnie brak jest możliwości odtworzenia tego odcinka” – mówi Chruściel.

Od dwóch lat kolej wąskotorowa działa w strukturze Zespołu Świętokrzyskich i Nadnidziańskich Parków Krajobrazowych – podlegająca samorządowi wojewódzkiemu jednostka wpisała kolejkę w swoje działania. W 2022 r. na trójkątnej stacji węzłowej Umianowice powstał ośrodek edukacji przyrodniczej – odrestaurowano drewniany budynek dworca, kolejową wieżę ciśnień przebudowano w wieżę widokową, a atrakcją ośrodka są też drezyny rowerowe działające na odnodze Umianowice – Hajdaszek.

Celem przywrócenia przejezdności 29-kilometrowego odcinka z Jędrzejowa do Pińczowa jest rozwój turystyki na Ponidziu. – „Po wykonaniu wszystkich prac pozwalających na uruchomienie przejazdów na trasie Jędrzejów – Pińczów planowane są w sezonie turystycznym pociągi sobotnio- niedzielne oraz czarterowe w tygodniu” – informuje Przemysław Chruściel.

Świętokrzyski wicemarszałek Marek Bogusławski, odbierając w 2023 r. promesę z programu Polski Ład, oznajmił: „W ciągu najbliższych trzech, czterech lat będziemy mieć naprawdę piękną perełkę turystyczną”.

Brak systemowego wsparcia

O wykorzystaniu wąskich torów nie tylko jako atrakcji turystycznej myślał samorząd województwa łódzkiego, zlecając w 2022 r. za 971 tys. zł opracowanie studium rozwoju linii wąskotorowej Biała Rawska – Rawa Mazowiecka – Rogów. W ekspertyzie brano pod uwagę kompleksową modernizację w celu uruchomienia codziennych przewozów. Zapewniłoby to dojazd z powiatu rawskiego do stacji Rogów, na której zatrzymują się pociągi Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej i Polregio kursujące na trasie Łódź – Skierniewice – Warszawa.

Prace nad ekspertyzą zakończyły się we wrześniu 2023 r. Koszt modernizacji został oszacowany na kwotę wahającą się – w zależności od zakresu przedsięwzięcia – od 198 mln zł do 431 mln zł. Choć w grudniu 2022 r. linię wąskotorową Biała Rawska – Rogów jako predystynowaną do regularnych przewozów ujęto w planie transportowym województwa łódzkiego, to coraz więcej wskazuje na to, że nic z tego nie będzie. Urzędnicy samorządu województwa łódzkiego nieoficjalnie mówią, że nastawienie do tej koncepcji zmieniło się po powyborczych zmianach we władzach regionu. Od czerwca 2024 r. marszałkiem województwa łódzkiego nie jest już Grzegorz Schreiber z Prawa i Sprawiedliwości, który promował się na transporcie publicznym. Zastąpiła go Joanna Skrzydlewska z Koalicji Obywatelskiej – w latach 2019-2024 była wiceprezydentką Łodzi, gdzie komunikacja zbiorowa znajduje się w kryzysie.

W kryzysowym stanie pogrąża się linia wąskotorowa. Z powodu degradacji toru pociągi turystyczne kursują tylko na odcinku Rogów – Jeżów, czyli na liczącym 8 km fragmencie 49-kilometrowej linii.

„Obecna sytuacja jest skutkiem wieloletniego braku systemowego wsparcia utrzymania infrastruktury torowej. Prowadzone na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat rozmowy z samorządami, a także instytucjami rządowymi niestety nie doprowadziły ani do zapewnienia wsparcia bieżącego utrzymania torów, ani do realizacji projektu rewitalizacyjnego” – oświadczyła Fundacja Polskich Kolei Wąskotorowych, która zarządza linią Rogów – Biała Rawska.

Rozważanie możliwości

Dzięki dotacji unijnej z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Pomorskiego 2014-2020 opracowana została dokumentacja rewitalizacji 32-kilometrowej sieci Żuławskiej Kolei Dojazdowej, na którą składają się wykorzystywane w sezonowym ruchu odcinki Nowy Dwór Gdański – Stegna i Sztutowo – Stegna – Prawy Brzeg Wisły.

W ramach wartego 1,2 mln zł zlecenia sporządzono studium wykonalności, program funkcjonalno-użytkowy i dokumentację środowiskową. Koszt rewitalizacji – obejmującej remont infrastruktury torowej, mostów i przepustów, a także instalację urządzeń sterowania oraz renowację peronów – oszacowano na 102 mln zł. W studium wykonalności wskazano, że rewitalizacja jest niezbędna nie tylko dla dalszego funkcjonowania kolei wąskotorowej, ale także pozwoli na jej rozwój i rozszerzenie oferty przewozowej. W opisie studium czytamy, że „realizacja przedmiotowej inwestycji istotnie przyspieszy integrację przestrzenną i gospodarczą regionu Doliny Delty Wisły w województwie. Umożliwi wyższą dostępność rynku pracy i edukacji”.

Wszystko stoi jednak pod dużym znakiem zapytania. – „Na chwilę obecną nie ma zapewnionego finansowania na kontynuację działań dotyczących powyższego projektu” – mówi Dorota Patzer z samorządu województwa pomorskiego. – „Program Fundusze Europejskie dla Pomorza 2021-2027 nie przewiduje wsparcia działań dotyczących linii kolejowych. Zgodnie z przedstawioną przez Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej linią demarkacyjną – czyli podziałem wdrażania krajowych i regionalnych programów unijnych na lata 2021-2027 – infrastruktura kolejowa ma być finansowana na poziomie krajowym”.

W tej sytuacji przyjęty przez samorząd województwa pomorskiego w 2022 r. „Regionalny plan strategiczny w zakresie mobilności i komunikacji” wskazuje na potrzebę rewitalizacji Żuławskiej Kolei Dojazdowej, oczekując, że władze centralne zapewnią finansowanie przedsięwzięcia, a jego realizacją zajmie się właściciel kolejki, czyli powiat nowodworski. – „Sieć ŻKD zlokalizowana jest w całości na obszarze powiatu nowodworskiego, zasadne jest więc prześledzenie strategii lokalnych – dokumentów powiatowych czy planu zrównoważonej mobilności Obszaru Metropolitalnego Gdańsk-Gdynia-Sopot” – mówi Dorota Patzer. – „Przeanalizowaliśmy je i ze zdziwieniem nie widzimy żadnej wzmianki o planach dotyczących ŻKD”.

Władze powiatu nowodworskiego zaznaczają, że to nie one zamówiły studium rewitalizacji Żuławskiej Kolei Dojazdowej, w związku z czym w planach finansowych powiatu nie jest przewidziana realizacja tego przedsięwzięcia. – „Jeżeli pojawią się możliwości finansowania przedsięwzięć związanych z Żuławską Kolej Dojazdową, powiat rozważy taką możliwość” – deklaruje starosta Barbara Ogrodowska.

Wąskotorowe błędne koło

O uwzględnienie w programach rozwoju kolei potrzeb wąskich torów – zarówno w zakresie remontów linii, jak i zakupów taboru – zwróciła się do Ministerstwa Infrastruktury posłanka Paulina Matysiak, przewodnicząca parlamentarnego zespołu ds. walki z wykluczeniem transportowym.

„Ministerstwo Infrastruktury dostrzega i ma na uwadze potrzeby kolei wąskotorowych. Potwierdza to fakt, że od 2020 r., przy udziale przedstawicieli zarządów kolei wąskotorowych, prowadzone były rozmowy i spotkania, na których analizowano różne możliwości finansowania i dofinansowania kolei wąskotorowych” – oznajmił w odpowiedzi wiceminister Przemysław Koperski. – „Na obecną chwilę nie wypracowano konkretnego instrumentu wsparcia, jednak należy zauważyć, iż resort podejmie prace w kierunku zmiany zapisów ustawy i możliwości finansowania kolei wąskotorowych. Z uwagi na złożoność sprawy Ministerstwo Infrastruktury nie ma możliwości wskazania konkretnego terminu”.

Jak widać, resort infrastruktury nie traktuje potrzeb wąskotorówek poważnie. Tak będzie, dopóki samorządy nie będą planowały włączenia kolei wąskotorowych w regionalne systemy transportowe. Samorządowców zniechęca jednak brak źródeł finansowania. I tak oto zamyka się wąskotorowe błędne koło.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 5/132 wrzesień-październik 2024), http://www.zbs.net.pl. Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Karol Trammer.

Cena prądu znowu w górę

Cena prądu znowu w górę

Od stycznia znowu zapłacimy odczuwalnie więcej za energię elektryczną.

Jak informuje „Fakt”, od 1 stycznia czekają nas kolejne podwyżki cen prądu. Przypomnijmy, że 1 lipca rząd neoliberałów częściowo uwolnił ceny prądu i energia zdrożała o 25-35%. Oznacza to nie tylko wyższe rachunki prywatne, ale także wzrost kosztów produkcji, czyli wyższe ceny w sklepach i wzrost inflacji. Teraz czeka nas powtórka z wątpliwej rozrywki.

Wciąż my częściowe mrożenie cen, które rząd rekompensuje dopłatami dla koncernów energetycznych. Mrożenie kończy się 31 grudnia, a w przyszłorocznym budżecie zaplanowano znikome i znacznie mniejsze od dotychczasowych kwoty na dotowanie niższych cen energii. Przewidywany wzrost cen to podwyżka z poziomu 1,15 zł do 1,39 zł za kilowat. Dla przeciętnego gospodarstwa domowego w Polsce oznacza to 480 złotych dodatkowych wydatków rocznie.

Ale to nie koniec złych wieści. Na rachunki za prąd powróci także tzw. opłata mocowa. Wyniesie ona w najczęstszej postaci około 14 zł miesięcznie. To kolejne ponad 160 złotych nowych wydatków rocznie. W sumie zatem mowa o ok. 640 złotych rocznie więcej za prąd na przeciętne polskie gospodarstwo domowe. Niezależnie od już wysokich niedawnych podwyżek cen energii.

Ze szpitala na bruk

Ze szpitala na bruk

Będą masowe zwolnienia ze szpitala w Lubartowie.

Jak informuje portal Money.pl, w szpitalu w Lubartowie na Lubelszczyźnie planowane są wielkie zwolnienia z pracy. Stracić zatrudnienie może nawet niemal 200 osób, czyli jedna trzecia całej obsady placówki.

Dyrekcja szpitala poinformowała związki zawodowe, że planuje zwolnienia grupowe. Do końca roku pracę mogą stracić 192 osoby. 120 z nich dostanie wypowiedzenia, a pozostałe stracą pracę, ale z możliwością podpisania nowej umowy, na gorszych warunkach – jeśli nie zaakceptują tego, również stracą zatrudnienie. Największą grupą do zwolnienia są pielęgniarki – 28 ze 193 zatrudnianych. Kolejne 67 pielęgniarek otrzyma wypowiedzenia „zmieniające dotychczasowe warunki pracy i płacy”. Zaplanowano także zwolnienia m.in. 18 położnych, 10 ratowników medycznych, 14 fizjoterapeutów, 4 lekarzy, 20 salowych i sanitariuszy, 18 pracowników gospodarczych i obsługi, 6 pracowników ekonomicznych, administracyjnych i technicznych oraz jednego psychologa.

Dyrekcja placówki motywuje swoją decyzję kiepską sytuacją finansową. Szpital jest zadłużony na 130 milionów złotych.

Czołowe zderzenie historii z historią

Czołowe zderzenie historii z historią

Jadą ze wsi wozy / Aprowizacyjne, / Jadą na wieś wozy / Asenizacyjne. / Przy rogatce się minęły / Pod szlabanem, / Jak kareta ślubna z karawanem. / Przyjechała na targ zielenizna, / Przyjechał nawóz na pole, / I zaczęła nowy dzień ojczyzna, / Żeby pełnić posłannictwo dziejowe / I odegrać historyczną / Rolę.
Julian Tuwim, Bal w Operze

 

Skończył się tragiczny dla wielu Polaków – z powodu powodzi – wrzesień 2024, a wraz z nim 85. rocznica Wojny Obronnej 1939. Inspirując się interesującym wywiadem z prof. Andrzejem Friszke, w którym ceniony historyk poddaje silnej krytyce naszą współczesną narodowo-konserwatywną historiografię, należy dodać, że nie tylko Zachód nie docenia (nie zauważa) – jak twierdzi prof. Friszke – w takim stopniu, w jakim chcielibyśmy polskich w sensie etnicznym ofiar II wojny światowej. Nie dostrzegają jej także kręgi opiniotwórcze o proweniencji liberalnej czy lewicowo-liberalno-progresywnej, zwłaszcza z ośrodków wielkomiejskich, co bardzo silnie – patrząc z oddolnej perspektywy – wzmaga po prawej stronie sceny politycznej narrację o celowym przemilczaniu pamięci o polskich ofiarach wojny wśród wielkomiejskich liberałów (liberalnej lewicy). Podsyca także konflikt historyków po obu stronach ideowej barykady. Wydaje się, że u praprzyczyn lekceważącego stosunku naszych rodzimych liberałów do historii tkwi m.in. trafna diagnoza prof. Friszke, dotycząca braku historycznego wykształcenia domowego Lecha Wałęsy przedstawiona w innym ciekawym wywiadzie tegoż naukowca udzielonym dla programu „Historia bez kitu”.

Otóż u źródeł nieodebrania domowego wykształcenia historycznego bardzo wielu dzisiejszych mieszkańców wielkich miast, w tym wielkomiejskich liberałów, stoi nie tyle nawet samo ich plebejskie w dużej mierze pochodzenie, ile fakt, że dwa czy trzy pokolenia wstecz przeprowadzili się oni (ich rodzice, dziadkowie) ze wsi, zrywając z różnych powodów więzi ze środowiskami, w których tkwią ich korzenie. Spotęgowała to zjawisko po 1989 roku nadmierna gloryfikacja „błękitno-krwistego” pochodzenia społecznego, z której dorobku czerpie nasza współczesna narodowo-konserwatywna historiografia. Wskazywanie szlacheckich korzeni nawet u prominentów komunistycznych (gen. Wojciech Jaruzelski) miało prawo być poczytywane jako oczywista nobilitacja tychże osób i spuścizny szlacheckiej jako pewnej trwałej wartości. Tymczasem większość przybyłych po wojnie do Nowej Huty, Warszawy czy Gdańska była plebejuszami i nie tylko herbowym pochodzeniem poszczycić się nie mogła, ale wcale nierzadko miewała dziadków w Armii Czerwonej, Wehrmachcie, SB, nie mówiąc już o PZPR, przez którą przewinęły się miliony Polaków. Jako rodzinną legendę stworzoną u schyłku PRL na użytek państwowy należy bowiem poczytywać tę z „Drogi nadziei” Lecha Wałęsy, gdzie jest mowa o tym, jakoby dziadek naszego noblisty walczył ramię w ramię z Piłsudskim, zaś sami Wałęsowie wywodzą się od jednego z żołnierzy Wielkiej Armii Napoleona. Prof. Friszke zdecydowanie, choć nie wprost, obala ten mit już na wstępie wywiadu.

Ponieważ większość mieszkańców naszych miast, w tym metropolii – nie tylko Lech Wałęsa – nie posiada herbowych przodków, a ciekawość własnych korzeni jest u nich równie duża jak u tych „nobliwych”, niejako w kontrze do narodowo-konserwatywnej i zarazem postszlacheckiej wizji dziejów od jakiegoś czasu kształtuje się m.in. ze wszech miar potrzebna i wielowymiarowa ludowa wizja naszej historii. Niestety jednak w swej masie próbuje strząsnąć z siebie religijno-romantyczną spuściznę, będącą, czy to nam się podoba czy nie, immanentną cechą polskości – zwłaszcza tej ludowej. Jej rozmaici reprezentanci nazbyt często próbują opisywać historię ludu wiejskiego lekceważąc albo nawet kompletnie pomijając aspekt religii i towarzyszącej jej wiary w Boga, ewentualnie traktując ten obszar jako co najwyżej ciekawostkę etnograficzną. Nie potrafią dostrzec, a czasami nie umieją bądź nie chcą zrozumieć, że historii i współczesności polskiego ludu najzwyczajniej w świecie nie da się opowiedzieć bez religii, kościołów, kaplic i kapliczek, figurek i krzyży. I to niezależnie od tego, że laicyzacja dotyka od pewnego czasu także wieś.

Co najmniej ostatnie dwa stulecia wiejski lud zapisywał w takich obiektach bardzo wnikliwie swoje dzieje – np. te związane z zapominaną przez Zachód i część naszych wielkomiejskich elit martyrologią (o czym było na początku), ale i te związane z pamięcią o uwłaszczeniu chłopów czy upadku pańszczyzny. Ich fundatorami bądź odnowicielami bywają w większości oczywiście osoby wierzące, ale nierzadko również i zeświecczone, czasem nawet zupełnie indyferentne religijnie. Gdy wygłaszają hasła „wolność”, „równość”, „tolerancja”, czerpią z dumą – i mają do tego pełne prawo – ze źródeł i inspiracji odmiennych niż robi to lewicowo-liberalny wielkomiejski patrycjat. Na przykład religijnych i romantycznych. Niekoniecznie z oświeceniowych – czego będący autorytetem dla liberałów Lech Wałęsa z wizerunkiem Matki Boskiej w klapie jest także żywym przykładem.

Wobec niechęci świeżo nobilitowanych liberalnych „wielko-mieszczan” do owej religijno-romantycznej tradycji, wywodzący się z ich kręgów niektórzy głośni historycy zaczęli poszukiwać swojego „herbu” przeszczepiając na polski grunt wszystko, co zachodnie, byle było zachodnie, w tym tezy przystające doskonale do społeczeństw postkolonialnych o bardzo silnych od wieków korzeniach mieszczańskich (Francja, Holandia, Niemcy) ukształtowanych na tradycji oświeceniowej. Ale niekoniecznie dobrze przystające do naszych realiów. Znaleźli w tym oczywiście głośnych promotorów w postaci wpływowych mediów. W tym toku myślenia, świadomie bądź nie, wypierają z siebie fakt, że w Polsce religijno-romantyczna spuścizna – wzmocniona w XXI wieku katastrofą smoleńską – jest i na długie lata pozostanie fundamentem mentalności dużej części społeczeństwa, w tym m.in. tej, z której wyrasta owa konserwatywna czy konserwatywno-narodowa wizja dziejów. Przy lekceważącym stosunku naszych liberałów do martyrologii tę ostatnią wzmagać będą na pewno np. rodzinne i grupowe wycieczki Polaków do muzeum bajek braci Grimm w niemieckim Alsfeld. Zwłaszcza gdy po wyjściu z niego ten i ów turysta uda się z dziećmi na centralny plac tamtejszej starówki i natknie na tablicę ilustrującą niniejszy artykuł. Wspominam o tym celowo, jako że ze środowisk lewicowo-liberalnych nierzadko słyszy się głosy o konieczności niezajmowania się już historią, bo „na nowoczesnym Zachodzie” patrzy się przede wszystkim w przyszłość, a nie wstecz. No to proszę spojrzeć na fotografię wykonaną przeze mnie w wakacje 2023 r.

Czy tego chcemy czy nie, w Polsce doszło już do czołowego zderzenia dwóch wizji dziejów (upraszczająco na potrzeby artykułu: pluralistyczno-demokratycznej i narodowo-konserwatywnej), z których tę drugą, faktycznie niedoskonałą, bo opartą zbyt mocno na zero-jedynkowym widzeniu świata, wcale nie będzie łatwo przeformatować negując w tej rodzimą tradycję i spuściznę. Niestety bowiem wielkomiejskie opiniotwórcze środowiska lewicowo-liberalne o progresywnym odcieniu, będące zarazem promotorami innych niż narodowo-konserwatywna wizji dziejów, tak właśnie czynią, uderzając obuchem siekiery po kolei w „polską tolerancję”, Jana Pawła II, poszukując na siłę volkistowskich i rasistowskich elementów w rodzimym nacjonalizmie czego szczytowym osiągnięciem było porównywanie antysemickich młodzieńczych wypowiedzi kardynała Wyszyńskiego do „Mein Kampf” Adolfa Hitlera, czy wreszcie stawiając tezy o rzekomych polskich koloniach na ziemiach współczesnej Białorusi i Ukrainy. Najnowszą puentą tej polityki były bliźniaczo podobne do siebie teksty, które ukazały się nieomal w tym samym czasie, zachęcające de facto do ataku internetowych trolli na zalanych falą powodziową franciszkanów z Kłodzka, którzy na swoim profilu facebookowym „ośmielili się” wystąpić do ludzi dobrej woli z prośbą o wsparcie.

Po ukazaniu się tych artykułów wybiło skrajnie antykościelne i antyreligijne szambo, można by sarkastycznie rzec „o zdrowej, odżywczej – bo przecież nowoczesno-wielkoświatowej – woni i konsystencji”, którego świadomych przecież twórców nie sposób uznać – pomimo dobrych chęci prof. Friszke – za część otwartej, tolerancyjnej i demokratycznej Polski. Czy wobec takich zachowań liberalnych i lewicowo-liberalnych promotorów pluralistyczno-demokratycznej wizji dziejów należy doprawdy dziwić się naszym narodowo-konserwatywnym historykom i ich poplecznikom, że bardziej niż o przypadkach mordów niektórych Polaków na Żydach w czasie II wojny światowej chcą mówić o celowych działaniach sojuszu liberałów i progresywnej lewicy dążących do zniszczenia naszego dziedzictwa kulturowego, tudzież o lekceważeniu przez nich polskich ofiar nazizmu i komunizmu?

dr Andrzej Dwojnych

Gorsze wyniki spółek publicznych

Gorsze wyniki spółek publicznych

Wyniki spółek skarbu państwa za II kwartał 2024 okazały się kiepskie i znacząco gorsze niż rok temu.

Jak informuje portal Bankier.pl, ujawnione wyniki finansowe wszystkich spółek skarbu państwa zazwyczaj są mizerne i znacząco niższe niż w czasach, gdy firmy te były obsadzone szefostwem z nadania poprzedniego rządu. W dodatku spośród ponad 20 spółek skarbu państwa niemal połowa wykazała straty.

Portal analizuje wyniki 22 przedsiębiorstw publicznych z decydującym udziałem Skarbu Państwa i o kapitalizacji przekraczającej co najmniej pół miliarda złotych

Pozytywne wyniki dotyczą mniejszości analizowanych firm. Wyniki lepsze niż w analogicznym okresie roku 2023 wypracowały tylko PGE, Alior, PKO BP, KGHM i Kogeneracja. Enea, Energa i BOŚ straty zamieniły w zyski. Zakłady Azotowe Puławy, Grupa Azoty oraz Polski Holding Nieruchomości wykazały mniejsze straty niż rok temu.

Pekao, PZU, Trakcja i GPW miały zyski mniejsze niż w drugim kwartale ubiegłego roku. Orlen, Polimex Mostostal, JSW, Tauron, PKP Cargo, Bogdanka, Police zyski zamieniły w straty. Straty wykazało aż 10 spółek. Wynik 11 spółek był gorszy od zeszłorocznego.

Zysk pięciu najlepszych przedsiębiorstw publicznych wyniósł 7,35 mld zł, podczas gry rok temu miały one zysk 3,88 mld zł. Na tym kończą się pozytywy. Zsumowany zysk wszystkich analizowanych firm w drugim kwartale 2024 r. pokazał stratę rzędu 322 mln zł, choć rok temu w tym samym okresie miały one w sumie 11,5 mld zł zysku.

Unia chroni wielkich

Unia chroni wielkich

Komisja Europejska rozpoczęła wobec Węgier postępowanie w związku z preferencyjnym opodatkowaniem mniejszych krajowych podmiotów.

Jak informuje portal Business Insider, Komisja Europejska wszczęła w czwartek wobec Węgier postępowanie dotyczące uchybienia zobowiązaniom państwa członkowskiego UE w sprawie podatku od sprzedaży detalicznej nakładanego na zagraniczne firmy. Pod tym żargonem kryje się chęć zmuszenia Węgier, aby zaprzestały wysoko i progresywnie opodatkowywać duże zagraniczne firmy handlowe.

Unijna instytucja zarzuca rządowi Orbána, że preferencyjnie traktuje mniejszy i krajowy biznes. Wnioskodawcy postępowania przeciw Węgrom twierdzą, że wysokie, maksymalne i progresywne stawki podatku od zysków przedsiębiorstw zostały ustalone tak, aby uderzać w duże zagraniczne przedsiębiorstwa handlowe. KE przekonuje, że takie przepisy ograniczają swobodę przedsiębiorczości, a podatek nieproporcjonalnie obciąża zwłaszcza większe przedsiębiorstwa zagraniczne.
Komisja twierdzi, że krajowy węgierski biznes jest traktowany priorytetowo. Uważa też, że wystarczy, aby podmiot działał na Węgrzech w systemie franczyzy (czyli miał krajowych właścicieli) i stosował nazwę węgierską zamiast zagranicznej, żeby jego opodatkowanie też było niższe niż to, które dotyka podmioty zagraniczne operujące na Węgrzech.

Komisja informuje, że jeśli władze Węgier nie wprowadzą zmian, docelowo skieruje skargę do Trybunału Sprawiedliwości UE.

Niech płacą

Niech płacą

Komisja Europejska zaskarżyła m.in. Polskę za niewprowadzenie podatku wymierzonego w zamożne podmioty.

Jak informuje portal Forsal.pl, Komisja Europejska zaskarżyła do Trybunału Sprawiedliwości UE cztery kraje – Polskę, Hiszpanię, Portugalię i Cypr – za niewdrożenie drugiego filaru globalnej reformy podatkowej. Miał on polegać na wprowadzeniu minimalnego podatku dochodowego w wysokości 15 proc.

Tę reformę podatkową poparło ponad 140 krajów, w tym cała Unia Europejska. Minimalny podatek od osób prawnych ma przeciwdziałać dumpingowi podatkowemu i ucieczce kapitału do krajów o bardzo niskim opodatkowaniu. Unijna dyrektywa wynikająca z przyjętej reformy zakłada, że efektywna stawka opodatkowania firm o łącznym rocznym obrocie 750 mln euro lub więcej musi wynosić co najmniej 15 proc.

Zdaniem Komisji Europejskiej wszystkie cztery wspomniane kraje nie wdrożyły do prawa krajowego dyrektywy w sprawie zapewnienia globalnego minimalnego poziomu opodatkowania międzynarodowych grup przedsiębiorstw oraz dużych grup krajowych. Dyrektywa weszła w życie 1 stycznia.