Zaciskamy pasa

Zaciskamy pasa

80 procent Polaków zamierza ograniczać wydatki i rezygnować z kupna niekoniecznych produktów.

Jak informuje „Rzeczpospolita” na podstawie najnowszych badań platformy Shopfully, 80 proc. Polaków chce ograniczać wydatki.

Wśród najczęściej wymienianych sfer konsumpcji, w których zamierzamy wydawać pieniądze ostrożnie (można było wskazać kilka z nich), jest sprzęt elektroniczny – takie wydatki zamierza ograniczać 37,2 proc. ankietowanych. Drugie w kolejności (36,6 proc.) wydatków odkładanych na później są na meble. 35 proc. badanych zamierza oszczędzać na wydatkach na odzież. na odzież. Materiały budowlane, remontowe i narzędzia to wskazania 34,2 proc. badanych. Niemal 18 proc. zamierza oszczędzać na wydatkach na żywność i napoje.

Jak Polacy wypadają na tle innych nacji? Tylko 19% z nas nie zamierza w najbliższych miesiącach czynić oszczędności konsumpcyjnych. Jeszcze bardziej oszczędni są obecnie Włosi (tylko 17% z nich nie zamierza oszczędzać) i Bułgarzy (10%). Ograniczania wydatków nie planuje aż 32% Austriaków i 28% Niemców.

Z innych niedawnych badań, które przytacza „Rzeczpospolita”, wynika, że choć niemal 47% ankietowanych nie spodziewa się w ciągu roku pogorszenia swojej sytuacji finansowej, to i tak zapowiadają oni oszczędzanie na niekoniecznych wydatkach.

Zostaniemy bez wsparcia

Zostaniemy bez wsparcia

Planowane rządowe wsparcie dla ofiar wyższych kosztów polityki klimatycznej trafi do znakomitej mniejszości Polaków.

Jak informuje Portal Samorządowy, planowane przez rząd dopłaty do kosztów ogrzewania trafią do zasadniczej mniejszości Polaków. Choć koalicja rządząca oficjalnie twierdzi, że sprzeciwia się wprowadzeniu unijnego systemu ETS2, to zaplanowała 24 miliardy złotych na wsparcie obywateli po jego wprowadzeniu. Wspomniana kwota na wsparcie socjalne to maksymalne dopuszczalne na ten cel 37,5% całości unijnych kwot, jakie trafią do Polski jako rekompensata wprowadzenia ETS 2. Problem w tym, że to kwota dalece niewystarczająca.

Pomoc ma trafić do osób, którym koszty ogrzewania znacznie wzrosną z powodu dodatkowych opłat klimatycznych zawartych w systemie ETS2. Wsparcie w postaci bonów energetycznych ma trafić tylko do osób starszych, mających niskie dochody i korzystające z kopalnych źródeł ciepła w budynkach jednorodzinnych.

Oznacza to, że jakiekolwiek rekompensaty trafią tylko do 25% osób, których koszty ogrzewania znacznie wzrosną wskutek ETS2. Wsparcie trafi do osób z dochodem do 2500 zł miesięcznie w jednoosobowych gospodarstwach domowych, do osób starszych (powyżej granicy wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn) i ogrzewających pojedyncze domy surowcami kopalnymi.

Instytutu Badań Strukturalnych twierdzi, że „tak zawężone zasady wykluczą większość osób dotkniętych ubóstwem energetycznym, tj. sytuacją, w której nie stać ich na zapewnienie sobie usług energetycznych w wystarczającym stopniu”. Zdaniem IBS pomoc trafi zatem do zaledwie 25 proc. kwalifikujących się gospodarstw, zamiast do ponad 90 proc. Z kolei Bartłomiej Orzeł, były pełnomocnik rządu ds. programu „Czyste powietrze”, mówi: „To nie jest program skierowany do ubogich, ale do wybranej grupy ubogich”.

Obszerny wywiad o ogromnych kosztach wprowadzenie systemu ETS2 w Polsce zamieściliśmy w poprzednim numerze Nowego Obywatela: https://obywatel3.macmas.pl/sklep/sklep-kwartalnik/nowy-obywatel-4596/

Bezrobocie rośnie, a nie maleje?

Bezrobocie rośnie, a nie maleje?

Eurostat ocenia tendencje polskiego bezrobocia znacznie gorzej niż robią to władze krajowe.

Jak informuje Business Insider, z nowych danych Eurostatu wynika, że sytuacja na rynku pracy wygląda w Polsce gorzej niż wynikałoby to z rządowych danych. Te ostatnie po miesiącach wzrostu bezrobocia zaczęły niedawno wskazywać lekkie spadki wskaźnika osób pozostających bez pracy. Eurostat pokazuje natomiast tendencję wręcz odwrotną.

Urzędnicy europejskiej agencji statystycznej analizują bezrobocie inaczej niż polskie władze. Te ostatnie liczą tzw. zarejestrowanych bezrobotnych, czyli osoby, które zgłosiły się po wsparcie do urzędów pracy. Natomiast Eurostat bierze pod uwagę liczbę osób w wieku produkcyjnym, nie mających pracy, ale gotowych do jej podjęcia. Są to na przykład osoby, które nie zarejestrowały się w urzędach pracy z powodu braku przekonania, że otrzymają tam realną i skuteczną pomoc w znalezieniu zatrudnienia.

Choć metodologia Eurostatu wykazuje w Polsce niższe odsetki i liczby dotyczące bezrobocia niż dane GUS, to zarazem wskazuje ona ich wzrost w ostatnich miesiącach. Zdaniem Eurostatu bezrobocie wciąż w Polsce rośnie od początku roku i nie zanotowało zwyczajowego wiosennego sezonowego obniżenia. Wedle stanu na kwiecień było według Eurostatu 578 tys. bezrobotnych. Miesiąc wcześniej – 570 tys. W lutym 554 tys. W styczniu – 531 tys. Liczony tym sposobem wskaźnik bezrobocia wzrósł od początku roku z 3% do 3,3%.

Kolejne masowe zwolnienia

Kolejne masowe zwolnienia

Po ubiegłorocznych masowych zwolnieniach w PKP Cargo ogłoszono kolejne duże redukcje w tej spółce.

W piątek władze PKP Cargo zapowiedziały kolejne zwolnienia grupowe. Władze publicznej spółki pod rządami liberałów chcą wysłać na bruk kolejne tysiące osób.

W ubiegłym roku nowe władze PKP Cargo, powołane przez rząd Donalda Tuska, zwolniły ze spółki 3665 osób. Miało to być elementem działań naprawczych. Szumnie zapowiadano m.in. odzyskanie udziałów w rynku towarowych przewozów kolejowych przez PKP Cargo.

Obecnie ogłoszone zamiary pokazują coś zupełnie odwrotnego. Władze spółki planują kolejna masowe zwolnienia. Pracę w roku 2025 ma stracić nawet 1041 osób, a w 2026 zwolnienia mogą objąć nawet 1388 osób. Zwolnienia mają objąć pracowników z różnych działów firmy.

Przyczyną zwolnień jest m.in. to, że PKP Cargo ma wciąż malejące udziały w rynku przewozów kolejowych. W ciągu pierwszych czterech miesięcy 2025 roku PKP Cargo zanotowało 5-procentowy spadek masy przewiezionych towarów wobec analogicznego okresu poprzedniego roku.

Tak wygląda „reforma” w wykonaniu liberałów. Zapłacą za nią utratą pracy tysiące osób.

Zwycięski strajk

Zwycięski strajk

Sukcesem zakończył się kilkudniowy strajk.

W Sosnowcu zakończył się strajk pracowników firmy Bitron Appliance Poland. Po kilku dniach protestu i wielomiesięcznych rozmowach związkowcy podpisali porozumienie z zarządem. Pracownicy otrzymają podwyżkę stawki godzinowej o 2 zł brutto oraz zyskają 5-dniowy tydzień pracy.

Głównym postulatem protestujących była podwyżka wynagrodzenia. Wcześniejsze rozmowy z pracodawcą zakończyły się jedynie jedną złotówką więcej na godzinę, co – zdaniem pracowników – było niewystarczające. Ostatecznie, w wyniku strajku, udało się wynegocjować 2 złote brutto więcej na każdą godzinę pracy. Zmiana obejmie pracowników zatrudnionych na stanowiskach produkcyjnych, z których wielu dotąd zarabiało najniższą krajową.

Drugim efektem podpisanego porozumienia jest wprowadzenie 5-dniowego tygodnia pracy, co stanowi istotne usprawnienie warunków zatrudnienia i organizacji czasu pracy. Pracownicy zyskają tym samym większą stabilność i lepszy balans między życiem zawodowym a prywatnym.

Bitron Appliance Poland działa w Polsce od 1998 roku i zatrudnia obecnie ponad 400 osób. Firma zajmuje się rozwojem oraz produkcją komponentów elektromechanicznych i elektronicznych dla przemysłu AGD, motoryzacyjnego, energetycznego oraz medycznego.

Strajk w Bitron Sosnowiec zakończył się sukcesem – pracownicy wywalczyli realne podwyżki oraz zmianę organizacji pracy. To ważny sygnał, że determinacja i wspólne działanie mogą prowadzić do pozytywnych zmian w środowisku pracy.

(przedruk za opzz.org.pl)

Strajk przeciw tyranii

Strajk przeciw tyranii

Dziś od rana trwa strajk w zakładzie Jeremias w Gnieźnie.

Dzisiaj na pierwszej zmianie rozpoczął się strajk w zakładzie Jeremias w Gnieźnie, czyli w niemieckiej firmie produkującej systemy kominowe. Strajk to efekt długotrwałego sporu o podwyżki i w odpowiedzi na szykany wobec związkowców.

Spór związkowców z zarządem dotyczy żądań podwyżek pensji (o 800 zł), dłuższej przerwy w pracy (30 minut), krótszego okresu rozliczenia nadgodzin oraz sprawiedliwych norm i premii. W trakcie sporu zbiorowego związkowców z Inicjatywy Pracowniczej z zarządem firmy ten ostatni zwolnił z pracy z zakładu w Gnieźnie po 16 latach zatrudnienia Mariusza Piotrowskiego – przewodniczącego komisji zakładowej związku a jednocześnie społecznego inspektora pracy, a wcześniej pracę stracił Dariusz Modrzejewski, pracownik lakierni, który zgłaszał naruszenia zasad BHP.

W zakładzie odbyło się referendum strajkowe. Wzięła w nim udział odpowiednia liczba osób, aby było ważne – frekwencja wyniosła 67%. Z tego aż 72,3% pracowników zagłosowało za strajkiem, a przeciw było 24,6%.

Dziś od rana załoga strajkuje. Jak informuje Inicjatywa Pracownicza, zarząd firmy i współpracująca z nim antypracownicza firma prawna Littler nie wpuścili na zakład zakładowego społecznego inspektora pracy. Firma wyprowadziła strajkującą część załogi na zamknięty teren z zakazem przemieszczania się, aby strajk nie rozlał się od początku na resztę pracowników. Więźniowie zakładu karnego zatrudnieni przez Jeremias grodzą okolice tego obszaru. Zarząd Jeremias korzysta z pracy więźniów i otrzymuje od państwa niemal milion złotych rocznie za ich zatrudnianie.

Mimo prób izolacji strajk trwa. Prezesi Jeremias jaskrawo utrudniają prowadzenia działalności związkowej w zakładzie, łamią postanowienia sądu, sprzeczają się z ministrem pracy. Firma zachowuje się jakby była państwem w państwie i wprowadza stan wyjątkowy według praw wymyślonych przez siebie. Na popołudniowej zmianę strajk objął już dwa razy więcej pracowników co na porannej. Strajk w tym momencie objął większość lub połowę zatrudnionych na wydziałach, przy czym strajkuje większość stałych pracowników produkcyjnych, a łamistrajkami są głównie więźniowie, pracownicy zatrudnieni przez agencje pracy tymczasowej oraz pracownicy biurowi skierowani przymusowo na produkcję przez zarząd firmy.

Polska po wyborach prezydenckich

Polska po wyborach prezydenckich

Po pierwsze i najważniejsze: obroniliśmy Polskę przed pełnią władzy Donalda Tuska i spółki. Pełnia władzy tych ludzi byłaby koszmarem. Przez półtora roku pokazali, że nie liczą się z nikim i niczym, z żadnymi zasadami, instytucjami, regułami, obietnicami, z czymkolwiek. Gdyby mieli jeszcze swojego człowieka jako prezydenta, nie byłoby absolutnie żadnej zapory przed ich szaleństwem.

Mieli przywracać praworządność, a rządzą z obchodzeniem prawa, siłowym przejmowaniem instytucji i „demokracją taką, jak my ją rozumiemy”. Mieli wyjaśniać rzekome wielkie przekręty, a zrobili areszty wydobywcze, z których nic nie wynika poza kolejnymi materiałami usłużnych mediów – tych samych, których nie interesuje, czy obecna władza nie robi przekrętów. Miały być transparentność i rzetelność, a jest ręczne sterowanie wskaźnikami inflacji i sposobem obliczania luki VAT-owskiej. Miało nie być kumoterstwa i nepotyzmu, a instytucje publiczne są obsadzane wyłącznie samymi swoimi, nierzadko wręcz groteskowo marnymi. Konkurs dotacyjny Ministerstwa Kultury dla niewielkich czasopism był za rządów PiS skierowany do czasopism różnych opcji, w tym antypisowskich, a obecnie nie dostaje dotacji nikt, kto by krytycznie oceniał rządy PO – dotację straciliśmy my i wielu innych.

Po drugie, to nie jest tylko władza polityczna. To także całe otoczenie, które im służy. Wielkie media, w tym należące do kapitału zagranicznego. Media publiczne, stronnicze nie mniej niż za poprzedniej władzy, mówią jednym głosem z prywatnymi. Klakierzy PO i Tuska mają w sumie jakieś 90% rynku medialnego w Polsce. Media te nie zajmują się patrzeniem władzy na ręce, lecz zwalczaniem opozycji. A w trakcie kampanii wyborczej – nachalną promocją kandydata obozu władzy i nagonkami na jego przeciwnika.

Gdy jedno z nielicznych uczciwych mediów prywatnych, Wirtualna Polska, ujawniło próbę skręcenia wyborów za pomocą nielegalnej kampanii promocyjnej w internecie, finansowanej zza granicy, a koordynowanej przez „organizację pozarządową” Akcja Demokracja, wszystkie media nieprawicowe, w tym publiczne, wyciszały sprawę zamiast podjąć temat. To samo robiły obsadzone ludźmi Tuska instytucje, w tym NASK mająca nadzorować bezpieczeństwo w sieci. Dziś wiemy już, jak pisze Patryk Słowik z Wirtualnej Polski, że „Misja Obserwacji Wyborów prowadzona przez OBWE we wstępnych ustaleniach skrytykowała Polskę za niewystarczający nadzór nad finansowaniem kampanii na rzecz Rafała Trzaskowskiego w internecie ze źródeł nieznanego pochodzenia”.

Najwyższa Izba Kontroli zajmuje się głównie kontrolowaniem nie obecnej, lecz poprzedniej władzy. Duży biznes sprzyja obecnej władzy. Sprzyja jej też Unia Europejska, to znaczy niewybieralna brukselska technokracja. Do tego dochodzą „organizacje pozarządowe” finansowane uznaniowymi milionami przez zagranicę – wszystkie o jednakowym profilu ideologicznym i bliskie obecnej władzy.

Władza polityczna, instytucje publiczne, główne media i wielkie „organizacje” mówią w zasadzie jednym głosem, różniąc się sporadycznie i w drobnych sprawach. Gdyby to środowisko miało jeszcze urząd prezydenta, nastąpiłaby w Polsce tak wielka koncentracja realnej władzy, jakiej w III RP jeszcze nie było.

Po trzecie, nie było jeszcze kampanii wyborczej tak bezwzględnej, jednostronnej, tak totalnie nastawionej na zniszczenie człowieka, tak brutalnie walącej w kogoś, jego bliskich itp. Nie chodziło o patrzenie kandydatom na ręce – patrzono wyłącznie jednemu kandydatowi, a drugiego trzymano pod kloszem ochronnym, co przy takiej dysproporcji sił medialnych jest po prostu próbą „ustawienia” wyborów.

Tak jak PiS przedobrzył z negatywną kampanią o Tusku w 2023 r., tak teraz liberałowie przedobrzyli z szambem wylewanym pod adresem Nawrockiego. Ludzie nie są głupi. Widzą, że coś tu nie gra, że to już za dużo. Znamy wiele głosów osób, które wprost mówiły: gdyby tak mocno go nie atakowali, to nie wzbudziłby mojej sympatii i chęci głosowania na niego, zostałbym w domu, nie jestem pisowskim betonem itp.

Metody te, wbrew wyobrażeniom naiwnych, nie polegają na tym, że coś jest na rzeczy w formułowanych oskarżeniach. Nie o to w tym wszystkim chodzi. Polegają na tym, że podobnie niszczony byłby każdy inny kandydat pisowski. Powiemy więcej: gdyby kiedyś w Polsce istniała silna i zarazem realnie antyliberalna lewica socjalna, to byłaby ona atakowana równie zajadle i bezpardonowo. Gdy ma kilka procent poparcia i głosuje za powstaniem rządu Tuska, może sobie do woli frazesowo lewicować. Gdyby nadepnęła na serio na odcisk możnym i wpływowym z rdzenia polskiej liberalnej oligarchii albo tylko w kilku sprawach współpracowała z PiS-em, byłaby atakowana nie mniej zajadle.

Podobną sprawą jest pogarda wobec wyborców. W liberalnych bańkach mówi się, że nie ma nic gorszego niż „pisowskie szczucie” na mniejszości czy migrantów. To jednak nie jest jedyne szczucie, które się odbywa. Żyjemy we wręcz instytucjonalnej pogardzie dla ubogich, niewykształconych, z problemami, z przeszłością, z „przaśnymi” nawykami, z miast, których nie umiemy wskazać na mapie. Także dlatego wygrał Karol Nawrocki – bo tak naprawdę im „gorszy” kandydat, tym bardziej jego wygrana zaboli elity i tzw. przyzwoitych ludzi. O to tutaj chodziło, nie o to, że komuś imponuje „sutener”. „Gazeta Wyborcza” już kilka godzin po przegranej liberałów rozsyłała newsletter o ogólnej wymowie typu „jak mogło do tego dojść?”. Niczego się nie nauczyli. To są trzecie wybory prezydenckie z rzędu, które przegrywa kandydat anty-PiS, bo używane są dokładnie te same metody: elitarność, obrażanie, te wszystkie Agnieszki Holland oraz Hołdysy spod kamienia, którzy „nie rozumieją, jak można” i „jakim człowiekiem trzeba być, żeby…”. Im bardziej oni pogardzają nami, tym bardziej my głosujemy przeciwko nim.

Po czwarte, Trzaskowski przegrał jednak przede wszystkim dlatego, że takie są skala niechęci wobec liberałów, poczucia zagrożenia ich rządami, przekonanie, że to łajdacy i szkodnicy. Społeczeństwo polskie naprawdę nienawidzi Tuska. Młodzi i ci, którym w latach 2007-2015 było dobrze, dali mu w 2023 r. kredyt zaufania. Większość z nich już uważa, że nie zrealizował obietnic. Prawda o Platformie jest taka, że ona nigdy nie robi obiecanych rzeczy. Pokój można wytapetować jej obietnicami, o których pamięć trwa tyle, co konferencja prasowa czy przeczytanie tweeta. Problem w tym, że kiedyś taki sposób uprawiania polityki („nie ma pieniędzy i o co wam w ogóle chodzi”, „cóż szkodzi obiecać”) był obowiązujący i nikt już na nic nie liczył. Niech sobie rządzą, jest marazm, idę pracować za tego piątaka na godzinę. Ale w 2015-2016 przestał być. Pojawił się u steru ktoś, kto robił zapowiedziane rzeczy. Różnie oceniane, ale robił. Tylko że Platforma tego nie ogarnęła. Ona chce wasz głos, bo jest Platformą, bo nie jest PiS-em. Śmieszy ją myśl, że miałby robić cokolwiek większego. Znowu wszystko jest „przeskalowane”, „kosztowne”, „niepotrzebne”, „nieopłacalne”. Będzie albo nie będzie. Może kiedyś.

Żaden z sondaży od kilku miesięcy nie wskazuje, że rządząca koalicja mogłaby liczyć na ponowne uzyskanie większości parlamentarnej. Po zaledwie półtora roku rządzenia. Tak jak o PO mówi się, że w wielkich nowoczesnych miastach mogą wystawić kukłę, a ona i tak wygra, tak w skali Polski przeciwko liberałom też można wystawić kukłę i ma się już na starcie ponad 40% osób, które by ją poparły. A człowieka z krwi i kości, który rzuca im rękawicę – tym bardziej i tym więcej.

Odrzucenie liberałów ma podwójny wymiar klasowy. Ten oczywisty to daleko idące różnice wśród wyborców. Na Nawrockiego głosowało niemal 70% robotników, ponad 80% rolników i niemal 65% bezrobotnych, którzy poszli na wybory. Na Trzaskowskiego niemal 64% osób z kategorii dyrektorzy, kierownicy i specjaliści, wygrał też, choć nie tak wyraźnie, wśród właścicieli i współwłaścicieli firm. Ale pęknięcie między liberałami i antyliberałami ma także wymiar kulturowy. Nie chodzi w nim o to, że wyborcy prawicy są „ciemniakami”, jak chcieliby zwolennicy liberałów. Odrzucają oni liberalną agendę kulturową, gdyż postrzegają ją jako szkodliwą dla siebie, wmuszaną, niezwiązaną z ich preferencjami. I jest to tendencja coraz bardziej widoczna także w krajach „zachodnich”, „nowoczesnych”, „niereligijnych” itp. Podobnie jest choćby w obiekcie westchnień polskich liberałów, czyli w Czechach – w kraju laickim populiści skutecznie grają kartą np. antyimigrancką, a ich bastionami wyborczymi nie jest „zacofana” wieś, lecz przemysłowe i poprzemysłowe podupadłe duże miasta i regiony zurbanizowane.

Po piąte, kartę hańby zapisało wiele osób i środowisk lewicowych, postępowych, rzekomo wrażliwych społecznie, „aktywistów” z „ruchów” takich czy siakich itp. Dołączyli do nagonki w wykonaniu neoliberałów i sprawców polskiej biedy z nędzą, wylewali wiadra klasistowskiej pogardy na kontrkandydata neoliberałów, głosowali na neoliberała, wyrzucili na śmietnik całe swoje wcześniejsze wywody o zasadach, wartościach, demokracjach, wrażliwościach itp. Ich postawa i ich współudział zostaną zapamiętane. Żadnych złudzeń w przyszłości.

Po szóste, nie mamy pojęcia, czy Karol Nawrocki będzie dobrym prezydentem. To kandydat skoncentrowany na prawicowej tożsamości i historii, a zbyt mało zainteresowany gospodarką i sprawami społecznymi i zbyt małą mający o nich wiedzę. To wszystko, wbrew zaklęciom bezpłodnej politycznie lewicy, jest jednak oparte na związkach z partią mającą największy dorobek prospołeczny w III RP oraz na umowie podpisanej z dużym związkiem zawodowym „Solidarność” w sprawie obrony zdobyczy socjalnych i pracowniczych. Nie mamy całkowitej pewności, że w tych kwestiach będzie dobrze w kontekście umów z Mentzenem i z długiem wobec wyborców prawicowo-prorynkowych. Ale wręcz dziecinną naiwnością jest przekonanie, że jawny wieloletni neoliberał Trzaskowski z partii, która chce „deregulować” gospodarkę, byłby lepszy pod tymi względami.

Nasze opinie o samym Nawrockim nie są jednak kluczowe. Po pierwsze taka jest wola ludu, bezwzględnej większości, na tym polega demokracja. Po drugie jakakolwiek zapora przed monowładzą liberałów jest lepsza niż brak takowej zapory. Na ocenę tej prezydentury przyjdzie jeszcze czas. Na razie wiemy, że walec neoliberalnej koalicji nie przejechał jednej z ostatnich zapór na swej drodze.

Magdalena Okraska, Remigiusz Okraska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Robert Bazułka from Pixabay

Kaliskie serpentyny

Kaliskie serpentyny

Spółka CPK chce, żeby pociągi dużych prędkości jadące z Warszawy do Poznania mogły omijać Kalisz. Powróciły obawy, że szybka kolej będzie służyć tylko kilku największym metropoliom.

„Polska w 100 minut” – tym hasłem premier Donald Tusk pod koniec 2024 r. zapowiedział przyspieszenie polskiej kolei. Teraz spółka Centralny Port Komunikacyjny skupia się na tym, aby taki czas jazdy zdołały osiągnąć pociągi z Warszawy do Poznania po wybudowaniu kolei dużych prędkości.

Walka o 100 minut

Aktualne harmonogramy zakładają, że szybka kolej w 2032 r. połączy Warszawę z Łodzią, a następnie do 2035 r. powstanie dalszy jej odcinek z Łodzi do Wrocławia wraz z odnogą do Poznania. W spółce CPK podjęto decyzję, że na linii Warszawa – Łódź – Poznań/Wrocław pociągi mają jeździć z prędkością 320 km/h, a nie jak wcześniej planowano 250 km/h. Dzięki temu najszybsze pociągi mają pokonywać trasę z Warszawy do Poznania w 1 godz. 38 min.

Stawką jest nie tylko wpisanie się w slogan premiera, ale też jak największe pobicie czasu jazdy osiąganego na istniejącej linii z Warszawy do Poznania, którą najszybszy pociąg – jadąc z prędkością maksymalną 160 km/h – pokonuje w 2 godz. 18 min.

Jak wskazuje spółka CPK, bez decyzji o podniesieniu prędkości do 320 km/h podróż nową linią z Warszawy do Poznania trwałaby 2 godz. 5 min., a więc tylko 13 min. krócej niż istniejącą linią. Tak niewielka różnica podważałaby sens budowania nowej linii za dziesiątki miliardów.

W ramach walki o nieprzekroczenie 100-minutowego czasu podróży linią dużych prędkości z Warszawy do Poznania zmieniły się plany jej przebiegu przez Kalisz. Powstać ma odcinek umożliwiający przejazd szybkich pociągów z pominięciem tutejszej stacji. Nowa koncepcja wywołała kontrowersje w liczącym 93 tys. mieszkańców Kaliszu, największym po Łodzi mieście, które ma się znaleźć na rozgałęziającej się kolei dużych prędkości między Warszawą a Poznaniem i Wrocławiem.

Między metropoliami

W poprzednim wariancie – ogłoszonym w maju 2023 r. – zakładano, że szybka linia będzie przechodzić przez istniejącą stację w Kaliszu. Spółka CPK oznajmiła na swojej stronie internetowej, że „skorzystanie części pociągów z kolejowej obwodnicy Kalisza bez wjazdu do miasta zapewni najkrótsze czasy przejazdu dużych grup podróżnych między metropoliami”. CPK chce uspokoić kaliszan i zapewnia ich, że „część pociągów zjedzie do Kalisza i zatrzyma się tam, włączając to miasto w kolejową sieć dużych prędkości”.

Przyjęcie nowej koncepcji oznacza, że szybkie pociągi, aby obsłużyć Kalisz, będą musiały zjechać łącznicą na starą linię i po zatrzymaniu się na kaliskiej stacji wrócić na linię dużych prędkości. Zjeżdżając do miasta, będą musiały pokonać zbudowany w 1902 r. kręty odcinek od mostu nad Prosną do stacji Kalisz – tę pięciokilometrową serpentynę pociągi muszą pokonywać z prędkością 80-90 km/h. To budzi obawy, że operatorzy połączeń dużych prędkości nie będą chcieli trasować pociągów ze zjazdem z szybkiej linii do Kalisza.

Nie będziemy mieli nic

– „Mamy wrażenie, że zostaliśmy oszukani” – tak zmianę planów dotyczących przejścia szybkiej kolei przez Kalisz skomentował prezydent tego miasta Krystian Kinastowski. – „Ryzyko będzie takie, że my na tę kolej dużych prędkości będziemy mogli popatrzeć, pomachać poznaniakom i warszawiakom, którzy będą tutaj przejeżdżali, a my z tej kolei nie będziemy mieli nic”.

Prezydent Kalisza przypomniał przy tym, że gdy kilkanaście lat temu trwały prace planistyczne nad linią dużych prędkości Warszawa – Łódź – Poznań/Wrocław, to postawiono na wariant, w którym odnogi do Poznania i Wrocławia miały rozchodzić się między Kaliszem a Ostrowem Wielkopolskim. – „Ta koncepcja była dla nas bardzo korzystna” – zaznaczył Kinastowski. Wówczas Kalisz dysponowałby połączeniami dużej prędkości zarówno w relacji Warszawa – Poznań, jak i Warszawa – Wrocław. Gdy do koncepcji kolei dużych prędkości wrócono pod banderą CPK, zdecydowano, że ramiona szybkiej linii będą rozchodzić się koło Sieradza, przez co Kalisz znajdzie się już tylko na trasie połączeń Warszawa – Poznań. Teraz pojawiły się wątpliwości, ile z tych pociągów – po zmianie koncepcji przebiegu przez Kalisz – w ogóle zatrzyma się w tym mieście.

Krystian Kinastowski mówił o tym na odbywającym się w marcu 2025 r. w Kaliszu kongresie stowarzyszenia Tak dla CPK, organizacji założonej przez ludzi związanych ze spółką Centralny Port Komunikacyjny za rządów Prawa i Sprawiedliwości. Na miejsce kongresu wybrali oni Kalisz jako symbol zmiany podejścia do roli szybkiej kolei. Wiceprezes stowarzyszenia Patryk Wild, twórca koncepcji kolejowych szprych do CPK, przekonywał, że doszło do uderzenia w inkluzywny charakter tego przedsięwzięcia: „Ten projekt był projektem spójnościowym, który miał zapewnić prawidłową obsługę komunikacyjną całego kraju” – mówił Wild i odniósł się do zmiany planowanego przejścia szybkiej linii przez Kalisz oraz decyzji o podniesieniu prędkości z 250 km/h do 320 km/h: „Powoduje to sztucznie wymuszoną sytuację, w której przewoźnikom nie będzie się opłacało zajechać do Kalisza, bo będą tracili dużo czasu, a przy większej prędkości będą tracili też radykalnie dużo energii”.

Trzy miliardy wątpliwości

Krytyka wobec planów rządowej spółki CPK płynie również z koalicji rządzącej. Zmienioną koncepcję przebiegu kolei dużych prędkości – jako grożącą pomijaniem Kalisza przez szybkie pociągi – skrytykował Szymon Hołownia: „Kalisz i inne ośrodki subregionalne zasługują na takie połączenia kolejowe” – mówił na konferencji prasowej na dworcu w Kaliszu przewodniczący Polski 2050, a należąca do tej partii minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz w rozmowie z portalem Money.pl stwierdziła: „Wątpliwość budzi wydawanie 3 mld zł na ominięcie Kalisza”.

Tyle ma bowiem kosztować wybudowanie bajpasu linii dużych prędkości omijającego stację Kalisz. Kaliscy aktywiści ruchu Tak dla CPK zebrali 3431 podpisów kaliszan pod petycją przeciw jego budowie i za powrotem do wariantu zakładającego przejście szybkiej linii przez kaliską stację.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/136 maj-czerwiec 2025)
https://www.zbs.net.pl

Protestujący studenci zakłócają ceremonię

Protestujący studenci zakłócają ceremonię

Dziś, w obliczu milczenia i systematycznego zwalczania strajku przez władze rektorskie Uniwersytetu Warszawskiego, studenci okupujący Uniwersytet Warszawski zdecydowali się wejść w przestrzeń publiczną i przypomnieć o swoich postulatach. Pojawili się podczas promocji doktorskiej i wręczenia gratulacji doktorom habilitowanym, które odbywały się w ogrodach Biblioteki Uniwersyteckiej.

Ich obecność była odpowiedzią na ignorancję i milczenie władz – studenci przy użyciu megafonów zakłócili ceremonię, kierując swoje słowa bezpośrednio do przemawiającego rektora Alojzego Nowaka. Ich żądania są niezmienne od początku protestu: rozpoczęcie realnych negocjacji w sprawie otwarcia publicznych stołówek, m.in. na BUW-ie, Wydziale Fizyki i Chemii, oraz stworzenie konkretnego, długofalowego planu rozbudowy akademików, które obecnie nie spełniają podstawowych standardów dostępności i przystępności.

Protestujący przypomnieli również zebranym, że 25 października 2023 roku kolegium rektorskie opublikowało odpowiedź na list otwarty, w którym rektor Alojzy Nowak oraz kanclerz Robert Grey jednoznacznie zadeklarowali utworzenie uniwersyteckiej stołówki w lokalu po dawnej kawiarni „Rewers” w BUW-ie. Cytując: „zgodnie z decyzją Rektora w budynku Biblioteki Uniwersyteckiej […] zostanie uruchomiona nowa stołówka uniwersytecka, na wzór stołówki przy ul. Oboźnej. Stołówki te funkcjonować mają równolegle i obie będą prowadzone przez Uniwersytet”. Deklaracja ta została jednak całkowicie zignorowana — lokal wynajęto prywatnemu podmiotowi, a kanclerz Grey publicznie udziela informacji sprzecznych z wcześniejszymi obietnicami.

– W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” kanclerz twierdzi, że bistro w BUWie powstanie – tymczasem w ubiegłym roku oficjalnie powiedziano nam, że nie ma planów zagospodarowania tej przestrzeni. Uniwersytet działa w sposób zupełnie nietransparentny, o planach kanclerza dowiadujemy się z prasy. Podobnie było z obietnicą otwarcia publicznej stołówki w BUWie – nagle nikt o tej oficjalnej deklaracji nie pamięta. Jak to możliwe, że nikt nie rozlicza rektorów z ich słów? To oburzające, że osoby pełniące tak wysokie stanowiska mogą rzucać słowa na wiatr w sprawach tak ważnych dla studentów – mówi Gabriela, studentka Uniwersytetu Warszawskiego.

Zamiast dialogu — próba zagłuszenia. Rektor Nowak po raz kolejny odmówił uznania studentek za stronę do rozmów, choć równocześnie – w cynicznym geście – zapewniał zebranych, że „negocjacje trwają”. Prawda jest taka, że w poniedziałek 26 maja prorektor ds. studenckich zapowiedział ustnie zaproszenie protestujących na oficjalne negocjacje. Od tego czasu uniwersytet milczy, a część protestujących nocuje na zimnym dziedzińcu, bo utrudnia im się dostęp do budynku. Cały ten czas studentki okupują Uniwersytet, walcząc o lepsze warunki życia i studiowania dla całej społeczności uniwersyteckiej.

– Studentów traktuje się jak intruzów, nie partnerów do rozmowy. Jesteśmy zmuszeni do zakłócania takich uroczystości, bo rektor zamyka nam drzwi przed nosem. Dialog z władzami to fikcja – mówi Róża z Uniwersytetu Łódzkiego, która wspiera protest warszawskich studentów.

Podczas wydarzenia straż uniwersytecka zablokowała protestującym dostęp do sceny, otaczając je kordonem. W kulminacyjnym momencie doszło do fizycznej agresji wobec studentek — zostały one poszarpane przez uczestników ceremonii, na co straż uczelni nie zareagowała. Ich nietykalność cielesna została naruszona, a jedna z obecnych kobiet wyrwała protestującym megafon i rzuciła go na ziemię.

Studenci padli ofiarą nie tylko systemowego zaniedbania i bezczynności władz Uniwersytetu Warszawskiego, ale też fizycznej przemocy — na oczach rektora i gości uczelni, w miejscu, które powinno być przestrzenią dialogu i wspólnoty. Zamiast wsparcia – zostali potraktowani jak intruzi. Zamiast rozmowy, spotkali się z przemocą i upokorzeniem.

To, co wydarzyło się dziś, to nie tylko incydent — to symbol głębokiego kryzysu wspólnoty akademickiej. Uniwersytet Warszawski pokazał, że nie chce słuchać swoich studentów. Władze wolą chronić dobre samopoczucie elit niż wypełniać własne zobowiązania wobec społeczności, którą powinny reprezentować i wspierać.

Od 23 maja trwa studencki strajk okupacyjny na Uniwersytecie Warszawskim: https://obywatel3.macmas.pl/2025/05/24/studenci-strajkuja/

Pracownicza walka

Pracownicza walka

Od trzech dni trwa strajk w zakładzie w Sosnowcu.

Jak informuje Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, od trzech dni trwają strajk i protest w zakładzie Bitron Appliance Poland sp. z o.o. w Sosnowcu. Na miejscu każdego dnia protestuje około 120–130 osób, a przewodniczący związku Grzegorz Stępień strajkuje już ponad 50 godzin bez przerwy.

Międzyzakładowy Związek Zawodowy OPZZ przy Bitron Appliance Poland zwrócił się 21 stycznia br. do Zarządu Bitron Appliance Poland sp. z o.o. z wnioskiem o zmianę warunków zatrudnienia pracowników. Ostatnie spotkanie z pracodawcą odbyło się 26 maja br. W związku z brakiem akceptacji któregokolwiek z przedstawionych postulatów, związkowcy od rana 28 maja rozpoczęli strajk.

Ich postulaty:

1. Podwyższenie od dnia Ol .01.2025 r wynagrodzenia zasadniczego dla pracowników produkcyjnych o kwotę 7 zł/h.

2. Podwyższenie od dnia 01.01.2025 r wynagrodzenia zasadniczego pracowników administracyjnych, pośrednich, produkcyjnych w kwocie 7zł x 168 h 1008 zł.

3. Wprowadzenie pięciodniowego systemu pracy dla operatorów na wydziale wtryskarek, analogicznie do pozostałych pracowników tego wydziału. Obecnie operatorzy jako jedyna grupa pracownicza pracują w systemie siedmiodniowym, co prowadzi do nierówności w warunkach zatrudnienia. Zmiana ta ma na celu ujednolicenie systemu pracy i dostosowanie do go standardów obowiązujących w całym wydziale, zgodnie z przepisami prawa pracy dotyczących równych warunków zatrudnienia.

4. Wprowadzenie pięciodniowego systemu pracy dla operatorów na wydziale eldom, gdzie obecnie obowiązuje sześciodniowy system pracy, aby zrównoważyć warunki zatrudnienia z innymi pracownikami tego wydziału.

5. Zwiększenie dodatku za pracę w soboty – 250 zł oraz niedzielę – 350 zł, aby odpowiednio wynagrodzić pracowników za pracę w dni wolne od standardowego czasu pracy, zgodnie z zasadami rekompensaty za pracę w dni poza regularnym harmonogramem.

6. Zwiększenie dodatku stażowego z dotychczasowego limitu do 30 lat pracy, co pozwoli na bardziej adekwatne wynagrodzenie pracowników z długim stażem pracy, motywując ich do dalszego rozwoju zawodowego i lojalności wobec firmy.

7. Podwyższenie dodatku stażowego z obecnych 20 zł do 40 zł za każdy kolejny przepracowany rok, przy zachowaniu zasady naliczania od kwoty bazowej 80 zł po 3 latach pracy. Zmiana ta ma na celu lepsze wynagrodzenie doświadczenia pracowników i dostosowanie dodatku do aktualnych realiów ekonomicznych.

8. Zwiększenie premii frekwencyjnej do kwoty 450 zł aby adekwatniej motywować pracowników za ich nieprzerwaną obecność w zaangażowanie w wykonywaniu obowiązków. Takie działanie przyczyni się do wzrostu motywacji oraz zwiększenia ogólnej efektywności pracy.

9. Wprowadzenie premii wielkanocnej w wysokości 350 zł, jako formy uznania dla pracowników za ich wkład i zaangażowanie w pracę przed okresem świątecznym, co pozwoli na budowanie pozytywnej atmosfery w zespole.

10. Wnosimy o wprowadzenie gwarancji zatrudnienia, która zapewni pracownikom stabilność oraz pewność kontynuacji pracy. Takie rozwiązanie przyczyni się do budowania długoterminowych, stabilnych relacji z pracodawcą, wspierając zaangażowanie i wzrost efektywności w pracy.

O zdrowie psychiczne

O zdrowie psychiczne

Lekarze i pacjenci protestowali w Warszawie.

Jak informuje radio RMF, w Warszawie odbyła się wczoraj demonstracja w sprawie ochrony zdrowia psychicznego. Na wspólnym proteście spotkali się lekarze-psychiatrzy oraz przedstawiciele organizacji pacjentów. Domagali się polepszenia dostępu do wsparcia w przypadku problemów ze zdrowiem psychicznym.

Bezpośrednią przyczyną protestu były decyzje Ministerstwa Zdrowia w sprawie finansowania Centrów Zdrowia Psychicznego. Finansowanie takich placówek zostało przedłużone o zaledwie pół roku, a w dodatku nie powstają żadne nowe placówki tego typu. Protest odbywał się pod hasłem „Zadbajmy o kondycję psychiczną Polaków”.

Obecnie nie wiadomo, czy Centra Zdrowia Psychicznego będą finansowane dłużej niż przez najbliższe pół roku. Ministerstwo Zdrowia nie przedstawiło żadnych planów w tej kwestii. CZP utworzono za rządów Prawa i Sprawiedliwości. Pierwsze placówki powstały w 2018, później tworzono kolejne. Miały one zapewnić szybki i łatwy dostęp do leczenia i wsparcia osobom w kryzysie zdrowia psychicznego. Dostęp do placówek miał być łatwy w każdym powiecie.

Utworzono 117 placówek w całym kraju. Od tamtej pory nie powstały nowe, a finansowanie dotychczas utworzonych jest po zmianie rządu niepewne. Według pierwotnych planów dostęp do CZP mieli uzyskać mieszkańcy całego kraju. Zatrzymanie rozwoju sieci tych placówek sprawiło, że taki dostęp posiada obecnie tylko nieco ponad połowa Polaków.

Chcą zarabiać więcej

Chcą zarabiać więcej

Związkowcy manifestowali przed elektrociepłownią, żądając wyższych płac.

Jak informuje portal Tysol.pl, w Częstochowie miała miejsce demonstracja związkowców. „Solidarność” przez godzinę blokowała wjazd do elektrociepłowni. Był to kolejny etap sporu o podwyżki płac.

Związkowcy są od trzech lat w sporze z władzami firmy. Częstochowska elektrociepłownia należy obecnie do kapitału fińskiego – koncernu Fortum Power and Heat. Związkowcy twierdzą, że szefostwo firmy od trzech lat nie uznaje sporu zbiorowego na tle płacowym. Przy pomocy kruczków prawnych utrudnia stwierdzenie legalności sporu przez stosowne instytucje.

Związkowcy domagają się znaczących podwyżek. Płace w zakładzie są zwiększane nawet poniżej wskaźnika inflacji, co oznacza, że pracownicy realnie zarabiają coraz mniej. Władze firmy nie reagują na żądania większych podwyżek, mimo że firma jest rentowna i przynosi duże zyski. Pod adresem szefostwa zakładu protestujący wznosili hasła: „Fortum zarabia miliony, a pracownik ogolony”, „Pracujemy uczciwie, chcemy zarabiać godziwie”, „Dość ignorowania potrzeb pracowników”.

Pracownicy przez godzinę blokowali wjazd na teren zakładu. Protestujących wsparli działacze „Solidarności” z innych częstochowskich zakładów oraz związkowcy ze struktur regionalnych.

W marcu „Solidarność” zorganizowała w Zabrzu podobny protest pod drugim z zakładów elektrociepłowniczych będących w Polsce własnością tego samego koncernu.

Okupacyjny poniedziałek na UW – studenci walczą o publiczne stołówki

Okupacyjny poniedziałek na UW – studenci walczą o publiczne stołówki

Okupacja Uniwersytetu Warszawskiego trwa już od piątku (23.05). Tutaj pisaliśmy o początkach protestu: https://obywatel3.macmas.pl/2025/05/24/studenci-strajkuja/ Studenci i studentki z całej Polski zajmują budynek samorządu studentów oraz przylegający do niego Mały Dziedziniec, spędzając noce w salach i namiotach. Straż akademicka wpuszcza uczestników do środka za okazaniem legitymacji. Na świeżym powietrzu odbywają się liczne wykłady studentów i wykładowców oraz wydawki posiłków.

– „Spędzam tu dzisiaj czas pomiędzy zajęciami. Można posiedzieć, pouczyć się, coś zjeść. Panuje tu bardzo przyjazna atmosfera” – mówi Natalia, studentka Uniwersytetu Warszawskiego.

Dzisiaj na okupacji ponownie pojawił się prorektor Raś i przedstawiciele samorządu. Protestujący podtrzymali wolę podjęcia oficjalnych rozmów w poszerzonym gronie. Głównym żądaniem wobec władz uczelni, wielokrotnie podkreślanym w trakcie rozmów, jest otwieranie publicznych stołówek – zarządzanych i kontrolowanych bezpośrednio przez uniwersytet. Przedstawiciel samorządu studenckiego opowiadał się natomiast za otwarciem dowolnej stołówki, również prywatnej, twierdząc, że nie widzi różnicy między rozwiązaniem publicznym a komercyjnym. Dla protestujących różnica ta jest jednak zasadnicza – domagają się stołówki publicznej, dostępnej, nienastawionej na zysk i służącej całej społeczności akademickiej.

– „W dyskusjach z władzami ciągle powtarza się argument, że nie powinno nam zależeć na tym, żeby to uniwersytet prowadził stołówkę – że niby wystarczy znaleźć odpowiedniego inwestora. Nie zgadzamy się z tym – jak widzimy na przykładzie jedynej obecnie funkcjonującej publicznej stołówki, tylko w ten sposób da się osiągnąć jednocześnie wysoką jakość posiłków, stabilne warunki pracy i niskie ceny. Tylko uniwersytet, czyli państwo, może kierować się dobrem swojej społeczności, a nie kalkulacją zysków ze sprzedaży” wyjaśnia Gabriela, studentka Uniwersytetu Warszawskiego.

Strajkujący przekazali również delegacji z UW swoje żądania w kwestii umożliwienia dostępu do budynku całej społeczności studenckiej, także tej spoza UW – obecnie do okupacji dołączają osoby z innych warszawskich uczelni, a także z Łodzi, Krakowa czy Poznania. Na ten moment, ze względu na decyzję władz, uczestnicy okupacji spoza Uniwersytetu Warszawskiego nie mogą swobodnie wchodzić i wychodzić z budynku, co uniemożliwia im korzystanie z toalet w nocy (w przypadku nocujących w namiotach) oraz opuszczanie budynku w ogóle (w przypadku tych, którym udało się wcześniej wejść do środka).

– „Od dwóch nocy śpimy pod namiotem, najpierw pod bramą a teraz na dziedzińcu. Ci, którym udało się wejść do środka, podają nam z okien tosty, mamy też dzięki nim prąd. Umyliśmy się u różnych znajomych, ale najgorsze jest spędzanie całej nocy bez dostępu do łazienki” – opowiada Dominika, studentka z Uniwersytetu Łódzkiego.

– „Na Uniwersytecie Jagiellońskim rektor zawiesił nas w prawach studentach za protestowanie w obronie Domu Studenckiego Kamionka. Wtedy również wspierali nas studenci z całej Polski, więc jesteśmy tutaj teraz w naszej wspólnej sprawie, nawet jeśli trzeba spać w namiocie. Nie możemy dać się podzielić!” – mówi Robert, zawieszony student z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Okupujący, mimo obowiązków związanych z sesją, czy pracą, zbierają się na Uniwersytecie w coraz większym gronie. Nie planują wyjść, dopóki oficjalne negocjacje, na które dalej czekają, nie przyniosą zadowalającego skutku.

– „Powiedziano nam, że uczelnia nie odpowiada za to, co tu robimy jako studenci innych uczelni, i że to w ogóle nie nasza sprawa. A to jest nasza sprawa, ponieważ w Poznaniu zmagamy się z dokładnie tymi samymi problemami, i też mówi się nam, że uczelnia nie może nic zrobić. To nasza wspólna sprawa” – wyjaśnia Tosia, studentka z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza.

Wyprawy (do) kanibali

Wyprawy (do) kanibali

Film Dennisa O’ Rourke’a „Cannibal Tours” należy do klasyki filmu etnograficznego. Oglądał go każdy, kto zajmuje się antropologią wizualną. W rzeczywistości oznacza to jednak, że nie jest on szczególnie znany, tym bardziej że został nakręcony w 1988 roku. Wynika to m.in. z faktu zdystansowanego podejścia samych antropologów do zastąpienia pisma kamerą oraz z kłopotów z definicją filmu etnograficznego.

Niestety nie jest on także znany szerszej publiczności spoza dyscypliny antropologicznej. A szkoda, gdyż ten nieco ponad godzinny film krytycznie i bezkompromisowo ukazuje turystykę jako niszczycielską praktykę kultury zachodniej. W interpretacji australijskiego reżysera i niedoszłego antropologa jest ona elementem budowania zachodniej hegemonii kulturowej, kapitalistyczną przemocą i uzależnieniem innych kultur od własnych ekonomicznych i symbolicznych wyobrażeń oraz zgodnie w tym wyobrażeniem tych kultur tworzeniem, kontynuacją kolonializmu i wyzysku, choć ideologicznie transparentną.

O’ Rourke, który interpretuje praktykę turystyczną poprzez obrazy, rozpoczyna swój film czarnobiałymi zdjęciami niemieckich kolonizatorów. W ten sposób dobitnie uświadamia widzowi, czym w istocie jest ta, jakoby nie wyrządzająca nikomu krzywdy, praktyka. Miejscem jego zainteresowania jest część Nowej Gwinei, na podstawie której reżyser opisuje przyśpieszony proces modernizacji oraz dekolonizacji tamtejszego społeczeństwa. Szczególnie interesują go jednak odwiedzający to miejsce turyści, którzy przybywają tam po misjonarzach oraz kolonizatorach.

Wędrujący wzdłuż rzeki Sepik turyści, którzy, jak sami mówią, widzieli już prawie wszystko, zostali zwabieni nie tylko egzotycznym rajem, ale przede wszystkim opowieścią o kanibalach – stąd tytuł filmu, który można przetłumaczyć jako „Wyprawy do kanibali”. Dla etnologa, a polskiego widza w szczególności, słowa, które wypowiada względem czasów kolonialnych za panowania Wilhelma II jeden z niemieckich turystów: „To były dobre czasy”, brzmią tak, jak gdyby nic się nie zmieniło w mentalności tych ludzi, a przemianie uległy jedynie środki nadzoru i czerpania korzyści, w tym przyjemności.

Na zdjęciach białe stroje i mundury niemieckich kolonizatorów wyraźnie odznaczają się na tle przyrody oraz wyraźnie odróżniają ich od czarnej skóry mieszkańców tego rejonu świata. Przypominają oni Obcych, analogicznie jak wielki biały statek turystów, którym przybędą oni dekady później przypomina kosmiczny obiekt, którego rzeka Sepik jeszcze nie widziała. Ta obcość to nie tylko kontynuacja dyskursywna (od kolonizatorów po turystów), ale swoista klamra, która otwiera i zamyka film. Zresztą motto filmu dobitnie uświadamia, kto tak naprawdę jest Obcy: to ci, którzy przybywają, żeby zobaczyć obcą krainę, a nie ci, którzy w niej mieszkają. Faktycznie, żadna inna kultura nie wymyśliła takiej egzotycznej praktyki, dzisiaj już nieomal bez reszty służącej kapitałowi i zaspokajaniu chęci „autentycznych przeżyć” oraz klasowo uwarunkowanego prestiżu. Słowem: to My jesteśmy dziwni, a nie Oni.

Film O’ Rourke’a ma jednak znacznie mocniejszy wydźwięk, albowiem krytyka praktyki turystycznej jest tylko pretekstem do wystawienia bardzo negatywnej opinii kulturze zachodniej jako takiej. To kultura kanibali, którzy pożerają inne kultury, pożerają ich symbole i odzierają ze znaczenia artefakty i świętości, beztrosko przejmując i bawiąc się nimi we własnym interesie. Sprawia to, że ekonomicznie słabsi muszą podporządkowywać się silniejszemu i udawać tego, kim nie są, gdyż określonego ich widoku (określenie Johna Bergera) pożąda turysta, albowiem chce zobaczyć prawdziwych kanibali. Tożsamość tubylców staje się odgrywana na potrzeby turystów, którzy nie są zainteresowani ich prawdziwym życiem, ale chcą zobaczyć swoje wyobrażenie o kanibalach, choć ci już realnie nie istnieją. Tylko to wyobrażenie jest dla nich turystycznie pociągające, stąd świat pod ich kontrolą przemienia się w produkt, towar dostosowany do ich potrzeb, choć nawet sobie tego nie uświadamiają, gdyż nie są do tego poznawczo zdolni. W takim ujęciu tytuł filmu można przetłumaczyć jako „Wyprawy kanibali”.

Chodzi jednak nie tylko o wymiar kradzieży symbolicznej oraz degradacji tożsamościowej, ale także o wymiar ekonomiczny. W kilku scenach filmu widzimy bowiem, jak wprowadzone przez białego człowieka reguły wymiany są niesprawiedliwe, gdyż sprzyjają tylko turystom. Jeden z tubylców negatywnie ocenia praktykę targowania się przez turystów. „Kiedy ja idę do sklepu, to tam nie ma pierwszej ceny, drugiej ceny czy trzeciej ceny” – mówi. Zarabianie pieniędzy przez tubylców to także przymus zgody na sprowadzenie siebie do fotografowanego obiektu, upokorzenie poprzez uprzedmiotowienie. W jednej ze scen widzimy fotografowanego przez kilkoro turystów wyraźnie zakłopotanego mężczyznę. Jedna z kobiet wręcza mu monetę, dziękując za możliwość zrobienia zdjęcia. Wtedy reżyser ujawnia swoją obecność, pytając: „Trudno zarobić dolara?”. Tak – odpowiada. Trzeba zobaczyć tę scenę, aby poczuć, w jak wielkim stopniu mamy do czynienia ze spektaklem upokorzenia, w której relacja biznesowa jest korzystna tylko dla jednej ze stron.

Warto podkreślić, że robienie zdjęć przez turystów nie jest praktyką bezproblemową. Aparat, to nieodzowne narzędzie turysty, bez którego praktyka ta właściwie by nie istniała, którym „strzela” się zdjęcia tak, jak kiedyś strzelbą, pokazuje, jak bardzo obrazy, pożądane widoki mogą być przemocą: choć nie zabijają fizycznie, zabijają poczucie godności.

Tę godność krajowcom przywraca O’ Rourke, który, zgodnie z antropologicznym wymogiem zaangażowania, staje po ich stronie w tej nierównej ekonomicznie i symbolicznie walce. Już sam sposób obrazowania/kadrowania tubylców oraz turystów nie pozostawia w tym względzie wątpliwości.

Turyści są kadrowani prawie zawsze grupowo i w ruchu, co podkreśla ich plemienny charakter. Przedstawia ich jako intelektualnie oraz moralnie wątpliwych (co i rusz wygłaszają jakieś „mądrości”), gdyż są kulturowymi rasistami, uznającymi, iż w gruncie rzeczy niosą pomoc tubylcom, pomagają im, są zatem szlachetni. Co i rusz wygłaszają sądy, w których z poczuciem wyższości oceniają kulturę tubylców, zachowując się jak dziewiętnastowieczni badacze lub podróżnicy czy trawelebryci pokoju Wojciecha Cejrowskiego. Ocena przychodzi im z niebywałą łatwością, gdyż Oni są przecież prostsi, My zaś jesteśmy przedstawicielami kultury wyższej. Pokazuje to mentalną strukturę długiego trwania o charakterze kolonialnym, myślenie kalkami oświeceniowymi i modernistycznymi.

Ten kulturowy rasizm jest widoczny nie tylko w warstwie mentalnej, ale nawet fizyczno-cielesnej. W jednej ze scen włoska turystka mówi do partnera, że chce mieć zdjęcie z dziećmi, traktując je w zasadzie jak małpki w zoo, które sympatycznie wskoczą na ramię. Dzieci jednak nie wydają się dość słodkie, zresztą jak tubylcy w ogóle, którzy są nastawieni za swój zysk i wydają się aroganccy (wiadomo, powinni być mili), a kobieta nie chce zbyt bliskiej obecności dzieci stających obok niej. Odpowiednie zachowanie dystansu mówi znacznie więcej: ona nie chce z nimi zbyt bliskiego kontaktu. Małpki są fajne, ale jako egzotyczne ozdoby.

Przejmujący i jednocześnie irytujący jest fakt, że turyści zupełnie nie rozpoznają realnych efektów swojej praktyki. Nie są świadomi swojego kulturowego rasizmu. Nie pojmują nawet, że to, co widzą oraz fotografują, jest wyreżyserowane przez samych tubylców, którzy ze względu na finansowe korzyści wytwarzają artefakty, zamieniają się w kanibali, nie do końca rozumiejąc zachwyty turystów nad własną plemiennością, ich turystyczną potrzebę podróżowania i oglądania ich. Turyści w ogóle nie widzą, że to, co jest im dane, to sztuczny skansen, a nie rzeczywistość. Nie ma to dla nich jednak znaczenia, gdyż fotografia, jako martwy artefakt, i tak nie odróżni, czy człowiek w stroju kanibala naprawdę nim jest, czy jest tylko za niego przebrany. Fotografia jako turystyczna pamiątka postawiona na komodzie w Berlinie będzie pokazywała i zaświadczała o tym, czego pożąda turysta – wycieczkę do prawdziwych kanibali, kolejne egzotyczne i autentyczne miejsce poza cywilizacją, w którym byłem.

Z kolei tubylców O’ Rourke pokazuje w konwencji portretu. Historia portretu sięga czasów nowożytnych. Były one wykonywane tylko ważnym osobom. Tym samym O’ Rourke pokazuje, iż to oni mają coś ważnego i przede wszystkim sensownego do powiedzenia, to oni znacznie lepiej widzą, co się rzeczywiście dzieje z nimi samymi, z ich kulturą i czym dla nich jest modernizacyjny postęp. Jest wyzyskiem i niemożnością życia w taki sposób, w jaki się chce, jest koniecznością dostosowania do obcych i niezrozumiałych reguł.

O ile nowoczesno-kapitalistyczne reguły białego człowieka są dla tubylców sztuczne i nie chcą się do nich dostosować, „zgrać” z nimi, to tak naprawdę film O’ Rourka opowiada o plemieniu turystów, a szerzej – o tym, co się stało z Europejczykami. Reżyser jakoś szczególnie im nie współczuje z powodu zaistniałej, na ich przecież życzenie, sytuacji kulturowej.

Jaka to sytuacja?

To sytuacja wyalienowania nie tylko z natury, ale i z własnej kultury.

Pierwsze kadry filmu pokazują zbiornik wodny z delikatnymi falami. To natura. Po chwili słyszymy radiowe trzaski, jak gdyby ktoś chciał się „dostroić”, „złapać” fale, tutaj radiowe, lecz to się nie udaje. Fale technologii nie zapewniają kontaktu ani ze światem, ani z innymi ludźmi, szczególnie jeśli ci nadają na innych kanałach. To dobra metafora braku komunikacji pomiędzy turystami a tubylcami: jedni i drudzy nadają na odmiennych falach.

„Cannibal Tours” to zatem film o absolutnym braku możliwości i chęci komunikacji pomiędzy tubylcami a turystami. Ci drudzy chcą jedynie doświadczyć swojego wyobrażenia autentycznego kanibala, nie pojmując, iż jest to żywy skansen powstały w wyniku ich, turystów, kulturowego wyalienowania. Nie mogą się oni porozumieć z tubylcami, gdyż wtedy zabiłoby to ich wyobrażenie. Można wyciągnąć wniosek, iż żyją oni w świecie własnej iluzji, utracili kontakt z rzeczywistością, albowiem świat kanibali istnieje o tyle tylko, o ile istnieje ich wyobraźnia oraz przymus ekonomiczny powołujący ich do życia. Odmowa komunikacji to odmowa przyznania się do własnej kulturowej porażki.

Turyści, jako przedstawiciele egzotycznej i dziwacznej kultury, są z niej wyalienowani, gdyż ich praktyka polega na poszukiwaniu autentyczności. Nowoczesność odczarowała ich świat i uczyniła pozbawionym sensu. Poszukują wśród kanibali czegoś żywego, prawdziwego, sami bowiem są ze świata, który im to odebrał. Ich wędrowanie z kraju do kraju jest tylko sposobem ucieczki od samego siebie, sprawdzeniem, czy przypadkiem prawdziwiej i autentyczniej nie jest gdzie indziej. Gna ich po świecie tęsknota za czymś, co utracili, a fotografowanie ma w jakiś sposób zatrzymać czas, utrwalić coś, co i tak przeminie, przypomnieć po latach, jak ciekawe miało się życie. W tym sensie zarówno turyści, jak i tubylcy są w jakiś sposób nieszczęśliwi i skrzywdzeni, przy czym ci drudzy ponoszą niezawinione przez siebie konsekwencje działań kultury turystycznej.

Bardzo wymowne jest zakończenie filmu, a w zasadzie dwa jego zakończenia, i co warte podkreślenia, zakończenia niezwykle bogate symboliczne. To siła antropologicznej interpretacji w wykonaniu O’ Rourke’a zbliżającego go do sztuki filmowej jako takiej. Choć „Cannibal Tours” uznaje się za film etnograficzny, to reżyser skonstruował niezwykle bogaty znaczeniowo symbol, na który składają się sceny na statku, gdy turyści opuszczają zwiedzaną przez siebie wioskę.

Turyści, pomalowani przez mieszkańców w lokalne wzory, zaczynają swoją zabawę: pozują z groźnymi minami, napinają mięśnie. To pokaz ich siły i męskości, zachowują się jak wyruszający do walki wojownicy plemienni. Jednak wzory, które odmalowali na ich twarzach mieszkańcy wioski to nie wzory wojowników, lecz wzory, jakie malowano zmarłym. Ironia, ten przecież, jak nam się wydaje, europejski wynalazek, okazuje się gestem oporu tubylców, ale jednocześnie przenikliwą diagnozą kultury zachodniej: przynosicie tylko śmierć, jesteście tym, co zabiera życie. Potrafimy was opisać lepiej niż wy nas. Turyści jednak nie są świadomi tego, że stali się obiektem drwiny ze strony tych, których uważają za „prymitywniejszych”, więc świetnie się bawią, a ich wygłupy przeradzają się w błazenadę.

O’ Rourke poprzez zwolnienie tempa scen i odpowiedni montaż oraz dodanie muzyki klasycznej Mozarta, stwarza symboliczny obraz tańca śmierci. Mozart jest znakiem kultury wysokiej, znakiem wyższości białego człowieka nad plemiennym bębnem. Jednak ta kultura wcale nie jest wyższa, przekonuje O’ Rourke. Nie jest nią, gdyż jedyne co potrafi, to niszczyć inne kultury, także wtedy, gdy zniszczyła własną, rozplatając związek między znaczonym a znaczącym, kiedy znaki przestały cokolwiek znaczyć i można się nimi dowolnie wymieniać, gdyż do niczego już się nie odnoszą. Dom duchów zniszczono najpierw u siebie, potem zaś u tubylców. Jedyne, co zostaje, to głupkowata zabawa, pozór, iluzja, tania przyjemność, pseudonaukowe „mądrości” i niczym nieuzasadnione poczucie wyższości oraz utrata kontaktu z rzeczywistością. Bardzo Baudrillardowska diagnoza.

Kultura europejska, której wyrazem jest praktyka turystyczna jako jej znak rozpoznawczy, jest martwa, albowiem jest już bezpłodna. Z tego względu musi żywić się innymi kulturami, bo sama nie ma nic do zaoferowania. W ostatnich scenach filmu, już po partii napisów końcowych, widzimy mężczyznę i kobietę żartujących z nabytych przez siebie plemiennych penisów. Przedstawiciele wykastrowanej kultury muszą zabrać to, czego nie mają, a czego symbolem jest penis: sprawczości, siły, męskości, płodności. Europejczyk został wykastrowany, a przez to cech potrzebnych do życia musi szukać gdzie indziej, doprowadzając owe „gdzie indziej” do degradacji. W tym sensie przestaje się on żywić nawet innymi kulturami, on spożywa już resztki – stając się padlinożercą.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: mannette from Pixabay

Studenci strajkują

Studenci strajkują

Od 23 maja trwa studencki strajk okupacyjny na Uniwersytecie Warszawskim.

Studentki i studenci zajmują budynek przy Krakowskim Przedmieściu w proteście wobec braku reakcji uczelni i państwa na rosnące koszty życia i postępującą prywatyzację uniwersytetu. Ważnym czynnikiem wpływającym na poziom życia społeczności akademickiej jest dostęp do tanich, publicznych stołówek na terenie uczelni.

Władze uczelni odcięły zajmowany budynek od świata zewnętrznego. Studenci oczekują, że uczelnia umożliwi prowadzenie otwartej okupacji (pozwalającej na zorganizowanie wykładów i warsztatów dla wszystkich zainteresowanych) i podejmie oficjalne negocjacje. Na obecny moment uczestnicy nie mają dostępu do jedzenia oraz pryszniców, a studenci chętni dołączyć do protestu nie zostają wpuszczani.

„Podjęliśmy się okupacji Uniwersytetu po wyczerpaniu innych ścieżek wyrażania naszego niezadowolenia z sytuacji panującej na uczelni. Rektor już ponad rok temu złożył obietnicę utworzenia na UW drugiej publicznej stołówki w jednym z wolnych lokali. Obecnie na uczelni funkcjonuje jedna stołówka, która ze względu na swoją wielkość nie jest wystarczająca na potrzeby naszej wielotysięcznej społeczności. Tylko publiczna stołówka jest w stanie zapewnić dostęp do dobrej jakości jedzenia w niskiej cenie” – mówi Jędrzej.

„Od ponad 2 lat walczymy o dostęp do taniego jedzenia, ponieważ uważamy że obowiązkiem uczelni jest umożliwienie studiowania niezależnie od tego, czy daną osobę stać na codzienne jedzenie na mieście w centrum Warszawy. Ten sam problem dotyczy innych miast akademickich, gdzie stołówki zostały sprywatyzowane. Próbowaliśmy rozmawiać z władzami, ale nie przyniosło to żadnych namacalnych skutków, jedynie puste obietnice” – dodaje Julia.

Studentki i studenci żądają od Uniwersytetu Warszawskiego:

1.Zapewnienia dostępu do posiłków ze stołówek prowadzonych przez Uniwersytet na wszystkich kampusach Uniwersytetu. Korzystanie z tanich posiłków nie powinno być przywilejem jednego kampusu, a normą obowiązująca powszechnie na Uniwersytecie Warszawskim.

2.Otwarcia prowadzonych przez Uniwersytet stołówek w budynku Biblioteki Uniwersyteckiej, Wydziale Fizyki i Wydziale Psychologii. Domagają się wydania wiążącej decyzji dotyczącej utworzenia nowych stołówek do końca bieżącego roku akademickiego. Realizacja postulatu powinna przebiegać w sposób transparentny i jawny dla społeczności Uniwersytetu.

3.Przedstawienia planu budowy nowych Domów Studenckich do 31 grudnia 2025 r. Plan powinien być częścią wieloletniej strategii rozwoju zasobu mieszkalnego Uniwersytetu i zakładać zwiększanie liczby miejsc w Domach Studenckich.

Udostępnienia przestrzeni w budynku Zarządu Samorządu Studentów otwartej dla wszystkich studentek na cele swobodnej działalności naukowej, społecznej, politycznej i dydaktycznej. Przestrzeń ta powinna służyć społeczności studenckiej niezależnie od przynależności do formalnych organizacji uniwersyteckich oraz afiliacji politycznej.

4.Zapewnienia, że osoby uczestniczące w strajku nie poniosą żadnej odpowiedzialności prawnej ani dyscyplinarnej.

Ponadto strajkujący wysuwają wobec Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego następujące żądania:

1.Utworzenia funduszu przeznaczonego na tworzenie i prowadzenie publicznych stołówek na uczelniach w całym kraju. Należy opracować wytyczne dla władz uczelni w zakresie organizowania publicznej infrastruktury socjalnej i gastronomicznej.

2.Natychmiastowego potępienia represji wobec studentek i studentów Uniwersytetów Jagiellońskiego zawieszonych w prawach studenta w reakcji na ich działalność polityczną. Domagamy się wykorzystania wszelkich środków nacisku mających na celu umorzenie postępowań dyscyplinarnych oraz wycofanie wniosków o ściganie złożonych przez rektora i kanclerz Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ministerstwo musi dążyć do skutecznego zapobiegania nadużyciom ze strony władz uczelni.

3.Przyznania dotacji celowej Uniwersytetowi Jagiellońskiemu na remont Domu Studenckiego „Kamionka”. Realizacja remontu powinna przebiegać w sposób jawny i transparentny.

Strajkujący oświadczają, że zakończą strajk, dopiero gdy zarówno UW jak i MNiSW oficjalne potwierdzą, że wszystkie postulaty zostaną spełnione.

Protestujący kierują swoje postulaty do władz uczelni oraz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Ponad podziałami za podwyżkami

Ponad podziałami za podwyżkami

Trzy największe polskie centrale związkowe domagają się znacznych podwyżek w budżetówce i wzrostu płacy minimalnej.

Jak informuje strona internetowa Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, trzy największe i reprezentatywne centrale związkowe w Polsce domagają się zdecydowanego wzrostu wynagrodzeń w państwowej sferze budżetowej oraz podwyższenia płacy minimalnej w 2026 roku. OPZZ wraz z Solidarnością i Forum Związków Zawodowych wspólnie i ponad podziałami apelują do rządu w tej sprawie.

Żądania związkowców są podyktowane wzrostem kosztów życia, spadku siły nabywczej wynagrodzeń oraz rosnącej luki płacowej między sektorem publicznym a prywatnym. W kwietniu 2025 roku przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw przekroczyło 9000 zł brutto. Tymczasem w wielu jednostkach budżetowych pensje są nadal o kilkadziesiąt procent niższe. Sektor ten traci konkurencyjność na rynku pracy. W niektórych instytucjach wskaźnik wakatów sięga 15–20 proc., a ogłaszane nabory kończą się fiaskiem.

Wspomniane trzy duże centrale związkowe oczekują wzrostu wynagrodzeń w sferze budżetowej o 12 proc. w 2026 roku. Domagają się także wzrostu minimalnego wynagrodzenia do poziomu co najmniej 5015 zł brutto od 1 stycznia 2026. Oznacza to kwotowy wzrost o 349 zł, czyli 7,48 proc. wobec obecnej płacy minimalnej.
Taka podwyżka pozwoli zrekompensować rosnące koszty życia, a także utrzyma relację płacy minimalnej do przeciętnego wynagrodzenia na poziomie 52,7 proc. Związkowcy uważają także, iż wzrost płacy minimalnej ograniczy zjawisko tzw. pracujących biednych, czyli osób, których dochody, pomimo posiadania pracy, nie pozwalają na godne życie. Brak podwyżek płac prowadzi do marginalizacji dochodowej oraz utrwalenia nierówności dochodowych. Związkowcy przekonują również, że wzrost płacy minimalnej to jeden z najskuteczniejszych mechanizmów pobudzania popytu wewnętrznego.

O zaległe pensje

O zaległe pensje

O zaległe płace walczą pracownicy dużej firmy.

Jak informuje portal Tysol.pl, pracownicy firmy Aquinos Bedding Poland w Łodzi protestowali przed siedzibą firmy. Domagali się zaległych wynagrodzeń za kwiecień. Nie zostali wpuszczeni na teren zakładu.

Ponad 300 pracowników nie otrzymało dotychczas pensji za kwiecień. W dodatku od stycznia są na tzw. postojowym, co oznacza, że ich zarobki wynoszą 80% pensji. Zakładowa „Solidarność” interweniowała w tej sprawie w Państwowej Inspekcji Pracy oraz złożyła wniosek do Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych o wypłatę zaległych wynagrodzeń.

Protest pracowników wsparły struktury Ziemi Łódzkiej „Solidarności”. Szefostwo zakładu twierdzi, że wypłaci zaległe pensje do 10 czerwca po sprzedaży aktywów firmy. Aquinos Group to jeden z największych europejskich producentów mebli tapicerowanych i materaców.

Będzie strajk?

Będzie strajk?

Sukcesem zakończyło się referendum strajkowe.

Jak informuje związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza sukcesem zakończyło się prowadzone przez ten podmiot referendum strajkowe w zakładzie firmy Jeremias w Gnieźnie. Wzięła w nim udział odpowiednia liczba osób, aby było ważne – frekwencja wyniosła 67%. Z tego aż 72,3% pracowników zagłosowało za strajkiem, a przeciw było 24,6%.

Oznacza to poparcie dla ewentualnej akcji strajkowej w zakładzie. Spór związkowców z zarządem dotyczy podwyżek pensji (o 800 zł), dłuższej przerwy w pracy (30 minut), krótszego okresu rozliczenia nadgodzin oraz sprawiedliwych norm i premii.

Jeremias jest producentem kominów i systemów kominowych, europejskim potentatem w tej branży. Należy do kapitału niemieckiego, posiada w Polsce siedem zakładów produkcyjnych. W trakcie sporu zbiorowego związkowców z zarządem firmy ten ostatni zwolnił z pracy z zakładu w Gnieźnie po 16 latach zatrudnienia Mariusza Piotrowskiego – przewodniczącego komisji zakładowej związku a jednocześnie społecznego inspektora pracy, a wcześniej pracę stracił Dariusz Modrzejewski, pracownik lakierni, który zgłaszał naruszenia zasad BHP.

O pracę trudniej

O pracę trudniej

Coraz trudniej o pracę, szczególnie dla osób młodych oraz 50+.

Jak informuje Portal Samorządowy, nowy raport przygotowany dla Polskiej Agencji Rozwoju i Przedsiębiorczości wskazuje na negatywne tendencje na rynku pracy. Coraz większa konkurencja o miejsca pracy panuje wśród młodych pracowników oraz osób w wieku 50+, a czas szukania nowej pracy wydłużył się dla wszystkich.

Raport wskazuje, że w marcu 2025 roku do urzędów pracy zgłoszono 84,5 tys. nowych ofert zatrudnienia. To spadek rok do roku o niemal 13 procent. W tym czasie o 7,7 tys. wzrosła natomiast liczba zarejestrowanych bezrobotnych. W województwie podkarpackim na jedną ofertę zatrudnienia przypada aż 34 bezrobotnych.

Szczególnie trudna jest sytuacja młodych i starszych pracowników. Stopa bezrobocia rejestrowanego wśród osób poniżej 25 lat sięga 10,9%. Oznacza to, że jest ponad dwukrotnie wyższa niż średni krajowy poziom bezrobocia. Z kolei badania przeprowadzone wśród starszych pracowników pokazują, że 63% bezrobotnych w wieku powyżej 50 lat uważa na podstawie swoich doświadczeń, że taki wiek jest główną przeszkodą w znalezieniu zatrudnienia.

Ogólnie najtrudniejsza sytuacja jest w województwach warmińsko-mazurskim i podkarpackim, gdzie stopa bezrobocia wynosi ponad 8%.

Wydłuża się także czas poszukiwania pracy. Najgorzej jest w produkcji przemysłowej, gdzie poszukiwanie pracy zajmuje średnio 6,3 tygodnia, podczas gdy w roku 2022 było to 5,6 tygodnia. Średni czas rekrutacji na stanowiska specjalistyczne i menedżerskie wynosi obecnie 5,4 tygodnia, a w 2022 r. było to 4,5 tygodnia. W handlu detalicznym obecny wskaźnik to 6 tygodni wobec 4,6 tygodnia przed trzema laty.

(Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski)

Polska po I turze

Polska po I turze

Komentarz powyborczy na szybko. Najpierw sprawy natury systemowej, później opinia o wynikach poszczególnych kandydatów.

Pierwsza tendencja, jaką widać wyraźnie, to blamaż obecnego rządu. Po zaledwie półtora roku istnienia ma on większość społeczeństwa przeciwko sobie i jest to wyraźny szybki zjazd sympatii i poparcia. A był to rząd ze sporym kredytem zaufania, nadziejami i oczekiwaniami zmian na lepsze. Właściwie nie posiada on już mandatu do rządzenia i należy dążyć do przyspieszonych wyborów, szczególnie gdyby kandydat neoliberalnego rządu na prezydenta przegrał w II turze.

Druga tendencja jest taka, że w Polsce narasta fala sprzeciwu wobec elitarnego liberalizmu. Nie jest on tożsamy z liberalizmem gospodarczym. Stanowi raczej syntezę poczynań liberalnej oligarchii politycznej, kręgów wielkobiznesowych oraz liberalnej agendy kulturowej. Opcja krytyczna wobec niego otrzymała ponad 50% poparcia, gdy agenda przeciwna jakieś 40%, nie licząc Zandberga, który się temu podziałowi nieco wymyka. To spór trudniejszy do opisania niż dotychczasowe podziały i standardowe etykietki, a zarazem jest to spór zarysowujący się coraz bardziej w skali świata.

Określiłbym go jako wojnę silniejszych i słabszych – silniejszych i słabszych wieloaspektowo. Ten konflikt nie przebiega po liniach lewicy i prawicy, socjalności i liberalizmu itp. Przebiega raczej po liniach bogatsi i biedniejsi, „rozwinięci” i „zacofani”, wielkomiejscy i prowincjonalni, modni i niemodni, globalni i lokalni, decyzyjni i pozbawieni sprawczości, więksi i mniejsi itp., itd. Łatwo ten podział przeoczyć, a przede wszystkim wyszydzać wywodami typu „nie powiesz chyba że Janusz Biznesu z firmą na prowincji jest słabszy niż doktorantka ze stolicy czy przeciętny korpoludek z Krakowa czy Wrocławia”. Otóż rzecz w tym, że rozmaite kapitały, szanse, możliwości i atuty działają razem i jest to działanie inne niż gdyby tylko postawić przeciwko sobie kapitały finansowe przykładowych ludzi w danym momencie ich życia. Po stronie umownej prawicy są dzisiaj nie tylko wprost biedni/biedniejsi, choć już wcześniej dokonał się właśnie taki klasowy transfer z lewa na prawo, sprzeczny z tym, co było dawniej. Po jej stronie są także ci, którzy mają mniej/gorzej na innych płaszczyznach: symbolicznej, kulturowej, terytorialnej, lajfstajlowej, pod względem szans na rozwój itp., itd.

„Lud” nie ma dzisiaj wiele wspólnego z kanonicznymi lewicowymi czytankami, ale ma wspólny mianownik w postaci obiektywnego bycia słabszymi czy przynajmniej subiektywnego czucia się takimi – a polityka i nastroje społeczne to nie tylko fakty i dane, ale także emocje. A emocje są takie, że jeśli masz 50 lat i nawet jako taki biznesik na prowincji, to w sensie wymiernych aktywów masz w tej chwili więcej niż 30-letni wielkomiejski „aktywista” czy „nowoczesny” korpoludek niewysokiego szczebla, ale pod wszelkimi innymi względami możesz mieć gorzej lub czuć się gorzej oraz być bombardowany pouczeniami ze strony takiej hiperelity, z którą „aktywista” i „nowocześniacy” mają więcej wspólnego niż ty z tą samą hiperlitą. A gdy ten prowincjonalny biznesik to podupadający sklepik czy jednoosobowa naprawa laptopów, to ich właściciele są kilka pięter niżej niż ciut starszy naukowiec, bardziej doświadczony pracownik korpo czy zawodowy działacz z dużego NGO. Czytanie dzisiejszego podziału społecznego po liniach wyłącznie dochodów w danym momencie czy teoretycznego stanu posiadania (środki produkcji) nie mówi nam o świecie wszystkiego. I nie tylko w Polsce, także w USA czy we Francji, gdzie te linie podziałów na lud i elitę z jej otoczeniem nie są lewicowo-prawicowe czy praca najemna kontra własny biznes, lecz przemieszane z innymi atutami i formami wykluczenia. Kto tego nie widzi, będzie ślepy i będzie przegrywał.

To bardzo ładnie widać zresztą w polskich wynikach wyborów wśród robotników. Nawrocki dostał poparcie ponad 35% z nich, Mentzen 23%, Trzaskowski już tylko 17%, za to Braun niemal 11%, a Zandberg niespełna 3%. I mniej więcej tak samo jest wtedy, gdy zastosujemy inne klucze tematyczne z podobnej działki: wykształcenie, prowincję/wielkomiejskość itp.

Liberalna hiperelita jest odrzucana przez szeroki front słabszych. Nie pomogą tu zaklęcia mówiące, że robotnicy mają „fałszywą świadomość”, skoro głosują na libertariańskiego Mentzena, że „brunatna fala” coś tam coś tam, że spora część kobiet „zbłądziła na manowce”, bo głosuje na Nawrockiego, Mentzena czy Brauna. To jest jedynie wyraz politycznej i poznawczej bezradności podlanej paternalistycznym mędrkowaniem i niezrozumieniem tego, co się dzieje i dlaczego. Nawiasem mówiąc, skoro już jesteśmy przy „brunatnej fali”, to warto pogratulować tzw. antyfaszystom. To jedyny w świecie zawód, w którym możesz świetnie zarabiać, efekty twojej roboty są coraz gorsze, ale i tak, zamiast z niej wylecieć za marne wyniki – dostajesz kolejne zlecenia. Antyfaszyzm, czyli oficjalna ideologia współczesnej neoliberalnej oligarchii, to swoiste perpetuum mobile.

To wszystko nie oznacza, że Trzaskowski na pewno nie wygra w II turze. Liberalna hiperelita rzuci ogromne środki wszelakie, aby wygrał, nie cofnie się przed żadną prowokacją, kłamstwem itp. Po drugie, front „prawicowego” (piszę w cudzysłowie, bo w Polsce jest on obecnie faktycznie prawicowy, ale choćby sąsiednie Słowacja i Czechy przypominają, że to nie takie etykietki są kluczowe dla obecnego podziału społecznego) wkurzenia nie jest jednolity i wyniki jego kandydatów nie sumują się w prosty sposób. Ale mówię o tendencji i to o tendencji globalnej czy w „świecie zachodnim”. W nim hiperlita jest coraz bardziej odrzucana i coraz mocniej kontestowana przez szeroki front ludzi wykluczanych wieloaspektowo: nie tylko wprost finansowo czy zawodowo, ale także symbolicznie, kulturowo, terytorialnie itp. I to jest kluczowy trend polityczny nadchodzących czasów, zasadnicza linia podziałów. Nie lewice i prawice, nie socjal i wolnorynkizm itp., raczej obiektywne i nie mniej tym razem ważne subiektywne poczucie bycia słabszym, przegrywającym, marginalizowanym na różnych frontach lub którymś z nich.

No a teraz pora na personalia.

Trzaskowski – dostał fangę prosto w paniczowatą buźkę. Nie pomogła mu partia władzy, nie pomogła wieloletnia rozpoznawalność, nie pomogła wielka forsa, nie pomogło wsparcie 90% mediów publicznych i tych zwanych „wolnymi” (ich „wolność” świetnie widać właśnie w takich momentach, gdy jawnie i nachalnie stają po stronie neoliberalnej oligarchii), nie pomogło ujawnione kilka dni przed wyborami bezprawne skręcanie wyborów nielegalnym wspieraniem kampanii tego kandydata wielką forsą wydawaną na promocję internetową i na ataki na kontrkandydatów. Facet zrobił wynik mizerny jak na tyle aktywów, a tym bardziej gdy wiemy, że inni kandydaci neoliberalnej koalicji wypadli marnie i to nie oni odebrali mu głosy, jak było choćby w poprzednich wyborach z niezłym wynikiem Hołowni.

Nawrocki – niby to wynik tylko taki, jakie mniej więcej poparcie ma PiS. Ale dla faceta po pierwsze do niedawna szerzej nieznanego, po drugie mającego ostrą prawicową konkurencję, a po trzecie i najważniejsze zaatakowanego tak, jak potrafi tylko liberalna oligarchia. Przetrwał, wytrwał, prawie dogonił mydłka ze stołecznego ratusza, a przed II turą jest w ofensywie. W dodatku Nawrocki grał na swoich zasadach – on nie głosił niczego, w co by nie wierzył, nie lawirował. Tymczasem Trzaskowski, podobnie jak PO wcześniej, zrobili szmatę z własnych poglądów i wieloletniej narracji, idąc w antyimigranckość, antyukraińskość, obronę granicy, udawany twardy kurs wobec Niemiec, schowanie elitarnej „ekologii” i liberalnej obyczajówki itp. Co zresztą też znamionuje szerszą zmianę nastrojów społecznych.

Mentzen – nie zrobił wyniku, o jakim marzył, nie było mijanki z Nawrockim, na którą grała hiperelita liberalna i którą wieściło wielu analitycznych mózgowców o zawsze nietrafionych prognozach i zawsze dobrze za nie opłacanych. Ale zrobił wynik naprawdę konkretny, najwyższy w dziejach swojej formacji w jakichkolwiek wyborach, a w dodatku to jego narracja jest na topie i to właśnie on zrobił to, co od wielu lat zapowiadała lewica: zmienił dyskurs. Ja się z tym dyskursem nie zgadzam, ale obiektywnie to oni mają sukces.

Braun – papierek lakmusowy tego, jakie są nastroje, jak bardzo ludzie są wkurzeni na kształt świata. Może i wkurzeni ślepo i głupio, ale także na tym polega demokracja, a jeśli taka postać robi ponad 6% de facto z niczego, a przegania dwójkę kandydatów lewicy, w tym kandydatkę lewicy rządzącej, oraz marszałka sejmu i czarnego konia poprzednich wyborów, to mówi to samo za siebie, a załamywanie rąk i zaklęcia o brunatności są jedynie wyrazem bezradności w ogóle, a tym bardziej na tle tego, że Braun z takim wynikiem to dopiero trzeci pod względem poparcia kandydat mocno prawicowy.

Hołownia – totalna porażka, blamaż. Od popularności, niemal wizji bycia rozgrywającym i zdetronizowania Tuska/PO na liberalnej flance, po wynik poniżej progu wyborczego dla partii, a i to w momencie, gdy oprócz Polski 2050 był kandydatem PSL. To cena zapłacona za kunktatorstwo, bycie nieodróżnialnym od Trzaskowskiego, układ z PO, udział w marnych rządach, utratę efektu nowości i dołączenie do neoliberalnej oligarchii. W pełni zasłużona klęska, przypieczętowana w dodatku „przekazaniem” od razu głosów Trzaskowskiemu, czyli pełną wasalizacją. Cry, Szymon, cry.

Zandberg – i dobrze, i źle. Jak na kandydata partii z sondażowym poparciem 1-2%, partii obiektywnie słabej i ubogiej, jest to wynik niewątpliwie dobry. Tym lepszy, że uzyskał poparcie wyższe niż konkurentka z lewicy, która miała o wiele więcej aktywów od niego. To dobry punkt wyjścia do ofensywy i ugruntowania zauważalnego poparcia dla samodzielnej partii Razem. Z drugiej strony oczywiście jak na dekadę istnienia partii te niespełna 5% poparcia to wynik dość mizerny. Wystarczy porównać go z tym, co w podobnym czasie zrobiła Konfederacja, a tym bardziej gdy Zandberg nie miał bardzo silnej konkurencji z lewej. W dodatku kandydat największe poparcie zyskał w kręgach silnych i sytych, co stawia na głowie sens takiej lewicowości, a do tego część owego poparcia to chwilowy owczy pęd niestabilnych ludzi młodych i powtórzenie „efektu Zandberga” z roku 2015, później roztrwonionego, co jest dość słabym fundamentem pod budowę czegoś większego. Ale obiektywnie niezła robota na tle dotychczasowej mizerii tej partii. Oczywiście ten sukces został osiągnięty narracją i priorytetami, które tej partii tacy jak ja doradzali już dawno temu: dużo o socjalu, gospodarce i realnych problemach, a mało o obyczajówce i niszowych dziwactwach – no ale wtedy przez ludzi tej samej partii, która teraz to zrobiła, byliśmy masowo obrzucani błotem, a dzisiaj nas za to oczywiście nikt nie przeprosi i nie przyzna racji.

Biejat – wynik mizerny w ogóle, nawet poniżej sondażowych notowań Nowej Lewicy, a na tle wyniku Zandberga jest to wręcz blamaż. I trudno się dziwić, bo przestrzeń dla takich poglądów jest znikoma, gdy z jednej strony jest Trzaskowski, w którym nadzieje mogą lokować zarówno mniej bystrzy progresywiści obyczajowi, jak i skręcające w prawo, ale wciąż „nowoczesne” nieco progresywne mieszczaństwo (które już tak bardzo nie chce otwierania granic, Ukraińców, woke, ekologii i czego tam jeszcze, a Biejat wciąż chce), a z drugiej jest Zandberg, czyli opcja jako tako socjalna + wciąż nieprawicowa kulturowo. W dodatku to nie jest problem samej Biejat, bo ta partia przecież nie ma nikogo znacznie lepszego do wystawienia, lecz samej oferty partyjnej – dla kogo to w ogóle jest w tych czasach i dla kogo będzie, gdyby Razem jednak zaczęło orbitować w sondażach wokół progu wyborczego zamiast kręcić się w okolicach 1-2%.

Wyniki Hołowni i Biejat to zresztą prawdopodobnie wstęp do całkowitego zmarginalizowania ich formacji w koalicji rządowej. Tusk z jednej strony potrzebuje ich do większości, ale wie, że niemal nic nie znaczą, a oni jeszcze bardziej potrzebują Tuska, aby nie być zupełnym marginesem, a on to wykorzysta. Czyli będzie to rząd już zupełnie neoliberalno-hegemoniczny.

Remigiusz Okraska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski