przez redakcja | piątek 27 czerwca 2025 | aktualności
W jednym z zakładów w Bielsku-Białej odbył się dzisiaj strajk ostrzegawczy.
Jak informuje portal bielsko.biala.pl, dzisiaj w godzinach 13-15 odbył się strajk ostrzegawczy w zakładzie firmy Marelli w Bielsku-Białej. Kilkadziesiąt osób zaprzestało pracy w ramach trwającego od dawna sporu między związkami zawodowymi a szefostwem firmy.
Pora protestu została ustalona tak, aby mogli w nim wziąć udział pracownicy pierwszej i drugiej zmiany. Szefostwo zakładu znacznie skróciło pierwszą zmianę, aby storpedować protest. Mimo to wzięła w nim udział znaczna część pracowników obu zmian.
Pod koniec 2024 „Solidarność zażądała podwyższenia miesięcznych płac o 750 zł brutto od 1 stycznia. W toku protestu obniżyła je do 375 zł brutto od 1 lipca. Mimo to zarząd firmy odrzuca żądania związkowców. Grzegorz Maślanka, szef zakładowej „Solidarności”, powiedział portalowi bielsko.biala.pl: „Odpuszczamy sześć miesięcy, oczekiwaną kwotę podwyżki wynagrodzenia obniżyliśmy o połowę, ale mimo naszej woli współpracy, nie ma jej po stronie pracodawcy. Proponują nam 158 zł brutto średnio na pracownika”.
We wtorek odbędą się kolejne negocjacje związkowców z przedstawicielami władz firmy.
przez redakcja | czwartek 26 czerwca 2025 | aktualności
Kolejne zwolnienia grupowe zapowiedziała spółka Agora.
Jak informuje portal Money.pl, spółka Agora, wydawca „Gazety Wyborczej”, ogłosiła zamiar zwolnień grupowych. Pracę straci 49 osób.
Dotychczas byli oni zatrudnieni przy druku „Wyborczej”. Teraz spółka zamierza zlikwidować swoją działalność poligraficzną. Druk dziennika należącego do Agory zostanie zlecony publicznemu podmiotowi Polska Press, wydawcy gazet regionalnych. Spółka planuje w ten sposób zaoszczędzić rocznie ok. 6 mln złotych.
Zwolnienia będą miały miejsce w lipcu i sierpniu. Poprzednie zwolnienia grupowe w Agorze miały miejsce w początkach roku 2024 i objęły 190 osób.
przez redakcja | wtorek 24 czerwca 2025 | aktualności
Wielki niemiecki koncern likwiduje swój zakład w Polsce.
Jak informuje portal Nasze Miasto, szefostwo zakładu produkcyjnego niemieckiego koncernu Henkel poinformowało dzisiaj o likwidacji fabryki w Raciborzu. Pracownicy zakładu dowiedzieli się o tym nagle podczas porannego spotkania z władzami firmy. Następnie nakazano im opuszczenie zakładu.
Pracę straci cała załoga zakładu – 159 osób. Proces likwidacji produkcji potrwa do listopada. W zakładzie w Raciborzu wytwarzane są m.in. proszek Persil i płyn Silan. Część produkcji odbywa się w nowej hali, otwartej w 2018 roku. Koncern Henkel działa w Polsce od roku 1990. Ma w naszym kraju jeszcze dwa zakłady produkcyjne – w Stąporkowie i Dzierżoniowie. Produkty z Raciborza trafiały nie tylko na polski rynek, lecz także do pozostałych krajów Europy Środkowo-Wschodniej.
przez redakcja | wtorek 24 czerwca 2025 | aktualności
Kopalnia Bogdanka chce przenieść sprzątające kobiety do firmy zewnętrznej. Ich obronę zapowiadają górnicy.
Jak informuje portal Tuba Łęcznej, spółka Lubelski Węgiel Bogdanka odmawia przedłużenia umów o pracę z kobietami zatrudnionymi do sprzątania obiektów zakładu. Mają one zostać przeniesione do spółki-córki. Oznacza to dla zatrudnionych utratę części uprawnień i uposażeń. Sprawa dotyczy około 100 kobiet zatrudnionych obecnie w Sekcji Porządkowo-Czystościowej. Ich zatrudnienie przez LWB ma zakończyć się 30 czerwca. Po tym terminie mają zostać przeniesione do osobnej spółki.
Związkowcy z Bogdanki są przeciwni takiej decyzji. Uważają, że oznacza ona pogorszenie dotychczasowych warunków zatrudnienia. Jarosław Niemiec ze związku „Przeróbka”, znany także z łamów Nowego Obywatela, uważa, że od 1 lipca kobiety będą zarabiały najniższą krajową, ale stracą dodatkowe świadczenia, które gwarantowały im warunki zatrudnienia wywalczone przez związki w całej Bogdance. Chodzi o premie coroczne, premie barbórkowe oraz tzw. flapsy, czyli dodatek pieniężny na posiłki regeneracyjne. Związkowcy zapowiadają walkę o prawa sprzątających kobiet. Deklarują wejście w spór zbiorowy z zarządem firmy. – „Sprzeciwiamy się takiemu rozwiązaniu i żądamy zawarcia porozumienia o zabezpieczeniu praw i interesów pracowniczych tego działu. Zarząd jednak to ignoruje, dlatego złożyliśmy pismo wszczynające spór zbiorowy” – powiedział Jarosław Niemiec portalowi Tuba Łęcznej.
Żądania w sprawie utrzymania dotychczasowych warunków zatrudnienia sprzątających kobiet wyartykułowały wspólnie Związek Zawodowy „Przeróbka”, Związek Zawodowy Górników, NSZZ „Solidarność” i Związek Zawodowy „Kadra”.
przez Michał Szymański | poniedziałek 23 czerwca 2025 | opinie
W mowie potocznej przyjęło się powiedzenie, że najbardziej lubimy te melodie, które już znamy. Patrząc na powyborczy dyskurs nietrudno przyznać mu rację. Środowiska samozwańczego obozu demokratycznego, a przede wszystkim wspierające je media, zamiast spojrzeć w lustro i zastanowić się nad swoim blamażem, rozpoczęły poszukiwania winnych porażki ich kandydata – wiceszefa Platformy Obywatelskiej, Rafała Trzaskowskiego. Po miesiącach niezwykle brutalnej (zwłaszcza w jej ostatnich tygodniach) kampanii środowiska zgromadzone dookoła koalicji rządowej zostały skonfrontowane z niesprzyjającym wynikiem. Podawane razem z zamknięciem komisji wyborczych exit polls, które wskazywały na niewielką przewagę kandydata obozu rządzącego wydawały się jego otoczeniu na tyle miarodajne, żeby ogłosić zwycięstwo. Przez dwie godziny Rafał Trzaskowski miał możliwość poczuć się Prezydentem Rzeczpospolitej, choć w dość wyraźny sposób czuł się tak już dużo wcześniej. Rzeczywistość okazała się jednak odmienna i już następnego ranka oddawał ją kursujący po internecie obrazek siedzącego w ławie sejmowej Jarosława Kaczyńskiego z podpisem „Kogo należy wystawić, aby wygrać z bezideowym kandydatem Koalicji Obywatelskiej? Kogokolwiek”.
Okres wyborczy rozciągnięty od etapu prekampanijnego, kiedy to komentatorzy próbują przewidzieć ewentualne kandydatury, aż po zaprzysiężenie nowej głowy państwa (i idące razem z nim ogólne zmęczenie debatą na ten temat), zawsze stanowi znakomitą okazję do przyjrzenia się mechanizmom debaty publicznej. To właśnie wtedy słyszymy o tym, jakie cechy kandydatów mogą przyciągać potencjalnych wyborców. Jak zagłosują duże miasta, a jak zagłosuje „Polska powiatowa”. O tym, kto bardziej nadaje się na urząd prezydenta Rzeczpospolitej – nieważne jak bardzo efemeryczne byłyby argumenty przemawiające za takimi stanowiskami (na myśl przychodzi anegdotka z „Tygodnika Powszechnego” o Rafale Trzaskowskim, który już jako dziecko był zapowiadany przez kolegów na stanowisko prezydenta). To wtedy dowiadujemy się o „ciemnych kartach” z życiorysów kandydatów, a przynajmniej tych, którzy stanowią na tyle duże zagrożenie dla największych obozów, że trzeba wytoczyć przeciwko nim jakieś oskarżenia. Jednak to dzień ostatecznych wyników jest tym, na który czekam z utęsknieniem, bo znów przychodzi usłyszeć starą dobrą melodię o tym, jak to demokracja ponoć nie działa.
Media różnych formatów – począwszy od wielkich telewizji, przez opiniotwórcze magazyny, aż po internetowe konta różnorakich osobistości – z oburzeniem zareagowały na zwycięstwo kandydata wspieranego przez Prawo i Sprawiedliwość. Rozpoczęła się, trwająca po dzień pisania tego tekstu, obława na wszystkich „niewykształconych”, „nieodpowiedzialnych” i „bogobojnych” Polaków, którzy odważyli się nie oddać głosu na kandydata rządowego. A czemu jest to znana melodia? Ponieważ po każdych wyborach, w których triumf odnosiło stronnictwo dowodzone przez Jarosława Kaczyńskiego – czyli wszystkich od ponad dekady, nie licząc ostatnich wyborów do parlamentów krajowego oraz europejskiego – słyszymy, że model demokratyczny nie spełnił swojego zadania, a reżim większości znowu stanowi element hamulcowy zmiany cywilizacyjnej. To wtedy rozgoryczone głosy liberalnego komentariatu w mniej lub bardziej świadomy sposób dokonują przetworzenia myśli Janusza Korwin-Mikkego, że demokracja jest złym ustrojem, ponieważ „dwóch facetów spod budki z piwem ma większą siłę niż profesor akademicki”.
Z jakiegoś powodu analiza powyborczych statystyk dotyczących grup wiekowych, miejsca zamieszkania i poziomu wykształcenia wyborców zdaje się zawsze poświęcać najwięcej czasu i uwagi temu ostatniemu elementowi. Mowa jest wtedy o niedojrzałości rodzimej demokracji, która wciąż ciągnie w stronę autokracji, a zebrani w studiach eksperci i goście mogą deliberować na temat potrzeby edukacji społeczeństwa, które to podobno zbyt łatwo nabiera się na populistyczne chwyty stosowane przez przeciwników obozu demokratycznego.
Warto zwrócić też uwagę na gravitas, z jakim cały czas oddziałuje teza sformowana w trakcie poprzedniej kampanii parlamentarnej. To właśnie wtedy Donald Tusk i jego koalicjanci mianowali się obozem demokratycznym, twierdząc, jakoby ich szeroki front stanowił zamknięty zbiór ugrupowań szanujących społeczeństwo obywatelskie i instytucje demokratyczne – nietrudno zauważyć, że znajdujące się poza tym zbiorem Prawo i Sprawiedliwość oraz Konfederację konsekwentnie przedstawiano jako zagrożenie dla demokracji, stawiając zbiór bliżej niedookreślonych i niedoprecyzowanych zarzutów, zwłaszcza pod adresem tych pierwszych. PIS, który wedle doniesień liberalnych mediów miał w razie swojej przegranej wyprowadzać wojsko na ulice, oddał władzę (nie licząc krótkiego okresu politycznej apopleksji albo teatru, kiedy to na premiera desygnowano Mateusza Morawieckiego i kazano mu utworzyć jakikolwiek rząd) i przeszedł do opozycji. Nie tworzono wówczas narracji dotyczącej systemowej niesprawiedliwości – politycy byłego rządu powtarzali jak mantrę, że wygrali (co patrząc na liczbę głosów było prawdą), ale nie doszukiwali się drugiego dna i oddali rządy Tuskowi. Budzi więc pewien niesmak, gdy środowiska przychylne obecnej władzy określają się na spektrum, które po jednej stronie formułuje zarzut oszustwa wyborczego, a na drugim jego krańcu wyraża rozczarowanie demokracją, która pozwala na zwycięstwo kogoś spoza kręgu ich sympatii.
Karolowi Nawrockiemu udało się, na przekór wszystkim prognozom, zdobyć głosy większości Polaków pomimo dalece nieuprzywilejowanej pozycji. PiS mimo kontroli nad narracją Telewizji Republika czy wPolsce24 póki co nie odbudował siły przekazu, jaką dawała mu kontrola nad publiczną telewizją za czasów swoich rządów. Do tego dochodzi niespotykana dotąd skala zarzutów i oskarżeń wysuwanych pod adresem Nawrockiego – zwieńczona wyjątkowo dywersyjnym i prawdopodobnie „odwrotnie skutecznym” wystąpieniem premiera na antenie Polsat News, w którym powoływał się na patocelebrytę skazanego za pomówienia. To wszystko składa się na obraz bardzo trudnej kampanii, która pomimo wieszczenia zwycięstwa Rafałowi Trzaskowskiemu przyniosła wynik szokujący dla wielu. Czy był on jednak tak szokujący i zaskakujący? Czy pierwsza tura wyborów, w której wyborcy mogli głosować w zgodzie ze swoim sumieniem, dająca 60% poparcia kandydatom spoza struktur rządowych, nie dawała wyraźnego znaku, że kredyt zaufania, który pozwolił objąć Donaldowi Tuskowi stanowisko Prezesa Rady Ministrów, właśnie się wyczerpał? Okres dwóch tygodni między pierwszą a drugą turą był zresztą bardzo ciekawy ze względu na zmianę narracji środowisk KO w stosunku do Konfederacji.
W sytuacji, gdy polityczna arytmetyka wymagała skapitalizowania głosów prawicy albo przynajmniej spacyfikowania ich zapału do oddania głosu w drugiej turze, Konfederacja na chwilę stała się w pełni poważanym graczem i próżno było doszukiwać się po stronie komentariatu głosów sprzeciwu odnośnie do wchodzenia w dialog ze skrajną prawicą. Na moment Sławomir Mentzen stał się w ich oczach (przynajmniej publicznie) pragmatycznym i dojrzałym politykiem, z którym trzeba wspólnie rozmawiać i realizować polską rację stanu. Po wyborach nie ma już tego problemu. Domniemany elektorat Mentzena, który zagłosował na Nawrockiego, „udowodnił” liberałom, że tamci stoją po złej stronie historii i nie dojrzeli jeszcze do dobrych wyborów (mówiąc zarówno metaforycznie, jak i bezpośrednio, biorąc pod uwagę popularność Mentzena wśród młodych wyborców).
Co w takim razie pozostało? W 2016 roku Slavoj Žižek jako zdeklarowany przeciwnik Donalda Trumpa głosił w mediach, że jego wygrana jest czymś niedobrym, ale potrzebnym. Porażka z takim przeciwnikiem powinna skłonić obóz Demokratów do refleksji nad prowadzoną przez nich polityką. To właśnie opisywana przez Žižka postać Trumpa – który zrodził się ze wszystkich bolączek niezaleczonych przez panujący establishment – miała być inspiracją dla zmian i ponownego obrania ideowego azymutu. Ta przewrotna myśl zakładała, że kolosalna porażka Demokratów długofalowo może dać ich obozowi nowy podmuch w żagle i skierować ich w stronę wyborców, którzy na nich głosują, ale z każdym dniem czują się coraz mniej reprezentowani przez swoich reprezentantów. Dalece dyskusyjnym jest to, czy środowisko amerykańskich Demokratów wzięło sobie do serca słowa Žižka, ale pewnym jest, że ekstrapolując to samo zagadnienie na polski grunt widzimy jak obóz władzy gotów jest doszukiwać się skutków swojej porażki wszędzie poza łazienkowym lustrem.
Cezary Tomczyk mówiący niepewnie na antenie TokFM: „może trzeba było rozliczać szybciej?”. Adrianowi Zandbergowi zebrało się za brak jednoznacznego poparcia dla Rafała Trzaskowskiego, a fakt, że zaproponował on poparcie Trzaskowskiego, gdyby ten wpłynął na premiera i doprowadził do przegłosowania ustawy o ochronie zdrowia, wygodnie przemilczano. Liberalne ośrodki opiniotwórcze założyły, że Trzaskowskiemu głosy wyborców Zandberga po prostu się należą i nawet estymacje zakładające, że przytłaczająca większość wyborców lidera Partii Razem oddała głos na wiceszefa Platformy nie jest w stanie zatrzymać cyklicznego obwiniania Partii Razem za porażkę PO – zbyt mali i nieistotni, by z nimi rozmawiać, ale bardzo istotni, gdy przychodzi czas na szukanie winnych.
Zapowiadana przez premiera rekonstrukcja rządu, której najgłośniejszym elementem jest ewentualna zmiana w fotelu Ministra Sprawiedliwości – z obecnie pełniącego tę funkcję Adama Bodnara na Romana Giertycha – pozwala nam się domyślać, że rząd chce w ten sposób wykonać ukłon w stronę najbardziej oddanego elektoratu i zapowiedzieć, że rozliczenia władzy Prawa i Sprawiedliwości nie ustaną, a wręcz przybiorą na sile. Ten sam Roman Giertych, pomimo deeskalacyjnych wypowiedzi premiera, nie porzuca obranej przez siebie ścieżki mobilizowania wyborców do składania protestów wyborczych, które w jego ocenie doprowadzą do zmiany Prezydenta-elekta. Powołano również rzecznika rządu, który stanowić ma remedium na zdiagnozowany przez Koalicję Obywatelską problem – brak skutecznej komunikacji z Polakami i powstałe w ten sposób niepowodzenia w przekazywaniu wszystkich sukcesów, jakie odnosi ten rząd (warta odnotowania jest również myśl głoszona przez jednego z posłów KO, że rząd powinien mieć trzech rzeczników – po jednym dla każdej grupy wiekowej).
Rozwiązanie to wskazuje, że kurs obecnej władzy pozostaje bez zmian. To nie brak sukcesów, to brak komunikacji. To wyborcy nie dostrzegają znakomitych rezultatów obecnego gabinetu, a część tych wyborców najwyraźniej potrzebuje przypomnienia, że jest dobrze, ponieważ nie rządzi Prawo i Sprawiedliwość. W jaki sposób ma to jednak pomóc w dalszej drodze obozu Koalicji Obywatelskiej, która dopiero co była świadkiem, że lewicowy kandydat spoza rządu zdobył więcej głosów niż ich lewicowa koalicjantka? Jak dalsze rozliczenia mają się do rozłamu Trzeciej Drogi, w której to osoba Szymona Hołowni zaczęła swoim kolegom z PSL-u bardziej ciążyć niż im pomagać? Jak ma się to do ogólnego marazmu rządu, który od czasu dojścia do władzy nie jest w stanie zaproponować Polakom jakiejkolwiek wizji przyszłości naszego kraju?
Koalicja Obywatelska i jej sojusznicy zapewne czują wiatr zmian i widzą, że ugrupowania prawicowe zyskują na sile w całej Europie, a kontynuacja dalszego rządzenia w oparciu o azymut obrany 15 października 2023 – „wygrajmy wybory, a potem się zobaczy” – nie przyniesie im długofalowo niczego poza porażką w kolejnych wyborach parlamentarnych. Zmiana w komunikacji ze społeczeństwem jest tylko formalnym zabiegiem, który w żaden sposób nie zmienia stylu realnie sprawowanej władzy. Odtrąbienie z dumą spadających wskaźników inflacyjnych nie znaczy już dzisiaj nic, bo Polacy zauważyli, że cena produktów w sklepach nie jest tak bardzo skorelowana z inflacją, jak mówiono za czasów poprzedniej władzy. Obietnice dotyczące budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego są pozbawione jakiegokolwiek zapału – ale jak mogło go nie brakować, gdy rolę pełnomocnika rządu w tej sprawie piastuje Maciej Lasek, wcześniejszy krytyk całego przedsięwzięcia. Pojawiające się cyklicznie stwierdzenie, że program 800+ stanowi osiągnięcie tego rządu jest równie miałkie, co chwalenie się najbezpieczniejszą granicą na wschodzie – wszystko to przez pryzmat stanowisk, jakie Koalicja Obywatelska zajmowała w czasach bycia w opozycji. Brakuje odwagi do jakichkolwiek przedsięwzięć, które wykraczają poza doraźne administrowanie aparatem państwa.
Nie pomagają również głosy koalicjantów, którzy po zweryfikowaniu społecznego poparcia próbują zaznaczyć swoją podmiotowość poprzez wychodzenie z bardziej radykalnymi postulatami. Szymon Hołownia nastawił się na formalną procedurę w sprawie odpolitycznienia spółek Skarbu Państwa – jego ugrupowanie złożyło już drugi projekt ustawy i intensywnie go promuje. Nie sposób jednak nie odczuć, że odpolitycznienie spółek skarbu państwa nie jest już tak nośnym sloganem, gdy sprawuje się władzę od ponad półtora roku i gdy zdążyło się już dokonać przetasowania obsadzonych tam za czasów l’ancien regime ludzi na swoich protegowanych. Tam, gdzie przejawia się inicjatywa – jak w przypadku powołania zespołu ds. deregulacji początkowo sygnowanego nazwiskiem właściciela InPostu Rafała Brzoski, który z końcem maja wypisał się z uczestnictwa – działania wydają się jak strzelanie na oślep. Program mieszkaniowy nie leży w strefie zainteresowania rządu, a jakiekolwiek dyskusje dotyczące wprowadzenia podatku katastralnego kończą się na argumentach pokroju „nie zabraniajmy Polakom się bogacić”. W swoim krótkim wystąpieniu po ogłoszeniu oficjalnych wyników wyborów prezydenckich Donald Tusk zapewnił, że „bierzemy się do roboty” (po półtora roku rządów…), ale nie wiem, czy nawet jego najbliżsi współpracownicy byliby w stanie spójnie przekazać, na czym ta robota będzie polegać.
Przeciwnik zawsze jest na zewnątrz, a biblijna przypowieść o drzazdze w oku bliźniego nie wychodzi z mody. Elity w swoim przekonaniu nie potrzebują niczego zmieniać, a za wszelkie błędy odpowiadają niewyedukowane masy głosujące na populistów. Pochwała merytokracji i głęboka wiara środowisk liberalnych w swoją wyższość zarówno intelektualną, jak i kulturową sprawia, że klasistowskie wybryki, na które pozwala sobie chociażby profesor Markowski, mówiący o połowie społeczeństwa pracującej na klasy transferowe z drugiej połowy (nie jest zaskoczeniem, że koreluje on ten podział na wyborców Trzaskowskiego i Nawrockiego), nie są jedynie kontrowersyjnymi słowami radykała. Są wypowiedzianym na głos, pełnym resentymentu stosunkiem do wyborców, którzy nie przyjmują tej samej, liberalnej optyki. Nawet posługując się taką perspektywą nietrudno dostrzec w niej poważną niespójność. Skoro niewykształcona i zaściankowa, według nich, Polska powiatowa zdołała wykreować narrację pozwalającą na zwycięstwo ich kandydata, to czy nie byłoby zasadnym uznanie, że Polska dużych miast, wykształcona i obyta w świecie posiada znacznie więcej kapitału intelektualnego, który będzie w stanie zaoferować coś lepszego?
Okazało się, że nie, bo środowisko Trzaskowskiego jako metodę przyjęło skręt w prawo i papugowanie przemielonych postulatów Nawrockiego i Mentzena, licząc, że nieco wyalienowani lewicowcy i tak zagłosują na niego, bo z dwojga złego lepiej w tę stronę. Ale czy ktokolwiek zagłosował na Trzaskowskiego dopiero po tym, gdy rzucił hasłem o odebraniu świadczeń socjalnym Ukraińcom? Wątpię. Ci, którzy podpisują się pod takimi postulatami, słyszeli je już dużo wcześniej i nie potrzebują Trzaskowskiego oraz jego „umiarkowanej” wiarygodności, żeby mieć na kogo głosować. Po co kupować Maxi Colę, kiedy w lodówce jest zimna Coca Cola? Hiperelity, niczym dowolna postać inteligenta z filmów Barei, będą żyły oblężone przez chamstwo do następnych wyborów, które najpewniej przegrają, a potem znowu sezon emigracji i tych samych melodii…
Michał Szymański
Grafika w nagłówku tekstu: john dunbur from Pixabay
przez redakcja | poniedziałek 23 czerwca 2025 | aktualności
Jak informuje łódzka „Gazeta Wyborcza”, upada spółka Texton ze Zgierza. To przedsiębiorstwo włókiennicze istniało od roku 1992. Zajmowało się produkcją włókniny dla przemysłu meblowego, a z czasem poszerzyło działalność o tkaniny dla branż sanitarnej, kaletniczej, budowlanej, ogrodniczej. Teraz firma upada.
Pracę w Textonie stracą 182 osoby, a cały zakład ulegnie likwidacji. Nieruchomości zostaną wystawione na sprzedaż. Przyczyną upadłości jest znaczny wzrost kosztów, m.in. energii, oraz napływ tańszej włókniny z Chin na polski rynek. Władze spółki w obliczu jej nierentowności zdecydowały się na likwidację, a nie upadłość, aby zabezpieczyć interesy pracowników.
Taka forma zakończenia działalności ma zapewnić wypłatę wszelkich odpraw i ekwiwalentów należnych zatrudnionym. Wśród nich są osoby z nawet 30-letnim stażem w zakładzie.
przez redakcja | poniedziałek 23 czerwca 2025 | aktualności
Polski Komitet EAPN wzywa rząd RP: Najwyższy czas ratyfikować Zrewidowaną Europejską Kartę Społeczną!
Zgromadzenie Ogólne Polskiego Komitetu EAPN 16 czerwca przyjęło uchwalę w sprawie ratyfikacji Zrewidowanej Europejskiej Karty Społecznej.
Dwadzieścia lat temu Polska podpisała Zrewidowaną Europejską Kartę Społeczną. Inicjatorem tego działania była ówczesna wicepremierka Izabella Jaruga-Nowacka. Karta została przyjęta w Radzie Europy w 1996 roku. Jak dotąd podpisało i ratyfikowało ją 36 państw. Osiem państw, w tym Polska do dzisiaj nie ratyfikowało tego dokumentu.
Zrewidowana Europejska Karta Społeczna oprócz wzmocnienia praw społecznych (zapisanych w dotychczasowej Europejskiej Karcie Społecznej) obok zwiększenia ochrony dzieci, macierzyństwa i praw osób starszych, dodała też nowe prawa związane z prawami pracowniczymi oraz kwestiami skutecznej polityki mieszkaniowej i ochrony przed ubóstwem. Polski Komitetu EAPN zwraca szczególnie uwagę, na art. 30 i 31 Karty.
Artykuł 30 dotyczący prawa do ochrony przed ubóstwem i marginalizacją społeczną, nakłada na państwa obowiązek przyjęcia ogólnego i skoordynowanego podejścia do walki z ubóstwem i wykluczeniem. Istotną kwestią jest promowanie rzeczywistego dostępu osób i rodzin zagrożonych lub znajdujących się w trudnej sytuacji do podstawowych zasobów i usług, z obszarów takich jak: zatrudnienie, mieszkanie, szkolenie, kształcenie, kultura oraz pomoc społeczna i opieka medyczna. Wymaga to nie tylko tworzenia mechanizmów wsparcia, ale ciągłego przeglądu sytuacji.
Artykuł 31 odnoszący się do prawa do mieszkania wskazuje na precyzyjne i wyraźne ujęcie tej tematyki w zakresie praw społecznych. W zapisach tego artykułu zobowiązuje się państwa do podjęcia działań w trzech głównych obszarach:
• Popierania dostępu do mieszkań o odpowiednim standardzie (co obejmuje m.in. bezpieczeństwo prawne zajmowania lokalu, dostęp do podstawowych usług, odpowiednią infrastrukturę, warunki sanitarne).
• Zapobiegania i ograniczania bezdomności w celu jej stopniowego likwidowania. Wymaga to zarówno działań prewencyjnych, jak i zapewnienia schronienia oraz wsparcia dla osób bezdomnych.
• Uczynienie kosztów mieszkań (czynszów, opłat) dostępnymi dla osób, które nie mają wystarczających zasobów, np. poprzez systemy dodatków mieszkaniowych, budownictwo socjalne czy regulację rynku.
– Już w 2002 roku w „Strategii Polityki Społecznej. Praca i zabezpieczenie społeczne 2002-2005” zapowiedziano nie tylko podpisanie, ale i ratyfikowanie Zrewidowanej Karty. Ostatecznie w 2005 roku Polska podpisała dokument, w czym bardzo pomogła inicjatywa ówczesnej Ministry Polityki Społecznej, Izabeli Jarugi-Nowackiej. Niedługo potem zmieniły się rządy, ale w 2008 roku, w ramach Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych powołano zespół, który miał zająć się przeglądem przepisów i przygotowaniem do ratyfikacji zrewidowanej Karty. Do dziś jej nie ratyfikowano – mówi Cezary Miżejewski, Wiceprzewodniczący Polskiego Komitetu EAPN.
Ratyfikacja Karty wraz z protokołem skargowym mogłaby w znaczący sposób zmotywować władze publiczne w Polsce do działań w zakresie praw społecznych i przeciwdziałania ubóstwu.
Polski Komitet EAPN konsekwentnie od 2015 roku wzywa do ratyfikacji Karty.
Polski Komitet EAPN (Polski Komitet Europejskiej Sieci Przeciwdziałania Ubóstwu) powstał w 2007 r. jako platforma współpracy 15 organizacji pozarządowych działających w obszarze szeroko rozumianej pomocy społecznej. Od 2024 r. jest zarejestrowanym związkiem stowarzyszeń. Należy do międzynarodowej sieci EAPN. Jest koalicją rzeczniczą, której cel stanowi złagodzenie, ograniczenie i rozwiązanie problemu ubóstwa w Polsce.
przez redakcja | niedziela 22 czerwca 2025 | aktualności
Ledwo doczekali się części zaległych pensji, a już trafiają na bruk.
Jak informuje Express Ilustrowany, fatalne wieści nadchodzą z firmy Aquinos Bedding Poland w Łodzi. Od dwóch miesięcy nie otrzymywali oni pensji. Obecnie wypłacono im zaległe wynagrodzenia tylko za kwiecień. W ślad za nimi poszły jednak zwolnienia z pracy dla przeważającej części załogi.
Zwolnienia grupowe mają objąć 143 osoby. Pracę utrzyma 120 osób. Jednak także ich losy są niepewne. Budynek firmy jest zamknięty, pilnuje go wynajęta firma ochroniarska, produkcja jest wstrzymana.
Wszyscy pracownicy – ci zwalniania i ci utrzymujące zatrudnienie – nie otrzymali dotychczas pensji za maj. Osoby zwolnione wcześniej, zimą, nie otrzymały dotychczas należnych odpraw finansowych.
Firma należy do portugalskiego właściciela i produkuje wysokojakościowe materace.
przez redakcja | niedziela 22 czerwca 2025 | aktualności
Podjęto decyzję o likwidacji dużego zakładu i miejsc pracy w nim.
Jak informuje Polska Agencja Prasowa, zapadła decyzja o likwidacji Huty Szkła „Marta 2” działającej w Chełmie i Dubecznie w woj. lubelskim. Pracę straci w efekcie cała załoga – 211 osób.
Huty szkła już w ubiegłym roku sygnalizowały kłopoty z powodu rosnących cen energii, głównie gazu. W roku 2023 otrzymywały rządowe wparcie. W 2024 roku miała miejsce seria upadłości takich zakładów. Jednym ze znajdujących się w kłopotach była „Marta 2”. Odnotowała ona w 2024 roku stratę w wysokości półtora miliona złotych. Zgromadzenie wspólników podjęło decyzję o likwidacji zakładu. Firma działała od roku 1996 i produkowała opakowania szklane.
Oznacza to utratę pracy przez 211 osób. Oddział huty w Dubecznie był jednym z największych zakładów pracy w powiecie.
przez redakcja | środa 18 czerwca 2025 | aktualności
Wczoraj odbył się strajk ostrzegawczy w jednym z sosnowieckich zakładów.
Jak informuje „Dziennik Zachodni”, wczoraj odbył się dwugodzinny strajk ostrzegawczy w zakładzie produkcyjnym firmy Marelli w Sosnowcu. Dwugodzinny strajk objął pracowników dwóch zmian. Został zorganizowany ponad podziałami wspólnie przez „Solidarność” i związek branżowy wchodzący w skład OPZZ. Zakład produkuje lampy samochodowe i tłumiki. Marelli ma w Sosnowcu dwa zakłady, zatrudnia w nich ponad 1200 osób.
Strajk jest odpowiedzią na brak efektów długotrwałych negocjacji płacowych. Pracownicy od 8 miesięcy domagają się podwyżek płac. Wielu z nich zarabia ustawową stawkę minimalną, pozostali niewiele więcej, a płace stoją w miejscu. Związkowcy reprezentujący pracowników domagali się podwyżki o 5 zł brutto za godzinę pracy.
Od października szefostwo firmy nie reaguje na te żądania. W trakcie negocjacji związkowcy zeszli z żądaniami podwyżek do 2 zł za godzinę, ale zarząd nie przyjmuje tego żądania, oferując jedynie niewielką premię jednorazową. W kwietniu związki rozpoczęły formalny spór zbiorowy z zarządem. – „To, co proponuje pracodawca, nie jest akceptowalne dla załogi. Doszliśmy do momentu, w którym więcej ustępstw z naszej strony nie będzie. Nasze postulaty są jasne i uzasadnione” – powiedziała „Dziennikowi Zachodniemu” Justyna Kłos, przewodnicząca „Solidarności” w Marelli.
23 czerwca odbędzie spotkanie mediacyjne. Związkowcy nie wykluczają kolejnych, dłuższych strajków.
przez redakcja | wtorek 17 czerwca 2025 | aktualności
Związek Zawodowy Maszynistów składa zawiadomienie w sprawie dewastacji PKP Cargo.
W związku z planowanymi masowymi zwolnieniami w spółce PKP CARGO S.A. w restrukturyzacji, Rada Krajowa Związku Zawodowego Maszynistów Kolejowych w Polsce przyjęła 13 czerwca 2025 roku uchwałę nr 244/06/25, na mocy której Prezydent ZZM został upoważniony do złożenia zawiadomienia do Prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.
Zawiadomienie dotyczy działań członka Zarządu PKP CARGO S.A. w restrukturyzacji ds. operacyjnych Sebastiana Millera. W ocenie Związku, zapowiedziane przez Zarząd decyzje – obejmujące zwolnienie 839 maszynistów, 232 rewidentów taboru i 169 członków drużyn manewrowych – prowadzą do trwałego ograniczenia zdolności operacyjnych spółki oraz mogą mieć bezpośredni wpływ na funkcjonowanie systemu transportowego i bezpieczeństwa narodowego.
Związek zwraca uwagę, że skala planowanych zwolnień nie ma uzasadnienia operacyjnego ani ekonomicznego, a skutki wdrożenia tego scenariusza mogą okazać się nieodwracalne – zarówno dla PKP CARGO w restrukturyzacji, jak i dla kluczowych obszarów interesu publicznego, w tym zdolności logistycznych Sił Zbrojnych RP.
– „Nie będziemy biernie przyglądać się sabotażowi, który rozgrywa się na naszych oczach. PKP CARGO to nie jakaś przypadkowa firma przewozowa i nie zabawka dla przypadkowych menedżerów! To element strategicznej infrastruktury państwa. Gdy za wschodnią granicą toczy się wojna, a napięcia rosną w całym regionie, niszczenie zdolności operacyjnych spółki to igranie z bezpieczeństwem narodowym. Naszym obowiązkiem jest reagować – jasno, stanowczo i natychmiast” – skomentował Leszek Miętek, Prezydent ZZM.
Związek informuje, że formalne zawiadomienie do Prokuratury zostanie złożone niezwłocznie.
przez redakcja | poniedziałek 16 czerwca 2025 | aktualności
Od 1 lipca wzrosną ceny ogrzewania z ciepłownictwa systemowego.
Jak informuje Portal Samorządowy, od 1 lipca pójdą w górę ceny ogrzewania z sieci ciepłowniczej. Wzrost cen wyniesie od kilku do kilkudziesięciu procent, w zależności od miasta, technologii, rodzaju paliwa itd.
Informację o podwyżkach podała Izba Gospodarcza Ciepłownictwo Polskie, zrzeszająca właścicieli ciepłowni działających w Polsce. 1 lipca kończy się okres ochronny dotyczący podwyżek cen ciepła. Ustanawiała go ustawa wprowadzona przez poprzedni rząd w dniu 15 września 2022 roku, a przedłużona w ubiegłym roku. Stanowiła ona, że maksymalna cena dostawy ciepła nie może być wyższa niż obliczona cena dostawy ciepła na dzień 30 września 2022 r. powiększona o 40% wzrostu. Takie rozwiązanie chroniło odbiorców przed znacznymi podwyżkami.
Podwyżki w tej sytuacji zapowiadane są w już 56% wszystkich systemów ciepłowniczych zrzeszonych w Izbie Gospodarczej Ciepłownictwo Polskie. Wyniosą one od kilku do kilkudziesięciu procent.
Inny powód podwyżek to zmiany unijnych regulacji dotyczących dotacji na modernizacje ciepłownictwa. Prezes Elektrociepłowni Ciechanów, Małgorzata Niestępska, powiedziała Portalowi Samorządowemu: „Jako Elektrociepłownia Ciechanów korzystaliśmy jeszcze ze środków unijnych, w których poziom dofinansowania w ramach dotacji był duży – jeśli chodzi o sieci ciepłownicze – nawet 85 proc. W tej chwili nowe rozporządzenie unijne ograniczyło te możliwości finansowania do 30-40 procent”. W takiej sytuacji znacznie większa część inwestycji będzie musiała zostać sfinansowana ze środków własnych elektrociepłowni, a najprostszym i najmniej ryzykownym sposobem zgromadzenia środków są podwyżki taryf dla odbiorców.
Ciepło systemowe jest w Polsce wykorzystywane przez około 15 milionów odbiorców.
przez Michał Rydlewski | niedziela 15 czerwca 2025 | opinie
Etnologowie twierdzą, że opis oraz interpretacja są kluczem do poznania kultury, tj. uczynienia możliwym do zrozumienia sensów praktyk, które podejmują badane wspólnoty. Ich zdaniem każdy taki opis oraz interpretacja są w nieunikniony sposób także opisem samego opisującego, gdyż zazwyczaj nieświadomie, tj. milcząco dla własnej świadomości poznawczej, opisujący narzucają swoje przesądy, imputują coś opisywanym, co wcale nie musi się okazać prawdą z punktu widzenia czy doświadczenia tych ostatnich. Z tego powodu mówią o konieczności podjęcia próby podzielenia tego doświadczenia poprzez badania terenowe, zbliżenie się do świata życia tych ludzi tak bardzo jak się da, aby zobaczyć świat z ich punktu widzenia.
Jedną z praktyk kulturowych, którą polscy etnografowie opisywali z dużym zacięciem, była praktyka religijna polskiego ludu znana pod nazwą religijności ludowej czy religijności typu ludowego. Każdy, kto studiował etnologię czy socjologię, stykał się z klasykami polskiej myśli etnologicznej opisującymi wierzenia polskiego ludu. Szczególną rolę odegrały ustalenia skądinąd wybitnych polskich socjologów: Floriana Znanieckiego oraz Stefana Czarnowskiego. Sumując ustalenia tych i innych badaczy można podać najistotniejsze cechy religijności ludowej.
Pierwsza z nich to sensualizm, czyli wrażliwość na zmysłowy kontakt z obiektem kultury, który jest nie tyle symbolem świętości, ile świętość się w nim zawiera (to naleciałość myślenia magicznego). Druga to socjomorfizm, czyli przenoszenie na święte postaci wyobrażeń i ról społecznych znanych z rzeczywistości wioskowej. Trzecia to rytualizm wyrażający się w skrupulatnym przestrzeganiu sekwencji działań (ujawnia się tutaj tradycjonalizm), które jednak były, zdaniem badaczy, duchowo powierzchowne ze względu m.in. na słabą znajomość doktryny. Czwarta to uczuciowość, a nawet swoisty sentymentalizm i gorliwość we wspólnotowym i ostentacyjnym przeżywaniu rytuału. Piąta cecha to wspólnotowość, albowiem religijność ludowa wyraża się we wspólnocie – czy to narodowej („nacjonalizm wyznaniowy”) czy lokalnej (np. parafialnej, wioskowej) – a indywidualne przeżycie jest czymś wtórnym.
Nie trzeba nawet sięgać do profesjonalnej literatury etnologicznej, aby wyobrazić sobie oraz zrozumieć obraz świata kształtowany przez ten typ religijności. Wystarczy przeczytać „Konopielkę” Edwarda Redlińskiego lub obejrzeć znakomity film na jej podstawie.
Choć etnologiczne opisy trafnie rozpoznawały cechy dystynktywne tego typu religijności, pomijały coś niezwykle istotnego, wręcz fundamentalnego, co wybrzmiało w słowach Ludwika Stommy: „Do samego kościoła zagląda większość etnografów tylko po to, aby zauważyć, że na św. Szczepana (26 XII) sypią w niektórych okolicach ziarno z chóru. Reszta wydaje się redundantna nieistotna dla chłopskiej egzystencji. Jakby rzeczywiście nie chcieli etnografowie przyjąć do wiadomości dosyć oczywistego faktu, że «ten prosty naród wierzy» i że ma to istotne konsekwencje dla jego kultury”.
Do tego „oczywistego faktu” etnografowie, będący prawie zawsze inteligentami posługującymi się pozytywistyczno-scjentystyczną aparaturą pojęciową, docierali z trudem, o ile w ogóle byli nim zainteresowani.
Przyjmowali oni wobec religijności ludowej postawę mniej lub bardziej krytyczną, niekiedy wręcz ją piętnując lub wyśmiewając jako zabobon, wskazując na odejście od doktryny, jej synkretyzm z ludowymi kategoriami kulturowymi i pogańskimi naleciałościami. W efekcie uzyskaliśmy obraz religijności ludowej jako fasadowej, w ostateczności karykaturalnej i nieprawdziwej, gdyż nie przeżywanej z odpowiednią głębią. Zamiast przeżycia mamy do czynienia raczej z pustym gestem rytualnym spajającym lud w sensie wspólnotowo-społecznym niż dający jakoby jednostce kontaktu z transcendentnym Bogiem.
Czy interpretacja ta jest trafna? Czy ludowa wiara faktycznie jest tak powierzchowna i pozbawiona przeżycia wewnętrznego? Czy nie pobrzmiewa w etnograficznym opisie pycha inteligenckiej wyższości nad nie dość wykształconym ludem?
Bardzo trafnej krytyki etnograficznych opisów religijności ludowej dokonała Izabela Bukraba-Rylska w artykule „Religijność ludowa i jej niemuzykalni krytycy”. Mówiąc najkrócej, zdaniem tej socjolożki wsi opozycja powierzchowność – głębia, jest poznawczo wątpliwa. Słusznie bowiem pyta: dlaczego na przykład wrażliwość na zmysłowy konkret miałaby być czymś gorszym niż zdolność do symbolicznego traktowania tajemnicy wiary? Dlaczego silna emocjonalność, właściwa dla przeżywania katolickich obrzędów, zasługiwać musi na krytykę, jeśli czas misterium jest momentem rzeczywistego uobecnienia, a nie jedynie przypomnienia zbawczej obecności Boga? Z jakiego powodu zakładać, że intelektualizm i osobiste doświadczenie sacrum są czymś lepszym niż wspólnotowe, mocno przeniknięte uczuciem przeżywanie tajemnic wiary?
Bukraba-Rylska, w czym nie jest odosobniona, trafnie zwraca uwagę, że mamy do czynienia z obrazem jednostronnym, powierzchownym i będącym wynikiem dążenia do infantylizowania oraz deprecjonowania religijności ludowej – i że te wszystkie zabiegi wynikają ze światopoglądu samych badaczy.
Inaczej przedstawia się jakoby powierzchowna i rytualna wiara z perspektywy badaczy terenowych.
Na przykład Anna Niedźwiedź sprzeciwia się przekonaniu, że w religijności ludowej, traktowanej jako masowa, nie istnieje przeżycie wewnętrzne, duchowe. Wręcz przeciwnie, na podstawie rozmów z badanymi, słuchając tego, co mają oni do powiedzenia, stwierdza, że przedstawiciele tego typu religijności mają bardzo głębokie życie duchowe wynikającą właśnie z bezpośredniości powodującej intensywność przeżyć.
Mówić krótko, by przywołać tytuł pięknego tekstu Michała Łuczewskiego, Czarnowski zbłądził. Zbłądził, gdyż, jak wielu innych badaczy, był typowym polskim inteligentem, który, co widoczne jest także dzisiaj, nie rozumie ludu, gdyż nie jest z nim w relacji równości, lecz w relacji hierarchii. Zgodnie z ideałami Oświecenia ma cywilizować barbarzyński lud. Nie interesuje go, dlaczego lud jest taki, a nie inny, liczy się bowiem to, jaki być powinien – a powinien być tym, jak on go sobie wyobrazi. Trafnie zauważa Łuczewski, iż opisy wiary ludu przypominają raczej klasyczny dyskurs kolonialny niż bezstronną analizę. Odzwierciedlają przesądy samych badaczy, a nie badanych, tworząc karykaturę z ich przeżywanego świata. Łuczewski krok po kroku rozbraja utarte przekonania dotyczące religijności ludowej, pokazując jak od środka, z punktu widzenia badanych, są one przeżywane, oddając tym samym sprawiedliwość doświadczeniu konkretnego człowieka.
Przykładem jest jeden z bohaterów tekstu Łuczewskiego, Michał, o którym autor mówi, iż nie jest jedynie świadkiem „religijności ludowej”, lecz świadkiem Chrystusa. Dzięki obcowaniu z tym typem religijności sam badacz się nawraca, przyznając, iż procesem rozumienia w terenie, jakiego doświadcza badacz, jest konwersja religijna, która staje się w jego przypadku rzeczywistością, a nie metaforą.
To przykład tego, jak żywe doświadczenie wiary, jakoby nieobecne w tym modelu religijności, może przemienić podmiot zakorzeniony przecież w zdystansowanym oglądzie naukowym, któremu jednak umykałoby to, co najważniejsze. Co więcej, ten naukowy i jakoby bezstronny opis, chełpiący się swoją znajomością doktryny, może nie tylko fałszować obraz żywej wiary, ale wręcz ją unicestwiać.
Znakomicie zobrazował tę kwestię Roman Brandstaetter jako opis inteligenckiego grzechu w imię prawdy. W jednej z refleksji zawartej w „Kręgu Biblijnym” wspomina wieczorne lektury Pisma Świętego. Był wtedy dzieckiem odkrywającym dopiero piękno wiary, a jego przewodnikiem był dziadek, który uczył go obcowania ze Słowem. Czytaj powoli, nie połykaj liter, wejdź w siebie – radzi chłopcu. Po latach uzna on te wspólne chwile za najpiękniejsze momenty dzieciństwa, które znajdują swoje odzwierciedlenie w pierwszych wersach wspomnianej książki: „Nikt z nas nie posiada przepisu na dobre i właściwe przeżywanie Pisma Świętego ani nikt nie może nikomu takiej recepty przekazać. Każdy musi sam dla siebie zdobyć tę umiejętność, zwłaszcza, że jest ona zawsze równoznaczna z szukaniem tego, co pragniemy znaleźć w księdze, która udziela nam odpowiedzi na dręczące pytania. Ponieważ w zależności od naszych niepokojów i trosk stawiamy Świętej Księdze różne pytania, każdy z nas powinien ją na swój własny sposób czytać, przeżywać i wsłuchiwać się w udzielane przez nią nauki”.
Słowem, do tajemnicy Boga zawartej w Piśmie wiedzie wiele dróg, i nie jest On tylko tym, kogo trzeba czcić, lecz w którym trzeba mieszkać. W jednym z tekstów „Kręgu Biblijnego”, pt. „Wieczór pod lampą gazową”, Brandstaetter przywołuje namysł nad fragmentem z Drugiej Księgi Kronik, dotyczącej króla Manasesa, który zgrzeszył oddając cześć posągom pogańskich bóstw. Ale to nie jedyny jego grzech, gdyż znacznie poważniejszym było, poprzez swoje czyny, odebranie wiary innym, tj. swojemu ludowi. Są grzechy, mówi Dziadek, które ludzie popełniają w imię prawdy i ku chwale prawdy – i to one są najcięższe.
Jak to uzasadnia? Opowiada następującą przypowieść. W mieście Safed, w północnej Galilei, mieszkał pobożny Żyd imieniem Abraham. Pewnego dnia, gdy, jak codziennie, modlił się w synagodze, usłyszał kazanie jednego z bogobojnych i słynących z mądrości rabbiego, który na wspomnienie chwały Izraela, przypomniał dawny zwyczaj składania chlebów z Świątyni Pańskiej. Abraham słysząc lament rabbiego zapłakał nad smutnym losem swojego ludu i ślubował pobożnie składać raz w tygodniu dwa chleby. Wkładane po kryjomu do świętej arki bochenki znikały, co traktował on z radością jako dowód, iż Pan przychylnym okiem spojrzał na jego dary i spożył je ze smakiem. Wzruszony dziękował, że Bóg wysłuchuje jego gorących modlitw.
Pewnego dnia, składając swoje dary Panu, usłyszał za sobą głos stojącego za nim rabbiego, który zapytał go, co czyni i czy wie, co dzieje się z jego chlebami. Odpowiedział, zgodnie ze swoim przekonaniem, iż Pan okazuje mu łaskę spożywając jego ofiarę. Głupcze – pouczył go rabbi – przecież Bóg jest niewidzialny, nieskończony i nieograniczony ciałem, nie posiada żadnych cielesnych właściwości, tym bardziej ust, do których wkładałby twoje bochenki i trawiącego je żołądka. Jesteś prostakiem i nieukiem. Co więcej: dopuściłeś się grzechu. Twoje chleby zaś zjada nieuczciwy dozorca, którego przyłapałem na tym uczynku, chcąc dowiedzieć się, któż jest taki szalony, aby wkładać bochenki do arki.
Abraham zapłakał, zrozumiawszy, iż czcząc Pana wedle swojej najlepszej woli, zabluźnił przeciw Niemu swoim nieuctwem i głupotą. Rozgniewał Pana, który odwrócił oblicze od jego darów. Zgnębiony i rozczarowany opuścił świątynię i wrócił do domu.
W nocy do rabbiego przyszedł Bóg i powiedział: „Chciałeś wyprowadzić z błędu pobożnego człowieka, ale w swoim zacietrzewionym dążeniu do prawdy zapomniałeś o tym, że nie jest ważne, czy Ja, Pan Zastępów, spożywam te chleby, czy spożywa je nieuczciwy sługa boży. Albowiem ważne jest tylko, że Abraham, człowiek prostego serca, wierzył, iż Ja, Bóg, posiliłem się jego chlebem. A ty co zrobiłeś? Zabiłeś wiarę pobożnego człowieka! Kto zabija wiarę człowieka nawet w imię prawdy, winien jest śmierci, bo czyni tak, jakby zabił samego człowieka. Dlatego umrzesz, rabbi”.
Najczęściej ta prosta wiara jest postrzegana jako rzekomo nieskażona pogłębioną refleksją teologiczną, w związku z czym pozbawiona głębi intelektualnej, a zatem, prosty wniosek, nieprawdziwa. Wniosek to jednak nie tyle prosty, ile prostacki, gdyż polegający na wywyższeniu i zuniwersalizowaniu własnej postawy, jak gdyby tylko jedna droga biegła do Pana. Co więcej, w Ewangelii Św. Mateusza Chrystus mówi, że aby wejść do Królestwa Niebieskiego trzeba być jak dziecko, co oznacza między innymi, że tak jak ono trzeba stać się ufnym w nierefleksyjnym trybie (to wszak uczeni w piśmie mieli problemy z uwierzeniem).
Typowy polski inteligent, gardzący religią chrześcijańską, a szczególnie jej ludową wersją, uwielbia w internecie poinformować o podsłuchanych przez siebie strzępkach rozmów, najczęściej na cmentarzu we Wszystkich Świętych. W ogóle zrobiła się jakaś modą na podsłuchiwanie innych ludzi, by wyłowić jakieś sformułowanie i inteligencko zinterpretować językowy obraz świata. Szkoda że nie potrafi zobaczyć tej ulotnej chwili misterium nad grobami bliskich. Potrafi on jedynie wyśmiewać coś, czego nie pojmuje jego ograbiony z sacrum oraz ograniczony umysł uformowany przez nowoczesność, „religijną niemuzykalność”, indywidualizm i Rozum.
Jak trafnie zapytuje Magdalena Zowczak, autorka znakomitej „Biblii ludowej” opowiadającej o interpretacji wątków religijnych w kulturze ludowej: „Dlaczego etnolodzy tak otwarci na myślenie mityczne czy magiczne, kiedy dochodzi do opisu tzw. ludowej religijności, wciąż powtarzają pejoratywne zabarwione określenia, zapożyczone od socjologów z minionej epoki: utylitaryzm, socjomorfizm, rytualizm, sensualizm, które stanowią powtórzenie odwiecznych zarzutów kierowanych przeciw katolicyzmowi przez protestantów czy prawosławnych?”.
Dlaczego nie dostrzec w religijności ludowej pierwocin magicznego doświadczenia świata? Intymnego kontaktu z sacrum, rekompensującego, a być może nawet przewyższającego poznanie intelektualne? Te pytania wybrzmiewają jeszcze wyraźniej, jeśli uświadomić sobie, że spora część dzisiejszych polskich posthumanistów o proweniencji tzw. lewicowej z lubością oddaje się powrotowi do magii w postaci „nowego animizmu”, ożywiania dawnych mitycznych wyobrażeń. Czynią zatem to, co było udziałem prostego ludu, który czuł kontakt z sacrum, a którego nie czują już oni, gdyż nazbyt się odczarowali. Lud wydaje się infantylny wierząc w „Boże stópki” (ślady Jezusa odciśnięte w kamieniach), ale rzeka mająca swoją ludzką czy zwierzęcą osobowość jest do przyjęcia. Samych siebie jednak za te przekonania nie piętnują, lecz wywyższają, co zdradza ich ideologiczność oraz obecność struktury długiego trwania w postaci postkolonialnej mentalności rzutującej nawet na ich obraz współczesnej polskiej religijności oraz osób wierzących.
Bardzo mądrze pisał Dariusz Czaja, krakowski etnolog podróżujący po włoskim Południu, jak nietrafnym określeniem jest opisywanie miejskiej procesji religijnej poprzez pojęcie jakoby zwietrzałego z treści „folkloru religijnego”: „Zwykliśmy czasem pytać – z troską albo trwogą – czy w tego rodzaju obrzędach wspólnotowych jest jeszcze dzisiaj pełnia przeżycia, czy są to już tylko wydrążone formy przywołujące pamięć niegdysiejszej świetności. Czy dzisiejsza procesja to tylko martwy skansen marionetek poruszanych sznurkami tradycji, czy forma żywa? Nie wiem jak gdzie indziej, ale w Monte Sant’ Angelo wątpliwości te okazują się całkiem puste w środku. I jeśli nawet nie do końca wiadomo, co jest istotną treścią tego przeżycia (kto jest tak mądry, by nam to metodycznie wyłożyć?), to niezbędność tego corocznego spektaklu jest tutaj faktem. Spróbujcie tym wszystkim ludziom powiedzieć, że w przyszłym roku procesja się nie odbędzie! Co było – ma trwać, mówi ten korowód, a siła, z jaką to zaświadcza, nie pozwala wątpić w prawdziwość tego przekonania. W tym pochodzie ze śpiewem i chorągwiami nie ma nic z dewocyjnej ostentacji, nic z ducha religijnego tryumfalizmu. Jest natomiast coś swojskiego, naturalnego i zwykłego. Jest spokojna pewność, że dawne gesty są po to, by je powtarzać. Że jest tak, jak ma być. I że będzie tak jak jest”.
Religijność ludowa nie jest zachętą do braku religijnego namysłu, nie jest cyklicznie powtarzaną pustą formą. Jest inną formą doświadczenia sacrum, tj. jako namacalnego konkretu, realnego przeżycia zamiast intelektualnej abstrakcji. Inną – nie oznacza gorszą, do czego przecież zawsze przekonują nas etnologowie.
Uczuciowa siła tego religijnego przeżycia z całą mocą objawia się w tzw. ludowej sztuce nieprofesjonalnej, tworzonej przez osoby przesiąknięte ludowym typem religijności. Heródek, jeden z bohaterów „Sztuki zwanej naiwną” Aleksandra Jackowskiego, tworzący z wielkiej religijnej potrzeby, ustawiał wyrzeźbione przez siebie anioły na łące i siadał między nimi, tworząc własną, namacalną realność Nieba. Wzruszają szaty Chrystusa, które malował własną krwią. Ujmuje Józef Lurka, który rzeźbiąc „Zaparcie Św. Piotra” ćwiczył wyraz jego twarzy – płakał, czując swoją i Piotra małość w obliczu samotnego i upokorzonego Jezusa. W rzeźbie przedstawiającej pożegnanie Jezusa przez Marię dał jej twarz własnej matki.
Z uczucia wydobywa się głos być możne znacznie głębszy niż pochodzący z umysłów teologów: religio oznacza więź z Bogiem, tu i teraz obecną oraz przeżywaną, konkretną i prawdziwą jak krzesło, na którym siedzę. Bóg nigdy nie był bliżej człowieka.
dr Michał Rydlewski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska
przez redakcja | piątek 13 czerwca 2025 | aktualności
W czwartek 12 czerwca, w 3 tygodniu strajku okupacyjnego, protestujące studentki i studenci uczestniczyli w konferencji w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego poświęconej kwestii stołówek i akademików. Ze względu na to, że tylko 10 osób otrzymało przepustki, reszta strajkujących pozostała pod gmachem Ministerstwa, uczestnicząc w spotkaniu zdalnie.
Podczas spotkania protestującym udało się uzyskać konkretne deklaracje ze strony resortu. Wiceministra Karolina Zioło-Pużuk pisemnie zobowiązała się do:
1. podjęcia prac i przedstawienia programu finansowania publicznych stołówek na uczelniach do końca 2025 r.;
2. przeprowadzenia rozmowy z rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego w sprawie remontu DS Kamionka;
3. organizowania cyklicznych rozmów ze stroną związkową, których priorytetowym tematem mają być represje wobec studentów i studentek Uniwersytetu Jagiellońskiego;
4. prowadzenia aktywnych działań mających na celu przekonywanie władz polskich uczelni do inwestycji w akademiki.
Porozumienie podpisały przedstawicielki strajkujących zrzeszonych w OZZ „Inicjatywa Pracownicza”, wiceministra Zioło-Pużuk, pełnomocnik MNiSW ds. studenckich Daniel Kość oraz przewodnicząca Parlamentu Studentów RP Julia Bednarska-Leśniak.
Protestujący zwracają uwagę na brak zaangażowania ze strony władz uniwersyteckich i samorządu studenckiego. Przykładem był reprezentant samorządu studentów UW, który opuścił obrady przed ich zakończeniem, przez co nie był świadkiem podpisywania porozumienia przez strajkujących i wiceministrę. Poparcia dla protestujących udzielił natomiast Julian Srebrny z NSZZ „Solidarność” na UW.
Kolejnym celem protestujących są negocjacje z przedstawicielami władz Uniwersytetu Warszawskiego. Strajkujący podkreślają, że ich metody – jak okupacje w DS Jowita, DS Kamionka oraz na UW – przynoszą efekty i mają świadomość, że strajk jest skutecznym narzędziem wywierania nacisku.
Protest w okupowanym budynku Zarządu Samorządu Studentów (ul. Krakowskie Przedmieście 24) trwa.
przez redakcja | czwartek 12 czerwca 2025 | aktualności
Sąd uznał, że lider związku zawodowego został zwolniony bezprawnie.
Jak informuje portal Tysol.pl, Sąd Okręgowy w Poznaniu przywrócił do pracy Sebastiana Starczewskiego – przewodniczącego komisji zakładowej „Solidarności” w Fabryce Sprzętu Okrętowego „Meblomor” w Czarnkowie.
Starczewski został zwolniony dyscyplinarnie z pracy w październiku 2024. Szefostwo firmy zarzucało mu niesumienne i niestaranne wykonywanie obowiązków, nieprzestrzeganie zasad współżycia społecznego, niewykonywanie poleceń przełożonych. Związkowcy, w tym zwolniony, od początku odrzucali takie zarzuty. Przekonywali, że wyrzucenie lidera komisji zakładowej z pracy to zemsta za jego zaangażowanie w obronę praw pracowników Meblomoru.
Do takiej opinii przychylił się Sąd Okręgowy w Poznaniu. Nakazał zarządowi firmy udzielenie Starczewskiemu zabezpieczenia poprzez nakazanie dalszego zatrudniania związkowca do czasu prawomocnego zakończenia postępowania. Za każdy dzień zwłoki w wykonaniu postanowienia sądu będzie liderowi komisji zakładowej przysługiwało 500 zł od pracodawcy.
Wielkopolskie struktury „Solidarności” napisały: „Od początku wiedzieliśmy, że został zwolniony niesłusznie i nie odpuściliśmy. Wszyscy razem – z determinacją i solidarnością – walczyliśmy o sprawiedliwość. To zwycięstwo pokazuje, że warto się nie poddawać i że wspólnie możemy osiągnąć bardzo wiele”. Do zarządu Meblomoru trafiło ponad 100 listów od związkowców z różnych zakładów z żądaniem przywrócenia Starczewskiego do pracy. Sprawę nagłaśniano także za pomocą plakatów, ulotek i obwoźnego billboardu w Czarnkowie.
przez redakcja | czwartek 12 czerwca 2025 | aktualności
W kolejnym publicznym przedsiębiorstwie ruszają zwolnienia grupowe.
Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, syndyk masy upadłościowej ogłosił zamiar zwolnień grupowych w odlewni Chemar w Kielcach. Urząd Pracy został już poinformowany o planach 78 osób z całej 88-osobowej załogi. Pracę stracą pracownicy produkcji odlewniczej (45 osób), nadzoru produkcji (12), kontroli (11), administracji biurowej (8), utrzymania produkcji (2).
Dla pracowników to szokująca wiadomość. Wcześniej mowa była o zwolnieniu maksymalnie 15 osób w procesie restrukturyzacji zakładu. Odlewnia Chemar należy do państwa – jej właścicielem jest Agencja Rozwoju Przemysłu. Zakład zajmuje się głównie odlewnictwem staliwa. W roku 2019 został przejęty przez Agencję Rozwoju Przemysłu. Firma została dokapitalizowana.
W kwietniu 2025 roku sąd ogłosił upadłość firmy. Zarządza nim syndyk masy upadłościowej. Chęć zakupu zakładu i kontynuowania produkcji zgłosiły dotychczas dwa podmioty, w tym jeden mający już w woj. świętokrzyskim w Jędrzejowie duży nowoczesny zbudowany od podstaw zakład produkcji profili aluminiowych. Chciał on połączyć potencjał obu zakładów. Deklarował nie tylko utrzymanie zatrudnienia, ale także wprowadzenie trzyzmianowego systemu pracy i zwiększenie załogi firmy o 50 osób. Syndyk odrzucił tę ofertę.
przez redakcja | wtorek 10 czerwca 2025 | aktualności
80 procent Polaków zamierza ograniczać wydatki i rezygnować z kupna niekoniecznych produktów.
Jak informuje „Rzeczpospolita” na podstawie najnowszych badań platformy Shopfully, 80 proc. Polaków chce ograniczać wydatki.
Wśród najczęściej wymienianych sfer konsumpcji, w których zamierzamy wydawać pieniądze ostrożnie (można było wskazać kilka z nich), jest sprzęt elektroniczny – takie wydatki zamierza ograniczać 37,2 proc. ankietowanych. Drugie w kolejności (36,6 proc.) wydatków odkładanych na później są na meble. 35 proc. badanych zamierza oszczędzać na wydatkach na odzież. na odzież. Materiały budowlane, remontowe i narzędzia to wskazania 34,2 proc. badanych. Niemal 18 proc. zamierza oszczędzać na wydatkach na żywność i napoje.
Jak Polacy wypadają na tle innych nacji? Tylko 19% z nas nie zamierza w najbliższych miesiącach czynić oszczędności konsumpcyjnych. Jeszcze bardziej oszczędni są obecnie Włosi (tylko 17% z nich nie zamierza oszczędzać) i Bułgarzy (10%). Ograniczania wydatków nie planuje aż 32% Austriaków i 28% Niemców.
Z innych niedawnych badań, które przytacza „Rzeczpospolita”, wynika, że choć niemal 47% ankietowanych nie spodziewa się w ciągu roku pogorszenia swojej sytuacji finansowej, to i tak zapowiadają oni oszczędzanie na niekoniecznych wydatkach.
przez redakcja | wtorek 10 czerwca 2025 | aktualności
Planowane rządowe wsparcie dla ofiar wyższych kosztów polityki klimatycznej trafi do znakomitej mniejszości Polaków.
Jak informuje Portal Samorządowy, planowane przez rząd dopłaty do kosztów ogrzewania trafią do zasadniczej mniejszości Polaków. Choć koalicja rządząca oficjalnie twierdzi, że sprzeciwia się wprowadzeniu unijnego systemu ETS2, to zaplanowała 24 miliardy złotych na wsparcie obywateli po jego wprowadzeniu. Wspomniana kwota na wsparcie socjalne to maksymalne dopuszczalne na ten cel 37,5% całości unijnych kwot, jakie trafią do Polski jako rekompensata wprowadzenia ETS 2. Problem w tym, że to kwota dalece niewystarczająca.
Pomoc ma trafić do osób, którym koszty ogrzewania znacznie wzrosną z powodu dodatkowych opłat klimatycznych zawartych w systemie ETS2. Wsparcie w postaci bonów energetycznych ma trafić tylko do osób starszych, mających niskie dochody i korzystające z kopalnych źródeł ciepła w budynkach jednorodzinnych.
Oznacza to, że jakiekolwiek rekompensaty trafią tylko do 25% osób, których koszty ogrzewania znacznie wzrosną wskutek ETS2. Wsparcie trafi do osób z dochodem do 2500 zł miesięcznie w jednoosobowych gospodarstwach domowych, do osób starszych (powyżej granicy wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn) i ogrzewających pojedyncze domy surowcami kopalnymi.
Instytutu Badań Strukturalnych twierdzi, że „tak zawężone zasady wykluczą większość osób dotkniętych ubóstwem energetycznym, tj. sytuacją, w której nie stać ich na zapewnienie sobie usług energetycznych w wystarczającym stopniu”. Zdaniem IBS pomoc trafi zatem do zaledwie 25 proc. kwalifikujących się gospodarstw, zamiast do ponad 90 proc. Z kolei Bartłomiej Orzeł, były pełnomocnik rządu ds. programu „Czyste powietrze”, mówi: „To nie jest program skierowany do ubogich, ale do wybranej grupy ubogich”.
Obszerny wywiad o ogromnych kosztach wprowadzenie systemu ETS2 w Polsce zamieściliśmy w poprzednim numerze Nowego Obywatela: https://obywatel3.macmas.pl/sklep/sklep-kwartalnik/nowy-obywatel-4596/
przez redakcja | niedziela 8 czerwca 2025 | aktualności
Eurostat ocenia tendencje polskiego bezrobocia znacznie gorzej niż robią to władze krajowe.
Jak informuje Business Insider, z nowych danych Eurostatu wynika, że sytuacja na rynku pracy wygląda w Polsce gorzej niż wynikałoby to z rządowych danych. Te ostatnie po miesiącach wzrostu bezrobocia zaczęły niedawno wskazywać lekkie spadki wskaźnika osób pozostających bez pracy. Eurostat pokazuje natomiast tendencję wręcz odwrotną.
Urzędnicy europejskiej agencji statystycznej analizują bezrobocie inaczej niż polskie władze. Te ostatnie liczą tzw. zarejestrowanych bezrobotnych, czyli osoby, które zgłosiły się po wsparcie do urzędów pracy. Natomiast Eurostat bierze pod uwagę liczbę osób w wieku produkcyjnym, nie mających pracy, ale gotowych do jej podjęcia. Są to na przykład osoby, które nie zarejestrowały się w urzędach pracy z powodu braku przekonania, że otrzymają tam realną i skuteczną pomoc w znalezieniu zatrudnienia.
Choć metodologia Eurostatu wykazuje w Polsce niższe odsetki i liczby dotyczące bezrobocia niż dane GUS, to zarazem wskazuje ona ich wzrost w ostatnich miesiącach. Zdaniem Eurostatu bezrobocie wciąż w Polsce rośnie od początku roku i nie zanotowało zwyczajowego wiosennego sezonowego obniżenia. Wedle stanu na kwiecień było według Eurostatu 578 tys. bezrobotnych. Miesiąc wcześniej – 570 tys. W lutym 554 tys. W styczniu – 531 tys. Liczony tym sposobem wskaźnik bezrobocia wzrósł od początku roku z 3% do 3,3%.
przez redakcja | niedziela 8 czerwca 2025 | aktualności
Po ubiegłorocznych masowych zwolnieniach w PKP Cargo ogłoszono kolejne duże redukcje w tej spółce.
W piątek władze PKP Cargo zapowiedziały kolejne zwolnienia grupowe. Władze publicznej spółki pod rządami liberałów chcą wysłać na bruk kolejne tysiące osób.
W ubiegłym roku nowe władze PKP Cargo, powołane przez rząd Donalda Tuska, zwolniły ze spółki 3665 osób. Miało to być elementem działań naprawczych. Szumnie zapowiadano m.in. odzyskanie udziałów w rynku towarowych przewozów kolejowych przez PKP Cargo.
Obecnie ogłoszone zamiary pokazują coś zupełnie odwrotnego. Władze spółki planują kolejna masowe zwolnienia. Pracę w roku 2025 ma stracić nawet 1041 osób, a w 2026 zwolnienia mogą objąć nawet 1388 osób. Zwolnienia mają objąć pracowników z różnych działów firmy.
Przyczyną zwolnień jest m.in. to, że PKP Cargo ma wciąż malejące udziały w rynku przewozów kolejowych. W ciągu pierwszych czterech miesięcy 2025 roku PKP Cargo zanotowało 5-procentowy spadek masy przewiezionych towarów wobec analogicznego okresu poprzedniego roku.
Tak wygląda „reforma” w wykonaniu liberałów. Zapłacą za nią utratą pracy tysiące osób.
przez redakcja | wtorek 3 czerwca 2025 | aktualności
Sukcesem zakończył się kilkudniowy strajk.
W Sosnowcu zakończył się strajk pracowników firmy Bitron Appliance Poland. Po kilku dniach protestu i wielomiesięcznych rozmowach związkowcy podpisali porozumienie z zarządem. Pracownicy otrzymają podwyżkę stawki godzinowej o 2 zł brutto oraz zyskają 5-dniowy tydzień pracy.
Głównym postulatem protestujących była podwyżka wynagrodzenia. Wcześniejsze rozmowy z pracodawcą zakończyły się jedynie jedną złotówką więcej na godzinę, co – zdaniem pracowników – było niewystarczające. Ostatecznie, w wyniku strajku, udało się wynegocjować 2 złote brutto więcej na każdą godzinę pracy. Zmiana obejmie pracowników zatrudnionych na stanowiskach produkcyjnych, z których wielu dotąd zarabiało najniższą krajową.
Drugim efektem podpisanego porozumienia jest wprowadzenie 5-dniowego tygodnia pracy, co stanowi istotne usprawnienie warunków zatrudnienia i organizacji czasu pracy. Pracownicy zyskają tym samym większą stabilność i lepszy balans między życiem zawodowym a prywatnym.
Bitron Appliance Poland działa w Polsce od 1998 roku i zatrudnia obecnie ponad 400 osób. Firma zajmuje się rozwojem oraz produkcją komponentów elektromechanicznych i elektronicznych dla przemysłu AGD, motoryzacyjnego, energetycznego oraz medycznego.
Strajk w Bitron Sosnowiec zakończył się sukcesem – pracownicy wywalczyli realne podwyżki oraz zmianę organizacji pracy. To ważny sygnał, że determinacja i wspólne działanie mogą prowadzić do pozytywnych zmian w środowisku pracy.
(przedruk za opzz.org.pl)
przez redakcja | wtorek 3 czerwca 2025 | aktualności
Dziś od rana trwa strajk w zakładzie Jeremias w Gnieźnie.
Dzisiaj na pierwszej zmianie rozpoczął się strajk w zakładzie Jeremias w Gnieźnie, czyli w niemieckiej firmie produkującej systemy kominowe. Strajk to efekt długotrwałego sporu o podwyżki i w odpowiedzi na szykany wobec związkowców.
Spór związkowców z zarządem dotyczy żądań podwyżek pensji (o 800 zł), dłuższej przerwy w pracy (30 minut), krótszego okresu rozliczenia nadgodzin oraz sprawiedliwych norm i premii. W trakcie sporu zbiorowego związkowców z Inicjatywy Pracowniczej z zarządem firmy ten ostatni zwolnił z pracy z zakładu w Gnieźnie po 16 latach zatrudnienia Mariusza Piotrowskiego – przewodniczącego komisji zakładowej związku a jednocześnie społecznego inspektora pracy, a wcześniej pracę stracił Dariusz Modrzejewski, pracownik lakierni, który zgłaszał naruszenia zasad BHP.
W zakładzie odbyło się referendum strajkowe. Wzięła w nim udział odpowiednia liczba osób, aby było ważne – frekwencja wyniosła 67%. Z tego aż 72,3% pracowników zagłosowało za strajkiem, a przeciw było 24,6%.
Dziś od rana załoga strajkuje. Jak informuje Inicjatywa Pracownicza, zarząd firmy i współpracująca z nim antypracownicza firma prawna Littler nie wpuścili na zakład zakładowego społecznego inspektora pracy. Firma wyprowadziła strajkującą część załogi na zamknięty teren z zakazem przemieszczania się, aby strajk nie rozlał się od początku na resztę pracowników. Więźniowie zakładu karnego zatrudnieni przez Jeremias grodzą okolice tego obszaru. Zarząd Jeremias korzysta z pracy więźniów i otrzymuje od państwa niemal milion złotych rocznie za ich zatrudnianie.
Mimo prób izolacji strajk trwa. Prezesi Jeremias jaskrawo utrudniają prowadzenia działalności związkowej w zakładzie, łamią postanowienia sądu, sprzeczają się z ministrem pracy. Firma zachowuje się jakby była państwem w państwie i wprowadza stan wyjątkowy według praw wymyślonych przez siebie. Na popołudniowej zmianę strajk objął już dwa razy więcej pracowników co na porannej. Strajk w tym momencie objął większość lub połowę zatrudnionych na wydziałach, przy czym strajkuje większość stałych pracowników produkcyjnych, a łamistrajkami są głównie więźniowie, pracownicy zatrudnieni przez agencje pracy tymczasowej oraz pracownicy biurowi skierowani przymusowo na produkcję przez zarząd firmy.
przez Magdalena Okraska | wtorek 3 czerwca 2025 | opinie
Po pierwsze i najważniejsze: obroniliśmy Polskę przed pełnią władzy Donalda Tuska i spółki. Pełnia władzy tych ludzi byłaby koszmarem. Przez półtora roku pokazali, że nie liczą się z nikim i niczym, z żadnymi zasadami, instytucjami, regułami, obietnicami, z czymkolwiek. Gdyby mieli jeszcze swojego człowieka jako prezydenta, nie byłoby absolutnie żadnej zapory przed ich szaleństwem.
Mieli przywracać praworządność, a rządzą z obchodzeniem prawa, siłowym przejmowaniem instytucji i „demokracją taką, jak my ją rozumiemy”. Mieli wyjaśniać rzekome wielkie przekręty, a zrobili areszty wydobywcze, z których nic nie wynika poza kolejnymi materiałami usłużnych mediów – tych samych, których nie interesuje, czy obecna władza nie robi przekrętów. Miały być transparentność i rzetelność, a jest ręczne sterowanie wskaźnikami inflacji i sposobem obliczania luki VAT-owskiej. Miało nie być kumoterstwa i nepotyzmu, a instytucje publiczne są obsadzane wyłącznie samymi swoimi, nierzadko wręcz groteskowo marnymi. Konkurs dotacyjny Ministerstwa Kultury dla niewielkich czasopism był za rządów PiS skierowany do czasopism różnych opcji, w tym antypisowskich, a obecnie nie dostaje dotacji nikt, kto by krytycznie oceniał rządy PO – dotację straciliśmy my i wielu innych.
Po drugie, to nie jest tylko władza polityczna. To także całe otoczenie, które im służy. Wielkie media, w tym należące do kapitału zagranicznego. Media publiczne, stronnicze nie mniej niż za poprzedniej władzy, mówią jednym głosem z prywatnymi. Klakierzy PO i Tuska mają w sumie jakieś 90% rynku medialnego w Polsce. Media te nie zajmują się patrzeniem władzy na ręce, lecz zwalczaniem opozycji. A w trakcie kampanii wyborczej – nachalną promocją kandydata obozu władzy i nagonkami na jego przeciwnika.
Gdy jedno z nielicznych uczciwych mediów prywatnych, Wirtualna Polska, ujawniło próbę skręcenia wyborów za pomocą nielegalnej kampanii promocyjnej w internecie, finansowanej zza granicy, a koordynowanej przez „organizację pozarządową” Akcja Demokracja, wszystkie media nieprawicowe, w tym publiczne, wyciszały sprawę zamiast podjąć temat. To samo robiły obsadzone ludźmi Tuska instytucje, w tym NASK mająca nadzorować bezpieczeństwo w sieci. Dziś wiemy już, jak pisze Patryk Słowik z Wirtualnej Polski, że „Misja Obserwacji Wyborów prowadzona przez OBWE we wstępnych ustaleniach skrytykowała Polskę za niewystarczający nadzór nad finansowaniem kampanii na rzecz Rafała Trzaskowskiego w internecie ze źródeł nieznanego pochodzenia”.
Najwyższa Izba Kontroli zajmuje się głównie kontrolowaniem nie obecnej, lecz poprzedniej władzy. Duży biznes sprzyja obecnej władzy. Sprzyja jej też Unia Europejska, to znaczy niewybieralna brukselska technokracja. Do tego dochodzą „organizacje pozarządowe” finansowane uznaniowymi milionami przez zagranicę – wszystkie o jednakowym profilu ideologicznym i bliskie obecnej władzy.
Władza polityczna, instytucje publiczne, główne media i wielkie „organizacje” mówią w zasadzie jednym głosem, różniąc się sporadycznie i w drobnych sprawach. Gdyby to środowisko miało jeszcze urząd prezydenta, nastąpiłaby w Polsce tak wielka koncentracja realnej władzy, jakiej w III RP jeszcze nie było.
Po trzecie, nie było jeszcze kampanii wyborczej tak bezwzględnej, jednostronnej, tak totalnie nastawionej na zniszczenie człowieka, tak brutalnie walącej w kogoś, jego bliskich itp. Nie chodziło o patrzenie kandydatom na ręce – patrzono wyłącznie jednemu kandydatowi, a drugiego trzymano pod kloszem ochronnym, co przy takiej dysproporcji sił medialnych jest po prostu próbą „ustawienia” wyborów.
Tak jak PiS przedobrzył z negatywną kampanią o Tusku w 2023 r., tak teraz liberałowie przedobrzyli z szambem wylewanym pod adresem Nawrockiego. Ludzie nie są głupi. Widzą, że coś tu nie gra, że to już za dużo. Znamy wiele głosów osób, które wprost mówiły: gdyby tak mocno go nie atakowali, to nie wzbudziłby mojej sympatii i chęci głosowania na niego, zostałbym w domu, nie jestem pisowskim betonem itp.
Metody te, wbrew wyobrażeniom naiwnych, nie polegają na tym, że coś jest na rzeczy w formułowanych oskarżeniach. Nie o to w tym wszystkim chodzi. Polegają na tym, że podobnie niszczony byłby każdy inny kandydat pisowski. Powiemy więcej: gdyby kiedyś w Polsce istniała silna i zarazem realnie antyliberalna lewica socjalna, to byłaby ona atakowana równie zajadle i bezpardonowo. Gdy ma kilka procent poparcia i głosuje za powstaniem rządu Tuska, może sobie do woli frazesowo lewicować. Gdyby nadepnęła na serio na odcisk możnym i wpływowym z rdzenia polskiej liberalnej oligarchii albo tylko w kilku sprawach współpracowała z PiS-em, byłaby atakowana nie mniej zajadle.
Podobną sprawą jest pogarda wobec wyborców. W liberalnych bańkach mówi się, że nie ma nic gorszego niż „pisowskie szczucie” na mniejszości czy migrantów. To jednak nie jest jedyne szczucie, które się odbywa. Żyjemy we wręcz instytucjonalnej pogardzie dla ubogich, niewykształconych, z problemami, z przeszłością, z „przaśnymi” nawykami, z miast, których nie umiemy wskazać na mapie. Także dlatego wygrał Karol Nawrocki – bo tak naprawdę im „gorszy” kandydat, tym bardziej jego wygrana zaboli elity i tzw. przyzwoitych ludzi. O to tutaj chodziło, nie o to, że komuś imponuje „sutener”. „Gazeta Wyborcza” już kilka godzin po przegranej liberałów rozsyłała newsletter o ogólnej wymowie typu „jak mogło do tego dojść?”. Niczego się nie nauczyli. To są trzecie wybory prezydenckie z rzędu, które przegrywa kandydat anty-PiS, bo używane są dokładnie te same metody: elitarność, obrażanie, te wszystkie Agnieszki Holland oraz Hołdysy spod kamienia, którzy „nie rozumieją, jak można” i „jakim człowiekiem trzeba być, żeby…”. Im bardziej oni pogardzają nami, tym bardziej my głosujemy przeciwko nim.
Po czwarte, Trzaskowski przegrał jednak przede wszystkim dlatego, że takie są skala niechęci wobec liberałów, poczucia zagrożenia ich rządami, przekonanie, że to łajdacy i szkodnicy. Społeczeństwo polskie naprawdę nienawidzi Tuska. Młodzi i ci, którym w latach 2007-2015 było dobrze, dali mu w 2023 r. kredyt zaufania. Większość z nich już uważa, że nie zrealizował obietnic. Prawda o Platformie jest taka, że ona nigdy nie robi obiecanych rzeczy. Pokój można wytapetować jej obietnicami, o których pamięć trwa tyle, co konferencja prasowa czy przeczytanie tweeta. Problem w tym, że kiedyś taki sposób uprawiania polityki („nie ma pieniędzy i o co wam w ogóle chodzi”, „cóż szkodzi obiecać”) był obowiązujący i nikt już na nic nie liczył. Niech sobie rządzą, jest marazm, idę pracować za tego piątaka na godzinę. Ale w 2015-2016 przestał być. Pojawił się u steru ktoś, kto robił zapowiedziane rzeczy. Różnie oceniane, ale robił. Tylko że Platforma tego nie ogarnęła. Ona chce wasz głos, bo jest Platformą, bo nie jest PiS-em. Śmieszy ją myśl, że miałby robić cokolwiek większego. Znowu wszystko jest „przeskalowane”, „kosztowne”, „niepotrzebne”, „nieopłacalne”. Będzie albo nie będzie. Może kiedyś.
Żaden z sondaży od kilku miesięcy nie wskazuje, że rządząca koalicja mogłaby liczyć na ponowne uzyskanie większości parlamentarnej. Po zaledwie półtora roku rządzenia. Tak jak o PO mówi się, że w wielkich nowoczesnych miastach mogą wystawić kukłę, a ona i tak wygra, tak w skali Polski przeciwko liberałom też można wystawić kukłę i ma się już na starcie ponad 40% osób, które by ją poparły. A człowieka z krwi i kości, który rzuca im rękawicę – tym bardziej i tym więcej.
Odrzucenie liberałów ma podwójny wymiar klasowy. Ten oczywisty to daleko idące różnice wśród wyborców. Na Nawrockiego głosowało niemal 70% robotników, ponad 80% rolników i niemal 65% bezrobotnych, którzy poszli na wybory. Na Trzaskowskiego niemal 64% osób z kategorii dyrektorzy, kierownicy i specjaliści, wygrał też, choć nie tak wyraźnie, wśród właścicieli i współwłaścicieli firm. Ale pęknięcie między liberałami i antyliberałami ma także wymiar kulturowy. Nie chodzi w nim o to, że wyborcy prawicy są „ciemniakami”, jak chcieliby zwolennicy liberałów. Odrzucają oni liberalną agendę kulturową, gdyż postrzegają ją jako szkodliwą dla siebie, wmuszaną, niezwiązaną z ich preferencjami. I jest to tendencja coraz bardziej widoczna także w krajach „zachodnich”, „nowoczesnych”, „niereligijnych” itp. Podobnie jest choćby w obiekcie westchnień polskich liberałów, czyli w Czechach – w kraju laickim populiści skutecznie grają kartą np. antyimigrancką, a ich bastionami wyborczymi nie jest „zacofana” wieś, lecz przemysłowe i poprzemysłowe podupadłe duże miasta i regiony zurbanizowane.
Po piąte, kartę hańby zapisało wiele osób i środowisk lewicowych, postępowych, rzekomo wrażliwych społecznie, „aktywistów” z „ruchów” takich czy siakich itp. Dołączyli do nagonki w wykonaniu neoliberałów i sprawców polskiej biedy z nędzą, wylewali wiadra klasistowskiej pogardy na kontrkandydata neoliberałów, głosowali na neoliberała, wyrzucili na śmietnik całe swoje wcześniejsze wywody o zasadach, wartościach, demokracjach, wrażliwościach itp. Ich postawa i ich współudział zostaną zapamiętane. Żadnych złudzeń w przyszłości.
Po szóste, nie mamy pojęcia, czy Karol Nawrocki będzie dobrym prezydentem. To kandydat skoncentrowany na prawicowej tożsamości i historii, a zbyt mało zainteresowany gospodarką i sprawami społecznymi i zbyt małą mający o nich wiedzę. To wszystko, wbrew zaklęciom bezpłodnej politycznie lewicy, jest jednak oparte na związkach z partią mającą największy dorobek prospołeczny w III RP oraz na umowie podpisanej z dużym związkiem zawodowym „Solidarność” w sprawie obrony zdobyczy socjalnych i pracowniczych. Nie mamy całkowitej pewności, że w tych kwestiach będzie dobrze w kontekście umów z Mentzenem i z długiem wobec wyborców prawicowo-prorynkowych. Ale wręcz dziecinną naiwnością jest przekonanie, że jawny wieloletni neoliberał Trzaskowski z partii, która chce „deregulować” gospodarkę, byłby lepszy pod tymi względami.
Nasze opinie o samym Nawrockim nie są jednak kluczowe. Po pierwsze taka jest wola ludu, bezwzględnej większości, na tym polega demokracja. Po drugie jakakolwiek zapora przed monowładzą liberałów jest lepsza niż brak takowej zapory. Na ocenę tej prezydentury przyjdzie jeszcze czas. Na razie wiemy, że walec neoliberalnej koalicji nie przejechał jednej z ostatnich zapór na swej drodze.
Magdalena Okraska, Remigiusz Okraska
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Robert Bazułka from Pixabay
przez Karol Trammer | niedziela 1 czerwca 2025 | opinie
Spółka CPK chce, żeby pociągi dużych prędkości jadące z Warszawy do Poznania mogły omijać Kalisz. Powróciły obawy, że szybka kolej będzie służyć tylko kilku największym metropoliom.
„Polska w 100 minut” – tym hasłem premier Donald Tusk pod koniec 2024 r. zapowiedział przyspieszenie polskiej kolei. Teraz spółka Centralny Port Komunikacyjny skupia się na tym, aby taki czas jazdy zdołały osiągnąć pociągi z Warszawy do Poznania po wybudowaniu kolei dużych prędkości.
Walka o 100 minut
Aktualne harmonogramy zakładają, że szybka kolej w 2032 r. połączy Warszawę z Łodzią, a następnie do 2035 r. powstanie dalszy jej odcinek z Łodzi do Wrocławia wraz z odnogą do Poznania. W spółce CPK podjęto decyzję, że na linii Warszawa – Łódź – Poznań/Wrocław pociągi mają jeździć z prędkością 320 km/h, a nie jak wcześniej planowano 250 km/h. Dzięki temu najszybsze pociągi mają pokonywać trasę z Warszawy do Poznania w 1 godz. 38 min.
Stawką jest nie tylko wpisanie się w slogan premiera, ale też jak największe pobicie czasu jazdy osiąganego na istniejącej linii z Warszawy do Poznania, którą najszybszy pociąg – jadąc z prędkością maksymalną 160 km/h – pokonuje w 2 godz. 18 min.
Jak wskazuje spółka CPK, bez decyzji o podniesieniu prędkości do 320 km/h podróż nową linią z Warszawy do Poznania trwałaby 2 godz. 5 min., a więc tylko 13 min. krócej niż istniejącą linią. Tak niewielka różnica podważałaby sens budowania nowej linii za dziesiątki miliardów.
W ramach walki o nieprzekroczenie 100-minutowego czasu podróży linią dużych prędkości z Warszawy do Poznania zmieniły się plany jej przebiegu przez Kalisz. Powstać ma odcinek umożliwiający przejazd szybkich pociągów z pominięciem tutejszej stacji. Nowa koncepcja wywołała kontrowersje w liczącym 93 tys. mieszkańców Kaliszu, największym po Łodzi mieście, które ma się znaleźć na rozgałęziającej się kolei dużych prędkości między Warszawą a Poznaniem i Wrocławiem.
Między metropoliami
W poprzednim wariancie – ogłoszonym w maju 2023 r. – zakładano, że szybka linia będzie przechodzić przez istniejącą stację w Kaliszu. Spółka CPK oznajmiła na swojej stronie internetowej, że „skorzystanie części pociągów z kolejowej obwodnicy Kalisza bez wjazdu do miasta zapewni najkrótsze czasy przejazdu dużych grup podróżnych między metropoliami”. CPK chce uspokoić kaliszan i zapewnia ich, że „część pociągów zjedzie do Kalisza i zatrzyma się tam, włączając to miasto w kolejową sieć dużych prędkości”.
Przyjęcie nowej koncepcji oznacza, że szybkie pociągi, aby obsłużyć Kalisz, będą musiały zjechać łącznicą na starą linię i po zatrzymaniu się na kaliskiej stacji wrócić na linię dużych prędkości. Zjeżdżając do miasta, będą musiały pokonać zbudowany w 1902 r. kręty odcinek od mostu nad Prosną do stacji Kalisz – tę pięciokilometrową serpentynę pociągi muszą pokonywać z prędkością 80-90 km/h. To budzi obawy, że operatorzy połączeń dużych prędkości nie będą chcieli trasować pociągów ze zjazdem z szybkiej linii do Kalisza.
Nie będziemy mieli nic
– „Mamy wrażenie, że zostaliśmy oszukani” – tak zmianę planów dotyczących przejścia szybkiej kolei przez Kalisz skomentował prezydent tego miasta Krystian Kinastowski. – „Ryzyko będzie takie, że my na tę kolej dużych prędkości będziemy mogli popatrzeć, pomachać poznaniakom i warszawiakom, którzy będą tutaj przejeżdżali, a my z tej kolei nie będziemy mieli nic”.
Prezydent Kalisza przypomniał przy tym, że gdy kilkanaście lat temu trwały prace planistyczne nad linią dużych prędkości Warszawa – Łódź – Poznań/Wrocław, to postawiono na wariant, w którym odnogi do Poznania i Wrocławia miały rozchodzić się między Kaliszem a Ostrowem Wielkopolskim. – „Ta koncepcja była dla nas bardzo korzystna” – zaznaczył Kinastowski. Wówczas Kalisz dysponowałby połączeniami dużej prędkości zarówno w relacji Warszawa – Poznań, jak i Warszawa – Wrocław. Gdy do koncepcji kolei dużych prędkości wrócono pod banderą CPK, zdecydowano, że ramiona szybkiej linii będą rozchodzić się koło Sieradza, przez co Kalisz znajdzie się już tylko na trasie połączeń Warszawa – Poznań. Teraz pojawiły się wątpliwości, ile z tych pociągów – po zmianie koncepcji przebiegu przez Kalisz – w ogóle zatrzyma się w tym mieście.
Krystian Kinastowski mówił o tym na odbywającym się w marcu 2025 r. w Kaliszu kongresie stowarzyszenia Tak dla CPK, organizacji założonej przez ludzi związanych ze spółką Centralny Port Komunikacyjny za rządów Prawa i Sprawiedliwości. Na miejsce kongresu wybrali oni Kalisz jako symbol zmiany podejścia do roli szybkiej kolei. Wiceprezes stowarzyszenia Patryk Wild, twórca koncepcji kolejowych szprych do CPK, przekonywał, że doszło do uderzenia w inkluzywny charakter tego przedsięwzięcia: „Ten projekt był projektem spójnościowym, który miał zapewnić prawidłową obsługę komunikacyjną całego kraju” – mówił Wild i odniósł się do zmiany planowanego przejścia szybkiej linii przez Kalisz oraz decyzji o podniesieniu prędkości z 250 km/h do 320 km/h: „Powoduje to sztucznie wymuszoną sytuację, w której przewoźnikom nie będzie się opłacało zajechać do Kalisza, bo będą tracili dużo czasu, a przy większej prędkości będą tracili też radykalnie dużo energii”.
Trzy miliardy wątpliwości
Krytyka wobec planów rządowej spółki CPK płynie również z koalicji rządzącej. Zmienioną koncepcję przebiegu kolei dużych prędkości – jako grożącą pomijaniem Kalisza przez szybkie pociągi – skrytykował Szymon Hołownia: „Kalisz i inne ośrodki subregionalne zasługują na takie połączenia kolejowe” – mówił na konferencji prasowej na dworcu w Kaliszu przewodniczący Polski 2050, a należąca do tej partii minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz w rozmowie z portalem Money.pl stwierdziła: „Wątpliwość budzi wydawanie 3 mld zł na ominięcie Kalisza”.
Tyle ma bowiem kosztować wybudowanie bajpasu linii dużych prędkości omijającego stację Kalisz. Kaliscy aktywiści ruchu Tak dla CPK zebrali 3431 podpisów kaliszan pod petycją przeciw jego budowie i za powrotem do wariantu zakładającego przejście szybkiej linii przez kaliską stację.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/136 maj-czerwiec 2025)
https://www.zbs.net.pl