przez Joanna Duda-Gwiazda | wtorek 28 kwietnia 2009 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Każdy ma własne sposoby radzenia sobie ze stresem. W dzieciństwie groziłam: Będziesz się smażyć w piekle – i zaraz mi było lżej na duszy. Były to czasy, kiedy księża mówili o piekle, a nawet straszyli nim niegrzeczne dzieci. Teraz piekło się rozpłynęło. Kościół potępia zemstę i żąda przebaczenia przed ukaraniem winnego. Domaganie się sprawiedliwości brzydko pachnie żądzą odwetu i nienawiścią. Kto miłuje wroga, nie żąda kary. Na głodówce w obronie więźniów politycznych powiesiliśmy transparent z fragmentem ewangelii według św. Mateusza: „Błogosławieni, którzy cierpią prześladowania dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie”. Biskup Gocłowski kazał transparent usunąć, a księdza Trybowskiego zdjął z funkcji proboszcza.
Na świeckim rynku idei sprawiedliwość też jest nisko notowana. Jest zarzewiem rewolucji i innych krzywd, które lud wyrządza bogatym, np. strajkując. Sprawiedliwość prowadzi do „urawniłowki”, ergo – komunizmu. Domagających się sprawiedliwości społecznej posądza się o zazdrość, o demagogię (hasło równych żołądków), o wszystkie grzechy główne przeciw wolności i odpowiedzialności. Dopuszczalne jest dochodzenie sprawiedliwości indywidualnej na drodze sądowej, ale praktycznie jest to niewykonalne i tylko pogłębia stres.
Koleżanki i koledzy opowiadali mi jakieś horrory, przez które musieli przejść na rozprawach sądowych, aby otrzymać rekompensatę za uwięzienie w stanie wojennym. Wielu więźniów politycznych jest w dramatycznej sytuacji finansowej i stara się jak może, aby uzyskać maksymalną kwotę – 25 000 zł. Koleżanka z Gołdapi radziła mi wziąć adwokata, powołać świadków, zgromadzić dokumentację lekarską. Adwokat kosztował ją 2000 zł, koleżanka-aktorka jako świadek odegrała dramatyczne sceny cierpień i represji i udało się. Wniosek do sądu złożyłam w ostatnim terminie. Moja sytuacja finansowa jest dobra, więc nie był on martyrologiczny – wymieniłam kolejne więzienia i ośrodki internowania. Naiwnie myślałam, że sąd we współpracy z IPN ustalił jakieś kategorie tych lokali, analogicznie do klas hoteli. Na przykład zastępca naczelnika więzienia sadysta – dwa punkty, nieosłonięty kibel w celi – jeden punkt itp. Urzędniczka w sądzie mnoży punkty przez ilość dni i mamy stawkę podstawową, którą sąd przyznaje bez rozprawy. Jeśli ktoś chce otrzymać więcej, przedstawia świadków lub zaświadczenia lekarskie.
Okazało się, że sąd w całym majestacie rozpatruje każdą sprawę, a co gorsze, jakiś diabeł sprawiedliwości kazał mi dodać, że w celi w Fordonie grasowały hordy pluskiew i prusaków i miałam zapalenia dziąseł wywołane paradentozą. Nic nie pomogło, że zostawiłam Wysokiemu Sądowi ustalenie stawki, zapewniałam, że z interny wyszłam w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej i prosiłam o wykreślenie z wniosku tych nieistotnych cierpień. Sąd żądał przedstawienia dowodów.
Skąd ja teraz wezmę te dowody? Zęby zaatakowane paradentozą wypadły, pluskiew nie udało się nam nałapać nawet w celu okazania ich lekarzowi w Fordonie, który czerwone cętki na skórze uparcie diagnozował jako uczulenie. Odmówiłam, ryzykując, że za fałszywe zeznania zostanę skazana na trzy lata więzienia, o czym Wysoki Sąd mnie pouczył i postanowił sam sprawdzić, czy mówię prawdę. Powstał ciekawy problem filozoficzno-prawny, czy jeśli teraz zamiast zadośćuczynienia dostanę trzy lata do odsiadki, to będę więźniem politycznym? Biorąc pod uwagę ciągłość prawną PRL i RP, nie powinnam dostać ani centa. Zeznałam, że po wyjściu z interny czułam się świetnie, zaraz wróciłam do pracy zawodowej i nielegalnej działalności. Cały wysiłek resocjalizacyjny władzy poszedł na marne i należałoby mnie teraz odesłać do więzienia do poprawki.
Niezawisłość sądów w III RP przekroczyła odporność społeczeństwa na podszepty diabła sprawiedliwości. Kiedy już dojdzie do rewolucji przeciw wymiarowi sprawiedliwości, proponuję, aby pierwszymi kandydatami do wywiezienia na taczkach byli sędziowie Trybunału Konstytucyjnego. Gdyby Trybunał nie zawetował ustawy otwierającej zawody prawnicze dla absolwentów prawa, może jakiś przytomny młody człowiek odradziłby mi wikłanie sądu w rozstrzyganie problemu owadów, których nie można złapać i chorób, których nie można stwierdzić. Ale stało się i naprawdę jest mi przykro, że naraziłam podatników na dodatkowe koszty. Niezawisłe sądy swobodnie oceniają świadków i dowody, a mimo to powołują wielu biegłych do rozstrzygania spraw dla laika oczywistych. Ten nadzwyczajny profesjonalizm powoduje, że sprawy ciągną się latami, kursują między instytucjami i tylko pieniacze i desperaci angażują sądy.
Może apele o przebaczanie krzywd i miłowanie wrogów mają jakiś sens? Jeśli nie ewangeliczny, to przynajmniej ekonomiczny. Domagając się sprawiedliwości, obywatele zrujnowaliby budżet, a w stresie trwającym latami nie mogliby wydajnie pracować. Ciekawe, że apele o przebaczenie zawsze są kierowane do ofiar. Zwróciła na to uwagę pani Fedyszak-Radziejowska w audycji „Warto rozmawiać”. Esbecy nigdy nie przebaczą mi, że naraziłam ich na stresy i wysiłki, utratę premii i awansów, pozbawiłam satysfakcji zawodowej. Co gorsze, wiem co wiem i chociaż w obawie przed odpowiedzialnością sądową tego nie mówię, oni będą żyć w stresie, dopóki prawdy ktoś nie ujawni. Wbrew powszechnej opinii uważam, że prawda i sprawiedliwość nie są wynalazkami szatana.
przez Remigiusz Okraska | wtorek 28 kwietnia 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Przez wiele dekad w środowiskach, które można nazwać postępowymi, lewicowymi czy emancypacyjnymi, panowała zgodność w pewnej kwestii. Krytycy istniejących porządków upatrywali nadziei na ich zmianę w poparciu danej „Sprawy” przez masy społeczne – masy definiowane poprzez swoją pozycję zawodowo-klasową. Żeby coś zmienić, stopniowo lub nagle, trzeba było mieć oparcie w robotnikach, czy szerzej – w pracownikach najemnych.
Niektórzy dołączali do tej grupy chłopstwo lub bezrobotnych, ale zawsze to „człowiek pracy” stał w centrum zainteresowania. Chłop co prawda był posiadaczem gospodarstwa, więc ortodoksyjna część lewicy traktowała go podejrzliwie, ale pozostali uznawali, że drobny rolnik pracuje „na własnym”, nikogo nie wyzyskuje, a trud i znój nie są mu obce. Bezrobotnych z kolei traktowano jako zarazem ex-pracowników, jak i potencjalnych zatrudnionych, więc też mieścili się w owym zbiorze – nieprzypadkowo nazwano ich „rezerwową armią pracy”. Jeśli ktoś miał odmienić zły świat, to właśnie pracownicy.
Na pewno postrzeganie zorganizowanych mas pracowniczych jako potężnej siły nacisku miało niegdyś wiele sensu. Czy to marksizm, czy XIX-wieczny anarchizm, czy ujmując rzecz zbiorczo – różne odmiany myśli „socjalizującej”, wszystkie one odwoływały się do robotników lub pracowników najemnych. Spierano się o metody (rewolucja czy stopniowe reformy parlamentarne), o cele (silne państwo w służbie społeczeństwa lub zniesienie państwa) itp., natomiast archimedesowy „punkt oparcia” był wciąż ten sam.
Po pierwsze, pracownicy najemni, jako pozbawieni możliwości dyktowania warunków zatrudnienia (muszą sprzedać pracę temu, kto posiada środki produkcji), są zawsze w gorszym położeniu niż warstwy posiadające. Nawet jeśli ich położenie ekonomiczne nie zawsze jest złe – bo wyzysk zelżał wskutek oporu, niedoboru rąk do pracy czy ingerencji państwa – to pozostaje jeszcze aspekt psychofizyczny, jakim jest brak możliwości decydowania o sobie, swoiste mentalne niewolnictwo wobec tych, którzy zatrudniają. Po drugie, bunt tych grup jest nie tylko możliwy, ale i groźny dla istniejącego porządku. Na przykład masowa odmowa pracy – strajk – sprawia, że nie powstają jakieś produkty lub nie są dostarczane do sprzedaży, więc właściciele fabryk nie osiągają zysków. Gdy strajki są odpowiednio masowe lub przynajmniej skoncentrowane w szczególnie newralgicznych branżach (np. energetyka czy transport kolejowy), sparaliżowany zostaje nie ten czy inny zakład, lecz region lub kraj, a spore kłopoty ma już nie tylko fabrykant, ale cała warstwa posiadająca i klasa rządząca. Gdy na ulice wyjdzie demonstracja pracowników znaczącej branży, liczy ona dziesiątki lub setki tysięcy – to już jest masa groźna dla nawet najsilniejszej władzy, dysponującej sprawnym aparatem represji. Gdy pracownicy najemni pójdą gremialnie do urn i zgodnie wybiorą swoich reprezentantów, w parlamencie pojawia się siła walcząca o interesy tej właśnie warstwy, która za pomocą nowych ustaw może naruszyć porządek korzystny dla innych grup interesów.
Po stronie atutów tego ruchu widniały trzy kwestie – masowość, koncentracja i jednorodność. W epoce przemysłowej do pewnego momentu stale przybywało robotników. Skoncentrowano ich w dużych ośrodkach przemysłowych, które najczęściej były też znaczącymi punktami systemu ekonomicznego oraz siedzibami struktur władzy. A sami robotnicy przemysłowi byli do siebie podobni – czy to producent samolotów, czy producent mebli, wszyscy żyli w podobny sposób, mieli podobne wartości, a także podobną tożsamość, bo postrzegali samych siebie właśnie przez pryzmat tego, iż są robotnikami.
Myśliciele i działacze polityczni odwołujący się do pracowników najemnych bez wątpienia dobrze zdiagnozowali realia tamtej epoki. Do tego stopnia, że nawet w ustroju mającym być antytezą kapitalizmu, czyli w realnym socjalizmie, gros „zaburzeń” wymierzonych w system polityczny związany był albo z buntami pracowników najemnych, albo powstawał na styku działalności inteligenckich dysydentów z pozyskaniem poparcia mas robotniczych. Dopóki w Polsce krytyka real-socjalizmu przybierała takie formy, jak „List Otwarty do Partii” Kuronia i Modzelewskiego, włodarze systemu wsadzali do więzienia kilku niepokornych i problem był rozwiązany. Gdy jednak ten sam Kuroń i Modzelewski stali się częścią 10-milionowej „Solidarności”, bazującej na masach robotników i zakładach pracy, decydenci otrzymali znacznie twardszy orzech do zgryzienia.
Czy jednak dziś taki model oporu i dążenia do przemian społecznych zachował aktualność? Obawiam się, że nie, a jedną z przyczyn słabości lewicy (czy szerzej: środowisk prospołecznych) w świecie zachodnim jest właśnie zanik jej zaplecza społecznego. Pracowników najemnych mamy dziś co prawda więcej niż w czasach Marksa – bo koncentracja własności w miarę rozwoju kapitalizmu sprawia, że coraz mniej jest właścicieli środków produkcji (zwłaszcza drobnych właścicieli), a coraz więcej tych, których jedynym „kapitałem” jest własna praca na sprzedaż – jednak nie tworzą już oni żadnego „ruchu robotniczego”. I prawdopodobnie nie stworzą. Przemiany ekonomiczne, technologiczne i kulturowe sprawiły, że zbiorowość dawniej masowa i jednorodna, poszła w rozsypkę.
Globalizacja gospodarcza nie jest niczym nowym, ale niegdyś nie dotyczyła ona tak wielu produktów i ich składników. Obecnie nawet wyroby banalnie proste – jak choćby jogurty – są nierzadko stopniowo wytwarzane w oddziałach danej firmy oddalonych o setki kilometrów. Skutkuje to dekoncentracją klasy robotniczej – nawet jeśli w danym mieście istnieje wiele zakładów, to są one na ogół niewielkie i „nieprzystawalne” do siebie branżowo; coraz mniej regionów, które można określić mianem centrów przemysłu ciężkiego, spożywczego, elektronicznego itp. Z kolei te, które wciąż istnieją lub są tworzone od podstaw, z racji przemian technologicznych zatrudniają nieporównanie mniej osób niż dawniej – przy podobnej wielkości produkcji potrzeba od kilku do kilkudziesięciu razy mniej pracowników niż 20, a zwłaszcza 100 lat temu. Do tego dochodzą przeobrażenia form zatrudnienia – zamiast samych „etatowców”, istnieje wiele rodzajów stosunków pracy: etaty, pół- i ćwierćetaty, rozmaite umowy czasowe, praca zadaniowa, podwykonawstwo, świadczenie pracy na rzecz kilku podmiotów na raz itp. Zmiany te są nie tylko efektem – jak chcą „obrońcy robotników” – celowej strategii przedsiębiorców, pragnących zdezintegrować masy pracownicze, lecz również skutkiem wymuszonej realiami rynku i technologii większej elastyczności i „płynności” różnych rodzajów produkcji. Za tym idzie z kolei niestabilność zawodowa – o ile kiedyś większość pracowników była przez całe życie hutnikami, ślusarzami czy kierowcami, o tyle dziś czymś całkiem naturalnym są kilkakrotne zmiany fachu w okresie między pierwszym zatrudnieniem a emeryturą.
Nie rozstrzygniemy, czy pierwsze było jajko, czy kura, ale owe zmiany współgrają także z przemianami sfery kulturowej i stylu życia. Coraz mniej ludzi dokonuje autoidentyfikacji poprzez odniesienie do wykonywanej pracy. Zamiast tego postrzegają samych siebie przez pryzmat przeróżnych ról społecznych i postaw kulturowych. Wśród moich rówieśników znacznie rzadziej niż w pokoleniu naszych rodziców można usłyszeć definiowanie siebie w odniesieniu do wykonywanego zawodu – ludzie są raczej słuchaczami jakiejś muzyki niż hutnikami, albo adeptami jakiegoś hobby niż urzędnikami.
A przecież w Polsce mamy dopiero przedsmak tego, co się zapewne stanie. Z fazy industrialnej wychodzimy ze znacznym opóźnieniem w stosunku do krajów Zachodu, znacznie mniejsze znaczenie ma u nas konsumpcja symboliczna (i związane z nią nowatorskie sektory produkcji), nieporównanie mniejsza jest mobilność społeczna. Zacofana struktura ekonomiczna (układy oparte na „znajomościach” zamiast merytokracji) blokuje wiele ścieżek nie tyle awansu, co zmiany statusu. Do tego dochodzi znaczna skala szarej strefy itd. Prawie wszyscy jesteśmy pracownikami najemnymi – i coraz mniej z tego wynika.
Czy robotnicy/pracownicy ruszą z posad bryłę świata? Nie sądzę. Czy zatem nikt jej nie ruszy? Niekoniecznie.
Idee i wizje ruchu robotniczego były odpowiednie dla epoki industrialnej i słusznie uznano wówczas ich polityczną przydatność. Paradoksalnie, tej samej epoce zawdzięczamy jednak ideę, która wówczas była przedwczesna i niedopasowana do realiów, za to wydaje się mieć pewien potencjał na czasy obecne. Owa idea dopatruje się tych, którzy ruszą z posad bryłę świata nie w twórcach (pracownikach, którzy wytwarzają), lecz w konsumentach. Bo tak, jak wielu z nas jest pracownikami najemnymi, tak wszyscy jesteśmy konsumentami – mamy do dyspozycji ruch potencjalnie jeszcze bardziej masowy niż tamten.
Powiedzmy od razu, że nie chodzi o zwykły ruch konsumencki. W epoce industrialnej różni wizjonerzy zmiany społecznej dostrzegali interesy konsumentów. O ile jednak dbałość o interesy pracowników postrzegano w kategoriach zarazem etycznych (zniesienie lub ograniczenie wyzysku, jaki ich dotykał), jak i pragmatycznych (to oni są siłą zdolną obalić istniejący system), o tyle konsumentów traktowano wyłącznie w kategoriach etycznych. Uważano, że ponieważ ich prawa są w różny sposób naruszane, należy wspierać ich organizacje i żądania, ale nie można wiązać z nimi nadziei na fundamentalne zmiany. Ruch konsumencki postrzegano jako inicjatywę o charakterze samoobrony, np. gdy protestował przeciwko pogorszeniu jakości produktów spożywczych. Nieco później uznano go za partnera w dążeniu do zmian o szerszym charakterze, ale wciąż o ograniczonych możliwościach oddziaływania. Od kilkudziesięciu lat istnieją inicjatywy, które dbają o „etyczną” konsumpcję – np. bojkotują producentów zatruwających środowisko czy wykorzystujących pracę w warunkach „trzecioświatowych” – lecz nie naruszają w ten sposób samego porządku ekonomicznego. Owszem, to miłe i szlachetne jeść jajka od kur żyjących „po ludzku” zamiast od stłoczonych w gigantycznych fermach hodowlanych. Owszem, lepszy jest pracodawca, który szanuje i zatrudnia również niepełnosprawnych niż taki, który bez pardonu wyciska siódme poty z osób stuprocentowo zdrowych. Owszem, lepsze są meble z drewna pozyskanego z lasów gospodarczych, niż wytworzone w efekcie wycinki bezcennych obszarów przyrodniczych. Ale to wszystko nie zmienia faktu, że wciąż jesteśmy jako konsumenci pozbawieni większego wpływu na całokształt systemu.
A gdyby tak odwrócić optykę? Gdyby uznać, że o pracowników należy dbać wyłącznie ze względów etycznych (bo są ludźmi mającymi prawo żyć godnie, natomiast nie są potencjalnym rdzeniem reform społecznych), natomiast dbałość o konsumentów można uzasadnić zarówno etycznie, jak i strategicznie, bo tylko oni są dziś zdolni zmienić system całkowicie lub choć trochę go ulepszyć?
W roku 1928 Oskar Lange napisał rozprawę „Socjologia i idee społeczne Edwarda Abramowskiego”. Czytamy w niej: Abramowski przypisuje największą wagę kooperatywom spożywczym. Idea jego polega na zaatakowaniu kapitalizmu nie od strony produkcji /…/, ale od strony konsumpcji, przez zorganizowanie rynku. Zdaniem jego jest to najczulsza strona kapitalizmu. Przerwa pracy spowodowana strajkiem nie jest dla kapitalistów bardzo groźna, nieraz nawet podczas kryzysu może im być na rękę. Jeżeli jednak „przedsiębiorca widzi się zaatakowanym nie w produkcji, lecz w sprzedaży swoich towarów”, może to spowodować skutki o wiele poważniejsze. Zaatakowanie kapitalizmu od tej strony jest właśnie zadaniem kooperatyzmu. Zasadą kooperatywy spożywczej jest „oszczędzanie przez wydatki”. Chodzi o to, że kooperatywa usuwa pośrednictwo sklepikarzy, zakupując towary wprost u hurtowników. /…/ Zazwyczaj kooperatywy sprzedają swe towary jednak po tej samej cenie, co prywatny handel detaliczny, osiągając przy tym zysk równy różnicy między ceną detaliczną a ceną hurtową. Znaczy to, że kooperatywa zgarnia zyski, które w razie jej nieistnienia przypadłyby sklepikarzom. /…/ Ale na tym kooperatywy nie poprzestają. Dążą one do całkowitego usunięcia skomplikowanego i kosztownego kapitalistycznego aparatu dystrybucyjnego i do zakupywania wprost u wytwórców. W tym celu organizują się w związki zakupów hurtowych. Związki te przyjmują zamówienia od należących do nich kooperatyw i kierują je wprost do wytwórców z pominięciem kupców hurtowych. W ten sposób kooperatywy zagarniają nie tylko zyski kupców detalicznych, ale także zyski wielkiego handlu. Nagromadzają wskutek tego znaczne kapitały, będące wspólną własnością członków. W tym kierunku według Abramowskiego następuje rozwój kooperatyzmu. Zrzeszeni konsumenci stają się potęgą coraz większą, z którą produkcja kapitalistyczna już dzisiaj musi poważnie się liczyć, a z biegiem czasu opanują całkowicie kapitalistyczny rynek zbytu. /…/ Przypuśćmy, że kooperatywy spożywcze zdołają zorganizować w swoich szeregach znaczną większość ludności /…/ Pociągnęłoby to za sobą bardzo daleko idące skutki. Cały system dystrybucji kapitalistycznej, tak bardzo kosztowny i nieproduktywny, zostałby usunięty, a miejsce jego zajęłaby dystrybucja planowa, przeprowadzana i kontrolowana przez zorganizowanych konsumentów. „Przede wszystkim zanika cała klasa kupiecka, od największych hurtowników do najmniejszych sklepikarzy; olbrzymi i pasożytniczy dla społeczeństwa zastęp tych pośredników handlowych musiałby zwinąć swoje interesy i pracować w kooperatywach. Kapitalizm poniósłby tutaj swą pierwszą śmiertelną porażkę, skurczyłby się o całą połowę swego dzisiejszego królestwa”. /…/ Potęga rynku zorganizowanego idzie jednak dalej, dosięga również produkcji. Producenci nie mają już więcej przed sobą wielkiej, nie zorganizowanej masy klientów, ale tylko jednego klienta: związek kooperatyw, do którego wymagań muszą się stosować. /…/ Przedsiębiorstwa kooperatywne są punktem wyjścia dla przyszłej produkcji socjalistycznej. Konkurencja z przedsiębiorstwami kapitalistycznymi jest łatwa, ponieważ mają zapewniony z góry rynek zbytu, dla którego pracują. /…/ Produkcja kooperatywna będzie stanowiła dla produkcji kapitalistycznej niezwalczonego konkurenta, ponieważ kooperatywy będą zaopatrywały się w potrzebne towary przede wszystkim w fabrykach własnych, a do producentów kapitalistycznych będą się zwracały tylko wówczas, jeżeli produkcja kooperatywna nie zdoła pokryć całkowitego zapotrzebowania. Dlatego coraz to większy rozwój produkcji kooperatywnej będzie szedł w parze z kurczeniem się produkcji kapitalistycznej. Bankrutujące wskutek tego procesu przedsiębiorstwa kapitalistyczne będą wykupywane przez kooperatywy i zamieniane na przedsiębiorstwa kooperatywne.
Abramowski zaczerpnął tę teorię od myślicieli i liderów światowego ruchu spółdzielczego. Jeden z jego nestorów, Charles Gide, przekonywał, że tym, co łączy interesy wielu ludzi ponad podziałami klasowymi czy zawodowymi, jest rola spożywcy, czyli konsumenta. Wszyscy jesteśmy spożywcami, a ogół spożywców, poza garstką tych, którzy jednocześnie są właścicielami wielkich środków produkcji, ma podobne interesy. Chcemy konsumować jak najlepiej, lecz aby to osiągnąć nie wystarczy nacisk na indywidualnych producentów, nie wystarczy typowy ruch konsumencki. Aby mieć jak najlepsze warunki konsumpcji i jak najlepsze warunki bytowania, należy opanować sektor handlu, uspółdzielczyć go, przejąć w zbiorowe władanie, a w ten sposób oddziaływać także na sferę produkcji/zatrudnienia.
Gide pisał: Położy się siłą rzeczy kres temu wiekuistemu zatargowi pomiędzy sprzedającym a kupującym, właścicielem domu a lokatorem, wierzycielem a dłużnikiem w dniu, w którym w wyniku rozpowszechnionej spółdzielczości my, spożywcy, będziemy swoimi własnymi kupcami, własnymi bankierami, własnymi przedsiębiorcami /…/ Dopóki robotnik może się zjawiać na rynku tylko jako najemnik oddający swoje ręce na licytację, jego wielka liczebność czyni go słabym, gdyż los jego zależy od uznania przedsiębiorcy; ale w dniu, w którym stanie on tam jako spożywca, liczebność będzie jego siłą i zapewni mu zwycięstwo. /…/ kooperatyzm, posunięty do swych granic ostatecznych, skończyłby na organizacji społecznej, mającej wielkie analogie z ideałem kolektywistycznym. /…/ Uspokaja mnie /…/ to, że nie oczekujemy realizacji naszego ustroju społecznego /…/ ani od interwencji państwa, ani od jakiejkolwiek władzy przymusowej, tylko od swobodnej inicjatywy indywidualnej, działającej przez dobrowolne stowarzyszenia i występującej na rynku według zasad prawa powszechnego. /…/ Jest /…/ zasadnicza różnica między [liberalnymi] ekonomistami a nami, spółdzielcami: oni uczą, że laisser-faire, wolna gra konkurencji wystarcza do zagwarantowania interesów spożywców, podczas gdy my oświadczamy, że jeżeli spółdzielcy nie zorganizują się i nie zbuntują, staną się ofiarą. /…/ Ekonomiści ze szkoły liberalnej stawiają zarzut, że ta forma kolektywizmu spółdzielczego zniszczy wszelką inicjatywę indywidualną /…/. Jest to twierdzenie bardzo pesymistyczne, zwłaszcza w ustach ekonomistów, którzy za każdym razem, kiedy państwo /…/ zamierza interweniować w obronie spożywcy /…/, protestują przeciwko tej opiece i oświadczają, że „spożywca jest najlepszym sędzią swych interesów”. A więc, skoro jest najlepszym sędzią swych interesów, dlaczego nie oddać ich kierownictwa w jego ręce?
Jeszcze jedną ważną rzecz dodawał „ojciec” pan-kooperatyzmu, bo tak zwano wówczas ten nurt: Stowarzyszenia spółdzielcze są odpowiednikiem w ustroju gospodarczym głosowania powszechnego w ustroju politycznym, ponieważ wszyscy są spożywcami tak samo, jak każdy jest obywatelem.
Tak pomyślany ustrój, w którym kluczową rolę odgrywają konsumenci-spożywcy, zrzeszeni w spółdzielczości, miałby zatem zalety liberalizmu i socjalizmu – wolny wybór oraz wyeliminowanie prywatnego (wy)zysku. Romuald Mielczarski, twórca polskiej spółdzielczości spożywców o nazwie „Społem” (nie mylić z jej wersją wypaczoną i upaństwowioną przez komunistów po II wojnie światowej) pisał w roku 1923: Kooperacja twierdzi, że jakkolwiek to może się wydawać na pierwszy rzut oka bardzo dziwne, istnienie kapitalizmu jest całkowicie w ręku spożywców /…/ całe to bogactwo, jakim rozporządza kapitał, nie jest niczym innym, jak nagromadzonym zyskiem. Niech tylko spożywcy, organizując się we własne stowarzyszenia, krok za krokiem pozbawiają kapitał zysku i niech tylko zysk ten zamienią na kapitał wspólny, a stosunek sił zmieniać się będzie /…/ na korzyść spożywców. /…/ u krańca tej drogi ujrzymy Rzeczpospolitą Spółdzielczą, nowy ustrój, w którym cała działalność gospodarcza zamiast na zysk będzie obliczona na zaspokojenie potrzeb społecznych. Sześć lat wcześniej przekonywał: Zorganizować spożywców, aby ująć w swe ręce wymianę i produkcję i tym sposobem interes prywatny podporządkować interesom publicznym /…/ – „Spożywcy łączcie się, aby stać się własnymi kupcami i fabrykantami” – oto nasze hasło. Kooperacja nie odkłada przebudowy społecznej do czasów przyszłych i nie uzależnia jej od jakiegoś przewrotu, który ma rozsypać w proch kapitalizm. Kooperatyści nie śpiewają „my nowe życie stworzym sami”, lecz tworzą to nowe życie dziś, zaraz.
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 3 kwietnia 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Nie sposób odnieść wrażenia, że około-solidarnościowe wydarzenia mają dziś charakter wyłącznie wspominkarski. Do „Solidarności”, podobnie jak do postaci Jana Pawła II wraca się pamięcią zbiorową przy okazji rocznic, okrągłych dat. I po wszystkim zostaje nieco wzruszeń, albo, co gorsza, rozdrapane na nowo rany. Strajk sierpniowy, gdańskie postulaty, „karnawał”, kilka medialnych obrazków i klisz oraz poczucie, że to dawno za nami, że to sprawa zaprzeszła, szacowna pamiątka, której się nie rusza, nie dotyka, jak wciąż nie zdjętego ze ściany obrazka Papieża.
Bo też i dzisiejsi Polacy kilkadziesiąt lat od pierwszej „Solidarności” są dziś zupełnie innymi ludźmi, z problemami i radościami, których wtedy nie można sobie było wyobrazić. Bo też i ci, co niegdyś „Solidarność” tworzyli, mają te trzydzieści lat więcej na karku. Kto w sierpniu 1980 miał lat dwadzieścia, dziś jest pięćdziesięciolatkiem, kto pięćdziesiąt, dziś stoi nad grobem. Twarze z siateczką zmarszczek lub zupełnie pobrużdżone wiekiem, twarze dziś zmęczone i przygasłe lub syte władzą, splendorami i pieniądzem – co mają wspólnego z tamtymi twarzami?
Nie myślę tu wcale o Wałęsie, Joannie i Andrzeju Gwiazdach, o Adamie Michniku, ani Annie Walentynowicz. Bo choć w nich, niczym w ikonach skupia się treść losów „Solidarności”, to przecież znaczna część wysiłku tworzenia i funkcjonowania związku zależała od anonimowych dziś, zwykłych ludzi, szeregowych działaczy. I to właśnie oni nie mają swojej legendy, nie mają swoich opowieści, brak dla nich miejsca w życiu i pamięci zbiorowej III RP. Owszem, mają prywatne wspomnienia, jakieś półsłówkami opowiadane historie, momenty wzlotów i upadków, swoje radości i traumy, ale to wszystko przykryte piachem czasu, poupychane po kątach, niewyartykułowane publicznie, więc de facto nieobecne. Ukradziono im publiczną pamięć. I może to właśnie oni najboleśniej przeżyli upadek solidarnościowego mitu. Dlatego nie dziwi mnie, że tak często w ludziach, którzy z tamtą „Solidarnością” się utożsamiali, jest czasem tylko złości albo rezygnacji. Bo jeśli Ikar przeżył upadek w locie ku słońcu, to cóż mu pozostało poza bezsilnym wygrażaniem niebu?
Oczywiście, ktoś powie, nie ma sensu nadto dramatyzować, ludzie pierwszej „Solidarności” jakoś tam ułożyli sobie życie w III RP. Czy jest krajem na miarę ich marzeń? Nie wiem, nie mam prawa odpowiadać w cudzym imieniu. Kusi mnie jednak czasem, by zapytać tak w miejscu publicznym, na oślep, przypadkowego przechodnia: „co Pan robił w tamtych latach, co Pan myślał, w co wierzył, co czuł, jakiej chciał Polski, jakiego ustroju, jakiej gospodarki, jakiej władzy, jakiej przyszłości dla siebie i najbliższych?”. Tak, wiem, równie dobrze mógłbym natknąć się na emeryta zasłużonego dla utrwalania albo kapusia. Ale pokusa pozostaje.
Rzecz nie w czczej ciekawości, ale w nienasyceniu: brak tych opowieści, filmów, książek, spektakli, która przywróciłaby nam „Solidarność”. Zwykłą, przyziemną, pewnie i banalną, ale najbardziej żywą i treściwą, nie posypaną lukrem, cynizmem, nie usadowioną na zabrudzonym piedestale, „Solidarność”, której Duchowi nie rzuca się rocznicowych ochłapów, by uspokoić wyrzut sumienia, by kadłubkowi pamięci umilić dogorywanie.
Im dalej od pierwszej „Solidarności”, tym częściej kwiaty pod jej pomnikami będą składać ludzie coraz bardziej odlegli od tamtych wydarzeń, coraz mniej współodczuwający, czy może nawet obojętni. I właściwie trudno oprzeć się wrażeniu, że historię „Solidarności” z całą przenikliwością opowiedział poeta: „tak zdobędziesz królestwo, którego nie zdobędziesz”. Bo jeśli przyjąć, że ludzie walczyli o coś więcej niż wolne soboty i Msze w radio w niedzielę, że walczyli o godność, o podmiotowość, o szacunek dla siebie i dla innych, to ile z tego osiągnięto? O to też chciałbym pytać ludzi tamtej „Solidarności”, jej anonimowych herosów, Ikarów z przyciętymi skrzydłami. Ilu z nich pamięta, ilu wolało zapomnieć, ilu się złajdaczyło, ilu wyparło, ilu zmarło na zawał, ilu z najniższymi emeryturami czeka w kolejkach do lekarzy, ilu czuje się spełnionych? Ilu nigdy nie wróciło i nigdy już do nas nie wróci? Ilu dziś nienawidzi Polski za to, co się z nią stało, a ilu odczuwa wdzięczność za to, że jest choć taka, jaką widzimy? Ilu ich jest? Pewnie coraz mniej…
„Solidarność obumarła”. „Solidarność” żyje. Może jest jak ziarno rzucone w ziemię? Może czeka na swój czas? Może wnuki szarych ludzi spod sztandaru przygarbionej panny „S” schylą się kiedyś ku ziemi, zobaczą kiełkujące nasionko i zapytają, skąd się tu wzięło. Może zrobią z niego pożytek. Bo jeśli nie, to prawdę wyśpiewał Kaczmarski: „Z tej mąki nie będzie chleba, / Z tych prac nie będzie korzyści, / Z tych świątyń nie widać nieba, / Z tych snów już się nic nie ziści. /…/ Z tych ziaren nie będzie mąki, / Nie będzie ciała z tych słów, / Z tych modlitw nie będzie świątyń, / Z tych czasów nie będzie snów”…
Tylko jak my wtedy spojrzymy w twarz swoim zmarłym?
przez Anna Mieszczanek | piątek 3 kwietnia 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Gnać do sukcesu, bo przecież on jest najważniejszym wyznacznikiem prestiżu nowoczesnego społeczeństwa, a że należy go osiągać, wie każdy nowo urodzony. Książkę Malcolma Gladwella, „Poza schematem”, właśnie wydano też w Polsce. Autor stara się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego niektórzy ludzie odnoszą sukces, analizuje ich życiorysy, tropi okoliczności, które im sprzyjały i ich ograniczały. Cały jego wywód sprowadza się w sumie do tezy, że „bez pracy nie ma kołaczy”. I nie byłoby w tym nic interesującego, gdyby nie wyrazistość, z jaką autor prezentuje jedną ze stron cywilizacyjnego starcia, którego świadkami jesteśmy już oficjalnie od chwili, gdy mainstreamowe media uroczyście odtrąbiły początek kryzysu.
W „Gazecie Wyborczej” z Gladwellem rozmawia Vadim Makarenko (27 marca 2009):
V. M.: A czy kryzys nie przynosi nowych definicji tego, co jest, a co nie jest sukcesem? Jeszcze rok temu praca w banku inwestycyjnym Lehman Brothers była czymś pożądanym, a dziś – gdy bank zbankrutował – to poważna rysa w życiorysie.
– Kryzys może przynieść pewne roszady. Zawód bankiera inwestycyjnego już nie jest tak atrakcyjny jak kiedyś. Być może tradycyjne zawody wrócą do łask? Może teraz bycie lekarzem, nauczycielem czy inżynierem będzie więcej znaczyć? Możemy też rewidować swoje wydatki i wyobrażenia o ilości pieniędzy, którą potrzebujemy na życie. Możemy zastanawiać się, jak bardzo sukces w ogóle wiąże się z pieniędzmi.
Ale w każdej epoce były okresy, w których żyliśmy ponad stan tak długo, aż w końcu wszystko straciliśmy. Ale potem zbieraliśmy się do kupy i wracaliśmy do poprzednich zwyczajów. Nie wierzę w trwałe przewartościowanie.
A więc bieg po sukces wyrażony milionową premią wciąż pozostaje ideałem sporej grupy myślących zza Wielkiej Wody, którzy z wielką siłą narzucają swoje standardy chętnej reszcie świata. Bo książka Gladwella od tygodni jest na pierwszym miejscu listy bestsellerów „New York Timesa”.
Na tej liście bestsellerów chyba nigdy nie znalazł się za to „Koniec świata, jaki znamy” amerykańskiego socjologa Immanuela Wallerstaina, którego przywoływałam w „Obywatelu” w 2006 roku. Wallerstein uważa – a ja podzielam tę opinię – że mamy obecnie do czynienia z początkiem końca kapitalizmu, który przekształci się za kilkadziesiąt lat w nową, bardziej sprawiedliwą, formację społeczną. Polityka świata zachodniego przez ostatnie 500 lat opierała się na podbijaniu nowych terenów, w celu pozyskania tanich pracowników i surowców oraz znalezienia nowych rynków zbytów. Obecnie skończyły się możliwości ekspansji, a biedne kraje Południa (peryferia) domagają się równego dostępu do korzyści z wymiany handlowej i sprawiedliwego podziału zasobów. Spotyka się to ze sprzeciwem bogatych krajów Północy, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych, próbujących zachować pozycję hegemona, co spowoduje nasilenie konfliktów. Koniec kapitalizmu nastąpi nie w wyniku rewolucji, ale w wyniku obiektywnych zmian: zmniejszenia się rezerwuaru taniej siły roboczej, zamieszkującej typowe tereny rolnicze, demokratyzacji życia (robotnicy oczekują godziwego wynagrodzenia i zabezpieczenia na starość, dostępu do odpowiedniej opieki zdrowotnej i edukacji dla dzieci), kryzysu państwa i wzrostu tendencji antypaństwowych, (co ma zagrozić np. monopolom) oraz zanieczyszczenia środowiska (dalszy dynamiczny rozwój gospodarczy może zagrozić równowadze ekologicznej świata).
Co myśli o tym najnowszy guru nowojorskich inteligentów, Malcolm Gladwell?
V. M.: Jakiej wiedzy i umiejętności potrzebuje dziś Ameryka, żeby dźwignąć się z kryzysu?
– Historycznie rzecz ujmując, Ameryka wygrzebywała się z kryzysów, uwalniając wyobraźnię i w dużej mierze robiła to z pomocą imigrantów. Trochę niepokoi mnie, że tym razem stosunek wielu Amerykanów do imigrantów jest wrogi. Przybysze nie są postrzegani jako potencjalna deska ratunku, ale jako źródło kłopotów.
Uważam, że zastrzyk ciężko pracujących ludzi spoza Ameryki może pomóc odbudować ten kraj. To oni przynoszą nową energię i nowe pomysły, a Ameryka zawsze była na tym budowana. Dlatego dziś chciałbym tu każdego, kto ma ochotę przeprowadzić się do Ameryki właśnie teraz, gdy jej gospodarka nie przypomina rozgrzanego do białości silnika.
Czy ktoś z Czytelników się wybiera, żeby ratować innowacyjny i kreatywny kapitalizm? Czy ktoś wierzy, że ci, którzy spowodowali kryzys, mogą znaleźć narzędzia, by z niego wyjść?
W połowie lat 90. Heidi i Alvin Tofflerowie, w książce „Budowa nowej cywilizacji. Polityka trzeciej fali”, zwracali uwagę na prosty fakt:
…każda polityczna struktura – nawet jeśli wyposażona jest w rozbudowaną sieć komputerową – może zawsze przetworzyć i zużytkować tylko określoną ilość informacji, może uporać się tylko z określoną liczbą decyzji o określonym charakterze, obecne zaś instytucje rządowe bezradnie uginają się pod brzemieniem wyraźnie dla nich zbyt wielkim.
Więc choćby z tego powodu wyjście z kryzysu musi dokonać się inaczej niż z błogosławieństwem obecnie rządzących.
Wallerstein mówił w 2006 r. w wywiadzie dla „Polityki”:
Wyczerpaliśmy te mechanizmy rozwoju, które przez 500 lat pchały nas do przodu. /…/ Dopóki źródła wzrostu się nie wyczerpały, jakoś się udawało. System gospodarczy hierarchizował i różnicował ludzi, a system polityczny demokratyzował i egalitaryzował procesy społeczne Teraz to stało się trudne i na coś trzeba się będzie zdecydować… Ludzie już to widzą albo przeczuwają i jedni próbują skręcić w jedną, a drudzy w druga stronę. Stąd to napięcie, które widzimy dokoła. /…/ Są poszukiwania, których ogólny kierunek wyznacza hierarchiczny, elitarny duch Davos albo demokratyczny, egalitarny duch Porto Allegre, ale nikt nie może przewidzieć, jak ten nowy system będzie wyglądał. /…/ Dopóki system funkcjonuje normalnie, ludzka wola może go moderować, ale te możliwości są bardzo ograniczone przez możliwości systemu. Gdy zaczyna się transformacyjny chaos, wola nabiera znaczenia. Od tego, co zrobimy teraz, zależy dużo więcej niż od tego, co ludzie robili 100 czy 200 lat temu.
Tofflerowie:
Fabryka stała się jednym z podstawowych symboli społeczeństwa industrialnego, a nawet więcej: stała się modelem instytucji powstałych w warunkach drugiej fali. Widzieliśmy już jednak, że czas fabryk się kończy, albowiem stanowią one ucieleśnienie takich zasad jak standaryzacja, centralizacja, maksymalizacja, koncentracja i biurokracja.
Wytwórczość trzeciej fali opiera się na innych zasadach, a rozwija się w miejscach mało podobnych do fabryk. Coraz więcej produktów trzeciej fali rodzi się w domach, urzędach, samochodach czy samolotach.
Najłatwiejszym sposobem na ustalenie, czy jakaś inicjatywa – obojętne, w Kongresie czy w korporacji – należy do świata drugiej fali, jest zadanie sobie pytania, czy nie odwołuje się ona do modelu fabryki. Przykładowo więc, amerykańskie szkoły ciągle poczynają sobie jak fabryki, w których surowiec (uczniowie) poddawany jest standardowej obróbce przy rutynowej kontroli. Ilekroć przeto spotykamy się z jakąś inicjatywą edukacyjną, wystarczy zapytać: Czy jej celem jest usprawnienie działania fabryki, czy też zamierza ona uwolnić się od systemu fabrycznego, aby zastąpić go kształceniem bardziej zindywidualizowanym, bardziej dostosowanym do osobowości uczniów? Podobne pytania stawiać trzeba tam, gdzie chodzi o ochronę zdrowia, zasiłki społeczne czy reorganizację biurokracji federalnej. Ameryce potrzebne są nowe instytucje, których podstawą są modele post-biurokratyczne, post-fabryczne. Propozycji, których intencją jest usprawnienie bądź rozbudowanie poczynań fabrycznych, może być bardzo dużo, niemniej zawsze będą mieć ze sobą coś wspólnego: nie będą należały do cywilizacji trzeciej fali.*
Wallerstein, w bieżącym komentarzu z lutego 2009:
Co się tyczy naszych bezpośrednich, krótkoterminowych i tymczasowych perspektyw, to, co się dzieje, nie wymaga chyba komentarza. Zmierzamy w stronę świata protekcjonistycznego (zapomnijcie o tak zwanej globalizacji). Mamy do czynienia ze zdecydowanie większą niż wcześniej bezpośrednią rolą rządu w sferze produkcji. Nawet Stany Zjednoczone i Wielka Brytania częściowo nacjonalizują banki i upadające wielkie gałęzie przemysłu. Wkraczamy w obszar populistycznej redystrybucji sterowanej przez rząd, która może przyjąć zarówno formy lewicowe, socjaldemokratyczne, jak i skrajnie prawicowe, autorytarne. Na horyzoncie czekają ostre wewnątrzpaństwowe konflikty społeczne, bo wszyscy walczą ze sobą o kurczące się zasoby. Najbliższa perspektywa bynajmniej nie rysuje się różowo.
Możemy z pewnością stwierdzić, że obecny system nie przetrwa. Czego nie jesteśmy w stanie przewidzieć, to tego, który spośród nowych porządków zostanie wybrany w jego miejsce, ponieważ wybór ten stanowić będzie efekt nieskończonej ilości indywidualnych napięć. Wcześniej czy później jednak nowy system zostanie powołany do życia. Nie będzie to system kapitalistyczny, ale może okazać się zarówno nieporównywalnie odeń gorszy (jeszcze bardziej polaryzujący i hierarchiczny), jak i zdecydowanie lepszy (względnie demokratyczny i względnie egalitarny). Wybór tego systemu stanowi największe polityczne wyzwanie naszych czasów.**
Jest pewnie tak, że kryzys już transformuje naszą rzeczywistość – inaczej niż byśmy się tego spodziewali. Trochę niezależnie od naszej woli.
Immanuela Wallerstaina inspirowały prace rosyjskiego wicehrabiego Ilyi Prigogine’a, chemika, który w 1977 r. otrzymał Nagrodę Nobla za pracę na temat termodynamiki układów działających dynamicznie w warunkach nierównowagi. Jego badania doprowadziły do podważenia modelu nauki klasycznej, koncentrującej się na analizowaniu procesów deterministycznych i do odejścia od deterministycznego modelu rzeczywistości na rzecz modelu świata, w którym regułą jest przypadkowość i nieodwracalność. Prigiogine sformułował jedną z podstawowych teorii procesów nierównowagi, a jego prace dały podstawy do nauki o chaosie.
Prigogin udowodnił, że układy dalekie od równowagi, z dużym przepływem energii, mogą produkować wyższy stopień porządku.
Mamy dziś układ daleki od równowagi. Mamy duże przepływy energii. Możemy się spodziewać powstania wyższego stopnia porządku.
Ja pozostaję z nadzieją, że w tym „wyższym porządku” skala będzie ludzka i że wolno tam będzie chodzić tylko tak szybko, żeby zauważać mijane po drodze drzewa.
* http://www.geocities.com:80/Athens/Forum/5921/books/toffler/
** http://www.recyklingidei.pl:80//wallerstein_kryzys_perspektywa_dlugofalowa
przez Joanna Duda-Gwiazda | piątek 3 kwietnia 2009 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Ze 120 000 osób głosowało na niego ponad 50 000. Internautom najbardziej podobało się, że pytał prezydenta o problemy alkoholowe, nazwał go chamem i przyniósł do studia telewizyjnego ociekający krwią łeb świni jako prezent dla prezesa PZPN.
Świnia jest poręcznym zwierzęciem politycznym. Świnia pomalowana w czerwone paski z napisem „Głosuj na mnie” spacerowała kiedyś po Długim Targu w Gdańsku. Nie wyglądała na zestresowaną, a przechodnie traktowali ją życzliwie. Świnia podłożona burmistrzowi przez Mariana Zagórnego wprawdzie kwiczała, gdy znalazła się w gabinecie, ale podobno była to porządna świnia, która protestowała przed wejściem do klasy politycznej. Obaj autorzy tych happeningów zostali aresztowani. Zwierzęta były dobrze traktowane, farba nieszkodliwa i zmywalna, nic nie kojarzyło się z rzeźnią. Mariana Zagórnego oskarżono o znęcanie się nad zwierzętami, pomimo że świnię przewoził na miękkich siedzeniach samochodu osobowego. W happeningu posła Palikota odwrotnie – świnia straciła życie, na szczęście nie na oczach telewidzów, autor został Człowiekiem Roku. Taka jest różnica między happeningiem z prądem i happeningiem pod prąd.
Prawdziwego happeningu nie zobaczy się siedząc przed telewizorem lub komputerem. Trzeba wyjść na ulicę, ponieważ najważniejszym elementem tej sztuki jest zaplanowanie udziału przechodniów i sił porządkowych. Przed referendum w sprawie UE, na Długim Targu odbywała się wielka spontaniczna manifestacja entuzjastów z tysiącami błękitnych baloników, w trakcie której kręcono reklamowy spot Donalda Tuska. Przed kamerami nieoczekiwanie pojawiali się gdańscy anarchiści z niewłaściwymi transparentami. Zrozpaczeni operatorzy błagali policjantów – zabierzcie ich chociaż na chwilę. Przepędzeni anarchiści przenieśli się przed budkę telefoniczną. Ustawili drewnianą ramkę z napisem UE i komentowali: Pan do Europy nie wejdzie, za wysoki, a pani jest szersza niż dopuszcza europejska norma. Na protesty odpowiadali – tylko znormalizowanych wpuszczą do Europy. W pierwszy dzień wiosny na sopockim molo młodzież znęcała się nad słomianą zimą w ciemnych okularach i generalskiej czapce. Milicja, czy może już policja, biła młodzież i ratowała kukły generała przed utopieniem lub spaleniem. Uliczne happeningi pod prąd są niebezpieczne. Jednak przeżycia są niepowtarzalne – milicja szturmuje Pancernik Potiomkin albo wyłapuje na ulicach krasnoludki lub Mikołaje.
Zawód polityka jest trudny i niewdzięczny. Trzeba nieustannie grubiańsko atakować konkurencję i podlizywać się wyborcom. Specjaliści od politycznego marketingu na podstawie różnych badań określają grupy targetowe (proszę podziwiać, jak uczenie się wyrażam) i stosownie do ich gustów i zainteresowań dobierają sposoby skaptowania. Nie da się do wszystkich trafić jedną reklamą wyborczą. Zwolennicy posła Palikota to nawet nie wszyscy internauci, ale już wiadomo, że błaznowanie i chamstwo polityków jest przez elektorat wysoko cenione. Janusz Palikot prywatnie jest producentem wódek, więc zapraszany jest do telewizji jako poseł.
Wspólne zainteresowania dla wszystkich grup elektoratu, jak słusznie ktoś zauważył, to tylko pieniądze i kobiety, ewentualnie mężczyźni. Dlatego przesłanie adresowane do wszystkich to miłość, godność, entuzjazm, piękno we wszystkich postaciach, no i oczywiście pieniądze, dużo pieniędzy.
W szczególnej cenie jest subtelny, pełen melancholijnego współczucia i filozoficznej zadumy nad głębią przeżyć człowieka uwikłanego w historię, stosunek do tajnych współpracowników służb specjalnych PRL. Sięgnęłam po recenzję biografii pisarza Ryszarda Kapuscińskiego w nadziei, że autor choć odrobinę zdoła mnie, zjadacza chleba, w anioła przerobić. Tytuł obiecujący „Cena podróży”, a źródło, „Tygodnik Powszechny”, gwarantujące najwyższe rejestry duchowych wzlotów. Nie rozczarowałam się. Przeczytałam, że „cena miłości do świata i wiecznego reisefieber może być wysoka. Rzecz nawet nie w chorobach i wycieńczeniu fizycznym – o tych szczegółach również wiemy sporo. Ważniejsze wydaje się pytanie, jak rodzina Kapuścińskich potrafiła sobie poradzić z trudem nieustającej rozłąki”. Naprawdę się wzruszyłam. Wiem, co to jest reisefieber, gdy plecak okazuje się za mały i bilety na autobus w Pireneje za chwilę przepadną. Nie przyznaję się do tego, bo objawy tego stanu ducha są mało eleganckie. Wiem też, co to jest trud rozłąki, gdy mąż przez trzy lata podróżuje od więzienia do więzienia. Do Kapuścińskiego mam stosunek osobisty. Dzięki niemu moja szwagierka Ajka Gwiazda, utalentowana malarka i grafik, dodatkowo przeszła do historii literatury. Ryszard Kapuściński, który wspierał strajkujących w Stoczni Gdańskiej, uwiecznił rozmowy z Ajką w utworach literackich, które znajdują się w zasobach IPN.
Polityków cechuje jeszcze jedna anielska właściwość – nie obrażają się na wyborców. Miota nimi burza urażonych uczuć, gdy obrazi ich polityk-konkurent lub jakiś pismak i biegną do sądu bronić dobrego imienia. Szaremu wyborcy wolno więcej i słusznie, ponieważ ma on mniejsze możliwości. Musi swoją opinię wyrazić skrótowo i z większą ekspresją. Dlaczego dziennikarzom prowadzącym popularne audycje w telewizji też wolno rugać polityków? Polityk w telewizji to potencjalny Człowiek Roku, nawet jeśli wypije koktajl ze zmiksowanych dżdżownic, co też widziałam na własne oczy w jakimś programie.
przez Remigiusz Okraska | piątek 3 kwietnia 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Od kilku miesięcy trwają przymiarki do sprzedaży państwowych udziałów w dzienniku „Rzeczpospolita”, a właściwie w Przedsiębiorstwie Wydawniczym Rzeczpospolita, które jako mniejszościowy udziałowiec spółki Presspublica wydaje oprócz tego czasopisma jeszcze dzienniki „Parkiet” i „Życie Warszawy” oraz zajmuje się pomniejszą działalnością wydawniczo-handlową. Dziś Skarb Państwa posiada 49% udziałów w PWR. W chwili obecnej zaawansowane są prace nad ich sprzedażą prywatnemu podmiotowi – wstępnie zaakceptowano oferty dwóch chętnych na zakup mniejszościowego pakietu, z którego państwo chce się pozbyć 85% udziałów.
Jestem zwolennikiem tej prywatyzacji, mimo iż zazwyczaj sceptycznie lub wręcz negatywnie oceniam sprzedaż mienia publicznego i pozbywanie się przez państwo kontroli nad kolejnymi podmiotami, które dotychczas stanowiły narzędzie jego polityki w jakiejś istotnej dziedzinie życia. Są takie sytuacje, gdy nawet „etatysta” i przeciwnik urynkowienia czego się da, uważa, że sprywatyzowanie jakiegoś podmiotu będzie lepszym rozwiązaniem.
Obecna sytuacja związana z „Rzepą” jest bowiem absurdalna. Państwo posiada niemal połowę udziałów w tej gazecie, a w dodatku „zapewnia” jej znaczną część czytelników i dochodów. Formuła gazety „państwowej”, przez lata zamieszczającej jako jedyna istotne informacje formalno-prawno-instytucjonalne, przekłada się wprost na sprzedaż czasopisma. Przy sprzedaży na poziomie 130-150 tys. egz. każdego numeru, około 95-100 tysięcy nabywców gazety stanowią instytucje i firmy. Czyli na „naprawdę” wolnym rynku po „Rzepę” sięga jakieś 30-50 tysięcy osób (co oznacza, że chyba tylko „Trybuna” ma wśród dzienników niższą sprzedaż). A mimo to spośród dużych ogólnopolskich dzienników właśnie ten najmocniej promuje wolny rynek. Poza sporadycznymi artykułami autorów „z zewnątrz”, gros komentatorów i publicystów „Rzepy” forsuje liberalne, nierzadko skrajnie, poglądy w kwestiach gospodarczych. Równie dobrze państwo mogłoby zatem zostać udziałowcem i „promotorem” czasopisma anarchistycznego, które wzywa do likwidacji owego państwa.
Oczywiście sprawa prywatyzacji „Rzeczpospolitej” ma, jak wszystko w Polsce, wymiar skrajnie upolityczniony. Po objęciu stanowiska redaktora naczelnego przez Pawła Lisickiego, dziennik ten coraz bardziej ewoluował w kierunku konserwatywno-liberalnym, tzn. konserwatywnym w sferze kulturowej i liberalnym w kwestiach gospodarczych. Nic dziwnego, że z takim profilem i doborem autorów, „Rzepa” postrzegana jest jako pismo „pisowskie” – jeśli nie wprost wspierające Prawo i Sprawiedliwość, to przynajmniej spośród dzienników najbardziej przychylne temu ugrupowaniu. Dlatego też prywatyzacja PWR traktowana jest przez wiele środowisk – „pisowskich” i „antypisowskich” – jako posunięcie, które sprawi, iż rząd PO wytrąci swemu konkurentowi prasowy oręż z ręki. To z kolei u sympatyków PiS-u skutkuje protestami przeciwko „zamachowi” na „niezależną prasę”. Oczywiście daleko posuniętą naiwnością byłoby nie branie pod uwagę scenariusza polityczno-pragmatycznego, wedle którego ekipa Tuska faktycznie zamyka usta czasopismu przychylnemu swemu najgroźniejszemu przeciwnikowi. Ale nie to stanowi sedno problemu. „Rzepę” należy sprzedać – obojętnie, czy zrobi to obecny rząd, czy któryś z kolejnych.
Nie wiem, czy flagowy okręt firmy PWR jest „pisowski”. Czytam „Rzepę” regularnie i oczywiście postrzegam ją jako bliską ideowo PiS-owi, aczkolwiek nie posunąłbym się do twierdzenia, że stanowi ona nieformalny organ partyjny. Co więcej, uważam, że jest to dziennik dobry. Jego linię konserwatywno-liberalną „skonstruowano” na przyzwoitym poziomie, a liczne „pozapolityczne” teksty i działy sprawiają, że sięgam po to pismo bez poczucia odrazy, mimo że moje poglądy są niemal przeciwieństwem opcji konserwatywno-liberalnej. Nie zmienia to faktu, że obecna „Rzeczpospolita” – wyraźnie sprofilowana ideowo – nie powinna być w żadnej mierze powiązana własnościowo z państwem.
Po pierwsze, liberalne „przegięcie” w kwestii poglądów na tematy gospodarcze nie powinno odbywać się w oparciu o państwowe mienie. Dlatego choćby, że jeśli ktoś wielbi wolny rynek i ograniczoną rolę państwa w gospodarce, to w imię elementarnej zgodności poglądów z postępowaniem, powinien taką gazetę wydawać całkowicie prywatnie. Ale także dlatego, że ideologia neoliberalna ma niewiele wspólnego z troską o państwo i jego kondycję. Nie miejsce tu na rozważania o różnych aspektach liberalizmu gospodarczego – nawet gdyby przyjąć, że jest on, w co bardzo wątpię, optymalny z punktu widzenia interesów społecznych, to jednocześnie ideologia ta wprost godzi w etos państwowy. Neoliberałowie zajmują się głównie krytyką rozmaitych funkcji państwa – nie tylko faktycznych błędów tego, co Amerykanie nazywają „wielkim rządem”, ale podważaniem sensu samej aktywności państwa i jego agend. Państwo jest złe, państwo się wtrąca, państwo jest niesprawne, państwo jest niepotrzebne – to neoliberalna mantra. Doprawdy, trudno o większy absurd niż taki właśnie profil ideowy gazety postrzeganej jako „państwowa”.
Po drugie, o ile trudno od prywatnych gazet domagać się owego sloganowego „pluralizmu opinii” albo zarzucać im „wybiórczość” (w „Obywatelu” nie promujemy neoliberałów czy lewicy feministyczno-gejowskiej i jest to nasze dobre prawo) – bo niby czemu ktoś miałby za własne pieniądze prezentować poglądy, których nie podziela – o tyle od gazety „państwowej” mamy pełne prawo oczekiwać, że będzie na równych zasadach przedstawiała poglądy, wizje i pomysły jak najszerszego spektrum ideowo-politycznego. Z tego też względu wyżej ceniłem „Rzepę” sprzed „epoki Lisickiego” – była wówczas bowiem znacznie bardziej różnorodna ideowo i środowiskowo niż np. „Gazeta Wyborcza”. Gdyby ewoluowała ona jeszcze bardziej w takim kierunku, byłbym przeciwny prywatyzacji czasopisma. Jeśli natomiast „państwowy” dziennik ma forsować linię konserwatywno-liberalną, a pluralizm rozumieć tak, że na każdych dziesięć komentarzy Ziemkiewicza przypada jeden autorstwa dyżurnego lewicowca Sierakowskiego, a na pięć artykułów Wildsteina – jeden równie dyżurnej Magdaleny Środy, to taka farsa nie powinna być w żaden sposób kojarzona z państwem i wspierana przez nie.
Taką „Rzepę” trzeba sprzedać – i to całość państwowych udziałów. Niech prywatny właściciel decyduje, czy utrzymać obecną ekipę redaktorów i dziennikarzy oraz profil pisma, czy też dokonać personalnego i ideowego zwrotu, choćby o 180 stopni. Na własną odpowiedzialność i ryzyko. Niech sprywatyzowana „Rzepa” głosi dowolne poglądy, choćby najbardziej skrajnie liberalne gospodarczo. Ale niech nie kojarzy się ani trochę z państwem. Bo państwo to my, wszyscy obywatele, z lewa, prawa i z centrum, skrajni i umiarkowani, filo- i antykomunistyczni, socjaliści i libertarianie, „aborterzy” i „obrońcy życia”, tradycyjni katolicy i żydowscy postmoderniści, geje i ojcowie wielodzietnych rodzin, sympatycy Michnika i Macierewicza, itd., itp.
Sprzedaż „Rzepy” to jedyny realny dziś scenariusz. Ale jest jeszcze scenariusz inny, idealny, czyli zapewne niemożliwy do realizacji. Alternatywą wobec prywatyzacji byłoby utrzymanie kontroli państwa nad dziennikiem, wykupienie z rąk prywatnego udziałowca większościowego jego aktywów, a następnie taka zmiana profilu pisma, aby służyło ono interesowi państwa i obywateli. Taka „Rzepa”, zamiast ścigać się z innymi dziennikami o to, kto pierwszy ujawni tajnego współpracownika SB albo zaprezentuje dekolt kochanki ex-premiera, mogłaby stać się forum debaty o państwie. Mogłaby zarówno rządowi, jak i opozycji umożliwiać rzeczową dyskusję o konkretnych problemach – rzeczową, czyli pozbawioną tabloidowych pyskówek i PR-owych zagrywek. Mogłaby rzetelnie przedstawiać realia tej Polski – Polski prowincjonalnej – która w mediach nie gości wcale lub jedynie jako migawkowa ciekawostka na kształt relacji z egzotycznej krainy. Mogłaby tłumaczyć czytelnikom-obywatelom, jak są wydawane budżetowe środki i ile jest prawdy w liberalnej propagandzie o marnotrawstwie np. ZUS-u, który „pożera” na własne koszty mniejszą część naszych składek niż czynią to prywatne OFE. Mogłaby prezentować masowemu czytelnikowi mało znane ciekawe inicjatywy i idee, nie zaś – jak dzisiaj – po znajomości recenzować niszowe prawicowe periodyki. Mogłaby umożliwić debatę nie zawodowym politykom, medialnym „ekspertom” i „spin-doktorom”, lecz np. działaczom społecznym, ludziom kultury (niekoniecznie tym z „warszawki”) czy faktycznym fachowcom z istotnych dziedzin życia, dziś zepchniętym na forum niszowych konferencji, na łamy niewielkich czasopism lub w najlepszym razie do 10-sekundowych migawek telewizyjnych czy radiowych „debat”, podczas których wszyscy się przekrzykują. Mogłaby też taka nowa, państwowa „Rzepa” służyć debacie ideowej – ale takiej, w której biorą udział przeróżne środowiska i ich odłamy: jeśli prawica, to nie tylko konserwatywny liberał Ziemkiewicz, ale także zwolennik katolickiej nauki społecznej czy krytyk kapitalizmu z pozycji podobnych do Chestertona; jeśli lewica, to nie tylko Sierakowski, ale także radykał-marksista Ikonowicz czy ktoś spod znaku antykomunistycznego etosu emigracyjnego PPS-u.
Taka „Rzepa” miałaby sens jako pismo „państwowe”. Obecna sensu nie ma, niech więc zostanie sprzedana. Niech wolny rynek nas wyzwoli – chociaż raz skutecznie i sensownie.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 16 marca 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Przed Bożym Narodzeniem 2008 roku grupa blogerów www.salon24.pl zorganizowała akcję zbierania prezentów dla dzieci z ośrodka „Antidotum” w Szczypiornie. Ośrodek zrzesza osoby bezdomne, niezaradne życiowo oraz z problemem alkoholowym. Na jego terenie prowadzony jest także program terapeutyczny, służący społecznej reintegracji „trudnych rodzin”. Do akcji przyłączyła się spora grupa blogerów, a także, w mniejszym lub większym stopniu inne platformy blogerskie, np. niepoprawni.pl. Inicjatywa odniosła sukces i dzieciaki otrzymały upragnione prezenty: od hulajnogi po buty.
Powodzenie tej drobnej przecież akcji, zrobionej rękoma ludzi, którzy z reguły kontaktują się ze sobą jedynie przez Internet, pozwala poruszyć o wiele głębsze zagadnienie: co znaczy duch republiki i czy jesteśmy, jako Polacy, zdolni go reaktywować. Zacznijmy od tego, że w przedsięwzięciu uczestniczyli ludzie o bardzo różnych poglądach na sferę polityki, gospodarki, historii, obyczajowości itp., ludzie w różnym wieku i o odmiennych doświadczeniach życiowych, wyrażający mniej lub bardziej radykalne sądy na temat świata. W pewnym sensie można powiedzieć, że reprezentowali „Polskę w pigułce” albo że przedstawiali sobą „Polaków portret własny”, choć pewnie trafniej będzie mówić o szkicu.
Duch republiki bierze się z uzgodnienia wspólnych celów i środków. Wspólny cel, kroki poczynione dla jego osiągnięcia, jeśli noszą w sobie znamiona szlachetności i dobra, godne są określenia mianem republikańskich. Bo rzecz pospolita, czyli przynależna ogółowi, opiera się na cnocie, czyli – pierwotnie – zdolności do działania, aktywności społecznej, a dalej, na przyjęciu wartości, w imię których warto poświęcić czas, pracę, pieniądze. Duch republiki nie wyraża się w monoideowości, dyktaturze proletariatu, pieniądza, w poddaństwie, ale w świadomym i wolnym wyborze, i uznaniu nadrzędności dobra wspólnego (Ignacy Loyola: Dobro jest tym większe, im bardziej powszechne) nad partykularyzmem. Duch republiki pozwala kwestionować cudze racje, ale wcielony w materię życia uznaje kompromis jako narzędzie konieczne dla budowy wspólnoty. Ten kompromis najlepiej wyraża słowo tolerancja w swoim pierwotnym, nie zafałszowanym przez poprawność polityczną znaczeniu. Tolerować to znaczy znosić coś, ścierpieć, powstrzymać się od takich reakcji, które niweczą możliwość porozumienia. Wszystko to sprawia, że duch republikański jest wyzwaniem trudnym, ale niezbędnym dla zdrowego ustroju społeczno-politycznego.
Blogerzy, którzy w grudniu 2008 roku uczestniczyli w akcji na rzecz dzieci ze Szczypiorna, niejako zawiesili swoje poglądy, decydując się na współdziałanie. Przecież można sobie wyobrazić sytuację (i takie rzeczy się zdarzają!), że ktoś wystąpiłby z wnioskiem, iż łysi, siwi, okularnicy, albo ci, co przed snem nie trzymają rączek na kołdrze – nie mają prawa uczestniczyć w inicjatywie. Duch republikański zawsze ściera się z duchem sekciarstwa różnorakiej proweniencji. Nie jest jednak tak, że istnieje proste przeciwstawienie: republikanizm versus sekciarstwo, bo równocześnie pojawia się problem granic wspólnoty, granic rzeczy pospolitej, granic tego, co wspólne.
Istnieją, owszem, różnego rodzaju utopijne uniwersalizmy, od komunizmu zaczynając, a na naiwnie kosmopolitycznym globalizmie kończąc, ale żaden z tych projektów nie może poszczycić się większymi sukcesami. Wiara, że wszyscy ludzie będą braćmi, jest tyleż szczytna, co niebezpieczna. Nawet na gruncie religii nie istnieje coś takiego jak „bezwzględny uniwersalizm”. Mówiąc nieco bezwzględnie: poczucie wspólnoty zawsze zakłada konieczność wyodrębnienia, zdefiniowania (definicja to zgodnie ze źródłosłowem wyznaczenie granic poszczególnych bytów czy pojęć).
Powie ktoś, że stosunkowo łatwo ustanawiać sobie wspólne, małe cele, lecz o wiele trudniej uczynić to na płaszczyźnie szerszej czy ogólnospołecznej, ogólnonarodowej. To prawda, ale trzeba pamiętać, że duch republikanizmu polega właśnie na oddolnym budowaniu więzi, ustanawianiu celów i środków, na budowaniu tożsamości nie zadekretowanej, ale rzeczywistej. Duch republikański jest sumą wielu działań i postaw. Tragedia PRL polegała także na tym, że zniszczono treść słów takich jak „obywatel” (słynne milicyjne: „pozwólcie no, obywatelu”), że jedność narodową próbowano budować przez manipulację, fałsz i przemoc, pod okiem i pod dyktando stojących na trybunach towarzyszy, że splugawiono „najświętsze słowa naszego życia”. Warto pamiętać, że osobny dramat kryje się w tym dla ludzi lewicy. A dziś? Dziś słowa te wegetują gdzieś na dnie społeczeństwa konsumpcyjnego.
Duch republikanizmu jest jedną z najpiękniejszych polskich tradycji historycznych, pomimo wszystkich kontrowersji, jakie towarzyszą naszym dziejom. Ale nie musi się kojarzyć jedynie z szacowną pamiątką, kontuszem czy karabelą. Możemy odbudować republikę w myśl zasady, która przecież także jest dobrem wspólnym: myśl globalnie, działaj lokalnie. Myśl w szerokich kategoriach, ale świat zmieniaj na miarę swoich możliwości. Inaczej inni zrobią to za ciebie i niekoniecznie dla wspólnego dobra.
przez Anna Mieszczanek | poniedziałek 16 marca 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
On opiekuje się mną zdrowotnie oraz zabezpiecza mnie społecznie. Ja zaś od paru lat chowam głowę do tapczanu przed jego pismami urzędowymi. Więc to na pewno nie o mnie mówi w publicystycznym cyklu dokumentalnym „System 09” Krzysztof Kłopotowski, że jestem przegrana po transformacji, której tragizm na tym polega, że ci, którzy ją wywołali, nie stali się jej beneficjentami.
Socjolog, patrząc z dystansu na global-rzeczywistość, zauważa, że coraz większe grupy ludzi, którzy nie są beneficjentami liberalnej – czy też liberalną udającą – gospodarki, tworzą kategorię ludzi zbędnych. W 1935 roku, ojciec polskiej socjologii, Stefan Czarnowski, stosował tę kategorię do niewielkich grup, nie znajdujących miejsca na rynku. Dzisiejszy – kreatywny i innowacyjny – System wypiera coraz większe grupy z rynku, który stworzył. Rynku szybkich przepływów pieniężnych, błyskawicznego transportu wody w butelkach z jednego krańca świata na drugi, rynku jaskiń tlenowych, do których obywatele mają udawać się, żeby znaleźć ukojenie po dniach pracy w środowisku w tlen coraz uboższym.
Cóż to za innowacyjność – zauważa ironicznie amerykański socjolog, Richard Sennett – która nie może zapewnić godziwych środków utrzymania tak wielkiej liczbie ludzi…
Póki co jednak, System ustawia ludzi zbędnych poza tym rynkiem i mówi: Nic dla was nie mam. Jesteście mało kreatywni, mało innowacyjni, nie umiecie biec dość szybko. Jesteście zbędni. Zagrożeni marginalizacją. Zmarginalizowani. Dla was brukselscy urzędnicy wymyślą jakąś precyzyjną procedurę z priorytetami, która sfinansuje kompleksowy albo lokalny program przeciwdziałania waszej marginalizacji. To nic, że zrobią to za wasze, wpłacane jeszcze chwilę temu podatki. Powinniście się cieszyć, że w ogóle istniejecie jako kategoria socjologiczna. Przecież mogłoby was w ogóle nie być, skoro nie ma was na rynku.
Tak z 80 procent ziemskiej populacji słucha tej przemowy, ponieważ są już zagrożeni marginalizacją albo zmarginalizowani. A jednak są zmarginalizowani i zbędni tylko relatywnie. Tylko z punktu widzenia Systemu.
Nie jest zbędna dla swojego małego syna matka, nawet jeżeli Niezbędny Urząd Przeciwdziałania Zbędności każe jej biegać dwa razy w tygodniu na zajęcia aktywizujące ją na rynku pracy, której potem dla niej nie będzie.
Nie jest zbędna dla swojego wnuka 55-letnia babcia, która pracowała przez lata na domowym i pozadomowym etacie, a teraz ma poddać się procesowi aktywizacji zawodowej w ramach programu 50 plus.
Nie jest zbędny dla swojej rodziny ojciec, którego zakład pracy stracił miliardy na opcjach i teraz w ramach innowacyjnej optymalizacji procesów wywalił całą załogę.
Nawet ja nie jestem zbędna ze swoją głową schowaną w tapczanie przed urzędniczą, służącą Systemowi nowomową. System może tak o nas powiedzieć. Ale nie znaczy to zaraz, że to obiektywna prawda.
Zbędna dla Systemu matka daje synkowi miłość. Zbędny dla Systemu ojciec nauczy go, jak się obronić przed agresywnymi kolegami. Zbędna dla Systemu babcia może im wszystkim zrobić na zimę konfitury, żeby pojedli do herbaty, którą wypiją razem w świetle świecy, jak nie starczy im na prąd. Zbędna dla systemu ja – napiszę felieton, który ktoś przeczyta i może się zastanowi: jak to właściwie, do cholery, jest.
A jest tak, że System nie jest nam dany prawem boskim czy – ateistycznie określając – wszechświatowym. System nie tworzy się sam, tylko zawsze tworzą go ludzie – nawet jeśli o tym nie wiedzą. Tworzą go, windując na piedestał konkretną kategorię, konkretną wartość, która potem staje się wzorcem, do którego porównuje się wszelkie działania. Wzorcem naszej odsłony cywilizacji jest kategoria zysku, jako główne kryterium oceny wszelkiej ludzkiej działalności. Tak żeśmy się umówili, nawet o tym nie wiedząc.
Ci sami ludzie mogą jednak ustawić na piedestale inną wartość i stworzyć tym samym inny system.
Co by było, gdyby głównym kryterium oceny stała się, na przykład, dobra jakość życia pojedynczego człowieka dziś i jego dzieci jutro? Albo gdyby wszelkie ludzkie działania oceniać pod kątem tego, czy dobrze służą innym ludziom, czy też nie. Gdyby, posługując się takimi kryteriami, a nie przebrzmiałą kategorią zysku, oceniać każdą nową inwestycję.
Czy Chińczycy – czego nie wymyślam, lecz podaję za lutową depeszą PAP – ostrzeliwaliby wtedy chmury jodkiem srebra, żeby sprowadzić deszcz? Czy nadal istniałaby giełda, na której pijani adrenaliną maklerzy spekulują akcjami, których wartość rośnie lub szybuje w dół bez związku z rzeczywistą wartością spółek, a w zależności od tego, jakie działania piarowskie podejmie zarząd?
Może raczej rozpowszechniłaby się praktyka muzułmańskich banków, które nie uznają lichwy, czyli odsetek i jeśli pożyczają pieniądze, to za udział w zyskach z przedsięwzięcia, które finansują. Może nie musiałoby tracić pracy pięć tysięcy stoczniowców w polskiej stoczni i kolejne 50 tysięcy z zakładów z nią współpracujących, tylko dlatego, że Komisja Europejska o tym zdecydowała. Może – jak teraz tylko gdzieniegdzie na świecie – sprawdzalibyśmy w każdej gminie raczej skuteczność budżetów partycypacyjnych i demokracji deliberatywnej?
To byłaby prawdziwa innowacyjność.
Zawsze jeden człowiek musi powiedzieć „nie”. Tak jak zmarły niedawno Mark Felt, były wiceszef FBI, który w latach 70. był „Głębokim Gardłem” podczas afery Watergate, bez którego decyzji o ujawnieniu własnej wiedzy, amerykański prezydent nadal nadużywałby władzy, a legalnie działające stowarzyszenie popierające go w wyborach dalej zajmowałoby się nielegalnymi operacjami, żeby zdyskredytować przeciwników politycznych.
Zawsze jest też nadzieja, że w Systemie uaktywnią się elementy samodestrukcyjne, dzięki którym pojawi się szczelina umożliwiająca zmianę wartości na piedestale. Tak, jak co jakiś czas odbywa się zmiana postaci na cokołach pomników.
Żeby zmienić postać na cokole pomnika, potrzebne są dwie rzeczy. Po pierwsze: świadomość tego, że już można. Po drugie: świadomość wagi, jaką ma zawsze pojedyncze ludzkie działanie, nawet jeśli jest działaniem ludzi zbędnych. W końcu ktoś musi nałożyć sznur na kamień na cokole, ktoś inny musi przywiązać ten sznur do dźwigu. Jeszcze ktoś musi tym dźwigiem pokierować, rozhuśtać kamienną postać, żeby w końcu zwalić kamień z cokołu.
Ważne, żeby tego momentu nie przegapić i nie zmarnować szansy.
Ludzie, zwani przez System zbędnymi, mogą postawić na cokole coś innego niż zysk. Do tego są Niezbędni.
przez Joanna Duda-Gwiazda | poniedziałek 16 marca 2009 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Miałam drobne uwagi krytyczne, ale nasza korespondencja zeszła z płaszczyzny filozoficznej na polityczną, a o politykę nie chciałam spierać się z filozofem, którego szanuję.
Ostatnia sporna kwestia dotyczyła kłamstwa, które nazywam fundamentalnym, gdyż na nim opiera się zakłamanie całego systemu. Łatwiej obalić system niż to kłamstwo. Przykładem może być kłamstwo katyńskie. Demaskowanie kłamstw prostych osłabia kłamstwo zasadnicze, ale chociaż zawsze chwalebne, może czasem wzmacniać. Np. ujawnienie, że bezpieka manipulowała nagraniem rozmowy Wałęsy z bratem w Arłamowie, utrwala fałszywy mit, jakoby Wałęsa nigdy z SB nie współpracował.
Żyjemy w wieku wiedzy, Internetu i demokracji, posługujemy się komputerami, które wyłapują nawet literówki, a mimo to zalewa nas niesamowita ilość kłamstw, niechlujstwa językowego, pomyłek lub zwykłych bzdur. Prostowanie nie ma sensu, nawet gdy dotyczy nauk ścisłych. Jakie znaczenie dla czytelnika ma sprostowanie, że siła i ciśnienie to nie to samo, po takich bzdurach w reklamie jak „zielone kulki siły”? Poza tym, gazet nikt nie czyta, gazety się przegląda. Dlatego opinia, którą gazeta wbija ludziom do głowy, powtórzona jest wiele razy, natomiast trudno znaleźć informację, o co w ogóle chodzi. Kiedy pojawia się temat, dziennikarze biegają z mikrofonem pytając – co pan sądzi?, czy pan jest za, czy przeciw? – i nie mają czasu dowiedzieć się, co jest przyczyną zamieszania. Kiedyś Wałęsa powiedział publicznie, że Gwiazda współpracował z bezpieką, a na dowód opublikował na swojej stronie internetowej dokumenty SB. Przez kilka dni przez media przetaczała się burza. Politycy i różne autorytety wyrażali swoje opinie; radykalne lub wyważone, pytano nawet przyjaciół Gwiazdy, którzy mężnie go bronili. Dziennikarze byli oburzeni, że Gwiazda, który był przecież „stroną w tym sporze”, odmawia komentarza. Wreszcie ktoś przeczytał uważnie „dokumenty świadczące”, burza nagle się skończyła, a dokumenty znikły z Internetu. Pojawił się jakiś następny hit i potem, z wyjątkiem „Naszego Dziennika”, nikt nie wyjaśnił, co to było i o co chodziło.
Jeśli demokracja i edukacja będą nadal rozwijać się w tym tempie, wkrótce parlament uchwali, że ziemia jest płaska, ponieważ taka będzie opinia większości. W sondażach na pytanie „Czy sądzi pan, że ziemia jest płaska?”, większość odpowie „tak” i „raczej tak”, tylko górale powiedzą, że „nie” lub „raczej nie”, bo przeważnie jest bardzo krzywa.
Wbrew powszechnej opinii, kłamstwa w świecie polityki i idei nie są groźne, ponieważ w tych dziedzinach każdy obywatel jest ekspertem i swój rozum ma. Natomiast w zagadnieniach naukowych jesteśmy bezradni, ponieważ nikt nie jest specjalistą we wszystkich dziedzinach. Musimy zdać się na opinię uczonych, a ci mówią byle co, aby udowodnić swoją tezę. Uczony ogłosił globalne oziębienie, a ponieważ dwutlenek węgla jest gazem cieplarnianym, to jego zwiększona emisja jest dla nas nawet korzystna. Chwilę później dowodził, że jeśli mamy globalne ocieplenie, to dwutlenek węgla jest nieszkodliwy. Miałam nadzieję, że dowiem się czegoś o przyczynach cyklicznego oziębiania się i ocieplania klimatu, ale to był tylko argument na rzecz nic nierobienia. Ekonomista twierdził, że badania klimatu sponsorują wielkie korporacje. Chcą przestraszyć USA i Europę, a produkcję przenieść do Chin. Inny zapewniał, że biznes amerykański nie ugnie się przed ekologami, liczy się tylko zysk. Wszyscy mówili, że przemysł potrzebuje energii. Nikt nie wspomniał, że ludzie potrzebują powietrza, a w nim tlenu. Nie grozi nam 9% dwutlenku węgla w powietrzu, ale coś warto byłoby o tym wiedzieć. Sadzenie drzew w Afryce to ekoterroryzm. Autorytet uważa, że Al Gore nie ma racji, to słaby facet, przegrał prezydenckie wybory. W podtekście tej dyskusji było niesprawiedliwe wyznaczenie Polsce limitów emisji dwutlenku węgla, ale na Unię nie wypada napadać, więc wszyscy napadli na ekologów. Dowiedziałam się, że są lewakami.
W „Rzeczpospolitej” przeczytałam ciekawą informację, że czarne futro, jako trwałą cechę genetyczną, przekazały wilkom psy udomowione, które przyszły z ludźmi przez cieśninę Beringa. Poświęcono temu duży artykuł w dziale Nauka, a autor unosił się z zachwytu nad tym osiągnięciem „biotechnologii sprzed 14 tysięcy lat” i „manipulowaniem genami dzikich zwierząt”. Biotechnologia polskich wopistów, którzy dodawali trochę „wilczej krwi” swoim psom, polegała na przywiązaniu suki w czasie rui do drzewa w lesie. Wilki coś manipulowały genetycznie i rodziły się śliczne szczeniaczki.
W każdej encyklopedii można przeczytać, że wilk krzyżuje się z psem domowym. Canis lupus i canis familiaris należą do tej samej rodziny psów. Artykuł kończy się jednak triumfalnym odkryciem: „Czarne wilki są pierwszym przykładem organizmów zmodyfikowanych genetycznie przez człowieka”. Dowiedziałam się, że GMO to krzyżówka psa z psem, albo pomidora z flądrą. Pomidory odziedziczyły po flądrze odporność na niskie temperatury, co było wielkim sukcesem inżynierii genetycznej. Niestety okazały się trujące, chociaż flądra trująca nie jest. GMO jest wynalazkiem prehistorycznych uczonych amerykańskich, chociaż autor dla ścisłości dodaje, że nie byli oni tego świadomi. Bravo, bravissimo. W globalnym amfiteatrze, cała ludzkość wstała z miejsc i klaszcze.
przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 16 marca 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Truizmem jest stwierdzenie, że lewica znajduje się dziś w stanie głębokiego kryzysu. Sytuację tę określa kilka czynników. Demontaż socjalnych funkcji państwa oraz myślenia w kategoriach prospołecznych nie jest efektem tajemniczego spisku. Liberalne lobby wypracowało spójną strategię polityczną oraz język ideologiczny, dostosowane do przeobrażeń kulturowych i technologicznych, a także do tych błędów popełnionych przez lewicę, które złożyły się na negatywne – bo i takie były – aspekty państwa opiekuńczego. Rozrost biurokracji, pewnego rodzaju „sztywność” i omnipotencja struktur władzy i redystrybucji kapitału, zostały celnie wypunktowane przez przeciwników polityki prospołecznej. Oczywiście, zjawiska te zostały znacznie wyolbrzymione i demonizowane na potrzeby propagandy liberalnej.
Ofensywie neoliberalizmu sprzyjały przemiany kulturowe i technologiczne. Te pierwsze podminowały etos wspólnotowy – zarówno „organiczny”, jak i oparty na wtórnych więziach społecznych – i sprawiły, że popularna stała się opcja indywidualistyczna. Myślenie o słabszych i przegranych nie tyle odeszło do lamusa, ile przybrało postać typową dla dawnych form liberalizmu, tj. ckliwej troski i filantropii zamiast rozwiązań systemowych. Indywidualizm wyrodził się w kiepską imitację wzorca self-made mana – poleganiu na sobie i eskalacji praw jednostkowych nie towarzyszy poczucie odpowiedzialności za otoczenie społeczne. Jeśli ktoś przegrywa w tym wyścigu, to zarówno w oczach innych, jak i własnych, jest odpowiedzialny za ów fakt, bez zwracania uwagi na warunki, w jakich przyszło mu działać. Taki etos kulturowy nie skłania ani do rozwiązań systemowych, obejmujących na równych zasadach całą populację lub jej istotną część, ani też do zorganizowanych form oporu i wspólnych wysiłków na rzecz zmiany status quo.
Przeobrażenia technologiczne z kolei zaowocowały błyskawicznym rozwojem sił wytwórczych, a co za tym idzie – obfitością dóbr użytkowych. Dzisiejsze średnio-młode pokolenie funkcjonuje w takim otoczeniu materialnym, o jakim poprzedniemu nawet się nie śniło, o naszych dziadkach nie wspominając. Nierówności społeczne istnieją nadal, a nawet uległy pogłębieniu, lecz są maskowane obfitością technologicznych gadżetów i łagodzone łatwą dostępnością wielu produktów niegdyś elitarnych. Oczywiście odwrotną stroną tego medalu są takie choćby zjawiska, jak nabywanie wielu dóbr na kredyt (powszechne zadłużenie społeczeństwa), malejąca jakość i „tandetyzacja”, wysokie koszty zewnętrzne produkcji (np. zanieczyszczenie środowiska czy likwidacja miejsc pracy przenoszonych do krajów o tańszej sile roboczej), a także nowe, niekiedy znacznie bardziej dotkliwe, formy i reguły stratyfikacji społecznej, wyznaczane choćby przez szybko zmieniające się mody kulturowe. Obfitość dóbr materialnych sprawia jednak, że wszystko wydaje się być w zasięgu ręki każdego chcącego, znów stymulując myślenie w kategoriach skrajnie indywidualistycznych. Naturalna w takich warunkach i silnie wspierana komercyjnymi przekazami postawa hedonistyczna również podkopuje myślenie w kategoriach dobra wspólnego i troski o słabszych – dziś w wyjątkowym w dziejach stopniu wypada być lepszym i silniejszym, tzn. mieć szybciej i w większej ilości dostęp do nowych dóbr materialnych.
Powyższe przeobrażenia systemu kapitalistycznego wsparte zostały ideową ewolucją środowisk lewicowych, które niegdyś skutecznie zajmowały się ograniczaniem jego niedogodności. Również one porzuciły etos wspólnotowy na rzecz postawy indywidualistycznej. Dzisiejsza lewica operuje kategoriami de facto liberalnymi – broni indywidualnej swobody, akcentuje wolność w sferze „stylu życia”, antagonizuje różne grupy społeczne wedle kryteriów kulturowych. Dawna socjaldemokracja, zwłaszcza w okresie powojennym, doceniała znaczenie „pokoju społecznego” i poszanowania wspólnego etosu, a w spór z elitami politycznymi i ekonomicznymi wchodziła w celu stworzenia lepszych warunków do realizacji ideałów egalitarnych.
Dziś lewica robi coś zgoła innego: podkopuje zbiorowy etos, a w kwestii praw domaga się nie tyle równości dla wszystkich, ile formalnych lub symbolicznych przywilejów dla dość dowolnie wybranych środowisk mniejszościowych. Dobrze ilustruje ten proces popularność wśród „nowej lewicy” (czyli dominującego współcześnie nurtu całej lewicy) radykalnych postulatów ruchu mniejszości seksualnych oraz feministycznego. Dawna lewica broniła homoseksualistów przed prześladowaniami fizycznymi oraz nierównością wobec prawa. Obecna lewica traktuje „kulturę gejowską” jako niemalże wzorzec do naśladowania, rzekomo lepszy niż „homofobiczny” etos większości społeczeństwa. Kiedyś lewica uważała, że kobiety jako obywatelki czy pracownice powinny mieć takie same prawa, jak mężczyźni. Dziś lewica natomiast zdaje się stawiać na konflikt między żeńskimi a męskimi postawami, rzekomemu „patriarchatowi” przeciwstawiając postulaty „władzy kobiet” czy ich „wyzwolenia”.
Na takim gruncie dokonuje się erozja dobra wspólnego, pewnego minimum konsensualnego oraz samej demokracji. Z jednej strony, podkopywane są one przez dominację myślenia liberalnego, które w praktyce oznacza, że „duży (czyli na ogół potężniejszy finansowo) może więcej” i że jest to jakoby stan naturalny. Z drugiej strony, eskalacja wzorców indywidualistycznych owocuje niemożnością określenia interesów społecznych, zwłaszcza długofalowych, a tym bardziej zorganizowanego, zbiorowego działania na ich rzecz. Efektem jest wychodząca z dwóch przeciwstawnych pozycji, lecz zbiegająca się u celu krytyka czy wręcz pogarda wobec „motłochu”, „plebsu”, „biernych mas”. Dla liberałów nie są one podmiotem godnym zaistnienia jako czynnik sprawczy procesów politycznych – raczej robi się wszystko, aby takie próby zneutralizować czy wyśmiać. Dla „nowej lewicy” natomiast nie są dość nowoczesne i „postępowe”, a każda próba artykulacji ich przekonań wydaje się doktrynerom tej formacji potencjalnie niebezpieczna, gdyż odwołująca się częstokroć do zgoła odmiennego systemu wartości oraz do postaw, które nie mieszczą się w „racjonalnym” kanonie.
„Nowa lewica” oczywiście próbuje dokonać dość ekwilibrystycznych prób dowodzenia, że np. wyzyskiwani robotnicy oraz geje są towarzyszami tej samej walki. Jednak takie sojusze ani nie są realne (w najlepszym razie będąc krótkotrwałymi porozumieniami), ani też nie mają silnego wspólnego mianownika, gdyż problemy obu grup dotyczą całkiem różnych sfer życia i innych mają przeciwników. Pierwsza zmaga się z elitami władzy i/lub pieniądza oraz z wadliwymi, niekorzystnymi dla nich mechanizmami systemowymi, druga natomiast głównie z „milczącą większością” (bowiem gros elit politycznych i kulturowych już od dawna całkowicie aprobuje etos mniejszości seksualnych jako w pełni uprawniony). „Nowa lewica” (a także liberałowie) działa dziś na rzecz uprzywilejowanych mniejszości lub nie tyle realnych, co wyobrażonych grup większościowych (np. zakładając, że ogół kobiet utożsamia się z postulatami feministycznymi). Realna większość społeczeństwa jest dla niej w najlepszym razie „obcym ciałem”, w najgorszym zaś przeszkodą w realizacji swoich zamiarów.
O ile w liberalizmie taka postawa dziwi mniej – choć i on w przeszłości nacechowany bywał dążeniami do upodmiotowienia kolejnych, szerszych warstw społeczeństwa – o tyle w przypadku lewicy można wręcz mówić o zarzuceniu całego etosu określającego historycznie tę formację. Wystarczy porównać, jak wiele uwagi „nowa lewica” poświęca mniejszościom seksualnym, „patriarchatowi” czy „postawom represyjnym”, a ile np. humanizacji pracy, wzmacnianiu i rozszerzaniu procesu demokratyzacji czy równym szansom.
Aby obraz był pełny, konieczne jest dopełnienie go o postawę środowisk konserwatywnych. Eskalacji uległy takie wątki myśli konserwatywnej, jak jednostkowa odpowiedzialność za własne czyny. Zminimalizowano natomiast faktyczną, nie deklaratywną, troskę o wspólnotę. W sferze gospodarczej główny nurt konserwatyzmu idzie dziś ramię w ramię z liberałami. W sferze kulturowej konserwatyzm z kolei stanowi coś w rodzaju psów Pawłowa. Problemy, które w stopniu przesadnie wielkim zaprzątają główny nurt konserwatywnej prawicy to kwestie mniejszości seksualnych, życia płciowego, moralności itp., postrzegane w opozycji do postaw „nowej lewicy” – jeśli ona coś popiera, konserwatyści automatycznie są przeciw. Zniknęło natomiast z horyzontu tych środowisk to, co było istotne dla – zwłaszcza powojennej – „prawicy społecznej” (chadecy, ordoliberałowie, zwolennicy nauki społecznej Kościoła czy choćby „klasyczni” konserwatyści, jak przedthatcherowscy Torysi), czyli tworzenie systemowych podstaw stabilności społecznej, godnego życia i dobra wspólnego.
To właśnie (neo)konserwatyści są największymi beneficjentami status quo. Z jednej strony, podniesienie przez „nową lewicę” do rangi czołowych problemów spraw obyczajowych pozwala prawicy na demagogiczną mobilizację elektoratu wokół tych kwestii, bez konieczności oferowania rozwiązań programowych w wielu innych, daleko istotniejszych sferach życia. Z drugiej, destabilizacja społeczna, będąca efektem neoliberalnych reform, rodzi zapotrzebowanie na różne „szalupy ratunkowe” – w myśl zasady „jak trwoga to do Boga” – którymi są w tej rzeczywistości postawy religijne, rozmaite fundamentalizmy, kreowanie wrogów („na zewnątrz” lub w łonie naszego kręgu kulturowego) etc. Pozwala to współczesnej prawicy nie tylko prowadzić politykę neoliberalną, ale i zarazem, w przewrotny sposób, kreować się na obrońców przed jej skutkami (urojone „uzdrowienie moralne” ma być lekiem na faktyczny chaos kulturowy i społeczny, będący efektem liberalizacji gospodarki), zapewniając sobie wpływy i poparcie społeczne.
W obliczu porzucenia przez „nową lewicę” i część konserwatystów postaw prospołecznych, nie istnieje w zasadzie żadna poważna siła intelektualna i polityczna, która przeciwstawiłaby się skrajnie nieegalitarnej polityce gospodarczej i społecznej. O ile w krajach Zachodu można mówić o pewnych „zaworach bezpieczeństwa” i „przeciwciałach”, jak obrona utrwalonych przez lata zdobyczy socjalnych w Niemczech czy Francji, a przede wszystkim stosunkowo udane próby godzenia wyzwań liberalizacji gospodarki i globalizacji z postawą prospołeczną, znane z krajów skandynawskich, o tyle w Polsce i całym byłym bloku sowieckim sytuacja jest o wiele gorsza. Nie ukształtowały się u nas bowiem żadne trwałe i silne ugrupowania prospołeczne ani lewicowa, egalitarna „tkanka kulturowa” (nic bardziej nie dowodzi pseudolewicowości PRL-u niż dzisiejsza hegemonia liberałów i prawicy). Dominująca część lewicy to de facto związek zawodowy dawnych członków i sympatyków partii komunistycznej, odległy nie tylko od konsekwentnej obrony ideałów egalitarnych, ale często wręcz nie znający i nie rozumiejący ich, traktując uznaniowość i niedobory materialne realnego socjalizmu jako „normalny” odpowiednik zachodnich demokratycznych państw opiekuńczych. Prawica w Polsce jeszcze bardziej niż jej zachodni odpowiednicy jest skażona ultraliberalizmem gospodarczym, w obecnej zaś formie wsparta przez bezradne ideowo i miotające się między sprzecznościami w sferze gospodarczej środowiska populizmu religijnego, sięgającego do anachronicznych wzorców w definiowaniu wspólnoty narodowej i ustroju gospodarczego. „Nowa lewica” nie jest u nas formacją znaczącą politycznie, ale dość wpływową w sferze ideowej, a przy tym bezrefleksyjnie naśladowczą wobec wzorców zachodnich, usiłując niejako na siłę dokonać modernizacji społeczeństwa. Brakuje wyrazistej siły prospołecznej – zarówno na prawicy, jak i na lewicy. Takiej, która byłaby wierna ideałom egalitarnym i etosowi obywatelskiemu (państwo jako wspólnota równych obywateli, nie zaś „silna, zwarta i gotowa” struktura etniczna), a jednocześnie rozumiejąca lokalną specyfikę kulturową, gospodarczą i polityczną.
Ten brak jest dotkliwy, ale daje szansę na przywrócenie do politycznego krwiobiegu formacji, którą można by nazwać „odnowioną socjaldemokracją”. Wobec powyższego opisu sytuacji, powinna ona rozważyć takie postawy i zjawiska:
1. Konsekwentna opcja prospołeczna i egalitarna, jako silna opozycja wobec neoliberalnego systemu wartości. Powinna ona dokonać krytyki i wypracować metody rozwiązania problemu „starych” form nierówności społecznej – ze względu na dochody, pochodzenie społeczne, podział terytorialny itp. Koniecznie musi jednak także rozpoznać i zaproponować alternatywę wobec wielu różnych nowych, nierzadko mniej widocznych, choć dotkliwych form nierówności i dyskryminacji. Dziś nierówności społeczne dotyczą nie tylko rosnącej rozpiętości dochodów, ale również nie zawsze wprost skorelowanej z nimi różnicy w dostępie do wiedzy i informacji, korzystania z infrastruktury (np. rozwój transportu indywidualnego kosztem ograniczania nakładów na transport publiczny), jakości produktów i usług (np. tańsze, ale bezwartościowe wyroby spożywcze z hipermarketów), warunków egzystencji (np. przebywanie w zanieczyszczonym środowisku czy zdewastowanym krajobrazie).
Działania na rzecz realizacji ideałów egalitarnych nie mogą zatem być oparte wyłącznie na dawnych metodach socjaldemokracji, w których czołową pozycję odgrywała redystrybucja dochodów. Muszą one zostać wsparte szeroko rozwiniętymi działaniami edukacyjnymi, zredefiniowaniem paradygmatu kulturowego, mniej materialistycznym ujęciem kwestii, które składają się na „godne życie”.
Polityka redystrybucji i jej formy muszą też uwzględnić nowe wyzwania i wnioski z analiz współczesnych trendów. Jednym z kluczowych problemów jest proces automatyzacji pracy, czyli długofalowe zmniejszanie się ogólnego zapotrzebowania na pracę w krajach rozwiniętych – w tej kwestii należy przemyśleć np. koncepcję skrócenia ustawowego czasu pracy, a także powszechnego dochodu gwarantowanego, który zabezpieczałby materialne podstawy bytu wszystkich członków społeczeństwa. Z kolei w sferze wspierania pożądanych i wartościowych postaw, a także jako forma przeciwdziałania marginalizacji znacznej części społeczeństwa, warta uwagi wydaje się koncepcja docenienia i wynagradzania pracy domowej kobiet czy wymierna ocena pożądanej społecznie, lecz często nieodpłatnej pracy w sektorze pozarządowym.
Aby uniknąć przerostów biurokracji oraz drenażu finansów publicznych, polityka taka w mniejszym stopniu musi opierać się na „rozdawnictwie”, bardziej zaś na tworzeniu infrastruktury i instytucji, które stanowiły będą naturalny fundament polityki egalitarnej. Główną miarą skuteczności polityki prospołecznej nie powinna być wysokość nakładów budżetowych czy stawek podatkowych, lecz faktyczna poprawa jakości i poziomu życia ogółu społeczeństwa, zadowolenie z funkcjonowania instytucji publicznych oraz wskaźniki obrazujące postawy egalitarne.
2. Obrona sektora publicznego oraz krytyka modelu „urynkowienia” wszelkich sfer życia. Instytucje publiczne nie tylko są ważnym narzędziem prowadzenia przez państwo polityki prospołecznej i egalitarnej, ale częstokroć oferują one – wbrew liberalnej propagandzie – usługi lepszej jakości. W kilku krajach negatywnie zakończyły się eksperymenty z prywatyzacją kolei czy służby zdrowia. Podobnym problemem jest rzadziej dostrzegana, lecz równie dotkliwa kwestia prywatyzacji usług komunalnych czy postępujący proces patentowania wiedzy i aspektów kultury (zwłaszcza w nowych dziedzinach i formach, jak media cyfrowe czy biotechnologia). Nie tylko ograniczają one dostęp części społeczeństwa do różnych dóbr i usług, ale także pozbawiają państwo i społeczności lokalne możliwości prowadzenia samodzielnej polityki na rzecz realizacji ideałów egalitarnych.
Jednak także w tej kwestii należy dokonać krytycznego oglądu dotychczasowych doświadczeń. W sferze publicznej zdarzają się patologie, których ukrywanie czy lekceważenie jest szkodliwe, bowiem podważa zaufanie do tego sektora oraz ułatwia neoliberałom całościową krytykę takich rozwiązań. Instytucje publiczne powinny się cechować jawnością działania i podejmowania decyzji, poddaniem się kontroli społecznej, wysoką jakością usług i etosu, przejrzystością finansową i oszczędnością w wydatkowaniu środków budżetowych, merytokratycznym doborem personelu etc. Zadaniem lewicy nie jest eskalowanie wydatków na rzecz swoistego worka bez dna, jakim bywają wadliwie skonstruowane lub źle zarządzane instytucje publiczne. Nie istnieją takie kwoty, których nie można zmarnować.
3. Obrona państwa narodowego. Z dotychczas znanych form organizacji bytu zbiorowego, to właśnie państwo narodowe wydaje się najbardziej sprawdzoną i skuteczną płaszczyzną realizacji ideałów prospołecznych. W dzisiejszych czasach, aczkolwiek jego możliwości zmalały w efekcie procesów globalizacyjnych, pozostaje ono nadal znaczącą siłą decyzyjną, posiadającą narzędzia umożliwiające trwałą korektę poczynań wielkiego, ponadnarodowego kapitału (tej siły nie posiadają ani społeczności lokalne, ani oddolne inicjatywy społeczne). Jednocześnie państwo narodowe umożliwia wpływ obywateli na decyzje ich dotyczące, którego brak cechuje całkowicie lub w znacznie większym stopniu instytucje ponadnarodowe.
Należy jednak wystrzegać się postaw izolacjonistycznych. Tradycją lewicy jest – w nieskompromitowanym znaczeniu tego słowa – internacjonalizm. Dziś oznacza on po pierwsze konieczność współpracy ponadnarodowej, gdyż wskutek procesów globalizacyjnych los mieszkańców różnych krajów jest podobny w stopniu znacznie większym niż niegdyś. Po drugie, internacjonalizm podyktowany jest rozsądkiem, gdyż w wielu kwestiach pojedyncze państwa są zbyt słabe – konieczne jest wypracowanie form sojuszy, np. współpracy regionalnej czy tworzenia bloków państw o podobnych problemach i zbliżonym potencjale. Po trzecie, internacjonalizm oznacza moralną odpowiedzialność za losy mieszkańców innych krajów czy kontynentów, co jest szczególnie istotne w obliczu „umiędzynarodowienia” wielu problemów (głód, ubóstwo, skażenie środowiska, likwidacja miejsc pracy, terroryzm, hegemonistyczna polityka militarna itp.).
Udział w strukturach ponadnarodowych nie powinien być oparty na wyzbywaniu się prerogatyw i narzędzi suwerenności, nie może również dokonywać się w oparciu o arbitralne decyzje podejmowane bez wyraźnego przyzwolenia obywateli. Powinien mieć postać dobrowolnych, dwustronnych układów, z możliwością wycofania się z nich i zachowania prawa weta.
Siła i suwerenność państwa narodowego muszą mieć także – oprócz symbolicznych – realne podstawy o charakterze finansowym/gospodarczym. Oznacza to konieczność zachowania przez państwo kontroli nad strategicznymi sektorami gospodarki oraz zasadami udziału w ponadnarodowych strukturach (np. polityka celna). To właśnie państwo powinno mieć decydujący głos w takich kwestiach, jak przepływ towarów czy ludzi. Kontrola ta jednakże powinna opierać się na rozwiązaniach nowoczesnych i pozbawionych wad dawnego typu ingerencji w owe sfery życia społecznego.
Suwerenność państwa narodowego musi być wsparta także solidnym przemyśleniem problematyki udziału w globalnej gospodarce i tzw. wolnym handlu. Konieczny jest rzetelny bilans zysków i strat otwarcia granic na swobodny przepływ towarów i pracowników, oszacowanie, czy faktycznie zawsze korzystne są tzw. zagraniczne inwestycje lub produkcja eksportowa zamiast rozwoju w oparciu o własne siły i wedle priorytetów rynku wewnętrznego i potrzeb społeczeństwa.
4. Odnowienie demokracji. Państwo jest dla obywateli i to oni powinni być głównym zbiorowym podmiotem decyzyjnym. Jest to szczególnie istotne wyzwanie w świecie, w którym oprócz oligarchizacji gospodarki dokonuje się także podobny proces w sferze polityki („demokracja medialna”) oraz trwa alienacja struktur władzy i instytucji publicznych. Wciąż istotnym, a może nawet bardziej aktualnym niż dawniej elementem myśli socjaldemokratycznej powinno być zwiększanie i utrwalanie wpływu społeczeństwa na decyzje dotyczące jego problemów. Nie powinien on ograniczać się tylko do sfery ogólnopolitycznej (wybory władzy przedstawicielskiej), lecz obejmować różne szczeble i sfery porządku społecznego – np. samorząd terytorialny (aż do szczebla osiedlowego), stosunki pracy („demokracja przemysłowa”), społeczną kontrolę nad instytucjami publicznymi, a przede wszystkim kwestie własnościowe (np. wsparcie spółdzielczości czy akcjonariatu pracowniczego).
Państwo nie powinno być odgórnym „regulatorem” tych zjawisk ani ustanawiać jakiegoś „właściwego” porządku, lecz tworzyć formalno-prawne i instytucjonalne ramy oraz system zachęt (np. na poziomie edukacji) do zaangażowania się obywateli w życie publiczne. Socjaldemokracja powinna twórczo i aktywnie odnieść się do takich kwestii i metod, jak referenda, „demokracja elektroniczna”, tzw. budżet partycypacyjny i innych form zaangażowania społeczeństwa w podejmowanie decyzji i kształtowanie własnego losu.
5. „Rewitalizacja” tkanki społecznej. Aby demokracja i udział w życiu publicznym mogły się umocnić i rozwijać, potrzebna jest gęsta sieć formalnych i zwyczajowych mechanizmów i instytucji, przy pomocy których obywatele będą mogli partycypować we współtworzeniu porządku społecznego. Państwo powinno dbać o to, aby istniały silne i wielorakie ośrodki takiej aktywności społecznej.
Nie powinno jednak dokonywać zbyt silnej ingerencji w to, jak społeczeństwo dokonuje samoorganizacji – znów chodzi raczej o tworzenie dogodnego gruntu do rozwoju inicjatyw obywatelskich niż o ich odgórne kreowanie. Takie ośrodki powinny być dla państwa partnerem zachowującym możliwie dużą autonomię i samodzielność – czy będą to organizacje tzw. trzeciego sektora, czy media lokalne, czy struktury związków wyznaniowych. Państwo silne nie może oznaczać państwa omnipotentnego. Ideałem powinna być synteza państwa opiekuńczego oraz „społeczeństwa opiekuńczego”, które wspiera struktury odgórne w ich celach i zadaniach, ale jednocześnie kontroluje je i zabezpiecza swobody obywatelskie.
6. „Jakość życia”. Odnowiona socjaldemokracja powinna krytycznie spojrzeć na tę część głównego nurtu ekonomii i własnej tradycji, którą można umownie określić jako „produktywistyczną”. Dotychczasowe wskaźniki dobrobytu należy zrewidować lub poszerzyć o takie kwestie, które znalazły uznanie w oczach wielu członków społeczeństwa, a także są coraz częściej wskazywane przez naukowców jako istotne składniki „dobrego życia”. Rewizji należy poddać perspektywę „ilościową” i wzbogacić ją o docenienie aspektu jakościowego.
Dotychczas mierniki kondycji społecznej obejmowały głównie sferę materialną. Są one jednak poddawane coraz powszechniejszej krytyce. Po pierwsze dlatego, że często zafałszowywały rzeczywistość, obejmując zarówno zjawiska pozytywne, jak i negatywne. PKB rósł zarówno wtedy, gdy zapewniano kolejnym członkom społeczeństwa dach nad głową, jak i wówczas, gdy „oszczędny” – w sensie dbałości o ochronę środowiska – właściciel nowej fabryki emitował zanieczyszczenia i podwyższał wskaźniki chorób cywilizacyjnych. Dziś te ilościowe mierniki są coraz bardziej problematyczne – choćby dlatego, że również w zamożnych społeczeństwach nie rośnie liczba osób zadowolonych z życia, a obfite żniwo zbierają tam różnorakie patologie (narkomania, choroby psychiczne czy przemoc), które częstokroć nie mają nic wspólnego z ubóstwem. Nawet w sferze stricte gospodarczej często to, co jest korzystne z punktu widzenia wskaźników makroekonomicznych, jednocześnie oznacza zjawiska negatywne w mikroskali (np. potanienie wielu produktów, ale przy jednoczesnej likwidacji miejsc pracy i przeniesieniu produkcji do uboższego kraju lub regionu). Oznacza to konieczność ostrożnego podejścia do standardowych wskaźników oraz zerwanie z rozpatrywaniem zjawisk ekonomicznych w oderwaniu od pozostałych uwarunkowań.
Osobnym aspektem tego zjawiska jest szeroko pojęta ekologia. Rozumiana nie tylko jako standardowa „oszczędność surowców” czy „dbałość o przyszłe pokolenia”, lecz w kontekście tego, że życie w zdrowym, czystym, pozbawionym hałasu środowisku oraz możliwość obcowania z dobrze zachowaną przyrodą i krajobrazem są jedną z elementarnych potrzeb społecznych oraz składników dobrego życia jednostek, częstokroć nie mniej istotnymi niż wysokość zarobków czy dostęp do innych dóbr i usług, jak edukacja czy służba zdrowia. Podobnym problemem jest także kwestia konsumpcjonizmu – psychologowie coraz częściej wskazują na zjawisko swoistej symbolicznej przemocy związanej z presją posiadania wciąż większej ilości produktów. Odnowiona socjaldemokracja nie może takich zjawisk postrzegać wyłącznie przez pryzmat ilościowy, lecz uznać, że niekoniecznie „więcej znaczy lepiej”.
7. Prymat życia nad ideologią oraz poszanowanie autentycznych tradycji. Aby społeczeństwo było demokratyczne i samorządne, państwo i jego agendy nie powinny nazbyt mocno ingerować nie tylko w rozwiązania formalne, lecz także ostrożnie postępować wobec nieformalnego kodeksu zachowań i etosu zbiorowego. Muszą wystrzegać się pokus odgórnego tworzenia i forsowania rzekomo jedynie słusznych rozwiązań wbrew woli społeczeństwa i jego podgrup. Wszelkie zmiany powinny być wyważone, ostrożne oraz odwołujące się do zbiorowego common sense. Nie oznacza to stagnacji i braku inicjatyw twórczych ani też ugruntowywania istniejących postaw patologicznych, lecz oparcie wszelkich zmian na powszechnym systemie wartości oraz lokalnych tradycjach kulturowych, gdyż tylko wówczas zmiany owe będą autentyczne i trwałe. Socjaldemokracja powinna wystrzegać się siłowego „importu” rozmaitych wzorców i trendów, a także być wyczulona na pokusy inżynierii społecznej.
8. Zmiana i stabilizacja. Ten swoisty „konserwatyzm” nie może oznaczać udawania, że świat stoi w miejscu. Krytycznie należy odnieść się do propagowanych przez prawicę wielu tzw. naturalnych praw i postaw. Pewne stosunkowo stałe zachowania i preferencje jednostek i zbiorowości nie powinny być obiektem ataku i zmasowanej krytyki, lecz jednocześnie nie należy roztaczać miraży „starych dobrych czasów” ani utrwalać postaw patologicznych. Rozsądnemu czerpaniu z doświadczeń przeszłości nie powinno towarzyszyć „obrażanie” się na nowe trendy i bezrefleksyjne dezawuowanie ich.
Należy twórczo przemyśleć takie choćby zjawiska, jak nowe modele życia rodzinno-partnerskiego, przemiany sfery seksualnej, trendy kulturowo-rozrywkowe, starając się dostrzec ich zalety oraz delikatnie korygować te tendencje, które mogą stanowić zagrożenie dla ładu społecznego.
9. Konsensus, prawa i obowiązki. Dominującej dziś kulturze egoizmu i eskalacji żądań z jednej strony oraz renesansowi wizji spod znaku „nadzorować i karać” z drugiej, należy przeciwstawić próbę wypracowania konsensusu satysfakcjonującego jak najszersze kręgi społeczeństwa, przy zachowaniu możliwie dużej swobody dla opcji mniejszościowych, jeśli tylko nie są w rażący sposób destrukcyjne i sprzeczne z ładem społecznym. Należy minimalizować udział w wyniszczającej społeczeństwo „wojnie kulturowej”, w której lubują się zarówno środowiska konserwatywnej prawicy, jak i „nowa lewica”. Polityka w kwestiach spornych powinna się opierać raczej na wsparciu i ochronie, zamiast na nakazach i zakazach.
Przykładowo, budzący wiele kontrowersji problem aborcji nie powinien być przez socjaldemokrację rozwiązywany ani przez zaostrzanie regulacji antyaborcyjnych, ani też przez ułatwianie tzw. wolnego wyboru kobiety w kwestii tak delikatnej biologicznie i etycznie, jak pewna forma życia ludzkiego. Istniejące ograniczenia prawa do przerywania ciąży należy wzbogacić o działania na rzecz faktycznego rozwiązania problemu (edukacja seksualna i powszechnie dostępna antykoncepcja, realne finansowe i instytucjonalne wsparcie rodzin i matek, ułatwienia w systemie adopcyjnym, zmiana wzorców kulturowych i postaw wobec samotnych matek i urodzeń pozamałżeńskich etc.). Z kolei różnego rodzaju postawy mniejszościowe (np. seksualne czy kulturowe) powinny mieć zagwarantowane równe prawa obywatelskie i realne wsparcie w rozwiązywaniu ich specyficznych problemów, ale jednocześnie nie mogą być traktowane jak uprzywilejowane „święte krowy”. Większość musi szanować postawy mniejszościowe (poza destrukcyjnymi lub rażąco sprzecznymi z powszechnym etosem kulturowym), a państwo – ochraniać je przed presją ogółu. Natomiast mniejszości powinny uszanować większościowe odczucia i postawy. W sferze publicznej należy natomiast minimalizować znaczenie osobistych preferencji. Zarówno np. gej jak i „homofob” powinni być na tej płaszczyźnie oceniani nie przez pryzmat indywidualnych zachowań i preferencji, lecz z punktu widzenia ich postaw wobec dobra wspólnego, a w instytucjach publicznych „lewak” i „faszysta” muszą być rozliczani nie ze swych poglądów, lecz z fachowości.
Remigiusz Okraska
P. S. Powyższy tekst powstał pierwotnie wiosną 2007 r. na potrzeby dyskusji programowej. Miała się ona toczyć w środowisku skupionym wokół prospołecznego think tanku, którego powołanie planowała wspólnie redakcja „Obywatela” i Ryszard Bugaj. Ostatecznie inicjatywa nie rozwinęła skrzydeł z tzw. przyczyn obiektywnych. Niedawno odnalazłem powyższy tekst w swoim archiwum i po drobnych zmianach postanowiłem go zaprezentować czytelnikom.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 18 lutego 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Pamiętam z dzieciństwa małe wielkopolskie miasteczko Bojanowo, nieopodal Leszna. W jednej z uliczek stał budynek, na który wskazywali mi Rodzice, mówiąc: „Tu była żydowska synagoga. Po wojnie przerobiono ją na łaźnię miejską”. Pamiętam też dyrektora mojej szkoły podstawowej, człowieka wielkiej dobroci i otwartości, opowiadającego uczniom: „Przed wojną mieszkali wśród Polaków także Żydzi, bogaci i biedni. To był zupełnie inny świat. Zostali zamęczeni. Nie ma powodu, byście pogardzali ich pamięcią”. Pogadankę wygłosił, bośmy jako dzieci wyzywali się wzajem: „ty Żydzie”.
Trzymam przed sobą dwie powieści Grigorija Kanowicza poświęcone losom Żydów na terenach dzisiejszej Litwy, Białorusi, Rosji, zatytułowane „Nie odwracaj twarzy od śmierci” i „Park niepotrzebnych Żydów”. Opowiadają o wydarzeniach od mniej więcej lat 20. ubiegłego stulecia, po rozpad Związku Radzieckiego. Powieści gorzkie, refleksyjne, nostalgiczne, wskrzeszające świat, którego nigdy już nikomu nie będzie dane oglądać.
Trudno tu opowiadać ich treść, ale najważniejsze kryje się w rekonstrukcji świata małych żydowskich wspólnot, rzuconych pośród inne nacje, przenikających się z nimi i różniących się od nich, tworzących barwną mozaikę ówczesnej rzeczywistości. Powieści pisane w cieniu śmierci i zagłady, z której nielicznym Żydom było dane wyjść obronną ręką. Kanowicz nie unika tematów trudnych: wzajemnych żydowskich konfliktów, akcesu części środowisk żydowskich do radzieckiego komunizmu, świadomego, często niemal ostentacyjnego podkreślania przez Żydów własnej odrębności. A równocześnie ukazuje ludzi, którzy nie mieli wątpliwości, czym jest bolszewizm, ludzi, w których żyłach płynęła krew i polska i żydowska, krwi tak różnej, tak pomieszanej, ukazuje ludzi różnych nacji i wierzeń w najbardziej dobrosąsiedzkich, bo banalnych i przyziemnych stosunkach, Żydów ateistów i Żydów głęboko wierzących, takich, co chcieli najpierw do Palestyny, a później do Izraela i tych, co nie chcieli oderwać się od ziemi, na której przyszli na świat, tych co wyemigrowali do Ameryki i tych, co przeżyli życie w Rosji Sowieckiej.
I nagle przyszło spustoszenie, ze Wschodu i z Zachodu. Ohydny, krwawy wymiar tego spustoszenia jest dziś niemal banałem, przez niektórych nazbyt chętnie bagatelizowanym. Ale nie mniejsza zbrodnia tego spustoszenia polegała na tym, że zniszczyła kulturę, tradycję i pamięć, jakie przenikały nasz wschodnioeuropejski świat przez stulecia. Dwie ideologie, równie absurdalne i nie troszczące się o człowieka, jakim jest w swoim powszednim żywocie, mordując ludzi, burząc ich domy, karczmy, fabryki, cmentarze, szkoły i miejsca modlitw, niszcząc życie zabiły kulturę, odebrały tożsamość znacznej połaci świata.
Lejzorek Rojtszwaniec to biedny rosyjski Żyd z powieści Erenburga, prostaczek, który dźwiga w sobie los swojego narodu, cały smutek, lecz zachowuje szczególny rodzaj humoru, jakim szczycili się synowie Izaaka, Abrahama i Jakuba. Dla mnie osobiście – symbol obcości wobec każdego i wszystkich, ciągłego oczekiwania na Mesjasza lub pogromy lub drwinę: „Ty Żydku”. Ale nie każda obcość musi budzić wrogość, choć coraz częściej mam wrażenie że tak dziś właśnie jest. Może właśnie dlatego, że żyjemy w świecie zepsutym przez totalitaryzmy, niewypowiedziane krzywdy i zbrodnie, w świecie, który nie wyleczył się z traumy historycznej, bo w odróżnieniu od życia jednostek, narody pozbywają się bólu, poczucia winy i krzywdy znacznie, znacznie dłużej.
A przecież – jak wspomniałem – nie każda obcość musi powodować wrogość. Może budzić rozbawienie, zrozumienie, poirytowanie, dobrotliwe poczucie wyższości, ale może przy tym wszystkim być oswojoną, czy nawet lepiej: swojską obcością. Obcość (wobec) ubogiego szewca Lejzorka Rojtszwańca, która nie kopie dołów i nie bije w twarz, ani nie szuka okazji, by z pogardą warknąć: „parchu”. A przecież Lejzorkowi i wszystkim bohaterom powieści Kanowicza należy się przede wszystkim requiem. I kadisz.
Ktoś zapyta, po co nam ta pamięć? Bo nas odróżnia od zwierząt, bo jest naszym ludzkim prawem i obowiązkiem, bo sublimuje kulturę i nie pozwala jej wyjałowić się w stereotypach i banałach, w schematach i w ignorancji. Bo poskramia złą wolę czy głupotę tych, co chcieliby pisać historię na nowo, albo wykoślawić ją na swoją korzyść. Dlatego lubię te strofy Słonimskiego:
„Nie masz już, nie masz w Polsce żydowskich miasteczek, W Hrubieszowie, Karczewie, Brodach, Falenicy Próżno byś szukał w oknach zapalonych świeczek I śpiewu nasłuchiwał z drewnianej bóżnicy.
Znikły resztki ostatnie, żydowskie łachmany, Krew piaskiem przysypano, ślady uprzątnięto, I wapnem sinym czysto wybielono ściany, Jak po zarazie jakiejś lub na wielkie święto.
/…/
Nie ma już tych miasteczek, gdzie biblijne pieśni Wiatr łączył z polską piosnką i słowiańskim żalem, Gdzie starzy Żydzi w sadach pod cieniem czereśni Opłakiwali święte mury Jeruzalem.
Nie ma już tych miasteczek, przeminęły cieniem I cień ten kłaść się będzie między nasze słowa, Nim się zbliżą bratersko i złączą od nowa Dwa narody tym samym karmione cierpieniem”.
Nie ma już tych miasteczek. A nie wiem, czy pozostanie pamięć.
przez Anna Mieszczanek | środa 18 lutego 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Do związków zawodowych. Które – zanim stały się samorządne, niezależne i pisane solidarycą – były nie-samorządne, zależne oraz zajmowały się zaopatrzeniem załóg pracowniczych w ziemniaki na zimę, papier toaletowy i mydło. Skoro związek zawodowy organizował wyprawę do fabryki, która produkowała papier (bo znajoma pani Krysia obiecała poza przydziałem zapełnić żuczka czy może nawet stara z naczepą tym dobrem reglamentowanym), należało tylko napisać podanie, przekonując szefostwo związków, że nam się ten papier bardzo przyda oraz należy.
Przypomniała mi ten podaniowy rytuał Dziewczynka z Pieczątkami w rejestracji placówki medycznej, działającej zgodnie z certyfikatami iso lub jakoś tak, oraz finansowanej zgodnie z najnowszymi procedurami enefzet.
– Mam w sądzie pracy sprawę z zusem – mówię do Dziewczynki. – Potrzebna mi moja dokumentacja medyczna. (W końcu muszę jakoś udowodnić, że jestem osobą cierpiącą. Na słowo mi nikt nie uwierzy, nie otake Polske żeśmy walczyli, żeby teraz wierzyć obywatelom na słowo. Należy donieść odpowiednie papiery, najlepiej w dużej ilości.)
– Ooo – powiedziała Dziewczynka z ponurą miną.
Ponieważ się tego spodziewałam, bo nie pierwszy raz noszę do zusu czy sądu pracy swoją dokumentację medyczną, powiedziałam do Dziewczynki tonem, mającym w niej wzbudzić ochotę do podjęcia działania:
– Koleżanki z rejestracji kardiologicznej zrobiły mi ksero od ręki.
– No tak – mówi Dziewczynka – ale u nas jest inna procedura. („U nas” – to jest piętro wyżej – dodam dla czytelników nieobytych w kwestiach przychodnianych.)
Na to też byłam przygotowana i mówię:
– Dobrze, dobrze, ale prawa pacjenta pani na pewno zna, mam prawo do dokumentacji własnego chorowania.
– Znam, znam. Tylko proszę napisać podanie.
Był 13 dzień miesiąca. Piątek. Pomyślałam, że wybrałam nienajlepszy czas na załatwianie spraw poważnych i urzędowych. Ale jakoś trzeba było z sytuacji wybrnąć. Więc tonem udającym nieznośną lekkość bytu wspomniałam Dziewczynce, że podania to były w peerelu – i dalej mniej więcej to, co napisałam wyżej, w pierwszym akapicie.
Dziewczynka popatrzyła na mnie jednak ze spora dozą dystansu, nawet z czymś graniczącego i dłonią wyposażoną w bordowe tipsy z gwiazdkami wskazała na ścianę przy kontuarze recepcji. Przyklejona równo taśmą samoprzylepną (o którą trudno było w peerelu), wisiała tam kartka formatu a4 z wydrukiem z komputera (o który też w peerelu było trudno). Na kartce zaś widniał tekst czcionką times 20 a może 18 punktów, treści następującej:
Informujemy, że zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia z 17 września 2004, Dziennik Ustaw 219 poz. 2230 & 53 i 54, kopie dokumentacji medycznej będą wydawane na podstawie podania pacjenta. Cena za jedna stronę odpisu 0,50zl.
Wzięłam głębszy oddech, siłą woli powstrzymałam przed wydostaniem się na zewnątrz wszystkie anarchizujące i antysystemowe zdania, które natychmiast pojawiły się na końcu mojego języka i patrząc Dziewczynce w oczy wzrokiem złym, powiedziałam krótko, wyciągając ku niej dłoń bez tipsów:
– Papier!
Musiało być w moim tonie coś strasznego, ponieważ bez słowa podała mi kartkę papieru formatu a4. Na której długopisem przyczepionym do kontuaru sznureczkiem (w peerelu nie przyczepiali do kontuarów niczego, chyba że mówimy o filmie „Mis”), napisałam zdanie. Starałam się trafić w sam środek kartki (w końcu jestem redaktorem i formatowanie tekstu to mój nawyk powszedni). Napisałam, że proszę o wydanie mi dokumentacji medycznej.
Wtedy Dziewczynka zrobiła kserokopię, ja uiściłam parę groszy i nie wdając się w zawiłe kwestie kontrkonstytucyjności tego procederu oddaliłam się z nowoczesnej placówki medycznej. Po drodze próbowałam dociec, jakież to powody mogły skłonić Ministra Zdrowia Rzeczpospolitej Polskiej do tak drobiazgowego zadbania o tryb zaspokojenia mojej potrzeby posiadania dokumentacji własnej choroby. Że nie dociekłam, bo dociec się tego nie da – wspominam tylko dla porządku.
***
Nie było u nas kryzysu, nie było, aż tu nagle gazety ogłosiły że jest, no więc go mamy. Grecy używali słowa „kryzys” (gr. krisis), gdy znajdowali się w momencie rozstrzygającym, punkcie zwrotnym, okresie przełomu. A w naszym czasie kryzysu – co domaga się rozstrzygnięcia? Jaki proces osiągnął swoje apogeum i musi zostać odwrócony? Co ważnego zaniedbaliśmy tak, że aż musiał pojawić się kryzys? O czym ważnym zapomnieliśmy? Co jest najpilniejsze do rozstrzygnięcia? Kiedy to zostanie rozstrzygnięte – czy będzie już dobrze? Co możemy zrobić, żeby było dobrze? I najważniejsze: o czym będzie należało pamiętać, żeby sytuacja się nie powtórzyła?
No i co teraz? – pyta socjologa z Leeds dziennikarz „Gazety Wyborczej”. Zygmunt Bauman odpowiada: Wśród socjologów powszechna była do niedawna opinia, że tym, co ludzi dręczy w tej chwili najbardziej, nie jest niedostatek, ale przeciwnie – nadmiar możliwych tożsamości, sposobów życia, towarów upiększających życie. Udręka wielka, bo nic, co osiągnięte, nie zaspokaja w pełni, zawsze może być lepsze. I nigdy nie osiągnie się takiego momentu, że można sobie powiedzieć: dotarłem, przybyłem, mogę usiąść, zapalić i nic więcej nie muszę robić. Otóż ta udręka się teraz może skończyć. Nadmiar się już kończy.
Święty byłby czas kryzysu, gdyby po nim było po prostu mniej. Wszystkiego. Także pieczątek. Dziewczynek z pieczątkami. Tipsów. Oraz rozporządzeń Ministra Zdrowia RP i wszelkich innych ministrów, a także wszelkiego głupiego, niepotrzebnego i niekonstytucyjnego prawa, które produkują w naszym kraju za nasze własne pieniądze.
Drogi Kryzysie! Zgodzę się nawet napisać do ciebie podanie. Żebyś już się przewalił i żeby potem było MNIEJ.
przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 18 lutego 2009 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Zgodzili się dopiero pod szantażem, kiedy dziewczynki odmówiły przeprowadzki do Waszyngtonu. Śledziłam uważnie inaugurację, ale Pierwszy Pies nie wprowadził się do Białego Domu, podobno ze względu na możliwość dyplomatycznego konfliktu z poprzednikiem. Więc czekam. Dopóki nie zobaczę Pierwszego Psa, nie uwierzę w empatię deklarowaną przez Baracka Obamę.
W ten prosty sposób dowiodłam, że wiarygodność deklaracji Obamy jest wątpliwa. W taki mniej więcej sposób patriotyczna, proamerykańska prawica polska dorabia gębę prezydentowi Stanów Zjednoczonych. I nie są to niewinne żarty. Świadomie pomijano fakty, które zaprzeczały przyjętej z góry tezie. Przykładem może być sugestia, że Obama miał w przeszłości związki z islamskim terroryzmem. Obama jest chrześcijaninem, ale jego ojczym, Indonezyjczyk, jest muzułmaninem. Obama parę lat mieszkał z ojczymem w Indonezji, gdzie islamscy fundamentaliści dokonują okrutnych zamachów. Obama poznał zasady islamu i jako prezydent będzie po cichu sprzyjał terrorystom.
Natomiast z książki Obamy „Odwaga nadziei” dowiadujemy się, że jego ojczym był porucznikiem armii indonezyjskiej po puczu wojskowym, który obalił komunizującego prezydenta Sukarno. Puczu dokonał generał Suharto z poparciem CIA. W czystkach przeciwko komunistom i ich sympatykom poniosło śmierć od 500 tysięcy do miliona osób, a 750 tysięcy zostało uwięzionych lub zmuszonych do opuszczenia kraju. Matka Baracka nie akceptowała takich metod, natomiast ojczym uważał, że pewne sprawy z przeszłości lepiej puścić w niepamięć. Między Barackiem i ojczymem narastała przepaść i po czterech latach matka wysłała syna do dziadków na Hawaje. W wersji propagandowej porucznik armii dokonującej puczu wspieranego przez CIA, zamienił się w islamskiego fundamentalistę, przewodnika duchowego nieletniego pasierba. Krytykujący amerykańskich demokratów według zasady „wszystkie chwyty dozwolone”, powinni pohamować emocje, kiedy stało się oczywiste, że Obama będzie prezydentem USA. Dobre stosunki z Ameryką są podobno priorytetem tej opcji politycznej.
W książce polityka nie spodziewałam się szczerych wyznań. Obama też przestrzega przed utratą „instynktu autocenzorskiego”. Jego konkurent w wyborach, republikanin, tak grzmiał na homoseksualistów, że w końcu obraził również córkę Richarda Cheneya. W książce Obama przedstawia się tak, jak chciałby być postrzegany przez wyborców. Właśnie dlatego książka pomaga odkryć źródło sukcesu Baracka Obamy i przyczynę zajadłej niechęci części polskiej prawicy.
Odkryłam fakt zdumiewający: Barack Obama jest normalnym politykiem. Rara avis, ponieważ większość polityków jest nienormalna, jeśli za normę przyjąć zasady i obyczaje powszechnie obowiązujące. Obama zadaje pytania „Dlaczego politycy w programach telewizyjnych sprawiają wrażenie posępnych, zapalczywych, nieszczerych, a czasem wręcz niegodziwych?”, „Co sprawiło, że rozsądni, uczciwi kongresmani nie wypełniają swoich obowiązków wobec narodu?”. Obama winą obciąża polityczną wyżymaczkę, degenerującą politykę.
Jest normalnym politykiem, ponieważ analizuje własną karierę pod tym właśnie kątem, szuka równowagi między romantyzmem a realizmem. Opisuje mechanizmy polityki partyjnej, wymogi kampanii wyborczej, pozyskiwanie funduszy, masmedia, system stanowienia prawa, mętne ustawy maskujące interesy beneficjentów. Aby wygrywać, trzeba akceptować reguły gry, ale podporządkowując się politycznej machinie, gubi się sens i cel polityki. Prawdziwość analizy potwierdzają obserwacje polskiej polityki. Takiej książki nie mogli napisać profesjonaliści komentujący skuteczność polityki, ponieważ reguły gry traktują jako siłę wyższą, niemal prawa natury. Obama jest praktykiem, klasycznym oszołomem, który wierzy, że można działać inaczej. Nie proponuje nic nadzwyczajnego: debatę merytoryczną, uwzględnianie zdania opozycji, przestrzeganie zasad i dobrych obyczajów. Wbrew „prawom natury” Obama wygrał najważniejsze wybory na świecie i to jest ten cud, który poruszył Amerykanów.
Poglądy Baracka Obamy nie są ani skrajne, ani utopijne, nie nadyma się i nie pozuje na skromnego, nie udaje proroka – idioty, który prostymi receptami wszystkich uszczęśliwi, jeśli tylko na niego zagłosują. Umiarkowane poglądy łatwo można atakować ze wszystkich stron. Przykładem jest problem aborcji, ponieważ w tej sprawie podział w Ameryce, tak jak i w Polsce, wynika ze sprzeczności światopoglądów. Do ustawy o aborcji Obama zaproponował poprawkę dotyczącą zagrożenia życia matki. Obie strony zaatakowały go jako zdrajcę, ponieważ żadna nie uznaje kompromisu.
Gra polityczna prowadzi do eksponowania różnic, pomijania realiów, które nie pasują do tej czy innej doktryny. W rezultacie politycy zachowują się i mówią jakby byli prymitywnymi głupcami i tak też traktują obywateli, jak ciemną masę, której wszystko można wmówić, byle głośno, mętnie i dobitnie. Obama na drodze kariery politycznej nie zmienił zdania o wyborcach. Nadal uważa, że są normalnymi ludźmi, mają swoje problemy, dążenia, ideały. Wyborcy zauważyli, że Obama jest normalnym politykiem, który nie po to wszedł w świat polityki, żeby ich oszukiwać.
Obamomania opiera się na prostych, zrozumiałych zasadach. Jeśli wydaje się epokowym wynalazkiem, to znaczy, że hipokryzja w polityce sięgnęła dna.
przez Remigiusz Okraska | środa 18 lutego 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Niedawna medialna burza wokół śmierci Eluany Englaro, Włoszki, którą po 17 latach śpiączki przestano dokarmiać i uśmiercono biologicznie, pokazuje jak dwuznaczne są dzisiaj wybory ideologiczne i światopoglądowe. A także jak niebezpieczne jest poruszanie się po minowym polu o nazwie „wartości”.
Całe biblioteki można zapełnić traktatami etycznymi, które zrodziła ludzka myśl w ciągu wieków, świeckich i motywowanych religijnie, powstałych na Zachodzie i w wielu innych kulturach i cywilizacjach. Dla mnie natomiast fundamentalne jest w tej kwestii jedno jedyne zdanie autorstwa znakomitego francuskiego chirurga, René Leriche’a. Brzmi ono tak: „Tylko jeden ból łatwo znieść: ból innych”.
Przypomina mi się ono zawsze, gdy przetacza się kolejny front wojny etyczno-kulturowej – a to w sprawie eutanazji, a to aborcji, a to właśnie w obliczu takich wyzwań, jakie niesie ze sobą sprawa Eluany Englaro. Cytowane zdanie Leriche’a, które wszak nie dotyczy tylko bólu czysto fizycznego i bezpośrednio odczuwanego, popycha mnie w kwestiach etycznych w stronę tego, co określa się mianem prawicy. Lewica, jakby wbrew swemu pierwotnemu etosowi, obecnie nazbyt pochopnie szafuje lekceważeniem bólu, rzecz jasna bólu innych. Do tych „prawicowych” pozycji w rzeczonej kwestii doszedłem, paradoksalnie, z lewicowego punktu wyjścia. Nie miało to nic wspólnego z chrześcijaństwem, z cywilizacją zachodnią, z prawem naturalnym itp. Znam osobiście jeszcze przynajmniej kilkanaście osób, które zajęły „prawicowe” pozycje w kwestii aborcji czy eutanazji właśnie taką okrężną drogą. Chyba najtrafniej wyraził to mój kolega, wieloletni wegetarianin i działacz na rzecz praw zwierząt, który powiedział kiedyś: wystrzegam się jak tylko mogę wszelkich praktyk związanych z cierpieniem żywych istot, a miałbym godzić się na aborcję, czyli niszczenie formy życia osobników mego własnego gatunku?
Można w nieskończoność przerzucać się argumentami, czy aborcja to „zabójstwo”, czy „usunięcie zlepka komórek”, czy dotyczy „dziecka”, czy „zygoty”, przytaczać opinie naukowców spod znaku „pro-life” i „pro-choice”. Ale w ostatecznym rozrachunku chodzi o zalążkową formę życia – w dodatku taką, którą każdy z nas kiedyś był. Nie mam wątpliwości, że bardzo problematyczne, a wręcz upokarzające jest urodzenie dziecka niechcianego, a jeszcze bardziej – wychowywanie go w stanie biedy i materialnych „braków”. Nie ma w tym nic godnego pochwały i żadne moralizowanie tego nie zmieni. Ale to za słaby argument, aby zezwalać na aborcję „na życzenie” lub „ze względów socjalnych”.
Tyle, że same zakazy niczego nie rozwiązują – z tego też powodu odmawiam zgody na dominację prawicowych poglądów w kwestii antykoncepcji i polityki socjalnej. Jeśli nie chcemy aborcji motywowanych uznaniowo lub finansowo, to powinniśmy zakazowi przerywania ciąży dać wsparcie w postaci taniej i łatwo dostępnej antykoncepcji, a rodzicom – realną pomoc finansową i instytucjonalną, aby wychowanie dziecka nie uczyniło z ich życia koszmaru. To właśnie mógłby być program lewicy, gdyby odeszła od nonszalanckiego traktowania zalążkowych form życia – zamiast „społeczeństwa skrobankowego”, byłoby to „społeczeństwo wspierające” świadome macierzyństwo i wychowanie dzieci. Byłby to również program uczciwej prawicy, która powinna uznać, że po pierwsze nie wszystkich obywateli obowiązuje katolicka wykładnia moralności, a po drugie – że jeśli chcemy „chronić życie”, to wypada to robić czynem, nie zaś przy pomocy nic nie kosztującego moralizowania i umywania rąk od cudzych problemów. Znacznie lepiej „chroni życie” – czyli ogranicza skalę aborcji – używanie prezerwatyw i pigułek antykoncepcyjnych, realna pomoc socjalna dla rodzin (nie zaś jej karykatura w postaci becikowego) czy gęsta sieć tanich żłobków i przedszkoli, niż ustawowy zakaz, w którego cieniu bez przeszkód funkcjonuje podziemie aborcyjne i „turystyka skrobankowa” do nieodległych Czech.
Dzisiejsza lewica porzuciła wszelką empatię, a w kwestiach etycznych zachowuje się tak, jakby chodziło co najwyżej o hodowlę jedwabników. Jednak prawica jest wrażliwa o wiele zbyt wybiórczo, aby jej „wartości” traktować serio. Sprawa śmierci Eluany Englaro pokazuje ten problem dobitnie. Trafnie zauważył Cezary Michalski, że sprawa śmierci Włoszki stała się kolejną okazją do politycznej mobilizacji środowisk, które wycierają sobie gębę „wartościami”, lecz nierzadko składają się z osób będących w wielu innych kwestiach antytezą jakichkolwiek wartości godnych pochwały. Jeśli czołowym moralistą staje się taka kanalia, jak Silvio Berlusconi, to mamy do czynienia z obrzydliwą tragifarsą i z niczym więcej.
Michalski jednak idzie w moim przekonaniu o krok za daleko. To prawda, że „wartości” i wymachiwanie sztandarem z nimi stanowią obecnie poręczny, dziecinnie prosty sposób mobilizacji politycznej. Nic tak nie emocjonuje hufców zwolenników dzisiejszej prawicy jak wizje „cywilizacji śmierci”, „upadku obyczajów”, „zagłady cywilizacji” i w ogóle Sodomy i Gomory, która jakoby miała się czaić tuż za rogiem. Całe mnóstwo łajdaków wychodzi z politycznego niebytu lub utrzymuje się na powierzchni tylko dlatego, że „konsekwentnie bronią życia” lub „troskliwie kultywują zagrożone tradycje”. Ale nie sposób uznać, że wśród tychże hufców nie ma – również na poziomie przywódców – ludzi szczerze przejętych takimi ideałami. Z Berlusconim należy się nie zgadzać i nie należy go szanować, natomiast z Markiem Jurkiem można się nie zgadzać, ale należy go szanować.
Sedno problemu tkwi gdzie indziej. Otóż nawet ta część prawicy, która autentycznie broni wartości niezależnie od tego, czy czerpie z owego faktu korzyści polityczne, jest ślepa na jedno oko, a zamiast ludzkiej twarzy posiada ludzki zaledwie jeden policzek. Ci sami, którzy współczują niszczonym zarodkowym formom człowieka lub protestują przeciwko odłączeniu chorych od aparatury podtrzymującej życie, bądź też są bardzo sceptyczni wobec eutanazji, jednocześnie na innych płaszczyznach popierają rozwiązania sprzeczne z ochroną życia. Sztandarowym przykładem takiej krótkowzroczności jest stosunek „wartościowej”, czyli neokonserwatywnej prawicy wobec ochrony środowiska. Grupy te przekonują, że najważniejszy jest człowiek i że nie można poświęcać jego dobrej kondycji na rzecz „jakichś roślinek”. Po pierwsze jednak, trudno znaleźć przykład faktycznego i dotkliwego prześladowania ludzi w imię „ochrony roślinek”. Po drugie zaś, człowiek jest w sensie biologicznym dokładnie taką samą częścią przyrody jak owe roślinki, a spustoszenia w ekosystemie odbijają się również na nas – prędzej czy później, ale zawsze. Wystarczy wiedzieć, jak ogromne i przeraźliwie bolesne żniwo zbierają tzw. choroby cywilizacyjne.
Ci sami „obrońcy życia”, którzy gotowi są publicznie ronić łzy nad Eluaną Englaro, zajadle zwalczają np. pomysły odwrotu w transporcie od nieograniczonego spalania ropy naftowej – tak jakby tysiące ludzi nie umierały z tego powodu w ogromnych boleściach na raka czy białaczkę. Ci sami ludzie, którzy uważają, że „ochrona życia” jest najwyższą wartością, przeciwstawną bezdusznej, materialistycznej koncepcji „prawa kobiet do własnego brzucha”, jednocześnie gotowi są rozerwać na strzępy każdego, kto proponowałby właśnie niematerialistyczne ujęcie problemu dewastacji środowiska, gdyby PKB miało od tego zmaleć o choćby 0,01%. Ci sami, którzy uważają transplantację organów za moralnie podejrzaną i sprzeczną z naturą, bez mrugnięcia okiem popierają o wiele większą i wciąż nieodgadnioną w kwestii skutków ingerencję w naturę, jaką stanowią manipulacje genetyczne czy klonowanie zwierząt – a przeciwników takich praktyk określają, dokładnie tak, jak sami są zwani przez oponentów: zacofańcami i ciemniakami.
Ale problem ten ma jeszcze szerszy wymiar, mianowicie gospodarczy. Nawet gdyby uznać, że taki wolny rynek, jaki wychwala neokonserwatywna prawica, jest najlepszy z punktu widzenia wskaźników makroekonomicznych i gwarantuje najszybszy globalny wzrost zamożności (co oczywiście jest dyskusyjne), to od kilku dekad wiadomo, że szeroko pojętą lepszą jakość życia – a więc nie tylko wysokie wskaźniki PKB, lecz także zaspokojenie wielu nieekonomicznych potrzeb czy dbałość o nie do końca materialistyczne aspekty ludzkiego bytowania – zapewniają te rozwiązania, które umownie można nazwać „społeczną gospodarką rynkową”. Owa jakość życia obejmuje nie tylko przyrost bogactwa, ale także jego w miarę równomierną dystrybucję w społeczeństwie, niski poziom przestępczości, łatwo dostępne i niedrogie usługi publiczne, dobrze zachowane środowisko, poczucie bezpieczeństwa egzystencjalnego (np. w obliczu starości) itp. Nie musi ona wcale iść w parze z zacofaniem, a wręcz przeciwnie – nierzadko nowoczesność i innowacyjność rozkwita prężnie na takim właśnie podłożu, jak choćby w Finlandii.
Gdyby trzymać się czysto materialistycznych i indywidualistycznych wskaźników, to być może np. system emerytalny, który opiera się na rozwiązaniach kapitałowych – każdy odkłada na swoją emeryturę i dostaje tyle, ile uskładał – jest wedle nich optymalny i sprawiedliwy. Ale czy ma on coś wspólnego z wartościami wspólnotowymi i z troską o słabszych? Czy emeryt, który otrzyma mizerne ochłapy z OFE, nie zasługuje na ochronę i wsparcie i czy jest on mniej bezbronny niż „życie poczęte”, skoro przyczyną niskich świadczeń niekoniecznie jest lenistwo i niechęć do pracy, lecz np. zamieszkiwanie w regionie, w którym dominują niskie płace? Być może z indywidualistycznego i materialistycznego punktu widzenia optymalna i sprawiedliwa forma gospodarki to taka, w której zakazano związków zawodowych, a pan i władca – pracodawca – wyciska z zatrudnionych ile się da. Ale czy pomiatanie pracownikami i wypłacanie im groszowych pensji przy braku realnych alternatyw – np. w regionie wysokiego bezrobocia – ma cokolwiek wspólnego z wartościami? I czy owi pracownicy na pewno są mniej bezbronni niż ci, których presja społeczna (rodziny, lekarzy itp.) skłoni do eutanazji?
„Cywilizacja śmierci” ma różne oblicza. Czasem jest to śmierć na ginekologicznym fotelu, innym razem w „klinice eutanazyjnej”. Czasem śmierć z głodu lub z przepracowania. Zawsze jest to jednak cywilizacja, w której łatwo znosimy ból – ból innych.
przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 21 stycznia 2009 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Wyniki mnie zadziwiły, chociaż nawet okiem nieprofesjonalisty widać, że ankieta jest zmanipulowana. Na przykład zadano pytanie: „Czy interesujesz się historią ostatniego półwiecza?”, z oczywistym podtekstem „spalić archiwa IPN, bo młodzieży to nie obchodzi”. Jest i tak zdumiewające, że większość, 38% odpowiedziała twierdząco (35% – nie, 27% – trudno powiedzieć). Historią interesują się zawodowi historycy i hobbyści. Moim hobby historia nie jest i miałabym kłopot, jak uczciwie odpowiedzieć na to pytanie. Natomiast chciałabym, aby polską historię zbadali i napisali polscy historycy, a nie polscy politycy wspólnie ze wszystkimi specsłużbami: SB, KGB, CIA, Mossadem lub pod dyktando Ukraińców, Rosjan, Niemców czy Francuzów. „Interesuję się historią”, ponieważ ten oczywisty postulat wciąż uchodzi za dziwactwo, za przejaw jakiegoś „polskiego kompleksu”.
Pytanie „Czy interesujesz się polityką?” – ma jeszcze mniej sensu. Ja np. bardzo się polityką interesuję, ale powinnam odpowiedzieć „nie”. Wyłączam telewizor, gdy słyszę o rywalizacji Olejniczaka i Napieralskiego o przywództwo w partii. Omijam rewelacje o pani senator, której policjanci na stacji PKP kupili i podali na peronie bułkę z szynką. Nie włączam telewizora na kłótnie z udziałem Palikota, Niesiołowskiego, Friszkego i moich byłych przyjaciół z KOR-u. Od czasu, kiedy Premierowi RP rząd pomylił się z piaskownicą i zabrał koledze samolocik, nie słucham i nie oglądam Premiera.
Nie podejmuję się wyjaśnić, dlaczego 53% ankietowanych nie interesuje się polityką i równocześnie 50% głosowałoby na PO. Najprostsze wyjaśnienie: ponieważ PO polityki nie prowadzi – jeży mi włos na głowie. Czyżby młodzi Polacy uważali, że rezygnacja z własnej polityki jest najlepszym sposobem przystosowania się do współczesnego świata? Jeśli tak, to muszę Was kochane kosmopolityczne robaczki rozczarować. Bez oparcia we własnym państwie ciężko żyć obywatelom świata. Wiedzą o tym Polacy, którzy „interesują się historią”. Niepodległość nie jest nikomu dana raz na zawsze. Przekonali się o tym sprytniejsi od Polaków Żydzi i teraz, nie przebierając w środkach, walczą o każdą piędź ziemi swojego państwa.
Najbardziej zdumiało mnie, że 57% Polaków w wieku 15-20 lat spędziło wakacje za granicą. Może Pentor i ja mamy innych znajomych albo praca za granicą pomyliła się z wakacjami? Z drugiej strony, jeśli ktoś nie ma cioci nad morzem a wujka w Zakopanem, to taniej jest wyjechać za granicę. Moi znajomi z gromadą dzieci, babcią i psem wynajmowali domek po słowackiej stronie Tatr, bo lepiej się kalkuluje niż wakacje w Zakopanem. Dzieci ze szkoły podstawowej w Rdziostowie niedaleko Nowego Sącza pierwszy raz zobaczyły morze w „zielonej szkole” w Kołobrzegu, chociaż ich rodzice i starsze rodzeństwo nieustannie kursują do pracy za granicą. 41% Polaków w wieku 15-19 lat pracowało w wakacje, ale pewnie w kraju, ponieważ nawet najbardziej lekkomyślne matki nie wysyłają córek przed maturą do pracy za granicą. W kraju trudno na wakacje za granicą zarobić. Mój siostrzeniec w lecie zbierał puszki po piwie nad Dunajcem i złom z całej okolicy. Zarobił na wyciągi w Rytrze, Wierchomli i Bereście, ale nie na wyjazd na narty w Dolomitach.
Młodzieży z okolic Nowego Sącza niedostępna jest praca w marketach. Duże sklepy zamykane są późno, gdy prywatne busiki już nie kursują i nie ma czym wrócić do domu. Miejska komunikacja nie przekracza rogatek miasta, ponieważ wójt gminy Chełmiec zauważył, że przed każdą wiejską chałupą stoi kilka samochodów. Co to znaczy, wyjaśnię na przykładzie. Rodzina Piotrka, ucznia Technikum Okrętowego, przeprowadziła się z Gdańska do Sopotu-Kamienny Potok. Piotrek narzekał, że to daleko od szkoły, ale bez problemu, czasem dwa razy dziennie, dojeżdża kolejką do Gdańska. Agnieszka mieszka w Klęczanach, 13 km od Nowego Sącza, czyli bliżej miała do swojego Technikum Budowlanego niż Piotrek, ale musiała przenieść się do internatu. Agnieszka wybrała studia z matematyki trochę dlatego, że na tym ekskluzywnym wydziale łatwiej było o stypendium. Teraz stypendiów nie ma, domu studenckiego nie ma i nie ma pociągów na linii Nowy Sącz – Chabówka. To prawdopodobnie mieli na myśli autorzy artykułu pisząc: „Na wszystko co dostawali ich rodzice, oni musieli ciężko zapracować”. Agnieszka pracuje udzielając korepetycji, ponieważ sprzedawać po domach nie potrafi. Chciałam przy okazji przypomnieć, że koleje w Galicji wybudowali nie komuniści, tylko Franciszek Józef, z zawodu cesarz.
Dla 42% młodzieży autorytetem są rodzice. Drugie miejsce (13%) zajmuje Jan Paweł II. Szkoda, że nie padło pytanie o sposób realizacji nauk tych autorytetów. Może dowiedzielibyśmy się czegoś pozytywnego o młodzieży, o jej zainteresowaniach, o wolontariacie lub segregowaniu śmieci, albo wspieraniu International Amnesty czy edukacji dzieci w Afryce. Autorzy piszą, że młodzież „lepiej rozumie kontekst globalny”, ale nic o tym nam nie mówią. Jan Paweł II czwartym światem nazwał tę część społeczeństw w krajach rozwiniętych, która nie uczestniczy w konsumowaniu konfitur globalizacji. Czy ankietowani coś wiedzą o czwartym świecie w Polsce? Istnieje tuż obok, w dolinie Smolnika wpadającego do Dunajca u podnóża Białowodzkiej Góry.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 21 stycznia 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Stary slogan reklamowy powiada, że reklama jest dźwignią handlu. Ale ten niemal mechanicystyczny obraz nie oddaje całej prawdy o współczesnej reklamie. W większym jeszcze stopniu jest ona symbolem baśniowej krainy zamieszkałej przez ludzi, którzy nigdy nie dorosną.
Spore wrażenie robi na mnie zwykle oferta tele-zakupów/tele-sklepów. Produkty tam oferowane to – mówiąc kolokwialnie – najgorszy szajs, łatwo niszczące się gadżety, zachwalane jako niezbędne w każdym gospodarstwie domowym, jako konieczne dla osiągnięcia lepszych rezultatów w pracy i w życiu towarzyskim. Najbardziej fascynuje sposób, w jaki towar ten przedstawiany jest potencjalnym klientom tele-sklepów.
Czas jakiś temu z perwersyjną niemal ciekawością obejrzałem blisko półgodzinną reklamę „laserowego grzebienia”, którego użycie ma cofać proces łysienia. Jak poinformowano potencjalną klientelę, produkt został opracowany w oparciu o nowoczesną technologią powstałą na użytek NASA (sic!). Najwyraźniej amerykański instytut kosmiczny troszczy się o to, by na wypadek bliskiego spotkania III stopnia kosmonauci mieli bujne czupryny. „Laserowy grzebień” mienił się od niebieskich i czerwonych diod, których dobroczynne promieniowanie przywraca rzekomo smutnym panom w tupecikach ich naturalne czupryny. Prowadzący tele-sklep ze starannie wystudiowanym uśmiechem zachwalali niezliczone walory urządzenia, które – w ostatecznym rachunku – przynieść ma nieszczęsnym, łysiejącym osobnikom rozwiązanie dręczących ich problemów, przywrócić fizyczną atrakcyjność i pewność siebie, a w ostateczności dać psychiczne ukojenie i szczęście.
Argument ze szczęścia to zresztą mantra współczesnej reklamy, także tej mniej topornej i kiczowatej niż oferta tele-sklepów. Interesujące, w jaki sposób zwykła gadżetomania, uzależnienie od posiadania coraz to nowych produktów, nieustanna presja na dokonywanie zakupów („po coraz niższej cenie”) łączy się z mniej lub bardziej subtelną sugestią, że cały ten zgiełk po to, by pojmowany jako konsument człowiek znalazł/odzyskał szczęście w swoim życiu. Od farb do włosów po nowy model samochodu, od zwykłej herbaty po kredyt w banku: szantażują nas z ekranów i billboardów szczęśliwi ludzie, którzy chcą nas uczynić na swój obraz i podobieństwo. I nic to, że żaden krem nie zdoła już zapobiec zmarszczkom, nic to, że kredyt mieszkaniowy na trzydzieści lat jest smutną koniecznością, nic to, że gazowany napój prędzej nabawi nas wrzodów, niż przeniesie do krainy fantazji, nic to, że najnowszy model komórki nie rozwiązuje problemów w relacjach z najbliższymi – i tak presja konsumpcji odciska na nas swe piętno, a na pociechę otrzymujemy dawkę pozytywnych emocji, które mają nas utwierdzić w słuszności dokonywanych wyborów. Niby nie ma w tym nic niezwykłego i w zasadzie można przyjąć, że każdy racjonalnie myślący człowiek zdaje sobie sprawę z umowności reklamy. A jednak…
W szkołach, do których uczęszczają moi nieletni krewni, między dziećmi trwa nieustanna rywalizacja o najlepszy, najnowszy model telefonu komórkowego, iPoda, itp. technicznych „uprzyjemniaczy” egzystencji. Oczywiście, ktoś sponsoruje tę dziecięcą rywalizację: rodzice. Socjalizacja, życie społeczne zaczyna się od przyswojenia najprostszej z reguł gry: człowiek jest tym, co ma i na co go stać. Tego typu uogólnienie może wydać się krzywdzące, ale kulturowo jest nie do podważenia. I co ważniejsze, znakomicie obnaża mechanizmy funkcjonowania świata dorosłych.
Dorośli z różnorakich przyczyn zmuszeni są często ukrywać swoje fascynacje gadżetami, czytelnymi znakami stanu posiadania itp., za konwenansami. Nie wypada ani przesadnie ostentacyjnie obnosić się z bogactwem, ani nazbyt wymownie okazywać zazdrości. Status materialny jest zresztą dla osób dorosłych, nie bez racji, znakiem ról społecznych i symbolem odpowiedzialności; trudno tu często rozgraniczyć między infantylnym poczuciem szczęścia, jakie dają przedmioty a ich rzeczywistą wartością użytkową, między majątkowymi, prestiżowymi zależnościami w obrębie grupy znajomych (pani domu szczycąca się na przyjęciu nowym kompletem mebli) a faktyczną potrzebą, np. wymiany sprzętów w gospodarstwie domowym.
Dzieci, ze swoją „naiwnością” i „dziecięctwem” mogą w nieskrępowany sposób, za aprobatą dorosłych licytować się na drobiazgi, wyznaczające ich miejsce w grupie rówieśniczej, poprawiające lub psujące im nastrój. Jest w tym coś naturalnego, czy może ściślej: nieuniknionego. Problem zaczyna się wtedy, gdy za niewypowiedzianym przyzwoleniem dorosłych chęć posiadania prowadzi do kradzieży, rozboju, do kompletnego braku rozróżnienia między wartościami etycznymi a materialnymi, gdy na stałe utrwala się infantylizm jako cecha nie tylko osobnicza, ale społeczna. To zresztą znamienne, jak ludzie majętni od pokoleń w sposób spokojny i zrównoważony potrafią obchodzić się z posiadanym majątkiem, gdy nowobogaccy sprawiają wrażenie, jakby zstąpili na ten ziemski padół łez prosto z Bollywood.
Polacy en masse są społeczeństwem nuworyszy. To, co zachodnie państwa przyswajały – choć przecież nie bez trudu i kryzysów – przez dziesięciolecia, jeśli nie dłużej, w Polsce zdobywa się szybciej, gwałtowniej, z o wiele większą zachłannością, a co za tym idzie, brakiem krytycyzmu. Materialny dobrobyt, w gruncie rzeczy nieodzowny dla prawidłowego funkcjonowania w życiu społecznym, staje się fetyszem, usprawiedliwieniem atomizacji i znieczulicy społecznej, bezrefleksyjnego kultu gospodarki, ekonomicznego darwinizmu. Społeczeństwo dużych dzieci pcha przed sobą wózki wypchane zakupami a później zamyka się w domach, by delektować się swoim dobrobytem (bo „rodzina jest najważniejsza”). Jakie to może mieć konsekwencje dla życia i kultury społecznej, dla jakości instytucji i tzw. demokracji przedstawicielskiej?
Szczęśliwi ludzie nie muszą zadawać sobie takich pytań…
przez Anna Mieszczanek | środa 21 stycznia 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Oczywiście się wzruszyłam. Orkiestra kupiła sprzęt wart sto milionów – złotych czy dolarów, nie zapamiętałam. W każdym razie sprzęt wart bardzo dużo.
Tak jak zaraz po 1989 roku nie wypadało być krytycznym wobec „Gazety Wyborczej”, tak dziś – w pewnych środowiskach, rzecz jasna – nie wypada być krytycznym wobec Orkiestry. Więc, zapewne, spore grono osób nie będzie lubić tego, co zaraz napiszę. Bo Orkiestrę należy kochać i szanować. Co rozumiem, rzecz jasna. Bo jak gra Orkiestra, to czujemy się z nią dobrze – mamy poczucie, że przyczyniamy się wspólnie do czegoś ważnego i dobrego. Czujemy się dobroczyńcami w słusznej sprawie. I lubimy ten stan ducha, no bo dlaczego by inaczej.
Nie wiem, ile wart jest sprzęt, którym dysponują wszystkie polskie szpitale. Też pewnie miliony dolarów. Albo złotych. W każdym razie bardzo dużo.
Kto kupił ten sprzęt?
Kto, wobec tego, jest dobroczyńcą wszystkich tych osób, które dzięki temu sprzętowi zostały wyleczone, uratowane? No, kto?
Kupiono ten sprzęt z pieniędzy budżetowych.
Czyli: kupiliśmy go my wszyscy, ponieważ pieniądze budżetowe biorą się głownie z podatków, które my wszyscy, czyli każdy z nas, płacimy państwu. Państwu, na którego istnienie godzimy się, uznając, że nie ma innego sposobu, aby sprawnie załatwiać sprawy najważniejsze dla istnienia wspólnoty. Miedzy innymi zarządzać pieniędzmi z naszych podatków.
Ponieważ państwo każe nam te podatki płacić, pod rygorami różnymi nieprzyjemnymi, a potem wrzuca je do czarnego budżetowego wora, nad którym mało kto ma kontrolę – nikt z nas nie ma poczucia, że jest co miesiąc dobroczyńca. A jest. Każdy z nas co miesiąc finansuje kawalątek jakiejś szkoły, szpitala, komisariatu policji albo pensji urzędnika skarbowego, który bywa dla nas – petentów – mało miły, żeby użyć sobie takiego eufemizmu.
Ten brak połączenia – w zasadzie w mózgu, ale także w realu – pomiędzy aktem odprowadzenia podatków do urzędu skarbowego a faktem istnienia szpitali, szkół, policji i pensji dla urzędników skarbówki, powoduje, że tak bardzo potrzebujemy Orkiestry z jej wspaniałym czerwonym serduszkiem, żeby poczuć, że zarabiamy pieniądze nie tylko dla siebie, ale także dla Wspólnoty.
Co by się zmieniło, gdyby to połączenie istniało? Proste. Czulibyśmy, wstając co rano z łóżka, że jesteśmy u siebie i że możemy być przyjemnie zadowoleni z tego, co już zrobiliśmy. A również: że możemy wymagać od państwa, żeby naszymi pieniędzmi zarządzało tak, aby było nam przyjemnie z nich korzystać. Żeby szkoła była przyjazna dla dziecka, szpital dla chorego, a urzędnik dla dobroczyńcy.
Dobroczyńcy umęczeni wypełnianiem pitów! No, co właściwie? Łączmy się? Trochę głupio. No to przynajmniej: czujmy się tak, jak na to zasługujemy! Czyli dobrze. Doceniajmy to, co i tak robimy na co dzień, nawet jeśli dziś nie mamy świadomości, że to robimy. A jak ta świadomość zacznie nam towarzyszyć na co dzień – to się dopiero będzie działo!
przez Remigiusz Okraska | środa 21 stycznia 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Kryzys gospodarczy ma, a raczej mógłby mieć, oprócz kosztów społecznych, także pozytywne skutki. W przypadku obecnego załamania ekonomicznego nie będzie jednak zapewne tak dobrze, jak mogłoby być. Widać już, że jedyne, na co możemy liczyć, to eskalacja zjawiska, które Noam Chomsky już kilkanaście lat temu nazwał „prywatyzacją zysków i uspołecznieniem kosztów”. Na takim mechanizmie bazuje cała praktyka neoliberalizmu – coraz mniejsza garstka zgarnia coraz większe zyski, natomiast społeczne koszty jej działalności spadają na państwo, a wręcz – wskutek jego demontażu – na nas samych. Bogaci płacą coraz niższe podatki, duże firmy otrzymują wieloletnie ulgi fiskalne, zmniejsza się ich partycypacja w finansowaniu usług publicznych. Samo państwo czyni oszczędności nie na zbrojeniach (ktoś musi przecież dokonywać „misji stabilizacyjnych”, czyli zapewniać koncernom dostęp do tanich surowców w zapalnych regionach świata i gwarantować nowe rynki zbytu), nie na „wspieraniu prywatnej przedsiębiorczości”, lecz na publicznej służbie zdrowia, edukacji, systemie emerytalno-rentowym czy tej części infrastruktury, która służy zwykłym obywatelom, nie zaś globalnym komiwojażerom. Dlaczego gros nakładów na budowę i remonty dróg dotyczy autostrad, tras szybkiego ruchu czy transgranicznych „korytarzy transportowych” itp., nie zaś rozsypujących się i dziurawych dróg na prowincji? Ano dlatego.
To budżet, czyli my wszyscy ponosimy skutki – również finansowe – działań wielkiego biznesu: opłacamy leczenie chorób dróg oddechowych osób zamieszkałych przy trasach, którymi pędzą tiry wypchane towarami albo płacimy za wysiedlenia mieszkańców okolic, które ktoś upatrzył sobie na lokalizację centrum handlowego. Coraz częściej zresztą odmawia się nam prawa do sfinansowania tego z budżetu – płacić mamy i podatki, i dodatkowe haracze. A to przymusowe, jak opłaty za służbę zdrowia czy edukację, a to takie, które wymuszane są szantażami moralnymi: jeśli nie dacie grosza Owsiakowi, to więcej osób umrze w szpitalach wyposażonych ostatnio w latach 60.; jeśli nie kupicie świeczki Caritasu, to bezrobotni nie dostaną zupy; jeśli nie klikniecie w „Pajacyka”, to dzieci z bieszczadzkich wsi nie otrzymają szkolnej wyprawki.
Nawiasem mówiąc, śmiech pusty mnie ogarnia, gdy słyszę wywody, że powrócił XIX-wieczny kapitalizm. W moim rodzinnym mieście XIX-wieczny kapitalista, właściciel potężnych wówczas zakładów bawełnianych, za część swego zysku wybudował z własnej nieprzymuszonej woli nowoczesne wtedy robotnicze osiedle, zajmujące 1/3 obszaru ówczesnego miasta, z łaźnią, domem ludowym, szkołą, parkiem i tanią jadłodajnią, stadionem i siedzibą klubu sportowego, a w środku tegoż osiedla sam zamieszkał w „pałacyku” wielkości dzisiejszej willi kogoś, kto produkuje uszczelki lub plastikowe wiaderka. A teraz pokażcie mi w Polsce robotnicze osiedle wybudowane w ostatnich dwóch dekadach przez Procter & Gamble, Dell, General Motors czy Auchan. Albo menedżera, który mieszka wśród szeregowych pracowników swojej firmy.
Dzisiejszy kryzys gospodarczy jest taki, jak zwykle. Państwo, czyli budżet, czyli my – finansujemy miękkie lądowanie wielkiego biznesu. Tak było zawsze i nie ma nad czym rozdzierać szat. Tzw. wolny rynek w postaci, którą wychwalają dziarscy chłopcy z UPR-u i podobnych sekt, istniał ostatnio na większą skalę we wczesnym średniowieczu – później były już tylko rozmaite formy interwencjonizmu państwowego, bez których prywatny biznes nigdy nie rozwinąłby skrzydeł. Nie musiał to być interwencjonizm typowo gospodarczy – bo wspomniany przykład przemysłowca z mego miasta pokazuje, że i bez niego można na krótką metę robić wielkie pieniądze – jednak jakiś być musiał. Wystarczyło, że zamiast dotacji do przemysłu rząd Jej Królewskiej Mości finansował sprawne kanonierki, które zapewniały brytyjskiej burżuazji „wolny handel” w połowie świata. Bez państwowych armat koszty produkcji i sprzedaży prywatnego masła nie pozwoliłyby zbilansować działalności gospodarczej tak, by wyjść na swoje – i mowa właśnie o dużym biznesie, bo ten działający w skali miasta czy regionu poradziłby sobie jeśli nie bez taniego policjanta, to na pewno bez drogich kanonierek.
Dlatego też nie ma sensu ronić łez nad tym, że państwo w okresie kryzysu jeszcze bardziej wspiera biznes i ratuje mu skórę. Dziś nie tylko nieliczni uczciwi liberałowie, ale także rozmaite środowiska prospołeczne lamentują, że miliony złotych, funtów i dolarów trafiają do na poły zbankrutowanych mędrków, którzy do niedawna uważali, że dzień bez pomstowania na wydatki publiczne jest dniem straconym. Rozumiem, że to musi budzić krytykę, żal czy wręcz wściekłość – gdy „obrońcy podatników” przed „rozdętym państwem” bezczelnie żądają od tegoż państwa i podatników ogromnych dotacji na ratowanie swoich nierentownych biznesów. Niestety, problem ten przypomina kwadraturę koła. Oczywiście niemoralne jest wspieranie takich przedsięwzięć i ich pyszałkowatych właścicieli, ale jednocześnie nie sposób nie zauważyć, że z ich losami powiązane są losy milionów „szarych ludzi”. Wszelki radykalizm – także ten spod znaku wezwań „ani grosza dla wielkiej finansjery” – ma to do siebie, że świetnie wygląda na papierze, ale w tych wszystkich obrzydliwych wielkich koncernach pracują nasi koledzy, rodziny, znajomi czy wręcz my sami. Problemem nie jest to, że wielki biznes otrzymuje w obliczu kryzysu koło ratunkowe sfinansowane z budżetu. Problem tkwi w tym, że podczas obecnego kryzysu dotacjom nie towarzyszy zmiana filozofii dotyczącej roli państwa.
O ile wielki kryzys przełomu lat 20. i 30. zaowocował zmianą całego paradygmatu gospodarczego i pociągnął za sobą przeobrażenia w polityce państwa, o tyle dziś budżet jest ogołacany przez pogrążone w zapaści prywatne koncerny, które nadal są prywatnymi koncernami, a ich szefowie i finansowani przez nich propagandyści z rozmaitych neoliberalnych think tanków wciąż nadymają policzki i bez umiaru raczą nas swymi mądrościami. Nie dziwię się więc głosom tych, którzy uważają, że kilku facetów z Wall Street i City oraz ich kamerdynerów ze szkoły Miltona Friedmana należałoby raczej dożywotnio zamknąć w ciasnej celi niż wspierać z budżetu. Dzisiejszy kryzys ma bowiem niestety to do siebie, że nie skutkuje żadnymi przemianami ideowymi i systemowymi. Owszem, ktoś tam ponarzeka na niestabilny i ryzykogenny „światowy system finansów”, ktoś zażąda, aby dotowane koncerny raczej ograniczyły zarobki menedżerów niż wyrzuciły na bruk tysiące pracowników, ale poziom refleksji nad zbankrutowanym liberalnym kapitalizmem to popłuczyny po krytyce, jakiej poddano go na przełomie drugiej i trzeciej dekady XX wieku. I to nie tej ze strony „ekstremistów”, „populistów” i „nieodpowiedzialnych krzykaczy”, lecz padającej z ust czołowych przywódców i autorytetów naukowych ówczesnego świata.
Mógłbym tu zacytować nie pozostawiające suchej nitki na liberalnym kapitalizmie wypowiedzi Franklina Delano Roosevelta czy Eugeniusza Kwiatkowskiego, ale zostawię je sobie na inną okazję. Bardziej wymowne, bo odnoszące się do sfery praktyki, wydają mi się dwa przykłady polityki państwa w reakcji na kryzys gospodarczy i nieodpowiedzialne poczynania wielkiego kapitału. Dobrych wzorców nigdy dość.
Pierwszym ciekawym przykładem jest tzw. afera żyrardowska. W Żyrardowie wybudowano w XIX w. wielkie zakłady tkackie, rozwijane przez kolejne dekady do tego stopnia, że tuż przed wybuchem I wojny światowej były największym przedsiębiorstwem tekstylnym na ziemiach zaboru rosyjskiego oraz największym w Europie producentem wyrobów lnianych, cenionym i renomowanym w wielu krajach. Po wojnie szybko odbudowano potencjał produkcyjny fabryki. W 1923 r. zakłady sprzedano francuskiemu konsorcjum. „Inwestor zagraniczny” skorzystał ze sposobności – zaczął prowadzić rabunkową gospodarkę, znacząco zmniejszył zatrudnienie, wykazywał fikcyjne straty, aby uniknąć płacenia podatków, zyski transferował zagranicę, a renomowaną marką sygnował tandetę wyprodukowaną diabli wiedzą gdzie. Zapaść przeżyła nie tylko fabryka, ale także całe miasto, którego dotychczas była sercem. Doszło do konfliktu władz lokalnych z przedsiębiorcą, sprawa stała się głośna w całej Polsce, do Sejmu i władz państwa wpływały odezwy zwracające uwagę na ten problem. Gdy do skutków polityki Francuzów doszły efekty kryzysu gospodarczego, opinia publiczna naciskała na decydentów coraz mocniej. W 1934 r. państwo polskie angażuje się w rozwiązanie problemu – dzieje się to na szczeblu międzynarodowym i owocuje nadwerężeniem stosunków z Francją, nie obywa się bez procesów sądowych, ale po dwóch latach przynosi efekt w postaci de facto nacjonalizacji fabryki, której właścicielem zostaje Państwowy Bank Rolny. Od 1936 r. zakłady dźwigają się z upadku, rośnie produkcja i zatrudnienie, miasto ożywa.
Jeszcze bardziej ciekawy, bo nie mający podłoża prokuratorsko-aferalnego, jest przypadek przejęcia przez państwo łódzkich zakładów włókienniczych Scheiblera-Grohmana. Była to nie tylko ogromna fabryka znana w całej Polsce i Europie, ale niemalże symbol przemysłowej Łodzi, miasta, które powstało właśnie wokół tej i kilku podobnych inwestycji – o imperium Scheiblera mawiano, że to „miasto w mieście”, bo zajmowało 50 hektarów, 1/7 powierzchni drugiego pod względem wielkości ośrodka municypalnego ówczesnej Polski. Socjalista Władysław Broniewski w wierszu o Mieście Włókniarzy, pisał: „Tuczą się Łodzią tłuste Scheiblery…”. Gdy jednak fabryka podupadła wskutek kryzysu gospodarczego, utraciła zdolność kredytową, a zadłużenie wobec skarbu państwa sprawiło, że zarząd nad firmą przejął w 1934 r. państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego. Stefan Bratkowski określił „reanimację” tych zakładów pod państwową kontrolą „najbardziej pouczającym polskim doświadczeniem” tego typu.
Takich przykładów było w okresie pokryzysowym lat 30. znacznie więcej – z bardziej znanych można wspomnieć jeszcze objęcie przez państwo większościowych udziałów w śląskiej Hucie „Pokój” (6 tys. pracowników) czy koncernie „Wspólnota Interesów Górniczo-Hutniczych” (łącznie 27 tys. zatrudnionych). Bez trudu znajdziemy wiele podobnych przykładów z owej epoki w większości rozwiniętych krajów świata. Pokazują one, jak ogromna różnica dzieli dzisiejsze finansowanie lekką rączką upadłych aniołów liberalnego kapitalizmu od ówczesnego przejmowania przez państwo odpowiedzialności za losy obywateli i substancję przemysłową.
Dziś państwo powinno jedną ręką wesprzeć przedsiębiorstwa znajdujące się w kryzysie, a drugą rękę zacisnąć na gardle tych, którzy doprowadzili je do takiego stanu. Bo jeśli ręce z gotówką nie będzie towarzyszyła zaciśnięta pięść, wówczas gdy tylko wielki biznes za nasze pieniądze znów stanie na nogach, zaciśnie na nas swoją neoliberalną pięść. A słabe i bezbronne państwo będzie musiało ponownie „stwarzać przyjazne otoczenie dla inwestorów” – aż do kolejnego kryzysu.
przez redakcja | sobota 3 stycznia 2009 | Zbigniew Romaszewski
Nie sposób pisać o wadach i zaletach transformacji ustrojowej bez uwzględnienia jej wewnętrznych i zewnętrznych determinant. Nie sądzę, aby w momencie jej przeprowadzania ktokolwiek był w stanie dokonywać świadomego wyboru realnie istniejących możliwości, które z kolei ulegały zmianom z miesiąca na miesiąc.
Opozycja, a właściwie całe „solidarnościowe” społeczeństwo domagały się przede wszystkim wolności politycznych i suwerenności państwa. Właściwie cała uwaga koncentrowała się wokół tych wartości. Z drugiej strony, elity komunistycznego państwa domagały się zachowania własnej pozycji w nowej rzeczywistości i chyba nawet nie wyobrażały sobie jej utracenia. Sądzę, że zarówno społeczeństwo, jak i aparat władzy miały przed oczami jako model gospodarczy wyidealizowany system państwa dobrobytu oparty na ekonomii Keynesa. Wspólne były marzenia o stabilnej własności prywatnej, i wolnym, ale jakoś kontrolowanym przez państwo rynku, z udziałem silnych przedsiębiorstw państwowych. Nikt nie wyobrażał sobie prywatyzowania elektrowni, kolei, stoczni itd.
Ani społeczeństwo, ani opozycja, ani władza komunistyczna nie wyobrażali sobie do końca, w którym momencie proces transformacyjny się zacznie i jak daleko może sięgnąć. Tym bardziej, że od momentu, gdy weszliśmy na drogę reform, jeszcze dwa lata funkcjonował Związek Radziecki i nic nie zapowiadało przemian ustrojowych w krajach satelickich. Tak więc nikt do końca nie wiedział, co nam, Polakom, naprawdę wolno.
Ustalenia „okrągłego stołu” sprowadzały się do systemu, w którym opozycja uzyskiwała poprzez Senat negatywną kontrolę nad władzą (skuteczne odrzucanie ustaw), zaś w sferze gospodarczej NSZZ „Solidarność” mogła funkcjonować organizując usamorządowienie zakładów pracy. Obietnica następnych wolnych wyborów oraz organ opozycji (wstyd się przyznać – była to „Gazeta Wyborcza”) podlegający cenzurze, to wynik „okrągłego stołu”, uznany za sukces przez większość doświadczonych statystów sceny politycznej. Nawiasem mówiąc, „nasz” rząd wcale nie był entuzjastą likwidacji cenzury.
Katastrofa wyborcza strony komunistycznej, zdrada partii satelickich, a także bardziej lub mniej aksamitne rewolucje w innych krajach bloku rozszerzyły perspektywy przemian. Dość szybko zrozumiało to oszołomione sukcesem społeczeństwo i przynajmniej część nowo wybranego parlamentu. Jednakże najwybitniejsze głowy polityczne opozycji kontynuowały swój projekt i poparły w Zgromadzeniu Narodowym kandydaturę Jaruzelskiego na prezydenta państwa. Bały się, skądinąd chyba słusznie, przejęcia odpowiedzialności za władzę.
Należy sobie bardzo wyraźnie zdawać sprawę z tego, że opozycja była słaba zarówno kadrowo, jak i programowo. Żyliśmy w kraju komunistycznym, odcięci od informacji, od możliwości awansu, od okazji bezpośredniego zapoznawania się z doświadczeniami innych krajów i poddawani bardziej lub mniej uciążliwym represjom. W tych warunkach szersze dyskusje dotyczyły raczej bezpośredniej taktyki toczenia walki (struktury organizacyjne, metody), niż założeń budowy przyszłego państwa. Pewien program wybiegający w przyszłość, i to dość udany, uchwalił I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ „Solidarność”. Natomiast po wprowadzeniu stanu wojennego jakieś większe projekty budowy nowego państwa wydawały się całkowicie abstrakcyjne i wszelkie dywagacje na ten temat były czystą stratą czasu. Nieliczne próby podejmowania tych problemów wydawałyby się dzisiaj żenujące ze względu na swą anachroniczność.
Tak więc jeśli nawet mieliśmy w jakimś resorcie „swojego” ministra, to wkraczał on do pracy z zespołem 15-20 ludzi, którzy będąc kreatywnymi i zdolnymi, a nie było to wcale regułą, pozostawali zależni od wiedzy o funkcjonowaniu państwa i jego zasobach, przekazywanej im przez komunistyczną biurokrację budowaną w oparciu o partyjną nomenklaturę1. W miarę upływu czasu, problem ten był przełamywany, ale nie sądzę, żeby został przełamany do dzisiaj. Nie ma już starej nomenklatury, ale jej wychowankowie i spadkobiercy są nadal aktywni.
Wiadomo było, jak organizując rewolucję można obalić kapitalizm, znaliśmy również tego skutki. Ale jak bez rewolucji (a takie było założenie popierane przez większość społeczeństwa) wyjść z komunizmu i zbudować demokratyczne państwo, tego nie wiedział nikt na świecie i to musieliśmy wymyślić sami. Na dodatek w wyniku rozpadu obozu komunistycznego, poglądy dotyczące praw człowieka, demokracji i gospodarki zaczęły ewoluować. Świat kapitału i wielkich korporacji, niezagrożony niczym, zaczął dyktować nowe prawa, nowe zasady demokracji, nowe wartości. Poczciwy Keynes odpłynął w niepamięć, a my musieliśmy wdrażać nowe zasady uciekającego świata.
Czy można je było odrzucić?
Niektóre idiotyzmy na pewno tak, ale na odrzucenie ogólnego trendu byliśmy za słabi. Kraj był zniszczony komunistycznymi rządami, gospodarka niekonkurencyjna, modernizacja wymagała kapitału. Kapitał można było uzyskać z prywatyzacji. Nikt nie ratuje bankruta bez korzyści dla siebie i to oczywista dla każdego zasada. Kiedy w wyniku rozpadu świata komunistycznego interesy polityczne przestały odgrywać istotną rolę, zaczęły obowiązywać zasady neoliberalne. Na to należy nałożyć korupcję postkomunistycznych służb specjalnych i biurokracji, a także grzechy i głupotę środowisk byłej opozycji, którą można tłumaczyć brakiem doświadczenia i konsekwentną manipulacją2. Rezultat procesów prywatyzacyjnych można prześledzić na listach 100 najbogatszych ludzi w Polsce, gdzie co najmniej 80% pochodzi ze służb specjalnych lub środowisk związanych z establishmentem PRL.
Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że cała opozycja, a do dziś większość parlamentarzystów, postrzega państwo w świetle doświadczeń budżetów domowych. Tak więc milion to mnóstwo, a miliard to mnóstwo mnóstwa. Brak kompetencji to plaga, a skorumpowani eksperci to jeszcze większa plaga. W tym kontekście należy sobie przypomnieć, że postać Łukaszenki w sąsiedniej Białorusi wypłynęła na fali społecznego protestu wobec złodziejskiej prywatyzacji. Jest to częściowo odpowiedź na pytanie o alternatywy. Na szczęście Bóg i tradycja narodowa nas przed tym ustrzegły.
Wreszcie ostatni problem transformacji, chyba najważniejszy i stanowiący do dziś najpoważniejsze zagrożenie dla porządku społecznego na całym świecie: narzędzia, którymi należało dokonać transformacji, a więc prawo, prawo stanowione, a także media jako podstawowe źródło komunikacji między władzą a społeczeństwem.
W rzeczywistości społeczeństwo żyje w sferze prawa zwyczajowego, które może być stymulowane z zewnątrz przez prawo stanowione. Przecież nikt, poza profesjonalistami, a i ci nie zawsze, nie czyta Dziennika Ustaw, którego od 1989 r. wydrukowaliśmy około 300 tys. stron Zamiast tego dowiaduje się od znajomych, jak się daną sprawę załatwia. Tak więc tworzy się pewna społeczna wykładnia przepisów prawa. Proces ten zajmuje wcale niemało czasu i w moim przekonaniu stanowi pewną nieprzekraczalną barierę możliwości przyspieszania procesu reform. Przeciętny obywatel, a nawet parlamentarzysta czy doświadczony prawnik, nie są w stanie przewidzieć do końca skutków stanowionych przepisów poddanych konfrontacji ze złożonym życiem społecznym. Stąd mój sceptycyzm w stosunku do pomysłów Konstytucji Europejskiej czy Traktatu Lizbońskiego. Każdy proces budowania życia społecznego „od góry”, zgodnie z jakąś doktryną, musi budzić podejrzenia. Procesy integracyjne powinny wyrastać z rzeczywistych potrzeb ludzkich. W przeciwnym wypadku zadekretowana miłość i współpraca może skończyć się jak w Jugosławii.
Nie zmienia to postaci rzeczy, że innych narzędzi prowadzenia reformy nie ma, a sam proces poprawiania komunikacji między władzą a społeczeństwem mogą zapewnić jedynie sprawne i pluralistyczne media. W przypadku polskiej transformacji media zawiodły, stając się w ogromnej mierze tubą propagandową koncepcji neoliberalnych, cenzurując jednocześnie bardzo szczegółowo wszelkie informacje mogące podważyć nieomylność arcykapłanów reformy, bądź wskazać jej negatywne skutki dla życia społecznego.
Bardzo mało osób wie, że pierwszą ustawą złożoną w Sejmie przez rząd Jana Olszewskiego była ustawa o Prokuratorii Generalnej, instytucji mającej sprawować pieczę prawną nad majątkiem Skarbu Państwa. Instytucja ta – i to o bardzo okrojonych kompetencjach – powstała dopiero po 8 czy 10 latach, kiedy majątek ten został w dużej mierze rozgrabiony.
***
Bezdyskusyjnie największym osiągnięciem reformy było zapewnienie wolności politycznych obywatelom i suwerenności państwu. Osobną kwestią jest to, jak obywatele potrafią z tych wolności korzystać i jak są manipulowani. Tym niemniej posiadają możliwości wpływania na władzę nie mniejsze niż w starych demokracjach, a i środki manipulacji nie odbiegają bardzo od światowych standardów. Ponadto obserwujemy bezsprzeczny wzrost statusu materialnego społeczeństwa, przy czym niezależnie od wzrostu stratyfikacji społecznej, dotyczy to praktycznie wszystkich warstw.
Do negatywnych skutków transformacji zaliczyłbym przemiany społecznego etosu. Wartości kolektywne, jak solidarność, odpowiedzialność za państwo, wspólnotę, współpraca, zostały zastąpione przez osobisty sukces, konkurencję, ambicję, a kłopotliwe słowo „chciwość” zostało po prostu wyeliminowane z języka polskiego. Zastąpił je pozytywny „zysk”, który stał się naczelną miarą ludzkich osiągnięć. Sądzę, że i tu zbliżyliśmy się do międzynarodowych standardów, choć w krajach stabilnej demokracji nie wygląda to, przynajmniej z zewnątrz, tak karykaturalnie jak w kraju akumulacji kapitału. Myślę, że reakcja na bodźce medialne nawołujące do hedonistycznego traktowania życia i konsumpcji została tam przytępiona i sądzę, że w Polsce niedługo będzie podobnie.
Zasadniczą wadą prowadzonej transformacji była koncentracja na efektach ekonomicznych, przy całkowitym niedostrzeganiu problemów infrastruktury społecznej. Spekulacyjna wyprzedaż mieszkań zakładowych wraz z lokatorami, likwidacja z dnia na dzień PGR-ów, to działania, które trudno traktować inaczej niż jako liberalny bolszewizm.
Znamienne jest, że zarówno w decyzjach władz, jak i w orzeczeniach Trybunału Konstytucyjnego i sądów, mamy do czynienia z sakralizacją własności, ale tylko tej sprzed wojny i tej zdobytej po 1990 roku. PRL-owski dorobek zwykłych obywateli nie jest w ogóle chroniony (chyba, że chodzi o SB-ckie emerytury). Nieoprocentowanie depozytów mieszkaniowych przez Balcerowicza, które daje się porównać jedynie z bierutowską wymianą pieniędzy, w żaden sposób nie narusza świętego prawa własności. Podobnie jest z rzekomą „spółdzielczością” mieszkaniową. Wszelkie próby reformowania jej na rzecz lokatorów spotykają się z konsekwentnym oporem ze strony TK i wymiaru sprawiedliwości. Przykłady takie można mnożyć. Wszystkie one godzą w wiarygodność i efektywność państwa jako instytucji powołanej do ochrony szerokich rzesz obywateli.
Ponieważ rolę poszczególnych czynników w kształtowaniu transformacji omówiłem już na wstępie, tu ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że w procesie transformacyjnym miejsce doktryny komunistycznej zajęła podobnie „jedynie słuszna” doktryna neoliberalna. I tak do 2008 r., kiedy w związku z kryzysem zaczyna narastać krytycyzm.
***
Trzeba zauważyć, że przemiany polityczne dotyczące przywrócenia suwerenności, wolności słowa, wolności zrzeszeń i zgromadzeń, wolnych wyborów, wreszcie wolności gospodarczej, wychodziły naprzeciw oczekiwaniom społeczeństwa. W ten sposób wypromowani „architekci” przeobrażeń zyskiwali wiarygodność. Należy również pamiętać o tym, że społeczeństwo było zmęczone nędzą PRL-u, a także toczoną od 8 lat walką z systemem. Tak więc dysponując wiarygodnymi i sprawdzonymi przywódcami, przestało aktywnie funkcjonować w sferze politycznej i rzuciło się w wir działalności gospodarczej. Ponieważ jednak nie wszystkim układało się tak, jak oczekiwali, co pewien czas społeczeństwo kontestowało i wybierało niespodziewanie postkomunistów (rok 1993, 2001). Reforma ustrojowa przyniosła awans społeczny inteligencji i to ona stała się głównym promotorem neoliberalnej transformacji. Pozbawione w dużej mierze swych elit i ścigane problemami dnia codziennego społeczeństwo, stać było jedynie na akty kontestacji.
Oczywiście transformacja nie miała nic wspólnego z programem przyjętym przez I Zjazd „Solidarności” czy nawet z umowami „okrągłego stołu”. Były one daleko bardziej prospołeczne, ale w warunkach szybko toczących się przemian i nasilonej propagandy stawały się w oczach szerokiej opinii publicznej coraz bardziej anachroniczne.
***
Jak już pisałem, nie bardzo istniały wzorce dla przeprowadzenia transformacji. Neoliberalizujące elity ochoczo powoływały się na przykłady Hiszpanii i Chile, tyle tylko, że tam transformacja dotyczyła przejścia od prawicowej dyktatury do wolnorynkowej demokracji. U nas za to szliśmy do demokracji od lewicowego totalitaryzmu i pełne wdrożenie neoliberalnej doktryny Friedmana, kosztem państwa słabo, ale jednak opiekuńczego, mogłoby spotkać się z dość radykalnym sprzeciwem szerokich rzesz społecznych.
Tak więc pozostawały wzorce systemów prawnych rozwiniętych demokracji lub II Rzeczypospolitej. Te ostatnie były anachroniczne wobec rozwoju cywilizacyjnego, który przyniosła druga połowa XX wieku. PRL była w najlepszym wypadku krajem rozwijającym się i przenoszenie wzorców z krajów rozwiniętych kolidowało ze stanem świadomości społeczeństwa. To znamienne, że przy kulcie autorytetów zupełnie nie daje się wypromować prawie banalnej myśli noblisty Stiglitza, iż systemy gospodarcze muszą być adekwatne do stopnia cywilizacji i świadomości społeczeństw. Być może szkoda, że nie zwrócono większej uwagi na systemy społeczno-gospodarcze krajów skandynawskich, ale odnoszono się wtedy do państwa opiekuńczego niezwykle krytycznie, wręcz lekceważąco.
Prowadząc transformację, nie zauważano lub skutecznie tępiono różne rozwiązania, które miały szanse zakorzenić się w polskim społeczeństwie i mogły zmienić charakter transformacji. Na przykład rozwiązanie nawiązujące wręcz do tradycji „Solidarności”, to własność pracownicza. Sam uczestniczyłem w kilku bojach o powołanie spółek pracowniczych. Za każdym razem trafiałem na mur nie do przebicia. Co głupsi argumentowali populistycznie, że uwłaszczenie pracowników narusza równość społeczną. Bo na czym uwłaszczyć nauczycieli? Pracownicy Banku Śląskiego zostali uwłaszczeni nie najgorzej i nikomu to nie przeszkadzało. Drugi argument był dużo poważniejszy. Dotyczył on potrzeby dokapitalizowania przedsiębiorstw. I to był realny problem. Tym niemniej istniała pewna ilość zakładów, które mogły podjąć konkurencyjną produkcję, np. Polifarb Wrocław, Pudliszki, Porcelana Wałbrzych. Jednakże tu spółki pracownicze czy spółki dostawców, natrafiały na barierę spłaty kredytów zaciągniętych na modernizację zakładu. Państwo w żaden sposób nie chciało umorzyć zadłużenia. Problem ten znikał jednak natychmiast, gdy przedsiębiorstwo miało trafić w ręce kogoś z nomenklatury lub służb, czy też w wyniku mało przejrzystych machinacji trafiało w ręce inwestora zagranicznego.
Podobnie było z instytucją popularnych na zachodzie tzw. credit unions, które w USA są dysponentem ok. 1/3 rynku finansowego. W Polsce nawiązywałyby one do tradycji Kas Stefczyka. W czasie, gdy na nasz rynek wchodziły coraz to nowe zagraniczne instytucje kapitałowe, konsekwentnie blokowano ich powstawanie, nie wydając odpowiedniej ustawy. Tłumaczono to dbałością o interesy konsumentów…
***
Na pewno istniały takie elementy PRL-u, których nieprzemyślane, pospiesznie przeprowadzane zmiany, wyrządzały więcej szkody niż pożytku. Nie ma żadnego powodu, aby państwo zajmowało się gospodarką rolną, ale likwidacja z dnia na dzień PGR-ów, bez stworzenia rozległego programu adaptacyjnego dla ich pracowników, to po prostu przestępstwo.
Ogromne straty poniosła również kultura. Pomysł funkcjonowania kultury na zasadach rynkowych jest możliwy do przyjęcia, ale przy silnym wsparciu materialnym ze strony państwa. Jest to powszechną praktyką w starych, bogatych demokracjach. W warunkach kraju biednego, przy ograniczonej pomocy ze strony państwa (patrz budżet Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego), zasady takie prowadzą do zastąpienia kultury przez komercyjną kulturę masową. A różnica jest tu mniej więcej taka, jak między demokracją a demokracją ludową. Realizowana jest zmodyfikowana zasada dialektyki: ilość przechodzi w bylejakość.
O takim kierunku przemian decydowały przede wszystkim interesy „trzymających władzę”, wspierane neoliberalnym doktrynerstwem. Kiedy po przestudiowaniu „Ekonomii” Samuelsona powiedziałem znajomemu, że ekonomia jako nauka ścisła jest nieścisła, ten odpowiedział: „A jako nauka społeczna jest aspołeczna” – i to chyba odpowiedź na postawione pytanie.
***
Oceniając nasz proces transformacyjny na tle przeobrażeń współczesnego świata, a więc procesów globalizacji, integracji europejskiej, porównując z tym, co się działo w innych państwach bloku wschodniego, dochodzi się do wniosku, że mogło być gorzej. Oczywiście ostateczną odpowiedź będzie można dać dopiero, gdy na świecie skończy się kryzys. Zablokowany proces demokratyzacyjny w Rosji i na Białorusi, zamęt polityczny na Ukrainie; to wszystko mogło stać się także naszym udziałem. Z drugiej strony rzekome sukcesy transformacyjne, z upodobaniem wychwalanych państw takich jak Estonia, Węgry czy Słowacja, zakończyły się gospodarczym fiaskiem i kraje te z przerażeniem patrzą na pogłębiający się kryzys.
***
Oczywiście problemy wykluczonych społecznie, byłych pracowników PGR-ów, lokatorów dawnych mieszkań zakładowych czy właścicieli książeczek mieszkaniowych, będą musiały być jakoś rozwiązywane, ale już w nowym kontekście kształtowania stosunków społecznych. O ile więc mówi się – ale głównie mówi! – o naprawianiu materialnych krzywd wyrządzonych przez system komunistyczny, o tyle nie słyszałem, by ktoś planował wydanie aktu prawnego naprawiającego krzywdy procesu transformacji.
1. Warto przywołać tu konkretne wydarzenie. Kiedy Jan Olszewski zamierzał mianować Andrzeja Olechowskiego ministrem finansów, spotkałem się z nim, by przedstawić „imponujące” gospodarcze osiągnięcia kandydata w początkach III RP. Olszewski odpowiedział mi bardzo prosto: jeśli masz kogoś innego, kto pojedzie w ciągu dwóch tygodni do USA, by negocjować restrukturyzację polskiego zadłużenia, to mogę już jutro mianować go ministrem finansów. Zamilkłem.
2. Dwukrotnie, ba, nawet czterokrotnie podejmowałem próbę objęcia stanowiska prezesa NIK, aby ograniczyć patologie procesu prywatyzacyjnego i za każdym razem kończyło się to tak samo. Myślę, że moja niezależność i determinacja były zawsze przeszkodą.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 23 grudnia 2008 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
„Hegel powiada gdzieś, że wszystkie wielkie wydarzenia i postacie historyczne występują, rzec można, dwukrotnie. Zapomniał dodać; za pierwszym razem jako tragedia, za drugim – jako farsa” – tak Karol Marks rozpoczyna esej „Osiemnasty brumaire’a Ludwika Bonaparte”.
Czy gdy Żeromski śnił szklane domy, które miały uosabiać nową, odrodzoną Polskę, wiedział, że projektuje jeden z najbardziej nośnych lewicowych mitów, który jednak nigdy nie został zrealizowany? Szklane domy to dziś oklepany frazes, ale w tamtych realiach, których największym osiągnięciem były obśmiewane dziś „sławojki”, domy ze szkła, jasne, czyste, powszechnie dostępne, były zapowiedzią lepszego bytu, lepszej przyszłości, Polski szczęśliwej dobrostanem swojego ludu, Polski prawdziwie ludowej.
Na naszych oczach powstały szklane domy. „Arkadia”, „Galeria Krakowska”, „Stary Browar”. Zapełnia je lud pracujący miast i wsi, lud konsumencki. Wzniosła wizja Żeromskiego w długim pochodzie czasu i idei zrealizowała się w zupełnie innym kontekście. Czy to źle, czy dobrze? Czy śmiesznie, czy straszno? Cezary Baryka sprawdza stan konta i czeka na posezonowe obniżki cen. Cezary Baryka już nie musi pytać, co z tą Polską, bo od tego ma pana w telewizji. Mnóstwo panów i pań ze szklanego ekranu. Cezary Baryka spłaca 30-letni kredyt na mieszkanie i jest z tym faktem doskonale pogodzony. Cezary Baryka, zmęczony faktem, że nie doczekał ani IV RP, ani „drugiej Irlandii”, wierzy jedynie w zasobność własnego portfela, a w niedzielę w Pana Boga. Cezary Baryka chce autostrad. Cezary Baryka pyta, co się stało z „Solidarnością”, ale po kilku wódkach pokazuje wnukom legitymację nieboszczki partii. Cezaremu Baryce nie jest wszystko jedno, a znajomych zapewnia, że „Wyborczą” kupuje tylko ze względu na program telewizyjny. Cezary Baryka nie zapomniał o ideałach Sierpnia, bo ma pamięć dobrą, choć niestety krótką. Cezary Baryka już nie szwenda się po ulicach, wyczekując gniewu ludu. Gniew ludu to on zna z kolejki na poczcie, gdy na trzydziestu klientów przypada jedno czynne okienko. Cezary Baryka, ten niedzisiejszy ideowiec w każdym z nas, to wcielenie żeromszczyzny, jest po prostu rozczarowany.
Nie lubię pytań w stylu: „co poeta miał na myśli?”. Zwykle coś innego, niż sądzą interpretatorzy i egzegeci. Ale cóż – trudno mi oprzeć się myślom, jak Żeromski opisałby i rozumiał współczesną Polskę. Co budziłoby jego radość, co gniew? Kim byliby dziś bohaterowie jego opowieści? Czy doktor Judym pracowałby w prywatnym, czy w państwowym ośrodku zdrowia? Czy ta żeromszczyzna, niegodna ostatnio nawet szkolnych podręczników, ten duch społecznikowski, ten lewicowy, ale i ojczyźniany patos ma jeszcze sens, w Polsce 2009 roku?
Szklane domy epatują obfitością witryn, Cezary Baryka przegląda się w ich świetle i cicho szepcze do siebie, ni to stwierdzając, ni to pytając: „O take Polske my walczyli”.