Mniej na wsparcie

Mniej na wsparcie

Choć bezrobocie rośnie, w 2026 będzie mniej środków na wsparcie osób bez pracy.

W budżecie na rok 2026 zaplanowano znacznie mniejszą niż dotychczas kwotę na wsparcie w wychodzeniu z bezrobocia. Powiatowe urzędy pracy otrzymają z Funduszu Pracy 2,14 mld złotych na wsparcie tworzenia miejsc pracy dla osób bezrobotnych. To aż 1,5 mld złotych mniej niż w 2025 roku. Z tych środków finansowane są m.in. staże, szkolenia, dotacje na otworzenie działalności gospodarczej, doposażenia stanowisk pracy itp. Środki są dzielone wedle specjalnego schematu, który uwzględnia lokalny poziom bezrobocia, dostępność miejsc pracy itp.

Przeciwko zmniejszeniu nakładów na ten cel protestują różne podmioty. Sprzeciw wyraził na przykład Ogólnopolski Konwent Dyrektorów Powiatowych Urzędów Pracy. Również samorządowcy są przeciwni takim zmianom. Andrzej Płonka, prezes zarządu Związku Powiatów Polskich, powiedział Portalowi Samorządowemu: „Oczekujemy podjęcia zdecydowanych działań zmierzających do zwiększenia środków w Funduszu Pracy w budżecie państwa na rok 2026”. W podobnym tonie apelują Konwent Powiatów Województwa Świętokrzyskiego i Konwent Województwa Kujawsko-Pomorskiego. Twierdzą one, że przy tak drastycznym zmniejszeniu budżetu programu nie będzie możliwe wsparcie potrzebujących, a w dodatku pojawi się problem z finansowaniem zadań wieloletnich, podjętych wcześniej.

Bezrobocie w ciągu roku wzrosło z poziomu 5% do 5,6%, wzrosło także pod względem liczbowym, znacznie przybyło powiatów, w których przekracza ono poziom 10%.

Zwolnienia (nie)grupowe

Zwolnienia (nie)grupowe

Duży koncern zmniejszył w Polsce zatrudnienie o niemal 300 osób.

Przywykliśmy w ostatnich miesiącach do informacji o grupowych zwolnieniach w wielu firmach. Ale w cieniu tych masowych redukcji zatrudnienia dokonują się zwolnienia mniejsze, lecz w kilku oddziałach danej firmy. W efekcie dają one spore zmniejszenie załogi.

Jak informuje portal Interia Biznes, tak stało się z polskim oddziałem giganta meblowo-wyposażeniowego, czyli Ikeą. W roku 2024 zredukowała ona zatrudnienie o 285 osób. Dokonało się to jednak w sposób mało spektakularny. Zwalniano bowiem po trochu w różnych zakładach i oddziałach firmy. W zakładzie produkcyjnym w Goleniowie pracę straciło 165 osób. W zakładzie w Wielbarku pożegnały się z pracą 82 osoby. W zakładzie w Resku jest obecnie o 52 etaty mniej niż przed zwolnieniami.

Kraj, w którym nikt nie czuje się ważny

Kraj, w którym nikt nie czuje się ważny

Mam wrażenie, że chroniczną przypadłością naszego kraju jest nieważność. Że strukturalnie czujemy się nieważni. W pracy, w rozmowie, w państwie. Może dlatego, że większość z nas ma zaledwie góra trzy pokolenia wstecz doświadczenie biedy, zależności i braku wpływu. Awans materialny nie uleczył tego śladu ani nie przyniósł ulgi. Pieniądze nie kupiły poczucia ważności, bo ono nie bierze się z posiadania, lecz z bycia uwzględnianym.

Społecznie

Pradziadkowie i prababki albo dziadkowie i babki większości z nas to chłopi pańszczyźniani, robotnicy, repatrianci, ofiary wojen, ustrojów i przemian. Wszyscy żyli w warunkach, w których decyzje zapadały gdzieś ponad nimi. W takich historiach trudno odnaleźć doświadczenie sprawczości. I choć dziś mamy lepsze samochody, nieruchomości i tytuły stanowisk, to w środku często wciąż niesiemy echo tamtej bezsilności.

Często próbujemy więc odruchowo leczyć nieważność przez unieważnianie innych. Tych biedniejszych, słabszych, mniej wykształconych, tych „spoza bańki”. Wydaje nam się, że jeśli kogoś umniejszymy, to sami urośniemy. Ale to złudzenie. W ten sposób tylko wzmacniamy strukturę, w której nikt nie czuje się naprawdę ważny, a każdy musi coś udowadniać.

Widać to w drobnych gestach i codziennych rozmowach. W pogardliwym tonie wobec kasjerki, w złości na kierowcę autobusu, w memach o „Januszach” i „Grażynach”. Widać w komentarzach pod postami w internecie, w języku polityków, w sarkazmie, który udaje inteligencję. To są nasze narodowe rytuały obronne przed własnym poczuciem nieważności.

Mam przeczucie, że prawdziwe poczucie ważności – w sensie indywidualnym i społecznym – może przyjść właśnie z działań na rzecz tych, którzy są gorzej sytuowani lub wykluczeni. Bo wtedy przestajemy budować hierarchię – a zaczynamy budować wspólnotę. Nic nie robi tak dobrze, jak działanie na czyjąś rzecz i w czyjejś sprawie.

Poczucie ważności może rodzić się z prostych gestów. Zauważenia kogoś, kto zwykle jest niewidoczny. Wysłuchania zamiast oceniania. Wzięcia odpowiedzialności za wspólne dobro. To może być rozmowa z sąsiadem, wsparcie lokalnej inicjatywy, otwartość na inny punkt widzenia. Bo ważność to nie przywilej – to relacja. I kiedy zaczynamy ją budować razem, powoli uczymy się być społeczeństwem, które naprawdę się liczy. Ale czy w społeczeństwie możemy to zbudować, ale tak raz na zawsze? Nie. Dlaczego?

Statystycznie

Bo w każdym pokoleniu są tacy, którzy radzą sobie lepiej, oraz tacy, którzy radzą sobie gorzej. Statystyka jest w tym nieubłagana. Nawet jeśli wszyscy wystartują z tego samego miejsca, po czasie rozkład zawsze się rozjedzie. Jedni szybciej złapią wiatr w żagle, inni będą mieli pecha, zachorują, utkną, zostaną w tyle.

Można się spierać o to, dlaczego tak jest. Czy to kwestia talentu, systemu, przypadku czy odpowiedzialności. Ale historia uczy jednego: rzeczy pozostawione samym sobie nie ewoluują ku równowadze, lecz ku entropii. Bez korekty, bez współpracy, bez wzajemnego wsparcia wszystko powoli się rozwarstwia: kapitał, dostęp, szanse, język, emocje. I nie ma na to żadnego ostatecznego lekarstwa. Nie ma i koniec.

Redystrybucję, jako remedium na to, znamy od dawna – jeszcze sprzed rewolucji neolitycznej. W społecznościach łowiecko-zbierackich dzielenie się było formą ubezpieczenia na życie. Jeśli dziś coś nazwalibyśmy „programem społecznym”, wtedy był to po prostu obieg orzechów, suszonych owoców, mięsa, ubrań i współdzielenie schronienia – prosty, emocjonalny system zabezpieczeń. Tyle że wtedy populacja plemienia mieściła się w liczbie Dunbara, czyli 150 osób, które znały się nawzajem.

Dziś próbujemy robić to samo, lecz instytucjonalnie i na poziomie kilkudziesięciomilionowych społeczeństw. I nawet historycznie to przecież jest ciągle nowość, bo co to jest sto czy dwieście lat wobec całej historii gatunku. Wciąż uczymy się, jak skalować empatię, troskę i współzależność poza granice osobistego doświadczenia. Jak nieść odruch plemienny do społeczeństwa, w którym już nie znamy swoich współplemieńców.

Tak, w tej skali to wcale nie jest proste. Ale redystrybucja w tym sensie to nie tylko test naszej dojrzałości jako gatunku, ale także model ekonomiczny. Bo w gospodarkach działa to dokładnie tak samo jak w plemionach. I redystrybucja ma sens nie tylko moralny, ale też ekonomiczny. Zgaduję, że pan profesor Leszek Balcerowicz pewnie by się uśmiał – że niby w jaki sposób?

Ekonomicznie

W taki, że środki trafiające do ludzi o niższych dochodach nie znikają z gospodarki. Odwrotnie, one w niej krążą, podnoszą jej temperaturę i napędzają popyt. Nikłe jest prawdopodobieństwo, że od potrzebujących trafią na konta offshore albo zostaną stezauryzowane w aktywach. W tym sensie redystrybucja to nie „rozdawnictwo”, lecz inwestycja w obieg energii społecznej – w ludzi, którzy dzięki niej mogą znów poczuć się ważni i włączeni we wspólny rytm.

Tutaj mam przeczucie, że nurt neoliberalny w Polsce utknął w czasie. Jakby wciąż był rok 1990, złotówka była niewymienialna, a na horyzoncie czaiła się hiperinflacja. Jakby wciąż obowiązywało przekonanie, że za dużo pieniądza w kieszeniach ludzi skończy się katastrofą. I że trzeba oszczędzać, prywatyzować, dyscyplinować. Ale to jest lęk z innej epoki. Dziś nie grozi nam upadek z nadmiaru, lecz erozja wskutek braku zaufania i poczucia współzależności. A tego nie da się naprawić przez cięcia – tylko przez inwestycję w ludzi i w ich ważność.

To teraz matematycznie i na bardzo bieżącym przykładzie. Wystarczy spojrzeć na makroekonomiczne dane z ostatnich miesięcy. Wzrost gospodarczy powyżej 3%, inflacja poniżej 3%, stopy procentowe w okolicach 5%. Na papierze – całkiem niezły scenariusz. Więc dlaczego nagle bezrobocie zaczyna rosnąć z 5,0% do 5,5%, w dodatku niezgodnie z coroczną sezonowością?

Różnica między inflacją a stopami procentowymi sprawia, że ludzie wolą oszczędzać niż wydawać. Kredyt drożeje, lokaty rosną, a wraz z nimi poczucie, że lepiej mieć coś odłożonego na czarną godzinę. Ten impuls bezpieczeństwa, zupełnie zrozumiały psychologicznie, działa jednak jak ekonomiczny hamulec. Gdy ludzie przestają kupować, popyt spada. Gdy popyt spada, spada też podaż. Wtedy firmy ograniczają produkcję, inwestycje, zatrudnienie. Zaczynają się zwolnienia.

A zwolnienia wzmacniają dokładnie ten sam mechanizm lęku, od którego wszystko się zaczęło. Coraz więcej ludzi czuje, że idą trudne czasy i że trzeba jeszcze bardziej oszczędzać. I tak koło się zamyka. Z samospełniającego się proroctwa ostrożności rodzi się recesyjna spirala. To nie jest ekonomiczny paradoks. To po prostu emocja, która dostała wsparcie w polityce pieniężnej.

Jaki jest tego efekt? Rząd, widząc rosnące spowolnienie, za wszelką cenę próbuje wpompować w gospodarkę pieniądze, żeby nie dopuścić do efektu kuli śnieżnej. Zwiększa transfery, dopłaty, inwestycje, czasem nawet na oślep – byle utrzymać ruch. Ale za co to robi? Za pożyczone pieniądze. I skąd jeszcze te pieniądze? No z podatków.

A jaki jest efekt tego wszystkiego? Wyższy i droższy dług publiczny. Im droższy dług, tym więcej kosztuje jego obsługa. A im więcej kosztuje obsługa, tym mniej zostaje na realne inwestycje, edukację, zdrowie, infrastrukturę. I tak koło się domyka – spowalnianie przez lęk prowadzi do pożyczania z lęku, które kończy się podnoszeniem podatków, żeby zasypać dziurę po strachu.

To ironia, której nie rozumieją neoliberałowie. Że ich własny strach przed „zbyt dużym państwem” ostatecznie prowadzi do jeszcze większego państwa, z jeszcze większymi podatkami i z jeszcze większym długiem. Bo system, który nie ufa ludziom i ich skłonności do współtworzenia, zawsze kończy z deficytem – i finansowym, i społecznym.

Więc proszę bardzo: poeksperymentujmy sobie teraz z ograniczaniem redystrybucji. Zobaczmy, co się stanie, kiedy jeszcze bardziej przykręcimy kurek, „żeby było odpowiedzialnie i uczciwie”. Przecież co złego może się wydarzyć? Kiedy wszystko zacznie spowalniać, gospodarka stygnąć, ludzie zaczną ciąć wydatki, firmy – koszty, a potem i etaty. Wtedy będzie można z dumą powiedzieć: „no tak, przecież ostrzegaliśmy przed rozdawnictwem”. Tylko, że wtedy to nie będzie już komu słuchać.

Globalnie

Na końcu takiej nie zatrzymanej w porę spirali zawsze ktoś się pojawia. Ktoś podobny do tych, których już z historii znamy. Chávez. Robespierre. Szela. Tacy ludzie pojawiają się nie dlatego, że mają plan, ale dlatego, że są wcieleniem gniewu, którego nikt wcześniej nie chciał wysłuchać. Nie chodzi o to, kim są i jacy są – lecz o to, że wszyscy oni są beznadziejnie nieskuteczni. Żaden z nich nigdy nie naprawił tego, co miało być naprawione. Bo nie da się uleczyć poczucia nieważności gniewem.

W ustach neoliberałów wolność i niskie podatki zawsze brzmią jak piękna obietnica – prosta, elegancka, kusząca. Problem w tym, że świat przestał być prosty. Globalna gospodarka nie działa już jak model z podręcznika, lecz jak sieć wzajemnych zależności, emocji, przepływów i lęków. Nie wystarczy więc poluzować śruby i czekać, aż mechanizm sam się wyreguluje. Dziś nawet najbardziej racjonalne decyzje ekonomiczne uruchamiają irracjonalne reakcje społeczne. Świat, w którym wszystko miało swoje punkty równowagi, skończył się mniej więcej wtedy, gdy zaczęliśmy żyć w jednym wielkim sprzężeniu zwrotnym.

Nie trzeba sięgać daleko, żeby zobaczyć, jak kończą się marzenia neoliberałów o samoregulującym się rynku. W Wielkiej Brytanii wielki eksperyment Thatcher – ostatecznie zakończył się Brexitem. W Stanach Zjednoczonych polityka zapoczątkowana przez Reagana – wyborem Trumpa. W Rosji gospodarcza terapia szokowa po upadku ZSRR – wyborem Putina i wojną w Ukrainie. Niektórym z nas może być ciężko połączyć te kropki, bo oddzielają je dziesięciolecia i kontynenty. Taki to urok długofalowych trendów w makroekonomii i przemianach społecznych.

Mechanizm jest zawsze ten sam: obietnica wolności, przedsiębiorczości i efektywności zamienia się w poczucie utraty wpływu i osamotnienia. „Niewidzialna ręka rynku” miała wszystko wyregulować i połączyć, a zamiast tego zdestabilizowała i rozdzieliła. Tam, gdzie zaufanie i współpraca ustąpiły miejsca rywalizacji i lękowi, prędzej czy później wraca odpowiedź na głód opieki, wspólnoty i znaczenia. Tylko już nie w liberalnej, lecz w bardziej autorytarnej formie.

Politycznie

I tu właśnie robi się ciekawie. Bo mało kto patrzy w liczby. W historii ekonomii nie ma potwierdzenia, że gdziekolwiek czy kiedykolwiek redystrybucja doprowadziła do katastrofy. Przeciwnie, zgodnie z przykładami to właśnie jej brak do katastrof doprowadzał bardzo często. Redystrybucja często stabilizuje gospodarkę i społeczeństwa, gdy inne mechanizmy zawodzą. Ale to i tak nie ma dzisiaj i tutaj dla nas większego znaczenia.

Bo narracja o redystrybucji w Polsce nie jest dyskusją o tym, co działa. Jest wściekłą tyradą o tym, komu się wydaje, że komuś innemu się należy lub się nie należy. O resentymentach, o poczuciu krzywdy, o dawnej biedzie, o lęku przed utratą zdobytego statusu. Dlatego tak łatwo wchodzi w nią moralny ton – że jedni „pracują na drugich”, że „rozdaje się leniom”, że „państwo się rozzuchwala”. I w ten sposób ekonomia zamienia się w teologię winy i zasługi, w której fakty przestają mieć znaczenie.

To jest to paliwo rakietowe dla całego systemu politycznego. Nie liczby, nie programy, nie strategie – tylko emocje. Pod spodem tego wszystkiego rozgrywają się niewypowiedziane lęki potomków chłopów pańszczyźnianych, robotników i ofiar systemów, które przez pokolenia uczyły się przetrwania, a nie sprawczości.

Polityka doskonale zna te emocje i gra na nich jak na trąbce. Pod spodem całej klasy politycznej są eksploatowane proste lęki ludu. Czyli nas wszystkich, bo przecież my wszyscy jesteśmy z ludu. I temu ludowi ciągle przed snem – z telewizora i z internetu – opowiada się, że ktoś przyjdzie i zabierze. Że zabierze i biednym, żeby dać bogatym, i bogatym, żeby dać biednym.

Że przyjdą wyzyskiwacze, matki, dzieci, rolnicy, prywaciarze, uchodźcy, Niemcy, Bruksela, Ruscy, Ukraińcy, lewacy, komuniści, prawacy, faszyści, liberałowie, socjaliści – zawsze „ktoś”. Ktoś, kto zagraża temu, co jeszcze nam zostało. I wtedy w środku nocy, ten mieszkający w nas biedny chłop pańszczyźniany czy robotnik sprzed pokoleń trzęsie się najpierw ze strachu, a potem ze złości. Bo pod tego wszystkiego spodem jest wciąż to samo: nieważność, która domaga się znaczenia.

Jeśli kiedykolwiek wydarzy się coś, co sprawi, że staniemy się dla siebie wzajemnie ważni, to cały nasz system polityczny straci swoje paliwo. Bo dziś karmi się on naszą nieważnością – naszym lękiem, że bez lidera, partii, tożsamości plemiennej nie istniejemy. Jeśli jednak poczujemy się ważni nawzajem, zniknie zapotrzebowanie na tych, którzy żyją z podziałów. Wtedy nie trzeba będzie nikogo obalać – system po prostu sam z siebie zacznie się zmieniać.

Na koniec

Paradoksalnie inspiracją do tej refleksji nie była żadna publikacja o charakterze społecznym, ekonomicznym czy politycznym. Był nią Dialog Motywujący autorstwa Williama R. Millera i Stephena Rollnicka. To taka metoda terapeutyczna, która powstała w pracy z osobami uzależnionymi. Była ona w kontrze do wtedy dominującego nurtu, który intuicyjnie zakładał, że zmianę wywołuje się przez „wbicie palca w ranę”. Czyli wzbudzenie wystarczająco silnego poczucia winy i wstydu.

Rollnick i Miller zauważyli i udowodnili, że jest dokładnie odwrotnie. Prawdziwa zmiana zaczyna się wtedy, gdy człowiek poczuje się ważny i podmiotowy – dla terapeuty, sam dla siebie i w procesie swojej zmiany. I może właśnie tego wciąż uczymy się jako społeczeństwo. Że uwzględnienie drugiego człowieka pomaga na różne rzeczy, na chorobę nieważności również. I że to wzmacnia obie strony – tych, których zaczynamy uwzględniać, ale także nas samych.

Jakub Wojtakajtis

Grafika w nagłówku tekstu: Hello Cdd20 from Pixabay.

Miejsc pracy nie będzie

Miejsc pracy nie będzie

Wielka firma z branży OZE wstrzymuje budowę fabryki w Polsce.

Jak informuje portal Interia Biznes, znany producent turbin wiatrowych – duński koncern Vestas, poinformował o wstrzymaniu planowanej budowy fabryki w Polsce. Firma ma już w Polsce jeden zakład. Planowała stworzyć kolejny – w Szczecinie miał powstać zakład zatrudniający 1000 osób. Jego działalność miała ruszyć w 2026 roku. Okazuje się, że nic z tego.

Firma poinformowała, że wstrzymuje plany inwestycyjne. Przyczyną tej decyzji ma być malejący popyt na turbiny wiatrowe stawiane na morzu.

Naprawianie szkód

Naprawianie szkód

Praca na umowach śmieciowych będzie wliczana do stażu pracy.

Prezydent Karol Nawrocki podpisał w czwartek nowelizację Kodeksu pracy. Nowelizacja przygotowana przez rząd i przegłosowana przez parlament znacznie polepsza sytuację setek tysięcy osób w Polsce. Stanowi ona, że do stażu pracy będą wliczane m.in. okresy przepracowane na umowach śmieciowych/cywilnoprawnych czy prowadzenie jednoosobowej działalności gospodarczej.

Dotychczas do stażu pracy było wliczane głównie zatrudnienie w oparciu o umowy o pracę. Zatrudnienie niekodeksowe stało się plagą ostatnich dekad, obejmując setki tysięcy osób, niekiedy na długie okresy. Teraz czas przepracowany na umowach śmieciowych będzie wliczany do stażu pracy.

Ważnym aspektem zmiany będzie zwiększenia prawa do dłuższych urlopów, rozmaitych świadczeń, premii itp. związanych ze stażem pracy. Dotychczas osoby, które zmieniły zatrudnienie z cywilnoprawnego na umowę o pracy, były pozbawione takich uprawień mimo że nierzadko miały dłuższy staż pracy niż osoby zatrudnione na etatach.

Co ważne, ustawa zadziała wstecz. Skorzystają zatem nie tylko osoby pracujące obecnie w modelu cywilnoprawnym, ale także ci, którzy w ten sposób byli zatrudnieni w poprzednich latach. Ustawa wchodzi w życie od 1 stycznia dla zatrudnionych w sektorze publicznym oraz od połowy kwietnia dla pracowników sektora prywatnego. Na udokumentowanie okresów zatrudnienia na umowach śmieciowych będziemy mieli dwa lata od momentu wejścia ustawy w życie. Można to będzie zrobić w oparciu o dokumentację z ZUS, ale także na podstawie własnych dokumentów potwierdzających taki rodzaj zatrudnienia.

Kancelaria Prezydenta RP w swojej informacji o podpisaniu nowelizacji Kodeksu pracy podkreśliła, że zachodząca zmiana kończy z podziałem na „lepsze” i „gorsze” formy zatrudnienia, a uczciwa praca, niezależnie od formy zatrudnienia, będzie wreszcie doceniana. Z kolei ministra pracy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk powiedziała: „Mało kto tak naprawdę ma możliwość wyboru formy umowy, na podstawie której świadczona jest praca. Zlecenie to też praca. Jednoosobowa działalność gospodarcza to praca. I zasługują na docenienie. Dlatego konieczna jest zmiana Kodeksu pracy, aby wyrównać szanse w dostępie do niektórych uprawnień pracowniczych, jak i stanowisk wymagających potwierdzonego doświadczenia zawodowego”.

Coraz trudniej o pracę

Coraz trudniej o pracę

Coraz więcej osób uważa, że poszukiwanie pracy jest w Polsce dłuższe i trudniejsze niż przed kilkoma laty.

Jak informuje portal Puls HR na podstawie „Barometru Polskiego Rynku Pracy”, rośnie odsetek osób przekonanych, że coraz więcej wysiłku i czasu wymaga znalezienie pracy w Polsce. Szczególnie mocno taki trend odczuwają kobiety oraz najmłodsi pracownicy.

Aż niemal 43% badanych w nowej edycji „Barometru” uważa, że obecnie znalezienie zatrudnienia jest trudniejsze niż 2-3 lata temu. Uważa tak 45% badanych kobiet i 40% mężczyzn. Wśród ogółu Polaków 25% szuka pracy od jednego do trzech miesięcy.

Wśród najmłodszych pracowników, czyli w grupie wiekowej 18-24 lata panuje niemal powszechne przekonanie, że o znalezienie pracy jest obecnie trudniej – uważa tak aż 81% ankietowanych z tej grupy wiekowej. 30% osób z tej grupy twierdzi, że niedawno szukało pracy ponad miesiąc.

„Kiedy rynek pracy zaczyna wykazywać symptomy hamowania, pierwszymi, którzy to odczuwają, są młodzi. I jest to sygnał ostrzegawczy, bo pokolenie, które powinno płynnie wchodzić na rynek, napotyka bariery na starcie. A pamiętajmy, że bezrobocie w tej grupie jest dwucyfrowe. Według metodologii BAEL w II kwartale 2025 r. bez pracy było 503 tys. osób, co odpowiada stopie bezrobocia 2,8 proc. W tej grupie najwyższe bezrobocie dotyczy młodych 15-24 lata, i wynosi 11,3 proc.” – mówi portalowi Puls HR analityk rynku pracy Krzysztof Inglot.

Kolejni na bruk

Kolejni na bruk

Kolejna wielka korporacja zwalnia z pracy.

Jak informuje portal Love Kraków, kolejna wielka korporacja przeprowadzi zwolnienia grupowe w stolicy Małopolski. To już fala takich decyzji w Krakowie, który jest od lat polską stolicą sektora biurowo-usługowego.

Tym razem zwolnienia przeprowadzi koncern International Paper. Od wiosny 2026 jego centrum informatyczne ulokowane w Krakowie przestanie obsługiwać klientów z rynku amerykańskiego. Zadania zostaną przeniesione do zewnętrznego podmiotu, prawdopodobnie nie działającego w Polsce.

Pod koniec roku 2024 firma rozstała się z 30 pracownikami z tego działu. Obecnie zapowiedziała, że pracę straci kolejne 60-70 osób. Krakowskie centrum IT koncernu International Paper działa od roku 2004 i zatrudnia obecnie około 400 osób.

Koniec browaru

Koniec browaru

Koncern Heineken zapowiedział likwidację browaru w Namysłowie.

Dzisiaj Grupa Żywiec, należąca do holenderskiego koncernu Heineken, zapowiedziała, że do końca roku zamknie należący do niej browar w Namysłowie. Pracę mają stracić wszyscy zatrudnieni – około 100 osób.

Grupa Żywiec kupiła browar w Namysłowie od poprzedniego właściciela w roku 2019. Teraz postanowiła zlikwidować zakład. Produkuje on piwo nieprzerwanie od roku 1862.

Grupa Żywiec/Heineken zlikwidowali dotychczas kilka browarów, które ten inwestor zagraniczny kupił w naszym kraju, m.in. w Warszawie, Leżajsku, Bydgoszczy, Gdańsku i Łańcucie. Zaprzestała produkcji także w zabytkowym browarze w Cieszynie, ale w nim na szczęście po zmianie właściciela produkcja piwa jest wciąż kontynuowana.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Mateusz210 – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=2153430

Dość wyzysku młodych!

Dość wyzysku młodych!

Wkrótce protest pod hasłem „Dość wyzysku młodych!”.

15 listopada 2025 roku o godzinie 12.00 w Warszawie ruszy ogólnopolski protest „Dość wyzysku młodych!”, organizowany przez młodych pracowników, studentki i osoby bezrobotne zrzeszonych w OZZ Inicjatywa Pracownicza. Związkowcy apelują do organizacji młodzieżowych o dołączenie do mobilizacji i wspólnej demonstracji. Marsz przejdzie spod Pałacu Prezydenckiego pod Kancelarię Prezesa Rady Ministrów.

Demonstracja to odpowiedź na narastający kryzys młodego pokolenia – rekordowe bezrobocie wśród osób do 25. roku życia (wzrost o prawie 30%), brak stabilnych umów, niskie zarobki, niepłatne staże oraz dramatyczny niedobór mieszkań i usług publicznych. – „Pracujemy za grosze, często bez umowy i bez zabezpieczenia. Nie chcemy «elastyczności» i niepewności jutra. Chcemy stabilności, uczciwych umów i możliwości utrzymania się z pracy” – mówi jedna z organizatorek. – „Państwo musi wreszcie zacząć inwestować w ludzi, a nie w zyski korporacji”.

Wśród postulatów protestu znalazły się m.in.:

• likwidacja umów śmieciowych i skrócenie tygodnia pracy bez obniżki wynagrodzeń

• wynagrodzenie za staże i praktyki

• rozwój budownictwa społecznego i regulacja czynszów

• zwiększenie nakładów na edukację, ochronę zdrowia i transport publiczny

• dostępne akademiki, stypendia socjalne i powrót publicznych stołówek.

15 listopada 2025 (sobota), godz. 12.00, Warszawa – spod Pałacu Prezydenckiego pod KPRM.

Szczegóły i postulaty: mlodzi.ozzip.pl

Ubywa ofert pracy

Ubywa ofert pracy

W ciągu roku znacznie zmalała liczba ofert pracy.

Jak informuje portal PulsHR na podstawie analizy danych agencji Grant Thornton, w ciągu roku znacząco zmniejszyła się liczba ofert pracy w Polsce. We wrześniu 2025 na największych polskich portalach rekrutacyjnych zamieszczono 265 tys. ofert pracy. To mniej wobec września 2024 aż o 8%. Jedyne pocieszenie jest takie, że liczba ofert wzrosła o 18 tysięcy wobec sierpnia 2025, ale zwykle zakończenie sezonu wakacyjnego przynosi takie wzrosty.

Obecna skala liczby ofert jest już tylko niewiele większa niż w apogeum pandemii w roku 2020. W dodatku ogłaszane oferty pracy są coraz gorszej jakości – spadła średnia liczba dodatkowych świadczeń pracowniczych zawartych w nich i wynosi ona obecnie tylko średnio 5,9 na ofertę.

Raport agencji Grant Thornton głosi: „rok 2025 zapowiadał się dobrze – dynamika roczna była wysoka, sięgała 10 proc., czyli rynek rekrutacyjny wykazywał wyraźne oznaki ożywienia. Popyt na pracowników stale rósł w stabilnym, dość wysokim tempie i wydawało się, że okres ujemnej dynamiki z 2-3 poprzednich lat został już zakończony. Ten pozytywny trend został jednak przerwany latem. Wrzesień jest już czwartym z rzędu miesiącem z ujemną dynamiką w ujęciu rocznym”. Z kolei Monika Łosiewicz z tej agencji komentuje dla portalu PulsHR: „Wrzesień był kolejnym miesiącem, w którym nie doczekaliśmy się wyraźnego przełamania negatywnego trendu. Co prawda spadek rok do roku jest nieco mniejszy, niż widzieliśmy w ostatnich miesiącach, ale nadal jest wyraźny i dynamikę -8 proc. trudno uznać za dobry wynik. Widoczny w naszym badaniu od kilku miesięcy zastój na rynku rekrutacyjnym coraz mocniej przekłada się na cały rynek pracy”.

Najwięcej nowych ofert dotyczy Warszawy – 41,1 tys. – ale i w niej w ciągu roku nastąpił spadek o 5%. W Bydgoszczy było tylko 3,3 tys. ofert (roczny spadek o 15%), w Lublinie 3,4 tys. (też o 15% mniej), a w Szczecinie 4,4 tys. (spadek w ciągu roku o 18%). W największych polskich miastach było we wrześniu 2025 średnio 16,1 ofert pracy na 1000 mieszkańców, podczas gdy rok wcześniej wskaźnik ten wynosił 17,8. W ciągu roku najbardziej ubyło ofert zatrudnienia marketerów (o 16% mniej), pracowników fizycznych (o 3%) i w branży finansowej (o 9%).

Przypomnijmy też, że wrzesień był piątym z rzędu miesiącem wzrostu bezrobocia.

Przeciw farmazonom

Nie ma chyba tematu bardziej zmitologizowanego niż „socjal”. Wedle liberałów prawych, lewych i centrowych, w Polsce można nie pracować, nic nie robić, „wyciągać łapę”, dostawać od państwa na życzenie spore kwoty, a następnie je „przepijać” lub „robić tipsy”. Podobno jest o to łatwo. Podobno forsa tylko czeka.

Gdy zapytać autorów takich opowieści, skąd to wiedzą, odpowiadają, że „słyszeli”, że „podobno”, że „znają kogoś”, że… Konkretów niewiele. Wiadomo natomiast, skąd są te opowieści.

Zaszczepiono je w czasach Balcerowicza i masowych nakładów „Gazety Wyborczej”. Wtórował im Korwin-Mikke i podobni prawicowcy. Do tego chóru wujów dołączał nierzadko także niejeden z grona tego, co w Polsce zwano lewicą. Cała opowieść i jej schemat są wprost skopiowane z USA. W czasach neoliberalnej ofensywy Reagana kolportowano zmyślone lub histerycznie wyolbrzymione historyjki o welfare queens – kobietach, zwykle czarnoskórych, które ponoć żyją z zasiłków jak pączki w maśle.

Tego rodzaju opowieści miały jeden cel: drastyczne cięcia w budżetach pomocy społecznej. Im mniej sensowna oferta była na wolnym rynku w miarę neoliberalnej dewastacji gospodarki, tym mniej pomocy oferowało także państwo. Jednych biednych szczuto więc na innych, aby zajęci walką o ochłapy nie zwrócili uwagi, że to samo „tanie państwo” robi teraz drogie prezenty milionerom: ulgi podatkowe, dotacje, regulacje korzystne dla biznesu itp.

Im mniej w Polsce było „socjalu”, bardzo chętnie demontowanego pod byle pretekstem przez długie lata III RP, tym chętnie zmyślano opowieści o rzekomo znakomicie żyjących z niego ludziach i o ponoć wielkiej skali zjawiska. Głoszono takie wywody wtedy, gdy mieliśmy masowe bezrobocie i biedę. Ale także wtedy, gdy wskaźniki zatrudnienia są rekordowo wysokie, a zasiłki śmieszą swoją wysokością na tle już znacznie lepszych dochodów większości społeczeństwa.

A jak jest z socjalem i jego „biorcami” naprawdę? Mówi o tym niniejszy numer „Nowego Obywatela”. Rozprawiamy się z liberalną propagandą. Faktami, liczbami, odsetkami. Pokazujemy kto, dlaczego, ile i za co dostaje. Jaka jest sytuacja wielu grup społecznych. Czego w Polsce nikt nikomu, wbrew legendom, na pewno nie zaoferuje. Po co jest socjal, do kogo trafia i czy do „leni” i „pijaków”. Na co „pieniędzy nie ma i nie będzie”, dla kogo i dlaczego. Skąd się wzięła, komu służy i gdzie nas prowadzi krytyka „rozdawnictwa”. Co w „socjalu” działa, a co należałoby poprawić. I o jeszcze niejednym aspekcie tego problemu.

Ufam, że będzie to pożyteczna lektura. Nie tylko poznawczo, faktograficznie i intelektualnie. Także pod względem moralnym. W myśl kluczowej zasady naszej cywilizacji: „Kochaj bliźniego jak siebie samego”. Czyli na przykład nie opluwaj go bzdurnymi, wyssanymi z palca pomówieniami, jakoby „wyciągał łapę” i żył z tego znakomicie.

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę na sąsiednią stronę.

Kolej kontra demografia

Kolej kontra demografia

W ciągu ostatnich 10 lat liczba mieszkańców Polski spadła o milion, a koleją jeździ coraz więcej ludzi. Przewoźnicy zdobywają nowych pasażerów nawet w wyludniających się miastach i gminach

Populacja Radomia w ciągu minionych ośmiu lat zmniejszyła się o prawie jedną dziesiątą. Główny Urząd Statystyczny podaje, że w 2017 r. miasto miało 214,6 tys. mieszkańców, a w 2024 r. już tylko 193,8 tys. Mimo to w Radomiu liczba podróżujących koleją z roku na rok rośnie. Ze statystyk Urzędu Transportu Kolejowego wynika, że w 2017 r. ze stacji Radom Główny korzystało 3,5 tys. pasażerów dziennie, a w 2024 r. było ich już 9,1 tys.

Depopulacja, suburbanizacja i kolej

Gdy Radom traci mieszkańców, zyskują ich graniczące z nim gminy: od 2017 r. do 2024 r. zwiększyła się populacja w gminach Jedlińsk (z 14,4 tys. do 14,6 tys.), Jastrzębia (z 7 tys. do 7,1 tys.), Jedlnia-Letnisko (z 12,7 tys. do 13,7 tys.) i Kowala (z 12 tys. do 12,5 tys.). Widać tu zjawisko suburbanizacji, które tak jaskrawe jest też w innych miastach – nawet w niektórych stolicach województw. Liczba mieszkańców zmniejszyła się między innymi w Białymstoku, Olsztynie czy Toruniu i jednocześnie wzrosła we wszystkich graniczących z nimi gminach. Ludzie wyprowadzający się pod miasto nadal są z nim związani pracą czy szkołą i część z nich staje się codziennymi pasażerami kolei.

Do Radomia z graniczącej od północy gminy Jedlińsk dojeżdża – jak podaje GUS – 1593 osób do pracy i 884 osób do szkół. Ma to swoje odzwierciedlenie w statystykach Urzędu Transportu Kolejowego: od 2017 r. do 2024 r. wzrosła dobowa liczba osób korzystających ze wszystkich leżących w gminie Jedlińsk przystanków kolejowych: Kruszyna (z 300-499 do 500-699), Wola Bierwiecka (z 100-149 do 200-299) i Bartodzieje (z 150-199 do 200-299).

Na linii kolejowej między Radomiem a Warszawą liczba pasażerów rośnie jednak również tam, gdzie mieszkańców jest coraz mniej. W oddalonej 30 km od Radomia i 70 km od Warszawy gminie Stromiec populacja od 2017 r. do 2024 r. zmniejszyła się z 5,6 tys. do 5,4 tys. osób, ale korzystających z tutejszej stacji Dobieszyn jest coraz więcej: w 2017 r. było ich 500-699 dziennie, a w 2024 r. już 1000-1500.

Ze stacji Dobieszyn pociąg przyspieszony Kolei Mazowieckich „Radomiak” jedzie do Warszawy Zachodniej 54 min., a w 2017 r. jechał 1 godz. 18 min. Po modernizacji linii Radom – Warszawa nie tylko skrócił się czas podróży, ale dzięki dobudowaniu drugiego toru na wąskim gardle między Radomiem a Warką zwiększyła się też liczba połączeń.

Z Radomia do Warszawy w 2017 r. jeździły 22 pociągi Kolei Mazowieckich, dziś jest ich 26 (z czego sześć przyspieszonych). Do tego dochodzą połączenia PKP Intercity, których w 2017 r. było sześć, a teraz jest 12.

Prawie trzykrotny wzrost liczby pasażerów zarówno na stacji Radom Główny, jak i na stacji Dobieszyn pokazuje, że atrakcyjną ofertą przewozową kolej może zdobywać pasażerów także w miejscach dotkniętych depopulacją.

Mniej mieszkańców, więcej pasażerów

Leżący na zachodnim skraju województwa mazowieckiego Gostynin w 2017 r. liczył 18,7 tys. mieszkańców, a w 2024 r. już tylko 16,7 tys., ale jednocześnie liczba pasażerów korzystających ze stacji Gostynin wyraźnie wzrosła. To między innymi efekt pojawienia się w tym mieście połączeń PKP Intercity: od grudnia 2020 r. przez Gostynin jeździ pociąg „Chemik” relacji Katowice – Łódź – Płock, do którego w grudniu 2021 r. dołączył pociąg „Flisak” relacji Katowice – Łódź – Płock – Trójmiasto. Oprócz tego w grudniu 2023 r. Koleje Mazowieckie zwiększyły liczbę połączeń Płock – Gostynin – Warszawa z jednego do dwóch dziennie, a także dogęściły ofertę lokalnych połączeń do Płocka i Kutna. Wraz z pojawianiem się kolejnych pociągów kursujących przez Gostynin tutejsza stacja awansuje w statystykach UTK, co roku przeskakując do wyższej grupy: w 2021 r. korzystało z niej 20-49 osób, w 2022 r. 50-99 osób, w 2023 r. 100-149 osób, a w 2024 r. 150-199 osób dziennie.

Uatrakcyjnianie oferty przewozowej w wyludniających się miejscowościach może wpływać na liczbę pasażerów w znacznie większym stopniu niż czynniki związane ze spadającą liczbą mieszkańców. „Jeśli transport kolejowy pojawia się w miejscach, gdzie go nie było, a także zwiększana jest częstotliwość pociągów i pojawiają się nowe relacje, to wzrasta podaż, która przekłada się na wzrost popytu” – mówi prof. Przemysław Śleszyński z Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania Polskiej Akademii Nauk. Zwraca też uwagę na zachodzące równolegle do depopulacji zjawisko starzenia się społeczeństwa: „Może ono przekładać się na to, że w zmniejszającej się populacji rośnie udział osób, które nie chcą lub nie mogą poruszać się samochodem”.

Migracje mogą przekładać się na rosnącą mobilność: osoby, które kiedyś żyły w jednej miejscowości, chcąc po wyprowadzce do większego miasta utrzymać relacje z bliskimi, zaczynają regularnie podróżować. Jeśli kolej zapewnia połączenia między obszarami, które tracą mieszkańców, a tymi, które ich zyskują, może wpisywać się te potrzeby i zdobywać nowych pasażerów.

Dane Urzędu Transportu Kolejowego pokazują, że na linii Warszawa – Wołomin – Tłuszcz – Małkinia popyt na podróże koleją w ostatnich latach mocno wzrósł w gminach na tyle oddalonych od stołecznej aglomeracji, że suburbanizacja do nich nie dociera i liczba mieszkańców spada.

W oddalonej 70 km od Warszawy gminie Sadowne liczba mieszkańców od 2017 r. do 2024 r. zmniejszyła się z 5,9 tys. do 5,4 tys., ale liczba korzystających ze stacji Sadowne Węgrowskie wzrosła z 200-299 do 700-999 osób dziennie. W oddalonej 50 km od stolicy gminie Jadów populacja od 2017 r. do 2024 r. spadła z 7,6 tys. do 7 tys. osób, ale mimo to zwiększyła się dobowa liczba korzystających z tutejszych przystanków Szewnica (z 300-499 do 500-699 osób) i Urle (z 500-699 do 1000-1500 osób).

Dane GUS wskazują na rosnące zjawisko dojazdów do pracy w Warszawie z obszarów oddalonych od niej nawet o kilkadziesiąt kilometrów. Odpowiadające na zróżnicowane potrzeby osób pracujących połączenia kolejowe – szybkie, częste i regularne nie tylko w szczycie, ale także wcześnie rano, w międzyszczycie i późnym wieczorem – mogą zmniejszać presję na wyprowadzkę do miasta, w którym się pracuje.

– „Poprawa transportu, w tym pojawianie się nowych połączeń kolejowych, jest jednym z czynników, który może zachęcać do pozostania w mniejszych miejscowościach” – mówi prof. Śleszyński. – „Teoria migracji opiera się na czynnikach przyciągających i wypychających. Przyciągają atrakcyjne zarobki, dobra oferta usług i dobre połączenia, natomiast wypychają niskie zarobki, zła oferta usług i słaby transport”.

Sprawnie działający transport kolejowy może niwelować problem braku dostępu do pracy i usług w miejscu zamieszkania.

Centrum i peryferie

– „Wyludnianie to w dużej mierze skutek tego, co wydarzyło się na przełomie XX i XXI wieku, czyli załamania się systemu transportowego. Za kilka lat będzie można zobaczyć, jakie efekty przyniesie odbudowa linii kolejowych i rozwijanie oferty przewozowej” – mówi Wojciech Zdanowski, wiceprezes Kolei Dolnośląskich. Przewoźnik ten w ostatnich latach odnotował bardzo duży wzrost liczby pasażerów: z 9,4 mln w 2017 r. do 22,5 mln w 2024 r. Jak pokazują dane Urzędu Transportu Kolejowego, w górę poszybowała liczba podróżnych między innymi na stacjach w rozbudowujących się podwrocławskich miastach jak Siechnice (z 500-699 do 1100 dziennie) czy Kąty Wrocławskie (z 700-999 do 2200 dziennie). Populacja Wrocławia i trzech graniczących z nim powiatów w ciągu ostatnich ośmiu lat zwiększyła się z 918 tys. do ponad 1 mln mieszkańców.

Koleje Dolnośląskie zdobywają pasażerów nie tylko w aglomeracji wrocławskiej, ale też na oddalonych od niej obszarach mierzących się z depopulacją. W położonym na zachodnim skraju województwa dolnośląskiego mieście Pieńsk liczba mieszkańców od 2017 r. do 2024 r. spadła z 5,9 tys. do 5,4 tys. Mimo to liczba pasażerów korzystających ze stacji Pieńsk wzrosła w tym czasie z 300-499 do 700-999 dziennie. Popularność kolei w Pieńsku skoczyła po zelektryfikowaniu biegnącej przez miasto linii kolejowej Zgorzelec – Węgliniec, dzięki czemu Koleje Dolnośląskie oparły ofertę na bezpośrednich pociągach Zgorzelec – Wrocław i zniknęła konieczność przesiadki w Węglińcu z szynobusu na skład elektryczny. Pojawiły się też przyspieszone pociągi KD Sprinter, które osiągając prędkość 160 km/h, zapewniają pieńszczanom dojazd do oddalonego 150 km Wrocławia w mniej niż półtorej godziny, czyli szybciej niż samochodem po autostradzie A4.

W położonym na linii Jelenia Góra – Zgorzelec Gryfowie Śląskim dobowa liczba osób korzystających z kolei wzrosła z 200-299 w 2023 r. do 300-399 w 2024 r. To efekt dokonanej w grudniu 2023 r. reaktywacji linii Gryfów Śląski – Mirsk – Świeradów-Zdrój. Ale wykorzystanie kolei w Gryfowie Śląskim rosło już wcześniej – w 2017 r. pasażerów na tutejszej stacji było 100-149 dziennie, a w 2021 r. 150-199 dziennie. Wzrost nastąpił w obliczu zmniejszającej się populacji Gryfowa Śląskiego – od 2017 r. do 2024 r. liczba mieszkańców spadła z 6,7 tys. do 6,1 tys.

Koleje Dolnośląskie duży wzrost liczby przewożonych pasażerów odnotowują na Magistrali Podsudeckiej, która w granicach województwa dolnośląskiego biegnie z Legnicy przez Jawor, Strzegom, Jaworzynę Śląską, Świdnicę, Dzierżoniów, Ząbkowice Śląskie do Kamieńca Ząbkowickiego. Wzrost ma miejsce na przekór zmniejszającej się populacji miast położonych na tej trasie.

W Jaworze od 2017 r. do 2024 r. liczba mieszkańców zmniejszyła się z 23,3 tys. do 20,3 tys., ale dobowa liczba pasażerów na stacji Jawor wzrosła z 200-299 do 500-699, a na przystanku Stary Jawor z 10-19 do 50-99. Populacja Strzegomia zmniejszyła się z 16,3 tys. do 14,8 tys. osób, ale liczba pasażerów na strzegomskiej stacji wzrosła z 100-149 do 300-499 dziennie. Wiceprezes Kolei Dolnośląskich zwraca również uwagę na Świdnicę: „Początkowo mieliśmy tu rocznie 50 tys. pasażerów, a obecnie mamy 800 tys.”.

Jak podaje Urząd Transportu Kolejowego, od 2017 r. do 2024 r. liczba pasażerów na stacji Świdnica Miasto wzrosła z 700-999 do 2000-3000 osób dziennie, mimo że w tym czasie liczba mieszkańców zmniejszyła się z 57,7 tys. do 52 tys. Liczba korzystających z kolei w Świdnicy skoczyła po tym, jak w 2022 r. reaktywowano nieczynną od 2000 r. linię Świdnica – Sobótka – Wrocław. – „Sobótka była miastem odciętym od kolei, a dzisiaj liczba odprawianych tu pasażerów to ponad 300 tys. rocznie” – mówi Zdanowski. W 2023 r. przywrócono do życia linię wybiegającą ze Świdnicy do Jedliny-Zdroju, na której pociągi pasażerskie przestały kursować w 1989 r. Dzięki tym reaktywacjom Świdnica ponownie stała się czterokierunkowym węzłem kolejowym.

Na Dolnym Śląsku w ostatnich latach połączenia kolejowe wróciły między innymi też do Lubina, Bielawy czy Chocianowa. Dzięki reaktywacjom kolej otwiera się na mieszkańców, którzy przez dekady byli poza jej zasięgiem. – „Poprawa oferty przewozowej – zwiększanie częstotliwości, wprowadzanie połączeń w nowych relacjach czy skracanie czasów jazdy – powoduje, że pasażerowie pojawiają się bardzo szybko” – podkreśla Wojciech Zdanowski. I dodaje: „Rozwój transportu publicznego ma kluczowe znaczenie, aby zatrzymać albo ograniczyć występujący problem depopulacji, który występuje w różnych częściach Polski”.

Efekt Żubra

Problemem depopulacji mocno dotknięte jest województwo podlaskie – zwłaszcza południowa część tego regionu. Ale i tu kolej zdobywa nowych pasażerów. Chociażby w Bielsku Podlaskim – liczba mieszkańców tego miasta od 2017 r. do 2024 r. zmniejszyła się z 25,6 tys. do 23,6 tys. Tymczasem ze stacji Bielsk Podlaski w 2017 r. korzystało dziennie 20-49 osób, w 2019 r. 100-149 osób, w 2022 r. 500-699 osób, a w 2024 r. już 700-999 osób. To efekt rozbudowania oferty przewozowej. W 2017 r. z Bielska Podlaskiego do Białegostoku odjeżdżały tylko cztery dziennie pociągi regionalne, a obecnie jest ich 11. Ponadto z początkiem 2021 r. przywrócono połączenia na linii Bielsk Podlaski – Hajnówka, a następnie w połowie 2021 r. przez Bielsk Podlaski i Hajnówkę zaczęły jeździć pociągi PKP Intercity.

Ze stacji Hajnówka w 2017 r. korzystało dziennie 200-299 osób, w 2021 r. 300-499 osób, a począwszy od 2022 r. 500-699 osób – i to mimo tego, że od 2017 r. do 2024 r. populacja Hajnówki zmniejszyła się z 20,9 tys. do 18,7 tys. osób, a całego powiatu hajnowskiego z 43,7 tys. do 38,2 tys. osób.

Efekt uruchomienia w czerwcu 2021 r. pociągów PKP Intercity „Żubr” i „Biebrza”, które kursują z Białegostoku do Warszawy nie główną magistralą, lecz alternatywną trasą przez Bielsk Podlaski i Hajnówkę, widoczny jest nie tylko w tych miastach, ale też w mniejszych miejscowościach – po pojawieniu się pociągów PKP Intercity dobowe wykorzystanie stacji Nurzec wzrosło z 20-49 do 50-99 osób, stacji Siemiatycze z 50-99 do 150-199 osób, stacji Sarnaki z 50-99 do 100-149 osób, a stacji Niemojki z 50-99 do 100-149 osób. Wzrost nastąpił, mimo że stacje te znajdują się w gminach borykających się z depopulacją.
W skali nie tylko Podlasia, ale całej Polski jednym z najszybciej wyludniających się małych miast są Kleszczele. Od 2017 r. do 2024 r. liczba mieszkańców miasta spadła z 1,3 tys. do 1 tys. Jednocześnie zwiększyła się tu popularność kolei. Dobowa liczba pasażerów na przystanku Kleszczele w 2017 r. wynosiła 0-9 osób, w 2022 r. 20-49 osób, a w 2023 i 2024 r. 50-99 osób. Liczba par połączeń kursujących przez Kleszczele zwiększyła się z czterech do sześciu na dobę, ponadto skróciły się czasy przejazdu. W 2017 r. najszybszy pociąg z Kleszczel do oddalonego 70 km Białegostoku jechał 1 godz. 27 min., a dziś jedzie 1 godz. 9 min. To efekt zakończonej w 2020 r. modernizacji linii Czeremcha – Kleszczele – Bielsk Podlaski – Białystok, dzięki której prędkość maksymalna wzrosła z 60 km/h do 120 km/h. Czas podróży skrócił się mimo dodania postojów na pięciu nowo wybudowanych przystankach Gregorowce Południowe, Orzechowicze, Hryniewicze, Białystok Nowe Miasto i Białystok Zielone Wzgórza.

Liczba pasażerów w Kleszczelach wzrosła po tym, jak w grudniu 2022 r. dzięki „Rządowemu programowi budowy lub modernizacji przystanków kolejowych na lata 2021-2025” zmieniono lokalizację przystanku Kleszczele – odległość z centrum miasta do peronu skróciła się o połowę: z 2 km do 1 km.

Suburbanizacja, czyli samochód?

W tracących mieszkańców Kleszczelach statystyki kolejowe są znacznie lepsze niż w graniczącej od północy z Białymstokiem gminie Dobrzyniewo Duże, w której liczba mieszkańców rośnie – od 2017 r. do 2024 r. z 9,1 tys. do 10,5 tys. Będący efektem suburbanizacji wzrost populacji gminy wcale jednak nie przełożył się na wykorzystanie kolei. Na wszystkich leżących w tej gminie przystankach – Borsukówka, Dobrzyniewo Duże i Fasty – liczba pasażerów nie drgnęła: zarówno w 2017 r., jak i w 2024 r. wynosiła 0-9 osób dziennie. I to w sytuacji gdy z gminy Dobrzyniewo Duże do Białegostoku do pracy dojeżdża 1670 osób, a do szkół 560 osób.

Problemem jest to, że w podbiałostockiej gminie przystanki kolejowe leżą na uboczu. Ich zbliżenie do centrów miejscowości zaplanowane jest w ramach modernizacji linii Białystok – Ełk, która ma zostać zrealizowana do 2029 r. Poważniejszym problemem jest jednak bardzo mała liczba połączeń. Pociągi do Białegostoku odjeżdżają z Dobrzyniewa Dużego tylko cztery razy dziennie: o 6:51, 8:49, 16:07, 18:50. Wrócić z Białegostoku można tylko o 5:40, 10:58, 14:56 i 18:08. Tak ubogi rozkład jazdy wyklucza korzystanie z kolei przez mieszkańców gminy Dobrzyniewo Duże kończących pracę w Białymstoku o 15:00, 15:30, 16:00, 19:00, 20:00, 21:00 czy 22:00.

Choć w gminie Dobrzyniewo Duże przybyło od 2017 r. prawie 1,5 tys. mieszkańców, to połączeń kolejowych jest nawet nieco mniej niż osiem lat temu. Wówczas biegnącą przez Dobrzyniewo Duże linią Białystok – Mońki – Grajewo – Ełk kursowało pięć par pociągów regionalnych dziennie.

Zaledwie cztery połączenia dziennie, kilkugodzinne luki między pociągami nawet w porze powrotów z pracy – to wszystko powoduje, że kolej nie reaguje na wyzwania związane z suburbanizacją. Przy braku dobrej oferty kolejowej nieodłącznym elementem zjawiska wyprowadzania się mieszkańców do podmiejskich gmin stają się rzeki samochodów wlewające się codziennie rano do miast.

Rosnące problemy komunikacyjne

Za suburbanizacją i jej transportowymi skutkami próbują nadążać w województwie kujawsko-pomorskim. Od 2017 r. do 2024 r. liczba mieszkańców Torunia spadła z 202,6 tys. do 193,7 tys. Jednocześnie populacja w okalającym miasto powiecie toruńskim wzrosła z 105,6 tys. do 115 tys. osób – z czego gminie Lubicz przybyło 1,6 tys., a gminie Obrowo aż 4,4 tys. mieszkańców. Obydwie te gminy leżą na linii kolejowej Sierpc – Lipno – Toruń.

– „Ruch samochodowy z podtoruńskich gmin do Torunia jest coraz większy, czego skutkiem są rosnące problemy komunikacyjne, dlatego jestem zwolennikiem lepszego wykorzystania linii kolejowej” – mówił marszałek województwa kujawsko-pomorskiego Piotr Całbecki, gdy w marcu 2023 r. przystępował do współpracy z włodarzami powiatu toruńskiego oraz gmin Lubicz, Obrowo i Czernikowo w zakresie finansowania połączeń kolejowych. Do partnerstwa przyłączyły się też władze Torunia, które widzą interes w tym, żeby jak najwięcej mieszkańców okolicznych gmin wjeżdżało do miasta koleją, a nie samochodami.

Dzięki temu, że samorządy lokalne partycypują w ponoszonych przez samorząd województwa kosztach uruchamiania pociągów na linii Sierpc – Lipno – Toruń, liczba połączeń sukcesywnie się zwiększa. Na początku 2023 r. linią wjeżdżało do Torunia sześć pociągów dziennie, a obecnie jest ich już 11.

Samorządowcy spod Torunia wskazują, że wciąż nierozwiązanym problemem jest niedopasowanie lokalizacji przystanków do zmieniającej się tkanki przestrzennej gmin. Liczą, że zwiększająca się liczba połączeń wreszcie stanie się dla spółki PKP Polskie Linie Kolejowe przesłanką do wybudowania przystanków w zyskujących mieszkańców miejscowościach, przez które pociągi wciąż przejeżdżają bez postojów: między innymi w Brzozówce (2,6 tys. mieszkańców) i Lubiczu Górnym (3,6 tys. mieszkańców).

Dołączanie do Europy

W 2024 r. pasażerowie odbyli polską koleją 407,5 mln podróży, co przekłada się na to, że statystycznie każdy mieszkaniec Polski odbył w ubiegłym roku 11 podróży koleją. Polska wciąż jest w tyle nie tylko za Szwajcarią (56 podróży) czy Niemcami (34 podróże), ale też za Czechami (18 podróży) czy Słowacją (14 podróży). Europejska średnia to 16 podróży koleją na jednego mieszkańca. Przekroczenie tego poziomu jest obecnie wyzwaniem dla zarządzających polską koleją. – „Bardzo regularnie komunikujemy o tym, jak widzimy rynek przewozów pasażerskich, bo ten rynek ma szansę dołączyć do średniej europejskiej, jeśli chodzi o wykorzystanie pociągów przez mieszkańców – czyli dojść do średniej na poziomie 18-20 podróży koleją na mieszkańca. Przy 20 podróżach koleją na mieszkańca rocznie mówimy o poziomie 600-650 mln, może 700 mln pasażerów” – mówił w audycji radiowej Trójki wiceminister infrastruktury Piotr Malepszak, prognozując, że wejście przez polską kolej na symboliczny poziom pół miliarda podróży rocznie to kwestia najbliższych lat. – „Ten rynek ma szansę w perspektywie lat 2027, 2028 dojść do poziomu 500 mln pasażerów. Prognozy, jakie tworzy CPK, nie są tak optymistyczne, jak ja przed chwilą przedstawiłem, co do poziomu 20 podróży koleją na mieszkańca rocznie, czyli około 700 mln pasażerów. Mówią o tym, że wejdziemy na poziom około 550-570 mln i niestety demografia – mamy bardzo niekorzystne prognozy demograficzne – przyhamuje już ten wzrost”.

Jeśli chodzi o demografię, to niekorzystne są nie tylko prognozy, ale też statystyki za minione lata. Z danych GUS wynika, że od 2011 r. liczba mieszkańców Polski z roku na rok spada. Mimo to jednocześnie liczba osób podróżujących koleją rośnie.

Od 2014 r. – kiedy pasażerowie odbyli 269,1 mln podróży polską koleją – ma miejsce trend wzrostowy. Co prawda, przerwała go epidemia COVID-19 w latach 2020-2021, ale od 2022 r. liczba pasażerów znów rokrocznie jest coraz większa. Jednym z czynników, który wpłynął na szybkie odbicie wyników przewozowych po epidemii, była masowa emigracja z Ukrainy po inwazji Rosji w lutym 2022 r. Setki tysięcy Ukraińców stały się w Polsce wiernymi pasażerami kolei.

Imigranci z Ukrainy, których bardzo duża część przybyła do Polski bez samochodów, masowo korzystają z pociągów – zarówno w codziennych dojazdach do pracy, jak i przy przemieszczaniu się po Polsce oraz w podróżach do i ze swojej ojczyzny, z którą po zapuszczeniu korzeni w Polsce nadal starają się utrzymywać kontakty.

W wynikach stacji Przemyśl Główny, będącej kluczowym punktem tranzytowym między Polską a Ukrainą, odbija się zarówno kryzys epidemiczny, jak i następstwa wojny. W 2019 r. dobowa liczba pasażerów na głównej przemyskiej stacji wynosiła 5500. W latach 2020-2021 – gdy z powodu obostrzeń epidemicznych ruch kolejowy przez granicę był przez kilkanaście miesięcy wstrzymany i stacja obsługiwała tylko ruch krajowy – liczba korzystających spadła do 2300-2600 na dobę. Następnie w 2022 r. osiągnęła 6600, a od 2023 r. utrzymuje się na poziomie 7900 osób dziennie. A jeszcze w 2017 r. ze stacji Przemyśl Główny korzystało 3900 osób na dobę. Jak widać, na wyniki, które od 2017 r. do 2024 r. podwoiły się, nie miał znaczącego wpływu fakt, że przez ten czas liczba mieszkańców Przemyśla spadła o jedną dziesiątą: z 61,8 tys. do 55,3 tys.

Zbliżanie się kolei

Liczba mieszkańców całej Polski w ciągu ostatnich 10 lat zmniejszyła się aż o milion – Główny Urząd Statystyczny podaje, że w 2014 r. nasz kraj liczył 38,5 mln mieszkańców, a w 2024 r. już tylko 37,5 mln. Mimo to w tym okresie polska kolej odnotowała 50-procentowy wzrost liczby podroży: z 269,1 mln do 407,5 mln.

Do tego wzrostu przyczyniły się reaktywacje połączeń kolejowych. W ciągu ostatnich 10 lat pociągi wróciły do szeregu miast i całych powiatów. Na przykład po przywróceniu w 2021 r. połączeń do podkarpackiego Mielca dobowa liczba pasażerów na tutejszej stacji z roku na rok rośnie: w 2022 r. wynosiła 150-199, w 2023 r. 200-299, a w 2024 r. 300-399. Przed reaktywacją połączeń odległość z Mielca do najbliższych czynnych w ruchu pasażerskim stacji kolejowych, w Dębicy i Kolbuszowej, wynosiła około 30 km. Dzięki reaktywacjom w zasięgu kolei jest coraz więcej mieszkańców Polski, mimo że w skali całego kraju populacja spada. Proces zdobywania przez transport kolejowy pasażerów z kolejnych części Polski utrzymają planowane na nadchodzące lata reaktywacje połączeń do takich ośrodków jak Łomża, Bełchatów, Złotoryja, Bytów czy Sokołów Podlaski, liczących po kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców, którzy dziś do kolei mają daleko.

Wzrost wyników przewozowych w ostatnich latach pokazał, że reaktywacje połączeń, a także zwiększanie częstotliwości kursowania pociągów, zapewnianie bezpośrednich relacji z peryferii do centrów regionów czy zbliżanie przystanków do osiedli i centrów miejscowości to skuteczne działania na rzecz zdobywania przez kolej nowych pasażerów – nawet w obliczu niekorzystnych zmian demograficznych. Tym bardziej więc demografia nie powinna być traktowana jako argument przeciwko rozwijaniu sieci kolejowej.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 5/138 wrzesień-październik 2025)
https://www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

O wyższe płace

O wyższe płace

Związkowcy walczą o podwyżki w schronisku dla zwierząt.

Komisja Zakładowa związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza domaga się podwyżek płac dla osób zatrudnionych w Krakowskim Towarzystwie Opieki nad Zwierzętami, które zarządza Schroniskiem dla zwierząt w Krakowie. 8 października odbyło się spotkanie związkowców z zarządem. Relacjonują oni:

W spór wkroczyliśmy z dwoma postulatami: 1. Podwyżki o 1200 zł netto dla wszystkich pracowników; oraz 2. Dostosowania oczekiwań w zakresie wydajności i jakości pracy do możliwości pracowników. W kwestii pierwszego postulatu, KTOZ zaproponował nam maksymalnie 200 złotych podwyżki. Związek nie przyjął propozycji – to nie byłyby realne podwyżki, a waloryzacja pensji o wskaźnik inflacji.

Następnie przeszliśmy do omówienia postulatu dotyczącego wydajności. KTOZ odmówił dyskusji, utrzymując, że chęć doprecyzowania przez nas maksymalnych norm odbiera jako zmianę żądania. Zarząd stowarzyszenia zaczął naciskać na podpisanie przez nas protokołu rozbieżności, z pominięciem dyskusji na temat drugiego postulatu. Choć utrzymywaliśmy, że jesteśmy gotowi negocjować w dobrej wierze, starano się nas zastraszyć: usłyszeliśmy, że jeśli nie podpiszemy protokołu, sprawa zostanie zgłoszona do Ministerstwa Pracy.

Odmówiliśmy podpisania protokołu rozbieżności i jako związek wyszliśmy z biura KTOZ, nie ustalając daty kolejnego spotkania. Powiedzmy to wyraźnie: postawa reprezentowana przez KTOZ uniemożliwia prowadzenie dyskusji w ramach sporu zbiorowego.

Podczas spotkania Katarzyna Turzańska, skarbnik KTOZ, starała się zakazać publikowania w internecie informacji o zarządzaniu schroniskiem przez stowarzyszenie. Zagroziła, że jeśli nie przestaniemy mówić o warunkach naszej pracy, stowarzyszenie straci wpływy z 1,5% podatku, wobec czego: „nie będziemy mieć z czego dokładać, więc przyjdzie taki moment, że Państwo w ogóle wynagrodzeń nie dostaniecie”.

Jednak liczby mówią same za siebie: w 2024 rok miasto przeznaczyło 4,6 miliona złotych na program opieki nad zwierzętami realizowany w naszym schronisku (w 2025 aż 8,2 miliona złotych!). Podczas rokowań podano, że w 2024 roku KTOZ dopłacił do miejskich pieniędzy na utrzymanie schroniska 2 miliony złotych. Równocześnie w tym samym roku otrzymał z samych wpływów z 1,5% podatku aż 6,9 miliona złotych!

Podano również, że miesięczna wartość kosztów, jakie wiązałyby się ze spełnieniem naszego pierwszego postulatu 1200 zł podwyżki, wynosi 129 tysięcy złotych. Podano, że stowarzyszenie nie dysponuje takimi środkami. Na co, jeśli nie na nasze wynagrodzenia, KTOZ zamierza wydać pozostałe pięć milionów złotych z 1,5% podatku z zeszłego roku? To my na co dzień opiekujemy się zwierzętami – razem zawalczmy o to, aby przekierować wypracowane przez nas pieniądze do naszych kieszeni!

Stali na ratunek

Stali na ratunek

W Dąbrowie Górniczej protestowali pracownicy branż hutniczej i koksowniczej.

Jak informuje „Dziennik Zachodni”, w Dąbrowie Górniczej odbył się wczoraj protest pracowników Jastrzębskiej Spółki Węglowej KOKS oraz ArcelorMittal Poland. Blokowali oni ruch drogowy, aby zwrócić uwagę opinii publicznej i rządu na sytuację w branżach stalowej i koksowniczej. Obawiają się o swoje miejsca pracy i zapaść sektora stalowego w Polsce.

Związkowcy z sektora stalowego zwracają od miesięcy uwagę na bardzo trudną sytuację branży. Protestowali już kilkakrotnie, w tym w stolicy i Katowicach, a teraz wyszli na ulice w mieście, gdzie działa największa w Polsce huta stali.

W hucie w Dąbrowie Górniczej niedawno został wyłączony jeden z wielkich pieców. Dzieje się z powodu niskiego popytu na stal. Związkowcy twierdzą, że produkcja stali spadła w Polsce do najniższego poziomu od 1945 roku. Nie wynika to z mniejszego zużycia, lecz z faktu, że na polski rynek masowo napływa stal z Chin, Ukrainy i innych krajów. Jest ona tańsza z powodu m.in. niższych cen energii, nieobjętej poza UE opłatami klimatycznymi. Wraz z malejącą produkcją stali spada także zapotrzebowanie na węgiel koksujący i na pracę zakładów przygotowujących koks dla hutnictwa. W dodatku na polski rynek masowo napływa koks z Indonezji.

Protestujących wsparł prezydent miasta Marcin Bazylak. Mówił on: „Protestujący nie będą walczyć o podwyżki czy dodatkowe przywileje, ale o obronę swoich miejsc pracy i ratowanie branż, które są fundamentem przemysłu. Trzeba pamiętać, że dąbrowskie zakłady stanowią znaczący udział w gospodarce naszego kraju – odpowiadają za blisko 50% krajowej produkcji stali oraz znaczną część produkcji koksu, który jest niezbędny dla europejskiego hutnictwa. Ich działalność to nie tylko przemysł – to także stabilność społeczna. Zatrudniają bezpośrednio około 20 tysięcy osób, a poprzez współpracę z firmami zewnętrznymi zapewniają miejsca pracy kolejnym dziesiątkom tysięcy mieszkańców regionu”.

Bazylak wysłał apel do premiera Tuska, domagając się szybkich działań. Napisał m.in.: „Panie Premierze, mieszkańcy Dąbrowy Górniczej i okolicznych miast bardzo dobrze pamiętają sytuację z lat 90. związaną z likwidacją zakładów, masowym bezrobociem i kryzysem społecznym. Dziś widmo powtórki tego scenariusza staje się nader realne, z tą jednak różnicą, że tym razem rząd nie poradzi sobie jak wówczas, kiedy wspólnie z samorządami stworzona została Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna, ponieważ Polska nie jest już konkurencyjną gospodarką do prowadzenia biznesu i bez znaczącego wsparcia polskiego rządu dla transformacji polskiego przemysłu nie uda się przezwyciężyć kryzysu”.

Smutny koniec

Smutny koniec

„Społem” do likwidacji, pracownicy na bruk.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, działalność kończy Powszechna Spółdzielnia Spożywców „Społem” z Łodzi. Przedsiębiorstwo o ponad stuletniej tradycji kończy działalność z początkiem roku 2026. Zamyka wszystkie ze swoich sklepów, a zwolnienia grupowe dotkną ich personel – 62 osoby.

Zamknięto już jeden ze sklepów, a kolejny przestanie działać 25 października. W sumie do likwidacji przeznaczonych jest 10 sklepów, w tym siedem mających delikatesową formułę pod szyldem „Gama”. Przyczyny ich upadku są ekonomiczne, choć władze spółdzielni nie zdradzają szczegółów. Gazeta cytuje Wiesławę Kołek, prezes Spółdzielczego Domu Handlowego Central: „Była jedna Łódzka Spółdzielnia Spożywców, to podzielili ją na 14 mniejszych. To wręcz niesamowity błąd, bo przy takiej konkurencji, jaka weszła w późniejszych latach, nie byliśmy w stanie konkurować z dużymi sklepami. Gdybyśmy pozostali jednym Społem, to kupując od dostawców, otrzymalibyśmy lepsze ceny”.

Populizm po sąsiedzku

Populizm po sąsiedzku

Warto się przyjrzeć wyborom w Czechach i triumfowi tamtejszych populistów.

W wyborach parlamentarnych w Czechach przed kilkoma dniami zwyciężyła populistyczna partia ANO. Przy niemal 69-procentowej frekwencji, najwyższej od 27 lat, populiści pod wodzą Andreja Babiša uzyskali 34,51% głosów. To aż o 7,39 punktów procentowych więcej niż w poprzednich wyborach, które ANO nieznacznie wówczas przegrało. Na drugim miejscu uplasowała się centroprawicowa koalicja Spolu z wynikiem 23,36%.

Wyniki pokazują nie tylko triumf populistów. Są także przegraną ugrupowań antypopulistycznych. Razem wzięte partie i sojusze liberalne nie są w stanie stworzyć koalicji rządzącej, mając w sumie 92 mandaty w 200-osobowym parlamencie. Z kolei ANO z 80 posłami może albo rządzić mniejszościowo przy koncesjach na rzecz dwóch ugrupowań „antysystemowych”, albo próbować stworzyć z nimi rozmaite układy koalicyjne. Skrajna prawica w typie Konfederacji, czyli SPD, ma 15 mandatów, a nowe ugrupowanie w parlamencie, eurosceptyczno-antyekologiczni Kierowcy – 13.

Wspomniana wysoka frekwencja, inaczej niż w ostatnich wyborach w Polsce, okazała się być bronią nie liberałów, lecz antyliberałów. To miara społecznej niechęci wobec neoliberalnego rządu. Najbardziej frekwencja wzrosła wobec poprzednich wyborów w bastionach partii ANO. Szczególnie duży wzrost udziału w wyborach – o 5-7 pkt. proc. – zanotowano w woj. morawskośląskim oraz na północnym zachodzie kraju, natomiast bez istotnych zmian w bogatych i ludnych miastach stanowiących zaplecze wyborcze liberałów – Pradze i Brnie.

Znów inaczej niż w Polsce, tylko wspomniane dwa największe miasta stanowiły miejsca triumfów liberałów. We wszystkich pozostałych większych ośrodkach wygrali populiści, poczynając od Ostrawy, Pilzna, Liberca, Ołomuńca i Czeskich Budziejowic, czyli trzeciego, czwartego, piątego, szóstego i siódmego wśród największych miast kraju. W dodatku wygrali tam oni zwykle z wynikami wyższymi lub przynajmniej podobnymi, jak ich ogólny wynik krajowy.

Warto zarysować prawdopodobny kontekst tak wysokiego poparcia dla populistów w ogóle, w tym nawet w dużych, rozwiniętych i relatywnie zamożnych, „mieszczańskich” ośrodkach. Kontekst ten rzadko pojawia się w polskich analizach czeskich nastrojów oraz wyników wyborczych. Nic dziwnego – Czechy są w Polsce i dla Polaków opisywane niemal wyłącznie przez autorów o wcale lub nieznacznie tylko skrywanych poglądach liberalno-establishmentowych. Tymczasem przyczyny triumfu populistów wydają się w Czechach dość jasne. Są nimi przede wszystkim neoliberalna polityka formacji, które właśnie utraciły władzę.

Rządząca koalicja liberalna przeprowadziła w Czechach szereg „reform” w duchu typowym dla ortodoksyjnego, betonowego neoliberalizmu. Po pierwsze, podniesiono wiek emerytalny – wzrósł on z 64 do 68 lat. Mimo iż dla starszych pracowników wzrósł on mniej, a dla najstarszej grupy zatrudnionych, powyżej 57. roku życia – wcale, to jednak sygnał dla społeczeństwa jest jasny: macie pracować dłużej, żeby w ogóle dostać emerytury. W dodatku niższe – bowiem na mniej korzystny dla świadczeniobiorców zmieniono sposób ich przeliczania i waloryzowania.

Kolejną antyspołeczną „reformą” było zliberalizowanie prawa pracy z korzyścią dla biznesu. Skrócono okres wypowiedzenia z pracy, w wielu przypadkach obejmie on zaledwie nieco ponad miesiąc. Okres próbny, czyli niestabilną umowę dla nowych pracowników (możliwość zwolnienia z pracy z dnia na dzień) wydłużono z 3 do 4 miesięcy. Obniżono z 15 do 14 lat wiek, w którym nieletni mogą pracować dorywczo. Bardziej „elastyczne”, oczywiście na niekorzyść pracowników, są teraz zasady ustalania harmonogramu pracy, organizacji pracy na różnych stanowiskach, pracy zdalnej itp. Z 8 do 6 godzin skrócono czas na przerwę w pracy w „sytuacjach awaryjnych”. Przeciwko zmianom były związki zawodowe, ale neoliberałowie ostentacyjnie zlekceważyli ich uwagi.

Majstrowano także przy usługach publicznych. Zlikwidowano kasy kolejowe w kilkudziesięciu mniejszych miejscowościach, zamknięto 300 placówek pocztowych (głównie na prowincji) oraz zwolniono z publicznej poczty 2300 osób.

Na to wszystko nałożyły się za rządów neoliberałów plagi ponadkrajowe, jak wysoka inflacja i duży wzrost cen energii. Tyle że w Czechach, inaczej niż np. za rządów populistów w Polsce, towarzyszył temu mizerny wzrost płac (w tym płacy minimalnej) i brak poważniejszych działań osłonowych. Efektem jest realne zubożenie znacznej części społeczeństwa. Wzrosły też nierówności społeczne. Obecnie w Czechach około 8% pełnoletnich obywateli ma orzeczoną egzekucję komorniczą ze swojego majątku z powodu zadłużenia. W liczbach bezwzględnych to 650 tysięcy dorosłych osób. Wraz z partnerami i nieletnim potomstwem problem dotyczy ok. 1,5 mln osób w 10-milionowym kraju.

Liberalne media i komentatorzy przedstawiają sytuację w Czechach wedle tego samego bzdurnego klucza, jaki stosują wobec dowolnego innego kraju. Na porządku dziennym są więc wywody o prawicowości i skrajnej prawicowości – w rzeczywistości ANO to ugrupowanie centrowe, pod niektórymi względami kulturowymi na lewo od chadeków współrządzących do niedawna. Albo o „ciemnogrodzie” – tymczasem w Czechach niemal w ogóle nie odgrywają roli w polityce kwestie światopoglądowe w „polskim stylu”: populiści nie podważają liberalnego prawa aborcyjnego, nieobecna jest w ich przekazie niechęć wobec praw osób homoseksualnych itp. Jest to ugrupowanie sceptyczne wobec masowej imigracji, ale przecież w Polsce, jak wiemy, na obecnym etapie liberalnej narracji to Donald Tusk zasłania nas własną piersią przed „nachodźcami”, więc i Babiš chyba też może być taki. Mowa też, rzecz jasna, o prorosyjskości, gdy w rzeczywistości ANO jest w tej kwestii dość umiarkowane, choć zarówno doktrynalnie, jak i ze względu na rosnące nastroje społeczne zachowuje dystans wobec narracji liberałów spod znaku hurra-proukraińskości i zaangażowania w wojnę. Zresztą w okresie przedwyborczym i zaraz po wygranej ANO nawet część co bardziej przytomnych komentatorów liberalno-establishmentowych zaczęła tonować opinie o rzekomej prorosyjskości tej formacji. A nawet pojawiają się w obozie przegranych sugestie, żeby wyciągnąć do Babiša rękę w różnych sprawach, aby jego formacji nie skazywać na współpracę wyłącznie ze skrajną prawicą.

Choć kwestie wojny, imigrantów, „zachodniości” czy ekologii/klimatu mają zapewne wpływ na popularność ANO, to głównym czynnikiem sprawczym wydaje się tutaj kwestia niechęci wobec rządu neoliberałów i ich antyspołecznych decyzji. Zostawiam tu oczywiście zupełnie na boku „demokratyczne” teorie spiskowe spod znaku wywodów, że ważnymi czynnikami w wyborach są „fake newsy”, „rosyjskie ingerencje”, „boty” itd., bo to kwestie trzeciorzędne wobec realnych spustoszeń (anty)społecznych w wykonaniu dotychczasowego rządu. Wyjaśnianie wyników wyborów takimi czynnikami to z jednej strony bezradność poznawcza i kapitulacja intelektualna, z drugiej natomiast sprytny trik pozwalający w oczach naiwnych zrzucić ze środowisk liberalnych odpowiedzialność za ich błędy czy raczej: za konsekwencje ich zamierzonych poczynań.

Babiš w kampanii wyborczej mocno akcentował przekaz o treści: to, co wam zabrał rząd (neoliberałów), zostanie wam przywrócone. Poziom życia, dawny wiek emerytalny, prawa pracownicze. Czy tak będzie w rzeczywistości – nie wiadomo, ale przekaz jest jasny i oparty na kontrze wobec antyspołecznych decyzji dotychczasowej władzy. Argumenty mówiące, że lider ANO, jako zamożny biznesmen, nie dokona takich zmian, przemilczają po pierwsze mało liberalny wymiar jego poprzednich rządów (samodzielnych oraz w sojuszu z… socjaldemokratami), po drugie – zaplecze społeczne i wyborcze jego partii. Są też dość groteskowe, gdy wypowiadają je środowiska liberalne i liberalno-lewicowe powiązane albo z wielkim biznesem i z klasami posiadającymi, albo utrzymywane przez miliarderów operujących w skali świata, jak Soros.

Tak czy owak wybory w Czechach miały wyraźny rys socjalno-klasowy. Przejawiało się to nie tylko w bogato-wyspowym triumfie liberałów w Pradze i Brnie, ale jeszcze bardziej w tym, jak głosowano gdzie indziej. ANO odniosło największe triumfy w „Czechach B” – w ubogich i sponiewieranych regionach. Struktura społeczno-gospodarcza sąsiedniego kraju jest taka, że problemy socjalne nierzadko dotyczą sporych ośrodków miejskich i terenów mocno zurbanizowanych – miejsc, gdzie doszło do zapaści przemysłu i dewastacji miejsc pracy. Czy to po upadku komuny, czy wskutek trwającej od lat „transformacji energetycznej” w duchu liberalnym, czy w sytuacji obecnego uderzenia w zaawansowany przemysł wskutek wzrostu cen energii i regulacji klimatycznych. Czechy, jako obszar historycznie bardzo uprzemysłowiony, zachowały wciąż sporo miejsc pracy, a wobec zmian demograficznych bezrobocie jest niskie. Ale w ostatnim czasie rosnące, a w dodatku praca jest pracy nierówna – czym innym jest szanowany, sensowny zawód wykonywany na stabilnych zasadach niedaleko od domu, w koleżeńskim gronie, a czym innym jedno z „elastycznych” miejsc zatrudnienia byle gdzie i przy byle czym.

Najlepsze wyniki uzyskało ANO w regionach znanych jako czeskie epicentra biedy, zapaści i upadku. Chodzi głównie o województwa morawskośląskie, usteckie i karlowarskie, czyli niemal całą północ kraju. To nierzadko spore miasta i gęsta, miejska zabudowa, a zarazem obszar zdezindustrializowany – miejsca zapaści górnictwa węgla kamiennego i brunatnego, hut żelaza i przemysłu metalowego, hut szkła i zakładów tekstylnych. Przykładowo w Stonawie, gdzie właśnie zamykana jest ostatnia kopalnia węgla kamiennego w kraju, ANO dostało 58%. W sąsiedniej Orłowej 57%, a w pobliskiej Karwinie, swoistej stolicy dawnego, zniszczonego zagłębia górniczego – niemal 60%. Miasto Most na przeciwległym krańcu czeskiej północy, będące symbolem zapaści u naszych sąsiadów – to niemal 50% głosów na ANO i znacznie poniżej krajowej średniej na listy liberałów. Postprzemysłowa wojewódzka Ostrawa, trzecie co do wielkości miasto kraju, z 250 tysiącami uprawnionych do głosowania, to 43% poparcia dla populistów, a więc o ponad 8 punktów procentowych więcej niż ich średnia krajowa. Również poza północą kraju zasada jest niemal zawsze taka sama: im bardziej ubogi, pogrążony w problemach i marginalizowany jest okręg wyborczy, tym wyższe w nim poparcie dla populistów. O ile w województwie południowomorawskim ANO zyskało poparcie ciut niższe niż ogólnokrajowe, o tyle triumfowi liberałów w zamożnym i rozwiniętym Brnie odpowiada na przykład 45% dla ANO w peryferyjno-przygranicznym okręgu znojemskim.

Ciekawym terenem jest województwo morawskośląskie. Było ono jedynym, w którym próg wyborczy w ogóle, a w wielu (po)przemysłowych miastach regionu dość znacznie przekroczyła lewicowa koalicja Stačilo!. Był to sojusz Komunistycznej Partii Czech i Moraw z liderami partii socjaldemokratycznej oraz malutkimi ugrupowaniami narodowo-socjalnymi i regionalistów morawskich. Szli oni do wyborów pod hasłami łączącymi przekaz socjalno-lewicowy z suwerennościowym. Uzyskali wynik – 4,3% – znacznie poniżej sondaży i nie weszli do parlamentu. Poparcie dla nich było niższe niż przed czterema laty, gdy osobne listy komunistów i socjaldemokratów uzyskały w sumie ponad 7%. Na porażkę złożyło się kilka czynników, w tym odwrócenie się części elektoratu socjaldemokracji, gdyż dotychczas między tym ugrupowaniem a komunistami miał miejsce konflikt silnie umocowany w historii i współczesnej tożsamości. Istotnym czynnikiem była także zapewne kwestia generacyjna – komuniści i socjaldemokraci mieli elektorat ponadprzeciętnie wiekowy i przez cztery lata część tych osób odeszła lub stan zdrowia sprawił, że porzucili aktywność polityczno-wyborczą.

Ale ważniejsze wydaje się co innego. Po pierwsze, część elektoratu utracono na rzecz ANO i to nie tylko teraz, ale w długofalowym procesie. 12 lat temu socjaldemokraci byli zwycięzcami wyborów, z poparciem ponad dwudziestoprocentowym, a komuniści zajmowali trzecią pozycję z wynikiem niemal 15%. Obecnie liderzy socjaldemokratów, zanim weszli w sojusz z komunistami, prowadzili rozmowy o starcie z list Babiša. Znaczenie miała w tej kwestii zapewne także obawa części elektoratu o „zmarnowanie głosu” w przypadku nieprzekroczenia progu, co stało się z wyborcami komunistów i socjaldemokratów przed czterema laty. Jednak kluczowy wydaje się inny czynnik. Populiści, gdy są „centrowi”, mogą łowić wśród elektoratów zarówno skrajnej lewicy, jak i skrajnej prawicy. Tym pierwszym oferują przekaz socjalny, a przynajmniej nieliberalny, tym drugim – suwerennościowo-godnościowy, a jednocześnie unikają ekstremalnych postaw obu obozów. Czeskie wybory pokazały, że ugrupowania „antysystemowe” z lewa i prawa osiągnęły wyniki znacznie poniżej oczekiwań i sondaży, a część ich poparcia została skanibalizowana przez ANO.

Czechy stają się w efekcie „krajem bez lewicy”. To już druga kadencja bez ugrupowań lewicowych w parlamencie. Oznacza to, że rządzący populiści nie będą musieli czynić koncesji na rzecz lewicowego koalicjanta czy nieformalnego sojusznika. Takie koncesje poczynią natomiast na rzecz radykałów prawicowych. Wśród moich czeskich znajomych, ale także wśród głosów publicznych nietrudno znaleźć osoby identyfikujące się jako lewicowe, a zarazem głosujące w tych wyborach nie na lewicę, lecz na liberalno-libertariańskich Piratów. Ugrupowanie to może uchodzić za lewicowe czy lewicujące tylko na gruncie obyczajowo-kulturowym, bliskim indywidualistycznej pseudolewicowości kontrkulturowej, a w dodatku robiąc to w kraju, w którym, inaczej niż w Polsce, nie istnieje poważne zagrożenie dla liberalnych swobód obyczajowych, zatem odpada argument, że trzeba ich bronić w sojuszu z kimkolwiek. Popieranie Piratów zamiast „starolewicowej” koalicji to nie tylko uderzanie w ostatnie przyczółki lewicy, nie tylko wsparcie formacji współodpowiedzialnej za antyspołeczne decyzje koalicji rządowej z ich udziałem z lat 2021-2025. To także obiektywne wspieranie sojuszu ANO z radykałami prawicowymi, dla którego przy braku obecności lewicy w parlamencie po prostu nie ma alternatywy.

To także, co najważniejsze, lekceważenie rdzenia lewicowości, czyli orientacji klasowo-socjalnej, na rzecz opcji indywidualistyczno-liberalnej. Zamiana lewicowości jako interesu klasowego i zobowiązania politycznego na rzecz słabszych na wielkomiejsko-próżniaczo-subkulturowy „styl życia”. Czyli wspieranie procesu jeszcze większej separacji takich „lewicowców” od świata pracy, zwykłych ludzi, przegranych i słabszych w obecnym systemie ekonomicznym. Nic dziwnego, że dla klasy ludowej bardziej wiarygodny jest w efekcie nawet bogacz Babiš niż tego rodzaju lewicowość. Inna sprawa, że słaby wynik Stačilo jest i tak najlepszy wśród czegokolwiek, co w Czechach autoidentyfikuje się jako lewica, w dodatku jest to wynik w dużej mierze osiągnięty w środowiskach, dla których obrony powstała niegdyś lewica, a nie wśród praskich, brneńskich czy wszelkich innych freaków i rozmaitych mniejszości.

Lewicowość staje się coraz bardziej martwa i społecznie zbędna. Jest szyldem zanikającej formacji, szczególnie na obszarze postkomunistycznym. Klasy posiadające i osoby aspirujące do nich, nowoczesne mieszczaństwo, rozmaite środowiska postępowo-kulturowe – wszyscy oni znajdują reprezentację w liberałach, którzy w Czechach, w odróżnieniu od Polski, są całkowicie wolni od „staroświeckich” uwikłań kulturowych. Z kolei osoby, dla których priorytetem są kwestie socjalne, otrzymują ofertę od populistów, którzy w dodatku są im bliżsi także kulturowo, bo dzisiaj opresja klasy ludowej ma coraz częściej wymiar nie tylko ekonomiczny, ale także „lajfstajlowy” – niezamożni są nieustannie pouczani i dyscyplinowani za „niedostateczną” postępowość, tolerancyjność, otwartość itd.

W efekcie rolę reprezentantów „wyklętego ludu ziemi” coraz częściej zamiast lewicy pełnią populiści. Czas pokaże, jak w tej roli sprawdzą się oni w Czechach we właśnie zaczynającej się kadencji parlamentu.

Remigiusz Okraska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska

Bezprawne zwolnienia

Bezprawne zwolnienia

Zwolnienia grupowe w PKP Cargo były bezprawne – orzekł sąd.

Jak informuje portal Tysol.pl, zwolnienia grupowe w PKP Cargo zostały przeprowadzone z naruszeniem prawa. Tak orzekł Sąd Rejonowy w Katowicach. Zdaniem sądu złamano art. 314 prawa restrukturyzacyjnego. Mówi on, iż zaplanowane zwolnienia grupowe należy uwzględnić w planie restrukturyzacji danego przedsiębiorstwa. PKP Cargo w ogóle nie posiadało planu restrukturyzacji, gdy podjęło zwolnienia grupowe. Plan restrukturyzacji powstał wiele miesięcy później.

Proces w tej sprawie toczył się z powództwa jednej z kobiet zwolnionych z PKP Cargo. Była ona wspierana przez prawników regionu śląsko-dąbrowskiego „Solidarności”. Sąd uznał, że należy jej się odszkodowanie za zwolnienie z naruszeniem prawa, a PKP Cargo w ogóle nie mogło przeprowadzić zwolnień grupowych w tamtym momencie, nie mając przygotowanego planu restrukturyzacji. Taki plan przygotowano znacznie później, dopiero w czerwcu 2025 roku.

Pierwsza fala zwolnień grupowych w PKP Cargo objęła 2515 osób. Mogą one ubiegać się o podobne odszkodowania, jak pracownica, która wygrała sprawę w sądzie.

W dodatku, jak informuje Paweł Szczepańczyk, prawnik śląsko-dąbrowskiej „Solidarności”, również kolejne fale zwolnień grupowych w PKP Cargo wydają się w świetle omawianego wyroku pozbawione podstaw prawnych. Plan restrukturyzacyjny PKP Cargo nie został bowiem aż do chwili obecnej zatwierdzony przez sędziego komisarza. Wcześniej sąd w Warszawie uznał z kolei, że bezprawne było zwolnienie z PKP Cargo w procedurze zwolnień grupowych jednego z działaczy związkowych objętego szczególną ochroną przed zwolnieniem.

Strach przed zwolnieniami

Strach przed zwolnieniami

Pracownicy PKP PLK obawiają się zwolnień.

Jak informuje Wirtualna Polska, pracownicy spółki PKP Polskie Linie Kolejowe boją się zwolnień. Szefostwo spółki zapowiada bowiem „reorganizację” jej struktury.

W firmie ma się dokonać „integracja”. Polega ona na tym, że zamiast 23 regionalnych zakładów spółki ma pozostać tylko 17, a pozostałe sześć zostanie włączonych do jednej z tych, które przetrwają. Wśród likwidowanych samodzielnych oddziałów mają być te w Ostrowie Wielkopolskim, Wałbrzychu, Nowym Sączu, Skarżysku-Kamiennej, Siedlcach i Częstochowie. Władze firmy uważają, że takie zmiany dostosują strukturę do podziału administracyjnego kraju i liczby województw. Wyjątkiem ma być woj. śląskie, gdzie planuje się pozostawić dwa zakłady.

Szefostwo PKP PLK twierdzi, że nikt nie straci pracy. Jednak pracownicy i związkowcy uważają, że to nierealne. Boją się centralizacji, która wymusi uciążliwe i długie dojazdy do pracy, a część osób pozostawi bez zatrudnienia. Zaniepokojeni są na przykład pracownicy biurowi z dotychczasowego oddziału w Ostrowie Wielkopolskim, których jest stu.

Związkowcy zapowiadają protest 15 października w Warszawie.

Patyczek, nostalgia i kultura zaradności

Patyczek, nostalgia i kultura zaradności

Klasyczna polska etnografia dzieliła kulturę na trzy sfery: kulturę materialną, kulturą społeczna oraz kulturę duchową. W czasie studiów najnudniejsza wydawała mi się ta pierwsza. Do dzisiaj pamiętam lekturę pierwszego tomu „Kultury ludowej Słowian” Kazimierza Moszyńskiego, dotyczącego tej właśnie sfery kultury. Jej znajomość obowiązywała na egzaminie z przedmiotu „Etnografia Polski”. Było to nudne, gdyż trzeba było uczyć się m.in. budowy narzędzi używanych w kulturze ludowej, które w czasie lektury można było zobaczyć tylko w muzeach etnograficznych i w skansenach jako relikty czy też materialne dziedzictwo kulturowe.

Moje podejście do rzeczywistości materialnej zmieniło się jednak na przestrzeni ostatnich lat. Stało się tak nie za sprawą modnego „powrotu do rzeczy”, posthumanistycznego zwrotu ku materii czy też jakiejś naukowej refleksji. Powodem jest proces mojego starzenia się, a wraz ze mną starzenia się świata rzeczy, z którymi byłem zżyty. Moi towarzysze życia codziennego i milczący bracia mniejsi przygarbili się, a ich oblicza pokryły zmarszczki – rysy powstałe w wyniku zużycia.

Kilka lat temu byłem w Muzeum Narodowym we Wrocławiu i zobaczyłem eksponat, którym był komputer Atari. W latach dzieciństwa służył mnie i moim kolegom do grania w gry absolutnie prymitywne z dzisiejszego punktu widzenia. Komputer trzeba było podłączyć do telewizora, by ten drugi spełniał funkcję ekranu. Później wgrać grę przy specyficznych piskach mini magnetofonu-wgrywarki. Przy tym zachować absolutną ciszę, aby się udało (dziecięca praktyka magiczna). Pomyślałem: „Jak to? To przecież było tak niedawno, to nie są stare rzeczy! Stare rzeczy to lemiesze, pługi i inne takie narzędzia, ale nie mój Atari”.

Zdałem sobie sprawę, że czas nie tylko przyśpieszył, i to nie ja będę wyznaczał, co jest, a co nie jest stare, lecz upływający i umykający mi czas spowodował destrukcję tamtego świata rzeczy, które, jak w książce Marty Kozłowskiej „Berdyczów”, po prostu poznikały. Wskazujące palce i jawne drwiny szkolnej wycieczki z muzealnego Atari uświadomiły mi, jak bardzo przeszłość stała się innym światem i jak trudno uwierzyć, że była kiedyś czyimś zwykłym namacalnym światem, a nie obiektem zamkniętym w gablocie i służącym do oglądania.

Kto z tych nastolatków wiedziałby, jak wgrać grę? Jak używać innych rzeczy z przeszłości? Wiadomo: żaden. Dobrym przykładem jest kaseta magnetofonowa, co z taką lubością pokazują memy, aby choć na chwilę dać starszemu pokoleniu poczucie wiedzy tajemnej – niedostępnej dla cyfrowych tubylców; pokazać, że kultura prefiguratywna (pojęcie M. Mead), czyli taka, w której to młodzi uczą starszych, jest tylko pozorna.

Stare rzeczy mogą powracać do żywych, być reanimowane w naszych praktykach tylko na zasadzie retro sentymentu, nostalgii za „starymi dobrymi czasami”. Co więcej, tych czasów trzeba fizycznie dotknąć, gdyż wirtualność spowodowała odrzeczowienie rzeczy – z tego to m.in. względu lepiej posłuchać płyty gramofonowej niż odtworzyć daną piosenkę na laptopie. To sekwencja fizycznych czynności i kontaktu z materią, nawet trzasków i niedoskonałości, daje nam zadowolenie wynikające być może z jakiejś chęci powrotu do (jakoby) autentycznego świata cielesnego doświadczenia.

Granie na Atari obejmowało m.in. zapisywanie na kartkach wyników, tj. czasowych osiągnięć poszczególnych graczy (kto szybciej dojedzie do mety samochodem zbudowanym z kilku kwadratów), wymienianie się grami, wzajemne odwiedzanie się w celu wspólnej gry. Dobrze ukazał tę dziecięcą społeczność graczy i ich praktyki mocno osadzone w materialności oraz, co ważniejsze, emocjonalną chęć powrotu, znany mem (traktuję tę formę komunikacji jako tekst kultury). Mężczyzna mówi, że chciałbym spotkać się z kolegami, jego żona czy partnerka, odpowiada: to idź. Widzimy chmurkę jego myśli, w których jako dziecko gra z kolegami. „Tam już nie da się pójść” – mówi.

Inny mem przedstawia nastolatków grających w piłkę nożną, z podpisem „Gdyby ktoś z nas wiedział, że to już ostatni wspólny mecz”. Te wspólne mecze zawsze pojawiają się przy okazji spotkań z moimi złotoryjskimi kolegami, z którymi graliśmy w piłkę „na zawodówce”, choć nikt nie pamięta ostatniego meczu, bo przecież – właśnie – nikt nie wiedział, że to ten ostatni, jak i tego, że te mecze są dużo ważniejsze niż się wtedy wydawało. Ich ważność potęguje się z upływem czasu.

Mogę z łatwością, z naukowego punktu widzenia, opisać mechanizmy mityzacji rzeczywistości, idealizacji przeszłości etc., pomądrzyć się z wyżyn akademickiego dyskursu, ale faktem jest, że mniejszy stopień zmediatyzowania wymuszał bliższe i by tak powiedzieć, bardziej gorące kontakty osobiste, swoistą formę towarzyskości, budowania koleżeństwa i przyjaźni. Co więcej, one są stosunkowo trwałe, mam bowiem więcej kolegów i przyjaciół z podstawówki niż ze studiów – i to nawet pomimo różnic światopoglądowych czy klasowych. To po pierwsze.

Po drugie, uważam, że w tej nostalgii nie ma niczego złego, nawet jeśli nostalgiczna uczuciowość nie ma swojej reprezentacji, a znaczenie danego wydarzenia jest nadawane po jego zniknięciu. W tym sensie przedmiot nostalgii jest swoistym symulakrum, tj. znakiem bez odniesienia (pojęcie J. Baudrillarda). Z tego względu nostalgia jest zresztą łatwa do zaatakowania i wyśmiania, albowiem ktoś często tęskni za czymś, co staje się obiektem tęsknoty dopiero po czasie.

Podam przykład, który zobrazuje co mam na myśli. Jako dziecko oglądałem dobranockę „Miś Uszatek”. Pamiętam, jak Mama wolała: „Michaś, bajka”. Bajka jak bajka, leciała w telewizji to oglądałem, nie stawiałem jej wyżej ani niżej od późniejszych „Brygady RR” czy „Gumisiów”. Przypomnę, że był to czas, w którym to ja musiałem się dostosować do pory oglądania, co nadawało dniu odpowiedni rytm. Od kiedy mieliśmy video (lata 90.) można już było nagrywać z telewizji, ale dotyczyło to raczej filmów sensacyjnych niż bajek. Reżim programu telewizyjnego, a od 1993 roku wspomagany „Tele tygodniem”, dawał jakiś swoisty urok odświętnego wyczekiwania oraz budował odpowiednie rytuały wśród telewidzów i całych rodzin.

Słowem, „Miś Uszatek” był po prostu bajką mojego dzieciństwa, której oglądaniem kończyłem dzień. Dzisiaj, gdy ją oglądam, robię to inaczej niż wtedy, gdyż wiem, że czas dzieciństwa już przeminął. Miś Uszatek nie jest tym samym Misiem Uszatkiem, choć on się wcale nie zmienił, może z tą różnicą, że oglądam go na innym nośniku. Zmieniłem się ja. Widząc dzisiaj tę bajkę – widzę siebie małego, którego nie mogłem zobaczyć wtedy, gdyż jeszcze nie dorosłem. Jednego misia od drugiego dzieli czas. Tęsknię za Misiem Uszatkiem, bajką, która we mnie-dziecku nie budziła szczególnych emocji, albowiem żeby za czymś tęsknić, trzeba obiekt tęsknoty utracić, ale nie w sensie fizycznym, lecz czasowym. Czas go zmienia, tęsknię zatem za czymś, co w chwili dziania się nie istniało, gdyż dorosły Michał to nie mały Michaś.

Podobnie jest z wieloma innymi rzeczami, które oglądam czy kupuję, chcąc dotknąć oraz posmakować minionego świata. Czytane egzemplarze zielonych książek serii „Świat zwierząt” czy jedzone galaretki cukrowe przypominające ćwiartki cytrusów rozczarowują, bo choć fizycznie się nie zmieniły, to zmieniły się znaczenia, które wpływają na sam kontakt z rzeczą – nie o samą materię bowiem tutaj chodzi, ale o nadawane jej znaczenia. Rozczarowują, a jednak niczego tak jak ich nie pożądam, gdyż naiwnie ufam, że przywrócą mnie do świata, w którym byłem zżyty z rzeczami. Na tym żeruje cały znienawidzony przeze mnie retro-storyselling, któremu ze wstydem ulegam, łudząc się za każdym kęsem wafelka Danusia czy Drażami Korsarzami, że tym razem wrócę do przeszłości. Nigdy nie wracam, a szkoda.

Dla wielu osób, szczególnie młodych, których czas jeszcze nie przeminął (niechaj wykażą się cierpliwością!), to podejście taniego sentymentalizmu, jakiejś naiwno-dziecięcej potrzeby zaczarowania świata, która od razu jest deprecjonowana sformułowaniem-etykietą „Kiedyś to było”. Nie negując tego sentymentalno-magicznego wymiaru, uważam, że jest on potrzebny, wręcz niezbędny, szczególnie tym, którzy, tak jak ja, nie wierzą w przyszłość i nie mają najmniejszej ochoty „być na bieżąco”, tj. dopasowywać się i transformować własną podmiotowość do wymogów postępu (coraz zresztą głupszego).

Niektórzy badacze mówią w tym kontekście o destrukcyjnych i dysfunkcyjnych konsekwencjach nostalgii. Nasila ona uczucie dystansu pomiędzy uczestnikami życia społecznego oraz powoduje obojętność wobec rzeczywistości życia społecznego. Nostalgia jest zatem źródłem cierpień, by przywołać tytuł artykułu na ten temat, autorstwa S. Boym. Można przyjąć taką optykę, jest ona jednak uzasadniona tylko pod warunkiem, że ufa się w cywilizacyjny potęp i określone wartości, jak np. konieczność zaangażowania w życie społeczne o jego określonej formie. Nie dostrzega się przy tym, iż nostalgia może być także skuteczną ochroną przed adaptacją do nowej rzeczywistości, w imię akceptacji oraz pielęgnowania – koniec końców – własnego życia, które trzeba przeżyć tak, jak się chce i to nie pod pluszowym przymusem postępowych badaczy etykietujących wybory ludzi „dysfunkcją”. A co to? Wszyscy muszą żyć w tym czasie?

Być może przeszłość to jedyne, co mamy, czyli własną opowieść o minionym świecie i o nas samych, która nie ma realnego miejsca poza doświadczeniem istniejącym w wyobraźni. Każdemu wolno mieć swoją opowieść, a przykładanie do niej naukowej miary prawdy i fałszu jest nie tylko nudne i poznawczo jałowe, gdyż nie oddaje potrzeby sensotwórczej działalności podmiotu, ale także uniemożliwia zrozumienie, tak po ludzku, samego opowiadającego i jego idiosynkratycznego świata. Te możliwości daje nam sztuka, w tym głównie literatura oraz film, gdyż nauki społeczne coraz bardziej służą przymuszaniu do światopoglądowego postępu.

Ponadto w pewnych aspektach rzeczywistości, z punktu widzenia wracających do przeszłości, faktycznie kiedyś było lepiej. Nie wszystko da się zrzucić na idealizowanie przeszłości. Kwitowanie każdej wypowiedzi uwagami typu: „O, zaczyna się, kiedyś to były czasy teraz nie ma czasów”, to tarcza przed uznaniem, że wiara w postęp może okazać się regresem, że nie wszystko, co nowe, jest lepsze niż stare. Należy także pamiętać, że „postęp” i „regres” to tylko metafory, a nasza pamięć działa jak latarnia morska: oświetla tylko fragment, reszta pozostaje w mroku, nigdy nie chwytając całości, wszak żadna latarnia nie rozświetli nocy. Nie znaczy to jednak, że oświetlone fragmenty nie są prawdziwe.

Mówię o tym wszystkim, aby, po pierwsze, uświadomić, że często z dużą łatwością, by nie powiedzieć że ze zbyt dużą, przychodzi nam ocena tego, co minęło jako jednoznacznie negatywnego, gdyż będącego reliktem zawsze złej przeszłości, rzekomo słusznie wypartej przez postęp.

Po drugie, aby zwrócić uwagę na fakt, że nasze opowieści o przemijającej postaci świata dają się prowadzić poprzez historię pojawienia się, używania oraz zanikania rzeczy. Tworzone przez człowieka rzeczy stabilizują relacje społeczne, wspólne ich znaczenia umożliwiają i wytwarzają praktyki kulturowe, poprzez nie, i dzięki nim, działamy. Ich historie to nasze historie.

Lubię wracać wspomnieniami do dziejów różnych rzeczy, które posiadam lub straciłem z powodu bezrozumnej wiary w trwanie materialnego świata (pamiętnik, „Złote myśli”), czyli po prostu wyrzuciłem jako bezużyteczne starocie, a nawet ośmieszające śmieci, znaki pochodzenia klasowego. Nie chodzi tutaj bowiem o moje doświadczenia, ale o doświadczenia ludzi żyjących w czasach innej niż dzisiaj infrastruktury materialnej. Słowem: trzymanie w zamrażalniku posiekanego koperku w pudełku po lodach było stosunkowe powszechne, a nie jednostkowe. Co więcej, ponad dekadę temu znalazłem koperek w lodówce mojej rumuńskiej niedoszłej teściowej.

Jedną z takich rzeczy jest też patyczek, który kiedyś znalazłem w szafce na buty. Był to po prostu prosty kilkunastocentymetrowy kijek, przypominający bardziej patyk po zjedzonych lodach niż gałązkę. Gdyby nie miejsce jego odnalezienia, trudno byłoby się domyślić do czego służył. Służył do zmierzenia rozmiaru stopy. „Jak to?” – mógłby ktoś zapytać, „Nie łaska samemu iść i zmierzyć”. Dzisiaj kupienie butów nie stanowi większego problemu, jeśli posiada się pieniądze, gdyż jest to towar dostępny. Nie było tak jednak zawsze. Ten patyczek moja Mama dawała cioci, której siostra mieszkała w Niemczech, i do których, na początku lat 90., jeździła do pracy. Wtedy to mogła użyć patyczka, aby kupić buty o odpowiednim rozmiarze, wcześniej zaś, w latach 80., robiła to jej siostra i wysyłała do Polski lub przywoziła przy okazji świąt.

Na informację o patyczku jako mierze stopy i przedmiocie przekazywanym sobie w celu odpowiedniego zakupu, natrafiłem w książce Jana Głuchowskiego „Na saksy i do Bułgarii. Turystyka handlowa w PRL”. Wśród opisywanych przedmiotów towarowego obrotu handlowego pomiędzy polskimi turystami-handlarzami a węgierskimi mieszkańcami-handlarzami znalazły się m.in. buty. Jak pisze autor: „Jeśli był to zakup dla bliskiej osoby, wówczas dokonywano go w dziś już zapełnienie zapomniany sposób, a mianowicie miarą był patyczek przywieziony z kraju długości stopy osoby, dla której przeznaczone było obuwie. Problem polegał na tym, że czasem patyczek się wysuszył albo uszkodził i buty okazywały się niedobre”. Głuchowski opisuje jeden z felernych zakupów, spowodowanych skurczeniem się świeżo ściętego patyczka. Mój rodzinny patyczek okazał się bardziej profesjonalny i nie ulegał odkształceniom.

Przeglądając rodzinne zdjęcia, wprawne oko właściciela zaznajomionego z kulturą materialną PRL-u potrafi rozpoznać rzeczy pochodzące z innych krajów socjalistycznych oraz przywiezione zza Żelaznej Kurtyny, a nawet miejsc tak egzotycznych, jak Turcja, Egipt, Indie, Korea Południowa, Tajlandia, Syria czy Kuba. Jak te rzeczy znalazły się w naszym posiadaniu? Dlaczego chcieliśmy je mieć? Jakim kanałem je nabyliśmy? Od kogo i za ile?

Książka Głuchowskiego opisuje jedną z praktyk, która umożliwiała zaopatrzenie się w różne produkty. Historia rzeczy trafiających do Polski dzięki turystyce podróżniczej to jednocześnie opis konsumpcji czasów przed transformacją ustrojową oraz czegoś, co określiłbym „kulturą zaradności” czy „kulturą kombinowania”.

Warto tej kulturze poświęcić kilka słów, ujmując ją jako nadbudowaną na ekonomicznej bazie, która przymuszała ludzi do organizowania sobie różnych towarów. To o tyle ważne, że kultura ta źle się zestarzała i z dzisiejszego punktu widzenia jest oceniana negatywnie. Pytanie, jakie można zadać, brzmi następująco: czy nie przeszła ona swoistej metamorfozy i pomimo zmiennych dekoracji kulturowych wciąż ma się dobrze? Czy nie służy przypadkiem do stygmatyzacji jednych „zaradnych” (klasowo „niższych”) przez innych „zaradnych” (klasowo „wyższych”)?

Zacznę od faktów. Czasy PRL były okresem państwowego monopolu w turystyce, a rozwój turystyki handlowej był uzależniony od sytuacji politycznej w „krajach demokracji ludowej”. Mobilność zagraniczna obywateli wzrastała od czasów śmierci Stalina i tzw. odwilży. W 1955 roku na wycieczki do ZSRR udało się jedenaście tysięcy rodaków, rok później już dziewięćdziesiąt trzy tysiące, a podobny wzrost odnotowano w wyjazdach do Czechosłowacji i NRD. Przełomem był 1972 rok, w którym podpisano umowę graniczną z naszym zachodnim sąsiadem. O ile w 1971 roku do NRD wyjechały sto dwadzieścia cztery tysiące Polaków, to w roku następnym już osiemdziesiąt razy więcej. Zliberalizowano także regulacje dotyczące wyjazdów do Bułgarii, Czechosłowacji, Rumunii i na Węgry. Turystyka handlowa i wyjazdy zagraniczne osiągnęły apogeum w 1977 roku – wtedy do bratnich krajów socjalistycznych udało się ponad dziesięć milionów Polaków. Stan wojenny drastycznie ograniczył wyjazdy turystyczne – w 1983 roku Polaków wyjechało milion, a u schyłku PRL liczba turystów osiągnęła prawie trzy miliony. Od 1991 roku rząd Tadeusza Mazowieckiego zniósł monopol w handlu zagranicznym, co całkowicie podkopało nielegalny handel turystyczny.

Wyjazdy turystyczne Polaków, zdaniem autora książki, pracownika biur podróży w PRL, były bardziej przedsięwzięciami biznesowymi niż nastawionymi na zwiedzanie, poznawanie innych kultur, uczenie się czegoś nowego czy wzbogacanie własnej osobowości – jak to określa autor. Opisuje on zabawne historie mniejszości, jaką stanowili „prawdziwi” turyści, którzy np. nie chcieli się zrzucać na łapówki dla celników, gdyż nie wieźli niczego na sprzedaż. Budziło to wielkie zdziwienie, a nawet drwiny ze strony większości, czyli turystów handlowych.

Z ekonomicznego punktu widzenia nie ma w tym nic dziwnego, albowiem pensje w PRL wahały się od 10 do 30 dolarów. Te drugie należały do inżynierów, lekarzy, pracowników naukowych, a obok oficjalnego nierealnego kursu walutowego istniał kurs czarnorynkowy. Ceny dóbr konsumpcyjnych, np. sprzętu turystycznego, kryształów czy skór z lisa były w naszym kraju relatywnie tanie, wystarczyło je więc wywieźć za granicę, sprzedać, a wówczas zwracał się koszt wycieczki, a przy większej ilości sprzedanych rzeczy zysk równał się rocznej pensji lub był jeszcze wyższy. Zdarzało się, że niektóre osoby porzucały pracę zawodową i zajmowały się wyłącznie handlem turystycznym – podobno sprawdzali się w tym emeryci.

Słowa piosenki zespołu Big Cyc „Berlin Zachodni”, choć napisane w 1990 roku, trafnie oddają możliwość szybkiego zarobku: „Tu kupisz, tam sprzedasz, nie weźmie cię bieda”, „a w jeden dzień zarobisz tyle, co górnik w miesiąc w brudzie i w pyle”.

Głuchowski w swojej książce informuje, że na rynek trafiało tylko około jednej czwartej całości ogłoszeń z biur podróży do takich krajów jak Turcja czy Grecja. Reszta wyprzedawała się pod ladą za łapówki od najzamożniejszych. Turystyka handlowa kwitła nie tylko dzięki biurom podróży, ale także m.in. wyjazdom naukowym oraz wymianie kulturalnej. Choć autor nie opisuje szczegółowo struktury klasowej podróżujących, to z jego książki można wyciągnąć wniosek, że byli to raczej w większości ludzie z dużych miast, z odpowiednimi znajomościami, nierzadko wykształceni. Handlowali w zasadzie wszyscy, gdyż było to po prostu bardzo opłacalne, niezależnie od tego, czy robili to profesjonalnie czy „przy okazji”.

Autor nie ocenia ani nie stygmatyzuje tych ludzi. Docenia za to ich zaradność, spryt, a nawet odwagę, gdyż nie znając języka jechali do innego kraju handlować; ufali w swoje siły, np. w to, że nie dadzą się złapać, a nawet przyłapani na nielegalnym procederze poradzą sobie jakoś. Podkreśla za to, że nabycie tych doświadczeń oraz kontaktów przysłużyło się przedsiębiorczym osobom, które szybko uruchomiły sprzedaż z pominięciem biur podróży, co szczególnie dotyczyło handlu z Turkami. Słowem, doświadczenia w turystycznym handlu okazały się przydatne do rozwinięcia biznesu w czasach kapitalizmu, szczególnie na początku lat 90., w którym jeśli obowiązywały regulacje, to można było je obchodzić starymi sposobami. „Najobrotniejsi”, jak określa ich autor, otwierali firmy produkcyjne, usługowe i przedsiębiorstwa importowo-eksportowe.

Powstrzymując się przed oceną tych praktyk w latach 90. i późniejszych, często z dzisiejszego punktu widzenia godnych potępienia i wyśmiania pod hasłem „Januszy biznesu”, należy powiedzieć, że, po pierwsze, nie jest to praktyka szerzej opisana w historii kultury PRL (rzecz na dobre studium antropologiczno-historyczne). Jak wszystko, co wstydliwe, zostało poznawczo zaniedbane.

Po drugie, miała ona znaczenie dla rozwoju przedsiębiorczości kapitalistycznej, gdyż ukształtowała się określona „kultura zaradności” sprzężona ze zdolnościami komunikacyjnymi ułatwiającymi załatwienie określonych spraw. Kto dzisiaj potrafi dać łapówkę? Podlizywać się i schlebiać w celu osiągnięcia własnego interesu? Nie żebym takie kompetencje komunikacyjne wychwalał, ale okazywały się one przydatne, wręcz niezbędne.

Po trzecie, to raczej okoliczności zmusiły ludzi do „kultury zaradności”, opartej także na gospodarsko-wiejskim podejściu. „Zaradność”, „obrotność”, słowa często przeze mnie słyszane w latach 90., były synonimem inteligencji, sprytu życiowego skutkującego „załatwieniem sobie czegoś w życiu”. Jak sam nie zdobędziesz, to nikt ci nie da, a kapitalizm to świat walki wszystkich ze wszystkimi. Przykładowo, część mojej rodziny przenosiła wiejskie nawyki ukształtowane przez instytucję targu do życia w mieście, np. próbowali w supermarkecie winogron. Oczywiście można to „januszowate” zachowanie potępić jako niemoralne, ale było ono racjonalne, gdyż trzeba spróbować, żeby kupić to, co się chce, a nie ufać, że winogrona są słodkie, albowiem to właśnie zaufanie było „towarem deficytowym” (przynajmniej w pewnym aspekcie). „Co by było gdyby tak każdy próbował?”. – Ale nikt nie próbuje” – brzmiała odpowiedź. To też jest racjonalne.

Podzielam dzisiejszą krytykę owej mentalności, która nierzadko nie liczy się z prawem, skutkuje wyzyskiem etc. Chodzi jednak o to, żeby w tej krytyce rozumieć ducha czasów (ludzi kształtują ich realia, a nie abstrakcyjne ideały) oraz nie być jednostronnym. Prawdziwymi Januszami biznesu są także ci, którzy niekiedy wręcz chełpią się niepłaceniem przez siebie podatków, gdyż znaleźli jakąś lukę prawną lub potrafią „obejść system”. Można naśmiewać się z praktyki turystycznej nastawionej za handel, ale z równym zacięciem należy krytykować turystykę konferencyjną jako praktykę kadry akademickiej. Czy naprawdę na większe potępienie zasługuje dorabiający się od zera, tak strasznie stygmatyzowany „Janusz biznesu” niż „wielcy biznesmeni” zawdzięczający majątki współpracy z tajnymi służbami? Czy Janusz Januszowi nierówny?

Ponadto uważam, że „kultura zaradności” pomagała sobie radzić na emigracji. Spędziłem rok w Irlandii, mieszkając z chłopakami z klasy ludowej, i miałem okazję obserwować ich życie. Ci, którzy nie odnajdywali się w Polsce, stygmatyzowani jako „niezaradni”, jako gorsi, gdyż niewykształceni i bez znajomości języka, „przegrywy”, znakomicie się odnajdywali w emigracyjnej rzeczywistości, np. w sferze napraw i handlu samochodami (niewielu Irlandczyków się na tym znało), strzyżeniu kolegów za niewielką opłatą, wykonywaniu wielu rzeczy samodzielnie, żeby nie musieć wydawać pieniędzy. „Jak niezgodnie z prawem, to lewą stroną jadę. Teraz też jest wojna, kto kombinuje ten żyje” – słyszymy w piosence „To my Polacy”, trafnie obrazującej życie części polskiej emigracji. Dla biedniejszych zawsze jest wojna.

Książka „Na saksy i do Bułgarii” pokazuje także, iż kupowanie podróbek odzieży w Turcji, a nawet wakacyjna prostytucja w Turcji i krajach arabskich nie była nieznana, niekiedy wręcz turystyczne autokary były wypełnione ekskluzywnymi polskimi prostytutkami. „Dziewczyny z Dubaju” nie są czymś nowym. Dalej chodzi o to samo: mieć to, co mają inni, ci definiowani poprzez posiadanie jako lepsi, dorobić się szybciej i łatwiej. Różnica polega na tym, że kiedyś robili to prawie wszyscy, dzisiaj część społeczeństwa przynależna do klasy wyższej już nie musi, a „średniaki” dobrze udają, że nie muszą, ale nierzadko kombinują jak dawniej, aby ich sieć powiązań klientelistycznych pozwoliła na dostęp do wybranych zasobów: pracy, grantów czy opieki lekarskiej. Zmieniła się tylko pożądana materia.

W neoliberalnym kraju „kultura zaradności” jest cnotą, choć nie wszyscy się do niej przyznają, a stygmatyzacji ulegają tylko najsłabsi. W świecie nierówności społecznych oraz słabo działającego państwa, które znajduje się w rękach klasy dominującej, nie dziwi fakt, że spora część ludzi radzi sobie jak potrafi, czyli kombinuje i omija prawo. Wiedzą bowiem, że nie ma nic gorszego niż bycie biednym oraz wyzyskiwanym w świetle prawa.

Dzięki procesowi psychologizacji i psychoterapeutyzacji kultury współczesnej wyrabiamy nawyk nieustanej autoanalizy swoich uczuć, skupiania się na własnym wnętrzu, zaglądania do środka. Tymczasem ciekawszy jest gest analityczny skierowany na zewnątrz, ku światu rzeczy, jako pretekstu do opowiedzenia historii naszej podmiotowości oraz historii praktyk kulturowych, które nas ukształtowały, wręcz uformowały nasze ciała.

Pod tym kątem bardzo ciekawa jest książka Byung Chul-Hana „Nie(do)rzeczy”, którą autor kończy mini-esejem o grającej szafie dzielącej los kawałka gitary z „Powiększenia” Antonioniego: z relikwii staje się śmieciem. Tworzona przez Hana opowieść odzwierciedla, kim jest sam opowiadający, ukazując jednocześnie więcej: jak wiele straciliśmy odczarowując świat, pozbywając się poetyckiego wymiaru zamieszkiwania świata. Świata, w którym rzeczy nie są towarami, w których się dusimy, lecz czymś, z czym żyjemy i na co przenosimy nasze wyobrażenia, tęsknoty, marzenia czy aspiracje. Myślimy rzeczami, gdyż są jak lustro, rzeczą i metaforą jednocześnie.

dr hab. Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska

Polacy o związkach zawodowych

Polacy o związkach zawodowych

Nowy raport z badań CBOS przynosi ciekawe informacje o ocenie związków zawodowych.

CBOS opublikował nowe wyniki badań dotyczących oceny instytucji i innych wybranych podmiotów aktywnych w sferze publicznej. Część badań dotyczy związków zawodowych.

Najlepsze zdanie o działalności związków mają osoby w wieku od 18 do 24 lat, a jako grupa społeczna – uczniowie i studenci. Najbardziej krytyczne wobec związków zawodowych są osoby o dochodach przekraczających 6000 zł per capita w gospodarstwie domowym oraz mieszkańcy dużych miast.

Najbardziej rozpoznawalnym związkiem zawodowym w Polsce jest „Solidarność”. Jednak zdania o niej nie ma aż 42% badanych. Opinii na temat OPZZ nie ma 61% badanych, a o Forum Związków Zawodowych aż 74% badanych.

Najlepiej ocenianym związkiem także jest „Solidarność”. Pozytywnie ocenia ją 29% badanych, co oznacza wzrost od wiosny o trzy punkty procentowe. Negatywne opinie o niej wyraża 30% badanych, co oznacza spadek o dwa punkty wobec poprzedniego badania. Pozytywne oceny OPZZ wyraża 19% ankietowanych, a negatywne – 20% z nich. Forum Związków Zawodowych zostało pozytywnie ocenione przez 14% badanych, a negatywnie przez 13%.