Więcej kasy dla kasjerek!

Więcej kasy dla kasjerek!

Związkowcy działający w Kauflandzie domagają się wyższych płac i poprawy warunków zatrudnienia.

Jak informuje łódzka „Gazeta Wyborcza”, w Kauflandzie narasta niezadowolenie z płac i warunków zatrudnienia. Jolanta Żołnierczyk, wieloletnia kasjerka i działaczka związkowa, liderka struktur Konfederacji Pracy w sieci Kaufland, informuje, że jej związek domaga się znaczących podwyżek płac.

Konfederacja Pracy wystosowała pismo do dyrekcji Kauflandu. Wzywa w nim do rozpoczęcia rozmów o podwyżkach płac. – „Uważamy, że od stycznia 2026 roku pensje powinny wzrosnąć o 1200 złotych brutto” – twierdzi jeden z liderów związku w Kauflandzie, Wojciech Jendrusiak.

Podwyżki przyznawane przez sieć są symboliczne wobec wzrostu kosztów życia. W ostatnich latach wynosiły według wyliczeń związkowców 200-300 zł rocznie, w tym częściowo wynikały jedynie z ustawowego podnoszenia płacy minimalnej. W sklepach Kaufland w mniejszych miejscowościach zarobki wynoszą niewiele ponad płacę minimalną.

Rosnące koszty życia to niejedyny argument związkowców za podwyżkami. Ich zdaniem praca jest coraz cięższa, a obowiązków przybywa. Wynika to z braków kadrowych – spowodowanych zarówno polityką oszczędnościową firmy, jak i zwalnianiem się z pracy przez osoby niezadowolone z pensji. W efekcie pracownicy muszą wykonywać coraz więcej zadań. „Rosnące koszty życia powodują, że wielu pracowników, pomimo długiego stażu pracy, podejmuje trudną decyzję o odejściu z firmy, co skutkuje jeszcze większym obciążeniem pracą za tę samą płacę” – mówią związkowcy.

Związkowcy informują, że w przypadku braku stosownej reakcji firmy rozpoczną formalnie spór zbiorowy, który może przerodzić się w strajk.

Cóż szkodzi obiecać?

Cóż szkodzi obiecać?

W Olsztynie protestowali pracownicy ratusza.

Jak informuje Radio Olsztyn, w Olsztynie odbył się protest z udziałem około 70 członków związku zawodowego Symetria i niezrzeszonych pracowników ratusza. Domagają się oni sprawiedliwego i przejrzystego systemu płac. Protestowali przeciwko obniżeniu tzw. kategorii zaszeregowania. Niedawno otrzymali oni od władz miasta pisma obniżające zaszeregowanie. Oznacza to, że mogą zapomnieć o obiecywanych podwyżkach płac lub dostać je w wysokości niewielkiej.

– „Po prostu obniżono te stawki o kilka szczebli. Do czego to prowadzi? Spadając do niższej kategorii, jest niższy wymóg, jeśli chodzi o płacę minimalną zasadniczą w tej kategorii. W naszym przekonaniu jest to realne obejście możliwości systemowych podwyżek dla pracowników samorządowych” – mówiła podczas protestu Ewa Wyka, liderka związku zawodowego Symetria. Protestujący uważają, że taka zmiana oznacza podwyżki symboliczne, a dla części zatrudnionych – żadne.

Pracownicy olsztyńskiego ratusza protestowali pod hasłem „Cóż szkodzi obiecać”. Większość w radzie miasta ma Platforma Obywatelska, a prezydentem Olsztyna i pracodawcą protestujących jest kandydat PO w wyborach samorządowych w 2024.

Kolejarze na drogach

Kolejarze na drogach

W kilkunastu miejscach kraju odbył się dzisiaj protest kolejarzy.

Jak informuje Polska Agencja Prasowa, w trzynastu miejscach w całej Polsce odbyły się dzisiaj protesty zorganizowane przez Związek Zawodowy Maszynistów Kolejowych w Polsce. Przybrały one formę blokad dróg. – „Chcemy zwrócić uwagę na problem wygaszania kolei towarowej. Z naszej strony jest to akt desperacji. W duchu dialogu społecznego niestety nie możemy przebić się z tym, że realizowana jest polityka transportowa państwa, która zabija kolej towarową. Ofiarami tej polityki są pracownicy kolejowi” – mówił w Czarlinie lider protestującego związku, Leszek Miętek.

Lider ZZMwP argumentował, że transport drogowy korzysta z bezpłatnej infrastruktury utrzymywanej z budżetu państwa, a kolej ponosi ogromne koszty. Samochody ciężarowe prawie w 90 proc. korzystają z bezpłatnych dróg, budowanych i utrzymywanych na koszt polskiego podatnika. – „Kolej płaci olbrzymie stawki za dostęp do infrastruktury oraz najdroższą w Europie energię trakcyjną. Nie chcemy jako kolejarze żadnej łaski. Chcemy tylko, żeby były stworzone równe warunki do konkurencji. A one nie są równe” – mówił Miętek.

Protest miał zwrócić uwagę opinii publicznej na dramatyczną sytuację w sektorze kolejowych przewozów towarowych. W 2024 z PKP Cargo zwolniono około 4 tys. pracowników. Byli wśród nich maszyniści, rewidenci i ustawiacze. Spółka planuje kolejne masowe zwolnienia w tym i następnym roku. Leszek Miętek mówił: „To ograniczenie zdolności operacyjnych spółek. To wygaszanie kolei towarowej, które jest robione na rzecz transportu drogowego będzie bardzo dotkliwe dla całej gospodarki w Polsce. Jeżeli stracimy możliwość realizacji przewozów, to pytanie, czym będą przewożone miliony ton materiałów potrzebnych do realizacji dużych inwestycji: CPK, kolei dużych prędkości czy elektrowni jądrowej. TIR-ami? One do reszty rozjadą polskie drogi”.

Podczas blokady w Gdyni, lokalny lider ZZMwP Rafał Latuszewski mówił: „Chcemy zablokować ten ruch kołowy symbolicznie, bo przecież te wszystkie TIR-y, które jadą tutaj drogą krajową 22 mogłyby zostać zastąpione przez kilka pociągów”.

Jak informuje „Dziennik Zachodni”, do kolejarzy protestujących w Dąbrowie Górniczej dołączyli aktywiści ekologiczni z organizacji Ostatnie Pokolenie. – „Ostatnie Pokolenie konsekwentnie powtarza, że polityka klimatyczna nie może wyglądać jak dotychczas. Chcemy, aby stała się polityką dla zwykłych ludzi i walką o sprawiedliwość społeczną. Przedstawiamy walkę o klimat jako wyjątkową i niepowtarzalną szansę dla ludzi, ale wykorzystamy ją tylko poprzez współpracę ruchów klimatycznych, rolników i związków zawodowych” – mówiła Katarzyna Piotrowska z Ostatniego Pokolenia. Andrzej Strzałkowski z tej organizacji dodawał: „Przeciwdziałanie zapaści klimatu i bezpieczeństwo narodowe wymagają, aby to kolej była dominującym środkiem transportu, w tym towarowego, a nie transport samochodowy na autostradach i ekspresówkach”.

Ostatnie Pokolenie ma gotowy projekt ustawy o odbudowie polskiej kolei i transportu autobusowego. Zakłada ona na przykład to, że do Funduszu Kolejowego trafi 70% środków z opłaty paliwowej, a nie jak dotychczas niespełna 20%. Pieniądze te miałyby wesprzeć rozbudowę infrastruktury kolejowej i rozwój przewozów, w tym towarowych.

Bardziej na lewo z tym krzyżem

Bardziej na lewo z tym krzyżem

Postępująca atomizacja społeczeństwa, brak jakiejkolwiek optymistycznej wizji, która stanowiłaby przeciwwagę dla uniwersalnego marazmu zagłady klimatycznej, umacniania się pozycji bogatych ponad klasą pracująca czy dominacji wielkich korporacji (to tylko kilka z „najbardziej popularnych” upiorów, jakie wiszą nad obecnym dyskursem) sprawiają, że pozycja ideologów ugrupowań lewicowych jest bardzo trudna. Uniwersalny problem ugrupowań lewicowych leży w kompletnym rozwodzie elektoratu – obecnego oraz pożądanego z punktu widzenia potencjalnego sukcesu w wyborach. Na tym froncie nie zmienia się zbyt wiele.

Młodzi wyborcy z dużych miast, wchodzący w rolę oświeconego mieszczaństwa, zainteresowani są przede wszystkim kwestiami światopoglądowymi, z naciskiem na ideologiczny liberalizm i prawa indywidualne. W jaki sposób można pogodzić oczekiwania antyklerykalnego, liberalnego i progresywnego elektoratu z oczekiwaniami elektoratu ludowego, który dalej zakorzeniony jest w sferze kultury katolickiej, a jego nastawienie do kwestii ruchów LGBT rozciąga się między umiarkowanym zainteresowaniem i jawną niechęcią? Jak rozmawiać o migracji, gdy absolwent z Wrocławia żali się, że kolega z Indii dostał awans w korpo zamiast niego, a jego babcia, wspominająca z tęsknotą czasy PRL, utożsamia każdego uchodźcę z obozami na ulicach Paryża. Nie sposób zanegować, że świat, w którym żyje współczesna młodzież, jest diametralnie inny od rzeczywistości poprzednich pokoleń – niezależnie jak bardzo kurczowo mogą próbować się jej trzymać.

Zewnętrzny wpływ debaty publicznej, wielkich firm i środków przekazu nie dotyka każdego w taki sam sposób. Grupa wiekowa 50+ jest w zdecydowanym stopniu mniej dotknięta chociażby algorytmicznym profilowaniem Tindera, a ludzie w wieku emerytalnym nie traktują Instagrama jako integralnej części swojego życia. Poprzednie pokolenia najprawdopodobniej kupiły swoje mieszkania i nie stały się w takiej mierze ofiarami całych tabunów spekulantów, którzy gotowi są zalewać rynek lokalami użytkowymi nadającymi się do hodowli klatkowej, a nie do zakładania rodziny. Telewizja – najważniejsze źródło informacji dla starszego pokolenia, zdaje się ześlizgiwać coraz bardziej w przepaść, ustępując szybkim dawkom informacji na TikToku czy publicystyce YouTubowej. Jakich kroków należy dokonywać, aby zanadto nie alienować żadnej ze stron tej politycznej monety? Czy lewica potrafi jeszcze trafić do milionów Polaków, którzy pracując w pocie czoła dalej muszą żyć „od pierwszego do pierwszego”, boją się migrantów, a Kościół stanowi dla nich ważny element tożsamości? A jednocześnie nie zmarnować kredytu zaufania, które dostała od młodych; patrząc na wyniki niedawnych wyborów prezydenckich widoczny jest trend popularności Zandberga i Biejat wśród młodszych wyborców. Niestety odpowiedź nie jest prosta, a rzeczywistość dostarcza nam jedynie przykładów alienacji elektoratu ludowego.

Relatywny sukces Partii Razem i Adriana Zandberga – myśląc życzeniowo – przynosi nadzieję, że otwarte wypowiedzenie wojny umiarkowanie konserwatywnej, wierzącej w Boga i niezbyt przychylnej ruchom LGBTQ części społeczeństwa mamy już za sobą. Zandberg w ciągu ostatnich miesięcy skupiał się na dostępie do ochrony zdrowia, gospodarce, budownictwie i opodatkowaniu korporacji, pozostawiając zagadnienia ideologiczne na dalszym planie. Mimo sukcesu, jaki możemy zmierzyć w internetowych komentarzach typu: „Nie lubię lewicy, ale tego Zandberga to nawet szanuję”, widzimy zarazem dynamiczny wzrost popularności Konfederacji oraz Grzegorza Brauna. Istotne jest, by powiedzieć wprost: nie wiemy, co wydarzy się na lewicy do następnych wyborów. Wiemy jednak, że przez ostatnią dekadę lewica nie umie się wydostać z przestrzeni kilkuprocentowych wyników, a w oczach wielu wyborców (nie tylko zadeklarowanych zwolenników prawicy) kojarzy się bardziej z antyklerykalizmem, polityką otwartych granic, bieganiem na granicę z pizzą.

Antyklerykalizm i podejście do Kościoła są w polskim dyskursie bardzo istotnymi czynnikami. Rządzący na początku tysiąclecia Sojusz Lewicy Demokratycznej nie kreował się przed wyborcami na antyklerykalnych zwolenników nowego, ateistycznego oświecenia. SLD nie wygrało wyborów obiecując zerwanie z „Polską zabobonną”, nawet jeśli większość wysoko postawionych działaczy partii miała niezbyt przychylne opinie dotyczące roli Kościoła w Polsce. Sojusz Lewicy zdawał sobie sprawę z wagi, jaką ma w oczach opinii publicznej Kościół katolicki, a jakiekolwiek próby konfrontacji z nim zrażą tylko ludowy elektorat. Obecna lewica porzuciła ten modus operandi i do tej pory mieliśmy co najwyżej symboliczne akty próbujące trafić w preferencje młodego wyborcy, któremu bliżej do aktu apostazji, niż wysiłki na rzecz znalezienia sojusznika w wierzącym, umiarkowanym konserwatyście.

Rzadko w obecnym dyskursie lewicowym pojawia się myśl, że religia może być nośnikiem uniwersalizmu, podobnie jak naród czy rodzina. Wiele razy w historii były nim i jeszcze nie powiedziały ostatniego słowa. Nowy przekaz lewicowej strony sceny politycznej bazuje na założeniu, jakoby tylko indywidualizm miał stanowić źródło emancypacji – kompletnie lekceważąc bardziej unitarne koncepcje. Skoro lewica przez ostatnie lata zdawała się budować swój kapitał na Strajku Kobiet i wynajdywać swojego największego rywala w episkopacie (bo neoliberałowie z Platformy mogliby się jeszcze jakoś odgryźć, a krytyka ich polityki wymaga odwagi cywilnej), to możemy zakładać, że wyborca ludowy nie jest obiektem zainteresowania tego ugrupowania. Ten sam wyborca pozostawiony w roli politycznej sieroty zwróci się w stronę ugrupowań prawicowych, które przecież obiecują gospodarczą sanację państwa, a jednocześnie nie zaatakują jego tożsamości. Czy alienacja tego wyborcy jest korzystna dla lewicy? Jeśli jej celem jest pozostanie w granicach 10% poparcia, w roli wiecznego opozycjonisty albo wymuszonego koalicjanta – to tak.

Kwestia wyznania jest bardzo ważna dla zrozumienia problematyki, z jaką przychodzi się zmagać wszystkim ugrupowaniom biorącym udział w kreowaniu politycznego dyskursu. Dzieje się tak, pomimo że czynne zainteresowanie praktykami religijnymi (w przypadku naszego kraju zdominowanymi przez obrządek katolicki) stale spada. Konfrontacja ze statystykami udostępnionymi przez Centralne Biuro Opinii Społecznej jasno wskazuje, że coraz więcej obywateli traktuje wiarę jako kwestię marginalną, deklaruje się jako osoby niewierzące, a nawet idzie o krok dalej, dokonując aktów apostazji. Na przestrzeni wszystkich grup wiekowych możemy zauważyć drastyczny spadek zaangażowania w praktyki religijne i coraz większy stopień deklarowania się jako osoby niewierzące. Opinia młodych o strukturze Kościoła katolickiego jest bardzo negatywna – zarówno z powodu wychodzących na jaw skandali dotyczących pedofilii wśród hierarchów, jak również z uwagi na przekonanie, że to właśnie Kościół jest w dużej mierze odpowiedzialny za podtrzymywanie panujących w społeczeństwie nastrojów konserwatywnych i patriarchalnych. Ugrupowania obozu władzy po porażce Trzaskowskiego przekonywały o korelacji między zaangażowaniem w praktyki religijne a preferencjami politycznymi – wszak zdecydowana większość osób wierzących deklaruje poparcie dla PiS-u oraz Konfederacji. Krytyka PiS-u i jego polityki łączy się z krytyką Kościoła i jego wiernych, jakoby ci byli odpowiedzialni za „wyprowadzanie Polski z Europy”, „średniowieczne praktyki” i „ciemnogród”.

W takiej przestrzeni bardzo trudno jest identyfikować się z Kościołem. Wśród młodzieży temat wiary – pozornie – nie istnieje. W wielkomiejskich, dobrze wykształconych środowiskach deklarowane wsparcie dla Kościoła nie jest postrzegane w pozytywnym świetle. Przywiązanie do wiary jest widziane jako opaska na oczach, która zakrzywia „racjonalną” rzeczywistość. Tak czy inaczej lewica jest między młotem a kowadłem. Młodzież liczy na teatralne gesty antagonizowania się wobec „Polski zabobonnej”, a ich rodzice nierzadko upatrują tam elementu swojej tożsamości kulturowej.

O ile badania CBOS-u możemy traktować jako wiarygodne źródło dotyczące zmian w powszechnym postrzeganiu religii, o tyle możemy zadać pytanie, czy wiara jako taka stała się przeżytkiem i nie ma na nią miejsca w obecnych czasach. Jakkolwiek fundamentalne w swojej naturze, pytanie to może poprowadzić nas do bardzo ciekawej obserwacji. Ta sama młodzież, która nierzadko głośno deklaruje niechęć wobec Kościoła, staje się bardzo podatnym gruntem dla wszelkiej maści ideologii i zachowań przywodzących na myśl zorganizowane grupy religijne. Cancel culture, które ma na celu przypisanie odpowiedzialności i skazanie na publiczny ostracyzm, działa niczym fundamentalistyczna sekta mająca na celu „oczyszczenie” przestrzeni publicznej. Z innej strony Instagram i TikTok przepełnione są treściami o charakterze około-duchowym. Romantyzacja powrotu do natury i „duchowych korzeni” stała się niemalże osobnym gatunkiem treści internetowych. Począwszy od horoskopów czy tarota, poprzez aprobatę dla wierzeń pokroju taoizmu, a kończąc na rozkwicie neopogańskich ruchów mających na celu „przywrócenie więzi z Matką Naturą”. Popularność hasztagów #astrology, #faith czy #fate przypomina oświeceniowy dyskurs, w którym oświecone mieszczaństwo krytykowało „katolicki zabobon”, samemu oddając się w ręce „Istoty Najwyższej” przybierającej formy różnorakich sił opatrzności. Na myśl przychodzi zawarta w książce poświęconej esejom Theodora W. Adorno wypowiedź amerykańskiego filozofa J. M. Bernsteina: „Współczesny okultyzm jest […] przetwarzany w drodze jego zinstytucjonalizowania w mediach masowych, a fakt niekompatybilności okultyzmu z postępem w nauce przyrodniczej, astrologii z astrofizyką, jest dziś jaskrawy i niezaprzeczalny. Stąd ci ludzie łączący «wiarę» w jedno i drugie, zmuszeni są do intelektualnego regresu, który niegdyś nie był w ogóle potrzebny”. Sam Adorno w pracy „Stars Down To Earth” starał się opisać, skąd bierze się popularność praktyk ezoterycznych i w jaki sposób pomagają one ich zwolennikom w radzeniu sobie z otaczającą rzeczywistością: „O tyle, ile system społeczny stanowi los większości jednostek niezależnie od ich woli i interesu, jest on projektowany na gwiazdy, by uzyskać w ten sposób większą godność i uzasadnienie, w jakim jednostki mają nadzieje same uczestniczyć. Idea, że gwiazdy, gdy właściwie się w nich czyta, dają nam jakieś porady, łagodzi zarazem ten sam lęk przed nieprzeniknionością procesów społecznych, które wytwarza sam obserwator gwiazd”. Ezoteryzm i popularność sfery duchowej to tylko jeden z elementów krajobrazu w społeczeństwach, które odchodzą od klasycznego modelu wiary opartego tradycyjnych strukturach wyznaniowych.

Rzeczywistość społeczeństw rozwiniętych oferuje dziś niezwykle różnorodne środki, idee i figury, które mogłyby wypełnić duchową pustkę i nie muszą one mieć w żaden sposób związku z metafizyką. Świecki charakter kultu bogactwa, jaki praktykują postaci pokroju, podupadłego już nieco w oczach internautów, Andrew Tate’a – multimilionera słynącego ze swojej bardzo bezpośredniej persony nastawionej na bogactwo i definiującej sukces w życiu przede wszystkim poprzez aspekt materialny – jest jednym z bardziej zauważalnych trendów. Nie wchodząc w detale i w to, na ile istotny jest jeszcze sam Tate (bo nawet jeśli nie publikuje już treści to wciąż możemy odnajdywać w nim ojca założyciela hiper-kapitalistycznej parodii „od pucybuta do milionera”), jest on jednym z adwokatów szeroko pojętej „hustle culture”, oddziałującej szczególnie na młodych mężczyzn. Jedna z definicji opisuje „Hustle culture” jako powszechne, współczesne środowisko pracy, które kładzie nacisk na ciężką pracę i długie godziny spędzane w niej jako na klucz do sukcesu. Każda minuta dnia powinna być wykorzystana jak najbardziej produktywnie, a każdy krok powinien być obliczony na zysk. Ostatnio staje się to coraz bardziej popularne, a wiele firm zachęca swoich pracowników do włożenia dodatkowego wysiłku i pracy w celu osiągnięcia lepszych wyników. Na pierwszy rzut oka tego typu podejście wydaje się racjonalne, aczkolwiek internetowe figury pokroju Tate’a mają tendencję do całkowitej akceleracji tego pojęcia. Koreluje to z problematyką zdrowia psychicznego wśród młodych ludzi, ciągle wystawionych na zewnętrzne bodźce „motywujące” ich do cięższej pracy, większego wysiłku i permanentnej konkurencji z innymi.

Koncepcja „hustle culture” zdobyła prestiż dzięki przedsiębiorcom, którzy są postrzegani jako „udani”, ponieważ pracują długie godziny, nie biorąc przerw na odpoczynek ani na spędzanie czasu z rodziną. Te jednostki często są przedstawiane jako wzorce do naśladowania dla aspirujących przedsiębiorców, którzy może nie zdają sobie sprawy, jak szkodliwe bywa postawienie pracy ponad wszystko inne w życiu. Istnieje silna korelacja między mediami społecznościowymi a zdrowiem psychicznym, a media społecznościowe tylko pogorszyły ten problem. Instagram, TikTok i Facebook umożliwiły influencerom i celebrytom dzielenie się obrazami swojej pracy do późnej nocy, gloryfikując i podtrzymując niebezpieczny sposób myślenia wśród młodszych pokoleń, które patrzą na nich jako na źródło inspiracji. Postawy propagowane przez influencerów pokroju Andrew Tate’a idą w parze z kultem jednostek takich jak chociażby prezes Tesli i najbogatszy człowiek na świecie – Elon Musk. Biznesmen ten za pomocą mediów społecznościowych stworzył wizerunek, który wydaje się być niezwykłą inspiracją dla młodych ludzi. Musk przedstawia siebie jako geniusza, szalonego naukowca rodem z komiksów o Iron Manie, oderwanego od biznesowego aspektu prowadzenia działalności. Świat obiegły zdjęcia, na których Musk śpi na podłodze fabryki samochodów Tesla, a miało to ukazać jak pomimo swojego bogactwa i statusu nigdy nie porzucił pasji związanych z technologią. Obecny właściciel Twittera (Portalu X) dba o swój wizerunek i sposób, w jaki odbierany jest przez opinię publiczną, która w dużej mierze postrzega go jako „jednego z nas”.

Fałszywa solidarność klasowa, jaka tworzy się między takimi influencerami a gronem ich odbiorców/zwolenników, jest z punktu widzenia systemu bardzo korzystna. Rzesze młodych będą starały się oddać wszystko za możliwość osiągnięcia „sukcesu” wzorem swoich idoli. Problem leży jednak w tym, że większość zwolenników postaci pokroju Muska czy Tate’a nie dysponuje takimi możliwościami jak oni. Elon Musk pochodzi z bardzo zamożnej rodziny posiadającej kopalnie minerałów w RPA (co usilnie stara się zamaskować), a Tate, który nigdy nie wypowiadał się na temat tego, w jaki dokładnie sposób zarabia pieniądze, usłyszał zarzuty dotyczące handlu ludźmi na Bałkanach, z których pochodzi.

W jaki sposób ugrupowania lewicowe mogą wypełnić pustkę, która powstała w dobie spadającej popularności zinstytucjonalizowanych ruchów religijnych, tych samych ruchów, które stanowiły spoiwo tkanki społecznej na przestrzeni ostatnich stuleci. Jak wypełnić pustkę, gdy idee stały się czymś niebezpiecznym i wręcz niepożądanym w procesie „rzetelnego i racjonalnego” zarządzania aparatem państwa.
Czy można w jakikolwiek sposób znaleźć sposób na wykorzystanie uniwersalizmu Ewangelii tak, aby wykreować nową narrację, która nie zniechęciłaby progresywnych wyborców, a jednocześnie stanowiłaby moralne oparcie dla bardziej konserwatywnego elektoratu? Czy jest szansa na wykorzystanie czegoś na kształt „bezwyznaniowego chrześcijaństwa”, o którym w latach siedemdziesiątych mówił (wówczas bardzo lewicowy) Jacek Kuroń? A może kwestia spraw okołoduchowych w ogóle powinna zostać pominięta w kreowaniu nowego planu dla lewicy i trzeba pozostawić ją jako sferę indywidualną każdego człowieka i nie wprowadzać jej do debaty publicznej? Jak przemówić uniwersalnym językiem do tych, którzy stanowią trzon obecnej klasy pracującej, ale nie wierzą, że klasy społeczne wciąż istnieją?

Model społeczeństw Zachodu spełnia proroctwa Karola Marksa, który przepowiadał wyrafinowaną zdolność Kapitału do wkradania się w różne, oddalone od ekonomii, sfery naszego życia. Wspomniany Tinder pokazuje, w jaki sposób pojęcia używane dotychczas w świecie finansów przeszły do powszechnego wokabularza definiującego relacje interpersonalne („Co druga osoba ma mi do zaoferowania?”, „Czy przypadkiem nie ma lepszej okazji?”). Sfera duchowa też podlega zjawisku komercjalizacji – figury influencerów oferują nam „zbawienie” w ramach funkcjonującego systemu. Polega ono na osiągnięciu sukcesu rozumianego w kategoriach materialnych albo ucieki przed niepokojem wynikającym z naszej partycypacji w systemie. Sprzedawane nam przez kulturę i social media mantry dotyczące wykreowania własnego świata, swojej bańki i przestrzeni, stanowią tylko reakcyjny sposób na radzenie sobie z otaczającą rzeczywistością.

W zbiorze „Przemysł kulturalny” Adorna możemy znaleźć bardzo interesującą myśl: „Rozrywka to przedłużenie pracy w późnym kapitalizmie. Poszukuje jej ten, kto chce wymknąć się systemowi zmechanizowanej pracy, aby na nowo móc mu sprostać. Ponieważ mechanizacja ma taką władzę nad czasem wolnym człowieka i określa tak dogłębnie wytwarzanie artykułów rozrywkowych, doświadczenia kultury masowej są jedynie wtórnymi obrazami samego procesu pracy”. O ile cytat odnosi się do rozrywki i kultury w ujęciu masowym, o tyle jest bardzo aktualny w szerszym ujęciu dzisiejszego krajobrazu socjoekonomicznego. Kultura masowa istnieje teraz na styku mediów, biznesu, polityki, sztuki i spajających to w jedną całość aplikacji społecznościowych. Młodzi artyści korzystają z biznesowych praktyk internetowych specjalistów od Public Relations. Humorystyczne profile na Instagramie tworzą swoje skecze w oparciu o wydarzenia ze świata polityki. Zatraceni w „hustle culture” aspirujący biznesmeni starają się być na bieżąco z estetycznymi trendami publikowania filmików na TikToku. Tak, aby odpowiednio dobrana piosenka pozwoliła wygenerować większy zasięg materiału mającego w ten czy inny sposób odbić się na prowadzonej przez nich działalności. Postrzegany w ten sposób kulturowy tygiel jawi się jako strefa niesamowicie integralna dla naszego życia i światopoglądu. Jak jednak uciec od polityki i światopoglądowych konfrontacji, skoro wszystko jest ze sobą tak bardzo połączone?

Bardzo trudnym zadaniem byłoby stworzenie nowego programu, nowej narracji, bez świadomości wpływu sfery kultury masowej na kształtowanie postaw i preferencji wyborczej wśród ludzi (zwłaszcza w silnie rozwiniętych państwach globalnego Zachodu). Socjologicznie rzecz biorąc, należałoby oczekiwać nastania kulturalnego chaosu wskutek upadku zinstytucjonalizowanych religii, rozwoju technologicznego i społecznego zróżnicowania oraz zaniku ostatnich przedkapitalistycznych reliktów, ale nic podobnego nie następuje. Kultura nigdy nie była bardziej zunifikowana i zintegrowana. Pod względem jednolitości kultura bije dziś na głowę wszystko. Film, muzyka, telewizja czy czasopisma stanowią zwarty system. Kultura stała się jawnie i bezczelnie przemysłem posłusznym tym samym regułom produkcji, co wszyscy inni wytwórcy towarów. Czy wśród tego, moim zdaniem dystopijnego, krajobrazu nie dałoby się stworzyć narracji, która zamiast dołować daje nadzieję?

Interdyscyplinarne podejście wydaje mi się, w przypadku rozważań dotyczących kursu polityki, dalece zasadne. To właśnie na styku wiary, kultury masowej, wydarzeń geopolitycznych i popularnych środków przekazu plasują się nasze ideowe koordynaty. Hipotetycznym pytaniem jest to, jak wykorzystać panujący duch czasów i w jaki sposób dotknąć społecznej wrażliwości w taki sposób, by zbudować skuteczną narrację. Nawet jeśli pytanie jawi się jako trudne, lub wręcz niemożliwe, to wydaje się być bardziej budujące niż polityczne przepychanki Magdaleny Biejat i Adriana Zandberga, którzy w hipotetycznym sojuszu oscylowaliby w okolicy dziesięciu procent poparcia. Sama Konfederacja powoli zapatruje się na dwukrotność tego wyniku. A przecież to oni mieli nigdy nie być w stanie przekonać „normalnych ludzi”, czyż nie?

Michał Szymański

Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay

Wygaszanie

Wygaszanie

W hucie w Dąbrowie Górniczej zostanie wygaszony wielki piec.

Jak informuje portal WNP.pl, zarząd huty ArcelorMittal w Dąbrowie Górniczej podjął decyzję o czasowym wygaszeniu wielkiego pieca nr 3. To reakcja na sytuację gospodarczą i napływ stali z importu.

Wygaszanie wielkiego pieca potrwa do września. Nie wiadomo, kiedy zostanie on ponownie uruchomiony. Pracownicy obawiają się, że może dojść do scenariusza z należącego do tego samego koncernu wielkiego pieca w Hucie im. Sendzimira w Nowej Hucie. Tam wielki piec po wygaszeniu nie został ponownie uruchomiony, a ponad 650 osób straciło pracę.

W hucie w Dąbrowie Górniczej (dawna Huta Katowice) działają dwa wielkie piece – nr 2 i nr 3. Ten ostatni ma teraz zostać wygaszony. Dyrekcja huty motywuje to kwestiami ekonomicznymi. Znacząco podrożała energia oraz uprawnienia do emisji dwutlenku węgla przemysłu. Ostatnie miesiące to także spadek cen stali. A przede wszystkim brakuje ochrony rynku polskiego i europejskiego wyrobów stalowych.

Drastycznie rośnie import stali. Z krajów spoza UE trafia na rynki obsługiwane przez ArcelorMittal Poland już 1 mln ton wyrobów gorącowalcowanych rocznie. Polska Hutnicza Izba Przemysłowo-Handlowa twierdzi, że import zaspokaja już 80 proc. zużycia jawnego wyrobów stalowych w Polsce. W przypadku wyrobów płaskich ten wskaźnik wynosi aż 95 proc. Skutkiem polityki handlowej UE jest szybki wzrost importu stali z Ukrainy i Serbii, a nawet z Indonezji, Arabii Saudyjska czy Tajwanu. W ostatnim czasie dużo stali przybywa do Polski także z Wietnamu i Korei Południowej. Wszystkie te kraje produkują stal bez konieczności spełniania europejskich wymogów ekologicznych, emisyjnych itp., czyli znacznie taniej.

Bez mieszkania i bez wsparcia

Bez mieszkania i bez wsparcia

Co trzeci Polak zbyt biedny na najem lub kupno mieszkania, a za bogaty na wsparcie.

Takie wnioski płyną z raportu Habitat for Humanity Poland nt. sytuacji mieszkaniowej w Polsce.

Polki i Polacy pracują głównie na mieszkanie, które pożera znaczną część ich dochodów. 14% obywateli wydaje na ten cel nawet ponad połowę pensji. Co trzecią osobę nie stać na wynajem lub zakup mieszkania spełniającego jej potrzeby, a jednocześnie nie „łapie się” na wsparcie – jak wynika z danych zebranych w raporcie „Sytuacja mieszkaniowa w Polsce 2025”. Skutki tej pułapki mieszkaniowej są dotkliwe szczególnie dla młodych. Brak perspektyw mieszkaniowych sprawia, że odkładają w czasie moment opuszczenia rodzinnego gniazda i założenia własnej rodziny. Z kolei starsze osoby są „uwięzione” w często niedogrzanych budynkach, które nie zapewniają komfortowych warunków życia. Zdaniem ekspertów Habitat for Humanity Poland rozwiązaniem kryzysu mieszkaniowego jest m.in. rozwój społecznego budownictwa na wynajem wspieranego przez państwo.

● Blisko 1/3 społeczeństwa znajduje się w luce czynszowej. Tej grupy nie stać na kupno (nawet na kredyt) ani na najem odpowiedniego w stosunku do potrzeb mieszkania, a z drugiej strony, nie spełnia kryteriów, by otrzymać pomoc państwa (np. lokum komunalne). Ta sytuacja zmusza do kompromisów.

● Co 10. badany z konieczności dzieli przestrzeń z osobami, z którymi nie chce mieszkać. 34% społeczeństwa żyje w przeludnionych lokalach (dane Eurostatu).

● Co 5. osoba nie ma możliwości mieszkania w miejscu spełniającym jej potrzeby. Złe warunki wraz z brakiem dostępności mieszkań są w czołówce problemów, z którymi mierzą się osoby mieszkające w Polsce.

Luka czynszowa, czyli Polki i Polacy w mieszkaniowym impasie

Blisko połowa ankietowanych (47%) przyznaje, że na wydatki związane z mieszkaniem (te najbardziej znaczące to: czynsz/najem, rata kredytu hipotecznego) przeznacza od 30% do 50% dochodów. W ciągu zaledwie trzech lat odsetek osób, które wydają co miesiąc na mieszkanie ponad połowę swoich dochodów, prawie się podwoił. W 2022 r. wynosił 8%, w 2025 już 14%. Wydatki związane z utrzymaniem lokum pochłaniają coraz większą część domowego budżetu.

Kogo stać na mieszkanie? Tylko 11% osób pytanych przez Habitat for Humanity Poland przyznaje, że obecnie je stać na stabilny, długoterminowy najem. Ten odsetek w ciągu zaledwie 3 lat zmniejszył się prawie o połowę (21% w 2022 r.). Chociaż 7 na 10 badanych uważa, że opłaty za najem wcale nie są niższe niż rata kredytu, nie oznacza to, że masowo zaciągają kredyty hipoteczne. Tylko część może sobie na nie pozwolić i spełnia kryteria banków. Jedno i drugie rozwiązanie – zakup wymarzonego mieszkania na kredyt czy najem – jest poza zasięgiem niemałej grupy Polaków. Co ciekawe, aż 27% społeczeństwa deklaruje, że mierzy się z problemem luki czynszowej. – „Zarabiamy zbyt mało, by kupić lub wynająć mieszkanie dopasowane do naszych potrzeb, a jednocześnie za dużo, by skorzystać ze wsparcia mieszkaniowego państwa, np. z mieszkania komunalnego” – tłumaczy Justyna Nakielska, starsza ekspertka ds. mieszkalnictwa z Habitat for Humanity Poland.

Życie u zrzędliwej ciotki albo w zimnym mieszkaniu. Polki i Polacy zmuszeni do kompromisów mieszkaniowych

Luka czynszowa jest głównym powodem, dla którego młodzi dorośli odkładają plany dotyczące nie tylko zakupu, ale i najmu mieszkania, i tym samym opóźniają moment wyprowadzki z rodzinnego domu. Oprócz “gniazdowników” są także osoby, które po pierwszych latach życia na własny rachunek do niego wracają, bo nie są w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwa mieszkaniowego w inny sposób. Wolą mieszkać z rodzicami i oszczędzać pieniądze na wkład własny do kredytu na mieszkanie. – „Nie jest to jednak problem wyłącznie młodych Polek i Polaków. Na przestrzeni ostatnich 3 lat wzrósł odsetek osób wynajmujących cztery kąty oraz współzamieszkujących z rodziną czy znajomymi, z 12% do 14%. Co 10. badany przyznaje, że dzieli przestrzeń z osobami, z którymi nie chce mieszkać” – komentuje Mateusz Piegza, Dyrektor Programowy z Habitat for Humanity Poland.

Według danych Eurostatu blisko 34% mieszkańców Polski mieszka w przeludnionych lokalach, co znacznie przekracza średnią Unii Europejskiej (17%). Zjawisko dotyka m.in. rodzin z dziećmi, co w ich przypadku ma dalekosiężne konsekwencje. Dzieci wychowywane w przeludnionych domach czy mieszkaniach mają gorsze wyniki w nauce, większe ryzyko chorób oraz trudniejszy start społeczny i edukacyjny (dane WHO). Nie tylko zbyt małe lokale są problemem. Jak wynika z raportu Habitat for Humanity Poland, co 5. osoba nie ma możliwości mieszkania w miejscu spełniającym jej potrzeby, a 1/4 społeczeństwa żyje w „chorych budynkach” – źle wentylowanych, zawilgoconych, niedogrzanych, które negatywnie wpływają na dobrostan fizyczny i psychiczny (dane: Barometr Zdrowych Budynków). Aż 14% Polek i Polaków nie stać na odpowiednie ogrzanie mieszkania. Problem dotyczy głównie osób starszych, a także tych z niskimi dochodami i mieszkających w budynkach o małej efektywności energetycznej.

Stabilna sytuacja mieszkaniowa to gwarancja dobrego życia

Kiepskie warunki mieszkaniowe lub brak mieszkania od lat należą do niechlubnej czołówki najważniejszych problemów życiowych dla osób mieszkających w Polsce. Przed nimi są tylko wysokie koszty życia, niskie zarobki i źle działający publiczny system ochrony zdrowia.

Od posiadania stabilnej sytuacji mieszkaniowej Polki i Polacy uzależniają wiele decyzji w życiu, np. zmianę pracy, to, czy zaczną w większym stopniu dbać o swoje zdrowie (także to psychiczne), a nawet zmianę stanu cywilnego. Dla 29% młodych brak stabilnej sytuacji mieszkaniowej jest główną barierą w założeniu lub powiększeniu rodziny. Według wyliczeń ekspertów z Habitat for Humanity Poland, gdyby wspomniana grupa nie musiała odkładać w czasie tych decyzji, mogłaby zaludnić miasto o populacji liczącej ponad półtorej Warszawy. To pokazuje prawdziwą skalę problemu. – „Nie ma poczucia bezpieczeństwa i dobrostanu bez odpowiedniego miejsca do życia. Mieszkanie, na które nas stać, niepochłaniające większej części naszej pensji, dobrze wentylowane czy ogrzewane, niezagrażające naszemu życiu oraz zdrowiu – to podstawa. Nie tylko w przypadku zakładania rodziny. Gdy mamy dach nad głową i komfortowe, godne warunki życia, możemy myśleć o rozwoju, planować przyszłość. Jeżeli tak się nie dzieje, mamy poczucie ciągłej walki i wykluczenia” – zaznacza Justyna Nakielska, Habitat for Humanity Poland.

System mieszkań społecznych może zadziałać

Wedle szacunków, w Polsce brakuje nawet ok. 2 mln dostępnych cenowo mieszkań, to tak jakby wszyscy mieszkańcy Warszawy nie mieli gdzie żyć. – „Luka mieszkaniowa wypełniana jest przede wszystkim przez deweloperów. Jednak wysokie ceny nowych mieszkań sprawiają, że są one dostępne tylko dla wybranej części społeczeństwa, czyli nie dla tej, która potrzebuje ich najbardziej. Odpowiedzią na ten problem oraz na konsekwencje luki czynszowej, byłoby m.in. zwiększenie inwestycji w państwowe mieszkania na wynajem ze stawkami najmu dostępnymi dla większości społeczeństwa, zarządzanej przez samorządy i organizacje pozarządowe, wspieranej przez rząd” – komentuje Aleksandra Krugły, Dyrektorka Rzecznictwa z Habitat for Humanity Poland.

Podobne rozwiązanie funkcjonuje w np. Austrii. Ponad 60% mieszkańców Wiednia korzysta z lokali społecznych lub wspieranych, głównie dlatego, że państwo daje taką możliwość, a nie z powodu problemów finansowych czy braku innych opcji. – „Nie mają poczucia wstydu w związku z korzystaniem ze wsparcia, nie uważają, że są nieporadni i ktoś musiał im stworzyć miejsce do życia. Po prostu korzystają z jednej z usług społecznych, które są im oferowane. W Polsce również powinniśmy przyjąć taką perspektywę i zmienić sposób myślenia o mieszkalnictwie społecznym. Obecnie większości kojarzy się ono z lokalami komunalnymi, których standard pozostawia wiele do życzenia. Nie musi tak być, ale trzeba zmienić priorytety” – dodaje Mateusz Piegza, Dyrektor Programowy w Habitat for Humanity Poland.

Polki i Polacy oczekują tych zmian. 80% badanych uważa, że władze publiczne powinny udzielać pomocy w uzyskaniu mieszkania pewnym grupom społecznym. Wysoką pozycję na tej liście zajmują osoby starsze lub z niepełnosprawnościami, żyjące w mieszkaniach niedostosowanych do ich potrzeb. Ważni są również młodzi, których dochody nie pozwalają na najem lokum czy kupno mieszkania na kredyt, a także mieszkające w złych warunkach.

Habitat for Humanity Poland w opublikowanym raporcie diagnozuje problemy mieszkaniowe Polek i Polaków w 2025 r. oraz przedstawia rozwiązanie: spójna, przemyślana i kompleksowa polityka mieszkaniowa, która byłaby realną odpowiedzią na kryzys mieszkaniowy. Systemowe podejście zakłada m.in. budowę oraz modernizację mieszkań społecznych i komunalnych, jak również remontowanie i przekształcanie pustostanów w mieszkania dostępne cenowo. Jak zaznacza Justyna Nakielska, to szczególnie istotna kwestia. – „Z jednej strony mamy za mało dostępnych cenowo mieszkań, a z drugiej, ok.1,8 mln lokali i budynków w Polsce stoi pustych. Większość z nich mogłaby zostać odzyskana czy wyremontowana i stać się domem dla osób, które go potrzebują, np. dla seniorek i seniorów – wiele z nich jest zmuszonych żyć na co dzień w złych warunkach – czy dla młodych, pragnących się usamodzielnić. Realizując naszą misję, walczymy o środki na remonty pustostanów i ułatwienie procesu ich adaptacji na cele mieszkaniowe. Każda zainteresowana osoba może się do nas do przyłączyć i mieć wpływ na wprowadzenie rozwiązań, które mogą przyczynić się do zakończenia kryzysu mieszkaniowego” – wyjaśnia ekspertka. Apel Habitat for Humanity Poland można poprzeć tutaj: https://petycje.habitat.pl/

– „Odpowiedzialna polityka mieszkaniowa naszego kraju powinna stawiać na inwestowanie w mieszkania z zasobu publicznego, z priorytetem na remonty pustostanów, bo nie możemy pozwolić sobie na zmarnowanie potencjału takich nieruchomości. Powinna też uwzględniać potrzeby także tych osób, które statystycznie nie są w najgorszej sytuacji finansowej lub nie mieszczą się w prawnej definicji wykluczenia społecznego. Warto poszerzyć rozumienie zasady „mieszkanie to prawo człowieka”: nie tylko jako odpowiedzi na dramatyczne sytuacje, ale jako zobowiązanie państwa wobec wszystkich obywateli. Także tych, którzy po prostu chcą mieszkać godnie, nie przeznaczając 40–50% dochodu na czynsz. Bo praca nie powinna służyć wyłącznie temu, by mieć gdzie spać” – podsumowuje Aleksandra Krugły, Habitat for Humanity Poland.

Więcej informacji na temat aktualnej sytuacji mieszkaniowej Polek i Polaków w raporcie Habitat for Humanity Poland dostępnym na stronie: https://habitat.pl/raport-2025/

O badaniu

Fundacja Habitat for Humanity Poland realizuje cykliczne badanie opinii publicznej „Sytuacja
mieszkaniowa w Polsce – Perspektywa Polek i Polaków”, w celu zebrania informacji na temat bieżącej sytuacji mieszkaniowej w Polsce oraz stosunku społeczeństwa do proponowanych rozwiązań w obszarze polityki mieszkaniowej.

Tegoroczna edycja badania została przeprowadzona lutym 2025 roku na zlecenie Habitat for Humanity Poland przez pracownię Arc–Rynek Opinii na reprezentatywnej grupie Polek i Polaków. Dodatkową badaną grupą byli obywatele i obywatelki Ukrainy mieszkający na stałe w Polsce.

Branża w zagrożeniu

Branża w zagrożeniu

Przedstawiciele przemysłu odzieżowego alarmują w sprawie kryzysu w branży.

Jak informuje portal Dla Handlu, w Warszawie odbyło się posiedzenie Zespołu Trójstronnego ds. Przemysłu Lekkiego. O złej sytuacji w branży dyskutowali przedstawiciele rządu, biznesu odzieżowego oraz związkowcy działający w tym sektorze. Wszyscy oni zwracali uwagę na kryzys i konieczność środków zaradczych.

To branża bardzo ważna w Polsce. Plasujemy się w czołówce UE pod względem liczby przedsiębiorstw tekstylnych i odzieżowych – na trzecim i czwartym miejscach. Dokładnie te same miejsca w UE zajmują sektory polskiej gospodarki pod względem wielkości zatrudnienia w obu branżach. Z kolei pod względem wielkości obrotów jesteśmy na piątym miejscu na kontynencie.

Niestety branża obecnie znajduje się w kryzysie. Tadeusz Wawrzyniak, przedstawiciel biznesu odzieżowego i obuwniczego poinformował, że tylko w 2024 roku w Polsce upadło ponad 500 przedsiębiorstw odzieżowych. Podczas obrad alarmowano w sprawie konieczności szybkiej ochrony rynku i krajowego sektora odzieżowego, tekstylnego oraz obuwniczego przed nieuczciwą konkurencją, czarną i szarą strefą gospodarczą, a także nadmiernym, nieuczciwym, a nawet przestępczym importem. Tylko legalny import produktów z tej kategorii do Polski osiągnął w ubiegłym roku wartość 82 mld zł.

Wawrzyniak mówił na spotkaniu, odnosząc się głównie do importu z Chin: „Zalew tanim, dotowanym importem niszczy lokalną produkcję. Jest on wspierany poprzez agresywny i nieuczciwy marketing – wprowadzanie konsumentów w błąd poprzez prezentowanie fałszywych opisów towarów, zmanipulowanych zdjęć oraz ukrywanie składu surowcowego, pochodzenie towaru, nazwy i siedziby producenta. W dodatku taniemu importowi towarzyszy masowe omijanie ceł – legalne oszustwo na ogromną skalę poprzez wykorzystanie zwolnienia paczek do 150 euro z opłat celnych”.

Zwrócił on także uwagę, iż brakuje skutecznej kontroli jakości i bezpieczeństwa. W efekcie na polski rynek trafia wiele produktów niespełniających norm zdrowia i bezpieczeństwa, a przy tym o niewielkiej jakości i trwałości, co sprawia że generowane są wielkie masy odpadów trudnych do odzysku lub utylizacji.

Uczestnicy spotkania apelowali o szybkie działania ze strony rządu, aby zapobiec dalszemu zagrożeniu upadłościami w branży, utracie miejsc pracy, uszczuplaniu wpływów podatkowych.

Związki przeciw reformie-deformie

Związki przeciw reformie-deformie

Związki zawodowe sprzeciwiają się nowym zasadom zatrudniania personelu przedszkoli.

Jak informuje Portal Samorządowy, przedstawiciele różnych central związkowych nie zostawili ponad podziałami suchej nitki na nowym pomyśle Ministerstwa Edukacji Narodowej.

Nowy pomysł MEN dotyczy braków kadrowych wśród personelu placówek przedszkolnych. Aby temu zaradzić, ministerstwo planuje umożliwić zatrudnianie przez takie placówki osób bez wykształcenia pedagogicznego do prowadzenia zajęć wszelkiego typu. Projekt ustawy przewiduje, że przedszkola będą mogły za zgodą kuratora oświaty zatrudniać do prowadzenia wszystkich zajęć osoby, które nie są nauczycielami, ale mają kompetencje do prowadzenia zajęć z dziećmi w wieku przedszkolnym.

Obecnie takie osoby można zatrudniać w przedszkolach, ale wyłącznie do prowadzenia zajęć rozwijających zainteresowania dzieci. Nie można natomiast zatrudniać ich do prowadzenia zajęć wychowania przedszkolnego, na których jest realizowana podstawa programowa ustalona przez państwo polskie.

Taki pomysł spotkał się w trakcie konsultacji społecznych nowej ustawy z ostrą krytyką ze strony przedstawicieli związków zawodowych. Przewodniczący Wolnego Związku Zawodowego „Forum-Oświata”, Sławomir Wittkowicz, nazwał ten pomysł kuriozalnym. Jego zdaniem jest to „deprecjonowanie zarówno zawodu nauczycielskiego, jak i dbałości o wysoką jakość edukacji”. Wittkowicz mówi: „Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, żeby zamiast reagować na kryzys, zarówno demograficzny, jak i brak napływu młodych ludzi do zawodu nauczycielskiego, rozwiązywać problem poprzez zatrudnianie każdego, kto chce funkcjonować w oświacie. Co ma być następnym krokiem? Że skoro brakuje lekarzy, to każdy, kto chce się sprawdzić jako chirurg, dostanie taką zgodę i będzie mógł leczyć ludzi? To są rzeczy skandaliczne. Po to ludzie ileś lat się kształcą, żeby nabyć konkretne umiejętności i mieć do tego wiedzę i sposoby jej wykorzystania”.

W podobnym duchu wypowiadają się przedstawiciele Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność”. Uznali oni projekt ustawy za „niekorzystny z punktu widzenia dobra dzieci, interesu zawodowego nauczycieli oraz jakości pracy przedszkoli”. W swoim stanowisku piszą, iż „Związek wyraża zdecydowany sprzeciw wobec proponowanych rozwiązań w obecnym kształcie. W naszej ocenie projekt wiąże się z istotnym ryzykiem pogorszenia jakości edukacji przedszkolnej, obniżenia poziomu bezpieczeństwa dzieci oraz deprecjacji zawodu nauczyciela wychowania przedszkolnego”. Związkowcy uważają, że zmiana ustawowa grozi zastępowaniem etatów nauczycielskich tańszymi pracownikami pomocniczymi. To z kolei może prowadzić do pogorszenia warunków pracy nauczycieli oraz do zagrożenia bezpieczeństwa dzieci związanego z niewystarczającymi kompetencjami osób nieposiadających kwalifikacji pedagogicznych.

Równie krytyczny jest Związek Nauczycielstwa Polskiego. Zdaniem tej centrali związkowej wychowanie przedszkolne oraz nauczanie początkowe to najważniejsze etapy edukacyjne w życiu dziecka. W swoim stanowisku uważają, że „zarówno w przedszkolu, jak i w szkole zatrudniane winny być osoby z pełnymi wymaganymi kwalifikacjami”, a „problemów kadrowych nie należy rozwiązywać w sposób obniżający jakość nauczania przyszłego pokolenia”.

Wywalczyli podwyżki

Wywalczyli podwyżki

Związkowcy wywalczyli podwyżki.

Jak informuje portal Puls HR, w Gliwicach związkowcy wywalczyli podwyżki. Podstawowa wysokość wypłat wzrośnie od 1 lipca o 400 złotych brutto.

„Solidarność” działająca w Walcowni Metali Nieżelaznych „Łabędy” w Gliwicach po rundzie negocjacji z zarządem wywalczyła podwyżki pensji zasadniczej. Jest to tym ważniejsze w zakładzie, że jego niezbyt dobra kondycja poskutkowała w ostatnich miesiącach wstrzymaniem premii. Obecna podwyżka pozwoli zrekompensować faktyczne zmniejszenie płac po zaprzestaniu wypłacania premii.

Podwyżkę otrzymają od 1 lipca wszyscy pracownicy z wyjątkiem osób zatrudnionych na okresie próbnym – one otrzymają podwyżki, gdy zakończą okres próbny i zostaną zatrudnione na dłużej. Kolejne negocjacje płacowe mają się odbyć w listopadzie i służyć ustaleniu podwyżek od 1 stycznia 2026 roku. Zakład zatrudnia 170 osób.

Cięcie Kolei Plus

Cięcie Kolei Plus

Z programu Kolej Plus wykreślono Turek oraz Jastrzębie-Zdrój, największe miasto pozbawione kolei. Za tymi decyzjami stoi polityka.

Po zmianie rządu Ministerstwo Infrastruktury i spółka PKP Polskie Linie Kolejowe zabrały się za weryfikację stworzonego za czasów Prawa i Sprawiedliwości programu Kolej Plus. – „Podchodzimy do racjonalizacji i optymalizacji tego programu” – mówił w październiku 2024 r. w sejmie wiceminister infrastruktury Piotr Malepszak. Są już pierwsze ofiary tej optymalizacji.

Niesprawiedliwa transformacja

Z programu Kolej Plus wypadł liczący 24 tys. mieszkańców Turek, drugie największe miasto województwa wielkopolskiego bez połączeń kolejowych.

Budowa linii Konin – Turek to jedna z pięciu koncepcji zgłoszonych do Kolei Plus przez władze Wielkopolski, których celem było to, aby dzięki programowi doprowadzić połączenia do wszystkich w regionie miast powiatowych pozbawionych kolei. Dla Gostynia, Śremu, Czarnkowa i Międzychodu przewidziano rewitalizację nieczynnych linii, a dla Turku budowę nowej linii (do miasta docierała kolej wąskotorowa z Kalisza, którą pociągi pasażerskie kursowały do 1991 r.).

Koncepcja budowy linii Konin – Turek wpisywała się w sprawiedliwą transformację, czyli działania Unii Europejskiej na rzecz regionów odczuwających negatywne skutki społeczno-gospodarcze odchodzenia od węgla. Konińskie zagłębie węgla brunatnego jest wśród europejskich regionów objętych mechanizmem sprawiedliwej transformacji, który – jak wskazuje Komisja Europejska – „jest kluczowym narzędziem służącym zapewnieniu, by transformacja na rzecz gospodarki neutralnej dla klimatu przebiegała w sposób sprawiedliwy, nie pozostawiając nikogo samemu sobie”.

W dokumencie „Koncepcja sprawiedliwej transformacji Wielkopolski Wschodniej” z 2021 r. wskazywano, że „kluczowa jest budowa linii kolejowej Konin – Turek, mająca na celu likwidację luki w systemie sieci kolejowej”. Przyjęty w 2022 r. przez Komisję Europejską „Terytorialny plan sprawiedliwej transformacji Wielkopolski Wschodniej” wśród wyzwań wymienił zmniejszanie wykluczenia komunikacyjnego i poprawę mobilności mieszkańców, wskazując, że realizacja przyjętych celów wymaga inwestycji w rozwój infrastruktury transportowej, w tym kolei.

W ramach Kolei Plus planowano budowę jednotorowej linii zelektryfikowanej, która umożliwiłaby przedłużenie do Turku trasy pociągów Kolei Wielkopolskich kursujących obecnie w relacji Poznań – Konin.

W sierpniu 2023 r. spółka PKP Polskie Linie Kolejowe za 16,2 mln zł zamówiła dokumentację projektową linii Konin – Turek. Pierwszym etapem było opracowanie koncepcji programowo-przestrzennej, która określiła, że budowa 38-kilometrowej linii pochłonie 1,1 mld zł. To prawie dwukrotny wzrost od 2021 r., kiedy to we wstępnym studium planistyczno-prognostycznym – zamówionym przez wielkopolski samorząd i w ramach naboru do Kolei Plus przekazanym spółce PKP PLK – koszt budowy linii został oszacowany na 660 mln zł. Program Kolej Plus opiera się na tym, że 15% kosztów pokrywają samorządy. Gdy więc koszty rosną, zwiększa się również samorządowy wkład – w przypadku linii z Konina do Turku z 99 mln zł do 165 mln zł.

Linia okazała się nieracjonalna

– „Budowa linii kolejowej Konin – Turek, po dokonaniu kolejnych analiz, okazała się nieracjonalna pod kątem niezbędnych nakładów finansowych” – oznajmił wielkopolski wicemarszałek Wojciech Jankowiak z Polskiego Stronnictwa Ludowego. Słowa te padły na spotkaniu spółki PKP PLK, samorządu województwa wielkopolskiego i samorządów lokalnych w lutym 2025 r. w Poznaniu, gdzie oficjalnie ogłoszono koniec prac nad przedsięwzięciem.

Że tak się stanie, zapowiedział już pół roku wcześniej wiceminister infrastruktury Piotr Malepszak: „W przypadku nowych linii kolejowych koszty zostały, i Konin – Turek jest tego przykładem, źle oszacowane” – mówił w sejmie w październiku 2024 r. – „Trwają uzgodnienia inwestora, PKP PLK, z marszałkiem i władzami lokalnymi, żeby zakończyć realizację tego zadania na etapie dotyczącym kwestii projektowych”.

Malepszak wskazywał, że na wzrost kosztów wpłynęły błędy popełnione przy planowaniu linii: we wstępnym studium uznano, że nowa linia przekroczy Wartę 30-metrowym mostem, ale potem konieczna okazała się budowa 600-metrowej przeprawy nad całą doliną i terenami zalewowymi.

Projekt po prostu zły

Piotr Malepszak od początku był sceptyczny wobec tego, że poza rewitalizacją nieczynnych linii do programu Kolej Plus włączono budowę nowych linii. W kwietniu 2022 r. jeszcze jako niezależny ekspert – półtora roku przed objęciem funkcji wiceministra – mówił „Gazecie Wyborczej”: „Mam duże wątpliwości, czy takie inwestycje jak linia z Konina do Turku – mimo że zostały zatwierdzone – będą realizowane i czy powinny być kwalifikowane do tego programu”.

Ze wszystkich koncepcji, które znalazły się w Kolei Plus, to właśnie linia Konin – Turek była najczęściej krytykowana przez Malepszaka: „To ślepy tor, który nie łączyłby się z inną linią kolejową w Turku. To jeszcze bardziej obniża możliwości wykorzystania takiej linii. Z ekonomicznego punktu widzenia ta inwestycja nie ma szans” – mówił „Gazecie Wyborczej” w marcu 2021 r. Gdy jednak pojawiły się głosy, że powstanie linii Konin – Turek może być pierwszym etapem tworzenia nowego ciągu łączącego Poznań z Łodzią i dogęszczającego rzadką sieć kolejową na styku województw wielkopolskiego i łódzkiego, Malepszak w lipcu 2024 r., już jako wiceminister, oznajmił portalowi Rynek Kolejowy: „Pomysły o ewentualnym wydłużeniu linii Konin – Turek w kierunku Łodzi wkładam między bajki, bowiem nie będzie to uzasadnione ekonomicznie, a przede wszystkim będzie konkurencją dla linii Y, która połączy przecież Łódź z Poznaniem przez Kalisz. To jest wymyślanie na siłę dodatkowego uzasadnienia do projektu, który jest po prostu zły. Kolej nie może dojeżdżać wszędzie i za wszelką cenę, bo nikogo nie stać na wożenie powietrza w pociągach za dziesiątki milionów po torach za miliardy złotych”.

Tam, gdzie zjeby są

Rządzący województwem wielkopolskim sojusz Koalicji Obywatelskiej, Polskiego Stronnictwa Ludowego i Lewicy, która w swoim programie ma doprowadzenie kolei do wszystkich powiatów, nie podjął walki o zachowanie linii Konin – Turek w programie Kolej Plus.

Pozbawiony połączeń kolejowych powiat turecki jest – wraz z całą wschodnią częścią Wielkopolski – bastionem PiS. Partia ta uzyskuje tu znacznie lepsze wyniki niż w reszcie województwa. W wyborach do sejmu w 2023 r. PiS otrzymał w powiecie tureckim 47% głosów, a Koalicja Obywatelska 19%. Okręg senacki obejmujący powiaty turecki, kolski, koniński i miasto Konin to jedyna część województwa wielkopolskiego, w której wygrał kandydat PiS. Powiat turecki to też wyjątkowy jak na Wielkopolskę powiat, którego starosta należy do PiS. O wschodniej Wielkopolsce Donald Tusk w ujawnionej przez telewizję wPolsce24 rozmowie z Romanem Giertychem mówił: „Tam, gdzie zjeby są”.

Poseł PiS z Turku Ryszard Bartosik twierdzi, że rezygnacja z budowy kolei do tego miasta jest motywowana politycznie. – „Zamknięto już elektrownię i kopalnię węgla brunatnego. A nowa linia kolejowa mogłaby powiat turecki wspomóc i rozwinąć” – mówił w październiku 2024 r. na konferencji prasowej w Turku. I w kontekście zwołanego na czerwiec 2025 r. unijnego szczytu regionów węglowych w Koninie dodawał: „Ciekaw jestem, czy działacze Platformy Obywatelskiej pochwalą się tam, że zablokowali najbardziej ekologiczny środek transportu, projekt prorozwojowy dla regionu konińskiego i powiatu tureckiego”.

Rezygnacja z budowy linii stała się ponadto tematem kampanii prezydenckiej. – „Planowano połączenie kolejowe pomiędzy Koninem a Turkiem” – mówił w styczniu 2025 r. na wiecu w Turku Karol Nawrocki. – „Te inwestycje, które miały dać możliwość rozwoju całej aglomeracji konińskiej i sieci komunikacyjnej, jak powiedzieli mi samorządowcy, są wstrzymane”.

Symbol Kolei Plus

Z programu Kolej Plus znika też położone na południowym zachodzie województwa śląskiego Jastrzębie-Zdrój. Liczy ono 82 tys. mieszkańców i jest największym polskim miastem pozbawionym kolei. Gdy w 2001 r. z Jastrzębia-Zdroju odjeżdżał ostatni pociąg, miasto liczyło 97 tys. mieszkańców.

Zgłoszona do Kolei Plus przez samorząd województwa śląskiego koncepcja „Uzupełnienie sieci kolejowej o połączenie kolejowe Jastrzębia-Zdroju z Katowicami” zakładała odbudowę zlikwidowanych odcinków Jastrzębie-Zdrój – Pawłowice Śląskie i Żory – Orzesze oraz wykorzystanie istniejących odcinków Pawłowice Śląskie – Żory i Orzesze – Mikołów – Katowice.

Gdy w 2022 r. samorząd województwa śląskiego zawarł umowę z PKP PLK o przystąpieniu do programu w celu odbudowy linii do Jastrzębia-Zdroju, portal Rynek Kolejowy pisał, że „największe miasto bez kolei w naszej części Europy jest jednym z symboli programu Kolej Plus”. W 2022 r. władza w województwie śląskim była w rękach PiS, a prezydentem Jastrzębia-Zdroju była popierana przez KO i PSL Anna Hetman. Dziś jest odwrotnie: województwem śląskim rządzi sojusz KO, PSL i Lewicy, a prezydentem miasta jest Michał Urgoł z PiS. Jastrzębie-Zdrój to nie tylko największe miasto bez kolei, ale także – od wyborów samorządowych w 2024 r. – największe miasto, którego prezydentem jest polityk PiS.

Fatalny koniec sporu

W sierpniu 2023 r. PKP Polskie Linie Kolejowe za 11,9 mln zł zamówiły projekt odbudowy odcinków Jastrzębie-Zdrój – Pawłowice Śląskie i Żory – Orzesze. Wtedy zapowiedziano, że prace projektowe będą prowadzone do 2026 r., po czym zaczną się prace budowlane, które potrwają do 2029 r. i wówczas uruchomione zostaną pociągi relacji Jastrzębie-Zdrój – Pawłowice Śląskie – Żory – Orzesze – Katowice. Oprócz Jastrzębia-Zdroju zyskałyby też 62-tysięczne Żory, które obecnie nie mają bezpośrednich połączeń do Katowic.

Jastrzębie-Zdrój zostało objęte nie tylko realizowanym przez PKP PLK programem Kolej Plus, ale też planami spółki Centralny Port Komunikacyjny dotyczącymi budowy biegnącej do Czech linii dużych prędkości Katowice – Ostrawa z odnogą do Jastrzębia-Zdroju. Założono, że odnoga planowana przez CPK wbiegnie do miasta od zachodu, a linia reaktywowana w ramach Kolei Plus od wschodu (przed likwidacją kolei wbiegały do Jastrzębia-Zdroju trzy linie: od wschodu, zachodu i południa).

Linie miały połączyć się na planowanej stacji Jastrzębie-Zdrój Centrum, docelowo umożliwiając średnicowy przejazd przez miasto pociągów kursujących w dłuższych relacjach. Jednakże podczas uzgadniania przebiegu dwóch linii oraz ich punktu styku wybuchł między CPK i PKP PLK konflikt. Doszło nawet do tego, że w 2023 r. spółka CPK złożyła do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez władze PKP PLK, zarzucając im opieszałość narażającą skarb państwa na znaczną szkodę.

Wreszcie w marcu 2025 r. ogłoszono koniec sporu. „Dzięki współpracy CPK oraz PKP PLK dokonano rewizji założeń inwestycyjnych w regionie Śląska oraz uzgodnień w zakresie dalszej realizacji rozbudowy sieci kolejowej” – oznajmiono na stronie internetowej CPK, przytaczając słowa członka zarządu Piotra Rachwalskiego: „Kończymy wieloletni spór i wprowadzamy racjonalne rozwiązanie infrastrukturalne, które przyniesie mieszkańcom województwa śląskiego szybkie, komfortowe i nowoczesne połączenia kolejowe”.

W branżowych portalach zaroiło się od takich tytułów: „Koniec wieloletniego sporu – nowe perspektywy dla kolei na Śląsku”, „Współpraca zamiast rywalizacji”, „Koniec sporu PKP PLK i CPK o Jastrzębie-Zdrój”. Tak na te wieści zareagował na antenie Radia 90 prezydent największego polskiego miasta bez kolei Michał Urgoł: „To jest fatalna informacja dla mieszkańców Jastrzębia-Zdroju”.

Temat jest już ustalony

Konflikt spółek PKP Polskie Linie Kolejowe i Centralny Port Komunikacyjny postanowiono zakończyć decyzją, że zaplanowanej w programie Kolej Plus odbudowy linii do Jastrzębia-Zdroju nie będzie. – „Ze względu na powiązanie i podobny projekt realizowany przez spółkę Centralny Port Komunikacyjny po zakończeniu dokumentacji projektowej nie przewidujemy dalszej realizacji linii kolejowej pomiędzy Jastrzębiem a Katowicami. Ten temat jest już ustalony pomiędzy spółkami. To jest drugi z projektów, którego na dzień dzisiejszy, można powiedzieć, nie będziemy realizować” – mówił na początku czerwca 2025 r. podczas poświęconego programowi Kolej Plus posiedzenia sejmowej komisji infrastruktury Rafał Banaszkiewicz, pełnomocnik zarządu PKP PLK ds. przygotowania inwestycji.

Warte 11,9 mln zł prace projektowe nie zostały przerwane, co w Jastrzębiu-Zdroju budzi nadzieje na zmianę decyzji o wykreśleniu miasta z programu Kolej Plus. „Niedopuszczalne byłoby zaniechanie tej inwestycji” – napisał jastrzębski poseł PiS Grzegorz Matusiak w interpelacji do resortu infrastruktury. W odpowiedzi wiceminister Piotr Malepszak przekonywał: „Należy podkreślić, że w ramach projektu realizowanego z programu Kolej Plus zakładany czas przejazdu na odcinku Katowice – Jastrzębie-Zdrój dla pociągów regionalnych (z postojami na wszystkich stacjach i przystankach) to około 1 godz. 12 min., natomiast w ramach projektu kolei dużych prędkości to jedynie 35 min.”.

To dwa razy szybciej. Tyle że linią, którą ma zbudować spółka CPK, pociągi z Jastrzębia-Zdroju do Katowic wyruszą nie za cztery lata, lecz dopiero – o ile wszystko dobrze pójdzie – za lat kilkanaście.

W 2029 r. – na kiedy planowane było otwarcie odbudowanego w ramach programu Kolej Plus ciągu do Jastrzębia-Zdroju – linia dużych prędkości z Katowic do Ostrawy z odnogą do Jastrzębia-Zdroju jeszcze nawet nie będzie budowana. – „Inwestycja jest na etapie ukończonej koncepcji programowo-przestrzennej oraz procedowanego wniosku o wydanie decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach. Według aktualnego harmonogramu zakończenie etapu projektowego zaplanowano na rok 2030, a rozpoczęcie prac budowlanych zaplanowano po roku 2032” – mówi rzecznik prasowy CPK Agnieszka Stefańska-Krasowska. I dodaje, że otwarcie linii jest planowane – według aktualnego harmonogramu – na 2037 r. Na razie nie są ustalone źródła finansowania tego przedsięwzięcia. – „Staramy się w przypadku inwestycji kolejowych korzystać zarówno ze środków budżetowych, jak i finansowania unijnego, gdyż jak większość projektów infrastrukturalnych ważnych w kontekście realizacji polityk klimatycznych Unii Europejskie ma on duże szanse na dofinansowanie ze środków unijnych – zapewnia rzeczniczka CPK.

Nie ma dziś żadnej pewności, czy za kilka lat – w sytuacji problemów z finansowaniem – ktoś nie podejmie decyzji, aby linię dużych prędkości z Katowic do Ostrawy budować jednak bez odnogi do Jastrzębia-Zdroju.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 4/137 lipiec-sierpień 2025)
http://www.zbs.net.pl

 

Protest kolejowy

Protest kolejowy

Już wkrótce kolejarze będą protestowali w kilkunastu miejscach Polski.

Jak informuje Kolejowy Portal, w dniach 28-30 lipca 2025 odbędzie się seria protestów. Związek Zawodowy Maszynistów Kolejowych w Polsce organizuje protesty w 17 lokalizacjach. Będą to pikiety połączone z blokadami dróg. Związkowcy chcą w ten sposób zwrócić uwagę na fatalną kondycję PKP Cargo za obecnych rządów oraz na działania dewastujące kolejowe przewozy towarowe.

Związkowcy napisali: „Apelujemy do wszystkich, którym leży na sercu walka o interesy pracownicze, o wspólne działanie w obronie miejsc pracy oraz przyszłości kolejowych przewozów towarowych w naszym kraju”. Krytykują oni politykę rządu, polegającą na dewastacji PKP Cargo: masowe zwolnienia, likwidację zakładów oraz demontaż całych sieci transportowych i technologicznych. „To nie są czarne scenariusze – to proces, który już trwa. Jeśli nie zareagujemy teraz, może dojść do absolutnej katastrofy całego sektora kolejowych przewozów towarowych w Polsce”.

Związkowcy z ZZMK zaapelowali do innych organizacji związkowych i pracowników, aby wsparli ich protest: „To jest moment, w którym musimy mówić jednym głosem – ponad podziałami, solidarnie, jako wspólnota – w obronie miejsc pracy, naszej przyszłości i przyszłości kolei”.

Sukces związku

Sukces związku

Po pięciu miesiącach walki związkowcy wywalczyli podwyżki.

Jak informuje portal Tysol.pl, sukcesem zakończyła się pięciomiesięczna walka związkowców o podwyżki w zakładzie firmy Marelli w Bielsku-Białej. Od lutego w tej firmie z branży automotive trwał spór zbiorowy. W jego trakcie odbyło się kilka negocjacji, a gdy nie przyniosły one rezultatów, „Solidarność” zorganizowała pikietę, a następnie dwugodzinny strajk ostrzegawczy.

W następstwie tych działań właśnie podpisano porozumienie z zarządem. Pracownicy uzyskają kompromisową zdobycz w postaci podwyżki o 316 złotych miesięcznie od 1 lipca dla każdego zatrudnionego w zakładzie. Do tego dojdzie premia w wysokości 1500 zł na święta Bożego Narodzenia. Zarząd zadeklarował także, iż kolejne podwyżki płac nastąpią 1 lipca 2026 roku, a negocjacje dotyczące ich wysokości zaczną się w kwietniu.

Zakład Marelli w Bielsku-Białej zatrudnia 450 osób.

Polska bieda z nędzą

Polska bieda z nędzą

Niemal połowa Polaków żyje od pierwszego do pierwszego.

Jak informuje internetowy serwis radia RMF, nowy raport „Polaków portfel własny: oszczędny jak Polak” przynosi niewesołe wieści. Raport został przygotowany przez Instytut Badań Rynkowych i Społecznych (IBRiS) na zlecenie Santander Consumer Banku.

49% badanych twierdzi, że żyje od wypłaty do wypłaty, a bieżące potrzeby pochłaniają całość ich zarobków. Nie mają z czego oszczędzać. Zaledwie 25% ankietowanych stać na bieżące wydatki oraz regularne, comiesięczne oszczędzanie pozostałych kwot.

Najgorsza jest sytuacja emerytów. Aż dwie trzecie z nich wydają w ciągu miesiąca całość bieżących dochodów. Z kolei wśród młodych osób jest największy odsetek tych, którzy przed kolejną wypłatą są zupełnie bez środków do życia. 24% dwudziestolatków i 26% trzydziestolatków korzysta wówczas z pomocy rodziny lub innych bliskich osób. 7% regularnie pożycza pieniądze od rodziny, a w grupie wiekowej 18-29 lat odsetek takich osób wynosi 15%. Z kolei 6% uważa, że bez pomocy bliskich nie byłoby się w stanie samodzielnie utrzymać. Ten wskaźnik rośnie do 14% w grupie młodych dorosłych.

Ubywa ofert pracy

Ubywa ofert pracy

W czerwcu znacząco ubyło ofert zatrudnienia.

Jak informuje „Rzeczpospolita”, w czerwcu 2025 roku na 50 największych portalach rekrutacyjnych w Polsce opublikowano o 9 procent mniej ofert zatrudnienia niż w czerwcu 2024. Jednak to nie najgorsza z tendencji.

Jeszcze gorzej wygląda kwestia porównań miesiąc do miesiąca. Czerwiec przyniósł 249 tysięcy ofert pracy. To o 18 tysięcy i o 7% mniej niż w maju 2025. To właśnie ten wskaźnik jest ewenementem. Zwykle początek lata przynosił wzrost liczby ofert pracy w związku z zatrudnieniem sezonowym. W tym roku nie tylko ich nie przybyło w czerwcu wobec maja, ale wręcz ubyło.

Taki spadek wydarza się pierwszy raz od listopada 2024. To kolejny z kiepskich wskaźników gospodarczych w ostatnim czasie. Analitycy nie wiedzą jeszcze, czy to chwilowe załamanie, a część z nich skłania się ku tezie, że to początek stagnacji gospodarczej.

Owad antypracowniczy

Owad antypracowniczy

Biedronce i firmom transportowym zarzucana jest zmowa niekorzystna dla pracowników.

Jak informuje Interia Biznes, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów postawił firmie Jeronimo Martins, właścicielowi sieci Biedronka, zarzut udziału w zmowie z 32 firmami transportowymi. Proceder, który jest zarzucany oskarżonym, dotyczy porozumienia, na którym tracili kierowcy. Firmy transportowe obsługujące centra dystrybucyjne Biedronki były informowane o pracownikach, którzy zwolnili się z którejś z nich. Gdy takie osoby starały się o pracę w innych firmach z tego grona, np. chcąc uzyskać wyższe pensje czy lepsze warunki zatrudnienia, ich kandydatury były automatycznie blokowane i nie mieli szans otrzymać takiej pracy przez pewien okres, zwykle trzymiesięczny. Zmowa pozwalała utrzymać niższe stawki dla pracowników. Całość procederu miał koordynować właśnie Jeronimo Martins.

Prezes UOKiK Tomasz Chróstny w swoim wniosku postawił zarzuty Jeronimo Martins Polska oraz 32 firmom transportowym, ośmiu menedżerom i właścicielom firm, którzy mieli brać udział w tym procederze. „Podejrzewamy, że firmy transportowe oraz Jeronimo Martins Polska zawarły porozumienie, którego celem miało być ograniczenie możliwości przechodzenia kierowców pomiędzy firmami transportowymi obsługującymi centra dystrybucyjne Biedronki. Tym samym przedsiębiorcy mogli chcieć uniknąć wzajemnego «podkupywania» sobie pracowników” – stwierdza szef UOKiK w komunikacie prasowym. Dodaje on: „Porozumienia o niekonkurowaniu o pracowników, czyli tzw. no-poach agreements, są prawnie zabronione. Mogą m.in. prowadzić do tego, że pensje pracowników są niższe lub nie rosną w takim stopniu, jak w sytuacji, gdyby takiej zmowy nie było”.

Sieci grozi kara w wysokości do 10 proc. rocznego obrotu. Ten ostatni wynosi około 100 miliardów złotych. Z kolei osobom fizycznym zaangażowanym w zmowę grożą kary do 2 milionów złotych.

Najdłuższy strajk

Najdłuższy strajk

Strajk w firmie Jeremias trwa już 40 dni i jest najdłuższy w dziejach III RP.

3 czerwca rozpoczął się strajk w zakładzie produkcyjnym firmy Jeremias w Gnieźnie. To należący do niemieckiego kapitału zakład wytwarzający systemy kominowe. Strajk wybuchł po długotrwałym konflikcie z szefostwem firmy. Najpierw zwolniono z pracy bezprawnie (co potwierdził sąd) dwóch działaczy związkowych Inicjatywy Pracowniczej. Szefostwo firmy zatrudniło także znaną z antypracowniczych i antyzwiązkowych poczynań firmę prawniczą Littler. Po tym wszystkim związkowcy zorganizowali referendum, w którym większość zatrudnionych opowiedziała się za strajkiem.

3 czerwca rozpoczęła się akcja strajkowa. Wspierają ją pikiety i demonstracje oraz blokowanie wjazdu do zakładu dostawom materiałów, protestowano także pod ambasadą Niemiec w Warszawie. Szefostwo firmy odpowiada w brutalny sposób: forsuje fałszywą narrację, że strajk jest nielegalny, że strajkuje garstka ludzi, zatrudnia łamistrajków (co jest sprzeczne z prawem), w tym więźniów zakładów karnych, odmawia negocjacji i ustępstw, nie wpuszcza do zakładu zwolnionego i nakazem sądu przywróconego do pracy związkowca i zarazem społecznego inspektora pracy. Doszło do tak ostentacyjnych zachowań aroganckiego szefostwa firmy, że oznajmiło ono przedstawicielom Państwowej Inspekcji Pracy, iż woli kontynuować łamanie prawa i płacić nakładane mandaty niż podporządkować się przepisom i werdyktom inspekcji. W sprawie strajku odbyła się nadzwyczajna sesja rady miasta Gniezno.

Związkowcy z Inicjatywy Pracowniczej napisali dzisiaj:

„Dziś 40 dzień strajku w Jeremias. Tym samym nasz strajk stał się najdłuższym w Polsce od zmiany ustroju w 1989. Przez te 40 dni zbudowaliśmy poparcie ruchu pracowniczego w Polsce i całej Europie, a także wielu sympatyków z innych organizacji społecznych. Bardzo Wam wszystkim dziękujemy – dzięki Wam nie poddamy się i zakończymy strajk tylko z godnym porozumieniem.

Te 40 dni strajku ujawniły fundamentalne sprzeczności naszego państwa 36 lat po zmianie ustroju po masowych strajkach przed laty – państwa które dziś wymierza śmieszne kary i daje podatkowe ulgi na zwalczanie pracowników, a w efekcie: samo nie może wymóc, aby w jego granicach milionerzy przestrzegali prawo. Prywaciarze doją dziś na potęgę nasze państwo, śmieją się z jego kar i unikają płacenia w nim podatków, transferują na Zachód zyski, które wytwarzamy ciężką pracą, a tą naszą pracę wyceniają dziś trzy razy niżej niż w Niemczech. Marne państwo utrzymywane z marnych pensji i dojone przez międzynarodowe korporacje to państwo bez przyszłości. Takie państwo z kartonu nadaje się tylko do śmietnika.

Nie możemy słuchać jak prezesi firm otwarcie mówią inspektorom pracy, że zapłacą kary ale prawa przestrzegać nie będą. Nie możemy patrzeć jak prawnicy prezesa Jeremias negują ekspertyzy ministerstwa pracy, czy odmawiają posłom prawa do interwencji poselskiej w zakładzie. A posłowie dotąd przyzwalają, aby firmy wliczały w koszty działalności zwalczanie protestów pracowników i polskiego prawa.

Nie możemy znieść, że ten regres cywilizacyjny za przyzwoleniem państwa jest po to aby odmawiać skromnej poprawy warunków pracy w Polsce.

Żeby polskie państwo nie było ośmieszane przez pracodawców, żądamy od posłów i ministrów:

1. Uzależnić kary za łamanie prawa pracy od przychodów, jakie notuje firma. Kary po 2,5 tys. PLN tylko zachęcają prywaciarzy do bezprawia. Jeśli prezesi zakładu uporczywie łamią prawo, zwalczają pracowników, utrudniają spory zbiorowe, kary muszą być odpowiednio wyższe – aż do zawieszenia działalności zakładu. Tylko adekwatne kary sprawią, że prezesi firm będą szanować prawo pracy.

2. Dać narzędzia wymierzania mocnych kar za łamanie prawa w ręce samych pracowników – Społecznych Inspektorów Pracy.

3. Zakazać ulg podatkowych za usługi prawne zwalczające pracowników i związki zawodowe, na wzór projektu uchwały kongresu USA „No Tax Breaks For Union Busting Act”.

Apelujemy do innych związków zawodowych i sympatyzujących organizacji o poparcie postulatów strajku do władz RP. To państwo wszyscy dźwigamy na naszych barkach ciężką pracą i finansujemy podatkami, których unikają zarządy wielu firm. Czas aby państwo było dla pracowników, a nie przeciwko nim.

Jutro, 14.07, delegacja strajku w Jeremias liczy że zarząd koncernu zaproponuje konkretną godną ofertę poprawy warunków. Liczymy że firma zdała sobie sprawę, że strajk nie podda się aż do osiągnięcia godnego kompromisu.

Jeśli dyrekcja znów będzie tylko nas zwodzić i obchodzić przepisy prawa by złamać strajk, licząc na bezkarność, ogłaszamy pełną mobilizację. W czterdziesty dzień strajku wzywamy do Powstania pracowników wobec państwa z kartonu! 12:30 pod ratuszem, następnie rynek i przejście pod fabrykę.

Jedynym warunkiem odwołania mobilizacji jest godne porozumienie firmy ze związkiem”.

Możesz wesprzeć Fundusz Strajkowy – są z niego wypłacane zasiłki dla strajkujących, którzy od 40 dni nie otrzymują środków za okres, w którym strajkują: https://zrzutka.pl/m2xrgk

Lichwa rośnie

Lichwa rośnie

W ciągu roku znacznie wzrosła skala pożyczek pozabankowych.

Jak informuje Business Insider, nowe dane GUS wskazują, że w roku 2024 znacznie wzrosła skala pożyczek zaciągniętych w firmach pośrednictwa kredytowego. To, mówiąc prościej, pożyczki z sektora pozabankowego, oprocentowane znacznie wyżej niż bankowe, ale dostępne łatwiej i dla osób i podmiotów mających problemy z uzyskaniem kredytu bankowego. Większość tych kwot pochodzi z banków, ale pośrednicy w zamian za wysokie odsetki biorą na siebie ryzyko udzielania pożyczek na mniej restrykcyjnych zasadach niż robią to banki.

Łącznie udzielono w tym modelu kredytów na kwotę 36 miliardów złotych. W tej kwocie 28 miliardów pożyczono osobom fizycznym, a 8 miliardów trafiło do przedsiębiorstw. Szczególnie to ostatnie zjawisko budzi zaniepokojenie, ukazując problem firm z płynnością finansową i wiarygodnością wobec banków, co zmusza je do wysoko oprocentowanych pożyczek pozabankowych.

Ilość pożyczek dla przedsiębiorstw wzrosła rok do roku o 23%, a wysokość kwot pożyczonych im zwiększyła się wobec roku 2023 o 43%. Kredyty dla osób fizycznych wzrosły kwotowo „tylko” o 34 proc.

Firma się zwija

Firma się zwija

Zakład niemieckiej firmy w Polsce zostanie zamknięty.

Jak informuje portal Dla Handlu, niemiecka firma Drüsedau ogłosiła, że zamknie swój zakład usytuowany w Margoninie w Wielkopolsce. Pracę straci cała załoga – 30 osób.

Zakład istniał od ponad 30 lat. Na potrzeby niemieckiej centrali przygotowywał materiał do produkcji wysokojakościowych parkietów drewnianych. Zajmował się tym od podstaw, zaczynając od suszenia nabywanego drewna, a później jego obróbkę. Teraz właściciel firmy podjął decyzję o likwidacji zakładu w Polsce.

Produkcja zostanie przeniesiona do Niemiec. To tam trafi wysuszone i wstępnie obrobione drewno kupione od zewnętrznych dostawców.

Polski strajk

Polski strajk

Kilkuset polskich pracowników strajkuje w Holandii w sieci handlowej.

Jak informuje Portal Spożywczy, kilkuset polskich pracowników strajkuje w Holandii. Są to osoby zatrudnione przez agencje pracy tymczasowej, a świadczące pracę na rzecz dużej sieci supermarketów Albert.

Strajk rozpoczęto w centrach dystrybucyjnych obsługujących sieć Albert. Kilkuset Polaków protestuje przeciwko nierównym warunkom traktowania pracowników agencyjnych wobec tych zatrudnianych bezpośrednio przez sieć handlową. Domagają się identycznych stawek wynagrodzenia, dodatków i przerw jak te, które mają pracownicy etatowi Alberta. – „Nie dostajemy premii, które otrzymują pracownicy etatowi, mamy krótsze przerwy i mniej wolnych dni” – powiedział Portalowi Spożywczemu jeden ze strajkujących. Holenderski urząd statystyczny wykazuje, że osoby zatrudnione przez agencje zarabiają średnio 37% mniej niż pracownicy etatowi.

Strajk początkowo objął centra dystrybucyjne w Pijnacker i Geldermalsen, a później objął Oosterhout, Zwolle i Tilburg. Strajk rozszerzył się także na inną sieć handlową – centrum dystrybucyjne Jumbo w Bleiswijk.

Akcja strajkowa wybuchła mimo że pracownicy byli zastraszani utratą zatrudnienia, a nawet pozbawieniem dachu nad głowa, gdyż część z nich mieszka w lokalach zapewnianych przez agencje pracy tymczasowej. W kilku miejscach próbowano ich nie wpuszczać do miejsc zatrudnienia, aby nie mogli tam przeprowadzić strajku.

Tam i z powrotem

Tam i z powrotem

Polityczna polaryzacja obejmuje nawet bilety – po zmianie rządu prace nad integracją taryf transportu publicznego zaczęły się od nowa. Czy Ogólnopolski Bilet Zintegrowany uda się wprowadzić do końca kadencji?

Mija jedna trzecia kadencji rządów partii, które do wyborów szły z obietnicami wprowadzenia ogólnopolskiego taniego biletu sieciowego na transport publiczny.

Już w styczniu 2023 r. stworzenia takiego biletu domagała się od rządu Prawa i Sprawiedliwości partia Polska 2050, wtedy jeszcze będąca w opozycji. – „Apelujemy, żeby rząd wprowadził jeden bilet za około 150 zł, to 5 zł dziennie. Za te 5 zł dziennie każdy z nas ma możliwość jazdy komunikacją miejską, regionalną i ponadregionalną” – mówił Szymon Hołownia. Następnie w programie wyborczym kierowanej przez niego Polski 2050 stanęło: „Wprowadzimy jeden bilet miesięczny, dzięki któremu będziemy mogli podróżować wszystkimi środkami transportu zbiorowego po całej Polsce za 150 zł”.

Z kolei Lewica w swoim programie zawarła punkt „Transport lokalny za 59 zł miesięcznie” i obiecała: „Na wzór niemiecki wprowadzimy abonament na komunikację miejską, gminną oraz kolej regionalną w całym kraju”.

PolenTicket?

Na polskich politykach wrażenie zrobił 9-Euro-Ticket, który przez trzy miesiące – od czerwca do sierpnia 2022 r. – funkcjonował w Niemczech. Kupując bilet za 9 euro, a więc za niecałe 40 zł, można było przez miesiąc bez ograniczeń podróżować w całych Niemczech koleją regionalną, autobusami lokalnymi i transportem miejskim. Następcą biletu 9-Euro-Ticket jest działający od maja 2023 r. Deutschlandticket – umożliwia on korzystanie z kolei regionalnej, autobusów lokalnych i transportu miejskiego w całym kraju za 58 euro miesięcznie (około 240 zł). Działa na zasadzie subskrypcji – bilet kupuje się na rok i co miesiąc z konta bankowego pobierana jest kwota 58 euro. Pod koniec 2024 r. wykupione bilety Deutschlandticket miało 13,5 mln osób. Bilet funkcjonuje dzięki dofinansowaniu rządu federalnego i landów, które przeznaczają w sumie 3 mld euro rocznie na pokrycie przewoźnikom przychodów utraconych przez to, że osoby posiadające Deutschlandticket nie kupują już standardowych biletów.

W Austrii od 2021 r. dostępny jest Klimaticket, który kosztuje na rok 1179,30 euro (około 4900 zł). Ważny jest on nie tylko w transporcie miejskim, autobusach lokalnych i pociągach regionalnych, ale także w pociągach dalekobieżnych – zarówno państwowego przewoźnika ÖBB, jak i prywatnych spółek WestBahn i RegioJet.

W Węgrzech od 2023 r. dostępny jest sieciowy bilet miesięczny na cały kraj, który kosztuje 18900 forintów (czyli około 200 zł) – jest honorowany w pociągach regionalnych i dalekobieżnych, autobusach lokalnych oraz transporcie miejskim w Budapeszcie. Tani bilet sieciowy stworzono po tym, gdy w
2021 r. państwowy przewoźnik kolejowy MÁV został właścicielem działającego w całym kraju operatora autobusowego Volánbusz.

Gdy Lewica i Polska 2050 weszły do koalicji rządowej, szybko stopniał ich zapał do wprowadzenia w Polsce biletu sieciowego na wzór rozwiązań funkcjonujących w Niemczech, Austrii i Węgrzech.

Wykolejony Wspólny Bilet

W umowie koalicyjnej zawartej w listopadzie 2023 r. przez Koalicję Obywatelską, Polskie Stronnictwo Ludowe, Polskę 2050 i Lewicę znalazł się taki oto ogólny zapis: „Utworzymy zintegrowany system pozwalający kupić bilet na przejazd z wykorzystaniem dowolnych środków transportu zbiorowego”.

Zaledwie trzy miesiące później namiastka takiego rozwiązania – istniejąca od 2018 r. i obejmująca wszystkich przewoźników kolejowych oferta taryfowa Wspólny Bilet – została pozbawiona sensu. Taki jest skutek wprowadzonej w lutym 2024 r. drastycznej podwyżki cen Wspólnego Biletu (kolejna była w styczniu 2025 r.). Przykładowo cena Wspólnego Biletu z Radomia do Łukowa z przesiadką w Dęblinie z Kolei Mazowieckich na Polregio w ciągu roku wzrosła najpierw z 22,50 zł do 40 zł, a następnie do 44 zł. Tym samym Wspólny Bilet stał się znacznie droższy od biletów kupowanych oddzielnie – wówczas za przejazd z Radomia do Łukowa płaci się 35,80 zł (12,80 zł za bilet Kolei Mazowieckich Radom – Dęblin i 23 zł za bilet Polregio Dęblin – Łuków).

Wspólny Bilet, wprowadzony w 2018 r. pod auspicjami Ministerstwa Infrastruktury, miał być stopniowo rozwijany. W 2020 r. resort – kierowany wówczas przez Andrzeja Adamczyka z PiS – zapowiadał rozwój oferty między innymi poprzez „rozszerzenie jej o przewoźników autobusowych oraz lokalny transport zbiorowy w poszczególnych aglomeracjach”.

Ministerstwo nie posiada kompetencji

Gdy po zmianie władzy znacząco wzrosły ceny Wspólnego Biletu, dwumiesięcznik „Z Biegiem Szyn” poprosił Ministerstwo Infrastruktury o stanowisko w tej sprawie. – „Warunki funkcjonowania Wspólnego Biletu określa umowa zawarta pomiędzy uczestnikami tej inicjatywy. Ministerstwo Infrastruktury nie jest stroną umowy i nie posiada kompetencji do akceptowania działań przewoźników podejmowanych w jej ramach” – odparł w lutym 2024 r. Rafał Jaśkowski z resortu infrastruktury.

Ministerstwo z jednej strony dystansowało się od właśnie zepsutej podwyżką oferty Wspólny Bilet, a z drugiej strony zapowiedziało wprowadzenie… wspólnego biletu. W marcu 2024 r. minister infrastruktury Dariusz Klimczak z PSL oznajmił na antenie TVP Info: „Około roku 2027 będziemy mieli wspólny bilet”.

Nieco więcej szczegółów podał w maju 2024 r. wiceminister infrastruktury Piotr Malepszak: „Ministerstwo Infrastruktury bada możliwość wprowadzenia Ogólnopolskiego Biletu Zintegrowanego, łączącego różne rodzaju transportu publicznego. Wspomniany projekt to zaawansowany i kompleksowy koncept odpowiadający na rosnące wyzwania związane z mobilnością miejską i regionalną oraz potrzebą promowania zrównoważonych form transportu w Polsce” – mówił rok temu w telewizji TVN24. – „Docelowo system powinien obejmować cały transport publiczny, na zasadzie dobrowolności”.

Biletowe déjà vu

Dopiero w lutym 2025 r. minister Dariusz Klimczak wydał zarządzenie powołujące zespół do spraw projektu Ogólnopolski Bilet Zintegrowany. W skład tego zespołu weszli między innymi wiceminister Piotr Malepszak (jako przewodniczący komitetu sterującego), dyrektor Instytutu Kolejnictwa Andrzej Massel i szef ministerialnego departamentu kolejnictwa Tomasz Warsza.

Czytając zarządzenie ministra Klimczaka, można poczuć déjà vu. Dziewięć lat temu podobny akt wydał bowiem jego poprzednik z rządu Prawa i Sprawiedliwości: Andrzej Adamczyk zarządzeniem z maja 2016 r. powołał komitet sterujący do spraw projektu Wspólny Bilet. Bilet pod tą nazwą został wprowadzony w grudniu 2018 r. Choć prace komitetu trwały aż dwa i pół roku, to ofertę wdrożono z szeregiem niedoskonałości. Nie umożliwiono zakupu Wspólnego Biletu u drużyn konduktorskich i w automatach biletowych. Gdy część podróży odbywa się Kolejami Mazowieckimi, to nie da się kupić Wspólnego Biletu przez internet, a gdy Kolejami Dolnośląskimi, to nie można go kupić w kasie biletowej. Co więcej, z Wspólnego Biletu nie można skorzystać, gdy podróż zawiera przesiadkę trwającą krócej niż 10 minut.

Wbrew zapowiedziom na temat rozwoju Wspólnego Biletu nie zdołano rozszerzyć tej oferty o bilety okresowe. Na polskiej kolei brakuje biletu miesięcznego pozwalającego na przejazdy pociągami regionalnymi i dalekobieżnymi. Przede wszystkim na tych odcinkach, gdzie dopiero pociągi z obydwu segmentów łącznie zapewniają atrakcyjną ofertę. Na przykład z Olsztynka do Olsztyna kursuje tylko pięć pociągów regionalnych dziennie (o 5:08, 6:36, 8:46, 15:08 i 19:35), ale już razem z pociągami PKP Intercity połączeń jest 12 na dobę (o 5:08, 6:36, 7:58, 8:46, 9:58, 11:58, 15:08, 15:59, 18:01, 19:35, 20:03, 22:01). Jak dotąd tylko na trasie Warszawa – Łódź wprowadzono zasadę, że bilety okresowe PKP Intercity są honorowane w pociągach spółek Polregio i Łódzka Kolej Aglomeracyjna. Już mało kto pamięta, że kilkanaście lat temu na polskiej kolei bilety miesięczne i kwartalne na pociągi regionalne były ważne również w pociągach dalekobieżnych.

Za rządów PiS Ministerstwo Infrastruktury – mimo składanych zapowiedzi – nie zdołało rozszerzyć Wspólnego Biletu o lokalne połączenia autobusowe i transport miejski.

Po zmianie rządu resort infrastruktury, zamiast jednak udoskonalić i rozwinąć istniejącą ofertę Wspólny Bilet, postanowił prace nad integracją taryfową zacząć od zera – najpierw od wymyślenia nowej nazwy.

Jak widać, polityczna polaryzacja obejmuje nawet kwestię biletów. Każda strona sceny politycznej zaczyna od początku prace nad rozwiązaniami, które mają zapewnić integrację taryfową różnych środków transportu publicznego.

Jak wynika z założeń Ministerstwa Infrastruktury, w ramach Ogólnopolskiego Biletu Zintegrowanego wprowadzone mają zostać bilety jednorazowe i miesięczne na daną relację bez względu na przewoźnika i godzinę odjazdu, a także bilet obejmujący wszystkich kolejowych przewoźników regionalnych i komunikację miejską, przy czym resort na razie nie zdradza, czy miałby być to, podobnie jak Deutschlandticket, bilet ogólnokrajowy.

Razem, a jednak osobno

W Polsce obecnie nie istnieje bilet sieciowy, który umożliwiałby poruszanie się pociągami wszystkich przewoźników regionalnych.

Bilet Turystyczny – który kosztuje 59 zł i ważny jest od 18:00 w piątek do 6:00 w poniedziałek – honorowany jest w pociągach spółek Polregio, Koleje Małopolskie, Koleje Wielkopolskie, Łódzka Kolej Aglomeracyjna i Arriva. Ci sami przewoźnicy honorują też RegioKarnet – bilet sieciowy w cenie 93 zł, który ważny jest przez trzy dowolnie wybrane doby w ciągu dwóch miesięcy. Z akceptowania Biletu Turystycznego i RegioKarnetu najpierw w 2018 r. wycofały się Koleje Dolnośląskie, a następnie w 2021 r. Koleje Śląskie (biletów tych nigdy nie uznawały Koleje Mazowieckie, Warszawska Kolej Dojazdowa i PKP Szybka Kolej Miejska w Trójmieście).

Równocześnie istnieje Wspólny Bilet Samorządowy – kosztuje on 59 zł i uprawnia do podróżowania przez 24 godziny pociągami wszystkich z wyjątkiem Polregio spółek regionalnych: Kolei Mazowieckich, Warszawskiej Kolei Dojazdowej, Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej, Kolei Śląskich, Kolei Małopolskich, Kolei Wielkopolskich, Kolei Dolnośląskich i Arrivy.

Prologiem działań Ministerstwa Infrastruktury na rzecz integracji taryf mogłoby być wyjście z inicjatywą zszycia Wspólnego Biletu Samorządowego, Biletu Turystycznego i RegioKarnetu w spójną paletę sieciowych biletów czasowych – dobowych, weekendowych czy trzydniowych – uznawanych przez wszystkich bez wyjątku regionalnych przewoźników kolejowych. Wskazane byłoby przy tym nawiązanie współpracy z organizatorami połączeń autobusowych, aby włączyli się w ofertę sieciowych biletów czasowych, dzięki czemu byłyby one uznawane na przykład przez Komunikację Beskidzką, Podkarpacką Komunikację Samochodową czy Grodziskie Przewozy Autobusowe. Niektórzy organizatorzy komunikacji autobusowej mogą być otwarci na taką współpracę, jako że sami z siebie już premiują pasażerów kolei. Grodziskie Przewozy Autobusowe dają 45% zniżki na bilety miesięczne osobom, które posiadają bilet miesięczny Kolei Mazowieckich lub Warszawskiej Kolei Dojazdowej, zaś w komunikacji autobusowej gminy Kobierzyce posiadaczom biletów okresowych Kolei Dolnośląskich przysługują bezpłatne przejazdy liniami dowozowymi do stacji kolejowych.

Pożądane byłoby też wyjście z propozycją do zarządów transportu w miastach, aby i oni honorowali sieciowe bilety czasowe, które mogłyby powstać po zszyciu ofert Bilet Turystyczny, RegioKarnet i Wspólny Bilet Samorządowy.

Podjęcie przez Ministerstwo Infrastruktury kooperacji z przewoźnikami kolejowymi, organizatorami lokalnych połączeń autobusowych i zarządami transportu miejskiego w kwestii czasowych biletów sieciowych stworzyłoby platformę praktycznej współpracy u progu prac nad Ogólnopolskim Biletem Zintegrowanym, które mają wiązać się z takimi wyzwaniami jak ujednolicenie ulg ustawowych, spajanie systemów sprzedaży biletów czy stworzenie wyszukiwarki połączeń obejmującej wszystkie środki transportu zbiorowego.

Stworzenie sieciowych biletów czasowych byłoby również wyjściem w stronę realizacji składanych przed wyborami parlamentarnymi przez Lewicę i Polskę 2050 obietnic dotyczących stworzenia atrakcyjnego cenowo biletu obejmującego kolej, autobusy lokalne i transport miejski w całej Polsce. Pytanie tylko, czy partie te jeszcze pamiętają, że obiecały wprowadzenie takiego rozwiązania.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/136 maj-czerwiec 2025)
https://www.zbs.net.pl Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski