przez redakcja | sobota 26 września 2026 | aktualności
Zwolnienia całej załogi i koniec zakładu po 130 latach.
Jak informuje portal Bankier.pl, kończy działalność Odlewnia Cema-Mystal w Myszkowie. Nie udała się sanacja przedsiębiorstwa i w obliczu braku nadziei na trwałą rentowność zostanie ono zlikwidowane. Oznacza to koniec zakładu, którego początki sięgają roku 1882. Wówczas w Myszkowie bracia Brauretz założyli w tym miejscu przedsiębiorstwo metalurgiczne. Firma była stale rozwijana, a w okresie PRL rozbudowano tu zakład i wytwarzano odlewy staliwne i żeliwne na wielką skalę, zatrudniając 4500 osób. Po zmianie ustrojowej przedsiębiorstwo stale ograniczało skalę działań. W roku 2010 na jego bazie powstała Cema-Mystal. Właśnie kończy ona działalność.
Wiosną 2026 w obliczu zadłużenia zakładu rozpoczęto formalne postępowanie sanacyjne. Choć firma w tym okresie była rentowna, to stale malała jej zyskowność, nie dając szans na spłatę zadłużenia i nie gwarantując, że w przyszłości uda się finansować bieżące potrzeby. Zapadła więc decyzja o likwidacji przedsiębiorstwa w jego obecnej formie.
Pracę straci cała załoga, licząca 70 osób. Już otrzymali trzymiesięczne wypowiedzenia. Zanim stracą pracę wraz z końcem roku, będą systematycznie wygaszali produkcję i porządkowali zakład. Zadłużenie firmy wynosi 12 milionów złotych. Majątek wyceniono na 19 milionów złotych i poszukiwany będzie albo kupiec całości, albo chętni na zakup poszczególnych budynków, gruntów i urządzeń przedsiębiorstwa.
przez redakcja | piątek 25 września 2026 | aktualności
Związkowcy domagają się podwyżek płac w wielkim koncernie medialnym.
Jak informuje portal Wirtualne Media, komisja związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza w koncernie Ringier Axel Springer Polska domaga się podwyżek płac.
W zależności od kategorii zaszeregowania związkowcy oczekują podwyżek płac zasadniczych od 5 do 10%. Wzrosnąć miałaby także pensja osób określanych w strukturze firmy jako specjaliści – i wynosić co najmniej 8500 zł brutto.
Związkowcy wskazują, że w ubiegłym roku pensje szefostwa polskiej struktury koncernu wzrosły o 13,6%.
przez redakcja | czwartek 24 września 2026 | aktualności
Jeden z najbardziej znanych polskich start upów zwolni 20% załogi.
Jak informuje portal Puls HR, duże zwolnienia zapowiedział start up Booksy. To jedna z najbardziej znanych polskich firm tego rodzaju. Prowadzi ona platformę pośredniczącą w rezerwowaniu online wizyt w usługowych punktach kosmetycznych i podobnych: u fryzjerów, barberów, kosmetyczek, masaży itp., a firmom ułatwia zarządzanie i planowanie wizyt klientów. Obecnie z jej usług ma korzystać około 350 tysięcy podmiotów w kraju i zagranicą.
Szefostwo firmy zapowiedziało zwolnienie około 20% załogi. Oznacza to utratę pracy przez około 200 osób. Przyczyną zwolnień mają być większe inwestycje i wdrażanie rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji i automatyzacji.
przez redakcja | czwartek 24 września 2026 | aktualności
Wielki koncern zwolni ponad 500 pracowników.
Jak informuje Polska Agencja Prasowa na podstawie ustaleń portalu epoznan.pl, koncern farmaceutyczny GSK zamierza zwolnić ponad 500 osób zatrudnionych w dziale IT w oddziale w Poznaniu.
Koncern ogłosił trzyletni program „uproszczenia działalności GSK oraz skoncentrowania zasobów”. Za tym frazesem kryje się m.in. zamiar redukcji zatrudnienia o ponad 500 osób załogi działu IT w poznańskim oddziale firmy. Ich praca ma zostać przeniesiona do Indii.
O zamiarze zwolnień została już poinformowana działająca w firmie komisja związkowa „Solidarności”. Zapowiada ona, że będzie chciała dla zwalnianych wynegocjować jak najlepsze warunki odpraw, przekraczające minimum wymagane przez prawo pracy.
przez Karol Trammer | środa 23 września 2026 | opinie, Polecamy
Dlaczego z planów spółki CPK zniknęła linia Radom – Iłża – Kunów? Miała ona skrócić najszybszą trasę z Warszawy na Podkarpacie. Zamiast tego powstała mglista koncepcja budowy dużo dłuższej linii.
Planowana linia kolejowa Radom – Iłża – Kunów nie znalazła się w ogłoszonej w czerwcu 2026 r. Zintegrowanej Sieci Kolejowej. To, że w koncepcji docelowego układu istniejących i planowanych tras kolejowych linia nie została uwzględniona, jest o tyle zaskakujące, że zaledwie pół roku wcześniej Centralny Port Komunikacyjny wybrał wariant inwestorski jej przebiegu.
Chcemy dać szybsze połączenia
Dokonany w grudniu 2025 r. wybór wariantu przebiegu linii był zwieńczeniem trwających od 2022 r. prac nad studium techniczno-ekonomiczno-środowiskowym dla linii Radom – Iłża – Kunów, wpisanej do planu szprych CPK jako część głównego ciągu łączącego Warszawę z Podkarpaciem.
Choć opracowanie studium zlecono za rządów Prawa i Sprawiedliwości, to wyglądało, że po zmianach politycznych i odejściu od koncepcji szprych spółka CPK nie przestała widzieć sensu budowy tej 55-kilometrowej linii. „Dzięki budowie linii znacząco skróci się czas przejazdu koleją w relacjach dalekobieżnych na przykład z Ostrowca Świętokrzyskiego, Tarnobrzega, Rzeszowa do nowego lotniska i Warszawy” – informowała spółka CPK po wybraniu wariantu inwestorskiego, a członek zarządu CPK Piotr Rachwalski mówił: „Chcemy dać mieszkańcom południowego Mazowsza i województwa świętokrzyskiego szybsze połączenia kolejowe zarówno w kontekście podróży dalekobieżnych, jak i usprawnienia transportu kolejowego w regionie. Linia pozwoli też przenieść część ruchu towarowego z dróg na tory”.
Spółka CPK podkreślała, że przebieg linii zaplanowano na podstawie szerokich analiz. „W oparciu o przeprowadzone analizy przestrzenne, społeczno-gospodarcze, ruchowe, prognozy ruchu, analizy techniczne, środowiskowe, konsultacje społeczne i branżowe, a także analizy wielokryterialne oraz kosztów i korzyści spółka Centralny Port Komunikacyjny podjęła decyzję o wskazaniu wariantu W3 jako wariantu inwestorskiego” – pisał w grudniu 2025 r. do urzędów gmin leżących na planowanej linii Arkadiusz Dróżdż-Pietruszka, dyrektor portfela projektów dokumentacyjnych CPK. Jednocześnie zapowiadał dalsze prace – w pierwszej połowie 2026 r. miał zostać złożony wniosek do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska o wydanie decyzji środowiskowej. Ale jak dowiadujemy się w CPK, ze składania wniosku zrezygnowano i tym samym proces inwestycyjny został przerwany.
Wartość umowy zawartej przez CPK z wykonującą prace studialne firmą Databout wynosi 38 mln zł. Za dotychczas wykonane prace zapłacono jej 18,8 mln zł.
Scenariusz jeden z możliwych
Już w momencie wyboru wariantu inwestorskiego ziarno niepewności zasiał ówczesny pełnomocnik rządu ds. CPK Maciej Lasek: „O tym, kiedy i w jakim kształcie będzie realizowane lub modernizowane kolejowe połączenie centrum Polski z Podkarpaciem zadecydują wyniki analiz prowadzonych w ramach Zintegrowanej Sieci Kolejowej, w której scenariusz przebiegu linii z Radomia przez Iłżę i Kunów jest jednym z możliwych”.
Po ogłoszeniu koncepcji Zintegrowanej Sieci Kolejowej okazało się, że postawiono w niej na zupełnie inne rozwiązanie: główna trasa z Warszawy do Rzeszowa ma biec niedaleko Siedlec i dalej przez Łuków, Lublin, Stalową Wolę. Spółka CPK zapowiada, że na tej trasie możliwe będzie uzyskanie czasu jazdy z Warszawy do Rzeszowa wynoszącego około dwie godziny. Żeby tak się stało, konieczne jednak będzie wybudowanie około 270 km nowych linii dużych prędkości, a cała trasa z Warszawy do Rzeszowa liczyć będzie około 430 km. Ale rzeczniczka prasowa CPK Agnieszka Stefańska-Krasowska zastrzega: „Na obecnym etapie nie jest możliwe wskazanie dokładnej, łącznej liczby kilometrów nowych linii pozwalających na uzyskanie docelowego czasu przejazdu Warszawa – Rzeszów. Szczegółowy przebieg i długość nowej infrastruktury zostaną określone w kolejnych etapach prac studialnych i projektowych”.
Gdyby natomiast wybudowano linię Radom – Iłża – Kunów, trasa z Warszawy do Rzeszowa liczyłaby 300 km długości. Nowa 55-kilometrowa linia, która miała wybiegać z Radomia na południowy wschód, skróciłaby bowiem najkrótszą z istniejących tras biegnących z Warszawy na Podkarpacie.
Pociąg szybszy niż Pendolino
Pociągi z Warszawy do Rzeszowa jeżdżą trzema trasami. Najkrótsza ma 322 km i biegnie przez Radom, Starachowice, Ostrowiec Świętokrzyski, Sandomierz, Tarnobrzeg, Nową Dębę i Kolbuszową. Jeżdżą nią tylko dwa na dobę pociągi PKP Intercity: „Witos” i „San”.
Cztery pociągi łączące Warszawę z Rzeszowem – InterCity „Wisłok”, „Noteć”, „Zamoyski” i „Bystrzyca” – jeżdżą trasą przez Pilawę, Dęblin, Lublin, Kraśnik, Stalową Wolę, Nisko, Leżajsk i Łańcut, która liczy 398 km.
Z kolei kursujący raz dziennie pociąg Pendolino wytrasowany jest z Warszawy do Rzeszowa Centralną Magistralą Kolejową i dalej przez Kraków, Tarnów i Dębicę. Jest to najdłuższa z trzech tras – ma 450 km długości, ale Pendolino pokonuje ją w 3 godz. 44 min.
W nieco krótszym czasie, wynoszącym 3 godz. 40 min., jedzie z Warszawy do Rzeszowa pociąg InterCity „San” przez Radom, Ostrowiec Świętokrzyski i Tarnobrzeg. Skrócenie tej trasy poprzez wybudowanie linii Radom – Iłża – Kunów w połączeniu z poprawą parametrów na istniejących liniach skróciłoby czas jazdy na trasie Warszawa – Rzeszów do poniżej trzech godzin.
Ponadpartyjna szprycha
Spółka Centralny Port Komunikacyjny przekonuje, że rezygnacja z budowy linii Radom – Iłża – Kunów nie oznacza, że pociągi znikną z najkrótszej trasy łączącej Warszawę z Podkarpaciem. „Na trasie Warszawa – Radom – Rzeszów ruch będzie prowadzony z wykorzystaniem istniejących linii kolejowych” – zapewniła spółka CPK na swojej stronie internetowej.
Mimo to władze Radomia, Starachowic, Ostrowca Świętokrzyskiego, Sandomierza, Tarnobrzega i Rzeszowa wystosowały list otwarty, w którym domagają się uwzględnienia w Zintegrowanej Sieci Kolejowej linii Radom – Iłża – Kunów, obawiając się, że bez niej najkrótsza trasa z Warszawy na Podkarpacie pozostanie drugorzędnym ciągiem. W obronie linii wpisanej do wieloletniego programu CPK w 2020 r., a więc za rządu PiS, stanęli nie tylko włodarze wywodzący się z tej partii, jak Łukasz Nowak z Tarnobrzega, ale też włodarze bezpartyjni i ci związani z obecną koalicją rządzącą: prezydent Radomia Radosław Witkowski z Koalicji Obywatelskiej czy burmistrz Sandomierza Paweł Niedźwiedź z Polskiego Stronnictwa Ludowego. Apele w sprawie linii Radom – Iłża – Kunów przyjęły sejmiki województw mazowieckiego i świętokrzyskiego. Za jej uwzględnieniem w Zintegrowanej Sieci Kolejowej opowiedział się także radomski poseł Koalicji Obywatelskiej Konrad Frysztak: „Jestem zaskoczony, że tej kreski w tym planie nie ma. Podjąłem stosowne działania, by plan budowy tej linii się pojawił” – mówił Radiu Rekord. – „Dla mnie również jest nielogiczne, że ktoś z Rzeszowa ma jechać do Warszawy przez Lublin i Siedlce”.
W lipcu 2026 r. w Radomiu zwołano nadzwyczajną sesję rady miejskiej, na której radni jednogłośnie przyjęli stanowisko, w którym domagają się ujęcia linii Radom – Iłża – Kunów w Zintegrowanej Sieci Kolejowej. Na sesję rady zaproszeni zostali przedstawiciele Ministerstwa Infrastruktury oraz spółek CPK i PKP PLK, ale nikt z tych instytucji nie dotarł. Zamiast tego spółka CPK przesłała do Polskiej Agencji Prasowej stanowisko, w którym przekonuje, że analizy wykazały brak uzasadnienia dla tej inwestycji. Kłóci się to z zapewnieniami z grudnia 2025 r., gdy spółka CPK zaznaczała, że wariant inwestorski linii Radom – Iłża – Kunów wybrała na podstawie całego szeregu analiz, prognoz i konsultacji. W oświadczeniu dla PAP spółka CPK zaznaczyła ponadto, że „nowe rozwiązanie ograniczy skalę potencjalnych wywłaszczeń nieruchomości”.
Wariant inwestorski zakładał wytyczenie znaczącego fragmentu linii korytarzem istniejącej 15-kilometrowej bocznicy od Zakładów Górniczo-Metalowych Zębiec do stacji Kunów. Oznacza to, że dla około jednej czwartej linii Radom – Iłża – Kunów istnieje już pas terenu.
Używanie przez spółkę CPK argumentu o tym, że brak budowy nowej linii ogranicza skalę wywłaszczeń, jest o tyle zadziwiające, że w ramach Zintegrowanej Sieci Kolejowej zakłada się wybudowanie na terenie całej Polski 4,7 tys. km nowych linii kolejowych i wszystkie one – w tym też zapowiedziana nowa magistrala z Warszawy przez Lublin i Stalową Wolę do Rzeszowa – będą wiązać się z koniecznością wywłaszczeń.
Nie w taki sposób
W obliczu płynących od Radomia po Rzeszów głosów za uwzględnieniem linii Radom – Iłża – Kunów w Zintegrowanej Sieci Kolejowej spółka CPK zaczęła szukać kolejnych argumentów. W lipcu 2026 r. zamieściła na swojej stronie internetowej publikację, w której padły następujące słowa: „W poprzedniej koncepcji szprych szybkie połączenie Warszawy z Rzeszowem omijało Starachowice, Skarżysko-Kamienną, Szydłowiec i Wąchock. W efekcie te miasta traciły dostęp do głównego ciągu komunikacyjnego. Nie można projektować nowej sieci kolejowej w taki sposób, żeby dla skrócenia czasu przejazdu części pasażerów, wykluczać ważne ośrodki miejskie”.
Trudno mówić o wykluczaniu, gdy trzy z czterech wskazanych przez CPK miast, które miałyby zostać ominięte linią Radom – Iłża – Kunów, i tak nie są obsługiwane przez pociągi kursujące między Warszawą a Rzeszowem. W 2018 r. składy PKP Intercity w ogóle przestały stawać na stacji Szydłowiec (leżącej 5 km od tego miasta), a w 2020 r. zrezygnowano z zatrzymań w Wąchocku. W Skarżysku-Kamiennej pociągi kursujące z Warszawy do Rzeszowa w celu uniknięcia zmiany kierunku jazdy omijają główną stację łącznicą, po zjechaniu z której zatrzymywały się na położonym na wschodzie miasta przystanku Skarżysko Kościelne, ale w 2024 r. z postojów na nim zrezygnowano. Obsługi Szydłowca, Skarżyska-Kamiennej i Wąchocka przez pociągi jadące z Warszawy do Rzeszowa nie przewiduje też Horyzontalny Rozkład Jazdy, czyli koncepcja sieci połączeń, która ma zostać wdrożona na przełomie 2034 i 2035 r.
Faktem jest więc tylko to, że stratne byłyby liczące 43 tys. mieszkańców Starachowice, które po wybudowaniu linii Radom – Iłża – Kunów miały być omijane przez pociągi łączące Warszawę i Rzeszów. Prezydent Starachowic Marek Materek mimo to podpisał list otwarty za zachowaniem planów budowy tej linii. Zgodnie bowiem z wariantem inwestorskim w Kunowie powstać miał wyjazd z nowej linii nie tylko w stronę Ostrowca Świętokrzyskiego, ale również w stronę Starachowic, co stworzyłoby potencjalne możliwości trasowania przez to miasto dodatkowych połączeń.
Coraz silniejszy generator
Wśród argumentów spółki CPK za wycofaniem się z planów budowy linii Radom – Iłża – Kunów pojawia się też kwestia obronności. – „Skarżysko-Kamienna rozwija dziś przemysł zbrojeniowy i staje się coraz silniejszym generatorem ruchu” – przekonuje wicedyrektor biura wdrażania strategii i planowania CPK Michał Pyzik, zwracając też uwagę na Starachowice. – „Z punktu widzenia całego kraju ważniejsze jest więc szybkie połączenie tych ośrodków niż budowanie linii, która je ominie”.
Południe województwa mazowieckiego i północ województwa świętokrzyskiego to rzeczywiście obszar, na którym działają spółki Polskiej Grupy Zbrojeniowej: w Skarżysku-Kamiennej działa Mesko, w Radomiu Łucznik, w Pionkach za dwa lata ma zostać otwarta nowa fabryka prochu i ładunków, a ponadto odlewnia żeliwa w Starachowicach jest ważnym kooperantem koncernu PGZ.
W wariancie inwestorskim linii Radom –Iłża – Kunów przewidziano stworzenie przy stacji Skaryszew intermodalnego terminalu przeładunkowego. Jak się nieoficjalnie dowiadujemy, kluczową jego funkcją – ze względu na położenie między Radomiem, Pionkami, Starachowicami i Skarżyskiem-Kamienną – miała być właśnie obsługa fabryk zbrojeniowych.
Postawa neutralna
Od początku najbardziej obojętne czy wręcz niechętne linii Radom – Iłża – Kunów były samorządy z południa powiatu radomskiego, czyli gminy Skaryszew i Iłża, którym nowa linia miała zapewnić dostęp do sieci kolejowej. Wariant inwestorski zakładał budowę między Radomiem a Kunowem czterech stacji i przystanków: Gębarzów, Skaryszew, Walentynów i Iłża.
– „Pojawią się możliwości transportowe, natomiast z pewnością też ta inwestycja będzie miała wpływ na środowisko i wpływ na społeczeństwo” – mówił wywodzący się z PSL i w ostatnich wyborach startujący z poparciem tej partii burmistrz Iłży Marek Łuszczek. Słowa te padły w marcu 2026 r., trzy miesiące po wybraniu przez CPK wariantu inwestorskiego. Gdy w czerwcu 2026 r. zapadła decyzja o rezygnacji z budowy linii, Łuszczek oznajmił na portalu Facebook: „Żadna z proponowanych tras nie była optymalna. Dlatego zachowaliśmy postawę neutralną. Ostatecznie wybrano najgorszy z możliwych wariantów, który wywołał istotne protesty mieszkańców. Być może po to był właśnie wybrany najgorszy wariant, żeby ostatecznie zrezygnować z budowy tego odcinka”.
Iłża i Skaryszew będą mogły liczyć co najwyżej na autobusy: „Obsługa kolejowa wraz z dostępem do szybkich połączeń dalekobieżnych dla Iłży i Skaryszewa będzie zapewniona przez system zintegrowanych taryfowo i rozkładowo połączeń autobusowych” – zapewnia Agnieszka Stefańska-Krasowska z CPK.
Sto lat planowania
Rezygnacja z linii Radom – Iłża – Kunów, po tym jak opracowano dla niej dokumentację studialną i wybrano wariant inwestorski przebiegu, a zamiast tego forsowanie koncepcji połączenia Warszawy z Podkarpaciem zupełnie nową linią, która na razie jest tylko kreską na mapie bez konkretnie określonego przebiegu, przeczy idei Zintegrowanej Sieci Kolejowej. Ma być ona wieloletnim, ponadkadencyjnym i konsekwentnie realizowanym programem rozbudowy infrastruktury kolejowej, a tymczasem jej ogłoszenie przerwało trwający od kilku lat proces inwestycyjny dla linii, która w koncepcjach rozbudowy sieci kolejowej po raz pierwszy pojawiła się już w dwudziestoleciu międzywojennym.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 5/144 wrzesień-październik 2026) https://www.zbs.net.pl
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Pixabay.
przez redakcja | środa 23 września 2026 | aktualności
Związek zawodowy zapowiada referendum strajkowe w wielkiej sieci handlowej.
Jak informuje portal Tysol.pl, fiaskiem zakończyła się ostatnia runda negocjacji prowadzonych przez „Solidarność” z szefostwem sieci Biedronka w ramach sporu zbiorowego. Mimo udziału mediatora z ministerstwa pracy, rozmowy zakończyły się bez efektów. Związek zawodowy zapowiada referendum strajkowe.
Spór zbiorowy związkowców z władzami Biedronki trwa od lutego. Obejmuje on etapy wymagane przez polskie prawo, w tym kilka rund negocjacji i mediacji. Ostatnia z takich rund nie przyniosła rezultatów. Gabriela Kaim, przewodnicząca „Solidarności” w Biedronce, powiedziała przed kilkoma dniami: „Spotkanie trwało około pół godziny. Po raz kolejny okazało się, że pracodawca nie ma zamiaru rozmawiać o naszych postulatach, mimo że my byliśmy gotowi do kompromisu w wielu kwestiach. Kontynuowanie negocjacji w takiej formule jest niemożliwe, dlatego jesteśmy zmuszeni do przeprowadzenia referendum strajkowego”.
Związkowcy domagają się podwyżek płac, wprowadzenia premii frekwencyjnej dla grup pracowników, którzy dzisiaj są pozbawieni tego elementu wynagrodzenia, zwiększenia liczby pracowników w sklepach sieci, skrócenia godzin pracy maksymalnie do godz. 22.00. Zarząd sieci handlowej odmawia zrealizowania tych postulatów.
Kolejnym przewidzianym przez prawo etapem sporu zbiorowego jest referendum strajkowe. Aby mogło dojść do legalnego strajku musi ono mieć frekwencję ponad 50% zatrudnionych, a większość z nich musi opowiedzieć się za strajkiem.
Szefowa „Solidarności” w sieci Biedronka zapowiedziała, że terminy i inne szczegóły referendum strajkowego zostaną ogłoszone wkrótce.
przez Michał Rydlewski | czwartek 3 września 2026 | opinie
„Księgę gaju laurowego” Béli Hamvasa mógłbym kończyć czytać i zaczynać od początku. Ta książka, zbiór kilkunastu esejów, to modlitwa, oscylowanie pomiędzy bezpośrednim przeżyciem świata a kontemplacją nad nim, które stają się jednością tak dalece, że trudno odróżnić jedno od drugiego. Nie wiem, czy świat jest taki piękny, jaki jawi się węgierskiemu pisarzowi, ale nie znam drugiej tak pięknej jego wykładni. Jeśli widzimy świat tak, jak go interpretujemy, to jestem po stronie interpretacji Hamvasa. Chciej piękna, to je zobaczysz – mówi Hamvas. Mogę tylko wyszeptać: chcę. Jeśli jego zbiór esejów to modlitwa, której najbliżej do św. Franciszka, to czytając staję w obliczu decyzji o wyznaniu wiary.
„Księga gaju laurowego” to najwyższej próby literatura, a właściwie filozofia życia w formie eseju doprowadzonego do mistrzostwa. Proponowanym nastrojem odbioru świata i bycia w nim odbiera mi dech w piersiach. Dawno już nie czytałem czegoś tak pięknego, mądrego, oczarowującego. Gdy kończę czytać i odrywam wzrok od ostatniego zdania jakiegoś eseju, czuję się, jakbym powracał z innego świata, jakby ktoś otworzył mi oczy opowiadając to, co najbardziej osobiste, a jednocześnie uniwersalne. Obcując z tekstami Hamvasa dotykam tego, co najważniejsze, tajemnicy życia, jej nieuchwytności, a jednocześnie czegoś znanego. Słucham fascynującej opowieści o człowieku, ale przede wszystkim o przyrodzie, którą węgierski pisarz chłonie każdym zmysłem, także docenianym przez niego zmysłem smaku. Nikt tak jak Hamvas nie opisuje świata natury, jego piękna, języka, szyfru, a jednocześnie wspaniale pisze o Ja, którego nie deprecjonuje głosząc koniec podmiotu ani nie rozpuszcza w świecie, lecz zespala ze światem, gdyż człowiek jest, jak powiada Hamvas, drugą stroną świata – by poznać siebie, musi poznać świat.
Jest w jego pisarstwie niesamowita delikatność, która im bardziej intymna, tym bardziej mnie dotyka i wyrywa z profanicznego tu i teraz, nakazując zachwycić się tym, co jest – a jest to, co jest święte, czyli co nie przemija kryjąc się tuż pod powierzchnią oglądanych rzeczy, co Hamvas nazywa Wielką Rzeczywistością. Nie jest ona nadbudowana nad Małą Rzeczywistością, czyli taką, którą da się zmierzyć i zważyć oraz sprawdzić. Kryje się pod nią, choć jest ona w pewnym wymiarze bezpodstawna w tym sensie, że opiera się na przemyśleniach innych niż te, których można dowieść. Dowodzeniem tym nie jest jednak zainteresowana, analogicznie jak przekonywaniem kogokolwiek. Czy można przekonać kogoś, że Wega jest gwiazdą muzykalną a Kapella gwiazdą demonicznej miłości? Można, mnie. Czy można dowieść, że rozumie się pieśni ptaków? Tak, ale tylko metafizycznie, z przestrzeni, która przekracza człowieka. Do tej przestrzeni, boskiego ogrodu zaprasza mnie Hamvas.
Od kiedy przeczytałem „Księgę gaju laurowego” oraz „Godzinę owoców” nie mam potrzeby czytania czegoś innego, gdyż wiem, jak głęboko będzie to rozczarowujące, jest tu bowiem coś, czego od wielu lat lektur nie dał mi nikt inny. Hamvas potrafił obudzić we mnie pragnienie życia, przeciwko któremu zwracała go współczesna mu „kultura Antychrysta”, czyli kultura absolutnego kryzysu duchowego i metafizycznego związanego z nowoczesnością. Jak pisze bowiem Hamvas: „Człowiek nie może zwracać się przeciw sile, która go niesie – bo to nie życie jest ukryte w człowieku, tylko człowiek jest zanurzony w życiu, i to nie człowiek żyje życiem, tylko życie ożywia człowieka”. To swoiste wyznanie wiary Hamvasa, punkt wyjścia jego filozofii życia.
Eseje Hamvasa to ogień. Ogień, który spalił mnie na popiół i dmuchnął w świat. Jest tak przede wszystkim dlatego, że pisanie Hamvasa ma na celu ocalenie, zarówno siebie jako podmiotu, jak również, przede wszystkim, pewnej formy kultury, która konała na jego oczach. Trzeba tutaj dodać, że Hamvas miał po wojnie zakaz publikowania wydany przez władze komunistyczne oraz nie mógł podejmować żadnych prac związanych z pisaniem, co załatwił mu osobiście znany filozof marksistowski György Lukács. Hamvas pisze więc wiele tekstów dla siebie, ewentualnie dla kilku znajomych, którym przekazuje swoje teksty. Jego pisanie jest samotne, choć ma w sobie coś z listu, czyli tej formy piśmienniczej, w której, jak mówi słusznie Hamvas, nie można być samotnym (to jeden z ważnych tematów Hamvasa). Nigdy jednak nie traci nadziei, że jego projekt życia przetrwa i ożywi człowieka, gdyż to właśnie on rekonstruuje pierwotną mądrość świata wyśmianą, odrzuconą i zapomnianą przez nowoczesność.
Sytuacja zepchnięcia pisarza na margines życia, także ekonomiczny (pracował jako robotnik i ogrodnik), niewątpliwie go hartuje, wyostrza zmysły i pióro, więcej nawet, pozwala zrozumieć istotę pisania jako pewnej formy skupienia, której celem jest rozpalić ogień prawdy, czyli tego, co poza tu i teraz. Pisanie musi być idealistyczne, albo nie powinno istnieć w ogóle. To nie tylko deklaracja względem formy czy stylu, to deklaracja ideowa. Dzięki pismu Grekom udało się wynaleźć jedyną formę przetrwania w rozpadającym się świecie, przeżycia pośrodku zniszczenia, wzbogacenia się nawet w rozkładzie, jedyny sposób, by życie było piękne niezależnie od okoliczności, epoki, państwa i społeczeństwa. Jest nim idealizm, czyli stojąca ponad epoką, państwem i społeczeństwem, językiem świadomość wiecznej prawdy. Słowem: w pisaniu musi być poszukiwanie wiecznej prawdy, czyli to, co nie przemija.
Hamvas pisze niezwykle osobiście, opowiadając o swoim widzeniu świata, o tym, jak tworzy nastrój pozwalający mu intensywnie przeżywać świat, wzrastać w życiu, napełniać siebie duszą świata, aby trwać pomimo przeciwności losu. Hamvas niewątpliwe bliski jest tutaj projektowi Nietzscheańskiemu, który filozoficznie bardzo cenił. O ile u Nietzschego żyć to podporządkowywać sobie świat, o tyle u Hamvasa trzeba raczej Ja zespolić ze światem poprzez odkrycie jego uniwersalnej prawdy; prawdy świata, którą na różne sposoby, choć istotowo podobnie, wypowiadały różne kultury. Duchową Tradycję człowieka, którą Hamvas odnajduje zarówno w naukach Wschodu, jak i na Zachodzie, przeciwstawia nowoczesności, która poprzez swój chłodny racjonalizm, pragmatyzm, technokrację sprowadza człowieka do narzędzia, niszcząc jego duchowość poprzez między innymi błędne pojęcie o indywidualizmie, poprzez fetyszyzację Ja oderwanego od świata.
Gdzie poszukiwać tej prawdy?
Odpowiadając na to pytanie, Hamvasa wskazuje, że pierwszym światem człowieka jest świat jego codzienności, prozaiczność życia, powtarzalność działań, które „są czymś więcej”. To w tej powtarzalności zżywamy się ze światem, rzeczy stają się nam bliskie. Metafizyka jest w ludzkich działaniach. To w naszych czynnościach, jak choćby w porannym ubieraniu się, gotowaniu zupy, rozpalaniu ognia, budowania domu – można doświadczyć świata: poprzez działanie, które jest myśleniem. Działanie bowiem odciska się w nas: kto zdradza innego, zdradza siebie, kto buduje dom, buduje siebie. Trzeba przyjąć pewną postawę, którą można określić mianem otwartej, gdyż tylko w tej swojej otwartości można zobaczyć otwarty byt, jak mówi Hamvas, czyli taki, który sięga poza widzialne granice życia. Przykładem bytu otwartego jest np. kwiat. Jeśli chcesz świata, bądź jak świat, gdy chcesz poznać prawdę o bycie otwartym, bądź otwarty.
Owe otwarcie, jako podmiotowa decyzja, może wynikać z sytuacji granicznej. Hamvas doznał załamań nerwowych podczas pierwszej wojny światowej oraz utraty mieszkania w czasie drugiej. Być może najistotniejszy jest widok zbombardowanego domu wraz całą biblioteką i pismami oraz przejmujący moment, gdy Hamvas pada na kolana i płacze wokół miotanych wiatrem kartek papieru. Te sytuacje sprawiają, że dopiero wtedy czuje powołanie do nowego istnienia, które posiadanie utrudnia (to Hamvas jako pierwszy, nie Fromm, mówi: być, nie mieć). Nie chciej wiele, nie chciej posiadać, bo wtedy na pewno nie znajdziesz spokoju, a tylko w stanie uspokojenia, tak obcemu dzisiejszemu rozedrganiu, możesz być blisko świata, będąc tym samym blisko siebie. Stracić wszystko, by zyskać wszystko. Dziwne? Czasami trzeba stracić niewinność, aby ją zyskać – mówi Hamvas, wskazując na nieuniknioność życiowej dialektyki, paradoksu, ale także tajemnicy i nieprzewidywalności.
Z ogromnego bogactwa problemów podejmowanych przez Hamvasa skupię się tylko na jednym – filozofii podmiotu oraz szeroko pojętej wspólnoty: ludzkiej i nie-ludzkiej. Wybrzmiewa ona najpełniej w esejach „Socjologia samotności” oraz „Kierkegaard na Sycylii”.
W najogólniejszym wymiarze pokazują one, jak niebezpieczne jest zamknięcie Ja w granicach swojej skóry, brak otwartości na świat, lęk przez ryzykiem poznania go poprzez zmysłowe zanurzenie się w nim. Wskazują, że pomiędzy Ja a światem oraz ludzką i nie-ludzką wspólnotą nie zachodzi różnica tak głęboka, jak chce nowoczesność. Ta różnica jest w ogóle z ducha nowoczesna i jako taka musi być przezwyciężona, gdyż jest wroga życiu, nie rozpoznaje jedności życia, a przez to rodzi tylko cierpienie jako efekt samotności i utraty więzi ze społeczeństwem. To jest właśnie główne zadanie filozofii życia Hamvasa: zasypać przepaść pomiędzy człowiekiem a światem: ludzi i nie-ludzi. Zażegnać alienację.
W takim ujęciu Hamvas to pierwszy posthumanista, co ciekawe, także powołujący się na myślenie magiczne jako ratunek przed pustką odczarowanego świata. Ale jest w swojej refleksji dużo bardziej kulturowo przenikliwy, filozoficznie głębszy, dzięki czemu unika naiwności technooptymizmu czy nudnej gadaniny w psychoterapeutycznym języku uważności i czułości à la Olga Tokarczuk. Zamiast bezrefleksyjnego ściągania wszystkiego z Zachodu, polscy posthumaniści mogliby poczytać prowincjonalnego Węgra, który przerasta ich o głowę nie tylko literacko, ale przede wszystkim intelektualnie. Co więcej, nie jest to opis bogatych akademików znudzonych wygodnym życiem i chcących umagicznić sobie świat, lecz realna postawa, która wykuwała się empirycznie, a nie poprzez lekturę – i choćby z tego względu nigdy jej nie dorówna, gdyż warsztaty o „magicznych roślinach” nigdy nie zastąpią prawdy ogrodu Hamvasa.
Punktem wyjścia do refleksji nad samotnością jest antypsychologiczne stanowisko Hamvasa, który twierdzi, iż psychologizowanie niczego nie wyjaśnia, gdyż punkt ciężkości lokuje w duszy jednostki, gdy ten punkt znajduje się poza nią. Co nim jest? Zewnętrze, czyli świat oraz wspólnota. „W samotności człowiek czuje najmocniej, że życie przeżywane tylko wewnątrz jest nietwórcze: miejscem jego losu jest świat. […] przeznaczeniem człowieka jest świat, środowisko, przede wszystkim wspólnota”. Z tego powodu Hamvas odrzuca psychologię na rzecz socjologii, wskazując tym samym, że to refleksja nad społeczeństwem i jej kulturą na fundamentalne znaczenie dla refleksji na samotnością.
Rozważając różne jej typy, m.in. samotność egzystencjalną, samotność heroiczną, samotność demoniczną – wskazuje na nowy typ samotności, który pojawił się w nowoczesności. Ten miejski typ samotności, jak go określa, nie ma nic wspólnego z chorobą, neurozą, przestępstwem czy świadomą decyzją, jest on bowiem społeczny. Tym, co go odróżnia od innych typów samotności, pisze Hamvas, jest jej powszechne występowanie będące wynikiem masowego indywidualizmu, który zatomizował dawne więzi pokrewieństwa i ducha, czyniąc z tych osób samotne atomy. To samo możemy dzisiaj przeczytać w „Cząstkach elementarnych” Michela Houellebecqua. Jak stwierdza węgierski pisarz, a co mogłoby być komentarzem do wielu obrazów Edwarda Hoppera: „Nigdzie nie ma tylu samotnych ludzi co w dużym współczesnym mieście. […] W dni powszednie wielkie miasto da się jeszcze jakoś znieść, bo podczas pracy nikt nie odczuwa odrębności swojej egzystencji, ale w święto, szczególnie świąteczne południe, wielkie miasto cichnie i zamiera. W niedzielę po południu mieszkaniec wielkiego miasta nudzi się. Czym jest nuda? – samotnością. Miasto ogarnia przygnębiająca atmosfera opuszczenia. Ludzie siedzą po domach sami, jakby w ogóle nie było czegoś takiego jak grupy, kontakty, więź, zbiorowość, państwo, wspólnota, rodzina. Społeczność znalazła się w rozsypce, bo pozrywały się nici łączące ludzi”.
Społeczeństwo, mówi Hamvas, przestało istnieć, a samotność pojawia się tam, gdzie następuje utrata symbiozy wyrażająca „pełnię bytu”, czego przykładem jest człowiek czytający w czasie niedzielnego obiadu. Człowiek, powiedziałby zapewne, zresztą bardzo bliski Hamvasowi, filozof Byung-Chul Han, niepotrafiący przeżywać już rytuału, nie znający łączącego ludzi symbolu. Ta społeczna samotność jest nieznana na szeroką skalę w przednowoczesności, gdyż ludzie żyjący w pasterskich, myśliwskich czy rolniczych formach życia nie znają takiej izolacjonistycznej tendencji. I wcale nie chodzi tutaj o pragmatyczny pożytek, twierdzi Hamvas, ale o głębsze rozpoznanie, że jest to naturalna organizacja sposobu życia. Wynika to z faktu, iż „człowiek jest jednym z elementów wielkich organizmów ziemskich, współżyje z naturą z racji swojego bytu, roli, znaczenia, poprzez pracę, powołanie, rodzinę i wspólnotę, a wszystko to dzieje się bez żadnego przymusu, samo z siebie, i zyskuje organiczny sens we własnych granicach. Tylko tam, gdzie funkcjonuje ziemska i metafizyczna pełnia symbiozy, zanika ryzyko samotności”. Tylko na podglebiu takiej symbiozy powstaje dusza kultury, jak określa ją Hamvas za filozofami kultury. Dusza kultury kształtowana jest przez tryb życia, środowisko, pracę, twórczość artystyczną, zwyczaje i religię, czyli całościowego ducha wspólnoty zawierającego w sobie elementarnie metafizyczne więzi. To ona likwiduje groźbę wszelkiego rozdarcia, ogarniając wszystkich uczestników wspólnoty.
We współczesnym społeczeństwie, pisze Hamvas, duch wspólnoty zanikł i z tego powodu samotność mogła stać się zjawiskiem masowym. Likwidacja kultury i ducha wspólnoty równa się epidemii samotności. Jednostka i wspólnota stanęły naprzeciwko siebie, nie znajdując żadnych wspólnych punktów. Zamiast tożsamości mamy różnicę, której nie zna świat symbiozy. Dlaczego? Gdyż wyklucza on sprzeczność pomiędzy indywidualizmem a kolektywizmem. Warunkiem istnienia ducha wspólnoty jest tak silne zakorzenienie w nim jednostki, by nie miała samodzielnych zamiarów, a wspólnota ma tak zrównoważony charakter, że każdy jej członek może być tym, kim jest (warto dodać, że podobnie tę kwestię widział choćby John Rawls w „Teorii sprawiedliwości”). Wspólnota nie oznacza, jak trafnie zauważa Hamvas – wbrew temu, co dzisiaj jest niemal częścią zdrowego rozsądku ukształtowanego przez zwulgaryzowaną wersję liberalizmu – że „człowiek ma być seryjnym produktem fabrycznym, tylko to, że w elementarny sposób jest związany z innymi”. W tym sensie nie ma konieczności – ani nawet potrzeby – rezygnacji z indywidualności, gdyż ta rezygnacja nie jest wymogiem symbiozy. Wręcz przeciwnie: tylko osoby, nie zaś bezosobowe byty mogą żyć wspólnie.
Trzeba na powrót odzyskać człowieka, a nie się go pozbyć, jak chcą posthumaniści, którzy połączyli dwa sposoby, na jakie dzisiaj można jeszcze przeżyć symbiozę, czyli naturę oraz duchowość. Oba sposoby, twierdzi Hamvas, świadczą raczej o braku duszy kultury niż o jej istnieniu, albowiem w duszy kultury symbioza jest spontaniczna, bezproblemowa, pozbawiona komplikacji – jest możliwa w postawie zaangażowanej w świat. Dzisiaj, powiada Hamvas, nawet spotkanie z naturą czy zanurzenie się we wspólnej duchowości okazuje się wątpliwe. Co więcej, ma charakter ucieczki. Hamvas dostrzega to jako jeden z pierwszych, wskazując na różne od siebie praktyki kulturowe, takie jak „wyprawy na łono natury”, sport na wolnym powietrzu, turystyka, ale i wszelkie formy ekstatyczne, gdzie narkotykiem jest choćby medium książki. Słowem: wszystkie praktyki, w których, po pierwsze, nie ma kontaktu z ludźmi, nawet najbliższymi, w tym rodziną. Po drugie, gdy realnych ludzi zastępuje wyobrażenie. Czynią tak ludzie, którzy nie mogą znieść siebie i swojej samotności, a praktyki te to chwilowe zawieszenia samotności lub tworzenie światów zastępczych. Nie chodzi o to, żeby nie mieć więzi z czymś innym, chodzi o to, żeby one nie były ucieczką od więzi podstawowej, jaką jest więź ludzka, albowiem twórcze życie, jak i życie w ogóle, nie może istnieć poza społeczeństwem. Kto porzuca świat oraz wspólnotę, ten zamyka się w Ja, a to staje się koszmarem. Tego zagadnienia dotyczy drugi wspomniany esej.
W eseju „Kierkegaard na Sycylii” Hamvas podejmuje ciekawy dialog z duńskim filozofem, którym obok Nietzschego fascynował się w czasie studiów filozoficznych. Esej Hamvasa, chyba jeden z najbardziej genialnych esejów w dziejach tego gatunku, to filozoficzna fantazja nad podróżą autora „Choroby na śmierć” na Sycylię, na której przecież nigdy realnie nie był. Jeśli chodzi o filozoficzną specyfikację, można powiedzieć, że to esej z zakresu filozofii podmiotu, gdyż kluczowym elementem filozofii Kierkegaarda przywołanym przez Hamvasa, jest filozoficzna nowość tego pierwszego, mówiącego, iż „Życie nie zależy od zjawisk, widzialnych i odczuwalnych obrazów, wyobrażeń i postaci: ono zależy od wewnętrznej aktywności, od działania psychologicznego, które jest całkowicie niezawisłe od świata zewnętrznego. Ludzki byt składa się nie ze zjawisk, tylko z postanowień. Ważne jest jedynie to, w czym istota ludzka bezpośrednio żyje. Punkt centralny egzystencji stanowi nie zjawisko, tylko postanowienie”.
To postanowienie, po pierwsze, powinno być marzeniem, bo tylko nimi karmi się życie (ta myśl jest klamrą spajającą esej, gdyż go otwiera i zamyka). Po drugie, kierować się ku zewnętrzu, ku światu, a nie ku psychicznemu wnętrzu, kryciu się w nim, zatapianiu, zagrzebywaniu w nim. Rezygnacja z tych dwóch wytycznych równa się katastrofie zapadnięcia się w siebie, dzisiaj wręcz powszechnemu dzięki procesowi terapeutyzacji kultury, przed czym Hamvas przestrzega. Z tego względu to jeden z bardziej aktualnych esejów.
Punktem wyjścia dla refleksji filozoficznej jest podróż jako metafora poznawania bardziej siebie niż świata, choć w perspektywie powyższego ujęcia człowieka jako „podmiotu preferencyjnego”, psychiczne nastawienie, „postanowienie” wobec świata, warunkuje jego nasze w nim bycie. Podróż, mówi Hamvas, daje nam niesamowite bogactwo możliwości związane z wyborami ścieżek wyprawy. Podróż powinna być jak pożar: być zachłanna na każdy kawałek do strawienia swoim ogniem i podążać w każdym kierunku naraz, aby na jej końcu pozostał tylko popiół. Zamiast spalonego świata, który dalej żyje i kwitnie, spala się jednak sam człowiek, gdyż zatracił w sobie ogień. Człowiek przestał bowiem mieć w sobie ten szaleńczy pożar, który Hamvas zwie życiem, nie dziwi zatem, że już nie potrafi podróżować. Nie potrafi poddać się „magicznej dynamice podróży”, aby go poniosła dokąd chce i aby czyniła to, co jej się podoba. Niczego bowiem nie potrafi, albowiem stracił kontakt ze światem, zamknął się na byt, uwięził w sobie, a jedyne, czym się zajmuje, jest rozważanie tego, co traci, gdyż nie może mieć wszystkiego – w efekcie nie ma niczego i zaczyna nienawidzić życia: „Biedny podróżny, biedny, kto żyje, biedne «ja»”. Oto nowy typ człowieka – człowieka psychologicznego.
Jak wygląda jego podróż? Jak nowy człowiek buduje więź ze światem?
Tym, co robi, jest nieustanne wycofywanie się ze świata, gdyż nie odpowiada on temu, czym miał być przed podjęciem decyzji o podróży. „Przyjechał tu z planem”, ale Sycylia nie jest z nim zgodna. Szuka wyobrażonej przez siebie przyjemności i estetyki, a jeśli jej nie znajduje, bo i znaleźć nie może, gdyż znajduje się ona tylko w jego głowie, porzuca wszelkie aktywności, jak spacery i kąpiele. Świat rozczarowuje, bo jest za gorąco, za kamieniem może być wąż, w wodzie są glony, nie ma drogi, którą mógłby spacerować. Wszelką przyjemność bycia na Sycylii niszczy to, jaka ona jest: jak ona pachnie, ale także to, czego lęka się podróżnik, np. kryjącej się w wodzie bestii, rekina. W efekcie bezpodstawnych lęków i przesadnej troski o bezpieczeństwo, kąpie się w domowej miednicy zamiast w morzu. Świat morza kurczy mu się do kałuży, gdyż to na jego brzegu zanurza się w miednicy, obawiając się polipów czy raków. Co za koszmar, a wystarczyłby krok… Boi się słońca, nieustannie chowa w cieniu, źle śpi. Brakuje mu apetytu, nic mu nie smakuje, boli go żołądek, nieustannie ma mdłości. Moim zdaniem to nawiązanie do tytułu książki Jeana-Paula Sartre’a, której akcja dzieje się, podobnie jak akcja wymyślonej historii Hamvasa, także w nadmorskiej miejscowości. Kluczowe jest jednak to, że w eseju Hamvasa oraz „Mdłościach” Sartre’a mamy do czynienia ze studium utraty kontaktu z rzeczywistością, którą zastępuje wyobraźnia. To do niej przenosi się człowiek, przestając jednocześnie być w świecie, gdyż jedynym światem staje się jego wyobraźnia, będąc w istocie więzieniem duszy oraz blokadą dla zmysłów. Ile słońca wpada przez więzienne kraty?
Podróż, jak łatwo się domyślić, nie udaje się, gdyż nie otworzyły się przed podróżnikiem żadne możliwości, a wręcz wszystkie zostały zamknięte. Szeroki świat bardzo się zawęził. Do rozmiaru kałuży. „Wszystko na co czekał, przeżył negatywnie” – pisze Hamvas.
Dlaczego?
Schronił się bowiem szczelnie w swoim Ja, z którego piękno nie było w stanie go wywabić, co powoduje tylko mękę z tym Ja, które staje się wręcz wrogiem samego siebie. Zostają tylko mdłości. Patrząc na świat, widzi tylko Ja – twierdzi węgierski eseista, dając tym samym znakomity komentarz na temat mitu o Narcyzie oraz rodzącego się na oczach Hamvasa kulturowego narcyzmu opisywanego w kilka dekad później przez filozofów kultury oraz socjologów. Nasz podróżnik nigdzie nie wyrusza, bo nie potrafi opuścić swojego Ja, w które nieustannie się zagłębia, aby odkryć siebie. Lecz tam nic nie ma oprócz lęku przed światem: „Żeby tylko przetrwać, żeby nic go nie skrzywdziło, nie obraziło, ojej, żeby nie stracił siebie”. Rzeczywistość okazuje się przygnębiająca, gdyż człowiek psychologiczny, który uległ „usejftycznieniu”, nie potrafi wyjść z siebie, zamknął się w klasztorze nowej religii, jaką jest Ja. Ten ascetyczny patos analizy duszy, mówi Hamvas, to droga donikąd, odrzuć te nowo religijne iluzje, mówi, gdyż nikt ciebie nie kusi, a diabeł, którego się obawiasz, jest tylko w tobie. Tym czego się boisz, jesteś ty sam. Co miałoby być przeciw tobie? Ryby? Słońce? Zapachy? Gnębi ciebie własne ja. To szaleństwo, mówi Hamvas, które uniemożliwia życie, a jedynie prowadzącą do omdlenia z udręczenia i samooskarżycielską analizę samego siebie. Jak dobitnie pisze Hamvas: „Czy sądzisz, że jeśli nie kochasz niczego jesteś zdolny kochać samego siebie? Droga do ciebie prowadzi tylko przez świat, więc jeśli nie kochasz niczego, nie możesz kochać siebie”. Nie trzeba zbytniej przenikliwości, aby uświadomić sobie szkodliwą głupotę well-being’owego hasła „Pokochaj siebie”. To się nigdy nie uda, bo wektor miłości biegnie inaczej.
Człowiek psychologiczny jest skazany na nieszczęście oraz samotność, przed którą nie ma już ucieczki, co – jak łatwo się domyślić – będzie powodowało tylko różne zaburzenia choroby psychiczne, czego obecnie jesteśmy świadkami.
Co zatem czynić? Jak wygrzebać się z Ja?
Rób to, czego chce od ciebie świat, a nie twoje Ja, nie prowadź walki ze światem, bo on nie jest twoim wrogiem. Ty sam jesteś dla siebie wrogiem, zamykając się przed światem w sferze własnych wyobrażeń. To grzech, bo grzechem jest trwać w stanie takiej wojny pomiędzy światem a Ja. A zatem nie unikaj ryzyka, wolności, niebezpieczeństwa. Kierując słowa do nowego człowieka, Hamvas pisze: „Uchwyciłeś się swojego «ja» i w magicznej metamorfozie podróży nie potrafisz stać się morzem, słońcem, winem, wiatrem. Dlaczego nie możesz normalnie jeść i mdli cię wśród zapachu pomarańczowych gajów. Spróbuj nie przeżywać świata we własnym imieniu, przeżywaj raczej siebie w imieniu świata. Spróbuj spojrzeć na siebie jak na lutnię, na której grają żywioły. Kto od ciebie żąda, byś na widok czegoś pięknego najpierw pluł na siebie? To dla ciebie religia? Twoje religia? Raczej zbrukać świat, byle tylko «ja» pozostało nietknięte? To nie religia, przyjacielu, ale chandra. Musisz porzucić to, co chciałeś uratować. […] Spróbuj żyć szczerze bez uciekania się do psychologii. […] Bardziej z serca i z radością. […] «Ja» nie istnieje, to po prostu druga strona świata. Jest tylko Bóg, to on jaśnieje na morzu, i wśród pomarańczowych gajów, ten czarodziejski zapach i wiatr to też on, jest naraz wężem, rekinem i winem. Nie zastanawiaj się, którym miałbyś być marzeniem. Wyśnij raczej samego siebie”.
W tym pięknym zakończeniu Hamvas namawia nas, abyśmy byli wolni, to znaczy wybrali nasz własny sposób reakcji na świat. Wybrali inne postanowienie, przyjęli inne niż psychologiczne nastawienie, wybrali odmienny od chandry nastrój. Jaki? Nastrój najsilniejszego przeżycia religijnego, jakim jest dziecięctwo boże, o którym pisze w najpiękniejszym wyznaniu wiary, jaki czytałem, czyli eseju „Pod tamaryszkiem”. Sycylia, szerzej Południe, jest tutaj metaforą, albowiem więcej pokładów owego dziecięctwa bożego mają w sobie ludzie Południa. W duchu ich kultury bowiem „znika jestem”, nie ma nic do roboty, a że nic nie robi, to i nie jest się zmęczonym. Pozostaje cieszyć się niebem, słońcem, wiatrem i morzem. Człowiek Południa nie musi myśleć i śpieszyć się, dlatego tam dobrze się śpi. Z tego już choćby względu trzeba kochać Południe. Kto go nie kocha, nie kocha życia. Jedząc pod tamaryszkiem słodką figę, można doświadczyć uśmiechu Boga. On uśmiecha się do swoich dzieci i wybacza im wszystkie psoty i nie zawsze miłe jego oku ziemskie rozkosze.
„Księga gaju laurowego” to pieśń życia. O Béla Hamvas! O Béla Hamvas! O Béla Hamvas!
dr hab. Michał Rydlewski
Grafika w nagłówku tekstu: Mila Okta Safitri from Pixabay
przez redakcja | środa 2 września 2026 | aktualności
Porozumienie kończy spór zbiorowy i podnosi pensje.
Jak informuje Kolejowy Portal, Związek Zawodowy Maszynistów Kolejowych w Polsce podpisał porozumienie z szefostwem firmy Arriva RP. Kończy ono trwający dwa miesiące spór zbiorowy.
Na mocy porozumienia wynagrodzenia zasadnicze wzrosną najpierw o 500 zł od 1 października, a następnie o 400 zł od 1 stycznia. Wobec faktu, że w styczniu 2026 roku podwyżka wyniosła 425 zł, w ciągu roku płace wzrosną o 1325 zł brutto. Podwyżki otrzymają wszyscy pracownicy spółki oprócz kadry menedżerskiej i kierowniczej.
Innym zapisem porozumienia jest wprowadzenie od 1 października jednomiesięcznego okresu rozliczeniowego.
Oznacza to, że związkowcy osiągnęli wszystkie postulaty przedstawione w momencie rozpoczęcia sporu zbiorowego.
przez redakcja | poniedziałek 31 sierpnia 2026 | aktualności
Związek Miast Polskich apeluje do rządu o znaczne zwiększenie nakładów na budownictwo komunalne.
Jak informuje Polska Agencja Prasowa, Związek Miast Polskich wystosował do rządu apel o znaczne zwiększenie nakładów na budowę mieszkań komunalnych. Organizacja uważa, że planowane przez nakłady w wysokości 1,1 mld euro na lata 2028-2034 to o wiele za mało. Domaga się, aby z funduszy europejskich wydzielić na ten okres na budownictwo komunalne i socjalne co najmniej kwotę 8 miliardów euro, z naciskiem na inwestycje w średnich i małych miastach.
Proponowana przez rząd kwota jest zdaniem przedstawicieli władz miast o wiele za mała. – „Środki na budownictwo mieszkaniowe w Polsce rosną, ale badania, które zostały przeprowadzone na podstawie poprzednich lat pokazują, że zdecydowana większość środków zostaje ulokowana w dużych miejscowościach” – mówi prezydent Sosnowca Arkadiusz Chęciński. Mniejsze samorządy mają ograniczone możliwości nakładów na takie cele, co oznacza duże niedobory mieszkań dostępnych cenowo. To z kolei przekłada się na wyludnianie się takich miast.
Prezydent Wałbrzycha Roman Szełemej mówi: „Polska jest jednym z krajów Unii Europejskiej o najmniejszych zasobach mieszkaniowych, a 30 proc. osób mieszka w przeludnionych mieszkaniach”. Obecne nakłady pozwalają na budowę 6-10 tysięcy mieszkań komunalnych w całym kraju. Tymczasem potrzeby wynoszą kilkadziesiąt tysięcy rocznie, jeśli mielibyśmy zaoferować nowy zasób przyzwoitej jakości oraz zastępowanie nim lokali starych, o niskim standardzie.
Burmistrz Pułtuska Beata Jóźwiak zwraca uwagę, że mieszkania komunalne są potrzebne nie tylko dla uboższych mieszkańców, których nie stać na rynkowe stawki za zakup lokalu. Nowe mieszkania pozwoliłyby prowadzić samorządom politykę przyciągania mieszkańców wykonujących zawody, w których zaznaczają się już obecnie znaczne niedobory kadrowe.
Sekretarz Związku Miast Polskich Marek Wójcik mówi: „Chcemy preferować budownictwo tańsze, budownictwo komunalne, odbudowywać zasoby publiczne”.
przez redakcja | poniedziałek 31 sierpnia 2026 | aktualności
Sukcesem zakończył się długi spór zbiorowy pracowników z szefostwem firmy.
Jak informuje portal Tysol.pl, sukcesem zakończył się spór zbiorowy w zakładzie Swiss Krono Sp. z o.o. w Żarach. Udało się wynegocjować jednorazowe nagrody oraz przyszłoroczne podwyżki płac.
Spór w zakładzie z branży drzewnej prowadziła „Solidarność”. Rozpoczął się on 21 stycznia w odpowiedzi na decyzję władz firmy, że w roku 2026 nie będzie żadnych podwyżek płac. Oznaczało to, że w obliczu inflacji i wzrostu kosztów życia pracownicy de facto zbiednieją.
Kolejne etapy sporu zbiorowego obejmowały negocjacje z szefostwem firmy. Ostatecznie pod koniec sierpnia udało się osiągnąć porozumienie. Na jego mocy do końca roku każdy pracownik otrzyma jednorazowy dodatek w wysokości 450 zł brutto. Natomiast od 1 maja 2027 wynagrodzenia zasadnicze wzrosną o 3,5%, przy czym nie mniej niż o 270 zł brutto i nie więcej niż 500 zł brutto.
Choć podwyżki nie są wysokie, można je uznać za sukces, gdyż sytuacja w branży drzewnej jest obecnie bardzo trudna i wiele innych zakładów nie podnosi pensji wcale oraz prowadzi redukcję zatrudnienia.
przez Karol Trammer | niedziela 30 sierpnia 2026 | opinie
Jak idzie reaktywacja linii kolejowych do największych polskich miast pozbawionych połączeń?
Licząca 59 tys. mieszkańców Łomża to już kolejne kilkudziesięciotysięczne miasto, które odzyskało połączenia kolejowe. W 2021 r. pociągi pasażerskie po 11 latach wróciły do Mielca (56 tys. mieszkańców), a w 2019 r. do Lubina (66 tys. mieszkańców), który od momentu likwidacji ruchu w 2010 r. był drugim najludniejszym polskim miastem pozbawionym połączeń.
Mieszkańcy potrzebują kolei teraz
Największe polskie miasto pozbawione kolei to 81-tysięczne Jastrzębie-Zdrój, do którego pociągi przestały dojeżdżać w 2001 r. (wtedy miało 97 tys. mieszkańców).
Zgłoszona przez samorząd województwa śląskiego koncepcja „Uzupełnienie sieci kolejowej o połączenie kolejowe Jastrzębia-Zdroju z Katowicami” została w 2022 r. zakwalifikowana do programu Kolej Plus. Następnie w 2023 r. spółka PKP Polskie Linie Kolejowe zleciła zaprojektowanie odbudowy rozebranych odcinków Jastrzębie-Zdrój – Pawłowice Śląskie i Żory – Orzesze, które wraz z czynnymi liniami Pawłowice Śląskie – Żory i Orzesze – Mikołów – Katowice miały zapewnić połączenie Jastrzębia-Zdroju z Katowicami. Zapowiedziano wówczas, że dokumentacja projektowa zostanie opracowana do 2026 r., po czym rozpoczną się prace budowlane, które potrwają do 2029 r. i wtedy zostaną uruchomione pociągi na trasie Jastrzębie-Zdrój – Żory – Orzesze – Katowice, a podróż z Jastrzębia-Zdroju do Katowic zajmie 1 godz. 12 min.
Rząd Donalda Tuska po objęciu władzy pod koniec 2023 r. zapowiedział rewizję stworzonego przez rząd Prawa i Sprawiedliwości programu. – „Kolej Plus to program wymagający weryfikacji” – oznajmił w lutym 2024 r. wiceminister infrastruktury Piotr Malepszak. Po trwającej ponad rok weryfikacji z programu odbudowy linii kolejowych wykreślono największe polskie miasto pozbawione kolei. Poinformował o tym w czerwcu 2025 r. pełnomocnik zarządu PKP PLK Rafał Banaszkiewicz na posiedzeniu sejmowej komisji infrastruktury: „Po zakończeniu dokumentacji projektowej nie przewidujemy dalszej realizacji linii kolejowej pomiędzy Jastrzębiem a Katowicami”.
Decyzja została przypieczętowana przyjętą w sierpniu 2025 r. uchwałą rady ministrów o aktualizacji programu Kolej Plus. Wykreślenie Jastrzębia-Zdroju zostało uzasadnione przez Ministerstwo Infrastruktury spodziewanym wzrostem kosztów odbudowy linii oraz planami spółki Centralny Port Komunikacyjny, które zakładają doprowadzenie do Jastrzębia-Zdroju odnogi od projektowanej linii dużych prędkości mającej połączyć Katowice z Czechami. To jednak oznaczałoby, że Jastrzębie-Zdrój musiałoby czekać na kolej nie do 2029 r., lecz w najlepszym razie – o ile zostaną dotrzymane dotychczas podawane terminy – do 2037 r. – „Mieszkańcy potrzebują kolei teraz, a nie za 10 lat. W Jastrzębiu-Zdroju czekamy na nią zbyt długo” – mówił prezydent miasta Michał Urgoł, gdy w lipcu 2025 r. wraz z prezydentem Żor Waldemarem Sochą i wójt Pawłowic Joanną Śmieją wystosował apel o kontynuowanie przedsięwzięcia w ramach programu Kolej Plus. Interweniowali też posłowie z tego terenu – zarówno Grzegorz Matusiak z PiS, jak i Krzysztof Gadowski z Koalicji Obywatelskiej.
Powrót do Jastrzębia-Zdroju
W obliczu sprzeciwu wobec wykreślenia Jastrzębia-Zdroju z Kolei Plus w październiku 2025 r. do miasta przyjechał wiceminister Piotr Malepszak, aby zaprzeczyć zapisom przyjętej dwa miesiące wcześniej rządowej uchwały aktualizującej program: „Jesteśmy zdeterminowani, by doprowadzić kolej do Jastrzębia i zapewnić szybkie połączenie z Pawłowicami, Żorami i dalej w kierunku Katowic” – zapewnił. – „Projekt jest prowadzony w ramach programu Kolej Plus, więc zakładamy ukończenie inwestycji do 2029 r.”.
Wyjeżdżając z Jastrzębia-Zdroju, Malepszak zostawił w mieście nadzieję, że czas podróży do Katowic będzie o około 20 min. krótszy niż pierwotnie zakładano: „Będziemy jeszcze optymalizować projekt, aby czas przejazdu był jak najkrótszy. Naszym celem jest, by podróż z Jastrzębia do Katowic trwała około 50 minut”.
Kilka miesięcy po wizycie Malepszaka w Jastrzębiu-Zdroju zapadła w ministerstwie decyzja o ponownym uwzględnieniu tego miasta w programie Kolej Plus. Tyle że przedsięwzięcie ma być realizowane w ograniczonym zakresie.
O ile dla odcinka Jastrzębie-Zdrój – Pawłowice Śląskie zakłada się opracowanie pełnej dokumentacji projektowej, uzyskanie wszystkich decyzji administracyjnych oraz wykonanie robót budowlanych, o tyle w przypadku odcinka Żory – Orzesze zakłada się zakończenie przedsięwzięcia na etapie opracowania dokumentacji projektowej i uzyskania decyzji środowiskowej. Oznacza to, że odcinek ten nie będzie odbudowany w ramach Kolei Plus, a jego rewitalizacja zostanie więc odłożona do czasu znalezienia innego źródła finansowania, które dziś pozostaje jednak nieznane. W ten sposób Ministerstwo Infrastruktury i PKP PLK postanowiły obciąć koszty przedsięwzięcia, ale będzie to skutkować wydłużeniem podróży z Jastrzębia-Zdroju do Katowic. Trasa pociągów tej relacji, w sytuacji gdy nie zostanie odbudowany odcinek Żory – Orzesze, wydłuży się z 68 km do 89 km: konieczne będzie nadkładanie drogi przez Rybnik ze zmianą kierunku jazdy na tej stacji. Alternatywą może być 76-kilometrowa trasa przez Strumień, Chybie, Goczałkowice-Zdrój, Pszczynę i Tychy – omijałaby ona jednak 62-tysięczne Żory, które dzięki przedsięwzięciu miały uzyskać bezpośrednie połączenie z Katowicami.
Tak czy inaczej w sytuacji rezygnacji z odbudowy odcinka Żory – Orzesze można między bajki i legendy włożyć deklaracje wiceministra Malepszaka o dążeniu do osiągnięcia czasu przejazdu z Jastrzębia-Zdroju do Katowic wynoszącego około 50 min. Przy dłuższej trasie problemem wręcz będzie osiągnięcie pierwotnie planowanego czasu przejazdu, który miał wynieść 1 godz. 12 min.
Szkody górnicze (nie) do przejścia
Gdy w sierpniu 2025 r. rada ministrów przyjęła uchwałę wykreślającą Jastrzębie-Zdrój z programu Kolei Plus, Piotr Malepszak w nieoficjalnych rozmowach jako podstawową przyczynę tej decyzji wskazywał to, że na przewidzianym do odbudowy odcinku z Pawłowic do Jastrzębia-Zdroju występują „szkody górnicze nie do przejścia”. Co ciekawe, o tym problemie w ogóle nie wspomniano w rządowej uchwale.
Na wschodzie Jastrzębia-Zdroju na około 400-metrowym odcinku rozebranej linii rzeczywiście znajdują się powstałe w wyniku szkód górniczych zapadlisko i zalewisko.
W październiku 2025 r. wiceminister infrastruktury Piotr Malepszak, udzielając odpowiedzi na interpelację posła Romana Fritza z Konfederacji Korony Polskiej, zapewnił, że „z informacji przekazanych przez PKP PLK wynika, że wycena budowy linii kolejowej w warunkach trudnych, tj. prowadzonej przez teren szkód górniczych, odbywa się na podstawie szczegółowych analiz, które uwzględniają negatywne aspekty szczególnych warunków miejscowych”. W następnym zdaniu zastrzegł, że „specyfika takich projektów obarczona jest ryzykiem wystąpienia nieprzewidzianych sytuacji w fazie realizacyjnej”. Malepszak odniósł się także do finansowych aspektów funkcjonowania kolei na obszarach szkód górniczych: „Koszty bieżącej eksploatacji i utrzymania infrastruktury kolejowej na terenach górniczych są zbliżone do kosztów ponoszonych na innych odcinkach sieci kolejowej” – zapewnił. – „Spółka będąca zarządcą infrastruktury kolejowej nie ponosi z tego tytułu obciążeń finansowych, gdyż obowiązek przywrócenia infrastruktury do stanu technicznego zapewniającego bezpieczne prowadzenie ruchu kolejowego spoczywa w całości na podmiocie prowadzącym działalność górniczą”.
W tym samym czasie, podczas odbywającej się w październiku 2025 r., wizyty w Jastrzębiu-Zdroju, wiceminister Malepszak wypowiadał się tak: „Musimy mieć na względzie fakt, że chodzi nie tylko o budowę nowej linii, ale również o koszty jej późniejszego utrzymania” – mówił w kontekście szkód górniczych. – „Tak więc musimy zbadać różne rozwiązania i wybrać najlepszą opcję”.
Pół roku później, pod koniec kwietnia 2026 r., wiceminister Malepszak zapewnił z mównicy sejmowej, że kolej wróci do Jastrzębia-Zdroju w grudniu 2029 r. Dodał, że przetarg na odbudowę linii do największego miasta pozbawionego kolei zostanie ogłoszony w czerwcu 2026 r. Terminu tego nie udało się jednak dotrzymać.
Bełchatów w nowym kierunku
Również do końca czerwca 2026 r. miał zostać rozpisany przetarg na rewitalizację linii Piotrków Trybunalski – Bełchatów. To również się nie udało. Obecnie spółka PKP PLK mówi o ogłoszeniu przetargu do końca lipca 2026 r.
Do liczącego 51 tys. mieszkańców Bełchatowa pociągi pasażerskie nie kursują od 2000 r. – wtedy miasto liczyło 61 tys. mieszkańców.
Rewitalizacja i elektryfikacja linii z Piotrkowa Trybunalskiego do Bełchatowa to jedno z dwóch przedsięwzięć zgłoszonych do programu Kolej Plus przez samorząd województwa łódzkiego. Drugim jest budowa nowej linii Chorzew Siemkowice – Wieluń. W 2023 r. zlecono prace projektowe dla obydwu tych przedsięwzięć. Ponadto w ramach programu Fundusze Europejskie dla Łódzkiego 2021-2027 trwają przygotowania do budowy nowej linii Bełchatów – Chorzew Siemkowice: w 2024 r. samorząd województwa łódzkiego zlecił opracowanie dokumentacji przedprojektowej. Kolejnym krokiem ma być rozpisanie przez PKP PLK przetargu na prace projektowe – według planu zamówień spółki miało to nastąpić do końca czerwca 2026 r., ale w tym terminie przetarg nie został ogłoszony.
Docelowo Bełchatów ma więc nie tylko odzyskać zlikwidowane w 2000 r. połączenia do Piotrkowa Trybunalskiego, ale też uzyskać połączenia nowymi liniami w kierunku stacji węzłowej Chorzew Siemkowice i dalej do Wielunia. Linie te mają stać się częścią ciągu biegnącego z Piotrkowa Trybunalskiego przez Bełchatów, Wieluń, Kępno i Oleśnicę aż do Wrocławia.
Ministerstwo Infrastruktury wcześniej nie planowało wykorzystania tego ciągu w przewozach dalekobieżnych, lecz w opublikowanym w maju 2026 r. przez resort projekcie planu transportowego określającego sieć połączeń dalekobieżnych po 2030 r. wskazano, że „na podstawie wyników prognoz, a także informacji ze spółek PKP Polskie Linie Kolejowe i Centralny Port Komunikacyjny na temat planowanych inwestycji infrastrukturalnych zidentyfikowano potencjał dla obsługi nowych i dotychczas nieobsługiwanych odcinków sieci kolejowej”. Wśród nich znalazła się trasa Warszawa – Piotrków Trybunalski – Bełchatów – Wieluń – Wieruszów – Kępno – Syców – Oleśnica – Wrocław. Jeśli plany te się ziszczą, to z Bełchatowa będzie można dojechać bez przesiadek do Warszawy i Wrocławia.
Piekary Śląskie i Siemianowice Śląskie na uboczu metropolii
Wśród miast liczących powyżej 50 tys. mieszkańców, które zostały pozbawione kolei, są dwa miasta leżące na obszarze Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. Już od ponad 45 lat pociągi nie docierają do 51-tysięcznych Piekar Śląskich. Zbiegały się tu linie z Radzionkowa, Dąbrowy Górniczej Ząbkowic i Chorzowa. Linia łącząca Chorzów z Piekarami została wybudowana w 1925 r., aby umożliwić wyjazd z Katowic na północ z ominięciem niemieckiego wtedy Bytomia. Przed II wojną światową przez Piekary jeździły nie tylko pociągi lokalne z Katowic do Tarnowskich Gór czy Lublińca, ale również pociągi dalekobieżne w takich relacjach jak Katowice – Gdynia, Kraków – Poznań czy Lwów – Poznań. Po 1945 r., gdy cała aglomeracja górnośląska znalazła się w granicach Polski, trasa Chorzów – Piekary Śląskie – Radzionków straciła strategiczne znaczenie.
Połączenia pasażerskie zniknęły z Piekar Śląskich stopniowo: najpierw w 1968 r. zlikwidowano je na linii do Chorzowa, w 1976 r. na linii do Radzionkowa, a w 1981 r. na linii do Dąbrowy Górniczej Ząbkowic. Likwidacje te związane były z priorytetem, jaki za czasów Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej dawano dynamicznie wówczas rosnącemu ruchowi towarowemu – w 1960 r. koleją przewieziono 287 mln ton ładunków, w 1970 r. 382 mln ton, a w 1980 r. już 482 mln ton (dla porównania w 2025 r. kolej przewiozła 218 mln ton ładunków). Na Górnym Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim priorytet dla przewozów towarowych oznaczał całkowite wycofanie pociągów pasażerskich z części linii, aby usprawnić obsługę znajdujących się przy nich kopalń, hut i elektrowni. Gdy po 1989 r. nastała dezindustrializacja, to na liniach tych nie przywrócono ruchu pasażerskiego, lecz zaczęto je likwidować. Zdemontowane zostały linie z Piekar Śląskich w kierunku Chorzowa i Dąbrowy Górniczej Ząbkowic. Nadal w ruchu towarowym czynna jest linia z Piekar Śląskich do Radzionkowa.
Prawie 60 lat temu, bo już w 1968 r., zlikwidowane zostały pociągi pasażerskie kursujące przez Siemianowice Śląskie. Jeździły one trasie Katowice Zawodzie – Katowice Dąbrówka Mała – Siemianowice Śląskie – Chorzów Stary – Piekary Śląskie – Radzionków – Tarnowskie Góry.
Siemianowice Śląskie liczą 62 tys. mieszkańców i – jeśli powrócą połączenia do Jastrzębia-Zdroju – przejmą niechlubny tytuł największego w Polsce miasta bez połączeń kolejowych. Tymczasem przez Siemianowice Śląskie biegnie czynna linia kolejowa: dwutorowa, zelektryfikowana i obowiązuje na niej prędkość 70-80 km/h. Linia ta prowadzi z Mysłowic przez północno-wschodnie dzielnice Katowic, Siemianowice Śląskie, Chorzów do Bytomia i służy ruchowi towarowemu jako obejście stacji Katowice. Obecnie linią tą jeżdżą również pociągi PKP Intercity, dla których wytyczono tędy objazd na czas przebudowy węzła katowickiego. Przez Siemianowice Śląskie przejeżdżają one bez postoju, ponieważ stacja w tym mieście od dekad pełni funkcję tylko techniczną i nie ma na niej peronów.
Monorail, kreski i wizje
Siemianowice Śląskie i Piekary Śląskie jako miasta leżące w Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii dysponują transportem publicznym do sąsiednich miast, które są obsługiwane koleją. Z Siemianowic Śląskich można w około 20 min. dojechać tramwajem do dworca kolejowego w Katowicach. W podobnym czasie można dotrzeć autobusem z Piekar Śląskich do dworca w Bytomiu (linię tramwajową łączącą Piekary Śląskie z Bytomiem zlikwidowano w 2006 r.).
W 2018 r. na zlecenie Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii powstała koncepcja kolei metropolitalnej, która – choć zakłada wykorzystanie niektórych odcinków czynnych tylko w ruchu towarowym i odcinków zlikwidowanych – nie obejmuje jednak ani Piekar Śląskich, ani nawet Siemianowic Śląskich, przez które biegnie przecież dwutorowa i zelektryfikowana linia kolejowa.
W głowach władz Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii zrodził się za to futurystyczny i nierealny pomysł jednoszynowej kolei Monorail mającej połączyć Katowice i Sosnowiec z portem lotniczym w Pyrzowicach. Miałaby ona biec przez Siemianowice Śląskie, a także przez liczącą 29 tys. mieszkańców Czeladź, czyli kolejne miasto Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii leżące poza siecią kolejową.
Jednocześnie w 2018 r. na zlecenie samorządu województwa śląskiego została opracowana „Koncepcja funkcjonalno-przestrzenna metropolitalnej obwodnicy kolejowej w oparciu o układ istniejących linii towarowych”. Zakładała ona stworzenie okrężnej trasy Gliwice – Zabrze Makoszowy – Ruda Bielszowice – Ruda Kochłowice – Katowice Muchowiec – Katowice Szopienice Północne – Siemianowice Śląskie – Chorzów Stary – Bytom – Zabrze Północne – Zabrze Maciejów – Gliwice. Osiem lat temu pomysł metropolitalnej obwodnicy kolejowej był nawet promowany okolicznościowymi przejazdami pociągów Kolei Śląskich tą okrężną trasą. Potem jednak temat wykorzystania całego ringu w przewozach pasażerskich ucichł.
Jak dotąd z całej okrężnej trasy regularny ruch pasażerski wprowadzono tylko na odcinku z Gliwic do Bytomia, na którym do reaktywacji połączeń doszło w 2021 r. Planowane jest też wprowadzenie połączeń z Gliwic do Katowic trasą przez Zabrze Makoszowy, Rudę Bielszowice i Rudę Kochłowice, a więc na południowym odcinku obwodnicy metropolitalnej. Dla jej odcinka biegnącego przez Siemianowice Śląskie wciąż nie ma konkretnych planów. Tymczasem jednym z rozwiązań mogłoby być wydłużenie trasy pociągów Gliwice – Bytom, tak aby jechały dalej przez Siemianowice Śląskie do Mysłowic.
Choć ogłoszony w 2023 r. plan zrównoważonej mobilności Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii podkreśla, że „komunikacja zbiorowa powinna być oparta na szkielecie kolei metropolitalnej o wysokiej częstotliwości”, to zamierzenia dotyczące Metrokolei, bo pod taką nazwą ma tu funkcjonować kolej metropolitalna, nie przewidują doprowadzenia jej do żadnego z miast obecnie nieposiadających połączeń kolejowych. Zakładana jest tylko rozbudowa sieci na terenie tych miast, które już są obsługiwane koleją.
W ogłoszonym w czerwcu 2026 r. przez Ministerstwo Infrastruktury oraz spółki PKP PLK i CPK planie Zintegrowanej Sieci Kolejowej pojawiła się za to koncepcja nowej magistrali wybiegającej z Katowic na północ przez Siemianowice Śląskie i port lotniczy Pyrzowice do Częstochowy. Jako że Zintegrowana Sieć Kolejowa na razie sprowadza się jedynie do kresek na mapie, to nie wiadomo ani jak magistrala miałaby zostać poprowadzona przez zurbanizowany obszar śródmieścia i północnych dzielnic Katowic oraz Siemianowic Śląskich, ani kiedy miałaby powstać.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 4/143 lipiec-sierpień 2026)
https://www.zbs.net.pl
przez redakcja | niedziela 30 sierpnia 2026 | aktualności
Znana firma zwalnia kilkaset osób.
Jak informuje portal Lublin 112, duże redukcje zatrudnienia właśnie odbywają się w zakładzie firmy Cersanit w Krasnymstawie.
Pogłoski o planowanych zwolnieniach krążyły wśród pracowników zakładu od pewnego czasu. Teraz mamy ich potwierdzenie. Powiatowy Urząd Pracy w Krasnymstawie opublikował 27 sierpnia komunikat skierowany do zwalnianych z Cersanitu, deklarując wsparcie dla nich przy poszukiwaniu nowej pracy.
Choć w komunikacie i innych oficjalnych źródłach nie podano liczby zwalnianych, jedna z pracownic mówi portalowi, że chodzi o około 200 osób. Miały one w środę otrzymać wypowiedzenia z pracy. Jeśli ta liczba zostanie potwierdzona, oznaczała będzie ona zwolnienie aż jednej czwartej całej załogi zakładu.
Podobne wieści napływają z innych zakładów Cersanitu. W sumie zwalniają one 487 osób. Pracę stracą także zatrudnieni w Starachowicach, Opocznie, Radomiu oraz Wałbrzychu. Firma motywuje decyzję spadkiem popytu na jej produkty oraz rosnącymi kosztami energii i surowców. Łącznie pracę traci prawie 10% ogółu zatrudnionych.
przez redakcja | sobota 29 sierpnia 2026 | aktualności
Zakład z sektora automotive zostanie zlikwidowany, a produkcja będzie przeniesiona.
Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, po długich tygodniach niepewności, oczekiwania i pogłosek pracownicy firmy Grammer w Sosnowcu otrzymali fatalne informacje. Ich zakład zostanie zlikwidowany, a produkcja będzie przeniesiona do innego z zakładów tej formy – w Bielsku-Białej.
Pierwsze pogłoski o likwidacji zakładu pojawiły się wczesną wiosną. Przez długi czas nie było jednak konkretów. Pracownicy żyli w niepewności. Teraz otrzymali najgorsze wieści z możliwych. Początkowe pogłoski mówiły o likwidacji tylko działu montażu, a bez zmian miały funkcjonować dział wtrysku i lakiernia. Teraz dowiedzieli się, że wszystkie te działy zostaną w listopadzie i grudniu przeniesione do Bielska-Białej, a w czerwcu 2027 zakład w Sosnowcu ulegnie całkowitej likwidacji.
Firma Grammer zaczynała jako niemiecka spółka, ale w 2017 stała się częścią japońskiego podmiotu Ningbo Jifeng. Zajmuje się ona produkcją materiałów na potrzeby branży motoryzacyjnej. Wytwarza m.in. fotele samochodowe oraz podłokietniki, konsole środkowe, zagłówki do aut różnych marek.
Sosnowiecki zakład zatrudnia około 300 osób. Część z nich otrzyma możliwość pracy w Bielsku-Białej. Czas dojazdu i powrotu do nowej lokalizacji to dla większości pracowników z Sosnowca i okolicy około 3 godzin dziennie.
przez redakcja | sobota 29 sierpnia 2026 | aktualności
Kolejna fala zwolnień grupowych w krakowskim oddziale korporacji.
Jak informuje portal lovekrakow.pl, w krakowski oddziale korporacji HSBC rozpoczęto kolejne zwolnienia grupowe. To już kolejna taka fala w tej firmie.
HSBC to firma z sektora wsparcia usług finansowo-bankowych. W Krakowie posiada wielkie centrum operacyjne, które zatrudniało około 5000 osób. W latach 2025-2026 przeprowadziło dwie fale restrukturyzacji. Pracę straciło w efekcie niemal 600 osób. Część tych miejsc pracy przeniesiono do Indii.
Teraz nastąpiła kolejna fala zwolnień. HSBC pod koniec sierpnia rozwiązało umowy o pracę z kolejnymi 134 osobami. Są to przedstawiciele różnych działów, w tym osoby o długim stażu zatrudnienia.
przez redakcja | piątek 28 sierpnia 2026 | aktualności
Mieszkańcy lokali komunalnych ze wsparciem partii Razem walczą o swoje prawa.
W Częstochowie 131 zasiedlonych lokali komunalnych znalazło się w miejskim programie jako przeznaczone do wyłączenia z zasobu. Mieszkańcy wraz z częstochowskimi strukturami partii Razem chcą zmienić tę decyzję. Pod obywatelskim projektem uchwały zebrano już 312 podpisów – więcej niż wymagane minimum 300. Zbiórka trwa, a celem jest co najmniej 500 podpisów.
W środę, 26 sierpnia, przed Urzędem Miasta Częstochowy odbyła się konferencja prasowa poświęcona sytuacji mieszkańców budynków ujętych w „Wieloletnim programie gospodarowania mieszkaniowym zasobem Gminy Miasta Częstochowy na lata 2026-2030”. Obowiązujący program obejmuje 22 pozycje, w których znajduje się łącznie 131 zasiedlonych lokali mieszkalnych przewidzianych do wyłączenia z miejskiego zasobu. W odpowiedzi okręg częstochowski partii Razem wraz z mieszkańcami przygotował obywatelski projekt zmiany programu.
Inicjatywa nie zakłada, że każdy budynek należy zachować bez względu na jego stan techniczny. Jej podstawowym celem jest zastąpienie zbiorczego przeznaczenia budynków do trwałego wyłączenia zasadą indywidualnego określania przyszłości każdego z nich. Do czasu ewentualnej zmiany Programu dotyczącej konkretnego budynku przyjmowany byłby kierunek polegający na nieprzeznaczaniu go do trwałego wyłączenia z zasobu. Każdy przypadek miałby być oceniany indywidualnie – z uwzględnieniem stanu technicznego, zakresu koniecznych prac, możliwości remontu, modernizacji lub przebudowy, kosztów różnych wariantów, możliwości pozyskania finansowania zewnętrznego, wpływu relokacji na miejski zasób mieszkaniowy, sytuacji mieszkańców itp.
„Nie twierdzimy, że żadnego budynku nigdy nie można wyłączyć. Chcemy odwrócić kolejność. Najpierw rzeczywista ocena stanu budynku, możliwość remontu, konkretne warianty i ich koszty, sytuacja mieszkańców oraz odpowiedź na pytanie, co miasto chce później zrobić z nieruchomością. Dopiero później decyzja o przyszłości konkretnego adresu” – podkreślają inicjatorzy.
Podczas konferencji szczególnie mocno wybrzmiał głos mieszkańców. Dla osób objętych planami miasta nie jest to spór o tabelę w wieloletnim programie, lecz o domy, w których część z nich mieszka od kilkudziesięciu lat. Mieszkańcy zwracali uwagę, że o planach dotyczących ich budynków dowiedzieli się już po przyjęciu uchwały przez Radę Miasta. „Radni przegłosowali to bez naszej wiedzy. Głosują za naszymi plecami i każą nam się wyprowadzić. Może my będziemy kazali radnym się wyprowadzić ze swoich mieszkań” – mówiła jedna z mieszkanek.
Duża część osób objętych planami relokacji to osoby starsze. – „Większość z nas to ludzie starsi, często schorowani. Przez lata wkładaliśmy własne pieniądze w te mieszkania, bo to są nasze domy. I teraz mamy dostać inne mieszkanie i znowu wszystko robić od początku? Ile razy jeszcze mamy się dorabiać?” – mówiła mieszkanka jednego z budynków.
Jak podkreślali lokatorzy, problemem jest również to, że wielu z nich przez lata inwestowało własne środki w remont mieszkań należących do miasta. – „Gdyby ktoś nam kilka lat temu powiedział, że te budynki mogą być przeznaczone do wyłączenia, ludzie nie wkładaliby kolejnych pieniędzy w remonty. A my dowiadujemy się o tym po fakcie” – mówiła jedna z uczestniczek konferencji. Inna mieszkanka podsumowała: „Nas niech po prostu zostawią w spokoju. Mieszkamy tyle lat, tyle pieniędzy poszło w remont i co teraz? Mamy iść gdzieś indziej i znowu remontować?”. Mieszkańcy zwracali również uwagę, że dla osób mających po 70 czy 80 lat sama przeprowadzka, organizacja remontu kolejnego lokalu i ponoszenie nowych wydatków mogą być ogromnym obciążeniem.
Sprawa 131 mieszkań ma również znaczenie dla osób, które nie mieszkają w budynkach objętych programem. Według najnowszych dostępnych danych miasta na koniec 2025 r. na najem lokalu z mieszkaniowego zasobu Częstochowy oczekiwało 860 osób. Jeżeli w przypadku konkretnego budynku dojdzie do trwałego wyłączenia, a przepisy wymagają zapewnienia mieszkańcom lokali zamiennych, mieszkania wykorzystane na relokację nie mogą jednocześnie trafić do kolejnych osób oczekujących na lokal komunalny. Dotyczy to zarówno lokali zwalnianych w istniejącym zasobie, jak i nowych mieszkań oddawanych do użytkowania. Problem pokazuje również sama prognoza miasta. W połowie 2025 r. mieszkaniowy zasób Częstochowy liczył 7555 lokali, podczas gdy na 2030 r. miasto prognozuje 7537 lokali. Oznacza to, że według obecnego Programu na koniec jego obowiązywania zasób ma być nieco mniejszy niż w punkcie wyjścia.
– „Budowanie nowych mieszkań nie wystarczy, jeżeli w tym samym czasie likwidujemy istniejące. Wtedy część nowego budownictwa jedynie zasypuje dziurę, którą sami tworzymy. Przy setkach osób oczekujących na lokal Częstochowa powinna zwiększać zasób netto, a nie tylko zastępować jedne mieszkania drugimi” – podkreślają inicjatorzy. – „Jeżeli likwidujemy 20 mieszkań i przenosimy 20 rodzin do innych lokali komunalnych, nie wystarczy policzyć ceny wyburzenia starego budynku. Trzeba też uwzględnić, że 20 innych mieszkań zostało wykorzystanych na relokację i nie trafiło do osób czekających w kolejce. To realny koszt takiej decyzji” – wskazuje Daniel Jeziak z partii Razem.
przez redakcja | czwartek 27 sierpnia 2026 | aktualności
Po niespełna czterech latach istnienia likwidowany jest zakład produkcyjny.
Jak informuje portal Money.pl, Grupa Erbud podjęła decyzję o zakończeniu działania swojej spółki zależnej MOD21. W Ostaszewie pod Toruniem zajmuje się ona budownictwem modułowym. Zakład produkcyjny wytwarzał domy modułowe, przeznaczone do szybkiego montażu z gotowych elementów.
Zakład w Ostaszewie ma zostać wygaszony. Oznacza to utratę zatrudnienia przez 130 osób. Zakład otwarto w listopadzie 2022. Władze firmy motywują decyzję zmianą uwarunkowań gospodarczych wskutek m.in. pogorszenia koniunktury w Niemczech i tamtejszych zamian związanych z dofinansowaniem budownictwa modułowego.
przez redakcja | czwartek 27 sierpnia 2026 | aktualności
Zamknięcie zakładu i likwidacja setek miejsc pracy na północy Polski.
Jak informuje portal Dla Handlu, duńska firma Espersen zamierza zlikwidować swój zakład w Koszalinie. Firma jest jednym z największych przetwórców ryb i owoców morza w Europie.
Zakład w Koszalinie zatrudnia 650 osób. Stopniowo cały ma zostać zlikwidowany. Przed kilkoma laty przeniesiono do niego produkcję z likwidowanego zakładu tej samej firmy w Kłajpedzie. Teraz koszalińska przetwórnia ma podzielić jej los.
Decyzja o likwidacji zakładu jest motywowana wzrostem kosztów działania oraz trudnościami z dostępem do odpowiedniej ilości surowca, głównie dorsza, z powodu limitów połowowych na Morzu Północnym.
W pierwszej fazie likwidacji pracę ma stracić 300 osób. Wypowiedzenia z pracy mają dostać wkrótce. Kolejne fazy likwidacji przedsiębiorstwa mają pozbawić zatrudnienia całą 650-osobową załogę.
Część działalności koszalińskiego zakładu ma trafić do przetwórni w Wietnamie. Firma Espersen zarobiła w ubiegłym roku na czysto równowartość 112 milionów złotych.
przez redakcja | środa 26 sierpnia 2026 | aktualności
Państwowa Inspekcja Pracy zgłosiła sieć handlową do prokuratury.
Jak informuje Puls Biznesu, Państwowa Inspekcja Pracy skierowała do prokuratury zawiadomienie w sprawie poczynań sieci handlowej Stokrotka. To efekt sporu szefostwa sieci ze związkowcami oraz kontroli PIP w placówkach tej sieci, należącej do kapitału litewskiego.
Spór „Solidarności” działającej w sieci Stokrotka z szefostwem firmy trwa od wielu miesięcy. Oprócz żądań podwyżek płac, związkowcy domagają się zwiększenia obsady sklepów. Ich zdaniem personel jest o wiele za mały – zarówno w kontekście obowiązków spadających na barki zatrudnionych, jak i wobec takich naturalnych wakatów w miejscu pracy, jak urlopy czy zwolnienia lekarskie.
Szefostwo sieci od dawna lekceważy te postulaty. W ubiegłym roku „Solidarność” ogłosiła referendum strajkowe, które jednak zakończyło się niepowodzenie ze względu na zbyt niską frekwencję. Związkowcy od początku uważali, że szefostwo sieci celowo na różne sposoby utrudnia pracownikom udział w głosowaniu.
W lipcu, po apelach związkowców i na wniosek Ministerstwa Rodziny, Pracy i Spraw Społecznych, Państwowa Inspekcja Pracy rozpoczęła kontrole w Stokrotce, w tym weszła do centrali w Lublinie w celu analizy wewnętrznych dokumentów firmy m.in. w sprawie podejrzeń związanych z utrudnianiem referendum strajkowego.
Po zakończeniu kontroli PIP zdecydowała się skierować zawiadomienie do prokuratury w sprawie działań szefostwa sieci i objęcia ich dochodzeniem.
przez redakcja | poniedziałek 24 sierpnia 2026 | aktualności
Są pierwsze efekty działań kontrolujących „śmieciowe” zatrudnienie.
Jak informuje Business Insider, rezultaty przynoszą pierwsze kontrole Państwowej Inspekcji Pracy przeprowadzane po wprowadzeniu możliwości przekształcania zatrudnienia na umowach śmieciowych w umowy o pracę, gdy zachodziło obchodzenie prawa przez „pracodawców”.
Od 8 lipca do 13 sierpnia PIP przeprowadziła 100 kontroli dotyczących sposobu zatrudniania. W tym samym okresie wpłynęło do niej 690 skarg na zatrudnianie na umowach śmieciowych zamiast na umowach o pracę. W 2025, przed zmianą prawa, przez cały okres styczeń – koniec lipca było takich zgłoszeń tylko 619.
PIP prowadzi 100 kontroli, z czego 35 już zostało zakończonych. Inspektorzy nakazali w przypadku 121 zatrudnionych zawarcie umów o pracę, gdyż realia ich zatrudnienia spełniają wszelkie wymogi pracy etatowej. Oprócz tego ma miejsce dobrowolna zmiana zasad zatrudnienia. PIP otrzymała informacje o 201 przypadkach, w których szefostwo firm zamieniło umowy śmieciowe na umowy o pracę zanim dokonano nakazu takiej zmiany.
przez redakcja | niedziela 23 sierpnia 2026 | opinie
Krytyka skutków funkcjonowania systemu kapitalistycznego, a zwłaszcza jego fundamentalistycznej wersji w postaci anglosaskiego neoliberalizmu, jest dziełem autorów wywodzących się z wielu środowisk. Krytykują neoliberalizm lewicowcy, prawicowcy, anarchiści, nacjonaliści. Niemało jest także słów krytycznych spod piór autorów, których zaklasyfikowalibyśmy raczej jako liberałów (takich lub innych). I właśnie we wstępie do dalszych rozważań chciałbym się zatrzymać na krytyce funkcjonalnej, tj. tej, która jakkolwiek dostrzega całe spektrum tragicznych dla społeczeństwa i planety skutków gospodarki wolnorynkowej, to sama definiuje się w tymże spektrum poglądów wolnorynkowych. Wymienić tu możemy chociażby Stiglitza, Chang Ha-joona, a z krajowego podwórka choćby Andrzeja Szahaja. Nie mam zamiaru oczywiście w żaden sposób podważać wyśmienitego dorobku każdego z nich, a jedynie posłużyć się tymi postaciami jako przyczynkiem do dalszych rozważań.
Otóż i ci znamienici autorzy, i szereg innych wychodzą – zazwyczaj zresztą świadomie i deklaratywnie – z pozycji poparcia dla idei samego wolnego rynku, tj. kapitalizmu jako systemu w teorii pożytecznego i skutecznego dla społeczeństw i ludzi. Nawiązują zwykle do poglądów Adama Smitha czy Johna Locke’a. Wychodząca spod ich piór krytyka „bolszewizmu rynkowego” (jak ustrój balcerowiczowski określa prof. Szahaj) traktuje wszelkie patologie wolnego rynku jako anomalie i swoiste zboczenie z kursu. Można to oczywiście zrozumieć, zwłaszcza analizując lokalne perspektywy – transformację III RP, osadzenie wspomnianego Stiglitza w konserwatywnym mainstreamie czy doświadczenia Ha-joona z reform w Korei Południowej po zakończeniu wojny domowej.
Idea wolnorynkowa jawi się tu jako coś, co rozwija gospodarkę, zapewnia wzrost gospodarczy i umożliwia – cytując Kennedy’ego – przypływ, który podniesie wszystkie łódki. Idea wolnorynkowa w tej perspektywie powinna być poddana pewnej kontroli i korekcie, a takie jej skutki jak bieda, ogromne nierówności, niszczenie państwa i jego instytucji czy korupcja są tylko anormalnymi defektami, które przy dobrej woli i pewnym wysiłku da się zwalczyć.
Pozwolę sobie na zupełnie odwrotne stwierdzenie: wyzysk, nierówności, wszechwładza wielkich korporacji, powstanie prekariatu to skutki wynikające właśnie z samej idei kapitalizmu, a ewentualne pozytywne aspekty czy okresy funkcjonowania ekonomii wolnorynkowej wypływają z zanegowania i ograniczania liberalizmu i jego głównych założeń. Państwo dobrobytu, New Deal etc. są momentami historii, gdy wdrożono praktyki aksjologicznie niezgodne z kapitalizmem i oparte na innej mechanice, a przede wszystkim na innych celach i wartościach. Jednocześnie w długiej historii kapitalizmu (a tę za Braudelem wywodzę z „długiego wieku XVI”) okresy korekty, jak choćby wspomniany powojenny projekt państwa dobrobytu, są w ostateczności w mniejszości (czasowo) i stanowią swoiste zaburzenie w rynkowej i akumulacyjnej logice tego systemu ekonomicznego. Jednocześnie twierdzę, że pozytywne aspekty rozwoju zaistniałe w dobie kapitalizmu wynikają z konieczności ich wdrożenia dla lepszego akumulowania wpływów i zasobów. Ostatecznie tylko w gospodarce, która się rozwija, kapitaliści mogą się bogacić i zwiększać swoje bogactwo, bo tylko w takiej ekonomii jest coraz więcej najważniejszego element kapitalizmu – czyli kapitału.
Ukryta doktryna
Kapitalizm, a zwłaszcza jego ekstremalna wersja – neoliberalizm, są nam przedstawiane w przestrzeni publicznej jako system „naturalny” i „obiektywnie” występujący wszędzie, włącznie ze światem zwierząt. Niczym w matematyce, gdzie 2+2 to zawsze 4, tak w ekonomii im mniejsze podatki, regulacje i znaczenia państwa, tym rzekomo lepiej.
Prawda jest jednak zupełnie inna – taki ogląd sytuacji wynika nie z tego, że go ktoś obiektywnie ustalił, ale stąd, że od dawna są dobrze zorganizowane i konsekwentnie działające ośrodki, które promują taki punkt widzenia. Co więcej, działania takie finansowane są przez szereg korporacji i międzynarodowych firm, w których interesie leży wprowadzenie neoliberalnej agendy. Propagandę tę rozpoczęto właściwie tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej, co miało związek z powstaniem tak zwanej austriackiej szkoły ekonomii i niedługo potem rozwojem ośrodka Chicago Boys, czyli ludzi takich jak Milton Friedman i jego intelektualne otoczenie. Rzecz tutaj charakterystyczna, że przez kilka dekad poglądy ich były na marginesie, zarówno dyskusji akademickiej, jak i przede wszystkim praktycznej polityki szeroko rozumianego świata zachodniego.
Okres funkcjonowania zachodniej Europy w umownym czasie od roku 1945 do drugiej połowy lat siedemdziesiątych to czas wdrażania szeregu rodzajów polityk mniej lub bardziej podważających wartości kapitalistyczne. Mam tu na myśli tak amerykański New Deal, jak i europejską koncepcję państwa dobrobytu, gdzie postawiono na silną redystrybucję, faktyczne zwiększanie dochodu i majątku osób najbiedniejszych i to szybciej niż tych bogatych, upowszechnienie darmowej edukacji i ochrony zdrowia, wysoki i powszechny „socjal”, budownictwo państwowe dla szerokiego gremium osób i bardzo aktywny udział państwa w ekonomii, włącznie z byciem współwłaścicielem nie tylko konkretnych przedsiębiorstw, ale i całych branż.
W Stanach Zjednoczonych polityka Roosevelta, znana jako New Deal, oparta była między innymi na praktycznym założeniu wzrostu płacy minimalnej w stopniu większym niż inflacja, co powodowało z jednej strony szybki spadek liczby ubogich i wzrost dobrobytu, a z drugiej strony, co ciekawe, spadek liczby milionerów i miliarderów. Jednakowoż społeczeństwo amerykańskie w tym okresie bogaci się w sposób właściwie nieznany wcześniej w historii. Co to oznacza? Oznacza to, że z jednej strony mamy dość powszechną redystrybucję, a z drugiej że nie przeczy ona i nie neguje możliwości wzrostu gospodarczego i wzrostu dobrostanu większości obywateli Stanów Zjednoczonych.
Polityka ta zresztą miała wiele innych aspektów, jak chociażby upowszechnienie darmowej edukacji, postawienie na silny awans społeczny, bardzo duży nacisk na antymonopolistyczne praktyki i ustawodawstwo. Właściwie wszyscy prezydenci tego okresu, zarówno Demokraci, jak i Republikanie, nie tylko odrzucali, ale wręcz wyśmiewali neoliberalne koncepcje, które wówczas uchodziły za absurdalne.
Podkopywanie jednak takich polityk przez Friedmana, Hayeka, Rothbarda i stojący za nimi wielki kapitał potrzebowało tylko określonego kryzysu, aby móc eksplodować ze swym neoliberalnym fanatyzmem. Kryzysem tym był oczywiście kryzys paliwowy połowy lat 70., który nałożył się ze zmianą cyklu koniunkturalnego.
Oznaczało to nie tylko zwycięstwo w wyborach Ronalda Reagana, Margaret Thatcher, ale także wsparcie chociażby takich nieludzkich systemów jak Pinocheta czy Suharto. Pamiętajmy, że Friedman wprost afirmatywnie podchodził do nich i akceptował ich zbrodniczość oraz dziesiątki, a w przypadku Suharto setki tysięcy ofiar, byleby tylko wprowadzić neoliberalny ład. Friedman zresztą przyznawał, że Chile jest swoistym polem doświadczalnym dla jego koncepcji, a kolejne neoliberalne reformy Pinocheta były aktywnie wspierane przez niego jako doradcę oraz przez szereg jego współpracowników.
Od tego momentu możemy mówić o kapitalistycznej recydywie, czyli powrocie do normalnych kapitalistycznych praktyk. Bowiem, jak wspomniałem, ustrój kapitalistyczny datować możemy nie od XIX czy XX wieku, ale od tzw. długiego XVI wieku. W tym kontekście lata 1945-75 jawią się jako pewna anomalia w kapitalistycznej logice.
Logika ta wypływa z samego sensu funkcjonowania tego ustroju, który, jak sama nazwa wskazuje, opiera się na kapitale. Jedyną logiką rządzącą i kapitałem, i narzędziami, którymi jest on zdobywany, jest logika zysku i jego maksymalizacji oraz powiększania. Oznacza to nie tylko zagarnianie kolejnych rynków, ale i pól oraz aspektów funkcjonowania człowieka, społeczeństw i całych narodów.
To zaś prowadzi do coraz większego wyeksploatowania i planety, i systemów państwowych, i ostatecznie także społeczeństw. Kryzys klimatyczny nie jest żadną anomalią, lecz właśnie logiczną konsekwencją takiego systemu. Systemu opartego nie na potrzebach i wyzwaniach stojących przed społeczeństwami, ale właśnie na logice kapitału, która opiera się z kolei na rosnącej akumulacji, czyli nierówności między wąską grupą posiadaczy tego kapitału oraz szerokimi masami tych, którzy ten kapitał zmuszeni są dla nich wypracować. Aby kapitał zaś rósł, wymaga coraz więcej surowców, paliwa, pracy, a to w prosty sposób przekłada się na klimat.
Tu warto cofnąć się jeszcze wcześniej niż do wieku szesnastego, a dokładnie do wieku piętnastego i czasu rozpoczynającego się właśnie etapu wielkich odkryć geograficznych. Jak zauważają niektórzy autorzy, na przykład książki „Ukryta doktryna”, kapitalizm swoje przedbiegi miał na dwóch wyspach – na Maderze i wyspie Świętego Tomasza. Na Maderze dokonano najpierw całkowitego zniszczenia lokalnej fauny i flory poprzez masowe wypalanie lasów, a następnie na ich miejscu założono ogromne plantacje trzciny cukrowej. Te zresztą po pewnym czasie spowodowały tak dużą erozję gleby, że w ostateczności Madera całkowicie uległa wyjałowieniu i niemożliwa stała się tam normalna działalność rolnicza. Podobny model przeniesiono na wyspę Świętego Tomasza, lecz powiększono go dodatkowo o masową pracę niewolniczą i planowe wdrożenie masowego uprawiania trzciny cukrowej. W efekcie dostaliśmy swoisty hub, w którym wykluwała się praktyczna koncepcja kapitalizmu.
Już tutaj, na tym pierwszym, wstępnym etapie rozwoju kapitalizmu, jeszcze na niewielką skalę i ograniczonego do dwóch niedużych wysp, ujawniły się wszystkie elementy kapitalizmu, które w momencie, gdy doktryna ta obejmie większość świata, staną się determinantami naszego życia i toczących planetę kryzysów. Mamy tutaj masowe niszczenie środowiska naturalnego, wprowadzanie monokultur, logikę zysku, która determinuje absolutnie wszystko inne, niewolniczą pracę z całkowitym pominięciem praw człowieka i praw społeczności do samostanowienia. Widzimy tu również początek rodzącej się akumulacji kapitału, czyli kapitał, który odpowiada za zakładanie owych plantacji i sprowadzanie niewolników, na ich pracy i handlu trzciną dorabia się na tyle, że jest w stanie zakładać kolejne plantacje, pozyskiwać kolejnych niewolników (pracowników…) i zwiększać akumulację, tym samym zwiększając poziom nierówności kapitałowych i dochodowych.
Powrót do lat 70.
Jeśli prześledzimy tak rodzący się kapitalizm i jego ewolucję, zwłaszcza w okresie tak zwanej rewolucji przemysłowej, choć jej znaczenie w gruncie rzeczy nie było aż tak istotne, bo ogromne wzrosty produktywności i skuteczności technologii miały miejsce już w wieku XVII czy pierwszej połowie XVIII, to zobaczymy, że w okresie poprzedzającym pierwszą wojnę światową dochodzimy do poziomu nierówności, który nawet dzisiaj nie jest spotykany. Wąskie grupy, liczące czasem kilkaset, góra kilka tysięcy osób posiadają we Francji, Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych tyle, ile cała reszta społeczeństwa w tychże krajach. Współczynnik Giniego osiąga tam zatrważające wartości, nieznane i wręcz nie uznawane za możliwe dziś, a niezwykle istotne badania dotyczące tego przedstawił chociażby Piketty w swoim „Kapitale XXI wieku”.
Oznacza to, że kapitalizm dokładnie tak został zaprogramowany i w ten sposób był i jest wykorzystywany. Nie jako system ogólnego, zrównoważonego rozwoju, podnoszenia wszystkich łodzi, ale jako system umożliwiający coraz większą akumulację władzy, bogactwa i wpływów przez wąską elitę, z jednoczesnym narzuceniem swoich racji i wizji świata całej reszcie społeczeństwa, która mamiona kapitalistycznymi, a wkrótce neoliberalnymi mitami, niejednokrotnie popierała to, co było sprawcą jej upodlenia i upadku.
Jak więc powinniśmy traktować ten wspomniany trzydziestoletni powojenny okres w kontekście całego kapitalizmu, skoro funkcjonujący od XVI wieku system charakteryzuje się zwiększaniem akumulacji władzy i pieniędzy, wzrostem nierówności i eksploatacją państw, ekosystemów oraz ludzi? Wydaje się, że najwłaściwsze jest uznanie, że New Deal czy polityka państwa dobrobytu na Zachodzie nie wynikała z aksjologii i założeń systemu wolnorynkowego, ale była jemu przeciwna. A społeczno-ekonomiczne sukcesy tychże systemów wynikały właśnie z postawienia tamy nieokiełznanemu kapitalizmowi.
Okres ten mógł poszczycić się zwiększeniem dobrobytu i jakości życia społeczeństw objętych tymi reformami nie dzięki, ale wbrew kapitalizmowi i jego logice. Wynikało to zarówno z analiz ludzi takich jak Keynes, którzy rozumieli, że wolny rynek nie działa tak, jak nam się wydawało czy wydaje, jak również z wyrachowania i strachu, że znów dojdzie do kryzysu takiego jak pod koniec lat dwudziestych i w wyniku tego do władzy dojdą czy to komuniści, czy powoli odradzające się ruchy skrajnej prawicy.
Neoliberalizm jest powrotem do normalnego trybu funkcjonowania kapitalizmu i zaprzeczeniem tych polityk i tych strategii rozwoju państw na Zachodzie, które w gruncie rzeczy oparte były na zupełnie innych wartościach i doktrynach.
Nierówności zaplanowane
Podstawową funkcją kapitalizmu jest akumulowanie kapitału. Nawet w warunkach powiększania ilości kapitału, produktów i usług na rynku, powodować to musi ilościowe i jakościowe przesunięcie posiadania tych kategorii w kierunku coraz węższej grupy posiadaczy, czyli elity, i tym samym pauperyzacji całej reszty społeczeństwa.
Oczywiście, całość tego procesu na dłuższą metę nie jest możliwa bez otoczki kulturowo-ideologicznej. Dlatego nie tylko sprzedaje się nam ideę kapitalistyczną i wolnorynkową, i to w jej najbardziej ortodoksyjnym wydaniu, jako naukę ścisłą i naturalny porządek świata, ale również widzimy szeroką rzeszę dziennikarzy, publicystów i tak zwanych niezależnych ekspertów, którzy w każdej chwili gotowi są propagować trzy główne filary wolnego rynku. Wedle Naomi Klein, są nimi prywatyzacja jak największej części państwa, deregulacja oraz zmniejszenie lub likwidacja podatków.
Aby dobrze zrozumieć kapitalizm, trzeba uświadomić sobie, że akumulacja i bogacenie się jest tutaj celem samym w sobie. Nie służy jakimkolwiek konkretnym projektom społecznym, rozwojowi wspólnot czy państw, ale po prostu bogaceniu się jako celowi per se. Tak samo logika ta determinuje coraz większą liczbę płaszczyzn działania naszych państw.
Warto zaznaczyć, że kapitalizm jako taki nie jest ustrojem logicznym, optymalnym czy opartym na jakiejkolwiek sensownej mierze funkcjonowania. Nie tylko prowadzi on do wyniszczenia ludzi, współtworzonych przez nich społeczeństw i narodów, ale także całej planety.
Prekariat
Prekariat to flagowy produkt kapitalizmu, który stanowi konsekwencję jego długotrwałego wpływu na społeczeństwo. Właśnie ta rażąca różnica między stanem materialno-społecznym, ale również psychologicznym czy nawet zdrowotnym szeroko rozumianego prekariatu, a przecież są to miliony ludzi także w Polsce, a klasą średnią, która tak rozrosła się w okresie państwa dobrobytu, pokazuje, jak działa kapitalizm na społeczeństwo. Prekariat, czyli ludzie pracujący na stanowiskach poniżej swoich kwalifikacji, zatrudnieni w nietrwałych i tak zwanych elastycznych formułach, często mający problemy z regulowaniem bieżących należności, rachunków i opłat, to właśnie ci, których kosztem dokonuje się akumulacja kapitału, a więc ci, których kosztem bogacą się elity, ludzie tacy jak Musk, Zuckerberg czy Bezos.
Skoro bowiem wąska elita ma posiadać coraz więcej, także w ujęciu procentowym, musi się to dziać kosztem całej reszty. Efektem tego jest właśnie prekariat. Ale prekariat to objaw szerszego zjawiska, to znaczy z jednej strony spadku szeregu współczynników życiowych, obiektywnych i subiektywnych, jak i demontażu instytucji państwa, takich jak służba zdrowia czy edukacja.
Notowany chociażby w Stanach Zjednoczonych spadek oczekiwanej długości życia i średniej długości życia, spadek zdrowotności, poczucia spełnienia, przyrost skali chorób psychologicznych i problemów emocjonalnych właściwie wszystkich grup wiekowych, to właśnie jeden ze skutków rozwoju prekariatu wraz z jego charakterystycznymi cechami, takimi jak chociażby utrudniony dostęp do służby zdrowia, życie w ciągłym stresie, doświadczanie wyzysku, bieda i ciągłe niedomaganie materialne.
Skoro celem kapitalizmu jest kapitał i jego powiększanie, to nic dziwnego, że gospodarki państw, w których neoliberalizm funkcjonuje w sposób najbardziej podręcznikowy, w coraz większym stopniu opierają się o dział finansów, usługi finansowe i wszystko, co jest związane z finansjerą, kosztem innych działów ekonomii, takich przede wszystkim jak przemysł. Maleją oczywiście w ten sposób produktywność z punktu widzenia potrzeb społeczeństwa oraz pożytek dla państwa. Stwarza to także sytuację coraz większego upośledzenia konkurencyjności w stosunku do innych graczy geopolitycznych. Jednak rozwój usług finansowych, a zwłaszcza deregulacja tego sektora, pozwala na zbijanie autentycznych fortun w ciągu bardzo krótkiego czasu. Spekulacja, ciężko zrozumiałe nawet dla specjalistów operacje finansowe, są dziś tym, co niestety najsilniej definiuje kierunek, w jakim rozwija się gospodarka państw zachodnich.
I znowu nie jest to żadna anomalia czy defekt wynikający ze zboczenia kapitalizmu ze ścieżki. Kapitalizm z definicji zawsze był na tej złej ścieżce, a przewaga sektora finansowego, jeśli chodzi o rozwój, marżowość i znaczenie, a także przewagę nad innymi sektorami gospodarki, są tego kolejnym przykładem.
Marnotrawstwo
Przywykliśmy myśleć o kapitalizmie jako ustroju niezwykle logicznym, niezwykle konsekwentnie wykorzystującym dostępne zasoby i przekuwającym je na wzrost gospodarczy. Tymczasem, jak pokazuje profesor Ladislau Dowbor w swoich pracach, tak naprawdę gospodarka kapitalistyczna pełna jest ogromnego marnotrawstwa, poczynając od marnotrawstwa pracy. Obecność bezrobocia i to bezrobocia sztucznie generowanego w obawie przed inflacją (choć, jak wykazał Kelton, jest to w gruncie rzeczy pozbawione jakichkolwiek obiektywnych podstaw) nakazuje szefom banków centralnych i głównym ekonomistom państw zachodnich sztuczne pompowanie marnotrawstwa poprzez kreację „bezpiecznej stopy bezrobocia”. Drugim marnotrawstwem jest oczywiście marnotrawstwo finansów, skoro bowiem celem kapitału nie jest inwestycja, ale akumulacja, tak aby powiększyć swoje zasoby, a przez to władzę, jest on po prostu marnotrawiony. I tutaj możemy odwołać się chociażby do klasycznych rozważań Keynesa.
Zasoby ludzkie zresztą są marnotrawione nie tylko ze względu na bezrobocie, ale także wykorzystanie szeregu pracowników, przede wszystkim wspomnianego prekariatu, w pracach poniżej kompetencji, jakie ci ludzie posiadają. Wynika to właśnie z przewagi sektora finansowego, a także części sektora usług powiązanych z tymiż finansami.
Za akumulacją idzie oczywiście monopolizacja, która powoduje marnotrawstwo wiedzy i technologii poprzez rozrost systemów patentowych i praw autorskich oraz niewykorzystanie potencjału, jaki płynie chociażby z otwartego dostępu do tekstów naukowych czy technologii.
Wreszcie mamy marnotrawstwo czasu, wynikające chociażby z niedofinansowania państwa, które jest przecież sztandarowym postulatem neoliberalizmu. Mizernie finansowane państwo jest państwem niedomagającym, a więc obciążającym nas nadmiernymi kosztami czasowymi, choćby w postaci kolejek czy czasu oczekiwania na rozpatrywanie spraw urzędowych.
Monopolizacja
Akumulacja kapitału i władzy prowadzi oczywiście do monopolizacji, która jest zaprzeczeniem wszelkich koncepcji wspomnianych Locke’a czy Smitha. Mówili oni raczej o konkurencji bardzo podobnej wielkości przedsiębiorstw, podczas gdy dzisiaj widzimy, że molochy, które dzielą rynek w ramach danego sektora, są w stanie wycinać jakąkolwiek sensowną konkurencję, czy to poprzez stosowanie cen dumpingowych, czy zwyczajne wykupienie jej. Monopolizacja zaś prowadzi do możliwości narzucania korzystnych dla siebie rozwiązań i ustaleń zarówno społeczeństwu, jak i władzy państwowej. Pozwala na wszelkiego rodzaju oszustwa, na korupcję, a wreszcie na stworzenie ogromnych sił w postaci korporacji międzynarodowych, które bez problemu będą w stanie rywalizować z państwami narodowymi na polu władzy i wpływów. Nie bez powodu jednym z głównych założeń New Dealu była polityka antymonopolistyczna. I nie bez powodu Ronald Reagan czy Margaret Thatcher byli tymi, którzy ustawy antymonopolowe demontowali z konsekwencją godną lepszej sprawy.
Zresztą tu widoczny się brak wewnętrznej logiki. Słyszymy bowiem zawsze, że w kapitalizmie liczy się konkurencja, gdyż to ona powoduje ciągłą optymalizację i dostosowywanie się do potrzeb klienta. Jednak jeżeli pojawia się realny monopol, tak jak mamy tego przykład na rynku social mediów, usług cyfrowych, ale też w wielu innych miejscach, to konkurencja przestaje być obecna, a działania monopolistyczne w gruncie rzeczy są antykonkurencyjne. Oznacza to więc, że mamy kolejny dowód na to, że kapitalizm nie jest ustrojem czy systemem logicznym i opartym na obiektywnych, merytorycznych i altruistycznych założeniach i mechanizmach.
Tu zresztą widzimy także obalenie mitu merytoryczności zasług najbogatszych, jak i wydajności tego systemu. System ten może być wydajny, ale wcale nie musi, bo nie jest to jego cel ani warunek funkcjonowania, a jedynie wynikowa określonych okoliczności oraz czynników pozakapitalistycznych, takich jak siła i pozycja klasy pracującej, państwa, regulacji, prawa i kultury. Sam kapitalizm kieruje się przede wszystkim prymatem zysku i jego mnożenia, a nie wydajnością. Wydajność jest wyłącznie narzędziem, nie celem.
Czy kapitalizm jest moralny? Różne systemy kulturowo-religijne różnie to oceniają, jednak przecież z kapitalizmu i jego chciwości wypływa wprost zjawisko korupcji. Korupcja polityków, elit, dziennikarzy, osób publicznych, naukowców etc. – to praktyki i zjawiska właściwie wszędzie oceniane negatywnie z punktu widzenia moralnego, jak i prawnego oraz społecznego. Korupcja jest skutkiem kapitalizmu, to jest niszczenia struktur państwowych, rozbijania więzi społecznych, niszczenia poczucia odpowiedzialności klasy rządzącej, prymatu zysku i materializmu.
Powiązani z wielkim kapitałem politycy, niejednokrotnie przechodzący ze sfery prywatnej do państwowej i z powrotem, tak jak w Stanach Zjednoczonych, są jednym z głównych gwarantów tego, że kapitalizm będzie działał. Niestety.
I znowu to nie jest żadna anomalia czy gorsząca praktyka, ale element wolnorynkowej gospodarki w wydaniu neoliberalnym właściwie wszędzie, gdzie tylko się pojawia. Znamy to przecież nad Wisłą. Chociażby sytuacje, gdy patodeweloperzy niemal oficjalnie spotykali się z urzędnikami ministerstw obecnej władzy. Takich sytuacji mamy dużo więcej, opisane są chociażby w świetnej książce Sylwii Czubkowskiej „Bógtechy”.
Społeczeństwo wynajmu
Skoro akumulacja kapitału i majątku oznacza pauperyzację tych, którzy nie załapali się do elity, czyli większości społeczeństwa, to skutkować to musi zmniejszeniem skali własności w ich rękach i pojawieniem się zjawiska takiego jak społeczeństwo wynajmu. Nie chodzi już tylko o wynajem mieszkań i spadek ilości osób posiadających swoją nieruchomość, ale także wynajem samochodów, wszelkie abonamenty itp. O społeczeństwo, które coraz mniej posiada, a coraz więcej musi płacić, by mieć dostęp do tego, co miało wcześniej na własność.
Ze względu na monopolizację te abonamenty i umowy udostępniające określone dobra i usługi, jak chociażby służba zdrowia czy możliwość oglądania filmów na popularnych platformach streamingowych, mogą w każdej chwili zostać podwyższone. Zjawisko konkurencji nie ma tutaj zastosowania, bo dostawców usług zazwyczaj jest kilku, a co więcej dziwnym trafem ich praktyki cenowe zazwyczaj są podobne.
Likwidacja własności na rzecz wynajmu, abonamentów i comiesięcznych opłat zwiększa także zależność społeczeństwa, a zwłaszcza prekariatu, od korporacji, co wpływa bezpośrednio na jego możliwość buntowania się, walki o swoje prawa czy poprawienie swojego losu, jak chociażby zrzeszanie się w związkach zawodowych czy organizacji strajków.
Postępująca likwidacja państwa
Jednym z głównych postulatów związanych z ideą kapitalistyczną, a zwłaszcza neoliberalną, jest prywatyzacja właściwie wszystkiego, co da się sprywatyzować w państwie, włącznie ze służbami mundurowymi i wojskiem. Ma to co najmniej kilka poważnych implikacji. Po pierwsze, utrudnia dostęp do tychże usług. Po drugie, prywatyzacja oddaje zyski płynące z takiej działalności w ręce wielkiego kapitału i kapitalistów, a ponadto pozwala tak kształtować określone praktyki, na przykład premiowane kierunki rozwoju szkolnictwa wyższego czy zawodowego, aby współgrały z celami kapitalistów, ale już niekoniecznie z celami społeczeństwa czy narodu.
Po trzecie, likwiduje konkurencję ze strony państwa. To zresztą szerszy motyw funkcjonowania kapitalizmu i jego wrogości wobec państwa, bo nie chodzi tutaj o to, że działalność państwa jest szkodliwa, ale że w optyce wielkiego kapitału państwo stanowić może po prostu konkurencję i to skuteczną.
Skutkiem jest urynkowienie i wprowadzenie logiki zysku do absolutnie każdego aspektu życia i każdej płaszczyzny funkcjonowania człowieka. W systemie społecznym czy społeczno-państwowym nie byłoby problemu z odpowiedzią, po co jest szpital czy szkoła: po to, żeby leczyć i żeby edukować. W systemie kapitalistycznym, gdy te sfery zostają sprywatyzowane, są one po to, żeby zarabiać. Jest to całkowite odwrócenie i zniszczenie poprzedniej logiki, bo jeżeli szpital ma zarabiać, to wcale nie oznacza, że jego celem jest zdrowy pacjent, a jeżeli szkoła też ma zarabiać, to wcale nie oznacza, że ma wyedukować i przygotować kogoś do życia, a jedynie przygotować posłusznego pracownika dla wielkiego kapitału.
I znowu nie jest to żaden defekt czy zboczenie kapitalizmu z dobrej drogi na złą, lecz skutek koncepcji akumulowania pieniędzy, władzy i zysków. Musi podlegać jej coraz to więcej elementów rzeczywistości, nie wyłączając tych, które tradycyjnie opierały się na celach społeczno-wspólnotowych i wyłączone były z funkcjonowania na rynku, tak jak służba zdrowia, szkolnictwo, transport publiczny i wiele innych dziedzin.
Zwrócić trzeba zresztą uwagę, że kapitalizm jako taki od momentu, gdy idea ta powstaje i zaczyna się upowszechniać oraz zdobywać nowe rynki, jej agenda i program w gruncie rzeczy są niezmienne. A skoro obecnie polityka neoliberalna generuje tak duże koszty i straty dla społeczeństw oraz planety, to gdyby faktycznie był to ustrój oparty o merytoryczność, jakąkolwiek logikę i samoograniczanie swoich wad, to powinniśmy widzieć ruch reformatorski i dążenia do zmiany sytuacji. Tymczasem widzimy w gruncie rzeczy rzecz odwrotną. Nasilenie retoryki neoliberalnej, haseł rodem z austriackiej szkoły ekonomii i recydywę okresu Thatcher i Reagana, co widać chociażby w postaci prezydenta Trumpa czy prezydenta Argentyny, Javiera Mileia.
Kapitalizm działa. Na nasze nieszczęście
Skutki kapitalizmu nie są przypadkowymi i niezamierzonymi defektami działania tego systemu. Są ściśle i nierozerwalnie związane z jego aksjologią, celami, logiką i procesem działania. Drenaż społeczeństw, pauperyzacja, stworzenie prekariatu, niszczenie społeczności, ludzkich uczuć, likwidacja władzy państwowej i jego nadzoru nad kapitałem – to jak najbardziej kapitalistyczny, w tym neoliberalny, zestaw narzędzi, który prowadzi do jednego. Do tego, aby coraz bardziej wąska grupa elit posiadała coraz więcej, a wszyscy pozostali, w tym my, prości ludzie, posiadali coraz mniej, byli coraz bardziej zniewoleni, coraz bardziej uzależnieni od udostępnianych nam dóbr i usług.
Kapitalizm działa dokładnie tak, jak działać powinien. Niestety.
Grzegorz Ćwik
Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay
przez redakcja | piątek 21 sierpnia 2026 | aktualności
Wsparcie na walkę z bezrobociem może być jeszcze niższe.
Jak informuje Portal Samorządowy, w swoim apelu do rządu Związek Powiatów Polskich wyraża zaniepokojenie planami dotyczącymi nakładów na przeciwdziałanie bezrobociu w roku 2027. W swoim stanowisku skierowanym do Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego organizacja ta domaga się debaty dotyczącej nakładów z Funduszu Pracy, mających trafić w roku 2027 na wsparcie w wychodzeniu z bezrobocia. ZPP jest zaniepokojony informacjami przedstawicieli Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, którzy na posiedzeniu Zespołu ds. Ochrony Zdrowia i Polityki Społecznej KWRiST informowali, że minister finansów i gospodarki zalecił resortowi pracy, aby wydatki z Funduszu Pracy były w 2027 takie, jak w bieżącym roku.
ZPP alarmuje, że w przyszłym roku powiatowe urzędy pracy mają wedle wstępnych planów rządu otrzymać tyle samo środków na walkę z bezrobociem, ile dostały w roku 2026. Oznacza to de facto ich ubytek. Po pierwsze bowiem rosną koszty nakładów na rozmaite działania pomagające znaleźć pracę. Po drugie natomiast przybywa bezrobotnych – przypomnijmy, że w ciągu roku przybyło około 80-90 tysięcy osób zarejestrowanych w urzędach pracy.
Organizacja podkreśla w swym apelu także fakt, że nakłady na przeciwdziałanie bezrobociu mają nie wzrosnąć, mimo iż przybywa środków w Funduszu Pracy, mającym finansować m.in. takie działania. Składki te pochodzą z obligatoryjnych potrąceń z pensji pracowników i składek pracodawców, a służyć mają właśnie wsparciu bezrobotnych w znalezieniu zatrudnienia.
ZPP przypomina też, że w roku 2026 r. rząd Tuska już znacznie – o kilkadziesiąt procent – zmniejszył nakłady na ten cel, a wiele urzędów pracy otrzymało środki tak niewielkie, że mocno ograniczyło to możliwości wsparcia bezrobotnych w poszukiwaniu zatrudnienia. Miało to miejsce nawet w wielu powiatach o wysokiej stopie bezrobocia.
przez redakcja | czwartek 20 sierpnia 2026 | nasze rozmowy, opinie
Niedawno znany dostawca posiłków, operujący w Polsce pod nazwą Pyszne.pl, ogłosił zwolnienie kilku tysięcy pracowników i przeniesienie ich do firm zewnętrznych, co oznacza pogorszenie warunków ich zatrudnienia. O tej decyzji, jej skutkach, okolicznościach i sytuacji kurierów mówi nam Stanisław Kierwiak – kurier Pyszne.pl oraz członek zarządu związku zawodowego Konfederacja Pracy w Pyszne.pl. W działalności związkowej zajmuje się przede wszystkim warunkami pracy kurierów i prawami osób, które pracują za pośrednictwem platform. Jest również autorem publikacji „Platformizując Polskę”, która porusza problem pracy platformowej.

Jaka jest obecna sytuacja kurierów Pyszne.pl? Co dzieje się w firmie, co jest przyczyną nagłych zmian i drastycznej ilości zwolnień?
Stanisław Kierwiak: Dotychczas sytuacja kurierów Pyszne.pl wyróżniała się wśród innych podobnych podmiotów na rynku trochę większą stabilnością. Nie był to system idealny, oparty o umowy o pracę, ale były to umowy zlecenie ze stawką godzinową. Firma odprowadzała wszystkie podatki i składki – wywiązywała się z obowiązków zleceniodawcy. Może nie jest to dużo, jednak w porównaniu do innych podobnych podmiotów były to warunki lepsze, na pewno wykazujące się większą stabilnością.
Jednak 14 lipca firma ogłosiła, że zwolni mniej więcej 4,5 tysiąca kurierów i kurierek. Osoby zwolnione będą mogły zatrudnić się ponownie u jednego z pięciu tzw. partnerów flotowych. Oznacza to gorsze warunki pracy. Nie będzie już stawki godzinowej, co oznacza, że nie ma gwarancji, iż kurier zarobi minimalne wynagrodzenie godzinowe. Nie będzie zapewnionego przez firmę podstawowego sprzętu, który dotychczas ona zapewniała, czyli plecaka do wożenia jedzenia, ubrań, kurtki zimowej, rękawiczek. Firma dotychczas wypłacała dodatek za użycie własnego sprzętu – tego też już nie będzie. Nie ma również gwarancji, że wszyscy kurierzy otrzymają pracę u partnerów flotowych.
Pyszne.pl jest częścią międzynarodowej grupy Just Eat Takeaway. Ta grupa w wielu krajach wyróżniała się tym, że starała się utrzymać bardziej stabilny model zatrudnienia w branży i robiła to rzeczywiście przez długi czas. Niedawno – bo w zeszłym roku – została przyjęta przez fundusz inwestycyjny i myślę, że to przyjęcie miało wpływ na niedawną decyzję w Polsce. Widać wyraźnie, że ten fundusz przyjął strategię odchodzenia od dotychczasowego modelu. Dotychczasowy model w mojej ocenie był oparty na przekonaniu, że pewne regulacje w tym sektorze będą się musiały pojawić i Takeaway będzie na lepszej pozycji, gdy regulacje się pojawią, ponieważ już teraz utrzymuje model, który jest bliższy docelowemu. Jest to dziwny ruch w kontekście tego, że Polska ma do 2 grudnia zaimplementować dyrektywę Unii Europejskiej – najważniejszy akt prawny, który ma tę branżę regulować. Firma niemal w przededniu wejścia w życie takiego aktu decyduje, że już tego robić nie będzie. Nie tylko w Polsce, bo podobna sytuacja miała miejsce w innych krajach. W zeszłym roku w Niemczech firma też zwolniła kurierów i zatrudnia ich przez partnerów flotowych. Analogiczna sytuacja miała miejsce w Austrii, więc nie jest to wydarzenie zupełnie jednostkowe.
Na pewno wpływ na to miała presja konkurencyjna, w Polsce szczególnie silna, ponieważ nasze państwo zupełnie wycofało się z egzekwowania standardów na rynku. Inne platformy dostarczające produkty za pośrednictwem klientów były po prostu tańsze, gdyż stosowały agresywne metody optymalizacji obciążeń podatkowych i składkowych. Myślę, że argument, którego używa Pyszne.pl, nie jest pozbawiony prawdziwości.
Drugą sprawą jest to, jak firma ocenia szanse na skuteczną regulację rynku. Jeżeli przez lata utrzymywali ten model, licząc na to, że regulacje się pojawią, to odejście od owego modelu jest wyraźną deklaracją braku nadziei i zaufania do tego, że skuteczna regulacja prawna tej branży przez państwo jest możliwa, a przynajmniej wykonalna w najbliższym czasie. Czekamy na to, co się stanie w kwestii wspomnianej implementacji dyrektywy, ale trzeba od razu powiedzieć, że to nie jest tylko kwestia prawa, lecz także jego egzekucji. Od lat mieliśmy i wciąż mamy problem z zatrudnianiem kurierów i kierowców na podstawie umowy najmu pojazdu, co jest absurdalną konstrukcją. Nie była potrzebna zmiana prawa, żeby się z tym rozprawić. Ostatnio widzieliśmy wzmożone kontrole z ZUS-u i niektóre podmioty zaczęły odchodzić od tych umów najmu. Ważne jest nie tylko to, co zapisano w przepisach, ale też to, czy organy państwa mają wolę i środki do tego, by skutecznie te przepisy egzekwować.
Czy jako związek zawodowy Konfederacja Pracy, który działa w Pyszne.pl, prowadzicie rozmowy z zarządem firmy? Z jakim skutkiem?
Tak, podjęliśmy rozmowy z przedstawicielami firmy po tym, jak Pyszne ogłosiło zamiar zwolnienia kurierów i przeniesienia ich do partnerów flotowych. Firma deklaruje już publicznie, że domaga się jednolitych standardów na rynku i jest gotowa ich przestrzegać, pod warunkiem, że będą one uniwersalne, że będą takie same dla wszystkich firm, czyli także dla ich konkurencji. Piłeczka jest po stronie państwa, które powinno pokazać, że faktycznie będzie te standardy w stanie wyegzekwować.
Jakie dalsze kroki zamierza podjąć wasz związek?
Sytuacja jest dosyć dynamiczna, obecnie trwa kontrola PIP-u wszczęta na wniosek minister pracy Agnieszki Dziemianowicz-Bąk, słyszymy też o kontrolach z ZUS-u, więc czekamy, co z tego wyniknie. Czekamy też oczywiście, co się będzie działo w kwestii implementacji dyrektywy. Zaapelowaliśmy do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, aby pewne kroki podjąć już teraz. Uważamy, że już dziś powinno się skutecznie egzekwować przestrzeganie przepisów o minimalnym wynagrodzeniu w całej branży. Są ku temu podstawy i myślę, że tę kwestię trzeba dość ostro postawić. Jest jeszcze kilka mniejszych kwestii, które już teraz należałoby rozwiązać, jak na przykład charakter opłat, które pobierają partnerzy flotowi. Te podmioty pobierają od kurierów opłaty i z tego tak naprawdę się utrzymują, za tzw. rozliczenie, czyli z tego, że de facto wypłacają kurierom pieniądze. Te opłaty są różnie nazwane, przedstawiane jako opłata za dostęp do jakiejś platformy itp. W praktyce sprowadza się to do tego, że płacimy kwoty, aby dostać pieniądze, które zarobiliśmy, co jest w zasadzie niespotykane na współczesnym rynku pracy. Kolejną kwestią jest status prawny tych partnerów flotowych, bo to nie są agencje pracy tymczasowej, ale nie są to również podmioty, które samodzielnie decydują o kluczowych cechach stosunku zatrudnienia. To nie partnerzy flotowi wyznaczają stawki. To jest problematyczne, bo mamy do czynienia z dziwnym rozbiciem: jeden podmiot, który zatrudnia, ale tak naprawdę o niczym nie decyduje – czyli partnera – i drugi podmiot, który decyduje o wszystkich warunkach tego zatrudnienia, ale w zasadzie nie pozostaje z kurierem w żadnym stosunku prawnym – czyli platformę Pyszne.pl i inne podmioty tego typu. Jest to problematyczne chociażby z punktu widzenia działalności związków zawodowych. Podmiot, który wyznacza podstawowe warunki zatrudnienia, powinien być podmiotem zatrudniającym.
Jakich konkretnych działań domagacie się od firmy?
Zachęcaliśmy firmę, aby przemyślała swoją decyzję, zastanowiła się, czy to jest właściwy sposób prowadzenia biznesu. Jeżeli firma będzie chciała działać przez pośredników, nadal uważamy, że jako platforma ma pewne obowiązki względem kurierów. Nie powinno być tak – a nie mówimy o jednostkowym przypadku – że platformy mogą outsourcować ryzyko związane z zatrudnieniem na partnerów i tak naprawdę umywać ręce. Tutaj kluczowe będzie znaczenie przepisów dyrektywy, która powinna wprowadzić odpowiedzialność solidarną platform za warunki pracy u partnerów flotowych, ale też rozstrzygać, który podmiot jest tak naprawdę tym zatrudniającym.
Czy dyrektywa UE rozwiązałaby problem, czy w sytuacji zaimplementowania tego aktu prawnego firmy znalazłyby sposób na dalszy wyzysk pracowników?
Z jednej strony to nie jest tak, że ten rynek to nie wiadomo jak złożony węzeł gordyjski. Mamy do czynienia z dość prostą sytuacją, więc raczej łatwo można by ją uregulować. Z drugiej strony doświadczenie innych krajów pokazuje, że jednak platformy kombinują, jak obejść regulacje. Z kolei przykład hiszpański pokazuje, że jeżeli mamy do czynienia ze stanowczym działaniem państwa, to można tę sprawę załatwić. W Hiszpanii mieliśmy już w 2021 roku rozwiązania prawne podobne do tej dyrektywy, czyli domniemanie istnienia stosunku pracy, ograniczone do dostaw jedzenia. Kilka lat trwało, zanim wszystkie podmioty dostosowały się do tej regulacji. Na przykład Glovo zrobiło to dopiero w momencie, w którym prezes firmy otrzymał zarzuty karne. Hiszpańskie państwo wykazało się dużą stanowczością: egzekwowało regulacje, nie bało się postawić zarzutów karnych. Zostało to wyegzekwowane, więc nie twórzmy wrażenia, że jest to niemożliwe. To nie są nie wiadomo jak zaawansowane firmy, to nie są firmy, które mogą przenieść produkcję do innego kraju i w ten sposób łatwo szantażować państwo. W istocie są to firmy, które muszą wykonywać usługi w danym kraju, są to usługi siłą rzeczy związane z pewnym miejscem.
Na konferencji w Sejmie poseł Adrian Zandberg apelował do minister pracy Agnieszki Dziemianowicz-Bąk o przyspieszenie działań. Czy uważa Pan, że kontrole PIP są rozsądną i skuteczną decyzją, czy może rząd powinien podjąć bardziej kompleksowe działania?
Oczywiście uważamy, że to dobry ruch, ale to jest ciągle za mało. To naturalne, że kontrola została wszczęta. Nie jest to pierwsza kontrola, ponieważ w tym roku już była w Pyszne kontrola PIP-u, skończyła się wiosną. Jej wnioski były niekonkluzywne i ta kontrola naszym zdaniem opierała się na pewnych przesłankach, które w zasadzie uniemożliwiają skuteczne jej przeprowadzenie. Problem polegał na tym, czy zarządzenie algorytmiczne, zapośredniczone przez komputer, jest w ogóle zarządzeniem. Wiemy, że stosunek pracy w Polsce odróżnia się na podstawie takich przesłanek podporządkowania tym, że pracownik jest kierowany, nadzorowany przez pracodawcę. Dotychczas polskie sądy, polskie państwo interpretowało to w taki sposób, że musimy mieć do czynienia z relacją interpersonalną. Mamy menedżera, który wydaje polecenia pracownikom. Coraz częściej jednak, nie tylko w przypadku kurierów, ale też w wielu innych branżach, polecenia nie są wydawane przez człowieka, lecz przez systemy komputerowe, algorytmy. Algorytmy, które na przykład wyznaczają pracownikom jakieś zadania, które mogą tych pracowników nadzorować, mogą przyznawać im punkty i na ich podstawie ich karać lub awansować. To też nie jest nowe, to zjawiska dość rozpowszechnione, które dzieją już od dobrych paru lat i widzę bardzo pilną potrzebę dostosowania nie tylko polskich przepisów, ale też mentalności i praktyki instytucjonalnej do nowej rzeczywistości. Myślę, że każdy widzi, iż nie ma żadnej różnicy między poleceniem wydanym przez algorytm a tym wydawanym przez menedżera. To jest de facto to samo polecenie i musimy je traktować w ten sposób, musimy wprowadzić pewne ograniczenia działania tych systemów algorytmicznych w najbardziej wrażliwych kwestiach. Kluczowe jest rozpoznanie, że fakt, iż coś jest zapośredniczone przez system komputerowy, nie unieważnia znaczenia prawnego tego stanu faktycznego.
Firma Pyszne tłumaczy brak możliwości przejścia pracowników na umowy o pracę zbyt dużym kosztem dostaw. Czy według Pana jest to wyczerpujący argument, czy wyłącznie próba wyciszenia sprawy pod przykrywką dbania o dobro konsumenta?
Nie jesteśmy w stanie ocenić, z jakim kosztem by się to wiązało, nie jestem w stanie ustosunkować się do tych piętnastu złotych podwyżki ceny usługi, o których mówi firma. Nie przedstawiono nam żadnych wyliczeń na ten temat. Uważam, że podstawowy problem nie polega na tym, co by musiała zrobić firma Pyszne.pl, lecz na tym, co robią jej konkurenci. To jest dość racjonalne – regulacja musi być dla wszystkich. Trudno konkurować z podmiotem, który nie przestrzega pewnych reguł. W tym sensie rozumiem argument, który firma przedstawia. Czy wprowadzenie takiej regulacji wiązałoby się z podwyższeniem cen dla konsumentów? Prawdopodobnie tak, ale niekoniecznie byłyby to znacznie wyższe ceny. Pamiętajmy, że to nie są sprawy nieznane poza Polską. Na przykład w Niemczech firma Pyszne.pl działa na podstawie umów o pracę, działała wcześniej i działa nawet teraz po przejściu na pośrednictwo partnerów flotowych, a nie można powiedzieć, że w Niemczech nie dowozi się jedzenia czy że jest to kosmicznie drogie. Takie deklaracje, że chodzi o troskę o konsumenta, zawsze należy dzielić na pół i pamiętać, że można to zorganizować w sposób, który będzie korzystny zarówno dla pracowników, jak i konsumentów.
Jako związek zawodowy zwracacie uwagę na wysoką szkodliwość społeczną obecnych warunków w pracach platformowych. Czy według Pana da się cofnąć proces uberyzacji, tak, aby zlikwidować opresyjność i monopol usług związanych z pośrednikami?
W Polsce tak naprawdę nie mamy do czynienia z czystą uberyzacją, a bardziej z szerszym problemem uśmieciowienia rynku pracy. Polskie platformy najczęściej nie stosują kontraktów B2B. Z reguły gdy mówimy o uberyzacji, mamy do czynienia z fikcyjnym samozatrudnieniem, czyli mamy platformę, która twierdzi, że zawiera umowy z ludźmi, którzy prowadzą działalność gospodarczą, a w rzeczywistości mają jednego klienta, od którego są w znacznym stopniu zależni. Powstaje więc pytanie, czy to jest rzeczywiście przedsiębiorca. W Polsce nie tylko rynek dostaw, ale znaczny segment rynku zatrudnienia jest zdominowany przez umowy śmieciowe. To pierworodny grzech naszego systemu, że od już prawie trzydziestu lat nie jesteśmy w stanie wyeliminować niestandardowych form zatrudnienia, mówiąc wprost: zatrudnienia śmieciowego. Wyraźnie widać, że zatrudnienie śmieciowe czasami trochę się cofa, ale później znajduje nowe nisze. Moim zdaniem jest to duże niebezpieczeństwo. Dzisiaj rynek pracy w Polsce wygląda dość dobrze, bezrobocie nie jest wielkie, gospodarka się rozwija. Jednak musimy pamiętać, że trwanie śmieciowego zatrudnienia jest zagrożeniem dla milionów osób, które są nim objęte, ale też jest zagrożeniem na przyszłość dla wszystkich, bo w przypadku zmian strukturalnych, jakiegoś pogorszenia koniunktury, zatrudnienie śmieciowe może łatwo wybuchnąć i rozrosnąć się do rozmiarów, które miało w najgorszych latach, kiedy to było kilkadziesiąt procent rynku pracy, a nie około dziesięć jak obecnie.
Reforma rynku zatrudnienia, która odbywa się obecnie, ciągnie się od lat. Najpierw mieliśmy objęcie umów śmieciowych minimalną stawką godzinową, później prawo do uzwiązkowienia dla osób zatrudnionych na takie umowy – różne pomysły na to, co z tym zrobić. Moim zdaniem naprawdę podstawowy problem to nierówności w zakresie stanu podatkowo-składkowego, tzn. polski system podatkowo-składkowy jest skrajnie niesprawiedliwy, jest stworzony po to, żeby minimalizować obciążenia bogatych. Bogaci płacą bardzo mało, a gorzej zarabiający płacą znacznie więcej niż powinni. Najbardziej obciążona w systemie jest ta grupa, z której najłatwiej jest pieniądze ściągać, czyli pracownicy etatowi. Równocześnie wprowadza się bardzo dużo dziwnych preferencji podatkowo-składkowych dla niestandardowych form zatrudnienia. Bez poradzenia sobie z tym będzie trudno zlikwidować problemy. Mamy dwa konie, które ciągną w dwie strony. Mamy rząd, który chce to uregulować i chce, żeby inspektorzy przekształcali umowy śmieciowe w umowy o pracę. Z drugiej strony mamy ten sam rząd, który cały czas utrzymuje podatkowo-składkowe zachęty do tego, aby wybierać i stosować niestandardowe formy zatrudnienia. Najważniejszą kwestią jest to, żeby wyrównać obciążenia podatkowe i składkowe niezależnie od formy zatrudnienia. Dziś panuje absurdalna sytuacja, w której mamy trzy osoby wykonujące tę samą pracę, siedzące biurko w biurko, ale jedna jest na umowie o pracę, druga na B2B, trzecia na zleceniu – i każda z nich płaci inne podatki i składki, przy czym najwięcej płaci ta, która jest na etacie. Powinno być tak, że wszyscy płacą takie same podatki i składki.
Czy jest coś, o czym w tej kwestii wciąż mówi się zbyt mało, a Pana zdaniem powinno trafić do opinii publicznej?
Za mało mówi się o tym, że to jest zagrożenie dla wszystkich. Dużo – to bardzo dobrze – mówi się o trudnym losie pracowników prac platformowych, o tym, że należy się tym ludziom sprawiedliwość. Ja jednak apeluję, aby ludzie mieli świadomość, że rozwiązania z zakresu pracy platformowej, jak na przykład zarządzanie algorytmiczne, rozszerzają się na kolejne branże. To nie jest tak, że to nie dotyczy, na przykład, pracowników przemysłu czy sektora publicznego. Dotyczy i będzie dotyczyć. W tej chwili polski rynek zatrudnienia to dziurawa łódka. Ona przecieka i wiadomo, że te przecieki przeszkadzają tym, którzy siedzą najbliżej tych dziur, ale koniec końców one mogą zatopić całą łódkę. Wszyscy jedziemy na jednym wózku. W interesie wszystkich jest to, by tę łódkę uszczelnić.
Dziękujemy za rozmowę.
Grafika w nagłówku wywiadu: Mohamed Hassan from Pixabay
przez redakcja | wtorek 18 sierpnia 2026 | aktualności
Są spore szanse, że polska firma wznowi produkcję w zakładzie zamkniętym przez niemiecki koncern.
Jak informuje portal Wiadomości Handlowe, polski producent chemii gospodarczej chce nabyć zamknięty zakład niemieckiego koncernu i wznowić w nim produkcję. Złożył wniosek o zgodę na transakcję do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Polska grupa Świt z siedzibą w Częstochowie jest producentem i dystrybutorem kosmetyków i chemii gospodarczej. Złożyła wniosek w spawie zakupu części dawnych zakładów koncernu Henkel w Raciborzu i zamierza tam wznowić produkcję proszków do prania.
Zakład w Raciborzu to część dawnej publicznej firmy Pollena. Po prywatyzacji jego właścicielem stał się niemiecki koncern Henkel. Przez długi czas prowadził on w tej lokalizacji działalność produkcyjną, wytwarzając m.in. produkty piorące Silan i Persil. Jednak w roku 2025 koncern zdecydował o likwidacji produkcji i przeniesieniu jej do innych zakładów koncernu. Pracę straciło wówczas 160 osób.
Obecnie grupa Świt stara się o odkupienie części obiektów fabrycznych i instalacji produkcyjnych. Zamierza tam prowadzić produkcję proszków do prania. Zgodę na tę decyzję musi wyrazić UOKiK. Na razie nie ma informacji o planowanej skali produkcji i zatrudnienia po przejęciu zakładu przez polskiego właściciela.
przez redakcja | poniedziałek 17 sierpnia 2026 | aktualności
Wschodnia Magistrala Kolejowa bez daty budowy, bez pieniędzy i bez Białej Podlaskiej.
Po 97 dniach – przy regulaminowym terminie 21 dni – Ministerstwo Infrastruktury odpowiedziało na interpelację posła Michała Moskala (Prawo i Sprawiedliwość) w sprawie Wschodniej Magistrali Kolejowej. Odpowiedź podsekretarza stanu Piotra Malepszaka z 10 sierpnia 2026 r. potwierdza więcej, niż resort zapewne zamierzał: magistrali nie ma wśród przedsięwzięć priorytetowych do 2035 roku, jej oś poprowadzono przez Siedlce zamiast przez Białą Podlaską, a klasyfikacja unijna wyklucza ją z tegorocznego konkursu CEF. Dokumenty, które pozwoliłyby to zweryfikować, ministerstwo objęło tajemnicą przedsiębiorstwa.
Przypomnijmy, o co toczy się gra. Wschodnia Magistrala Kolejowa, znana też jako Rail Carpatia, to zapowiadany od lat korytarz mający połączyć Białystok, Lublin i Rzeszów – trzy stolice województw Ściany Wschodniej, między którymi dziś jedzie się wolniej niż przed wojną. Jej sercem miała być zupełnie nowa linia nr 631 na odcinku Milanów–Biała Podlaska–Fronołów, ok. 100 km, z czego ok. 75 km w województwie lubelskim. Projekt powstał w programie kolejowym CPK, spółka prowadziła konsultacje społeczne wariantów przebiegu do 10 marca 2020 r., a cztery dni wcześniej dwadzieścia samorządów z powiatów bialskiego, łukowskiego, parczewskiego, lubelskiego i lubartowskiego przyjęło w Radzyniu Podlaskim wspólne stanowisko domagające się jej budowy. Biała Podlaska to dziś jedyne byłe miasto wojewódzkie bez szybkiego, bezpośredniego połączenia kolejowego ze swoją stolicą – jedzie się tam okrężnie, przez Łuków.
21 kwietnia 2026 r. pod dworcem w Białej Podlaskiej europoseł Krzysztof Hetman – wiceprezes Polskiego Stronnictwa Ludowego i prezes lubelskich struktur partii – wraz z posłem Wiesławem Różyńskim, wicewojewodą lubelskim Andrzejem Majem, radnymi sejmiku oraz starostami bialskim i parczewskim zapowiedział wystąpienie do ministra infrastruktury Dariusza Klimczaka o rozpoczęcie prac koncepcyjnych i ujęcie magistrali w Zintegrowanej Sieci Kolejowej. Nazywał ją wtedy „fantastycznym projektem” i mówił o „szczególnym momencie” w związku z nowym budżetem UE.
Z odpowiedzi na interpelację posła Moskala dowiadujemy się, jak potoczyła się ta korespondencja. Wniosek wpłynął do resortu 27 kwietnia. Odpowiedź resortu z 18 maja wymienia dokładnie te odcinki, o które chodziło wnioskodawcom – Fronołów–Biała Podlaska–Milanów, Milanów–Lublin i Lublin–Stalowa Wola – i stwierdza, że „na tym etapie nie jest możliwe wskazanie konkretnego przebiegu planowanych połączeń ani zakresu rozbudowy istniejących linii”. Dwadzieścia osiem dni później, 15 czerwca, ministerstwo opublikowało wariant rekomendowany w tzw. Zintegrowanej Sieci Kolejowej.
– „Pan europoseł Hetman dostał czarną polewkę od własnego kolegi partyjnego. Stanął w kwietniu pod dworcem w Białej Podlaskiej, obiecał ludziom wschodnią magistralę przez Białą Podlaską i złożył wniosek do ministra z tej samej partii co jego. Minister Infrastruktury odpisał mu, że nic się nie da powiedzieć, a cztery tygodnie później pokazał plan, w którym tej magistrali w takim kształcie po prostu nie ma. Dwóch wiceprezesów PSL, jedna partia, a efekt taki, że mieszkańcy Białej Podlaskiej znowu zostają z niczym” – ironizuje poseł Moskal.
Najważniejszy fragment całej odpowiedzi dotyczy priorytetów. Resort pisze, że w perspektywie do 2035 r. do priorytetowej realizacji wskazano linię „Y” oraz inwestycje PKP PLK, w tym projekt Podłęże–Piekiełko i zadania z Programu Kolej+. Magistrala Wschodnia w tym wyliczeniu się nie pojawia – jest planowana, jak czytamy, dopiero „w pełnym horyzoncie realizacji”. Ministerstwo nie podaje przy tym ani jednej daty: ani rozpoczęcia robót, ani ich zakończenia, ani nawet terminu skierowania do uzgodnień rozporządzenia Rady Ministrów, które ma nadać ZSK moc prawną.
Równie wymowny jest opis jej przebiegu. Ministerstwo wyjaśnia, że najszybsze połączenie Lublin–Białystok powstanie dzięki nowej linii z Lublina prowadzonej na północ, odbudowanej linii Siedlce–Sokołów Podlaski–Małkinia Górna oraz korytarzowi Rail Baltica – „z węzłem pośrednim w Siedlcach”. Białej Podlaskiej w tym opisie nie ma ani razu. Potwierdzają to liczby opublikowane przez spółkę Centralny Port Komunikacyjny, działającą dziś pod nazwą Port Polska: przejazd Lublin–Białystok ma zajmować 130 minut, Lublin–Warszawa 60 minut, a Biała Podlaska–Lublin – 95 minut. Innymi słowy z Lublina szybciej dojedziemy do Warszawy niż do Białej Podlaskiej, a dojazd do Białej Podlaskiej pochłonie niemal trzy czwarte czasu potrzebnego na dotarcie do znacznie dalszego Białegostoku. – „Niech każdy sam zestawi te liczby. Sto trzydzieści minut z Lublina do Białegostoku i dziewięćdziesiąt pięć minut z Lublina do Białej Podlaskiej, która leży po drodze. To się nie spina – chyba że Biała Podlaska po drodze nie leży. I dokładnie tak jest w tym planie: wschodnia magistrala skręca w Siedlcach” – mówi poseł Moskal.
Samo ministerstwo przyznaje to zresztą wprost, choć oględnie: różnice względem pierwotnych założeń programu kolejowego CPK z lat 2020–2023 „dotyczą sposobu trasowania, a nie zasadniczego celu ani funkcjonalności tego korytarza”. Nazwa została, trasa się przesunęła. Sprawdzić tego do końca nie sposób, bo rekomendacje Rady Naukowej Zintegrowanej Sieci Kolejowej dotyczące linii nr 631, a także raporty z Regionalnych Paneli Eksperckich, które odbyły się w Lublinie, resort uznał za tajemnicę przedsiębiorstwa spółki CPK i odmówił ich udostępnienia, powołując ustawę o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. Posłowi zaproponowano wgląd w siedzibie spółki w Warszawie, po uprzednim uzgodnieniu terminu – bez prawa do kopii. Poseł Moskal komentuje: „Zintegrowaną Sieć Kolejową zamówiło Ministerstwo Infrastruktury, opracowała ją spółka Skarbu Państwa, a jej rekomendacje mają być podstawą rozporządzenia Rady Ministrów – czyli dokumentu, który stanie się prawem. I akurat ten fragment, który odpowiada na pytanie, czy skreślono przebieg linii kolejowej przez Białą Podlaską, jest tajemnicą handlową. Mam jechać do Warszawy, żeby na to popatrzeć i nie zrobić kopii. Trudno o lepszy dowód, że jest co ukrywać”.
Odpowiedź rozwiewa też złudzenia co do unijnych pieniędzy, o których mówił europoseł Hetman w kwietniu w Białej Podlaskiej. Resort informuje, że przy rewizji sieci TEN-T zakończonej w czerwcu 2024 r. Wschodnia Magistrala Kolejowa – na odcinku Białystok, Biała Podlaska, Lublin, Rzeszów – została wprawdzie ujęta w Europejskim Korytarzu Transportowym Morze Bałtyckie–Morze Czarne–Morze Egejskie, ale w warstwie sieci bazowej rozszerzonej, z terminem osiągnięcia wymaganych parametrów dopiero w 2040 r. Konsekwencję resort infrastruktury formułuje sam: realizacja przedsięwzięć na tym odcinku „nie wpisuje się obecnie w priorytety konkursu CEF Transport 2026”. A konkurs ten, ogłoszony 18 czerwca, jest ostatnim w całej perspektywie 2021–2027, z ograniczonym budżetem, przeznaczonym co do zasady dla projektów na sieci bazowej, kończonych do końca 2030 r.
Nie lepiej wygląda wątek obronny. Poseł Moskal pytał, czy magistrala może zostać sfinansowana z instrumentów mobilności wojskowej, w tym z SAFE. Resort odpowiada, że wobec weta Prezydenta RP do ustawy o Finansowym Instrumencie Zwiększenia Bezpieczeństwa SAFE „środki te nie stanowią funduszy przeznaczonych na realizację inwestycji kolejowych”. Ministerstwo przemilcza jednak, że jeszcze przed wetem, w puli SAFE przewidzianej na infrastrukturę, znalazły się cztery zadania – dwa kolejowe i dwa drogowe – a wszystkie dotyczyły kierunków niemieckiego, czeskiego i litewskiego. Na kierunku ukraińskim, czyli na Lubelszczyźnie, nie było żadnego. Odpowiedź nie wspomina też ani słowem o programie zastępczym dla budowy infrastruktury transportowej o charakterze obronnym, o którym minister Klimczak mówił publicznie w maju.
Poseł Moskal zapowiada wystąpienie do Marszałka Sejmu w trybie art. 193 ust. 3 Regulaminu Sejmu o zażądanie od ministra infrastruktury dodatkowych wyjaśnień. Chce w nim uzyskać odpowiedzi na cztery pytania zamknięte: czy linia nr 631 znajduje się w wariancie rekomendowanym ZSK, czy Biała Podlaska leży na osi najszybszego połączenia Lublin–Białystok, oraz które konkretnie nowe linie składają się na deklarowane 320 km nowych torów w województwie lubelskim.
Strona 1 z 13912345...102030...»Ostatnia »