Piotr Wójcik: Czy lewica powinna popierać euro?

Piotr Wójcik: Czy lewica powinna popierać euro?

Lewica ma problem z euro. Nie jest w stanie się jednoznacznie określić, czy je popiera, czy jednak nie. Nic dziwnego – stosunek do wspólnej europejskiej waluty to jeden z największych dylemat, przed jakimi stoi polska lewica. Euro jednoznacznie kojarzy się z integracją europejską, która ma wiele niekwestionowanych zalet. Przede wszystkim wiąże nas z regionem, w którym standardy socjalne są na najwyższym poziomie na świecie. Oczywiście można mnóstwo zarzucić systemom gospodarczym krajów UE, które od lat 90. systematycznie się liberalizowały, a proces ten dosięgnął nawet krajów nordyckich. Nie zmienia to faktu, że właśnie w krajach Europy panują relatywnie najbardziej sprawiedliwe porządki ekonomiczno-społeczne. Nie we wszystkich rzecz jasna, jednak jeśli chcielibyśmy szukać prymusów standardów socjalnych i egalitaryzmu, to znaleźlibyśmy je właśnie w Europie. Jest kilka innych regionów świata równie zamożnych, co Europa, jednak ich systemy socjalne są już dużo gorsze. W USA panują niewyobrażalne wręcz nierówności, a wiele stanów pogrążonych jest w patologiach społecznych. W Korei Południowej oraz Japonii nierówności są niższe, jednak w krajach tych ludzie poświęcają się pracy do tego stopnia, że członkowie rodzin ledwo się znają. Jeśli dla wielu Europejczyków Kanada wydaje się również przyjemnym miejscem do życia, to właśnie dlatego, że jest najbardziej podobna do Europy.

Jednak fakt, że euro kojarzy się z integracją europejską, to trochę za mało, żeby lewica miała popierać wspólną walutę. Aby to robić, musiałaby sobie odpowiedzieć na trzy kluczowe pytania. Czy euro rzeczywiście tej integracji pomaga, czy może wręcz przeciwnie? Czy euro wzmacnia europejskie systemy socjalne, czy jednak je osłabia? Dodatkowo, dla lewicy w naszym regionie Europy ważna jest jeszcze jedna kwestia: czy euro pomaga krajom Europy Środkowo-Wschodniej w konwergencji (czyli doganianiu w poziomie rozwoju najzamożniejszych krajów UE), czy ten proces spowalnia? We wszystkich tych obszarach euro wypada… niekorzystnie z lewicowego punktu widzenia.

Generator eurosceptycyzmu

Obecnie nie budzi już większych wątpliwości, że kraje południa Europy wpadły w tak wielkie tarapaty gospodarcze podczas ostatniego kryzysu właśnie dlatego, że przyjęły wspólną walutę. Można dyskutować, na ile to była wina samej konstrukcji strefy euro, a na ile modeli ich gospodarek. Jest jednak pewne, że gdyby nie przyjęły euro, wpadłyby w bez porównania mniejsze perturbacje gospodarcze. Kurs ich walut by spadł, dzięki czemu stałyby się bardziej konkurencyjne, więc ich gospodarki w miarę szybko dostosowałyby się do nowych warunków. Pozbawione tego mechanizmu wpadły w długotrwałą recesję, która przybrała gigantyczne rozmiary. Grecja w 2006 r. była krajem z PKB per capita według parytetu siły nabywczej na poziomie 96 proc. średniej UE. Obecnie jej poziom rozwoju to 67 proc. średniej UE, a więc spadła nawet za Polskę i Węgry, do poziomu Łotwy. Hiszpania spadła z poziomu 103 proc. średniej UE do 92 proc., Włochy ze 108 proc. do 96 proc., a Cypr ze 105 proc. do 84 proc.

Nieprzypadkowo właśnie te kraje należą obecnie do najbardziej eurosceptycznych. Coraz większy sprzeciw wobec obecnego kształtu UE wzbiera wcale nie w Polsce czy na Węgrzech, ale właśnie tam, gdzie uderzył kryzys strefy euro. Według Eurobarometru 2018 przeciętnie w UE 60 proc. ankietowanych dobrze oceniało członkostwo swojego kraju w UE, a 12 proc. źle. W Grecji pozytywnych odpowiedzi było już tylko 45 proc., za to negatywnych 21 proc. We Włoszech odpowiedzi pozytywnych było jedynie 39 proc., a negatywnych 17 proc. Tylko 52 proc. Cypryjczyków pozytywnie ocenia członkostwo Cypru w UE, a negatywnie 13 proc. Tymczasem w Polsce pozytywnych odpowiedzi było aż 70 proc., a negatywnych… 5 proc. Nawet na Węgrzech pozytywnie członkostwo w UE ocenia 61 proc. pytanych, a więc nieco więcej niż średnia. Bardzo pozytywnie o UE wypowiadają się za to kraje skandynawskie, które nie należą do strefy euro. Integrację UE dobrze ocenia 68 proc. Szwedów i aż 76 proc. Duńczyków – to rekord.

Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że euro jest jedyną przyczyną eurosceptycyzmu. W końcu w czołówce najbardziej eurosceptycznych państw są też Czechy i Chorwacja, które w strefie euro nie są. Bez wątpienia jednak za eurosceptycyzm na południu Europy oraz w coraz bardziej eurosceptycznej Francji odpowiada w pierwszej kolejności wspólna waluta i jej negatywne skutki dla systemów ekonomiczno-społecznych. We Włoszech władzę przejęła koalicja, która z krytyki euro i postulatów opuszczenia strefy stworzyła fundament swojego przekazu (szczególnie tyczy się to Ligi). We Francji według sondażu „Le Figaro” Front Narodowy zdobyłby 21 proc. głosów do PE – prawie tyle, co wciąż jeszcze pierwszy En Marche Macrona (21,5 proc.). Grecja już dawno opuściłaby euro, gdyby nie to, że w obecnej sytuacji takie jednostronne wyjście mogłoby ją wpędzić w jeszcze większe tarapaty – kurs nowej drachmy byłby żałośnie niski, tymczasem zadłużona jest w euro. Euro nie jest więc jedyną przyczyną eurosceptycyzmu, ale jest jedną z głównych przyczyn. Hamuje procesy integracyjne, a nie je wzmacnia.

Wróg ambitnej polityki społecznej

Z lewicowego punktu widzenia najważniejsza powinna być jednak odpowiedź na pytanie, czy istnienie euro ułatwia prowadzenie ambitnej polityki społecznej, czy wręcz przeciwnie. W sytuacji walut narodowych i ich płynnych kursów, politycy mają większe pole działania. Mogą prowadzić aktywną i szeroko zakrojoną politykę społeczną, gdyż wiedzą, że w razie kłopotów gospodarczych stabilizatorem będzie kurs waluty. On spadnie, co spowoduje wzrost konkurencyjności eksportu i sytuacja wróci do normy. Wspólna waluta nie tylko ogranicza im pole działania, ale w krajach o słabszych gospodarkach, które nie mają zaawansowanych produktów, wręcz wymusza ograniczanie świadczeń socjalnych. Świadczenia socjalne finansowane są ze składek i podatków – im one wyższe, tym wyższe koszty pracy, a więc niższa konkurencyjność. Kraje nie mające tak rozchwytywanych za granicą produktów, jak Niemcy, muszą sobie radzić dbając o konkurencyjność kosztową. Jest ona tym ważniejsza, że po przyjęciu wspólnej waluty ich kurs walutowy został sztucznie podniesiony – w końcu to waluta także silnych Niemiec i Holandii. Wspólna waluta tworzy więc nacisk na zwiększanie konkurencyjności bezpośrednio przez obniżanie kosztów, a pośrednio przez obniżanie świadczeń socjalnych. W innym przypadku kraj jest skazany na stagnację. Można oczekiwać, że gospodarka się zmodernizuje i sama będzie tak silna jak niemiecka, ale na to można czekać dekady. A koszty społeczne powstają tu i teraz.

Nic więc dziwnego, że spośród krajów nordyckich, które mają najbardziej rozbudowane systemy zabezpieczenia społecznego, a co za tym idzie podatki, tylko Finlandia weszła do strefy euro. Szwecja i Dania, choć mają bardzo konkurencyjne gospodarki, wolą nie pozbawiać się bezpiecznika, jakim jest płynny kurs walutowy. Gdyby się go pozbawiły, w razie recesji jedynym wyjściem byłaby dewaluacja wewnętrzna, a więc demontaż ich systemów socjalnych. I jak na razie wychodzą na tym dużo lepiej. Finlandia utrzymała swój szczodry system zabezpieczenia społecznego oraz bogatych usług publicznych. Wydatki budżetowe są w Finlandii drugie najwyższe w UE – wynoszą 56 proc. PKB (średnia unijna to 46,3 proc.). Jednak skazała się w ten sposób na stagnację. W 2008 roku jej poziom rozwoju wynosił 121 proc. średniej UE. Obecnie już tylko 109 proc. W Szwecji poziom rozwoju w odniesieniu do średniej UE spadł w tym czasie tylko nieznacznie – ze 127 proc. do 122 proc., co wynika po prostu z procesów konwergencji. Poziom rozwoju Danii się nie zmienił – wciąż wynosi 125 proc. średniej UE.

Jedynym krajem w UE, który ma wyższe wydatki publiczne niż Finlandia, jest Francja (56,4 proc. PKB). Także ona obecnie jest w stagnacji. Prezydent Emmanuel Macron chce to zmienić poprzez pakiet reform. Na czym one polegają? Oczywiście na deregulacji rynku pracy oraz zniesieniu niektórych zdobyczy socjalnych. Wzbudza to zrozumiały sprzeciw Francuzów, ale czy można się dziwić takim planom prezydenta Francji? W warunkach wspólnej waluty nie ma innej recepty na odzyskanie konkurencyjności, niż dewaluacja wewnętrzna. Jeśli Francuzi chcą wyrwać się ze stagnacji, muszą przynajmniej upodobnić swoją gospodarkę do Niemiec. Czyli zrezygnować z własnego, dużo bardziej etatystycznego i socjalnego modelu.

Hamulec konwergencji

Jest też sporo dowodów na to, że przyjęcie wspólnej waluty wyhamowuje proces konwergencji. Kraje naszego regionu, które stoją na niższym poziomie rozwoju niż zachodnia UE, mają niedoszacowane waluty. Ich realne PKB per capita, czyli z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej, jest zdecydowanie wyższe, niż PKB per capita przeliczone na euro po kursie rynkowym. To im pomaga, gdyż uatrakcyjnia ich eksport, który staje się dla zagranicznych nabywców tańszy. Dzięki temu mogą generować wyższy wzrost i szybciej doganiać bogatsze kraje. Gdy zbliżą się do poziomu średniego w UE, będą mogły zadziałać w kierunku aprecjacji własnej waluty – np. poprzez podniesienie stóp procentowych. To spowolni wzrost, ale dzięki temu ich obywatele dostaną do ręki droższą walutę, a więc będą mogli sobie pozwolić na większe zakupy zagraniczne – czy w to kraju (import), czy podczas podróży turystycznych. Konwergencja się dokona, a więc szybki wzrost nie będzie już tak istotny. Jednak kraje regionu, które już teraz przyjmują wspólną walutę, wychodzą przed szereg i de facto doprowadzają do aprecjacji własnej waluty zanim dokona się jeszcze konwergencja. Dostają więc do ręki twardą walutę, lecz utrudniają sobie dogonienie krajów zamożnych. Dzieje się tak, ponieważ pozbawiają się wobec nich przewagi niskiego kursu waluty – przyjmując tę samą walutę, co one.

Doskonale widać to na przykładzie Słowacji i Słowenii. W obu przypadkach przyjęcie euro po pierwszym roku doprowadziło do wzrostu PKB per capita na tle średniej unijnej – to efekt samego przyjęcia dużo droższej waluty. Jednak potem następowała stagnacja konwergencji. Słowacja przyjęła euro w 2009 roku. W 2010 r. jej PKB per capita skoczył z poziomu 71 proc. średniej unijnej w 2009 r. do 74 proc. Potem do roku 2013 konwergencja następowała w wolnym tempie 1 pkt. proc. rocznie, czyli do poziomu 77 proc. Jednak od 2013 r. Słowacja przestała już zupełnie doganiać średnią unijną. W 2017 r. wciąż jest na poziomie 77 proc. Słowenia przyjęła euro w 2007 r., będąc na poziomie rozwoju 87 proc. średniej unijnej. Dzięki przyjęciu euro ten poziom skoczył do 90 proc. rok później, jednak w 2009 roku Słowenia wpadła w recesję i spadła do poziomu 85 proc. W 2017 roku jej poziom rozwoju również wynosił 85 proc. średniej unijnej. Jak wygląda na tym tle Polska? W 2009 r. byliśmy na poziomie zaledwie 59 proc. średniej UE, jednak w 2017 r. już 70 proc., czyli nadrobiliśmy 11 pkt. proc., a Słowacja jedynie 6. W okresie 2009-2017 Polska konwergencja następowała więc prawie dwukrotnie szybciej niż słowacka.

Można oczywiście twierdzić, że było warto. Słowacy dostali do ręki twardą walutę, a więc stali się zamożniejsi. Jednak ich zamożność pozostaje głównie na papierze – ewentualnie widać ją, gdy wyjadą za granicę. Wtedy rzeczywiście są nieco zamożniejsi niż Polacy. Jednak w kraju tego nie odczuwają, z tego względu, że oprócz zarobków równolegle wzrosły też ceny. Wiele osób z południa Polski pamięta czasy, gdy na Słowację jeździło się po tańsze zakupy. Obecnie poziom cen na Słowacji wynosi 69 proc. średnich cen unijnych, a Polski 56 proc. Godzinowy koszt pracy na Słowacji to 11,1 euro, a w Polsce 9,4 euro. Rzeczywiście, Słowak zarabia więcej. Jednak jeśli to przeliczymy przez poziom cen, czyli nałożymy parytet siły nabywczej, to godzinowy koszt pracy Słowaka to równowartość 16 euro, a Polaka 17 euro. Realnie zarabiamy zatem więcej, choć nasz poziom rozwoju na tle średniej UE jest o 7 pkt. proc. niższy.

***

Wspólna waluta jest zawalidrogą wobec wartości, które są ważne dla lewicy. Na pewno nie sprzyja integracji krajów kontynentu, a są dowody na to, że ją utrudnia, generując eurosceptycyzm w części krajów strefy. Bez wątpienia utrudnia też prowadzenie ambitnej polityki społecznej, szczególnie w państwach ze słabszymi gospodarkami. Dodatkowo są przesłanki, by twierdzić, że spowalnia proces konwergencji. Jest wiele obszarów integracji, które należy popchnąć naprzód – chociażby wspólna polityka bezpieczeństwa. Lewica mogłaby też postulować wprowadzenie wspólnych standardów socjalnych, które byłyby ustalane dla każdego kraju przy użyciu tych samych wskaźników w odniesieniu do poziomu rozwoju lub średniej płacy. Popieranie przez lewicę ekspansji strefy euro jest kręceniem na siebie bata.

Piotr Wójcik

Jan Przybylski: Czy mogło być inaczej?

Jan Przybylski: Czy mogło być inaczej?

Każdego roku późnym latem powracają rozważania dotyczące września 1939 i pytanie „czy mogło być inaczej”. U niektórych powoduje to odruch alergiczny, jednak w istocie zadawanie tego pytania nie jest bezsensowne. Jeżeli przyjmiemy, że historia nie jest procesem rządzonym przez rygorystyczny determinizm, faktycznie wykluczający wolność czynnika ludzkiego, i decyzje kształtują historię, historie niebyłe stanowią rewers tej rzeczywistej. A jeżeli uwarunkowania geopolityczne i stosunki sił są stałymi wywierającymi bardzo znaczący wpływ na losy narodów, minione lekcje trzeba przerabiać. Szczególnie takie, w przypadku których wynikiem końcowym była katastrofa państwa i narodu.

Jeden z nurtów alternatywnych analiz dotyczących roku 1939 opiera się na przemyśleniach poświęconych rozkładowi wysiłków państwa w latach poprzedzających wojnę, w szczególności w aspekcie środków finansowych. Wychodząc od ubóstwa i niedofinansowania Wojska Polskiego w godzinie próby, autorzy próbują wskazać obszary, w których inwestycje okazały się niepotrzebne, względnie przeznaczone na nie środki można było spożytkować ze znacznie większą korzyścią dla zdolności obronnych armii i państwa. Chłopcy do bicia bywają różni. Mogą być nimi marynarka wojenna (która w istocie okazała się bezużyteczna w starciu z Niemcami, a zasadnicza jej część musiała uchodzić do Wielkiej Brytanii – zapomina się jednak, że ten rodzaj broni był kalibrowany pod kątem starcia ze Związkiem Sowieckim, w przypadku którego jego perspektywy byłoby znacznie lepsze) lub legendarny bombowiec PZL.37 Łoś (ten, chociaż stanowił drzwi, przez które polski przemysł lotniczy miał przejść do kolejnego etapu nowoczesności, sam w sobie krytykę znosi już wyraźnie gorzej). Jednak aspirujące do większej fundamentalności krytyki przedwrześniowego stanu rzeczy biorą za cel Centralny Okręg Przemysłowy. Rzekomo przeznaczone na jego stworzenie środki można było spożytkować o wiele bardziej efektywnie. Niektórzy autorzy przeliczają wydatki na COP wprost np. na dywizje pancerne, twierdząc, że zamiast budować przemysł można było wystawić 6 takich dywizji.

Budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego, w odniesieniu do której decyzje podjęto w roku 1936, a inwestycje poczęto realizować w 1937, w istocie pochłonęła ok. 2,4 miliarda złotych. COP faktycznie nie zdążył zaprocentować do roku 1939. Osiemnastu lat bardzo powolnego rozwoju gospodarczego kraju, na co dodatkowo nałożył się ogólnoświatowy kryzys, nie dało się nadrobić w trzy. Przy cenie bombowca Łoś, wynoszącej z silnikami niecałe 500 000 złotych, albo czołgu 7TP (250 000) w istocie można próbować rozważać, czy inna alokacja środków nie byłaby właściwsza. Gdybyśmy mieli 10 000 czołgów…. Sęk jednak w tym, że takie rozważania są zupełnie oderwane od realiów. Czołgi czy samoloty nie biorą się bowiem z supermarketów. Trzeba je wyprodukować samemu lub kupić od państwa prowadzącego taką produkcję.

W aspekcie zakupów krajowych sytuacja w roku 1935 była tragiczna. Ziemie polskie zostały straszliwie zniszczony wskutek przetoczenia się frontu Wielkiej Wojny, rabunkowej okupacji, a następnie jeszcze dodatkowo wojen ze Związkiem Sowieckim oraz z efemerycznymi formami państwowości ukraińskiej. Szacuje się, że straty w budynkach murowanych wyniosły 40% stanu przedwojennego, w drewnianych – 75%. Zniszczono lub uszkodzono 45% mostów kolejowych i 50% drogowych, w podobnym stopniu sieć drogową oraz kolejową. Straty przemysłu były globalnie względnie niewielkie z uwagi na jego wybitną rachityczność. Wynikała ona z fatalnego nałożenia się specyficznej, opartej na ekstensywnym rolnictwie drogi rozwojowej polskiej gospodarki, czego korzenie sięgały późnego średniowiecza, oraz celowej polityki zaborców, dla których zajęte ziemie polskie były albo peryferiami, albo obszarem permanentnego wrzenia, w każdym razie ostatnimi, gdzie należało lokować inwestycje. Oparta na liberalnych założeniach polityka gospodarcza pierwszych lat niepodległości nie była w stanie spowodować wyraźnej poprawy. Kapitał polski pozostawał w postaci zalążkowej, obcy był albo problematyczny politycznie (niemiecki na Śląsku), albo nie kwapił się do inwestowania w słabym, nowym kraju.

Przewrót polityczny z roku 1926 zmienił relatywnie niewiele. Rozbudowano co prawda wreszcie port w Gdyni i zbudowano magistralę węglową ze Śląska do tego portu, jednak nie nastąpił skokowy rozwój przemysłu. Z jednej strony wynikało to z niedostatecznej bazy i braku popytu wewnętrznego – mściło się poniechanie szerokiej reformy rolnej. Z drugiej – winę za to ponosił faktyczny architekt nowej formy państwa, Józef Piłsudski. Starzał się on bardzo źle, nie śledził światowych trendów rozwojowych w wojskowości ani tym bardziej w gospodarce, którą zresztą nigdy się poważnie nie interesował. W efekcie nie był w stanie ani samodzielnie inicjować działań rozwojowych, ani wspierać swoim autorytetem trafnie zidentyfikowanych sensownych koncepcji nawet ze swojego obozu politycznego. A przecież Stefan Starzyński pod koniec lat 20. proponował rozwiązania keynesistowskie avant la lettre. W efekcie program sanacji ugrzązł w marazmie dojutrkowości i równowagi resortowych rozgrywek bez ogólnego planu.

Piłsudski pozostawił po sobie dramatyczny stan przemysłu w każdym aspekcie, a w dotyczącym możliwości odtwarzania przewidywanych bieżących strat wojennych było zupełnie tragicznie. Wynosiły one w przypadku większości kategorii sprzętu wojskowego od kilku do dwudziestu procent. Już po miesiącu czy dwu prowadzenia intensywniejszych działań Polska roku 1935 stanęłaby w obliczu głębokich kryzysów sprzętowych, które miałyby tendencję pogłębiania się do postaci przepaści. A doświadczenia lat 1919-1920 nakazywały przy tym jak najgłębszy sceptycyzm w odniesieniu do uzyskiwania zaopatrzenia od przewidywanych sojuszników z Zachodu – gdyby nie determinacja francuskiej elity politycznej, która mimo ogromu strat poniesionych w Wielkiej Wojnie zachowała żelazną wolę, armia polska nie miałaby czym walczyć o granice.

Sam Piłsudski nie chciał już liczyć na Francję, której ewolucję mentalno-polityczną, spowodowaną ogromnym zmęczeniem społeczeństwa Wielką Wojną, oceniał zapewne słusznie, jednak za jego czasów nie zrobiono zbyt wiele, aby móc odciąć się od konieczności poszukiwania zewnętrznego wsparcia. Co prawda zasadniczą część zamówień zbrojeniowych ulokowano w kraju, zbudowano stosunkowo prężne zakłady lotnicze PZL, jednak strukturalnym wąskim gardłem pozostawały niewielkim możliwości produkcyjne, będące pochodną niskiego uprzemysłowienia kraju. Następcom marszałka można postawić wiele uzasadnionych zarzutów, jednak stan armii, rozwój gospodarki i zdolności przemysłu diagnozowali bardzo trzeźwo. Stąd decyzja o rozwoju COP-u, który miał stanowić swoiste obejście wcześniejszego zastoju, umożliwiające oparcie przynajmniej armii na w miarę sensownych krajowych fundamentach.

Napięcie w Europie zaczęło wszak w II połowie lat 30. w sposób zauważalny rosnąć z powodu zerwania przez Niemcy traktatowych okowów i rozpoczęcia przez nie gwałtownych zbrojeń. Dla każdego trzeźwego analityka oczywiste musiało być jedno: po latach powojennych oszczędności na wielkie zakupy ruszą wszystkie wielkie armie. I w istocie tak się stało. Delegacje polskich wojskowych odwiedzające Francję w II połowie lat 30. w poszukiwaniu czołgów odpowiadających krajowej doktrynie ich użycia (przemysł krajowy był w stanie dać jedynie bardzo słabo opancerzone 7TP, które w tę doktrynę nijak się nie wpisywały), bezbłędnie wytypowały jako kandydata do zakupu model Somua S-35, który całościowo można określić jako najlepszy pojazd tego okresu. Gospodarze jednak zdecydowanie odmawiali rozmów na temat jego sprzedaży, dając bezwzględny priorytet zaspokojeniu – z niewielkiej produkcji – potrzeb własnej armii. Oferowali jedynie modele Renault D2 i R-35 (a i te w niewielkich liczbach), równie słusznie oceniane przez Polaków jako przestarzałe i/lub wadliwe konstrukcyjnie. Gdy w gorącej atmosferze roku 1939 zwrócono się do Wielkiej Brytanii o dostarczenie najpotrzebniejszych samolotów myśliwskich, sojusznik zgodził się dostarczyć tylko 14 maszyn Hurricane. Najlepszą swoją maszynę tej kategorii, jedyną na świecie dorównującą Messerschmittowi Bf 109E, tj. Spitfire’a, zaoferował w… jednym egzemplarzu. Priorytet miało przezbrojenie RAF. Samoloty akurat mieli na sprzedaż Amerykanie – tyle że, w przeciwieństwie do sojuszników, nie dawali żadnych kredytów, żądali żywej gotówki, a porównywalnego z Hurricanem Curtissa P-36 wyceniali niemal dwa razy wyżej. Wiedzieli, że na zakupach są też Francuzi, biorący całe produkcje na pniu…

Wizja globalnego supermarketu, w którym można było zaopatrywać w nowoczesny sprzęt całe dywizje, jest zatem zupełnie dziecinna. Nic takiego realnie nie istniało. Dla państwa wielkości Polski, dysponującego stosownie dużą armią, nie istniała alternatywa wobec lokowania zakupów we własnym przemyśle. Podjęte inwestycje spowodowały znaczące zwiększenie opisanej powyżej zdolności uzupełniania przewidywanych strat. W roku 1939 wzrosły one w porównaniu z 1935 dwu-pięciokrotnie, do poziomów rzędu 30-70% (zwykle około 50%). Nadal za mało, jednak postęp był wyraźny. Inną, zupełnie zasadniczą, sprawą pozostaje dostosowanie uprawianej polityki i jej ambicji do posiadanego potencjału.

Rozważając aspekty stricte militarne nie wolno rzecz jasna zapominać o ogólnorozwojowym charakterze COP. Z rozbudową zakładów powiązane były rozległe inwestycje w infrastrukturę energetyczną, komunikacyjną i łącznościową. Budowano również osiedla robotnicze. Zapotrzebowanie na fachowców musiałoby spowodować również rozwój szkolnictwa. Dla bardzo zacofanych cywilizacyjne rejonów województw kieleckiego, krakowskiego, lubelskiego i lwowskiego inwestycje w COP były drogą do nadrobienia wielowiekowych zapóźnień.

Podsumowując – o wytykanym sanacji przez niektórych rzekomo straszliwym etatyzmie można powiedzieć jedno: jego w istocie straszliwą cechą był o wiele za mały zakres, zbyt późne rozpoczęcie rozwijania na szerszą skalę, a także brak wpisania w kompleksową koncepcję rozwojową – po raz kolejny powracają strategiczne zaniechania w zakresie reformy rolnej, z powodu których uboga wieś była duszona niesprawiedliwie rozłożonymi podatkami i nie mogła stanowić odpowiedniego rynku zbytu.

dr Jan Przybylski

Wendell Berry: Nie ufam ruchom społecznym [2000]

Ruchy, które zajmują się tylko jednym problemem, albo tylko jednym rozwiązaniem, są skazane na niepowodzenie, ponieważ nie zdołają zapanować nad skutkami nie usuwając przyczyn.

Z moim przyjacielem Wesem Jacksonem odbyliśmy niejedną pożyteczną rozmowę na temat konieczności wycofywania się z ruchów – nawet z tych, które wydają się nam potrzebne i są nam bliskie – kiedy popadają one w zadufanie i zaczynają zdradzać same siebie, a wygląda na to, że dzieje się to niemal w każdym przypadku. Uczestnicy tych ruchów zbyt chętnie gotowi są odmawiać innym tych samych praw i przywilejów, których domagają się dla siebie. Zbyt łatwo stają się niezdolni do traktowania poważnie własnych słów – np. gdy „ruch pokojowy” zaczyna uciekać się do przemocy. Często ruchy stają się zbyt wyspecjalizowane, sprawiając wrażenie, że ostatecznie nie miały innego wyjścia, jak tylko skupić się na wycinkowym polu widzenia instytucjonalnych intelektualistów. Niemal zawsze są zbyt mało radykalne – zajmują się w sumie bardziej skutkami niż przyczynami. Albo też zajmują się pojedynczymi problemami bądź pojedynczymi rozwiązaniami, jak gdyby chciały same sobie zagwarantować, że na pewno nie będą dostatecznie radykalne.

Muszę więc zadeklarować swoje niezadowolenie z ruchów na rzecz ochrony gleb czy na rzecz czystej wody, czystego powietrza czy ochrony dzikiej przyrody, zrównoważonego rolnictwa czy zdrowia społeczności, a także na rzecz dzieci. Jakkolwiek godne są te wszystkie – i jeszcze inne – cele, nie da się ich zrealizować pojedynczo. Takie wysiłki nie przynoszą mi satysfakcji, ponieważ są zbyt specjalistyczne, w niewystarczającym stopniu ogarniają całość problemów, są nie dość radykalne i praktycznie same zwiastują własne niepowodzenie, sugerując, że można zwalczyć czy opanować skutki, nie usuwając przyczyn. Poza tym wszystkim, moim zdaniem, są one nieszczere; sugerują bowiem, że problemy stwarzają inni; chciałyby zmienić politykę, ale nie zachowania.

Największym niebezpieczeństwem może być to, że słowa, jakimi posługuje się dany ruch, zatracą swoje właściwe znaczenie – albo wskutek braku jasności co do swojego sensu i właściwej praktyki, albo w efekcie przejęcia tego słownictwa przez wrogów ruchu. Pamiętam, na przykład, moją naiwną konsternację, gdy przekonałem się, że zwolennicy rolnictwa organicznego mogą traktować „organiczną metodę upraw” jako cel sam w sobie. Dla mnie rolnictwo organiczne było atrakcyjne zarówno jako sposób ochrony przyrody, jak i jako strategia przetrwania dla drobnych rolników. Możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy odkryłem, że mogą istnieć ogromne „organiczne” monokultury! Nie byłem więc już zbytnio zaskoczony, gdy niedawno Departament Rolnictwa Stanów Zjednoczonych usiłował przywłaszczyć sobie etykietkę „organiczne” i ukrywać pod nią napromieniowanie żywności, inżynierię genetyczną i inne przykłady bezczeszczenia gospodarki żywnościowej przez korporacje. Gdy raz pozwolimy, by nasze słowa znaczyły dla każdego to, co sam chce przez nie rozumieć, odtąd to, co mówimy, przestaje być brane poważnie. Gdy wyrażenie „domowej roboty” przestaje znaczyć ni mniej ni więcej jak tylko „zrobione w domu”, to może już ono znaczyć cokolwiek, a skoro może znaczyć cokolwiek, to nie znaczy już nic.

Jak widzicie, mam swoje powody, żeby odmawiać nadania nazwy ruchowi, którego jestem uczestnikiem. Pogodziłem się już z myślą, że od czasu do czasu ruch ten określi się jakąś nazwą i będzie miał jakieś hasła, ale nie zamierzam używać tych haseł ani nazywać mego ruchu żadną z jego nazw.

Przypuśćmy, że mamy jakiś Bezimienny Ruch na Rzecz Lepszego Użytkowania Ziemi i wiemy, że musimy starać się, aby pozostał on przez długi czas aktywny, wrażliwy i inteligentny. Co powinniśmy czynić?

Myślę, że przede wszystkim musimy starać się w pełni dostrzegać rozmiar problemu i skalę trudności. Jeśli martwią nas nadużycia w stosunku do ziemi, to musimy zauważyć, że jest to problem gospodarki. Każda gospodarka jest, z definicji, sposobem gospodarowania ziemią. Jeśli źle korzystamy z naszej ziemi, to coś jest nie w porządku z naszą gospodarką. To trudne. I staje się jeszcze trudniejsze, gdy sobie uświadomimy, że w dzisiejszych czasach każdy z nas uczestniczy w gospodarce każdego innego człowieka.

Jeśli jednak martwimy się złym wykorzystywaniem ziemi, to już wstąpiliśmy na grunt głębokiej krytyki systemu gospodarczego. Wnikając w historię użytkowania ziemi (choćby lokalną historię jakiejkolwiek okolicy), dowiadujemy się, że od dawna mamy taką gospodarkę, która prosperuje dzięki podkopywaniu własnych fundamentów. Industrializm – bo tak na imię naszej gospodarce, praktycznie jedynej gospodarce funkcjonującej w dzisiejszym świecie – od samego początku szaleje w sposób niekontrolowany. Opiera się on wprost na zasadzie gwałtu zadawanego wszystkiemu, od czego gospodarka jest zależna, i bez względu na to, czy industrializm przybierał formę komunistyczną, kapitalistyczną czy jakąkolwiek inną, zawsze oznaczał on taki sam gwałt na przyrodzie, wspólnotach ludzkich, tradycyjnych postaciach rolnictwa i lokalnych gospodarkach. Złe wiadomości docierają dosłownie z całego świata. Czy taką gospodarkę można naprawić bez jej radykalnego przeobrażenia? Nie sądzę.

Wodzowie Przemysłu zawsze radzili nam, reszcie świata, żebyśmy byli „realistami”. No to bądźmy realistami. Czy jest realistycznie zakładać, że obecna gospodarka byłaby w sam raz, gdyby tylko przestała zatruwać powietrze i wodę lub gdyby tylko powstrzymała erozję gleby, lub gdyby tylko przestała degradować zlewnie wód i ekosystemy leśne, lub gdyby tylko przestała deprawować dzieci, lub gdyby tylko przestała przekupywać polityków, lub gdyby tylko dała kobietom i wyróżnionym mniejszościom godziwą miarkę w podziale łupu? Realizm, moim zdaniem, to program bardzo ograniczony, ale przynajmniej mówi on nam, że nie powinniśmy szukać ptasich jaj w zegarze z kukułką.

Beznadziejność zmagań o pojedyncze sprawy i ruchów walczących o pojedynczy cel możemy też wykazać podążając następującym torem myślenia: Potrzebujemy ciągłego dopływu nieskażonej wody. A więc potrzebujemy (między innymi) rolnictwa i leśnictwa prowadzonych takimi metodami, które chronią glebę i wodę, czyli nie opierają się na monokulturach, toksycznych chemikaliach oraz obojętności i gwałcie, które zawsze towarzyszą przemysłowym przedsięwzięciom na wielką skalę realizowanym na naszej ziemi. Potrzebujemy więc różnorodnych systemów gospodarowania ziemią w małej skali, które opierają się na ludziach. A zatem potrzebujemy ludzi o odpowiedniej wiedzy, umiejętnościach, motywacjach i postawach – takich, jakich wymagają zróżnicowane systemy gospodarcze małej skali. I wszystko to wygląda przejrzyście i ładnie, do chwili aż przyjdzie nam zadać sobie pytanie: „Gdzie są ci ludzie?”.

Ci z nas, którzy żyją pośród nieszczęsnych wiejskich pejzaży Stanów Zjednoczonych dobrze wiedzą, że większość ludzi dociera w te okolice w celach jedynie rekreacyjnych. Widzimy ich jeżdżących na rowerze, pływających łódką, wędrujących z plecakiem lub z przyczepą campingową, polujących, łowiących ryby albo jadących samochodem i rozglądających się. Ci ludzie nie – mówiąc słowami Mary Austin – „spędzają z tą ziemią lat i zim”. Nie znają oni ludzkiej ani przyrodniczej ekonomiki tych ziem. Choć ludzie w swym rozwoju nie wyzbyli się potrzeby jedzenia i picia, noszenia ubrań i zamieszkiwania w domach, większość z nich jednak wyzbyła się domowych kunsztów, które pozwalają wytwarzać i konserwować te potrzebne rzeczy. Mało tego: ci stosunkowo nieliczni, którzy wciąż praktykują owe niezbędne umiejętności, często odczuwają potrzebę usprawiedliwiania się z tego powodu, gdyż w naszym systemie edukacyjnym starannie wpojono im, że owe zajęcia degradują człowieka i są niegodne jego talentów. Wykształcone umysły w epoce nowożytnej rzadko wiedzą cokolwiek na temat jedzenia i picia, ubrania i schronienia. Traktując to wszystko jako coś, co samo przychodzi, wykształcony nowoczesny umysł okazuje się najbardziej przesądnym, jaki kiedykolwiek istniał na tym świecie. Jakiż może być większy przesąd niż wyobrażenie, że pieniądze stwarzają jedzenie?

Nie sugeruję, bynajmniej, żeby wszyscy zostali rolnikami albo leśnikami. Broń Boże! Sugeruję tylko, że większość ludzi żyje dziś w dalekim oderwaniu od realiów, co może mieć katastrofalne skutki. Większość ludzi jest dziś karmiona, odziewana i ma dach nad głową dzięki czerpaniu ze źródeł, w stosunku do których nie odczuwa żadnej wdzięczności ani odpowiedzialności. Nie ma żadnego znaczącego samorządu miejskiego, żadnego potężnego lobby konsumenckiego, żadnej zauważalnej siły politycznej, które by walczyły o odpowiedzialne użytkowanie ziemi, uprawę roli i leśnictwo, o uzdrowienie gleby zdegradowanej przez nadużycia czy o powstrzymanie niszczenia ziemi przez tzw. „zagospodarowywanie” i „rozwój”.

Doskwiera nam dziś dotkliwy brak wyobraźni. Większość z nas nie umie sobie wyobrazić pszenicy, z której bierze się chleb; rolnika, któremu zawdzięczamy pszenicę; gospodarstwa, dzięki któremu żyje rolnik; ani historii, która doprowadziła do powstania gospodarstwa w takiej a nie innej postaci. Większość ludzi nie umie sobie wyobrazić lasu ani ekonomiki lasu, którym zawdzięczają swoje domy, meble i papier; ani krajobrazów, rzek i pogody, dzięki którym ich dzbany, wanny i baseny napełniają się wodą. Większość ludzi zdaje się zakładać, że skoro zapłacili za te rzeczy pieniędzmi, to już całkowicie wywiązali się ze swoich zobowiązań.

Pieniądze nie stwarzają jedzenia. Nie stwarza go też technika systemu żywnościowego. Jedzenie bierze się z przyrody i z ludzkiej pracy. Jeśli zaopatrzenie w żywność ma być niezawodne przez długi czas, to człowiek musi pracować w harmonii z przyrodą. To oznacza, że człowiek musi znaleźć praktyczne odpowiedzi na wiele trudnych, realnych pytań. To samo dotyczy leśnictwa i możliwości ciągłych dostaw drewna.

Zadanie, które nas czeka, można by opisać jako potrzebę poszerzenia świadomości i rozbudzenia sumienia gospodarki. Nasza gospodarka musi wiedzieć, co robi i troszczyć się o to. Jest to stwierdzenie rewolucyjne – owszem, jeśli pociągają cię rewolucje – ale jest to również coś, co dyktuje zwykły rozsądek.

Bez wątpienia znajdą się ludzie chętni zapoczątkować ruch, który postawi sobie taki właśnie cel. Zapewne nazwą go Ruchem Uczenia Gospodarki O Tym, Co Ona Robi – w skrócie: rugotcor. Co prawda ze sporym dyskomfortem, jednak poprę jego powstanie, pod trzema wszakże warunkami.

Pierwszy warunek będzie taki, że ruch powinien od początku porzucić wszelką nadzieję i wiarę pokładaną w cząstkowe rozwiązania, załatwiane jednym posunięciem. Prowadzone przez dzisiejszą naukę poszukiwania bezwonnego świńskiego nawozu powinny być dla nas wystarczającym dowodem, że specjaliści nie są już po naszej stronie. Mimo stuleci redukcjonistycznej propagandy świat jest wciąż zawiły i rozległy, ma w sobie tyle samo mroku co światła, i jest miejscem misterium, gdzie nie możemy zrobić jednej rzeczy, nie robiąc jednocześnie wielu innych, ani połączyć dwóch rzeczy, nie łącząc przy tym wielu innych. Jakości wody, na przykład, nie da się poprawić nie poprawiając rolnictwa i leśnictwa, ale rolnictwa i leśnictwa nie można ulepszyć bez ulepszenia edukacji konsumentów – i tak dalej.

Właściwym zadaniem ludzkiej gospodarki jest uczynić nas i ten świat jednością. Doprowadzenie do tego, że staniemy się praktyczną jednością z ziemią pod naszymi stopami być może nie jest w ogóle możliwe – skąd mamy to wiedzieć? – ale stawiając to sobie za cel naszych dążeń przynajmniej wychodzimy ze ślepego zadufania, porzucając bezpodstawne założenie, iż możemy podzielić współczesne wielkie fiasko na tysiąc odrębnych problemów, z którymi zdołamy się uporać przez powołanie tysiąca grup akademickich i biurokratycznych specjalistów. Ten program już był wypróbowywany wystarczająco długo, byśmy zdali sobie sprawę, że nie tędy droga.

Moim drugim warunkiem jest to, żeby członkowie ruchu (rugotcor) brali na siebie pełną odpowiedzialność za to, co sami robią jako uczestnicy istniejącej gospodarki. Jeśli chcemy pouczać gospodarkę o tym, co ona robi, to musimy dowiedzieć się, co robimy my sami. Ten ruch będzie musiał być w takim samym stopniu prywatny, jak publiczny. Jeśli nierealistyczne jest oczekiwanie, że marnotrawne zakłady przemysłowe zaczną chronić zasoby, to oczywiste jest, że musimy po części udzielać się publicznie – wnosić skargi, składać petycje, protestować, domagać się i popierać surowsze przepisy i zdrowsze programy polityczne. Ale to nie wystarczy.

Jeśli nierealistyczne jest oczekiwanie, że zła gospodarka sama postara się stać dobrą, to musimy zabrać się do pracy i zacząć budować dobrą gospodarkę. To, że ten obowiązek przypada właśnie nam, jest jak najbardziej na miejscu, gdyż postępować zgodne z zasadami dobrej gospodarki łatwiej jest nam niż wielkim korporacjom z ich błędnie wykształconymi menedżerami oraz chciwymi i nieświadomymi akcjonariuszami. Skoro jest to łatwiejsze właśnie dla nas, to musimy starać się na wszelkie możliwe sposoby prowadzić sensowną gospodarkę we własnym życiu, w naszych obejściach i w społecznościach, w których żyjemy. Musimy robić więcej dla siebie i naszych bliźnich. Musimy uczyć się wydawać pieniądze u naszych przyjaciół, a nie u wrogów. W tym celu jednak konieczne jest odnowienie lokalnej gospodarki i ponowne ożywienie domowych kunsztów.

Dążąc do zmiany sposobu gospodarczego użytkowania świata, nieuchronnie dążymy do zmiany własnego życia. Pożądana przez nas zewnętrzna harmonia między gospodarką a światem zależy w sumie od wewnętrznej harmonii między naszymi sercami a duchem, z którego wywodzi się życie wszystkich stworzeń, duchem, który jest nam tak bliski, jak ciało, a jednak wiecznie pozostaje poza wszelkimi miarami w tej dobie obsesyjnych pomiarów. Uprawiać dobrą pszenicę i piec dobry chleb możemy tylko wtedy, jeśli pojmiemy, że nie samym chlebem żyjemy.

Moim trzecim warunkiem jest to, żeby ruch pozostał ubogi. Musimy znajdować tanie rozwiązania, rozwiązania, które będą w zasięgu każdego, a tymczasem dostępność dużych pieniędzy uniemożliwia odkrywanie tanich rozwiązań. Rozwiązania nowoczesnej medycyny i nowoczesnego rolnictwa są wszystkie zawrotnie kosztowne, i jest to spowodowane po części dostępnością olbrzymich sum pieniędzy na badania w tych dziedzinach. Ponadto zbyt duża ilość pieniędzy przyciąga administratorów i ekspertów, tak jak cukier przyciąga mrówki – wystarczy zobaczyć, co się dzieje na uniwersytetach. Nie powinniśmy zazdrościć zamożnym ruchom, organizowanym i kierowanym przez alternatywną biurokrację żyjącą z problemów, które powinna rozwiązywać. Chcemy takiego ruchu, który jest właśnie ruchem – ponieważ posuwają go naprzód wszyscy uczestnicy, w swoim codziennym życiu.

Teraz, gdy już skompletowałem tę doprawdy groźnie wyglądającą listę piętrzących się przed nami problemów i trudności, obaw i lękliwych nadziei, ogarnia mnie poczucie ulgi, gdyż widzę, że przez cały czas szykowałem się do tego, aby na koniec powiedzieć coś podnoszącego na duchu. Wszystko, o czym tu mówię dotyczy możliwości odrodzenia ludzkiego szacunku dla tej Ziemi i dla wszystkich dobrych, pożytecznych i pięknych rzeczy, które z niej pochodzą. Pokazałem jasno – mam nadzieję – że tego szacunku nie da się należycie wyrazić przez uchylanie kapelusza przed naturą ani przez przedstawianie jej piękna w sztuce, ani przez modlitwy dziękczynne, ani przez obejmowanie ochroną skrawków dzikiej przyrody – choć polecam każdą z tych rzeczy. Szacunek, który mam na myśli można wyrazić tylko przez czynienie dobrego użytku z dóbr świata, które są nam dane. Jedyną, że się tak wyrażę, walutą szacunku, jest właśnie ów dobry użytek, a wraz z odradzaniem się w ten sposób szacunku dla Ziemi odradza się w nas także poczucie przyjemności. Powołania i dyscypliny, które określiłem jako domowe kunszty, znaczą całą długość drogi od gospodarstwa do gotowego obiadu, od lasu do obiadowego stołu, od gospodarzenia ziemią po gościnność względem przyjaciół i nieznajomych. Kunszty te są równie wymagające, i równie wdzięczne, równie pouczające i równie przysparzające przyjemności, jak tak zwane „sztuki piękne”. Uczenie się ich to praca będąca – jestem przekonany – naszym najgłębszym powołaniem. Nagrodą będzie wzbogacenie naszego życia oraz radość.

Wendell Berry

tłum. Paweł Listwan

fot. w tekście Tomasz Chmielewski

Artykuł pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Resurgence” nr 198, styczeń/luty 2000. Następnie powyższe tłumaczenie opublikowaliśmy w piśmie „Obywatel” (poprzedniku „Nowego Obywatela”) nr 10, wiosna 2002 r.

Transformacja uchwycona w locie

Transformacja uchwycona w locie

Książka Piotra Marciniaka „Miraż Sierpnia. Lewicowe myślenie w dobie antykomunistycznej rewolucji: wybór esejów i artykułów z lat 1987-1998” jest interesującym, bo nieszablonowym świadectwem człowieka lewicy opozycyjnej. Interesującym i nieszablonowym nie tylko dlatego, że to ciągle perspektywa pod względem politycznym mniejszościowa, choć dzięki publikacjom Karola Modzelewskiego, Tadeusza Kowalika, Davida Osta, Jana Sowy czy Rafała Wosia nie całkiem nieobecna. Tym, co ją wyróżnia na tle dostępnych już publikacji, jest przede wszystkim jej „interwencyjno-diagnostyczny” charakter, dostrzegalny dzisiaj z jej kronikarskiego oglądu. Nie mamy tutaj do czynienia z materiałem, który patrzy na transformację jako na okres zamknięty, możliwy do podsumowania, które zawsze przeprowadza się łatwiej, jeśli wynik procesów społecznych już znamy. W przypadku książki Piotra Marciniaka jest inaczej: to praca złożona z tekstów powstających na bieżąco, będących w stałym napięciu z żywiołem tego, co aktualnie jeszcze nieuformowane i pozbawione punktów dojścia.

Pisząc to, nie chodzi mi wyłącznie o pierwotne daty publikacji artykułów Marciniaka. Znajdziemy setki autorów, którzy pisali na bieżąco o transformacji ustrojowej i gospodarczej i z perspektywy czasu ich teksty nie przedstawiałaby żadnej wartości – może poza tym, że byłyby historycznym świadectwem bezmyślności, płytkości, odtwórczości czy konformizmu. Pisząc, że zbiór Marciniaka wyróżnia się swoją aktualnością, niewczesnością, chcę podkreślić – po pierwsze –METODĘ stosowaną przez autora, po drugie – analityczną wartość jego interwencji, zarówno jeśli chodzi o ich funkcję diagnostyczną (odpowiadającą na pytanie „jak jest?”), jak i o ich walor prognostyczny („jak może być?”). Frustrującym elementem jego analiz – który nie leży już jednak po stronie autora – jest ich strona pragmatyczna („co robić?”), co wynika nie z faktu, że autor nie miał lewicy nic do zaproponowania w obszarze strategii – jest wręcz przeciwnie – lecz z uwagi na to, że jego myślenie aktualności nie przeistoczyło się w to, co jest główną stawką analiz pisanych „na gorąco”, z ręką trzymaną na pulsie – w spójną i znaczącą praxis, praktykę polityczną.

Zacznijmy jednak od metody. Analizy Piotra Marciniaka wykorzystują to, co najlepsze w tradycji socjologii ruchów społecznych. Są przekonującym świadectwem tego, że „karnawał Solidarności” i polski ruch robotniczy w PRL wywołał przełom nie tylko polityczny, ale także towarzyszący mu ferment teoretyczny. Sposób, w jaki autor wykorzystuje – w subtelny, niedogmatyczny sposób – marksistowską socjologię, by odsłonić sprzeczności charakterystyczne dla ustroju, który swoją pierwotną legitymizację wywodził właśnie z marksizmu, odpowiada temu, w jaki sposób klasa robotnicza, do reprezentowania której system rościł sobie monopol, staje się zbiorowym podmiotem i wprawia realny socjalizm w kryzys. Zarazem jednak – co świadczy o uczciwości intelektualnej autora oraz o rzadkiej zdolności do wysuwania antycypującej krytyki własnego obozu politycznego (opozycji, ruchu związkowego) – Marciniak jeszcze w tekstach z lat 80. trafnie przewiduje, że tak jak warunki stabilności PRL stały się warunkami niemożliwości przetrwania systemu, tak też warunki zaistnienia autonomicznego ruchu robotniczego w krótkim czasie skurczyły się dramatycznie, będąc ściśle zależne od istnienia stosunków produkcji i struktury gospodarczej realnego socjalizmu.

Wnioski, jakie na bieżąco formułuje autor, okazują się prorocze i tylko skromność nie pozwala mu we wprowadzeniu do książki na chełpienie się: „a nie mówiłem?”. Przy tym należy docenić to, w jaki sposób na każdym etapie swoich interwencji Marciniak rysuje – w bardzo klarowny i dobrze uargumentowany sposób – możliwe trajektorie przemian. Jest w nich miejsce i na scenariusze czarne, i na te oglądane w różowych okularach, a między nimi otwiera się przestrzeń na warianty mieszane. Nie da się nie odnieść wrażenia, że zbiór ten, kończący się na roku 1998, czytany po 20 latach okazuje się pisanym na bieżąco ostrzeżeniem przed drogą najgorszą, która faktycznie się ziściła. Autor już na przełomie lat 80. i 90. – przed Fukuyamą – wykazuje nie tylko płonność nadziei na neoliberalny „koniec historii”, ale już wówczas odnotowuje, często powtarzaną dzisiaj, obserwację (najpełniej rozwiniętą przez Derridę w jego krytyce Fukuyamy), że wizja historii, jaką posługiwali się zwolennicy neoliberalnej „There Is No Alternative” żywcem przypomina sprowadzony do odkupieńczego wariantu, zwulgaryzowany materializm historyczny. I tu, i tu historia w sposób obiektywny i konieczny jest po naszej stronie, kres dziejów został z góry określony, a wszelkie bariery w jego osiągnięciu to chwilowe wypadki przy pracy, które należy złożyć na ołtarzu postępu. W ten sposób można z równym przekonaniem uzasadnić konieczność planu pięcioletniego oraz planu Balcerowicza.

Takich antycypujących momentów jest w tekstach Marciniaka więcej. Wskażmy chociażby na to, że kilkanaście lat przed celebryckim raportem Macieja Gduli wprowadza on pojęcie „nowego autorytaryzmu”, przypisując mu – w moim przekonaniu trafniejsze i bardziej uczciwe – znaczenie niż to, które ukuł socjolog „Krytyki Politycznej”. Nowy autorytaryzm to dla Marciniaka kierunek przemian, w którym parasol ochronny nad neoliberalnymi reformami gospodarczymi roztacza państwo policyjne. Marciniak zasadnie wskazuje, że takie ciągoty mogą mieć – i faktycznie mają – zarówno dawni postkomunistyczni autokraci, jak i elity z obozu postsolidarnościowego, mające po swojej stronie związek zawodowy abdykujący ze swojej stricte związkowej roli. Taki nowy autorytaryzm podminowuje zdaniem autora możliwość stworzenia w Polsce porządku faktycznie liberalnego, pozbawionego swojej policyjnej twarzy – lokuje to Marciniaka obok takich uznanych badaczy neoliberalizmu jak Michel Foucault, Naomi Klein czy Loïc Wacquant, którzy wskazywali na to, że państwowemu wytwarzaniu neoliberalnych stosunków społecznych („niewidzialna ręka rynku”) towarzyszy – tylko pozornie sprzeczny z nim – program autorytarny („widzialna pięść państwa”), skutkujący pacyfikacją klasy robotniczej, penalizacją biedy czy kontrolą kobiecej rozrodczości.

Zarazem Marciniak przewiduje, że jedną z odpowiedzi na tak rozumiany nowy autorytaryzm będzie populizm o rewolucyjnej retoryce i zauważa już u progu lat 90., że nośnikiem dla takiej formacji będzie narracja antykomunistyczna, nacjonalistyczna, katolicka czy antyeuropejska. Prawicowy populizm zostanie, ostrzega autor – i okazuje się mieć rację – wywołany przez elitarystyczny, odgórny charakter transformacji, który blokuje kanały artykulacji sprzeciwu społecznego, uniemożliwia dialog, nie prowadzi do odrodzenia zakładowej, lokalnej czy związkowej samoorganizacji. Autorska propozycja Marciniaka, którą zgłasza on konsekwentnie od samego początku, unikających przy tym powtórzeń tych samych argumentów, każdorazowo dostosowując je do aktualnego kontekstu – toczącej się w tle najnowszej historii Polski – opiera się właśnie na wezwaniu do aktywizacji społecznej. Tym samym „trzecia droga’, którą proponuje autor – niemająca nic wspólnego z niesławnym socjalliberalizmem, który pod nazwą trzeciej drogi realizowali politycy dawnej lewicy, od Billa Clintona i Tony’ego Blaira, przez Gerharda Schroedera, po Leszka Millera – wyłamuje się z książkowych alternatyw wolnego rynku i etatyzmu. Umożliwia to Marciniakowi-opozycjoniście zdystansowanie się od wojującego antykomunizmu i bezmyślnego antyetatyzmu, ale też Marciniakowi-socjaliście ułatwia porzucenie ślepej wiary we wszechwładne zbiurokratyzowane państwo i odgórne kierownictwo partii. Nieszablonowość pozytywnych propozycji Marciniaka tkwi także w jego gotowości do twórczego, niedogmatycznego przyswajania tradycji, które – znowuż – z podręcznikowego punktu widzenia można by uznać za nielewicowe. Tymczasem autor ma świadomość, że tradycja chłopska, inteligencka, patriotyczna czy katolicka – podobnie zresztą jak robotnicza czy internacjonalistyczna – mogą służyć tyleż konserwatywnym, co postępowym celom. Socjaldemokratyczna korekta, o której pisze on w latach 90., z pozycji krytycznych wobec kształtu transformacji, nie ma polegać na kopiowaniu gotowych wzorców, lecz na rozpoznaniu specyficznego, niepowtarzalnego doświadczenia polskiego, jakim jest upadek realnego socjalizmu w kilka lat po brutalnym zdławieniu „karnawału Solidarności”.

To, co pozostawia pewien niedosyt po lekturze książki, to pytanie o jej cel. Autor pisze, że zebrał swoje teksty z nadzieją na to, że być może będą one miały jakiś użytek dla przyszłego pokolenia. Sądzę, że nie myli się co do tkwiącego w tym materiale potencjału, natomiast na jego niekorzyść zdecydowanie działa brak wstępu tudzież posłowia – własnego lub kogoś współmyślącego – które wykładałoby w bardziej bezpośredni sposób, w czym tkwi siła tej publikacji i dlaczego właściwie warto po nią dzisiaj sięgnąć. Być może te powody nie są widoczne dla samego autora.

W moim przekonaniu zasadnicza wartość jego zbioru tkwi nawet nie tyle w rekonstrukcji mniejszościowego, zwyciężonego nurtu antyneoliberalnej lewicy czasów przełomu – bo na tym polu Marciniak się ze swoją publikacją zwyczajnie spóźnił – ale w jego metodzie, w zdolności do współmyślenia w pędzącym pociągu historii, który w żadnym wypadku nie wyhamowuje przed stacją końcową, ale ma przed sobą prawdziwy galimatias rozjazdów i bocznic, których część kryje się pod tunelami. Piotr Marciniak potrafi w wyprzedzający sposób oświetlić te tunele, co trzeba docenić, nawet jeśli ostrzeżenia zbywane są przez konduktora. Jeśli młode pokolenie lewicy miałoby się czegoś nauczyć z „Mirażu Sierpnia” to w mniejszej mierze dotyczy to wiedzy historycznej, w większej natomiast drygu do tego, by ją rozumiejąco wyprzedzać.

Łukasz Moll

Zdjęcie Jan Mehlich za pl.wikipedia.org

Piotr Wójcik: Zakredytowani

System ekonomiczno-społeczny współczesnego kapitalizmu oparty jest o kredyt. Gdyby nie instytucja kredytu, porządek społeczny w większości państw by się zawalił. Aż przykro to pisać, ale w zasadzie dostępność kredytu jest obecnie najpewniejszym systemem zabezpieczenia społecznego. Czy też quasispołecznego, ponieważ oparte jest to o prywatne korporacje obracające prywatnymi depozytami. Wiele rządów sprowadziło do minimum politykę społeczną, dochodząc do wniosku, że łatwy dostęp do kredytu będzie jej doskonałym substytutem. Przy którym nie trzeba się specjalnie napracować – wystarczy zapewnić jakieś otoczenie regulacyjne oraz, przede wszystkim, niskie stopy procentowe. Politykę niskich stóp procentowych prowadzą obecnie niemal wszystkie kraje rozwinięte. W Polsce stopy procentowe wynoszą 1,5 proc., więc są niższe od inflacji, która wynosi ok. 2 proc. Oczywiście polityka niskich stóp procentowych sama w sobie nie jest niczym złym. Złe jest zastąpienie polityki społecznej polityką ułatwiania dostępu do kredytu.

Niech jedzą kredyt!

Współcześnie mamy do czynienia z dwoma negatywnymi zjawiskami, które na zasadzie synergii wzajemnie potęgują swój wpływ na otoczenie ekonomiczno-społeczne. Po pierwsze mamy do czynienia ze spadkiem udziału płac w PKB, czyli dochody pracowników, a więc zdecydowanej większości aktywnych zawodowo członków społeczeństwa, są coraz niższe w stosunku do sumy dochodu wytwarzanego przez daną gospodarkę. Po drugie, ograniczane są oraz urynkowiane usługi publiczne. Szczególnie to drugie zachodzi na bardzo szeroką skalę.

Obywatele muszą więc coraz większą ilość podstawowych dóbr i usług uzyskiwać na rynku. Niedofinansowanie służby zdrowia kończy się oczywiście długimi kolejkami, a mało komu uśmiecha się czekać na doprowadzanie swojego zdrowia do porządku. Wiele osób decyduje się więc na zabiegi lub operacje opłacone z prywatnej kieszeni. Wycofywanie się państwa i samorządów z obszaru mieszkalnictwa sprawia, że dla każdego, kto poszukuje dachu nad głową na długi czas i w stabilnym trybie, jedyną alternatywą jest jego zakup. Dla wielu osób na prowincji, i to nie tylko w Polsce, które chcą aktywnie funkcjonować, nie pozostaje nic innego, niż zakup własnego samochodu i jego systematyczne utrzymywanie w stanie gotowości. Te wszystkie zupełnie podstawowe dobra i usługi tak zwani zwykli ludzie muszą kupować na kredyt, gdyż mało kogo stać na pokrycie ich z oszczędności.

Gdyby zatem nie instytucja kredytu, to miliony ludzi na Zachodzie nie miałyby jak dojechać do pracy, leczyć się, o zdobyciu mieszkania nie wspominając. Gdyby nie instytucja kredytu nie mieliby także jak pokryć nagłych wysokich wydatków spowodowanych nieprzewidzianymi wydarzeniami. Instytucje kredytowe działają dosyć sprawnie, dzięki czemu nie mamy do czynienia z wybuchającymi co rusz niepokojami społecznymi. Ludzie zamiast domagać się bardziej sprawiedliwego porządku społecznego i bardziej aktywnych instytucji publicznych, wolą machnąć ręką i iść po pożyczkę. Zostaliśmy przekupieni łatwym dostępem do kredytu, a politycy za pomocą polityki niskich stóp kupili sobie spokój społeczny. Nic więc dziwnego, że zadłużenie gospodarstw domowych w Europie urosło do niespotykanych wcześniej rozmiarów – i dalej rośnie.

W długach po uszy

Zadłużenie gospodarstw domowych w stosunku do ich rocznych dochodów w niemal wszystkich krajach UE jest na najwyższych poziomach w historii. Od lat 90. w wielu krajach wzrosło trzykrotnie i nie mówimy tu tylko o krajach byłego bloku wschodniego, gdzie z kredytu zaczęto korzystać na dużą skalę w zasadzie dopiero z nastaniem XXI wieku. We Włoszech w 1995 roku suma długów gospodarstw domowych wynosiła 24 proc. sumy ich rocznych dochodów. Tymczasem w 2016 r. wynosiła już 61 proc. (szczyt nastąpił w 2012 r. – 64 proc.). We Francji w 1995 r. długi wynosiły 52 proc. dochodów, a w 2016 r. już 91 proc. (to rekord). W Hiszpanii w 1999 roku wynosiły 63 proc., by już w przeddzień kryzysu, w 2007 roku, osiągnąć historyczny rekord 135 proc. Od tamtego czasu poziom zdążył zjechać do 104 proc. w 2016 r., ale było to spowodowane ciężkim kryzysem, w którym banki ograniczyły akcję kredytową. W Szwecji w latach 1995-2017 nastąpił dwukrotny wzrost – z 86 proc. do 167 proc. W Niemczech długi gospodarstw domowych wynoszą 85 proc., a w Holandii 217 proc.

Oczywiście zdecydowanie największe, nawet kilkunastokrotne wzrosty zanotowały kraje naszego regionu, które weszły do systemu opartego o kredyt dopiero po 1989 roku, a tak naprawdę dekadę później, gdy kredyt zaczął być dostępny dla szerokich grup społecznych. W 1995 roku w Polsce zadłużenie gospodarstw domowych wynosiło zaledwie 3 proc. ich rocznych dochodów. W 2015 roku osiągnęło ono rekordowy poziom 60 proc., co utrzymało się także rok później. Na Słowacji w tym okresie nastąpił wzrost z 6 proc. do 63 proc., a w Czechach z 18 proc. do 59 proc. Oznacza to tyle, że niemal wszędzie w Europie raty kredytów stanowią procentowo wielokrotnie większe obciążenie dla budżetów gospodarstw domowych niż jeszcze nieco ponad 20 lat temu.

Bogaci mają taniej

Dlaczego to w zasadzie jest złe? Przecież system oparty o kredyt jakoś się kręci, ludzie na Zachodzie generalnie żyją dostatnie, nawet w krajach naszego regionu społeczeństwa się bogacą. Po pierwsze zbyt wysoki dług prywatny jest kryzysogenny. Przyjęło się uważać, że to dług publiczny stanowi szczególne zagrożenie dla stabilności gospodarki, ale to zwyczajna nieprawda. Z tych dwóch rodzajów zadłużenia, to właśnie zadłużenie prywatne jest bardziej niebezpieczne. Dość powiedzieć, że ostatni kryzys gospodarczy rozpoczął się na amerykańskim rynku kredytów hipotecznych. W przededniu kryzysu strefy euro we wszystkich krajach, w które uderzył on szczególnie mocno, to zadłużenie prywatne stanowiło prawdziwe obciążenie i było wyższe, niż zadłużenie publiczne. W Hiszpanii cały dług prywatny w 2008 r. wynosił 196 proc. PKB, tymczasem dług publiczny jedynie 39 proc. W Irlandii dług prywatny wynosił 236 proc., a publiczny zaledwie 42 proc. W Portugalii odpowiednio 196 proc. PKB i 68 proc. Nawet w Grecji, gdzie dług publiczny stanowił stosunkowo największy problem, zadłużenie prywatne było wyższe (113 proc. wobec 109 proc.). W krajach rozwiniętych, o ile ich państwa nie zadłużają się w obcych walutach, to dług prywatny prowadzi do kryzysów, nie dług publiczny.

Po drugie, być może nawet ważniejsze, system społeczny oparty o kredyt jest zwyczajnie niesprawiedliwy. Dzieje się tak, ponieważ zapewnia on dużo tańszy dostęp do podstawowych dóbr osobom, które mają wyższe dochody. I to tańszy nie tylko w stosunku do dochodu, ale też w liczbach bezwzględnych. Instytucja kredytu polega przecież na tym, że osoba mająca wyższe dochody otrzyma kredyt obciążony niższymi odsetkami. Będzie bowiem dla banku stanowić mniejsze ryzyko niewypłacalności. Różnice w oprocentowaniu na papierze mogą się wydawać niewielkie, ale w rzeczywistości przekładają się one na bardzo duże kwoty. Przykładowo, gdy ktoś dysponujący raczej przeciętnymi dochodami otrzyma kredyt hipoteczny na 200 tys. zł na 5 proc., to w ciągu 30 lat będzie musiał zapłacić bankowi w sumie 386,5 tys. zł. Tymczasem ktoś mający wyższe dochody otrzyma ten sam kredyt na 3 proc. i zapłaci bankowi w sumie 303,5 tys. zł. Zatem osoba mająca wyższy dochód kupi to samo mieszkanie za 83 tys. złotych taniej, choć przecież i tak już będzie to dla niej mniejszym obciążeniem. System społeczny, w którym podstawowe dobra, tradycyjny obszar usług publicznych, są dużo taniej dostarczane osobom lepiej zarabiającym – jest patologiczny.

I wreszcie po trzecie, sytuacja ta powoduje, że sektor bankowy zdobywa pozycję dużo ważniejszą, niż wynikałoby to z realnego pożytku, jaki wnosi do społeczeństwa. Przecież sektor bankowy niczego nie produkuje, a więc nie tworzy wartości dodanej w realnej gospodarce. Sektor bankowy jest jedynie pośrednikiem – pośredniczy między depozytariuszem a kredytobiorcą. Przenosi pieniądze z jednego miejsca w drugie. Tymczasem obecnie banki są najbardziej zyskownymi korporacjami, a płace w nich są dużo wyższe, niż w zawodach niezwykle użytecznych społecznie – np. w edukacji czy służbie zdrowia. Według najnowszego raportu płacowego Hays w bankowości detalicznej na stanowisku „doradca klienta bankowości prywatnej” średnie wynagrodzenie to 10 tys. zł miesięcznie. To kwota nieosiągalna nawet dla najlepszego nauczyciela, choć przecież na tym stanowisku trzeba jedynie być biegłym w sprzedaży produktów bankowych. Odpowiedzialność i potrzebne umiejętności są nieporównywalnie mniejsze niż w przypadku nauczycieli.

Oswoić dług publiczny

Jak zerwać z systemem, w którym gospodarstwa domowe są skazane na zależność od prywatnych korporacji, by zdobyć zupełnie podstawowe dobra i usługi? Oczywiście niezbędna jest ekspansja usług publicznych, która je zapewni na większą skalę w sposób inny, niż mechanizm rynkowy. Przynajmniej dla biedniejszej jednej trzeciej części społeczeństwa, która w starciu z instytucją bankową stoi na szczególnie słabej pozycji. Trzeba zerwać z sytuacją, w której kredyt bankowy zastępuje politykę społeczną. Ekspansję usług publicznych oczywiście trzeba finansować z podwyżki podatków, ale i to zapewne nie wystarczy. Wtedy należy śmielej korzystać z… długu publicznego.

Dług publiczny jest bezpiecznym instrumentem, jeśli jest on zaciągany w walucie krajowej, a najlepiej, gdy obligacje państwowe kupują podmioty krajowe – szczególnie zamożne gospodarstwa domowe, które w ten sposób oszczędzają na przyszłość. Dług publiczny jest tańszy niż dług prywatny. Rentowność polskich 10-letnich polskich obligacji wynosi 3,3 proc., tymczasem średnie oprocentowanie kredytu hipotecznego w Polsce to ok. 4,5 proc. A przecież kredyt hipoteczny i tak jest najtańszym rodzajem kredytu – oprocentowanie kredytów konsumpcyjnych jest dużo wyższe. Dług publiczny nie jest też tak kryzysogenny – państwa mają dużo większe możliwości obsługi długu, niż drobni prywatni kredytobiorcy. Dług publiczny w Japonii wynosi aż 253 proc. PKB (w Polsce jakieś 5 razy mniej), jednak nie stanowi to żadnego zagrożenia dla Kraju Kwitnącej Wiśni, gdyż jest on w posiadaniu samych Japończyków. Przemyślane korzystanie z długu publicznego pomogłoby państwu prowadzić politykę społeczną na szeroką skalę. Byłoby to dużo bezpieczniejsze, niż skazywanie milionów ludzi mających niewielkie dochody na wieloletnie kredyty.

Piotr Wójcik

Lokalny wymiar patriotyzmu

Otaczający nas świat staje się świątynią wystawioną na cześć i chwałę globalnego kapitału. Najlepszym sposobem na przeciwstawienie się temu procesowi jest dążenie do odnowienia więzi z miejscem, do którego należymy i z lokalną społecznością, w której żyjemy. Tak naprawdę jest to ta forma patriotyzmu, która jako jedyna ma jeszcze dzisiaj wartość.

W obliczu zamachów terrorystycznych, do których doszło 7 lipca 2005 r. w Londynie, nagłówki gazet oznajmiły jednym głosem: w obecnej sytuacji wszyscy musimy wykazać się patriotyzmem. Między tak różnymi pismami, jak „The New Statesman” i „Daily Telegraph” zapanowała pełna zgoda: przywrócenie znaczenia naszej dumie narodowej jest najlepszą odpowiedzią na atak przeprowadzony przez nowego Wroga Wewnętrznego. Terrorystyczne zamachy bombowe nadały zatem patriotyzmowi nowy, przekraczający polityczne podziały, sens, który jeszcze kilka lat temu wydawałby się zupełnie nie do pomyślenia.

Z czego – jako patrioci – możemy i powinniśmy być dumni? Każdy ma zapewne własną odpowiedź na to pytanie. Dla Michaela Howarda [1] jest to „nasza demokracja, monarchia, panujące w naszym kraju rządy prawa i pełna chwały historia”. Dla Tony’ego Blaira z kolei powodem do dumy są nie instytucje, lecz „nasze wartości” – wśród nich tak rzekomo z gruntu brytyjskie, jak „uczciwość, kreatywność, tolerancja, otwartość na świat”. Dla polityków prawicowych jest to szansa na udowodnienie, że racja leżała i leży właśnie po ich stronie: że obrona tradycyjnych „brytyjskich wartości” jest naszą najlepszą bronią wobec moralnej i społecznej anarchii. Politycy lewicy przekonują nas natomiast, że oto nadszedł najlepszy moment, by na nowo określić brytyjskie wartości i przedefiniować model funkcjonowania państwa. Jedni i drudzy zgadzają się przy tym, że podstawowym fundamentem i naszą największą siłą powinna być przesiąknięta patriotyzmem jedność narodowa.

Tymczasem jednak na ulicach miast i w całym naszym wspaniałym kraju, który ma stanowić rzekomo powód do dumy, dokonują się zmiany czyniące z tej pompatycznej i uduchowionej dyskusji nic nie wartą paplaninę. W czasie, gdy siedzący za biurkami dziennikarze i politycy wyszukują coraz piękniejsze frazy wychwalające naszą tolerancję, sprawiedliwość, wielokulturowość i rzadko spotykaną umiejętność cierpliwego stania w kolejkach, kraj, do którego tak mocno się ostatnio na nowo przywiązaliśmy, ulega radykalnej przemianie wymuszanej i sterowanej przez interesy globalnego kapitału. Wystarczy wyjść z domu, by natychmiast dostrzec ten swoisty, gorzki paradoks.

Słowo „patriotyzm” pochodzi od greckiego patris, oznaczającego „ziemię naszych ojców”, przy czym to właśnie na pierwszym z tych słów powinniśmy skupić dzisiaj naszą uwagę. A to dlatego, że debata na temat patriotyzmu jest w gruncie rzeczy debatą o przynależności do wspólnego miejsca na ziemi. Wśród całego szumu informacyjnego, wypełnionego zachwytami nad naszymi „wartościami i instytucjami”, ani jeden publicysta, polityk czy komentator nie zająknął się choć słowem na temat pierwszego i najważniejszego aspektu przynależności: przywiązania do miejsca, w którym żyjemy, do najbliższego, otaczającego nas krajobrazu.

Wystarczy rozejrzeć się dookoła, przypatrzeć się dokładnie ziemi naszych ojców (matek, przyjaciół etc.), i zastanowić się przez chwilę, czy najbliższe otoczenie zawiera elementy, z których możemy być dumni, którymi możemy się szczycić. W coraz większym stopniu i w coraz szybszym tempie świat, który nas otacza i w którym żyjemy, staje się pozbawioną duszy i charakteru plątaniną autostrad i dróg szybkiego ruchu, bezładną mieszaniną hipermarketów, centrów handlowych, parków rozrywki, jednakowych domów z czerwonej cegły i ogrodzonych osiedli dla bogaczy, a także skupiskiem jadłodajni-„przejeżdżalni”, w których nie ma potrzeby wysiadania z samochodu, oraz innych fast foodów. Nie jest to z pewnością obraz naszych marzeń. Prawda jest taka, że już tylko administracyjnie chronione tereny – nazwane przez Philipa Larkina cynicznie „obszarami dla turystów” – pozostają „zielone i miłe”, pozwalając ludziom na przyjemne spędzanie czasu i odpoczynek; zresztą nawet „Szatańskich Młynów mrok” przenieśliśmy już do Chin [2].

Krajobraz, który mógłby być fundamentem tego nowego patriotyzmu, otwartego na wszystkie opcje polityczne i poglądy, staje się w coraz większym stopniu pozbawioną osobowości makietą, odmalowaną zgodnie z krótkoterminowymi potrzebami gospodarki globalnej, opartej na bezmyślnej konsumpcji, wystawioną bez poszanowania dla tradycji, historii i specyfiki danego miejsca. Pytanie o przynależność do lokalnej społeczności, o więź z miejscem, staje się czysto akademickie w sytuacji, gdy „tutaj” przypomina każde inne miejsce na ziemi. Wystarczy wybrać się na krótki spacer po swojej dzielnicy, by z łatwością dostrzec jaskrawe tego przykłady.

Tuż za rogiem mojego domu znajduje się ostatnia działająca w mieście przystań, której istnienie jest zagrożone: pomimo sprzeciwu lokalnej społeczności planuje się całkowite zburzenie jej i przeznaczenie terenu pod budowę luksusowych mieszkań i restauracji. Mój niegdyś ulubiony pub, pełen wspomnień, charakteru i związany z ludźmi mieszkającymi w okolicy, został zamknięty, a na jego miejscu jest dzisiaj należąca do wielkiej sieci jadłodajnia o nazwie tak idiotycznej, jak serwowane tam posiłki i drinki. Podobny los spotkał też browar, z którego pochodziło sprzedawane w tym pubie piwo, produkowane od 1782 r. z tutejszej wody i według tradycyjnej, lokalnej receptury. Obecnie mieści się na tym terenie osiedle luksusowych apartamentów, których ceny zaczynają się od 330 tysięcy funtów szterlingów. Wreszcie na miejscu placu znajdującego się kiedyś w centrum miasta, tradycyjnego miejsca spotkań towarzyskich, stoi moloch centrum handlowego, a najważniejszym zadaniem pilnujących go strażników jest przeganianie ludzi siedzących przed wystawami sklepowymi.

Wszystkie te zmiany, z których każda przechodzi niemal niezauważona, są – wraz z setkami tysięcy im podobnych – częścią większej całości. Pewnego schematu, trendu. Transformacji, dokonującej się szybko w skali całego kraju i nie przynoszącej ze sobą nic dobrego. Elementem wspólnym tych zmian jest to, że unikalność zastępuje się masowością, naturalność – sztucznością, coś silnie związanego z lokalnym krajobrazem i charakterem – anonimowym produktem globalnego rynku.

Wszystko to, co odróżnia nasze miasta, wsie i regiony od innych, co świadczy o ich odrębności i wyjątkowości, ulega stopniowej, zaplanowanej erozji. W efekcie nasze najbliższe otoczenie coraz bardziej upodabnia się do wielu innych miejsc. Każdy z was jest zapewne w stanie podać przynajmniej jeden przykład tych zmian, być może dostrzegalny nawet z okien waszego domu czy mieszkania. Jednakowe sieci handlowe na głównych ulicach miast, jednakowe cegły, z których budowane są nowe apartamentowce, te same billboardy przy drodze, te same dania w pubie i restauracji… Można wręcz czasami odnieść wrażenie, że różnorodność, odmienność, harmonia i autentyzm padają ofiarą wojny wypowiedzianej przez plastikowy, przesiąknięty blichtrem i tandetą korporacjonizm. Wynik tej wojny jest przerażający: miejsca i krajobrazy w coraz większym stopniu upodabniają się do siebie.

Nie jesteśmy oczywiście wyjątkiem. Procesy obserwowane w naszym kraju są częścią ogólnoświatowego trendu. Niemożliwa zdaniem niektórych do powstrzymania ekspansja globalnej gospodarki rynkowej wymaga masowej uniformizacji gustów i potrzeb – wszyscy musimy pragnąć tego samego, czuć to samo, mieć jednakowe upodobania i preferencje. Tylko dzięki temu międzynarodowy kapitał nie jest skrępowany granicami etnicznymi, państwowymi czy kulturowymi, co jest warunkiem niezbędnym dla dalszej ekspansji neoliberalnego modelu gospodarczego. We współczesnej cywilizacji przemysłowej pogoń za korzyściami oznacza konieczność masowej produkcji towarów, standaryzacji modelów rozwoju i związanego z tym przeobrażania – na tę samą modłę – krajobrazu w każdym zakątku świata.

Jest to prowadzony w globalnej skali projekt polityczno-ekonomiczny, który dotyka każdej lokalnej społeczności i dotyczy każdego z nas. Dalsza ekspansja tej gospodarki opartej na konsumpcji wymaga porzucenia naszej tożsamości, zerwania więzów łączących nas z określoną wspólnotą. Musimy bezmyślnie pozbawić się odrębności, cech odróżniających nas od członków innych społeczności. Musimy stać się konsumentami, łapiącymi każdą kolejną okazję, obniżkę cen i promocję w supermarkecie czy wyprzedaż w wielkim centrum handlowym. Musimy stać się pozbawionymi charakteru mieszkańcami każdego i żadnego miejsca na ziemi.

Słowa te brzmią z pewnością znajomo dla wielu spośród czytelników „The New Statesman”, co samo w sobie wynika z pewnej godnej podkreślenia ironii. Już 160 lat temu Marks i Engels napisali w „Manifeście Komunistycznym”: „Ograniczenia i przeciwieństwa narodowe pomiędzy ludami znikają coraz bardziej już wraz z rozwojem burżuazji, wolnością handlu, rynkiem światowym, jednostajnością produkcji przemysłowej i odpowiadających jej warunków bytu. Panowanie proletariatu spotęguje jeszcze ich zanikanie” [3].

Choć jak dotąd nie udało się doprowadzić do światowej dominacji proletariatu, globalna dominacja gospodarki rynkowej rozwija się w zastraszającym tempie. Przykłada do tego rękę część tradycyjnej lewicy, wraz z jej potępieniem dla „antagonizmów narodowych”. Skutkiem jest zanik – zarówno dobrych, jak i złych – cech odróżniających od siebie społeczeństwa i narody, ginących w paszczy ujednoliconej, jednowymiarowej gospodarki globalnej. W swoim zaślepieniu „internacjonalizmem”, w swoim przewrażliwieniu i nieufności do wszystkiego, co Marks określał mianem „reakcji”, a więc w konsekwencji do osób i środowisk, których sprzeciw wobec globalizacji wynika z przywiązania do miejsca lub utożsamiania się z lokalną wspólnotą, oddają oni neoliberałom nieocenioną przysługę. Globalny wolny rynek zdaje sobie z tego doskonale sprawę i wykorzystuje tę postawę do dalszego zacierania różnic narodowych pod ciężarem coraz wyższych drapaczy chmur, biurowców ze stali i szkła, ton asfaltu, codziennego terroru kursów giełdowych i znaków firmowych.

Kto zatem w tym kontekście zasługuje na miano bohatera? Kim są dzisiejsi bojownicy broniący lokalnego i jedynego w swoim rodzaju krajobrazu przed uniformizacją będącą skutkiem gospodarczego fundamentalizmu? To ludzie znajdujący się na marginesie debaty politycznej i mający niewielkie wpływy w szeregach polityków sprawujących władzę. To ludzie, których Marks z pogardą określał mianem „wiejskich głupków”, a Torysi – jako pieniaczy, którzy sprzeciwiają się rozwojowi [4]. To ludzie żyjący w lokalnych społecznościach rozsianych po całym kraju, którzy odmawiają podporządkowania się bezkrytycznym wielbicielom nieograniczonego postępu czy też sprzeciwiają się poświęceniu swojego miejsca na ziemi, stanowiącego o odrębności ich kultury i tradycji, na ołtarzu – przypominającej zamek zbudowany na piasku – globalnej ekonomii. Tych zupełnie zwyczajnych, a jednocześnie niezwykle wyjątkowych ludzi można znaleźć w każdym zakątku świata.

Zaliczają się do nich mieszkańcy rozsianych po całej Anglii społeczności wiejskich, którzy w obliczu groźby sprzedaży ich upadającego pubu przez zainteresowaną jedynie osiąganiem jak największych zysków korporację, przeprowadzają publiczną zbiórkę pieniędzy, by do tego nie dopuścić. Są wśród nich również członkowie społeczności żyjących w łódkach rozsianych po wszystkich rzekach i kanałach Wielkiej Brytanii, którzy prowadzą lokalne i często bardzo ostre działania w obronie przystani przed deweloperami, chcącymi na ich miejscu postawić luksusowe apartamentowce. Są nimi ludzie mieszkający w londyńskim Chinatown, którzy próbują ocalić swoje ulice przed agresywnymi handlarzami nieruchomości, podobnie jak członkowie miejskich społeczności Birmingham, Manchesteru, Londynu i Bristolu, którzy przeciwstawiają się zabudowywaniu ulicznych straganów i targowisk kolejnymi, pozbawionymi charakteru biurowcami. Są nimi ci wszyscy, którzy protestują przeciwko sprzedaży placów zabaw, prywatyzacji publicznych parków i skwerów, dewastacji terenów rolnych i krajobrazu wiejskiego. Są nimi farmerzy, sadownicy i rybacy, ekolodzy walczący przeciwko promowaniu autostrad kosztem transportu publicznego, pracownicy urzędów miejskich i właściciele niezależnych sklepów płytowych i księgarń.

To są ci wszyscy, którzy ośmielają się stanąć na drodze gospodarczych i politycznych procesów, które siłą pieniędzy i w zamian za pieniądze pozbawiają otaczający nas świat jego historii, indywidualnego charakteru i niepowtarzalnej atmosfery. Może znacie kogoś takiego. Może sami jesteście takimi ludźmi. Mamy ze sobą wiele wspólnego i nadszedł już najwyższy czas, byśmy zaczęli wreszcie ze sobą rozmawiać.

To jest właśnie najprawdziwsze, najbardziej podstawowe, a zarazem niosące najbardziej rewolucyjny potencjał, znaczenie tak powszechnie nadużywanego i wypaczanego słowa „patriotyzm”. Dyskusja o wartościach i instytucjach prowadzi jedynie do podziałów, natomiast miejsce, w którym żyjemy, z którym się utożsamiamy, może nas zjednoczyć. I to niezależnie od naszych korzeni, poglądów politycznych czy wyznania. Miejski, podmiejski czy wiejski – otaczający nas krajobraz jest jedyną rzeczą, która czyni z nas wspólnotę, która może nas połączyć, której zachowanie jest najbardziej żywotnym interesem każdego z nas. To świat, w którym żyjemy stanowi podstawę naszego poczucia przynależności.

Jest to bez wątpienia forma patriotyzmu warta zaangażowania i podjęcia zdecydowanych działań. To ona powinna stać się platformą jednoczącą ludzi o różnych przekonaniach politycznych. Ideą, która doprowadzi do wściekłości polityków wszelkich maści i odcieni. Postawą, której globalna machina gospodarcza, wymagająca jedynie bezmyślnego, wiernopoddańczego kupowania wszystkiego co sama wytworzy, będzie miała serdecznie dość. Dzisiaj, w epoce globalnej konsumpcji, korporacji sprawujących potężną władzę oraz dominacji anonimowej gospodarki, pozbawionej ludzkiego oblicza – jedyną radykalną formą oporu jest docenienie znaczenia i obrona miejsca, w którym przyszło nam żyć.

Mowa o „patriotycznym obowiązku”? A co byście powiedzieli na to: nie pozwólmy im zabrać naszego świata, do którego należymy i z którym się utożsamiamy. Stańmy im na drodze, rzucajmy im kłody pod nogi, nie poddawajmy się ich podłym sztuczkom. Choć może brzmi jak truizm, stwierdzenie to jest aż do bólu prawdziwe: jedyną drogą obrony jest świadomość przynależności do konkretnego, tego jedynego, naszego miejsca na ziemi.

Paul Kingsnorth

tłum. Sebastian Maćkowski

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w brytyjskim tygodniku „The New Statesman” 5 września 2005 r. Następnie za zgodą autora został opublikowany w „Obywatelu” nr 35, latem roku 2007.

Przypisy redakcji „Obywatela”:

1. W 2005 r. był przywódcą brytyjskiej Partii Konserwatywnej.

2. Nawiązania do słynnego poematu „Jeruzalem” Williama Blake’a; występujące w nim „Szatańskie Młyny” są najczęściej odczytywane jako dymiące fabryki.

3. Przekład za K. Marks, F. Engels, Dzieła wybrane, tom I, Książka i Wiedza, Warszawa 1949, s. 42; autora przekładu nie podano.

4. W oryg. nimbies – od ang. akronimu NIMBY, Not In My Backyard, co można przetłumaczyć jako „Byle nie pod moimi oknami”.