Poza sprzeciw wobec opresji kobiet

Poza sprzeciw wobec opresji kobiet

Jak można zinterpretować poparcie polskich i węgierskich kobiet dla prawicy? „Co jest z nimi nie tak?” – pyta felietonistka „Guardiana”, kwestionując niezmienne poparcie kobiet dla Republikanów w USA. Problem ten nie jest wcale nowy, jednak komentatorzy o bardziej postępowej wizji świata wciąż powtarzają takie pytania – i zazwyczaj towarzyszy im ponura opowieść o tym, jak patriarchat rozwija ponownie skrzydła pod patronatem prawicowych rządów populistycznych.

Jednak zamiast pogłębiać nasze zrozumienie genderowych aspektów wznoszącej fali prawicowego populizmu, pytania te dryfują w innym kierunku, w poszukiwaniu wyjaśnienia poparcia kobiet dla takich projektów. Kobietom zarzuca się „fałszywą świadomość” – brak świadomości opresji, ewentualnie „wykorzystanie własnego przywileju”, czyli zdradę interesów własnej płci lub interesów grup mniejszościowych, by osiągnąć indywidualne cele. Tyle że takie stawianie sprawy sytuuje kobiety w pozycji ofiar lub podwójnych agentek patriarchatu, zamiast zmusić nas do potraktowania ich życia i ich samych poważnie. Dopuszczamy się także przeoczenia ideologicznej złożoności prawicowych projektów, które nie są po prostu i wyłącznie antykobiece, lecz łączą elementy reakcyjne z postępowymi, jeśli chodzi o niektóre interesy kobiet jako grupy. Przedstawiając istnienie kobiet o prawicowych poglądach w kategoriach problemu, który domaga się natychmiastowej reakcji, odciągamy uwagę od strukturalnych przyczyn poparcia wielu kobiet dla polityki prawej strony.

Zatem zamiast pytać, co jest nie tak z kobietami o prawicowych poglądach czy decyzjach wyborczych, powinniśmy zadać sobie pytanie, co jest nie tak z systemem polityczno-gospodarczym, w którym one muszą żyć oraz z politycznymi alternatywami, które byłyby dla nich dostępne. W tej materii Polska i Węgry mogą nam dostarczyć materiału badawczego. W obu tych krajach partie rządzące – Prawo i Sprawiedliwość (od 2015) oraz Fidesz-KDNP (od 2010), angażują się we wprowadzanie antyliberalnych zmian i rozmontowywanie liberalnych instytucji demokratycznych za pomocą np. zmian zasad prawnych, kolonizowania aparatu państwowego, obierania sobie za cel zaistnienia społeczeństwa opartego na wartościach prawicowych czy zwijania liberalnej infrastruktury odpowiedzialnej za faktyczną realizację praw kobiet.

Pomimo tak radykalnego programu, obie te partie otrzymały w wyborach władzę dzięki wyborczyniom – zagłosowało na nie trochę więcej kobiet niż mężczyzn. Cieszą się też nadal niesłabnącym poparciem ze strony wielu kobiet. W 2015 r. PiS wsparło aż 39,7 proc. ogółu głosujących polskich kobiet, w porównaniu z 38,5 proc. mężczyzn, a po dwóch latach sprawowania przez partię władzy liczby te tylko nieznacznie się obniżyły, pomimo niezmiennego zagrożenia praw reprodukcyjnych. W 2018 r., gdy frekwencja w węgierskich wyborach była najwyższa w historii, 52 proc. kobiet zagłosowało na Fidesz-KDNP – w porównaniu do 46 proc. mężczyzn. Jak możemy wytłumaczyć to trwałe poparcie?

Nie głosują tylko jako kobiety

Po pierwsze i najważniejsze: rzeczywistość polityczna, którą pomija dyskurs feministyczny, mówi nam, że problemy wyborców przebiegają nie wzdłuż, a w poprzek linii podziałów płciowych i że często są determinowane przez szersze ujęcie socjalno-ekonomiczne. Kobiety głosują na takie partie nie tylko „jako kobiety”, ale także z powodu problemów i nadziei, które dzielą z mężczyznami ze swojej lokalnej zbiorowości lub klasy społecznej – co przypomina nam o ograniczeniach, jakie napotykają na swojej drodze projekty polityczne oparte tylko na konstrukcie interesów samych kobiet. Jak informuje niedawno przeprowadzone na Węgrzech badanie, kobiety wskazują jako najbardziej palące takie problemy, jak wyzysk na rynku pracy oraz kiepski stan systemu ochrony zdrowia i systemu edukacji.

U podwalin tych kwestii leży oczywiście wymiar płciowy – np. feminizacja najgorzej płatnych zawodów albo praca opiekuńcza spadająca głównie na barki kobiet – ale problem rozciąga się poza ten wymiar. W sytuacji, gdy kobiety nie dostrzegają, by jakakolwiek partia polityczna rozwiązywała kwestie związane z płcią, nadal wierzą, że Fidesz najlepiej je reprezentuje.

Innym tropem jest to, że prawicowi populiści właściwie odpowiadają na potrzeby i interesy genderowe niektórych kobiet: na te, które, jak zauważyła Maxine Molyneux, wypływają raczej z pozycji kobiet w podziale pracy ze względu na płeć niż z teorii opresji kobiet. Zarówno PiS, jak i Fidesz przystąpiły do odwracania niektórych społeczno-gospodarczych konsekwencji transformacji po 1989 r. – tych, które dotknęły w szczególności kobiet, jako najbardziej odpowiedzialnych za budżet domowy, wychowanie dzieci i inne prace opiekuńcze. W Europie Środkowej przejście ustrojowe ku liberalnej demokracji zostało splecione z przynależnością do świata o porządku neoliberalnym, a cały region zyskał półperyferyjną pozycję. Skutkowało to między innymi wycofywaniem się państwa z odpowiedzialności za usługi publiczne i opiekę socjalną, a rezultatem było rosnące utowarowienie tych usług i powstanie grup osób, które mogły sobie na nie pozwolić, oraz rosnąca refamiliaryzacja wśród tych, którzy nie mogli [refamilialisation – powrót kobiet do sfery domowej i do świadczenia pracy reprodukcyjnej – przyp. tłum]. Zmiany te dały więcej możliwości kobietom z pewnych klas społecznych, ale złożyły ciężar ekonomiczny kryzysu na barki tych, których sytuacja finansowa nie była dobra. Dominująca narracja – feminizm kulturowy – sprawiła, że trudno było sformułować odpowiedź na problemy strukturalne. Niepewność jutra i nierówności stworzone przez ten dwulicowy genderowy reżim to właśnie krynice, z których obie nieliberalne partie Europy Środkowej czerpały, gdy zwracały się do swoich wyborczyń.

Redystrybucja z sukcesem

Dobrym przykładem jest Rodzina 500+, flagowy program PiS, wprowadzony natychmiast po dojściu przez tę partię do władzy. Gwarantuje rodzinom bezwarunkowy miesięczny przelew w wysokości 500 PLN (120 euro) na każde drugie i kolejne dziecko, do ukończenia przez nie 18. roku życia, oraz także na pierwsze dziecko w rodzinach, których miesięczny dochód na głowę nie przekracza 190 euro.

Ta najszersza po 1989 r. polityka redystrybucyjna znacznie obniżyła wskaźniki ubóstwa wśród rodzin z dziećmi i zyskała społeczną popularność. Choć opozycja słusznie wskazuje na jej ograniczenia – a szczególnie na związek z tradycyjnym modelem rodziny, który wyklucza z programu samodzielnych rodziców – wprowadzenie programu wymiernie wskazuje wyborcom, że ich rząd faktycznie rządzi i że ma możliwość ukierunkowania polityki ku nowego socjalnemu kontraktowi, który uszanuje godność elektoratu.

Na Węgrzech istnieje silny prąd, który priorytetyzuje rodziny, a robi to w celach demograficznych. Rozszerzono program zasiłków, które są związane z posiadaniem płatnego zatrudnienia, co jasno wskazuje, że węgierski rząd koncentruje się na potrzebach nieromskich, heteroseksualnych rodzin z przyzwoitym dochodem. Jeśli chodzi o klasy niższe, trzy wskaźniki informują o namacalnych zmianach w codziennym życiu kobiet: ekspansja programu prac publicznych, za które zapłata wynosi mniej niż pensja minimalna, ale więcej od zasiłków i dodatków; interwencja państwa w sektorze energii, skutkująca niższymi kosztami indywidualnymi jej zużywania; oraz spora podwyżka pensji minimalnej, dzięki której zmniejszyła się płacowa luka pomiędzy płciami, co jest ważne, ponieważ kobiety stanowią większość pracowników w najgorzej wynagradzanych sektorach gospodarki.

Nie widzą alternatyw

Na kogo powinny głosować kobiety? Bez względu na rodzaj elektoratu, nawoływanie do wyboru „mniejszego zła” lub do powrotu do przeszłości traci impet jako narzędzie mobilizacji. Jak twierdzi węgierska historyczka Andrea Pető, opór sam w sobie już nie wystarczy – trzeba wyciągnąć wnioski z tego, jak znaleźliśmy się w obecnej sytuacji.

Jednak podczas ostatniej węgierskiej kampanii wyborczej opozycja skoncentrowała się na ograniczeniach systemu wyborczego i na tym, czy i jakie taktyczne koalicje są konieczne. Nie poczyniła przez poprzednie osiem lat żadnych wysiłków, by zbudować wokół siebie oddolny ruch poparcia ani też by zbudować alternatywną narrację, wykraczającą poza „albo Orbán, albo Europa”. Jeśli zatem partie opozycyjne są zajęte bronieniem upadających szańców, albo po prostu postępują tak jak zawsze, nie jest zaskakujące, że nieliberalna prawica wciąga na pokład i mężczyzn, i kobiety.

Zaprzężenie do pracy „feministycznej ciekawości”, jak określiła to zjawisko amerykańska badaczka Cynthia Eloe, i potraktowanie poważnie wszystkich kobiet, ich życia i tego jak głosują, może być pouczające. Jeśli dostrzeżemy ograniczenia polityk tożsamościowych, wagę praktycznych interesów i brak realnych alternatyw, wykroczymy poza tradycyjne ramy sprzeciwu, gdy będziemy próbować zrozumieć kobiece wsparcie dla prawicy na Węgrzech i w Polsce.

Zamiast postrzegać promowany przez prawicową politykę zwrot ku rodzinie i tradycjonalizm jako wyłącznie reakcyjne i patriarchalne, być może byłoby korzystne próbować zobaczyć je jako politykę emancypującą niektórych w sytuacji, gdy polityka progresywna napotyka na szerszy kryzys uprawomocnienia. Zyskują one na znaczeniu, oferując bezpieczeństwo socjalne i polityczną reprezentację konkretnej grupie społecznej, podczas gdy inne, szersze siatki bezpieczeństwa w postaci solidarności i pozostałych kanałów politycznego wpływu są rozmontowywane.

Dwa minusy nie dają kobietom plusa

Populistyczna prawica zdołała tymczasowo zdobyć poparcie kobiet z Europy Środkowej dla swoich projektów, ponieważ podkreślała nieprawidłowości transformacji ustrojowej i niewielką zdolność ruchów i partii progresywnych do stworzenia gruntu dla prawdziwej emancypacji. Taki stan rzeczy idzie pod prąd życzeniowemu myśleniu, że to kobiety ocalą nas przed prawicą.

Jednak fakt, że dominujący paradygmat neoliberalny, wraz z białymi plamami na mapie feminizmu kulturowego i tożsamościowego, nie potrafiącymi odpowiedzieć na kwestie strukturalne, stanowiły problem, a nie jego rozwiązanie, nie czyni nieliberalnej odpowiedzi jedyną właściwą. Kaczyński i Orbán nie budują wcale socjaldemokracji, lecz życzliwy kapitalizm narodowy z socjalem dla rodzin.

Prawicowy model rządzenia niesie ze sobą niepewność i nieinkluzywność: wysoki poziom polaryzacji, ograniczanie wolności mediów i nauki, kolonizację państwa, likwidację perspektywy genderowej na uczelniach, w polityce i poza nią, bezwzględny produktywizm wprowadzony przez nowe „prawo niewolnicze” [mowa o znacznym zwiększeniu dopuszczalnej liczby nadgodzin w pracy i wydłużeniu okresu płatności za nie – przyp. redakcji] na Węgrzech, a także odrzucenie żądań osób niepełnosprawnych, jeśli chodzi o politykę socjalną w Polsce.

Jednak aby wyprostować to, co złe, potrzebujemy więcej niż tylko protekcjonalnego określania kobiecego elektoratu prawicy mianem sojuszniczek patriarchatu. Potrzebujemy polityki, która uczy się na własnych błędach i łączy praktyczne interesy wyborców ze strategicznymi celami feminizmu – czyli polityki, która odpowie na socjalno-ekonomiczne problemy kobiet w takim duchu, by zmienić raczej niż utrwalić relacje pomiędzy płciami.

Weronika Grzebalska, Eszter Kováts

tłum. Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się w wersji anglojęzycznej na stronie internetowej International Politics and Society w grudniu 2018 r. Obecna polska wersja został przygotowana we współpracy z autorkami.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Tomasz Chmielewski

Ewangelia Konsumpcjonizmu

Ewangelia Konsumpcjonizmu

Prywatne samochody były w roku 1919 rzadkością, a ludzie przemieszczali się głównie za pomocą dorożek. W dzielnicach mieszkalnych królowały lampy gazowe, elektryfikacja posuwała się bardzo powoli. Energia elektryczna w prywatnych domach była luksusem dostępnym jedynie dla najbogatszych.

Już dziesięć lat później sytuacja przedstawiała się zupełnie inaczej. Samochody dominowały na ulicach miast, w większości domów były żarówki, elektryczne żelazka, odkurzacze. W domach zamieszkanych przez wyższą klasę średnią standardem były pralki, lodówki, tostery, lokówki do włosów, elektryczne ogrzewacze czy maszyny do prażenia kukurydzy. I chociaż pierwsza komercyjna rozgłośnia radiowa zaczęła nadawać dopiero w 1920 r., społeczeństwo amerykańskie, ze 122 milionami dorosłych obywateli, w samym tylko 1929 r. kupiło prawie 4,5 miliona radioodbiorników.

Jednak pomimo tej potężnej fali nowych produktów i rosnącego apetytu na ich nabywanie, szefowie przedsiębiorstw byli mocno zaniepokojeni. Obawiali się, że trudno będzie zmienić typowy dla ówczesnych Amerykanów oszczędny styl życia. Jeszcze bardziej groźną wydawała się realna perspektywa, że wzrost mocy produkcyjnych przekroczy tempo, w jakim obywatele będą nabywać nowe przedmioty w przekonaniu, że są im one niezbędne.

Właśnie to ostatnie zagrożenie było główną motywacją do napisania w 1929 r. przez dyrektora General Motors Research, Charlesa Ketteringa, artykułu pod znamiennym tytułem: „Konsument musi być niezadowolony”. I bynajmniej nie było celem tego artykułu namawianie producentów do wytwarzania bubli, które po niedługim czasie nadawałyby się jedynie na śmietnik. Wyrażając poglądy szerokiej rzeszy kapitalistów, Kettering zdefiniował w nim strategiczny zwrot w filozofii funkcjonowania amerykańskiego przemysłu: produkcja dla zaspokajania potrzeb ludzi miała ustąpić miejsca ciągłemu tworzeniu nowych potrzeb, które zastępowałyby te już zaspokojone.

Z kolei w wywiadzie udzielonym w 1927 r. czasopismu „Nation’s Business”, minister pracy James J. Davis przytoczył kilka obrazowych wskaźników, aby zilustrować problem nazwany przez „New York Times” „nasyceniem potrzeb”. Davis zauważył, że „działające w kraju fabryki odzieżowe w ciągu zaledwie pół roku normalnej pracy są w stanie wyprodukować taką ilość ubrań, która zaspokoi potrzeby mieszkańców”, a tylko 14% amerykańskich fabryk obuwia byłoby zdolne wytworzyć tyle par butów, ile Amerykanie kupują w ciągu roku. W komentarzu do tego wywiadu dziennikarze stwierdzili, że „można sobie łatwo wyobrazić sytuację, w której zaspokojenie potrzeb konsumpcyjnych ludności świata wymagałoby zaledwie trzydniowego tygodnia pracy”.

Nietrudno się domyślić, że szefowie firm i właściciele fabryk wykazywali niewielki entuzjazm wobec wizji społeczeństwa, które nie byłoby zorganizowane wokół celu, jakim jest produkcja dóbr materialnych na jak największą skalę. Z ich punktu widzenia, prowadząca do oszczędności pracy ludzkiej mechanizacja przemysłu była nie tyle szansą na wyzwolenie człowieka, co poważnym zagrożeniem dla ich pozycji w systemie sprawowania władzy. John E. Edgerton, przewodniczący Krajowego Zrzeszenia Producentów (National Association of Manufacturers – NAM), wyraził typowy dla swojej grupy społecznej pogląd w następującej deklaracji: „Opowiadam się całym sercem za rozwiązaniami, które uczynią pracę bardziej przyjemną, ale jednocześnie sprzeciwiam się wszelkim zmianom, które mogą doprowadzić do dalszego podważania jej znaczenia. Główny akcent powinien zostać położony na pracę – więcej lepszej pracy”. Jego zdaniem, „nic nie przyczynia się bardziej do powstawania radykalnych nastrojów niż niezadowolenie z życia – chyba, że czas wolny”.

W końcówce lat 20. elitom politycznym i gospodarczym w Stanach Zjednoczonych udało się znaleźć sposób na to, by zredukować zagrożenia związane ze stagnacją gospodarki i radykalizacją klasy robotniczej. Odpowiedzią była „Ewangelia Konsumpcjonizmu” (określenie jednego z konsultantów współpracujących z przemysłem), z jej podstawowym założeniem, że da się ludzi przekonać do tego, iż niezależnie jak wiele posiadają, jest to wciąż za mało. Powołana przez prezydenta Herberta Hoovera w 1929 r. Komisja ds. Aktualnych Przemian Gospodarczych w swoim optymistycznym raporcie tak podsumowała efekty wprowadzania w życie tej filozofii: „Dzięki reklamie i innym działaniom promocyjnym /…/ możliwy był znaczący wzrost produkcji, co pozwoliło wykorzystać dotychczas zamrożone zasoby kapitałowe”. W raporcie stwierdzono z nieskrywaną satysfakcją, że doszło do jakościowego przełomu w rozumieniu i wykorzystaniu mechanizmów rynkowych: „Z punktu widzenia rozwoju gospodarczego, możliwości stojące przed nami są praktycznie nieograniczone. Wynikają one z ciągłego nienasycenia, z tego, że zaspokojenie dzisiejszych żądz skutkować będzie zawsze natychmiastowym powstaniem nowych”.

W dzisiejszych czasach dewiza „pracuj, pracuj i jeszcze raz pracuj” jest powszechnie akceptowanym sposobem na życie i funkcjonowanie w społeczeństwie. Zastępowanie pracy ludzkiej coraz doskonalszymi maszynami jedynie przyspieszyło ten trend. Nie ulega wątpliwości, że zastosowanie maszyn i nowoczesnych technologii może prowadzić do oszczędności pracy, ale jedynie wówczas, gdy przestają one pracować w momencie zaspokojenia naszych potrzeb. Innymi słowy, automatyzacja daje ludziom możliwość krótszej pracy, możliwość, którą jako społeczeństwo każdego dnia odrzucamy. Tym samym dajemy właścicielom owych maszyn przyzwolenie, by to oni definiowali ich funkcję, którą ma być nie redukcja pracy, lecz „wyższa wydajność” i wynikający z niej wprost imperatyw konsumpcji wszystkiego, co cały ten system jest w stanie wytworzyć.

Już w pierwszych dniach Ery Konsumpcjonizmu znaleźli się ludzie, którzy poddawali ją ostrej krytyce. Jednym z najbardziej wpływowych był Arthur Dahlberg, którego wydana w 1932 r. książka pt. „Jobs, Machines, and Capitalism”, była bardzo dobrze znana decydentom w Waszyngtonie. Pisał on, że „niemożność skrócenia dnia pracy /…/ jest podstawową przyczyną nierówności szans, nadmiernego rozwoju przemysłu, ogromnych strat czasu i wysiłku w związku z ciągłą konkurencją, potężnego wpływu reklamy oraz naszego imperializmu gospodarczego”. Ponieważ znaczna część produkcji nie miała już na celu zaspokojenia podstawowych potrzeb społeczeństwa, czterogodzinny dzień pracy, według Dahlberga, stawał się koniecznością, by uniknąć stoczenia się społeczeństwa w katastrofalny materializm. Utrzymanie dnia pracy w dotychczasowym wymiarze, w sytuacji zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych, prowadzi jego zdaniem do tego, że chęć zysku staje się „zarówno twórcą, jak i narzędziem zaspokajania potrzeb duchowych”. Nie mogąc znaleźć innych sposobów powiększania zysku, przemysł „zaczyna pakować mydło w piękne pudełka, wmawiając nam, że jest ono balsamem dla duszy”.

Przez pewien czas istniała wizjonerska w swojej istocie alternatywa dla Ewangelii Konsumpcjonizmu. W 1930 r., Kellogg Company, jeden z największych światowych producentów płatków śniadaniowych, ogłosił, że wszyscy spośród niemal 1500 pracowników zatrudnionych w jego zakładach przejdą na sześciogodzinny dzień pracy. Prezes firmy Lewis Brown i jej właściciel W. K. Kellogg wskazywali, że „system czterech zmian sześciogodzinnych /…/ zamiast trzech ośmiogodzinnych, zapewni pracę i tym samym źródło utrzymania dodatkowym trzystu rodzinom żyjącym w Battle Creek”.

Kroki podjęte przez dyrekcję firmy spotkały się z oczywistym poparciem załogi, zwłaszcza, że kraj bardzo szybko staczał się w Wielki Kryzys. Jednak, jak wskazuje Benjamin Hunnicutt w swojej książce „Kellogg’s Six-Hour Day” (Sześciogodzinny dzień Kellogga), wizja Browna i Kellogga sięgała dalej niż do stworzenia dodatkowych miejsc pracy. Mieli oni mianowicie nadzieję wykazać, że „swobodna wymiana towarów, usług i pracy w warunkach wolnego rynku nie musi skutkować bezmyślną konsumpcją, wyzyskiem ludzi czy nieograniczoną eksploatacją środowiska naturalnego”. Ich marzeniem było „wyzwolenie robotników poprzez stopniowe skracanie dnia pracy i wzrost płac, by ostatecznie osiągnęli oni wolność obiecaną w Deklaracji Niepodległości – dążenia do szczęścia”.

Oczywiście zmiany wprowadzane w firmie nie oznaczały rezygnacji z zysków. Jej kadra zarządzająca była po prostu przeświadczona, że kobiety i mężczyźni zatrudnieni w zakładzie będą pracować znacznie bardziej efektywnie w cyklu krótszych zmian. Spodziewano się też, że zatrudnienie większej liczby ludzi spowoduje wzrost siły nabywczej lokalnej społeczności i, co z tym związane, konsumpcji dóbr, włączając w to produkowane przez Kellogga płatki owsiane i kukurydziane.

Krótszy dzień pracy łączył się z obniżeniem całkowitych wynagrodzeń pracowników. Aby to złagodzić, Kellogg zdecydował się podwyższyć stawkę godzinową, wprowadził też system premii, które miały zachęcić ludzi do bardziej wydajnej pracy. Zlikwidowano przerwy na lunch, wychodząc z założenia, że pracownicy będą woleli przepracować swoje skrócone zmiany i wracać jak najszybciej do domów. W wysłanym do każdego pracownika liście, Brown podkreślał rolę „dochodu psychicznego”, związanego z „radością płynącą z przebywania w domu, cieszenia się jego otoczeniem, zadowolenia z wykonywanej pracy, życzliwości sąsiadów, a także tych wszystkich przyjemności, które trudno przeliczyć na dolary i centy”. Dłuższy wypoczynek i większa ilość wolnego czasu, wyrażał nadzieję, doprowadzą do „wyższych standardów w szkołach oraz życiu publicznym”, co z kolei umożliwi firmie „pozyskiwanie nowych pracowników z porządnych środowisk i dobrych dzielnic”.

Była to atrakcyjna wizja, i co ważniejsze, sprawdzała się. Nie tylko firma kwitła, ale jak odnotowywali dziennikarze gazet takich jak „Forbes” czy „Business Week”, zdecydowana większość pracowników zatrudnionych w Kellogg’s bardzo pozytywnie przyjęła krótszy tydzień pracy. Jeden z nich opisywał, że zmiany te skutkowały „większym zaangażowaniem w ogrodnictwo i upiększanie okolicy, uprawianie sportów i osobiste pasje; kwitło czytelnictwo i rozwijali się umysłowo ci, którzy mieli szczęście tam pracować”.

Badania opinii przeprowadzone przez ministerstwo pracy w tamtym czasie, podobnie jak wywiady Hunnicutta z byłymi pracownikami, w pełni potwierdzają ten obraz. Rządowi ankieterzy wskazywali na „niewielki stopień niezadowolenia z powodu obniżonych wynagrodzeń wskutek skrócenia czasu pracy, pomimo tego, że w większości przypadków obniżki te były wyraźnie odczuwalne”. Jeden z ankietowanych chwalił sobie „możliwość spędzania większej ilości czasu z rodziną”. Inny wspominał, że dzięki skróceniu dnia pracy „mógł po powrocie do domu zająć się swoim ogrodem”. Jedna z kobiet wskazywała, że jej mąż dzięki krótszym zmianom mógł spędzać więcej czasu „z czwórką synów, w okresie, gdy kontakt z ojcem był szczególnie ważny dla ich rozwoju”.

Te dodatkowe godziny wolnego czasu pozwoliły części pracowników zająć się rzeczami, które w innym przypadku pozostawałyby poza ich zasięgiem. Hunnicutt opisuje jak pod koniec jednego z wywiadów, 80-letnia kobieta zaczęła opowiadać o tenisie stołowym. „Bardzo często się spotykaliśmy. W naszym domu stał stół do ping-ponga i krewni przychodzili na obiad, a potem wszyscy w niego graliśmy”. Z czasem doszła do takiej wprawy, że zwyciężyła w zawodach stanowych.

Wiele spośród kobiet zatrudnionych w zakładach Kellogga przeznaczało dodatkowy czas wolny na prace domowe. Ale nawet wówczas organizowały one życie w taki sposób, by te prace angażowały całą rodzinę; przykładem może być robienie przetworów. Jedna z nich wspominała, jak stało się ono „projektem rodzinnym”, który sprawiał wszystkim dużo radości i satysfakcji, nawet synom, dla których było to okazją „do otworzenia się i prowadzenia szczerych rozmów”. Według Hunnicutta, robienie przetworów stało się instytucją znacznie wykraczającą swoim znaczeniem poza konserwację produktów żywnościowych. „Było okazją do dzielenia się historiami, radościami i problemami dnia codziennego, do żartowania, sprzeczania się, wspólnego śpiewania. Współczesne standardy wyalienowanej pracy zawodowej zostały odrzucone na rzecz starszego, /…/ bardziej »biesiadnego« modelu pracy wspólnej”.

Wszystko to efekt działania tysięcy maleńkich, niemal niewidocznych więzi łączących krewnych, przyjaciół i sąsiadów. Składają się one na złożoną strukturę stanowiącą fundament życia społecznego, w sposób podobny do tego, w jaki żyzna ziemia jest podstawą naszej egzystencji. W momencie, gdy za naszym przyzwoleniem jeden z członków społeczności, czy to w wyniku własnej nieroztropności czy czynników zewnętrznych, zostaje zepchnięty w biedę, wystawiamy na ryzyko przetrwanie całej naszej wspólnoty.

Nasze obecne położenie w doskonały sposób obrazuje to zagadnienie. W 2005 r. wydatki amerykańskich gospodarstw domowych były, po uwzględnieniu inflacji, 12-krotnie wyższe niż w 1929 r., a na produkty trwałe, jak samochody czy artykuły AGD, wydawały one ponad 30-krotnie więcej. Jednocześnie, w 2000 r. przeciętna rodzina spędziła w pracy prawie 500 godzin więcej niż 20 lat wcześniej. A zgodnie z danymi zebranymi przez Bank Rezerw Federalnych w latach 2004 i 2005, wydatki ponad 40% rodzin w USA przekraczają ich dochody. Przeciętne gospodarstwo domowe jest zadłużone na kwotę 18654 dolarów, nie wliczając w to kredytów hipotecznych na zakup domów. Poziom zadłużenia w ciągu ostatnich dwóch dekad uległ podwojeniu i znajduje się obecnie na rekordowym poziomie. Bez przesady można powiedzieć, że pracujemy jak w kieracie po to tylko, by móc skonsumować tę ogromną ilość dóbr i produktów, które wychodzą z naszych fabryk.

A moglibyśmy pracować mniej, wydawać mniej i wciąż żyć na bardzo przyzwoitym poziomie. Na początku lat 90. ilość produktów i usług wytwarzanych na godzinę pracy była dwukrotnie wyższa niż w drugiej połowie lat 40., a do 2006 r. wzrosła o kolejne 30%. Innymi słowy, gdyby amerykańskie społeczeństwo kolektywnie podjęło decyzję by wrócić do poziomów produkcji i konsumpcji sprzed 17 lat, moglibyśmy skrócić standardowy 40-godzinny tydzień pracy do 5,3-godzinnego dnia pracy, lub – gdyby „cofnąć się” do 1948 r. – do 2,7-godzinnego dnia pracy. Już wtedy byliśmy najbogatszym krajem świata i do dnia dzisiejszego społeczeństwom wielu państw nie dane było osiągnąć tamten poziom życia.

Zamiast docenić zalety bogatszego życia społecznego, będącego wynikiem wprowadzonej w życie wizji Kellogga, podporządkowaliśmy się modelowi, w którym więzi społeczne uległy redukcji. Materializm skutecznie izoluje nas od rodziny, znajomych i sąsiadów: po prostu nie mamy dla nich czasu. W przeciwieństwie do naszych pradziadków, którzy przeżywali swoje życie, my je tracimy. Każdy, kto przyglądałby się temu z zewnątrz, doszedłby do wniosku że staliśmy się ofiarą jakiegoś dziwnego czaru, nowoczesnej odmiany klątwy rzuconej na króla Midasa, która wszystko czego się dotkniemy, zamienia w produkt wytworzony przez coraz doskonalszą technologię.

Rzecz jasna nie wszyscy w równym stopniu uczestniczą w tym zakupowym szaleństwie, choćby ze względów finansowych. Miliony Amerykanów zmuszone są do pracy na kilku etatach za głodowe stawki, wielu też pozostaje przed długi czas bez zatrudnienia. Tym niemniej, bieda nie stanowi bariery ochronnej przez Ewangelią Konsumpcjonizmu, z czego doskonale zdają sobie sprawę specjaliści od reklamy i marketingu.

W międzyczasie, dobra nowina konsumpcjonizmu dociera daleko poza granice kraju, w którym ją pierwszy raz ogłoszono. Odzież, gry wideo, meble, zabawki i inne towary kupowane codziennie przez miliony Amerykanów, są obecnie wytwarzane w odległych krajach, często przez marnie wynagradzanych robotników pracujących w skandalicznych warunkach. Surowce niezbędne do wytwarzania tych produktów uzyskiwane są nierzadko w wyniku rabunkowej eksploatacji. U nas w kraju aktywność biznesowa kręci się wokół projektowania tych towarów, finansowania ich produkcji, prowadzenia zakrojonych na olbrzymią skalę kampanii reklamowych oraz – rzecz jasna – liczenia zysków.

Wizja Kellogga, pomimo dużej popularności wśród jego pracowników, nie spotkała się z ciepłym przyjęciem innych przedsiębiorców. Tym niemniej książka Dahlberga wywarła ogromny wpływ na poglądy senatora Hugo Blacka (późniejszego sędziego Sądu Najwyższego), który w 1933 r. wystąpił z projektem ustawy wprowadzającej 30-godzinny tydzień pracy. Prezydent Roosevelt, który z początku wydawał się zgadzać z propozycjami Blacka, szybko przeszedł jednak na stronę przedstawicieli biznesu, którzy w większości sprzeciwiali się im. Co więcej, jego administracja przygotowała cały pakiet ustaw sankcjonujących 40-godzinny tydzień pracy w kształcie, w jakim występuje on do dziś.

Co najmniej dekadę przed tym, jak projekt Blacka trafił pod obrady Kongresu, apostołowie Ewangelii Konsumpcjonizmu rozpoczęli opracowywanie strategii obronnych. Jednak w obliczu pogłębiającego się Wielkiego Kryzysu, społeczeństwo było co najmniej niezdecydowane w sprawie roli, jaką w państwie powinny odgrywać wielkie koncerny przemysłowe. Związki zawodowe zyskiwały nie tylko społeczne poparcie, ale także ustawowe uprawnienia, a administracja prezydenta Roosevelta, w ramach programu Nowego Ładu, wprowadzała regulacje działalności gospodarczej na skalę niespotykaną w historii kraju. Wielu magnatów przemysłowych uznało Nowy Ład za poważne zagrożenie. James A. Emery, szef doradców prawnych NAM, ogłosił „wezwanie do broni” i nawoływał do walki przeciwko „okowom irracjonalnych regulacji” i „hamującym postęp obciążeniom podatkowym”, charakteryzując doktrynę Nowego Ładu jako wytwór „obcych najeźdźców godzący w naszą myśl narodową”.

Idąc za tym wezwaniem, reprezentowana przez NAM elita przemysłowo-gospodarcza USA – General Motors, wielkie huty stali, General Foods, DuPont itp. – postanowiła stworzyć własną propagandę. Wewnętrzna notatka NAM nawoływała do „przedstawiania wszystkiego z punktu widzenia korzyści, jakie przeciętny Amerykanin odnosi z gospodarki wolnorynkowej”. NAM zorganizowała także wielką kampanię pod nazwą „American Way”. Zgodnie z protokołem jednego z zebrań NAM, jej celem było wytworzenie w społeczeństwie przekonania, że „wolny rynek na równi z wolnością słowa, prasy i religijną, stanowi integralny element demokracji”.

Konsumpcja nie była jedynie osią kampanii perswazyjnej – próbowano ją także wbudować w system polityczny. W broszurze programowej, opracowanej przez agencję reklamową J. Waltera Thompsona, czytelnik dowiadywał się, że „w systemie kapitalizmu prywatnego to właśnie On, Konsument i Obywatel, jest szefem”, który „nie potrzebuje czekać na kolejne wybory ani posiedzenie ławy przysięgłych. »Głosuje« bowiem za każdym razem, gdy podejmuje decyzję o nabyciu jednego produktu a odrzuceniu drugiego”.

Zdaniem Edwarda Bernaysa, jednego z pionierów nowoczesnego zarządzania wizerunkiem i głównego architekta „American Way”, wybory, przed którymi staje obywatel w lokalu wyborczym, niczym się nie różnią od decyzji podejmowanych na stoisku w pawilonie handlowym czy przed półką sklepu spożywczego. Podstawową regułą w obu przypadkach jest to, by wybór obejmował ograniczony zestaw możliwych opcji, które są z kolei starannie wyselekcjonowane przez „niewidzialny rząd” stworzony przez speców od marketingu i reklamy wielkiego biznesu. Bernays przekonuje, że w „społeczeństwie demokratycznym” obywatele „są i muszą być zarządzani, konieczne jest odgórne formowanie /…/ ich poglądów, sposobów myślenia i gustów, w większości rękami ludzi, z których istnienia społeczeństwo nawet nie zdaje sobie sprawy”.

NAM utworzyło ogólnokrajową sieć, której celem było zapewnienie, by broszura J. Waltera Thompsona i inne podobne materiały trafiały do bibliotek i programów nauczania w szkołach w całych USA. Efektem kampanii były także liczne artykuły w prasie, w których cytowano „niezależnych ekspertów”, w rzeczywistości opłacanych przez środowiska biznesowe. Powstały też nowe czasopisma i krótkie filmy dla dzieci i dorosłych. Ich tytuły mówią same za siebie: „Tworzymy Lepszych Amerykanów”, „Sprzedawać jest rzeczą amerykańską” czy „Ameryka Podąża Naprzód”.

Prawdopodobnie jednym z największych sukcesów tej kampanii była wystawa „American Way” w czasie targów światowych, które odbyły się w Nowym Jorku w 1939 r. Ich dyrektor określił tę wystawę jako „największe wydarzenie z dziedziny public relations w historii przemysłu”, zdolne do stawienia czoła „propagandzie Nowego Ładu”. Hasłem przewodnim targów było „Budujemy Świat Jutra”, a one same stały się forum, na którym przedstawiciele amerykańskich korporacji w sposób dosłowny stworzyli fundamenty przyszłego modelu gospodarczego i społecznego. Najsłynniejszą ekspozycją była przygotowana przez General Motors na powierzchni prawie 4 tys. m2 Futurama, gdzie zwiedzający mieli możliwość odwiedzenia aglomeracji Democracity, miasta wielopasmowych autostrad, które niosły obywateli z ich wiejskich domów do pracy w szklanych drapaczach chmur.

Przy całym swoim impecie i ogromie zaangażowanych środków, „American Way” nie poskutkowała natychmiastowym, masowym, entuzjastycznym poparciem dla korporacji i prezentowanej przez nie wizji przyszłości. Tym niemniej, możliwe było stworzenie ideologicznych podwalin pod zmiany, do których doszło po zakończeniu II wojny światowej, zmiany, które stworzyły to, co do dnia dzisiejszego określa się „powojenną Ameryką”.

Wybuch wojny zmusił ludzi do pracy w wymiarze nigdy nie osiągniętym za czasów Nowego Ładu, co budziło obawy o silny wzrost bezrobocia po zakończeniu działań zbrojnych. Robotnicy zatrudnieni w zakładach firmy Kellogg’s podczas wojny pracowali 48 godzin w tygodniu, ale większość z nich gotowa była na powrót do 30-godzinnego tygodnia pracy. Niestety, krótko przed wojną W. K. Kellogg i Lewis Brown przekazali zarząd nad firmą nowemu zespołowi menedżerów.

Nowy zarząd widział w krótszym dniu pracy jedynie zagrożenie i źródło kosztów, nie dostrzegając korzyści płynących z niego. Praktycznie zaraz po zakończeniu wojny rozpoczął kampanię podważającą sens takiego rozwiązania. Zaoferowano pracownikom kuszący plan dodatków finansowych w przypadku, gdy poprą wprowadzenie ośmiogodzinnego dnia pracy. Pomimo tego, w głosowaniu przeprowadzonym w 1946 r., 77% mężczyzn i 87% kobiet zatrudnionych w firmie wyraziło chęć powrotu do 30-godzinnego tygodnia pracy. Co warte podkreślenia, decyzja ta wiązała się ze znacznym obniżeniem wynagrodzeń, ze sztucznie zawyżonego poziomu z czasów wojny.

Odpowiedzią zarządu było wydanie sześciogodzinnemu dniowi pracy wojny pozycyjnej. Wysokokwalifikowanym robotnikom zatrudnionym na wydziałach, na których pomysł wydłużenia dnia pracy spotkał się z najmniejszym sprzeciwem, zaoferowano specjalne przywileje. W Ameryce, która właśnie wydostała się z wojny i wcześniejszego kryzysu, metoda ta musiała przynieść oczekiwane skutki. Ale nie wszyscy poddali się temu trendowi. W zakładach Kellogga istniała silna, choć kurcząca się z czasem grupa ludzi, których Hunnicutt określa mianem „Indywidualistów” (mavericks), sprzeciwiających się wprowadzeniu dłuższego dnia pracy. Na wydziałach, w których się skupiali, udało się utrzymać sześciogodzinny dzień pracy aż do 1985 r., kiedy to całkowicie i ostatecznie go zlikwidowano. „Indywidualiści” odrzucali forsowaną przez zarząd, związki zawodowe i wielu kolegów z pracy tezę, że dodatkowe wynagrodzenie związane z wydłużeniem czasu pracy warte jest przejścia na ośmiogodzinny dzień pracy. Pomimo ogromnych różnic pomiędzy zasobnością społeczeństwa w latach 30. i 80. ubiegłego wieku, korzyści z sześciogodzinnego dnia pracy opisywano niemal identycznie. Jedna z kobiet, zaniepokojona tym, że jej syn musi dużo pracować, powiedziała, że „przez to nie ma on wcale czasu na cieszenie się życiem, na odwiedziny krewnych i znajomych, na przebywanie z rodziną, na zajmowanie się innymi rzeczami, które kocha i które sprawiały mu wcześniej wiele radości”.

Niektórzy wskazywali na bezpośrednią zależność pomiędzy dłuższym dniem roboczym a konsumpcjonizmem. „Pracując sześć godzin dziennie bardzo dobrze sobie radziłem z utrzymaniem rodziny i zaspokojeniem jej podstawowych potrzeb. Dłuższa praca była mi zupełnie niepotrzebna – twierdził jeden z mężczyzn. – Wielu myślało, że po wydłużeniu dnia pracy wszyscy nagle staną się bogatsi, ale nic takiego nie nastąpiło. /…/ Niektórzy korzystając z większych zarobków szybko kupili sobie samochody, ale niewiele na tym zyskali, bo utrzymanie samochodu pochłaniało większość z dodatkowych poborów”.

Grupy „Indywidualistów”, zdając sobie sprawę z tego, że wydłużenie dnia pracy będzie skutkowało redukcją zatrudnienia, określali ludzi wzywających do modelu ośmiogodzinnego „tucznikami pracy” (work hogs). „Kellogg’s zwalniał pracowników – zauważała jedna z kobiet – a jednocześnie niektórzy z zatrudnionych wyrabiali ogromne ilości nadgodzin – to ze sprawiedliwością nie ma wiele wspólnego”. Inny przywołał słowa historyka Arnolda Toynbee, który powiedział: „Albo podzielimy się pracą, albo będziemy musieli zacząć troszczyć się o tych, dla których jej zabraknie”.

Ludzie żyjący w wyniszczonych depresją latach 30., z perspektywy dnia dzisiejszego ubodzy w dobra, skwapliwie zabiegali o to, by pracować mniej – i mieć więcej czasu dla siebie i swoich rodzin. Podobnie myślały ich dzieci i wnuki w latach 80. My, jako społeczeństwo, moglibyśmy dzisiaj dokonać podobnego wyboru.

Ale nie jest możliwe przeprowadzenie tego na poziomie jednostek. Chociaż „Indywidualiści” w Kellogg’s wytrzymywali przez lata presję wywieraną na nich przez firmę i pozostałych pracowników, koniec końców jednak rynek nie był w stanie zaoferować im możliwości pracy w niższym wymiarze godzin za cenę ograniczenia konsumpcji. Przyczyna jest niezwykle prosta: wybór ten stałby w sprzeczności z podstawami gospodarki rynkowej – przynajmniej jej obecnej formy. Ludzie, którzy stworzyli społeczeństwo konsumentów, doskonale zdawali sobie sprawę, że był to proces polityczny i że zmiana systemu wymagałaby stworzenia potężnego ruchu politycznego.

Wizja „społeczeństwa demokratycznego” prezentowana przez Bernaysa, w której obywatele są konsumentami a decyzje polityczne podlegają prawom marketingu, ma obecnie wielu zwolenników. Przykładem może być wypowiedź Andrew Carda, byłego szefa doradców w administracji prezydenta George’a W. Busha. Zapytany, dlaczego czekała ona kilka miesięcy zanim przedstawiła argumenty za przeprowadzeniem inwazji na Irak, odpowiedział: „W sierpniu nikt przecież nie wprowadza nowych produktów na rynek”. Z kolei w roku 2004, jeden z ważniejszych amerykańskich teoretyków prawa, sędzia federalny Richard Posner, oświadczył, że demokracja przedstawicielska „zakłada podział między rządzącymi a rządzonymi”; ci pierwsi stanowią „klasę rządzącą”, a wszyscy pozostali mogą cieszyć się w sferze politycznej jedynie „suwerennością konsumenta”, która daje „przywilej odrzucenia konkretnego produktu, przywilej wyboru, nie zaś możliwość aktywnego wpływu na rzeczywistość”.

Czasami postawy antydemokratycznego elitaryzmu w jeszcze bardziej bezpośredni sposób przebijają z analiz przygotowanych przez think-tanki powiązane z elitą i reprezentujące jej interesy. Jednym z przykładów może być tekst napisany w 1975 r. przez Samuela Huntingtona, znanego politologa z Uniwersytetu Harvarda, włączony do przygotowanego przez Komisję Trójstronną raportu pt. „Kryzys demokracji”. Huntington ostrzegał w nim przed „nadmiarem demokracji”, twierdząc, że „system polityczny oparty na demokracji wymaga pewnego stopnia apatii i braku bezpośredniego zaangażowania ze strony pewnych obywateli i grup społecznych”. Rozwijając tę myśl, zauważa on, że „grupy znajdujące się obecnie na marginesie życia społecznego, jak ludność murzyńska, stają się jego pełnoprawnymi uczestnikami”, co „może stanowić zagrożenie dla systemu politycznego” i prowadzić do podważenia autorytetu władzy.

Zgodnie z tego typu poglądami, powszechnymi w kręgach elit, ludzie są zbyt nieprzewidywalni i głupi, by móc decydować o swoim losie. „Plebs”, uważany za narzędzie produkcji w fabryce i narzędzie konsumpcji poza jej bramą, musi podporządkować się ustalonemu z góry porządkowi i przyjąć narzuconą mu rolę po to, by zachowana została stabilność społeczeństwa. Posner, na przykład, odrzucił pomysł wprowadzenia narodowego dnia dyskusji społecznej [National Day of Deliberation – propozycja mająca na celu zachęcenie Amerykanów do dyskusji o polityce i rzeczywistych problemach społecznych. Dzień ten, obchodzony na dwa tygodnie przed wyborami prezydenckimi, miałby być wolny od pracy. Ludzie spotykaliby się, aby uczcić pamięć Ojców Założycieli i przy okazji porozmawiać o najważniejszych problemach poruszanych w trakcie kampanii wyborczej – przyp. tłumacza], jako że jego skutkiem będzie „niewielkie, ale znaczące ograniczenie produkcji”. Można go zatem uznać za kontynuatora ideologii wyznawanej przez niegdysiejszych biznesmenów, że złagodzenie imperatywu „więcej pracy, lepszej pracy” skutkuje rodzeniem się postaw „radykalnych”.

Już w 1835 r. bostońscy robotnicy, strajkujący i domagający się krótszego tygodnia pracy, przekonywali, że czas od niej wolny jest im potrzebny do tego, aby byli lepszymi obywatelami: „Mamy prawa i powinności wynikające z bycia obywatelami Stanów Zjednoczonych i członkami społeczeństwa”. Doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że autentyczna demokracja istnieje jedynie wówczas, gdy obywatele mają chęć i możliwość tworzenia rządu i wpływania na prowadzoną przez niego politykę, a nie wtedy, gdy są oni zaledwie masą zmarginalizowanych wyborców, których rola ogranicza się do wyboru dania z oferty przedstawionej przez jakiś „niewidoczny rząd”. Postawa obywatelska wymaga poświęcenia czasu i uwagi, na co nie stać ludzi żyjących w coraz szybszym cyklu pracy i konsumpcji.

Jeffrey Kaplan

tłum. Sebastian Maćkowski

Artykuł pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Orion”, w numerze majowo-czerwcowym 2008 r. Następnie przedrukowano go za zgodą autora w piśmie „Obywatel” nr 43, 2008.

Grafika w nagłówku tekstu: fragment obrazu Christophera Dombresa.

Prof. Monika Kostera: Imperatyw kategoryczny neoliberalizmu

Prof. Monika Kostera: Imperatyw kategoryczny neoliberalizmu

Jeśli kogoś można wykorzystać, to absolutnie trzeba. To nowy imperatyw kategoryczny. Najbardziej dramatycznym jego przejawem są sprawy takie jak ta z podwójnym morderstwem w podkaliskiej wsi Tłokinia Wielka, gdy skazany został niepełnosprawny intelektualnie Piotr M., jedynie na podstawie własnego zeznania i wbrew zasadzie domniemania niewinności. W jego winę nie wierzą bliscy ofiar zabójstwa i nie świadczą o niej ani ślady ani nawet poszlaki. Piotr M. był pod ręką, ulegał wpływom, przyjmował rację innych osób, z którymi rozmawiał, więc został oskarżony i skazany. Nie wiemy, co się stało naprawdę, ale narracja brzmi jednocześnie przerażająco nieludzko i swojsko.

Jeszcze bardziej zwyczajnie swojsko-nieludzko brzmi opowieść wcześniejsza. Zanim to wszystko się stało, Piotr M. był zatrudniany dorywczo za grosze do ciężkiej pracy fizycznej, spał w budynkach gospodarczych nieprzeznaczonych do mieszkania przez ludzi. Nie protestował, nie domagał się swego, nie sprzeciwiał. Można było go wykorzystać, a więc – naturalnie – należało. To właśnie nowy imperatyw kategoryczny w działaniu codziennym – co bardziej ogarniętych rolników, pomniejszych Januszów biznesu i wielkich korpobossów. A także i zwykłych biedaszaraków, jeśli starczy refleksu.

Kilka przykładów ze świata zarządzania. W dużej, szacownej firmie są i środki, i świadomość przepisów prawa pracy, dotyczących nadgodzin. Ale spośród pracowników nikt nie idzie do domu po przepracowaniu 8 godzin, to nie do pomyślenia! Nadgodzin też się nie płaci. Dlaczego? Pytam szefa. „Bo nikt tak nie robi, bylibyśmy śmieszni. A poza tym pracownicy też by się źle z tym czuli, myśleliby, że ich zaangażowanie nie jest dla firmy ważne”. Dodam, że szef, Dominik, jest sympatycznym człowiekiem, oczytanym i refleksyjnym. To nie jest tak, że on lubi łamać kodeks pracy. Nawet wierzę mu, że nie jest zachwycony sytuacją, gdy ludzie przesiadują w biurze zamiast śmigać z dzieckiem do kina. Robi „to, co wszyscy”. Gdyby robił inaczej, na jego miejsce przyszedłby szybko psychopata. A poza tym „trzeba troszkę powykorzystywać”, bo inaczej jest frajerstwo, a wtedy cię ludzie nie szanują.

Drugi przykład – przy projekcie pracuje zespół pracowników. Jeden spośród nich, Kazik, chętnie dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem, pomaga innym. Projekt z nim w zespole świetnie idzie i dobija szczęśliwie do mety. Pracownicy składają projekt w ręce szefa, razem z dodatkowym nowatorskim opracowaniem. Jest znakomicie przygotowane i bardzo przydatne. Tyle że nie ma na tym ostatnim nazwiska Kazika, w ogóle nie figuruje, choć wszystko, co tam jest zamieszczone, pochodzi właśnie od niego. Po co się dzielił? Mógł zachować wiedzę dla siebie. A tak – jest mniej ludzi do dzielenia się nagrodą. Kazik traktowany jest w firmie jak ktoś pomiędzy kozłem ofiarnym a Kopciuszkiem, ludzie śmieją się z niego na korytarzach. A klienci go uwielbiają. Jednak współpracownicy Kazika są tak bardzo przywiązani do swojej wizji jego postaci, że za każdym razem, gdy pojawi się pozytywna opinia klienta na jego temat, reagują zdziwieniem. Mam wrażenie, że autentycznym.

Kolejny przykład. Idąca jak błyskawica w górę hierarchii Bianka zaprosiła do współpracy przy ważnym międzynarodowym projekcie zatrudnioną na umowę zlecenie Grażynę. Grażyna pracuje w firmie od 10 lat, zawsze na zlecenie, bo skromna, pracowita i „nieasertywna”. Jednak „samo się przez się rozumie”, że umowy są jej przedłużane. Grażyna robi tak znakomitą robotę, że zagraniczni goście zwracają uwagę na jej wkład i wyrażają to w swych pożegnalnych przemówieniach. Grażyna zabiera głos, również dziękuje. Popełnia jednak katastrofalny dla siebie błąd – dziękuje nie tylko Biance, ale także jej starej mentorce, dzięki której cały projekt w ogóle zaistniał. Po przyjęciu Bianka zaprasza Grażynę i ze spokojną radością w głosie ogłasza jej, żeby pakowała swoje rzeczy, bo chyba rozumie, że nie ma tu po co wracać. Grażyna pakuje. Bianka ostro awansuje. Wszyscy w firmie starają się być jak Bianka.

Samo w sobie zjawisko nie jest ani szczególnie odkrywcze. Weźmy, na przykład, takiego szekspirowskiego Tymona z Aten. Tymon był starożytnym Ateńczykiem, znaczącą postacią w polityce i kulturze. Był hojny, dzielił się wszystkim z potrzeby serca. Jego przyjaciele uczestniczyli we wszystkim, wszystko chętnie brali, ale gdy Tymonowi skończyło się bogactwo, odmawiali pomocy, „bo nie mogą”, mają tyle „ważnych i wielkich problemów”, „nie ten moment”, „ten drugi jest gorszy, a został poproszony o pomoc wcześniej, to dla mnie zniewaga” itd. Są przy tym bardzo z siebie wszyscy zadowoleni, każdy ma świetny powód, a Tymon sam przecież jest sobie winien – po co tak rozrzutnie się zachowywał?

Nowość imperatywu kategorycznego, o którym tu mowa, nie polega na tym, że ludzie wykorzystują innych. To wszystko już było. Jego specyfika w dzisiejszych czasach wiąże się z rolą legitymizacji systemu, jaką obecnie pełni. Za Gierka takie postępowanie znane było raczej jako cwaniactwo (albo gorzej). Obecnie pomaga nadawać sens społecznym działaniom pod szlachetnym sztandarem przedsiębiorczości. Wreszcie stanowi podwalinę pod system, który potrafi zaprząc niskie rejestry natury ludzkiej w imię postępu i rozwoju – pamiętamy wszyscy, co mówił Gordon Gekko z filmu „Wall Street”: „greed is good”, chciwość jest dobra!”. Dzięki temu neoliberalizm nawet przez przeciwników bywa określany jako „naturalny”. Może jest brzydki, ale przecież taki jest człowiek, taka jest ludzka natura.

Tak, zapewne to część ludzkiej kondycji (bo co jest, a co nie jest ludzką naturą, to temat na dłuższą dyskusję i niekoniecznie z teoretyczką od zarządzania). Przypomnijmy sobie przyjaciół Tymona czy licznych niemiłych cwaniaków uprzykrzających życie bliźnim w czasach gospodarza domu Anioła albo Balladyny. Ale – nie, nie jest to definicja tego, kim jest człowiek i na co nas stać. Nawet w Alternatywy 4 czy w Balladynie nie ma takiego przesłania. Człowiek nie jest wyłącznie potworem, a w każdym razie stać nas na więcej.

Najnowsza książka australijskiego profesora zarządzania Petera Fleminga, „The worst is yet to come” (Najgorsze jeszcze przed nami), dopowiada do końca liczne systemowe opowieści, które rozwijają się teraz na naszych oczach. Wątki stają się coraz mroczniejsze – zniszczenie planety, ostateczne zohydzenie pracy, wstrętne dyktatury nazywające siebie bezczelnie demokracjami, odarcie ludzi z resztek praw i godności, jeszcze większa koncentracja bogactwa… Autor jest celowo dosadny i nie podaje żadnych środków znieczulających. Ma do zaoferowania niewiele budujących rad. Z wyjątkiem tych, gdy proponuje, by patrzeć na siebie wzajemnie z życzliwością, być solidarnymi, organizować się – i cwaniakować, owszem, ile dusza zapragnie, ale wobec systemu, który faktycznie jest na ostatnich nogach i naprawdę upada, ale po jego upadku nie czeka nas raj na Ziemi. Zamierza zabrać w niebyt ze sobą nas i całą planetę. Od swojej słabości odwraca naszą uwagę na różne sposoby – siejąc strach, potęgując poczucie niepewności, podsycając zawiść i szerząc pogardę. Więc tak, należy być czujnym, ale zamiast patrzeć, jak można wyrolować Piotra M., Kazika, Grażynę czy Tymona, trzeba patrzeć uważnie na słabości algorytmów, dostrzegać, jak bardzo korporacje boją się zjednoczonej pracowniczej siły. Hojność nie jest słabością, a dzielenie się nie jest frajerstwem. Frajerstwem jest dawanie się robić w konia upadającemu systemowi, a słabością jest hojne obdarowywanie go naszą energią, pomysłowością i zaufaniem. W obecnej fazie żywi się on właśnie tym, czego sam nie posiada i czym my go obdarowujemy – wartościami, których sam nie jest w stanie wytworzyć i które wyłudza od nas. Nie róbmy tego. Oddajmy neoliberalnemu cesarzowi co cesarskie – jego własny imperatyw; bądźmy hojni, bądźmy razem cwani, bądźmy solidarnymi hojnymi cwaniakami!

prof. Monika Kostera

Piotr Wójcik: Krach w liberalnej utopii

Doktryna wolnorynkowa jest na tyle głośna i wpływowa, że chyba każdy obudzony w środku nocy jest w stanie podać jej główne założenia i postulaty. Nawet jeśli sam się z nimi głęboko nie zgadza. Po prostu jej tezy są tak uporczywie powtarzane przez przeróżnych komentatorów w przeróżnych miejscach, że stały się wręcz nieodłącznym elementem otoczenia. Gospodarczy liberalizm został tak bardzo wprasowany w umysły ludzi, że jego główne tezy nieświadomie powtarzają także ci, którzy za jego zwolenników wcale się nie uważają. Chyba każdy spotkał się z tezami typu „nie jestem gospodarczym liberałem, ale zasiłki dla bezrobotnych powinny być obniżone, to jednak rozleniwia”. Założenia doktryny wolnorynkowej stały się oczywistymi prawami, choć nikt ich nigdy nie potwierdził – powstały one w głowach różnych ekonomicznych celebrytów, którzy je następnie z uporem maniaka upowszechniali przeróżnymi kanałami. Tezy z nich płynące stały się tak naturalne, że nikt nawet nie zastanawia się, czy są one prawdziwe – to się rozumie samo przez się. Woda ma to do siebie, że spływa, w zimie jest zimniej, a w lecie cieplej, a niskie podatki są lepsze niż wysokie.

Mistrzowie teorii

Gospodarczy liberałowie swych tez nie obudowują danymi z realnych gospodarek, nie przekonują swych interlokutorów dokładnymi statystykami i badaniami. Bardzo rzadko wolnorynkowe teksty oparte są na rzetelnie zebranych danych, udowadniających hipotezy. Wolnorynkowa narracja jest oparta na myśleniu a priori, a jeśli pojawiają się jakieś „dowody”, to zwykle są to odwołania do jakichś dawno nieżyjących już wieszczów, często z XIX wieku lub nieco tylko młodszych. Tak musi być, bo przecież zauważył to już Hayek w takim czy takim dziele. O tym to pisał już Mises tu i tam, nie ma innej opcji. Wolnorynkowa narracja to w istocie teoretyczne konstrukty poprzeplatane tytułami różnych dzieł, które zna mało który badacz zajmujący się realną gospodarką – po prostu do niczego mu nie są one potrzebne. Jednak wystarczyło to do zdobycia rzesz zwolenników, często tego nieświadomych, którym tezy wydały się tak zdroworozsądkowe, że nie trzeba już ich konfrontować z rzeczywistością. W „Nowym Obywatelu” regularnie konfrontujemy tezy wolnorynkowców z rzeczywistością, opierając się na danych i badaniach. Warto jednak spróbować zagrać w grę proponowaną przez gospodarczych liberałów i zastanowić się, do czego prowadziłyby ich postulaty – ale tak zdroworozsądkowo i czysto teoretycznie.

Przyjmijmy, że do władzy dochodzi partia wolnorynkowa i zaczyna sumiennie realizować swój program. To jest dosyć ryzykowne założenie, bo zwykle liberałowie dochodzący do władzy połowy rzeczy nie realizują. Nie jest to dziwne – gdy się zorientują, na czym polega działanie państwa, to przekonują się, że większość ich tez stanowiły mrzonki. Doświadczeni urzędnicy, którzy na administrowaniu państwem zjedli zęby, pukają się w czoło w reakcji na plany nowych liberalnych ministrów, a gdy ci zejdą im tylko z oczu, to zwyczajnie umierają ze śmiechu. Dzięki temu wciąż wielu szkodliwych liberalnych koncepcji nie udało się wdrożyć. Oczywiście tą drugą zrealizowaną połową programu i tak liberałowie mogą wystarczająco napsuć krwi, ale jednak profesjonalny korpus cywilny jest swego rodzaju bezpiecznikiem, ratującym społeczeństwo przed wolnorynkowymi szaleństwami. No ale przyjmijmy, że niepokornych urzędników jakoś udało się wolnorynkowcom u władzy spacyfikować i realizują oni swoje założenia.

Wolnorynkowcy zaczynają reformy

Oczywiście w pierwszej kolejności obniżają podatki. Wprowadzają znane z polskiej debaty publicznej rozwiązanie 3×15 – czyli trzy (PIT, CIT i VAT) podatki liniowe na poziomie 15 procent. Rzeczywiście, początkowo przynosi to częściowe rezultaty. Ludzie mają więcej pieniędzy w kieszeniach, obniżka VAT obniżyła też ceny tych produktów, które obciążone były stawką 23 procent. Konsumenci zaczynają więcej wydawać, co przyspiesza wzrost gospodarczy. W pierwszym roku państwo nie ogranicza swoich wydatków, gdyż rządzący są przekonani, że przyspieszony wzrost zrekompensuje budżetowi państwa obniżenie stawek. Wszystko wygląda dobrze – ludzie są zadowoleni, bo ich dochody netto wzrosły, gospodarka rośnie szybciej, więc i zatrudnienie wzrasta.

Pierwsze kłopoty zaczynają się już pod koniec pierwszego pełnego roku po obniżeniu stawek. Okazuje się, że dochody państwa są dużo mniejsze, niż przewidywano. Zwiększone dochody netto społeczeństwa w dużo większym stopniu trafiły do górnych 20 procent społeczeństwa, a te już i tak nie miały wielkiej potrzeby zwiększania codziennej konsumpcji. Zaczęli więc wydawać nadwyżki za granicą, a także inwestować w rynki wschodzące i lokować oszczędności w rajach podatkowych. Te środki nie trafiły więc do polskiej gospodarki, tylko wypłynęły za granicę. Dolne 80 procent społeczeństwa rzeczywiście zwiększyło konsumpcję, ale ten wzrost nie zrekompensował obniżki stawek. Obniżka CIT prawie nie wywołała żadnych efektów mnożnikowych – i tak efektywnie firmy płacą już mniej niż 15 proc. CIT, poza tym nad Wisłę ściągają je przede wszystkim niskie koszty robocizny, a nie kilka punktów procentowych CIT w tę czy we w tę. Nie zaobserwowano zatem zwiększonej stopy inwestycji. Na koniec roku państwo zanotowało bardzo duży deficyt i wysoki wzrost długu publicznego. Liberałowie nie znoszą długu publicznego, więc w przyszłym roku zdecydowali się drastycznie obniżyć wydatki publiczne.

Wydatki publiczne są częścią PKB, więc wpłynęło to na zahamowanie dynamiki wzrostu. Górne 20 procent to ledwo zauważyło, bo i tak w dużej części korzysta z prywatnych usług. Dalej wydawało za granicą, tam też inwestowało, a w Polsce kupowało produkty luksusowe lub najbardziej zaawansowane dobra. Dolne 80 procent jeszcze nie odczuło dobrze, co się święci – wciąż cieszyło się z większej ilości gotówki w kieszeni. Zmniejszono nakłady na inwestycje publiczne, więc nie remontowano infrastruktury publicznej, z której większość korzysta, ale w rok się przecież ona nie rozsypie. Odczuły to za to firmy realizujące zamówienia publiczne, więc musiały zmniejszyć zatrudnienie – część ich pracowników trafiło na bezrobocie. Spadek inwestycji publicznych sprawił, że wzrost znów był niższy od zakładanego, choć wciąż niezły. Dług publiczny w relacji do PKB obniżył się, ale niewiele, pomimo cięć wydatków publicznych.

Ciemne strony liberalnej utopii

Efekt mnożnikowy obniżek podatków jednak był już na wyczerpaniu, on działa tylko w pierwszym okresie, i coraz więcej było przesłanek za nadchodzącym spowolnieniem. Tymczasem państwo dobrowolnie zrzekło się sporej części dochodów. Rządzącym pozostały więc w odwodzie kolejne cięcia. Najpierw obniżono świadczenia społeczne z budżetu państwa, na przykład dodatki rodzinne oraz pomoc społeczną. Obniżka świadczeń socjalnych sprawiła, że drastycznie pogorszyła się sytuacja osób z dolnych 20 procent społeczeństwa. Co gorsza, wprowadzenie 15-procentowego liniowego VAT sprawiło, że ceny towarów pierwszej potrzeby, obciążonych wcześniej obniżoną stawką VAT, wzrosły. To razem wywołało wzrost stopy ubóstwa. Osoby z dolnych 20 procent zaczęły się więc ratować pożyczkami krótkoterminowymi. To wygenerowało sporo niespłacalnych długów w dolnych warstwach społecznych. Instytucje pożyczkowe szybko przestały pożyczać pieniądze najbardziej zadłużonym, ci więc obniżyli swoje wydatki. A to już wyraźnie wpłynęło na zahamowanie wzrostu, gdyż obywatele z dolnych warstw wydają całość swoich dochodów w kraju, więc ich kłopoty oznaczają spadek popytu wewnętrznego.

Państwo oraz samorządy, które przecież straciły na obniżce PIT dużą część dochodów (połowa wpływów z PIT trafia do samorządów), zaczęły odczuwać spadek koniunktury wewnętrznej. Postanowiły więc ograniczyć usługi publiczne, a część nawet sprywatyzować. Ceny sprywatyzowanych usług publicznych momentalnie wzrosły. Obcięte usługi publiczne obywatele zaczęli kupować na rynku za prywatne środki. To razem pogorszyło sytuację także środkowych 60 procent społeczeństwa. Owszem, więcej pieniędzy mieli w portfelu, jednak ich wydatki drastycznie wzrosły. Musieli więcej płacić za komunikację publiczną, częściej chodzić do prywatnych lekarzy, a także płacić czesne za studia swoich dzieci. Zaczęli się więc zadłużać na potęgę, żeby móc pokryć dużo wyższe wydatki. Finalnie dług publiczny spadł, ale dług gospodarstw domowych wzrósł niebotycznie.

Zaczął się również pogarszać polski bilans handlowy. Dolne 20 procent społeczeństwa bardzo zacisnęło pasa, co zaczęli odczuwać krajowi wytwórcy dóbr pierwszej potrzeby oraz właściciele punktów lokalnych usług. Także środkowe 60 procent zaczęło nieco mniej wydawać na produkty wytwarzane w kraju – więcej pieniędzy pochłaniało im opłacanie bezpłatnych wcześniej usług. Tymczasem górne 20 procent część swojej nadwyżki wydawanej w kraju przeznaczało głównie na dobra najwyższej jakości, zaawansowane oraz luksusowe. A tych nie wytwarzają zazwyczaj producenci krajowi, lecz zagraniczni. Zwiększony popyt najbogatszych był więc przeznaczany na towary importowane. To w szybkim tempie wygenerowało deficyt handlowy – import zaczął grać coraz większą rolę w krajowej gospodarce, kosztem dóbr wytwarzanych w kraju.

Kryzys w raju

Polska stała się więc krajem bliskim marzeń wolnorynkowców. Miała niskie liniowe podatki, spadało też zadłużenie publiczne. Usługi publiczne zostały sprywatyzowane. Obniżenie stawek podatków wygenerowało także początkowo szybki wzrost. Problem w tym, że krajowa gospodarka stała się bardzo niezrównoważona – zaczęła notować permanentny deficyt handlowy, a zadłużenie prywatne biło kolejne rekordy. Górne 20 procent społeczeństwa swoje nadwyżki trzymało za granicą, co ułatwiły jeszcze deregulacyjne reformy rządzących wolnorynkowców, więc deficyt handlowy trzeba było pokrywać długiem zagranicznym. Zaciągały go banki, które kredytowały środkowe 60 procent społeczeństwa. Jednak ich zadłużenie stało się w pewnym momencie tak wysokie, że przestały one je regulować (dolne 20 procent przestały to robić dawno). A te gospodarstwa domowe, którym się to jeszcze udawało, musiały zacisnąć pasa i zmniejszyć swoje wydatki. To zdławiło popyt wewnętrzny i sprawiło, że kraj wpadł w recesję gospodarczą.

W wyniku kłopotów gospodarczych spadł również kurs krajowej waluty. To pogrążyło banki – z jednej strony część ich klientów przestała spłacać zadłużenie, z drugiej miały one długi zaciągnięte w walutach zagranicznych. Więc spadek kursu waluty sprawił, że realna wartość ich zadłużenia wzrosła. Sektor bankowy pogrążył się w kryzysie. Państwo, żeby ratować sytuację, wyłożyło miliardy złotych na ratowanie banków. Dług publiczny szybko więc wrócił do poprzedniego stanu, a nawet go przekroczył. Banki zostały uratowane, ale gospodarka wciąż tkwiła w recesji, gdyż przygnieciona długami większość gospodarstw domowych nie mogła normalnie uczestniczyć w wymianie gospodarczej. Tak oto rządzący wolnorynkowcy w szybkim czasie doprowadzili do drugiej Grecji.

Drugą Grecją oczywiście najczęściej straszą sami gospodarczy liberałowie – mają do niej doprowadzić wysokie wydatki publiczne, dług publiczny i wysokie podatki. Tyle że do drugiej Grecji szybciej doprowadziłyby liberalne recepty. Za kryzys odpowiadają przede wszystkim utrzymujący się deficyt handlowy oraz wysoki dług prywatny. A do tego sprowadziłyby się liberalne reformy gospodarcze. Warto to przypominać zawsze, gdy jakiś wygadany wolnorynkowiec zacznie nas zasypywać swoimi wymyślonymi na poczekaniu teoriami.

Piotr Wójcik

Dwie wieże polskiej polityki

Czy „afera taśmowa” z udziałem najważniejszego polityka wywołała burzę i przewrót? Nawet opozycyjne media, po których spodziewalibyśmy się bardziej merytorycznej krytyki, komentują: business as usual. Warto zastanowić się, czemu mało kto przejął się tą sprawą. Co ważne, ani liberalna i antypisowska część opinii publicznej, ani tym bardziej ta wspierająca obecną formację polityczną nie były pod wrażeniem upublicznionych nagrań. Być może lepiej zrozumieć reakcje na aferę, ale i stosunek do dwóch stron wojny polsko-polskiej, pomoże zastanowienie się, jaki one prowadzą biznes. To znaczy jaka jest recepta na sukces dwóch dominujących sił polskiej polityki, a raczej grup społecznych, które je tworzą.

Władza w pierwszej kolejności służy władzy

Dla dwóch największych partii istnieją dwa różne sposoby osiągania władzy i wzbogacenia się po jej przejęciu. Bogacenie się kosztem obywateli i nepotyzm są oczywiście wpisane w formę władzy demokracji liberalnej, gdzie elity polityczne zwykle rekrutują się z bogatszej i bardziej uprzywilejowanej klasy, która postrzega własne przywileje jako kompetencje i kwalifikacje. Obok majętności, edukacji i dużych zasobów wolnego czasu, dysponują oni również doświadczeniem, obyciem w świecie elit, koneksjami i relacjami z osobami majętnymi i wpływowymi. Ponieważ te przywileje są czymś, z czym się urodzili lub do czego przywykli, są ich zwykle zupełnie nieświadomi. Sytuacja ta wygląda nieco inaczej, choć wcale nie lepiej, wśród ludzi, którzy przynależą do elit „z awansu”. Ludzie, którzy uprzywilejowanej pozycji dopracowali się mozolnym wysiłkiem, tym bardziej żyją w ciągłym strachu, często postrzeganym jako perfekcjonizm, żeby tylko nie wyszło, że wszystkie te obyczaje i przywileje nie są dla nich czymś naturalnym. Jak sądzę, są oni w związku z tym równie lub nawet w większym stopniu niewrażliwi na niesprawiedliwość i ślepo przywiązani do przywilejów. Stąd jest zupełnie naturalne, że jedni i drudzy uważają, że ich uprzywilejowana pozycja jest zasługą ciężkiej pracy i „silnego charakteru”.

Jednocześnie postrzegają swoją karierę polityczną i służbę publiczną jako naturalne przedłużenie własnego środowiska społecznego; obecnych w nim nie tylko przywilejów, ale i bardzo agresywnej konkurencji. Dlatego też korupcja jest zjawiskiem zupełnie dla nich znormalizowanym. Jedyny problem pojawia się, gdy zostaje ujawniona, gdyż oznacza to, że sprawa wyszła poza krąg własnej klasy lub że ktoś z elit tę klasę zdradził (przykładem takiego „zdrajcy” mógłby być np. Jan Śpiewak).

Elity PiS i PO dzielą tę charakterystykę. Elity PiS bardzo często musiały się do takiego życia wdrożyć, stąd „skoki na kasę” i częsta nieporadność. Elity PO są tutaj dużo lepiej wyszkolone, co akurat źle podziałało na ich wyniki w ostatnich wyborach. Mocno do porażki przyczyniła się afera taśmowa z „Sowy i przyjaciół”, tak skuteczna, bo uderzająca w czułą strunę wizerunku „profesjonalizmu”. Fakt, że dali się wrobić, był dużo gorszym przewinieniem niż sama treść taśm.

Niezależnie od wielu podobieństw uważam, że istnieje bardzo duża różnica między tymi dwoma formacjami politycznymi. W sposobie funkcjonowania i pojmowania swoich przywilejów oraz w sposobie, w jaki mogą się wzbogacić na pełnieniu urzędów.

Żeby zrozumieć tę różnicę, trzeba zaznaczyć, że drugim ważnym czynnikiem, obok pozycji społecznej elit, jest fakt, że korupcja czy nepotyzm są postrzegane jako narzędzia osiągania i utrzymywania władzy. Taki prawdopodobnie był cel budowy owych K-towers przez Kaczyńskiego – pozyskanie środków na dalsze funkcjonowanie i rozszerzanie władzy (środków dających przewagę nad partiami mającymi dostęp tylko do środków publicznych). Takie też quid pro quo łączy zwykle PiS z Kościołem. Działania tego typu, choć oczywiście zawsze posiadają bardzo widoczne znamiona nadużyć, jawią się jako praktyki moralnie i politycznie uzasadnione – są środkami do osiągnięcia wyższego celu utrzymania władzy w kraju.

Kobieta, Polska, wyzysk

Z kolei, przedstawiając sprawę krótko, dla PO głównym środkiem osiągania władzy była integracja Polski z UE przez jej urynkowienie, czyli udostępnienie polskim i zagranicznym przedsiębiorcom taniej siły roboczej oraz trzymanie jej w ryzach (oraz we wczesnym etapie zawłaszczanie i wyprzedaż polskiej gospodarki). Jest to tak zwany model kompradorski, w którym kraj zacofany w kontakcie z krajami wyżej rozwiniętymi dąży do rozwoju dwutorowego (eufemistycznie nazywanego przez liberałów funkcjonowaniem „dwóch prędkości”): wyspy nowoczesności, wolności i bogactwa dla elit oraz zacofanie, bieda i zniewolenie zapewnione przez twardą dyscyplinę aparatów państwowych i organizacji pracy oraz życia społecznego – dla reszty obywateli. Ponieważ język teorii konfliktu społecznego, czyli opisujący konflikty klasowe, został w dużej mierze zakazany i wyparty z dyskursu publicznego, prawicy udało się ten proces ująć w ramy nacjonalistyczne i szowinistyczne jako „antypolonizm” i „lewactwo” (wprowadzenie bezwzględnej ideologii wolnorynkowej, ale i liberalnej).

Podziały te widoczne są jak na dłoni, szczególnie gdy obserwujemy różne rejony Polski w tym samym okresie czasu. W dużych ośrodkach miejskich widzimy ekskluzywne samochody i restauracje, życie miejskie aspirujące do poziomu europejskich metropolii, strzeżone osiedla, kosztowne i prestiżowe budowle, drogie samochody. Jednocześnie w tym samym czasie reszta mieszkańców ma nieraz problemy rodem z tzw. kraj trzeciego świata: brak ogrzewania, brak dostępu do kanalizacji, bieda wśród dzieci (mocno zredukowana dopiero przez 500+), niedożywienie, niedostatek i niska jakość mieszkań, czynsze/najem pożerające połowę wynagrodzenia, nielegalnie niskie stawki godzinowe, przemoc i dyskryminacja w pracy, bezkarna przemoc w rodzinie, przemoc wobec kobiet, powszechne doświadczenia przemocy aparatu państwowego (policji czy sądownictwa) i wiele innych.

Oczywiście nie jest tak, że PO nie dąży do rozwoju kraju i wzrostu dobrobytu. Po prostu odtwarza na naszym lokalnym poziomie relacje, których jej politycy doświadczają na poziomie globalnym. Dlatego też czują się w pełni uprawnieni do stosowania takich metod. Co więcej, uważają, że to właśnie oznacza „nowoczesność”. Sama bieda czy nierówności, o ile nie wpływają negatywnie na tak pojęty rozwój, nie są dla nich żadnym problemem. Mają oni dla „pokrzywdzonych” przez los, bo przecież nie przez ich decyzje, bardzo dużo „charytatywnego” współczucia. Lubią o biedzie przeczytać krytyczny artykuł w „Wyborczej” czy nawet wziąć udział w fejsbukowej akcji protestacyjnej. Dlatego też sympatyzują z lewicą, która pełni dla nich funkcję sentymentalną: pozwalają jej mówić o problemach, po to, żeby nie trzeba było nic robić, żeby gniew rozchodził się w sferze publicznej, by nie przerodził się w formy organizacji społecznej nastawionej na walkę o zmianę.

Ten charakterystyczny rys formacji liberalnej sprawia, że formą bogacenia się i utrzymywania władzy są prywatyzacja i urynkowienie. Pozwalają one na zdobywanie znajomości w kręgach biznesowych, zdobywanie przysług czy wpływów, a także pozycji i reputacji zagranicą (którą PiS im tak strasznie psuje!). Ten „wolny” rynek, o którym od dekad opowiada Balcerowicz, jest oczywiście wolny asymetrycznie: tylko dla tych, którzy już na nim dominują. Należy także pamiętać, że obok prywatyzacji usług publicznych i majątku publicznego są jej także poddani pracownicy i pracownice (najważniejszy „surowiec”, jakim dysponują elity). Nasze życie jest sprywatyzowane nie w tym sensie, że jest coraz bardziej prywatne, ale dlatego, że stało się podporządkowane rynkowi i mechanizmom, które wyciskają z nas wszystkie soki.

Dość dobra zmiana (by ją tolerować)

Oczywiście PiS w pewnej mierze dzieli tę charakterystykę z PO, jednak „dobra zmiana” oznacza zasadniczo inną strategię. Jest to nacjonalizacja przez nepotyzm (czy szerzej: kumoterstwo). Nie jest to zupełny odwrót od kierunku obranego przez PO za jej rządów, ale jak na obecne warunki jest to spory zwrot, mający własną charakterystykę. Metodą osiągania władzy i bogacenia się na niej jest integracja wewnątrz kraju, za pomocą kumoterstwa z klucza bliskich relacji: wspólnoty rodzinnej, ideologicznej, biznesowej i partyjnej. Ta metoda działania przysporzyła PiS-owi olbrzymiego poparcia społecznego m.in. z dwóch prostych powodów: wymagała z konieczności poparcia ludzi, którzy na opisanej powyżej integracji z UE stracili, co wiąże mocno interesy elit PiS-u z interesami tychże ludzi (dając im pewną gwarancję ich wierności) oraz otworzyła drogi awansu dla ludzi, dla których były one do tej pory zamknięte, ponieważ brakowało im statusu i przywilejów, po których elity III RP rozpoznają „właściwych i kompetentnych” ludzi. Z tego powodu nepotyzm, kolesiostwo, ale i upaństwowienie (znowu ujęte w nacjonalistyczne ramy jako „repolonizacja”), któremu zawsze towarzyszyło obstawienie „swoimi”, nie tylko nie były postrzegane jako zjawiska negatywne, ale właśnie jako zjawiska w dużym stopniu pozytywne. Oczywiście nie należy tu popadać w skrajność i trzeba zaznaczyć, że i tu są pewne standardy etyczne i limity, część z tych, którzy je przekraczali, wypadała z nawet tak pojmowanego ruchu po władzę. Działania Kaczyńskiego są oceniane zgodnie z ekonomią moralną, rachunkiem zysków i strat, ale i sumieniem biorącym pod uwagę, czym jest i jak działa PiS. Dlatego też tyrady liberałów o łamaniu standardów i korupcji w zasadzie wszyscy puszczamy mimo uszu. Przesąd elit, że „ludzie są głupi”, jest zawsze fałszywy.

Strategia PiSu rodzi jednak, obok wielkiego entuzjazmu, także i wielkie niezadowolenie tych odsuniętych od władzy i przywilejów. Tych, którzy do tej pory uważali taki porządek rzeczy za naturalny. Odczuwających nawet lekkie odsunięcie od przywilejów jako atak na swoje fundamentalne prawa. Dla nich Polska to oni sami, a resztę, czyli jakieś 60-70% społeczeństwa, postrzegają jako „folklor”, ludzi, których widzą tylko przez pryzmat dehumanizacji, którą sami stworzyli. Atak na „ich Polskę” jawi im się jako zupełny koniec, a nie jako zmiana ekipy rządzącej. Niezadowolenie widoczne jest oczywiście także wśród tych, którzy czuli, że są częścią narodu, który wstaje z kolan, jednak nie byli dość blisko wąskich relacji zapewniających udział w realnej władzy.

Jednym z symptomów niezadowolenia jest wysokie poparcie partii Biedronia, która lepiej i bardziej konsekwentnie realizuje strategię PO. Obecnie także coraz mocniej nasilają się strajki w budżetówce, co jest zupełnie naturalne – strajki są zawsze częstsze i silniejsze w sektorze publicznym niż prywatnym (choć i tu pojawiają się bohaterskie próby). Są one symptomami problemu, jaki ta strategia zawsze w sobie zawierała. Władza jest podtrzymywana i rozszerzana przez nepotyzm, dla którego ostateczną granicę tego, kto jest do władzy uprawniony, wyznacza narodowość. Jednocześnie władza ta jest rozprowadzana od góry, czyli nie od wszystkich Polek i Polaków, lecz od tych, którzy są najbliżej skoligaceni z elitami PiS-u – osobiście, rodzinnie, historycznie itd. Co nie zmienia faktu, że ta władza ma demokratyczną legitymizację. Kryterium „narodowości”, a zatem idący za nią patriotyzm, jest w dużej mierze fikcyjne. Dobrym wyrazem tej fikcyjności jest koncepcja „żołnierzy wyklętych”, która historycznie nie trzyma się kupy, ale jest bardzo atrakcyjna dla młodych i wykluczonych mężczyzn. Pozwala im wyrazić swój gniew i nadać mu formę bez zbytniego zastanawiania się nad jego realnymi przyczynami, tworząc użytecznych politycznych impotentów.

Pieniądze i wpływy rozchodzą się po nowych liniach, ale stosunkowo wąsko, choć i tak jest to zmiana rewolucyjna w porównaniu do okresu rządów PO. Efektem ubocznym tego procesu jest zwykle bezpodstawne określenie ludzi, którzy z różnych powodów są od władzy odsunięci, jako tych, którzy nie są antypisowscy, ale wręcz anty-polscy. Opozycja nie pozostaje dłużna i odpowiada w dużej mierze tym samym, reprezentując po prostu inny typ nacjonalizmu. Jednocześnie ponieważ siła i legitymizacja tej władzy pochodzą od ludzi wykluczonych przez integrację z EU i modernizację w stylu liberalnym, pojawiają się silne żądania, żeby PiS zrealizował swoje obietnice i zapewnił wszystkim Polkom i Polakom należny udział we władzy i zasobach społeczeństwa.

PiS po części te obietnice zrealizował, dlatego cieszy się cały czas dużym poparciem. Jednak w dłuższej perspektywie ze względu na sposób organizacji władzy, nigdy nie będzie w stanie ich zrealizować w pełni. Wyborcy PiS-u nie będą nigdy wszyscy „ludźmi PiS-u”, tak jak „nowocześni i kompetentni” dla PO nie mogli być wszyscy (byli tacy tylko na tle „zacofanych i niekompetentnych”). Jedna i druga strategia opierają się na dzieleniu. Spory ideologiczne są tu najbardziej widoczną częścią sporów o sposób dystrybuowania w społeczeństwie zasobów i władzy.

Te sposoby to ów biznes partii rządzących, w którym wszyscy bierzemy udział. Bez uwzględnienia jego charakteru wszelka krytyka moralna pozostaje naiwna i bezproduktywna, ponieważ mimowolnie formułując nasze opinie czy postawy, będziemy przyjmować „moralność” którejś ze stron. Nie jesteśmy oczywiście na to skazani, ale formułowanie niezależnych i krytycznych opinii nie jest takie proste. Prefabrykowane „nie jestem rasistą” czy „jestem patriotką” znaczy bardzo niewiele, gdyż zwykle za takimi opiniami nie idą odpowiednie działania i postawy. Jak sądzę, nie pojawiają się one nie dlatego, że ludzie nie chcą nic zrobić, lecz dlatego, że nie są dla nich dostępne żadne formy społecznego zaangażowania poza coraz bardziej przerażającą w swojej impotencji liberalną sferą publiczną.

Na koniec chciałbym przedstawić kilka opinii dotyczących dalszego rozwoju sytuacji. Przede wszystkich chciałbym zauważyć, że podziały polityczne i społeczne w Polsce mogą sprawić, że podczas gdy w innych warunkach poważne tąpnięcia mogłyby pojawić się dopiero za wiele, wiele lat, teraz mogą one nastąpić dość szybko. Decydujące znaczenie ma tu z jednej strony zawężenie rozmiaru elit, ponieważ bardzo ostro się podzieliły, przez co czysto ilościowo obozy te są mniejsze i słabsze, zatem łatwiej jest z nimi walczyć. Jest to szansa, którą należy wykorzystać w walce o prawa pracownicze i społeczny dobrobyt. Widać poniekąd już tego efekty – na ostatniej konwencji KO ogłoszono szereg haseł propracowniczych i postępowych (że jest to zupełne pustosłowie to inna sprawa) właśnie pod presją konfliktu. Jednocześnie partie te podzieliły społeczeństwo jako elektoraty PiS i antyPiS, czego efekty są dramatycznie złe i szkodliwe, rozbudzając wzajemną nienawiść, wojnę ideologiczną i podziały. Obok tych wykreowanych przez polityków i media podziałów istniały jednak i te mające podstawy w samym społeczeństwie. One także zostały uwidocznione, jednak ich związek z podziałami narzuconymi przez partie nie jest tak oczywisty (poza fundamentalnym podziałem opisanym powyżej).

Jeżeli zastanowimy się nad reakcją na aferę taśmową z udziałem Kaczyńskiego, warto przytoczyć tu wypowiedź bezrefleksyjnego głosu elit, czyli Tomasza Lisa. Stwierdził on w jednym z swoich tweetów: „Jeżeli uważasz, że na tych nagraniach nic nadzwyczajnego nie ma, to znaczy, że nie musisz jechać na Wschód. Już tam jesteś i masz go w sobie”. Otóż forma władzy reprezentowanej przez PiS czy PO to dwa rodzaje autorytarnej władzy partii konserwatywnych w kraju podporządkowanym w relacjach geopolitycznych. Ten Wschód (jak rozumiem, oznacza on dla Lisa zacofanie i niedemokratyczne rządy), na który się godzimy i który nie jest dla nas zdziwieniem, to właśnie owe autorytarne elity. To oni niestety definiują dla nas postęp i zacofanie – zgodnie z swoim wyobrażeniem oraz swoją „moralnością”. Wszyscy o tym dobrze wiemy, nikomu i na prawicy i na lewicy to się zbytnio nie podoba, ponieważ de facto wiemy, że jest to klasa, która istnieje raczej żeby nami zarządzać, niż nas reprezentować. Gdyby Polki i Polacy naprawdę zaprotestowali przeciwko takiej formie władzy i przeciwko samemu faktowi istnienia takich elit, Lis obwieściłby z pewnością koniec demokracji i pełzający faszystowski czy komunistyczny przewrót. Taka narracja w ramach liberalnej histerii już w zasadzie cyrkuluje w internecie. Demokratyczna władza, wymagająca silnej pozycji pracownic i pracowników, która mogłaby zaprowadzić w Polsce cywilizowane warunki dla wszystkich, jest poza horyzontem małej wysepki dobrobytu, na której siedzą Lis i inni.

Należy także zauważyć, że to forma organizacji władzy PiS, a nie wolnorynkowy integracjonizm PO wyznacza definicję tego, czym jest władza dziś. To upaństwowienie przez nepotyzm i kumoterstwo wyznacza dziś w Polsce definicje rozwoju i postępu. Dla liberałów oznacza to konieczność przyjęcia pozycji reakcyjnej – „przywrócenia demokracji”, lekko przypudrowanej lewicowo-postępowym pustosłowiem. Dla lewicy konsekwencje są dużo poważniejsze. Lewica na odrzucaniu obecnych form władzy PO i PiS buduje swoją tożsamość (hasło „inna polityka jest możliwa” jest tu reprezentatywne). Wyjątkiem jest tu może SLD. To zakwestionowanie władzy, w sposób naturalny wymierzone mocniej w PiS niż PO, ponieważ PiS jest u władzy, choć ideowo słuszne, pozbawione jest realnej podstawy poparcia wśród klasy pracującej. Dlatego też Biedroniowi udało się tak skutecznie podprowadzić całą ideologiczną pracę lewicy na rzecz własnego projektu. Projekt Biedronia tej bazy bowiem nie wymaga, ponieważ jest skierowany do klasy średniej, zasadniczo wrogo nastawionej do klasy pracującej (im bardziej wykluczonej społeczne, tym bardziej negatywne jest to nastawienie) – nawet skromne i częściowe postulaty solidarnościowe Biedronia spotkały się z chłodną reakcją jego elektoratu. Podobny sukces odniosła z początku Nowoczesna podprowadzając prawe skrzydło PO, opierając swoją tożsamość na ekstremizmie wolnorynkowym i kulturze korporacjonistycznej.

Sama lewica parlamentarna dzieli się na SLD, które ma swoją specyfikę, choć oczywiście najbliżej mu do PO oraz partie-ruchy społeczne takie jak Razem czy Zieloni, mające wciąż duży potencjał, jednak nie mające strategii zdobywania władzy (wygrana w wyborach jest skutkiem, a nie przyczyną takiej strategii) poza metodami charakterystycznymi właśnie dla ruchów społecznych. Pierwszym dobrym sygnałem była mobilizacja w wyborach do samorządów, a więc ruch po pewną realną władzę i długoterminową odpowiedzialność za nią. Drugim dobrym sygnałem jest rosnąca kooperacja i chęć nawiązywania współpracy z organizacjami pracowniczymi i obywatelskimi (jednak nie w liberalnym sensie). Naśladowanie jednej czy drugiej strategii największych partii raczej nie rokuje dobrze dla lewicy (zresztą i tak dominujące formacje są lepsze w te klocki i nie wygra się z nimi w ich grę, zostanie się tylko dokooptowanym), zatem zdecydowanie lepszym kierunkiem jest podążanie za samymi pracownikami i pracownicami, dla których forma organizacji władzy PiS przewiduje z konieczności tylko bardzo skromną i ograniczoną rolę.

Być może warto pójść śladem Labour Party w lewicowym wydaniu, ale i PiS-u w prawicowym i wyjść z ram ideologicznych liberalizmu „naprawy demokracji” (co jest odczytywane przez sporą część społeczeństwa jako przywrócenie pacyfikacji konfliktów pod auspicjami kompradorskiej oligarchii) i ruszenie z planem socjalistycznym: zielonej transformacji energetycznej dającej pracę rejonom górniczym, rewitalizacji infrastruktury i służb publicznych (środkiem do tego celu jest niezbędny powszechny strajk pracownic i pracowników służby publicznej), wdrożenie prawnych i materialnych środków zabezpieczających prawa kobiet, naprawa i aktywizacja związków zawodowych (przeżartych konserwatyzmem). Wszystkie te propozycje wymagają projektów legislacyjnych oraz ciężkiej pracy szeregowych członkiń. Budowa takiej władzy wymaga zwrócenia się do ludzi, którzy dziś w nią nie wierzą – jak pokazują kolejne przykłady, ludzie wierzący w lewicę są albo planktonowymi środowiskami, albo liberałami z bardzo antypracowniczym nastawieniem. Ogromny sukces kampanii prezydenckiej Berniego Sandersa czy później senatorki Alexandrii Ocasio-Cortez w USA wynikał w dużej mierze (jak oni sami przyznają) z niezmordowanego bezpośredniego kontaktu ze swoją bazą, przy czym wcale nie bazą wyborczą, lecz społeczną: chodzeniem od drzwi do drzwi, organizowaniem spotkań politycznych (nie debat i mało skutecznych protestów z niską frekwencją), wieców politycznych, na których buduje się tożsamość i przedstawia w pogłębiony sposób własne postulaty, czy wreszcie niezwykle ważnej aktywności w social mediach (tu akurat lewica robi świetną robotę). Jest to tylko luźny zbiór propozycji, chcę jedynie powiedzieć, że inna polityka nie jest możliwa bez innej władzy.

Eliasz Robakiewicz

Katarzyna Paprota: Lewica: rezerwat utopia

Katarzyna Paprota: Lewica: rezerwat utopia

Wiosną zeszłego roku jeden z lewicowych lokali planował debatę o nowych twarzach feminizmu. Temat debaty był sensowny i na czasie: po kilku miesiącach od metoo warto porozmawiać z przewodniczkami ruchu kobiecego. Wydarzenie miało charakter otwarty, jak większość spotkań w tym miejscu. Udział w nim zadeklarowała jedna z feministycznych rysowniczek komiksów. I wtedy strona z wydarzeniem na facebooku eksplodowała! Dyskusję zalały nienawistne komentarze pod adresem uczestniczki. Grupa kobiet, mniej lub bardziej skupionych w ruchu metoo, nie życzyło sobie jej na widowni.

Jaką zbrodnię popełniła ta działaczka? Narysowała seksistowski komiks? Wykorzystała kogoś finansowo? Zaatakowała kogoś w internecie lub na żywo? Nie.

Jej jedyną zbrodnią było to, że wobec mężczyzny, z którym się spotyka, pojawiły się zarzuty o stosowanie przemocy.

Widok bliskiej mu osoby miał niepokoić dziewczyny, które czuły się skrzywdzone przez niego. W związku z tym uznały one, że ich potrzeba bezpieczeństwa jest ważniejsza niż prawo innej osoby do uczestnictwa w otwartej debacie. Organizatorzy ostatecznie zdecydowali o odwołaniu dyskusji z uwagi na bezpieczeństwo uczestników. Sama działaczka nie podjęła publicznej walki z atakującymi ani nie weszła też w rolę zaszczutej ofiary, mimo że komentarze pod jej adresem ewidentnie można uznać za nagonkę. Żadna z orędowniczek metoo nie zadała sobie też pytania, czy dziewczynie potencjalnego przemocowca nie jest aby potrzebne wsparcie. Słuszny (być może) gniew na mężczyznę został przeniesiony na bliską mu kobietę.

Nie była to jedyna sytuacja w ciągu ostatnich miesięcy, gdy nękany nie jest prawdopodobny sprawca przemocy, lecz jego przyjaciółki czy partnerki, z żądaniem zerwania stosunków z nim i usunięcia się z lewicowej przestrzeni włącznie.

Sytuacje, w której potrzeba bezpieczeństwa staje się ważniejsza od włączania ludzi we wspólne działania, są częste i, zwłaszcza ostatnio, dość typowe dla młodej lewicy.

Jak wszyscy wiemy, lewica wzięła się stąd, że orędownicy zmiany społecznej usiedli po lewej stronie sali Zgromadzenia Narodowego w okresie rewolucji francuskiej. Główną jej wartością jest egalitaryzm i wspólnotowość, czyli między innymi dążenie do włączania w ruch jak najszerszej rzeszy osób.

Jednocześnie lewica wyrasta z krytyki, z chęci zmiany, z niepohamowanego dążenia do emancypacji. To lewicowe działaczki i działacze mówili: hej, coś tu jest nie tak! Dlaczego właściwie dzieci pracują? Dlaczego kobiety nie mogą głosować? Dlaczego musimy ustępować miejsca białym w tym autobusie? To, co jest teraz, nie jest dobre, więc z jakiej racji mamy przy tym trwać? Kwestionuj wszystko (dlaczego?), zawsze chciej więcej, a zmiana społeczna, której pragniesz, czeka tuż za rogiem.

Zmiana budzi jednak obawy: chwieje poczuciem bezpieczeństwa, które jest jedną z najważniejszych ludzkich potrzeb. Dlatego nasza walka, brzydząca się żerowaniem na ludzkim lęku, jest dużo trudniejsza niż strategie konserwatystów i szowinistów. Nie chcemy działać ze strachu, lecz z nadziei na zmianę i z pewności, że potrafimy do tej zmiany doprowadzić. Szukamy więc narzędzi, by wzmacniać swoje działania od środka, aby były jak najbardziej skuteczne na zewnątrz.

Idea bezpiecznej przestrzeni narodziła się w grupach radykalnie przyklaskujących lewicowym wartościom. Stała za nimi myśl, że zanim uda się naprawić świat zewnętrzny, musimy zbudować zgodny z naszymi ideami świat wewnętrzny, a wspólna praca i towarzyska integracja będą przebiegały sprawniej, jeśli zatroszczymy się o bezpieczeństwo najwrażliwszych z nas. Wśród swoich, chciałoby się powiedzieć, możesz być sobą, bez lęku przed oceną, odrzuceniem i – może przede wszystkim – bez dyskryminacji. Zbudowawszy dzięki temu wewnętrzną siłę i pewność będziemy mieć więcej motywacji, by stawić czoła temu, co na zewnątrz: światu pełnemu uprzedzeń i strachu przed różnorodnością, bo, jak zapewniają coachowie wszelkich maści (i amerykańskie kino familijne) trzeba mieć w sobie dużo samoakceptacji, by stawić czoła innym.

Zadaniem tak konstruowanych bezpiecznych przestrzeni była więc ochrona najbardziej kruchych i wrażliwych członków grupy przed przejawami dyskryminacji, jakich regularnie doświadczali na zewnątrz. Usuwamy z naszej przestrzeni mowę nienawiści, ale także krok po kroku podważamy przekaz kulturowy, jaki za nią stoi. Z czasem nasz rezerwat utopii rozrośnie się na cały świat i wszyscy będą stosować nasze reguły.

Co więc idzie nie tak? Dlaczego włączający język nadal jest postrzegany jednak jako udziwniony, niewygodny i paradoksalnie wykluczający? Po części na pewno dlatego, że trudno go upowszechnić bez dostępu do mediów, które, podlegając logice wolnego rynku, nie dadzą przestrzeni na nic, co nie jest do bólu strawne i zrozumiałe. Nie ma w mediach i popkulturze miejsca na edukację, a jeśli już to mimowolną i/lub umacniającą zastaną tradycję.

Jednak nie można zrzucać całej winy za brak skuteczności na zły system. Zmiana społeczna, jeśli zachodzi, to przecież wbrew systemowi – bez czekania, aż system łaskawie pozwoli jej wejść, zburzyć parę murów lub przemalować ściany. Co więc jeszcze stoi na przeszkodzie, by na świecie zapanowała wizja rodem z „Imagine” Johna Lennona?

Stawiam tezę, że z czasem przebywanie w bezpiecznej przestrzeni zaczyna stanowić wyzwanie. Staje się to mniej więcej wtedy, gdy ochrona członków i członkiń grupy przed opresyjnymi słowami i zachowaniami zmienia się w nieubłaganą cenzurę każdej treści, która mogłyby komuś sprawić przykrość. Definicja opresji i przemocy z podręcznikowej (podkreślającej intencję i stosunek władzy jako konstytuujących przemoc) zaczyna rozciągać się jak pajęcza sieć na wszelkie działania i słowa sprawiające komuś dyskomfort. Progresywne środowiska ulegają wszystkim tym mechanizmom, jakie obserwujemy w innych grupach społecznych. W każdej grupie po euforycznym okresie formacji i spokojnym okresie współpracy pojawia się moment stagnacji i zniecierpliwienia, zwłaszcza jeśli jest to grupa zawiązana do realizacji jakiegoś celu, a ów cel wydaje się mało realny i odległy. Grupa zaczyna spontanicznie i bezładnie oceniać swoich członków: czy aby są wystarczająco lewicowi, progresywni, włączający? A może musimy zaostrzyć kryteria? Bardziej się pilnować? Może nie zbliżamy się do celu, bo nie jesteśmy wystarczająco godni, prawdziwi i ascetyczni? Popracujmy więc nad sobą i rozliczmy surowo osoby, które tego odmówią.

Tu odrzucamy miękki kocyk bezpieczeństwa i wchodzimy na pole minowe, na którym każde nieostrożne słowo, pytanie czy żart może spowodować kryzys w grupie, jej rozpad i konflikt na długie lata. W efekcie grupa izoluje się od świata zewnętrznego i zaczyna koncentrować na potrzebie karania tych, którzy łamią reguły. Zasady bezpiecznej przestrzeni zmieniają się w dogmatyzm bliski regułom zakonnym. Grupa staje się elitarna. Nie jest to problemem, jeśli powstała tylko po to, by się integrować i czuć ze sobą dobrze. Jeżeli jednak grupa ma jakiś zewnętrzny cel, to właśnie zaczęła zmierzać ku samozagładzie. Elitarność jest zaprzeczeniem lewicowości. U podstaw działań emancypacyjnych i równościowych powinna być przede wszystkim edukacja i korekta zachowań, nie zaś żandarm dający w pysk za każdy przegapiony feminatyw.

Gdy zadamy sobie pytanie, dlaczego tak się dzieje, część badaczy (jak Greg Lukianoff czy psycholog społeczny Jonathan Haidt) będzie postrzegać to zjawisko pokoleniowo. Millenialsi i GenZety są ich zdaniem wychowywani pod kloszem, bo świat wokół nich jest rozległy i nieprzyjazny: wożeni samochodami do szkół z lęku o ich bezpieczeństwo, otoczeni troską pedagogów i ochroniarzy zerkających w ich przezroczyste plecaki, do późnej dwudziestki mieszkający z rodzicami – wzrastają w przekonaniu, że cały świat powinien się troszczyć o ich dobre samopoczucie.

Gdy w poszukiwaniu przyczyn poskrobiemy nieco głębiej, może się okazać, że na postawy dorosłych osób przed trzydziestką wpływa nie tylko nadopiekuńczość rodziców i instytucji, ale przede wszystkim prywatyzowanie coraz to szerszych obszarów naszej rzeczywistości. Polityka mieszkaniowa, oddana w ręce deweloperów, wywołała wzrost cen mieszkań, wskutek czego coraz mniej ludzi mieszka w centrach miast, przenosząc się na przedmieścia, mając tym samym do pokonania dużo większe odległości, by dojechać do szkoły czy brać udział w życiu kulturalnym. Likwidacja transportu publicznego wymusza przesiadanie się do samochodów i zmniejsza ekspozycję na różnorodność. Rosnące rozwarstwienie sprzyja gettoizacji społeczności, izolując środowiskowo osoby z różnych klas społecznych. Zużyte żarty o tym, jak to my za młodu mieliśmy więzi, zabawy na trzepaku i klucz na szyi przegapiają jeden ważny fakt: to my, generacja Z, (generacja Nic?), zaprojektowaliśmy tym dzieciakom taki świat. Oni tego wyobcowania sobie nie wybierają. Młoda osoba jest od dziecka utwierdzana w przekonaniu, że świat jest nieprzyjazny i obcy, a najlepszym sposobem na poradzenie sobie z tym jest zatrzaśnięcie drzwiczek samochodu.

Kapitalizm alienuje – to wiemy. Alienacja wzmaga poczucie zagrożenia i niechęć do konfrontacji ze światem zewnętrznym. W psychologii i psychiatrii przeważa opinia, że w przełamywaniu lęków istotną częścią terapii jest stopniowa ekspozycja na czynniki budzące lęk. Podstawą leczenia jest bowiem nauczenie pacjenta, jak funkcjonować w codziennym życiu i jak ma sobie radzić z nieprzyjemnymi sytuacjami, na jakie z pewnością natrafi – a nie jak ich unikać, barykadując się w czterech ścianach.

Unikanie przykrości, choćby wydawało się zupełnie zrozumiałe, nie naprawi świata. Każda osoba, która przetrwała doświadczenie przemocy, potrzebuje terapii, by nie utrwalić się w roli ofiary. Wetknę tu pewnie kij w mrowisko, ale polskie wydanie ruchu #metoo wydaje się mieć ku temu dużą skłonność: rola ofiary legitymizuje rolę feministki i zaspokaja zrozumiałą potrzebę uwagi i współczucia. Nie ma jednak feminizmu bez opowieści o odzyskaniu władzy po doznanej krzywdzie: feminizm jest buntem przeciw opresji, a nie tylko opowieścią o jej doświadczeniu. Jak powiedziała Hannah Gadsby w znakomitym programie „Nanette”: „Nie ma nikogo silniejszego niż skrzywdzona kobieta, która odzyskała swoją siłę”.

Lewica jest przestrzenią na wyrażanie wątpliwości, bo ciągła wątpliwość w kwestii tego, czy tak ma być, pcha nas ku zmianie. Czy powinna nią być bardziej niż azylem dla poranionych dusz? Nie jestem tego pewna, ale wiem, że chociaż nie chcemy tym duszom szkodzić bardziej, niż dzieje się w to w pozalewicowym świecie, to jednocześnie nie możemy dać się zakuć w kierat emocjonalnej pracy z nimi.

Emocjonalna praca i terapia to zadanie dla psycholożek i terapeutów, nie dla kolektywu czy partii politycznej. Zmiana społeczna bez stawienia czoła temu, co chcemy zmienić, jest niemożliwa. Na jej skuteczność zaś wpływają nie tylko działania do wewnątrz, ale przede wszystkim: działania zewnętrzne. Aby jednak wywierały efekt, musimy to zewnętrze znać i dobrze się z nim komunikować.

Po rozpoznaniu, że dzieje się krzywda i zaprojektowaniu rzeczywistości bez opresji należy zmierzyć się z realnymi demonami, wziąć je za łby i pokonać.

Inaczej pozostaniemy w rezerwacie utopia.

Katarzyna Paprota