przez Monika Kostera | środa 11 września 2019 | opinie
Szwedzkim zwyczajem siedzieliśmy pewnego grudniowego przedpołudnia i wspólnie piliśmy kawę w gronie zarządzaczy (czyli naukowców od zarządzania) na mojej podsztokholmskiej uczelni. Koleżanka przyniosła pierniczki. Kolega przyniósł pewną fobię, którą natychmiast się zaraziliśmy. Zajęliśmy się wyzwierzęcaniem się nad opowieściami o absolutnych konfliktach między różnymi pokoleniami. Tym opowieściom hołdują tak media, jak i co poniektóre podręczniki, wspólnie okrzyknięte przez nas durnymi. Oto mamy pokolenie egocentrycznych sceptyków, czyli generację X, znajdującą się w śmiertelnym zwarciu z technosofistykowanym pokoleniem Y, które z kolei odpada przy wyższej medialnej rozkminie pokolenia Z. Jak twierdzą marketerzy, każde z tych pokoleń ma coraz wyższe ambicje, żeby zostać liderem. Każde ma większe aspiracje do bycia przedsiębiorcą. Coraz bardziej zależy im na tym, by dostosować się do wymogów pracodawcy. Jak zauważyła koleżanka, zdaje się, że każde kolejne z tych pokoleń zyskuje jakiś gen, który umożliwi im bardziej skuteczną walkę o przetrwanie w dżungli rynku pracy.
Wydaje mi się jednak, że udało mi się przelicytować wszystkich przy pomocy midriff generation, czyli, w wolnym przekładzie, generacji gołego pępka. Jakieś dziesięć lat temu zostało ono ogłoszone jeśli nie cudem świata, to w każdym razie posiadaczem ostatecznie definiującej różnicy, która czyni je grupą społeczną do innych niepodobną, kto wie, czy nie ostatecznym celem ewolucji, a w każdym razie tym pokoleniem, które autentycznie ogarnia współczesny świat i dlatego musi być z pozostałymi, konkurującymi z nimi, w sprzeczności. Ta różnica sprowadzała się, pokrótce, do absolutnego zakupowo-konsumenckiego wyrafinowania i kompetencji marketingowej. „Twoje ciało jest twoim największym zasobem” – oto najważniejsze credo tego „pokolenia”.
Pośmialiśmy się, wypiliśmy kawę, zjedliśmy pierniczki, po czym przeniosłam się korytarz niżej, gdzie nad pysznym owocowym ciastem przyniesionym przez kolegę kawowali socjologowie (niezaprzeczalne są bowiem korzyści z interdyscyplinarnych wydziałów uczelni). Spytali, co słychać. Streściłam im pokrótce naszą rozmowę o pokoleniach. Gdy się szczerze jeszcze raz pośmialiśmy z kategorycznego imperatywu gołych talii, socjologowie sięgnęli po cięższą artylerię. Jednym z moich kolegów z piętra niżej jest profesor Stefan Svallfors, zajmujący się między innymi teorią klas społecznych.
„Te brednie o pokoleniach – powiedział – to produkt zastępczy zamiast klas”. I dalej rozmawialiśmy o klasach i o tym, jak neoliberalne media wprost wychodzą z siebie ze strachu przed tą kategorią. „Wystarczy powiedzieć »klasa« w telewizji, a wezmą cię za jakiegoś starego kumpla Honeckera” – zaśmiała się koleżanka. Pamiętajmy, że mówimy tu o Szwecji, gdzie język medialny jest zupełnie inny niż w Polsce i nikogo nie dziwi mowa solidaryzmu społecznego czy związkowego zaangażowania po stronie pracowników. A jednak „klasa” jest słowem budzącym czujność także szwedzkich liberałów, którzy wszak są przyzwyczajeni do stałej i pozbawionej kompleksów obecności socjaldemokracji.
Tymczasem klasy są i mają się dobrze, zapewnili mnie koledzy i koleżanki zajmujący się badaniami tego zjawiska. Ba, dzieje się z nimi wiele bardzo ważnych rzeczy. Po pierwsze, wbrew aspiracjom i obietnicom wszelkich liberałów od czasów Thatcher i Reagana, nie nastąpił zanik klas niższych. Przeciwnie. Po upadku i likwidacji przemysłu, jaka miała miejsce w neoliberalnych gospodarkach, być może można mówić o demontażu klasy robotniczej, jeśli mamy na myśli robotników wielkoprzemysłowych. Jednak na ich miejsce pojawili się nowi biedni. Są to zarówno rzesze bezrobotnych, na ogół pracujących dorywczo, jak i pracownicy zwani za Guyem Standingiem prekariatem, bez bezpieczeństwa zatrudnienia, jakim cieszyli się w ubiegłym stuleciu robotnicy w rozwiniętych gospodarkach, ale także zwiększające się masy pracujących biednych, głównie pracowników usług, nawet zatrudnionych na umowę o pracę, ale także biedaprzedsiębiorcy, czyli osoby takie jak pracownicy Ubera, fryzjerzy i kosmetyczki bez własnych salonów, pracujący de facto na zasadach pańszczyzny typu villeinage, czyli systemu, gdzie pracownik dzierżawi od feudalnego posiadacza dom, często z kawałkiem ziemi, za obowiązek pracy na rzecz feudała w jego majątku. Wszystkie te grupy określić można mianem klasy pracowniczej i jest to kategoria bardzo dobrze opisująca ich społeczny status, o wiele lepiej, niż inne, oparte na tożsamości – na przykład takiej, jak wyśmiewane przez nas pokolenia.
Po drugie, neoliberałowie obiecywali nam gruszki na wierzbie w postaci wszechobecnej i wszechmocnej w nowym wspaniałym świecie wiodącej siły, czyli klasy średniej. Klasa średnia miała się rozwinąć i objąć swoim zasięgiem wszystko i wszystkich. Polskie najświatlejsze autorytety na początku lat 90. załamywały ręce nad pośledniością polskiego społeczeństwa, które, z powodu komuny, nie miało rozwiniętej klasy średniej. Transformacja miała to zmienić. O dziwo (o dziwo dla mnie, uwierzyłam bowiem w polski etos inteligencki), elity kultury i sztuki bardzo szybko zamieniły się w strasznych mieszczan, którymi wcześniej tak pogardzały. Nagle osoby niegdyś stojące w długich kolejkach po świeżo wydane książki z serii „plus minus nieskończoność” i dzielące się ostatnim dekagramem cudem zdobytej kawy z wpadającym bohemicznie bez zapowiedzi gościem, teraz zamykały się w grodzonych osiedlach i mówiły z blaskiem w oku o pieniążkach, a ongisiejsi snobistyczny akademicy, którzy woleli zmyślać w żywe oczy, niż przyznać się, że czegoś nie czytali, teraz epatowali sale pełne studentów zapewnieniami, że w ciągu ostatniego roku przeczytali tylko raporty z giełdy.
Czyli co, mamy wielki sukces? Klasa średnia wiodącą siłą narodu? Nie, mówi niemiecki ekonomista Wolfgang Streeck, wręcz przeciwnie. Klasa średnia, czyli wielkie profesje, została w neoliberalizmie zdemontowana. Nasi neofici mieszczańscy to tylko farbowane drobnomieszczańskie lisy. Według Streecka, symbolicznym nośnikiem i organizatorem ładu kulturowego w tej epoce jest drobnomieszczaństwo. Dlatego przedstawiciele dawnej klasy średniej, tacy jak uczeni, artyści i lekarze, mają wielkie problemy z pracą według obowiązujących obecnie standardów i dostosowaniem się do aktualnej rzeczywistości. Ich praca nie jest już definiowana przez nich samych, lecz przez kulturę drobnomieszczańską. Kultura wielkiej burżuazji uległa stopniowemu zanikowi i roztopieniu w wartościach i symbolach charakterystycznych kiedyś dla drobnych urzędników, sklepikarzy, tzw. prywatnej inicjatywy. Natomiast, spostrzega Streeck, ostatnimi czasy także ta grupa społeczna zaczyna ulegać przyspieszonej likwidacji. Kto wtedy będzie symbolicznie niósł kapitalizm? Na razie obarczona tą rolą bywa warstwa tradycyjnie znana jako lumpenproletariat, biedna, bez dostępu do kultury, zdezorganizowana i pozbawiona świadomości klasowej. Nie jest to warstwa zdolna na dłuższą metę do niesienia czegokolwiek, tendencja jest wyraźnie schyłkowa. Streeck widzi postępujące kulturowe zubożenie i coraz słabsze oparcie kapitalizmu w kulturze.
Svallfors z kolegami i koleżankami widzą natomiast rozrost ilościowy klasy pracowniczej, jednak podzielonej i sfragmentaryzowanej, niezwiązanej już wspólnymi wartościami kultury swej klasy – ale bez żadnych innych w zamian. Neoliberalizm nie spełnił swoich obietnic o włączeniu nas wszystkich do wielkiej, nowoczesnej i subtelnej klasy średniej. Ale udało mu się namieszać ludziom w głowach przy pomocy języka, który dzieli, nie łączy.
Tymczasem klasa pracownicza to nie tożsamość, wiek, ani sondaże – to klasa społeczna pozbawiona w kapitalizmie własności i kontroli nad środkami produkcji oraz władzy nad własnym stanowiskiem pracy. Coraz więcej zawodów wpisuje się w tę klasę, ostatnimi czasy także takie profesje jak lekarze, nauczyciele, akademicy. Poza nią zostają inwestorzy i zarządcy, tacy jak dyrektorzy wysokich szczebli, rektorzy i inwestorzy. To oni są klasą średnią. My wszyscy pozostali – nie.
Skoro jesteśmy tak liczni, to czemu nie ruszamy z posad bryły świata? Ano dlatego, że nic nas politycznie nie łączy – polityka opiera się w dzisiejszych czasach na niedających się pogodzić – bo opartych na esencjalistycznie pojętej tożsamości – podziałach, a nie na solidarności. Nie łączy nas też klasowa kultura, bo ta, jak wspomniała, została zdemontowana. Nie łączy nas przestrzeń, bo pracujemy często w izolacji, używamy narzędzi i komunikatorów cyfrowych, rzadko spotykamy się w pracy twarzą w twarz bez wymuszonych skryptów i nadzorujących każdy gest kamer i aplikacji. Internet nie angażuje empatii i relacje powstałe za jego pośrednictwem są ułomne – narcystyczne, psychopatyczne.
Nie wszystko jednak stracone. Warszawiak Sylwek i odwiedzający go kuzyn Seba spędzają razem piąteczek przy piwie. Sylwek opowiada o swoich problemach, by wiązać koniec z końcem, żali się, że „beżowi” zabierają pracę – całe ich masy dostarczają pizzę za mniej niż psi grosz. Sylwek jako kurier zarabia tyle, co nic, zdawałoby się, że mniej się nie da człowiekowi płacić. Seba słucha jednym uchem i myśli sobie, że to są warszawskie problemy i opowieści. U niego w małym miasteczku od dawna nie było komu czego „zabierać”, a i dowozić pizzy nie bardzo jest komu. Tymczasem Samy spędza nieliczny wolny czas wyłącznie ze swoimi ziomkami z Pendżabu. Nie uczy się polskiego, bo i po co. Nikt z nim nie rozmawia, a jeśli już, to mówią rzeczy, których wolałby nie rozumieć. Czuje się troszkę oszukany przez swojego dziadka, który opowiadał mu, jak w dawnych dobrych czasach pracował na zmywaku w Londynie z sympatycznymi Polakami. Tak upływa piątek wieczór. Ale to nie koniec tej historii. Pewnego pięknego dnia Samy i Sylwek pojawiają się obaj na spotkaniu, na które zaprosiła ich organizatorka z Inicjatywy Pracowniczej, Saba. Okazuje się, że mają wiele wspólnych tematów i mają o czym rozmawiać. Saba tłumaczy między angielskim a polskim, ale – kto wie, kto wie, co będzie dalej…
W Polsce jesteśmy na początku drogi ku powszechnemu uzwiązkowieniu. Ale w innych krajach, takich jak Szwecja, związki, nawet w naszych sfragmentaryzowanych czasach, pełnią rolę siły, która łączy i buduje. Weźmy taki oto przykład. W dużym szwedzkim mieście w gorący dzień Sanna chciała podjechać kawałek drogi autobusem. Miała na sobie szorty i górę od kostiumu kąpielowego. Niestety kierowca autobusu nie pozwolił jej wsiąść, twierdząc, że jest to wbrew zasadom dress code’u. Gdy zawracała w drzwiach, dostrzegła dwóch mężczyzn w samych szortach, jadących sobie spokojnie w środku. Oburzona, zgłosiła tę sprawę ewidentnej dyskryminacji ze względu na płeć do zarządu firmy przewozowej. Dyrekcja zdecydowanie odcięła się od postawy pracownika i wyraziła głębokie ubolewanie z powodu jego zachowania. Pracownik otrzymał stanowczą reprymendę i został odsunięty od stanowiska pracy. Jednak włączyły się w sprawę związki, które zobowiązały się przeszkolić pracownika w sprawach etyki i równouprawnienia kobiet i mężczyzn. W zamian dyrekcja zobowiązała się przywrócić kierowcę do pracy, jeśli szkolenie okaże się skuteczne. Związki bronią zatrudnienia człowieka, ale nie tylko – widzą swoją rolę szerzej, jako budowniczych więzi społecznych. Pracownika, być może, można pouczyć i uświadomić. Gdyby pozwolono na zwolnienie, to nie tylko on straciłby pracę, a to ostateczna konsekwencja złego działania, ale pewnie odszedłby rozgoryczony i ugruntowany w swojej mizoginii, zatrudniłby się u innego przewoźnika, gdzie wciąż pielęgnowałby aspołeczne postawy, a może i miałby okazję je propagować wśród innych. Związkom zależy na tym, by łączyć i reprezentować pracowników.
Profesor Stefan Svallfors twierdzi, w oparciu o solidne ilościowe badania prowadzone w wielu krajach, że kategoria klasy społecznej nadal jest istotna i, co więcej, że istnieje coś takiego jak świadomość klasowo zdeterminowana, nawet jeśli nie jest rozwijana obecnie w postaci kultury klasowej. Różnice w postawach nie dają się łatwo sprawdzić do „kapitału kulturowego” czy wykształcenia. Ludzie widzą i głoszą swoje przekonania w zależności od społecznego podziału pracy. Klasa pracownicza na wiele sposobów ¬– istnieje. To, co nam jest potrzebne, aby zyskała siłę i obecność w przestrzeni społecznej, to wspólny język umożliwiający porozumiewanie się, świadomość i solidarność. Nie może to być język klasy średniej. Zostaliśmy oszukani przez liberałów. Obiecywali nam w latach 90. społeczeństwo bezklasowe, reżyserowane przez najzacniejszą warstwę klasy średniej. Gdyby tak się stało, to dziś naukowcy mówiliby biznesmenom i politykom, jak podejmować służbę społeczną (a nie – jak obecnie – administratorzy i menedżerowie określaliby, jak mają pracować i czym się zajmować uczeni). Pisarze i artyści mieliby solidny, stały dochód społeczny i zapewniony spokój pracy twórczej. Dostęp do kultury i sztuki byłby darmowy, powszechny i wolny. Reklamy byłyby nieliczne i piękne, edukowałyby i subtelnie bawiły. Nie byłoby w bogatych miastach Wielkiej Brytanii bezdomnych na ulicach, a w parkach i pod mostami miasteczek namiotowych weteranów wojen prowadzonych przez własny kraj w dalekich stronach świata. Oryginalność wypowiedzi byłaby ceniona wyżej nawet, niż wkład w materialny dorobek społeczny. Wszyscy mielibyśmy smak coraz bardziej wyrafinowany, wartość mierzyłoby się w tradycjach i wysokich kodach, nie w szmalu. Tak przecież miało być, o tym szumiały konferencyjne opowieści i mruczały wysokokulturowe Muzy w ambitnych filmach i popularnych serialach.
Dlaczego tak się nie stało? Bo mamy kapitalizm. Od początku cała ta opowieść była i musiała z definicji być fikcją. Kapitalizm jest oparty na wyzysku, nie na powszechnej równości i emancypacji dzięki kulturze i nauce. Motorem rozwoju gospodarczego jest zysk wypracowany poprzez zabór wartości wypracowanej przez jednych ludzi dokonany przez innych ludzi. Ci pierwsi, którzy wypracowują i którym się zabiera, jacykolwiek by nie byli i czymkolwiek by się między sobą nie różnili, to coraz większa klasa pracownicza. Ci drudzy, którzy zabierają, to coraz bardziej zawężająca się klasa kapitalistów. Między nimi – coraz większe różnice w posiadaniu i w życiowych szansach. Coraz większa przepaść. Tak musi być. Nie ma innego rozwoju gospodarczego w kapitalizmie. Analogicznie, mimo wysoko rozwiniętej myśli technologicznej starożytnego Rzymu, nie wprowadzono wówczas mechanizacji pracy, bo nie było to sensownym działaniem w formacji opartej na niewolnictwie. Kapitalizm to formacja oparta na własności prywatnej środków produkcji i wykorzystaniu ich do wytwarzania zysku. Innymi słowy, na dobrobyt inwestora musi pracować ktoś inwestorem niebędący. Może to być łagodzone, przede wszystkim, ingerencją i aktywną rolą państwa w modelu socjaldemokratycznym, gdzie potężne instytucje strzegą i wymuszają bardziej sprawiedliwy podział. W zglobalizowanym świecie, gdzie istnieje swoboda przemieszczania się kapitału – ale brak swobody przemieszczania się ludzi – ta lokalna siła jest coraz bardziej ograniczana dynamiką systemu.
Innymi słowy – zostaliśmy wykiwani. Zabrano nam język klas i możliwość porozumienia się w zamian za obietnicę nie do spełnienia. Zabrano nam także symboliczne okulary do widzenia klas. Zamiast tego zaoferowano głupawe „pokolenia” wymieniające się co 10 lat lub, w Wielkiej Brytanii, grupy konsumenckie. Klasyfikacja ta pojawiła się ok. 50 lat temu jako kategoryzacja czytelnictwa i prędko stała się szablonem używanym w badaniach marketingowych. W ostatnich dwóch dekadach wykorzystywana jest zamiast pojęcia klasy społecznej – porządkuje się ludzi według statusu zatrudnienia „głowy rodziny” i dochodu tej osoby, nie bacząc na to, że w ten sposób uzyskujemy jedynie zestawienie grup o różnej sile nabywczej, co niekoniecznie ma związek z czymkolwiek innym w życiu społecznym czy politycznym.
Na początek musimy na nowo zobaczyć klasy. A potem znaleźć język, który łączy i buduje mosty wewnątrz klasy pracowniczej. Jak powiedziałam, wierzę w związki zawodowe, ale są też inne możliwości znajdowania wspólnych wartości – mogą je nam dać ekologia, religia (tak, tak – katolewica czy lewice innych wyznań), ruchy miejskie. Organizujmy się, bo naprawdę za chwilę nie będziemy już mieć nic do stracenia – lada moment kapitalizm jak wielki systemowy nowotwór zniszczy wszystko: naszą planetę i życie, które od milionów lat się na niej kształtowało, ludzką kulturę w takim nieprawdopodobnym trudzie i z ogromnymi wyrzeczeniami budowaną od tysiącleci. Organizujmy się z lewa, bo jeśli klasa pracownicza, to lewica jest właściwym językiem i wrażliwością, niezbędnymi do zbudowania języka i wspólnotowości, właściwym dlatego, że nie obiecuje rzeczy niemożliwych i mobilizuje do działań, które mogą przynieść większą równość i wolność od wyzysku. Nie czekajmy na polityków. Zróbmy to sami i same tak jak umiemy i tak jak się da, pamiętając, że lewica nie jest o tożsamości. Jest o solidarności. Jak pisze włoski lewicowy filozof i aktywista Franco Bifo Berardi, tożsamość dotyczy wspólnej przeszłości, prawdziwej bądź wyimaginowanej, jest konstruktem łączącym grupę społeczną, która straciła inne, silniejsze więzi. Lewicowa solidarność natomiast jest taką właśnie silną więzią i dotyczy możliwej wspólnej przyszłości. Klasa pracownicza nie umie zaleźć dla siebie tożsamości, ale nie przejmujmy się tym – o wiele bardziej potrzebna będzie nam solidarność i przyjaźń wobec wspólnego losu – a także zdolność do antycypacji tego, co możemy wspólnie zdziałać w naszej całej niezborności i różnorodności.
prof. Monika Kostera
przez redakcja | środa 4 września 2019 | klasyka, opinie
Przyroda jest źródłem sił, składnicą materii pożytecznych dla gospodarstwa ludzkiego, jest wreszcie mieszkaniem człowieka. Wzrost ludności, rozwój wiedzy technicznej, chciwość kapitalizmu sprawiły, że gospodarka ludzka darami przyrody przybrała wyraźne cechy gospodarki rabunkowej. Sam interes ekonomiczny społeczeństwa wskazał na to niebezpieczeństwa – nie od dzisiaj już liczą się z nim ustawodawstwa. Zasada liberalizmu ekonomicznego musiała poczynić ustępstwa na rzecz interesu ogólnego – sama nawet treść prawa własności, jako prawa dowolnego rozporządzania swoją rzeczą, uległa w imię tego interesu pewnym ograniczeniom. Cały ich szereg zawierają ustawy lasowe, wodne, łowieckie, rybackie, górnicze, przemysłowe itd. Dotyczą te ograniczenia eksploatacji sił i materii – cele ich są wyłącznie ekonomiczne – nie dotyczą przyrody jako mieszkania ludzkiego.
Pierwszy wzgląd, który spowodował pewne kroki ustawodawcze w tej dziedzinie, był to wzgląd na zdrowotność. Powstały zakazy zanieczyszczania ziemi, wód i powietrza. Ale nie była to jeszcze ochrona oblicza ziemi dla niego samego, dla jego własnej ceny. Cena ta bowiem przedstawia wartości idealne, które wyższa dopiero kultura uświadomić sobie potrafi. Mieszkanie wpływa na fizyczną i duchową istotę człowieka – wpływa na jego zdrowie, na myśli, na spoczynek, na nastrój duchowy, na zdolność do pracy. Przywiązuje go do domu lub z domu wypędza. Brutalne instynkty i grube potrzeby uszlachetnia i obraca ku celom idealnym. Tak samo, i w większej jeszcze mierze, to mieszkanie powszechne, mieszkanie nas wszystkich, przyroda. Jeżeli kwestia mieszkań jest kwestią społeczną, bo leży w interesie ogólnej kultury, to tak samo za kwestię społeczną uznać trzeba sprawę tego powszechnego mieszkania, sprawę oblicza ziemi.
Wydaliśmy jedyne wznowienie najważniejszej, pionierskiej w skali świata, książki Pawlikowskiego poświęconej ochronie przyrody – do kupienia tutaj.
Ale jak mieszkanie wpływa na człowieka, tak też znowu człowiek wpływa na mieszkanie; jak mieszkasz, takim jesteś – oczywiście o ile warunki twego mieszkania zależą od twej woli. Potrzeba wyższego typu ludzkiego, ażeby stworzył sobie wyższy typ mieszkania, albo ażeby typu takiego zapragnął. Potrzeba też, ażeby to pragnienie uzyskało taką cenę, iżby przeważyło cenę ofiary, za którą ma być spełnione. Bo jakkolwiek niejeden rys oblicza ziemi da się zachować – ażeby tak powiedzieć – tylko za cenę miłości ku niemu, to przecież w wielu wypadkach zachowanie go nie obejdzie się bez ofiary materialnej; trzeba się będzie nieraz zrzec bezpośredniego materialnego pożytku dla zachowania dobra idealnego. Dla tej ofiary potrzeba pewnej kultury umysłu i serca; z drugiej też strony potrzeba żywego poczucia niebezpieczeństwa grożącego obliczu ziemi. To niebezpieczeństwo najwyraźniej się przedstawia w krajach o wysokiej kulturze ekonomicznej. Tam też budzi się najpierw idea ochrony przyrody. Budzi się często zbyt późno, kiedy resztki już tylko ratować przychodzi. Szczęśliwsze są w tym względzie kraje niżej dotychczas ekonomicznie rozwinięte, gdyż w sam czas jeszcze korzystać mogą z cudzego doświadczenia i przykładu.
Ochrona przyrody, w ściślejszym swym właściwym znaczeniu, jako ochrona oblicza ziemi jest jeszcze bardzo młoda; można powiedzieć, że jest dzieckiem XX wieku. Poprzedziła ją – zwykłą rzeczy koleją – propaganda kilku entuzjastów nadających jej cechy utopijne (głównie John Ruskin). Wkrótce jednak z obłoków zeszła na ziemię i szerzyć się zaczęła z niezwykłą szybkością. Zrazu zajęły się nią stowarzyszenia – za ich wpływem poczęły się pojawiać pojedyncze akty administracji państwowej, potem akty ustawodawcze zaradzające niektórym najpilniejszym potrzebom, wreszcie ustawy obejmujące zasadniczo całą dotyczącą dzielnicę. Polska właśnie stoi przed takim problemem. Budując od podstaw całe ustawodawstwo, ma weń wcielić jako całość organiczną i skończoną także sprawę ochrony przyrody. Inicjatywę podjęto już z dwóch stron: ze strony Ministerstwa Oświecenia i ze strony Ministerstwa Sztuki i Kultury.
Motywy ochrony przyrody mogą być różne; można je podzielić na trzy grupy. Pierwszą stanowi motyw natury estetycznej, dążący do zachowania piękna krajobrazu. Chodzi tu przy tym zwykle nie o piękno w znaczeniu oderwanym, ale o pewne swoiste cechy tego piękna; o te cechy znamienne, które wyróżniają krajobraz jednej okolicy od innych i są szczególnie drogie sercu mieszkańców. Na te cechy składa się nie sama przyroda, ale także pierwiastki etnograficzne, a w szczególności budownictwo. Ze sprawą ochrony przyrody łączy się tu pokrewna sprawa „ochrony swojszczyzny”, która współcześnie z tamtą – głównie za wzorem Niemiec („Heimatschutz”, „Heimatpflege”) – zyskała wielkie znaczenie. Dla ogółu ta postać ochrony przyrody jest najbardziej zrozumiałą i porusza najsilniej struny uczuciowe. Ponieważ skuteczna ochrona przyrody bez spopularyzowania jej w szerokich masach przeprowadzoną być nie może, każde zatem ustawodawstwo z tym właśnie motywem przede wszystkim liczyć się musi i niejako pod jego osłoną realizować także inne zadania.
Drugim motywem ochrony, łatwo zrozumiałym i pod tym względem podobnym do poprzedniego, jest motyw historyczno-pamiątkowy. Nawet legenda przywiązana do pewnych tworów przyrody, jak do drzew, kamieni itp., może dać powód do ochrony. Można powiedzieć, że ochrona tego rodzaju jest bardzo starą i wyprzedziła prądy współczesne.
Trzecim wreszcie motywem jest motyw przyrodniczo-naukowy. Jest to motyw już współczesny zupełnie i mniej od tamtych popularny. Wysunęła go nauka, która ze zniszczeniem pewnych tworów przyrody i pewnych ukształtowań skorupy ziemskiej traci przedmiot badania, ogniwa łączące w całość zrozumiałą oderwane na pozór zjawiska i świadectwa minionej przeszłości.
Poszczególne ustawodawstwa wysuwają na czoło to jeden, to drugi motyw; i tak w Prusach motyw przyrodniczo-naukowy był zrazu dominującym (rozp. min. z paźdz. 1906 o utworzeniu urzędu ochrony przyrody), ustawa francuska z 21 kwietnia 1906 chroni pewne okolice i pewne twory przyrody wyłącznie dla ich wartości estetycznej itp.; do ustaw obejmujących całość motywów należą np. ustawa bawarska lub heska; w tekście tej ostatniej powiedziano, że ochronie podlegają twory przyrody, „których zachowanie bądź ze względów historycznych, bądź przyrodniczo-naukowych, bądź dla piękności lub cech swoistych krajobrazu, leży w interesie publicznym”.
Co do zakresu ochrony, to mogą jej podlegać albo całe przestrzenie albo też pewne twory przyrody żywej lub martwej, oznaczone indywidualnie (jak np. pewne drzewa odznaczające się pięknością, wiekiem lub innymi szczególnymi cechami) lub gatunkowo, lub wreszcie jako grupy (np. pewien gatunek roślin na granicy swego geograficznego zasięgu). Przestrzenie chronione noszą nazwę rezerwatów. Te są albo „zupełne”, albo „niezupełne”, czyli „półrezerwaty”. Rezerwaty zupełne są zasadniczo nienaruszalne; wszelka gospodarka ludzka jest na nich wykluczona. W półrezerwatach dopuszczone są pewne formy gospodarki (pasterstwo), inne zaś, o ile nie są zupełnie wykluczone, podlegają pewnym ograniczeniom lub kontroli władz ochronnych. Tworzenie rezerwatów, zwłaszcza zupełnych, jest sposobem chronienia przede wszystkim przyrody dzikiej, nie dotkniętej jeszcze przez kulturę.
Tak np. ochrona Tatr powinna dokonać się sposobem urządzenia z nich rezerwatu, a to w pewnych częściach zupełnego, w innych zaś niezupełnego, w którym by prowadzenie dróg jezdnych, budowanie domów, eksploatacja sił wodnych i kopalin zależne były od specjalnego w każdym wypadku i ściśle określonego zezwolenia władz ochronnych. Zarówno piękność krajobrazowa, jak i wartości naukowo-przyrodnicze w ten tylko sposób mogą tu być zachowane. Urok gór wysokich polega na ich dzikości; przez nieopatrzne wkroczenie kultury urok ten może zostać niepowrotnie zniszczony. A wartości, które powstaną, nie opłacą może ani w setnej części wartości straconej. Bo to jest wartość jedyna i nie dająca się już nigdy i niczym zastąpić. Podobne, mniejsze już rezerwaty, powinny powstać i w innych okolicach Polski, dla zachowania potomności pewnych typów przyrody pierwotnej, jak puszczy leśnej, bagien, stepu, wrzosowisk itp., o ile zabytki takie w ogóle jeszcze istnieją.
Wielkie rezerwaty najłatwiej stworzone być mogą w krajach rzadko zaludnionych lub posiadających znaczne przestrzenie pustynne. Najliczniejsze i największe rezerwaty mają Ameryka Północna i Szwecja. Amerykański Yellowstone-park jest najstarszym (r. 1872) i największym (8875 km kwadr.) rezerwatem na świecie.
Inne zadania i granice postawić sobie musi ochrona przyrody w okolicach zaludnionych i oddanych kulturze. W pewnym, ograniczonym znaczeniu można by wprawdzie i tu mówić o „półrezerwatach”, wtedy mianowicie, kiedy dla pewnych okolic wydano specjalne przepisy prawne, odnoszące się do ich zabudowywania, prowadzenia dróg itp., a to ze względu na zachowanie ich piękności lub cech swoistych. Takie specjalne normy stwarza np. ustawa pruska z dn. 15 lipca 1907 r. (gegen bauliche Verunstaltung des Landschaftsbildes), zmierzająca do ochrony pewnych okolic przed zeszpeceniem przez nieprzystosowane do ich charakteru budynki. W ogóle jednak w okolicach oddanych kulturze, ochrona przyrody poprzestać musi na chronieniu pewnych tylko jej tworów. Dla takich tworów chronionych wynaleziono nazwę „pomników przyrody” (Naturdenkmäler, monuments naturels) zapewne dlatego, że w pojęciu pomnika mieści się zadanie przechowania czegoś w pamięci. Używane u nas niekiedy słowo „zabytek” wcale temu pojęciu nie odpowiada; „zabytek” bowiem jest to pozostałość, resztka, ruina; ochrona przyrody bierze w opiekę także i „zabytki”, ale to zadań jej nie wyczerpuje i takiej cmentarnej cechy zgoła ona na sobie nie nosi.
Pełna zatem ochrona przyrody wymaga zarówno chronienia poszczególnych tworów, jak i tworzenia rezerwatów, a nadto opieki nad krajobrazem, celem ustrzeżenia go przed szpeceniem przez niestosowne budowle, źle prowadzone drogi, szyldy reklamowe itp. W takiej opiece nad krajobrazem mieści się już nie tylko jego chronienie, to jest utrzymanie w pierwotnej postaci, ale i jego kształtowanie. Ta idea jest starszą od idei ochrony przyrody, a pielęgnowaną była przez tak zwane towarzystwa upiększania kraju. Zwolennicy ochrony przyrody zajęli zrazu wobec „upiększaczy” wrogie stanowisko. Przyrody nie można upiększyć – mówiono – trzeba ją tylko zachować w jej pierwotnej postaci. Nie liczono się z tym, że w okolicach przeoranych pługiem kultury nie ma już przyrody w pierwotnej postaci. Dzisiaj te dwa prądy zaczynają godzić się z sobą, przy czym idea ochrony zmodyfikowała w znacznej mierze dawniejsze pojęcia o istocie i sposobach upiększania. W tej nowoczesnej swojej formie idea upiększania staje dziś jako idea „opieki nad krajobrazem”, w okolicach kulturze oddanych, wspólnie z ideą ochrony do walki o piękno oblicza ziemi.
Ochrona przyrody polega na zabezpieczeniu chronionych obiektów przed zniszczeniem lub zmianą. Działanie ochronne mieści w sobie wyszukiwanie, badanie i zakwalifikowanie do ochrony, obmyślenie sposobów zabezpieczenia (np. przez oznaczenie, ogrodzenie, ustanowienie straży itp.), wreszcie utrzymywanie w ewidencji, nie tylko przez inwentaryzację, ale przez ciągłą kontrolę na terenie.
Najważniejszą i najtrudniejszą wszakże kwestią jest ustosunkowanie ochrony do prawa własności. Ochrona bowiem pociąga za sobą z konieczności ograniczenie swobodnego władania daną rzeczą przez właściciela. Na drodze prawa pospolitego można to ograniczenie osiągnąć przez umowę, bądź darmową, bądź odpłatną, albo przez jednostronny akt prawny ze strony właściciela (dar, fundacja, legat itp.), wreszcie można dany przedmiot wykupić. Nawet tam, gdzie administracja państwowa zainteresowała się już sprawą ochrony przyrody, poprzestaje ona często na tych środkach prawa pospolitego.
Dalszym stadium rozwojowym jest wprowadzenie ustawodawstwa dla celów ochrony nowych norm ograniczających przedmiotowy zakres prawa własności, norm różniących się motywem, ale nie istotą od ograniczeń tego rodzaju, jakie znały już od dawna ustawy ekonomicznej natury, jak lasowa, wodna, rybacka, łowiecka i inne.
Wreszcie w ostatnim stadium rozwojowym ochrona przyrody uznaną zostaje za interes publiczny, tak ważny, że uzasadnia nawet wywłaszczenie lub przymusowe ograniczenie podmiotowego prawa własności przez ustanowienie tak zwanej – wedle terminologii prawnej francuskiej – „służebności administracyjnej”, jedno i drugie oczywiście za wynagrodzeniem materialnej szkody. Taki przymus wprowadził już wcześnie szereg ustawodawstw, jak np. francuskie, heskie, oldenburskie, brunszwickie, norweskie, kantonalne berneńskie, fryburskie itd., a później przymus taki wprowadziły wszystkie prawie ustawodawstwa. Jest to w zasadzie słuszne. Jednakowoż radykalne i jednostronne stosowanie przymusu ma tę złą stronę, że czyni całą sprawę ochrony przyrody niepopularną, a nawet nienawidzoną, skuteczność zaś takiego radykalizmu jest wątpliwą, gdyż wszelkie wywłaszczenie powoduje wysokie koszty, dla których niejeden akt ochrony, który w innej drodze mógłby być skutecznie dokonany, w ogóle poniechanym zostaje.
Ochroną przyrody zajmowały się zrazu stowarzyszenia; gdy funkcję tę podjęły państwa, oparły się niejednokrotnie wprost na stowarzyszeniach. Tak więc na przykład w Bawarii państwo dla pozyskania organu centralnego stworzyło tylko jak gdyby wydział stowarzyszeń, do którego weszli jeszcze dodatkowo urzędnicy (Landesausschuss für Naturpflege). W ogóle w organizacji ochrony przyrody charakterystycznym jest szeroki udział żywiołu obywatelskiego: urzędnikom brak w tej dziedzinie zazwyczaj i kwalifikacji, i zainteresowania. W Prusach, na podstawie rozporządzenia ministerstwa oświaty z 30 maja 1907, potworzyły się komitety prowincjonalne, powiatowe i miejscowe, w których obok urzędników zasiadają reprezentanci stowarzyszeń i inne szczególnie zainteresowane lub kompetentne osoby prywatne. Wydziału centralnego na podobieństwo Bawarii nie utworzono – całe kierownictwo, pod nazwą Staatliche Stelle für Naturdenkmalpflege, oddano w ręce jednego człowieka, profesora Conwentza, wydział centralny zastąpiły poniekąd periodyczne zjazdy sekretarzy komitetów. We Francji żywioł obywatelski wchodzi do komisji departamentalnych, w których prócz urzędników i reprezentantów rady generalnej departamentu zasiadają ludzie nauki, artyści i literaci. Centralnej rady tutaj brak. W Belgii natomiast utworzono centralną radę, założoną podobnie jak komisje departamentalne francuskie, komisji zaś prowincjonalnych nie ma. W Oldenburgu istnieją rady prowincjonalne (Denkmalrat), właściwe jednak działanie spoczywa w rękach konserwatorów (Denkmalpfleger), instytucji utworzonej na modłę konserwatorów sztuki, którzy nie są urzędnikami, ale osobami mianowanymi ze sfer obywatelskich jako rzeczoznawcy i doradcy. Ujawnia się w tej instytucji inna charakterystyczna cecha organizacji ochrony przyrody, mianowicie ta, że powołane są do niej osoby o kwalifikacjach bądź naukowych, bądź artystycznych. Ta nowa gałąź administracji państwowej podobną jest w tym względzie do organizacji państwowych biur statystycznych, na których czele stoją uczeni, zwykle będący równocześnie profesorami uniwersytetu. W Szwecji wprost cała sprawa ochrony przyrody powierzoną jest akademii umiejętności.
Dalszy wymóg państwowej organizacji ochrony przyrody pochodzi stąd, że ta ochrona z natury rzeczy jest nie tyle osobną gałęzią administracji, co ideą, która wszystkie poszczególne gałęzie ma przenikać. Nie trzeba długo dowodzić, ile w sprawie ochrony przyrody może zdziałać lub ile może tej sprawie zaszkodzić, oględna lub nieoględna, należycie uświadomiona lub nieuświadomiona w tej dziedzinie administracja domen, górnictwa, przemysłu, komunikacji, rolnictwa, robót publicznych lub spraw wojskowych. Wszyscy obywatele państwa razem wzięci nie mogliby zapewne wyrządzić tyle szkody idei ochrony przyrody, ile jej wyrządzić może państwo samo przez swoje organa. Z tego powodu niezmiernie ważną i godną naśladowania jest instytucja pruska międzyministerialnego wydziału ochrony przyrody. Z inicjatywy tego wydziału wszystkie prawie ministerstwa wydały dla podwładnych sobie urzędów rozporządzenia w interesie ochrony przyrody.
Polska, wprowadzając u siebie ochronę przyrody, mogła korzystać z doświadczeń poczynionych gdzie indziej; pierwszym krokiem było utworzenie w grudniu 1919 r. Tymczasowej Komisji Ochrony Przyrody. Zasadnicze rysy organizacji, których przykłady podałem, powtarzają się i tutaj. Komisja złożona była z żywiołów obywatelskich, a weszli do niej przede wszystkim ludzie nauki. Stanowiła ona organ pomocniczy i doradczy Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, do którego to ministerstwa sprawy ochrony przyrody należeć miały. Charakter jej był tymczasowy; miała ona podjąć co pilniejsze zadania ochrony przyrody, głównym jej jednak celem było obmyślenie programu i metod tej ochrony, wytworzenie kadr organizacyjnych i wypracowanie projektów ustaw i rozporządzeń. Ten pierwszy krok uważać należy za szczęśliwy. Wobec nowości bowiem tej sprawy i braku przygotowania do niej zarówno w społeczeństwie, jak i w ustawodawstwie, budowanie od razu wykończonej organizacji i ustawodawstwa byłoby robotą bez fundamentów. Pewna decentralizacja, której zakres rozmaicie może być pojmowany, ale zawsze niezbędna w gotowej już budowie, ażeby działaniem ochronnym sięgnąć można we wszystkie zakątki, w początkach nie tylko nie jest potrzebną, ale mogłaby być szkodliwą. Nie jest potrzebną dlatego, bo zanim się sięgnie do rzeczy dalekich i mniej ważnych, trzeba najpierw załatwić najbliższe i najważniejsze, te zaś mogą być załatwione z centrali; szkodliwym zaś mogłoby być rozstrzelenie akcji tam, gdzie nie wytworzono jeszcze jednolitego programu i jednolitych metod działania. Gdyby nadto taką akcję podjęli ludzie, dla których ona jest jeszcze nowością, mógłby powstać chaos, któremu później nie łatwo można by zaradzić. Zatem dalsze ogniwa organizacyjne tworzyć wypadnie dopiero wtedy i tam, gdzie tego już zajdzie potrzeba i kiedy ludzie, teren i metody będą przygotowane. Tak samo i ustawodawstwo powstawać musi organicznie i nie musi być dziełem jednej chwili. Splatać się ono będzie licznymi nićmi z ustawodawstwem cywilnym, karnym i administracyjnym, liczyć się też musi z organizacją władz. Zresztą ustawy wynikać powinny z życia i praktyki, a nie rodzić się przy zielonym stoliku.
W ramach organizacyjnych, które sobie sama wypracowała, działała Komisja Tymczasowa owocnie aż po dzień 10 czerwca 1925 r., w którym to dniu uzyskała podstawy prawne przez rozporządzenie Rady Ministrów „O trybie załatwiania spraw ochrony przyrody” i przemianowaną została na Państwową Radę Ochrony Przyrody. Przewodniczący jej otrzymał tytuł i charakter Delegata Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego do spraw ochrony przyrody. Zasadnicze rysy nowej organizacji pozostały te same. Wreszcie wydana 10 marca 1934 r. Ustawa o Ochronie Przyrody ustaliła ostatecznie organizację, przydając rozbudowę w kierunku decentralizacji przez utworzenie organów prowincjonalnych w postaci „konserwatorów” mianowanych przy województwach, tudzież oddziałów ochrony przyrody w miastach uniwersyteckich.
Poza tym, niezależnie od organizacji państwowej, która może zawieść, społeczeństwo winno wytworzyć własne organa, na które w razie potrzeby mogłoby z ufnością złożyć ciężar propagandy i realizacji idei. Ochrona przyrody wtedy tylko może być bowiem należycie przeprowadzoną, kiedy wniknie jako idea w szerokie masy i znajdzie podstawy w uczuciu miłości ziemi rodzinnej. Ku temu zaś oprócz oparcia się we właściwym działaniu o żywioły obywatelskie, potrzeba usilnej propagandy słowem i pismem, pouczeń w szkołach wszelkiego typu, popularyzacji przy pomocy muzeów prowincjonalnych, demonstracji na terenie wycieczek krajoznawczych itp.
Tak pojęta i urzeczywistniona ochrona przyrody będzie potężną dźwignią kultury i czynnikiem uobywatelnienia.
Jan Gwalbert Pawlikowski
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Ochrona Przyrody”, zeszyt 1, 1920 r. Następnie w wersji lekko rozszerzonej i uwspółcześnionej zamieszczono ją w: Jan Gwalbert Pawlikowski – „O lice ziemi. Wybór pism”, Warszawa 1938. Przedruk za tym ostatnim źródłem, poprawiono pisownię według obecnych reguł.
przez dr hab. Rafał Łętocha | wtorek 3 września 2019 | opinie
Zadanie, którego podjęła się Anna Musiała, może wydawać się cokolwiek karkołomne. Na pierwszy rzut oka bowiem wydaje się czymś niemożliwym zestawienie nauczania społecznego Kościoła, mającego charakter dość ogólny i często defensywny, tzn. będącego odpowiedzią na pewne negatywne zjawiska dotykające w danym momencie poszczególnych ludzi czy sam Kościół, z konkretnymi rozwiązaniami prawnymi dotyczącymi sfery pracy.
W encyklikach społecznych papieże niejednokrotnie bywali przecież dość lakoniczni i formułowali wskazania o dużym poziomie ogólności po to, aby mogły one zachować jak najbardziej uniwersalny i nieprzemijający charakter. Wzdragano się natomiast przed tworzeniem konkretnych postulatów czy dawaniem technicznych wskazówek w kwestii organizacji życia społeczno-gospodarczego, wychodząc z założenia, że Kościół w tego rodzaju kwestiach nie jest kompetentny. Co prawda Leon XIII w encyklice Rerum novarum podkreślał, iż podejmując problematykę społeczną robi to z „pełną ufnością i świadomością, że do zabrania głosu mamy prawo; jest ono bowiem tego rodzaju, że się go skutecznie nie rozwiąże, o ile nie przyzwie religii i Kościoła na pomoc. A skoro do Nas w pierwszym rzędzie należy troska o religię i rozporządzanie środkami należącymi do sfery działań Kościoła, milczenie byłoby w oczach wszystkich zaniedbaniem obowiązku” (RN 13). Jednak Pius XI w wydanej czterdzieści lat później encyklice Quadragesimo anno uściślał, że „zadaniem Kościoła nie jest prowadzić ludzi do przemijającego i znikomego szczęścia, ale do wiecznego; a nawet uważa Kościół, »że nie wolno mu się mieszać do tych ziemskich spraw bez powodu«. Ale z drugiej strony Kościół w żaden sposób nie może zrezygnować z obowiązku, który nań Bóg nałożył, a który mu każe występować, wprawdzie nie w sprawach techniki życia społeczno-gospodarczego, bo do tego nie ma ani środków odpowiednich, ani nie jest powołany, lecz w tych wszystkich sprawach, które mają związek z moralnością. W tej bowiem dziedzinie zarówno powierzony nam przez Boga skarb prawdy, jak i ciężki obowiązek głoszenia całego prawa moralnego, wyjaśniania go oraz przynaglania w czas czy nie w czas, poddaje Naszemu najwyższemu sądowi ustrój społeczny i samo życie gospodarcze” (QA 41).

Tymczasem problemy podjęte przez Autorkę książki w dużej mierze, jak wydawałoby się, należą właśnie do spraw związanych z „techniką życia społeczno-gospodarczego” jak ujął to Pius XI, co do której Kościół generalnie nie ma kompetencji, aby się wypowiadać. Takie wrażenie można byłoby odnieść na pierwszy rzut oka, jednakowoż, jak udowadnia w swojej pracy Anna Musiała, sprawa nie jest tak oczywista i prosta. Trzeba bowiem pamiętać o tym, iż, jak pisał amerykański konserwatysta Richard M. Weaver, idee mają konsekwencje. W związku z tym każde prawo stanowione oparte jest na jakichś przedzałożeniach, ma u swoich podstaw określoną koncepcję człowieka i wartości. Tego rodzaju konstatacja stanowi punkt wyjścia dla rozważań Autorki dotyczących sygnalizowanych kwestii. Podkreśla ona, iż jej wieloletnie studia nad prawem pracy często stawiały ją przed problemem „o jaką koncepcję człowieka i związanych z tym wartości w polskim prawie pracy chodzi” (s. 9). Zbyt często bowiem problematykę rozwoju prawa pracy sprowadza się wyłącznie do wpływu nań czynników ekonomicznych. Tymczasem, jak zauważył to już wiele lat temu Tadeusz Zieliński i przy czym również obstaje Musiała, dla jego rozwoju równie duże znaczenie mają czynniki pozaekonomiczne w postaci poglądów dotyczących sensu pracy w życiu człowieka, miejsca pracującej jednostki w społeczeństwie czy roli, jaką w życiu człowieka pracy spełnia państwo. Prawo to bowiem pozostaje w nierozerwalnym związku z całokształtem stosunków społecznych, formowanych przez dominujące poglądy na temat sprawiedliwości społecznej, etosu pracy i generalnie rozmaite zapatrywania uwikłane w konteksty aksjologiczne, jest ono mocno osadzone w antropologicznych i etycznych podstawach ustroju (s. 17).
Wychodząc właśnie z tego rodzaju założeń Autorka postanowiła skonfrontować polskie prawo pracy z ideami propagowanymi w myśli społecznej Kościoła. Jak sama pisze, mając na uwadze to, „że społeczna doktryna Kościoła w polskim kręgu kulturowym ma niebagatelne znaczenie, a z kolei jej wkład w rozwój prawa pracy jest »bezsprzeczny«, nie sposób nie zadać sobie pytania o jej odzwierciedlenie w polskim prawie pracy. Chodzi bowiem o nic innego jak zbadanie, na ile w obowiązującym kształcie polskiego prawa pracy obecna jest myśl czerpiąca ze społecznej doktryny Kościoła. Czy jest ona dziś w ogóle »atrakcyjna« dla polskiego prawodawcy? Można też pytać o jej potencjalną »atrakcyjność« w przyszłości, zwłaszcza w kontekście podejmowanych prób kodyfikacyjnych” (s. 16).
Przy tym wszystkim Autorka jasno podkreśla, iż chodzi jej przede wszystkim o fundamentalne założenia, na których opiera się polskie prawo pracy. To one są poddawane analizie i konfrontowane z wizją prezentowaną w myśli społecznej Kościoła, nie zaś poszczególne instytucje prawa pracy. Jak wskazuje bowiem nie bez słuszności, szczegółowe badanie „każdego poszczególnego prawnego problemu z zakresu prawa pracy pod kątem jego zgodności ideowej z społeczną nauką Kościoła jest zadaniem w zasadzie niewykonalnym. A nawet, jeśli próbować tego dokonywać, to nie widzę większego jej naukowego sensu, poza ogromnym wysiłkiem. W moim przekonaniu wystarczy odnieść się do zbadania, czy w zakresie fundamentów polskie prawo pracy odpowiada społecznej doktrynie Kościoła. Jeśli tak, to dalsze szczegółowe unormowania […] również winny w zakresie ich ideowego ukształtowania, czerpać z katolickiego nauczania” (s. 85).
Co więcej, wydaje się, iż przeprowadzenie tego rodzaju analizy nie do końca byłoby możliwe ze względu na dość ogólny charakter katolickiej doktryny społecznej, która raczej nie zajmuje się szczegółowymi unormowaniami i rozwiązaniami technicznymi. Można byłoby próbować to zrobić jedynie na zasadzie stwierdzenia, czy konkretne rozstrzygnięcia odpowiadają głównym zasadom nauczania społecznego Kościoła, nie stoją z nimi w sprzeczności, a wypływają z nich. Ewentualnie można byłoby próbować zestawić te rozwiązania z pewnymi propozycjami lansowanymi przez katolicką myśl społeczną, przez którą rozumiem poglądy katolickich myślicieli, filozofów, teologów, ekonomistów, socjologów itp., odnoszące się do spraw społecznych. Tam bowiem już mamy do czynienia zazwyczaj z większym uszczegółowieniem rozmaitych koncepcji i propozycji budowanych na bazie nauczania społecznego Kościoła. Jednak to zadanie wydaje się być jeszcze trudniejsze i bardziej pracochłonne, poza tym można mieć wątpliwości, czy doprowadziłoby ono do jednoznacznych wniosków w związku z heterogenicznością katolickiej myśli społecznej i istnieniem w jej ramach rozmaitych kierunków i nurtów reprezentujących odmienne poglądy nawet w kwestiach kluczowych.
Książka składa się z Wprowadzenia, Zakończenia oraz trzech rozdziałów. Pierwszy zatytułowany został „Zagadnienia wstępne” i przedstawione zostały w nim problemy dotyczące wyboru tematyki, stanu badań, założeń wyjściowych. Drugi rozdział, pt. „Katolicka nauka społeczna a zagadnienie pracy człowieka”, omawia zagadnienia związane z najważniejszymi zasadami katolickiej nauki społecznej dotyczącymi pracy ludzkiej. Autorka przedstawiła w nim nauczanie społeczne Kościoła odnośnie do wzmiankowanych spraw, zawarte w papieskich encyklikach, począwszy od Rerum novarum Leona XIII, a kończąc na Laudato si’ Franciszka. Przy czym zdecydowanie najwięcej miejsca poświęcono nauczaniu Jana Pawła II. Nie może to dziwić z dwóch względów. Po pierwsze kwestia pracy zajmuje w nim niezwykle istotne miejsce, Jan Paweł II jest autorem encykliki Laborem exercens stanowiącej filozoficzno-teologiczny traktat dotyczący pracy ludzkiej i jedyną encyklikę społeczną poświęconą wyłącznie tej problematyce. Po drugie nauczanie to w naszym kraju cieszyło się i cieszy szczególną popularnością, uwagą i estymą, w związku z tym można przyjąć już na etapie założeń i hipotez badawczych, że jego wpływ na ustawodawstwo dotyczące pracy jest szczególny.
Trzeci, najważniejszy i najobszerniejszy rozdział zatytułowany został „Współczesny system polskiego prawa pracy a zasady społecznej nauki Kościoła w zakresie pracy ludzkiej”. Podzielony został on na kilka podrozdziałów, w których analizie pod kątem zgodności z zasadami propagowanymi w katolickiej nauce społecznej poddano kwestie dotyczące pojmowania podmiotu prawa pracy w osobie człowieka osobiście świadczącego pracę, jego relacji z pracodawcą, podstawowych praw mu przysługujących, słusznego wynagrodzenia za pracę oraz zbiorowej reprezentacji w sferze pracy. Punktem wyjścia dla tych rozważań uczyniła Autorka zapisy Konstytucji, przede wszystkim jej artykułów 20, 24 oraz 2, w następnych zaś podrozdziałach omawia i analizuje przepisy zawarte w Kodeksie pracy.
Autorka wskazuje, iż w związku z doniosłością nauczania społecznego Kościoła w polskim kręgu kulturowym można zasadnie doszukiwać się ideowych inspiracji zaczerpniętych z niego w prawotwórstwie dotyczącym pracy. Podkreśla ona, że „polskie ustawodawstwo prawa pracy, zwłaszcza na poziomie ustawy zasadniczej, ale także na szczeblu ustawodawstwa zwykłego – Kodeksu pracy, zasadniczo daje ogromny potencjał dla jego odczytywania w duchu społecznej doktryny Kościoła” (ss. 215-216). Nie oznacza to bynajmniej, iż nie pojawiają się tutaj żadne odstępstwa i że na wszystkich polach mamy do czynienia z doskonałą zgodnością. Autorka uwypukla chociażby fakt, iż w doktrynie prawa pracy obowiązującej w naszym kraju wskazuje się na jej towarowy charakter, co stoi rzecz jasna w sprzeczności z zasadami katolickiej nauki społecznej. Skutkuje to zaś chociażby brakiem jasnych wytycznych dotyczących ustalania płac. W polskim systemie nie ma mowy o płacy słusznej czy płacy rodzinnej, mówi się natomiast o istnieniu godziwego wynagrodzenia za pracę. Nie bardzo jednak wiadomo jak je rozumieć, w jaki sposób ustalić i jakimi środkami doprowadzić do urzeczywistnienia tego postulatu godziwości płacy. Obok godziwości wynagrodzenia funkcjonuje również pojęcie płacy minimalnej, jednak nie można ich ze sobą utożsamiać. Wynagrodzenie minimalne ustalane jest bowiem raczej na poziomie minimum socjalnego, nie mającego nic wspólnego z wymogami godziwości. Autorka sugeruje w tym miejscu, iż adresatem pojęcia godziwości wynagrodzenia za pracę powinno być państwo jako pracodawca pośredni, urzeczywistniający w większym stopniu zasadę sprawiedliwości społecznej. Ten kierunek myślenia w polskim prawie pracy jednak w zasadzie nie istnieje. Znamienne też, iż nasz kraj po dziś dzień nie przyjął do polskiego porządku przepisu art. 4 Europejskiej Karty Społecznej, stanowiącego, iż wszyscy pracownicy mają prawo do sprawiedliwego wynagrodzenia wystarczającego do zapewnienia im i ich rodzinom godziwego poziomu życia (s. 198).
Wiele do życzenia pozostawia zdaniem Autorki również istniejąca definicja terminu „pracownik”, ograniczająca się wyłącznie do osób wykonujących pracę zarobkową i wykluczająca jednocześnie cała sferę osób pracujących nieodpłatnie: wolontariuszy, osób zajmujących się gospodarstwem domowym itp.
Podobnie wygląda sprawa z korelacją praw socjalnych z prawami człowieka. Uprawnienia socjalne postrzegane są bowiem generalnie poprzez pryzmat praw pracowniczych, pokutuje wręcz „przeświadczenie, że odwoływanie się do godności człowieka w kontekście pracy to wyraz pewnej jego słabości na »rynku pracy«, na którym musi po prostu »konkurować«. Tymczasem, bez wątpienia prawa człowieka, także te odnoszące się do człowieka pracy, np. w zakresie wypoczynku, czerpią z godności człowieka. Można powiedzieć, że od godności osobowej wszystko »się zaczyna«. Społeczna doktryna Kościoła powyższe formułuje w sposób jednoznaczny. Ale międzynarodowa regulacja prawna w przedmiotowym zakresie również nie pozostawia wątpliwości, rozpoczynając […] od wskazania, że owe uprawnienia socjalne przyznawane są z uwagi na godność ludzką” (s. 188). Tymczasem w Polsce pokutuje ciągle odmienne stanowisko, punktem wyjścia stają się nie prawa człowieka w zakresie pracy, ale prawa pracownicze. Przede wszystkim jednak polski system prawny zarówno na poziomie konstytucyjnym, jak i kodeksowym nie uznaje kwestii prawa do pracy jako podstawowego filaru porządku społeczno-gospodarczego. Zarówno Konstytucja jak i Kodeks pracy mówią jedynie o prawie do swobodnego wyboru pracy. Tymczasem prawo do pracy, będące fundamentem ładu społeczno-gospodarczego oraz jednym z podstawowych sposobów ochrony godności człowieka, stanowi integralny element społecznej nauki Kościoła oraz międzynarodowego prawa pracy.
Autorka nie tylko pokusiła się o wskazanie, w jakich kwestiach polskie prawo pracy jest kompatybilne z nauczaniem społecznym Kościoła, a w których miejscach odbiega zdecydowanie od zasad w nim propagowanych. Jednoznacznie również wskazuje te punkty, w których mamy do czynienia po prostu z jego słabościami czy niespójnością, a więc wymaga ono przemyślenia na nowo, korekt, udoskonalenia, dostosowania do standardów międzynarodowych, których możemy szukać chociażby w licznych konwencjach i zaleceniach Międzynarodowej Organizacji Pracy. Zwraca uwagę, które z jego zapisów wydają się być przestarzałe, nieadekwatne do zmieniającej się rzeczywistości, nadmiernie obciążone przebrzmiałymi już koncepcjami na temat pracy, jej charakteru, powinnościami z nią związanymi, stanowiąc niejednokrotnie swoistą koncesję na rzecz ekonomistycznego i liberalnego myślenia czy po prostu jego pokłosie.
Są to kwestie niezwykle istotne, warto tutaj przypomnieć wywiad z bieżącego numeru „Nowego Obywatela”, którego udzielił prof. Arkadiusz Sobczyk, wykładowca w Katedrze Prawa Pracy i Polityki Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego, przez kilka lat przewodniczący zespołu ds. opracowania kodeksu pracy w Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Pracy. Otóż stwierdził on ni mniej, ni więcej, iż ciągle dominujące w naszym kraju myślenie o prawie pracy, traktowanie go jako pewnej relacji o charakterze komercyjnym opierającej się na wymianie i ekwiwalentności – powoduje, że staje się ono nielogiczne i śmieszne. Prawo pracy stanowi zaś jego zdaniem dyscyplinę dotyczącą organizacji społeczeństwa w kontekście pracy, a nie prawo regulujące stosunki pomiędzy jednostkami (pracodawcą i pracobiorcą). Jest to więc prawo publiczne, tzn. regulujące warunki najlepszego osiągania dobra wspólnego poprzez stworzenie optymalnych warunków dla rozwoju jednostek. W tym kontekście np. uznanie przepisu o prawie do urlopu za prawo prywatne oznaczałoby, że wynagrodzenie urlopowe jest wynagrodzeniem za pracę. „Z takiej perspektywy musielibyśmy przyjąć, że pracodawca udziela mi urlopu w zamian za wykonaną pracę. Problem w tym, że mogę skorzystać z niego na początku roku, po czym zmienić pracę. Nie da się więc powiązać wynagrodzenia urlopowego z całoroczną wartością pracy, skoro jej nie wykonałem. Z perspektywy konstytucyjnej rzecz wygląda inaczej. To państwo daje mi urlop, bowiem zobowiązało się do tego w Konstytucji. Nie robi jednak tego samo, lecz nakłada stosowny obowiązek na pracodawcę, dlatego wynagrodzenie urlopowe jest de facto danina publiczną. Co więcej, skoro zgodnie z prawem unijnym urlop służy przede wszystkim ochronie zdrowia, to pracodawca w imieniu państwa powinien także pilnować, żebym z tego prawa skorzystał w każdym roku kalendarzowym”. Cytat z wywiadu z prof. Sobczykiem został przytoczony nieprzypadkowo. Zarówno bowiem w jego pracach, jak i w recenzowanej tutaj książce Anny Musiały mamy do czynienia z perspektywą ciągle słabo obecną w polskich dyskusjach dotyczących prawa pracy, zarówno tych odbywanych na poziomie akademickim, ale przede wszystkim medialno-publicystycznym. Perspektywa liberalno-ekonomistyczna w podejściu do tych kwestii, traktowanie pracy jako towaru, płacy jako jednej z kategorii cen i kosztu produkcji, który należy minimalizować, a pracowników jako zasobów ludzkich, nadal świetnie się trzyma, zwłaszcza w dyskursie medialnym oraz politycznym i stanowi narrację dominującą. Należy więc jak najszerzej popularyzować stanowiska przeciwstawne, uświadamiać, iż to one mają charakter nowocześniejszy, dominujący dziś w krajach cywilizowanych, te zaś powielane u nas są raczej reliktem dziewiętnastowiecznych, paleoliberalnych poglądów.
Chociażby z tego względu warto więc sięgnąć po recenzowaną książkę, choć uczciwie trzeba powiedzieć, iż stanowi ona lekturę wymagającą, zwłaszcza dla osób bez wykształcenia prawniczego.
dr hab. Rafał Łętocha
Anna Musiała, Polskie prawo pracy a społeczna nauka Kościoła. Studium prawno-społeczne, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, Poznań 2019.
przez Jarosław Niemiec | środa 28 sierpnia 2019 | opinie
Kiedy upominamy się o lepsze warunki płacowe w branży energetycznej, ciągle słyszymy, że musimy mocno ograniczyć nasze oczekiwania, musimy być odpowiedzialni, nie wolno nam stawiać wygórowanych żądań. Bo „węgiel jest w niełasce”, „energetyka węglowa jest na cenzurowanym”, „grozi nam wygaszanie i zamykanie”. Owszem, zmiany klimatu, regulacje międzynarodowe w zakresie emisji dwutlenku węgla wymuszają poszukiwanie nowych, przyjaznych dla środowiska źródeł energii, ale czy to oznacza, że mamy szykować się na nowy plan Balcerowicza w energetyce, uznać, że jesteśmy niepotrzebnym balastem i pracować za tyle, ile nam dają i cieszyć się, że w ogóle pracujemy? Mam nadzieję, że środowiska górnicze, nauczone doświadczeniem różnorodnych transformacji ostatniego trzydziestolecia, już więcej nie zgodzą się na taki scenariusz i dopóki na kopalni są kilofy, będziemy wiedzieli, że można ich użyć nie tylko do węgla i kamienia. Dopóki nie powstanie wielki i kompleksowy plan transformacji energetyki na miarę słynnego New Deal, nie mamy o czym rozmawiać.
Branża energetyczna i górnicza zdają sobie sprawę, że zmiany są konieczne, po prostu nadejdą i nikt z nas nie chce zawracać kijem Wisły. Chcemy tylko i aż być ich aktywnymi i pełnoprawnymi podmiotami i uczestnikami, chcemy w tych zmianach uczestniczyć mając coś do powiedzenia i korzystając na nich, a nie tracąc. Mało tego, kopalnie same planują inwestycje proekologiczne. Na przykład jedna z kopalń planuje rozwijanie swojego działu kolejowego i udział w rozwoju lokalnych przewozów kolejowych. Coraz częściej słychać pomysły stawiania instalacji fotowoltaiki na terenach górniczych czy hałdach. Również związki zawodowe górnicze widzą szanse w rozwoju nowoczesnych źródeł energii i doskonale wiedzą, że jest to potrzebne, ale nie kosztem pracowników i – bez żadnej demagogii mówiąc – najuboższych odbiorców. Bo nie ma mowy, żeby i oni nie zostali poszkodowani, jeśli transformacja energetyczna przebiegnie po linii Balcerowicza i jego wyznawców.
To, co słyszymy od polityków liberalnych z prawicy i z partyjek udających lewicę, z góry przekreśla jakiekolwiek rozmowy z nimi o energetyce czy ekologii. Pomysły zamknięcia kopalń i dokonania dekarbonizacji bez zająknięcia się o tym, kto to zrobi, co będzie z ludźmi i jakie źródła zastąpią węgiel, są z naszego punktu widzenia niepoważne, ale niestety mogą znaleźć posłuch, a co gorsza – wykonawców. Są to pomysły kontynuujące najgorsze tradycje neoliberalizmu, poczynając od bandyckich posunięć Thatcher wobec górnictwa w Wielkiej Brytanii, poprzez wczesnego Balcerowicza, aż po czasy Buzka-Balcerowicza ze słynnymi odprawami i likwidacją miejsc pracy w górnictwie, co okazało się społeczną katastrofą i wielką stratą dla budżetu. Na to górnicy i pracownicy energetyki nie mogą pójść, bo to dla nas samobójstwo.
Z drugiej strony nasza branża nie może dać się uwieść denialistom klimatycznym (świadomym szkodnikom zaprzeczającym zmianom klimatycznym z powodu działalności człowieka), podnoszącym wrzask, że działania na rzecz ochrony klimatu są jakimś spiskiem „ekoterrorystów” z UE. Niby bronią oni górnictwa, bo skoro, jak twierdzą, nie ma wpływu dwutlenku węgla na klimat, więc można wydobywać węgiel i palić nim do woli, nie patrząc na emisje. Owi denialiści to albo zwyczajni socjopaci, albo agenci wpływu. Uleganie wpływowi tej szaleńczej ideologii postawi nas, górników i energetyków, na pozycji mniej więcej takiej, w jakiej byli pracownicy manufaktur włókienniczych w Manchesterze, którzy po wynalezieniu maszyny parowej zaczęli niszczyć maszyny włókiennicze odbierające im miejsca pracy w fabrykach. Jak wiadomo, nie obronili swoich stanowisk i stali się symbolem nieskutecznej walki. Jedynie nasz w pełni świadomy, zorganizowany i zaplanowany udział w transformacji energetyki przyniesie nam korzyść jako pracownikom. Po to musimy już dzisiaj postawić jasno postulaty, wyznaczyć sobie cele, o jakie będziemy walczyć do upadłego i odpowiedzieć na pytanie: „Jakie jest nasze miejsce jako pracowników w systemie i nasza relacja do rynku energii?”.
Pierwszy i podstawowy postulat jest taki, że należy żądać gwarancji pracy i dochodu, który nie spowoduje ekonomicznej degradacji osób przekwalifikowanych lub odchodzących z górnictwa. Drugi to zagwarantowanie pełnego udziału w decyzjach i procesach transformacji energetycznej pracownikom branży. Trzeci to utrzymanie górnictwa w pełnej sprawności i gotowości do pracy, bo węgiel, jako surowiec, z pewnością kiedyś będzie w cenie. Z tego już jasno wynika odpowiedź na wyżej postawione pytanie. Rynek nie może decydować o zmianach w energetyce, a przynajmniej nie wyłącznie rynek. Decydujące, równorzędne głosy muszą mieć tutaj państwo i pracownicy, rynek może być jedynie czynnikiem korygującym.
W obecnej sytuacji, kierując się tylko kryteriami rynku, polski węgiel nie ma szans konkurować z rosyjskim czy kolumbijskim. Niestety jest to ciągle konkurencja taniej siły roboczej, łamania praw pracowniczych i przepisów bezpieczeństwa, a tego przecież podobno nie chcemy. Szkoda tylko, że zapominają o tym ludzie ochoczo deklarujący zamykanie kopalń, bo spalanie węgla rosyjskiego czy kolumbijskiego nie oczyści nam powietrza. O tym, czym w zamian za kotły węglowe będziemy napędzać turbogeneratory, nie wspomina się zbyt często. Prawdopodobnie nie będą to chomiki biegające w kółeczkach. Modne słowo „innowacyjność” ładnie brzmi, ale czy tego chcemy, czy nie, Polska jest dość dużym krajem z gospodarką przemysłowo-rolniczą i nagle nie przestawimy się na coś innego, np. na turystykę. Owszem bagna biebrzańskie i poleskie są fascynujące, ale turyści wolą coś bardziej spektakularnego, w Bałtyku zamiera życie, zaś Tatry lada moment zadepczemy. Pomysły deindustrializacji i przestawienia gospodarki na „usługi” skończyły się w latach 90. katastrofą społeczną. Energetyka i górnictwo na dziś muszą działać jak sektor gospodarki centralnie planowanej, jakkolwiek by się to komu nie kojarzyło.
Stąd wynikają pewne wnioski i dla państwa, i dla pracowników energetyki.
Państwo nie może pod wpływem uwarunkowań rynkowych rezygnować z aktywności w polityce energetycznej. Przeciwnie, powinno tę aktywność zwiększać. Dywersyfikacja i rozproszenie alternatywnych źródeł energii nie tylko nie wymagają deregulacji i decentralizacji, ale wręcz wymuszają jeszcze więcej regulacji i centralnego planowania, gdyż chodzi tu o stabilność systemu energetycznego, co zaświadczy każdy specjalista od gospodarki energetycznej. Bez wdawanie się w teorię: zarówno braki mocy, jak i skokowa nadwyżka wygenerowanej mocy są szkodliwe dla sieci przesyłowych i powodują wielkie problemy w dystrybucji. Ponieważ o energetyce, klimacie i zasobach naturalnych nie sposób dziś mówić rozłącznie, również polityka państwa powinna je całkowicie zintegrować w jakimś super-resorcie zasobów naturalnych.
Pracownicy branży energetycznej, w tym górnictwa, nie mogą być ciągle postrzegani jako relikt przeszłości i grupa, którą trzeba w końcu jakoś spacyfikować, wygasić i najlepiej mieć z głowy. To, że węgiel jest na cenzurowanym, nie oznacza, że będziemy musieli się godzić na jakiekolwiek warunki płacowe, że nie będziemy żądać podwyżek i zaakceptujemy rolę „trucicieli”. Nie możemy się godzić na powstrzymywanie naszych żądań tylko po to, żeby nie podnosić kosztów wydobycia i wytrzymać konkurencję z krajami, gdzie te koszty są faktycznie niższe, bo jest dumping podatkowy, a za walkę o prawa pracownicze można trafić do kolonii karnej lub zostać zamordowanym.
Mamy prawo wymagać, że jako demokratyczne państwo prawa będziemy przestrzegać klauzul społecznych i nie pozwolimy na degradację stanowisk pracy w górnictwie i energetyce wymuszaną przez nieludzkie uwarunkowania rynkowe, których jedyną konkurencyjność stanowi łamanie praw człowieka i pracownika. Mamy prawo wysuwać żądania płacowe nie godząc się na szantaż, że jeśli się nie powstrzymamy, to nas zlikwidują.
Jarosław Niemiec
przez Hubert Walczyński | niedziela 25 sierpnia 2019 | opinie
Zasada jest prosta – im bardziej twoja praca jest pożyteczna dla społeczeństwa, tym mniej ci za nią zapłacą. Przeprowadźmy prosty eksperyment myślowy – wyobraźmy sobie że pewnego dnia przedstawiciele poszczególnych zawodów znikają. Jak wpłynęłoby to na świat wokół nas?
„Mówcie co chcecie o pielęgniarkach, śmieciarzach czy mechanikach, ale jest sprawą oczywistą, że gdyby oni wszyscy nagle rozpłynęli się w powietrzu, skutki byłyby natychmiastowe i katastrofalne. Świat bez nauczycieli czy magazynierów miałby nie lada kłopoty i nawet bez pisarzy science fiction czy muzyków ska byłby zwyczajnie mniej wartościowym miejscem. Nie jest do końca jasne, jak bardzo ludzkość cierpiałaby w świecie, w którym przestaliby istnieć prezesi funduszy inwestycyjnych, lobbyści, spece od kreowania wizerunku, aktuariusze, telemarketerzy, komornicy czy radcy prawni (wielu podejrzewa, że stan rzecz znacząco by się wówczas poprawił). Mimo tego, nie licząc garstki wyjątków, jak lekarze – cieszący się dobrą opinią, a jednocześnie wysoko wynagradzani – wspomniana zasada ma się zaskakująco dobrze”.
Historia uczy że David Graeber, autor tych słów, miał rację. Gdy 2 lutego 1968 roku zastrajkowali nowojorscy śmieciarze, ich strajk trwał dziewięć dni. Każdego kolejnego dnia na ulicach pojawiało się 10 tysięcy ton śmieci, których nikt nie odbierał. 10 lutego Nelson Rockefeller, gubernator stanu Nowy Jork, zdecydował się spełnić żądania płacowe strajkujących. Bez pracowników odbierających śmieci Ameryka nie wytrzymała nawet dwóch tygodni.
W podobnym czasie w Irlandii miała miejsce seria trzech strajków podjętych przez pracowników banków. Najdłuższy z nich, w 1970 roku, trwał ponad pół roku. Strajk bankierów dostarcza wielu ciekawych przykładów tego, jak życie społeczne może się samoorganizować pod nieobecność instytucji, które dotychczas wyznaczały ramy funkcjonowania gospodarki. Dla przykładu: banki zostały zastąpione przez puby, których barmani wiedzieli, kto jest wypłacalny, a kto nie, i poświadczali zobowiązania pomiędzy klientami. Co jednak bardzo istotne – zarówno w historii gospodarczej, jak i w ekonomii jest to epizod w dużym stopniu zapomniany, bo okazał się nie mieć właściwie żadnego wpływu na krajową gospodarkę. Banki stanęły na pół roku. Nie ma po tej historii śladów w statystykach, danych dotyczących PKB czy w koniunkturze Irlandii w latach 70.
Choć do wszelkich prób jednoznacznego określania tego, która praca jest społecznie potrzebna, a która nie, radzę podchodzić z dużym dystansem (bo nie sądzę że istnieje, a nawet że powinna istnieć jakakolwiek „obiektywna” miara tego rodzaju), taką próbę podjęli analitycy z New Economics Foundation. Raport „A bit rich” bada to, ile do społeczeństwa wnoszą, z jednej strony, bankierzy inwestycyjni, szefowie marketingu i doradcy podatkowi, z drugiej, pracownicy opieki, szpitalni sprzątacze i pracownicy firm recyklingowych. Wnioski są uderzające. To nie tak, że bankierom płaci się nieproporcjonalnie dużo względem tego, ile wnoszą do społeczeństwa. Gorzej: rzecz w tym, że płacimy im miliony za aktywne niszczenie naszego świata. Dla przykładu – szacunki NEF wskazują, iż szefowie działów marketingu zubażają społeczeństwo o 11 funtów szterlingów na każdy wygenerowany 1 funt. Bankierzy inwestycyjni z londyńskiego City przynoszą straty społeczne rzędu 7 funtów na każdy 1 funt, który generują dla swojego banku. Z drugiej strony, na każdym funcie, który płacimy osobom pracującym jako opiekunki do dzieci – społeczeństwo zyskuje pomiędzy 7,50 a 9 funtów, a jeden funt płacy sprzątacza szpitalnego przekłada się na 10 funtów dla społeczeństwa.
Liberałowie uwielbiają opowiadać historie o tym, jak poziom wynagrodzeń jest bezpośrednią pochodną społecznego zapotrzebowania na daną pracę, jej efektywności, posiadania rzadkich umiejętności czy odpowiedzialności, którą podejmują osoby na kierowniczych stanowiskach. Tyle że to nieprawda. Społeczna przydatność, jak widzimy, zdaje się być odwrotnie skorelowana z płacami. Rzadkość umiejętności? Jest bardzo wiele rzadkich umiejętności, których zupełnie nikt nie wynagradza. Efektywność pracy? Fryzjerzy w Szwecji nie operują nożyczkami kilkanaście razy bardziej efektywnie niż fryzjerzy w Indiach, a jednak zarabiają wielokrotnie więcej. A spoglądając na problem historycznie – prezesi korporacji jeszcze w latach 60. zarabiali przeciętnie 20 razy więcej niż szeregowi pracownicy, dziś zarabiają ponad 300 razy więcej. Czyżby nabyli nadludzkich zdolności i stali się piętnaście razy bardziej efektywni, podczas gdy produktywność ich pracowników stoi w miejscu? Również opowieści o odpowiedzialności na najwyższych szczeblach nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Dziś wszyscy CEO mają zapisane w kontraktach sowite odprawy, które sprawiają, że nawet po katastrofalnych decyzjach odchodzą z firm suchą stopą, z milionowym bonusem na pożegnanie.
Kto z czego żyje?
W wyspecjalizowanej gospodarce cyfrowej wartość powstaje na poziomie społecznym. Nikt nie jest w stanie żyć z własnej pracy, bo wszyscy zajmują się bardzo drobnymi elementami układanki, która dopiero po zsumowaniu daje nam moce wytwórcze o historycznie bezprecedensowej skali. Równolegle do procesu produkcji, jej owoce są dzielone, a podstawowym narzędziem ich dystrybucji jest po prostu rynek pracy.
Bardzo niewielka część pracowników zajmuje się dziś procesem produkcji – przemysł i rolnictwo stanowią łącznie około jednej piątej współczesnych bogatych gospodarek. Cała reszta to sektor nazywany zbiorczo „usługami”. Sam ten termin jest bardzo ciekawy i bardzo pojemny, bo z jednej strony zawierają się w nim zawody bardzo potrzebne, zwykle nisko opłacane, takie jak fryzjerzy, kurierzy, kelnerki czy nauczyciele. Z drugiej, rosnące od dekad i regularnie powstające branże dobrze wynagradzanych menedżerów, bankierów, lobbystów, dyrektorów marketingu czy UX designerów. Pierwsza grupa pracowników usługowych odpowiada przynajmniej na proste potrzeby zwykłych ludzi. Praca wykwalifikowanych korporacyjnych specjalistów nie bierze udziału w procesie produkcji jakichkolwiek dóbr, nie odpowiada też na potrzeby społeczeństwa, lecz na potrzeby wielkiego kapitału. Istotą takich prac jest ingerowanie w procesy dystrybucji dóbr wytworzonych przez drobną garstkę pracowników sektora wytwórczego. Czasem niesie to za sobą społeczne korzyści, bo usprawnianie procesów może zaoszczędzić ogromne zasoby ludzkiej pracy, a interesy korporacji bywają niekiedy zgodne z interesem społeczeństwa. Czasami jednak – i to stoi za rażącymi wnioskami z przytaczanego raportu – są to ingerencje, które służą bardzo nielicznym, kosztem zubażania i wyzyskiwania wszystkich pozostałych. Dokładnie tym zajmują się spekulanci giełdowi, lobbyści, bankierzy inwestycyjni, często prawnicy korporacyjni i niemal zawsze dyrektorzy i pracownicy działów marketingu.
Więc jaki mechanizm stoi za podziałem owoców pracy? Dlaczego lobbyści zarabiają miliony, programiści dziesiątki tysięcy, a nauczycielom ledwo starcza na życie? Jak to możliwe, że jako społeczeństwo wyceniamy potrzebną i wartościową pracę tak nisko, a tak chętnie napychamy kieszenie dyrektorom marketingu, bankierom czy spekulantom giełdowym?
Są to pytania zasadne, lecz źle postawione. Nie ma żadnego społeczeństwa, które wycenia pracę. Pracę wycenia kapitał w oparciu o to, w jakim stopniu owoce tej pracy służą właśnie jemu, a narzędziem tej wyceny jest rynek. Kapitałowi nie są potrzebne pielęgniarki w publicznej służbie zdrowia, bardzo chętnie natomiast widziałby on więcej cwanych inwestorów i doradców podatkowych, którzy podpowiedzą, jak pieniądz zamienić w więcej pieniądza i bezpiecznie oszukać podatników. Rynek nie jest mechanizmem demokratycznym. Nie ma głosowań nad wynagrodzeniami mechaników, programistów czy nauczycieli. Sposób działania rynku bardziej niż demokratyczną spółdzielnię (gdzie każdy członek ma jeden głos) przypomina spółkę – gdzie jeden głos przypada na każdą posiadaną akcję (czy też złotówkę). Na tym właśnie polega wycena rynkowa dowolnego dobra. Popyt na towary i usługi nie zależy przecież od ilości ludzi, którzy chcą mieć do nich dostęp, lecz od zasobności ich portfeli i od skłonności do wydania swoich pieniędzy. Te dwa różne porządki decyzyjne mogą żyć we względnej zgodzie tak długo, jak majątek jest w miarę równo rozdzielony w społeczeństwie. Kiedy jednak kilku najbogatszych facetów dysponuje majątkiem takim, jak uboższa połowa ludzkości, kiedy z jednej strony mamy miliardowe fortuny Kulczyków, a z drugiej medianę płac na poziomie dwa i pół tysiąca netto, te porządki drastycznie się rozjeżdżają. Drobna garstka bogatych ma nieproporcjonalny wpływ na kształt każdego rynku, włączając w to rynek pracy.
Prowadzi to do radykalnego zniekształcenia relacji pomiędzy społecznym zapotrzebowaniem na poszczególne zawody a tym, jak wynagradza się w nich pracowników. Zatrudnieni przez wielką korporację programiści czy UX designerzy, którzy pracują nad ładniejszym designem przycisków na stronach, lepszą użytecznością zakładek w nowej witrynie i nowymi funkcjami w aplikacji mobilnej, nie są pięć razy bardziej potrzebni niż nauczyciele, choć zwykle zarabiają pięciokrotnie więcej.
Elisabeth Dunn słusznie pisała, że dystrybucja dóbr w kapitalizmie nie dokonuje się ani w imię zasady „każdemu według potrzeb”, ani „każdemu według zasług”, lecz zgodnie z regułą „każdemu wedle udziału w reprodukcji relacji władzy”. Pracę wycenia kapitał – najszczodrzej tę, która pomaga mu w dalszej akumulacji kapitału.
Ale i do tej tezy należy dodać gwiazdkę. Zbyt często postrzega się kapitalizm, zarówno po stronie jego pochlebców, jak i krytyków, jako maszynę bezwzględnie realizującą raz zaprogramowany schemat. Choć system, jego mechanika i osiągnięty poziom akumulacji kapitału wyznacza warunki brzegowe (takie jak wysokość funduszu płac, znacznie różniące się od siebie w korporacji IT czy szpitalu), to, jak ujął to Jędrzej Malko, decyzje o wynagrodzeniach podejmują ludzie, dając przy tym wyraz swoim poglądom i uprzedzeniom, takim jak przekonanie o wyższości pracy umysłowej nad pracą fizyczną, wyższości pracy męskiej nad kobiecą czy o konieczności szczególnego wynagradzania osób piastujących kierownicze stanowiska.
Post Scriptum: Rynek jako przestrzeń orzekania prawdy
Lecz skąd w ogóle pomysł, że to, ile ktoś zarabia, jest tożsame z tym, jak wartościowa jest jego praca? W procesie ekspansji kapitalizmu i stopniowego utowarowienia kolejnych elementów naszej rzeczywistości (bo przecież można dziś kupić niemal wszystko), rynek stał się przestrzenią orzekania prawdy. Maszyną, której przypisuje się prawo do decydowania o każdej istotnej wartości – prawdzie, pięknie, słuszności idei. To ma na myśli Leszek Balcerowicz, gdy mówi o ścieraniu się poglądów na „wolnym rynku idei”, o tym mówią liberałowie i libertarianie, gdy powtarzają że rynek coś „zweryfikował”. Pieniądz wskaże drogę i oceni, będzie drogowskazem, powie gdzie iść, a skąd uciekać.
Wiadomo, że z dwóch menadżerów lepszy jest ten, któremu więcej płacą. Najlepszymi piłkarzami są ci, którzy najwięcej zarabiają, albo których kluby sprzedają innym klubom za najwyższe odstępne. Nawet gdy mówi się o tym, że Van Gogha doceniono dopiero po śmierci, to zwykle ma się na myśli kwoty, za jakie zaczęto sprzedawać jego obrazy. Na tym polega orzekanie prawdy przez rynek. Ten medal ma też drugą stronę – jeżeli jesteś wybitnym pianistą, lecz nikt, zupełnie nikt, nie chce za twoją grę na pianinie zapłacić, to znaczy, że nie jesteś wybitnym pianistą. Jeśli żyjesz w ubóstwie, nie masz żadnej umiejętności, którą mógłbyś sprzedać i żyć dostatnio, to – zgodnie z logiką kapitalizmu – po prostu znaczy, że nie masz wartości.
Z tej perspektywy nie powinien dziwić status półbogów, jaki we współczesnym świecie osiągnęli miliarderzy. Gdy wycena rynkowa staje się wszech-miarą, w której zawarte mają być wszystkie wartości, Gates, Bezos czy Zuckerberg jawią się jako najlepsi spośród żywych. Pisze się o nich książki, w skupieniu słucha się ich przewidywań dotyczących przyszłości, a każdego roku ten czy inny Prometeusz przynosi nam kolejną publikację o „sekretach miliarderów”.
Największą cnotą, która ich łączy, jest oczywiście nadludzka zdolność do akumulacji kapitału. Rynek zweryfikował ich pozytywnie. Michał Matys, który napisał książkę „Grube Ryby” o tym, jak polscy miliarderzy dorobili się swoich fortun, nie bez cienia podziwu mówi, że bardzo istotną cechą każdego z bohaterów książki jest ich bezwzględność. „To są ludzie, którzy podejmują szereg dramatycznych decyzji”, którzy nie mogą się zawahać przed, na przykład, zwolnieniem samotnej matki. „Gdyby w takiej sytuacji wahali się za każdym razem, to sami straciliby wszystko. A co by nie mówić, to są ludzie, którzy budują naszą gospodarkę”.
Jeżeli akumulujesz kapitał, to wszystko jest dozwolone. Być może są inne cnoty, lecz ta jest najistotniejsza i nie wolno się zawahać, gdy przyjdzie czas wyboru…
Hubert Walczyński
przez Tomasz S. Markiewka | niedziela 11 sierpnia 2019 | opinie
Zapewne znacie Jana Hartmana. To publicysta, który zawsze wali prosto z mostu. Kiedy inni dzielą włos na czworo, on mówi wprost: cham to cham, motłoch to motłoch, debil to debil. Koniec kropka. Niczym Friedrich Nietzsche wali swoim krytycznym młotem w polskie społeczeństwo. Kto go za to krytykuje, ten albo nie rozumie, albo został omotany poprawnością polityczną.
I oto nagle Hartman znalazł w swoim publicystycznym sercu niespotykane pokłady czułości. Postanowił stanąć w obronie Kamila Durczoka, który spowodował wypadek, prowadząc auto po pijanemu. To wszystko nie jest takie proste, przekonywał Hartman. „Może jego problemy to nie całkiem jego wina?” – pytał na Twitterze. Potem rozwinął ten wątek na swoim blogu.
To zastanawiające, że gdy Harman pisze o „motłochu”, to nie interesują go żadne próby skomplikowania obrazu grupy społecznej, którą nazywa w ten sposób. Motłoch jest motłochem, o czym tu mówić? I tak kilka milionów osób zostaje wrzuconych do jednego worka i sprowadzonych do kilku prosty cech. Ale nie Durczok, ten jest postacią tak złożoną, jakby wyszedł spod pióra Tołstoja albo Nabokova. Jego pijaństwo nie jest po prostu pijaństwem, ale przejawem czegoś głębszego. To, że mógł rozjechać niewinnych ludzi, nie może przekreślić tego, jak wielowymiarowy jest kontekst decyzji i zachowań Durczoka.
Trudno nie zauważyć, że Hartman ma dwie miary – jedną dla ludzi takich jak Durczok, drugą dla „chamów”, „prostaków” czy „ludu”. To niestety cecha charakterystyczna polskiej debaty publicznej. Wystarczy spojrzeć, jak pisze się i mówi u nas o mieszkańcach wsi. Traktuje się ich jak jednolitą masę, która odznacza się bardzo prostym zestawem cech. Czasem prowadzi to do naiwnego idealizowania wiejskości, ale w większości przypadków jest na odwrót – wieś i jej mieszkańcy stają się nosicielami wszystkiego, co najgorsze w naszym społeczeństwie.
Uderza mnie to, bo sam wychowałem się na wsi. Większość mojej rodziny też pochodzi ze wsi i mieszka tam. Nigdy nie przywiązywałem do tego większej wagi, ale od kilku lat coraz mocniej uderza mnie to, że jawna pogarda dla wiejskości jest stałym i istotnym składnikiem tożsamości części polskiego środowiska inteligencko-medialnego. I dzieje się to ponad podziałami politycznymi.
Klasycznym przykładem jest książka Piotra Nowaka, prawicowego profesora związanego z czasopismem „Kronos”, zatytułowana „Hodowanie troglodytów”. Nowak pisze w niej wprost, że ludem się „brzydzi”, a mówiąc dokładniej, brzydzi się jego „ciemnotą, brudem, nieludzką symbiozą z przyrodą”. Książka Nowaka wzbudziła swego czasu zachwyt u części środowiska akademickiego, bo autor tak ładnie bronił etosu inteligenckiego, a że przy okazji sięgał po klasyczne chwyty rasistowskiego języka (odczłowieczanie całych grup społecznych), no to nie bądźmy już tacy wrażliwi. W końcu nie pisał o Durczoku.
Tę pogardę znajdziemy także z łatwością po stronie liberalnej. Klasykiem jest nie kto inny jak Hartman we własnej osobie, który w felietonie dla „Polityki” ogłosił wszem i wobec, że z potomków chłopów i robotników nie będzie czytelników Żeromskiego ani nawet Masłowskiej, bo inteligenckość się dziedziczy. Kilka miesięcy temu Janusz Majcherek pisał w „Gazecie Wyborczej”, że wszystkie nieszczęścia, które spotykają Polskę, wypełzają ze współczesnej polskiej wsi. W ten sam trend wpisał się Przemysław Szubartowicz, pisząc na Twitterze: „Dziś prowadziłem spotkanie z Jerzym Stępniem, który zwrócił uwagę na zapomniany fakt. Otóż PiS przy władzy to w dużej mierze efekt kompleksu chłopa pańszczyźnianego. Dziś to niewolnik, któremu wystarczy 500+ od pana (»pana« Kaczyńskiego) i który ucieka od wolności, bo za trudna”. Maria Halamska w wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” przekonywała zaś, że „w całej klasie ludowej” możemy dostrzec postawy roszczeniowe.
Polskiej wsi z pewnością daleko do ideału, ale przecież Hartmanowi, Majcherkowi czy Nowakowi nie chodzi o to, jaka naprawdę jest wieś, lecz o przeżywanie intelektualnych orgazmów, które zapewnia prosty podział: „my, elity duchowo-inteligenckie” kontra „niewykształcony, głupi motłoch”. Lud, chłop, robotnik, wiejskość ogrywają rolę symboli zacofania, na tle których polscy arystokraci ducha mogą zachwycać się własną postępowością.
Łatwo przy tym zapomnieć, że to nie chłop wykrzykiwał ostatnio bzdury o tęczowej zarazie, lecz poznaniak, profesor nauk teologicznych z Uniwersytetu Adama Mickiewicz. To nie prostak ze wsi wystraszył się kilka miesięcy temu kobiety z bananem, lecz profesor socjologii, który ukończył Uniwersytet Warszawski. To nie potomek chłopów, ale szlachty (i przy okazji następny absolwent Uniwersytetu Warszawskiego) od lat tworzy różne partie, które spaja pogarda dla kobiet i wszelakiego rodzaju mniejszości, a także zabobonna wiara w wolny rynek. To nie członek prostego ludu pracował nad instytucjonalnym odrodzeniem się ruchów nacjonalistycznych w Polsce, lecz student kilku kierunków we Wrocławiu, Warszawie i Toruniu, uczestnik „Tańca z gwiazdami”. Jego protektorem był absolwent Uniwersytetu Adama Mickiewicza i wzięty prawnik z rodzinny profesorskiej. Jarosław Kaczyński – jeśli to on jest dla was symbolem zła – też nie pochodzi z małej chłopskiej chatki, lecz z Żoliborza.
Więc na miejscu Polski postępowej, wysublimowanej oraz inteligenckiej dałbym sobie na wstrzymanie i przestałbym się brandzlować przekonaniem o własnej wyższości duchowej. Nie ma nic wyrafinowanego w posługiwaniu się klasistowskimi przesądami. Skoro niektórzy zwolennicy postępu i oświecenia potrafią dojrzeć złożoność człowieka nawet na przykładzie znanego dziennikarza rozbijającego się po pijaku samochodem, to może warto dojrzeć równą złożoność postaw, motywacji i okoliczności w „motłochu”?
dr Tomasz Markiewka
Fotografia w nagłówku tekstu: Remigiusz Okraska