Gilbert Keith Chesterton: Rozważania na temat zgniłego jabłka (1935)

Nasz wiek jest niewątpliwie Wiekiem Nonsensu. Mądrzejsze nonsensy przeznaczone są dla dzieci, a głupsze – dla dorosłych. Osiemnaste stulecie nazywano Wiekiem Rozumu. Sądzę, że nie ma wątpliwości co do tego, iż wiek XX należałoby nazwać Wiekiem Bezrozumności. Ale i to jest zbyt łagodne określenie. Termin „Wiek Rozumu” pochodzi od tytułu książki napisanej przez wyznawcę racjonalizmu [Thomas Paine, The Age of Reason, 1794-95]. Racjonaliście temu chodziło jednak nie tyle o to, żeby nieracjonalnemu przeciwstawić to, co rozumne, ile przede wszystkim o to, żeby to, co naturalne, przeciwstawić temu, co ponadnaturalne. Tymczasem skutki bezrozumności mogą być groźniejsze niż skutki nienaturalności. Bezrozumność nie posługuje się niewiarygodną bajeczką, lecz niespójną ideą. Dawno temu powiedziałem w jakiejś rozmowie, że czym innym jest wiara w to, iż łodyga fasoli może wyrosnąć do samego nieba, a czym innym przekonanie, iż 57 fasolek równa się pięciu fasolkom.

Ktoś może na przykład nie wierzyć w cuda. Zwykle wynika to z apriorycznego założenia związanego z determinizmem, a czasami nawet z analizy dowodów. Gdy jednak powiemy takiej osobie o cudzie rozmnożenia chleba i ryb, to informujemy ją o zdarzeniu racjonalnym, choć nienaturalnym. Nie mówimy, że ilość ryb zmniejszyła się w wyniku ich pomnożenia. Pomnożenie pozostaje określeniem matematycznym. Tłum, który zaspokoił głód rozmnożonymi rybami, jest zjawiskiem mniej niezwykłym niż człowiek, który twierdziłby, że mnożenie jest tym samym, co odejmowanie. Dla sceptyka historia ta nie będzie wprawdzie brzmiała przekonująco, ale nie będzie pozbawiona sensu. Jeśli nawet nie pojmie on logicznej przyczyny, to uzna istnienie logicznego wynikania. Przecież żaden papież ani żaden ksiądz nie kazał mu wierzyć, iż tysiące osób dlatego zmarły z głodu na pustyni, że miały pełno chlebów i ryb. Żadna prawda wiary, żaden dogmat nigdy nie głosił, że zabrakło żywności, ponieważ było za dużo ryb. I to jest właśnie praktyczna i prozaiczna definicja sytuacji, w której znajduje się obecnie nowoczesna ekonomia. Człowiek Ery Nonsensu musi pochylić czoło i powtarzać swoje „credo”, motto swoich czasów: „Credo quia impossibile” [„Wierzę w to, ponieważ jest to niemożliwe”].

Chociaż może rozumniej byłoby użyć określenia „bezrozumność” dla nazwania pewnej kategorii luźnych, nieprecyzyjnych sformułowań, które są nielogiczne przynajmniej pod względem formy. Najbardziej znanym przypadkiem należącym do tej kategorii są tzw. irlandzkie żarty, które często kojarzono z papieskimi bullami i uważano za rodzaj nadnaturalnych stworów wyhodowanych na łatwowierności i przesądzie [1]. Tymczasem nawet to nieporozumienie jest niczym w porównaniu z nowym absurdem. Jeśli jakiś Irlandczyk rzeczywiście powie: „Nie jesteśmy ptakami, żeby móc przebywać w dwóch miejscach jednocześnie”, to przynajmniej wiemy, co ma na myśli, nawet gdyby jego słowa znaczyły co innego. Co by się jednak stało, gdyby powiedział, że jeden ptak został cudownie przemieniony w milion ptaków i dlatego teraz jest na świecie mniej ptaków niż przedtem? Wtedy mielibyśmy do czynienia nie ze zwykłym irlandzkim żartem, tylko z irlandzkim szaleństwem [2]; musielibyśmy się zmagać nie z czymś niewiarygodnym, ale z czymś niemożliwym do pojęcia. Możemy też przywołać pewne fakty. Irlandczykom przypisuje się czasem wybujałe emocje i skłonność do chorobliwej uczuciowości. Ale nikt nie mówi, że Irlandczycy wymyślili sobie Wielki Głód [3], w wyniku którego tysiące ludzi zmarły, ponieważ zbyt małe były plony ziemniaków. Wyobraźmy sobie tylko Irlandczyka, który mówi, że ludzie umierali z głodu, bo ziemniaki nadzwyczajnie obrodziły. Wydaje mi się, że czegoś takiego nie usłyszymy nawet z ust Irlandczyka lubującego się w absurdach.

Tymczasem gospodarka, z którą ma do czynienia dzisiejszy Anglik, a w dużej mierze także Amerykanin, osiągnęła stan takiego właśnie absurdu. Mówi nam się, że jest głód, ponieważ nie występuje niedostatek oraz że plony ziemniaka są tak obfite, iż brakuje ziemniaków. Na tym tle Irlandczyk ze swoimi bykami i ptakami wydaje się twardym realistą i racjonalistą. Stare przykłady zdarzeń niezwykłych znacznie ustępują faktom ze współczesności. Zarówno zdarzenia tajemnicze, które wykraczały poza możliwości rozumu, jak i zwykły mętlik, który był poniżej poziomu pojmowania – nie mogą się równać z tym, czego doświadczamy obecnie. Te cuda były bardziej normalne niż nasza naukowa norma; a irlandzkie absurdy były mniej nielogiczne niż logika zdarzeń, z jakimi mamy do czynienia.

Wygląda na to, iż żyjemy w świecie czarów, w którym sady usychają dlatego, że rozkwitają, a sama obfitość jabłek na jabłoni powoduje, że jabłka stają się owocem zakazanym i wysiłki czynione w celu ich skonsumowania stają się – w każdym znaczeniu tego słowa – bezowocne. Na tym polega paradoks współczesnej ekonomii noszący nazwę nadprodukcji albo nadmiaru towarów na rynku. I chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się to czystą fantastyką, należy dobrze zdać sobie sprawę z tego, w jakim znaczeniu jest to najprawdziwszy fakt. Przyjmijmy więc za oczywiste, że jako opis obiektywnej sytuacji społecznej, która ma miejsce w chwili obecnej w tym społeczeństwie industrialnym, paradoks ten jest całkowicie prawdziwy. Z drugiej strony nie jest prawdą, że wewnętrzna sprzeczność jest prawdą. Jeśli potraktować to nie jako opis, lecz jako definicję i rozpatrywać w kategoriach abstrakcyjnej wartości jako argumentu, to z pewnością ta sprzeczność jest nieprawdziwa, podobnie jak każda inna sprzeczność.

Rzecz w tym, że pojawił się tutaj pewien trzeci element, o którym nie ma mowy w ujęciu abstrakcyjnym. Czynnik ten można przedstawiać na wiele sposobów. Być może najprościej mówi o nim bajka o sprzedawcy brzytew, który w odpowiedzi na reklamację spokojnie tłumaczy oburzonemu klientowi, że przecież wcale nie obiecywał, iż brzytwa będzie goliła. Na pytanie, czy brzytwy nie służą do golenia, odpowiada, że brzytwy służą do sprzedawania. Jest to Krótka Historia Handlu i Przemysłu w wieku XIX i na początku XX. Bóg stworzył świat rozumu, tak jak Bóg stworzył małe jabłka (o czym mówi piękne przysłowie). Bóg nie stworzył małych jabłek większymi niż duże jabłka. Nie jest prawdą, że człowiek, którego jabłoń ugina się pod ciężarem owoców, będzie cierpiał niedostatek jabłek; chociaż może je przeznaczyć na zmarnowanie. Jeśli jednak nie potraktuje jabłek jako czegoś do jedzenia, lecz wyłącznie jako coś do sprzedania, to popadnie w nowe kłopoty. A te mogą doprowadzić do pewnej sprzeczności. Jeśli zacznie produkować nie tyle jabłek, ile potrzebuje, lecz tyle, ile – jak sądzi – potrzebuje cały świat, mając nadzieję, że opanuje produkcję na całym globie, to albo uda mu się zwyciężyć w konkurencji z sąsiadem, który też chce przejąć całą światową produkcję jabłek, albo przegra w tej konkurencji. Obydwaj zaczną produkować tak dużo jabłek, że cena tych owoców na rynku spadnie do poziomu ceny piasku na plaży. Obaj zorientują się, że mają w kieszeni bardzo mało pieniędzy, za które mogliby kupić gruszki w sklepie warzywnym. Gdyby nie założyli, że będą się zaopatrywać w owoce w sklepie warzywnym, lecz wyciągnęli rękę i zerwali je z własnego drzewa, trudność ta nigdy by się nie pojawiła. Wydaje się to proste i jeśli przyjrzeć się istocie jabłoni i uprawie jabłek, to naprawdę tak jest.

Nie chcę przez to powiedzieć, że jest to obecnie proste w praktyce. Żadne zagadnienie praktyczne nie jest proste, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy wszystko jest pogmatwane przez nieuczciwych, wprowadzających zamieszanie krętaczy nazywanych pragmatycznymi politykami. Tym niemniej zasada pozostaje prosta. A jedynym sposobem na to, żeby poradzić sobie w skomplikowanej sytuacji, jest wyjście od właściwej podstawowej zasady. Zupełnie innym zagadnieniem jest to, do jakiego stopnia możemy się pozbyć niedogodności związanych ze sprzedawaniem i kupowaniem, albo jak dalece możemy kontrolować lub modyfikować te procesy. Niedogodności wynikają jednak ze sprzedawania i kupowania, nie zaś z produkowania. Nawet nie z produkowania w zbyt dużych ilościach. I z pewną ulgą uświadamiamy sobie, że nie żyjemy w sennym koszmarze, gdzie NIE znaczy to samo co TAK; że nawet dzisiejszy świat nie popadł – mimo wszystkich pomysłowych starań czynionych w tym kierunku – w kompletne szaleństwo; że dwa plus dwa równa się cztery, i że człowiek, który ma cztery jabłka, naprawdę posiada ich więcej niż człowiek, który ma trzy jabłka. Niektórzy bowiem współcześni metafizycy i filozofowie moralności skłonni są pozostawić nas w niepewności co do tego, czy tak rzeczywiście jest. Wina nie leży w fundamentalnych podstawach rzeczy; szkopuł lub fałsz pojawił w wyniku stosowanej ostatnio sztuczki polegającej na tym, że wszystko rozpatruje się w odniesieniu do handlu. W handlu jako takim nie ma niczego złego, ale handel postawiono w miejsce prawdy. Handel, który ze swej natury jest rzeczą drugorzędną, podporządkowaną, traktowany jest jako coś najważniejszego i niezależnego, jak absolut. Przedstawiciele najnowszych generacji, mając obsesję na punkcie mnożenia, utworzyli nawet liczbę mnogą czegoś, co jest odwiecznie pojedyncze – w znaczeniu: jedyne. To, co wszyscy starożytni filozofowie nazywali „dobrem”, zamienili na mnogie „dobra”.

Jestem przekonany, że niektórzy mistycy z kręgów amerykańskiego biznesu protestowali przeciwko kryzysowi, przyczepiając do płaszczy kartki z napisem: „Handel jest dobry”, a także z innymi podobnymi hasłami, takimi jak: „Capone nie żyje”, „Rak jest przyjemny”, „Zniesiono śmierć” i wszelkimi równie realistycznymi twierdzeniami, które tylko zmieściły się na ich ciałach. W działalności tych czarodziejów interesuje mnie to, że postanowiwszy za pomocą zaklęć i czarów stworzyć idealne warunki sprzyjające zapanowaniu nad elementami, nie pojęli (że tak powiem), czym są elementy tych elementów. Nie sięgnęli do korzeni problemu i nie wyobrazili sobie, że ich zmartwienia w rzeczywistości skończyły się. Zajęli się kultem środków zamiast czcić cel. Powinni raczej mówić: „Dobrze jest żyć”, „Życie jest dobre”, a nie: „Handel jest dobry”. Zapewne oczekiwanie, że tak zacne grono mogłoby głosić: „Bóg jest dobry” byłoby wygórowane, ale niewątpliwie w wyznawanej przez nich koncepcji dotyczącej tego, co jest dobre, brakuje filozoficznej podstawy, którą stanowiła dobroć Boga. Gdy Bóg wejrzał na stworzone rzeczy i stwierdził, że są dobre, oznaczało to, iż są dobre same w sobie i takimi, jakimi są. Tymczasem we współczesnym, merkantylnym ujęciu Bóg spojrzałby na nie i zobaczył tylko, że są „dobrami”. Inaczej mówiąc, na każdym drzewie i pagórku wisiałaby metka – jak kartka na kapeluszu Szalonego Kapelusznika [4] – z napisem: „ten typ, 10/6”. Wszystkie kwiaty i ptaki miałyby etykietki z informacją o przecenie, wszelkie stworzenie byłoby na sprzedaż albo wszystkie zwierzęta poszukiwałyby zatrudnienia, poranne gwiazdy układałyby się na niebie w neony, a Synowie Boży wykrzykiwaliby oferty pracy.

Innymi słowy, ci ludzie nie są w stanie wyobrazić sobie dobra, które nie pochodziłoby z wymiany barterowej czegoś za coś innego. Nie do pojęcia jest dla nich, że jakąś rzecz można cenić samą w sobie. Pomysł, że ktoś mógłby jeść jabłka z własnej jabłoni wydaje im się bajką. Tymczasem za upadek, jaki się dokonał od czasów pierwszego stworzenia, które nazwane było dobrym, w dużej mierze odpowiedzialna jest chorobliwa nieumiejętność docenienia rzeczy samych w sobie, szaleństwo handlarza, który nie może dostrzec dobra w dobru, o ile nie jest ono czymś, czego można się pozbyć. Ktoś kiedyś zauważył, że razem z grzechem i śmiercią pojawiła się na świecie zmiana. W tym spostrzeżeniu zawarta jest tragiczna prawda, ponieważ to, co nazywaliśmy zmianą, stało się następnie wymianą. W każdym razie dziwactwo wymiany zaowocowało sytuacją, w której mamy zbyt dużo jabłek i za mało chętnych do ich zjedzenia. Nie upieram się przy symbolice związanej z rajem i jabłonią, ale zastanawiające jest, że ów losowo dobrany przykład prześladuje nas w tej dziwnej historii. Ostatnią konsekwencją traktowania drzewa jako sklepu, a nie jako spiżarni, ostatecznym rezultatem traktowania jabłek jako dóbr, a nie jako dobra, są rozpaczliwe wysiłki instytucji dobroczynnych i ubogich sprzedających jabłka na ulicy.

Handlarz istniał i musi istnieć w każdej normalnej cywilizacji. Jednakże w każdej normalnej cywilizacji handlarz był wyjątkiem, z pewnością nie stanowił normy, a na pewno nie ustalał norm. Dominujące znaczenie, jakie zdobył w dzisiejszym świecie, jest przyczyną wszystkich nieszczęść tego świata. Powszechnym zwyczajem ludzi było produkowanie i konsumowanie – traktowane jako elementy tego samego procesu, a często także dokonujące się z udziałem tych samych osób i w tym samym miejscu. Czasami dobra produkowano i konsumowano w obrębie jednego wielkiego majątku feudalnego, czasem nawet w tym samym małym gospodarstwie chłopskim. Pracę wykonywali niewiele różniący się od niewolników chłopi pańszczyźniani albo wolni ludzie, współpracujący na zasadach, które powierzchowny obserwator mógłby pomylić z komunizmem. Żadna z tych różnych historycznych metod, obciążonych wieloma wadami i ograniczeniami, nie była jednak skrępowana więzami charakterystycznymi dla naszych czasów. Większość ludzi przez większość czasu była zajęta produkcją żywności i jedzeniem jej, a nie wyłącznie produkcją żywności i sprzedawaniem jej po możliwie najwyższej cenie komuś, kto nie ma co jeść.

Osobiście nie widzę innej drogi wyjścia z dzisiejszego zaplątania niż zwiększenie liczby ludzi, którzy żyją według zasad starodawnej prostoty. Nikt przy zdrowych zmysłach nie twierdzi, że nie powinno być handlarzy i handlu. Należy jednak pamiętać, że w świetle logiki bogactwo mogłoby istnieć nawet jeśli nie istniałby handel ani handlarze. Ważne, by zauważyli to ludzie, dla których jedyną nadzieję stanowi to, że „handel jest dobry”, a także ci, których jedyną skrywaną obawę stanowi to, że „handel jest zły”. W zasadzie mógłby istnieć dobrobyt na bardzo wysokim poziomie przy bardzo słabo rozwiniętym handlu. Gdyby wioska była tak szczęśliwie usytuowana, że każda mieszkająca w niej rodzina mogłaby hodować własne kury, uprawiać warzywa, doić własną krowę i (muszę to dodać) warzyć własne piwo, poziom życia i bogactwa naprawdę mógłby być bardzo wysoki. Byłby taki, mimo że najstarszy mieszkaniec przypominałby sobie tylko dwie transakcje handlowe, do jakich doszło za jego życia: zakupienie kapelusza u cygańskiego kramarza przez sąsiada oraz odosobniony przypadek zakupu parasola, czego dokonał farmer Billings.

Jak już powiedziałem, nie wyobrażam sobie, żeby świat miał się kiedyś stać tak prosty, ani tego nie pragnę. Musimy jednak najpierw zrozumieć prostotę rzeczy, by następnie móc wyjaśnić lub skorygować ich złożoność. Złożoność społeczeństwa komercyjnego stała się nie do zniesienia z tego powodu, że społeczeństwo to jest wyłącznie komercyjne. Umysły społeczeństwa wypełnione są w całości myślami o przekazywaniu rzeczy kolejnym osobom, a nie o posiadaniu ich. Gdy wspomniani już prostoduszni entuzjaści mówią, że handel jest dobry, to chcą przez to powiedzieć, iż wszyscy ludzie, którzy posiadają rzeczy, nieustannie się z nimi rozstają. Ci optymiści przywołują zapewne – nieznacznie tylko zmieniając ich sens – słowa poety: „Nasze dusze to miłość i nieustanne rozstania”. W tym znaczeniu nasze nowoczesne indywidualistyczne i komercyjne społeczeństwo jest w istocie rzeczy dokładnym przeciwieństwem społeczeństwa opartego na prywatnej własności. Chodzi o to, że prawdziwa, bezpośrednia radość z posiadania prywatnej własności – w odróżnieniu od zapału związanego z wymianą lub uzyskaniem z niej dochodu – występuje obecnie rzadziej niż w wielu prostych społecznościach, które swoją prostotą przypominają niemal komuny.

Przy takim rodzaju prywatnej konsumpcji, która jest jednocześnie prywatną produkcją, istnieje bardzo małe prawdopodobieństwo pojawienia się nadprodukcji. Liczba jabłek, które może zjeść jeden człowiek, jest ograniczona. Istnieje również granica ilości wyprodukowanych przez niego jabłek, których nie będzie w stanie zjeść. Granicę tę stanowi jego głęboka i zdrowa niechęć do pracy. Nie istnieje jednak granica ilości jabłek, którą człowiek mógłby potencjalnie sprzedać, i wkrótce staje się on energicznym, zręcznym, dobrze radzącym sobie sprzedawcą, wywracając cały świat do góry nogami. To właśnie on przyczynia się do powstania tego kolosalnego spektakularnego paradoksu, od którego rozpoczęliśmy te zawiłe rozważania. To on doprowadza do rewolucji gwałtowniejszej niż wywołana przez jabłko Adama rewolucja, która przyniosła światu śmierć; gwałtowniejszej niż rewolucja Newtona, którego jabłko było apokalipsą grawitacji. Głosi on bowiem największe bluźnierstwo i herezję, mianowicie że jabłko zostało stworzone dla rynku, a nie dla brzucha. To właśnie on – podejmując szaleńczą gonitwę w celu zasypania niemającego granic rynku nieskończoną ilością jabłek – otworzył wrota do otchłani ironii i sprzeczności, w którą dzisiaj spoglądamy. Sztuczka polegająca na tym, żeby handel traktować jak sprawdzian i to jedyny sprawdzian, postawiła nas oko w oko z kompletnym i ewidentnym nonsensem wypisanym na całym świecie wielkimi literami – większymi niż wytwarzane przezeń absurdalne reklamy i ogłoszenia – z twierdzeniem, że im więcej produkujemy, tym mniej posiadamy.

Oscar Wilde prawdopodobnie zemdlałby natychmiast, gdyby powiedziano mu, że posłużono się jego cytatem w dyskusji na temat sztuki kupieckiej w Ameryce, albo w obronie zapobiegliwego i nobliwego życia rodzinnego na farmie. Tak się jednak składa, że wśród wielu niemądrych epigramatów jego autorstwa znajduje się jeden, który zwięźle oddaje pewną prawdę dotyczącą nie (o czym z zadowoleniem donoszę) sztuki, lecz wszystkiego, co chciał on oddzielić od sztuki, a więc etyki, a nawet ekonomii. W jednej ze swoich sztuk powiada tak: „Cynik to człowiek, który zna cenę wszystkiego, ale nie zna wartości niczego” [cytat pochodzi z Lady Windermere’s Fan (1892)]. Stwierdzenie to jest niezwykle prawdziwe i stanowi odpowiedź na większość innych wypowiedzianych przez Wilde’a kwestii. Jeszcze bardziej niezwykłe jest jednak to, że ludzie, którzy w tak ewidentny sposób popełniają dzisiaj ten błąd, najprawdopodobniej nie są cynikami. Przeciwnie, są to ludzie, którzy nazywają siebie optymistami, a nawet być może idealistami; z pewnością zaś popełniają ten błąd ci, którzy uważają się za zwykłych facetów, synów obowiązku i kariery. Bardzo często to właśnie ci ludzie odpowiadają za zniweczenie korzystnych efektów swojego wysiłku i rozmycie względnie dobrego przykładu, jaki dają w pracy i w kontaktach społecznych. A wszystko przez ten błąd: przez to, że uważają, iż rzeczy należy osądzać ze względu na ich cenę, a nie ze względu na ich wartość. Ponieważ zaś cena jest czymś szalonym i niedającym się wyliczyć, a wartość jest czymś, co tkwi w samych rzeczach i co jest niezniszczalne, to sprawili oni, że przestaliśmy być społeczeństwem solidnym, a staliśmy się społeczeństwem opartym na płynnych podstawach, niezgłębionym jak morze i zdradliwym jak ruchome piaski.

Nie miejsce tu, by rozwijać rozważania na temat możliwości ponownego zbudowania czegoś solidniejszego w oparciu o filozofię społeczną odwołującą się do wartości. Jestem jednak pewien, że niczego solidnego nie da się zbudować na żadnej innej filozofii; niewątpliwie zaś nie nadaje się do tego celu całkiem niefilozoficzna filozofia, która polega na ślepym kupowaniu i sprzedawaniu; na zmuszaniu ludzi do kupowania czegoś, czego nie chcą; na produkowaniu przedmiotów niskiej jakości, żeby uległy zepsuciu i żeby ludziom się wydawało, że muszą kupić ich kolejne egzemplarze; na podtrzymywaniu szybkiego obiegu tandety, która krąży jak tumany kurzu na pustyni; na udawaniu, że uczy się ludzi, jak mieć nadzieję, choć w rzeczywistości nie zostawia im się ani chwili na refleksję, by nie popadli w rozpacz.

Gilbert Keith Chesterton

tłum. Witold Falkowski

Powyższy tekst pochodzi ze zbioru esejów G. K. Chestertona pt. „The Well and the Shallows”, wydanego w roku 1935. Powyższy polski przekład ukazał się w „Obywatelu” nr 19, w roku 2004.

Przypisy tłumacza:

1. Nieprzetłumaczalna gra słów, kojarząca trzy różne zjawiska połączone słowem „bull”: Irish bull – absurdalny żart, powiedzenie zawierające logiczną sprzeczność; Papal Bull – bulla papieska; bull – byk, zwierz.

2. Ponownie gra słów: Irish bull, mad bull.

3. Spowodowany zarazą ziemniaczaną głód w Irlandii w latach 1845-1851, w wyniku którego zmarło około miliona osób.

4. Mad Hatter – Szalony Kapelusznik – postać z Alicji w Krainie Czarów.

Czy największa demokracja świata przetrwa?

W sierpniu mijającego roku uwagę części opinii publicznej przykuła informacja o anulowaniu prezydenckim dekretem autonomii stanu Dżammu i Kaszmir (określanego potocznie Kaszmirem). Autonomia była dotychczas zagwarantowana artykułem 370 konstytucji kraju, przyjętym w roku 1949. Decyzja ta ma implikacje dla polityki międzynarodowej – Kaszmir jest od chwili podziału dawnej brytyjskiej kolonii między Indie i Pakistan przedmiotem konfliktu obu dzisiejszych mocarstw nuklearnych. Zaczął się on od wojny i zaowocował dotychczas otwartą wojną w roku 1965 oraz kilkoma konfliktami granicznymi. Jednak istotne jest również znaczenie wewnątrzindyjskie tego faktu.

Wydający wspomniany dekret prezydent Ram Nath Kovind jest reprezentantem Indyjskiej Partii Ludowej (BJP) premiera Narendry Modiego. Wiosną 2019 wygrała ona drugie z rzędu wybory parlamentarne i dzięki ordynacji większościowej sprawuje rządy z ogromną przewagą, zajmując samodzielnie 303 spośród 545 miejsc w Izbie Ludowej parlamentu. Koalicja Narodowy Sojusz Demokratyczny, której przewodzi, ma tych miejsc 339, największa siła opozycji, Indyjski Kongres Narodowy – zaledwie 52. Nazwy i procedury pozostają demokratyczne, jednak narodowo-konserwatywna hinduistyczna BJP bywa oskarżana o reprezentowanie „autorytarnego populizmu”, w którym formalne procedury pozostaje jedynie fasadą pozbawioną istotnej treści. BJP z pewnością reprezentuje bunt przeciw elitom zgrupowanym wokół Indyjskiego Kongresu Narodowego, rządzącego przez większość czasu od uzyskania przez kraj niepodległości. Odwołuje się do doświadczeń ludu, z którego wywodzi się sam premier Modi, syn rodziców reprezentujących niską kastę olejarzy. Jednocześnie reprezentuje otwarcie hinduistyczny nacjonalizm, co siłą rzeczy kreuje sytuację konfliktową w kraju, gdzie 20% obywateli stanowią mniejszości religijne. Takie sytuacje w realiach subkontynentu miewają tendencję do przeradzania się w gwałtowne formy. Liczby ofiar śmiertelnych walk, które wybuchły między hinduistami a muzułmanami podczas podziału w roku 1947, szacuje się na od 200 tys. do nawet 2 milionów, z kolei lata 80. przyniosły niemal 50 tys. ofiar sikhijskiego powstania w Pendżabie oraz antysikhijskich pogromów po zamordowaniu Indiry Gandhi. Napięcia na tle religijnym występują również obecnie, m.in. w formie ataków związanych z „kwestią krowią”, wynikającą z odmiennego traktowania tych zwierząt w hinduizmie i islamie. Liczba ofiar tych incydentów między rokiem 2010 a 2017 jest oceniana na 28 osób (w tym 24 muzułmanów), przy czym krytycy BJP wskazują, że 97% ataków w tym okresie miało miejsce po objęciu przez nią władzy w 2014, oskarżając formację Modiego o inspirowanie ich retoryką skierowaną przeciwko mniejszościom, do której odwołuje się również sam premier.

Demokracja w Indiach jest systemem odziedziczonym po Brytyjczykach, których wpływ ukształtował w ogromnej mierze nowoczesne oblicze tego kraju. Od roku 1947 funkcjonuje mimo rozlicznych konfliktów wewnętrznych, których egzemplifikacją może być wspomniany separatyzm sikhijski. Liczące 1,355 miliarda obywateli Indie i będące trzecią co do wielkości samodzielną gospodarką świata w jednostkach parytetu siły nabywczej stoją jednak przed ogromnymi wyzwaniami zewnętrznymi. Największym jest ogromny przyrost potęgi historycznego rywala w walce o wpływy w basenach Oceanów Indyjskiego oraz Spokojnego, którym są Chiny. Porównanie dróg rozwojowych obu potęg po roku 1945 i obecnego ich daje w aspekcie modeli wnioski mocno nieoczywiste. W umownym punkcie początkowym, za który można przyjąć rok 1950, już po zakończeniu wojny o władzę w Chinach, Indie przewyższały północnego sąsiada pod względem produktu krajowego brutto na mieszkańca – wynosił on 619 dolarów międzynarodowych Geary’ego-Khamisa wobec 448 (dane za opracowaniem Angusa Maddisona).

Przewaga Indii utrzymywała się do początku epoki Denga Xiaopinga – jeszcze w 1977 stosunek PKB per capita wynosił 937 do 894 dolarów. Należy jednak uwzględnić fakt, że Indie miały swobodny dostęp do technologii i myśli naukowej pochodzących tak z Zachodu, jak i z obozu sowieckiego, a także do inwestycji zagranicznych. Chiny po zerwaniu w 1962 współpracy ze Związkiem Sowieckim pozostawały pod tymi względami izolowane, padły też ofiarą księżycowych eksperymentów gospodarczych Mao, a pod koniec jego rządów tak zwanej rewolucji kulturalnej, rujnującej w dużej mierze osiągnięte w tym okresie umiarkowane zdobycze. Jednak zapoczątkowana przez Denga polityka przyciągania inwestycji poddawanych ścisłej kontroli przez władze, przyniosła szybkie i wyraźne odwrócenie sytuacji. Już w roku 1990 wspomniany stosunek wyniósł 1871 do 1309 na korzyść Chin, w 2000 – 3421 do 1892. Według danych MFW w roku 2018 PKB per capita Chin wynosił 18 110 dolarów, Indii natomiast zaledwie 7874 dolary. W wartościach nominalnych ten stosunek wygląda dla Indii jeszcze mniej korzystnie – 2036 do 9608.

Oznacza to, że w perspektywie połowy stulecia chiński autorytaryzm rządzącej nieprzerwanie monopartii okazał się znacznie skuteczniejszy w aspekcie modernizacji kraju, wykorzystywania dla jego rozwoju potencjału nieprzebranych rzesz taniej siły roboczej oraz wyciągania korzyści z kooperacji z globalnym kapitalizmem. Skutkuje to w tej rywalizacji silniejszą pozycją Chin wspierających tradycyjnie Pakistan oraz penetrujących intensywnie basen Oceanu Indyjskiego. Jako znacznie bogatsze mają o wiele więcej do zaoferowania krajom, w których te dwie potęgi rywalizują o wpływy, takim jak Birma, Tajlandia, Sri Lanka czy Malezja.

Dotyczy to z jednej strony pomocy finansowej czy projektów infrastrukturalnych (Indie nie realizują niczego na miarę chińskich Nowych Jedwabnych Szlaków), a z drugiej dostaw sprzętu wojskowego. Pod koniec lat 80. szczytem chińskich możliwości w dziedzinie produkcji samolotów bojowych były warianty rozwojowe MiGa-21 i jego powiększony wariant J-8. W Indiach były montowane na licencji o generację nowsze sowiecki MiG-27 oraz francusko-brytyjski SEPECAT Jaguar. Po 30 latach Chińczycy dopracowali się seryjnego strategicznego myśliwca wielozadaniowego J-20, który mimo częściowo rosyjskich korzeni i utrzymującej się zależności od silników od północnego sąsiada, a także znaczących wątpliwości, czy można go w istocie zestawiać z amerykańskim F-22, jest niewątpliwie własnym produktem. Hindusi nadal montują samoloty rosyjskie i zachodnie, a ich myśliwiec HAL Tejas, mimo trwającego ponad trzy dekady programu rozwojowego, pozostaje w ogromnej mierze składakiem importowanych elementów, ustępującym chińskiemu J-10, który trafił do służby dekadę wcześniej. Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku okrętów wojennych (które kupuje np. Tajlandia) i innych rodzajów uzbrojenia. Hinduskie programy rozwojowe w tej dziedzinie stały się symbolem długotrwałości, bałaganu, nieefektywności, a chińskie owocują produktami prawdopodobnie wciąż wyraźnie ustępującymi efektywnością amerykańskim, jednak rodzimymi i realnie wytwarzanymi w dużych liczbach.

Analogiczna sytuacja ma miejsce również w dziedzinie produkcji komercyjnej. Hindusi korzystają z telefonów Huwaei i jeżdżą lokalnie montowanymi chińskimi samochodami. Próżno szukać hinduskich marek wytwarzających zaawansowane produkty o podobnej pozycji, a w mającej w roku 2018 wartość 89,6 miliarda dolarów wymianie handlowej Indie miały deficyt w wysokości 62,9 miliarda… Chiny górują też wyraźnie w dziedzinie realnego potencjału intelektualnego. W roku 2014 zgłoszono tam ponad 928 000 wniosków patentowych, gdy w Indiach zaledwie niecałe 43 000.

Na podstawie powyższego można postawić tezę, że Indie przegrały wyścig ku odzyskaniu historycznego znaczenia, rozpoczęty z Chinami po zrzuceniu przez oba giganty obcych jarzm. Chińczykom udało się skokowo lepiej wykorzystać występującą w ramach globalnego kapitalizmu tendencję do relokacji zasobów. Przyciągali „twardą” produkcję, w dużej mierze stając się beneficjentami rewolucji w dziedzinie elektroniki użytkowej i umiejętnymi naśladowcami w ramach wymuszanych przez państwo firm joint venture. Indie w ramach tego samego procesu stały się symbolami zatrudniających tanią siłę roboczą centrów obsługowych działających jako filie zagranicznych koncernów, wytwarzających znikomą realną wartość. Jak się wydaje, niebagatelną rolę odegrało istnienie w Chinach stabilnej formacji rządzącej, która przy wszystkich swoich wadach może planować na wiele lat czy nawet dekad naprzód i konsekwentnie wcielać w życie opracowane programy.

Takie uwarunkowania zewnętrzne, odbijające się we wspomnianej regionalnej rywalizacji z Chinami, będą stanowiły niechybnie potężne wyzwanie dla indyjskiego systemu politycznego. Dojdą do niego jeszcze większe, związane ze zmianami klimatycznymi. Zniesienie autonomii Kaszmiru może wskazywać na chęć BJP podążania chińską drogą przynajmniej w jednej dziedzinie. W związku z tym posunięciem zlikwidowano również dotychczasowy zakaz nabywania na terenie stanu nieruchomości przez osoby pochodzące spoza niego, co umożliwi mieszkańcom pozostałej części Indii osiedlanie się na tych terenach. Otwiera to drogę do rozwiązania problemu buntującego się, w przeważającej części islamskiego, stanu w sposób analogiczny, jak Chiny pacyfikują kwestię tybetańską. Czyli przez wewnętrzną kolonizację i stopniowo zmieniające demografię osiedlenie grupy większościowej w skali całego kraju. Zjawiskiem wskazywanym przez krytyków BJP jako wprowadzanie elementów demokracji sterowanej, jest życzliwość nadzorującej proces wyborczy Komisji Wyborczej Indii tej formacji, przejawiająca się brakiem reakcji na naruszanie obowiązujących zasad przez samego premiera czy zakłócające kampanię zamieszki jego zwolenników w kluczowych regionach. Ogromna przewaga w ciałach legislacyjnych daje Modiemu i BJP duże możliwości w tym zakresie. Zasadnicze pytanie: czy ewentualne ograniczanie demokracji będzie służyło wyłącznie interesom partii, prowadząc jednocześnie do chaosu wewnętrznego wskutek fal przemocy wobec mniejszości, czy jednak docelowo usprawni zarządzanie ogromnym krajem i uruchomi procesy, które pozwolą Indiom zmniejszyć dystans wobec Chin.

dr Jan Przybylski

Chcemy Europy? To za nią zapłaćmy!

Uczestniczyłem już w wystarczającej liczbie rozmów na temat podatków w Polsce, żeby nauczyć się na pamięć padających w nich argumentów. Na przykład niemal w ciemno można obstawiać, że w dyskusji pojawi się osoba, która powie: „Problem z pomysłami lewicy jest taki, że wyższe podatki tak naprawdę nie dotkną milionerów, którzy wykorzystają różne machinacje, aby ich uniknąć. Najbardziej dostanie się takim osobom jak ja, które całe życie ciężko pracowały, a teraz dowiadują się, że są bogaczami, bo zarabiają osiem tysięcy złotych na rękę. Myślicie, że to dużo? W Warszawie? Przecież to niecałe dwa tysiące euro!”.

Nie neguję tego, że taka osoba ciężko pracuje. Nie wątpię nawet w to, że jest szczera, gdy mówi, iż nie czuje się szczególnie bogata. Niemniej jednak jej argumentacja dobrze pokazuje, w jak absurdalny sposób jest ustawiona w Polsce dyskusja o podatkach i społeczeństwie dobrobytu. Zwróćcie uwagę szczególnie na to pragnienie, aby natychmiast przeliczać zarobki oscylujące wokół 10 tysięcy złotych na euro. To ciekawe, że zazwyczaj nie stosuje się takiego przelicznika wobec 500 plus, zarobków sprzątaczek, ochroniarzy, nauczycielek czy pielęgniarek. Dla nich punkt odniesienia jest inny.

Ludzie mniej zamożni – głosi popularna w Polsce narracja – powinni się cieszyć, że nie mieszkają w PRL-u albo Wenezueli. Taki jest punkt odniesienia dla nich. Dlatego nie ma sensu, żeby przeliczali pomoc socjalną na euro i narzekali, jak marnie wygląda ona na tle Niemiec, Francji czy państw skandynawskich. Nie możecie, drodzy, porównywać się z takimi państwami, bo my nie jesteśmy tak zamożni jak one, więc nie stać nas ani na taki socjał, ani na takie usługi publiczne. Musicie cierpliwie poczekać. Wyższa klasa średnia ma za to pełne prawo żalić się, że na tle europejskich zarobków są ubogimi żuczkami i próba wyższego opodatkowania ich dwóch tysięcy euro ociera się o stalinowski gułag.

A gdyby odwrócić sytuację? Gdyby powiedzieć ludziom zarabiającym w okolicach 10 tysięcy złotych: „Rozumiemy, że kiedy porównujecie się z wyższą klasą średnią w Niemczech, to wasze zarobki nie wyglądają już tak imponująco, ale nie jesteśmy przecież tak zamożni jak Niemcy, więc nie stać nas na to, żebyście za pomocą niskich progów podatkowych albo dzięki uciekaniu na fikcyjne samozatrudnienie próbowali nadgonić naszych zachodnich sąsiadów. Musicie cierpliwie poczekać”.

Od razu podniósłby się krzyk, że skoro państwo tak traktuje osoby zamożne, to one uciekną na Zachód. Ten argument jest zdecydowanie nadużywany. Przede wszystkim to naprawdę nie jest tak, że ci wszyscy menedżerowie czy informatycy mogą bez problemu wyjechać z Polski i szybko znaleźć dobrze płatną pracę za granicą. A nawet jeśli im się to uda, to szybko odkryją, że muszą tam zacząć płacić wyższe podatki niż w Polsce, w dodatku nikt nie ma specjalnej ochoty wysłuchiwać w Niemczech czy Francji ich jęków o stalinowskich progach podatkowych. Warto też sobie przypomnieć o tym, że w ostatnich latach nie mieliśmy problemu z exodusem menedżerów, ale na przykład pielęgniarek. To nie ludzie zarabiający „marne 2 tysiące euro” uciekali masowo z Polski. Tak bardzo chcemy stworzyć cieplarniane warunki dla osób relatywnie zamożnych, że zapominamy o tych, którzy wyciągają po 2 albo 3 tysiące złotych na rękę, a czasem nawet mniej.

Może więc zamiast poddawać się korwinowskim lękom spod znaku wywodów, że „Jeśli podniesiecie podatki, to menedżerowie uciekną z kraju”, pora zacząć krzyczeć: „Jeśli nie podniesiemy podatków, żeby mieć pieniądze na porządne wypłaty dla budżetówki i na godne usługi publiczne, to zostaniemy w kraju bez pielęgniarek i nauczycielek”?

To zadziwiające, jak rzadko myślimy w takich kategoriach. Kiedy mowa o progresji podatkowej, to od razu pojawiają się głosy, dlaczego ciężko pracujący ludzie mają sponsorować „leniuchów na zasiłkach”. Można by pomyśleć, że nasz kraj składa się tylko z osób zarabiających powyżej średniej krajowej i Ferdków Kiepskich. W debacie znika gdzieś większość Polaków, która ciężko pracuje na co dzień i jest niezbędna dla rozwoju kraju, a jednocześnie traci na idiotycznym systemie podatkowym, który premiuje osoby uciekające na samozatrudnienie i ludzi zamożnych.

Dotykamy tutaj jednego z największych szwindli w historii III RP. Nie dokonał się on przy Okrągłym Stole ani w Magdalence, nie stoi za nim żaden mityczny układ, przynajmniej nie taki, jak go sobie zazwyczaj wyobrażamy. Chodzi o fałszywy obraz rzeczywistości, który codziennie wylewał się z mediów i został skutecznie wtłoczony do głów Polaków. W skrócie przedstawia się on następująco: „Kraje bogacą się dzięki uwalnianiu przedsiębiorczej energii własnych obywateli. Nie ma zaś lepszego sposobu, aby to zrobić, niż likwidowanie jak największej liczby regulacji rynkowych i wprowadzanie jak najniższych podatków dla osób zamożnych. Dopiero kiedy będziemy mieli wystarczającą liczbę ludzi bogatych, możemy sobie pozwolić na socjalne eksperymenty”.

To oczywiście bzdura. Jeśli spojrzymy na kraje europejskie, które uchodzą u nas za symbol dobrobytu, to zobaczymy, że nie tak wyglądał ich rozwój. Po II wojnie światowej, gdy nastąpił w nich gwałtowny skok jakości życia większości obywateli, były one budowane za pomocą socjaldemokratycznych rozwiązań. Wysoka progresja podatkowa, regulowany rynek, duże nakłady na pomoc socjalną. My uwierzyliśmy natomiast, że można zbudować u siebie europejski dobrobyt na degresywnym systemie podatkowym, w którym faworyzuje się kilka procent najbogatszych Polaków kosztem całej reszty, a jakakolwiek dyskusja o pomocy socjalnej nie może się obyć bez zwyczajowych nawiązań do bolszewizmu i Stalina.

Tak wygląda największa demagogiczna bzdura III RP – że można budować sprawne państwo, lekceważąc potrzeby osób zarabiających poniżej średniej krajowej, że wystarczy tylko ciąć i ciąć podatki oraz wydatki budżetowe. Otóż przykład krajów, do których tak wzdychamy, świadczy o czymś wręcz przeciwnym. Chcemy Europy? To musimy za nią zapłacić. Musimy mieć progresywny system podatkowy, który zapewni wpływy. Dopiero dzięki nim można będzie zbudować coś więcej niż państwo z kartonu.

Tomasz Markiewka

Kazimiera Muszałówna: Klimontów (1934)

Kazimiera Muszałówna: Klimontów (1934)

Mężczyźni zjechali do kopalni, na trzysta metrów pod ziemię, i nie wrócili. W grobowym mroku i ciszy węglowego podziemia protestowali bez głosu przeciwko zatopieniu kopalni.

Na teren kopalni nie wolno było kobietom wchodzić. Dla nich, dla wielkiego tłumu kraciastych chustek, z dziećmi uczepionymi u rzadkiej frędzli, zarezerwowano wielki plac przed parkanem, obiegający teren kopalni. Na tym to placu dyżurowały nieustające wiece kobiet, poddawanych prądom coraz innych niepokojów, przypuszczeń, podejrzeń. Ktoś powiedział: „może gazy” – i tłum kobiet kołysał się rozpaczliwie i rwał włosy w męce niepewności. Ktoś podszepnął: „może chorzy” – i tłum kobiet zamierał w napięciu uwagi, skupionej na ruchu kulek windy szybu.

Na dole wzmagała się ostrość walki, wzrastała wola wyrzeczeń, natężania cierpień, które miały być manifestacją protestu. Trzeciego dnia okupacji podziemi węglowych, trzeciego dnia obozowiska kobiet pod parkanem kopalni, wczesnym rankiem przeleciał przez powietrze wielokrotny sygnał dzwonu: cztery, cztery i dwa… Alarm. W domkach robotniczych wszczął się gwałtowny ruch. Kto żył, cwałował pod parkan kopalni.

Tysiące kobiet w kraciastych chustkach utknęło oczami w kółkach windy. Jak wolno obracają się kółka, jak powoli nawija się lina żelazna na obrotach koła.

W powietrzu bije pustka, w uszach uderza dzwon alarmu.

Ktoś w tłumie kobiet zachlipał. Krzyknęło dziecko. Zadrżał nie wiadomo czyj jęk. I zaraz pustka w powietrzu wypełniła się jękiem, narosła szlochem, zwilgotniała deszczem łez. Nie było słychać ani jednego słowa, ani jednego krzyku. Wspólny wirowy gest zakołysał wielkim ciałem tłumu.

Zanim otworzyła się brama parkanu – już tłum kobiet rozstąpił się w wolnym korytarzu, takim samym jak korytarze na dole, wyrąbane w ścianach węgla. Na noszach, dźwiganych zmartwiałymi z przerażenia rękami kolegów, leżała wyciągnięta postać omdlałego buntownika podziemi. W nozdrza uderzył zapach mokrego węgla, stęchlizny i potu. Białawe plamy pleśni jaskrawo odbijały na czarnym, zmiętym, wilgotnym ubraniu. Zarośnięta twarz z zielonkawym odcieniem skóry, mocnymi cieniami podkreślone oczy z sinymi powiekami i nienaturalne wydłużenie bezwładem całej postaci.

Poznano go… Poderwane wargami jednej kobiety nazwisko zemdlonego skakało z ust na usta, aż doskoczyło, dotarło i uwięzło w gardle tej, dla której było wszystkim. Mąż… Wzmożony jęk nie przeciął wysokiego tonu krzyku, który wydzierał się wciąż z tysiąca piersi. Tylko dwie ręce wyrwały się spod chustki, uderzyły w tłum i torować poczęły przejście pochylonemu naprzód ciału.

Nosze z zemdlonym nie zdołały dotrzeć do drzwi lecznicy, kiedy spod ziemi wyrwał się nowy dzwon alarmu. Poderwało nowym napięciem jęku. Tłum kobiet zawrócił z drogi ku lecznicy na drogę ku kopalni. Strach i ból podcięły nogi. Powietrze zatrzęsło się od straszliwego szlochu, który wyrywał wnętrzności i niósł je do gardła, dławiąc aż do zemdlenia. Rozłączały się naraz ręce, zgodnie spięte w klamrze ściskającej chustkę pod brodą, łopotały w powietrzu w poszukiwaniu utraconej równowagi i – nie znalazłszy jej – ciągnęły ciało do ziemi. Na ziemi utworzył się zator z ciał. W niewymownej męce bezradności i nieludzkiego cierpienia, w nagłym, niewyjawionym poczuciu braku wszelkiego punktu oparcia, niektóre z kobiet same rzucały się na ziemię i szlochały w nią łzami, jakby te łzy mogły przeoczyć trzysta metrów węglowej głębi, dotrzeć od zamkniętych we wspaniałej czerni górników i do ich protestu dołączyć protest swój, protest kobiecego cierpienia.

Nim nosze z drugim zemdlonym przekroczyły bramę ogrodzenia kopalni – nowy alarm wstrząsnął tłumem. I potem, raz po razie, bez oddechu – uderzał jeszcze cztery razy. Wielki jęk kobiet nie przycichał. Powietrze stało się mokre od łez i ponad wszelki ciężar cięższe od szlochu. Nie można było złapać oddechu piersiami, stłoczonymi od pękającego bólu, nie można było patrzeć od łez bez przerwy płynących, nie można było stać od wstrząsów rwanego jękami ciała. Tłum był ściśnięty masą wzajemnego podporu, wezbranego gestu kołysania, wezbranego dreszczu rozpaczy.

Ucichł dzwon alarmowy, ale powietrze nie przestawało bić zbiorowym jękiem. W tym jęku, jak w defiladzie, sunęły nosze z zemdlonymi. Z tłumu kobiet grupa młodych chłopców podniosła głosami, w których drżała nuta męczeńskiej ekstazy, pieśń: „Czerwony sztandar…”. Pod lecznicą, do której zdążały nosze, na kamienne schodki wskoczył mówca. Drgnął oddziałek pieszej policji, która na próżno wstydziła się łez spływających po twarzach spod stalowych kasków. Drgnął na komendę: rozproszyć tłum…

Piątek minął spokojniej. Aż dopiero wieczorem klatka stanęła. Górnicy nie chcieli kontaktu z żywymi na górze. Zamilkł telefon. Z dołu nikt nie odpowiadał na sygnały. Na górze zapanowały ciężkie godziny rozpaczy i niepokoju, gorszego od złej pewności. Po nocy bezsennej, w sobotę rano rozerwał ciszę kopalni, skazanej na zatopienie, sygnał alarmu. Z domków robotniczych biegiem zdążano pod kopalnię. Znowu szloch wypełnił doszczętnie powietrze. Jeden zemdlony przewędrował na noszach do lecznicy.

Nowy wstrząs płaczu: górnicy nie przyjmują jedzenia. Bolesne zdziwienie jest nową torturą: jak można to wszystko przeżyć?

Kobiety cierpią bezradnie. Co one mogą zrobić? Żadne układy, konferencje, nie prowadzą do skutku. Trzeba pomyśleć o układach z Bogiem.

Gorączkowa zbiórka po dziesięć groszy od głowy kobiecej na Mszę. Nie wszystkie mogły dać te ciężkie grosze. Zebrano złotych polskich dwadzieścia trzy i ileś lam starannie policzonych groszy. Do księdza – na Mszę za górników na dole. Ksiądz Senko odprawi Mszę bez pieniędzy. Nie, one tak nie chcą. Jeżeli ksiądz chce, niech im te pieniądze potem przywiezie do Komitetu Pomocy Górnikom, funkcjonującego obok kopalni.

W niedzielę rano wszystkie kobiety i wszystkie dzieci pociągnęły do kościoła. Ciężko było iść z sercem przygniecionym od troski, na którą nikt na tym wielkim wspaniałym świecie nie znajdował jeszcze rady. Czyż musi tak być, żeby ci na dole pomarli, nim przyjdzie pomoc? W tłumie kobiet, wędrujących wielką gromadą do kościoła, już po drodze wybucha rozpacz. Znowu jęk ogromny trzęsie powietrzem. A kiedy weszły wreszcie do kościoła, wydawało się, że mury świątyni nie pomieszczą straszliwego szlochu rozpaczy.

Msza była do żadnej innej niepodobna. Grały organy niepotrzebnie. Wielki jęk nie ustawał ani na chwilę. Ruchoma od wstrząsów kolumna kobiet na próżno przyciskała twarze do chłodnego kamienia kościelnej posadzki. Nie było tu żadnej ochłody. Gorące łzy paliły twarz, nie zmniejszając palenia w sercu. Chłodne powietrze kościelnego wnętrza zmieniało się w parę od rozpalonych oddechów rozpaczy. Jęk odbijał się od wysokiego stropu i oddawał go ścianom, przydając mocy. Ksiądz przy ołtarzu modlił się z twarzą mokrą od łez. A kiedy po Mszy odwrócił się do tłumu i wsparty o ołtarz zamierzał powiedzieć kilka słów otuchy, chwycił go za gardło nagły skurcz szlochu. Więc tylko przeżegnał zrozpaczoną gromadę, z której wyrwał się nowy, mocniejszy jęk.

Kiedy wróciły z kościoła, pochlipując jeszcze po drodze resztkami niewylanych łez, trzeba było zabrać się do codziennej roboty. Górnicy przerwali głodówkę. Przyjechał ksiądz, przywiózł pieniądze złożone na Mszę, dołożył trochę własnych, wręczył matkom kilka baniek mleka dla dzieci.

Ale to wszystko nie pomogło sprawie. Nastały dalsze dni czarne od troski. Górnicy nadal pozostawali pod ziemią.

Kiedy przyszedł wreszcie dzień, w którym górnicy wygrali swoją sprawę, zdobyli obietnicę niezatopienia kopalni i uzyskali prawo do zasłużonych odszkodowań, gwarantujących możność dalszego życia, kobietom górnickim zabrakło łez radości.

Stroskane twarze uderzają wciąż bolesnym zdumieniem, kiedy usta wypowiadają tę myśl niedziwną:

Jak to można było przeżyć taką rzecz?

Kazimiera Muszałówna

______________________

Powyższy tekst Kazimiery Muszałówny, poświęcony strajkowi okupacyjnemu górników kopalni „Klimontów” w Sosnowcu w roku 1933, pierwotnie ukazał się w książce Zespół Literacki „Przedmieście”, Towarzystwo Wydawnicze „Rój”, Warszawa 1934. Był to zbiór tekstów autorów sięgających po tematykę robotniczą i społeczną. O historii i założeniach ZL „Przedmieście” pisaliśmy w „Nowym Obywatelu” przed kilkoma laty. Fotografia w nagłówku tekstu pochodzi z Narodowego Archiwum Cyfrowego: marzec 1933, Strajk górników w kopalni węgla kamiennego „Klimontów” w Sosnowcu, rodziny strajkujących oczekujące przed bramą kopalni.

Popieram każdą partię

Popieram każdą partię

Podobno Polacy są narodem podzielonym. Przyzna to każdy, kto w nawet najmniejszym stopniu uczestniczy w debacie publicznej. Trzeba jednak pamiętać o dwóch rzeczach. Podziały istniały od zawsze i nie są wynalazkiem XXI wieku, a poza tym znacznie więcej nas łączy niż dzieli.

Zbyt ogólna narracja historyczna sprawia, że w społeczeństwie funkcjonuje znacznie uproszczony obraz sceny politycznej na przestrzeni wieków. Mogłoby się wydawać, że walkę z zaborcami i okupantami toczył jeden zsynchronizowany organizm polityczny, a podziały nastąpiły już w wolnej Polsce. Otóż nie. Już podczas zaborów podział na frakcje polityczne był wyrazisty. Obozy Białych i Czerwonych miały podobne cele, lecz obrały zupełnie odmienną drogę do ich realizacji. Pomysłów na odzyskanie niepodległości było znacznie więcej. Jedni sposobili się do kolejnych powstań, a inni decydowali się na tytaniczną, pozytywistyczną pracę oświatową wśród mas.

Różnorodność polityczną w okresie II RP najlepiej odzwierciedla list Józefa Piłsudskiego do Romana Dmowskiego. Marszałek pisał w nim, że „w tej ważnej chwili przynajmniej niektórzy ludzie, jeśli już nie cała Polska niestety, wznieść się muszą ponad interesa stronnictw, kilk i grup”. Znamiennym elementem obchodów 100-lecia niepodległości było odsłonięcie pomnika Ignacego Daszyńskiego w pobliżu monumentów Wincentego Witosa, Romana Dmowskiego, Ignacego Paderewskiego i Józefa Piłsudskiego. Kilka dni temu do tego grona dołączył Wojciech Korfanty. „Oni stoją tu dzisiaj i pokazują, że Polska jest jedna. Teraz są tutaj wszyscy […]” – mówił prezydent Andrzej Duda podczas odsłonięcia pomnika.

Polskie Państwo Podziemne również nie było bytem jednorodnym politycznie. Świadczy o tym chociażby Rada Jedności Narodowej, w skład której wchodzili przedstawiciele Polskiej Partii Socjalistycznej, Stronnictwa Ludowego, Stronnictwa Narodowego i Stronnictwa Pracy. Ten pluralizm polityczny był silnie widoczny na barykadach Powstania Warszawskiego.

Dziś podzieleni jesteśmy tak samo jak kiedyś. Pytanie, czy tak samo jak kiedyś jesteśmy zdolni do kompromisu w imię dobra wspólnego? Wygląda na to, że tak. Lektura programów wyborczych sugeruje, że mamy znacznie więcej powodów do współpracy niż do waśni.

Czytaliście programy wyborcze? Z lektury dokumentów przygotowanych przez wszystkie komitety wyłania się rzeczywistość odmienna od tej, którą obserwujemy na co dzień. Jawi się tam ponadpartyjne porozumienie. Przykładowo wzmocnienie Państwowej Inspekcji Pracy, proponowane przez Lewicę, to swoisty oksymoron polityczny. Budowanie silnych instytucji to przecież czysty konserwatyzm. Znajdziemy tam również kwestię zrównania płac pod względem płci, czyli temat idealny dla Lewicy. Jednak najbardziej radykalną zmianę w tym zakresie, wprowadzenie obowiązku publikowania przez największe firmy raportów o równości wynagrodzeń, proponuje Prawo i Sprawiedliwość. „Mamy obowiązek zadbać o to, by przyszłym pokoleniom pozostawić Polskę w stanie lepszym, niż w czasach, w których nam samym przyszło działać. Nasi rodacy zasługują na zdrowe życie – czystą wodę, lepsze powietrze w miastach, sprawny system ochrony zdrowia i zdrową żywność. Dobrze pojęta ochrona przyrody nie ma barwy politycznej i nie może być wykorzystywana instrumentalnie do rozgrywek biznesowych czy ideologicznych” – to z kolei fragment programu… Konfederacji. Postuluje on również bon kulturalny, czyli jeszcze jeden pomysł zgłaszany przez różne strony sceny politycznej. Pionierką w propagowaniu tego rozwiązania była, jeszcze jako działaczka Zielonych i Krytyki Politycznej, Hanna Gill-Piątek, która niedawno dostała się do sejmu z list Lewicy. Obrońcą tego pomysłu był również Paweł Dobrowolski podczas pełnienia prezesury w balcerowiczowskim Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Punkty spójne między różnymi środowiskami można zauważyć również poza partiami politycznymi. Grzegorz Sroczyński na łamach Gazeta.pl opublikował dwa wywiady. Jego rozmówcy mieli zupełnie odmienne poglądy. Jednak w jednej kwestii mówili jednym głosem. Tomasz Terlikowski tak opisywał największe zagrożenie i wyzwanie naszej polityki: „Czy to naprawdę tak ważne, kto wygra? Z perspektywy konserwatywnego myślenia nie jest bardzo istotne, kto rządzi w danym państwie, tylko kto sprawuje władzę nad rozrywką i kulturą. Dla prawicowca, tak samo jak lewicowca, najważniejsze powinno być rozbicie monopolu GAFA i technokratów z Doliny Krzemowej.” Jan Zygmuntowski potwierdził te obawy, mówiąc: „Konglomerat GAFA będzie dokładnie znał dzieciństwo osób, które teraz się rodzą. Ich choroby od początku życia, skłonności, to, jakie obejrzały filmiki na YouTube, gdzie przebywały godzina po godzinie dzięki GoogleMaps, jakich dokładnie mają znajomych. Te dane nie są anonimowe, wystarczy jedno zalogowanie na Gmaila albo YouTube, żeby przyporządkować do konkretnej osoby wszystkie przeszłe i przyszłe dane”.

Najbardziej zdumiewającą liczbą narodowego głosowania wcale nie jest frekwencja, lecz liczba tzw. zmarnowanych głosów. 100% głosujących ma swoją reprezentację w sejmie! Nikt nie został pod progiem. To sytuacja bez precedensu. Zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę, że bloków politycznych mamy co prawda pięć, lecz tworzy je aż 14 partii. Wszystkie ogólnopolskie komitety dostały się do sejmu, a każdy z nich to nic innego jak sojusz partii często wcale nie jednorodnych.

Konfederacja ma wiele punktów wspólnych jednak poglądy frakcji narodowej i wolnościowej w wielu kwestiach są ze sobą sprzeczne, co odzwierciedla się w ich programie. Mamy tam ideę państwa minimalistycznego, które jednocześnie miałoby być całkowicie niezależne od wielkich mocarstw. Pokazuje to, że nawet najbardziej niesforny polski polityk, Janusz Korwin-Mikke, zdecydował się na stworzenie barwnej koalicji, która może „rozpaść się przy trzecim głosowaniu”. Opłaciło się. Konfederacja w bardzo trudnych warunkach znalazła się w sejmie. Największy sukces wyborczy odniosła nie mniej barwna koalicja. Nikt cztery lata temu nie wyobrażał sobie sojuszu Pawła Kukiza i ludowców po tym jak lider Kukiz’15 nazwał PSL grupą przestępczą i sugerował zmianę nazwy na ZSL. Być może ludowcy niedługo zmienią nazwę na Koalicja Polska, co podkreśli ich sojusz z czarnym łabędziem poprzednich wyborów.

Najbardziej jaskrawym przykładem tego, że warto współpracować, jest jednak Lewica. Dlaczego? Ponieważ partie zgromadzone pod tym szyldem uzyskały niemal identyczny wynik, jak cztery lata wcześniej. Różnica polega na tym, że wówczas startowały w dwóch blokach i żaden z nich nie przekroczył progu wyborczego. 11% społeczeństwa nie miało swojej reprezentacji sejmowej wskutek braku współpracy między liderami partii. Dobrze, że wyciągnięto z tego wnioski.

Druga siła w sejmie, czyli Koalicja Obywatelska, to już kwintesencja politycznej współpracy. Grzegorz Schetyna najpierw utworzył Koalicję Europejską, gdzie na czas wyborów europarlamentarnych zgromadziło się wiele różny partii, a następnie pozostawił otwarte drzwi na czas krajowej batalii o władzę. Obecnie ten blok składa się z czterech różnych partii.

Jednakże najbardziej dobitnym przykładem sensowności i efektywności współpracy ponad podziałami jest Zjednoczona Prawica. „Nie ma mowy o powrocie na łono PiS nawet w przypadku porażki. Wady Jarosława Kaczyńskiego uniemożliwiają współpracę. On dzieli ludzi” – to wypowiedź Zbigniewa Ziobry z 2014 roku. Tego samego Zbigniewa Ziobry, który trzy miesiące później podpisał z Jarosławem Kaczyńskim i Jarosławem Gowinem porozumienie o wspólnym starcie w wyborach. Restart relacji na prawicy pozwolił również na powrót wyrzuconego wcześniej Adama Hofmana. Efektem była solidna, choć nie we wszystkim spójna większość parlamentarna i samodzielne rządy przez dwie kadencje. Pomimo tego, że liderzy Porozumienia i Solidarnej Polski nie żywią do siebie sympatii, byli w stanie zawiązać sojusz dla wyższego dobra. Gowin popierał pomysł Ziobry, by Ziobro poparł pomysły Gowina. Może model „głosowałem, ale się nie cieszyłem” warto przenieść na cały parlament?

Każdy z komitetów mógłby „opiekować się” jednym z tematów wspólnych, czyli takich, które w swoich programach przedstawia każdy z bloków politycznych. Konfederacja mogłaby zająć się tematem przedsiębiorczości na gruncie szerzej popieranym – np. postulaty redukcji i uproszczenia prawa znajdą zwolenników od Bałtyku po Tatry. Według szacunków Grant Thornton polska gospodarka traci 200 miliardów złotych przychodu rocznie przez nadmierną ilość skomplikowanego prawa. Dwa ostatnie lata to sukces w kwestii zahamowania przyrostu prawa, jednak w tej dziedzinie jest jeszcze wiele do zrobienia. Konfederacja mogłaby również pobudzić nasze instytucje do aktywniejszej działalność za granicą. Chodzi np. o upłynnianie międzynarodowej wymiany handlowej. Nadal brak pomysłu na gospodarcze i kulturalne zaangażowanie Polonii, co wydaje się idealnym zagadnieniem zarówno dla wolnorynkowców, jak i narodowców.

Lewica z kolei ma najwięcej do powiedzenia w kwestii prawa pracy i praw kobiet. Dane GUS wskazują, że 2,4 mln osób zatrudnionych jest na umowach niestandardowych. Z kolei PIP podkreśla, że ponad 25 proc. umów cywilnoprawnych zgodnie obowiązującymi przepisami formalnie kwalifikuje się jako etat. Najbardziej narażeni są na to pracownicy takich branż jak handel, organizacja turystyki, naprawy, wynajem i dzierżawa, usług administracyjne. Nowy kodeks pracy musi więc powstać jak najszybciej. Lewica mogłaby również zadbać o to, by temat praw kobiet był obecny w sejmie. Nie chodzi tu tylko o kwestię równości płac, ale przede wszystkim o standardy okołoporodowe. Z badania przeprowadzonego w 2018 roku przez Fundację Rodzić po Ludzku wynika, że nadużyć w szpitalach i na oddziałach położniczych doświadcza połowa kobiet, a 17 proc. z nich spotyka się z przemocą! To zatrważające dane zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że borykamy się z niżem demograficznym. Część kobiet mówi wprost, że po tym, co przeżyły na porodówce, nie chcą nawet słyszeć o kolejnym dziecku… Dodajmy do tego, że według badań „Aktywność zawodowa w opinii pracujących kobiet” 51% Polek wskazało, że trudno im godzić pracę zarobkową z obowiązkami rodzicielskimi.

Koalicja Polska jawi się na scenie politycznej jako królowa małych i średnich miast. To właśnie tego tematu mogłyby strzec połączone siły PSL i Kukiz’15. W programach każdej partii znajdziemy postulaty deglomeracji, czyli troski o zrównoważony rozwój całego kraju. Ten postulat można realizować chociażby poprzez walkę z wykluczeniem transportowym, tematem pojawiającym się we wszystkich programach wyborczych z wyjątkiem Konfederacji. Antysystemowcy chcą promować transport samochodowy. Jednak partia proponująca bony edukacyjne i kulturowe z pewnością przyzna, że obywatele powinni mieć dostęp do różnych rodzajów transportu i wtedy sami zdecydują, który z nich wybiorą. Kolejną kwestią w tym temacie jest powszechny dostęp do szerokopasmowego internetu. Postulaty z tym związane znajdziemy w programie zarówno PiS, jak i KO. Koalicja Polska proponująca między innymi głosowanie przez internet to idealnym kandydat do pilnowania tego tematu.

Druga siła w sejmie, czyli Koalicja Obywatelska, ze względu na to, że posiada na pokładzie Zielonych, jest idealnym kandydatem do patrolowania tematu ochrony środowiska, który pojawia się w każdym programie. Wirtualna Polska ujawniła, że 92% stacji monitorowania jakości wód w kraju wykazuje przekroczone normy środowiskowe, a niektóre oczyszczalnie świadomie dokonują nielegalnego zrzutu nieczystości. Według najnowszego raportu Światowej Organizacji Zdrowia 36 z 50 najbardziej zanieczyszczonych miast Unii Europejskiej znajduje się w Polsce. Smog zabija u nas nawet 40 tys. osób rocznie. Wynika z tego, że w Polsce zarówno woda, jak i powietrze – dwa niezbędne do życia związki chemiczne – stanowią zagrożenie dla zdrowia! Tu nie ma o co się kłócić, tu trzeba działać.

Ważnym dla wszystkich tematem, który mógłby przypaść partii rządzącej, jest służba zdrowia. Żyjemy w kraju, w którym lekarze umierają na dyżurach, a kolejki do niektórych specjalizacji sięgają już 9 lat! Oznacza to, że istnieją takie obszary państwa polskiego, w których XXI wiek jeszcze nie nastał. Nieważne, z jakiej jesteś partii, bo z powodu niewydolnej służby zdrowia cierpimy tak samo.

Jak widać, znalezienie punktów wspólnych pomiędzy wszystkimi pięcioma komitetami nie stanowi żadnego wyzwania.

Ostatnie wydarzenia z obu izb parlamentu napawają optymizmem. W sejmie Prezydent Andrzej Duda wygłosił przemówienie nawołujące do pojednania, a następnie przemierzył sejm, podając rękę liderom wszystkich ruchów politycznych. Później głos zabrali przedstawiciele poszczególnych partii i ku zdziwieniu wszystkich poczynili krok w stronę zakopania topora wojennego. KO apelowało o wzajemny szacunek, PSL przywoływał pakt demokratyczny, a Lewica i Konfederacja jednym głosem postulowały usunięcie barierek sprzed sejmu i otwarcie go dla obywateli i dziennikarzy. W efekcie Jarosław Kaczyński dziękował (!) swoim politycznym oponentom i ogłosił koniec totalnej opozycji. Grzegorz Schetyna kilka godzin później w senacie, po wybraniu Tomasza Grodzkiego na marszałka, analogicznie ogłosił koniec totalnej władzy. Z kolei sam marszałek oznajmił, że każdy, kto myślał, że senat stanie się izbą obstrukcji i zajmie się celowym wkładaniem kija w szprychy, był w dużym błędzie. Czyżby nastał pokój? „Będziemy dążyli do tego żeby senat stał się rzeczywiście takim miejscem, gdzie ta wojna, która tak bardzo niszczy polską politykę, będzie przynajmniej ograniczona albo w ogóle jej nie będzie. […] Jest pole do kompromisu i współpracy” – to słowa… Jarosława Kaczyńskiego.

Niestety pozytywne symptomy nie zwróciły szczególnej uwagi nawet tych środowisk, które domagały się normalizacji debaty publicznej. Najczęściej komentowanym wydarzeniem była kontrowersyjna przemowa nie pełniącego żadnych znaczących funkcji Antoniego Macierewicza. Jest to niestety potwierdzenie przykrej prawdy. Bez ostrego języka i podżegania wojen nie da się uzyskać rozgłosu. Na krytykę zasługują więc nie tylko politycy, ale także my wszyscy. Ponieważ zwracamy uwagę tylko na te gesty i słowa, które zaogniają konflikty.

Mateusz Perowicz

Prof. Monika Kostera: Identyczność naszą bronią?

Prof. Monika Kostera: Identyczność naszą bronią?

Pewnego razu była sobie wybitna pisarka, sympatyzująca z lewicowymi środowiskami. Pisarka była wegetarianką, ubierała się na luzie i nosiła dready. Gdy dostała ważną nagrodę za swoją twórczość, można się było spodziewać, że kto jak kto, ale środowiska lewicowe, które darzyła sympatią, nie będą się posiadać z radości. I tak faktycznie było – wielu ludzi z różnych opcji politycznych, w tym lewicowych, skakało w górę ze szczęścia. Jednak dały się też słyszeć, całkiem donośnie, głosy potępiające wyróżnienie jej nagrodą i oskarżające pisarkę o apropriację kulturową. Chodziło o dready. Dla wielu osób reakcja ta jest dziwna i przykra. Dla sporej części – zrozumiała. Ja zaliczam się do jednych i drugich, ale z innych przyczyn, niż te powszechnie deklarowane.

Zacznijmy od tego, czemu jest to reakcja zrozumiała. Otóż żyjemy w kapitalizmie. W kapitalizmie wszystko jest własnością kapitalistów. Przede wszystkim dotyczy to środków produkcji, ale w późnym kapitalizmie wszelkie zasoby są w szybkim tempie prywatyzowane, wszelkie dobro wspólne staje się czyjąś własnością. To, co jeszcze niedawno było w oczywisty sposób za darmo, teraz już nie jest. Jeśli coś jeszcze jest za darmo, to znaczy tylko, że czeka na swoją kolej do sprywatyzowania. Kapitalizm polega na tym procesie, nie jest w stanie bez niego funkcjonować. To jedno z jego nieuchronnych praw, jak przypomina profesor zarządzania Peter Fleming. Nasz prywatny czas i energia, woda, przyroda, (niedługo) świeże powietrze – wszystko to jest systematycznie prywatyzowane.

Starsi czytelnicy pamiętają czasy, gdy siedziało się przy odbiorniku radiowym i czekało, aż prezenter zapowie nową płytę zespołu Led Zeppelin. Siedziało się z palcem nad czerwonym przyciskiem w magnetofonie. Przycisk był od nagrywania. Robiliśmy tak wszyscy, słuchacze Trójki i Rozgłośni Harcerskiej. Powiecie: a fuj, wstrętna komuna, ohydni złodzieje praw autorskich? No, może. Ale pamiętam równie dobrze, jak, mieszkając w Szwecji, biegałam do biblioteki pożyczać nowe płyty moich ulubionych zespołów po to, by je przegrywać na taśmę. One po to tam były. Były do nich pokaźne kolejki zapisów. A fe, powiecie, być może, co za barbarzyńskie czasy, biedni autorzy! Otóż nie, autorom żyło się wtedy o niebo lepiej, niż dziś. Znam autorów z tamtych czasów i w jednym, i w drugim systemie. Za to na pewno nieco gorzej powodziło się pieniążkom i inwestorom, właścicielom wielkich wytwórni i domów wydawniczych. Kiedyś muzyka, sztuka, literatura były wspólnymi dobrami, choć dostęp do nich obwarowany był pewnymi regułami, a autorzy mogli liczyć na stałe wynagrodzenia.

Gdy zaczynałam pracę w akademii, miałam nadzieję, że kiedyś, gdy nauczę się lepiej pisać i będę wydawać książki, będzie mi się żyło dostatnio i miło. Faktycznie, z moich pierwszych tłumaczeń i autorskich książek miałam bardzo sympatyczny dochód, jeszcze w latach 90. Teraz, choć nauczyłam się nieźle pisać i publikuję sporo książek, w najlepszym razie mogę z moich „praw autorskich” zafundować sobie dobre wino. I tak cieszę się, że, w odróżnieniu od większości polskich kolegów i koleżanek, na ogół nie muszę za te publikacje płacić (chyba że publikuję książki w Polsce). Za to studentom nie wolno już moich testów kopiować, a mi nie wolno było zamieścić w jednej z książek cytatu z piosenki Joni Mitchell, która śpiewała o wspólnym, dobrym świecie. Kupuję więc za tantiemy dobre wino i piję zdrowie wspólnego świata, nie praw autorskich.

W tym całym kreobiznesie jednak nielegal ma się dobrze, nawet w dużych kapitalistycznych niszach, takich jak YouTube. Bywa ścigany, bywa piętnowany, ale często ma się wrażenie, jakby był tolerowany. Ta tolerancja nierzadko jest wbudowana w system. Michael Hardt i Antonio Negri piszą o tym, że prawdziwa twórczość jest dobrem wspólnym. Kapitalizm sam nic nie tworzy, jest jałowy jak pofabryczna gleba. Gdy ludzie stworzą coś, co można skapitalizować, przejmuje i prywatyzuje rzeczy, które bez niekapitalistycznej wspólnoty by nie powstały. Chaps! Było wspólne, jest prywatne. Jak w ruskim cyrku, poniekąd.

Wracając do apropriacji. Pisarka przywłaszcza sobie czyjąś tożsamość. Tożsamość, która nie jest jej własnością. Wszystko jest bowiem czyjąś własnością, czy to prawicowych kapitalistów, czy lewicowców tożsamościowych. Wszystko jest towarem lub marką. Autobranding jest regułą naszych czasów, nikogo nie dziwi. Już wkrótce kapitalizm ogłosi prawa autorskie języków i wtedy przestępstwem będzie w ogóle używać języka bez opłaty. Brzmi jak absurd? Tak, ale 40 lat temu „prawa własności” uniemożliwiające zacytowanie tekstu piosenki „Woodstock” też były absurdem. Dziś są oczywistością.

Wróćmy jednak do autobrandingu (a przy okazji do tego, czemu reakcja na dready jest dziwna), bo zasługuje sobie na coś więcej, niż nonszalanckie wspomnienie. To nie tylko przejaw prywatyzacji dobra wolnego – tożsamości, ale, w obecnych czasach, jedna z głównych wartości politycznych. Polityka tożsamościowa opanowała, na różne sposoby, wszystkie strony politycznego spektrum, od nacjonalistów, poprzez liberałów, a na lewicowcach skończywszy.

Tożsamość zawsze dzieli, nigdy nie łączy. Nie buduje solidarności, bo nie tworzy więzi, a wyróżnia. Tożsamość to unikalność, na którą składają się cechy zarówno osobowościowe, jak społeczne i kontekstualne. Tożsamość rozumiana jako marka, brand, jest pilnie strzeżoną, strategiczną właściwością, która ma jednostce dać przewagę konkurencyjną w rywalizacji z innymi jednostkami. W ostateczności każdy jest ze swoją tożsamością sam, często czuje się pokrzywdzony, osłabiony, aspirujący do czegoś więcej, bo skoro właściciel tożsamości Iks ma prawo do czegoś, to właściciel tożsamości Ygrek stoi w kolejce do tego prawa, które zmienia się tym samym w przywilej Iksa. Każdy rywalizuje z każdym. Jednak w działaniach politycznych i w ogóle społecznych konieczna jest jakaś wspólnota, jakieś poczucie więzi. Być może z tego powodu panuje obecnie obsesja na punkcie jednomyślności (znana jako „bańki”), w dodatku obsesja, o której nie wolno mówić. Jeśli się to robi, naraża się na ostracyzm, bardzo często rozpoczynający się od sformułowań takich jak „nie ma przymusu zgadzania się z poglądem x”, „oczywiście, możesz mieć poglądy, jakie chcesz”, „nikt cię nie zmusza do…”. „Tożsamość” oznacza wszak „identyczność”. I tak oto skrajny indywidualizm neoliberalnego kapitalizmu promuje z całą mocą urawniłowkę, której sam towarzysz Honecker głęboko by się pokłonił.

Jak pisze szkocki antropolog Tim Ingold, tożsamość budowana na identyczności rodzi pogłębiające się, niedające się przezwyciężyć dualistyczne i polaryzujące społeczność podziały. Tylko tożsamość niesprywatyzowana, oparta na różności jest zdolna, by w dłuższym okresie łączyć. Innymi słowy – gdy na dzielące nas wydarzenia reagujemy dalszym dzieleniem, przychodzi moment, gdy nic już nie jest w stanie połączyć obu stron. Tożsamość oparta na różności to tożsamość grupowa, zakładająca, że w systemie społecznym, który jest dobrem wyższym i wspólnym, istnieje wiele ról dostępnych dla osób – każdemu według potrzeb. Między tymi rolami trzeba budować mosty – i to jest kolejna ważna rola. Budowanie mostów nie polega na głaskaniu pięści tłukącej nas w twarz za naszą odmienność. Ale polega na szukaniu wspólnych wartości z przeciwną stroną, tak by ona była skłonna z nami rozmawiać, a nie przyłączyć się do tych z pięściami. Ci z pięściami istnieją zawsze, w każdym systemie. Zadanie dla budowniczego mostów, to doprowadzić do tego, by pięściowcy nie zbierali wokół siebie coraz większej grupy potencjalnie pokojowych, niepięściowych osób. Aby te potencjalnie pokojowe osoby wolały rozmawiać, nawet kłócąc się, niż przyłączyć do pięściowców, którzy potrafią wyraźnie wyznaczyć granice, zdefiniować tożsamość opartą na iluzorycznej identyczności. W dodatku ich obecność w tożsamościowym obozie zdaje się zwiększać prawdopodobieństwo, że własna grupa zwycięży w konkurencji z grupami wrogimi. Te cechy pięściowców stają się nie tylko nieistotne, ale i szkodliwe, gdy budujemy tożsamość opartą na różności – wówczas widoczne staje się, że one niszczą więzi, burzą delikatną tkankę społecznych mostów. Trzeba ich re-edukować lub izolować, nie zbierać się wokół nich w nadziei na zwycięstwo za każdą cenę.

Ruchy emancypacyjne dyskryminowanych strukturalnie grup społecznych powstały po to, by domagać się w systemie społecznym przestrzeni dla tych grup. Zbyt często zapominamy dziś o tym, traktując pozapatriarchalną tożsamość jak młotek do walenia po głowie wszystkich, którzy nie mają określonych genitaliów, koloru skóry bądź orientacji. A przecież nie o to chodzi – nie o odwrócenie hierarchii, lecz o zakwestionowanie reguł strukturalnego braku dostępu i braku głosu. Zrobienie miejsca do tworzenia wspólnot demokratycznych, równych, prawdziwych. Dwie uczone, panie profesor (tak! mamy prawo używać różnych rodzajów do określenia naszych profesji – polszczyzna na to pozwala, a społeczność oparta na różności czerpie z tego energię) zarządzania, feministki Maria Daskalaki i Marianna Fotaki, podkreślają, że feminizm polega na przeciwstawianiu się uciskowi kobiet z powodu tego, że są kobietami. Nie chodzi o to, by celebrować kobiety uciskające innych ludzi równie dobrze jak hegemoniczni faceci. Feminizm dotyczy równości wszystkich kobiet i ludzi, nie chodzi o to, by pojedyncze kobiety odtwarzały męskie wzorce przywilejów i sprawowały władzę nad wszystkimi innymi. Taki „feminizm” to czysty kapitalizm tożsamościowy – marka „kobiecości” idzie w górę, „zróbcie nam miejsce śledzie, bo pani jedzie, rynek mówi, że jesteśmy tego warte”. Brawo my. Tylko, jakie, jacy – „my”? Co takie „my” właściwie łączy, oprócz poczucia krzywdy traktowanego jako akcja lub obligacja, dającego uprawnienia? Czy dałoby się takim „my” razem iść na barykady? Konie kraść? Oddać efekty swojej ciężkiej pracy komuś z tej grupy? Dać się zwolnić z pracy? Zginąć za kogoś?

Filozof i poeta Franco „Bifo” Berardi pisze, że różnicująca tożsamość to rezultat zamrożenia procesu identyfikacji, które to zamrożenie polega na redukowaniu złożoności do dających się przewidzieć wzorców, zdefiniowanych potrzebami psychologicznymi lub poglądami politycznymi. Daje iluzoryczne poczucie przynależności do jakiejś wspólnej przeszłości. Utrwalana jest wyznaczaniem granic, które często przyjmuje postać przemocy, agresji. Tymczasem solidarność łączy wspólną wizją przyszłości, aktywnym należeniem do niej, działaniem na jej rzecz. Utrwala ją tworzenie przyjaźni, więzi braterstwa i siostrzeństwa. Tożsamość różnicująca zawsze w końcu będzie poszukiwać ojca lub matki, lidera, bo straciła zdolność do odczuwania siostrzeństwa i braterstwa. Jeśli będzie miała pecha, znajdzie Il Duce, Trumpa lub Thatcherową. A pech chodzi po ludziach.

Mam od jakiegoś czasu kontakt z grupą Reformisterna, lewym skrzydłem szwedzkiej socjaldemokracji. Z przyjemnością obserwuję, jak rosną w siłę, jak rozwijają wizje. Z wielką radością patrzę też na ich spontaniczną różnorodność. Nikt nie jest tam za stary, za młody, za męski, za biały, za imigrancki. Każdy i każda znajduje miejsce dla siebie Ekonomiści pracują nad programem ekonomicznym, poeta w moim wieku jest jednym z szefów ruchu, imigrant z obco brzmiącym nazwiskiem zajmuje kluczową pozycję w kontaktach z mediami. Nie będąc członkinią partii przyłączyłam się do nich głównie z powodu tego poczucia koleżeństwa – razem raźniej. To hasło, które nie przypadło do gustu pewnemu polskiemu ruchowi politycznemu, tam pasuje świetnie. Nie mierzymy sobie niczego, nie przeliczamy, staramy się tworzyć i rozwijać wspólne dobro. Ideał parytetów istnieje, ale jako przestrzeń, gwarancja, by dopuszczeni do głosu byli ci, których w patriarchalnym, hierarchicznym świecie z definicji się odrzuca; lecz istnieje nie jako cel, ale jako środek do celu, który jest wspólny. Jak to działa? Sama nie wiem. Solidarność jest stanem łaski, nie strategią.

Nie, identyczność nie jest naszą bronią. Nie bez powodu pieśń głosi, że jest nią solidarność. To ona broni prawdziwie i pokojowo. Nie musimy być identyczni, aby z sobą rozmawiać. Ba, rozmawiając nie musimy sobie przytakiwać. Niech pięściowcy zostaną sami, my mamy do zbudowania cały, złożony świat bez kapitalizmu.

prof. Monika Kostera