przez Mateusz Perowicz | niedziela 5 stycznia 2020 | opinie
Temat ciągnie się od 2004 roku. To właśnie wtedy podjęto pierwsze działania związane z odbudową Pałacu Saskiego. Inwestycję przerwano w 2008 roku, jednak jej zwolennicy nie pozwolili, aby ta propozycja zniknęła z debaty publicznej. Stulecie odzyskania niepodległości było okazją do wznowienia dyskusji o odbudowie Pałacu Saskiego. Tylko po co mielibyśmy to robić?
W 2008 roku władze Warszawy zdecydowały o przerwaniu prac nad Pałacem i przekazaniu przeznaczonych na to środków na budowę drugiej linii metra, Mostu Północnego i rozbudowę stadionu Legii. Trudno odmówić tej decyzji racjonalności. Most obecnie nosi nazwę Marii Skłodowskiej-Curie i jest najdalej wysuniętym na północ mostem w stolicy. W 2018 przez most przejeżdżało średnio 65 877 pojazdów na dobę. Trudno wskazać lepszą inwestycję ratusza niż druga linia metra. Po niedawnym otwarciu odcinka Trocka – Dworzec Wileński liczba osób korzystających codziennie z tego środka transportu wzrosła do 180 tys. Planowane jest otwarcie trzech kolejnych stacji, budowane jest 6 kolejnych, a już powstają plany trzeciej nitki, która ma połączyć Gocław i Stadion Narodowy. Liczby wskazują jednoznacznie, że inwestycje te były trafione i pożądane przez mieszkańców Warszawy. W dodatku wpływają one na zmniejszenie korków, co usprawnia komunikację i niweluje zanieczyszczenia powietrza. Stadion Legii również służy mieszkańcom, po przebudowie może pomieścić ponad 31 tys. widzów. Odbywają się tam mecze czołowej warszawskiej drużyny oraz wydarzenia kulturalne. Rozwój infrastruktury sportowej jest konieczny, jeżeli poważnie myślimy o promocji kultury fizycznej i sukcesach sportowych.
Pałac Saski poświęcono więc dla inwestycji istotnych i potrzebnych mieszkańcom. Co najważniejsze, wszystkie wspomniane trzy obiekty, w przeciwieństwie do Pałacu, pełnią ważne funkcje i zostały wybudowane w konkretnym celu.
Jeżeli odbudowa Pałacu ma posiadać sens, powinna nieść ze sobą jakąś ideę. Powinna być symbolem zmiany systemowej. Problemów do rozwiązania jest bez liku. Odbudowany Pałac mógłby stać się symbolem deglomeracji, która jest odpowiedzią na wymieranie małych i średnich miast. Przenieśmy tam senat, ale wcześniej przenieśmy część mieszczących się w Warszawie instytucji do innych miast, a część urzędów wojewódzkich z ich stolic do mniejszych miast regionu. Senat, o którym wspomina się często w rozmowach o odbudowie Pałacu, odpowiada podobno za kontakt z Polonią. Jednak niczego konkretnego w tym zakresie nie osiągnęliśmy, a szkoda. Ludzie o polskich korzeniach, rozsiani po wielu zakątkach świata, to potencjał zarówno kulturowy, jak i gospodarczy.
Natomiast w przypadku Pałacu dominuje odmienne podejście. Najpierw się wybuduje, a potem pomyślimy, co z tym zrobić. Odbudowa nie wpisuje się w żadną strategię usprawnienia funkcjonalności miasta. To fanaberia. Wybudujmy, bo możemy. Oczywiście można bez trudu wymienić instytucje, które da się upchnąć w Pałacu, lecz nie na tym rzecz polega. W ten sposób można argumentować za budową absolutnie każdego budynku. Na przykład stadionu lekkoatletycznego, którego Warszawa nie posiada.
Ten problem wymieniany jest nawet na stronie największych zwolenników tego pomysłu, Stowarzyszenia Saski 2018. Możemy przeczytać tam wywiad z Michałem Borowskim, który mówi: „Budujemy [w Warszawie] tam, gdzie chcemy, a buduje ten, kto ma najlepsze plecy, komu się uda uzyskać odpowiedni plan miejscowy albo warunki zabudowy”. Chaos przestrzenny, według raportu KZPK PAN, kosztuje nas 84,3 mld zł rocznie. Przyczyną takiego stanu rzeczy są między innymi wadliwe plany miejscowe oraz „wuzetki”. Odbudowa tak dużego i znaczącego obiektu mogłaby stać się symbolem zmian, których potrzebujemy. W debacie o Pałacu nawet nie pada propozycja utworzenia Muzeum Odbudowy Warszawy, które przypominałoby tragiczną historię miasta i opowiadało o tytanicznej pracy przy jego odbudowie. Pomysł przywrócenia urzędu głównego architekta Warszawy niestety też się nie pojawia w tych debatach. Propozycje odbudowy Pałacu Saskiego to póki co jedynie wyraz megalomanii, za którym nie stoją żadne racjonalne argumenty usprawiedliwiające wydanie pieniędzy na ten cel.
Pałac Saski to nie jedyny pomysł na zabudowę Placu Piłsudskiego. Jednak inne propozycje są z reguły jeszcze gorsze. Pozostaje mieć nadzieję, że pozostanie on w takiej formie, w jakiej widzimy go obecnie. Pałac będzie kolejnym, wielkim, pięknym budynkiem, jakich pełno na świecie. Ludzie przejdą obok niego, zrobią sobie zdjęcie, ale nie wywoła to żadnej refleksji i nie skłoni do żadnej debaty. Najlepszym na to dowodem jest cała masa budynków w Warszawie odbudowanych po II wojnie światowej. Czy którykolwiek z nich wywołuje taką, dyskusję jak ten kawałek pustej przestrzeni? Czy którekolwiek z miejsc w Warszawie stało się generatorem tak rozlicznych debat o przeszłości i przyszłości? Ta dziura w miejskiej tkance przypomina o gehennie, jaka spadła na to miasto, o tym że coś utraciliśmy i tak powinno pozostać. Po World Trade Center też została dziura w ziemi.
Mateusz Perowicz
Grafika w nagłówku tekstu pochodzi z polskiej Wikipedii i przedstawia Pałac Saski przed zniszczeniem.
przez Jarosław Tomasiewicz | niedziela 22 grudnia 2019 | opinie
Lewica jako dziedzic Oświecenia opiera się na idei Postępu: zmiana ma być nie tylko historycznie zdeterminowana, ale też z natury rzeczy musi nieść pozytywne skutki. Zgodnie z linearną koncepcją dziejów, każda zmiana przybliża szczęśliwy Koniec Historii – świat jest wszak racjonalny! Istnieją jednakże lewicowe ideologie krytykujące paradygmat modernizacji. Nie negują Oświeceniowych wartości, ale kwestionują pogląd, że modernizacja może owe wartości urzeczywistnić. Należy do nich teoria zależności (zwana też dependyzmem) i jej pochodne.
Źródła
Marks i Engels byli entuzjastami tego, co dziś nazywamy globalizacją. Dla nich postęp ludzkości dokonywał się po linii prostej, jego ostatecznym celem miało być totalne panowanie człowieka nad przyrodą, spełnione dzięki rozwojowi techniki i centralizacji wysiłków. Rozwój gospodarki światowej spowodował wzrastającą wszechstronną współzależność narodów, produkcja i spożycie nabrały charakteru kosmopolitycznego, wraz z rozwojem kapitalizmu „odosobnienie i przeciwieństwa narodowe między ludźmi zanikają coraz bardziej”. Postępowi społecznemu i ekonomicznemu sprzyjają duże organizmy gospodarcze, dlatego w rozwijającym się świecie nie ma miejsca dla tradycyjnych, zamkniętych społeczeństw. Marks wierzył, że kolonialne panowanie Europejczyków odegra historycznie postępową rolę, dokonując, choć brutalnymi metodami, radykalnego przeobrażenia zacofanych kolonii w kierunku kapitalizmu, przemysłu, nowoczesności.
Nadzieje Marksa nie spełniły się jednak. Okazało się, że – jak udowodnili Alice i Daniel Thornerowie – np. w Indiach pod rządami brytyjskimi w latach 1815-1880 dokonało się odprzemysłowienie kraju, czemu dodatkowo towarzyszyła stagnacja produkcji rolnej. Marksiści musieli ustosunkować się do tych faktów. Podczas gdy jedni (wśród nich takie postacie jak August Bebel) znajdowali niezliczone argumenty usprawiedliwiające „misję cywilizacyjną białego człowieka”, inni uważali kolonializm za sprzeczny zarówno z humanitarnymi ideałami, jak i z interesem proletariatu. Interesująco prezentuje się na tym tle refleksja Karola Kautsky’ego, który w artykule „Ultraimperializm” (1914) przewidywał, że konkurencja imperialistyczna doprowadzi w końcu do stworzenia kartelu mocarstw. Ta wizja politycznej jedności zglobalizowanego kapitalizmu długo mogła wydawać się fantasmagorią, dziś jednak jawi się jako prorocza.
Pośród krytyków kolonializmu odnajdziemy jednak przede wszystkim Różę Luksemburg, która w wydanej w 1912 r. pracy „Akumulacja kapitału (przyczynek do ekonomicznego wyjaśnienia imperializmu)” dała wnikliwą analizę XIX-wiecznej globalizacji. Jej zdaniem, cała polityka kolonialna to nic innego jak akumulacja pierwotna realizowana w skali całego globu. Celem tej polityki jest wciągnięcie kolonii w orbitę handlu światowego: naród podbity ma stać się odbiorcą towarów metropolii – by to osiągnąć, niszczy się miejscową gospodarkę naturalną. Polityka podatkowa kolonialistów wciąga narody kolonialne w wir gospodarki towarowo-pieniężnej. Rozwój infrastruktury służy udostępnianiu metropolii bogactw naturalnych kolonii, stanowiącej surowcowy suplement. Luksemburg nie przechodzi jednak do porządku dziennego nad ofiarami tych procesów – w odróżnieniu od swego mistrza zdaje się im współczuć. Analizuje na przykładzie Indii i Algierii, jak kolonializm doprowadził do rozkładu wspólnot wiejskich, przekształcając chłopów w wielomilionową masę nędzarzy.
Lenin przełożył to na język praktyki. Jego teoria imperializmu różniła się od luksemburgistowskiej: o ile Luksemburg koncentrowała się na zewnętrznym aspekcie imperializmu tj. na podbojach kolonialnych, o tyle przywódca bolszewików akcentował przede wszystkim jego wewnętrzne implikacje. Tym niemniej z faktu nierównomiernego rozwoju ekonomicznego świata Lenin wyciągał wnioski odmienne niż Marks. To nie wysokorozwinięta Europa miała narzucić swój model rozwojowy reszcie globu, to Rosja – „najsłabsze ogniwo” imperializmu – miała stać się zarzewiem światowej rewolucji, zaś siłą napędową tejże byłyby m.in. antyimperialistyczne walki narodów kolonialnych i półkolonialnych. Skoro imperializm jest jedną całością, to proletariat powinien popierać wszystkie ruchy antyimperialistyczne (w tym też te potępiane dotąd przez marksistów jako „reakcyjne”, np. chłopski), a ściślej – wykorzystać je dla sprawy socjalizmu. Leninowska teoria imperializmu stała się arsenałem, z którego pełnymi garściami czerpały wszelkie ruchy narodowo-wyzwoleńcze chcące uchodzić za „postępowe”.
Jednak według Lenina, podstawową sprzecznością współczesnego świata pozostawał konflikt klasowy między proletariatem i burżuazją, ruchy narodowowyzwoleńcze mogły pełnić tylko funkcję pomocniczą. Jeden z uczniów Lenina poszedł wszakże o krok dalej, odwrotnie rozkładając akcenty. Mir Sayit Sułtan-Galijew, baszkirsko-muzułmański bolszewik, uznał, że podstawowym jest konflikt między Europą a narodami kolonialnymi i półkolonialnymi; miejski proletariat Europy jest tak samo obcy ludom Wschodu jak burżuazyjni kolonizatorzy.
Panislamski komunizm Sułtan-Galijewa został zdławiony jeszcze w latach 20., ale po kilku dekadach podobny obraz świata zaprezentowali komuniści chińscy z Mao Tse-Tungiem na czele. Dążąca do samodzielności Komunistyczna Partia Chin potrzebowała sztandarów, pod którymi mogłaby wzniecić rebelię przeciw hegemonii Kremla. Pierwszym z nich była obrona Stalina (jak wykazał Tony Cliff, stalinizm na tym etapie bardziej odpowiadał odbywającej się w ChRL pierwotnej akumulacji); drugim – hasło „światowa wieś okrąża światowe miasto”. Rzucił je w 1965 r. Lin Piao, uogólniając w skali globalnej taktykę „długotrwałej wojny ludowej”, która przyniosła KPCh zwycięstwo w wojnie domowej. Na IX Zjeździe KPCh w 1969 r. sformułowana została teza o zasadniczej sprzeczności między Trzecim Światem z jednej strony a rozwiniętymi krajami kapitalistycznymi i socjalistycznymi z drugiej. Sprzeczności klasowe okazywały się drugorzędne wobec „neokolonialnego spisku” supermocarstw dążących do hegemonii. Ostateczną formę koncepcja ta uzyskała w 1974 r., gdy Teng Siao-ping obwieścił „teorię trzech światów”, dzielącą świat na supermocarstwa, kraje rozwijające się i strefę pośrednią, obejmującą państwa rozwinięte, które uczestniczyły w wyzysku Trzeciego Świata, ale zarazem były zdominowane przez USA lub ZSRR.
Postawmy tu obrazoburczą tezę – teoria zależności to wyrafinowany intelektualnie maoizm. Oczywiście nie znaczy to, że szkoła dependystyczna była tubą propagandy Pekinu. Uważam jednak, iż dependyści postrzegali świat podobnie jak maoiści – tyle, że na innym, naukowo-teoretycznym poziomie. Oba nurty rozwijały się równolegle, zdarzały się między nimi przypadki osmozy (wszak maoistą był Samir Amin, jeden z czołowych przedstawicieli „teorii zależności”).
Geneza i rozwój
Bezpośrednim protoplastą teorii zależności był jednak nie marksizm (choć jego wpływu na dependyzm nie da się przecenić), lecz latynoamerykańska szkoła ekonomiczna zwana desarrollizmem. Ameryka Łacińska nieprzypadkowo stała się miejscem narodzin dependyzmu – formalnie niepodległa od z górą stulecia, wciąż jednak pozostawała zacofana. Niedorozwój regionu zmuszał ekonomistów do refleksji nad jego przyczynami. Ośrodkiem tejże refleksji stała się działająca od 1948 r. Comision Economica Para America Latina (CEPAL), kierowana w latach 1950-63 przez Raula Prebischa. Prebisch, najpierw monetarysta a później zwolennik Keynesa, w 1950 r. opublikował „The Economic Development of Latin America and Its Principal Problems”, w której poddał krytyce założenia keynesizmu jako nieadekwatne do sytuacji w Ameryce Łacińskiej, wprowadzając zarazem pojęcie gospodarki peryferyjnej. Podsumowanie swoich poglądów zawarł w artykule „Critica al Capitalismo Periferico”, opublikowanym w 1976 w „Revista de la CEPAL”.
Skupieni wokół CEPAL ekonomiści doszli do wniosku, że nie można rozpatrywać gospodarki narodowej jako zamkniętego systemu. Furtado napisał: „/…/ gospodarki słabo rozwinięte tworzą podsystemy, których zachowanie nie będzie mogło być całkowicie wyjaśnione, jeśli nie będziemy posiadać hipotezy dotyczącej struktury i funkcjonowania globalnego systemu /…/”. Analizując międzynarodowe powiązania gospodarcze, posłużyli się ogólną teorią systemów wypracowaną przez biologa Ludwiga von Bertalanffi – w myśl jego koncepcji, system charakteryzuje ekwifinalność („tendencja do osiągnięcia charakterystycznego stanu końcowego z wychodzeniem od różnych stanów początkowych i dążeniem do celu różnymi drogami”), sprzężenie zwrotne, zdolność przystosowawcza i zachowanie teleologiczne.
Doktryna CEPAL współbrzmiała z analizami takich marksistów, jak Paul Baran, który w „On the Political Economy of Backwardness” (1952) doszedł do wniosku, że kraje zacofane nie mają żadnych perspektyw rozwoju w systemie imperialistycznej integracji, charakteryzującym się dominacją kapitału finansowego metropolii, niedorozwojem burżuazji lokalnej i przewagą prekapitalistycznych sposobów produkcji. W wydanym pięć lat później dziele „The Political Economy of Growth” Baran pisał: „Królowanie kapitalizmu monopolistycznego i imperializmu w krajach rozwiniętych i organizacja społeczna krajów zacofanych są ściśle powiązane i stanowią jedynie dwa różne aspekty tego, co w istocie jest jednym problemem globalnym”.
Desarrollizm odbił się szerokim echem w innych krajach regionu, m.in. w Brazylii, gdzie koncepcję desenvolvivemento (rozwoju) głosił m.in. Celso Furtado w takich pracach, jak „El Desequillibrio Externo en las Economias Subdesenvolvidas” (1953) czy „Uma Economia Depediente” (1956). Tą drogą poszedł prezydent Kubitschek, inicjując program industrializacji przez państwo za pomocą inflacji kontrolowanej. Gdy jednak inflacja wymknęła się spod kontroli i program poniósł fiasko, desenvolvimentyści spolaryzowali się – ich lewica z Furtado na czele opowiada się za rozszerzeniem zakresu interwencji państwa (świadectwem tej radykalizacji są dzieła Furtado „Desenvolvimento e Subdesenvolvimento” z 1961, „Brasil: What Kind of evolution” z 1963 i „Dialectica do Desenvolvimento” z 1964 r.). Ekipa Furtado popiera populistyczny rząd prezydenta Goularta (zajmując tu przeciwną pozycję niż Prebisch, który tworzył swą teorię w opozycji do populizmu Perona, a następnie zaoferował swe usługi wojskowej dyktaturze gen. Aramburu). Pucz wojskowy z 1964 r. zmusza Furtado do emigracji – po krótkim pobycie na uniwersytecie Yale przenosi się do Paryża. Na emigracji powstają kolejne prace: „Teoria e Politica do Desenvolvimento” (1967), „La Concentracion del Poder Economico en los Estados Unidos y sus Proyecciones en America Latina” (1968), „A Hegemonia dos Estados Unidos e Subdesenvolvimento da America Latina” (1973), „O Mito Desenvolvimento Economico” (1974, wyd. polskie 1982).
Ostateczną formę teorii zależności nadał Andre Gunder Frank publikując w 1966 r. w „Monthly Review” artykuł „The Development of Underdevelopment”, a rok później pracę „Capitalism and Underdevelopment in Latin America. Historical Studies of Chile and Brazil”. Opisuje tam obrazowo światowy system ekonomiczny, który „składa się ze światowej metropolii (obecnie Stanów Zjednoczonych) i jej klasy panującej oraz jej lokalnych i międzynarodowych satelitów – lokalnych satelitów, które stanowią np. południowe stany USA, oraz międzynarodowych satelitów, jak Sao Paulo. O ile Sao Paulo jest lokalną metropolią w ramach lokalnego systemu, model będzie się składał dalej z jego satelitów: prowincjonalnych metropolii, /…/ a następnie z kolei ich regionalnych i lokalnych satelitów. /…/ cały łańcuch relacji metropolia – satelita sięga w dół do poziomu hacjendy i wiejskiego kupca, którzy są satelitami lokalnych metropolitalnych centrów handlowych, opierając się na chłopstwie jako na własnych satelitach”.
W rozwijanie teoria de la dependencia zaangażowali się liczni intelektualiści latynoamerykańscy: Fernando Cardoso, Celso Furtado, Osvaldo Sunkel, Helio Jaguaribe, Vania Bambirra, Ruy Mauro Marini, Theotonio Dos Santos, R. Pizarro, O. Caputo, E. Falletto. Rychło znaleźli odzew w Afryce (Samir Amin, A. Emmanuel, Walter Rodney) i Azji (Ranjit Sau, S. Lal). Paradoksalnie, teoria zależności spotkała się też z dużym zainteresowaniem w krajach wysokorozwiniętych – badania nad nią podjęli Immanuel Wallerstein w USA, Gavin Williams i E. A. Brett w Wielkiej Brytanii, Alain Touraine we Francji, Volker Bornschier w Szwajcarii, Johan Galtung w Skandynawii, Wiktor Tiagunienko i W. L. Szejnis w ZSRR, Tamas Szentes na Wegrzech. Nie zabrakło tu też Polaków: Ignacego Sachsa, Jana Kieniewicza, Witolda Kuli, Marcina Kuli, Henryka Szlajfera, Jerzego J. Wiatra. Dependyzm wywierał także wpływ na polityków Trzeciego Świata – przykładem może być choćby prezydent Ghany K. Nkrumah ze swą książką „Neocolonialism – the Last Stage of Imperialism” (1965).
W obrębie szkoły dependystycznej szybko pojawiły się różne kierunki. Wyróżniano np. eksternalistów (którzy akcentowali zewnętrzne oddziaływania Centrum) i internalistów (koncentrujących się na wewnętrznych uwarunkowaniach rozwoju); innym kryterium podziału było uznawanie prymatu stosunków wymiany (cyrkulacjoniści) lub peryferyjnych stosunków produkcji w determinowaniu sytuacji Peryferii. Z biegiem czasu wytworzyły się wszakże trzy zasadnicze nurty. Pierwszym była klasyczna teoria zależności, uznająca całkowite uzależnienie satelitów od metropolii. Głosili ją m.in. Frank, Brett, Szentes, Amin, a zwłaszcza Emmanuel, który w swej pracy „L’echange inegal” (1969) sformułował koncepcję wymiany nierównej i nierównej akumulacji.
Inni badacze (R. M. Marini, J. Galtung, L. Szejnis, B. I. Kowal) zwrócili natomiast uwagę na przyśpieszony rozwój niektórych krajów peryferyjnych (Brazylia, kraje naftowe, tzw. tygrysy Azji Południowo-Wschodniej) i postępujące rozwarstwienie w obrębie Trzeciego Świata; zjawisko to zdawało się zadawać kłam podstawowej tezie dependyzmu, że rozwój Peryferii jest niemożliwy. Marini w 1972 r. opublikował artykuł „Brazilian Sub-Imperialism”, w którym ogłosił teorię subimperializmu; zgodnie z nią pomiędzy krajami imperialistycznymi i peryferyjnymi istnieje ogniwo pośrednie w postaci państw subimperialistycznych. Państwa subimperialistyczne miały pośredniczyć w transferze bogactwa z Trzeciego Świata jako swoisty pośredni ośrodek akumulacji, pozwalało im to na prowadzenie względnie samodzielnej polityki ekspansji.
Szok naftowy 1974 r., ukazując, że zależność peryferii od centrum nie jest jednostronna i zupełna, przyczynił się do narodzin jeszcze jednej mutacji dependyzmu – teorii systemu-świata. Teorię tę sformułował Immanuel Wallerstein w dziele „The Modern World-System” (1974), a podjęli m.in. Christher Chase-Dunn, V. Bernschier, A. L. Zolberg. Wallerstein określany jest jako „neomarksista spod znaku Polanyi’ego”, ale stosunki wymiany są dla niego ważniejsze od stosunków produkcji, dlatego też walka klas to tylko specyficzny, ale nie wyjątkowy przypadek konfliktów społecznych. W teorii systemu-świata dependyzm został skrzyżowany z koncepcjami historyków Szkoły Annales z Fernandem Braudelem na czele; dostrzec można tu też wpływ młodszej generacji szkoły frankfurckiej (J. Habermas, Trent Schroyer) z jej koncepcją rozwoju zdominowanego i postulatem globalnej organizacji gospodarki.
Teoria systemu-świata jest w Polsce stosunkowo dobrze znana, dlatego jej prezentację pozwolę sobie pominąć. Przyjrzymy się natomiast klasycznej teorii zależności. O ile bowiem industrializacja niektórych krajów Trzeciego Świata w latach 1960-1990 stawiała pod znakiem zapytania teoria de la dependencia (a w każdym razie wymagała jej modyfikacji), o tyle ostatnia faza globalizacji ukazała z całą brutalnością ułudę rozwoju wmontowanych w system zależności krajów peryferyjnych (kryzys azjatycki, kryzys argentyński). W ten sposób zarzucony niegdyś pierwotny wariant dependyzmu ponownie staje się aktualny.
Założenia
Punktem wyjścia dla dependystów była konstatacja, że wszystkie obowiązujące teorie – monetaryzm, keynesizm, marksizm – są skażone piętnem eurocentryzmu i jako takie nieprzydatne dla Trzeciego Świata.
Pochylmy się nad stosunkiem do marksizmu, z którym związki ukazywałem na wstępie. Jeden z czołowych dependystów, Furtado, prezentuje się jako marksistowski rewizjonista, sceptyczny wobec niektórych tez marksizmu, ale akceptujący jego aparat pojęciowy i ogólne założenia. Wchodzi w spór z marksistami, gdy twierdzi, że walka klas nie jest motorem postępu, bo zamiera z chwilą zaspokojenia ekonomicznych żądań klasy robotniczej. Ponieważ nie sprawdziła się Marksowska teza o bezwzględnej pauperyzacji proletariatu – klasa ta utraciła swój rewolucyjny potencjał. Siłą sprawczą rozwoju są natomiast zmiany technologiczne. Przystosowanie się do nich implikuje konieczność przemian systemu wartości, ten zaś proces dokonuje się nierównomiernie, w zależności od stopnia zintegrowania danej grupy z nowoczesną gospodarką. W ten sposób Furtado jako pierwszoplanowe zdaje się widzieć konflikty kulturowe między grupami wyznającymi różne systemy wartości. Z tego punktu widzenia, brazylijski teoretyk negował też antagonizm między kapitalizmem i socjalizmem. Jego zdaniem, miała miejsce submergencja (upodabnianie się socjalizmu do kapitalizmu), czego dowodem było tworzenie w państwach bloku wschodniego wielkich przedsiębiorstw, opieranie ich działalności na rozrachunku gospodarczym, ich współpraca z przedsiębiorstwami kapitalistycznymi; twierdził też, że we współczesnych społeczeństwach zarówno Zachodu, jak i Wschodu rządzi – poprzez biurokrację – klasa intelektualistów. Oba rzekomo przeciwstawne systemy zostały potraktowane jako współuczestnicy eksploatacji Trzeciego Świata.
Dependyści podejrzliwie odnoszą się do liberalnej teorii korzyści komparatywnych, wedle której na międzynarodowej wymianie korzystają wszyscy uczestnicy. Postrzegają gospodarkę światową jako grę o sumie zerowej: zysk jednej strony oznacza stratę dla drugiej (aczkolwiek z zastrzeżeniem, że nie oznacza to bezwzględnego ubożenia peryferii, lecz nierówny podział zysku). Dlatego, według Franka, rozwój i zacofanie są „dwiema stronami tego samego medalu, to znaczy są wzajemnie uzupełniającymi się warunkami globalnego systemu akumulacji kapitału”. Furtado w swym „Micie rozwoju gospodarczego” sformułował kluczową tezę mówiącą, że „korzenie niedorozwoju gospodarczego sięgają ścisłego, powstałego w szczególnych historycznych warunkach związku między wewnętrznym procesem eksploatacji i zewnętrznym procesem uzależnienia”. Posunął się nawet dalej, do przypuszczenia iż „/…/ kapitalizm nie może istnieć bez asymetrycznych stosunków między podsystemami gospodarczymi i bez przejawów wyzysku społecznego, które leżą u podstaw niedorozwoju”.
Początki tego stanu rzeczy miały leżeć w epoce europejskiej ekspansji kolonialnej, gdy międzynarodowy podział pracy objął cały świat. O ile wcześniej Europa nie odstawała wyraźnie od reszty świata, to powstanie rynku globalnego (a zwłaszcza światowego systemu kapitalistycznego) przyniosło zasadnicze zróżnicowanie dynamiki rozwoju poszczególnych regionów. Krajom pozaeuropejskim został narzucony tzw. klasyczny podział pracy (pozornie oparty na wzajemnych korzyściach), w wyniku którego większość z nich utraciła autonomię i samowystarczalność ekonomiczną, polityczną i kulturową. Uzależnienie czasem następowało na skutek podboju, częściej jednak powstawało w efekcie układu pomiędzy metropolią (a ściślej jej elitą) a elitami krajów satelickich – układu nierównoprawnego, choć na krótki dystans korzystnego dla elity Peryferii.
Wymiana między metropolią a satelitami ma charakter nieekwiwalentny, gdyż gospodarczym monokulturom krajów peryferyjnych Centrum narzuca warunki poprzez globalny rynek zbytu. Pojawia się zjawisko asymetrycznej komplementarności. Wynika to z faktu – jak zauważył już Prebisch – że Centrum ma monopol na nowe technologie i wytwarzanie środków produkcji, natomiast Peryferie uczestniczą w procesie produkcji jako dostawca surowców dla przemysłu metropolii. W rezultacie „/…/ gdy centra zatrzymują cały zysk z postępu technicznego w swoim przemyśle, to kraje peryferyjne przekazują im część owoców swojego postępu technicznego”. Rozwój w tych warunkach oznacza błędne koło: zwiększanie produkcji surowców przez satelitów pogarsza – zgodnie z prawem popytu i podaży – terms of trade, i w rezultacie gałęzie eksportowe nie są w stanie pełnić funkcji źródła rozwoju społecznego. Co więcej, polityka proeksportowa oznacza pogłębienie uzależnienia, jako że trzeba kupować technologie, maszyny, komponenty, jest się więc uzależnionym od wahań rynku globalnego. Uprzemysłowienie Peryferii ma charakter imitacyjny. „Kapitalizm peryferyjny wywołuje – pisał Furtado – zjawisko mimetyzmu kulturowego i wymaga ciągłej koncentracji dochodów umożliwiającej uprzywilejowanym mniejszościom naśladowanie wzorców konsumpcyjnych krajów centrum”. W wyniku tego z jednej strony pogłębia się rozwarstwienie społeczne w krajach satelickich, z drugiej zaś następuje ekonomiczna i kulturowa homogenizacja społeczeństw Centrum (możliwa dzięki zyskom z eksploatacji Peryferii).
Dlatego dependyści (np. Frank) postrzegali gospodarkę światową jako łańcuch wymuszonych zależności łączących systemy o różnym poziomie rozwoju. Głównym instrumentem uzależnienia peryferii są oligopole. Jak napisał Furtado, „/…/ ustala się i upowszechnia sytuacja, która pozwala wielkim przedsiębiorstwom na korzystanie z techniki i kapitału centrum oraz z siły roboczej i kapitałów peryferii, co ogromnie zwiększa ich zdolności manewru i wzmacnia tym samym tendencję do »umiędzynarodowienia« działalności gospodarczej w obrębie systemu kapitalistycznego” (Furtado zauważał, że m.in. imigracja zarobkowa korzystna jest dla wielkiego kapitału). Emmanuel i Amin przenieśli Marksowskie schematy konkurencji wewnętrznej i międzybranżowej do analizy stosunków między krajami, tworząc koncepcję wymiany nierównej i nierównej akumulacji. Ponieważ kapitał jest mobilny a siła robocza immobilna, kapitał może korzystać z siły roboczej na Peryferiach, zaniżając koszty pracy. Głównym kanałem transferu wartości jest handel międzynarodowy – wraz z towarem wędruje nieopłacona część siły roboczej. Teoretycy ci wskazywali jednak różnych beneficjentów tego zjawiska: o ile według Amina korzystała z niego metropolitalna burżuazja i arystokracja robotnicza, o tyle zdaniem Emmanuela głównym beneficjentem była klasa robotnicza Centrum.
Wiązało się to z przekształcaniem stosunków klasowych w Centrum poprzez wewnętrzną „kolonizację kulturową”. Furtado uznając autonomię kulturową za warunek istnienia klasy dostrzega, że w Centrum kulturowa autonomia proletariatu została nadwerężona z powodu upowszechnienia burżuazyjnych wzorców konsumpcji, co rozbroiło metropolitalną klasę robotniczą. Prowadziło to do jeszcze bardziej obrazoburczych wniosków: ortodoksyjnie marksistowskiej tezie, że proletariat predestynowany jest do internacjonalizmu, Furtado przeciwstawia hipotezę, że współcześnie klasa robotnicza jest żywotnie zainteresowana obroną państwa narodowego. Czytamy: „Idea wzmocnienia internacjonalizmu klasy robotniczej jako odpowiedź na internacjonalizm wielkich przedsiębiorstw nie znajduje /…/ uzasadnienia w rzeczywistości. Jest całkiem możliwe, że duże robotnicze organizacje związkowe z krajów centrum przeciwstawią się wspólnie poczynaniom wielkich przedsiębiorstw zmierzającym do wyrównania spadku produkcji w jednym kraju (gdzie trwa strajk) przez zwiększenie produkcji w innym. Trudno jednak sobie wyobrazić, aby robotnicy przyczynili się do ograniczenia poziomu życia w swoim własnym kraju. Tym bardziej, że to właśnie robotnicy w krajach o najniższym poziomie życia musieliby poświęcić się w imię solidarności międzynarodowej”. W innym miejscu stwierdza zaś: „Możliwe jest, że klasy robotnicze podejmą wzrastający trud nadania kierunku państwu, które powinno przeciwstawiać się wielkim przedsiębiorstwom z pozycji siły. /…/ należałoby przyjąć, że rozwój klas robotniczych dokonuje się na drodze rosnącego utożsamiania się ze społeczeństwami narodowymi, do których należą /…/. Jednocześnie, zwiększający się nacisk grup kierujących wielkimi przedsiębiorstwami na klasę kapitalistyczną będzie kształtował jej wizję świata w kierunku przekraczania ram narodowych. Poczucie przynależności do »klasy międzynarodowej« charakteryzujące dzisiaj wyższe kadry biurokracji wielkich przedsiębiorstw, staje się stopniowo powszechną postawą wyższych warstw klasy kapitalistycznej”.
Dependyści znaczącą rolę przyznawali czynnikowi z reguły pomijanemu przez ekonomistów – zależności kulturowej. Ich zdaniem, integracja międzynarodowa, w wyniku której wartość dodatkową wypracowywaną przez autochtoniczny lud przywłaszcza burżuazja zagraniczna i kompradorska, prowadzi do nakładania się podziałów klasowych z narodowymi. Najczęściej następuje to poprzez westernizację elity, która nadwyżki wydaje na import towarów luksusowych z Centrum (przed oczami staje nam w tym momencie polityka handlowa Rzeczpospolitej szlacheckiej). Jak zauważa Furtado, wykorzystanie nadwyżki zależy od przewagi kulturowej. Dlatego nieodłącznym aspektem uzależnienia ekonomicznego i politycznego jest „gwałt symboliczny”. Centrum eksportuje do Peryferii swoje normy i wartości, co prowadzi do degradacji rodzimej kultury, a w skrajnych (choć coraz częstszych) przypadkach do akulturacji, rozerwania kulturowej tkanki społeczeństwa. Furtado formułuje więc wniosek, że społeczna własność środków produkcji nie wystarcza do usunięcia zależności, jeśli kraj byłby nadal kulturowym satelitą centrum (i tu znowu nasuwa się przykład PRL, zwłaszcza w epoce Gierka).
Anty-Postęp
Powyższa analiza doprowadziła dependystów do wniosku, że postulat rozwoju Trzeciego Świata jest szkodliwą mrzonką, ponieważ uzależnia od Centrum i pogłębia nierówności wewnętrzne. Zakwestionowali oni nawet sam paradygmat Postępu, tkwiący u korzeni myśli lewicowej. Furtado za mit uznał pogląd, że „rozwój gospodarczy taki, jaki miał miejsce w państwach, które przewodziły w rewolucji przemysłowej, może być uogólniony. /…/ Idea ta z kolei prezentuje przedłużenie mitu rozwoju, podstawowego elementu ideologii wywodzącej się z rewolucji burżuazyjnej, która zrodziła współczesne społeczeństwo przemysłowe”.
Dependyści nie byli wszakże epigonami starego świata, lecz prekursorami nowego myślenia. Furtado już w połowie lat 70. prorokował: „Koszt tego [charakterystycznego dla krajów Centrum – J. T.] sposobu życia, przejawiający się w niszczeniu środowiska fizycznego, jest tak wysoki, że każda próba jego upowszechnienia prowadziłaby nieuchronnie do upadku całej cywilizacji, a nawet wystawiłaby na niebezpieczeństwo przetrwanie gatunku ludzkiego”.
Jarosław Tomasiewicz
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Obywatelu” nr 26, jesienią 2005 roku.
przez Konrad Ciesiołkiewicz | czwartek 19 grudnia 2019 | opinie
Paradoks rozmowy o problematyce pracy polega na tym, że ma ona bezpośredni i ogromny wpływ na nas wszystkich, a mimo to z trudem przebija się do poważnej debaty. Zwykle dyskusja na tematy relacji z pracą kończy się na podaniu kilku liczb i tworzeniu na tej podstawie rzekomych trendów. Trwamy w swoistym letargu w tej kwestii. Tymczasem zapowiadana „czwarta rewolucja przemysłowa”, oparta na cyfryzacji i sztucznej inteligencji, powinna nas z tego letargu obudzić. I to nie dlatego, że zmiana technologiczna jest zła. Ale dlatego, że powinniśmy sobie zdać sprawę z odpowiedzialności, jaka w tej sprawie na nas ciąży. Musimy sobie uświadomić, że źle „zaprojektowana” zmiana związana ze zmianami technologicznymi może nieść całą masę zagrożeń społecznych, przede wszystkim związanych właśnie z pracą i relacjami z pracą. Dla miliardów ludzi na ziemi oznacza ona doświadczanie tempa zmian, jakie nieznane były dotąd w historii. Adaptacja do takich warunków wszystkich i w krótkim czasie jest w zasadzie niemożliwa.
Środek nie jest celem
Dlatego wśród obszarów szans i równocześnie zagrożeń wymienia się rozwój społeczno-ekonomiczny i poziom nierówności społecznych, formy oraz istotę zatrudnienia. Ale także funkcję pracy, modele zarządzania przedsiębiorstwami oraz edukację na każdym właściwie poziomie kształcenia.
O szansach słyszymy wiele. Znacznie rzadziej przyznajemy się do własnego niewłaściwego stosunku do technologii, w którym to ona jest w centrum uwagi i dla wielu staje się celem samym w sobie. Neil Postman do opisu stanu kultury, polegającego na odnajdowaniu jedynego sensu ludzkiej egzystencji w technice, używał sformułowań „technopol” i „technokracja totalna”. Technika, która miała sprawiać, że będziemy szczęśliwsi, wydaje się prowadzić w wielu przypadkach do ludzkich tragedii indywidualnych i masowych oraz do rosnącego poczucia zagrożenia. A także do odwrócenia ról, kto nad kim panuje. Mając świadomość zafundowanego sobie przez nas stanu mentalnego i „ubóstwienia” techniki oraz rozwoju w rozumieniu wskaźnika PKB, warto sięgnąć do analiz Ericha Fromma, będących jednocześnie przestrogą przed bezkrytycznym kultem techniki.
Po pierwsze Fromm twierdził, że tak przyjęta droga rozwoju prowadzi do stanu alienacji, a więc sytuacji, w której osoba doświadcza sam siebie jako obca, „nie doświadcza sama siebie jako ośrodka świata, jako twórcy własnych czynów, lecz jej czyny i jej skutki zaczynają nad nią panować” (E. Fromm, „Zdrowe społeczeństwo”). Po drugie, szedł nawet dalej, przekonując, że „ubóstwienie” techniki, a więc materii nieożywionej, jest formą specyficznej nekrofilii i że istnieje w świecie aż w nadmiarze dowodów, że połączenie ludzkiej destrukcyjności z techniką kończy się zawsze źle dla człowieka. To zaburzenie relacji i mylenia środka, jakim jest technika, z celem, jakim jest służenie człowiekowi, od zawsze było też widoczne w nauczaniu społecznym Kościoła. Prymat pracy człowieka nad techniką i kapitałem wybrzmiał wyraźnie w „Laborem exercens”. Z kolei w dokumencie „Populorium progressio” czytamy: „Rozwój, o którym mówimy, nie ogranicza się jedynie do postępu gospodarczego. Aby był prawdziwy, powinien on być zupełny, to znaczy winien przyczyniać się do rozwoju każdego człowieka i całego człowieka. Dlatego jeden z wybitnych znawców tego przedmiotu z całą słusznością tak pisał: Nie godzimy się na oddzielenie spraw ekonomicznych od tego, co ludzkie, ani też na rozważanie ich odrębnie od cywilizacji, do której należą. Naszym zdaniem wielce trzeba cenić człowieka, każdego człowieka, wszelką ludzką społeczność i całą ludzkość”.
Uwiązanie człowieka do techniki, ale też „techniczne patrzenie” na relacje międzyludzkie (gdzie każdy ma wyznaczone miejsce w procesie produkcji), było też tematem, który interesował jednego z najsłynniejszych polskich psychiatrów, prof. Antoniego Kępińskiego. W pesymistycznej części swojej „Prognozy psychiatrycznej” naświetlił jeden ze scenariuszy w następujący sposób: „Poczucie chaosu, wrogości do otaczającego świata, bezsensu własnego życia i tego, co wokół się dzieje etc., będzie narastać, tak, że wyzwoleniem stanie się możliwość oparcia się o bądź jaką, choćby najbardziej irracjonalną ideologię. W niej bowiem znaleźć będzie można porządek i poczucie sensu, fałszywe wprawdzie, ale lepsza jakakolwiek integracja i jakikolwiek cel życia niż żaden. Wzrośnie zapotrzebowanie na fałszywych proroków, a ci, jak wiadomo, łatwo prowadzą społeczeństwo do katastrofy”.
Każde gruntowne i nagłe zmiany pociągają za sobą ryzyka ulegania „fałszywym prorokom” i fałszywym wizjom. Mając świadomość własnych ograniczeń, wraz z kilkoma zaprzyjaźnionymi osobami i środowiskami, uruchomiliśmy inicjatywę „Praca w dobie czwartej rewolucji przemysłowej”.
Polega ona na stworzeniu przestrzeni do rozmowy ze wszystkimi środowiskami, którym na sercu leży troska o społeczny dobrostan – ekspertami akademickimi, działaczami społecznymi, politykami i związkowcami. Wspólnie wypracować chcemy rekomendacje, które pozwolą przynajmniej w pewnym stopniu „zaprojektować” dziejącą się rewolucje technologiczną z uwzględnieniem najlepiej pojętego interesu społecznego. Dotyczyć one mogą zarówno poziomu mikro – własnej organizacji – czy sektora, samorządu lub państwa. Chodzi nam o zrobienie pierwszego kroku.
Kompleksowa polityka
Fundamentalne znacznie w tym przedsięwzięciu i w przemianach odgrywać będzie kwestia zdrowia psychicznego, a nawet szerzej, psychospołecznych warunków pracy. Na związek kondycji psychicznej z wykonywaną pracą i poczuciem sensu zwraca uwagę prof. Christina Maslach, postulując przełamanie sztucznie wbudowanego w naszą świadomość przekonania, że wartości kluczowe w życiu ludzi, takie jak rodzina, poszukiwanie szczęścia, pokoju i wiara w ogólnoludzkie wartości, nie powinny odnosić się do miejsca pracy. Takie przekonanie powoduje bowiem lawinowy wzrost wskaźników wypalenia zawodowego, chorób psychicznych, rwanie więzi społecznych i wiele innych problemów, z którymi do tej pory nie mieliśmy do czynienia na tak szeroką skalę. Kiedy dodatkowo weźmiemy pod uwagę wprost fatalny – w oczach wielu decydentów od trzydziestu lat – status polskiej psychiatrii i opieki psychologicznej w każdej grupie wiekowej, to trudno nie mieć przekonania, że siedzimy na „bombie atomowej”.
Trafnie diagnozuje istotę tego zjawiska prof. Monika Kostera: „Bardzo często pisze się w prasie na tak zwanym Zachodzie o problemach zdrowia psychicznego w zawodach najbardziej narażonych na takie warunki funkcjonowania, na przykład akademików. Neoliberalizm także ten problem prywatyzuje, często dyskutowany jest jako problem indywidualny takich pracowników. Zaleca się im, na przykład, mniej czasu poświęcać na rozrywki i więcej spać – to oczywiście ich odpowiedzialność, że czują się niedobrze. Często w domyśle raportów medialnych na ten temat jest prosty morał: trzeba zadbać o siebie, brak zdrowia jest kosztowny i ryzykowny, a na miejsce każdego, kto wypadnie z gry, są tłumy wygłodniałych oczekujących”.
Obarczanie jedyną odpowiedzialnością indywidualnych osób jest nieporozumieniem. Nikt rozsądnie dzisiaj myślący nie sądzi, że rozwiązanie polega na alternatywie: albo cała odpowiedzialność po stronie jednostki, albo po stronie systemu. Rzecz w tym, że zdecydowanie za mało miejsca i czasu poświęcamy systemowi, który kształtuje naszą kondycję w długim okresie. Takim systemowym rozwiązaniem, szczególnie w ciągle rosnącym tempie zmian wokół, powinna być kompleksowa polityka zarządzania psychospołecznymi zagrożeniami środowiska pracy, obejmująca bardzo szeroki wachlarz spraw: dobre praktyki w zakresie zarządzania, radzenie sobie ze stresem i wypaleniem, przemocą – a szczególnie dyskryminacją, lobbingiem, molestowaniem, zarządzaniem różnorodnością w miejscu pracy, zdrowiem fizycznym, sprawnością i niepełnosprawnością czy wsparciem społecznym. Punktem wyjścia powinno być założenie, że dobrostan ludzi w pracy i pozytywne relacje pracownicze są wartością bezcenną. Nie powinna się też ograniczać do wielkich zakładów pracy, a być może wyjść także poza teren uznawany za „zawodowy”, bo coraz częściej pracujemy dzisiaj w sposób rozproszony i zdalny. Krótko mówiąc, zbudowanie takich rozwiązań jest przede wszystkim zadaniem instytucji państwa i środowisk zaangażowanych w życie publiczne.
Wiele inspiracji i rozwiązań znajduje się w rekomendacjach wyspecjalizowanych organizacji międzynarodowych, w tym Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy (EU-OSHA), OECD, ONZ – MOP i WHO.
Właśnie według analiz UE-OSHA, Polska znajduje się wyraźnie poniżej średniej UE, jeśli chodzi o profilaktykę zagrożeń (szczegóły w grafice poniżej). 
Przeciwdziałanie zagrożeniom w miejscu pracy powiązane jest, między innymi, ze świadomością kadry zarządzającej, istnieniem właściwych przepisów, ale także z zaangażowaniem, świadomością i współpracą pracowników oraz z działaniami podejmowanymi wspólnie z partnerami społecznymi mającymi na celu wdrożenie porozumienia ramowego UE w sprawie stresu związanego z pracą. Przypomnę, że bijemy niechlubne rekordy pod względem wielu wskaźników opisujących jakość stosunków pracy: odczuwanie stresu, liczba przepracowanych godzin, relacje pracownicze, zaufanie w miejscu pracy i związany z tym kapitał społeczny, rotacje zawodowe i inne. „Financial Times” prowadzi akcję zbierania dobrych praktyk dotyczących wspierania zdrowia psychicznego w miejscach pracy, walki ze stresem i wypaleniem. Nazwał ją akcją „Tabu biliona dolarów”, bo na tyle – poza oczywistymi kosztami społecznymi – szacuje się finansowe straty dla światowego PKB rocznie z powodu dysfunkcji psychicznych pracowników. Jak najprędzej powinniśmy pokusić się o takie analizy dla Polski. Choć tu mam pesymistyczną diagnozę: przy dzisiejszym stanie świadomości, rozwiązaniach prawnych i funkcjonowaniu instytucji rynku pracy, a szczególnie niedocenianej politycznie Państwowej Inspekcji Pracy, dojrzałe podjęcie takiego wyzwania wydaje się mało prawdopodobne.
Ta sama UE-OSHA jako nowe zagrożenia diagnozuje między innymi: „technostres” – wynikający z niemożliwego do dopasowania się tempa, zacierania się granic między pracą a życiem prywatnym, rosnącej presji wydajności, stałego nadzoru i ingerowania w życie osobiste. Wskazuje też na rodzące się nowe potrzeby, jak na przykład nowe modele negocjacji zbiorowych, w których pracownicy świadczą pracę dla kilku przedsiębiorców, pracując w różnych miejscach z różnymi warunkami współpracy, zatrudnianie oparte na współpracy przedsiębiorców, pozwalające przełamać problem izolacji zawodowej i jednocześnie zapewnić bardziej stabilne warunki pracy, wydłużanie wieku aktywności, czy potrzebę uczenia się przez całe życie.
Wskazana wyżej lista EU/OSHA, to tylko jedno ze źródeł naszej motywacji. Posiadanie takiej polityki byłoby formą zamontowania społecznego bezpiecznika w dominujące obecnie w Polsce „myślenie przemysłowe”. We wspólnym poszukiwaniu takich bezpieczników nie powinno zabraknąć wrażliwości reprezentowanej przez środowiska i osoby z kręgu „Nowego Obywatela”!
Konrad Ciesiołkiewicz
przez redakcja | sobota 14 grudnia 2019 | klasyka, opinie
Jeszcze niedawno mówiono o kryzysie jak o mitycznym potworze lub żywiole w rodzaju huraganu; dziś głosy te nieco przycichły, bo wskaźnik biura koniunktur oznajmił, że kryzys już się skończył. Nareszcie! Każdy odetchnie swobodniej, nie dlatego, żeby ludzie doznali ulgi, lecz dlatego, że będzie można pomówić o piekle bez zwalania winy na Belzebuba.
Nędza!… Dla zwykłego śmiertelnika ów wyraz jest wszystkim i wszystko wyjaśnia. Nie potrzeba żadnych komentarzy, żadnych dodatkowych wyjaśnień, gdyż każdy wie, że najpierw idzie krzywda, a później nędza, którą koniecznie trzeba „przetrwać”. Tak myślą ci, którzy w swoim położeniu są bezradni. Ale dla tych, którzy mogliby coś pomóc, złagodzić, owe proste wyrazy nic nie znaczą i koniecznie trzeba dowodzić przyczyn, szukać źródła, wskazać winowajcę i dowieść swojej słuszności. Toteż starym zwyczajem pozwólmy popłakać sobie trochę, bo naprawdę mógłby kto pomyśleć, że już jest wszystko dobrze.
Ośmiogodzinny dzień pracy jest największą zdobyczą ustawodawczą świata pracy w niepodległej Polsce; zdobyczą, o której ciągle tylko marzą dziesiątki tysięcy chałupników. To są sprawy bolesne, dobrze wszystkim znane, ale bynajmniej nie jedyne na naszym rynku pracy.
Trzeba dobrze zajrzeć do suteren, poddaszy, a znajdziemy ich dużo więcej u tych, którzy prawem mają zagwarantowaną normę ośmiogodzinną, ale nie mają zagwarantowanego dostatecznego zarobku. Pracują po większych zakładach przemysłowych lub handlowych, jakim jest trudno wyłamać się spod nadzoru ochrony pracy, lecz już dawno wyłamali się spod nadzoru sumienia, folgując sobie tam, gdzie prawo nie sięga.
Robotnicy wspomnianych instytucji pracują osiem godzin na dobę, ale niskie zarobki nie pozwalają im reszty dnia spędzić na odpoczynku.
Niedostatek zmusza ich do szukania dodatkowych, dorywczych zajęć dla łatania wiecznie deficytowego budżetu.
Jeżeli dzisiaj zarabia ktoś miesięcznie około dwustu złotych, to patrząc na swego kolegę zarabiającego sto złotych albo i mniej, nie może wyjść z podziwu, jak można z tak niskiego dochodu utrzymać siebie z rodziną. Trochę cierpliwości, a można odgadnąć zagadkę. Wystarczy się przyjrzeć ich bieganiu z ulicy na ulicę przez drugie osiem godzin, piłowaniu, stukaniu i praniu po całych nocach, a wszystko dokładnie się zrozumie. Zrozumie się, że norma ośmiogodzinnego dnia pracy jest dla nich tylko fikcją, którą się w nich wmówiło i w którą w wiecznej gorączce niedostatku uwierzyli. Do grupy powyższej należy cały szereg niższych funkcjonariuszy państwowych, pobierających netto od 90 zł miesięcznie, i robotnicy zatrudnieni z funduszu drogowego i inwestycyjnego.
Może ktoś tam z zadowoleniem pomyśli sobie, że nasze państwo może być dumne z tak dzielnych obywateli, którzy mimo niedostatecznego wynagrodzenia umieją jakoś sobie radzić i są pełnowartościowymi pracownikami. Może ktoś się i oburzy na nicowanie cudzej pracowitości, uchodzącej od zarania dziejów za wielką cnotę. A pewno znajdą się i tacy, którzy z owych faktów ukują broń dla własnych celów. Przecież to potworne?… Ludzie chcą dłużej pracować, a ktoś w nich wmawia potrzebę przestrzegania ściśle ograniczonego czasu. Ktoś, sam nie będący robotnikiem, zabrania innym pracować dłużej; zabrania wbrew naturalnemu pędowi właściwych robotników.
Ba! nawet będą się zachwycali pracowitością „szarego człowieka”, nic więcej poza tym nie dostrzegając. Nie dlatego, żeby byli aż tak ciemni, ale dlatego, że własny interes ciężarem egoizmu osiadł na ich mózgach. Ta krótkowzroczność dzisiejszego kapitalizmu sprawia wrażenie, jakby wiedział o swojej ciężkiej chorobie; chorobie nie dającej się uleczyć dotychczasowymi środkami. Wie, że uzdrowić go może tylko operacja i wie, że w podobnym stanie nie przetrwa długo, że musi skonać, ale nie ma odwagi poddać się owej operacji. Zgarnąwszy te wszystkie swe bogactwa pod siebie, strzeże ich pilnie, drży, wzdycha i oczekuje jakiegoś cudu, który by go uzdrowił.
Znane to zjawisko, że nadmierna zapobiegliwość rozwija się u ludzi chciwych; oraz że zapobiegliwość ta nie stwarza z niczego, lecz zagarnia już istniejące wartości z uszczerbkiem mniej przebiegłych.
Niektórzy z tych „zapobiegliwych” zdają sobie sprawę, komu szkodzą i czyim kosztem sobie byt poprawiają: ci dzięki tej świadomości mogą poniekąd sami nad sobą sprawować kontrolę, ażeby innym nie uczynić zbyt wielkiej krzywdy. Większość jednak traktuje swą chciwość jako zaletę charakteru i bez skrupułu odbiera innym sposób zarobkowania. Kłusownicy rzemiosła nie utrzymują specjalnych warsztatów, nie płacą z tego tytułu żadnych podatków, ani świadczeń i mogą taniej przyjmować zamówienia: wskutek tego stają się groźnym konkurentem drobnych warsztatów rzemieślniczych, które nie mogąc wytrzymać współzawodnictwa, również tylko marzyć mogą o dniu pracy ośmiogodzinnym.
Gdyby ktoś miał możność i chęć zadania sobie trudu obliczenia, ilu robotników jest u nas w stanie utrzymać się z dochodu ośmiogodzinnego dnia pracy, otrzymałby wyniki bardzo mizerne. Gdyby zaś dodać sumę godzin roboczych i podzielić przez sumę zatrudnionych robotników we wszystkich dziedzinach pracy otrzymalibyśmy długość przeciętnego dnia roboczego, która w żadnym wypadku nie zamknęłaby się w ośmiu godzinach, a kto wie, czy nie przekroczyłaby godzin dziesięciu.
Doszliśmy do bardzo prostego wniosku: należy nie tylko wprowadzić, ale stosować wszędzie ośmiogodzinny dzień pracy; należy ścigać prawem kłusowników. Czy jednak w dzisiejszych warunkach byłoby to możliwe? Czy nie byłoby zbyt nieludzkie? Liczba bezrobotnych może by spadła, ale suma dochodu wszystkich robotników nie zwiększyłaby się, a więc zmiana ta nie miałaby wpływu na rynek gospodarczy.
Więc cóż?… Pozostaje nam stara piosenka, której podniszczonych strof nie warto przepisywać. A jednak pisać trzeba. Jeżeli człowiek jest pewny swej słuszności, to musi mieć odwagę nie tylko pisać i mówić, ale głośno wołać, wołać nawet w obliczu tych, którzy go słuchać nie chcą. Polska jest wylęgarnią różnych haseł, więc i my mamy zamiar swe hasło wysunąć. Zamiast „Daj grosz na pomoc zimową”, radzi byśmy wszystkim codziennym i okresowym pismom wprowadzić stałe hasło i drukować je wielkimi czcionkami: „Nie wyzyskuj pracownika, bo szkodzisz własnym interesom”.
Jeżeli zalecane przez nas hasło będzie zrealizowane, nie zajdzie nigdy potrzeba głoszenia w tym zakresie innych.
Nasze związki zawodowe i opinia publiczna skupiły uwagę na pulsie wielkich zakładów, jak gdyby one miały wyłączną władzę rozwiązania węzła bezrobocia. Cóż jednak się osiągnie, chociażby w tych zakładach uzyskano skrócenie dnia do sześciu godzin pracy, kiedy druga bodajże większa armia będzie nadal pracowała do szesnastu godzin na dobę. Robotnik to nie tylko ten zatrudniony w wielkiej fabryce, ale ten, co pracuje we własnym mieszkaniu, na własnym stołku. A jakże często ci, co walczą o poprawienie bytu szerokich mas targują się z szewcem, kiedy żąda od nich 50 groszy drożej za zelówki. Wysiłek państwa i całego społeczeństwa musi iść w tym kierunku, ażeby całkowicie wprowadzić w życie to, co już się stało prawem obowiązującym. Ponieważ państwo w bardzo szerokim zakresie jest i pracodawcą, powinno nasamprzód unormować wynagrodzenie na takiej wysokości, żeby pracownicy nie mieli potrzeby szukać zajęć dodatkowych. Jeżeli przypomnimy ostatnią reformę uposażeniową i powołamy się na motywy podniesienia gaży urzędnikom wyższym, to jednocześnie powyższe motywy musimy zastosować i do warstw najniższych, jeżeli naprawdę chcemy wyjść z labiryntu sprzeczności.
Akcji zwycięskiej nie da się prowadzić w warunkach takich, przy których przełożeni będą syci, a szeregowcy pozostaną głodni. Dobro państwa nie rozwinie się w hierarchii wysokich gaż, zawarowanych dla wyższych urzędników, przy nędzy i poniewierce tych, którzy byli i w razie potrzeby będą żołnierzami. Trzeba dźwignąć z nędzy szerokie masy, a tym samym dźwigniemy i państwo.
Ideą głodnego jest tylko jedno, ażeby się chociaż raz dobrze najeść i nic więcej poza tym.
S. Kleszcz
________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Epoka” (w rubryce „Głos robotnika”) nr 19(98), Warszawa, 5 października 1937 r. Pismo było lewicująco-postępowym dwutygodnikiem wydawanym przez środowiska piłsudczykowskiej inteligencji krytycznej wobec tendencji autorytarnych i zwrotu w prawo obozu sanacyjnego.
przez Monika Kostera | wtorek 10 grudnia 2019 | opinie
Kiedyś, dawno temu, w ubiegłym stuleciu, sąsiadki opowiadały sobie z przejęciem straszne historie z życia lub z prasy o tym, jak czyjaś droga córka lub miły narzeczony pewnego razu „uciekli z sektą” i już nigdy nie było tak jak przedtem. To doświadczenie gruntownie ich zmieniało. Nawet, jeśli kiedyś potem wrócili do domu, nie byli już nigdy sobą, stawali się kimś innym, obcym. „Pani kochana”, mówiła z przerażeniem sąsiadka sąsiadce, „oni tam piorą mózgi i to koniec już jest”. Dziś nie słyszy się takich historii, ale przecież każda i każdy z nas ma ich wiele do opowiedzenia, z tym że nie o tajemniczych sektach piorących mózgi, jak w gotyckiej powieści, lecz o czymś znacznie bardziej nowoczesnym, ba, prestiżowym i naukowym. Kto z nas nie zna osoby, która wzięła udział w szkoleniach liderszipu lub kołczingu liderów i wróciła zmieniona, inna, reagująca irytacją na zainteresowania, wartości, idee, które kiedyś nas z nimi łączyły?
Odmienieni, mówią już innym głosem, z nową emfazą, przestają słuchać tego, co do nich mówimy. Czujemy z ich strony irytację i odrzucenie, zastanawiamy się, co robimy źle, czemu oto straciliśmy przyjaciela. Za to zyskaliśmy osobistość. Możemy się pochwalić, że znamy kogoś Ważnego. Coś się stało z wnętrzem takiej osoby, jakby go ubyło. Za to przybyło ogromnie dużo czegoś na zewnątrz – jakaś taka aura ważności, wobec której to, co dla nas ma znaczenie, nagle staje się nieistotne. Osoby te mówią same o sobie inaczej niż wcześniej, z przekonaniem i pewnością, której im dotąd brakowało.
W odróżnieniu od historii o sektach, to nie jest jednak kwestia magii i nagłego oczarowania, lecz przemiana całkiem racjonalna, dostępna, nauka, którą samemu można (za odpowiednią opłatą) posiąść. To język, który umożliwia i definiuje mówienie o sobie w kategoriach sukcesu, kariery, wagi i powagi. I który definiuje wszelkie inne relacje w tych kategoriach. Sfrustrowany współpracownik nagle zmienia się w osobę, z którą należy porozmawiać o aspiracjach do kariery. Nieskłonna do szerowania statusów, skądinąd oddana sprawie znajoma, zmienia się w niepotrzebną masę. Od czasów Ludwiga Wittgensteina wiemy, że język wyznacza i definiuje nasz świat. I my może nauczyć się tego języka, jeśli tylko włożymy w to odpowiedni wysiłek. Nie wiem, jak Państwo, ale ja bardzo, bardzo nie chcę, choć strasznie lubię się uczyć. Nie jestem w tym osamotniona.
W lipcu kolega organizował konferencję. Zaprosił kilka osób w charakterze mówców, „keynote speakers”. Przysłał nam krótkie notki biograficzne o nas do korekty. Pamiętam to uczucie ciepła w dołku, które rozeszło mi się po całym systemie, gdy dostałam od niego tę notkę. Siedziałam chwilkę z takim wielkim poczuciem wdzięczności w trzewiach, zanim odpowiedziałam, że jest świetna. Jasne – mogłam coś dodać, coś skorygować. Ale nie chciałam psuć tej chwili, tak rzadkiej w obecnych czasach, gdy to ktoś inny zadał sobie trud i napisał coś o mnie. Że nie muszę się chwalić. Jak strasznie miło, gdy ktoś powiedział coś o mnie, zauważył, że jestem. Potem okazało się, że wiele zaproszonych przez niego osób czuło w tym momencie dokładnie to samo. Staliśmy razem podczas przerwy, przed budynkiem, i dzieliliśmy się tym dziwnym i dość złożonym uczuciem – a także naszą radością, że nie byliśmy z nim sami, że inni też tak mieli. Wdzięczność. W świecie, gdzie istnieją tylko ci, którzy uprawiają samopromocję, wielkim zaszczytem jest móc ją odczuć.
A przecież kiedyś można było być nieśmiałym, zdaje się, że nawet było to normalne. Można było stosować autoironię, samopomniejszenie – to było wtedy szlachetne, nawet jeśli często niezbyt szczere. Autolans był… opcjonalny. Pamiętam, jak później, gdy obyczaj wynoszenia siebie ponad poziomy zaczynał stawać się obowiązkiem, towarzyszył temu bunt wielu osób i głośno wyrażany sprzeciw. Dziś wszyscy już ten obowiązek opanowaliśmy. Sama trzaskam bionotki i autoprezentacje bez mrugnięcia okiem. Pamiętam też, poniekąd ze wstydem, jaki wywołuje każda nieudana próba oczarowania, jak kilkanaście lat temu ważna zagraniczna komisja, przed którą prezentowałam projekt badawczy, pytała mnie, jaki jest mój „impact”, a ja, z zawadiackim uśmiechem, zaserwowałam pełną fałszywą skromność („o, nie wiem, nie wiem wcale, o to trzeba by spytać moich czytelników” – proszę zauważyć jaka się w tej skromności kryje obłudna, ukryta arogancja, założenie, że kogoś innego niż ja obchodzi, czym się zajmuję). Mój projekt, całkiem dobry, rzetelny, został oblany. Wygrał kolega, który przezwyciężył swój wstręt do samochwalstwa i potrafił bez obrzydzenia i drgnięcia kącików ust powiedzieć: moje badania mają znaczący wpływ na naukę i na praktykę… Z perspektywy czasu i bez żadnych innych uczuć niż wstyd z powodu mojej uwodzicielskiej szarży skromności, mogę śmiało powiedzieć, że nasze projekty były równie ciekawe. Jestem przekonana, że on też tak uważa. Natomiast on umiał o tym powiedzieć komisji. Teraz ja też to umiem. Czy było lepiej, zanim się przemogliśmy? Nie. Oboje mamy teraz większy dystans do siebie i tego, na co nas stać. Żadne z nas nie wierzy we własną wielkość. Móc mówić o tym bez żadnych oczekiwań – to chyba prawdziwsze samo-umiarkowanie, niż epatowanie skromnością pełną zalotnej nadziei.
Więc jak to jest? Czy lepiej jest udawać skromność, czy trąbić o własnej wielkości? Zarozumialstwo i zakłamanie to (niestety) cechy bardzo ludzkie, choć nieśmiałość i skromność – też. Podobnie jak pragnienie, by kogoś w drebiezgi oczarować i otumanić swoim nieodpartym wdziękiem. Wszystko ma swój czas i z wszystkiego można się czegoś nauczyć (wiem, wiem, jestem starą belferką, inaczej nie lubię). Jednak problem jest wielki. Polega na tym, że trąbiąc stale i obowiązkowo o świetnym sobie, coś jednocześnie zagłuszamy.
Weźmy na przykład Gretę Thunberg. Toczy się o nią spór w mediach i na portalach, dyskutują znajomi nad latte i rodziny nad schabowym. Jedni mówią, że wszystko źle, że za chuda, za młoda, za piskliwy głos, za bardzo rodzice mają wpływ na jej poglądy, za bardzo bezczelna. Drudzy z kolei podnoszą walory jej młodości, bezkompromisowości, odwagi cywilnej, skromności, świadomości społecznej. Jedni krzyczą „precz”, inni wołają „hosanna!”. Szesnastoletnia dziewczyna może lub nie może, powinna lub nie powinna, zabierać głos w ważnych sprawach, bo jest za młoda, oni za starzy, zbyt biała, ale jednak kobieta, niepełnosprawna, to świetnie, głos dla niepełnosprawnych musi być. Ładny warkoczyk. Nieelegancki ubiór, niestosowny do sytuacji. Itp., itd. Nie słychać w tym rozgardiaszu tego, co ona właściwie mówi. To, co naprawdę ważne znika w hurgocie dyskusji, czy ona może, czy nie może być czyimś „role modelem”, przepraszam „role modelką”.
Zajęliśmy się dyskutowaniem powierzchowności i na tym poprzestajemy. Fasady są jazgotliwe i zastąpiły nam sens i świat. Wszyscy wiemy, jaka jest Greta Thunberg, ale w hałasie nie słychać, o czym do nas mówi. Nie ona jedna. Czasy są poważne, już nie tylko Naomi Klein i David Attenborough, lecz cała wataha ultracentrystyczych dziennikarzy ostrzega, że klimat, że planeta, że człowiek i jego praca, że ekonomia neoliberalna… A tymczasem dryfujemy sobie spokojnie w przepaść, rozprawiając nad tym, kto jest bardziej doskonały. Więc tak, to jest szkodliwe. Oprócz tego, że osoby mało odporne na autolans muszą się wciąż powstrzymywać od mdłości – bo w końcu de gustibus itd. Poza tym moda jest potężnym i uniwersalnym aviomarinem i mdłości opanowują coraz mniejszą ilość osób. Ale jest bardziej poważny powód i jest nim fasadyzacja wszystkich treści w przestrzeni publicznej. Wszystko nagle stało się ad personam, zasługi i przewiny są jednostkowe, sprywatyzowaliśmy obecność i jednocześnie zbanalizowaliśmy ją. Każdy gada, wrzeszczy nawet; nikt nie słucha, bo pękają bębenki, a poza tym, no proszę, czemu słuchać akurat Grety, a nie kogoś innego, np. biskupa Głódzia? Albo pana prezesa czy innego schludnego megaprzedsiębiorcy. Bo ważne kto, nieważne po co. Zresztą, co to znaczy – po co? Czy kogoś to jeszcze obchodzi? Ważne, kto za sobą pociągnie tłumy, wtedy wiadomo, że dobrze, pociągnąć w jakikolwiek sposób, za jakąkolwiek cenę, dolarową lub ludzką, a najlepiej jedno i drugie. Jak mawiano w latach 90., jeśli coś nie kosztuje, to ludzie tego nie cenią. Może dlatego liderszipy są w cenie – bo zazwyczaj bardzo dużo kosztują.
Jeśli liderszipy to nauka, to jest to nauka, jak gadać głupoty. Polerowanie fasady mową-trawą. Nie ja tak mówię, choć podpisuję się pod tym ręką prawą i lewą, a i stopami bym się podpisała, gdyby umiała. Piszą o tym doświadczeni i znacznie bardziej umiarkowani ode mnie badacze, jak choćby Jeffrey Pfeffer, jedna z wielkich sław głównego nurtu zarządzania, i Henry Mintzberg, bodajże największy żyjący autorytet z tychże nauk i żaden anarchosocjalista. Socjaliści zresztą w tej kwestii są z centrystami wyjątkowo zgodni – Martin Parker dowodzi, jak szkodliwe jest edukowanie „liderów transformacyjnych świata” w szkołach biznesu, a Carl Rhodes i Peter Bloom demonstrują patologie wywołane koncentracją naszej epoki na bogatych i sławnych dyrektorach-„przywódcach”. Wreszcie, badaczki takie jak Marja Soila-Wadman, Malin Gawell, Nancy Harding czy Ann-Sofie Köping, które pokazują jak ważna jest relacyjność, że całe przywództwo, to w istocie relacje, nie osoby. Można więc robić to inaczej, wspólnie, demokratycznie, kadencyjnie, bo od relacji wszystko zależy, nie od doskonałości takiego czy innego lidera.
Równie ważni są nie-liderzy. Ten wymiar przywództwa jako dobra wspólnego, czegoś międzyludzkiego, niszczony jest przez kursy liderszipu. Szefowie powinni raczej uczyć się, jak nie monopolizować roli przywódczej i jak nie być władczy i dęci. Badaczka organizacji Anna Zueva pisze w artykule opublikowanym w prestiżowym piśmie, że przywódca najlepiej robi, gdy jest głupcem, błaznem, nie wielkim cesarzem świata. Pokora jest ważniejsza niż pyszny blask. Jak pisał Salomon, człek poniekąd mądry, pycha idzie przed upadkiem. Możemy sobie być dumni, zadowoleni z siebie, elokwentni na temat swoich osiągnięć, nawet możemy być uwodzicielsko pewni siebie. Ale to co innego, to wszystko grzeszki powszednie. Pycha to całkiem inna bajka, a to właśnie pychy uczą nas liderszipy – jak być doskonałym. W judaizmie jest to źródłem wszelkiego zła, bo oznacza samo-ubóstwienie. W chrześcijaństwie to grzech główny, bo powoduje utratę łaski. Liderszip przejawia się zatem jako głośne ględzenie mające na celu zagłuszenie dudnienia wewnętrznej pustki – bo bez łaski – gratia – wszystko jest pozbawione wdzięku i wdzięczności.
Każdy prawdziwy lider sam sobie wszystko zawdzięcza, sam sobie skrobie rzepkę i robi ster z okrętu; sam sobie jest doskonałością. Sam sobie śpiewa hymn chwały. Brawo! Bo jest tego wart. O niebiosa, jakież to nudne. Chodźmy już może zająć się czymś ciekawszym niż kolejny sam-sobie-bóg, który musi zrobić karierę bo jest doskonały. Ile można słuchać tych bredni, każdej samochwale chwała! – na miarę kąta, w którym stoi.
prof. Monika Kostera
przez Mateusz Perowicz | środa 4 grudnia 2019 | opinie
Sport to nie tylko wielkie emocje, ale często także wielkie pieniądze. Astronomiczne kwoty za transfery, kosmiczne sumy na umowy sponsorskie oraz tygodniowe czy miesięczne wynagrodzenia przewyższające znacznie całkowite koszty kredytu hipotecznego, z którymi zmagają się przeciętni Polacy. Gdzie, przy tak gigantycznych kwotach, leży granica między sportową rywalizacją a biznesem?
Jeden z najbogatszych dziś klubów świata, Manchester United, w 1902 roku przeżywał kryzys finansowy i został wówczas przyjęty przez Johna Henry’ego Daviesa, który pełnił funkcję prezesa lokalnych browarów. Kolejnym jego ruchem było przejęcie sieci około 50 pubów w okolicach Manchesteru. To historia obrazująca przemiany, które zaczęły się w piłce nożnej już dawno temu. Rozpoznawalne na całym świecie nazwy klubów piłkarskich stały się tym samym, czym dla wytwórni filmowych są fikcyjne fantastyczne światy – marką zdolną do stworzenia niekończącej się sieci franczyz służącej maksymalizacji zysku. Nie chodzi wcale o wygrywanie meczów, lecz o jak największą komercję i coraz większe zyski z dnia meczowego. Koszulki, szaliki, gadżety, napoje i przekąski, unikalne pamiątki. A także gry, zabawki, reklamy. No i oczywiście najważniejsze, czyli telewizja. Dochody ze sprzedaży praw do transmisji oraz własne media przybliżające życie klubu zza kulis.
Sposoby na maksymalizację zysków ogranicza tylko wyobraźnia. Konferencja prasowa, na której ogłoszono przejście Davida Beckhama do Realu Madryt, za rekordowe wówczas 37 milionów euro, była drugą najpopularniejszą relacją telewizyjną w historii. Przypomnijmy, że Jerzy Dudek był przez lata najlepiej zarabiającym sportowcem w Polsce, a działo się tak dzięki siedzeniu na ławce Realu. Sami piłkarze to oczywiście drogo wyceniana marka, nad którą pracują włodarze klubu oraz specjaliści z firm sprzedających sprzęt sportowy. Ci ostatni to dla klubów najbardziej lukratywne źródło dochodu. FC Barcelona i Nike 100 milionów funtów rocznie, Manchester United i Adidas 75, a Chelsea i Adidas 60 milionów.
Warto dodać, że dwaj najwięksi producenci sprzętu sportowego zarabiają trzy razy więcej niż 14 najbardziej dochodowych lig piłki nożnej na świecie. Relacjonując zdarzenie z mundialu 1998 roku brazylijski piłkarz Edmundo mówił tak: „Ludzie z Nike byli z nami 24 godziny na dobę, jakby byli członkami zespołu. Mieli ogromną władzę. Tylko tyle mogę powiedzieć”.
Piłkarskie kluby sportowe to dziś pełnoprawne przedsiębiorstwa, nastawione wyłącznie na zysk. Prezes FC Barcelony Josep Maria Bartomeu mówi wprost: „Chcemy mieć pewność, że nasz klub pozostanie punktem odniesienia na całym świecie, nawet w obliczu porażki”. Stąd między innymi szkółki piłkarskie rozsiane po całym świecie. Jedną z nich znajdziemy w Warszawie. Dwaj najdrożsi piłkarze na świecie Neymar i Kylian Mbappé to piłkarze PSG. Klub z Paryża jest zdolny do kontraktowania tak drogich piłkarzy po tym, jak przejął go katarski fundusz inwestycyjny Qatar Sports Investments. Na czele klubu stanął wówczas Nasser Al-Khelaifi. Od tego momentu klub stał się hegemonem krajowej ligi. To nie jedyne przejęcie katarskich szejków. Abu Dhabi United Group Investment and Development Limited przejęła w 2008 roku Manchester City, który szybko stał się jednym z czołowych zespołów ligi. Katar w ostatnich latach pokazuje, jak cienka jest granica między sportem a biznesem, podkupując młode talenty z wielu różnych dyscyplin. Widać to wyraźnie po lekkiej atletyce, lecz najlepszym dowodem były Mistrzostwa Świata w Piłce Ręcznej rozgrywane właśnie w Katarze. Kraj ten reprezentowany był wówczas przez gwiazdy podkupione z innych reprezentacji. Strategia się opłaciła. Katar dotarł aż do finału, pokonując w półfinale Polskę.
Synonimem sportu jest bez wątpienia rywalizacja. Sprawiedliwa, czysta, ale przede wszystkim dostępna dla każdego. Julius Yego, kenijski lekkoatleta trenujący rzut oszczepem, przez lata nie miał trenera. Szkolił się za pomocą Youtube. Został mistrzem świata i wicemistrzem olimpijskim. W 1998 roku na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Calgary wystąpiła czwórka jamajskich bobsleistów, pisząc piękną historię olimpizmu. Egzotyczna drużyna stała się ulubieńcem publiczności. Równie egzotyczną drużyną była kadra polskich szczypiornistów, która w 2007 roku sensacyjnie zdobyła wicemistrzostwo świata.
Tak długo jak możliwe są niespodzianki, tak długo możemy mówić o sporcie. Gorzej, gdy do sukcesu potrzebne są pieniądze. – „Wielkie pieniądze, marketing i związane z tym wpływy wygrały ze sportem. Mam tylko nadzieję, że w styczniu Międzynarodowa Federacja Pływacka (FINA) cofnie swą decyzję, a pływanie wróci do korzeni” – mówił Bartosz Kizierowski, wybitny polski pływak w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Zaprojektowane przez NASA kostiumy pozwoliły w ciągu 18 miesięcy pobić ponad 200 rekordów świata! Koszt takiego uniformu to ok. 370 euro. Czy każdego amatora, który chciałby spróbować swoich sił, byłoby stać na taki wydatek? Mamy tu raczej barierę, tworzącą z rywalizacji przywilej dla wybranych. Na szczęście wycofano je z obiegu i anulowano pobite w tych strojach rekordy. Ten okres w pływaniu słusznie porównywano do Formuły 1. Wiele osób powtarzało, że to rywalizacja kostiumów, a nie zawodników.
Królowa motosportu to najlepszy przykład na to, gdzie kończy się sport, a zaczyna biznes. Jeden z najbardziej utalentowanych zawodników w historii Formuły 1, Robert Kubica, w tym sezonie melduje się regularnie na ostatnich pozycjach. Nie dlatego, że całkowicie wypadł z formy, lecz przez to, że jego zespół jest najsłabszy w stawce. Robert nie jest w stanie rywalizować z tymi, którzy są wspierani przez większy kapitał. Nie ma tutaj mowy o sportowej rywalizacji.
Podobnie jest w przypadku wspomnianej już klubowej piłki nożnej. W latach 2012-2017 z 25 możliwych do zdobycia tytułów w pięciu najlepszych ligach (angielskiej, hiszpańskiej, włoskiej, francuskiej i niemieckiej) aż 20 zdobyły zespoły plasujące się w globalnej dziesiątce najbogatszych klubów. W latach 1991-1996 liczba klubów, którym udało się awansować do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, wynosiła 29. W kolejnych 5-letnich okresach liczba ta systematycznie spadała. W latach 2011-2016 ta sztuka udała się tylko 19 zespołom. Po reformie z 1996 roku, gdy do rywalizacji przystąpili nie tylko mistrzowie krajowych rozgrywek, ale także inne drużyny z najsilniejszych lig, tylko raz po tytuł sięgnęła drużyna spoza biznesowej ekstraklasy. W sezonie 2003/2004 Ligę Mistrzów wygrało FC Porto. W pozostałych 94% wygrały raczej pieniądze.
Granica między sportem a biznesem jest więc wyraźna. Tam, gdzie możliwe jest wejście z ulicy i nawiązanie rywalizacji z najlepszymi tylko dzięki ciężkiej pracy, mamy do czynienia ze sportem. Natomiast tam, gdzie do podjęcia rywalizacji i osiągnięcia sukcesu niezbędne są duże pieniądze, panują kapitalizm i biznes.
Mateusz Perowicz