przez Jan Przybylski | niedziela 8 sierpnia 2021 | opinie
14 lipca wiceprezes rady ministrów, przewodniczący Komitetu ds. Bezpieczeństwa Narodowego i Spraw Obronnych Jarosław Kaczyński oraz minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak ogłosili uroczyście zamiar zakupu czołgów M1A2 SEP v.3 w liczbie wystarczającej dla czterech batalionów liniowych oraz ośrodków szkolnych. Będzie to łącznie 250 sztuk, wraz z rozbudowanymi pakietami logistycznym i szkoleniowym, pojazdami wsparcia, symulatorami oraz amunicją. Czołgi mają być przeznaczone dla 18 Dywizji Zmechanizowanej i stacjonować w garnizonach w Wesołej oraz Lublinie. Koszt programu jest szacowany na 23 miliardy złotych, które mają pochodzić spoza budżetu Ministerstwa Obrony Narodowej, przynajmniej teoretycznie nie wpływając dzięki temu na wykonanie Planu Modernizacji Technicznej. W ten sposób, z zastrzeżeniem, że zamiar nie jest jeszcze domknięty umową ze stroną amerykańską, materializuje się widmo Abramsa krążące po Polsce od dawna, ze szczególnym nasileniem od roku 2015 z uwagi na wyjątkową proamerykańskość obecnego obozu rządowego oraz jego podatność na perswazję amerykańskich lobbystów.
Jakie mają być Abramsy?
Trzeba zaznaczyć, że materializacja ma postać inną niż spodziewana wcześniej. Oczekiwano bowiem raczej sfrazeologizowanych w obiegu komentatorskim „Abramsów z pustyni”. Czyli pochodzących ze składów starych czołgów M1A1, przywróconych do stanu pełnej sprawności i zmodernizowanych w jakimś zakresie. Tymczasem według niepotwierdzonych, jednak pochodzących z dobrze poinformowanych źródeł Abramsy, które miałyby zacząć wchodzić na stan WP nawet już w przyszłym roku, będą pojazdami fabrycznie nowymi, w wersji odpowiadającej najnowszemu standardowi US Army. Pojawiają się nawet doniesienia, według których będą one z nim wręcz identyczne, w szczególności w aspekcie opancerzenia stanowiącego newralgiczny, utajniony element tych pojazdów, w związku z czym arabscy odbiorcy czołgów otrzymują jego zubożony wariant o gorszych (choć i tak wysokich) parametrach. Gdyby powyższe mało się potwierdzić, polskie jednostki otrzymają sprzęt z absolutnie najwyższej światowej półki.
Nieustannie doskonalony na potrzeby amerykańskiego wojska, Abrams jest niewątpliwie najpotężniejszym seryjnym czołgiem świata. Całościowo porównywalne są z nim tylko najnowsze warianty Leoparda 2A7 i izraelskiej Merkavy Mk 4. Rosyjski wóz nowej generacji T-14 Armata wciąż nie wszedł do produkcji seryjnej, a jego kompleksowe możliwości pozostają niewiadomą, wątpliwości budzi w szczególności świadomość sytuacyjna załogi, której niedostatki mogą zniweczyć korzyści płynące ze stanowiącego skok do przodu układu z wieżą bezzałogową. Abrams nawet przy klasycznym układzie konstrukcyjnym zapewnia załodze odizolowanej od amunicji wybitny poziom ochrony. Opancerzenie w wersji amerykańskiej można bez ryzyka błędu uznać za najpotężniejsze na świecie. Filozofia systemu kierowania ogniem czołgu co prawda ustępuje zastosowanej w Leopardzie (chodzi o wynikające ze względów sprzętowych – mających u podłoża oszczędności – ograniczenia w funkcjonowaniu uznanego za optymalny schematu hunter-killer, w którym pierwszym jest dowódca, w drugim działonowy), a jakość kamer termowizyjnych może wciąż być gorsza od zastosowanych w najnowszych wersjach czołgu niemieckiego. Jednak nie jest to w żadnym wypadku „kiepskość”, bo punktem odniesienia jest wszak rozwiązanie przodujące w skali światowej. Mimo utrzymywania armaty o długości lufy wynoszącej 44 kalibry (w Leopardzie od dawne stosowane jest działo L/55 ułatwiające osiągnięcie wyższej prędkości wylotowej i skuteczności pocisków), siła ognia Abramsa pozostaje wystarczająca. Aczkolwiek sporo zależy od stosowanej amunicji – stosowane przez Amerykanów penetratory z rdzeniami uranowymi wręcz „wolą” nieco niższe prędkości, nie wiadomo jednak, czy takowe wejdą na uzbrojenie WP. Chociaż masa czołgu przekracza 70 ton, mobilność na polu bitwy również jest bardzo wysoka. Stopień ochrony zasadniczo podnosi dokonana i sprawdzona integracja z systemami obrony aktywnej, nie wiadomo jednak, czy polskie pojazdy będą w nie wyposażone.
Abrams na również wady. Doskonałość pancerza przekłada się na bardzo wysoką masę ograniczającą mobilność operacyjną. Zapewniająca bardzo dobre charakterystyki dynamiczne turbina pozostaje paliwożerna – w testach w porównywalnych warunkach spalała dwukrotnie więcej paliwa niż silnik wysokoprężny Leoparda. Kwestią dyskusyjną pozostaje wpływ stosowania oleju napędowego zamiast używanej przez Amerykanów – dla których jest to rozwiązanie logistycznie bezproblemowe – nafty lotniczej na długookresową niezawodność. Eksploatacja czołgu niewątpliwie wymaga bardzo wysokiej kultury technicznej, aczkolwiek Polska, w przeciwieństwie do Iraku czy Egiptu, nie powinna mieć z tym problemów. Kosztownym kłopotem pozostanie rzecz jasna utrzymywanie w linii trzech zupełnie niezunifikowanych typów czołgów – Abramsów, Leopardów 2 (te dwa typy łączy w praktyce tylko zdolność korzystania z tej samej amunicji) i T-72/PT-91.
Podsumowując kwestie jakości samych czołgów i tworzonych przez nie batalionów z pojazdami dowodzenia, zabezpieczenia technicznego etc., można stwierdzić, że w przypadku potwierdzenia się doniesień dotyczących konfiguracji czołgów i planowej realizacji programu Wojsko Polskie będzie miało jednostki tego szczebla stojące w jednym rzędzie z najlepszymi na świecie. Nie ma podstaw, żeby wątpić w krajowych żołnierzy i specjalistów technicznych, jeśli nie są systemowo spętani ograniczeniami finansowymi oraz organizacyjnymi.
Czy te czołgi są potrzebne?
W sensie bezpośrednim – tak. Wojsko Polskie chce utrzymywać bardzo – w kontekście uwarunkowań finansowych wręcz nierealistycznie – liczny jak na europejskie warunki komponent pancerny rzędu 800 maszyn. Składa się on obecnie ze 142 Leopardów 2A4 modernizowanych do standardu 2PL, 105 Leopardów 2A5, 232 PT-91 i według planów 318 T-72M1 modyfikowanych (ograniczone doposażenie celowo nie jest określane modernizacją) do standardu M1R. Liczbę maszyn pozostających w realnej gotowości bojowej można oceniać na maksymalnie połowę, prawdopodobnie jest ich około 300.
Niestety, program Leopard 2PL jest, póki co kuluarowo, oceniany jako porażka. Wybrany został oszczędnościowy projekt, w niepełnym zakresie poprawiający parametry czołgów (brak dopancerzenia kadłuba), a w trakcie realizacji okazało się, że ich stan techniczny jest gorszy niż zakładano, a działanie i współdziałanie podmiotów wykonujących prace, zarówno po stronie polskiej, jak i niemieckiej, ma przebiegać w sposób niezadowalający. Nie wiadomo zatem, jaka będzie realna sprawność otrzymanych teoretycznie lepszych maszyn. Niska może postawić Wojska Lądowe w trudnej sytuacji, z której wybawieniem będą właśnie bataliony Abramsów. Leopardy 2A5 są pojazdami reprezentującymi standard lat 90., dotychczas ich modernizacja nie była planowana, a porażka programu „2PL” może w ogóle przekreślić taką perspektywę.
PT-91, a w szczególności T-72 są zarówno zużyte, jak i przestarzałe. Stan rzeczy mogłaby poprawić tylko bardzo kompleksowa modernizacja. Niestety, przejęcie na początku obecnego wieku Leopardów 2A4 zaważyło negatywnie na losach wytwarzającego czołgi segmentu krajowego przemysłu zbrojeniowego. Chociaż jak się wydaje byłby on w stanie dać wytwarzane w przeważającej części w Polsce pojazdy o parametrach porównywalnych z rosyjskimi T-90, tak się nie stało, a brak zamówień spowodował utratę kluczowych zdolności, z produkcją silników na czele (wytwarzający je zakład został zlikwidowany). „Polski T-90” byłby pojazdem ustępującym w wielu względach najnowszemu Abramsowi, jednak zadowalającym, porównywalnym ze sprzętem najbardziej prawdopodobnego przeciwnika, możliwym do bezproblemowego pozyskiwania w krajowych zakładach z korzyściami dla krajowej gospodarki. Jednocześnie przemysł mógłby uczestniczyć w pracach nad wozami generacji nowszej w stosunku do Leoparda 2 i Abramsa.
Co prawda od ponad dekady wojsko prowadziło pod kryptonimem „Wilk” program mający wyłonić perspektywiczny czołg, jednak, jak w zdecydowanie zbyt wielu przypadkach, był on zupełnie niekonkluzywny. Podobnie jak sondowanie współprac międzynarodowych – Niemcami i Francją w ramach projektu MGCS, z Włochami i być może innymi krajami, z niemieckim Rheinmetallem, z Koreą Południową. Wszystko to bowiem rozgrywało się w środowisku determinowanym przez założenie, że w bieżącej dekadzie środków na nowe czołgi nie będzie, ponieważ inne potrzeby są pilniejsze.
Tymczasem nagle pieniądze pojawiły się – i to naprawdę niebagatelne. W świetle ponad 23 miliardów złotych zupełnie inaczej wyglądałyby perspektywy na przykład współpracy proponowanej od roku 2016 przez Rheinmetall. Mogłaby ona doprowadzić do powstania wespół z polskim przemysłem tańszego i mniej ryzykownego konkurenta dla czołgu opracowywanego w ramach programu MGCS. Możliwe byłoby wreszcie przeprowadzenie modernizacji doskonale już znanych i opanowanych Leopardów 2A4 nie „po taniości”, uzupełnienie ich oraz wersji A5 maszynami nowymi (A7 z sufiksami), których produkcję jak się okazuje wznowiono, a także doprowadzenie pewnej części T-72/PT-91 do standardu porównywalnego ze stanowiącymi gros potencjału rosyjskiego T-72B3/B3M.
Zakup Abramsów nie da żadnych korzyści krajowemu przemysłowi. Można mieć tylko nadzieję, że z uwagi na wymagane zresztą przez samych Amerykanów stworzenie lokalnego centrum obsługowego pozostanie w Polsce przynajmniej jakaś część nakładów na eksploatację, które w perspektywie kilku dekad przekroczą około trzykrotnie koszty zakupu. Pojawiają się co prawda głosy, że zakup Abramsów nie przekreśli możliwości prac nad nowym czołgiem, sam MON twierdzi, że amerykański wóz nie jest „Wilkiem”. Jednak choćby minimum powagi każe uznać, że Abramsy staną się nowym standardem WP, w szczególności w świetle spekulacji dotyczących zakupu kolejnych partii. Prawdopodobnie na przełomie dekad pojawi się ostateczna wersja rozwojowa Abramsa, rozwiązująca częściowo problem nadmiernej masy przy poprawie ochrony i innych charakterystyk, której potencjał może być kompleksowo porównywalny z czołgami nowej, IV generacji. Wtedy zastąpienie starszych maszyn właśnie Abramsami w wersji (być może) M1A3 stanie się krokiem logicznym i preferowanym z uwagi na zagadnienia organizacyjno-logistyczne. Taki trend będzie skrajnie niekorzystny dla jakichkolwiek usiłowań przemysłu w przedmiotowej materii.
Czy są priorytetem?
Postzimnowojenne, związane z asymetrycznymi konfliktami „kolonialnymi” wieszczby dotyczące zmierzchu czołgów – nie sprawdziły się. Zresztą wnioski płynące z prowadzonych w teoretycznie bardzo dla nich niesprzyjających środowiskach irackim czy syryjskim wskazywały właśnie na ich nieodzowność i ogromną odporność, pod warunkiem oczywiście stosowania nowoczesnych rozwiązań, dyscypliny taktycznej i choćby przyzwoitego wyszkolenia załóg. Rozwijane są pojazdy IV generacji, które będą działać w realiach zinformatyzowanego i zrobotyzowanego pola walki. Niemniej jednak, choć nieodzowne, są tylko jednym z głosów niszczycielskiej symfonii wojny. Same nie będą rozstrzygać konfliktów, o tym będzie decydować kompleksowy system z czołgami jako jednym z elementów. Dobry system poradzi sobie, mając słabe czołgi, w kiepskim nawet najdoskonalsze zginą marnie, niekoniecznie przy tym heroicznie.
Siły Zbrojne Rzeczypospolitej Polskiej pozostają niestety systemem słabym, niekompletnym, mimo wysp nowoczesności. W fatalnym stanie pozostaje kluczowa obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa. Bardzo źle wyglądają równie kluczowe zdolności w zakresach rozpoznania i walki radioelektronicznej. Marynarka wojenna jest zbieraniną archaicznych i niesprawnych okrętów. Mające zmienić ten stan rzeczy programy (druga faza przeciwlotniczo-przeciwrakietowej „Wisły”, „Narew”, rozpoznawcza „Płomykówka”, morskie „Miecznik” i „Orka”, a nawet „pomostowe” okręty podwodne) wloką się w sposób daleki od konkluzji lub pozostają de facto na biegu jałowym. Nie zmieniają tego nawet nagłośnione wydarzenia medialne, jak podpisanie umowy dotyczącej fregat planowanych w programie „Miecznik”, która w tej formie pozostaje wciąż obietnicą konkretu, nie konkretem. Niewątpliwie środki, które mają być wyasygnowane na Abramsy, przeznaczone na któryś z wymienionych programów dałyby systemowi, a przez to obronności kraju, o rząd większe korzyści. W szczególności, że trudno podejrzewać rząd o wejście w posiadanie finansowego perpetuum mobile – pieniędzy przeznaczonych na Abramsy zabraknie na coś innego. Sytuacja w aspekcie czołgów nie jest różowa, niemniej jednak jej dotkliwość złagodzi wprowadzenie do linii, miejmy nadzieje, bojowych wozów piechoty Borsuk, które dzięki integracji w planowanej również dla Rosomaków krajowej wieży ZSSW-30 pocisków „Spike” wreszcie będą miały realną zdolność zwalczania nieprzyjacielskiej broni pancernej. Czołgiści, zacisnąwszy zęby, jakoś doczekaliby lepszych czasów z obecnym sprzętem, w jakimś zakresie sukcesywnie modernizowanym. Nie wydaje się mimo wszystko, żeby w przewidywalnej perspektywie groziła nam pełnoskalowa wojna z Rosją – a gdyby nawet groziła, to obrona przeciwlotnicza/przeciwrakietowa i walka radioelektroniczna mają znaczenie radykalnie większe niż czołgi. Trudno oczekiwać też wojny ograniczonej, hybrydowej, której bitwy Abramsy mogłyby rozstrzygać. Mimo wyraźnego konfliktu społecznego nie powstanie raczej Antyszczepionkowa Republika Ludowa.
W tym kontekście nagłość zakupu Abramsów można interpretować jako nad wyraz wątpliwą w aspekcie skuteczności próbę obłaskawienia przez obecny obóz rządowy nieprzychylnej mu, w szczególności w aspekcie konkretnych projektów ustaw, administracji amerykańskiej. Polityka obronna staje się (czy właściwie pozostaje) narzędziem polityki zagranicznej uprawianej na doraźny użytek wewnętrzny.
dr Jan Przybylski
przez Porozumienie dla Pragi | środa 4 sierpnia 2021 | opinie
Z pewnym zdumieniem przeczytaliśmy opublikowany na łamach „Obywatela” tekst Jarosława Ogrodowskiego pt. „Ruchy (anty)miejskie”. Autor pozornie przedstawia w nim historię ruchów miejskich, choć po wnikliwej lekturze tekst wydaje się raczej rozliczeniem z jego własną przeszłością.
Nie chcemy tutaj podważać obserwacji dotyczących przeszłości czy genezy ruchów miejskich, zwłaszcza ich „pierwszego pokolenia”, z narzekaniem na „naskórkową” znajomość historii czy skupieniem się na jej artefaktach włącznie. Zapewne z perspektywy autora tak to właśnie wyglądało, a ze wspomnieniami i przeżyciami konkretnych osób trudno się kłócić. Chcemy natomiast odnieść się do konkretnych zarzutów dotyczących sukcesów i porażek ruchów miejskich z perspektywy warszawskiej Pragi oraz całej Warszawy.
Autor pisze, że członkowie ruchów miejskich działają partyzancko – sadzą rośliny na zaniedbanym skrawku ziemi, zamalowują rasistowskie hasła, kąpią się w kałuży przed kamerami mediów. Są happenerami, którzy dostarczają newsów, ale nie działają systemowo. Nie sposób nie zgodzić się z tym, że happening i medialność stały się w XXI wieku kluczem do skutecznej komunikacji – z tego właśnie powodu ruchy miejskie po nie sięgają. Ale dlaczego miałoby nie dać się tego pogodzić z systemowym działaniem?
W przypadku naszego stowarzyszenia „Porozumienie dla Pragi” happening to „twarz medialna”, dzięki której mieszkańcy nas rozpoznają. To także zwrócenie uwagi na problem, wykrzyczenie go! Ale tak naprawdę trzonem naszej działalności jest przesiadywanie na posiedzeniach komisji, rady miasta czy dzielnicy albo oglądanie transmisji z tych na pierwszy rzut oka niezbyt fascynujących spotkań oraz czytanie dziesiątek nudnych pism i pisanie do instytucji, odwoływanie się, powolne drążenie urzędniczej skały. Tyle że ta praca – w przeciwieństwie do happeningów – pozostaje niewidoczna.
Dziwne, że autor, jako osoba od lat zaangażowana w ruchy miejskie, wydaje się nie zdawać sobie sprawy z jej istnienia. Nie podejrzewamy się o bycie wyjątkowymi – taka praca stanowi fundament, na którym opierają się stowarzyszenia lokalne.
Także pochodzenie społeczne i wykształcenie osób zaangażowanych w ruchy miejskie zostało poddane skrupulatnej krytyce przez Ogrodowskiego. Jasne, jest wśród nas wielu humanistów. Jasne, część z nas została dotknięta prekariatem. Niemniej jednak przekrój społeczny członków Porozumienia dla Pragi jest dużo szerszy niż grupa, o której pisze Ogrodowski. Dlaczego zatem z taką łatwością przenosi swoje obserwacje na ruchy miejskie jako całokształt?
Podobnie jest z naszym pochodzeniem czy profilem zainteresowań – część z nas wywodzi się z Pragi, część z północy Polski, część z południa. Niektórzy średnio odnajdują się w nieznanym towarzystwie, ale mają rękę do ogrodnictwa, wiedzę o transporcie publicznym, albo cierpliwość do śledzenia Biuletynu Informacji Publicznej. Inni z kolei znają co drugiego mieszkańca dzielnicy – wliczając także tych z „komunałek” czy TBS-ów, ponieważ naszym zdaniem forma użytkowania mieszkania nie powinna w jakikolwiek sposób wartościować naszych rozmówców. Mieszkaniec to mieszkaniec – koniec, kropka.
To podejście przekłada się zresztą na to, czym się bezpośrednio zajmujemy. Od początku programu rewitalizacji Pragi monitorujemy jego postępy (niestety, najczęściej zawodząc się na tym, co miejscy urzędnicy uznają za istotę programu) i staramy się nakłonić miasto do jego rozszerzenia oraz zmiany sposobu myślenia o rewitalizacji jako wyłącznie o remoncie czy przyłączeniu kamienic do centralnego ogrzewania. W końcu najważniejsi powinni być od samego początku mieszkańcy, a nie wyłącznie ich otoczenie.
Kolejnym poważnym zarzutem Ogrodowskiego jest to, że ruchy miejskie, stając się „apostołami nowego urbanizmu” i angażując w konsultacje społeczne, protestując przeciwko przeskalowanym inwestycjom i (o zgrozo) dzieląc się tą wiedzą za darmo, „rzuciły koło ratunkowe deweloperom”. To zarzut błędny na wielu poziomach.
Adaptacja postindustrialnych terenów na mieszkaniówkę nie była żadnym kołem ratunkowym. Była sposobem na postawienie kilku prestiżowych inwestycji z wysoką stopą zwrotu. Choć i to niekoniecznie – w przypadku jednej z dawnych fabryk na warszawskiej Woli wprost sugerowano, że cackanie się z zabytkami jest nieopłacalne.
To, że dzięki ruchom miejskim przetrwało trochę więcej zabytkowej tkanki, to tylko powód do zadowolenia. Warto pamiętać, że nadal preferowaną metodą polskich deweloperów pozostaje samoistne „zawalenie się” zabytkowych obiektów. A co do ratowania ich kieszeni… W momencie, w którym to piszemy, nadal zdecydowana większość inwestycji deweloperskich to inwestycje budowane od podstaw, często w dzielnicach obrzeżnych. To na tym tłucze się prawdziwą kasę, a nie na jakichś remontach ruin w modnych od niedawna dzielnicach. W kontekście ratowania dziedzictwa możemy dodać, że próbujemy też edukować inwestorów oraz mieszkańców, pokazując dobre praktyki i piętnując złe w ramach publikacji, które przygotowujemy czy spacerów architektonicznych, które prowadzą nasi członkowie i członkinie. W myśl powiedzenia o kropli drążącej skałę, dostrzegamy z każdym rokiem pozytywne zmiany dotyczące myślenia o otaczającej nas zabytkowej architekturze.
Ogrodowski pisze również o współpracy z biznesem. Być może w Łodzi tak było, trudno nam orzec o prawdziwości tego stwierdzenia. Ale w stolicy to raczej my musimy patrzeć biznesowi na ręce, żeby przypadkiem nie wyburzył więcej niż konserwator pozwolił, albo żeby została dotrzymana obietnica remontu kamienicy komunalnej przylegającej do inwestycji.
Biznes bardziej interesuje się tłustymi kotami polityki samorządowej – chętnie pokazuje się z burmistrzami, radnymi, wykupuje reklamy w ich gazetkach itp. Do czego potrzebna jest im banda fanatyków z hasłami dotyczącymi mieszkańców i ich jakości życia na ustach? Nie można nie dostrzec, że ten zarzut jest dość absurdalny.
Wreszcie Ogrodowski pisze, że największym sukcesem ruchów „(anty)miejskich” – jak je nazywa – jest „odżulenie” centrów miast. To bzdura. Gentryfikacja – co do zasady – to proces, który na Zachodzie zaczął się wcześniej niż u nas, polskie ruchy miejskie nie miały z nim nic wspólnego. Polską specjalnością natomiast było usuwanie ławek z rynków, wycinanie drzew, zaniedbywanie zasobu komunalnego, betonowanie podwórek między kamienicami i inne formy utrudniania życia mieszkańcom. Czy świadome czy nie – ponownie trudno nam o tym wyrokować. Być może więcej w tym było głupoty niż złej woli. Być może. Ale czy to wszystko aby na pewno jest winą ruchów miejskich? Nie przypominamy sobie, żeby to ruchy miejskie doradzały burmistrzom, że wybetonowanie rynku to dobry ruch. Nie kojarzymy, żeby to ruchy miejskie zachęcały samorządy do wchodzenia w konszachty z deweloperami. Całe to zło, o którym pisze Ogrodowski, to dziecko polityki samorządowej i jej styku z biznesem. Ruchów miejskich nie powinien z tym mieszać.
Ruchy miejskie mają swoje za uszami. Nie zawsze słuchają mieszkańców tak uważnie, jak powinny, zdarza im się przedkładać przestrzeń publiczną nad tkankę społeczną. Ale koniec końców zmiany, o które walczą, to zmiany na korzyść wszystkich mieszkańców miast.
W końcu ruchy miejskie także angażowały się w walkę z dziką reprywatyzacją. To ruchy miejskie sprzeciwiały się betonozie i zmienianiu miejsc publicznych w pełne wrogiej architektury pustynie, nakierowane na odstraszanie bezdomnych. To ruchy miejskie (w tym Porozumienie dla Pragi) walczyły o to, aby bezdomni czy inne stygmatyzowane grupy miały swoje miejsce w przestrzeni publicznej (z praskiego podwórka to przykład Centrum Re:start, które zwalczają lokalni „bezpartyjni” samorządowcy). Wreszcie, to ruchy miejskie doprowadziły do zmian w kodeksie ruchu drogowego (jest to zasługa wielu organizacji, począwszy od Zielonego Mazowsza, przez Miasto Jest Nasze, a skończywszy na federacji Piesza Polska, grupującej NGO’sy z całej Polski), wprowadzanych właśnie przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. To właśnie te zmiany poprawiające sytuację nieuprzywilejowanych uczestników ruchu są naszym zdaniem największym sukcesem miejskich aktywistów i aktywistek.
„Odżulenie” centrów miast to nasza największa porażka, ponieważ nie udało się jej na czas zapobiec. Ale przypisywanie winy za to zjawisko ruchom miejskim wydaje się być specyficzną formą samobiczowania i chęcią przelania własnych win czy zaniedbań na wszystkich aktywistów. My dziękujemy – nie poczuwamy się do winy, a na umartwianie się szkoda nam czasu. Jest jeszcze dużo pracy do zrobienia.
Porozumienie dla Pragi
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska
przez Jarosław Ogrodowski | środa 14 lipca 2021 | opinie
W minionym trzydziestoleciu przyzwyczailiśmy się myśleć, że jedyną rewolucją, jaką przyszło nam oglądać, była rewolucja roku 1989 i idąca za nią transformacja gospodarcza i społeczna. Transformacja ta jest centralnym elementem zbiorowej świadomości zdecydowanej większości Polek i Polaków i nie bez przyczyny. Była ona zjawiskiem bezprecedensowym – całkowitą zmianą paradygmatu dokonaną bez jednego wystrzału. Wydarzenia tamtych lat do dziś stanowią o osiach konfliktu rozpalających polityczne serca i głowy i nic w tym dziwnego. Dziwnym za to jest, że tuż obok, niedługo później, wydarzyła się inna rewolucja, równie bezkrwawa i równie donośna w skutkach – ale przezroczysta i całkowicie niezauważona.
Aby zrozumieć doniosłość tej drugiej, modernizacyjnej rewolucji, musimy cofnąć zegary o dwadzieścia lat. Wylądujmy w roku 2001 – gdzieś pomiędzy wielką powodzią, która zniszczyła Wrocław latem 1997 roku, a wejściem Polski do Unii Europejskiej w maju 2004 roku. Ówczesna Polska jest krajem na rozdrożu. Zdecydowanie nie przypomina już Polski doby wczesnej transformacji. Zniknęły jej atrybuty – wszechobecne kioski „szczęki”, z których toczył się handel, „Ruscy” przyjeżdżający i handlujący towarem ze Wschodu. Pojawiły się już pierwsze atrybuty nowej, kapitalistycznej stabilności – mamy pierwsze korporacje, w Warszawie rosną już biurowce, w radiu Kazik z zespołem Yugoton wyśpiewują odę do rycerzy nowych czasów, a cała Polska nuci ją razem z nimi. W końcu każdy śni o tym, żeby być nowoczesnym i pracować w szklanym biurowcu – a niektórym nawet się to już udało. Powoli dostosowujemy się do Zachodu – od kilku lat obowiązuje już zbliżone do europejskiego prawo autorskie, objawiające się tym, że coraz mniej teatrów jest w stanie wystawić Kubusia Puchatka, ale również wejściem na nasz rynek wielkich marek odzieżowych i nie tylko. Mamy już oryginalne płyty cd i kasety, choć te odchodzą powoli w przeszłość. W rękach trzymamy telefony komórkowe, a w kinach oglądamy najnowsze filmy w dniu ich ogólnoświatowej premiery. Wakacje umilają nam koncerty zespołów muzycznych, które dotychczas nigdy tu nie przyjeżdżały, a malowane na murach napisy i ręcznie powielane plakaty już całkiem zostały zastąpione przez billboardy i podświetlane szyldy. Nadal jesteśmy głodni sukcesu, ale ten sukces już się zaczął materializować i powoli zaczynamy rozumieć, że nie wszystko udało się tak, jak powinno.
W tym miejscu warto zadać pytanie: kim jesteśmy? To ważne, bo odpowiedź na nie jest kluczowa dla zrozumienia dalszego biegu wypadków. Mamy około dwudziestu lat – najstarsi z nas urodzili się w późnych latach 70., najmłodsi – najdalej dekadę po nich. Wszyscy pochodzimy z miast. Oczywiście przede wszystkim z tych największych, ale całkiem sporo nas również w tych mniejszych. Nasze rodziny mają różne statusy, ale wszyscy otrzymujemy bardzo dobre wykształcenie. Nikt z nas nie kończy nauki na maturze, wszyscy uczymy się języków i kolekcjonujemy certyfikaty ich znajomości. Doświadczeniem pokoleniowym, które nas połączy, a o czym jeszcze nie wiemy, będzie kryzys roku 2001, który najstarszym z nas zwichnie dobrze zapowiadające się kariery, a tym młodszym po prostu je uniemożliwi. Wtedy jeszcze nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale już za chwilę zauważymy, że zamknęły się drogi awansu na sam szczyt. Nasi starsi o kilka lat koledzy i koleżanki okopali się wysoko – im wystarczyła znajomość języka angielskiego, odrobina szczęścia i odrobina bezczelności. My, już zdecydowanie lepiej od nich wykształceni (pierwsi absolwenci „nowoczesnych” kierunków – zarządzania, marketingu, dziennikarstwa, politologii, europeistyki) boleśnie zderzymy się ze szklanymi drzwiami, które zatrzasnęli nam przed nosem. Oni zarabiają, pracując po kilkanaście godzin dziennie w korporacjach, ale mają etaty, urlopy, służbowe samochody i wszystkie symbole statusu, jakie tylko możemy sobie wyobrazić. My mamy w rękach dyplomy, certyfikaty znajomości języków i… nie mamy pracy. A jeśli ją mamy, to jest to już praca prekarna, najczęściej na śmieciówce. Różnica w naszym statusie jest ogromna – a przecież jesteśmy tak samo ambitni, tak samo głodni sukcesu i tak samo jak oni chcemy zmieniać świat dookoła nas.
Sukces naszych starszych kolegów i koleżanek był na swój sposób egalitarny. W mniejszym stopniu zależał od znajomości i ustalonych układów, a w większym od własnej zaradności, sprytu i świadomości, że jeśli nie wykorzysta się tej jednej jedynej szansy, to następnej może nie być. Ten bardzo charakterystyczny, straceńczy wręcz pęd opisał Sławomir Shuty w swojej powieści „Zwał” (2004) – była ona swoistym epitafium dla drogi, którą przeszło jego pokolenie. My czytaliśmy ją już jak bajkę z innego świata, choć nadal robiła ona na nas wielkie wrażenie.
Prekarność naszej pracy, ale też wciąż względnie dobra sytuacja finansowa naszych rodziców pozwala mieć to, czego nasi starsi koledzy nie mieli – czas. Czas ten pozwoli niektórym z nas podróżować, ale przede wszystkim uczestniczyć w życiu raczkującego Internetu. To my zaludniamy pączkujące wówczas fora internetowe, to my żyjemy na czatach i na gadu-gadu. I to właśnie tam, w czeluściach Internetu poznawanego przez pierwszą Neostradę, zaczynamy się kontaktować i wymieniać poglądami. Początkowo jesteśmy ostrożni – narzekamy głównie na niemożność. Tu jest brzydko, tam jest kałuża, tam wali się jakaś ruina. Szukamy swojego miejsca na ziemi i usiłujemy się jakoś zdefiniować. Już wiemy, że nie będziemy jak nasi starsi koledzy – świat korporacji jest jeszcze bardzo płytki i nie jest w stanie wchłonąć nas, roczników wyżowych. Jesteśmy sfrustrowani i szukamy czegoś, co ma jakąś wartość, co da nam sens. Rozsadza nas potrzeba działania – choć nie jest nas dużo, szybko zauważamy, że jest nas wystarczająco wiele, aby się spotkać i razem zacząć coś zmieniać. Naszym polem działania staje się przestrzeń dookoła nas – jesteśmy wyczuleni na genius loci, dajemy się porwać nowym narracjom osadzającym nas w małej ojczyźnie, którą wymyślamy na nowo, w kontrze do tej przaśnej, którą widzimy dookoła. Uciekamy w głowach do wyidealizowanego przedwojnia, do XIX wieku, kiedy nasze miasta rosły, kiedy budowano wielkie pałace, kamienice i fabryki. Zachłystujemy się historią, ale naskórkowo – uczymy się nazwisk przemysłowców i rabinów, protestanckich pastorów, architektów i filantropów. Odkrywamy utraconą niemieckość i żydowskość, ale ograniczamy się do ich artefaktów. Interesują nas stare napisy na murach, sprzątamy stare cmentarze, staramy się ocalić wciąż istniejące świadectwa przeszłości, które zaczynają znikać pod rozpędzającym się walcem modernizacji. Oglądamy z przerażeniem jak wyburzane są kolejne fabryki i kamienice, jak działki po nich zamieniają się w parkingi albo place budowy, na których rosną blaszane hipermarkety. Czujemy, że tak nie powinno być i powoli dojrzewamy do buntu.
Nasze działania na początku są partyzanckie. Skrzykujemy się na forach internetowych, działamy akcyjnie. Koło mieszkania jednego z nas jest rozjeżdżony trawnik? Przekopiemy go i zasadzimy rośliny! Widzimy pomazany rasistowskimi hasłami mur? Zamalujemy go farbą. Na przedpolu ważnego, reprezentacyjnego budynku jest wielka błotnista kałuża? Urządzimy happening, w ramach którego będziemy się w niej kąpać i ośmieszymy tym urzędników. Nasze akcje są błyskawiczne i spektakularne – i podobają się mediom. Umiemy zrobić to, czego nie potrafił nikt przed nami w sposób tak zorganizowany – potrafimy dostarczyć news.
Szybko przechodzimy kolejne etapy organizacji. Zakładamy stowarzyszenia, a nasze akcje stają się coraz lepiej zorganizowane i sięgamy coraz głębiej. Powoli przestaje nas interesować prosta reakcyjność na istniejącą brzydotę, zaczynamy się rozglądać za rozwiązaniami systemowymi. W międzyczasie otwiera się przed nami Europa – część z nas wyjeżdża turystycznie, część zarobkowo, część za pomocą uczelnianych programów wymiany. Podglądamy, jak wyglądają i działają miasta zachodnioeuropejskie – niemieckie, holenderskie, belgijskie, duńskie. Szybko zauważamy, że nasza nadwiślańska modernizacja jest spóźniona względem tej europejskiej o trzydzieści lat. Podczas gdy w Polsce ciągle zachłystujemy się mirażem budowy autostrad, wieżowców i wielopasmowych ulic, zachód Europy wielkim kosztem odtwarza to, co uległo zniszczeniu w wyniku takiego samego zachłyśnięcia się trzy dekady wcześniej. Z zaskoczeniem odkrywamy, że tamte miasta nie są tylko estetyczne, ale też przyjemne do życia – zielone ulice zaludnione są przez kolorowo ubranych, różnorodnych ludzi, restauracje wystawiają stoliki wprost na ulice, a centra miast nie są zawalone samochodami. Dużo osób jeździ rowerami, jeszcze większa ich ilość korzysta ze sprawnego transportu publicznego. Oglądamy centra miast i jesteśmy nimi zafascynowani – chcemy tego samego u nas w Polsce. Stajemy się apostołami nowego urbanizmu – powrotu do centrów miast. Wieszczymy odejście od powszechnego usamochodowienia, niekończącego rozlewania się miast na przedmieścia, biznesowo-biurowych monokultur podobnych sławetnemu Mordorowi na ulicy Domaniewskiej w Warszawie.
Wracamy do swoich miast i ze zdwojoną energią przystępujemy do ich upiększania. Organizujemy plebiscyty, które mają zawstydzać władze, palcem wskazujemy wszystkie niedociągnięcia i zapuszczone przestrzenie. Dopominamy się o ścieżki rowerowe, sprawny transport miejski, remonty kamienic. Dużo czytamy i domagamy się partycypacji w podejmowaniu decyzji. Ku zdumieniu urzędników, licznie stawiamy się na konsultacjach społecznych i zamieniamy je w miejsca gorących dyskusji. Zmiany, które do tej pory przechodziły bez żadnego oporu, muszą zatrzymywać się w pół kroku. Już nie można łatwo przeprowadzić trasy ekspresowej pod oknami dużego osiedla – nowe, prężne stowarzyszenie młodych mieszczan wystąpi z ostrym sprzeciwem. Plan miejscowy zakładający wyburzenie całego kwartału kamienic zostanie oprotestowany, przeciągnięty przez wszystkie media i w efekcie utrącony. Wymuszamy użycie nowych narzędzi współpracy – warsztatów, spacerów badawczych, planowania partycypacyjnego, a w końcu budżetu partycypacyjnego. Jest nam o tyle łatwiej, że szybko znajdujemy sojuszników. Rekrutują się oni z bardzo różnych grup. Część z nich to starsi działacze społeczni, członkowie towarzystw przyjaciół miasta, towarzystw opieki nad zabytkami czy klubów miłośników starych tramwajów. Inni to akademicy – albo niewiele od nas starsi, dopiero rozpoczynający naukową drogę życiową, albo ci, którzy są już na akademii od jakiegoś czasu, ale raczej nie w głównym nurcie. Wreszcie zaczyna nas popierać biznes – najszybciej nadchodzącą zmianę zaczynają rozumieć właściciele nieruchomości, a wydatnie pomaga im w tym nowy kryzys – kryzys roku 2008.
Przed tą datą dla zdecydowanej większości właścicieli nieruchomości jej prawdziwą wartość stanowiła wartość działki. Znajdujące się na niej budynki, nie daj Boże zabytkowe, są tylko kłopotliwym problemem. Typowym sposobem „zagospodarowania” takich działek jest wykupienie ich za bezcen od syndyka lub spadkobierców dawnych właścicieli, a następnie „przypadkowe” podpalenie i wyburzenie stojących tam budynków. Zazwyczaj dzieje się to w piątek popołudniu, gdy służby konserwatorskie i nadzór budowlany już nie pracują – sarkastycznie mawiamy, że „burzymurek” zawsze przychodzi wieczorem lub nocą. Na palcach jednej ręki daje się policzyć inwestycje, w wyniku których zabytkowe budynki nie znikają z powierzchni ziemi – ogromna większość starszych budynków jest fizycznie zagrożona. Uczymy się przeciwdziałać – prowadzimy dyżury, fizycznie pilnujemy budynków, wkuwamy wszystkie kruczki proceduralne, walczymy o wpisy do ewidencji i rejestru zabytków. To morderczy wyścig z czasem, który nie zawsze wygrywamy – ale mamy swoje sukcesy. Jeśli symbolem oporu dla pokolenia naszych rodziców był opornik w klapie i styropian, na którym spali podczas strajków studenckich, to dla nas są to pisma do konserwatora zabytków i kładzenie się na ziemi, aby koparka nie mogła rozpocząć rozbiórki.
Po roku 2008 sytuacja się zmienia. Pęka bańka na rynku nieruchomości, ceny działek lecą na łeb na szyję. Wczorajszy doskonale położony teren inwestycyjny staje się dzisiejszym kamieniem u szyi. Taśmowo plajtują spółki, spółki córki i spółki córki spółek córek, które jeszcze przed chwilą żwawo obracały działkami, kamienicami, fabrykami. Właściciele nieruchomości rozpaczliwie szukają pomysłów na taką ich adaptację, aby chociaż ograniczyć straty, a w najlepszym wypadku wyjść na zero. I wtedy w sukurs przychodzimy im my, nowi mieszczanie.
Wtedy nie widzimy jeszcze, że rzucamy im koło ratunkowe i że nadajemy pierwszy zamach potężnemu kołu, które za chwilę zmieni nasze miasta. Entuzjastycznie i zupełnie za darmo dzielimy się wiedzą. Opisujemy całe dzielnice, które z poprzemysłowej i pokryzysowej smuty wyszły na prostą. Rewitalizacja staje się naszym słowem-kluczem, choć każdy z nas rozumie je nieco inaczej. Podnosimy konieczność przeniesienia wydatków publicznych na remonty zabytkowej tkanki miejskiej, na pomoc przedsiębiorcom posiadającym takie nieruchomości. Zapełniamy je działaniami offowymi – w zamian za bardzo niski czynsz lokujemy tam siedziby naszych stowarzyszeń, zakładamy klubokawiarnie, tworzymy miejsca koncertowe i sklepiki ze starymi rowerami. Martwe fabryki i kamienice rozbrzmiewają nowym życiem – najpierw przychodzą wtajemniczeni, ale tuż za nimi pojawiają się pierwsze fale alternatywnej młodzieży, dzisiejszych millenialsów – to oni są naszymi pierwszymi odbiorcami i to oni natychmiast porównują nas ze swoim wyobrażeniem nowoczesności. Jesteśmy nowi, jesteśmy hipst – dobrze jest się wśród nas pokazywać. Tę nową modę zaczynają podchwytywać również politycy – prezydenci miast zaczynają wsiadać na rowery, otwarcie mówić o tym, że trzeba robić partycypację, współpracować i zmieniać miasta. Zatrudniają wręcz niektórych z nas w urzędach – ale ta pierwsza fala jeszcze rozbije się o mur wewnętrznej niemocy. Na razie jesteśmy ciekawostką, modną paprotką, którą warto mieć koło siebie. Nie wiedzą jeszcze, że nasze ambicje sięgają znacznie dalej.
My powoli zaczynamy czuć swoją siłę. Poznajemy się, jeździmy z miasta do miasta, w końcu powołujemy Kongres Ruchów Miejskich. Wreszcie mamy przestrzeń, gdzie możemy się spotkać, wymienić informacjami, sposobami walki. Jesteśmy coraz mocniejsi – na pierwszym Kongresie jest nas kilkudziesięciu, na drugim – ponad setka. Na trzeci przyjeżdża wysłannik z ministerstwa chcąc nas poznać i opowiedzieć o rodzącej się Krajowej Polityce Miejskiej. Jest rok 2013, dwa lata wcześniej ogłosiliśmy Tezy Miejskie, w których spisaliśmy nasz program działania. Pierwsza i najważniejsza z nich brzmi: mieszkańcy mają niezbywalne prawo do miasta. Mieszkańcy – czyli my.
Aby dobrze zrozumieć to, co się wydarzyło, musimy znowu przyjrzeć się naszym miastom. Wyglądają one wtedy już zdecydowanie inaczej niż dekadę wcześniej. Jesteśmy w środku unijnej perspektywy pomocowej, a samorządy na potęgę estetyzują ulice i place. Nie mogą już tego robić po staremu – muszą oglądać się na nas i przychylne nam media. Pamiętają doskonale nasze akcje i happeningi, więc starają się oddawać nam ogarek. Powstają pierwsze ścieżki rowerowe z prawdziwego zdarzenia, pojawiają się pierwsze kompleksowe programy remontowe kamienic, a główne ulice i place naszych miast przechodzą metamorfozy. Wciąż jest mnóstwo betonu, granitu i żeliwnych słupków, ale efekt już znacznie bardziej przypomina centra zachodnich miast. Z ogromną mocą wspieramy te zmiany, widząc ich pozytywny estetyczny wyraz. Oczywiście ganimy niedociągnięcia i grozimy palcem, ale też często dajemy pochwały i rozdajemy nagrody. Nie bardzo przejmujemy się tym, jakie ta forsowna estetyzacja przynosi efekty, cieszy nas sama zmiana i tempo, w jakim ona następuje. Część z nas czuje się usatysfakcjonowana – to ci, dla których liczy się przede wszystkim wygląd miasta i wygoda korzystania z oferowanych przez nie usług i atrakcji. Odmalowane fasady kamienic, równe chodniki, posadzone pod linijkę drzewka i kwietniki wypełnione kwiatami a nie przypadkowym chwastem – są tym, czego oczekują i nie trzeba im wiele więcej. Powoli przechodzą na pozycje typowo mieszczańskie, szczególnie że sytuacja na rynku pracy zdecydowanie się poprawiła, a oni sami nie są już studentami czy prekariuszami. Pozostali jednak walczą dalej – i będą musieli przegrać, aby wygrać.
Dla wielu z nas jest to moment refleksji. Powoli widzimy, że dostępne nam drogi działania znów się wyczerpują. Jedni uważają, że należy się sprofesjonalizować i przejść na pozycje eksperckie. Inni – że należy założyć własną „partię miast” i wejść do polityki. Jeszcze inni, że należy przejść przez instytucje, ale nie tak, jak za pierwszym razem, gdy wchodziliśmy tam bez przygotowania i trochę na oślep, ale porządnie, z ustalonymi zakresami kompetencji i mocy sprawczej. Nie jesteśmy w stanie dojść do porozumienia, więc się dzielimy. Część z nas startuje w wyborach samorządowych – i sromotnie przegrywa. Jesteśmy spóźnieni, przegapiliśmy nasz moment, wyhamowała nas bratobójcza walka PiS vs. antyPiS. Zawodowi politycy nas zjedli – ci nastawieni bardziej modernizacyjnie i proeuropejsko po prostu przejęli nasze hasła i przecinali wstęgi na tle inwestycji, które realizowali wedle naszych idei i postulatów. Oczywiście według nas robili to powierzchownie, pod publiczkę i wypaczając ideę, ale nasze głosy już nie przebijają się tak dobrze jak kiedyś. Rok 2014 jest dla nas bardzo zimnym prysznicem – i choć udaje nam się zdobyć kilku radnych, współrządzić niektórymi miastami i nawet mieć jednego prezydenta, to droga wyborcza okazała się być ostatecznie ślepą uliczką. Nasze drogi się rozchodzą, a wielu odtrąbiło nasz koniec.
Dopiero z perspektywy siedmiu lat widać, że wieści o naszej śmierci były przedwczesne. Jesteśmy doskonale zsieciowaną i kompetentną grupą wpływu. Znajdujemy się u szczytu naszych karier – jesteśmy radnymi i posłami, zajmujemy ważne stanowiska urzędowe. Jesteśmy cenionymi ekspertami doradzającymi samorządom i agendom rządowym, pracujemy na kierowniczych stanowiskach w ministerstwach i spółkach skarbu państwa. Prowadzimy z sukcesami własne firmy, robimy kariery akademickie. Wielu z nas po drodze zrobiło doktoraty i habilitacje, a jest też kilku, którzy mają już tytuł profesora. W naszych miastach nic nie dzieje się bez naszej wiedzy – choć nie musi to wynikać z naszych działań. Mamy pilnych i pojętnych uczniów. Jak Polska długa i szeroka widać znaki naszego sukcesu – odnowione kamienice, ścieżki rowerowe, woonerfy, parklety, zwężane ulice, schludne ogródki pod parasolami jak ze śródziemnomorskiego obrazka, pięknie przyciętą i podlaną zieleń. Jeśli parking, to raczej schowany i obudowany innymi funkcjami, a samochód coraz częściej staje się nieproszonym gościem. Nie spoczywamy na laurach – wciąż jest tyle do zrobienia! Ale czy na pewno wszystko, co zrobiliśmy, zrobiliśmy dobrze?
Gdy spoglądam wstecz, widzę, że ta bezkrwawa rewolucja wcale nie obyła się bez ofiar. Ofiar, które znikały w ciszy, bardzo często w sposób niezauważony, albo wręcz przeciwnie, z poczuciem ulgi. Tym, co musiało odejść jako pierwsze, było to, co było najbardziej nieestetyczne. Wypowiedzieliśmy wojnę na śmierć i życie obskurnym budom, nie przyjmując do wiadomości, że rugując je z miejskiej przestrzeni zabieramy ludziom dostęp do taniej żywności. Tam, gdzie stał rząd budek z pieczywem i warzywami, dziś najczęściej jest skwer albo pusta, estetyczna przestrzeń. Gdy byliśmy młodzi, kupowaliśmy w tych budkach zapiekanki, hamburgery czy frytki, później kebab. Dzisiaj nie kupimy już w nich nic, bo ich po prostu nie ma. Stać nas na to, aby zjeść w restauracji – ale czy aby każdego jest stać tak jak nas?
Zawłaszczyliśmy przestrzenie, dotąd wspólne. Uporządkowaliśmy ulice i targowiska – tam, gdzie stały zwykłe krzywe stragany z chińską tanizną, dzisiaj często jest pusty plac i fontanna. Niektórym z nas marzyły się klimatyczne targi, ale przecież klimatyczność nie powinna być swojska i nasza, lecz historyzująca i estetyczna. Chodzimy więc na eko-targi, organizujemy jarmarki rękodzieła, na których wystawiają się w różnych miastach wciąż te same, wyspecjalizowane w nich osoby. Dwie marki kraftowego piwa, kilku producentów serów, trzech producentów wędlin, obowiązkowe stoisko z grzanym winem jednego producenta, do tego kilka straganów z ręcznie robioną biżuterią i szytymi z filcu pluszakami – jeśli widziałeś jeden, widziałeś je wszystkie. Wydawało nam się, że pragnęliśmy autentyczności, ale tak naprawdę chodziło nam o estetykę i o aspirację do tego, co kiedyś zobaczyliśmy na Zachodzie. Wielki biznes patrzył na to z radością – ogromny sukces „zrewitalizowanej” Hali Koszyki w Warszawie pokazał, że sztuczna „miejskość” i „autentyczność” sprzedają się doskonale.
Największym jednak naszym „sukcesem” jest „odżulenie” centrów naszych miast. Od zarania swojej działalności walczyliśmy z „żulem” – symbolem patologicznej, zdegenerowanej tkanki ludzkiej, złośliwym nowotworem, który zjadał nasze miasta. Powtarzaliśmy sobie, że PRL zepsuł nasze miasta, bo sprowadził do pięknych kamienic przypadkowych biedaków. Klaskaliśmy, gdy jeden z architektów mówił, że najgorszym, co spotkało łódzkie kamienice, są mieszkający w nich ludzie. Gdy mówił, że trzeba tych ludzi przesiedlić, a na ich miejsce sprowadzić luminarzy i facetów z grubymi portfelami, pukaliśmy się w czoło – zgadzaliśmy się, że trzeba ten problem rozwiązać, ale byliśmy bardziej humanitarni. Uważaliśmy, że musi powstać „miks” – część osób uboższych może pozostać, ale tylko ci, którzy rokują i którzy dadzą się zrewitalizować. Pozostałych zastąpimy my i ludzie nam podobni – młodzi mieszczanie, rodziny z dziećmi, wielkomiejskie single, pracownicy korporacji, wolne zawody. Teraz już nie opłaca się wyburzyć kamienicy, ale należy ją „wyczyścić” z tkanki ludzkiej, wyremontować i sprzedać mieszkania na pniu. Całe kwartały wyludniają się i diametralnie zmienia się ich tkanka społeczna. „Gorsi” ludzie wypierani są do złych dzielnic, a ich miejsce zajmują ludzie podobni nam – w końcu każdy musi gdzieś mieszkać, a mieszkanie jest najbardziej poszukiwanym towarem na rynku. Niechcący uruchomiliśmy lawinę, której nie umiemy już zatrzymać – a wielu z nas wcale zatrzymywać jej nie chce. W końcu co to za przyjemność siedzieć w ogródku i popijać prossecco, gdy nagabuje cię nieładnie pachnący żebrak i prosi o złotówkę na bułkę? Dobrze, że szybko zajmuje się nim przechodzący właśnie patrol straży miejskiej, niech „żul” sobie nie myśli, że może swobodnie łazić, gdzie chce.
Nasze działania w znakomitej większości są dla nas kompletnie przezroczyste. Uważamy, że tworzymy przestrzeń przyjazną dla wszystkich, ale aktywnie wykluczamy z niej wielu dotychczasowych użytkowników. Na naszych wizualizacjach nie ma chłopaków z bram, pijaczków siedzących na ławkach, starszych kobiet z pieskiem z wyłupiastymi oczami i nogami jak patyki wyglądających z okien. Szybko neutralizujemy wszystkie przejawy ich aktywności – zamalowujemy kibicowskie malunki, usuwamy ławki, na których mogliby siedzieć (tak, wiemy, że ławki powinny być, ale na wszelki wypadek postawmy je tak, żeby nie dało się na nich usiąść większą grupą i żeby nie było ich za dużo, bo ludzie nie będą chcieli korzystać z ogródków knajpianych), krzywo patrzymy na lokale, które ich obsługują. Jeśli zadamy sobie trud, żeby porozmawiać z tymi „gorszymi” ludźmi, to dowiadujemy się, że nasze „dostępne i otwarte miasta” są dla nich z różnych powodów niedostępne lub trudne do przebycia. Całe ulice zapełnione są lokalami, do których nie wejdą, bo nie czują że jest ich na to stać, ale za to czują, że nie pasują ubiorem, zachowaniem, fryzurą. Poza okazjonalną Żabką nie mają gdzie kupić tańszego jedzenia, a kawa z pączkiem, która kiedyś kosztowała kilka złotych, dzisiaj wielu emerytów przyprawiłaby o bankructwo. Wielu biednych czuje swoje niedopasowanie do nowej, estetycznej przestrzeni, a jedyne, co mogą w niej robić, to przemykać szybkim krokiem lub wyładowywać na niej swoją frustrację, ku naszemu oburzeniu. Koło wykluczenia wtedy się zamyka – w końcu skoro „patologia” zniszczyła, to tym bardziej trzeba się przed „patologią” bronić. Grodzić, stawiać kamery, wysyłać patrole. Nawet, a może szczególnie wtedy, gdy ten teren sami przed chwilą tej „patologii” odbiliśmy.
Nasza rewolucja naznaczona jest paradoksami. Choć przegraliśmy, to wygraliśmy. Będąc niewielką i pozbawioną wpływów liczonych w politycznych szablach czy wielkich pieniądzach nadaliśmy ton miejskiej modernizacji na dziesięciolecia. Nasze sukcesy mają faustowską naturę. Walcząc o rewitalizację – przynieśliśmy też gentryfikację. Domagając się partycypacji, wzmocniliśmy też podziały, oddając władzę w ręce aktywnych i napędziliśmy procesy wykluczenia, mówiąc biernym, że przecież mogli być aktywni. Tworząc przestrzeń „dla wszystkich” i myśląc wspólnotowo, zniszczyliśmy istniejącą w naszych miastach demokratyczną wspólnotę przestrzeni, uruchamiając bądź napędzając procesy znacznie większe od nas samych. Walcząc z zachłannym kapitalizmem i bezmyślną konsumpcją, których symbolem byli dla nas nasi starsi, zadowoleni koledzy w swoich wielkich SUVach, sami torowaliśmy drogę jego nowej, ulepszonej wersji. Sami siebie postrzegamy jako siłę progresywną, europejską i postępową, ale nasza inkluzywność i otwartość ma bardzo jasno sprecyzowane klasowe granice. Jesteśmy dużo bardziej niejednoznaczni niż gotowi jesteśmy się do tego przyznać i najwyższy czas, abyśmy spojrzeli na siebie tym samym zimnym, analitycznym wzrokiem, którym do tej pory obdarzaliśmy tych, którzy byli przed nami.
Jarosław Ogrodowski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska
przez Paul Kingsnorth | poniedziałek 12 lipca 2021 | opinie
To, co mogłoby nas wszystkich zjednoczyć to nowy, radykalny patriotyzm.
Olśnienie zawdzięczam ponadnarodowej korporacji odzieżowej Gap. Mijałem właśnie jej sklep firmowy, kiedy mój wzrok przykuł plakat umieszczony w witrynie. Ogromne litery głosiły: „JESIENNA WYPRZEDAŻ (Fall Sale). CENY 50% W DÓŁ!”.
Chwilę potrwało, zanim dotarło do mnie, że coś tutaj nie gra. Przecież nie jestem w USA, lecz w Anglii! U nas nie ma takiej pory roku jak fall – po ANGIELSKU jesień to autumn! Ogarnęła mnie bezsilna rozpacz na takie korporacyjne zawłaszczenie mojego języka, kultury, przestrzeni publicznej. Rozejrzałem się dookoła: nic nie wskazywało na to, by ktokolwiek podzielał moje uczucia.
Być może byłem jedyną osobą, która przejmowała się faktem, że Anglicy zupełnie dziś nie wiedzą, kim są. Ich kultura jest w odwrocie, historia – w dużej mierze zapomniana, olbrzymie połacie tutejszego krajobrazu są w zawrotnym tempie przekształcane w bezduszne nie-miejsca [1]. Można o nich, czyli o nas, powiedzieć, że są zagubionym społeczeństwem. Ubieramy się jak Amerykanie, śpiewamy jak Amerykanie, kupujemy jak oni. Zamieniamy puby w sieciowe bary, wycinamy sady i likwidujemy gospodarstwa rolne, by przekształcić wsie w podmiejskie osiedla-sypialnie, a miasta otaczamy kordonem obwodnic i hipermarketów.
Jeśli Anglia była, jak uważał George Orwell, „rodziną z czarnymi owcami pod kontrolą”, teraz bardziej przypomina rodzinę rozbitą. Anglicy stają się narodem bez tożsamości. Wyszydzana przez lewicę, dwuznacznie wykorzystywana przez prawicę, angielska kultura była przez lata czymś kłopotliwym; trupem w szafie, który od czasu do czasu ożywał i z ogoloną na łyso głową i w glanach straszył sąsiadów.
Komu zależy na Anglii? Z politycznego punktu widzenia, wśród liberalnych elit nikt nie śmie nazywać tej miłości po imieniu. Na prawicy z kolei ta miłość, jeśli to rzeczywiście jest miłość, jest tak silna, jak zawsze. W ostatnich dziesięcioleciach na dobrą sprawę jedynymi, którzy wyrażali gotowość „stawania w obronie” Anglii, byli ci, na widok których większość czytelników niniejszego czasopisma [2] przeszłaby na drugą stronę ulicy: wymachujący flagą zagorzali konserwatyści, dziadkowie, których listy ukazują się w dziale opinii czytelników „Daily Telegraph” oraz, czająca się gdzieś na mrocznych obrzeżach, rasistowska prawica, aż poczerwieniała ze strachu i wściekłości.
Co jednak z resztą, ogromną częścią społeczeństwa, która ani nie jest specjalnie rozpolitykowana, ani nie przejawia skłonności do analiz kulturowych? To ci, którzy powiewają flagami z Krzyżem Św. Jerzego [3] z okien swoich samochodów. To ci, dla których Anglia jest czymś realnie istniejącym, ale zalecono im, aby o tym nawet nie wspominali, z obawy, że mogłoby to obudzić w nich namiętności, których wszyscy wolelibyśmy uniknąć. Dla nich – dla nas – Anglia jest obecnie zakazanym słowem.
W pozbawianiu Anglików ich kultury ogromną rolę odegrała lewica. Postmodernistyczna, liberalna, XXI-wieczna wykładnia angielskości (Englishness) mówi, że nie ma ona znaczenia – i że to dobrze. W końcu Anglicy mają mroczną historię. Poza swoimi granicami – kolonializm. Na własnym podwórku – ciemiężenie Szkotów, Irlandczyków i Walijczyków. Każdy wybuch debaty na temat narodowej tożsamości może jedynie obudzić te upiory. Zgodnie z tą wizją, obecnie jesteśmy jedynie zbiorem ludzi zamieszkujących „multikulturową” wyspę na Morzu Północnym.
Strach przed laniem wody na młyn rasistowskiej prawicy przywiódł Anglików – a przynajmniej ich inteligencję – do wyparcia się istnienia własnej kultury. Wiążą się z tym dwa niebezpieczne skutki.
Po pierwsze, wspomniana skrajna prawica całkowicie zawłaszczyła angielskość i nadała jej biały kolor skóry, jeszcze bardziej utrudniając debatę na ten temat. Prawicowa ekstrema wykorzystuje brak wspomnianej debaty do wygrywania społecznych lęków przed tym, że „liberalne elity” i „biurokraci z Brukseli” knują, by już w ogóle nie musieć przejmować się głosem zwykłych obywateli. Strach i gniew, jaki budzi to w ludziach poszukujących własnej tożsamości, kierowany jest następnie na niewłaściwe cele – obecnie „na topie” są imigranci i uchodźcy.
Drugim następstwem jest to, że zmasowany atak na resztki tego, co stanowi odrębne angielskie dziedzictwo, prowadzony zwłaszcza przez siły amerykańskiego kapitalizmu, nie jest w żaden sposób odpierany przez lewicę, która powinna być ich najbardziej zagorzałym obrońcą.
Czymże jest Anglia? Legenda angielskiej muzyki folkowej, Martin Carthy, nieźle to ujął. „Anglicy nie wiedzą, kim są – mówi. – Porzucili swoją tożsamość i ukuli koncepcję »Brytanii«. Tower of London to Anglia, Buckingham Palace to Anglia, Yeomen of the Guard [4] to Anglia… Ale tam nie ma kultury. Myślę, że to, co stanowi o odrębności Anglików od innych, to ich muzyka, taniec, literatura i malarstwo”.
Jest coś w tym, co powiedział Carthy. Muzyka i wszelkie inne dziedziny szeroko rozumianej twórczości [5] pomagają zdefiniować zbiorowości. Podobnie style ubioru, rzemiosło, dziedzictwo kulinarne, język, krajobraz kulturowy. Wszystkie razem, wartości te tworzą rdzeń danej kultury.
W przypadku istoty tego, co jest Anglią, najłatwiej chyba uchwycić ją w krajobrazie. Puby, sklepy, kluby, miejsca kultu, gospodarstwa rolne, ulice handlowe (high streets), wioski: miejsca, które wybudowali Anglicy, które musiały wyjść spod ich rąk – i które nie mogłyby powstać gdziekolwiek indziej.
Takich miejsc jest jednak coraz mniej. Weźmy instytucję lokalnego pubu, którą można by uznać za kulturowy kamień węgielny. „Gdy utracicie swoje gospody, zatopcie wasze puste jestestwa, gdyż do końca stracicie Anglię” – oznajmił angielski poeta francuskiego pochodzenia, Hilaire Belloc [6] w latach 30. ubiegłego wieku. Być może już czas odkręcać kurki, bo tradycyjne puby znikają bardzo szybko – 20 każdego miesiąca! Połowa z pozostałych należy do wielkich sieci, z których wiele kontrolowanych jest przez międzynarodowe banki. Prawdziwych „browarów regionalnych” jest obecnie na Wyspach zaledwie 38 [7].
Podobnie rzecz się ma z naszymi miastami i miasteczkami. Niemalże znikły lokalne sklepy nienależące do żadnej sieci handlowej. Podobny los spotkał targowiska, będące przejawem lokalnej tożsamości. Lokalne ulice handlowe stały się ponadnarodowymi centrami handlowymi, przyczyniając się do powstawania tego, co New Economics Foundation (Fundacja Nowej Ekonomii) nazywa „miastami-klonami” (clone towns). Jej raport na temat owego zjawiska jedynie ujmuje w liczbach to, co wszyscy możemy ujrzeć wokół siebie: między 1995 a 2000 rokiem Wielka Brytania straciła co piąte z małych sklepików, placówek bankowych i pocztowych oraz pubów – łącznie ponad 30 tys. detalicznych punktów sprzedaży. Ich miejsce zajęły wielkie sieci.
Na wsi jest nie lepiej. Ponad 100 tys. miejsc pracy w rolnictwie utraciliśmy tylko w poprzedniej dekadzie. Rodzinne gospodarstwa zanikają. Zarówno łowiska, jak i niezależni rybacy, ostro dostali w (k)ość. Słynne niegdyś angielskie sady idą pod topór w pogoni za unijnymi dotacjami. Z 6 tys. odmian naszych najbardziej sławnych z rodzimych owoców, jabłek, w supermarketach można bez trudu nabyć… dziewięć. W coraz szybszym tempie Anglia zamienia się w ogromny sklep wielobranżowy, leżący przy drodze do globalnego rynku, zaludnionego przez obywateli niczego.
Cóż więc robić?
Każdy z nas niech starannie przyjrzy się otoczeniu, postara się je poznać i zrozumieć, i zadać sobie pytanie, dlaczego ma ono dla nas znaczenie. Potrzebujemy nowej wizji angielskości: takiej, która zabierze nasz kraj z dala zarówno od szyderców z lewa, jak i od fanatyków z prawa. Powinniśmy być w stanie mówić o kulturze i miejscu – dwóch rzeczach, które przez swoją obecność bądź nieobecność określają egzystencję każdego człowieka na świecie – bez odwoływania się do koloru skóry.
W ten sposób dochodzimy do apelu o nowy, pozytywny angielski nacjonalizm: antyrasistowski, patrzący w przyszłość, lecz zakorzeniony w przyszłości nacjonalizm, z którym każdy, kto uważa, że miejsce ma znaczenie, będzie w stanie się utożsamić.
Pozwólcie zacząć definiować nową angielską kulturę opartą o miejsce, nie o kolor skóry – angielskość opartą na uznaniu, że wszyscy przynależymy do tego samego miejsca i musimy współuczestniczyć w tworzeniu tego, czym stają się Anglicy.
W ramach tego pozwólcie przyjąć tyleż kontrowersyjne, co niezbędne założenie, że miejsce stwarzającej problemy koncepcji multikulturalizmu jest na historycznym śmietniku. Kiedy nawet Trevor Phillips [8], szef Komisji na rzecz Równości Rasowej (Commission for Racial Equality, CRE), podejmuje to wezwanie, możemy śmiało stawać do debaty bez obawy, że zostaniemy przedstawieni jako rasiści.
Pozwólcie nam wykuć angielskość opartą nie o kulturową, religijną czy rasową gettoizację, które są często niezamierzonym efektem dążenia do multikulturowej utopii, ale o wielorasowe społeczeństwo żyjące pod parasolem stworzonym przez nas wszystkich, od Anglosasów po Afro-Sasów, w którym zarówno folkowe piosenki Elizy Carthy, jak rap The Streets, stopy Wayne’a Rooneya i pięści Amira Khana [9] reprezentują to, czym jesteśmy.
Czy taka idea jest rasistowska, „ekskluzywistyczna” lub „wprowadzająca podziały”? Nie: jest czymś wręcz przeciwnym. Jest świadomie inkluzywną wizją kraju, który dobrze czuje się sam ze sobą, wita wszystkich przybyłych, ale wie też, z czym to się wiąże; jest świadomy zarówno tego, na co może pozwolić, jak i czego nie powinien tolerować. Kultura, która dobrze czuje się sama ze sobą, jest znacznie bardziej odporna na rasizm, strach przed „obcymi” i lęk przez własnym zanikiem. Zadowolona kultura osuszy bagno ksenofobii znacznie skuteczniej, niż byłyby to w stanie zrobić jakiekolwiek ustawy.
Pozwólcie nam zatem, nostalgiczni torysi, winni liberałowie, religijni ekstremiści, postmodernistyczni akademicy, przestać chcieć być kimś innym, gdzieś indziej, w jakichś innych czasach. Żyjmy tutaj, razem, i walczmy o to. Zbudujmy angielskość, która wyrzuci za drzwi zarówno liberalny wstyd, jak i konserwatywną bigoterię.
Zapewne niektórzy rzekną, że za późno na to wszystko, że dzisiejsza Anglia i Anglia przeszłości nigdy nie będą w stanie się spotkać. Nie będą mieli racji, jako że ciągłość i zmiana zawsze idą ręka w rękę. „Co wspólnego może mieć Anglia roku 1940 z Anglią Anno Domini 1840?” – pisał George Orwell podczas II wojny światowej w eseju „Lew i jednorożec: socjalizm i duch angielski”. „A co ty masz wspólnego z tym pięcioletnim dzieckiem, którego zdjęcie postawiła na kominku twoja matka? Nic, poza tym, że jesteś tą samą osobą” [10].
Paul Kingsnorth
tłum. Artur F. Owczarek
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na łamach opiniotwórczego lewicowego tygodnika „New Statesman” z 15 listopada 2004 r. Następnie polski przekład za zgodą autora ukazał się w piśmie „Obywatel” nr 40, 2008.
Przypisy tłumacza:
1. Non-places; określenie to wprowadził francuski antropolog Marc Augé w swojej książce „Non-places: wprowadzenie do antropologii nowoczesności” (1995). Nie-miejsca to przestrzenie, najczęściej związane z komunikacją i konsumpcją, w których spędzamy wiele czasu, jednak nie przywiązujemy do nich specjalnych znaczeń (przykładem mogą być centra handlowe czy lotniska). Jako że na całym świecie są one podobne do siebie, bywają uważane za jeden z symboli globalizacji.
2. Gazeta, w której ukazał się tekst, jest lewicowym tygodnikiem.
3. Czerwony krzyż na białym polu, narodowa flaga Anglików. Stanowi jeden z elementów bardziej znanej, niebiesko-czerwono-białej flagi Wielkiej Brytanii, w skład której wchodzi jeszcze czerwony krzyż św. Patryka (patrona Irlandii) i biały św. Andrzeja (patrona Szkocji). Zob. też artykuły, w których symbol ten odgrywa centralną rolę, opublikowane w „Obywatelu” nr 21 i 36.
4. Królewska gwardia przyboczna (halabardnicy).
5. W oryginale użyto słowa the arts, mającego szersze znaczenie niż słowo art (sztuka), przez które rozumie się najczęściej sztuki wizualne (film, malarstwo, fotografia), i obejmuje także np. sztukę kulinarną.
6. Hilaire Belloc (1870-1953) – historyk, pisarz i poeta, współtwórca (wraz z G. K. Chestertonem) doktryny dystrybucjonizmu, odrzucającej niczym nieograniczony kapitalizm, z jego tendencją do powstawania monopoli, i nawołującej do upowszechniania drobnej, niezależnej własności w przemyśle, handlu i rolnictwie.
7. W oryg. family brewers; są one zrzeszone w Independent Family Brewers of Britain i nadal reprezentują ok. 4,5 tys. pubów i produkują ok. 450 marek piwa.
8. Czarnoskóry polityk Partii Pracy; po wielu latach wspierania idei multikulturalizmu stał się obecnie jednym z najbardziej prominentnych jej krytyków (m.in. zwraca uwagę, że niekoniecznie musi ona działać na korzyść mniejszości).
9. Czołowy brytyjski bokser o korzeniach pakistańskich. Często publicznie zachęca do integracji brytyjskich muzułmanów i reszty społeczeństwa.
10. W przekładzie Marcina Szustera za George Orwell, Jak mi się podoba. Eseje, felietony, listy, Fundacja Aletheia, Warszawa 2002.
przez Roman Rostek | niedziela 4 lipca 2021 | opinie
Cyfryzacja w firmach mocno przyspieszyła w czasach pandemii. Napędzana jest przez dwie potężne siły. Pierwsza z nich to zachowania konsumentów, którzy generują finansowe rekordy cyfrowym gigantom. Drugi bodziec wynika w dużej mierze z efektów tego pierwszego – to gigifikacja pracy: wzorce działania organizacji platformowych rozprzestrzeniają się w praktycznie wszystkich branżach. Amazon czy Uber są przez znaczną część zarządzających i właścicieli traktowani jako biznesowy punkt odniesienia i wzorzec działania. W ten sposób tworzy się nowa popandemiczna normalność dla pracujących. Raczej niewiele w niej miejsca na dobrą, satysfakcjonującą pracę.
O wpływie cyfryzacji na miejsce pracy pisze i mówi się coraz więcej. W większości przypadków wychodzi się już poza marketingowe slogany o tym, że pracownicy dzięki nowym rozwiązaniom będą wykonywali mniej ciężkiej pracy, którą przejmą maszyny i sztuczna inteligencja, a w zamian będą mogli skupić się na kreatywności i innowacyjności. Coraz więcej światła rzuca się na ciemną stronę cyfryzacji i jej negatywny wpływ na środowisko pracy. Opisałem te zjawiska w artykule, który ukazał się w bieżącym numerze „Nowego Obywatela”:
• rosnący nacisk na totalny cyfrowy nadzór w zarządzaniu,
• przejęcie ludzkich działań zarządczych przez aplikacje (zarządzanie algorytmiczne),
• nieograniczone przechwytywanie i wykorzystanie cyfrowych danych pracowników,
• dehumanizację pracy i alienację pracownika w cyfrowym tayloryzmie.
Pandemia stworzyła doskonałe warunki do wprowadzania nowych technologii cyfrowych. Zwiększono zakres monitoringu, chcąc ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa w miejscu pracy. Wprowadzono m.in. kamery termowizyjne, gromadzenie danych o zdrowiu pracowników, aplikacje do mierzenia dystansu pomiędzy pracownikami. Pracujący zdalnie lub hybrydowo zaczęli intensywnie korzystać z aplikacji do telekonferencji, a ich szefowie zaczęli interesować się narzędziami do monitoringu pracy zdalnej. Wszystko to stworzyło doskonałe możliwości do rozwoju zarządzania algorytmicznego: coraz więcej gromadzonych danych można wykorzystywać na coraz więcej sposobów. Brak regulacji w tym obszarze pozwala na wiele, w rezultacie deweloperzy w firmach IT zostali zarzuceni pracą nad sposobami wykorzystania danych pozyskiwanych na wszelkie możliwe sposoby.
Wszystko to tworzy przyszłość pracy, której elementy są już dobrze znane: „Techniki i narzędzia gospodarki platformowej rozprzestrzeniły się znacząco poza pracę typu »gig work«, przynosząc szeroką gigifikację i restrukturyzację miejsc zatrudnienia, zachowań i relacji, pracy i wspólnot.
Tworzy to środowisko niemal totalnego nadzoru, zbierania i obróbki danych dotyczących prawie każdego aspektu działania w pracy, w czasie rzeczywistym. Jest to wykorzystywane do ukierunkowania ludzi do wykonywania większej liczby zadań w mniejszym czasie, intensyfikując ich pracę. Standardy ustanowione przez system są następnie wykorzystywane do oceny i zarządzania wynikami, nagradzania bądź karania pracowników oraz do dawania lub blokowania dostępu do stabilnych umów o pracę” [1]. Jeśli chodzi o pracę, wchodzimy w Erę Amazońską, jak obecne czasy nazwano w raporcie Institute for the Future of Work (IFIW). Spróbujmy opisać tę nową normalność.
Amazon jako wzór
Firma Bezosa jest jednym z największych wygranych czasów pandemii. Potężne, kilkudziesięcioprocentowe wzrosty obrotów na pewno działają inspirująco na właścicieli i menedżerów innych firm. Inaczej jednak wygląda spojrzenie na Amazon jako na miejsce pracy, które raczej tylko połowicznie odpowiada sloganowi tej firmy: Work hard, have fun – Pracuj ciężko, baw się dobrze.
W 2020 r. liczba wypadków w pracy była w Amazonie o 80% wyższa od średniej dla branży magazynowej. Prawie 6 wypadków na 100 pracowników skutkowało średnio 46 dniami niezdolności do pracy. Bezpośrednią przyczyną jest oczywiście monotonna, ciężka praca fizyczna, którą wymuszają wyśrubowane normy efektywności, regulowane przez zarządzanie algorytmiczne. Praca przyszłości a’la Amazon wygląda z perspektywy pracownika mniej więcej tak:
„W typowy dzień pracy Rina ciągle styka się z systemami śledzącymi jej ruch, czas i ciało. Przy wejściu do centrum oceniane jest jej zdrowie. […] Po wejściu do magazynu Rina dokonuje strategicznej decyzji o tym, gdzie zjeść lunch. Dla pracowników ogromnego centrum dystrybucji minuty i sekundy mogą mieć kluczowe znaczenie. Szuka pokoju socjalnego, który jest tylko trzy lub cztery minuty spacerem od jej stanowiska. Wybór niewłaściwego pokoju, na przykład oddalonego o siedem minut, może pożreć połowę jej trzydziestominutowej przerwy. Na swoim stanowisku Rina rozpoczyna pracę, logując się do systemu komputerowego, który generuje dla niej wskaźnik produktywności. Wie, że jest monitorowana, ponieważ monitor przed nią informuje ją, w jakim tempie pracuje. Menedżerowie również stale skanują monitory, aby upewnić się, że pracownicy robią wynik. Rina nie jest pewna, ale wierzy, że kamery wokół obiektu – albo z opcją automatycznego monitoringu, albo z kontrolą człowieka – są drugim poziomem nadzoru. W środku jest również obserwowana przez kontrolerów, ludzi mających za zadanie upewnić się, że personel wykonuje swoją pracę i utrzymuje co najmniej 6 stóp odległości od siebie. Rina mówi, że w nowszych zakładach Amazon używa urządzeń elektronicznych, aby informować pracowników, czy zbliżają się do siebie zbyt blisko” [2].
Cyfryzacja i zarządzanie algorytmiczne pozwoliły Amazonowi wyśrubować normy efektywności do poziomu, który staje się szkodliwy dla zdrowia pracowników. Tak wygląda realizacja korporacyjnego hasła „Work hard”. Ostatnie miesiące to również medialne kampanie firmy, pełne haseł typu „Zdrowie i bezpieczeństwo pracowników było od pierwszego dnia priorytetem Amazona”, mające pokazać dbałość o dobrostan pracowników, czego ukoronowaniem była kolejna cyfrowa innowacja: AmaZen. Jest to mała budka w środku magazynu, w której zmęczony pracownik może odbywać praktyki mindfulness, oglądając krótkie filmiki, przedstawiające działania mające poprawić samopoczucie. „Pracuj ciężko, baw się dobrze”.
Nawet jeśli Amazon nie byłby bezpośrednim źródłem inspiracji dla innych firm, gdzie pracownicy wykonują prace fizyczne, to na pewno zarządzanie algorytmiczne powiązane z cyfrowym monitorowaniem efektywności staje się normą na podobnych stanowiskach pracy. W takim środowisku zanikają relacje pomiędzy pracownikami, skutecznie ograniczane również aplikacjami zmuszającymi do utrzymywania odpowiedniego dystansu (oprócz Amazona, także Ford wprowadził taką aplikację dla pracowników produkcji).
W ciągu ostatnich tygodni, przy okazji konferencji czy seminariów na temat przyszłości pracy, obraz Charliego Chaplina z „Modern Times” był przywoływany przez różnych prelegentów kilka razy. Nic dziwnego, w Erze Amazońskiej nowe są tylko narzędzia cyfrowe, a same założenia są wzięte prosto z początków zarządzania naukowego, co dla człowieka w pracy nie oznacza nic dobrego.
Praca w organizacjach platformowych
Gigifikacja pracy ma swoje korzenie w organizacjach platformowych. W tym przypadku trudno mówić o jakiejś nowej normalności, skoro praca od początku była tam projektowana w taki sposób, aby wykonujący ją nie miał w ogóle praw pracowniczych, występując jako „świadczący usługę” przy wykorzystaniu aplikacji. Model funkcjonowania Ubera, Glovo czy innej tego typu korporacji, stał się wzorem dla firm kurierskich i powoli staje się wzorem dla branży handlowej: „Przeszliśmy restrukturyzację, wszystko się zmienia i wpływa to na umowy, więc jest się bardziej elastycznym. Widzę to tak, że w ciągu 5-10 lat to będzie coś w rodzaju firmy z główną grupą pracowników i mnóstwem podwykonawców” – jak określił to pracownik wspomnianej branży w cytowanym wcześniej raporcie Institute for the Future of Work.
W kontekście tego typu organizacji przyszłość może oznaczać walkę pracowników o swoje prawa. Ostatnie miesiące przynoszą kilka ciekawych zdarzeń, które mogą wskazywać kierunek. Po uznaniu w lutym bieżącego roku przez brytyjski Sąd Najwyższy, że kierowcy Ubera mają prawa pracownicze, korporacja zaczęła zbierać roszczenia pracowników, wynikające z braku takiego traktowania w przeszłości. Wcześniej podobny wyrok dotyczył kurierów Glovo w Hiszpanii. Przygotowywana dyrektywa unijna, dotycząca zastosowania sztucznej inteligencji, w kontekście pracy wymienia również samozatrudnionych działających w ramach platform cyfrowych.
W Polsce w tym kontekście mieliśmy pod koniec kwietnia strajk kurierów Glovo, na który korporacja zareagowała usunięciem strajkujących z platformy. Taka pokazowa reakcja najlepiej obrazuje asymetrię relacji pomiędzy organizacją platformową a pracownikami, którzy na jej rzecz pracują. Korporacje platformowe wykorzystują swoją władzę na dwa sposoby:
• arbitralnie ustalając warunki współpracy, zmieniając stawki, obszary działania etc. (jednostronna decyzyjność),
• uniemożliwiając krytykę i wymianę niepożądanych dla siebie informacji (blokowanie komunikacji).
W przypadku Glovo klarownie widać było wykorzystanie przez firmę obydwu zakresów władzy. W ten sposób maksymalizowane są interesy firmy, bez uwzględnienia interesów pracowników, którzy nie mają praw decyzyjnych (poza korzystaniem z aplikacji) oraz możliwości normalnej komunikacji z zatrudniającym. Nowa normalność w tym przypadku musi oznaczać prawa pracownicze dla pracujących.
Hybrydowa praca biurowa
Co prawda skala pracy zdalnej w Polsce nie wydaje się tak duża, jak częstotliwość jej wspominania w mediach elektronicznych w czasie pandemii, ale wszystko wskazuje na to, że to właśnie praca hybrydowa stanie się nowym standardem w przypadku pracowników biurowych. Tak zresztą wyglądała w ostatnich miesiącach rzeczywistość zdecydowanej większości takich pracowników. Według raportu ING 38% badanych pracuje w zawodach umożliwiających pracę z domu i jedynie 8% z tej grupy nie pracowało zdalnie w drugiej połowie 2020 roku, a 1/3 funkcjonowała zawodowo w taki sposób przez większość czasu [3].
Rozwiązanie hybrydowe pozwala na ograniczenie szkodliwych skutków pracy zdalnej, o których w swoim raporcie wspominał nawet Microsoft: intensywność wykorzystywania cyfrowych mediów od początków pandemii prowadzić może do stanu cyfrowego wycieńczenia. Wielokrotnie zwiększa się liczba spotkań on-line, przy jednoczesnym zmniejszeniu intensywności komunikacji w zespołach. Wydłuża się czas dostępności pracownika mierzony czasem od wysłania pierwszej do ostatniej wiadomości.
Nic dziwnego, że dla pracujących istotne staje się „prawo do odłączenia”. Takie regulacje są niezbędne dla dookreślenia relacji pracowniczych w kontekście pracy z domu.
Następnym obszarem, definiującym nową normalność w pracy biurowej, jest ciągły nadzór. Rozwój pracy zdalnej napędza wdrażanie narzędzi monitorowania efektywności pracowników, chociaż cyfrowy nadzór nie jest niczym nowym. Na pewno jest to kluczowy składnik zarządzania algorytmicznego, niezależnie od branży.
Cyfrowy nadzór jako stały składnik pracy wywołuje reakcję pracowników. Ciekawe spostrzeżenia wynikają z badań zrealizowanych wiosną tego roku przez Jana J. Zygmuntowskiego i Nikodema Szewczyka. Cyfrowy nadzór sprzyja poczuciu alienacji pracy oraz przyczynia się do przeciążenia (co opisałem w kontekście Amazona) oraz wypalenia zawodowego. Skala zastosowania monitoringu powoduje, że mierzony nie jest już rzeczywisty efekt pracy, ale raczej prezentacja tego efektu. Pracownicy radzą sobie z ciągłym nadzorem, stosując manipulację wynikami (np. ciągły ruch kursora w celu pozorowania pracy, do czego napisano już nawet specjalny program). Menedżerowie, którzy również korzystają ze zbieranych danych w celu sprawowania funkcji kontrolnej, tak naprawdę są po tej samej stronie, co podwładni. Zarządzanie algorytmiczne i monitoring tworzy więc pole walki „algorytm vs ludzie”.
Dane pracowników
Z monitoringiem związana jest kwestia wykorzystywania zebranych danych. Monitoring to nie tylko bieżący nadzór, to również przerabianie tych danych. Jest to kolejny obszar egzekwowania władzy wobec pracowników, jedynie w małym stopniu opisany od strony prawnej.
Według badań cytowanych w raporcie IFIW, aż 67% pracowników nie ma pojęcia, w jaki sposób wykorzystywane są dane na ich temat, zbierane przez pracodawcę w ramach monitoringu efektywności. Ponad połowa badanych nie ma zaufania co do celów, w jakich pracodawca zbiera dane na ich temat, a 65% nie wie, czy ich dane nie są przekazywane zewnętrznym podmiotom. Własność danych zbieranych w ramach monitoringu, procedury podejmowania decyzji (o premiach, awansach, zwolnieniach) w oparciu o te dane, przedefiniowany obszar prywatności w pracy zdalnej – to obszary niedookreślone w ramach nowej cyfrowej normalności.
W propozycji dyrektywy unijnej takie systemy w miejscu pracy określane są jako ryzykowne: „Systemy sztucznej inteligencji wykorzystywane w obszarze zatrudnienia, zarządzania pracownikami i dostępu do samozatrudnienia, w szczególności do rekrutacji i wyboru kandydatów, do podejmowania decyzji o awansie i rozwiązaniu stosunku pracy oraz do przydzielania zadań, monitorowania lub oceny osób pozostających w umownych stosunkach pracy, należy również klasyfikować jako systemy wysokiego ryzyka, ponieważ systemy te mogą w znacznym stopniu wpływać na przyszłe perspektywy zawodowe i źródła utrzymania tych osób” [4].
Kolejnym krokiem powinno być uznanie tego obszaru jako podlegającego obowiązkowym ustaleniom pomiędzy zatrudniającym a pracownikami. Dotyczy to każdego rodzaju pracy i każdej branży. Ograniczenie gigifikacji pracy wymaga również zmiany asymetrii władzy w kontekście własności danych.
Konsumenci, pracownicy i ich prawa
Coraz więcej pracujących osób odczuwać może negatywny wpływ algorytmicznego zarządzania. W tym samym czasie korzystają z jego efektów jako konsumenci. Powtarzane w tysiącach przekazów marketingowych historyjki o tym, co można załatwić jako kupujący przy pomocy jednego kliknięcia, oddziałują na tyle mocno, że trudno jeszcze połączyć te dwie, jakże odmienne, perspektywy. Coraz częstsze próby opisu sytuacji pracy w tej nowej rzeczywistości i oddolne działania pracowników, którzy w największym stopniu odczuwają negatywne skutki braku barier dla cyfrowego kapitalizmu, organizacji platformowych, być może zaczną spotykać się ze zrozumieniem politycznych decydentów. Ci ostatni też widzą, że to nie oni kontrolują cyfrowych gigantów, skoro cyfrowi giganci mogą wedle uznania i własnych interesów decydować, które polityczne inicjatywy wspierać, a które blokować.
Na pewno nie ma tu co liczyć na zarządzających i właścicieli firm. Dla nich są to szeroko otwarte drzwi do nowej rzeczywistości, która niesie obietnice zysków i jest prawnie niedookreślona. Dlatego eksperymentują z nowymi możliwościami zarządzania algorytmicznego, licząc na wygenerowanie wzrostu. Jeśli teraz nie zostaną wprowadzone ograniczenia dla tych procesów, psujących środowisko pracy, w przyszłości będzie to coraz trudniejsze. W budowaniu nowej cyfrowej normalności dobra praca nie jest priorytetem.
Roman Rostek
Przypisy:
1. The Amazonian Era: How algorithmic systems are eroding good work, Institute for the Future of Work, maj 2021, https://www.ifow.org/publications/the-amazonian-era-how-algorithmic-systems-are-eroding-good-work
2. A. Nguyen, The Constant Boss: Work Under Digital Surveillance, Data And Society, 19 maja 2021, https://datasociety.net/library/the-constant-boss/
3. K. Pogorzelski, Oszczędności Polaków w czasie pandemii. Wyniki międzynarodowego badania Finansowy Barometr ING, maj 2021.
4. Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady ustanawiające zharmonizowane przepisy dotyczące sztucznej inteligencji (Akt w Sprawie Sztucznej Inteligencji) i zmieniające niektóre akty ustawodawcze Unii, 21.04.2021 https://eur-lex.europa.eu/legal-content/EN/TXT/?uri=CELEX:52021PC0206
przez redakcja | środa 30 czerwca 2021 | klasyka, opinie
Komisja Spraw Zagranicznych rozpatrywała na dzisiejszym posiedzeniu ustawę przyjętą już przez Sejm, o ratyfikacji konwencji międzynarodowej dotyczącej zwalczaniu handlu kobietami i dziećmi z 30 września 1921 r. Komisja ustawę tę przyjęła i poleciła mi prosić Wysoki Senat, aby ustawę tę w brzmieniu, przyjętym przez Sejm, bez zmiany zatwierdził.
Panie i Panowie, ustawa, która dotyczy ratyfikacji konwencji genewskiej z 1921 r. powinna była przyjść pod obrady nasze znacznie wcześniej. Istotnie należy wyrazić zdziwienie, że dopiero po 30 miesiącach konwencja ta, przyjęta i podpisana przez przedstawicieli Rzeczypospolitej, przychodzi pod obrady Senatu. Stwierdzam to z ubolewaniem dlatego, że opieszałość, z jaką rząd polski spełnia swój obowiązek wobec tej sprawy, bardzo źle, bardzo niechętnie była przyjmowana na obradach komisji doradczej przy Lidze Narodów dla spraw walki z handlem żywym towarem. No, ale to się stało i stwierdzam z wielką radością, że wreszcie będzie można zawiadomić tę komisję i Ligę Narodów, że Polska spełniła swój obowiązek, że podpis, który położyła pod tą konwencją we wrześniu 1921 r. nie był pustym.
Konwencja, o którą tu chodzi, a która została przyjęta zarówno przez Sejm, jak i dziś jednomyślnie przez Komisję Spraw Zagranicznych, jest dopełnieniem szeregu konwencji, które ją poprzedziły, a które mają na celu walkę na drodze międzynarodowej z tym strasznym trądem społecznym, które nosi nazwę handlu kobietami i dziećmi.
Już w roku 1904, co znaczy 20 lat temu, sprawa ta była do międzynarodowego uregulowania zupełnie dojrzała. Rządy wszystkich państw kulturalnych przychodziły do wniosku, że jeżeli ta walka ma być na serio prowadzona, to może być prowadzona na drodze tylko międzynarodowej konwencji, a to dla tej prostej przyczyny, że i ten handel jest międzynarodowy, że on się opiera na organizacji międzynarodowej nadzwyczaj potężnej pod każdym względem, przede wszystkim pod względem środków, jakimi rozporządza i że jeżeli władze państwowe i opinia publiczna na serio pragnie koniec położyć temu strasznemu zjawisku i nadużyciu społecznemu, a przynajmniej to nadużycie ograniczyć, to osiągnąć to można tylko ma drodze porozumienia międzynarodowego. Skutkiem tego, z inicjatywy wielkiego działacza angielskiego Aleksandra Coote’a w 1904 r. zebrało się w Paryżu zgromadzenie przedstawicieli dyplomatycznych różnych państw i spisano pierwszą konwencję, która ma na celu różnymi sposobami zbliżyć się do tego wrzodu społecznego i z różnych stron, pod różnym kątem widzenia przystąpić do sanacji organizmu społecznego, na którym podobny wrzód mógł wyrosnąć.
Gdzie były trudności i dlaczego na drodze międzynarodowej tylko ta sprawa może być rozwiązana? Oto różne państwa próbowały walczyć z wrzodem za pomocą represji tego przestępstwa. Przestępstwa są przewidziane przez kodeks karny. A więc jest rzeczą prostą, że trzeba tylko, ażeby kodeksy kanie i urzędnicy, którzy wykonują postanowienia kodeksów karnych, do karania owych przestępstw w sposób bardziej dotkliwy wzięli się. Czyniono to, ale zauważono, że przestępstwo, o które chodzi w danym wypadku, jest tak złożone, nie jest prawie nigdy ograniczone do terytorium jednego tylko państwa. Jest to przestępstwo, które rozpoczyna się w Warszawie, które ma dalszy ciąg w Berlinie, dalszy ciąg w Hamburgu, potem na statku, który wywozi ofiary tego handlu do portów afrykańskich czy do Argentyny, do Brazylii itd. I otóż we wszystkich państwach, które tu wyliczyłem, obowiązują swoiste kodeksy karne, które często nie znajdują się w żadnym związku, w żadnym porozumieniu pomiędzy sobą. To, co jest ściśle określonym przestępstwem w jednym kraju, w innym kraju, który stoi o wiele niżej pod względem kulturalnym, nie jest jeszcze uważane za przestępstwo i nie podlega karze. Jedne kodeksy karzą tylko samo przestępstwo, inne również usiłowanie przestępstwa. Wysoka Izba widzi na tym krótkim przykładzie, jak trudne jest podjęte zadanie. I dlatego konwencja z 1904 roku przede wszystkim uchwaliła, iż należy dążyć do unifikacji kodeksów karnych pod kątem widzenia, stosowania represji do handlu kobietami i dziećmi.
To nie było jeszcze wszystko. Były jeszcze inne trudności. Zdarzało się dawnymi laty, dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat temu, że towarzystwa dobroczynności, działające w granicach pewnych terytoriów, wydobywały ofiary tego handlu z domów publicznych i zwracały się do przedstawicieli konsularnych tych państw, z których pochodziły owe ofiary, ażeby te reprezentacje konsularne odsyłały ofiary do domów, do ojczyzny. Konsulowie tłumaczyli się, że nie mają na to funduszów, że ich budżet nie przewiduje takich nadzwyczajnych wydatków; byli konsulowie, którzy koszty związane z repatriacją tych ofiar pokrywali z własnych funduszów, byli tacy, ale to były wyjątki. Zdarzało się jednak i to jest zapisane ku hańbie świata przez bardzo wielu podróżników i badaczy, że ofiary te, z inicjatywy osób prywatnych i dobroczynnych wydobywane z domów rozpusty, musiały tam wracać, dlatego, że nie miały żadnych środków utrzymania, że nie miały z czego żyć i ażeby z głodu nie umrzeć, wracały znowu do kałuży, z której je dobre serca bliźnich wydobyły, i to był drugi punkt, na który konwencja z 1904 roku zwróciła uwagę.
Był i trzeci punkt, ten mianowicie, że handel kobietami i dziećmi jest handlem obliczonym na bardzo dalekie przestrzenie. Każdy to rozumie, że taki handlarz musi z natury rzeczy dążyć do tego, żeby zatrzeć jak najprędzej ślady swojej zbrodni. W kraju, w którym dokonał przestępstwa, wie, że może go dosięgnąć ręka sprawiedliwości, stara się tedy swoją zbrodnię przenieść gdzie indziej i jak najprędzej przeskoczyć, chociażby przez ocean. I tutaj odkrywała się daleka perspektywa, objęta tytułem emigracji, i dlatego konwencja międzynarodowa z 1904 r. poleciła rządom zwrócić specjalną uwagę na porty, z których odchodzą transporty emigrantów europejskich do dalekich zaoceanicznych krajów.
To są trzy główne momenty, które miała na widoku konwencja i my, kiedy dziś czytamy konwencję z 1904 roku, dzielącą nas przeciągiem 20 lat od chwili, kiedy się urodziła, dziwimy się, jak to może być, żeby rzeczy podobnie oczywiste, sprawiedliwe i jasne, nie mogły być od razu załatwione. Każdy zrozumie, że jeżeli są różnice między kodeksami, to trzeba je usunąć i trzeba te kodeksy ujednostajnić. Nadzór nad statkami transatlantyckimi jest słaby. Trzeba ten nadzór wzmocnić, albo ten nadzór stworzyć. To są rzeczy możliwe i do wykonania. Dlatego trzeba było aż 20 lat prawie, żeby ta sprawa została ostatecznie załatwiona? Ona jeszcze i dziś nie jest całkowicie załatwiona. Proszę Panów, w roku 1910 ten sam Aleksander Coote zaczął planowo objeżdżać różne państwa, poruszać opinię publiczną krajów, by na nowo ten sam komitet międzynarodowy zebrał się w ministerstwie spraw zagranicznych w Paryżu, i aby na nowo przerobić tę samą konwencję, która zupełnie nie została wykonana. Czy opieszałość rządów, czy trudność sprawy, czy, jak niektórzy złośliwi publicyści uważają, wpływy owych handlarzy, samych owych międzynarodowych organizacji handlu kobietami i dziećmi są tak silne i przemożne, iż konwencja z roku 1904 w roku 1910 zupełnie nie była jeszcze tknięta. Słowem, że w roku 1910 po raz wtóry w ministerstwie spraw zagranicznych w Paryżu zebrali się ci sami dyplomaci, z tymi samami mandatami i powtórzyli po raz drugi ten dezyderat, aby wreszcie państwa, związane już pewnym międzynarodowym związkiem w tej sprawie, przystąpiły do sanacji stosunków. Tak było w roku 1910, lecz i konwencja z roku 1910 znowu pozostała prawie martwą literą. Bardzo wiele państw podpisało tę konwencję, nie tylko z liczby tych, których przedstawiciele byli w Paryżu, ale wiele państw przystąpiło do niej później.
Niemniej jednak stwierdzono w czasie wojny i po wojnie, że konwencja pozostała nadal martwą literą. Między innymi parlament niemiecki ratyfikował ją w roku 1912, a w 1917 w ostatnim wydaniu podręcznika prawa międzynarodowego słynnego internacjonalisty niemieckiego von Liszta znajdujemy uwagę, że konwencja ta, ratyfikowana w Berlinie w roku 1912, pozostała do roku 1917 martwą literą, bo nawet rozporządzeń wykonawczych do tej ustawy nie wydano.
Otóż w takich warunkach zastało tę sprawę zawieszenie broni 1918 roku i z chwilą, kiedy w mowie wielkiego męża stanu, w głowie Wilsona, powstał plan zrealizowania starej zresztą myśli utworzenia Ligi Narodów, stowarzyszenia międzynarodowej walki z prostytucją, dla walki z handlu kobietami i dziećmi, zakrzątnęły się, ażeby do paktu Ligi Narodów został wprowadzony punkt, który ma na celu walkę z tym wrzodem. Otóż w Traktacie Wersalskim w art. 23 litera c) znajdujemy przepis ustawowy, że między innymi, Liga Narodów będzie się także zajmowała walką z handlem kobietami i dziećmi. I w myśl tego art. 23 lit. c), przy sekretariacie Ligi Narodów, utworzono specjalną komisję doradczą w sprawie walki z handlem kobietami i dziećmi, i tak komisja na pierwszym swoim posiedzeniu podniosła sprawę realizacji konwencji międzynarodowej z 1920 r. I konwencja z 1921 r., której ratyfikację dziś chcemy uchwalić, jest powtórzeniem po raz trzeci tych samych zasad, które zostały proklamowane po raz pierwszy w 1904 r., po raz drugi w 1910 r. i które do 1921 r. nie zostały w czyn wprowadzone.
Już na początku swego przemówienia wspomniałem o głównych podstawach tej konwencji. O co tam właściwie chodzi? Chodzi o unifikację tych zasad prawa karnego, które mają na celu walkę ze stręczeniem do nierządu i z handlem kobietami i dziećmi, po wtóre o opiekę silną i wszechstronnie wykonywaną zarówno w portach, z których wychodzą statki, jak i na samych statkach, wreszcie po trzecie – o opiekę nad biurami pośrednictwa pracy, które w krajach, w których pośrednictwo pracy jest sprawą prywatną, bardzo często pod pokrywką pośrednictwa pracy, pod pokrywką agencji do stręczenia nauczycielek, zajmowały się przed wojną po prostu handlem kobietami i dziećmi.
To jest treść tej konwencji.
Rząd Polski, który w 1921 r. położył swój podpis pod tą konwencją międzynarodową i który dziś ją ratyfikuje z tytułu uchwał zawartych w tej konwencji i z tytułu aneksów do niej, powołał do życia szereg instytucji, które mają na celu w najściślejszym związku z opinią publiczną pracować nad wyleczeniem społeczeństwa z tego wrzodu.
Muszę tu oświadczyć, że w kraju naszym na długo przed wojną i nawet wcześniej niż pierwsza konwencja międzynarodowa przychodziła do skutku w 1904 r., istniały towarzystwa prywatne o charakterze wyznaniowym, które zajmowały się opieką nad upadłymi kobietami i które między innymi także na własną rękę, w granicach swoich skromnych środków i skromnych możności, walczyły z handlem kobietami i dziećmi. Najstarszym z tych towarzystw jest towarzystwo katolickie ochrony kobiet, powołane niegdyś przed wielu laty do życia przez nieżyjącego już dzisiaj Gustawa Przeździeckiego. Za przykładem tego towarzystwa powstało towarzystwo żydowskie ochrony kobiet, towarzystwo protestanckie ochrony kobiet, które to towarzystwa w granicach sił i możności pracują nad leczeniem tego trądu społecznego.
Rząd Polski nie zadowolił się tymi inicjatywami czysto prywatnymi. Rząd Polski na skutek dezyderatu zawartego w konwencji, powołał do życia komitet polski do walki z handlem kobietami i dziećmi, taki sam, jaki istnieje w każdym z państw, które konwencję podpisały. Komitet ten składa się z przedstawicieli wszystkich tych towarzystw dobroczynnych, działających na terenie danego państwa, z przedstawicieli rządu i nadaje tej walce inicjatywę i pewien poważny, jednolity charakter. Na czele naszego polskiego komitetu dla walki z handlem kobietami i dziećmi, stoi bardzo znany specjalista w tych sprawach, autor ustawy o walce z chorobami wenerycznymi, dawny wyższy urzędnik Ministerstwa Zdrowia Publicznego, dr. Leon Wernic, którego inicjatywie zawdzięczamy bardzo wiele pięknych zarządzeń publicznych i prywatnych w tych sprawach, którymi się dzisiaj zajmujemy.
Proszę Pań i Panów, poza tymi dwiema kolumnami, na których spoczywa praca w tej dziedzinie, jest jeszcze trzecie kolumna, że tak powiem, to jest specjalna organizacja, którą się nazywa centralnym organem i która w myśl dezyderatów konwencji międzynarodowej, powinna być powołana do życia w każdym ministerstwie spraw wewnętrznych.
Rząd Polski wykonał te zobowiązania, które na nim ciążyły i w zeszłym roku, jeszcze przed ostatnim posiedzeniem komisji doradczej, organ taki powołał do życia w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych organ centralny dla walki z handlem kobietami i dziećmi, organ, który ma centralizować w swoich rękach opiekę urzędową nad wszystkimi tymi sprawami, który ma opiekować się organami wykonawczymi, które w każdej komórce państwowej Rzeczypospolitej powinny czuwać nad tymi sprawami. Organ ten został zorganizowany. Niestety, żelazna miotła redukcji sprowadziła do niczego tę działalność, dlatego, że ten organ, który pracując dla całego Państwa, musi posiadać pewną poważną ilość urzędników, został dziś sprowadzony do pracy jednego tylko urzędnika i każdy z nas zrozumie, że w takich warunkach organ ten zupełnie pracować nie może. Ta redukcja w inicjatywie prywatnej wyraża się tym, że tam nie ma pieniędzy i towarzystwa ochrony kobiet, działające na terytorium Rzeczypospolitej, nie mogą teraz zupełnie podołać swojemu zadaniu. Postanowiono już dawno u nas zorganizować misje dworcowe, których organizacja również wynika z konwencji międzynarodowej; czynimy wszelkiego rodzaju zabiegi, aby sprostać temu zobowiązaniu, ale w gruncie rzeczy sprawa ta nie posuwa się naprzód dlatego, że nie ma na to środków.
I dlatego Komisja Spraw Zagranicznych Senatu uchwaliła dziś prosić Senat, ażeby zechciał przyjąć następującą rezolucję:
„Senat wzywa rząd do wyszukania środków w celu przyjścia z pomocą instytucjom opiekującym się kobietami i dziećmi, oraz dania możności komitetowi polskiemu dla walki z handlem kobietami i dziećmi zorganizowania misji dworcowych, zastrzeżonych w konwencjach międzynarodowych, Państwo Polskie obowiązujących”.
Dodam jeszcze, że rezolucja podobnej treści została również przez Sejm jednomyślnie uchwalona.
Komisja Spraw Zagranicznych Senatu uchwaliła też drugą rezolucję, która brzmi, jak następuje:
„Senat wzywa rząd do jak najszybszego przedłożenia projektu noweli karnej w przedmiocie zwalczania handlu kobietami i dziećmi w myśl zasad zawartych w konwencjach międzynarodowych paryskiej 1910 r. i genewskiej 1921 r.”.
Wszyscy wiemy, że posiadamy komisję kodyfikacyjną, która już od kilku lat pracuje nad kodyfikacją wszystkich ustaw polskich. Komisja ta uchwaliła nawet w dziedzinie prawa karnego ogólną część ustaw karnych, ale zanim te ustawy karne przejdą przez nasze izby prawodawcze, może upłynąć kilka lat. Będę nawet bardzo optymistycznym, jeśli powiem – lat kilka. Komisje kodyfikacyjne w innych krajach pracują dziesiątki lat, zanim kodyfikacje przez nie opracowane wchodzą w życie. Otóż ta rzecz wymaga bardzo prędkiego załatwienia. My nie możemy czekać, aż ustawa karna, która u nas zostanie szczęśliwie wprowadzona w życie, załatwi się i z przestępstwem, o którym my tutaj dzisiaj mówimy. I dlatego nowela, która załatwia tę sprawę w duchu zasad uchwalonych przez konwencję międzynarodową, jest bezwzględnie konieczna. Ta nowela od kilku lat już znajduje się na warsztatach Ministerstwa Sprawiedliwości, ale do dzisiejszego dnia z tych warsztatów nie zeszła i to jest przyczyną, dla której dzisiaj rezolucję przed chwilę przeze mnie przeczytaną uchwalić powinniśmy.
Wysoka Izbo, to jest wszystko, w krótkich słowach, w bardzo krótkich słowach, bo ten przedmiot jest tak obszerny, że wymagałby wielu godzin deliberacji, zanim by go w całości Państwu przedstawić. W krótkich słowach jest przedstawiona Wam treść konwencji międzynarodowej, którą Sejm uchwalił, a co do której Komisja Spraw Zagranicznych poleciła prosić Senat, żeby ją przyjął bez żadnych zmian, według brzmienia przyjętego przez Sejm.
Stanisław Posner
Powyższy tekst to zapis przemówienia w senacie RP, wygłoszonego w dniu 13 lutego 1924 r. Przedruk z książki Stanisława Posnera „Pięć lat pracy w senacie Rzeczypospolitej 1922-1927”, Księgarnia Robotnicza, Warszawa 1928. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł.
Stanisław Posner (1868-1930) – polski działacz socjalistyczny pochodzący ze zasymilowanej rodziny żydowskiej. Już na początku lat 90. XIX wieku związał się z nielegalnymi inicjatywami lewicowymi w zaborze rosyjskim. Był publicystą legalnych pism postępowych, w których promował rozmaite rozwiązania, m.in. spółdzielczość, związki zawodowe, prawa człowieka, samostanowienie narodów podbitych i uciskanych. Od początku XX wieku zaangażował się w zwalczanie prostytucji i handlu żywym towarem, w roku 1903 wydał głośną rozprawę na ten temat pt. „Nad otchłanią” – jej fragment można przeczytać tutaj: Nad otchłanią (w sprawie handlu żywym towarem). W okresie rewolucji 1905 wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej, a po rozłamie w niej związał się z niepodległościową Frakcją Rewolucyjną. Od roku 1910 przebywał na emigracji politycznej we Francji, z której powrócił w roku 1919. W roku 1921 należał do grona pomysłodawców i założycieli Ligi Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Od roku 1922 przez dwie kadencje był senatorem RP wybranym z listy Polskiej Partii Socjalistycznej w okręgu Kielce; w drugiej kadencji pełnił przez dwa lata do swojej śmierci funkcję wicemarszałka Senatu. Autor setek artykułów i wielu większych publikacji.