przez Remigiusz Okraska | wtorek 15 stycznia 2008 | Felietony - Remigiusz Okraska
Co jakiś czas przez Polskę przetacza się utrzymany w histerycznym tonie spór o to, kto jest godny wsparcia i wiarygodny jako podmiot współtworzący obywatelską rzeczywistość. Dzieje się tak najczęściej wówczas, gdy chodzi o pieniądze publiczne. Media lewicowe i liberalne są oburzone, że dotację państwową otrzymały (lub choćby starają się o to) środowiska prawicy, a media tej właśnie opcji – że wsparto lewicę. Czy będzie to dotacja dla Młodzieży Wszechpolskiej, czy dla Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, czy dla gejów i feministek, czy dla stowarzyszenia tradycyjnych katolików – repertuar jest zawsze ten sam. „To skandal! Im się nie należy” – przekonują w identycznym tonie przedstawiciele obu opcji, odmawiając swoim przeciwnikom czerpania środków z budżetu.
Ale nie tylko o pieniądze budżetowe tu chodzi – odmawiają im także prawa do samego istnienia, a przynajmniej kwestionują zasadność materialnych podstaw tegoż. Media liberalne bardzo przejmują się pochodzeniem darowizn dla Radia Maryja, wciąż sugerując, że są one jakieś „lewe” – a to z rzekomo zagarniętej zbiórki na ratowanie Stoczni Gdańskiej, a to od polonijnego biznesmena uwikłanego pół wieku temu – znów rzekomo – we współpracę z nazistami. Z kolei media katolicko-narodowe na tej samej zasadzie piętnują nie-budżetowe źródła finansowania środowisk lewicowych, mniejszości seksualnych lub ekologów. Można się dowiedzieć, że są oni wspierani przez Sorosa, Agorę czy innych „nieprawomyślnych” lub „zagranicznych” darczyńców. Tego typu wywody obu stron sporu pojawiają się często wraz z towarzyszącą im sugestią, że gdyby nie te „trefne” pieniądze, to dana inicjatywa nie mogłaby funkcjonować, jest więc skażona swoistym grzechem pierworodnym.
O finansowaniu różnych środowisk z budżetu nie ma co zbyt wiele pisać, bo tutaj motyka nieustannie przygania gracy. Lewica krytykuje dotacje dla grup prawicowych, lecz bez zażenowania finansuje swoich pupilków, gdy akurat ma wpływ na rozdział państwowych środków. Prawica czyni dokładnie tak samo. Nie ma żadnej różnicy w kwestii skali zjawiska i stosowanych metod, choć obie opcje lubią moralizować i przedstawiać się jako uczciwe i przyznające dotacje wyłącznie wedle merytorycznego klucza. Tego typu uznaniowe dysponowanie publicznym groszem dotyczy nie tylko aspektu politycznego. Nie raz bywało w Polsce tak, że np. ministerstwo środowiska rozdzielało dotacje na te same „neutralne” działania (np. edukacja ekologiczna) nie wedle jakości składanych wniosków czy dorobku ich autorów, lecz bez cienia zażenowania przydzielało je tylko tym organizacjom, które były miłe i spolegliwe wobec aktualnego szefa resortu. Każdy, kto choć otarł się o problematykę wsparcia dla tzw. NGO’sów (organizacje pozarządowe) z jakiejkolwiek instytucji publicznej, ten dobrze wie, że z uczciwością, bezstronnością i merytoryczną oceną zasadności dotacji można się spotkać nie jako z regułą, lecz raczej wyjątkowo. Cały ten system wymagałby sporego przewietrzenia.
Nie to jednak wydaje mi się najbardziej istotne w omawianym temacie. Otóż wspomniane pyskówki dotyczące tego, kto, komu i za co płaci – już nie z budżetu, lecz ze środków prywatnych sponsorów czy fundacji – zawierają jeden niebezpieczny motyw. Spoza aspektu finansowego przeziera coś znacznie bardziej istotnego: odmawianie różnym środowiskom prawa do funkcjonowania jako integralnych elementów tego, co określa szlachetny, lecz w Polsce zupełnie wyświechtany termin „społeczeństwo obywatelskie”. Nie kwestionuję faktu, że warto, a nawet należy się bacznie przyglądać finansowemu aspektowi działania różnych środowisk – temu, „kto za to płaci” i w jakim celu to czyni. Nic dobrego jednak nie wynika z utożsamienia „niesłusznych” (czyli innych niż nasze) poglądów jakiejś grupy z posiadaniem przez nią takiego czy innego sponsora. Innymi słowy: nieuczciwe jest podważanie czyjegoś zaangażowania społecznego oraz szczerości wyznawanych poglądów poprzez sugestie, że „ktoś” za to płaci i tylko – oraz właśnie – dlatego są one takie, jakie są.
Jest oczywiste, że pieniądze mają znaczny wpływ na postawy ludzkie. Jednak sprowadzanie całego problemu różnic ideowych i światopoglądowych do tego, że naszym adwersarzom „ktoś za to płaci”, jest kopaniem dołka, w który samemu wpadnie się prędzej czy później. Nie chodzi wcale o oczywisty fakt, że owa broń jest obusieczna i nam też ktoś może zarzucić „trefne” źródła finansowania. Znacznie gorsze jest niszczenie w ten sposób „mentalnej tkanki” autentycznego społeczeństwa obywatelskiego. Ono bowiem, jeśli ma być żywym, pełnym werwy organizmem, musi pulsować setkami i tysiącami inicjatyw o przeróżnych wizjach, poglądach i metodach działania, nawet sprzecznych i wzajemnie skonfliktowanych. Taka zaś jego wersja, w której istnieją wyłącznie „słuszne” i „godne” inicjatywy, jest de facto atrapą. Nie odzwierciedla bowiem faktycznego społecznego zróżnicowania poglądów, a także konfliktów i ścierania się różnych wizji. To ostatnie zjawisko, jeśli tylko przybiera cywilizowaną postać i rozsądnie zakreślone granice, jest czymś pozytywnym z punktu widzenia rozwoju społecznego, zapobiegając stagnacji, kostnieniu i degeneracji rozmaitych struktur i instytucji. Co więcej, wykluczanie „niesłusznych” inicjatyw odcina sporą część obywateli od możliwości otrzymania lekcji wspólnego działania, powiększając za to skalę i zasięg marazmu.
Gdyby wcielić w życie wizje społecznego zaangażowania, jakie wyłaniają się z ataków mediów lewicowych i prawicowych, to otrzymamy sytuację, w której rozkwitają i są wspierane przedsięwzięcia jednej opcji ideowej, a brakuje lub istnieją w rachitycznej postaci te wyrastającej z odmiennego światopoglądu. Z góry można więc założyć, że znaczna część społeczeństwa, nierzadko jego połowa albo i więcej, otrzymuje wprost komunikat: macie siedzieć cicho i nic nie robić, nie ma dla was miejsca w przestrzeni publiczno-kulturowej. Oczywiście i na szczęście, życie biegnie innym torem i ani myśli podporządkować się fanatycznym zwolennikom którejś z opcji. Jednak ich ciągłe wzajemne nagonki tworzą złą atmosferę dla rozbudzenia społecznej aktywności. Czy to feministki, czy nacjonaliści, ciągle słyszą połajanki pod swoim adresem i napotykają kwestionowanie zasadności własnego zaangażowania publicznego.
W polskich realiach jest to tym bardziej szkodliwe, że mamy nie nadmiar, lecz daleko posunięty niedobór aktywności społecznej. Gdybyśmy byli Szwajcarią lub USA, moglibyśmy sobie do woli wybrzydzać i marudzić, że takie czy inne podmioty sfery „obywatelskiej” nam nie odpowiadają. Jednak w Polsce każdy, kto współtworzy klimat niesprzyjający rozwojowi inicjatyw społecznych, działa po prostu na szkodę kraju. Gdy jest to dziennikarz specjalizujący się w pisaniu donosów na „złe” inicjatywy wedle zapotrzebowania z redakcji, trudno oczywiście wymagać, aby zachowywał się inaczej. W 99% przypadków osobom z tego środowiska jest zapewne obojętne, czy faktyczne społeczeństwo obywatelskie istnieje oraz w jakiej znajduje się kondycji. Współczesne wielkie media mają charakter elitarno-oligarchiczny i ciężko w nich natknąć się na kogoś, kto serio traktowałby te ideały, które kiedyś przyświecały każdemu porządnemu dziennikarzowi. Gdy jednak do nagonek na samo prawo publicznego działania grup obywateli zjednoczonych jakąś ideą przyłącza się osoba aktywna w inicjatywie o podobnej formie, lecz innej opcji ideowej, jest to wyjątkowo szkodliwe i krótkowzroczne.
Szkodliwe – gdyż w ten sposób psuje ona wózek, na którym wspólnie, nawet jeśli wbrew własnej woli, jadą. Istnienie prężnej, tętniącej energią i aktywnością struktury społeczeństwa obywatelskiego, jest na rękę każdemu, kto nie zamyka się w czterech ścianach i gronie najbliższych, lecz chce aktywnie współkształtować warunki życia własnego i swojej wspólnoty. Im więcej jest stowarzyszeń, fundacji i instytucji współpracujących z nimi, niezależnych mediów obywatelskich, wypracowanych reguł i mechanizmów działania, a także – odbiorców takiej aktywności, tym lepsze warunki istnieją dla kolejnych tego typu przedsięwzięć, niezależnie od ich przesłania ideowego.
Myślenie wykluczające „niesłuszne” środowiska z obywatelskiego „obiegu” jest też krótkowzroczne. Nie bierze pod uwagę faktu, że ilość osób angażujących się w takie inicjatywy jest i będzie ograniczona. Czy to z powodu cech charakterologicznych, czy z uwagi na zainteresowania, czy też wskutek sytuacji życiowej, część osób nie bierze i nie będzie brała aktywnego udziału w tworzeniu społeczeństwa obywatelskiego. W zależności od warunków, liczba ta jest w danym kraju większa lub mniejsza, ale nawet w najbardziej sprzyjającym otoczeniu i przy rozbudzonej aktywności nie obejmie ona całości, a zapewne nawet przeważającej części populacji. Jeśli wykluczymy którąś – obojętnie jaką – opcję ideową z możliwości podejmowania inicjatyw, to w efekcie zmniejszamy także szanse na rozwój własnej. Do działań społecznych rzadko lub wcale włączają się osoby całkowicie bierne. Z trwających już kilkanaście lat obserwacji realiów organizacji pozarządowych wnioskuję, że znacznie częściej spotkać można w grupie lewicowej „konwertytę”, czyli kogoś, kto dawniej działał w prawicowej, i odwrotnie, niż kogoś, kto nigdy nie zajmował się taką aktywnością. Oczywiście nie dotyczy to młodzieżowego „narybku”, który dopiero zaczyna swoją przygodę z działalnością społeczną, ale i w tym przypadku bardzo często rolę czynnika motywacyjnego odgrywa przykład działalności rodziców, rodzeństwa czy kolegów z klasy lub podwórka. Blokując jeden z kanałów postaw społecznikowskich, uniemożliwiamy wielu osobom rozbudzenie takich pasji, nabycie stosownych kompetencji, wdrożenie się w procedury i zasady działania. Podcinamy gałąź, na której sami siedzimy. O tym, że wyrządzamy szkodę jakości życia publicznego w Polsce – nie trzeba już wspominać.
Jak najdalszy jestem od hołdowania naiwnym hasłom w stylu „kochajmy się!”. Istotą demokracji jest nie tylko wypracowanie całej serii konsensusów, lecz także istnienie nieustannych konfliktów, ścieranie się sprzecznych interesów, wizji i poglądów. Jest zrozumiałe, że każda zorganizowana grupa chce dla siebie „wyrwać” jak najwięcej, narzucić innym to, co uważa za słuszne. Ustawodawcy, władze wykonawcze, instytucje publiczne i inne podmioty mają obowiązek dbać o to, aby konfliktom nadać cywilizowaną postać, sensowne ramy i chronić elementarne interesy przegranych. Jednak my sami, zorganizowani obywatele, też powinniśmy starać się o zachowanie „pola gry” w jak najlepszym stanie. Bez wątpienia, używając metafor wojennych, jedna strona konfliktu ma prawo strzelać do drugiej. Jeśli jednak na terytorium, które stało się przedmiotem sporu, zdetonujemy bombę atomową, wówczas zwycięstwo okaże się pyrrusowe, bo podbite ziemie zostaną na wiele lat skażone.
W kraju rachitycznej, wątłej i niemrawej aktywności społecznej, w kraju, gdzie niezwykle trudno nakłonić ludzi nawet nie tyle do pomocy innym, lecz do walki o własne prawa i interesy, w kraju powszechnego zniechęcenia i narzekania – ostatnia potrzebna rzecz, to odmawianie nielicznym inicjatywom społecznym prawa do działania tylko dlatego, że nie podoba nam się ich światopogląd czy źródła finansowania. Feministki, geje, piewcy kosmopolityzmu, Rodzina Radia Maryja, stowarzyszenia „homofobów”, nacjonaliści itd., itp., wszyscy oni zasługują na prawo do nieskrępowanego publicznego działania i pozyskiwania środków finansowych, jeśli tylko nie łamią obowiązującego prawa. Odbudowa podstawowej tkanki społeczeństwa obywatelskiego to kluczowe zadanie na dziś w państwie tak straszliwie spustoszonym pod tym względem. Jeśli tego nie uczynimy, to w nieskończoność będą w Polsce rządziły kolejne kohorty oligarchów, wyalienowanych ze społeczeństwa, w żaden realny sposób nie poddanych kontroli, przypominających sobie o nas tylko wtedy, gdy mamy zapłacić podatek i oddać głos w (pseudo)wyborach.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 20 grudnia 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Niezależnie od tego, jak bardzo religijnym społeczeństwem są Polacy, trudno nie spostrzec, że porządkiem świętowania zawładnął biznes. W biznesie zaś chodzi o pieniądz, nie o sacrum, więc około-świąteczne formy oddziaływań na potencjalnych klientów są przyjemnie trywialne i absolutnie niezobowiązujące. W tym kluczu Boże Narodzenie to okazja do chwili dobrego samopoczucia, (iluzji) finansowej beztroski, nieco bardziej kosztownej konsumpcji, nie zaś do – brzydko mówiąc – głębszych refleksji. Okolicznościowy święty Mikołaj, a także jego renifery, to funkcjonariusze reklamy, którzy z chrześcijaństwem mają tyle wspólnego, co diabeł ze święconą wodą.
Co prawda „altruizm” i „empatia” oraz tym podobne pozytywy, podtrzymujące tkankę społeczną i przypominające nam, żeśmy ludźmi, wciąż są na tyle niezbędne, że trzeba dla nich wygospodarować nieco miejsca, dlatego jak co roku o tej porze można tu i ówdzie spotkać odzianych w czerwień osobników ze sztucznymi brodami, jak czają się w miejscach publicznych na bliźnich, szczególnie na dzieci i ładne dziewczęta, by wręczyć im świątecznego cukierka. Taka okolicznościowa ciągutka ma nam, zaganianym i troszku poirytowanym przedświąteczną atmosferą, zapewnić chwilę wiary w ludzkość: że jesteśmy dla siebie dobrzy, że się przynajmniej lubimy, jeśli nawet nie kochamy, że w ogóle miło jest być człowiekiem i cieszyć się nadchodzącą Wigilią. I w ogóle: ho, ho, ho! – jak powiada poczciwy Santa Claus, figura radosnego konsumpcjonizmu, która w wolnej Polsce przyjęła się znacznie lepiej, niźli w zniewolonej Died Maroz.
Właściwie, jeśli o mnie chodzi, to chromolę takie święta. Ludzie w tramwajach nerwowi, na chodnikach nerwowi, w miejscach użyteczności publicznej – także nerwowi. Nie mówiąc o tłoku na pocztach i wyciągających się zewsząd puszkach na datki. Wszyscy chcą, żebym był dla nich dobry i szczodry, a tego nawet moje lewackie serce długo nie zniesie. Nie mówiąc o portfelu. W telewizji przybywa filmów na wszelkie możliwe sposoby poniewierających świętym Mikołajem i „Opowieścią wigilijną” Dickensa. Jak wiadomo, nadmiar wszelkich wartości prowadzi do ich inflacji – czyli w pewien sposób – braku. To może paradoks, a może nawet czysty absurd: ale im bardziej się robi wokół świątecznie, tym mniej jest świątecznie. By zacytować zdanie z powieści pewnego geja (w ramach nigdy nieustającej walki z homofobią): „jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca?”. No właśnie. Nie zachwyca. Mierzi. Żenuje. Irytuje.
I jeszcze te świąteczne kartki, smsy, maile i mmsy. To już nawet nie święty Mikołaj, ale roznegliżowana panienka, (teraz dzieci zamykają oczy) goła dupa z wielkim biustem uśmiechająca się kusząco, z nieodmiennym napisem: „Wesołych Świąt”. No a co to są te Wesołe Święta? Niemal dokładne przeciwieństwo wszystkiego, czym się nas kusi w ramach przedświątecznej oferty. No ale może to przesada? W końcu robimy co możemy, by dać znać bliźnim, że o nich pamiętamy, formy są nam po części narzucone – jesteśmy w swojej masie zakładnikami tej ufundowanej na marketingu kultury, o którą ponoć walczyły pokolenia Polaków, pragnących wybić się na niepodległość. A że to PRL-owski ustrój miał nas niegdyś wyzwolić od dominacji pieniądza, to i nie dziwota, że mamona i wszystkie rzeczy, które jej są, teraz biorą odwet za dziesięciolecia utajonego, prowadzonego w pohańbieniu żywota. Ho, ho, ho! – przytaknie gruby amerykański imperialista, co zamiast cygara we wrednym pysku ma stuletni zarost i minę zażywnego staruszka, który żywot spędził w dobrobycie, a przy okazji jest koroną wszelkich cnót. Co najwyżej ogląda świerszczyki w toalecie. Albo podgląda renifery w stajni. Tfu, chciałem rzec, dogląda reniferów w stajni.
“So this is a Christmas” – jak śpiewał John Lennon – “War is over, Hare Rama if you want it”, i tak dalej, i tym podobne. Chyba za dużo tego Kristmasa wokół nas. Poprzedzone Adwentem Boże Narodzenie, jak się zdaje, prowadzi żywot utajony, w podziemiu. Kościoły, w których odprawia się roraty, znów są po części katakumbami. Tam słowa i rzeczy, biblijne opowieści o oczekiwaniu na nadejście Boga i człowieka, mają swój prawdziwy sens. Można by rzec żargonem nieco filozoficznym: stamtąd można się jeszcze wydobyć z platońskiej jaskini świata, niczym wąskim, wąziutkim przejściem ku prawdziwej jasności. Zaczerpnąć odrobinę dobra, która przywraca sprawom właściwy sens. Ocala piękno, ale i nie skrywa szpetoty, naszej, ludzkiej szpetoty, którą tak umiejętnie maskujemy w dzień powszedni.
W nielubianej przez pogromców religijnej ciemnoty kruchcie, święty Mikołaj jest świętym, Boże Narodzenie jest narodzeniem Boga i człowieka, zawołanie „Wesołych Świąt” rzeczywiście oznacza radość. Tam człowiek odzyskuje swoją historię, która okazuje się być czymś więcej niż pochodem nie napawających bynajmniej większym optymizmem stuleci i tysiącleci. Tam wreszcie człowiek, chcąc nie chcąc, odzyskuje jako taki kontakt z pięknem polskiej mowy i jej tradycjami. Ba, staje się istotą ponadczasową, powtarza słowa, które niegdyś wypowiadali biblijni prorocy: „Spuście nam na ziemskie niwy, Zbawcę z niebios, obłoki”.
Nadchodzące Święta mają dwa przepiękne momenty: łamanie się opłatkiem i puste nakrycie przy wigilijnym stole. Wszyscyśmy z tym oswojeni i bodaj nikt nie może nam tego zabrać. Nawet Santa Claus, gdyby podniósł rękę na te znaki, ryzykowałby jej odrąbaniem, że twórczo nawiążę do klasyka polskiej myśli i praktyki politycznej. Stare, uświęcone zwyczajem pokoleń znaki, których nie trzeba reklamować, które nie są na sprzedaż, które nie przestaną być modne w następnym sezonie. Przeżywaliśmy je jako dzieci, uczestniczyliśmy w nich jako ludzi młodzi i oby towarzyszyły nam też na starość. To są znaki naszego człowieczeństwa, skądinąd trudne znaki – oznaczają otwartość, ufność, gościnę, nawet odwagę, jeśli serio potraktować puste talerze. Santa Claus któregoś dnia zaczopuje się w kominie i kopnie w kalendarz, renifery zwieją do tajgi lub trafią do rzeźni; kto wie, może nawet prawa rynku przestaną znaczyć, ile znaczą i zastąpią je inne formy ideologii – my pozostaniemy z opłatkiem i oczekiwaniem na (nie)spodziewanego gościa. Oby nigdy zamiast pustego miejsca nie towarzyszyła nam w ten czas pustka – czego sobie i Drogim Czytelnikom życzę.
przez Anna Mieszczanek | czwartek 20 grudnia 2007 | Felietony - Anna Mieszczanek
Drogie kobiety!
Piszę do was z małej litery i z kuchni, czyli z miejsca, w którym powinnam być. 14 grudnia gazety podały podały, że nasze emerytury – o 35 procent niższe niż emerytury mężczyzn – będą niższe o kolejne 15 procent.
Naprawdę przesadziłyśmy. Nie wolno tak traktować mężczyzn. To nie jest sprawiedliwe. Musimy zaprzestać prześladowania mężczyzn samym faktem naszego istnienia. Musimy się w końcu usunąć.
Mężczyźni z takim trudem rządzą światem. Tyle mają z tym kłopotów. Nie powinnyśmy stwarzać im dodatkowych problemów. Same widzicie: i profesor Marek Góra, twórca systemu emerytalnego, i Jeremi Mordasewicz, przedsiębiorca z Lewiatana, i nawet cały Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową, martwią się teraz kwestią naszych emerytur. Zaraz będzie się też tym problemem martwił i zajmował swój cenny czas Doradca Pana Premiera do spraw społecznych, Pan Michał Boni. A może i sam Premier pochyli nad tym kłopotem swoje zapracowane czoło. Nie możemy dłużej godzić się na to, by przez nas mieli tyle zmartwień!
Musimy wreszcie jasno przyznać, że te okropne kobiety, które nazwały siebie feministkami i wywalczyły dla nas sto lat temu prawa wyborcze i prawo do nauki – popełniły błąd. Nie powinnyśmy mieć żadnych praw. Uznajmy wreszcie, że one się nam naprawdę nie należą i zwróćmy je prawowitym właścicielom – mężczyznom. Jesteśmy przecież gorszym gatunkiem człowieka i powinnyśmy uszanować to miejsce w szeregu, które wyznaczyła nam natura.
***
Robię właśnie to, do czego jestem przeznaczona. Gotuję na parze rybę, bo dziecko ma chory żołądek i nie może smażonego. Laptopa, na którym piszę do was ten list, przyniosłam do kuchni, żeby mi się ryba nie rozgotowała. Wiem, iż ten komputer mogę mieć dlatego, że jakiś światły mężczyzna go zbudował, inny dostarczył do sklepu, inny jeszcze – sprzedał. A rybę mogłam kupić dlatego, że jeszcze jeden światły mężczyzna ciężko dla mnie pracował nad ustawą o zabezpieczeniu społecznym i tylko dzięki niemu teraz, kiedy jestem chora, po 30 latach pracy dostaję z ZUS-u 459 złotych minus podatek.
Dziś jeszcze przesyłam swoje wezwanie do kobiet przy pomocy e-maila. Ale wiem, że powinnam zamknąć wszystkie swoje internetowe konta. Powinnam przestać zaśmiecać sieć, w której mężczyźni rozwiązują swoje poważne, globalne problemy. Od jutra przestanę – tego wymaga ode mnie obywatelska odpowiedzialność. Uważam też, że wszystkie powinnyśmy zamknąć kobiece strony internetowe, a także zlikwidować niepotrzebne kobiece organizacje – stwarzamy nimi w świecie tylko tłok i bałagan.
Od dziś powinnyśmy też wszystkie zgodzić się co do tego, żeby nie wysyłać więcej żadnych, ale to absolutnie żadnych pism do polityków z jakimikolwiek żądaniami. Przejrzyjmy na oczy i zgódźmy się: nie wolno nam robić takich rzeczy! Przeszkadzamy tylko mężczyznom poważnie zajmować się sprawami świata. Zajmujemy ich cenny czas. Musimy ich za to przeprosić!
Ja przepraszam i od dziś jestem mężczyznom wyłącznie wdzięczna. I wzywam Was Wszystkie: Wy też bądźcie wdzięczne!
Zrzeknijmy się prawa do emerytur! Po co nam one? Te o 35 i jeszcze 15 procent mniejsze niż męskie emerytury, przekażmy solidarnie na ich męskie, zasłużone konta emerytalne. Już dziś! Aby jutro mężczyźni odpoczywali na emeryturach z poczuciem, że na ten odpoczynek w pełni zasłużyli. A my zejdźmy ze sceny publicznej! Przestańmy utrudniać im życie!
Przestańmy chodzić na wybory – tyle mają potem kłopotu z liczeniem naszych głosów. Zwolnijmy miejsca w szkołach – niech w małych klasach zdobywają wiedzę potrzebną do wywoływania światowych wojen i rozwiązywania problemów. To jest przecież najważniejsze. To prawdziwa praca, która popycha świat do przodu. Nie możemy tego dłużej nie dostrzegać!
Znajmy swoje miejsce w szeregu i trzymajmy się tego miejsca! Popełniłyśmy ogromny błąd uznając, że świat potrzebuje nas tak samo jak ich. Czas przejrzeć na oczy. Tak, jak jest oczywiste że mamy siedzieć w kuchni i opiekować się naszymi dziećmi, równie oczywiste jest i to, że za całą zapłatę powinno nam starczyć to, że możemy czuć wdzięczność wobec panów. Tak, możemy wnieść nasz mały, zgodny z miejscem, które nam przeznaczono, wkład w to, żeby działało prawo i sprawiedliwość i żeby żyło się lepiej. Wszystkim.
Anna Mieszczanek
Fot. autorki Zosia Zija
______________
Poprzednie felietony tej autorki znajdziesz tutaj
P. S. Ryba wyszła pyszna.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 20 grudnia 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Wśród środowisk, które krytykują nie tyle ten czy inny rząd lub opcję polityczną, lecz cały „system”, często pojawia się opinia – czy raczej zarzut – że bierność społeczna jest efektem „ogłupienia” Polaków. Przekonują, że obywatele naszego kraju są łatwowierni, naiwni, zbyt mało krytyczni, dają się zwodzić ładnym słówkom i hasłom rzucanym pod publiczkę, a propaganda establishmentu robi im wodę z mózgu. Jedynie garstka przenikliwych buntowników nie dała się omamić. To ci „oświeceni” demaskują knowania reżimu oraz organizują przeciwko niemu rachityczne 100-osobowe demonstracje, które toną w morzu obojętności.
Czy rzeczywiście tak jest? Na pewno podobny osąd nie należy do całkowicie pozbawionych sensu. Można bez problemu wskazać, że w krajach np. Europy Zachodniej krytyczna reakcja społeczeństwa na wiele działań rządu, klasy politycznej czy lobby wielkiego biznesu, jest znacznie bardziej powszechna niż w Polsce. Nie ma w zasadzie znaczenia, o jaki problem chodzi – czy będzie to „interwencja zbrojna” w jakimś „złym” kraju, czy rządowe plany zmniejszenia zabezpieczeń socjalnych. Pojedyncze marsze antywojenne czy demonstracje przeciwko „reformom” gromadzą setki tysięcy uczestników, czyli tyle, ile uzbierałyby w skali roku razem wzięte wszystkie polskie protesty na dowolne tematy.
Jeszcze bardziej wymowne będzie porównanie Polski do Stanów Zjednoczonych, które zazwyczaj traktujemy jako kraj odmóżdżonych tłuściochów, po całych dniach zajadających się hamburgerami przed telewizorem z głupawymi filmami. W USA istnieją jednak tysiące prężnych inicjatyw społecznych, krytycznych wobec Wielkiego Rządu lub Wielkiego Biznesu. Bardzo radykalne czasopisma osiągają tam kilkudziesięciotysięczne nakłady, sprzedawane całkowicie poza „kioskową” siecią dystrybucji, wyłącznie w prenumeracie pocztowej. Społeczeństwo żywo reaguje na zjawiska, które mu się nie podobają – tysiące osób na rozmaite sposoby „knują” przeciwko rozmaitym decyzjom czy wydarzeniom. Na tym tle Polacy wypadają nader mizernie.
Oczywiście takie porównania są ułomne, gdyż nie biorą pod uwagę setek przyczyn składających się na odmienną sytuację różnych społeczeństw. Można wskazać choćby na to, że kultura społeczno-polityczna USA i państw Europy Zachodniej kształtowała się dłużej i w znacznie bardziej sprzyjających warunkach niż w naszym kraju. To, co u nas dopiero raczkuje lub z mozołem się odradza, tam ma wieloletnie tradycje i solidne zaplecze w postaci wzorców kulturowych i stosownych instytucji. Można dodać też, że lepsza jest sytuacja materialna tamtejszych społeczeństw, a o aktywność obywatelską łatwiej, gdy nie trzeba walczyć o elementarne podstawy bytu.
W tym wszystkim są jednak pewne kwestie problematyczne. Otóż w różnorakich sondażach opinii publicznej Polacy wcale nie wypadają tak źle. Przeciwko szczególnie szkodliwym postaciom, działaniom i decyzjom – weźmy choćby Leszka Balcerowicza, inwazję na Irak czy niesławne „cztery reformy” AWS-u – opowiada się większość społeczeństwa. Podobnie jest z poparciem udzielanym np. tak zohydzanym przez media i stronniczo przedstawianym zdarzeniom, jak rolnicze blokady dróg czy demonstracje górnicze. Znaleźć można oczywiście także kontrprzykłady, choćby bardzo wysokie poparcie dla członkostwa w Unii Europejskiej, zbieżne z – no właśnie – wyjątkowo nasiloną propagandą. Ale w tym przypadku utrzymująca się wysoka, a nawet rosnąca akceptacja dla integracji europejskiej pokazuje, że społeczeństwo autentycznie uznało, iż taki wybór leży w jego interesie. Zdarzają się co prawda kurioza – Polacy najbardziej w Europie ufają np. dziennikarzom – ale trudno z takich specyficznych i dziwacznych trendów wyciągać wioski o braku krytycznego myślenia.
Nie ma powodów, by uznać, że Polacy w swej masie są wyjątkowo „ogłupieni” czy podatni na propagandę. Tym bardziej, gdy weźmiemy pod uwagę, że w kluczowych kwestiach panuje u nas zgoda wszystkich znaczących podmiotów ponad politycznymi podziałami, że debata publiczna jest mizerna i toczy się w z góry ustalonych ramach, że brak w niej poważnych środowisk alternatywnych (media często i chętnie nagłaśniają opinie np. Centrum im. A. Smitha – ciekawe, czy podobnie traktowałyby Centrum im. J. Keynesa albo im. W. Röpkego, gdyby takowe istniały?).
Problemem jest natomiast chyba coś innego niż brak krytycyzmu. Postawię tezę – czysto „felietonową”, a więc popartą jedynie własnymi obserwacjami i intuicją – że Polaków cechuje krytycyzm nadmierny, przeradzający się w jałowe krytykanctwo, z którego nie wynika żadna publiczna aktywność. To ostatnie z kolei jest pochodną cechującego Polaków braku zaufania do siebie nawzajem. Wcale nie jest tak, że wyjątkowo podatni na różnoraką propagandę są mieszkańcy kraju nad Wisłą. Polacy bardzo krytycznie i nieufnie oceniają wiele wywodów i działań autorstwa „onych”. Tyle że nieufności wobec establishmentu towarzyszy brak zaufania względem niemal wszystkich innych środowisk i podmiotów. Trudno w takich warunkach o prężne, zbiorowe działanie, bo opiera się ono na poczuciu wspólnoty, na choćby minimalnym przekonaniu o jednym celu większej grupy.
Pokazują ten problem także różnorakie sondaże. Okazuje się, że Polacy w niewielkim stopniu ufają sobie wzajemnie. Mamy zaufanie do kilku „poważnych” instytucji, a przede wszystkim do członków rodziny. Natomiast niewielkie jest do „obcych” – znajomych, mieszkańców tego samego miasta czy dzielnicy, członków tej samej branży czy grupy zawodowej itp. Niezbyt ufamy też organizacjom społecznym, poza najbardziej znanymi, zajmującymi się „ckliwą” tematyką, z liderami prezentowanymi w mediach w pozytywnym świetle. Poza najbliższym kręgiem rodzinnym i towarzyskim oraz odległymi instytucjami, w Polsce istnieje poważny kryzys zaufania wobec różnych struktur i środowisk „średniego szczebla”.
Gdyby wziąć pod uwagę opinie wypowiadane w prywatnych rozmowach, nasi rodacy wcale nie są bezkrytyczni wobec struktur władzy i kapitału. Oczywiście część osób nabiera się na piękne słówka i takież koszule czy krawaty polityków, inni wierzą w to, że Konfederacja Pracodawców Prywatnych składa się z filantropów, którzy prawa pracownicze chcą ograniczać po to, aby Polska była krajem płynącym mlekiem i miodem. Nie sądzę jednak, żeby odsetek takich osób był znacząco większy niż w dowolnym kraju. Za to znakomita większość ma jakieś „ale” a to do rządu, a to do instytucji, które działają źle „za nasze pieniądze”, a to do biznesu – „wiadomo, że” reklamy kłamią, hipermarkety oszukują na czym tylko mogą, a szef-pracodawca to kawał łotra i cwaniaka. Problem w tym, że są to na ogół wywody bez większej wartości, przyjmujące postać pomstowania przed telewizorem czy przy butelce. Bo gdy pada propozycja wspólnego rozwiązania jakiegoś, niewielkiego choćby, problemu, wówczas okazuje się, że potencjalni sojusznicy też są w taki czy inny sposób podejrzani i niegodni zaufania.
I znów można by doszukiwać się przyczyn takiego stanu rzeczy w przeróżnych zjawiskach i wydarzeniach z przeszłości odległej lub całkiem niedawnej. Tradycji zbiorowego działania nie mamy zbyt wiele. Autentyczne społeczeństwo obywatelskie istniało ostatnio w międzywojniu, też zresztą mocno krępowane sanacyjnym centralizmem, a nierzadko zamordyzmem. W PRL-u społecznikostwo wtłaczano w sztywne, biurokratyczne formy, częstokroć zależne od woli i humoru kacyka któregoś szczebla, z kolei inicjatywy opozycyjne przybierały postać bądź to wielkich zrywów i buntu, bądź konspiracyjnej tajnej roboty. Poza okresem solidarnościowego „karnawału” trudno w ostatnich dziesięcioleciach wskazać tradycje normalnego zbiorowego działania, a tamte doświadczenia trudno uznać za ponadczasowe, skoro oparte były na nieistniejącym już modelu dwubiegunowego podziału oraz wyrazistym wspólnym wrogu.
Z „Solidarnością” wiąże się bez wątpienia inna istotna przyczyna braku zaufania. Ruch ten wyzwolił ogromne nadzieje i oczekiwania, a jego liderzy zgromadzili ogromny kapitał społecznego zaufania. Co z tym zrobili, to mniej więcej wiadomo. Skończyło się albo blamażem szybkim i totalnym, jak w przypadku Lecha Wałęsy, albo rozłożoną na raty utratą wiarygodności, jak w przypadku środowiska Unii Wolności i „Gazety Wyborczej” (ta ostatnia zachowała część dawnej pozycji „procentowej” tylko dlatego, że tracąc jedne grupy zwolenników, zyskała inne – Adam Michnik nie jest już „idolem” robotników i „przyjacielem ludu”, lecz bożyszczem części klasy średniej i wyalienowanej ze społeczeństwa inteligencji humanistycznej, często bardzo interesownej i związanej z „michnikowcami” rozmaitymi zależnościami).
W Polsce skompromitowało się też mnóstwo podmiotów, które powinny absorbować i organizować społeczną energię. Od liderów związków zawodowych, którzy okazywali się najlepszymi kumplami i sojusznikami nie pracowników, lecz pracodawców, przez bohaterów jednego epizodu, którzy popularność i zaufanie roztrwaniali niemal natychmiast, ulegając pokusie indywidualnej kariery (tak było z kobietą, która dzielnie walczyła z wyzyskiem w hipermarketach, a później uznała, że koniecznie musi zostać posłanką), kończąc zaś na tzw. organizacjach pozarządowych, w których kwitnie nieróbstwo i cwaniactwo, zaś one same częstokroć są prywatnymi folwarkami liderów i miejscem zatrudniania ich koleżków, kuzynów czy małżonków. To wszystko prawda, a ludzie mają prawo nie ufać autorom takich wyczynów i podejrzliwie traktować inicjatywy im podobne.
Swoje robi też polityczna wojna wszystkich ze wszystkimi. Nie ma sensu kultywować naiwnej wizji, w której podziały polityczne są całkiem nieistotne, a światopogląd autorów jakiejś inicjatywy jest zupełnie bez znaczenia. Problem polega jednak w Polsce na tym, że nawet najbardziej „niepolityczne” działania i sfery aktywności zostają uwikłane w przepychanki ideologiczno-partyjne. Zwykła chęć uczczenia pamięci o Powstaniu Warszawskim będzie części środowisk „śmierdziała prawicą”, a chęć skutecznej ochrony skrawka przyrody inni uznają za „lewacką ekologię”. W ten sposób już na starcie wprowadza się atmosferę podejrzliwości i węszenia „kto za tym stoi”. Widziałem na własne oczy tego typu zachowania w tak, zdawałoby się, niewinnych przypadkach, jak próba stworzenia placu zabaw i ochrona parku przed zamianą w podziemny parking.
Na wyższym poziomie eskalowanie postaw „politycznych” też robi swoje. Lewica, szczególnie ta radykalna, namiętnie węszy odchylenia prawicowo-nacjonalistyczne, akceptując tylko tych, którzy spełniają kryteria czystości ideologicznej w stu procentach. Dochodzi tu do tak kuriozalnych sytuacji, jak – przykład autentyczny – wymuszenie przy pomocy nagonki na wieloletnim działaczu pewnej organizacji, na co dzień nie zajmującej się w ogóle sprawami „obyczajowymi”, udziału w tzw. paradzie równości. W ten sposób miał on zdjąć z siebie odium ciążących od dawna podejrzeń, iż ulega „konserwatywnej hegemonii ideologicznej”. Na prawicy jest dokładnie tak samo, jednak paranoja na punkcie tropienia heretyków – aczkolwiek robi ona to zazwyczaj w bardziej kulturalny sposób niż lewackie sekty – zostaje tu spotęgowana tzw. realizmem politycznym. Jeśli ktoś nie wie, na czym on polega w omawianej kwestii, to skrótowo informuję, że w wersji utylitarnej i niezbyt wysublimowanej chodzi o kultywowanie przekonania, że wszystko ma drugie dno, nikt niczego nie robi całkiem bezinteresownie, a jeśli np. krytykujemy jakąś instytucję, to tylko po to, aby wygryźć stamtąd kogoś i zająć jego miejsce. W efekcie zamiast rozsądnej ostrożności i czujności, mamy permanentną podejrzliwość, która w dodatku urasta do rangi cnoty i kunsztu politycznego.
Wszystkie te czynniki i zjawiska, zebrane w całość, skutkują daleko posuniętą atrofią mobilizacji społecznej. Polacy są podejrzliwi wobec wielu negatywnych zjawisk, procesów i instytucji, ale jeszcze bardziej wobec siebie nawzajem. To znakomicie paraliżuje aktywność obywateli, zdolność wspólnego działania i inicjowanie struktur oporu. Ułatwia za to napuszczanie jednych na drugich, stosowanie zasady „dziel i rządź”, wpuszczanie społecznej energii w kanał domysłów, rozliczeń, nieustannego analizowania wiarygodności itp. Gdyby Polacy cechowali się ponadprzeciętną podatnością na propagandę, to mizerne przejawy aktywności społecznej traktowaliby z obojętnością lub wchodziliby z nimi w polemikę pełną ideologicznego zacietrzewienia. Tymczasem w ich postawach dominuje właśnie ton nieufności: o co im chodzi – na pewno o pieniądze, coś kombinują, za darmo by tego nie robili, ktoś ich podpuścił, skąd mają tyle czasu na takie protestowanie itd., itp. Takie komentarze dotyczą przeróżnych spraw, powtarzane są niczym mantra w dowolnym przypadku. Jeśli ktoś zajmuje się czymś wykraczającym poza indywidualną karierę, życie rodzinne i rozrywkę, nie tyle jest dziwaczny lub nie ma racji, lecz w oczach komentatorów najczęściej jest właśnie podejrzany.
Nie zamierzam nikogo przekonywać do całkowitego porzucenia podejrzliwości. Jest ona potrzebna także wtedy, gdy zaistniałe wspólne inicjatywy mogą skręcić w niewłaściwym kierunku lub paść łupem różnych „złych ludzi”. Namawiam jednak do refleksji nad tego rodzaju powszechną podejrzliwością i krytykanctwem. Dziś nie tyle potrzeba wielkiej idei, jasno wytyczonego celu czy dużych środków finansowych na puszczenie w ruch maszynerii tego, co oznacza wyświechtany termin społeczeństwa obywatelskiego. Potrzeba odbudowy zaufania oraz nabrania dystansu wobec podejrzliwości. Jak to zrobić – nie wiem. Wiem natomiast, że im dłużej będzie dominowała logika spod znaku „człowiek człowiekowi wilkiem”, tym więcej osobników z tego stada zostanie zagryzionych. I każdy z nas może być następną ofiarą.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 29 listopada 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Kontekst historyczny znany, postać również, takoż zarzuty wobec niej; kariera polityczna w III RP nie mniej oczywista dla każdego średnio zorientowanego Polaka. Lech Wałęsa budzi, budził i będzie budzić emocje swoich rodaków. Stał się marką. Dobrze sprzedającą się marką. Dziennikarze, którzy z nim rozmawiają, w swoich słowach i gestach mieszają zachwyt z mniej lub jawną ironią, jeśli nie szyderstwem. Trudno powiedzieć, czy do Wałęsy to dociera, bo sprawia wrażenie mocno w sobie rozkochanego. No ale ma prawo do tej miłości: mógł być dziś dożywającym swoich dni, schorowanym emerytem czy rencistą, stojącym w długich kolejkach do lekarzy, smętnie spoglądającym na odcinek renty/emerytury, patrzącym z rezygnacją w ekran telewizora w swoim skromnie urządzonym M-2 lub M-3, a jest historycznym Lechem Wałęsą. I niech mu wyjdzie na zdrowie.
Lech Wałęsa za spore pieniądze postanowił uświetnić obchody dziesięciolecia francuskiego hipermarketu Carrefour w Polsce. Jak wiadomo, hipermarkety to koła zamachowe polskiej gospodarki i wzór cnót wszelkich w relacjach pracownik (szczególnie ten najniższego szczebla) – pracodawca, o wysokich zarobkach nie wspominając. Nie mówiąc już o niezwykłej wprost łatwości założenia związku zawodowego w hipermarkecie. Carrefour nie pozostaje tutaj w tyle. O taką Polskę walczył Lech Wałęsa, więc nic też dziwnego, że dobrze się czuje w otoczeniu ludzi, którzy ją tak urządzają. Tym bardziej, że obiecano mu wynagrodzenie. Jak sam przyznał „Życiu Warszawy”: „Oczywiście, że mi zapłacili. Za taki występ dostaję od dziesięciu do stu tysięcy euro. Ja zarabiam po parę milionów w ten sposób. Myśli pani, że za trzy tysiące złotych ja bym był w stanie żyć?”.
Lech Wałęsa żyć musi (godnie!), dlatego na dziesięciolecie Carrefoura palnął mówkę na temat „Odpowiedzialności w biznesie”. Temat jak znalazł między wódkę i zakąskę, czy jak się zwie tego typu konsumpcja w wyższych sferach. W zasadzie nie ma powodów do zdziwień i zaskoczeń. Oburzać też się szczególnie nie warto, bo nawet jeśli człowiek się irytuje, to dla zdrowia lepiej sprawę rozbroić sarkazmem. Przecież nikt tak wiele od Wałęsy nie wymaga: prosta, czysta, mówiona robota. Ponoć nawet twórcza, bo Wałęsa mógł powiedzieć co chce, w czym, jak wiadomo, celuje od lat. A przecież gotówkodawcy mogli sobie zażyczyć skakania przez mur, podawania nogi, wspólnego śpiewania z Jean-Michel Jarrem, czy nawet, kto wie, rajdu motorówką. Albo i picia wódki z ludźmi honoru.
Ale nic z tych rzeczy: chodziło tylko, by swą osobą usankcjonować praktyki pewnej szacownej firmy, która tak wiele dobrego zrobiła dla Polaków i pewnie, jeśli jej tylko pozwolić, zrobi jeszcze więcej. A Lech Wałęsa, cóż, w klapie obok Matki Boskiej znajdzie się pewnie jeszcze miejsce dla logo francuskiego hipermarketu. To by nawet do siebie w tym kontekście pasowało, wszak, co powtarzam nie od dziś, żyjemy w państwie godnym kaplic w hipermarketach.
Właściwie to zastanawia mnie tylko jedno. W naszym pięknym kraju nie brak autorytetów, dookreślanych epitetem „moralne”. Autorytety te nie szczędzą rąk i atramentu oraz papieru, gdy tylko komu w Polsce dzieje się krzywda, gdy zostanie popełniona gruba, polityczna niestosowność, czy wręcz – jak to miało miejsce ostatnimi laty – gdy narodowi zajrzał w oczy kaczofaszyzm. Autorytety moralne piszą i gardłują w zaciszu gabinetów oraz w salonach mediów czy jakichkolwiek innych placówek, na jakie zostały pchnięte. Z oczu wyziera im smutek i zgorszenie, pałają świętym (albo świeckim) oburzeniem i w ogóle spalają się w imię słusznych racji. Serca im biją jak dzwony i cały naród wie, że nie musi pytać, komu te dzwony tak biją, bo przecież właśnie jemu: czy to na trwogę, czy na zwycięstwo, czy na ochotę. Wówczas opinia publiczna popada w ekstazę, damy mdleją nad bezami i w ogóle wszystkim jest dobrze, a najlepiej tym, którzy żyją z tego bicia serc (bo przecież nie piany).
Co mnie zatem zastanawia? I nawet trochę smuci, bo pomimo złośliwości żal mi czasem tych naszych autorytetów moralnych i nawet tęsknię za takimi, których na kilometr nie czuć układzikami. Ano, myślę o tym, czemu nikt na poważnie nie podniósł kwestii, czy Wałęsie wypada pojawiać się w pewnych miejscach, fetować z niektórymi osobami, swoją obecnością uspokajać sumienia ludzi, którzy na to nie zasłużyli. Powiem więcej: czy wolno mu się sprzedawać za pieniądze, robić z siebie małpę w cyrku, dawać się wreszcie ośmieszać i wykorzystywać ludziom, którzy w dupie mają odpowiedzialność w biznesie, za to świetnie wiedzą co to public relations i ile zarobili, np. na głodowych pensjach swoich polskich pracownic i pracowników. Czy Lechowi Wałęsie, jeśli traktować jego mit serio (a przecież właśnie do tego przekonują nas autorytety), wolno było pojawić się w takim towarzystwie? I co się stało z etosem „Solidarności”, co się stało z tą demokratyczną ponoć, niepodległą Polską, co się stało z jej elitami, że nie ma komu wstawić się za rzeszą pracowników wszystkich hipermarketów, w których ostatecznie ugodziło zachowanie Wałęsy?
Przestrzeń publiczna potrzebuje symboli, czytelnych symboli, jasnej wizji tego, co dobre, co złe, co wypada, a czego czynić nie należy, jeśli się jest choćby kimś takim jak Lech Wałęsa, jeśli walczyło się kiedyś w imię klasy robotniczej, jeśli się z niej czerpało siły i od niej zyskiwało polityczny, społeczny mandat. I także ci wszyscy, którzy dziś, w 2007 roku, mogą czerpać korzyści z pracy pracowników najemnych, z fizycznej lub umysłowej słabo opłacanej pracy swoich podwładnych, by budować fortuny własne, swoich firm, instytucji i korporacji, którzy wreszcie mogą publicznie zabierać głos i robić za recenzentów rzeczywistości – niech pamiętają, że zawdzięczają to nie tylko swoim zdolnościom, ale czasom tamtej Solidarności i tym ludzkim masom, którym ona niegdyś dawała nadzieję.
Gdy zatem Lech Wałęsa na imprezie Carrefoura za grube pieniądze fraternizuje się z wyzyskiwaczami – to czy nie powinien zabrzmieć dzwon na trwogę? Może powinien. Tylko że dawno pękło w nim serce.
przez Anna Mieszczanek | czwartek 29 listopada 2007 | Felietony - Anna Mieszczanek
Przypomniała mi o tym radiowa Trójka – już po wyborach, a jeszcze przed tworzeniem nowego rządu, w senne niedzielne popołudnie, podczas którego nie wydarzało się tradycyjne w Polsce polityczne mordobicie. Wysłuchałam wiadomości – o tym, że 15 organizacji z Anglii stowarzyszyło się, żeby ratować las Sherwood. 180 hektarów starych dębów jeszcze zostało. Było więcej. 15 organizacji zaczyna więc akcję ratunkową. „Rzeczpospolita” podała tego samego dnia, że organizacje te „w grudniowym konkursie Wielkiej Loterii (BIG Lottery) chcą wygrać 50 mln funtów (70 mln euro) na ten cel. Loteria jest filią brytyjskiej Loterii Krajowej, sponsorującej wiele rozmaitych inicjatyw”.
Jeśli 15 organizacji nie wygra na loterii, napisze pewnie wspólny wniosek o grant do Unii Europejskiej w ramach jakiegoś lokalnego partnerstwa, pilnując terminów a także – o, to nawet najbardziej – formalnych wymogów właściwych wnioskom grantowym. Ten wniosek oceni kilkunastu lub kilkudziesięciu unijnych urzędników na różnych szczeblach: lokalnych, ponadlokalnych, regionalnych. Jeśli procedury zostaną spełnione, 15 organizacji być może dostanie unijny grant na ratowanie dębów, w cieniu których Robin Hood krył się przed zakusami niecnego Szeryfa. Tym samym za pieniądze podatnika z Langwedocji czy Katalonii uratujemy zapewne jakiś fragment starego angielskiego lasu. I wilk będzie syty, i Manchester City – jak mawia mój znajomy.
Tylko czy to ma sens?
Dlaczego nie zadbały o ten las jakieś – utrzymywane za pieniądze podatników – władze? Dlaczego nie zadbały o stworzenie prawa, które uniemożliwiałoby wycinanie starych dębów, skoro wiadomo, że trzeba je chronić?
Po co właściwie wybieramy sobie w Europie od paru setek lat posłów do parlamentów? Narodowych, a teraz i brukselskich? Czy nie po to właśnie, żeby dbali o dobro wspólne? Jeśli nie dbają – po co nam oni?
Zdaje się, że zbudowaliśmy i utrzymujemy system, który służy tylko działaniu tegoż systemu.
Godząc się na istnienie i finansowanie państw oraz na taki a nie inny system wyłaniania reprezentantów Narodów, tworzymy obywatelom komfortowe warunki do stowarzyszania się przeciwko nie-działaniom władz, które ci właśnie obywatele wybierają.
Czy to ma sens? To sensu nie ma.
Hmm, ale ja w tym żyję. Podobnie jak 15 angielskich organizacji, które zapewne za jakiś czas zasiądą do pisania wniosków o unijny grant. A także liczni wyborcy w krajach unijnych, którzy w słodkich przerwach między wyborami a tworzeniem rządów zwolnieni są z obowiązku przysłuchiwania się politycznym mordobiciom o różnym poziomie natężenia.
W pustej przestrzeni zawsze ma szanse pojawić się jakaś ożywcza myśl. Mnie – poraziła.
Co by z taką myślą zrobił Robin Hood?