Instytut Prawicy Narodowej?

W debacie wokół książki „Strach” J. T. Grossa, niejako mimochodem pojawił się pewien bardzo istotny wątek, który oczywiście przeszedł niemal niezauważony przez tzw. opinię publiczną. Prof. Andrzej Friszke, pisząc w „Gazecie Wyborczej” o krytykach Grossa (głównie o Marku Janie Chodakiewiczu i jego książce „Po Zagładzie”), poświęcił część artykułu takiej kwestii: „Warto zwrócić uwagę na czarno-biały obraz politycznego podziału społeczeństwa, jaki wyłania się z pracy Chodakiewicza, a także publikacji wielu innych autorów związanych z IPN. Po jednej stronie są rządzący komuniści, po drugiej – antykomunistyczni partyzanci /…/. W tej perspektywie nie istnieje Polskie Stronnictwo Ludowe – milionowa partia, która dźwigała główny ciężar oporu wobec komunistycznej dyktatury. /…/ IPN wśród dziesiątków publikacji dotyczących lat 40. PSL nie poświęcił ani jednej” (cały artykuł tutaj).

Na taką opinię zareagował rzecznik IPN-u, Andrzej Arseniuk, pisząc m.in.: „Historyk Andrzej Friszke na łamach »Gazety Wyborczej«, kontynuując dyskusję wokół książki Jana T. Grossa (»Gross i chłopcy narodowcy« 23-24.02.2008 r.), napisał, iż »IPN wśród dziesiątków publikacji dotyczących lat 40. PSL nie poświęcił ani jednej«, koncentrując się rzekomo na historii Narodowych Sił Zbrojnych. Jest to twierdzenie nieprawdziwe, niekompetentne i zaskakujące jak na byłego członka Kolegium IPN, za którego kadencji ukazały się dwa tomy materiałów konferencyjnych »Represje wobec wsi i ruchu ludowego« czy prace regionalne, jak »Kolektywizacja rolnictwa w regionie łódzkim«” (całe oświadczenie tutaj)

Życie pisze doprawdy dziwne scenariusze. Na przykład taki, że oto muszę stanąć po stronie „Gazety Wyborczej”, czy raczej tekstu opublikowanego na jej łamach. Dzieje się tak pomimo iż przez wiele osób jestem traktowany jako „zoologiczny antymichnikowiec”. Sama „Gazeta” raczyła poświęcić mi przeczytany przez kilkaset tysięcy osób tekst, mówiący, że jestem groźnym faszystą – takim, jakimi ten dziennik lubi straszyć swoich czytelników, a więc kimś, kto mniej więcej co trzy dni zjada liberalne niemowlę na drugie śniadanko.

W dodatku muszę zająć stanowisko krytyczne wobec IPN-u, a zatem, chcąc nie chcąc, przyłączyć się do przodującej w atakach na tę instytucję sitwy „okrągłostołowej” i postkomunistów. I znów robię to, mimo iż przez ładny kawałek czasu krytykowałem (i krytykuję nadal) te środowiska polityczne, które przy „okrągłym stole” dogadały się, jak rządzić Polską – a efekty tychże rządów uważam za scenariusz dla Polski chyba najgorszy z możliwych, zarówno w aspekcie gospodarczym, jak i kulturowym i politycznym. Robię tak również pomimo tego, że postkomuniści potraktowali mnie podobnie jak „Wyborcza” – ich główny dziś organ, tygodnik „NIE”, będący wyrazicielem opinii środowiska esbecko-szmaciakowatego, redagowany przez rzecznika prasowego zbrodniczej junty gen. Jaruzelskiego, również zaprezentował mnie w całkiem sporym nakładzie jako – jakżeby inaczej – groźnego faszystę. Tak, w stylu tych, którzy co trzeci dzień zjadają na drugie śniadanie rumianego, PRL-owskiego emeryta.

Te wszystkie daleko idące różnice między mną a redaktorami szmatławców traktujących IPN jako jednego z czołowych wrogów, nie zmieniają smutnego faktu – w tym konkretnym sporze rację ma prof. Friszke. Ale zabieram głos nie dlatego, że owa wymiana zarzutów między Friszke a IPN-em jest szczególnie ważna. Bo sama w sobie nie jest. Istotna jest natomiast kwestia, która pojawia się niejako w tle sporu. Tą kwestią jest sposób prezentowania niedawnej historii przez IPN oraz sympatyzujących z nim polityków, dziennikarzy i inne osoby publiczne, kształtujące świadomość Polaków.

We wspomnianym sporze prof. Friszke ma rację na poziomie elementarnych faktów. Argumenty rzecznika IPN-u można włożyć między bajki. Tak się szczęśliwie składa, że mam na półce wspomniane przezeń książki, mające jakoby dotyczyć „historii PSL-u w latach 40-tych”. I wystarczy je przekartkować, by dowiedzieć się, że pan rzecznik, delikatnie mówiąc, nagina fakty. Książka pt. „Kolektywizacja rolnictwa w regionie łódzkim” niemal w ogóle nie odnosi się do PSL-u, z tego prostego powodu, że gdy rozpoczęto kolektywizację wsi w Polsce, PSL jako niezależna partia, opozycyjna wobec Sowietów i ich lokalnych namiestników – już w zasadzie nie istniał. Dwa tomy materiałów konferencyjnych pt. „Represje wobec wsi i ruchu ludowego” też trudno uznać za spełniające postulat prof. Friszke – tom II obejmuje lata 1956-1989, zatem niemal w ogóle nie dotyczy lat 40-tych. Tom I z kolei, owszem, zawiera kilka tekstów na wspomniany temat – ale to zaledwie około 2/3 zawartości książki liczącej niewiele ponad 300 stron. Po pierwsze zatem, Friszke ma rację – IPN nie opublikował ani jednej książki poświęconej w całości historii PSL-u w latach 40-tych. Po drugie – opublikowane przez IPN materiały na ów temat (w kilku różnych książkach i Biuletynie IPN), nie są nawet wstępem do poważnego i wyczerpującego omówienia tematu, stanowiąc zaledwie drobny przyczynek do tej pracy.

Problem nie tkwi jednak tylko w prezentacji historii PSL-u. Jeśli przejrzymy ofertę wydawniczą IPN-u, bez trudu dostrzeżemy tam znacznie większą lukę czy też białą plamę. Jeszcze mniejszą ilość analiz poświęcono bowiem np. polskiej lewicy antykomunistycznej – tej części PPS, która nie zgodziła się na „sojusz”, czyli wcielenie do PZPR pod wodzą PPR. A było to w skali kraju, bagatela, około 200 tysięcy osób, które nie zaakceptowały „zjednoczenia”; byli to także tacy wybitni działacze Polskiej Partii Socjalistycznej, jak Kazimierz Pużak, Zygmunt Zaremba, Tomasz Arciszewski, Adam Pragier czy Adam i Lidia Ciołkoszowie. Taka tematyka niemal w ogóle nie pojawia się w publikacjach IPN-u, jest jej jeszcze mniej niż tekstów poświęconych PSL-owi.

Są za to wydane przez IPN książki: „Konspiracja antykomunistyczna i podziemie zbrojne w Wielkopolsce w latach 1945-1956”, „Stanisław Sojczyński i Konspiracyjne Wojsko Polskie” (monografia słynnego partyzanta „Warszyca”), „»Dobić wroga«. Aparat represji wobec podziemia zbrojnego na Śląsku Cieszyńskim i Żywiecczyźnie (1945-1947)”, „Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944-1956”, „Operacja »Sejm« 1944-1946” (o likwidacji przez UB partyzantki antykomunistycznej w Polsce południowo-wschodniej), „Aparat bezpieczeństwa państwa wobec środowisk narodowych na Górnym Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim w latach 1945-1956”, „Chronić i kontrolować. UB wobec środowisk i organizacji konspiracyjnych młodzieży na Lubelszczyźnie (1944-1956)”, „Podziemie poakowskie w województwie śląsko-dąbrowskim w latach 1945-1947”, „O Polskę Wolną i Niezawisłą (1945-1948). WiN w południowo-zachodniej Polsce (geneza – struktury – działalność – likwidacja – represje)”, „»Zostańcie wierni tylko Polsce…«. Niepodległościowe oddziały partyzanckie w Krakowskiem (1944-1947)”, „Podziemie niepodległościowe w województwie białostockim w latach 1944-1956”, „Ludzie podziemia AK-WiN w Polsce południowo-zachodniej (1945-1948)”, „Ostatni leśni 1948-1953”, „Podziemie poakowskie na Kielecczyźnie w latach 1945-1948”, „Rozpracowanie i likwidacja rzeszowskiego Wydziału WiN w dokumentach UB (1945-1949)”, „Żołnierze porucznika Wądolnego. Z dziejów niepodległościowego podziemia na ziemi wadowickiej 1945-1947”, „Podziemie narodowe na Rzeszowszczyźnie 1939-1944”, „Kryptonim »Orzeł«. Warszawski Okręg Narodowego Zjednoczenia Wojskowego w dokumentach 1947-1954”, „Okręg Krakowski Zrzeszenia »Wolność i Niezawisłość« 1945-1948. Geneza, struktury, działalność”.

Niepodległościowe podziemie zbrojne, jak widać, ewidentnie fascynuje autorów związanych z IPN-em. Ale to przecież nie jedyny obszar ich zainteresowań. Oprócz oczywistych tematów, związanych z ważnymi wydarzeniami w historii PRL-u (czerwiec ’56, grudzień ’70, „Solidarność” itp.), kolejną preferowaną działkę tematyczną stanowi Kościół. Oto kilka wybranych tytułów książek spod znaku IPN: „Operacja: Zniszczyć Kościół”, „Niezłomni. Nigdy przeciw Bogu. Komunistyczna bezpieka wobec biskupów polskich”, „Władze komunistyczne wobec Kościoła katolickiego w Łódzkiem”, „Z dziejów Kościoła katolickiego w Wielkopolsce i na Pomorzu Zachodnim”, „Represje wobec duchowieństwa górnośląskiego w latach 1939-1956 w dokumentach”, „Represje wobec Kościoła katolickiego na Dolnym Śląsku i Opolszczyźnie 1945-1989”, „Do prześladowania nie daliśmy powodu… Materiały z sesji poświęconej procesowi Kurii krakowskiej”. I tak dalej, nie będę Was zanudzał kolejną wyliczanką.

Gdyby komuś było mało tych atrakcji, może jeszcze przeczytać inną książkę sygnowaną przez IPN: „Ziemianie wobec okupacji 1939-1945”. A jeśli ktoś interesuje się naprawdę kluczowymi kwestiami z niedawnej przeszłości, tego na pewno usatysfakcjonuje lektura jedynie 287 stron rozprawy pt. „Urząd Bezpieczeństwa w powiecie Lwówek Śląski (1945-1956)”. Co tam jakiś PSL – mamy w ofercie kilkadziesiąt pozycji o podziemiu zbrojnym. Co tam PPS – poczytajcie o ziemianach i ich troskach. Co tam śmierć Pużaka w komunistycznym więzieniu – wszak wydano kilka rozpraw o represjach wobec Kościoła… I jeśli ktoś liczy na to, że oczywista tendencyjność IPN-u i jego „skręt w prawo” nie są widoczne gołym okiem, ten chyba jest przekonany, że ma do czynienia z idiotami, którzy nie potrafią ani czytać, ani myśleć. A może coś przeoczyłem i Pan Rzecznik Prasowy oświeci mnie i wskaże stosowne publikacje w bogatej ofercie IPN-u? Mam na półce jakieś 50 pozycji z dziedziny „polska powojenna lewica patriotyczna”, ale żadnej z nich nie sygnuje IPN. Bo i po co miałby to robić – przy odrobinie szczęścia można na internetowych aukcjach nabyć np. „Wojnę i konspirację” Zaremby, londyńska edycja z roku 1957, w całkiem przystępnej cenie, tak od 100 do 150 zł. Wydatek w sam raz na kieszeń np. emeryta, który w młodości załapał się na działalność w PPS-ie. Albo dla studenta z niezamożnej rodziny…

Żeby było jasne: nie mam nic przeciwko publikowaniu książek o antykomunistycznym podziemiu zbrojnym. A wręcz przeciwnie – cieszę się z każdego takiego wydawnictwa, bo pozwala ono odkłamać 45 lat cenzury i fałszowania faktów oraz brednie wciąż funkcjonujących w „obiegu naukowym” pseudohistoryków z PZPR-owskiego nadania. Cały problem w tym, że ta cenzura i fałszowanie nie dotyczyły wyłącznie historii podziemia antykomunistycznego czy Kościoła, ale w równie wielkiej mierze ich ofiarą padł niezależny ruch ludowy i socjalistyczny. I dlatego nie może być zgody, aby państwowa instytucja, finansowana z podatków obywateli o przeróżnych poglądach politycznych, zajmowała się propagowaniem wiedzy o tak jednostronnie wybranych wydarzeniach i postawach z przeszłości.

Jest to tym groźniejsze zjawisko, że w sukurs IPN-owi idą inne podmioty – państwowe i prywatne. O ile po roku 1989 wielokrotnie przypominano zbrojne podziemie antykomunistyczne, o tyle wzmianki o niezłomnej części PPS-u były sporadyczne. Pomnika doczekał się „Ogień”, ale nie Pużak. W publicznej TV łatwiej natrafić na film czy program o „żołnierzach wyklętych” niż o Adamie Ciołkoszu. Bez trudu kupimy w ambitniejszych księgarniach książki i albumy o Narodowych Siłach Zbrojnych, ale ze świecą tam szukać opracowań o Arciszewskim. Ile razy, słysząc modne w ostatnich latach peany na cześć Powstania Warszawskiego, mieliśmy okazję dowiedzieć się, że jedną z czołowych jego sił politycznych i bojowych stanowili socjaliści z PPS-u? Czy ofiarą bandytów z UB padli tylko członkowie formacji zbrojnych obozu narodowego, czy może także np. komendant VI Okręgu Batalionów Chłopskich, pułkownik „Zawojna”, czyli Narcyz Wiatr, przed wojną więzień Berezy Kartuskiej, antykomunista, lecz jednocześnie działacz lewego skrzydła ruchu ludowego, zastrzelony na krakowskich Plantach w biały dzień? Czy tyle samo wysiłku, ile włożono w poszukiwania miejsca pochówku „Warszyca”, poświęcono wyjaśnieniu okoliczności śmierci lewicowego ludowca i antykomunisty, Władysława Kojdera, uprowadzonego z domu przez UB i odnalezionego w lesie z 30 kulami w ciele?

Oczywiście nie wątpię, że wielu autorów czy to książek wydanych przez IPN, czy artykułów prasowych, czy scenarzystów filmów dokumentalnych, to osoby szczerze i autentycznie zainteresowane tematyką podziemia zbrojnego, przeszłości ruchu narodowego czy relacji między władzami PRL a Kościołem. Nie zmienia to jednak faktu, że w efekcie otrzymujemy obraz tendencyjny. A problem nie dotyczy bynajmniej przeszłości, lecz jak najbardziej związany jest z tym, co dzieje się tutaj i teraz.

Paradoksalnie, ta prawicowa tendencyjność w „pisaniu historii”, najbardziej na rękę jest postkomunistom i liberałom. Postkomunistom m.in. dlatego, że popycha w ich kierunku tych wszystkich, którzy mają lewicowe poglądy i nawet jeśli krytycznie oceniają PRL, to obca jest im myśl, że mieliby utożsamić się z wizją przeszłości, w której czołową rolę odgrywają Narodowe Siły Zbrojne, major „Łupaszka”, ziemianie i biskupi polscy. Tacy ludzie – a znam ich sporą ilość osobiście – albo wybierają postkomunistów jako „mniejsze zło”, albo wręcz, zwłaszcza młodsi z nich, nawet nie mają pojęcia, że w Polsce istniała po wojnie silna tradycja lewicy antykomunistycznej, która została brutalnie zdławiona przez sowiecką agenturę i zwykłe szumowiny wycierające sobie gębę hasłami lewicowymi.

Z kolei liberałom taka propaganda pozwala wyprzeć ze społecznej świadomości i kart historii tę niewygodną dla nich prawdę, że skrajnie wolnorynkowych „reform”, korzystnych dla wąskiej grupy społecznej, w dodatku przeprowadzonych na mocy porozumienia z postkomunistami, dokonali w Polsce zwykli zdrajcy. Bo środowisko, umownie mówiąc, „Gazety Wyborczej” to przecież ludzie, którzy zanim zaczęli wprowadzać „plan Balcerowicza”, przez wiele lat odwoływali się do tradycji lewicy patriotycznej. Adam Michnik, nim został obrońcą Kiszczaka, nie raz odwoływał się do tradycji Pużaka i Ciołkoszów. Jacek Kuroń, zanim stał się ministrem w ultraliberalnym rządzie, a politykę społeczną sprowadził do rozdawania zupy, przez wiele lat powoływał się na prospołeczny etos PPS-u. Komitet Obrony Robotników był oczywiście środowiskiem łączącym różne tradycje, ale wyraźnie zaznaczała się w nim tendencja spod znaku lewicy patriotycznej, w sensie zarówno ideowym, jak i personalnym (tzw. stary KOR to m.in. Aniela Steinsbergowa, Ludwik Cohn, Antoni Pajdak, a z młodszych m.in. Jan Józef Lipski). Pierwsza „Solidarność” nie była tylko zrywem antykomunistycznym, domagającym się transmitowania mszy świętej w radio i kolejnych pielgrzymek Papieża-Polaka, ale także – o czym dziś mówi się coraz rzadziej – egalitarnym ruchem obrony praw pracowników i ich sytuacji bytowej.

Oczywiście nie można dzisiejszym liberałom odmówić prawa do zmiany poglądów. Sęk w tym, że swoją pozycję po roku 1989 zawdzięczają oni poparciu społecznemu, udzielonemu nie za obnoszenie się z wizjami podatku liniowego, cięć socjalnych i „restrukturyzacji przemysłu”, lecz opartemu na własnej legendzie z tych lat, gdy byli obrońcami robotników i liderami masowego, głównie pracowniczego ruchu społecznego. To właśnie im najbardziej na rękę jest sytuacja, w której tradycje lewicy patriotycznej są zapomniane, ponieważ, po pierwsze, nikt ich samych nie rozliczy z tego, co niegdyś głosili, a po drugie – nie powstanie w Polsce żadna lewica konkurencyjna wobec ich „okrągłostołowych” partnerów z SLD lub niezależna towarzysko i finansowo od środowiska „Gazety Wyborczej”.

Oczywiście obecna sytuacja jest też na rękę prawicy. Marginalizowanie tradycji niezależnego, lewicowego, lecz antykomunistycznego ruchu ludowego i socjalistycznego, pozwala jej kreować taki obraz teraźniejszości, w którym jedynym przeciwnikiem pozostaną „niemoralni” postkomuniści i ci wszyscy, którzy z nimi tak czy inaczej kolaborują. A także taki obraz przeszłości, której jedynym godnym spadkobiercą pozostają oni sami, czyli ludzie odwołujący się do „bojowego” katolicyzmu, wolnego rynku, elitaryzmu itp. W tym obrazie nie ma miejsca na coraz silniejsze w międzywojniu PPS i Stronnictwo Ludowe, na liczny udział socjalistów w AK, na masowe Bataliony Chłopskie, na powszechne w czasie wojny opinie o klęsce wrześniowej jako porażce „Polski pańskiej, ziemiańskiej i plebańskiej”, na lewicowy zwrot nastrojów społecznych w czasie okupacji, na niekomunistyczną wizję egalitarnej i prospołecznej Polski po wyzwoleniu (jeśli ktoś nie wierzy, niech przeczyta „Program Polski Ludowej”, przygotowany w 1941 r. w Londynie przez PPS-owca Zarembę i ludowca Miłkowskiego).

George Orwell proroczo napisał w „Roku 1984”: „Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość”. W takim ujęciu problemu, jaki nakreśliłem, jest tylko zdrowa prawica mniej lub bardziej liberalna (zwłaszcza, że z tradycji piłsudczykowskiej i endeckiej pozostały dziś w obiegu głównie hasła kulturowo-obyczajowe, znikły natomiast ich niegdysiejsze wizje socjalnej czy solidarystycznej gospodarki) oraz podli, niemoralni postkomuniści i ich centrowi pomagierzy. Wszelkie spory ideowe można zatem bez trudu sprowadzić do nieustannego, jałowego wałkowania tematu aborcji, lustracji, praw homoseksualistów i stosunku wobec Kościoła. I tak oto nieważna jest kwestia nakładów na pomoc socjalną, wysokość stawek podatkowych, prywatyzacja, rola własności państwowej (bo o takim „dziwactwie” jak spółdzielczość i gospodarka trójsektorowa, nawet nie ma sensu i z kim rozmawiać), zakres i znaczenie sfery publicznej, sposób reakcji na globalizację gospodarczą itp. Wybór społeczeństwa ogranicza się do wyboru między liberałami, którzy modlą się często lub wcale, między mającymi korzenie w KOR-ze lub w PZPR, między liberalnym Tajnym Współpracownikiem a liberalną ofiarą jego donosów, ewentualnie między liberałem, który miał dziadka w Wehrmachcie lub tym, który miał dziadka w Legionach.

Historia, czyli niewdzięczność pamięci

Mowa tu o Eugenio Pacellim, papieżu Piusie XII, który sprawował swój urząd w latach 1939-1958. Ciążą na nim zarzuty obojętności wobec Holocaustu, losów narodu polskiego pod okupacją i – last but not least – rzekomego sprzyjania Hitlerowi. Nie zamierzam podawać tutaj papieskiej apologii, chciałbym jednak zwrócić uwagę na kilka (zapomnianych) faktów i na ich podstawie wysnuć nieco szerszą refleksję o „niewdzięczności pamięci”. Tego rodzaju namysł wciąż może być dla nas przydatny, bo historia, nie mniej niż niegdyś, choć może w bardziej wyrafinowany sposób, wydaje się być „sędziwą damą” na usługach różnorakich wydziałów propagandy i akwizytorów niezobowiązujących uogólnień.

Tuż po wojnie Pius XII powszechnie uznawany był za obrońcę Żydów, jedną z niewzruszonych moralnie postaci czasów II wojny światowej. Człowieka, który całkiem sprawnie radził sobie w niezwykle dramatycznych okolicznościach. Wiele osób – choćby kard. Sapieha – miało dopiero z czasem uświadomić sobie trud i dobrą wolę papieża. Jednak stosunkowo szybko do dzieła przystąpiła sowiecka propaganda, bynajmniej nie bezinteresowna (mówiąc eufemistycznie) w swych ideowo-politycznych relacjach wobec papiestwa. A gdy w latach 40. namiestnik Watykanu zajął własne stanowisko wobec problemów relacji Izraela i Palestyny, uznając, iż konflikt między nimi wymaga poszanowania praw obu stron konfliktu, obróciła się przeciwko niemu także część środowisk żydowskich. Jednak wydarzeniem bodaj najważniejszym – z punktu widzenia światowej opinii publicznej – dla ugruntowania się „czarnej legendy” Piusa XII jest sztuka teatralna „Namiestnik”, napisana przez komunizującego za młodu Rolfa Hochhutha. Jej pierwsze wydanie ukazało się nakładem wydawnictwa, które było ekspozyturą radzieckiego wywiadu, powołaną do życia przez gen. Iwana Agajantsa, specjalisty KGB w dziedzinie dezinformacji. Najprawdopodobniej także dokumenty, na podstawie których powstał „Namiestnik”, zostały spreparowane przez KGB i wywiad rumuński. Papież Rolfa Hochhutha to człowiek sprzyjający Hitlerowi, obojętny, jeśli nie wrogi wobec eksterminowanego narodu żydowskiego i innych nacji niszczonych przez hitleryzm.

Czy rzeczywiście papież, a pośrednio Watykan był jednym z trybów, a przynajmniej bezwolnym pionkiem w hitlerowskim dziele zagłady? Warto przypomnieć – in extenso – fragment opublikowanej także po polsku książki pióra Israela Zolli, wielkiego rabina Rzymu, później nawróconego na katolicyzm. Opisuje on na jej kartach historię, jaka rozegrała się w Wiecznym Mieście we wrześniu 1943 roku: „Wehrmacht bronił się jeszcze, trzymając Rzym przez ponad dziesięć miesięcy. Ataków na Żydów ze strony Niemców nie udało się uniknąć. Gestapo musiało rozumować w ten sposób: ponieważ ciało i krew żydowska są jak najgorszej natury, nadają się jedynie do krematorium, ale ich złoto?! Zgodnie ze starożytną maksymą pecunia non olet następuje rozkaz: oddać pięćdziesiąt kilogramów złota w ciągu doby, w przeciwnym wypadku zabierzemy trzystu zakładników. Odbywa się posiedzenie plenarne rady /…/. Rankiem około siódmej zjawia się u mnie doktor Pierantoni: »Niech Pan idzie do Watykanu i pożyczy piętnaście kilogramów złota«. Zgadzam się. Jest też doktor Fiorentino z samochodem. Jestem nędznie ubrany. »Wejdziemy – mówi Pierantoni – przez bramę pocztową. Watykan jest otoczony przez agentów gestapo. Będzie pana oczekiwać zaufana osoba. Aby uniknąć okazywania dokumentów osobistych z pieczątką rasa żydowska, będzie pan zawsze przedstawiany jako inżynier wezwany w sprawach budowlanych«. /…/ Poszedłem /…/. Niebawem znalazłem się blisko szefa Skarbca, a potem szefa Sekretariatu Stanu. Watykan faktycznie wydał już kilkakrotnie miliony, by umożliwić zbiegłym Żydom dalszą ucieczkę [podkreślenie – K. W.]. Odzywam się zatem w ten sposób: »Widzicie zatem, że Nowy Testament nie zaniedbuje Starego. Wspomóżcie także mnie. Osobiście zaangażuję się w zwracanie długu i chociaż jestem biedny, gwarantuję, że Żydzi z całego świata złożą na moje ręce kontrybucję i dług oddam«. Zarówno szef, jak i kardynał byli wzruszeni. Szef Skarbca wyszedł i wrócił po kilku minutach. Rozmawiał z papieżem. »Niech pan przyjdzie przed pierwszą. Biura będą puste, będzie tylko dwóch lub trzech urzędników. Będą czekać, by wręczyć panu paczuszkę. Należy zostawić pokwitowanie odbioru w formie zwykłego bileciku. Przejdzie pan bez trudności«. »Podziękowanie dla Jego Świątobliwości«” (Israel Zolla, „Byłem rabinem Rzymu”, Kraków 2007, ss. 215-216).

Nie miałoby sensu powracanie do tych przebrzmiałych wydarzeń, gdyby nie smutna lekcja, jakiej wciąż nam udzielają. „Czarna legenda” papiestwa – a pośrednio katolicyzmu – dotycząca czasów II wojny światowej jest dziś przez wiele opiniotwórczych środowisk traktowana jako niepodważalny fakt. Natomiast rzeczywisty obraz zdarzeń, w który wpisuje się przytoczona opowieść Israela Zolli, zdaje się być zamazany, ignorowany, źle widziany. Historia jest zakładniczką zarówno cynizmu propagandy, jak potocznych opinii, które miarodajności nabierają dzięki temu, że są bezkrytycznie powtarzane i propagowane. Starożytni powiadali: nie znać historii to zawsze być dzieckiem. Kim jednak staje się ten, kto zna tylko jej stronniczą, wybrakowaną wersję? I staje się jej bezkrytycznym wyznawcą? W najlepszym razie – ignorantem. W najgorszym – potworem, zdolnym w przyszłości dokonać kolejnych zbrodni i fałszerstw. Pytanie zresztą, czym może skończyć się to przewartościowanie problematyki II wojny światowej, której jesteśmy świadkami, a którego bodaj jedną z pierwszych ofiar padł Pius XII.

Niestety, wciąż uczestniczymy w historycznych kuglarstwach. Zdaje się także, że nawet co do naszych najnowszych dziejów nie ma jednej historii, ale wiele wybiórczych opowieści, czy to na użytek politycznych sekt, czy opiniotwórczych towarzystw wzajemnej adoracji. Czym jest dziś miara rzeczy, czy istnieje szczera chęć uznania przekonań i rozumowań innych niż własne? Myśleniem rządzi wielki kwantyfikator: zły jest Kościół, źli są Żydzi, źli są lewacy, źli są prawicowcy, złe feministki, złe Stany Zjednoczone, zła Rosja. Zaś na co dzień to zupa bywa za słona. Stąd zarówno historia powszechna, jak i powszednia zdane są na pastwę uogólnienia, uproszczenia, łatwych wymówek i sądów używanych dla wyjaśnienia złożonych sytuacji. Czasem dokonuje się to z premedytacją, czasem – bezrefleksyjnie: myśl turkocze radośnie po wyżłobionych w mózgu koleinach.

Los Piusa XII brzmi jak memento: nie wydawajmy łatwych sądów o świecie, tym bardziej nie czyńmy tego ze złej woli, bo i my i nasi idole paść mogą ich ofiarą. A nie tak łatwo obrócić w proch pomniki, bynajmniej nie ze spiżu uczynione.

Zakład Upokorzenia Społecznego

Drogi Michale,

jeśli dobrze pamiętam, jak się widzieliśmy ostatni raz, był późny wieczór, środek Warszawy, ulica Okólnik. Właśnie zebrał się pierwszy raz po latach stanów wojennych i po-wojennych zespół „Tygodnika Solidarność”. Pan Tadeusz jeszcze nie był premierem, Małgorzata Niezabitowska jeszcze nie była jego rzeczniczką, a Jan Dworak jeszcze nie szefował publicznej telewizji. Ja właśnie wydałam zrobioną dla podziemnej Karty książkę o Marcu ‘68 roku, a za nagrodę z Fundacji Polcul wyglazurowałam – dumna jak paw – łazienkę. Na tym zebraniu kąpaliśmy się wszyscy razem w pianie z wielkich nadziei na to, że wreszcie będzie normalnie. Rok był 89.

18 lat później Ty zostałeś doradcą premiera Tuska do spraw społecznych i cieszysz się – w prasowym wywiadzie („GW” z grudnia) – że zusowi wreszcie się coś udało. Że udał mu się, mianowicie, system rent okresowych, który eliminuje nieuczciwych i powoduje, że nie marnują się podatnicze pieniądze.

Ta właśnie radosna opinia jest głównym powodem mojego listu do Ciebie. Listu pół-otwartego, bo napisać całkiem otwarcie co naprawdę czuje ktoś, kto jest chory, dostał się w tryby przyznające okresowe renty i domaga się poszanowania własnej godności – to byłby donos na siebie samego o planowanie złych czynów. Formuła pół-otwarta uchroni mnie przed niechybnymi trudnymi do zniesienia następstwami.

Empatia pożądana

Ponieważ zachorowałam, od trzech lat kontaktuję się nieustająco z zusem, jestem więc prawdziwym ekspertem. Mam dwa grube segregatory pism, które zus przysłał do mnie przez ten czas i pism, którymi ja na nie odpowiadałam oraz trzeci segregator, w którym chowam – jak największe skarby – mnóstwo papierów od lekarza rodzinnego, nie rodzinnego, szpitalnego i jakiego tylko się chce, ponieważ te skarby – wyłącznie w oryginale – są przedmiotem mielenia machiny przyznającej okresowe renty.

Trzech czwartych tego, co zus do mnie napisał – nie rozumiem. A przecież czytam grube książki, a nawet je piszę. Gdy przychodzi kolejny polecony, a jakże, z pieczątką zus – wpadam w panikę. Dlatego wnoszę, by do któregoś z ważnych urzędowych rejestrów wpisać nową jednostkę chorobową: fobię zus-owską lub fobię biurokracyjną. Symbol F-zus lub F-b. Druk: zus zla lub zus bla, bla, bla. Wielu lekarzom oszczędziłoby to czasu przy diagnozowaniu pacjentów.

Może moje kontakty z zusem byłyby łatwiejsze, gdyby ucięło mi rękę albo nogę. Ale chyba nie. Ciągle czytam albo oglądam w programach interwencyjnych historie, których zawartość da się streścić tytułem artykułu z Dziennika: Zus zmusza kalekę do pracy. Może byłoby mi łatwiej, gdybym chorowała na społecznie akceptowalną „poważną” chorobę typu rak. Ale i to chyba nie – dziennikarze opisali tych historii na pęczki. Clou jest choćby w dziennikowym tekście pod tytułem Zus czekał, aż jej mąż umrze. Żeby – rzecz jasna – nie zapłacić renty choremu na raka.

Ale jest jak jest. Ani jeszcze nie „zeszłam” ani nie mam wyrazistej choroby somatycznej, a tylko pojawiające się co czas jakiś biedne, choć wymagające szpitala, psychosomatyczne komponenty. Tu serce szaleje, tu jakieś zapalenia żołądka, tu alergia – na zmianę. Mnóstwo proszków na to, które kosztują mnóstwo pieniędzy. Niezmienna tylko depresja, na którą też proszki. I nie-spanie przed kolejną wizytą w zusie.

Nie oczekuję więc od Ciebie zrozumienia, bo wiem, że to skomplikowane. Oczekuję jedynie próby empatycznego wyobrażenia sobie, jak może się czuć chory i coraz bardziej zmęczony człowiek, wessany w tryby zusowskiej machiny. Niby władz umysłowych nie stracił, a jednak czuje się nie a propos, jak niemowlę. Rozsypały mu się ze stresu stare mechanizmy obronne, pozwalające jakimś cudem znosić absurdy życia społecznego przez 15 lat transformacji, a nowe dopiero się wykształcają. To trwa. Na to potrzeba czasu. Ale zus, drogi Michale, czasu Ci nie da, bo ma bardzo dobrze działający system rent okresowych.

Obywatele pod specjalnym nadzorem

Co pół roku będziesz się musiał stawiać na żądanie, po to, by sprawdzono wiarygodność Twoją i Twojego lekarza, który zna Cię i leczy. Przecież możecie być w zmowie i oboje kłamać, żeby wyłudzić.

Zaufanie zaufaniem, ale porządek musi być, prawda?

Zus będzie Ci więc mówił, że jesteś zdrowy, Ty się będziesz odwoływał. Zanim tryby machiny rozpatrzą odwołanie i wezwą Cię znów przed oblicze, nie będziesz miał z czego żyć. Potem, hurtem przyślą Ci pieniądze za kilka miesięcy, bo jednak po odwołaniu lekarz orzecznik zgodzi się, że ci się należy. No i zaraz po tym znów wypadnie termin okresowego sprawdzenia, czy jesteś chory czy nie, bo system rent okresowych działa świetnie. Pójdziesz do lekarza. On Ci napisze, że jesteś chory. Ledwo zdążysz się ucieszyć, a już dostaniesz pocztą pismo, że zus odwołał się od decyzji własnego orzecznika, bo uważa inaczej. Znów nie masz za co kupić lekarstw. Potem znów możesz sobie zrobić mały zapas, bo dostaniesz znów hurtem, kilka rent za pół roku. Potem znów wypadnie Ci kolejny termin stawienia się przed oblicze systemu sprawdzającego zasadność przyznania rent okresowych. Ja się tak bujam ze trzy lata Ciekawa jestem, ile czasu Ty byś wytrzymał.

Zus wygląda pewnie na bardzo przyjemną i nieźle zorganizowaną instytucję, jeśli przyglądać się mu z perspektywy kawy w gabinecie prezesa albo trenera szkolenia, który uczy pracowników zusu, jak mówić petentom dzień dobry i patrzeć miedzy brwi, kiedy owi są zdenerwowani. (Dziennik)

Z perspektywy plastikowego krzesełka, na którym w korytarzu zasiadają chorzy ludzie, by mogły przed nimi defilować urzędniczki z tonami papierów, stukające obcasikami różnych gabarytów – widok nie jest już tak przyjemny.

Przypuszczam, że Tobie nie zdarzyło się siąść po tej drugiej stronie – na krzesełku pod drzwiami lekarza orzecznika zusu. Nie wiesz jak to jest, kiedy lekarz Ci się nie przedstawia, kiedy na wizytówce na drzwiach widnieje nazwisko kobiety, a ty wchodzisz i widzisz faceta lub odwrotnie. Nie wiesz jak może być, kiedy, zwiedziony miłym tonem pytania co panu dolega, zaczynasz swoją trudną opowieść i słyszysz gromkie: niech się pan weźmie w kupę i idzie do roboty. Nie wiesz jak to jest, kiedy jakaś kobieta czy facet w białym kitlu – znaczy lekarz – nie patrzy nawet na ciebie przez kwadrans. Patrzy w Twoje papiery, patrzy w Twoje wezwanie do poważnego lekarza orzecznika, ogląda Twój dowód osobisty i za każdym razem przepisuje obowiązkowo Pesel. Patrzy na twoje ręce, nogi czy brzuch, bo przecież Cię bada. Ale na Ciebie – nie spojrzy. Omija Cię wzrokiem.

Groźby w majestacie prawa

Ale przecież zus o Ciebie dba. Ma całkiem dobry system prewencji rentowej. Choć nie wiem co byś zrobił, gdyby trzy razy kazali Ci jechać do sanatorium, ty trzy razy prosiłbyś o zmianę terminu i miejsca na wygodniejszy dla Ciebie – bo dziecko chore, bo jakieś trudne rodzinne sprawy. No i pokój chciałbyś w tym sanatorium jednoosobowy, a oni Ci dają miejsce w trójce. Ty ich prosisz – a oni swoje. Że masz się podporządkować. I za każdym razem na papierze, który przysyła Ci zus, widnieje wyraźnie, że jak pacjent nie będzie współpracować – czyli mieć własne wymagania – to świadczenie, czyli renta, może być cofnięte. Poprosisz, żeby Ci podali urzędową drogę odwołania od ich sanatoryjnej decyzji – dowiesz się, że odwołać się nie można, bo przecież to orzecznik orzekł.

Jakieś prawa człowieka czy pacjenta? Jakieś prawo wyboru lekarza? Zapomnij. Tu jest niby wolny kraj, ale jak się wpatrzysz – to zobaczysz, że nie całkiem.

Wymuszanie bezrobocia i wyłudzanie składek

Nie wiesz jak to jest, kiedy próbujesz w tym bałaganie trwać, próbujesz nie zamknąć firmy, bo przecież masz nadzieję, że w końcu wszystko będzie dobrze i wrócisz do pracy. Przecież prezes zusu nie zamyka go, kiedy choruje, to i ja nie zamknę – myślisz. Ale orzecznik wie lepiej od Ciebie, że powinieneś już dawno tę firmę zamknąć, bo tak to wyglądasz na wyłudzacza.

Nie wiesz jak to jest, kiedy przypadkiem, na korytarzu przed sekretariatem, dowiadujesz się, że jak się odwołujesz od jakiejś zusowskiej decyzji i np. nie masz przedłużonej renty, to – hura, hura – nie musisz płacić za firmę (która nie przynosi dochodu, ale niestety istnieje) wszystkich składek zusowskich, lecz tylko jedną, zdrowotną. Czy może chorobową. To zdaje się różnica ale ja do tej pory tego nie łapię. Nie wiesz jaka to radocha!

Nie wiesz też, że nie zwrócą ci tej składki zapłaconej od działającej na własną zgubę firmy, jeśli przedłużą Ci rentę. Co tam, z radości, że masz chwilę spokoju, chętnie zapłacisz za ten sam okres dwa razy. W końcu jesteś krezusem. Masz rentę. Na pewno wiesz jaka jest średnia wysokość renty w Polsce. Mnie się nawet nie chce sprawdzać.

Jak się poczujesz lepiej i chciałbyś pomału wrócić do pracy – na razie na pół etatu – to owszem, będziesz mógł. Ale składki na zus musisz zapłacić całe.

Ich Troje

Nie zdarzyło Ci się też pewnie stanąć przed komisją złożoną z trzech obcych Ci osób – nie wiesz kto to jest, bo przecież się nie przedstawią. Jedna czyta Twoje papiery, druga Cię pyta po raz trzydziesty w ciągu trzech lat, czy masz jeszcze firmę, czy już ją zamknąłeś, trzecia pisze coś na maszynie, więc nie słyszysz tej drugiej osoby. Spędzasz tam 17 minut, z zegarkiem w ręku, w czasie których oni zdążyli także obejrzeć Twój dowód i przepisać Pesel, pouczyć, że przysługuje Ci zwrot kosztów dojazdu, ale przecież za taksówkę Ci nie zwrócą, fanaberie masz, oraz obruszyć się, że odmawiasz rozebrania się do majtek, bo Ci przeszkadza brak parawanu i ostre światło. No i po tych 17 minutach wywalą Cię na korytarz, żebyś poczekał i posiedział na krzesełku, z płaszczem na kolanach, bo wieszaka nie ma – po co, przecież to zus, a nie kawiarnia. No i mówią Ci, że masz wrócić do pracy, a jak zapytasz dlaczego?, odpowiedzą Ci, że nie ma obiektywnych przesłanek które by stwierdzały niezdolność, a subiektywne ich nie interesują. No.

To wrócisz pewnie do domu, wypłaczesz się przez telefon swojemu lekarzowi, który przecież wie co ci jest, bo rozmawiał z Tobą długie godziny. Potem weźmiesz proszki na uspokojenie i napiszesz kolejne odwołanie.

Niekompatybilność

W międzyczasie zus przyśle Ci kolejną decyzję, w której domagać się będzie zwrotu nienależnie pobranego świadczenia. Bo zus policzy Twoje dochody inaczej niż urząd skarbowy. Dla zus dochodem jest nie to, co rzeczywiście zarobiłeś, ale to, od czego masz obowiązek zapłacić składkę gdy masz tę cholerną firmę, która nie przynosi dochodu, bo Ty chorujesz i nie pracujesz. Twój psi obywatelski obowiązek to odprowadzić składki do zus od najniższej krajowej pensji. Ta najniższa pensja to około 1500 zł. I to jest twój dochód, choć go na oczy nie zobaczyłeś, bo przecież chorujesz i nie zarabiasz. Taki polski Paragraf 22, którego nawet Orwell by nie wymyślił, drogi Michale. A jak to opowiesz młodemu prawnikowi, którego poprosisz o pomoc w napisaniu odwołania, bo już nie masz na to siły, to Cię zapyta: paragraf jakiej ustawy?

No jak to jakiej? Polskiej. Przez polski Parlament przyjętej. I przez zus realizowanej.

Ludzie polegają na tym, że czują

Nie wiem jak Ty byś się z tym wszystkim czuł. Ja się czuję upokorzona. I wściekła. Choć o wściekłości nie napisze, bo po to – jak pamiętasz – list jest pół-otwarty. Domyśl się, proszę, jak wielka może być ta wściekłość.

Na ścianie mogę sobie powiesić mój dyplom Polculu, żeby sobie przypomnieć jak kiedyś było miło. Teraz jestem tylko petentem zusu. Teraz, dla zusu, którego kształt i Ty współtworzyłeś – jestem tylko potencjalnym oszustem, który chce coś wyłudzić.

Dziennikarze pocieszają: Molocha nie trzeba się bać. 80-letnia łodzianka właśnie wygrała w sądzie z ZUS-em. (Dziennik)

Sama też chętnie się pocieszam, że po to przecież mamy demokratyczne państwo prawa, żeby od każdej głupiej decyzji można się było odwołać nie do kacyka z kace, tylko do niezawisłego sądu. Więc powinnam się cieszyć. Oddawać do sądów kolejne durne decyzje i cieszyć się, czekając na wygraną. To dlaczego ja się nie cieszę?

Po pierwsze dlatego, że jestem w złej formie. No, chory człowiek jestem. Oczekuję – jeśli nie wsparcia ze strony instytucji, która po to powstała, żebyśmy my, obywatele, nie byli bez pomocy w razie życiowych kłopotów – to przynajmniej traktowania mnie z należytym szacunkiem i nie powodowania dodatkowych stresów.

W naszym cudownie liberalnym systemie, który wszystko przelicza na pieniądze, nie umiem na razie wyliczyć, ile pieniędzy straciłam przez to, że kolejni lekarze orzecznicy czy członkowie zusowskich komisji traktowali mnie jak oszusta, którego trzeba na czymś przyłapać. O ile dłużej – przez to właśnie – biorę jakieś proszki i nie wracam do zwykłej formy? Bo co wrócę – to kolejny papier z zusu powoduje kolejną małą zapaść. Z którą jakoś tam się da uporać – ale to trwa. Tracę na to czas. Tracę pieniądze, których w tym czasie nie zarabiam. Ale w końcu jakiś prawnik mi to policzy. I wtedy poproszę zus o zwrot. Może nawet z odsetkami, tak przez zus ulubionymi.

Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego się nie cieszę, że mam prawo się z zusem procesować, tylko wręcz przeciwnie.

Mam, otóż, poczucie, że budując to nasze wyśnione państwo prawa, wybudowaliśmy sobie sami klatkę, w której zgodnie z procedurami i niespójnymi absurdalnymi przepisami, więzimy – patrząc jak się szamocze – coś tak nieprzeliczalnego na pieniądze, jak godność ludzkiej, pojedynczej osoby.

Na polskim styku liberalnego z katolickim, pod ciężarem procedur i artykułów ustaw coraz bardziej niezrozumiałych dla zwykłych ludzi – pada ostatecznie mit mojej młodości. Że pojedynczy człowiek i jego godność muszą być najważniejsze. I że trzeba o to solidarnie dbać.

Gdybym to wiedziała na tym zebraniu „Tygodnika”…

Gdybym to wiedziała wcześniej, jak mnie weryfikowali w stanie wojennym…

Być może nie poszłabym tą drogą, którą poszłam. I innych bym przestrzegała: ludzie, którzy macie głupawe nadzieje na lepszy świat po polskim komunizmie – nie idźcie tą drogą. I jedźcie lepiej na Filipiny, bo tu nie ma czego szukać. Albo siedźcie w domach razem z waszymi psami – Sabami i kotami o nieustalonych imionach. Zresztą, róbta co chceta, tylko nigdy nie liczta na zaklad ubezpieczeń społecznych i konsekwentnie piszta te nazwe z małych liter. Omijajta go szerokim łukiem. Lub żądajta odszkodowań. To w końcu Wasze pieniądze.

Anna Mieszczanek

Fot. autorki Zosia Zija

______________

Poprzednie felietony tej autorki znajdziesz tutaj

Solidarność aspołeczna

Na pierwszy rzut oka, hasło „solidarność społeczna” wywołuje pozytywne odczucia. Większość społeczeństwa kojarzy je z takim systemem gospodarczym i konkretnymi rozwiązaniami, które oznaczają, iż lepiej sytuowani troszczą się o tych, którzy radzą sobie gorzej. Już rdzeń owego terminu – „solidarność” – nacechowany jest swego rodzaju „ciepłem” i troską. „Solidarność społeczna” to pewien ideał etyczno-ustrojowy, któremu przyklaśnie mnóstwo osób z prawa i z lewa, inspirowanych rozmaicie pojmowanymi ideałami zarówno humanistyczno-socjalistycznymi, jak i katolicko-narodowymi. Niemal odruchowo kojarzymy go bowiem z ładem wspólnotowym i myśleniem w kategoriach prymatu interesu zbiorowości nad jednostkowymi egoizmami. Lewicowcom owa solidarność przypominać będzie trzeci człon zawołania „wolność, równość, braterstwo”. Prawicowcom zaś skojarzy się z biblijnym wezwaniem „Jedni drugich brzemiona noście” (z listu św. Pawła do Galatów), powtórzonym przez Jana Pawła II w słynnej homilii wygłoszonej w Gdańsku 12 czerwca 1987 r.

Oczywiście skrajnie lewicowy malkontent przypomni, że do tradycji jego obozu należy raczej walka klas niż solidaryzm. Z kolei malkontent skrajnie prawicowy oznajmi, że owszem, solidaryzm jak najbardziej, ale żaden społeczny, lecz narodowy. Będą też, co jasne, malkontenci liberalni, którzy albo solidaryzm krytykują jako taki, albo uznają, że powinien on funkcjonować w postaci wyłącznie dobrowolnej – gdy ktoś chce solidaryzować się z innym, niechże go wesprze z własnej kieszeni, nie czyniąc z tego powszechnej zasady ustrojowej. Tymi ostatnimi nie warto się zajmować, choćby – zostawiając na boku argumenty natury moralnej, które do nich nie docierają – z tego względu, że nawet bardziej rozwinięte gatunki zwierząt uznają konieczność wymuszenia pewnych zachowań dla dobra całej wspólnoty. Wyższość szympansów nad skrajnymi liberałami polega na tym, że nie wierzą one w bzdurne teorie o „niewidzialnej ręce rynku”, która wystarczy dla zapewnienia zbiorowości optymalnych warunków bytowania. Inni ludzie też nie są tak naiwni, dlatego też absolutnie wolny rynek istniał ostatnio w epoce jaskiniowej.

Wróćmy jednak do zwolenników solidarności społecznej. Spór między nimi dotyczy najczęściej metod i zakresu powszechnego solidaryzowania się członków społeczeństwa. Mało kto wierzy już, że w zaawansowanym technologicznie i skomplikowanym społeczeństwie można zostawiać np. ciężko i przewlekle chorych na łasce jakiejś formy filantropii. O ile jednak część uczestników sporu uznaje, że państwo powinno finansowo gwarantować, powiedzmy, przeszczep wątroby, ale już nie plomby na zębach, o tyle inni przekonują, że brak budżetowego finansowania owych plomb sprawi, iż osoby ubogie będą miały jamę ustną w fatalnym stanie. Są to jednak spory techniczne, dotyczące stopnia finansowej wydolności państwa, jego priorytetów oraz poziomu odpowiedzialności człowieka za własny los. W tych sporach, nierzadko głośnych i zajadłych, nie kwestionuje się jednak samej zasady naczelnej.

Warto dodać, że solidarność społeczna nabrała takiej pozytywnej mocy znaczeniowej nie przypadkiem. O jej powodzeniu zadecydowało samo życie, a konkretnie niebywałe osiągnięcia tzw. państw opiekuńczych w kwestii gwarantowania społeczeństwu nie tyle nawet dobrobytu, co bezpiecznej stabilizacji. Kilkadziesiąt powojennych lat to w niemal każdym cywilizowanym kraju okres rozkwitu gospodarczego i społecznego, a zarazem praktyczne potwierdzenie skuteczności i sensu idei solidarności społecznej. Oczywiście państwa opiekuńcze nie zawsze wywiązały się ze swoich zadań w stu procentach, przytrafiły im się także pewne „błędy i wypaczenia”, lecz i tak można ów okres uznać za swoisty złoty wiek krajów, które wprowadziły owe rozwiązania. W tych z nich, które na drodze do dobrobytu zaszły najdalej, niewiele zmieniła nawet późniejsza ofensywa neoliberalizmu. Tu i ówdzie, jak np. w krajach skandynawskich, uległy zmianie formy opiekuńczości, na mniej zbiurokratyzowane i „sztywne” (dlatego w Danii bardzo łatwo zwolnić pracownika, żeby firmom umożliwić reagowanie na cykle koniunktury, ale jednocześnie ów pracownik ma zapewniony wysoki zasiłek oraz konkretną pomoc państwa w zdobyciu nowego etatu). Gdzie indziej, np. na Wyspach Brytyjskich, niedawne szaleństwa liberalnych „reform”, są dziś stopniowo korygowane, a opiekuńczość wraca do łask, dostosowując się do nowych realiów kulturowych, instytucjonalnych i społecznych.

Państwa opiekuńcze przywołałem nieprzypadkowo. Wydaje się bowiem, że zasada solidarności społecznej największy sens ma w krajach o stosunkowo podobnym poziomie dochodów ludności oraz przy aktywnych wysiłkach instytucjonalnych na rzecz egalitarnego podziału bogactwa narodowego. Wówczas rzeczywiście „jedni drugich brzemiona noszą”, wspierając tych, którym obecnie z jakiegoś względu powodzi się gorzej oraz umożliwiając wciąż istniejącym grupom zmarginalizowanym znaczne zmniejszenie dystansu wobec wyższych szczebli drabiny dochodów. W krajach pozbawionych polityki egalitarnej i nękanych drastycznymi różnicami społecznymi/majątkowymi, wezwanie do solidarności społecznej oznacza nierzadko coś zgoła odmiennego. Prowadzi do wspierania zamożnych przez ubogich.

Świetnie widać to na przykładzie stale powracającego postulatu wprowadzenia odpłatności za studia. Zwolennicy rozwiązań prospołecznych niejako odruchowo bronią bezpłatnego korzystania ze szkolnictwa wyższego. Uważają, że odpłatność jest na rękę zamożnej mniejszości, która chce się wymigać od finansowania wspólnego dobra, jakim jest bezpłatna nauka młodzieży z rodzin ubogich. I rzeczywiście, w społeczeństwie stosunkowo egalitarnym, gdzie dominującą grupą byłaby warstwa osób o przyzwoitych dochodach, a zbiorowości ubogich i zamożnych stanowiłyby niewielki procent ogółu, obrona bezpłatnych studiów byłaby postulatem sensowym. W kraju dużych nierówności społecznych i o sporej zbiorowości osób o niskich dochodach, postulat bezpłatnych studiów nie stanowi natomiast bynajmniej rozwiązania „prospołecznego”. Wręcz przeciwnie – tak naiwnie pojmowana równość i „solidarność społeczna” oznaczają zgodę na ugruntowanie nierówności. W efekcie bowiem wcale nie dzieje się tak, że zamożni partycypują w kosztach nauki ubogich i wspierają ich w osiąganiu lepszego wykształcenia. Jest odwrotnie – to ubodzy finansują zamożnym bezpłatne kształcenie.

Są dwa aspekty tego problemu. Po pierwsze, ubogich jest w Polsce znacznie więcej niż zamożnych. Nawet progresja podatkowa, w naszym kraju zresztą niewielka, zwłaszcza gdy oprócz sztywnych stawek podatkowych uwzględnimy rozmaite ulgi i przywileje (a to dla przedsiębiorców, a to dla zawodów zwanych wolnymi czy „artystycznymi”, a to opodatkowanie towarów luksusowych), nie zmienia faktu, że większość wpływów budżetowych pochodzi od osób niezamożnych – ubogich i przeciętnie sytuowanych – jako płatników podatków bezpośrednich lub jako tych, na których producenci, handlowcy i usługodawcy przerzucają koszt pośrednich obciążeń podatkowych. Pieniądze na wydatki budżetowe pochodzą w znacznej mierze od „szarej masy”, nie zaś od garstki „królów życia”.

Po drugie, znacznie większa presja w kwestii podejmowania studiów dotyczy młodzieży z rodzin, gdzie istnieją tradycje zdobywania wyższego wykształcenia, a te rodziny są statystycznie zamożniejsze od niewykształconych, choć oczywiście w tej ostatniej kwestii znajdziemy sporo wyjątków. Co więcej, siłą rzeczy to właśnie rodziny zamożniejsze stać w większym stopniu na bezpłatną edukację swoich pociech. Ta bezpłatna edukacja wcale nie jest bowiem bezpłatna. Pięcioletnie studia dzienne oznaczają o 5 lat późniejsze wejście na normalny rynek pracy (nawet zakładając możliwość dorabiania w trakcie nauki, nie będzie to praca pełnoetatowa), czyli odsunięcie w czasie osiągania dochodów. W dodatku same studia też kosztują. Pół biedy, gdy ktoś mieszka w ośrodku akademickim – wtedy wystarczy bilet miesięczny i wydatki na inne koszta (kserokopie, zakup podręczników itp.). Ale gdy dochodzi koszt wyjazdu do innego miasta, wówczas w grę wchodzi wynajem mieszkania, zakup żywności, podróże do domu rodzinnego itd. W efekcie bezpłatne studia kosztują sporo – nie dość, że młody człowiek nie zarabia na siebie, to jeszcze wspomniane wydatki poboczne dochodzą na skromnym poziomie do tysiąca złotych miesięcznie. Jest oczywiste, że rodzina niezamożna może sobie na taki „luksus” pozwolić rzadko, a jeśli nawet, to za cenę bardzo dużych wyrzeczeń.

Stąd też młodzież niezamożna najczęściej wybiera studia zaoczne. W tygodniu pracują, w weekendy studiują. To ostatnie robią za pieniądze nie tylko spore, ale i stanowiące niemałą część budżetu swoich uczelni. Nie chcę powiedzieć, że na studiach dziennych spotkamy wyłącznie dzieci bogatych rodziców, które przez 5 lat pędzą na ich koszt „bananowy” żywot. Jednak na podstawie własnych obserwacji mogę stwierdzić, że studia dzienne – bezpłatne – są w znacznie większej mierze wybierane przez młodzież nie tyle może bogatą, co przyzwoicie sytuowaną, zaś studia zaoczne – jak najbardziej płatne – chcąc nie chcąc wybiera młodzież mniej zamożna, jeśli oczywiście w ogóle jakiekolwiek studia wybiera.

I tak oto rzekoma solidarność społeczna, polegająca na bezpłatnych studiach, oznacza, że ubożsi finansują bogatym zdobywanie wyższego wykształcenia. Ktoś, kto nie ma znacznych dochodów, sponsoruje studia – z podatków własnych lub rodziców – komuś, kogo rodzice mają dochody na tyle duże, iż stać ich na 5-letnią edukację dzieci. Gdy niezamożna młodzież nie podejmuje studiów, na studia zamożnych płacą podatki jej rodzice i ona sama, jeśli podejmie pracę. Gdy niezamożna młodzież studiuje zaocznie, to za bezpłatne dzienne studia zamożnych płaci niejako trzy razy: raz z podatków rodziców, drugi raz z podatków własnych, a trzeci raz finansując uczelnię z czesnego.

Nie jest to bynajmniej jedyny taki przypadek. Wiele „równościowych” rozwiązań staje się swoją karykaturą w społeczeństwie znaczących nierówności. Jeśli „becikowe” przyznajemy wszystkim rodzicom świeżo urodzonych dzieci, to wspieramy finansowo w równym stopniu tych, którzy jedzą kaszankę i tych, którzy jedzą kawior. Jeśli wprowadzamy procentowe ulgi podatkowe dla rodzin wielodzietnych, to ubodzy posiadacze czworga dzieci zaoszczędzą np. 700 zł, a ich zamożni odpowiednicy – 7 tysięcy. Jeśli likwidujemy podatek spadkowy, to jedni za darmo przekażą następcom M-3 w blokowisku, a inni – dwie wille i cztery limuzyny. Jeśli „cały naród buduje autostrady”, tzn. finansuje je z budżetu, to korzystają z nich przede wszystkim ci, którzy po pierwsze mają samochody, po drugie – ich styl życia i pracy opiera się na częstym podróżowaniu, po trzecie wreszcie – korzystny dla nich jest taki system gospodarki, którego istotnym elementem jest transport towarów na znaczne odległości. Innymi słowy: korzysta na nich ktoś, kto sprowadza lub wysyła TIR-y pełne towarów, ale nie ktoś, kto piecze chleb na lokalny rynek lub sprzedaje kapustę na targu. Takie przykłady można mnożyć niemal w nieskończoność. Myślę jednak, że powyższe wystarczą do ukazania braku sensu w tak pojmowanej solidarności społecznej, która stanowi własne przeciwieństwo – zamiast wsparcia mniej zamożnych przez bogatych, strumień gotówki płynie w dokładnie przeciwnym kierunku.

Dlatego też hasło „solidarności społecznej” należy traktować z dystansem do czasu, aż nierówności majątku i dochodów zostaną mocno „spłaszczone”, mniej więcej do stanu znanego z Niemiec, Francji czy Skandynawii. Gdy dziś zwolennicy pogłębiania tych nierówności zaproponują np. wprowadzenie odpłatności za wyższe studia, gdyż ma to być ponoć sprawiedliwe i uczciwe, powinniśmy im odpowiedzieć tak: niezamożni za studia (zaoczne) już płacą lub w ogóle nie korzystają tego luksusu – teraz najwyższy czas, żeby zaczęli za nie płacić także zamożni. Innymi słowy, „bezpłatność” i „równość” nie są w obecnym systemie korzystne dla tych, którzy są w gorszej sytuacji. Oni wprost i bez cienia zażenowania powinni przejąć liberalne hasła „nierówności” i „odpłatności” – i skierować je przeciwko swoim adwersarzom. Nierówność? Proszę bardzo – niech bogaci płacą znacznie wyższe podatki (bez żadnych ulg)! Odpłatność – jak najbardziej, niech ludzie o pełnych portfelach płacą za każdą usługę publiczną, czas skończyć z „darmowymi obiadami”! Zamiast kurczowo trzymać się idei bezpłatnych studiów czy służby zdrowia, powinniśmy jasno i twardo postawić żądanie, żeby osoby zamożne płaciły za korzystanie z tych usług.

Zapewne zapytacie, jak to zrobić. Odpowiedź jest prosta: przegłosujmy bogatych – nas jest więcej. W dodatku jest nas na tyle dużo, że możemy sobie pozwolić na lekceważenie zachowawczych i bojaźliwych hasełek. „Solidarność społeczna”? Proszę bardzo, ale najpierw stwórzmy dla niej warunki. Na dziś dość już solidaryzowania się głodnych z sytymi.

Strachy na Lachy

Nie będzie to felieton o książce „Strach”. Nie znam jej i prawdopodobnie nie poznam, nie wystarczy mi czasu ni chęci. Zdążyłem jednak zapoznać się już ze sporą liczbą prasowych komentarzy i medialnych doniesień, a także internetowych dyskusji. Przerażająco czarno-białych, ogłupiająco jednowymiarowych, w których przeważającymi uczuciami są albo złośliwa satysfakcja z powodu soli sypanej na polskie rany, albo święte oburzenie, podszyte – przepraszam za mocne słowa – zoologicznym wręcz antysemityzmem, na który nakłada się antykomunistyczny/antylewicowy resentyment. Kolejna z publicznych debat (które dziś coraz częściej i z coraz większą intensywnością znajdują swe miejsce w Internecie) przypomina magiel. Z tą różnicą, że w maglu przynajmniej solidnie zajmowano się odzieżą.

To prawda, nie raz, nie dwa służymy jako Polacy za chłopca do bicia tzw. światowej opinii publicznej w sprawie antysemityzmu. Myślę, że ten przeklęty przez nowożytną historię i przeczołgany przez totalitaryzmy skrawek Europy jest dla Zachodu i części (nie tylko amerykańskich) środowisk żydowskich doskonałym panaceum na własne wyrzuty sumienia i kłopoty z pamięcią historyczną. Nigdy specjalnie nie liczono się z naszymi opiniami, a lata zamknięcia w PRL-u i bynajmniej niełatwy światopoglądowo czas przejścia do III RP, nie ułatwiły nam zadania. Są państwa, instytucje, środowiska, opinie, które uznaje się za miarodajne i są takie, które funkcjonują w drugiej, albo i trzeciej lidze. My z pewnością nie graliśmy (i bodaj wciąż nie gramy) w Lidze Mistrzów. Inni lepiej od nas, za większe pieniądze, z lepszą infrastrukturą i kadrami grają swoimi ideami. Przykre i pewnie niesprawiedliwe, ale sprawiedliwość wbrew pozorom nie jest akurat tą wartością, którą przelicza się międzynarodowe relacje.

Odnoszę jednak przykre wrażenie, że nie ułatwiamy sobie bynajmniej zadania, traktując książkę Grossa z tym histerycznym zacietrzewieniem, bliskim niemal chęci publicznego linczu. Bynajmniej, nie uważam, że Rosjanie, Chorwaci czy Turcy in gremio zareagowaliby z większą klasą na publikacje dotyczące drażliwych zagadnień w ich dziejach. Nie obchodzą mnie nawet reakcje Żydów na ich wewnętrzne czy ogólnoludzkie problemy z historią. Kultura społeczna nie na tym polega, by własne problemy egzorcyzmować, powiadając: „tamci robią jeszcze gorzej”. Interesuje mnie przede wszystkim polskie społeczeństwo i jego dobrostan. I choć z pewnością wielu się z tym nie zgodzi, sądzę, że warunkiem koniecznym dla pogłębienia własnej świadomości narodowej będzie uznanie całej złożoności procesów historycznych, narodowościowych, społecznych, ekonomicznych, politycznych, ideologicznych, które wegetują zapoznane w zaułkach białych plam.

Książka Grossa jest stronnicza. Owszem. Kłopot w tym, że nawet w dziedzinie czysto naukowej nie ma książek stuprocentowo obiektywnych. Jedynym bytem obiektywnym w sposób zupełny jest – z definicji – Absolut. On jednak, o ile mi wiadomo, nie wydaje książek ani w ZNAK-u, ani w żadnej z narodowo-katolickich oficyn. Skazując nas tym samym na lekturę książek spłodzonych przez byty nie mniej od nas ułomne, choć często nieporównywalnie inteligentniejsze i bardziej pracowite. Książka Grossa jest celowo stronnicza – doda ktoś. I owszem, także tego nie można wykluczyć, choć dociekanie ludzkich intencji bez znajomości osoby zawsze jest jedynie hipotezą.

Rzecz jednak w tym, że nawet jeśli książka Grossa jest stronnicza i pisana ze złą wolą, albo w imię czyjegoś interesu, to i tak, chcąc nie chcąc, stanowi jeszcze jeden wektor, jeszcze jedną płaszczyznę i punkt odniesienia w tym – ostatecznie wcale niezgorszym – porządku rzeczy, określanym mianem pluralistycznego. Umożliwia dyskusję. Ale kłopot w tym, że debaty nie ma. Istnieje – póki co – ciąg zniechęcających monologów, prowadzonych przez środowiska i osoby absolutnie wzajem impregnowane na argumenty adwersarzy, pilnie strzegące wyznaczonych linii demarkacyjnych, broniące ustanowionego przez się status quo niczym świętej relikwii własnych koncepcji. Szczęściem dla każdego z nas dostęp do wszystkich tych opinii jest dziś powszechnie dostępny.

Jedno jest dla mnie pewne. Polacy mordowali i wydawali Niemcom Żydów. Niemcy mordowali wszystkie nacje, skupiając się ze szczególnym okrucieństwem na tych, które z racji rasistowskich założeń uznali za „rasy niższe”. Żydzi wydawali Niemcom i Żydów i Polaków, a pewnie też przedstawicieli innych narodów. Liczba motywów dla tych obrzydliwych czynów była niezmierna i tak niezgłębiona, jak niezgłębiony może być człowiek, szczególnie w czasach pogardy i wszechogarniających ideologii. Nie jestem historykiem, nie będę na udowodnienie powyższych tez przytaczał fakty garściami. Każdy czytelnik przy odrobinie wysiłku może do nich dotrzeć. Mam jednak na udowodnienie swej tezy argument podstawowy, z niedoskonałości natury ludzkiej, która tyleż jest metafizyczna, co empiryczna, bo potwierdza ją codzienne doświadczenie każdego z nas. Owa niedoskonałość, zło, niegodziwość, zdolność do występku, są jednymi z nielicznych, przyznaję ze smutkiem, uniwersalnych doświadczeń ludzkości. Chcąc nie chcąc, nie mogę zatem wykluczyć, że i w książce Jana Tomasza Grossa zawarte jest przykre, jątrzące ziarno prawdy na temat mojego narodu. Ot, strachy na Lachy: nieco z bujdy i mitu, nieco z rzeczywistego lęku, przyczajonego na skraju świadomości.

Niestety, dla powyżej wyłożonych skrótowo przyczyn obawiam się, że Jan Tomasz Gross zwyciężył, zwyciężył nad naszym zdrowym rozsądkiem, a pośrednio – poczuciem przyzwoitości. Czy zrobił to w sposób nieprzyzwoity i krzywdzący? Nie byłoby w tym nic nowego pod słońcem: jedno zło świetnie współgra z innym. Z pewnością jednak dał jeszcze jeden argument przeciwko tym z nas, którzy zrobią wszystko, by wybielić obraz własnego narodu i wszelką odpowiedzialność zepchnąć na innych: Żydów, komunistów, Niemców czy po prostu nie-Polaków. Ostatecznie, i on i my przyczyniamy się do kolejnego zwycięstwa historycznego zła. I nie ma dla tego żadnego dobrego usprawiedliwienia, nie znajdzie go nawet najbardziej dyspozycyjna wobec naszej świadomości społecznej i aparatu państwa prokuratura.

Pozwolę sobie na górnolotność: być może ten rodzaj zła wyrzuca się jedynie modlitwą i postem. Ale – jak wiadomo – żaden „prawdziwy Polak” na to nie pójdzie. Nawet gdyby faktycznie pewien rodzaj szczerego i odważnego uznania własnego współuczestnictwa w zbrodni miałby być faktycznym świadectwem naszej wielkości. Nie myślę tu bynajmniej o manierze politycznie poprawnego przepraszania wszystkich za wszystko przy nadarzającej się okazji. Raczej – paradoksalnie – o dumnym uznaniu tak wielkości, jak i słabości własnej historii: przede wszystkim ze względu na dobro własnej kultury narodowej.

Krzysztof Wołodźko

P. S. Rozumiem, że jest wielu ludzi, którzy z przyczyn biograficznych czy rodzinnych nie mogą przemóc w sobie np. antyżydowskich resentymentów. Nie mnie to oceniać. Ale nie mam żadnego zrozumienia dla dwudziesto-, trzydziestoletnich „prawdziwych Polaków”, którzy z radykalnej, rzekomo iście narodowej „polityki historycznej” uczynili treść swego światopoglądu. Są równie przydatni dla Polski, co Jan Tomasz Gross.

Tendencyjne tendencje

W późnych latach 90. Aspire stanowiło przykład brytyjskiego przedsiębiorstwa społecznego. Firmę stworzyło dwóch absolwentów Oxfordu: Paul Harrod i Nark Richardson. Aspire zatrudniała osoby bezdomne w charakterze akwizytorów sprzedających produkty wytworzone zgodnie z zasadami sprawiedliwego handlu (Fair Trade). Do 2001 r. firma zarobiła 1,6 miliona funtów i była jednym z pierwszych przedsiębiorstw społecznych w Wielkiej Brytanii, które rozszerzyło swoją działalność poprzez franczyzę.

Harrod i Richardson byli przyjaciółmi z dzieciństwa. We dwójkę tworzyli w Oxfordzie studencki teatr i radio. Harrod studiował historię, Richardson psychologię. Byli również wolontariuszami w licznych organizacjach charytatywnych zajmujących się bezdomnymi. Stwierdzili wówczas, że wiele programów poniosło porażkę, gdyż skupiało się bardziej na symptomach bezdomności niż na jej przyczynach. Byli przekonani, że zapewnienie bezdomnym płatnego zatrudnienia i szkoleń będzie bardziej skuteczne niż oferowanie żywności i schronienia.

Po ukończeniu studiów w Oxfordzie w 1998 roku, Harrod i Richardson wrócili do rodzinnego Bristolu (Anglia), aby wypróbować ten nowy sposób pomagania osobom bezdomnym. „W rzeczywistości nie chcieliśmy prowadzić firmy” – mówił Harrod. „Jednak skoro oferowaliśmy zatrudnienie, uważaliśmy, że musimy stworzyć firmę mającą szansę utrzymania się na rynku”.

Wcześniej Harrod pracował w niepełnym wymiarze godzin, jako akwizytor katalogowej firmy Betterware (znana marka w Wielkiej Brytanii). Dzięki temu doświadczeniu poznał zarówno zasady funkcjonowania firmy katalogowej, jak i umiejętności wymagane od akwizytorów. Umiejętności tych, w większości, mogły nauczyć się również osoby bezdomne.

Tworząc Aspire, Harrod i Richardson przystosowali model firmy katalogowej w ten sposób, aby dostosować go do swoich społecznie sprawiedliwych celów. Postrzegali wynagrodzenie, uzależnione od sprzedaży za niesprawiedliwe, dlatego oferowali swoim pracownikom pensję stałej wysokości, bez względu na ilość sprzedanego towaru. Chcieli pomagać zarówno ludziom z innych krajów, jak i tym, którzy zamieszkują Wielką Brytanię. Dlatego zdecydowali się na sprzedaż produktów uzyskiwanych zgodnie z zasadami sprawiedliwego handlu, takich jak drobne artykuły gospodarstwa domowego, biżuteria, upominki. Wyroby te pochodziły głównie od zajmujących się Sprawiedliwym Handlem organizacji Traidcraft i Oxfam.

Ponieważ Aspire nie była nastawiona na zysk i w dużej mierze opierała się na wolontariuszach, była w stanie utrzymać się na rynku. Działała więc z sukcesem, aż tu nagle…

…pod koniec 1999 roku Harrod i Richardson zaprosili do Aspire doradcę Terrance’a Roslyna Smitha, który dołączył do grupy zarządzającej. W przeciwieństwie do założycieli firmy, Smith był zaangażowany w wiele projektów związanych z przedsiębiorstwami społecznymi. Doszedł on do wniosku, wraz z twórcami Aspire, że przedsięwzięcie musi rozwijać się, aby odnieść sukces.

I już w lipcu 2003 roku firma zbankrutowała.

Skrótu tego, co działo się pomiędzy zaproszeniem do grupy zarządzającej doradcy biznesowego a owym bankructwem, dokonałam oczywiście tendencyjnie, żeby – jak mówi Janek Pospieszalski, który zamienił kontrabas w Voo Voo na mikrofon w TVP – pokazać tendencję.

Tendencja globalnej gospodarki jest taka, że ma być rozwój. Ta tendencja jest sprzeczna z tendencją gospodarki na ludzką miarę, która ma służyć ludziom – żeby po prostu mieli z czego żyć.

Inna tendencja globalnej gospodarki, wynikająca z tendencji wymuszającej rozwój jest taka, że trzeba się z tym rozwojem i wypracowywaniem zysku strasznie spieszyć, bo inni nas prześcigną i dla nas zabraknie.

Ta znów tendencja sprzeczna jest z podstawową tendencją demokracji, która wymaga czasu dla zaprezentowania własnych potrzeb i – potem – dla znalezienia kompromisowych rozwiązań godzących te zróżnicowane potrzeby.

Nasze życie płynie między tymi tendencjami. A my stajemy się specjalistami od godzenia wody z ogniem. Lub ofiarami tych tendencji, które akurat zyskują większą moc.

Cala nadzieja w tym, że jak już tendencje nazwane, łatwiej zdecydować, którą z nich chcemy wzmacniać swoim pojedynczym działaniem.

Trudno w to uwierzyć, ale od każdego naszego działania coś naprawdę zależy. Nie na darmo wszyscy dreamerzy świata wciąż śpiewają: come together.

Anna Mieszczanek

Fot. autorki Zosia Zija

* Tekst znajduje się tutaj:
http://www.ekonomiaspoleczna.pl/x/325066

______________

Poprzednie felietony tej autorki znajdziesz tutaj