przez Remigiusz Okraska | czwartek 29 listopada 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Jest takie środowisko, które nosi nazwę Polska Partia Pracy, będące polityczną „wypustką” śląskiego związku zawodowego Sierpień 80. Szerszej publiczności PPP jest mało znana. Uważniejszym obserwatorom sceny politycznej kojarzy się z regularnym uzyskiwaniem wyników wyborczych poniżej 1%. Osobom jeszcze bardziej wnikliwym z tym, że w dwóch ostatnich wyborach – parlamentarnych i samorządowych – wystawiała kandydatów, o których kandydowaniu nie wiedzieli nawet oni sami (tak było w 2006 r. w woj. lubuskim, a niedawno na Opolszczyźnie). W ostatnim wyścigu wyborczym PPP dała się też poznać z innego krętactwa, tym razem w wielu okręgach wystawiając osoby o znanych nazwiskach, aby wyborca błędnie skojarzył je z kimś popularnym. Ten rodzaj żerowania na cudzej sławie i dorobku przybierał różne formy – od groteski, gdy kandydatka PPP na Podbeskidziu nazywała się Małysz, przez cwaniactwo, gdy listę tej partii w stolicy otwierał Borowski, po zwykłe, delikatnie mówiąc, sukinsyństwo, jak w Gdańsku, gdzie legendarnego lidera „Solidarności”, Andrzeja Gwiazdę, usiłował podrabiać lider listy PPP, Jarosław Gwiazda. Takich przypadków na listach PPP było w całym kraju kilkadziesiąt, a w większości z nich „znanego” kandydata przysłano z drugiego końca Polski, więc o żadnym przypadku nie ma tu mowy. Była to celowa strategia oparta na oszustwie i próbie manipulowania nastrojami wyborców. Tu i ówdzie zresztą przyniosła zamierzony efekt – najlepsze wyniki wśród ogólnie mizernego poparcia tej partii otrzymali w Krakowie niejaki Stanisław Ziobro (podrabiający wiadomo kogo), a w Katowicach – Klemens Uszok (żerujący na popularności prezydenta Katowic, Piotra Uszoka).
Takich „sukcesów” PPP ma na koncie jeszcze całkiem sporo. Na przykład od ponad roku wydaje, za pieniądze wspomnianego związku Sierpień ’80, gazetę „Trybuna Robotnicza” (nazwa zainspirowana – tak twierdzą wydawcy – tytułem bardzo zakłamanego dziennika, wydawanego pod patronatem PZPR przez prawie cały PRL), którą anonsowano jako „lewicowy tygodnik opinii”. Skończyło się na mizernej gazetce, której poziom przywodzi na myśl raczej „Fakt”. Z tą różnicą, że w „Fakcie” nie zdarzają się tak często błędy ortograficzne i co kilka numerów nie drukują czołobitnych wywiadów z własnym sponsorem (tym w TR jest Bogusław Ziętek, jako przewodniczący zarazem PPP, jak i Sierpnia ’80), a brukowiec choć brukowiec, to i tak doborem tematów i różnorodnością opinii przewyższa partyjny biuletyn. Ten rzekomy „tygodnik opinii” osiąga sprzedaż na poziomie „aż” kilku tysięcy egzemplarzy. Gdyby ktoś nie wiedział, to w kategorii tygodników ogólnopolskich taki poziom czytelnictwa wywołuje wyłącznie uśmiech politowania. Zasięg tego pisemka dobrze obrazują także wyniki jego inicjatyw. Gdy w wakacje „Trybuna Robotnicza” ogłosiła apel poparcia dla głośnego w całym kraju strajku pielęgniarek, popieranego przez grubo ponad połowę Polaków, uzbierała pod nim… 143 głosy.
Całe to towarzystwo nie byłoby warte zawracania sobie nim głowy, gdyby nie to, że mimo wyżej opisanych faktów i zagrywek (łatwych do sprawdzenia w epoce Internetu), uroiło sobie, iż ma prawo ferować wyroki i rozliczać wszystkie inne środowiska, oczywiście sugerując przy okazji, że samo jest bez skazy. Nie dość, że PPP i jej przybudówki namolnie autoreklamują się jako najprawdziwsza lewica w Polsce – na co machnąłbym ręką, bo takie przekomarzanie się jest dobre dla dzieci z piaskownicy – to w dodatku osoby z tego środowiska nie ustają w zarzucaniu innym organizacjom i pismom a to „tworzenia propisowskiej pseudolewicy”, a to „sprzedania się Samoobronie”, a to „sympatyzowania ze skrajną prawicą”. Abstrahując od szczegółów tego typu donosów, przeważnie kłamliwych lub przynajmniej opartych na manipulacji, obficie produkowanych przez ludzi związanych z PPP, można im odpowiedzieć: i kto to mówi?
Wszelkie dyskusje o „prawdziwości” czyjejś lewicowości, nonkonformizmie i niesprzedajności są najczęściej jałowe, znamionując postawy sekciarskie, paranoję lub brudne porachunki. Bywają też zasłoną dymną dla faktycznych postaw osób oskarżających. W Polsce w piętnowaniu innych środowisk za „faszyzm”, „współpracę z prawicą” itp. brylują osoby, które same, owszem, kolaborują. Tyle, że ze skrajnymi liberałami, służąc im jako psy gończe, mające atakować wszystkich tych, którzy zakwestionują interesy nie tyle niekonkretnych „wielkich koncernów” czy dobroczynne skutki „globalizacji”, lecz po imieniu nazwą negatywne zjawiska, decyzje i procesy zachodzące tutaj i teraz w interesie ich sponsorów. Ten radykalizm na pokaz przyjmuje postaci tak groteskowe, że nietrudno o parsknięcie śmiechem.
Chyba najbardziej dobitnym przykładem jest bardzo, ale to bardzo lewicowe i radykalne wydawnictwo Książka i Prasa. Na łamach kilku jego gazet możemy regularnie znaleźć tyrady przeciwko kapitalizmowi, peany na cześć rewolucji i partyzantek zbrojnych, laurki o Trockim i Guevarze oraz gromy ciskane na „prawicowych kolaborantów z wielkim kapitałem” itp. A zaraz obok tego wywiad z Aleksandrem Smolarem z Fundacji Batorego (trudno o bardziej symboliczną instytucję w kwestii promocji w Polsce neoliberalnego modelu), obrona Adama Michnika przed niesprawiedliwymi atakami „oszołomów” etc. Nasi niezwykle bojowi antykapitaliści przed ostatnimi wyborami promowali Lewicę i Demokratów, przekonując, że „LiD to hit” i że należy „pójść w LiD”.
Nic dziwnego, że ten straszliwie groźny radykalizm, te zajadle antykapitalistyczne tyrady, okraszone zdjęciami bojowników w kominiarkach i z karabinami, jakoś niespecjalnie budzą grozę na liberalnych salonach. A wręcz przeciwnie – owi pogromcy neoliberalizmu są regularnie promowani w „Gazecie Wyborczej” tuż obok hagiograficznych wywodów na temat Leszka Balcerowicza i jego „cudu” gospodarczego, a w głównej siedzibie SLD, dziś zjednoczonego z ex-Unią Wolności, kolportowane jest na dużą skalę ich super-wywrotowe pismo „Le Monde Diplomatique”.
Jak widać, licytowanie się w radykalizmie z takimi postaciami jest groteskowe. Oni są radykalni – tyle że w gębie. Przekomarzanie się z nimi w kwestii lewicowości jest jałowe, bo należałoby je prowadzić w konkurencji z ludźmi, którzy bardzo głośno krzyczą, ale nic poza tym nie robią. Czyli byłaby to dyskusja nie o efektywności, lecz o efektowności. Jako człowiek ceniący konkretną robotę, nie odczuwam potrzeby konkurowania z takim pajacowaniem. „Obywatela” od początku interesowało nie to, co ktoś opowiada, lecz co i jak robi. W efekcie popieraliśmy te inicjatywy i osoby, które podejmowały sensowne działania, nawet jeśli czyniły to pod niezbyt nam miłymi nazwami czy w imię niezbyt mądrych uzasadnień. Krytykowaliśmy też kierowanie się sloganami i etykietkami zamiast oceną realnych interesów i skutków.
Owszem, zdarzało się nam chwalić prawicę, gdy jej reprezentanci proponowali rozwiązania bardziej prospołeczne niż „lewicowcy” z SLD. Owszem, nasi ludzie publikowali w prasie prawicowej – tyle tylko, że głosili tam nie pochwały nieskrępowanego rynku czy nacjonalizmu, lecz przeciwnie, wskazywali na wady takich poglądów. Owszem, odcinaliśmy się niejednokrotnie od kurczowego trzymania się podziału na lewicę i prawicę, gdyż uważamy, że ważniejsze od koloru sztandarów są rzeczywiste czyny i decyzje, a w polskich realiach ten podział jest tym bardziej fałszywy, że „lewicę” reprezentują u nas byli SB-cy i kapusie, cyniczni milionerzy pokroju Urbana czy zwolennicy podatku liniowego w stylu Leszka Millera. Ani się tego nie wstydzimy, ani nie wypieramy – owszem, wolimy Zbigniewa Romaszewskiego niż generała Kiszczaka, podobnie jak Andrzeja Gwiazdę niż Jacka Kuronia, bo to ludzie Kiszczaka strzelali do strajkujących robotników z ostrej broni, a ludzie Kuronia zafundowali Polsce skrajny liberalizm gospodarczy, nierówności społeczne i kilka milionów bezrobotnych. I nie zmienią tego faktu żadne donosy o „wysługiwaniu się prawicy” czy „ciągotkach faszystowskich”, obficie produkowane przez naszych „przyjaciół” siedzących w kieszeni Agora SA i SLD.
Jednak o ile zarówno my, jak i wiele innych środowisk może spokojnie znosić takie zagrywki i głupkowate oskarżenia ze strony „prawdziwej lewicy” opłacanej przez neoliberałów, o tyle w przypadku, gdy zaczynają się tym zajmować najmniej odpowiedni ludzie, warto powiedzieć kilka słów. A do tych ludzi należy wspomniana Polska Partia Pracy, która szczególnie groteskowo wygląda w roli arbitra oceniającego czyjąś lewicowość. Wystarczy przypomnieć kilka łatwych do sprawdzenia faktów – dziś bardzo starannie przemilczanych przez liderów PPP – aby stwierdzić, że kto jak kto, ale właśnie oni powinni milczeć jak grób w kwestii oskarżeń i podejrzeń o „wysługiwanie się prawicy”, „faszyzm”, „współpracę z Samoobroną, skompromitowaną udziałem w prawicowej koalicji” itp. Gdyby bowiem ich samych zacząć z tego rozliczać, to przy odrobinie honoru i uczciwości powinni popełnić zbiorowe harakiri.
Zobaczmy, jak wygląda „konsekwentna lewicowość” Polskiej Partii Pracy. Skąd się w ogóle wzięło to ugrupowanie? Powstało w roku 2001 na bazie ówczesnej koalicji wyborczej „Alternatywa”. W skład „Alternatywy” oprócz związku zawodowego Sierpień ’80 (liderzy Daniel Podrzycki i Bogusław Ziętek) wchodziły m.in. takie „lewicowe” ugrupowania, jak KPN-Ojczyzna, Narodowe Odrodzenie Polski (NOP) oraz część Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego (grupa rozłamowa, reprezentująca głównie prawe, „radiomaryjne” skrzydło partii). Była to prawica, przy której PiS to formacja centrowa. O NOP wystarczy powiedzieć, że to ugrupowanie odwołuje się wprost do tradycji przedwojennej „Falangi”, pochwalało apartheid, regularnie publikuje w swoich czasopismach wywody Davida Irvinga i było wydawcą pierwszej w Polsce książki negującej zagładę Żydów, jej skalę i metody hitlerowców – była to pozycja pod wymownym tytułem „Mit holocaustu”.
Dla liderów Sierpnia ’80 nie był to bynajmniej pierwszy taki sojusz. Rok wcześniej, przy okazji wyborów prezydenckich, poparli oni generała Tadeusza Wileckiego, kandydata Stronnictwa Narodowego, które kilka miesięcy później było głównym konstruktorem Ligi Polskich Rodzin. Ich sojusznikiem w manewrach zmierzających do stworzenia ugrupowania ponoć „konsekwentnie lewicowego”, był Mariusz Olszewski. W roku 1997 został on posłem z listy AWS, rekomendowanym przez ZChN. Odszedł z AWS i jako bardzo bliski współpracownik Jana Łopuszańskiego utworzył Koło Poselskie Porozumienia Polskiego, a następnie z KPN-owcami współtworzył Klub Parlamentarny Alternatywa. Był bardzo aktywnym parlamentarzystą, z trybuny sejmowej kilkakrotnie stając w obronie Radia Maryja.
Klub Parlamentarny Alternatywa w sojuszu z Sierpniem ’80 szukał sojuszników nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Jednego z nich znalazł we Francji. Był to Front Narodowy Jean-Marie Le Pena, czyli ugrupowanie, które „prawdziwa lewica” od zawsze nazywa rasistowskim i neofaszystowskim. Kontakty były owocne – wiosną 2001 r. przybył do Polski zastępca Le Pena w FN, Bruno Gollnisch. Spotkał się właśnie z posłami Alternatywy oraz z liderami Sierpnia ’80, którzy podejmowali go z honorami. Entuzjastyczna relacja z wizyty ukazała się w czasopiśmie tego związku – „Kurierze Związkowym”. Czytamy tam: „Trzeba mieć nadzieję, że spotkania takie jak z profesorem Bruno Gollnischem w KWK Wujek ugruntuje wśród społeczeństwa Polskiego przekonanie, że myślenie o własnym narodowym interesie i zachowaniu politycznej oraz gospodarczej suwerenności, nie jest odosobnione. Jest tylko skutecznie zagłuszane przez realizujące ponadnarodowe interesy, euroentuzjastycznie nastawione media”. Wkrótce nastąpiła rewizyta – tym razem Sierpień ’80 wysłał delegację umundurowanych górników na demonstrację Frontu Narodowego w Paryżu. Zaiste lewicowa wycieczka.
Czy to wszystko przeszkodziło „antyfaszystom” i „prawdziwym lewicowcom” we współpracy z Sierpniem ’80 i PPP? Ależ skąd. Ludzie zwykle tropiący „kolaborację z faszystami” do siódmego pokolenia wstecz, tym razem doznali nagłej amnezji. Sojusznicy Le Pena i NOP-u doznają cudownej metamorfozy po wyborczej porażce i ze skrajnej prawicy idą na skrajną lewicę. A ta, choć zapalona w tropieniu faszyzmu i „faszyzmu”, nigdy nie wybaczająca nawet najmniejszych przejawów współpracy z prawicą, tym razem momentalnie zapomina, wybacza i przemilcza to, co zwykle powoduje u niej ogrom histerii, rozliczeń i oburzeń. Choć związki Ziętka i spółki ze skrajną prawicą były jawne i silne jeszcze w latach 2001-2002, to już w 2005 do PPP i Sierpnia ’80 na całego lgnie radykalna lewica. Laurki na cześć tych formacji publikuje portal lewica.pl, współpracuje z nimi lewicowo-radykalny związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza, liderzy świeżo nawróconej lewicy są wychwalani przez „kawiorową lewicę” stołeczną, niemal wszystkie środowiska mikrolewicy i wielu znanych „antyfaszystów” (szczególnie warszawscy, wrocławscy, poznańscy i górnośląscy) paradują bez wahania i zażenowania u boku szefa PPP i Sierpnia ’80 Ziętka oraz jego zastępcy Olszewskiego. Gdy nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Ze związkowej kasy, hojnie sypane inicjatywom mikrolewicy. Drobiazgowy „antyfaszyzm”, podobno stanowiący sedno światopoglądu tych ludzi, przehandlowano momentalnie.
Do tej kolekcji „konsekwentnie lewicowych” faktów warto dołożyć kolejną ciekawostkę personalną. Otóż niejaki Zbigniew Marcin Kowalewski, jeden z „mózgów” PPP i czołowy publicysta polskiej edycji „Le Monde Diplomatique”, równie chętnie rozliczający inne grupy i osoby z niedostatecznej lewicowości oraz z rzekomej kryptoprawicowości, też dziwnym trafem ma słabość do bardzo specyficznych poszukiwań ideowych. Wymieńmy tylko dwa najbardziej znamienne przykłady. Już kilkanaście lat temu promował on kuriozalną tezę, że ukraińska zbrojna formacja nacjonalistyczna, UPA, ewoluowała w pozytywną stronę „rewolucyjnego nacjonalizmu”, a wręcz stanowiła dobry punkt wyjścia do działań o charakterze lewicowym. Na łamach trockistowskiego pisma „Dalej!” pisał o tej formacji: „/…/ doszedłem do wniosku, że UPA była bardzo typowym ruchem narodowowyzwoleńczym. Przez 45 lat każdemu, kto usiłowałby dochodzić prawdy o UPA groziło zmiażdżenie przez państwowy aparat (nie tylko) ideologiczny pod zarzutem, że stara się rehabilitować lub gloryfikować kolaborantów reżymu hitlerowskiego. Oswoiłem się z tą groźbą do tego stopnia, że zarzut ten nie robi już na mnie żadnego wrażenia”. Odważny lewicowiec Kowalewski za nic miał zatem powszechnie znane fakty, jak uprzednia kolaboracja części twórców UPA z hitlerowcami, wcześniejsza przynależność części członków UPA do dywizji SS-Galizien, antysemityzm, zaawansowany szowinizm itp.
Takie wywody wywołały wówczas oburzenie prof. Ludwika Hassa, nestora polskiego trockizmu, byłego więźnia stalinowskich gułagów, który zaprotestował przeciwko tak jednostronnemu „odkłamywaniu” historii UPA. Kowalewski nadal trwał przy swoich fascynacjach, a w polemice z prof. Hassem przywołał inny bardzo wymowny wzór do naśladowania. Oprócz rehabilitacji „narodowowyzwoleńczej” UPA, lewica powinna jego zdaniem zrozumieć fenomen „czarnego nacjonalizmu”, reprezentowanego przez amerykańską formację Naród Islamu (Nation of Islam). Kowalewski zaczął bowiem promować w latach 90. właśnie tzw. czarny nacjonalizm. Jego zdaniem, potężną i obiecującą siłą antykapitalistyczną w USA są Afroamerykanie. Kowalewski w jednej ze swoich broszur nie omieszkał w całkiem pozytywnym świetle zaprezentować jednego z czołowych działaczy murzyńskiego nacjonalizmu, Louisa Farrakhana. Jest to lider wspomnianego Narodu Islamu – sekty religijno-politycznej, skupiającej głównie Czarnych z uboższych warstw społecznych. W obszernym wywodzie Kowalewskiego można co prawda znaleźć drobne wzmianki o antysemityzmie Farrakhana, ale giną one wśród długich wywodów o tym, jaką dobrą robotę on i Naród Islamu robią wśród murzyńskiej młodzieży i kierują ją ku rewolucji antykapitalistycznej. Tymczasem Farrakhan jest znany z tak kuriozalnych wypowiedzi, jak np. taka, że Żydzi to „krwiopijcy, prosto z synagogi Szatana, z religią z rynsztoka”, „Żydzi opanowali handel niewolnikami i wstrzykują czarnym niemowlętom AIDS” itp. Nation of Islam wierzy też w „żydowski spisek” – organizacja ta prowadziła w amerykańskich campusach kolportaż „Protokołów Mędrców Syjonu”, opatrzonych agresywnym antysemickim komentarzem.
Na końcu wyliczanki weźmy na tapetę jeszcze jeden wątek. Otóż ludzie związani z PPP bardzo ostro skrytykowali niedawno sojusz z Samoobroną, jaki zawarła część ugrupowań lewicowych pod wodzą Piotra Ikonowicza. W swojej krytyce twierdzili oni, że Samoobrona po pierwsze nie jest lewicowa, a po drugie – skompromitowała się wspólnymi rządami z prawicą. „Zapomnieli” jednak wspomnieć, że liderzy Sierpnia ’80 już kiedyś chętnie dogadywali się z nielewicową Samoobroną. W roku 2000 wraz z Samoobroną i wspomnianym gen. Wileckim, Sierpień 80 utworzył Blok Ludowo-Narodowy, który jednak szybko się rozpadł wskutek wybujałych ambicji personalnych liderów każdej z grup go tworzących. „Zapomnieli” też dodać, że zanim Ikonowicz zdecydował się na sojusz z Lepperem, oni sami prowadzili z Samoobroną rozmowy na temat wspólnego startu w wyborach 2007. Do zgody nie doszło, gdyż – jak powiedział mi jeden z czołowych polityków Samoobrony, biorący w tych rozmowach bezpośredni udział – PPP zażądała zbyt wielu „dobrych” miejsc na wspólnych listach. Gdy Samoobrona, prowadząca rozmowy z kilkoma środowiskami radykalnej lewicy, porozumiała się z Ikonowiczem, wówczas ludzie z PPP przypuścili na niego zajadły atak.
Jak wspomniałem, licytowanie się w tym, kto jest najprawdziwszą i najbardziej konsekwentną lewicą, uważam za pozbawione sensu. Nie uważam też, że fiksacja na punkcie „czystości ideologicznej” to cecha godna kultywowania. Pamiętam, że liderzy Sierpnia ‘80 nie tylko paradowali z zastępcą Le Pena, ale także dzielnie bronili interesów pracowników w różnych zakładach. Nie przeszkadza mi, że ktoś domagał się z trybuny sejmowej traktowania Radia Maryja nie gorzej niż innych rozgłośni, bo to zarówno uczciwe, jak i rozsądne (można RM krytykować za różne rzeczy, ale nie należy zapominać, że to jedno z niewielu dużych mediów, które miało odwagę ukazać także ciemne strony liberalizmu gospodarczego i podważyć fałszywą propagandę sukcesu, towarzyszącą polskiej transformacji). Nie przeszkadza mi również współpraca z Janem Łopuszańskim, bo mimo oczywistych różnic ideologicznych pamiętam, że jako jeden z niewielu posłów miał on odwagę głosować przeciwko poparciu Polski dla barbarzyńskich bombardowań Serbii przez NATO. Nie uważam, by współpraca z KPN-em stanowiła grzech śmiertelny, gdyż była to formacja antyliberalna gospodarczo, a sojusz z nią pokazuje właśnie, jak kalekie i fałszywe jest bezmyślne posługiwanie się etykietkami lewicy i prawicy. Nie mam nic przeciwko poszukiwaniom ideowym, nieszablonowym pomysłom i postawom, a wręcz wielokrotnie do nich zachęcałem, bo na tym polega wolność przekonań i słowa, a takie postawy prowadzą do wypracowania nowych rozwiązań zamiast bezmyślnego powtarzania dawno zużytych dogmatów i sekciarskich formułek. Jestem też w stanie zrozumieć, że liderzy związku zawodowego – oraz każdy inny człowiek – mogą błądzić i niejednokrotnie mylić w swoich ocenach i sojuszach, co nie przekreśla ich raz na zawsze. A wreszcie – uważam, że ludzie mają prawo do zmiany poglądów i postaw, i że nie należy w nieskończoność wypominać im błędów z przeszłości.
Ale trzeba pamiętać o jednym. Otóż jeśli tacy ludzie chcą, żeby ich traktować właśnie po ludzku, bez zaciekłości i pamiętliwości, to oni sami powinni innych traktować w identyczny sposób. Jeśli natomiast ekipa z byłymi posłami AWS-u w składzie zaczyna rozliczać kogoś z „kolaboracji z prawicą”, jeśli niedawny sojusznik NOP-u i Le Pena oskarża innych o ciągoty faszystowskie, jeśli niedoszły koalicjant Samoobrony traktuje kilka tygodni później sojusz z tą partią jako zdradę i skandal, jeśli ktoś, kto wybielał UPA i promował Farrakhana zaczyna węszyć u innych „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne” – to warto sprowadzić go na ziemię, a innym przypomnieć to i owo.
Bo można od biedy znieść zapał neofity – nie należy natomiast pokornie znosić wybryków troglodyty.
Remigiusz Okraska
Post scriptum z roku 2019: Polska Partia Pracy uległa rozwiązaniu w roku 2017. W wywiadzie „pośmiertnym” jej lider Bogusław Ziętek zrobił psikusa liberalno-lewicowym „antyfaszystom” i pochwalił politykę PiS.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 8 listopada 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Jedną z ulubionych książek rodzimych antykomunistów, „Opium intelektualistów” Raymonda Arona, otwierają dwa cytaty. Karol Marks: „Religia jest westchnieniem istoty przygniecionej nieszczęściem, duszą świata bez serca, tak jak jest duchem epoki bez ducha. Jest opium dla ludu”. Simone Weil: „Marksizm nie jest niczym innym niż religią, w najbardziej nieczystym sensie tego słowa. Ma on w szczególności tę cechę wspólną z wszelkimi niższymi formami życia religijnego, że używa go stale, według jakże słusznego wyrażenia Marksa, jako opium dla ludu”.
Ideologia jest perwersyjną wersją religii. W porządku ziemskim obiecuje to wszystko, co judaistyczna/chrześcijańska ortodoksja zastrzega dla rzeczywistości nadprzyrodzonej. Unicestwienie zła, jego ostateczne odrzucenie i zapomnienie przez rodzaj ludzki – oto pilnie strzeżona tajemnica, którą komunizm zamierzał wydrzeć religii. I tu objawia się potęga złudzenia, której zwykle nie jest w stanie sprostać nawet potęga smaku: człowiek poddany rygorom ideologii traktuje rzeczywistość jako niemal doskonale modalną. Jeśli teraźniejszość nie może sprostać przyjętym kryteriom, to przyszłość jawi się jako ich niekwestionowalne spełnienie. Wyznawca jest przekonany (choć przekonanie to przynależy bardziej do porządku wiary, niż tego, co określamy mianem „naukowej pewności”), że świat, jaki postrzega, zło jakie się w nim dokonuje, niewspółmierność tego, co głosi z tym, co istnieje – może już tu znaleźć ostateczne wytłumaczenie. Słowo może stać się ciałem, choć ciało doznaje straszliwych katuszy; katuszy, które potrafi wymienić dziś każdy sztubak.
Złudzenie jest także kategorią historyczną. Bodaj jedną z najpoważniejszych. Stąd dziejowa amnezja tych, którzy – opisując komunizm w perspektywie mitologii narodowej – zatrzymują się na pejoratywnych opisach, zamykających akces doń w określeniach „zdrada”, „podłość” czy „głupota”. Te epitety są jednak w większości przypadków rzutowaniem w przeszłość własnych namiętności ideowych/politycznych. Bynajmniej, nie znaczy to, że są one gorsze (czy lepsze) od namiętności tych, którzy przed dziesięcioleciami opowiedzieli się za (sowieckim) komunizmem. Są jednak znacznie bardziej nudne, konformistyczne, bezpieczne, lecz mają tę wzniosłą legitymację moralną, która ich zwolennikom pozwala stawiać się w jednym szeregu z Kardynałem Stefanem Wyszyńskim i księdzem Jerzym Popiełuszko.
Oczywiście, trudno za pomocą stricte racjonalnych argumentów pojąć, z jakich przyczyn dla wcale znacznej części wschodnich Europejczyków (Polaków, Niemców, Żydów, Rosjan) wcielany w życie komunizm okazał się tak atrakcyjną propozycją. Bodaj każdy z tych piewców sowieckiej rzeczywistości mógł przy odrobinie intelektualnego wysiłku dowiedzieć się z pewnych źródeł, co dzieje się w „ojczyźnie światowego proletariatu”. Zaś ci, co byli najbliżej, którzy w sercu i pamięci mieli smak Rosji, okrutnej, a przecież o wiele łagodniejszej niż sowiecka, mieli pewność zupełną co do wydarzeń rozgrywających się za wschodnią granicą. A mimo to wszyscy oni mieli nadzieję. Mieli wiarę. Mieli miłość. Z tych trzech największa była wiara: w wypełnienie dziejowej sprawiedliwości, w historiozoficzne usprawiedliwienie świata, który oczom niewtajemniczonych wydawał się okrutny i bezrozumny. Ale czy to, co uchodzi za głupstwo dla świata, nie jest mądrością w oczach Historii?
Nazwijmy to raz jeszcze potęgą złudzenia, któremu siły przydawał katastroficzny nastrój epoki. I ogromne wyczucie krzywdy ludzkiej, straszliwej dysproporcji między światem i warunkami życia bogatych i biednych, nędzy, która dziś jest już dla nas niepojęta jako powszedni sposób życia całych społeczności. I niechęć do sanacyjnej Polski, jej instytucji i praw, jej niczym nie usprawiedliwionego triumfalizmu wobec rozszalałych żywiołów. Akces wielu młodych inteligentów był odruchem moralnego sprzeciwu wobec zastanej rzeczywistości, sprzeciwu opartego na ideologii, której dobrodziejstwa miały się okazać wysoce problematyczne i tragiczne. Był też oznaką, o czym mówią wprost świadkowie epoki, wykorzenienia albo wyobcowania z poczucia lojalności narodowej, kulturowego braku utożsamienia z Polską oficerów, kleru i mieszczan. Czekali zatem na dzień gniewu, który musiał nadejść i tak czy inaczej stać się zaczątkiem nowego świata. Ale gdy mit przestaje być możliwością i przepoczwarza się w realną politykę, wówczas poddani potędze złudzenia chcąc nie chcąc stają się odpowiedzialni za swoje wybory. A ubóstwiona Historia nie wstawia się za swoimi wyznawcami – roztapia się w banalności zła i dobra.
Dlaczego felieton na tak oklepany temat? Komunizm, antykomunizm, opowieści starszych państwa i młodych narwańców na usługach polityki historycznej – to wszystko już znamy, jesteśmy za lub przeciw. Ale co zrozumieliśmy z potęgi złudzenia? Ono jest treścią każdej ideologii, jest także treścią demokratycznej polityki, przyczyną sprawczą wydarzeń, moralnym usprawiedliwieniem działań, a także warunkiem sine qua non tego, co zwie się pragmatyzmem. Dlaczego tak jest? Bo polityka, jaką znamy, choć wydaje się tylko cieniem minionych potęg, jest świetnie zamaskowanym dziełem propagandy, mitem o jedności, pokoju i dobrobycie. Owszem, ma swoich kontestatorów i zaprzańców, ale także oni są skazani na własne złudzenia. A rzeczywistość? Powstaje jako starcie wielu iluzji, nieustający, wciąż korygowany kompromis między zakładnikami złudzeń.
Oczywiście, bardzo nieprzyjemna jest ta myśl, żeśmy tylko narzędziami fantasmagorii. I dość nieprawdopodobna wobec gęstej sieci wydarzeń, instytucji, ludzkich zachowań, zwanych rzeczywistością. Trudna do przyjęcia ze względu na ludzką wolność, godność, odpowiedzialność za własne czyny. I może to jest najdziwniejsze i najstraszliwsze na tym świecie, który św. Augustyn określał mianem „krainy, gdzie wszystko jest inaczej”: ponosimy odpowiedzialność za własne i cudze złudzenia, niczym za zerwanie owocu z drzewa poznania dobrego i złego. Lecz kto nie pozna złudzeń, zawsze będzie dzieckiem.
przez Anna Mieszczanek | czwartek 8 listopada 2007 | Felietony - Anna Mieszczanek
Dzięki temu widać wyraźniej niż dotąd, że polska demokracja trwa tylko dzięki instytucjom stworzonym odgórnie. I chwała Panu. Ale dzięki temu samemu widać też wyraźniej niż dotąd, że demokratyczne instytucje i wybory raz na jakiś czas tworzą demokrację ledwie fasadową. Bo co z tego, że wybieram sejm i senat, skoro nie mam wpływu na to, jacy ludzie pojawiają się na listach kandydatów. I jeśli nie mam na kogo głosować, mogę tylko na wybory nie pójść albo pójść i oddać głos nieważny – co w tych wyborach wybrało zaskakująco wielu z nas, bo aż 2,4% głosujących. 335 tysięcy ludzi.
Przyszedł więc chyba czas na zakorzenianie demokracji na samym dole. Czas na przekonanie ludzi, że tylko realny wpływ każdego z nas na życie społeczności może demokratyczny system uczynić żywym, a nie malowanym.
Dla mnie, najważniejszym dziś pytaniem jest: Jak sprawić, żeby Obywatele chcieli i mogli mieć realny wpływ na życie całej społeczności? To wielkie pytanie rozbija mi się na kilka mniejszych.
– W jaki sposób wyłaniać kandydatów do sejmu i samorządów?
– Jaka powinna być najlepsza dla naszej młodej demokracji ordynacja wyborcza?
– Jak wymusić na rządzących zawarcie czegoś w rodzaju nowej umowy społecznej, w której obywatele wspólnie określą, w jaki sposób będą wydawane ich podatki, ustalą priorytety, na które przeznaczą w odpowiednich proporcjach swoje pieniądze. Powiedzą, ile chcą wydać na ochronę zdrowia, bezpieczeństwo, edukację, finansowanie partii politycznych i organizacji pozarządowych.
– Jak wypromować współpracę zamiast nieustającej walki i rywalizacji i jak zmusić rządzących do rozwiązywania problemów poprzez dochodzenie do kompromisów i konsensusów zamiast dotychczasowego przyjmowania rozwiązań wedle woli silniejszego?
– Co powinno się znaleźć na liście decyzji obowiązkowo konsultowanych w referendach z całym społeczeństwem po uczciwej i trwającej ustalony czas publicznej debacie: czy tylko udział w wojnie i sojuszach wojskowych – czy wszelkie kwestie ważne społecznie i wzbudzające spory?
– Jak rządzący mają nas bronić przed swoją własną manipulacją?
– Jak ograniczyć marketing polityczny, który z wyborów robi tylko medialne widowisko?
***
Demokracja nie spadła nam z nieba – drogą powolnych prób i błędów ewoluowała, by stać się systemem gwarantującym obywatelom reprezentację. Ale dziś, pozostając w przekonaniu, że działamy w demokracji, funkcjonujemy w stanie pełzającej wojny wszystkich ze wszystkimi. Przez ostatnie dwa lata wrogów definiował nam PiS. Teraz, wykształciuchy, odebrawszy pole, zrobią – zapewne – to samo.
Tak się dzieje, ponieważ każdy dostrzega tylko swoje. I to jest w porządku, bo od zobaczenia wyraźnie własnego interesu zaczyna się demokratyczna zabawa. Ale tylko się zaczyna.
Jeśli za dostrzeżeniem własnego interesu nie idzie także dostrzeżenie interesów – skomplikowanie poplątanych – otoczenia, w którym wszyscy wspólnie żyjemy, to zamieniamy demokrację w siłową przepychankę. I widzimy wszystko w wersji zero-jedynkowej. Moherowy beret czy przyjaciel Adama Michnika będzie albo totalnie dobry, albo totalnie zły. Podobnie: liberał, postkomunista, ekolog, zwolennik lustracji.
Niby używamy w dyskusjach argumentów, ale tak naprawdę szukamy tylko tego, co potwierdzi naszą siłę i da nam przewagę. Nad tym wrednym przeciwnikiem. Który ma swoje wredne interesy.
Tak się dzieje, ponieważ przyzwyczailiśmy się myśleć, że demokracja to rządy większości. Może i miało to sens przy mniejszym zróżnicowaniu społeczeństw, przy wyraźniej dyskryminowanych grupowych interesach. Teraz sensu już nie ma.
Niby to wiemy. I dlatego tylko raz na cztery lata dajemy sobie „oficjalny” czas na prezentację wyłącznie własnych punktów widzenia. Po to, żeby zaprezentowane zostały wyraźnie. Po to – taka jest w każdym razie oficjalna wersja – żeby ludzie mogli dokonać wyboru: do tego mi bliżej, do tego dalej. Potem, kiedy już każdy się opowie za jakąś opcją, kiedy wiadomo niby jaka jest większość – teoretycznie powinien przyjść czas na spokojne i dbające o interesy różnych grup rządzenie: dzielnicą, miastem, państwem. Ale nie przychodzi.
Nikt nie widzi, że ma przed sobą cztery lata pracy na wspólną rzecz. Widać tylko tyle, że już za cztery lata kolejne wybory, które muszę wygrać ja, moja opcja, moje stanowisko. Bo jak nie wygra, to nastąpi koniec świata.
Więc walczymy. No bo przecież mało czasu do następnych wyborów.
Ale właściwie po co w takiej sytuacji mam chodzić do wyborów? Jeśli ja krzyczę tylko „moje!, moje”, podobnie krzyczeć będzie sąsiad z domu obok, z innego miasta, z drugiego końca Polski. Tak naprawdę każdy z 30 milionów wyborców potrzebowałby własnego reprezentanta, którym w dodatku sam umiałby być najlepiej. No i co możemy zrobić? Bić się o to „moje”, każdy z każdym? – bo przecież nikt nie ustąpi.
Bo wszyscy są przekonani, że wołanie „moje” jest w demokracji najważniejsze.
Aż w końcu zorientujemy się, że od lat stoimy w tym samym miejscu, jakby nas ktoś przykleił klejem do glazury. Włosy posiwiały, zmarszczki na twarzy – ale klej trzyma. Ważne, że to nasz własny klej, prawda?
A może potrzebujemy jednak bardziej zrównoważonego rozwoju? Nie tylko w odniesieniu do środowiska przyrodniczego?
Może musimy sobie napisać na lustrze, że człowiek jest już tak zrobiony, że owszem, musi wiedzieć jaki jest jego interes, jego stanowisko, jego opcja. Ale JEDNOCZEŚNIE potrzebuje się czuć częścią jakiejś całości. Potrzebuje przynależeć do wspólnoty a nie tylko do części, czyli (pars-partis) partii.
Liberalny czy konserwatywny, chadecki czy socjaldemokratyczny – wygrać wybory, w których obywatele rzeczywiście będą mieli realny wybór, może zapewne tylko taki twór, który dbając o interesy poszczególne i traktując KAŻDY Z NICH NA RÓWNI, będzie PROGRAMOWO szukać ich równowagi z interesem tak ulotnym, jak interes wspólny.
***
Teoretycy i praktycy negocjacji już dawno odeszli od strategii wyszarpywania dla siebie największego kawałka tortu. Dziś już wiadomo, że najefektywniejsze są negocjacje nastawione na współpracę – kiedy staramy się powiększyć wspólny tort, który mamy do podziału. A nawet dodajemy do niego jeszcze ciasto jogurtowe i koktajl truskawkowy. Najlepiej z wisienką na czubku.
Żądam wisienki!
przez Remigiusz Okraska | czwartek 8 listopada 2007 | Felietony - Remigiusz Okraska
Ów slogan widniejący nad bramą piekieł w „Boskiej komedii” Dantego dobrze opisuje sytuację, którą mamy w Polsce po 21 października. I bynajmniej nie mam na myśli przede wszystkim zwycięstwa opcji skrajnie liberalnej, choć i to musi budzić niepokój. Wynik wyborów oraz związane z nim zjawiska obrazują problemy dużo poważniejsze niż to, że przez kilka lat będą rządzić „aferałowie”.
Wybory świadczą przede wszystkim o umacnianiu się polityczno-medialnej oligarchii. Nie, nie tej bynajmniej, którą PiS straszył w wystąpieniach swoich liderów. Nie chodzi o żaden „powrót III RP”. Jest coś znacznie gorszego. Mamy do czynienia z postępującą monopolizacją sceny politycznej przez kilka podmiotów, które zasilane ogromnymi dotacjami z budżetu już na starcie, bez żadnej dyskusji programowej, zyskują ogromną przewagę nad wszelką konkurencją – po prostu zasłonią ją billboardami i zagadają spotami wyborczymi. W dodatku to właśnie im sprzyjają wielkie media. Wszelkie ugrupowania spoza układu, zwłaszcza „radykalne” i „awanturnicze”, nie mają żadnych szans, by choć trochę poważniej zaznaczyć swoją obecność na scenie politycznej. „Wielka polityka” będzie się więc coraz bardziej kręciła w zaklętym kręgu tych samych dobrze znanych, od lat zużytych postaci oraz ich wiernych przybocznych, swoistych następców tronu w partyjnych dynastiach. Wszelkie ruchy będą się odbywały w obrębie tego środowiska – „nową jakością” będą kolejne wersje UW-bis, PC-bis, KLD-bis i PZPR-bis.
Wybory z 21 października okazały się triumfem polityki reklamowo-telewizyjnej oraz tzw. dobrego wrażenia, jakie na głosujących zrobili liderzy poszczególnych partii. Jeszcze bardziej niż we wszystkich poprzednich wyścigach o elekcję ważne było to, czy przywódca partii jest miły i „wyważony”, a spór programowy bazował na tandetnych sloganach. PiS straszył powrotem liberałów, tak jakby sam przez dwa lata w poważniejszym stopniu odszedł od wytycznych polityki liberalnej. PO obiecywała drugą Irlandię, tak jakby sukces Zielonej Wyspy miał cokolwiek wspólnego z polską syntezą prymitywnego liberalizmu gospodarczego i peerelowskiej spuścizny. PSL jak zwykle obiecywał, że dogada się z każdym, tak jakby jego elektoratowi – głównie rolnikom i mieszkańcom prowincji – było obojętne, jakie rozwiązania przyjmie nowy parlament. A główne media i LiD straszyli triumfem autorytaryzmu i wzywali do „obrony demokracji”, tak jakby coś wspólnego z demokracją miało kilkanaście lat III RP, w której niepodzielną władzę w gospodarce i świecie opinii sprawowała świta Michnika.
Jednak wyborcy dali się na to nabrać – i to wyjątkowo licznie jak na polskie realia. Efektem jest brak w nowym parlamencie ugrupowań „skrajnych”. Totalną klęskę poniosły Samoobrona i LPR, które w stosunku do czasów swej świetności zanotowały mniej więcej dziesięciokrotnie mniejsze poparcie. Mimo szumnych zapowiedzi swych liderów, sromotnie przegrała także Polska Partia Pracy, po raz kolejny zyskując wynik niespełna 1-procentowy. I bynajmniej nie ma się z czego cieszyć, nawet jeśli – jak niżej podpisany – nie sympatyzujemy zbytnio z żadną z tych partii. Wbrew potocznej opinii, serwowanej głównie przez zwolenników liberalizmu politycznego, zdrowa demokracja nie jest bowiem taką, w której nie ma miejsca na „skrajności”. Wręcz przeciwnie – obecność w dyskursie publicznym partii podważających konsensus pokazuje, że z demokracją wszystko jest w porządku, bo toczy się w niej ożywiona debata, artykułowane są sprzeczne stanowiska i postulaty, pojawiają się nowe idee i propozycje, a różnorodne grupy społeczne mają wyrazicieli swoich poglądów. Skrajności i radykalizmu można było – i należało to czynić – bać się w czasach, gdy naziści i komuniści wprost postulowali samą likwidację parlamentaryzmu i swobód obywatelskich. Ale w dzisiejszej Europie takie obawy i porównania są zupełnie ahistoryczne i pozbawione sensu, świadcząc bądź to o kretynizmie, bądź o cwaniactwie tych, którzy się nimi posługują.
Obecność Samoobrony, LPR i PPP w parlamencie byłaby oznaką znakomitego zdrowia polskiej sceny politycznej, nie zaś jej choroby. Byłoby tak również dlatego, że partie owe wnosiły jako jedyne jakieś merytoryczne treści i postulaty do toczonej debaty. Nie zawsze mądre i merytorycznie uzasadnione, lecz bazujące na czymś więcej niż slogany; stawiające ważkie pytania, nawet jeśli udzielające kiepskich odpowiedzi. Można nie zgadzać się np. z pomysłem szkolnych mundurków autorstwa Romana Giertycha, ale oznacza to spór o wartości i metody wychowawcze. Można nie podzielać anachroniczno-gierkowskiej wizji gospodarki proponowanej przez PPP, ale jest ona wyłomem w jednomyślnym naśladowczym liberalizmie. Można nie mieć zaufania do programu Andrzeja Leppera, streszczonego w haśle „Balcerowicz musi odejść”, ale jego partia była przynajmniej symbolicznym reprezentantem tych warstw społecznych i środowisk, których zadowoleni ideolodzy i propagandyści „polskiej drogi do kapitalizmu” w ogóle nie raczyli dostrzegać jako współobywateli. Gdyby te trzy partie nie znalazły się w Sejmie dlatego, że przegrały uczciwą debatę o celach i sposobach rozwoju Polski, nie byłoby problemu. One przegrały jednak z billboardami, sloganami, ładnymi i łatwymi skojarzeniami, z chamskimi nagonkami i ironiczno-głupkowatymi komentarzami, z przemilczaniem i marginalizowaniem, z medialnymi zarządcami masową wyobraźnią.
Warto wspomnieć też o nowym fetyszu powyborczych komentatorów, czyli wysokiej frekwencji. Mamy tu ciekawy paradoks. Te same media, które niejednokrotnie potępiały populizm np. Leppera, teraz zachwycają się faktem, że spora ilość Polaków ruszyła do urn właśnie po wyjątkowo populistycznie brzmiących zachętach. Całe elita polityczno-kulturowa straszyła nas niemalże końcem świata, jeśli nie zagłosujemy. Albo nadal miał rządzić zamordystyczny PiS, a szwadrony śmierci z CBA wciąż rozstrzeliwać posłanki opozycji, albo cała armia tajnych współpracowników SB znów pieczołowicie tkać nitki ledwo co naderwanego Układu. Nic dziwnego, że trochę więcej ludzi niż zwykle ruszyło na wybory.
Pytanie jednak samo ciśnie się na usta: i co z tego? Wyższa frekwencja byłaby czymś godnym uwagi i pochwały, gdyby oznaczała większe zaangażowanie w życie publiczne. Tymczasem każdy, kto zajmuje się tą „działką” w Polsce, może stwierdzić coś dokładnie przeciwnego. Rośnie liczba ludzi zdegustowanych polityką. Partie przyciągają nie sympatyków-idealistów, lecz karierowiczów, a te z nich, które nie oferują personalnych profitów, najczęściej przypominają sektę z nieomylnym guru na czele i zaślepionymi, „betonowymi” wyznawcami. Organizacje pozarządowe – poza kilkoma rozreklamowanymi przez media i zajmującymi się tematyką „chwytającą za serce” – tchną martwotą, będąc miejscem etatowej pracy garstki ich liderów, nie zaś ośrodkiem koncentracji społecznej energii i zaangażowania. Stale maleje ilość czasopism ideowo-politycznych wszelkich opcji – stare upadają, nowe szybko kończą żywot, a spora część istniejących zamienia się w blade kopie wysokonakładowych dzienników i tygodników, zamiast być miejscem pogłębionej debaty i refleksji. Dużych czasopism o wyrazistej linii politycznej też jest coraz mniej, a ich nakłady spadają – mamy za to wciąż potężniejszy „klan” nijakich, niezbyt różniących się od siebie wielkich gazet, w których zresztą można przeczytać teksty tych samych autorów. Na spotkania dyskusyjne czy pokazy „zaangażowanych” filmów przychodzi w dużych miastach po kilkadziesiąt osób, z których znakomitą większość stanowią emeryci i studenci. Podobne ilości uczestników gromadzą demonstracje i pikiety, poza tymi, które odgórnie zrobi jakaś wielka partia lub centrala związkowa. Do tego dochodzi swoista specjalizacja – co z tego, że ileś osób w całym kraju robi sensowe rzeczy, skoro nie wyściubiają oni nosa poza swoje opłotki ani nie próbują współpracować; często zresztą nie mają nawzajem pojęcia o swoim istnieniu. Ekolodzy są tylko od ekologii, działacze rolniczy widzą jedynie problemy upraw i hodowli, związkowców interesują prawa pracowników w ich zakładzie, ale już nie w sąsiednim, katolicy nie dogadają się z ateistami, a feministki ze środowiskiem, które nie rozpatruje każdego problemu przez pryzmat płci. Nie ma też elementarnej solidarności. Kto dziś jest w stanie uwierzyć, że ćwierć wieku temu w kraju nad Wisłą górnicy strajkowali w imieniu lekarzy, aby tamci nie musieli odchodzić od łóżek chorych – dziś lekarze odchodzą od tych łóżek bez wahania, a górników mają za roszczeniowy motłoch, który ciągle chce coś zabrać „podatnikom”.
W efekcie niemal cała działalność publiczna jest mizerna, z wyjątkami, które dotyczą spraw „niekontrowersyjnych” (czyli nie naruszają niczyich interesów) lub są na rękę wielkim graczom – co to komu szkodzi, że Owsiak kupi sprzęt szpitalowi, a Caritas nakarmi bezdomnych, skoro w ten sposób państwo będzie miało mniej „klientów” na głowie. Nie ma w Polsce żadnego ożywienia politycznego, choć tak orzekli pożal się Boże analitycy, dla których wyznacznikiem aktywności społecznej jest to, że Polacy w ostatnich miesiącach często rozsyłali e-mailowo żarty o Kaczorach, Donaldzie i Aleksandrze Filipińskim. Mamy natomiast marazm i atrofię publicznego zaangażowania – i z każdym rokiem zjawisko to przybiera większe rozmiary.
Świetnie to widać nie tylko wtedy, gdy owa „aktywność” sprowadza się do chwilowych zrywów, najczęściej niewiele kosztujących (kartka wrzucona do urny, SMS wysłany „w szczytnym celu”, nałogowe bicie piany na forach internetowych), ale także po stosunku społeczeństwa do różnych inicjatyw. Chyba jeszcze nigdy w historii Polski nie było tak jak dzisiaj, gdy różnej maści społecznicy są powszechnie uważani albo za frajerów, albo wręcz oskarża się ich o utajone niecne interesy – „bo przecież za darmo by tego nie robili”. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest mnóstwo, podobnie jak winnych, lecz nie zmienia to faktu, że nie istnieje u nas żadne społeczeństwo obywatelskie, a nawet jego silne zalążki. Wszelkie inicjatywy, poza stworzonymi przez elitę i/lub namolnie reklamowanymi przez wielkie media, toną w bagnie obojętności, podejrzliwości, malkontenctwa i krytykanctwa.
Wybory Anno Domini 2007 są nie tyle przełomem, co raczej ostatnim gwoździem do trumny. Oznaczają one zablokowanie – finansowe, medialne, kadrowe – kanałów artykulacji interesów społecznych. Nie ma co liczyć nawet na tak elementarny bunt społeczny, jak obrona interesów ekonomicznych. Niezadowoleni – i często najbardziej aktywni – wyjadą do pracy zagranicę, środki pomocowe z Unii zapchają usta pozostałym, a postępująca atomizacja społeczna, liberalna propaganda i atmosfera wzajemnej podejrzliwości sprawią, że niezadowoleni będą usiłowali wyrwać coś ze wspólnej kasy dla siebie kosztem reszty – czy to wspólnie (jak grupy branżowe), czy w pojedynkę. Bardziej wymagającym lub wrażliwym zaserwuje się banialuki o „pokoleniu JP2”, „wartościach rodzinnych” albo „europejskiej modernizacji” i „nowoczesnych standardach”.
Chciałbym się mylić.
przez Anna Mieszczanek | środa 17 października 2007 | Felietony - Anna Mieszczanek
Z jednego październikowego dnia:
W TVN: rozemocjonowany, zgodnie z europejskim formatem Kuba Wojewódzki, z Pawłem Kukizem, który trochę się o sobie i życiu dowiedział, bo wpadł w poważną chorobę i musiał się z niej – z siebie dawnego – wyleczyć.
Wojewódzki nie może zaakceptować, że ktoś głosuje na Kaczyńskiego – musi go uznać za durnia.
Wielu porządnych zwolenników PiS-u nie może sobie wyobrazić, że ktoś nie głosuje na PiS – uważają go za durnia.
Kukiz mówi trzeźwo: chciałbym, żeby wygrała Platforma, ale jak wygra PiS – zaakceptuję. I będę wreszcie wiedział, jaki jest mój kraj. Jaki jest naprawdę. Jakie opinie w nim przeważają. Dlatego zresztą namawia, żeby iść na wybory i głosować.
Projekt „Zabierz babci dowód” w internecie.
Bo babcie głosują moherowo. Ktoś na to wpadł. Miał, na pewno, dobre intencje.
Internetowy salon24.pl – dyskusje, z których wiele, może nawet większość, skupia się, zacietrzewia, dławi, gotuje, ponieważ wciąż ktoś tam chce zmieniać drugiego. Jeśli masz inny pogląd niż ten, kto akurat cię przeczytał, najczęściej wywołasz wściekłą, i to od razu wściekłą na ciebie osobiście, falę wrogich komentarzy.
Jakby było tak, że skoro pokazuje się głos inny niż mój – nie mogę przejść nad tym do porządku, muszę zareagować, zareagować natychmiast, muszę ten inny głos natychmiast zniszczyć, unicestwić i muszę bić się o to do ostatka. Bo jak tego nie zrobię, to…
To co? To nie zostanę zauważony ze swoim istnieniem? Moje – inne – poglądy zostaną niezauważone? Boję się, że inni mnie nie zauważą, wiec i ja innych nie zauważam z ich innymi poglądami, tylko od razu każę im te poglądy zmienić, żeby były takie jak moje? A jak ten inny nie chce poglądów zmieniać – ja, ze swoimi, innymi poglądami, biję się o to do utraty tchu? To co, że słowami. Energia w nich taka, jakby bomby wodorowe latały.
Co powoduje miotaczami bomb – na przykład – salonowych? Dziecięca nadzieja, że jeśli wszystko na świecie będzie tak samo jak u mnie w głowie, to wreszcie będę bezpieczny? A jak nie będzie tak ja u mnie w głowie – to będzie znaczyło, że wkoło sami wrogowie i trzeba iść na wojnę, żeby niszczyć innego? I, że trzeba się na tej wojnie zatracić – bo nie może być tak, żeby inni z ich innym niż moje zdaniem żyli tu obok mnie. Przecież mnie zniszczą z moją innością.
Czy to wciąż to samo dziedzictwo pokoleń? Pod zaborami, pod władzą czerwonych, pod władzą pierwszych solidarno-europejskich? Pokoleń bez ojców, z których wielu zostało w Katyniu? Z matkami, które musiały – same przerażone – dać dzieciom gwarancję bezpieczeństwa na długie życie w świecie?
Nikt tego narodu nigdy nie słuchał. Pod zaborami, pod władzą czerwonych, pod władzą pierwszych solidarno-europejskich. Wszyscy mu coś kazali. Aż naród zaparł się w sobie i mówi: koniec, musi być tak, jak ja chcę!
Tyle, że naród nie jest shomegenizowany. Jeden – z narodu – myśli tak, drugi myśli inaczej. Każdy się zaparł, że teraz wreszcie jego racja będzie wysłuchana i zauważona.
I jak się naród nie pozabija i nie znienawidzi wzajemnie, to przejdzie do następnego etapu. W którym zauważy, że jedni i drudzy, każdy ze swoją innością, ma prawo tu być. Bo i tak już tu jest.
To się chyba nazywa rozwój. Że Naród się rozwija. Na razie siedzi Naród w piaskownicy i krzyczy do każdego innego niż on: idź sobie! Życzę więc sama sobie – ale jak ktoś chce to i jemu, innemu, też – spotkania na kolejnych urodzinach. Takich, gdzie będzie tort ze świeczkami i lody, i gdzie zaśpiewamy sobie sto lat: mohery i aksamitne kapelusze przy jednym stole.
A potem spokojnie wybierzemy sobie rząd i zajmiemy się życiem. Które jest krótkie i piękne.
P.S. Dziękuję salonowi24.pl, Kubie Wojewódzkiemu i pomysłodawcom akcji „babciowej” za tę lekcję.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 17 października 2007 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Stare wykształciuchy schodzą ze sceny, by ustąpić miejsca japiszonom idei i propagandy. Wykształciuch jest karykaturą inteligenta. Stworzeniem moralnie i politycznie podejrzanym, rodzajem pasożyta wegetującego w trzewiach organizmu państwowego kosztem jego zdrowia. Istotą wyobcowaną z ducha narodowego, niechętną prawdzie, kultywującą jedynie interesy i język własnej koterii, zatruwającą ojczysty krwioobieg swoim jadem. Jest wynikiem nieudanego eksperymentu społeczno-politycznego, który zaczął się hen, przed dziesięcioleciami, a po transformacji ustrojowej przeszedł lekką mutację, by dostosować się do rzeczywistości. Taki właśnie jest wykształciuch w oczach swoich przeciwników: typ niesympatyczny, podejrzany i godny pogardy.
Skazą na definicji wykształciucha jest jednak to, że od początku nosiła na sobie brzemię upolitycznienia. Nie był to termin „bezinteresowny poznawczo”, ale taktyczny zwrot, dystynkcja wyróżniająca jeszcze jednego zbiorowego przeciwnika IV RP. Co prawda sympatyzujący z moralną rewolucją myśliciele próbowali nieco zobiektywizować, unaukowić wykształciucha, osadzić go w historyczno-kulturowym kontekście, nawiązać do Sołżenicyna, ale bez większych skutków. „Wykształciuch” nie po to był potrzebny, by go nadto sublimować i dookreślać na gruncie historii idei. Zaczął więc żyć własnym, pogmatwanym i niejasnym życiem, wyskakując tu i ówdzie jak diabeł z pudełka, by śmieszyć, tumanić, przestraszać.
Wykształciucha szybko polubili i przekuli na własną broń przeciwnicy rządzącej jeszcze partii. Obelgę zamienili w dumny sztandar ludzi niepokornych wobec kaczystowskiego reżimu. Wypowiadając to słówko, mrugają znacząco okiem: „wiemy, żeś inteligent pełną gębą, ale przyjmij na siebie tę nazwę jako znak ideowo-politycznego namaszczenia i wtajemniczenia, wspólnoty interesów”. I błyskawicznie przybyło osobników ostentacyjnie obnoszących się z mianem wykształciucha – kalumnia zamieniła się w komplement, środowiskowy znak rozpoznawczy, określający choćby miłośników życia i twórczości Adama Michnika. Inni zaś, choć nie tak jasno zdeklarowani światopoglądowo, czy nawet pogubieni w meandrach historii, polubili „wykształciucha” z przekory, albo pod wpływem poczucia fatalizmu i rezygnacji, przyzwyczajeni do dyshonorów ze strony władzy i społeczeństwa, wcale częstych pod tą szerokością geograficzną.
Taka sytuacja jeszcze bardziej rozjuszyła politycznych/ideowych japiszonów, często młodych, dwudziesto-, trzydziestokilkuletnich Don Kichotów moralnej rewolucji. Oni to bowiem, po części w ramach pokoleniowego buntu, współ-wyznaczają i rozpowszechniają standardy myślenia o swoich starszych kolegach, zramolałych w służbie PRL-owi i III RP inteligento-wykształciuchach. Oni to uważają się za depozytariuszy świadomości niczym nie sfałszowanej, arcypatriotycznej i suwerennej, tyleż spragnieni prawdy, co władzy, jej profitów i dobrobytu zasłużonego w ramach nienazwanego wprost aktu „sprawiedliwości dziejowej”. Inteligent-wykształciuch, który inaczej definiuje własną samoświadomość i poczucie lojalności, to w świetle ich założeń postać umysłowo nieuczciwa, tożsamościowo podejrzana, której miejsce jest na śmietniku historii.
I gdzie tu prawda? Między bezkrytycznym samouwielbieniem i apoteozą wykształciucha a jego całkowitym potępieniem leży szerokie pole dla interpretacji. Przede wszystkim problem polega na tym, że krytycy wykształciuchów, definiując ich jako sieroty po Polsce Ludowej albo współpracowników i współuczestników elit zawłaszczających III RP, nie zauważają, że byli/są oni (o ile nie należeli do wąskiej grupy pierwszoplanowych beneficjentów transformacji) takimi samymi ofiarami przemian ustrojowych, jak tzw. zwykli ludzie, za którymi chętnie wstawiają się obecni prominenci. Nie widzą także, iż środowiska inteligenckie, wychowywane/edukowane jeszcze w PRL-u, przy całej złożoności swoich biografii i różnorodności życiowych wyborów nie były w swej masie demiurgami, ale zakładnikami historii, z całym brzemieniem obiektywnie istniejących uwarunkowań i możliwości.
Dziś polityczne japiszony, wzajem sobie potakując, ciesząc się poparciem i protekcją swoich starszych kolegów, nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za ponoszone słowa i nie muszą obawiać się niczego z tego, co ongiś było udziałem wykształciuchów. Dana im jest łaska późnego urodzenia i korzystając z tego przywileju wyciągają swoje małoduszne wnioski wobec wykształciucha jako podmiotu zbiorowego. Nie budzi ich współczucia ta rzesza rodaków, częstokroć oszukiwana w nie mniejszym stopniu, niźli „zwykli ludzie”, poddawana manipulacjom i praniu mózgu, ratująca się – często bezwiednie – przed duchowym, tożsamościowym kryzysem w grupach wzajemnej adoracji. Nie budzi ich współczucia ani głębszej refleksji ta małomiasteczkowa albo wiejska inteligencja, która swój awans społeczny zawdzięcza Polsce Ludowej, bo akurat w innej żyć nie mogła, a pozwoliła sobie na luksus posiadania życiowych ambicji.
Owszem, ta inteligencja zwróciła się na początku lat 90. ku Unii Wolności – ale jaki promil tych ludzi mógł znać wszystkie niuanse politycznych kompromisów, planów transformacji, podejmowanych decyzji i poglądów faktycznie głoszonych przez „wierchuszkę”? Zresztą, i tak dość szybko zdała sobie sprawę, że jest samotna. A małomiasteczkowy wykształciuch, choćby wiele rozmyślał o tolerancji, zachodnich standardach demokracji itp. głoszonych wszem i wobec dobrodziejstwach, a przy tym pomstował na rodzimy ciemnogród, to i tak ciężko pracował za grosze w swojej szkole, obserwując z przerażeniem, że ubywa mu z roku na rok resztek szacunku, jaki mniej lub bardziej sztucznie podtrzymywano w PRL.
Dziś, rozważając kwestie czysto formalne, wynikające ze zmiany ustrojowej, o wiele łatwiej jest być inteligentem. Ale szczerze mówiąc, nie widać wielu kandydatów do tej grupy: ani w centrum, ani po lewej, ani po prawej stronie. Dziś w modzie jest ideowo-polityczny japiszon, albo japiszon pragmatyczny, spec od manipulacji wyobraźnią, pragnieniami i przekonaniami. Taki japiszon może nosić za politykami teczkę, albo udzielać się w mediach. Może być młodym pracownikiem IPN-u albo doradcą wysokiego urzędnika państwowego. Od wykształciuchów różni go to, że jest jeszcze za młody, by przeżyć jakikolwiek głębszy ideowy, duchowy kryzys, nie ma też żadnych wątpliwości co do swojej misji. Nie żywi złudzeń, że służy jedynej prawdzie. Jest w fazie wschodzącej: dopiero za 30-40 lat usłyszy podobne zarzuty, jakie dziś stawia tym, których za swoimi mentorami określa mianem wykształciuchów. Pewnie będzie zaskoczony, o ile wcześniej nie spocznie w trumnie.
Nie ma sensu przystawać do towarzystwa tych, którzy z premedytacją wykorzystują wykształciuchów do własnych celów, na siłę poprawiając im samopoczucie i zbiorowo rozgrzeszają każde ich głupstwo i przewinę. Z drugiej jednak strony: ideowo-polityczne japiszony ze swymi niewinnymi buźkami i wcale pokaźnym arsenałem polityczno-koteryjnych psikusów i słownych manipulacji również nie zasługują na większe zaufanie. Kto czyni się zakładnikiem jakiejkolwiek ideologii, ten choćby miał buzię cherubinka, musi budzić nieufność, tym bardziej, gdy kroczy w triumfalnej pozie. Zwycięzcy są zawsze bardziej niebezpieczni niż przegrani. Przynajmniej do czasu, gdy historia nie pobruździ im twarzy zmarszczkami i nie przygnie sumień do ziemi. Wtedy jednak ktoś inny krzyknie im w twarz: wykształciuchy!