Proroctwa

Neoliberalizm miał być najwyższym stadium rozwoju ludzkości. Proroctwo o końcu historii nie potwierdziło się.  Teraz finansiści wykańczają system, który sami stworzyli.

Siła wielkich korporacji, fasadowa demokracja i osłabienie państw narodowych wydawały się gwarantem trwałości. Przymus ekonomiczny skutecznie tłumił odruchy buntu, co wyzwoliło niepohamowaną chciwość. Rządy pieniądza doprowadziły do kryzysu. Historia chichocze. Sprawdza się proroctwo I sekretarza PZPR, W. Gomułki, który twierdził, że burżuazja doprowadziła do upadku ustrój burżuazyjny, a rządy klasy robotniczej zostaną obalone przez robotników.

Historia nie wykazuje żadnych objawów wyczerpania. Agresorzy straszą, wybuchają konflikty graniczne i terytorialne, toczą się wojny ekonomiczne, surowcowe, plemienne i religijne. Nawet można odnieść wrażenie, że Historia szykuje nam powtórki. Władcy na Kremlu stosują te same wypróbowane chwyty, na które Zachodnia Europa i USA tak samo się nabierają.

Rosja dąży do odtworzenia swojego imperium, ale ideologia marksistowska odradza się nie w Rosji, tylko w Ameryce Łacińskiej. Jan Paweł II zlikwidował teologię wyzwolenia. „Solidarność” też została pokonana. Korporacjom nie zagraża już ani Chrystus z karabinem, ani związek zawodowy ostentacyjnie wyrzekający się przemocy. Tym razem sprawa jest poważniejsza.

Jedynie w polskich szkołach udało się zakończyć Historię. Nie tylko nie ma na nią czasu, ale, co gorsze, nie można jej uczyć. Prawda nie istnieje, fakty się nie liczą. Są tylko różne narracje. Narracje autorytetów są obowiązujące. Narracje osób „kontrowersyjnych” – podejrzane. Historię piszą zwycięzcy, przykrawając ją do potrzeb rządzących.

Słyszałam wypowiedź jakiegoś rządowego guru, że dzieci więcej nauczą się z opowieści rodziców i dziadków, niż od nauczyciela. Jeden chłopiec dowie się, że jego dziadek był partyzantem, drugi, że walczył z bandami. Chłopcy sami ustalą, który był bardziej bohaterski. Historia już przyznała rację temu z UB. Prawda bez sprawiedliwości rodzi frustrację i agresję.

Próba pisania historii bez faktów nie w pełni się powiodła. Następną linią obrony jest – „nie osądzajmy”. Nie należy osądzać Wałęsy, Jaruzelskiego, Kiszczaka, Michnika, Balcerowicza, Orszulika. Wszyscy byli realistami i skutecznymi politykami. Osądzanie drugiej strony też nie jest wskazane, ponieważ nie można powiedzieć, o co walczyła. Język zdecydowanie złagodniał. Oszołoma nazywa się teraz „kontrowersyjnym”.

Nie tylko nauczanie historii, cała szkoła jest zagrożona. Propozycja nowej reformy zmierza w tym samym kierunku, co wszystkie inne projekty rządu. Celem są oszczędności, zrzucenie odpowiedzialności z władzy centralnej i zachowanie posad dla swoich. Aby przekonać opinię publiczną, że nauczycielom trzeba dołożyć obowiązków i obniżyć zarobki, posłużono się kłamstwem. Według MEN nauczyciel dyplomowany zarabia 4502 zł. Podstawowe wynagrodzenie wynosi 2799 zł. Do tego dochodzi obligatoryjny dodatek za staż oraz uznaniowe dodatki przyznawane przez dyrektora i gminę. Sprawdziłam konkretny przykład. Wynagrodzenie nauczyciela o najwyższych kwalifikacjach, z długim stażem, dobrze ocenianego przez dyrektora i gminę, wynosi 3795,04 zł brutto. Skąd się wzięło 4502 zł?

Od tej pory za nauczycielskie pensje będą odpowiadać samorządy. Subwencja oświatowa pokrywa tylko 40 do 60% kosztów funkcjonowania szkół. Negocjacje pensji będą oznaczać głównie jej zmniejszenie oraz podnoszenie pensum. Kuratoria zostaną zlikwidowane. W województwach powstaną departamenty i regionalne ośrodki jakości edukacji, w powiatach Centra Rozwoju Szkoły. O awansie nauczycieli będą decydować dyrektor i rodzice, a audyt szkół będzie zlecany firmom zewnętrznym. W każdej szkole zostanie powołany moderator, organizator i mentor. Już teraz biurokracja – wdrażanie procedur, pisanie planów i sprawozdań – pochłania ogromną ilość czasu nauczycieli i dyrektorów. Po reformie uczenie i wychowanie będzie zbędnym dodatkiem do obowiązków.

Reformy PO to majstersztyk. Pod pozorem większej samodzielności nauczyciele tracą oparcie w służbach resortu, a równocześnie popadają w zależność od rodziców, dyrektorów, radnych gminy, urzędników województwa i całej sfory ekspertów, kontrolerów jakości edukacji i specjalistów od audytów. System będzie droższy, ale to już nie jest zmartwienie ministerstwa. Szkoła musi wygospodarować pieniądze na zewnętrznych ekspertów.

Niektórzy podejrzewają szatański plan ogłupiania polskiej młodzieży. Przypuszczam, że przyczyny są prozaiczne. Rząd cały czas kombinuje, jak pozbyć się obowiązków nudnych, żmudnych i ryzykownych politycznie.

Nie przesadzajmy z oskarżaniem szkoły o ogłupianie młodzieży. To nie jest wina szkoły, że maluchy nie chcą słuchać bajeczek. Chcą oglądać pościgi, wrzaski, wybuchy i szaleć. Od nauczycieli wymaga się, żeby dzieci się nie nudziły, żeby wiedza była przekazywana w formie łatwej i atrakcyjnej.

Masowa kultura i masowa informacja produkują w głowach kartoflankę. Zalewają nas nieistotne informacje, powierzchowne opinie, agresywne reklamy i zwyczajne brednie. Ambitniejsi podejrzewają, że nie mogą zrozumieć świata, ponieważ za mało wiedzą, za wolno się poruszają, są za mało aktywni. Jeszcze szybciej przełączają kanały w telewizorze, strony w Internecie, odbierają i wysyłają setki maili i SMS-ów. Mniej ambitni rezygnują, oglądają atrakcyjne programy i czekają, aż los się do nich uśmiechnie, wygrają samochód albo casting.

Przeczytałam w „Rzeczpospolitej”, że mózg naszego gatunku kurczy się. Uczeni nie wiedzą, dlaczego; pocieszają się, że chociaż mózg jest mniejszy, sprawniej działa. Pesymiści obawiają się, że już w nieodległej przyszłości ludzie nie będą w stanie zrozumieć tekstu, sformułować wypowiedzi, liczyć. Nastąpią rządy idiokracji.

Obawiam się, że to proroctwo się spełnia. Nie można bezkarnie atakować mózgu chaotycznymi bodźcami i zaniechać używania go do myślenia.

Joanna Duda-Gwiazda

Realny liberalizm

Podwyżki podatków – w tym VAT-u – nie stoją w sprzeczności z doktryną liberalizmu gospodarczego. Są jej perwersyjną kwintesencją.

Pewien popularny zespół muzyczny śpiewa, że „Nic nie boli tak, jak życie”. Nas owo życie zaboli już w najbliższych dniach, za sprawą podwyżki stawek podatku VAT na żywność, odzież, paliwo, część usług, książki itp. Sprawa była wielokrotnie komentowana w mediach, więc o szczegółach podwyżki pisać nie chcę. Wspomnieć warto jedynie o tym, że najbardziej uderzy ona w niezamożnych. Większość Polaków to, wedle wszelkich sondaży, osoby, które nie posiadają oszczędności ani aktywów generujących istotne dodatkowe dochody, przeznaczający niemal całe zarobki na finansowanie bieżących potrzeb konsumpcyjnych. Będą teraz płacili więcej za niemal każdy towar bądź usługę. Będą więc biedniejsi.

Nie jest to informacja bez znaczenia w całej, większej niż podwyżka VAT-u, układance. Wśród wielu komentarzy krytycznych wobec tej decyzji, znaczną część zajmują opinie, które rozliczają rząd PO – partii deklaratywnie liberalnej gospodarczo – ze „zdrady ideałów”. W uproszczeniu, ich treść sprowadza się do stwierdzenia: „Jako liberałowie powinniście obniżać podatki, wy zaś je podwyższyliście”. Takie opinie to przejaw liberalizmu „romantycznego”.

Każda ideologia ma co najmniej dwa warianty. Pierwszy to sielankowa wizja, której wprowadzenie w życie zwiastować ma początek nowej, lepszej epoki dla wszystkich, co najwyżej z wyjątkiem grup uznanych za wrogie („nie zasłużyli” na „lepszy świat”). Nie godzi się ona na kompromisy, a rzeczywistość postrzega przez pryzmat teoretycznych deklaracji. Każda ideologia, nawet najbardziej zbrodnicza, miała swoich „romantyków”, którzy krytykowali realny reżim za „zdradę ideałów”, a przynajmniej za częściowe odejście od pryncypiów, drobiazgowo wyliczając, że w tej i tej kwestii „nie tak przecież miało być”. Nazizm miał swoich „romantyków” w postaci braci Strasserów, którzy zarzucali Führerowi, że poszedł na kompromis z wielkim „plutokratycznym” kapitałem, a „aryjskim” robotnikom nie dał tyle, ile obiecywał. „Romantykami” komunizmu byli Trocki oraz „starzy bolszewicy” zamordowani w ramach czystek, zarzucający Stalinowi, że odszedł od „dziedzictwa Lenina”, zdradził sprawę Światowej Rewolucji, lekceważył rady robotnicze (sowiety) itd. Dziesiątki lat po upadku III Rzeszy i ZSRR ukazują się strasserowskie i trockistowskie gazetki, których autorzy przekonują, że „prawdziwego” nazizmu i komunizmu nie było nigdy (lub jedynie bardzo krótko), były tylko „błędy i wypaczenia”, które nie przekreślają „wspaniałości” samej doktryny i konieczności dążeń do jej „autentycznej” realizacji.

Z tego względu wszelkie nurty polityczne należy oceniać nie wedle deklaracji, lecz z punktu widzenia realnych wcieleń. Nawet te, które są mi bliskie, oceniam właśnie tak – program socjalistyczny czy socjaldemokratyczny jest dla mnie znacznie mniej ważny, niż jego realne wcielenia, np. w krajach skandynawskich, z ich ogromnymi zdobyczami, ale także słabościami, „wypaczeniami”, nierozwiązanymi problemami i niedotrzymanymi obietnicami. To nie praktycy są źli – to w samej ideologii coś było nie tak: czegoś nie wzięto pod uwagę, coś pochopnie zlekceważono, coś obiecano na wyrost.

Swoich „romantyków” ma też liberalizm gospodarczy. Gdy liberalni realiści podnoszą podatki, czytelnicy „Najwyższego Czasu!” pomstują na ich zaprzaństwo, nazywają łże-liberałami lub pseudoliberałami. Dokładnie tak, jak bracia Strasserowie i Trocki chłostali Hitlera i Stalina bezpłodnym słowem. Pragmatycy jednak niczego nie zdradzili. Widać to w kontekście podwyżki VAT-u doskonale, gdy przypomnimy sobie, jak jeszcze kilkadziesiąt lat temu postrzegano orędowników leseferyzmu. Otóż gdy sięgniemy po stare, kanoniczne teksty programowe czy publicystyczne nie tylko socjalistów, ale także np. chadeków, wówczas dowiemy się, że liberalizm, który dziś stroi się w piórka idealistycznej walki z „uciskiem podatkowym” czy „wszechwładzą państwa”, traktowano po prostu jako doktrynę i ruch służące obronie przywilejów warstw posiadających. Takie było i jest sedno praktyki liberalizmu gospodarczego.

Podatki, owszem, chciano obniżać, ale głównie tym, którzy mieli najwięcej do stracenia na prospołecznym systemie fiskalnym. Tylko wyjątkowo naiwni mogą wierzyć, że liberalne stronnictwa polityczne kiedykolwiek poważnie przejmowały się stawkami podatkowymi takich „prywatnych przedsiębiorców”, jak sklepikarz czy szewc. „Pazerność rządu” zwalczana jest przez nich wtedy, gdy państwo sięga do kieszeni największych firm, wielkich biznesowych „rodów” i grup interesu. Wrzask liberałów-realistów słychać wtedy, gdy pojawia się ryzyko podwyższenia górnych stawek podatku dochodowego. Milczą zaś oni lub jedynie półgębkiem – dla uwiarygodnienia się – protestują, gdy rosną stawki najniższe. Ile razy słyszeliście z ich ust propozycję, żeby np. znacznie obniżyć podatek dochodowy nie bogatym, lecz najuboższym? Tzw. kwoty wolne od opodatkowania były zwiększane w większości krajów europejskich nie przez liberałów, lecz przez formacje socjaldemokratyczne lub chadeckie. Uznawały one, że jeśli ktoś nie powinien płacić podatków, to ci, którzy ledwo wiążą koniec z końcem, nie zaś ci, którzy ulgi podatkowe wykorzystują w teorii na „nowe inwestycje” i „tworzenie miejsc pracy”, zaś w praktyce na nowe jachty, większe wille i coraz bardziej egzotyczne wojaże.

Kolejnym mitem związanym z liberalizmem jest przekonanie, że dąży on do okiełznania tego, co Jankesi nazywają Big Government, czyli wielkim rządem. W rzeczywistości liberalni pragmatycy nigdy w dziejach nie „zmniejszyli” znacząco żadnego państwa. Realny liberalizm nie polega na ograniczaniu funkcji państwa i istotnym zmniejszaniu wydatków budżetowych. Jego celem jest jedynie zmiana kierunków działań państwa – tak, aby mniej wydawało ono na zaspokajanie potrzeb szerokich rzesz społecznych, zaś więcej środków i wysiłków poświęcało temu, co zwiększy profity bogatej garstki. Propaganda mówiąca o „zmniejszaniu marnotrawstwa” czy o „odebraniu biurokratom władzy nad obywatelami” to lep na łatwowiernych. W praktyce zmniejsza się budżetowe dotacje do szkół czy szpitali, aby więcej środków przeznaczyć na wspieranie wielkiego biznesu – czy to wprost, np. za pomocą dotacji do bankrutujących banków, czy pośrednio, prowadząc militarne podboje, aby przemysłowa oligarchia miała zapewnione tanie surowce i nowe rynki zbytu. Tam, gdzie przeciętny obywatel zostaje pozbawiony wsparcia – sam musi walczyć jako konsument z nadużyciami biznesu, jako pracownik z łamaniem przepisów lub nie ma ochrony ze strony niedofinansowanej policji – tam całe zastępy urzędników czekają na byle skinienie możnowładców, którym trzeba zbudować infrastrukturę niezbędną do prowadzenia biznesu, powołać specjalne strefy ekonomiczne, zmienić przepisy tak, aby nie przeszkadzały w zarabianiu forsy itd., itp.

Państwa nie jest wcale mniej – jest go tyle samo, a bywa, że nawet więcej. Tyle że nie dla nas, szaraczków, lecz dla nich, „inwestorów”, „prywatnych przedsiębiorców”, „biznesmenów roku” etc. Gdy liberalni pragmatycy zajmują się „upraszczaniem przepisów”, to można być pewnym, że ułatwią zatruwanie środowiska, usuwanie lokatorów z cennych lokalizacji lub dewastację zabytków, nie zaś zaskarżanie koncernów farmaceutycznych za zniszczenie naszego zdrowia lub „dewelopera” i prawnika, którzy wywłaszczyli nas z ziemi, na której stanie centrum handlowe. Nawet takie ikony liberalizmu gospodarczego, jak Reagan czy Thatcher, nie dokonały znaczącego ograniczenia funkcji i wydatków państwa. Pieniądze zaoszczędzone na zasiłkach dla bezrobotnych czy dotacjach do publicznego szkolnictwa trafiły do budowniczych autostrad czy prywatnego sektora militarnego. Środki, których nie otrzymały „nierentowne kopalnie”, wpłynęły na konta koncernów zajmujących się poszukiwaniami gazu na Morzu Północnym.

To samo dotyczy nie tylko ogółu podatników, ale nawet tej warstwy, którą liberałowie często wycierają sobie gęby, mianowicie drobnych firm prywatnych. Jeśli porównać budżetowe wsparcie dla wielkich korporacji z tym, co otrzymują niewielkie firemki, albo jeśli zestawić wysokość ulg podatkowych dla „magnatów przemysłowych” z tym, co zostaje w kieszeniach właściciela sklepu, apteki czy punktu naprawy parasoli, to liberalny czar pryska nawet z punktu widzenia „prywatnych przedsiębiorców”. To samo widać jeszcze lepiej, gdy rozmaite liberalne rządy upraszczają procedury np. eksploatacji ropy naftowej czy sprzedaży prądu, za to śrubują normy dla produkcji tradycyjnych wyrobów spożywczych. Na tych pierwszych biznesach zarabiają od pokoleń te same rody najbogatszych, zaś te drugie to konkurencja dla koncernów spożywczych. Gdyby przyjrzeć się np. lobbingowi na rzecz rozwiązań sanitarnych dla sektora spożywczego czy ferm hodowlanych, wówczas okaże się, że znakomita większość „socjalizmu”, czyli regulacji prawnych, jest pochodną nacisków wielkiego prywatnego biznesu, który wykańcza drobną konkurencję i zdrowie konsumentów, nie zaś knowań „lewaków” czy „biurokratów”. Nic zatem dziwnego, że np. w USA realne dochody klasy średniej spadały – zamiast rosnąć – w czasach rządów Reagana czy obu Bushów. Wzrosła za to liczba miliarderów i ubogich.

To, że liberalni pragmatycy nie rozmontowali nigdy i nigdzie „wielkiego rządu”, wynika w dużej mierze właśnie z tego, że ów rząd i jego budżet są nader przydatnymi narzędziami wspierania finansowej oligarchii. Wynika też jednak z tego, że pragmatycy nie są tak naiwni i kiepsko wykształceni, jak romantycy. Ci ostatni, co uderza przy bliższym zetknięciu się z takimi środowiskami, niezwykle rzadko dysponują choć podstawową wiedzą o procesach społecznych. To nie przypadek, że wśród zagorzałych propagandystów i wyznawców „prawdziwego liberalizmu” niemal nie uświadczy się socjologów, adeptów polityki społecznej czy planistów przestrzennych, lecz dominują tam ekonomiści-teoretycy (bo już nie ekonomiści badający realne ustroje i rozwiązania oraz ich skutki) lub absolwenci filozofii, politologii czy historii idei. Nie wiedzą oni tego, co wiedzą liberalni pragmatycy lub ich doradcy – że nowoczesne społeczeństwo nie może mieć oparcia w książkowym modelu „państwa minimum”. Tylko czytelnicy „Najwyższego Czasu!” mogą sobie roić, że masowe społeczeństwo, nie bazujące już na – dawno rozbitych przez dynamiczny kapitalizm – „naturalnych wspólnotach”, można ponownie oprzeć na rodzinach, kręgach sąsiedzkich, filantropii i dobrowolności. Upadek nowoczesnego państwa nie zaowocowałby sielanką spod znaku szczęśliwych wielodzietnych rodzin, opiekujących się rodzicami na starość i zgodnie żyjących wraz z innymi w przyjaznych społecznościach. Przyniósłby natomiast bezlitosną walkę wszystkich ze wszystkimi, w której to walce byłyby miliony ofiar, z łajzowatymi UPR-owskimi teoretykami na czele. Z tego też względu nawet Thatcher czy Reagan nie rozmontowali całkowicie pomocowych struktur państwa, lecz przenieśli część ich budżetów do kieszeni biznesu, czego skutkiem nie był bynajmniej renesans rodzin i „odpowiedzialnego polegania na własnych siłach”, lecz eskalacja patologii społecznych i wzrost liczebności „podklasy”.

Podwyżki VAT-u doskonale wpisują się w realny liberalizm. Państwo nowoczesne jest ze swej natury państwem kosztownym – może być nieco tańsze, lecz całkiem tanie nie będzie nigdy. Można je finansować dwojako – albo z wyższego obciążenia podatkowego bogatych, albo z podniesienia „haraczu”, który płacą wszyscy, w tym najubożsi. Gdy rządzą liberałowie, czyli stronnictwo dbające o interesy bogatszych warstw społecznych, wybiera się to drugie rozwiązanie. Wybór liberałów nie oznacza zatem zmniejszania podatków, a wręcz może oznaczać – co właśnie widzimy – ich podwyższanie. Wzrost stawek VAT-u nie jest zdradą ideałów liberalizmu gospodarczego. Jest ich konsekwencją.

Remigiusz Okraska

Więcej „Obywatela”, obywatele!

Rok „Obywatela” i jego czytelników toczy się nieco innymi kolejami, niźli rok konsumentów pierwszych stron gazet, zaprzyjaźnionych z władzą telewizji, popularnych serwisów informacyjnych.

W „Obywatelu” przez ten rok czytaliście inne teksty aniżeli „jedynie słuszne”, którymi raczą swoich odbiorców sformatowane na jedno kopyto tygodniki opinii. I sami wiecie najlepiej, co z tego, co przeczytaliście, przemyśleliście, w czym współuczestniczyliście – było dla Was ważne i najważniejsze.

Koniec roku 2010, przed nami nowy czas do wypełnienia. Sami też wiecie najlepiej, co w Waszym życiu osobistym, zawodowym, co w społecznych zaangażowaniach było dobre, porządnie zrobione. Może to, czym żyliście, nie było godne okładek kolorowych pism. Pewnie nie zapraszano Was do telewizji śniadaniowych, gdyście pracowali, marzyli, snuli plany. Może skrzętnie podsumowujecie swój rok 2010, a może jak gdyby nigdy nic idziecie dalej, bo już gonią następne terminy, plany, zadania. Czytacie „Obywatela”, jesteście obywatelami, działacie; nie siedzicie z założonymi rękoma czekając, aż ktoś za Was uczyni świat nieco innym, nieco lepszym.

Czego Wam wszystkim życzyć? Przecież jesteśmy tak różni. Różne doświadczenia życiowe, przebogate światopoglądy, koncepcje polityczne, społeczne i gospodarcze. A jednak razem czytamy „Obywatela”, razem go współtworzymy. Dlaczego? I tu odpowiedzi będą rozmaite. Anarchiści, etatyści, lewacy, prawicowcy, wierni różnych wyznań chrześcijańskich i religii, agnostycy, ateiści, społecznicy, naukowcy, działacze polityczni, studenci, matki, żony, a pewnie i kochanki, przykładni ojcowie i niebieskie ptaki, entuzjaści i malkontenci, miłośnicy piw z niszowych browarów, niuchacze tabaki i palacze fajki, feministki i „męskie szowinistyczne świnie”, domatorzy i wagabundy, biznesmeni i urzędnicy państwowi, lekkoduchy-artyści i zwykli zjadacze chleba – wszyscy mieliśmy w mijającym roku swoje powody, by sięgać po „Obywatela”, by go wspierać.

Jesteśmy obywatelami. Szukamy sposobów, motywów, ludzi wespół z którymi zrealizujemy idee i koncepcje znane nam z „Obywatela”. Tak, czas obywateli płynie inaczej niż czas mainstreamowych mediów, rządząc się często innymi prawami. Nie znaczy to, że sprawy Polski są dla nas nieistotne. Inna jest perspektywa, nierzadko poruszają nas inne zagadnienia. Ale przecież tutaj żyje większość z nas, a pozostali – wracają myślami.

Ideą naczelną „Obywatela” jest dobro wspólne. Tworzymy zatem, często się nie znając, pewien rodzaj wspólnoty. „Obywatel”, w mniejszym lub większym stopniu, jest częścią naszej tożsamości, albo przynajmniej źródłem wiedzy, które uznajemy za rzetelne, warte poznania. A przecież – różnimy się. Nawet jeśli większość z nas uznaje się za ludzi lewicy, to przecież nie maszerujemy w karnym szeregu, w rytm i pod dyktando werbli. Jesteśmy raczej partyzantami wielkiej, niekończącej się konspiracji obywatelskiej. I obyśmy chcieli, mogli walczyć dalej: niekoniecznie na plażach, lądowiskach, polach i ulicach, na wzgórzach… I co najistotniejsze: obyśmy nigdy się nie poddali.

Tego Wam wszystkim w 2011 roku szczerze życzę: sił, zdrowia, szczęścia i okazji do obywatelskiego knucia i konspirowania… Więcej obywatela w obywatelach, obywatele! Więcej „Obywatela”! 

Krzysztof Wołodźko

Druga strona biotechnologii

Druga strona biotechnologii

Tocząca się w Polsce debata wokół żywności genetycznie modyfikowanej pomija fundamentalne kwestie wpływu biotechnologii rolniczej na kierunek rozwoju polskiego rolnictwa i obszarów wiejskich. W efekcie kluczowe decyzje zapadają za zamkniętymi drzwiami, poza demokratyczną debatą publiczną.

Od ponad pięciu lat trwa w Polsce spór o uprawę roślin genetycznie modyfikowanych (tzw. GMO) i wykorzystywanie biotechnologii w produkcji żywności. Jego odzwierciedleniem jest wciąż niejednoznaczny stan prawny, skutkujący prowizorycznością i tymczasowością rozwiązań. W Sejmie od kilku lat trwają prace nad kolejnym już rządowym projektem ustawy o GMO. Podobnie Unia Europejska wciąż szuka wyjścia z sytuacji, w jakiej znalazła się po zniesieniu w 2004 r. – w wyniku presji ze strony USA i Światowej Organizacji Handlu – tzw. moratorium na uprawę roślin genetycznie modyfikowanych. Wciąż nie jest przesądzone, czy państwa członkowskie powinny mieć prawo do samodzielnego decydowania o dopuszczalności upraw GMO na swoim terytorium.

Debacie o GMO ton nadają z jednej strony ekolodzy, z drugiej zaś osoby związane z przemysłem biotechnologicznym (zazwyczaj współpracujący z nim naukowcy). Dyskusje koncentrują się wokół jednego aspektu: potencjalnej szkodliwości dla zdrowia ludzkiego oraz środowiska. Ekolodzy i przeciwnicy GMO uważają, że mogą one powodować poważne konsekwencje zdrowotne i ekologiczne, podczas gdy ich zwolennicy twierdzą, że nie stanowią one zagrożenia.

Ta niekończąca się od lat dyskusja posiłkuje się pojawiającymi się co rusz nowymi wynikami badań, jednak sama w sobie wydaje się przypominać ślepą uliczkę. Biotechnologia należy do technologii obarczonych sporym potencjałem ryzyka, w przypadku których po prostu nie możemy z góry ustalić, czy są bezpieczne, czy nie.
Rozstrzygnięcie ex ante kwestii szkodliwości GMO przy pomocy badań naukowych wydaje się więc mało prawdopodobne. W tym kontekście spór o genetycznie modyfikowaną żywność w swoim obecnym kształcie jest w dużym stopniu sporem jałowym, a co gorsza, odwraca uwagę od innych problemów związanych z rozwojem biotechnologii.

Koncentrując się na próbach rozstrzygnięcia kwestii szkodliwości upraw i konsumpcji GMO, dominujący nurt debaty zupełnie pomija o wiele bardziej fundamentalne kwestie, dotyczące kierunku rozwoju polskiej wsi, pożądanego kształtu rolnictwa oraz wykorzystania tradycyjnych zasobów naszego kraju. Te problemy pozostają całkowicie nieobecne nie tylko w debacie publicznej, lecz także przy podejmowaniu decyzji politycznych i stanowieniu prawa.

Rewolucja tylnymi drzwiami

Jak podkreślają sami zwolennicy biotechnologii, jest to rewolucyjna technologia produkcji, otwierająca zupełnie nowe horyzonty przed rolnictwem: dzięki zastosowaniu odpowiednich modyfikacji, np. wprowadzeniu do genotypu rośliny genów odporności na szkodniki, pozwala produkować taniej, wydajniej, łatwiej i szybciej. Biotechnologia pozwala zbierać plony kilka razy do roku z tej samej uprawy, kilkakrotnie przyspieszyć wzrost zwierząt, uprawiać na nieurodzajnych glebach.

W tym kontekście biotechnologia rolnicza stanowi kolejny krok w rozwoju określonego modelu rolnictwa, typowego dla krajów Europy Zachodniej: uprzemysłowionego, wysokowydajnego, intensywnego, wielkoobszarowego, wyspecjalizowanego i stechnicyzowanego. Powstają w związku z tym pytania, czy łączące się ze stosowaniem biotechnologii rozwiązania są adekwatne do charakteru polskiego rolnictwa, które przecież zdecydowanie różni się od zachodniego – jest wyjątkowo rozdrobnione, ekstensywne, oparte na tradycyjnych, rodzinnych gospodarstwach rolnych. Jakie nieoczekiwane zmiany może przynieść zastosowanie technologii dopasowanej do innego typu gospodarki rolnej? Czy skutkiem będzie szybkie i bezproblemowe upodobnienie się polskiego rolnictwa do zachodniego, zgodnie z wzorem dominującym od lat 90. w transformacji polskiej gospodarki? A jeśli tak, to czy tego właśnie chcemy jako społeczeństwo? Podejmując decyzję o wykorzystywaniu biotechnologii w Polsce należy być świadomym, że jednocześnie podejmuje się decyzję o dalszym kierunku rozwoju polskiej wsi. W debacie publicznej o GMO nie powinno więc brakować namysłu nad tym, czy taka rewolucja w produkcji rolnej jest właściwa, pożądana, zgodna z celami rozwoju społecznego i wizją Polski.

Warto przywołać klasyczne ekonomiczne pojęcie „zależności od ścieżki”. Zastosowanie nowej, rewolucyjnej technologii produkcji może wprawdzie pchnąć polską wieś na nowe tory, ale jednocześnie zamknąć przed nią alternatywy rozwojowe, wynikające ze specyfiki naszego kraju; to właśnie owo rozdrobnione, ekstensywne rolnictwo, określane przez wykazujących syndromy myślenia postkolonialnego publicystów jako „zacofane”, może być też traktowane jako swoisty atut Polski. Warto pamiętać, że tak idealizowane kraje Europy Zachodniej patrzą dziś z zazdrością na naszą wieś, dostrzegając w niej to, co u siebie same zniszczyły w wyniku industrializacji rolnictwa i co bezskutecznie próbują odtworzyć, wspierając rolnictwo „ekologiczne”, „naturalne” itp. Być może warto zrobić użytek z „renty zapóźnienia” Polski i zamiast tylko próbować nadganiać i ślepo naśladować mityczny Zachód, uczyć się na jego błędach.

Daleki jestem od potępiania zachodniego modelu rozwoju rolnictwa, czy też apelowania o zachowanie polskiej wsi w niezmienionym kształcie; dyskutując o GMO trzeba jednak mieć na uwadze, że gra toczy się nie tylko o ewentualną szkodliwość genetycznie zmodyfikowanej kukurydzy, lecz także o kierunek rozwoju Polski. Nie ma jednej, z góry ustalonej i pozbawionej alternatywy ścieżki modernizacji, jednego kierunku rozwoju. Wybór „zacofanie czy nowoczesność” jest fałszywym dylematem. Rzecz nie w tym, czy polskie tradycyjne rolnictwo może się oprzeć zmianom, lecz czy można zaprojektować taki model rozwoju polskiej wsi, który będzie potrafił wykorzystać jej niedostrzegany potencjał; taki, w którym będzie miejsce zarówno na rodzinne gospodarstwa, jak i na intensywną produkcję rolną na dużą skalę. Wybór GMO zamyka możliwość alternatywnego zaprojektowania rozwoju i przesądza o podążaniu w stronę zachodniego modelu rolnictwa.

Eksperci od wszystkiego?

W dyskusji skoncentrowanej na kwestii szkodliwości GMO nie ma miejsca na postawienie powyższych problemów. W efekcie najważniejsze decyzje zapadają niejako mimochodem, z dala od demokratycznej debaty publicznej. Sprzyja temu postrzeganie GMO jako problemu „eksperckiego”, którym powinni zajmować się wyspecjalizowani naukowcy, zasiadający w fachowych komisjach, rządowych i parlamentarnych ciałach doradczych, instytutach badawczych itp. Problem jednak w tym, że w większości hołdują oni bardzo uproszczonemu sposobowi widzenia kwestii modernizacji, rozwoju i postępu. Z ich licznych wypowiedzi w obronie GMO przebija wyobrażenie postępu, którego nie da się zatrzymać, na którego kierunek nie mamy żadnego wpływu. Zgodnie z tym sposobem myślenia istnieje jedna ścieżka rozwoju, którą albo podążamy, albo zostajemy z tyłu. W ustach bezkrytycznych popleczników biotechnologii debata o GMO rysuje się jako spór cywilizacyjny dotyczący tego, czy będziemy się rozwijać jako kraj, czy pogłębiać nasze „zacofanie”.

Nie trzeba dodawać, że rozwój jest tutaj rozumiany jako bezwiedne naśladowanie Zachodu, a o żadnych alternatywach i podążaniu własną drogą nie może być mowy. Trudno obwiniać bioinżynierów czy ekspertów od chemii o mało wyrafinowane postrzeganie procesów społeczno-ekonomicznych. Nie można od nich oczekiwać, by znali się na wszystkim. Niestety jednak w sytuacji, gdy debata o GMO jest skoncentrowana na kwestii zagrożeń dla zdrowia i środowiska, a przez to zdominowana przez ekologów z jednej strony, a biotechnologów z drugiej, nie ma w niej miejsca na głosy autorytetów i ekspertów z dziedziny nauk społecznych czy ekonomii. Samozwańczy rzecznicy postępu, najlepiej znający się na mitochondriach i cytoplazmie, stają się jednocześnie tymi, którzy poza wszelką demokratyczną kontrolą współdecydują o tym, jak ma wyglądać kierunek rozwoju naszego kraju.

Rodzina jest najważniejsza…

Polityka prorodzinna ma być jednym z głównych obszarów zainteresowania nowo powstającej formacji Polska Jest Najważniejsza. Choć realia polskiego systemu politycznego raczej oduczyły wiary, że za deklaracjami będzie szła praktyka, sama ta zapowiedź jednak cieszy. Zwłaszcza, że liderka PJN właśnie zaangażowaniem w sprawy polityki rodzinnej zaskarbiła sobie sympatię wielu osób, także z odległych politycznie środowisk.

Kiedy więc z jej ust słyszymy, że właśnie ta sfera ma stanowić priorytet, brzmi to mimo wszystko dość autentycznie. Również obiecująco brzmią jej słowa, że polityka rodzinna powinna zostać wyprowadzona z wąsko rozumianej pomocy społecznej, a stać się kompleksowa i powiązana z wieloma innymi obszarami polityki społecznej, w tym z kwestią demograficzną. Również ta perspektywa w przypadku Joanny Kluzik-Rostkowskiej wydaje się czymś więcej niż doraźnie sklecone hasło, bowiem projekt programu polityki rodzinnej, który pod jej przewodnictwem stworzyło Prawo i Sprawiedliwość u schyłku swych rządów, zawierał kompleksowe rozwiązania, atrakcyjne nie tylko dla centrowego, ale także lewicowego odbiorcy.

Dobry program, ale nie zrealizowany
Z tym postępowym i pro-socjalnym programem był jednak jeden, zasadniczy problem. Mianowicie: w bardzo ograniczonym stopniu został wówczas zrealizowany. I do dziś jest zagadką, czy opracowanie go było głównie chwytem marketingowym mającym na finiszu uprawomocnić ówczesne rządy jako mimo wszystko „solidarne”, by móc następnie krytykować z tych pozycji kolejną władzę, czy też stała za tym autentyczna wola realizacji programu, co uniemożliwił wynik wyborów w 2007 r.

Nawet jednak pozostawiając kwestię intencji nierozstrzygniętą, nie zmienia to faktu, że programu niemal w ogóle nie zrealizowano, więc Kluzik-Rostkowska nie do końca jeszcze może sobie go wpisać w poczet praktycznych sukcesów. Natomiast faktyczną spuścizną w zakresie polityki rodzinnej jaką zostawiło po sobie PiS z koalicjantami, było przywrócenie zlikwidowanego przez SLD Funduszu Alimentacyjnego, wprowadzenie „becikowego” (to akurat wbrew PiS, a z inicjatywy LPR, która uzyskała w tej sprawie taktyczne poparcie PO) oraz istotne zwiększenie prorodzinnej ulgi w systemie podatkowym. Wcześniej miała ona marginalny wymiar, zaś pod koniec rządów PiS wzrosła kilkukrotnie, co uczyniło ją bardziej znaczącym instrumentem polityki rodzinnej, zarówno z perspektywy adresatów świadczeń, jak i budżetu. W ostatnim czasie pojawiła się próba jej likwidacji ze strony PO, ale na skutek nieprzychylnej reakcji opinii publicznej, do niczego takiego nie doszło. Duch myślenia Rostkowskiej w tej kwestii zwyciężył z duchem myślenia Rostowskiego.

Najubożsi nie odetchną z ulgą
Czy jednak wobec zachowania wspomnianego instrumentu można odetchnąć z (nomen omen) ulgą? Nie do końca, bowiem świadczenie to w obecnym kształcie prawnym i wysokości może budzić zastrzeżenia nie tylko ze względu na obciążenia budżetowe, ale także ze względów sprawiedliwościowych. Okazuje się, że osoby nie płacące podatku dochodowego lub osiągające minimalne dochody nie mogą sobie wspomnianej ulgi odliczyć, bo nie mają od czego. Wychodzi więc na to, że korzyści z istnienia tego instrumentu omijają najuboższe i najbardziej potrzebujące grupy, na co publicznie zwracała uwagę m.in. śp. Izabela Jaruga-Nowacka. Oczywiście sam fakt, że klasa średnia otrzymuje wsparcie od państwa nie jest problemem. Może to wszak sprzyjać decyzjom prokreacyjnym, zwłaszcza w grupach, które mają duże szanse na wychowanie w godnych warunkach dzieci, pozytywnie wpływając na strukturę demograficzną. Poza tym w tradycji polityki socjaldemokratycznej ważnym elementem było objęcie prawem do świadczeń społecznych także klasy średniej, co miało zapewnić trwałość instytucjom dobrobytu. Tyle że w klasycznej polityce socjaldemokratycznej świadczenia przysługiwały zarówno klasie średniej, jak i warstwom uboższym, a nie przy wyłączeniu tych ostatnich, jak to de facto dzieje się w przypadku ulgi prorodzinnej. Już podczas głosowań w sprawie zmian Joanna Kluzik-Rostkowska miała tego świadomość i opowiadała się m.in. za zmniejszeniem wysokości ulgi, co uczyniłoby ją bardziej inkluzyjną. Niestety, przeważyło wówczas stanowisko LPR i Prawicy RP.

Świadczenia nie tylko pieniężne
Ważniejsza jednak niż ulgi podatkowe i pieniężne świadczenia socjalne – nawet gdyby działały bardziej racjonalnie i sprawiedliwie niż obecnie – jest obecność świadczeń uniwersalnych, ale o charakterze usługowym, czyli np. żłobków, przedszkoli, poradni itp. Są one ważne nie tylko dlatego, że poprawiają jakość życia poszczególnych rodzin, ale też dlatego, że zwiększają spójność i integrację społeczną. Pamiętajmy, że nie chodzi wyłącznie o walkę z czysto materialnie ujmowanym ubóstwem, ale z szerszą kategorią wykluczenia społecznego, którego niskie dochody są zazwyczaj, choć nie zawsze, częścią składową. W programie Kluzik-Rostkowskiej i ten typ świadczeń znalazł poczesne miejsce. Co jednak ważniejsze, także stronie rządowej udzieliło się dążenie w kierunku upowszechniania edukacji i opieki przedszkolnej, w tym także na poziomie żłobka (vide: projekt Jolanty Fedak). Wydaje się, że pod tym względem Kluzik-Rostkowska jako liderka nowego ugrupowania, które może przekształcić się w partię, wkracza w inny kontekst niż to było jeszcze parę lat temu. Mało osób jest świadomych tej zmiany, gdyż działania w tej sferze rozgrywają się jakby na marginesie zasadniczych frontów walki politycznej. Wyzwaniem dla PJN, oprócz wejścia w merytoryczny spór z rządem wokół formuły wsparcia rodzin, powinno być odzyskanie tej sfery dla demokratycznej debaty publicznej i jej awansowanie w hierarchii priorytetów.

Przenieść do rangi priorytetu
Przywykliśmy, że dyskusja w tej materii toczy się raczej w komisjach sejmowych i w gabinetach ministerialnych, a nie w ramach otwartej debaty publicznej. Ale czy należy się na to godzić? Czy warunki życia polskich rodzin nie są właśnie kwestią, która w pierwszej kolejności powinna być poddana dyskusji? Niestety, dwie dekady III RP nie wytworzyły pozytywnej tradycji w tym względzie. Jedyna partia, która kwestię rodzin miała w swojej nazwie, czyli LPR, doprowadziła zaledwie do dość dyskusyjnego „becikowego”, zaś w politycznej retoryce troskę o rodzinę sprowadzała do obsesyjnej walki z rzekomo wszechobecną homo-propagandą. Inne zaś partie, w tym nominalnie chadeckie i socjaldemokratyczne, sprawę polityki rodzinnej marginalizowały, zarówno w politycznej debacie, jak i praktyce rządzenia.

Czy PJN pomoże odmienić ten polityczny obyczaj? Oby. Na razie mój optymizm jest raczej stonowany. Nie tylko dlatego, że sondaże dają wspomnianej formacji niewielkie poparcie (czasem wszak bycie „języczkiem u wagi” daje duże pole manewru w definiowaniu języka debaty publicznej), ale także dlatego, że na ugrupowanie to składa się nie tylko Kluzik-Rostkowska i osoby do niej ideowo podobne, ale także amorficzny zbiór PiS-owskich dysydentów, których łączy raczej stosunek do swojego niedawnego prezesa (lub raczej stosunek prezesa do nich), niż wspólny światopogląd. I nie chodzi tylko o podnoszony medialnie odmienny stosunek do in vitro, ale przede wszystkim o wizję polityki społeczno-gospodarczej. Na razie nie przesądzajmy jednak fiaska. Jeśli udałoby się przyspieszyć „przesuwanie” polityki społecznej w kierunku tego, co zawarte było we wspomnianym, zupełnie przyzwoitym programie polityki rodzinnej zaproponowanym przez PiS, byłby to spory sukces. Jeśli choć trochę udałoby się zmienić akcenty w debacie publicznej w kierunku większej obecności tematyki społecznej, byłby to sukces może skromniejszy i mniej wymierny – ale i o niego niewątpliwie warto zabiegać.

Bo wolność szpetotą się mierzy…

Okazuje się, że nie we wszystkim i niekoniecznie wtedy, gdy trzeba, jesteśmy „europejscy” i „nowocześni”.

Na kartach wydanej w 1913 r. książki „Kultura a natura” Jan Gwalbert Pawlikowski (1860-1939) tak pisał: W czasie niewoli jedną z sił najpotężniejszych, podtrzymujących tętno serca narodu, była miłość ojczystej ziemi. Miłości tej dawała głos nasza wielka poezja. U żadnego chyba narodu nie znalazła poezja tak głębokich i wzruszających tonów dla wyrażenia miłości oblicza ziemi rodzinnej, jak u nas. Z chwilą odzyskania wolności postanowiliśmy oblicze to uczcić przez ochronę jego ukochanych rysów. To było piękne i leżało na linii narodowej tradycji, wiązało przeszłość z przyszłością.

Tyle Pawlikowski, „prawnik, ekonomista, badacz i popularyzator twórczości Juliusza Słowackiego, polityk i społecznik”. Taternik, który jako pierwszy wszedł na Mnicha, współtwórca Ligi Ochrony Przyrody, Kawaler Orderu Polonia Restituta. Pokażcie mi polityka, który dziś tak mówi. Więcej: pokażcie mi dziś polityka, który tak czyni. „Najgorętsi patrioci” boją się dziś „eko-terrorystów” i ekologicznym terroryzmem jest dla nich cokolwiek więcej, niż podlewanie kwiatków na balkonie. Ale nie o tej kwestii chcę tu pisać.

W lokalnym dodatku do „Gazety Wyborczej” czytam: „Na górskim szlaku stanęła willa. Wybudują kolejne?”… Mowa o potężnym, zagrodzonym budynku mieszkalnym, z racji swej okazałości – bo przecież nie wpisanej w krajobraz urody – nazwanym willą, jaki stanął na Łysej Polanie, „jednym z najładniejszych miejsc w Parku Krajobrazowym Beskidu Małego”. Budynek powstał m.in. dlatego, że „w tym miejscu stał już kiedyś dom, tyle że była to drewniana chałupa pasująca do krajobrazu”. Nie ma drewnianej chałupy, ale że mamy postęp i dobrobyt, oraz coraz świętsze prawo (prywatnej) własności, to jest „willa”. Kłopotliwa, bo psuje widok.

Tyle że piękny widok to naprawdę nie jest żadna wartość. Przecież nawet poeta pisał w wierszu „Sylogizm prostacki”: Za darmo/ nie dostaniesz nic ładnego/ zachód słońca jest za darmo/ a więc nie jest piękny/ ale żeby rzygać w klozecie lokalu prima sorta/ trzeba zapłacić za wódkę/ ergo/ klozet w tancbudzie jest piękny/ a zachód słońca nie/ a ja wam powiem że bujda/ widziałem zachód słońca/ i wychodek w nocnym lokalu/ nie znajduję specjalnej różnicy. Sarkazm Bursy okazał się nadspodziewanie proroczy w III RP, mam więcej niż pewność, że przybyło nam zwolenników prostackich sylogizmów. I prostackich obyczajów. Nie mówię tu jedynie o nieumiejętności jedzenia nożem i widelcem.

Zresztą, kto by się przejmował ładnymi widokami, integralnością krajobrazów, relacją kultury i natury itp. eko-terrorystycznymi zagadnieniami i cnotami. Jak cię stać, to będziesz miał ładne widoki, a jak nie, to kup sobie pocztówkę, albo ustaw tapetę z zachodem słońca na wyświetlaczu komórki. Jeśli chcesz być człowiekiem nowoczesnym i Europejczykiem, to naprawdę, nie myśl za bardzo o tym spłachciu ziemi, nazywanym przyrodą (polską)… Ale zaraz, zaraz, czy aby na pewno? „Włosi i Francuzi chronią swoje górskie krajobrazy. Obowiązujące tam tzw. prawo górskie reguluje nie tylko sprawy związane z narciarstwem, ale dotyczy również projektowanych budynków” – czytamy w cytowanym artykule. To samo dotyczy wielu innych państw europejskich. A póki co gmina Wilkowice czeka na plan zagospodarowania przestrzennego.

Cóż, widać nie we wszystkim i niekoniecznie wtedy, gdy trzeba, jesteśmy „europejscy” i „nowocześni”. Widać i w świecie cenią tak staromodne wartości jak „miłość ziemi ojczystej”. Nam pozostaje szpetota polska. Bo nie tylko na dworcu w Kutnie bywa tak brudno i brzydko, że pękają oczy… Albo zaraz pękną. Bo wolność szpetotą się mierzy.