Za murem normalności

Jednym z aspektów wykluczenia społecznego jest sposób traktowania przez społeczeństwo osób chorych psychicznie. Boleśnie przypomniały o tym niedawne wydarzenia w Starogardzie.

Świat za murem normalności pozostaje wstydliwie i głęboko ukryty w świadomości społecznej. Pomijając okazjonalne kampanie społeczne temat ten nie zajmuje mediów, nie odbywają się debaty publiczne dotykające tej kwestii – bo i po co, skoro „normalni ludzie” mają własne problemy. Choroba psychiczna, upośledzenie psychofizyczne wciąż w wielu przypadkach stygmatyzuje i wypycha poza nawias życia, nie mniej niż ubóstwo czy trwałe bezrobocie. To jedno. A drugie: chorzy zamknięci w zakładach zdani są na łaskę i niełaskę panujących tam warunków i obyczajów, niejednokrotnie wciąż urągających godności osoby ludzkiej. Mury wokół psychicznie chorych zbudowane są nie tylko z cegieł, ale także z obojętności „zwykłych ludzi” i ich niechęci wobec choroby, z karygodnych praktyk personelu medycznego oraz z oszczędzania na pacjentach przez instytucje publiczne.

W grudniu 2010 r. rzecznik praw dziecka przeprowadził kontrolę na Oddziale Psychiatrii Sądowej szpitala w Starogardzie Gdańskim, będącą reakcją na anonimowy list opisujący brutalne traktowanie przebywających tam nieletnich. W jej wyniku ustalono: Niższy personel, czyli niektórzy pielęgniarze, salowe i pielęgniarki, nie tylko zmniejszali racje żywnościowe dzieciom, ale też zjadali ich szpitalne posiłki, spożywali również żywność należącą do pacjentów. Pielęgniarze np. usypywali tzw. ścieżki z cukru pudru i detergentów pacjentowi uzależnionemu od narkotyków z komentarzem „wciągnij sobie”, na polecenie ordynatora oddziału zmuszano pacjentów do chodzenia na zebrania społeczności i zajęcia szkolne w slipkach na głowie. Dzieciom aplikowano zastrzyki z soli fizjologicznej oraz haloperidolu, jako sposób na zdyscyplinowanie, wyprowadzano boso na mróz i śnieg przed budynek szpitala. Niższy personel broni się, twierdząc, że realizował jedynie polecenia ordynatora. Nastoletniego pacjenta zapinano w pasy, ponieważ nie chciał brać udziału we wspólnym śpiewie…

Jakimi słowami określić zachowanie ludzi, których pieczy oddano chore psychicznie dzieci? Zobojętnienie? Zdziczenie? Wypalenie zawodowe? Brak sumienia i przyzwoitości? Poczucie bezkarności w kontakcie z ludźmi zdanymi na ich łaskę i niełaskę? Pogarda? Złość? To wszystko możliwe. Ale też przykład Starogardu nie jest odosobniony. Samo zagadnienie nie jest bynajmniej nowe, tyle że rzadko poruszane. Przecież chorzy psychicznie nie wyjdą protestować na ulice, nie staną pod Sejmem, nie mają swoich lobbystów. Nie zaoferują nikomu „wyjazdów szkoleniowych” do ciepłych krajów. Zamknięci w świecie choroby, odgrodzeni od rzeczywistego świata, zdani są na cudzą wolę, dobrą i złą.

W 2004 r. „Newsweek” opublikował artykuł pt. „Szpitale chore psychicznie”. Czytamy tam: W ubiegłym roku zespół ochrony zdrowia rzecznika praw obywatelskich przeprowadził kontrolę ośmiu szpitali (w Starogardzie Gdańskim, Drewnicy k. Warszawy, w Gostyninie, Stroniu Śląskim, Lubiążu k. Legnicy, Toszku k. Gliwic, Suwałkach i Pruszkowie). We wszystkich środki przymusu były traktowane jako „normalna procedura lecznicza” zamiast ostateczność. Ale przemoc fizyczna i psychiczna wobec chorych nie zaczęła się przecież w III RP, problem ten istniał już w PRL, praktycznie poza jakąkolwiek kontrolą społeczną. W demokratycznej Polsce szpitale psychiatryczne to wciąż zamknięte przed ludzkimi oczyma „rewiry”, a wstyd rodzin, lęk przed losem chorych, stygmatyzacja i poczucie bezradności (nieszczęsny problem kondycji społeczeństwa obywatelskiego!) powodują, że pacjentom pozostaje liczyć na anonimowe donosy osób, które poruszy sumienie.

Jean Vanier, założyciel chrześcijańskiej wspólnoty Arka, pisał w książce „Każda osoba jest historią świętą”: W 1964 roku, kiedy powstawała Arka, ciągle jeszcze bardzo wiele osób z upośledzeniami umysłowymi żyło zamkniętych w swoich domach przez rodziców. Sąsiedzi nie wiedzieli o ich istnieniu. Kiedyś, w pewnym gospodarstwie, spotkałem młodego mężczyznę związanego łańcuchami w garażu! Wiele z tych osób zamknięto w domach opieki, szpitalach psychiatrycznych, w brudnych i zaniedbanych przytułkach. W niektórych szpitalach znajdowały się ponure sale, gdzie upychano wszystkich tych ludzi razem i traktowano jak rośliny. Odczucie, że nie musimy sobie zaprzątać głowy problemami, które nas bezpośrednio nie dotyczą, powoduje, iż nie zastanawiamy się, w jakiej mierze opisana sytuacja odnosi się do dzisiejszych polskich realiów. Ludzie wykluczeni przez choroby, starość, zniedołężnienie czy nędzę, zamknięci w swoich ciałach bądź środowiskach jak w pułapkach, zepchnięci na margines społeczeństwa jako „nieproduktywni”; ludzie, którzy dla dość prymitywnie pojmowanej „ekonomii społecznej” istnieją jedynie jako „nie zwracający się wydatek” – nigdy nie znajdą zbyt wielu orędowników.

A jednak inny świat jest możliwy. A przynajmniej: możliwe jest budowanie innych światów, innych realiów, takich systemów wartości, które ocalają godność słabych i pomagają im żyć w społeczeństwie. Jednym z takich miejsc jest krakowski Pensjonat „U Pana Cogito”. W 2007 r. napisałem reportaż o tym niezwykłym przedsięwzięciu, dającym pracę ludziom dotkniętym kryzysami i chorobami psychicznymi. Agnieszka Lewonowska-Banach, kierownik Pensjonatu, mówiła wtedy: Nasza działalność mieści się w ramach gospodarki społecznej, o której wiele się dyskutuje, ale trudniej ją praktykować. […] Gospodarka społeczna to profesjonalna działalność gospodarcza, z której zysk przeznaczany jest na cele społeczne, przy dużym udziale osób, na rzecz których podejmuje się starania. Naszym zadaniem jest włączanie osób po kryzysach psychicznych w pełnoprawne życie rodzinne, społeczne. Praca, jak w przypadku każdego z nas, pozwala im godniej, lepiej żyć, zmienić swój status. Z tym wiąże się terapeutyczna rola pracy, wykonywanej codziennie, regularnie: nasi pracownicy mają po co wstać, umyć się, odpowiednio ubrać, elegancko wyglądać; są w kontakcie z innymi, nie są skazani na cztery ściany domu, czyjąś litość, rentę. Trzeba pamiętać, że bardzo często ludzie chorzy psychicznie nie tylko chowają się w domach, ale są w nich chowani przed oczyma świata; boją się wszelkich wyzwań i są w tym strachu utwierdzani.

Choroba psychiczna, podobnie jak starość, bieda, kalectwo czy „złe pochodzenie”, nie muszą być zatem, ostatecznie, przyczyną wykluczenia. Możliwe, że są raczej pretekstem do niego, łatwą wymówką dla naszej obojętności, dla lenistwa i krótkowzroczności elit politycznych, dla płycizny debat publicznych. Łatwiej jest przecież przemilczeć i zapomnieć, zgodzić się na cudzą tragedię, byle działa się poza naszym wzrokiem, pozornie bez konsekwencji dla naszego życia. Ale jeśli „normalność normalnych” ma być murem dla innych, to będzie ostatecznie jedynie żałosną podłostką. I wyrzutem sumienia. I lękiem przed przyszłością: dobra, którego odmówimy swoim bliźnim i nam z pewnością prędzej czy później odmówią…

Krzysztof Wołodźko

Archipelag Indesit

Wymiar sprawiedliwości przykłada różne miary do zabijających dla zysku.

Ktoś zabija dla pieniędzy. Przed sądem wykazuje skruchę, zarzeka się, że nie chciał odebrać życia. Dowody wskazują, że oskarżony rzeczywiście liczył się jedynie z pomniejszymi obrażeniami u swojej ofiary. Sąd wydaje wyrok skazujący: dwa i pół roku więzienia, w zawieszeniu na pięć lat – za czyjąś śmierć. Czy tak powinna wyglądać sprawiedliwość?

Załóżmy, że sprawcą jest kieszonkowiec ze złej dzielnicy. Usiłował wyciągnąć portfel z kieszeni „klienta”. Ten się zorientował, doszło do szamotaniny, ofiara niefortunnie upadła. Po wyroku w zawieszeniu moglibyśmy się spodziewać społecznego oburzenia. A jeśli człowiek zostanie zabity przy użyciu maszyny, którą obsługuje – na skutek niesprawnego systemu zabezpieczeń? System nie działał, bo był rozłączony, a sytuacja została wymuszona przez szefów fabryki, którym zależało na jak najszybszej produkcji.

W obu przypadkach zysk jest motywacją do łamania prawa, w obu doszło do śmierci człowieka. Złodziej nigdy wcześniej nikogo nawet nie pobił, tymczasem w fabryce już wcześniej dochodziło do groźnych wypadków.

W czwartek ogłoszono wyrok w sprawie śmierci Tomasza Jochana, młodego robotnika z łódzkiej fabryki koncernu Indesit (o tym wypadku obszernie pisałem w „Obywatelu” 6/2006 (32)). Po pięciu latach dochodzenia i sprawy sądowej, dyrektorzy i kierownicy usłyszeli wyroki od roku do dwóch i pół roku więzienia w zawieszeniu. W uzasadnieniu stwierdzono, że śmiertelny wypadek był efektem zaniedbań w dziedzinie bezpieczeństwa i higieny pracy. Sędzia podkreśliła, że młodzi oskarżeni ponieśli już wystarczającą karę w postaci zasiadania na ławie oskarżonych. Wyraziła też przekonanie, że więcej nie dopuszczą się podobnych czynów.

Odpuszczenie win jest piękne i szlachetne, resocjalizacja działa lepiej niż więzienie. Po drodze powinien się jednak pojawić rzeczywisty żal za zbrodnię i podjęcie próby naprawy wyrządzonego zła. Tymczasem po śmierci Tomka jeszcze długo w fabryce wszystko działało tak, jak wcześniej. Zabezpieczenia były odłączone, a pracowników zmuszano do przebywania w miejscach, gdzie groziła im utrata życia. Drogi przeciwpożarowe zastawione wyprodukowanym sprzętem. Dla lepszej precyzji, kobiety zmuszano do pracy bez rękawiczek, przez co ostre elementy kaleczyły im dłonie.

Sytuacja uległa zmianie dopiero wówczas, gdy stało się jasne, że winni staną przed sądem. Zapewne w tym momencie pojawiły się również „wyrzuty sumienia”. Czy rzezimieszek wykazujący prawdziwą skruchę za nieumyślną zbrodnię mógłby liczyć na podobnie łagodne potraktowanie przez sąd?

Konrad Malec

Moja rusofilofobia

Na złość babci – tj. USA i prawicy – wiele osób z lewicy gotowych jest odmrozić sobie uszy. To znaczy wielbić Rosję.

Wyobraźmy sobie taki scenariusz. Państwowy koncern naftowy w średnio znaczącym kraju Ameryki Południowej (nazwijmy go X) zamierza kupić udziały w rafinerii sąsiedniego, jeszcze mniejszego kraju (Y). W ten sposób chce zmniejszyć zależność od dostaw ropy bezpośrednio z USA. Wiceprezydent Stanów Zjednoczonych podejmuje w odpowiedzi działania mające na celu zablokowanie dostaw amerykańskiej ropy do rafinerii w kraju Y. Zamierza zdestabilizować jej funkcjonowanie, żeby zniechęcić koncern z kraju X do zakupu tak niepewnego przedsiębiorstwa. Wiceprezydent USA czyni tak, aby oba kraje utrzymać w zależności od swego państwa.

Idźmy w naszej historyjce dalej. Oto informacje o całej operacji wydostają się z zacisznych gabinetów Białego Domu. Huczą o niej media w kraju X. Jaka jest reakcja opinii publicznej? Pomińmy liberałów, dla których biznes jest biznes, a suwerenność to przeżytek. Zostawmy też proamerykańską prawicę. Co robi latynoska lewica?

Jej media małe i duże, papierowe i elektroniczne, nie posiadają się ze złości. Setki artykułów i komentarzy wyrażają oburzenie wobec działań władz USA. Dużo mówi się o suwerenności, drobiazgowo przypomina kolonializm oraz zbrodnie z czasów, gdy Biały Dom popierał wojskowe junty i krwawych dyktatorów ciemiężących lud. Palone są kukły z podobizną wiceprezydenta USA, lewicowo-populistyczni politycy krzyczą „Yankee go home!”, a wtórują im wielotysięczne tłumy. Lider protestujących, zaproszony do popularnego programu telewizyjnego – prowadzi go señora Monica Oyeynick, wnuczka imigranta z Moraw – oświadcza kilkumilionowej widowni: „Jestem antyamerykański i jestem z tego dumny”.

Czy to zdarzyło się naprawdę, pytasz mnie od rana – śpiewał Muniek Staszczyk w piosence o rzeźniku-kanibalu. Owszem, zdarzyło. Za kraj X podstaw Polskę, za Y – Litwę. Za USA – Rosję, za proamerykańskie junty wojskowe – zależne od ZSRR reżimy policyjno-wojskowe w demoludach. Wiceprezydent USA to wicepremier Rosji, Igor Sieczin. Miejsce i czas akcji: litewska rafineria Możejki, którą chciał kupić PKN Orlen latem 2006 r. od skonfliktowanego z Kremlem właściciela rosyjskiego koncernu Jukos. Wówczas to Sieczin miał polecić wstrzymanie dostaw ropy do owej fabryki, jako pretekst podając awarię ropociągu. Planowano też wstrzymać dostawy ropy na Litwę drogą morską, jednak władze tego kraju podobno zagroziły odwetem w postaci blokady trasy kolejowej z Rosji do Kaliningradu. W taki sposób zamierzano zniechęcić Orlen do sfinalizowania transakcji. Ot, kolejny epizod w traktowaniu przez Rosję surowców energetycznych jako bata na kraje znajdujące się do niedawna w jej strefie wpływów.

Ostatecznie Orlen kupił Możejki, a całą sprawę znamy z przecieków ujawnionych przez WikiLeaks. To samo WikiLeaks, które na całym świecie środowiska krytyczne wobec establishmentu uznały za świetne źródło informacji o knowaniach rządu USA. Za oazę na pustyni korporacyjnych mediów. Za głos wolności, zwalczany zaciekle przez możnych tego świata. Czy polska lewica – wzorem Latynosów – zaprotestowała przeciwko działaniom Rosji, czy oburzyła się na ingerencję w nasze sprawy, na aktywność zmierzającą do ograniczenia suwerenności dwóch niewielkich krajów? Czy sprawom rozgrywającym się w Polsce i na sąsiedniej Litwie poświęciła choć procent uwagi dedykowanej np. sankcjom ekonomicznym USA wobec odległej Kuby? Skądże, w ogóle jej to nie interesuje, a tym bardziej nie skłania do protestów. Spróbuj o tym napomknąć w lewicowym towarzystwie – natychmiast otrzymasz łatkę rusofoba, który zaczadzony prawicową propagandą wszędzie węszy kremlowskie spiski. Jak wiadomo, kremlowskich spisków nie ma – są tylko spiski CIA.

Nie mówię tu bynajmniej o „lewicy” postkomunistycznej. O nie, od tych pań i panów nie oczekuję niczego innego niż tego, co oni sami lub ich poprzednicy robili całe życie. To znaczy lizania wschodnich butów. Ten typ tak ma. Przed wojną brał z Kremla pieniądze, po wojnie brał stamtąd rozkazy, a pieniądze raczej wysyłał. To nieodłączna część jego tożsamości – nie zawsze nabywana chętnie, czasem wymuszona realiami ustrojowymi i geopolitycznymi, ale zawsze bazująca na niskich pobudkach. Oni już tacy po prostu są i nie zmienią się do śmierci – szkoda zachodu na roztrząsanie oczywistości. Sęk w tym, że w Polsce bardzo nasilone są postawy serwilistyczne wobec Rosji również w tej części lewicy, która z PZPR-em czy PRL-em nie miała wiele wspólnego, a nawet mieć nie mogła, bo jest na to zbyt młoda.

Ta lewica – rozmaite grupki młodzieżowe, gazety, portale internetowe, pojedyncze osoby – jest w najlepszym razie obojętna na wszystko, co robi Rosja, zazwyczaj jednak jej przychylna. Za to bardzo niechętna wobec tego, co określa mianem rusofobii, czyli wszelkiego krytycyzmu wobec poczynań kremlowskich władz. Nie mówię tu o krytyce prawicowej wizji „antyrosyjskości”, co byłoby zrozumiałe. Ona nie dopuszcza żadnej krytyki poczynań Rosji, a wręcz jest filokremlowska. Krytycyzm wobec naszego wschodniego sąsiada to dla niej synonim prawicowości czy wręcz interesownych powiązań z USA, a raczej z CIA.

Co gorsza, tego rodzaju trend narasta. Gdy kilkanaście lat temu stawiałem pierwsze kroki w środowiskach radykalnej lewicy, nie było tam żadnych prorosyjskich sentymentów i złudzeń. Nawet osoby odwołujące się do idealizowanych sowieckich doświadczeń – do „dobrego” Lenina w kontrze do „złego” Stalina – potępiały nie tylko współczesny rosyjski ultraliberalizm, ale również zamordyzm i ekspansjonizm tamtejszej władzy. Na organizowanej przez trockistów katowickiej imprezie „Guevariada” (nazwa od „Che” Guevary) anarchista Marek Kurzyniec opowiadał o widzianych osobiście okrucieństwach i zbrodniach wobec Czeczenów, a rosyjski związkowiec przedstawiał tragiczne położenie strajkujących górników, ofiar rządowych represji – i nikt nie bredził, że są rusofobami czy agentami CIA. Protestom przeciwko imperializmowi amerykańskiemu i łamaniu praw człowieka w krajach Zachodu, towarzyszyły równie ostre formy sprzeciwu wobec tego, co wyprawia Rosja. Dziś nie pozostał po tym niemal ślad – chyba jedynie polscy anarchiści (szczególnie poznańscy) nie zaczęli idealizować jednego reżimu w opozycji do drugiego.

Gdyby lewicę rusofilską zapytać o inspiracje ustrojowe i polityczne, wskazałaby głównie kraje Ameryki Południowej: Chávez, Morales, Chiapas, w najgorszym razie castrowska Kuba, w najlepszym zaś Brazylia ex-prezydenta Luli. Antyamerykanizm, walka z neokolonializmem, guerille i obywatelskie ruchy protestu, sprzeciw wobec szwadronów śmierci i wojskowych junt, regionalne bloki mające pomóc słabym krajom przezwyciężyć jankeską hegemonię. Ci sami ludzie, którzy są tak uczuleni na regionalną dominację Stanów Zjednoczonych i ich ingerencje w krajach Latynoameryki, nie dopuszczają myśli, że zasada podejrzliwości i krytycyzmu powinna dotyczyć wszelkich analogicznych sytuacji na całym globie. Rosja – wbrew doświadczeniom historii, jej obecnej polityce zagranicznej i realiom wewnętrznym – traktowana jest przez nich zgoła inaczej, niż USA. Nie tylko z wielką wyrozumiałością, ale wręcz jako podmiot, którego należy bronić za wszelką cenę, jakąkolwiek jego krytykę traktując w kategoriach fobii, histerii czy sprzedajności.

Jest to oczywiście sprzeczne z całą historią polskiej lewicy niekomunistycznej, większościowej aż do około roku 1944. Czy to PPS, czy pomniejsze środowiska polskiej lewicy były zawsze krytyczne wobec rosyjskiego despotyzmu i wszelkich ingerencji Kremla w życie innych krajów i narodów. Miało to uzasadnienie w ekspansywnej polityce rosyjskiej w regionie – czy były to rozbiory Polski, czy wielowiekowe tłumienie dążeń emancypacyjnych grup etnicznych i narodów wchodzących w skład wschodniego imperium. Miało też uzasadnienie w polityce wewnętrznej Rosji, opierającej się na knucie, nahajce i tajnej policji. Co więcej, nie chodziło tylko o rosyjskie władze. Choć znaczna część polskiej lewicy starannie rozróżniała między Rosjanami a ich władzą, tych pierwszych traktując jako „współbraci w ucisku i niewoli”, nierzadkie były też głosy krytyczne wobec mentalności tamtejszego społeczeństwa, które zamordystyczne rządy wielbiło i legitymizowało, niekoniecznie tęskniąc do lewicowych ideałów, jak wolność, ludowładztwo i równość w stosunkach między krajami.

Niechęć i podejrzliwość lewicy wobec władz Rosji nie uległa zmianie w międzywojniu, gdy carat zastąpiony został Komitetem Centralnym. Doświadczenia PRL-u trudno uznać za skłaniające do zmiany takiego stanowiska. Nawet jeśli odrzucimy dość dziecinną prawicową wizję historii, w której jest miejsce tylko na sowiecki zamordyzm, nie ma natomiast na takie czynniki sprawcze powstania PRL, jak wcześniejsza wojna rozpętana przez nazistów czy wypięcie się na nas w Jałcie przez zachodnich sojuszników, to w zgodzie z historycznymi ideałami lewicy PRL jest nie do obrony. Państwo policyjne, brak podstawowych swobód obywatelskich, tłumienie protestów przy pomocy czołgów, uzależnienie polityczne i ekonomiczne od ZSRR – trudno uznać za zgodne z etosem lewicy.

Nawet gdyby – co mocno dyskusyjne – potraktować siermiężny realsocjalistyczny socjal jako realizację lewicowych projektów, to przecież nie samym socjalem lewica żyje. Przykładowo, argentyński peronizm, który znacznie poszerzył zakres świadczeń socjalnych, lewica przeważnie traktuje jako quasi-faszyzm, w najlepszym razie udzielając mu bardzo krytycznego poparcia. A przecież Peron nie jeździł – inaczej niż Bierut do Moskwy – po wytyczne do Waszyngtonu.

Zostawmy jednak przeszłość. Można by dzisiejszą sympatię wobec Rosji zrozumieć, gdyby stała za nią jakaś obietnica. Ot, na przykład prospołeczny projekt ustrojowy. Tymczasem Rosja jest od niego odległa nie mniej niż Stany Zjednoczone, a wręcz znacznie bardziej. Niski podatek liniowy stymuluje, już wcześniej spore, rozwarstwienie społeczeństwa. Zwykły, dość dziki kapitalizm, świadczenia społeczne relatywnie niższe niż w dowolnym kraju Zachodu, władza umywająca ręce od cywilizowania stosunków pracy. Co z tego, że nieco wyższy niż gdzie indziej jest udział własności państwowej, skoro w żadnej mierze nie służy ona społeczeństwu, lecz garstce oligarchów? Gdy Norwegia ze sprzedaży ropy i gazu tworzy swoisty państwowy fundusz emerytalny dla ogółu obywateli oraz finansuje rozległą nowoczesną sferę publiczną, to rosyjskie surowce finansują tamtejszy militaryzm oraz futra kochanek wąskiej kliki „biznesmenów” z KGB rodem.

Szkoda nawet wspominać o masakrach w Czeczenii. Albo o brutalnych represjach wobec wszelkiej opozycji – nie tylko tej prozachodniej i ultraliberalnej, ale o pacyfikowaniu działalności wielu grup lewicowych, o brutalnym rozbijaniu protestów obywatelskich, o „nieznanych sprawcach” bijących i mordujących aktywistów społecznych czy ekologicznych. Gdyby podobne rzeczy działy się w Polsce, cała ta filorosyjska lewica, która dziś organizuje „kampanie solidarności” z każdym zatrzymanym na kilka godzin przez policję po demonstracji i z każdą ofiarą 400-złotowej grzywny, uznałaby, że żyje w państwie totalitarnym, albo… nie istniałaby w ogóle, bo resorty siłowe skutecznie wybiłyby jej to z głowy.

Jest jeszcze jedna domniemana przyczyna, a raczej alibi dla prorosyjskości młodej, niepostkomunistycznej lewicy. To domorosłe analizy geopolityczne, które znajdują w Rosji przeciwwagę dla światowej hegemonii USA. Jednak wspomniana koncepcja jest zarówno jałowa, jak i szkodliwa. Jałowa dlatego, że współczesna Rosja nie jest zdolna konkurować z USA w globalnym układzie sił. Gdyby szukać tego rodzaju przeciwwagi, wyrachowanie podpowiadałoby raczej Pekin niż Moskwę. Jednak – na szczęście – Chiny nie są na lewicy modne, a wręcz można je krytykować bez ryzyka oskarżeń o bycie agentem CIA lub sinofobem. Szkodliwa zaś dlatego, iż „stawka na Rosję”, nawet gdyby była realna, w naszej części kontynentu oznaczać będzie jedynie tyle, że „zapośredniczoną” – z racji odległości – uległość wobec Waszyngtonu zastąpi bezpośrednia i wymiernie dotkliwa zależność od Kremla.

Czym zatem to wszystko wyjaśnić? Oprócz naiwności wchodzi w grę czynnik, do którego owa „lewica na lewo od SLD” za nic w świecie się nie przyzna, bo przyznałaby się do własnej słabości. A polega ona na zapaści intelektualnej, przejawiającej się w nieumiejętności zaproponowania alternatywy programowej. W efekcie, lewica ta staje się lewicą reaktywną. Nie pyta i nie myśli o tym, co jest dobre i słuszne, nie rozstrzyga spraw z punktu widzenia historycznego etosu swojej formacji. Obserwuje jedynie, co robi i głosi prawica – i zajmuje stanowisko dokładnie odwrotne. Ponieważ polska prawica jest krytyczna wobec Rosji, bezmyślna lewica uważa, że jej obowiązkiem i wyznacznikiem lewicowości jest bezkrytyczna filorosyjskość. Gdy lewica latynoamerykańska zastanawia się, co jest dobre dla jej społeczeństw, nasza lewica potrafi jedynie myśleć, jak zrobić prawicy na złość.

I robi, tyle że przy okazji stawia na głowie cały swój system wartości. Nawet jeśli prawica popełnia w ramach filoamerykanizmu grzech akceptacji wielu wątpliwych poczynań USA, to lewica czyni to samo, akceptując haniebne poczynania Rosji, mimowolnie składając hołd wartościom owej prawicy. Pozostaje jedynie przypomnieć słowa lewicowca George’a Orwella z jego felietonu dedykowanego lewicowym filosowieckim dziennikarzom i intelektualistom brytyjskim: Nie wyobrażajcie sobie, że przez całe lata można uprawiać służalczą propagandę na rzecz radzieckiego lub też jakiegokolwiek innego reżimu, a potem powrócić nagle do intelektualnej przyzwoitości. Raz się skurwisz – kurwą zostaniesz.

Eksperyment na zamożnym organizmie

Reakcje
na propozycję podniesienia płacy minimalnej pokazują, że rodzimy
biznes chciałby w Polsce nie drugiej Japonii, lecz Chin.

NSZZ
„Solidarność” przygotowuje obywatelski projekt ustawy
podnoszącej płacę minimalną. Pomysł związkowców polega na stałym
powiązaniu najniższych zarobków ze średnim wynagrodzeniem: miałyby
one wynosić połowę tej wartości. Rząd powinien się ucieszyć, w końcu
chce ograniczyć liczbę urzędników, a takie rozwiązanie pozwoli
zaoszczędzić na etatach osób odpowiedzialnych za coroczne negocjacje,
kończące się zawsze tym samym – jękami pracodawców, zmuszonych
podnieść robotnikom pensje o kilkadziesiąt złotych. Pracodawcy
oczywiście są przeciw.

Przekonują,
że na takiej zmianie stracą… najsłabiej uposażeni, jako że jej
konsekwencją będą podwyżki cen produktów i usług: „Będziemy
musieli więcej zapłacić robotnikom przy taśmie, więc wy więcej
zapłacicie za chleb i salceson”. Podobne argumenty najczęściej
wysuwają szefowie firm spożywczych, którzy chyba wiedzą, co mówią.
Ceny żywności już teraz są wysokie, dlatego ich ewentualne podwyżki
faktycznie najbardziej odbiją się na najmniej zarabiających, w tym na
pracownikach branży spożywczej. Jedynie przez przeoczenie nie
wspomniano, jaki udział mają pensje piekarzy czy mleczarzy w
finalnych cenach produktów, jakie natomiast ma w nich zysk
przedsiębiorców.

Pracodawcy
występują też w obronie trwale bezrobotnych, w końcu wyższe koszty
pracy oznaczają koniec ich marzeń o zatrudnieniu. Wreszcie, powoduje
nimi poczucie odpowiedzialności za kruche finanse państwa, na które
związki zawodowe chcą dokonać zamachu. Wszak wysokość wielu świadczeń
płynących z budżetu jest powiązana z płacą minimalną. Po tym
argumencie zapewne rząd, wzywający do zaciskania pasa, jeszcze raz
porachuje stosowne słupki i zdecyduje się podnieść VAT o kolejny
procent, aby ratować społeczeństwo.

Żeby
pokazać, jak bardzo nierozważne jest ustawowe podnoszenie najniższych
pensji, sięga się po autorytety ekonomiczne. Dr Zbigniew Markowski z
Gdańskiego Klubu Biznesu zauważa, że wzrost płacy minimalnej to
czysty populizm, a w gospodarce nie wydarzyło się nic, co by
wymuszało tak drastyczne kroki. Niewątpliwie ma rację! Więcej:
sytuacja aż się prosi, by niewykwalifikowanym robolom, co to do
szkoły mieli pod górkę, dokręcić śrubę – bezrobocie rośnie,
dlatego ci, którzy jeszcze mają gdzie tyrać, powinni okazywać
bezgraniczną wdzięczność, że pracodawca-biedaczek przymiera głodem,
aby ich utrzymać.

Ilekroć
słucham takich uczonych wywodów, ogarnia mnie pokusa przeprowadzenia
eksperymentu socjologicznego, polegającego na przeniesieniu
ekonomisty z wygodnego fotela za biurkiem np. do zamiatania ulic, za
najniższe wynagrodzenie. Ponieważ to eksperyment naukowy, stawiam
hipotezę: nastąpiłaby zasadnicza zmiana w myśleniu badanego naukowca.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że za chwilę zostanę oskarżony o
stalinowskie zapędy. Uprzedzając atak odpowiem, iż obiekt
eksperymentu zostałby przydzielony do średnio ciężkiej pracy
fizycznej (bądź co bądź nie mówimy o przerzucaniu łopatą węgla na
furmankę), którą wykonywałby w standardowym, zgodnym z przepisami
wymiarze (podczas gdy wielu pracowników fizycznych pracuje po 10-12
godzin dziennie, 6 dni w tygodniu). Nie dokonalibyśmy konfiskaty
majątku (jedynie zablokowali na czas eksperymentu konto
oszczędnościowe, by możliwie dokładnie oddać warunki funkcjonowania
fizoli),
nie odebralibyśmy rodziny ani przyjaciół, nie zakazali bywania w
modnych klubach czy wypadów do kina.

Koszty
pracy w Polsce należą do najniższych w UE, ale dla większości
ekonomistów i biznesmenów ciągle są za wysokie. Cóż, by móc dogonić
azjatyckie potęgi, sugeruję obniżenie pensji polskich pracowników do
równowartości kilku rupii czy juanów, zniesienie powszechnego
obowiązku edukacyjnego, systemu emerytalnego, ubezpieczeń zdrowotnych
i kilku innych komunistycznych fanaberii. Logika ekonomiczna jest
bowiem nieubłagana: to, że przyjęcie propozycji „Solidarności”
doprowadzi do podwyżek, bezrobocia i nędzy jest równie oczywiste jak
to, że Szwecja, Niemcy czy Francja są w istocie wyspami nędzy pośród
luksusów, w które opływa przeciętny mieszkaniec Indii czy Chin.

Konrad
Malec

Na dobry początek

Po fatalnym roku 2010, którego smutną puentą był paraliż kolei, trudno o optymizm w kwestii funkcjonowania państwa. Tym bardziej cieszą choćby pojedyncze zmiany na lepsze.

Za taką można uznać – przy pewnych zastrzeżeniach co do rozwiązań szczegółowych – zainicjowaną przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej tzw. ustawę żłobkową, czyli o opiece nad dziećmi do lat 3, którą Sejm przyjął 5 stycznia. Infrastruktura żłobkowa stanowi bowiem przykład ciągu paradoksów, jakie przez całe ostatnie półwiecze towarzyszyły przemianom społeczeństwa i państwa polskiego.

„Zdrowe” korzenie?

Podstawowa zmiana wprowadzana przez ustawę to utrata przez żłobki statusu zakładów opieki zdrowotnej i wyciągnięcie ich spod pieczy Ministerstwa Zdrowia. Dotychczasowe zapisy miały swój rodowód jeszcze w czasach wczesnego PRL-u (podobne rozwiązania wprowadzono wówczas w wielu ościennych „demoludach”). Władze ludowe jak diabeł święconej wody unikały kategoryzowania różnych zagadnień jako kwestii społecznych, stąd prawdopodobnie chęć połączenia żłobków z problematyką zdrowotną. Jak wynika z badań Danuty Graniewskiej z początku lat 70., matki na ogół pozytywnie wypowiadały się na temat opieki lekarskiej, choć nie brakowało również wypowiedzi negatywnych na temat żłobków, a powodowanych często zachorowalnością dziecka1. Bywały więc przypadki, że żłobki jako instytucje odpowiedzialne za zdrowie – paradoksalnie – sprzyjały rozprzestrzenianiu się chorób (do dziś zresztą jest to bolączką opieki instytucjonalnej nad małym dzieckiem). Jednakże przyporządkowanie żłobków resortowi zdrowia okazało się naprawdę zgubne dopiero po transformacji. Żłobki funkcjonujące jako zakłady opieki zdrowotnej do czasu wprowadzenia obecnej ustawy musiały spełniać bardzo wyśrubowane kryteria. Prowadziło to do wzrostu kosztów ich prowadzenia i zakładania, a także uciążliwości proceduralnych, co w efekcie spowodowało dramatycznie niską podaż tego typu placówek.

Obecna ustawa nie tylko wyciąga żłobki spod kurateli Ministerstwa Zdrowia, ale także zmienia kryteria, które trzeba spełnić, by założyć i prowadzić żłobek, np. opiekunowie nie muszą już posiadać uprawnień pielęgniarskich. Ponadto, mają być do żłobków wprowadzane elementy przygotowujące dzieci do edukacji przedszkolnej. Jest to krok w dobrym kierunku, choć szczegółowe rozwiązania określi rozporządzenie. Sprawa standardów nie jest do końca określona. Miejmy nadzieję, że łagodzenie kryteriów zostanie zrobione „z głową”.

Chichot ze żłobków

O ile powyższe informacje mówiły nieco o ideologii poprzedniego systemu, o tyle to, co działo się z infrastrukturą opieki nad małym dzieckiem po 1989 r. mówi sporo o ideologii systemu, który zaczęto wprowadzać po przełomie. Jego ważnym wyznacznikiem było stopniowe wycofywanie się państwa ze świadczenia wielu usług publicznych i przerzucanie odpowiedzialności i kosztów na samych obywateli. Zmiany w dostępności opieki żłobkowej i przedszkolnej doskonale to ilustrują. Cofnijmy się jednak najpierw do roku 1980 i słynnych 21 postulatów sierpniowych. Siedemnasty z nich mówił o tym, by zapewnić odpowiednią ilość miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących. Chichot historii polega na tym, że gdy nominalni reprezentanci „Solidarności” doszli do władzy, dostępność opieki żłobkowej i przedszkolnej zamiast rosnąć, zaczęła spadać. I to gwałtownie. Liczba żłobków w 1989 r. wynosiła 1553, w 1995 – 591, a w 2002 – zaledwie 382. W ostatnich latach spadek został zahamowany i w 2008 r. liczba ta wyniosła 392 – strasznie mało nawet w porównaniu z siermiężnymi latami osiemdziesiątymi.

Rezultatem owej tendencji jest to, że zaledwie 2% dzieci do lat 3 było do niedawna objętych opieką instytucjonalną. Oczywiście część osób nie korzysta z usług opiekuńczych z wyboru, gdyż np. samodzielnie lub dzięki pomocy ze strony dziadków mogą zapewnić dziecku opiekę w pierwszej fazie jego życia. Jednak z pewnością nie dotyczy to całych 98%, ponadto coraz silniej ujawniają się tendencje odchodzenia od rodzin wielopokoleniowych i w ogóle tradycyjnego modelu rodziny, dlatego zwiększone wsparcie publiczne tak czy inaczej będzie musiało wkroczyć. Dla porównania, według tego samego źródła2 na Węgrzech wskaźnik ten wyniósł 9%, na Litwie 19%, we Francji 25%, a w Holandii – 29%, nie mówiąc już o krajach o silnie zinstytucjonalizowanej opiece nad dzieckiem, jak Norwegia (61%), Szwecja (66%) i Dania (83%).

Choć można dyskutować, czy zawsze kontakt z instytucją już od kolebki jest dla dziecka optymalny, warto tworzyć instytucje na wypadek sytuacji, gdy taka potrzeba faktycznie zaistnieje.

Społeczny rozwój od publicznej kolebki

Brak odpowiedniego publicznego wsparcia w zakresie opieki nad dzieckiem ma katastrofalne skutki, wykraczające nawet poza niezaspokojenie potrzeb opiekuńczych. Część kobiet, chcących mieć dzieci, może bowiem się na to nie zdecydować, a to grozi osłabieniem potencjału demograficznego i problemami społecznymi. Już teraz – mimo silnej w kulturze pozycji macierzyństwa – mamy bardzo niski wskaźnik dzietności, znacznie poniżej poziomu zastępowalności pokoleń. Z drugiej strony część kobiet, które mimo wszystko urodzą, może mieć dodatkowe trudności z powrotem na rynek pracy. Niski na tle krajów UE wskaźnik aktywności zawodowej kobiet również stanowi pewną barierę rozwoju. Pamiętajmy przy tym, że sformalizowana opieka nad dzieckiem może generować nowe miejsca pracy i to dla osób w trudnej sytuacji pod tym względem, jak kobiety w wieku 50+.

Ustawa zakłada, że obok żłobków będą mogły powstawać inne instytucje opieki, jak klubiki dziecięce, gdzie opieka będzie sprawowana do 5 godzin dziennie (takie placówki, które łatwiej założyć i prowadzić, mogą być przydatne zwłaszcza na obszarach wiejskich, gdzie też zapotrzebowanie na opiekę w większym wymiarze godzin jest mniejsze), opiekunowie rodzinni, a także legalnie pracujące nianie, za które ZUS będzie płacił składki na ubezpieczenie, co ma prowadzić do choćby częściowego wyprowadzenia z szarej strefy osób wykonujących tę profesję.

Widać więc wyraźnie, że znaczenie tej ustawy jest pierwszoplanowe z punktu widzenia rozwoju społeczeństwa jako całości, oraz dla jego słabszych członków. Można tu wręcz mówić o rewolucyjnej zmianie, przy czym wiele jej szczegółów i skutków jest jeszcze niedookreślonych. Na dobry początek zapowiada ona jednak pomyślne trendy.

Rafał Bakalarczyk

Przypisy:

1.  D. Graniewska, Żłobki i przedszkola w PRL, Wydawnictwo Związkowe CRZZ, Warszawa 1971.
2. EURYDICE, Wczesna edukacja i opieka nad dzieckiem w Europie: zmniejszanie nierówności społecznych i kulturowych, Warszawa 2009.

Polityka transferowa

Moje lewicowe serce raduje się z astronomicznych zarobków czołowych
piłkarzy. Smuci zaś na wieść o podwyżkach dla lekarzy ratujących ludziom
życie.

Rozgrywki toczące się na stadionach Madrytu czy Londynu, coraz silniej zglobalizowane i skomercjalizowane, są mi od lat doskonale obojętne. Obce jest mi jednak święte oburzenie na rzekomo niemoralną wysokość gaży ich głównych bohaterów. Nic mi do tego, ile decydują się płacić współczesnym gladiatorom właściciele klubów czy reklamodawcy. Jeśli tylko futboliści uczciwie płacą podatki, wzrost ich bogactwa nie odbywa się ze szkodą dla żadnej grupy społecznej. Gdy ma postać transferu środków od firm bukmacherskich, koncernów telekomunikacyjnych czy arabskich szejków na konta chłopaków z górniczego Knurowa, ubogich przedmieść Marsylii czy zniszczonego wojną Sarajewa (by wspomnieć parę rzeczywistych przykładów z ostatnich lat) – zyskuje wręcz charakter pożądanej redystrybucji.

Mimo wszystkich zmian, piłka nożna pozostaje jedną z najbardziej demokratycznych dziedzin gospodarki, gdzie awans społeczny jest częsty, a najwyższe szczyty osiągane wyłącznie dzięki sumiennej pracy. Co więcej, spełnia funkcję antycykliczną, jako że piłkarze rzadko są „ciułaczami”, a jeśli inwestują, to raczej w realną gospodarkę. A zatem kupujcie sobie kolejne auta, rodzicom – lepsze mieszkania, a kochankom – biżuterię, drogie (dosłownie!) gwiazdy. Dla dobra wspólnego!

Uważam jednocześnie, że lekarze zatrudnieni w sektorze publicznym nie powinni zarabiać szczególnie dużo. Owszem, zbyt niskie płace oznaczają zagrożenie korupcją oraz „wysysanie” medyków przez sektor prywatny czy placówki zagraniczne. Jednak powyżej pewnego progu, zapewniającego komfort własny i rodziny, wysokość płac ma kluczowe znaczenie wyłącznie dla jednostek zdemoralizowanych, a takie należy ze służb publicznych eliminować, zamiast do nich przyciągać. Nie chcę, by moje ubezpieczenie zdrowotne trafiało do kieszeni osób, którym tzw. godność nie pozwala, dajmy na to, operować za mniej niż dziesięciokrotność średniej krajowej. No i co będzie, jeśli w kluczowym momencie spóźni się przelew?

Powyższe rozważania to więcej niż spekulacje. Pokazał to niedawny przykład oddziału chirurgii zielonogórskiego Szpitala Wojewódzkiego, który w bieżącym miesiącu będzie przyjmował tylko najpilniejsze przypadki. Dotychczasowi specjaliści, zarabiający kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie, odmówili bowiem przedłużenia kontraktów. Nieoficjalnie wiadomo, iż zażądali co najmniej 25 tys. zł, uzasadniając to faktem, że „w Barcelonie zarabia się dużo więcej”. Media milczą, czy w skład ich żądań wchodzi również podniesienie najwyższej stawki podatku dochodowego do 47% oraz płacy minimalnej do 738,5 euro, jak ma to miejsce w Hiszpanii. Dyrekcja placówki się nie ugięła i wiele wskazuje na to, że medycy przejadą się na swojej zachłanności. Problem ogólny jednak pozostaje.

Jeśli o mnie chodzi, niech lekarze zarabiają jak w Szwecji. Tylko niech najpierw sprawny sektor publiczny (a więc także nakłady na leczenie) oraz skala korupcji osiągną u nas porównywalny poziom, a oni sami zaczną równie uczciwie płacić równie wysokie podatki. Skoro już teraz chcą zarabiać jak w Barcelonie, proponuję nauczyć się grać w piłkę.