Po wyborach

Ten instynkt kabotyna nazywa się popularnie parciem na szkło. Ważne jest też tło i akcesoria. Komentatorami kampanii wyborczej byli specjaliści od wizerunku i politolodzy, którzy do znudzenia powtarzali, że wyborcy kierują się emocjami, a programy i argumenty nie mają znaczenia. Np. tłumaczyli, że przewagę w pierwszej debacie miał Komorowski, ponieważ na końcu wstał i wyciągnął jakiś papier, a Kaczyński wziął go do ręki, czym pogrążył się w oczach wyborców. To racja. Gdybym była na miejscu Kaczyńskiego, zrobiłabym z papieru kulkę i trafiła w nos Komorowskiego. Przepraszam pana Jarosława za uwagę kibica, który ogląda mecz w kapciach przed telewizorem.

Po tej lekcji polityki stosowanej zrozumiałam wreszcie, dlaczego obóz Układu podniósł taki rwetes, że teraz PiS będzie walił w PO trumnami. Na tle trumien i pogrążonych w rozpaczy ludzi reprezentowana przez Komorowskiego sprawność i suwerenność polskiego państwa jest niewiarygodna. Wprawdzie na koniec kampanii Komorowski osobiście walnął trumną Barbary Blidy, ale tym czynem dowiódł, że jest prawdziwym macho, nie tylko pogromcą zajączków, i potrafi twardo walczyć, kiedy stawką jest polska racja stanu. Punktów dodała mu również nonszalancja, z jaką potraktował reguły debaty, uzgodnione między sztabami. Nie odpowiadał na pytania, kłamał jak z nut, wszystko obiecywał, nawet 30-procentową podwyżkę dla nauczycieli od września, a zapędzony do narożnika powtarzał magiczne zaklęcie – „wzrost gospodarczy”.

Komitet społeczny popierający Jarosława zorganizował przed wyborami kilka ciekawych spotkań. Odwiedzili nas Pospieszalski, Zybertowicz, Fedyszak-Radziejowska, Krasnodębski. Mądrzy ludzie tłumaczyli nam, że połowy naszych rodaków, głosujących na Komorowskiego, nie powinniśmy uważać za chamów, agentów czy półgłówków, ale dostrzec w nich obywateli, tak samo jak my zatroskanych losem ojczyzny, i starać się zrozumieć ich poglądy i racje. Kulturalni uczeni wypowiadali się elegancko, ale mniej więcej o to chodziło, chociaż nasz komitet był ekumeniczny, łagodny jak baranek. Rzeczywiście, sklonowanie w milionach egzemplarzy Palikota, Wajdy czy Bartoszewskiego nie jest możliwe.

Po wyborach mam wątpliwości, czy Komorowskiego poparła większa, czy mniejsza połowa. W matematyce takie pojęcia nie występują, ale w wyborach prezydenckich jak najbardziej. Proszę sobie przypomnieć, jak Bush wygrał przy pomocy maszyny do głosowania, która na Florydzie wystrzępiła głosy oddane na rywala. Liczenie dziurek trwało długo, przewaga Busha malała i Sąd Najwyższy wydał werdykt przed zakończeniem sprawdzenia. Taką maszynką do głosowania w polskich wyborach byli pełnomocnicy upoważnieni przez osoby niepełnosprawne, a także zamieszanie spowodowane skreślaniem i dopisywaniem wyborców do list. Mamy wiele sygnałów, że doszło do nadużyć, ale nikt się tym nie przejmuje. Np. w domu opieki społecznej pani doktor, zwolenniczka Komorowskiego, zebrała upoważnienia od pensjonariuszy i zagłosowała hurtem. Ani to głosowanie bezpośrednie, ani tajne. Głosowanie przez pełnomocników łamie Art. 127 p. 1 Konstytucji. W PRL urny wyborcze dowożono do łóżek chorych. Była to hipokryzja, bo żadnego wyboru nie było, ale III RP nie stać na hipokryzję, bo o coś w tych wyborach jednak chodziło.

Wzięłam sobie do serca rady socjologów i próbowałam dowiedzieć się o motywy głosowania na Komorowskiego. W najbliższym otoczeniu wszyscy głosowali na Jarosława, a poza tym nikt nic nie wie. Głosowali na Komorowskiego, bo chcą, aby było dobrze. Jacyś ludzie podchodzili do nas przed wyborami na ulicy i krzyczeli: „dość mamy awanturników”, ale nie wiem, czy to uznanie dla zasług Jarosława, czy mojego męża. Sąsiadka postukała się palcem w czoło – „Kaczyński ma tu” – co znaczyło, że Kaczyński to wariat.

Nie pozostało mi nic innego, jak na podstawie kampanii stworzyć portret zbiorowy większej połowy wyborców. Komorowski jest modelowym przykładem polskiego celebryty, który łączy maniery możnowładcy, któremu wszystko wolno, z europejskością i neoliberalizmem. Gdyby Komorowski zrezygnował na czas kampanii z funkcji marszałka Sejmu, Schetyna równie szybko i bez skrupułów mianowałby na wysokie urzędy państwowe ludzi wygodnych dla PO. Ale bez poparcia marszałkowskiej laski i prezydenckiego żyrandola szeregowy poseł PO przegrałby wybory. Komorowskiego poparli też wszyscy prezydenci: Jaruzelski, Wałęsa, Kwaśniewski. Hillary Clinton komplementowała polską demokrację i dyplomację w osobie eleganckiego Sikorskiego, oraz polską troskę o pamięć historyczną reprezentowaną przez Bartoszewskiego.

Feudalna mentalność; europejski blichtr i pogarda dla ludu są wspólnymi cechami polskich elit. Z dzieciństwa pamiętam taką anegdotę. Na eleganckim przyjęciu gospodyni przeprasza gości: „Państwo wybaczą, ciocia z prowincji”. Z tego śmiała się przedwojenna inteligencja. Teraz Wajda straszy polską prowincją. W wywiadzie dla prasy francuskiej powiedział, że Kaczyński nadal jest niebezpieczny, ponieważ popierają go słabo wykształceni mieszkańcy wsi i małych miast. Wydaje się absurdem straszenie Francuzów prowincją, ponieważ uciekają na wieś, nawet w Paryżu nie chcą już mieszkać. Ale skąd Francuzi mogą wiedzieć, jak wygląda współczesna polska prowincja? Pewnie kojarzy im się z Wandeą, sojuszem tronu z ołtarzem, nietolerancją i wojnami religijnymi. Wajda też nie wie. Pieszczoch komuny zna wieś z plenerów filmowych. Na tle kurnych chat i malowniczych dworków świetnie prezentował się szlachcic Olbrychski wymachujący szablą. Taka specyfika polskiej odmiany komunizmu. A dla równowagi „Popiół i diament”. Żołnierz AK umierający na śmietniku nie był bohaterem, rycerzem, był bandytą. I tak to już w świecie Wajdy zostało.

W następnym felietonie napiszę o tym, czego w kampanii wyborczej nie było, a co by się przydało, aby poddanych jaśnie wielmożnych platformersów w obywateli przerobić. Teraz wspomnę jeszcze tylko o organizmach modyfikowanych genetycznie, bo to sprawa pilna. Nie było pytania do kandydatów o stosunek do GMO, chociaż już na lipiec planowane jest zakończenie prac nad ustawą ważną dla przyszłości Polski. PiS w kwestii GMO ma w parlamencie niewielu sojuszników. Cisza wokół GMO jest niepokojąca. PO zrobi wszystko, aby zabezpieczyć interesy koncernów, a po wygraniu wyborów prezydenckich może wszystko.

Oda do niewiedzy

Może ile zechce pisać o „Polakach”, „wyborcach”, „narodzie” czy „społeczeństwie”: wzniośle lub szyderczo, sceptycznie lub z entuzjazmem. Może też zdobyć się na konstatację, że w granicach danego państwa żyje całkiem spora grupa ludzi, którym duże kwantyfikatory do niczego nie są potrzebne i obywają się bez zbiorowych hipostaz. Nie utożsamiają się na przykład z politykiem tym czy tamtym, „moralną rewolucją”, IV RP; ani z „rządami trumien”, ani z „rządami miłości”. Zaś z faktu, że są Polakami, niewiele dla nich wynika, poza kilkoma mniej lub bardziej uciążliwymi obowiązkami, czy praktycznymi umiejętnościami (zdolność czytania z pewnym zrozumieniem w języku polskim, obsługiwanie polskojęzycznego panelu telefonu komórkowego, iPhone’a, komputera i bankomatu). Może też być tak, że bardziej niż sprawy doniosłe, albo aktualne wydarzenia okołopartyjne, interesuje ich pożycie małżeńskie sąsiadów, kolejny sezon modnego serialu i stan konta. I przede wszystkim to ostatnie różnicuje ich społecznie: co do sposobu spędzania wolnego czasu, mobilności, dostępu do dóbr luksusowych, prywatnej służby zdrowia i znajomości różnych przyjemnych miejsc na świecie i w najbliższej okolicy. W starych powieściach, które niesłusznie zostały zapomniane, gdyż są bardziej trzeźwe niż wiele ze współczesnej, „krytycznej społecznie” czy obrazoburczej literatury, często jednym z istotnych elementów charakterystyki był roczny dochód bohatera czy bohaterki, uciułana sumka, wielkość posagu lub długi, własne lub odziedziczone po lekkomyślnych przodkach. Ba, zaryzykuję stwierdzenie, że jedną z rozsądniejszych scen w polskiej literaturze jest ta, w której Wokulski taksuje okiem kupca ubiór panny Łęckiej.

O czym przekonuje powyższy akapit? Dla publicysty wiedza ta może być tyle smutna, co pocieszająca: istnieje sporo ludzi, których nic nie interesują duże kwantyfikatory, ani ci, którzy ich używają. Spotkałem całkiem niedawno rodzinę żyjącą całkiem zasobnie, u siebie, a przede wszystkim bez długów (co w dzisiejszych czasach jest i oznaką szczęścia, a też sporej roztropności), w której głowa rodziny i jej szyja nie wiedziały, kto zacz Jan Pospieszalski. No nie wiedziały, i cóż? Ta niewiedza nie czyniła ich nieszczęśliwymi. Podejrzewam, że gdybym dalej drążył pewne zagadnienia z medialnego (pół)światka, ich ignorancja okazałaby się jeszcze większa. Mogłoby wyjść na jaw, że nie wiedzą, kto to Walter, Solorz, Pacewicz, Gugała, Paradowska, Żakowski, Sierakowski; że nie odróżniają Kolendy-Zalewskiej od Kluzik-Rostkowskiej, a nawet nie mają pojęcia o ich istnieniu. Bo te szanowne osoby niewiele wiedziały też o samej polityce, zaś co do Kościoła, którego jesteśmy członkami (spotkanie odbyło się na gruncie „uroczystości religijnej”) miały przynajmniej tę pewność, że Jan Paweł II nie żyje. Natomiast, sądząc z pouczającej rozmowy, są w stanie świetnie ocenić możliwości kredytowe własne i sąsiadów, wiedzą, ile kosztują wakacje w Egipcie i bilet lotniczy na Antypody itp. Ich mądrość życiowa i zaradność, podkreślam, nie jest mała. Rzecz w tym, powtórzę, że są sprawy na ziemi i w niebie, których wartość jest dla nich znikoma. Wartość i skuteczność polityki oceniają zaś na podstawie cech charakterologicznych, sposobu bycia i statusu majątkowego bodaj znajomego wójta, którego mają, owszem, za porządnego człowieka. Choć i on świnia.

Wnioski z tego każdy może wyciągnąć samodzielnie. Mnie takie spotkania uczą pogodnej ironii i  pożytecznego dla umysłu i stanu ducha sarkazmu. Nasz nieprawdopodobnie zadufany w sobie, wzdęty histerią czy egzaltacją, pompatycznymi larum i plemiennymi lojalnościami publicystyczny mond uważa, że stanowi pępek świata. Dyskutuje się w nim o Polakach, Polaków bierze pod mędrca szkiełko i oko, znęca się nad nimi, nad społeczeństwem, umęczonym narodem, albo społeczeństwem wyzwolonym. Okłada się tego Polaka wzniosłościami, traktuje narracjami i dyskursami. Od święta pokazuje mu się w telewizji publicznej „Krzyżaków” i „Trylogię”, żeby sobie swoją polskość jakoś lepiej przyswoił. Robi się z niego wspólnotę, wciska mu się misję dziejową, czyni z niego szlachetny lud (albo ciemny motłoch), gdy to z jaką korzyścią dla tej czy innej efektownej tezy lub politycznego interesu. Obiecuje mu się zniżki dla studentów, więcej solidarności bądź wyzwolenie przedsiębiorczości; „normalność” lub „moralną rewolucję”. Przypomina się ludowi, że jest katolicki, albo żeśmy Europejczykami. Ech, ile mądrych rzeczy wiedziałby o sobie ten lud, gdyby więcej czytał! Ale to mu już raczej nie grozi. O to naprawdę nieźle dbają specjaliści od dużego kwantyfikatora.

Wierzchołek góry lodowej

W starzejącym się społeczeństwie polskim panuje deficyt lekarzy-geriatrów.

Jak dowiadujemy się z artykułu Judyty Watoły „Czy to jest kraj dla starych ludzi”, w całej Polsce na ponad pięciomilionową grupę ludzi w wieku 65+ przypada raptem 226 geriatrów, czyli mniej więcej tylu, ilu leczy seniorów w czterokrotnie mniej ludnych Czechach. Socjaldemokratyczna Szwecja, również licząca cztery razy mniej mieszkańców niż nasz kraj – geriatrów ma ponad 700.

Braki polskiej służby zdrowia w tym zakresie są więc ewidentne, przy czym jest to i tak jedynie wierzchołek góry lodowej. Problem jest znacznie głębszy, a wspomniany artykuł może stanowić przyczynek do niemal nieistniejącej jak dotąd debaty na ten temat. Podstawowym wyzwaniem są bowiem rosnące koszty leczenia w związku ze starzeniem się społeczeństwa. Tego problemu nie da się załatwić wyłącznie przemieszczając środki wewnątrz sektora służby zdrowia czy kształcąc więcej geriatrów, choć oczywiście to także należy robić. Podjęcie takich kroków postulują zresztą już od jakiegoś czasu środowiska gerontologiczne, dość wspomnieć np. wniosek o zwiększenie liczby geriatrów i wprowadzenie do minimum programowego studiów medycznych przedmiotu gerontologia, który znalazł się w raporcie z 2008 r. pt. „Stan przestrzegania praw osób starszych w Polsce. Analiza i rekomendacje działań”, napisanym na zamówienie Rzecznika Praw Obywatelskich, śp. Janusza Kochanowskiego. Od opublikowania raportu minęły już dwa lata , a z każdym rokiem sprawa jest bardziej paląca, zwłaszcza jeśli sobie uzmysłowimy, że właśnie teraz wchodzi w wiek emerytalny pokolenie powojennego wyżu. Pokolenie to za parę lat przekroczy granicę, powyżej której zapotrzebowanie na opiekę lekarską rośnie niewspółmiernie do potrzeb młodszych generacji w tym zakresie.

Kluczową kwestią jest zatem to, w jaki sposób system zdrowotny (i nie tylko) ma odpowiedzieć na rosnące potrzeby medyczne i opiekuńcze oraz związany z tym lawinowy wzrost kosztów. Sądzę, że system publicznej służby zdrowia w Polsce w obecnym kształcie ma małe szanse stawić czoła temu wyzwaniu, nawet gdyby działał sprawniej. Jedną z jego podstawowych słabości jest niedofinansowanie. Z danych OECD na rok 2008 wynika, że Polska znajduje się w grupie krajów o najmniejszych wydatkach publicznych na opiekę zdrowotną w odniesieniu do PKB. W Polsce współczynnik ten wynosi 5,1%, podczas gdy średnia dla OECD to 6,5%. Są jednak kraje, które na opiekę zdrowotną wydają z publicznej kasy znacznie więcej: Francja – 8,7% PKB, Dania – 8,2%, Austria i Niemcy – 8,1%, czy Szwecja – 7,7%.

Przy tak skromnej puli środków w polskim systemie służby zdrowia trudno mierzyć się z wyzwaniem demograficznym. Oczywiście nawet podwyższenie nakładów – choćby do poziomu europejskich standardów – nie zaspokoi dowolnej sumy potrzeb zdrowotnych obywateli, niemniej da decydentom pewne pole manewru. Dopiero wówczas, gdy państwo weźmie na siebie odpowiedzialność za zdrowie publiczne na przyzwoitym poziomie, można myśleć o ewentualnym wprowadzeniu, na wzór Szwecji, tzw. współpłacenia pacjenta, w celu racjonalizacji systemu. Przy czym należy pamiętać, że w szwedzkim systemie opłaty są niewysokie i limitowane, co oznacza, że jeśli ktoś za sprawą wysokich potrzeb zdrowotnych przekroczy limit, powyżej tej granicy może leczyć się darmowo. Warto też pamiętać, że w Polsce, gdzie zarobki są niskie, a poziom wykluczenia dochodowego wysoki, potencjalną realizację tego rozwiązania należałoby wzbogacić pakietem świadczeń zwolnionych od jakichkolwiek opłat.

Kolejną sprawą, którą warto podjąć, jest nie dość rozbudowany system opieki poza służbą zdrowia. W Polsce instytucjonalna opieka długoterminowa w dużej mierze jest świadczona w ramach systemu pomocy społecznej. Także w tej dziedzinie widać ewidentne braki. Jak pokazują dane Eurostatu (2008), wskaźnik wydatków na opiekę socjalną nad osobami starszymi wynosi u nas 0,25% PKB, przy średniej unijnej 0,5% PKB. W niektórych krajach wskaźnik ten jest kilkakrotnie wyższy: Szwecja – 2,7%, Norwegia – 1,8%, Finlandia – 0,8%. Niedofinansowanie może prowadzić do obniżania standardów, a nawet zamykania placówek opiekuńczych. Zresztą, jeśli mówimy o opiece stacjonarnej dla osób starszych, niedostateczne nakłady to tylko jeden z grzechów polskiego systemu. Pokazuje to raport z kontroli NIK sprzed paru miesięcy.

Zasygnalizowane sprawy bynajmniej nie wyczerpują problemów opieki zdrowotnej i socjalnej nad seniorami, które zresztą przekładają się także na sytuację innych grup wiekowych (np. brak instytucjonalnego wsparcia w zakresie opieki utrudnia, a nieraz wręcz uniemożliwia pozostałym członkom rodziny uczestnictwo w rynku pracy, w życiu społecznym, w kulturze). Stoimy zatem jako społeczeństwo przed ogromną górą. Lepiej zabezpieczmy się w porę, zanim z tej góry obsunie się lawina.

Rafał Bakalarczyk

Teraz POlska!

Dlaczego wygrał Bronisław Komorowski? Bo miał wspaniały program, świetnie prowadzoną kampanię, znakomity sztab wyborczy? Nie. Ponieważ spora część Polaków ma wdrukowany lęk przed Kaczyńskim.

Kandydat Platformy Obywatelskiej prowadził swoją kampanię w sposób, który pozwala go określić mianem anty-kandydata. Odnieść można było wrażenie, że jego jedyną rolą jest nie zepsuć więcej, niż nieuniknione. Kampanię robiły za niego zaprzyjaźnione tuzy polskiego życia publicznego i Janusz Palikot, raz po raz przypominający wyborcom o tym, jak szkodliwy i zły jest żyjący bliźniak. Cynicznie, ostentacyjnie, na zimno, Platforma Obywatelska rękoma biłgorajczyka raz po raz uderzała w ostrzegawczy ton: „recydywa IV RP na horyzoncie”. Emocje społeczne nie wygasają tak szybko, a Solidarni 2010 nazbyt uwierzyli w „moralne przebudzenie” społeczeństwa. I przede wszystkim przekonali do niego samych siebie.

Znajomy lewicowiec z Krakowa, Krzysiek Posłajko, przypomniał mi przed chwilą opinię Cezarego Michalskiego z „Jeziora radykałów”: „aby odmienić oblicze tej ziemi potrzebne jest kilkaset tysięcy/kilka milionów dolarów na dużą gazetę”. Bo nastroje społeczne, ugruntowane przez lata, nie zmieniają się w okamgnieniu. Są żywotne. I co z tego, że na Jarosława Kaczyńskiego głosowali liberałowie, socjaliści, konserwatyści, a ponoć i geje, skoro po drugiej stronie sympatie rozkładały się podobnie. Tu naprawdę w mniejszym stopniu szło o programy wyborcze. Najważniejsza była ta jedna oś konfliktu: za czy przeciw temu, co na dobre i złe w oczach Polaków, którzy głosowali, uosabia były premier.

Gdy w ostatnich dniach rozmawiałem z różnymi ludźmi, bliższymi i dalszymi, zdumiewało mnie jedno: jak wiele osób emocjonalnie, z szyderstwem i dezaprobatą, instynktownie przekreślało kandydata PiS na prezydenta: kłótliwy, klerykał (sic!), niebezpieczny dla Polski, zamordysta, fanatyk. W tych słowach znać było szeroko rozpowszechniane i dobrze zakorzenione opinie z czasów rządów Prawa i Sprawiedliwości. A kandydat Platformy? No cóż, w tych rozmówkach bynajmniej nie przedstawiano go jako męża stanu, właściwie mówiono o nim niewiele. Najważniejsze było, by prezydentem nie został Kaczyński. Oczywiście, także część z tych, którzy oddali głos na niego, deklarowała, że na czas wyborów „kwestie smaku” idą w kąt. To także pokazuje, jak duże emocje, jak duża polaryzacja społeczna jest udziałem współczesnych Polaków, obywateli III RP. Ten rozziew widać najlepiej na mapie wyborczej: oto nowy, dzielnicowy podział Polski – na wschodnią i zachodnią.

Dla ludzi lewicy, być może, niewielka byłaby różnica między tą czy tamtą prezydenturą, gdyż gospodarczy paradygmat centroprawicy jest ustalony i utrwalony. Choć o tyle nie jest to pewne, że Jarosław Kaczyński jako prezydent pozostawiłby – w miarę swych konstytucyjnych kompetencji – mniejsze pole manewru rządowi „gdańskiego liberała” Donalda Tuska. Jak wiele uda się „zreformować” obecnej ekipie? Być może będą zainteresowani przede wszystkim przygotowaniami do drugiej kadencji (i nie zechcą płoszyć mniej liberalnego elektoratu), albo szukaniem cichych i bezpiecznych posadek gdzieś na rozległych latyfundiach polskiego kapitalizmu politycznego, na okoliczność ewentualnej porażki. W każdym razie, jeśli wierzyć zaprzyjaźnionym ze środowiskiem Bronisława Komorowskiego mediom, nad krajem znów zajaśniało słońce normalizacji. Pełna kanikuła dla miłośników lodów… jedzonych nad Bałtykiem. Teraz POlska! Oczywiście, dla normalnych POlaków…

Krzysztof Wołodźko

P.S. Polecam także lekturę notki Pawła Rybickiego: „Jedni mają sernik, inni mają Polskę”.

Pochwała różnorodności

Obecne wybory mogą ugruntować dominację dwóch największych partii. Tymczasem w polityce głowa boli nie tylko od przybytku, ale i od niedoboru.

Z tym największy jest ambaras, żeby czworo chciało naraz – zdają się mówić krytycy obecnej, wielopartyjnej rzeczywistości. Wskazują oni na trudności w porozumieniu się poszczególnych ugrupowań (a zwłaszcza ich liderów), np. przy okazji tworzenia koalicji. Według nich system dwupartyjny, w którym jedna formacja wygrywa i bierze wszystko, druga zaś mniej lub bardziej uprzykrza życie zwycięzcy, czekając na kolejny obrót koła wyborczej fortuny, przynosi same korzyści. Przykładowo, gdy znika konieczność „dowartościowania” koalicjanta, rząd może ograniczyć liczbę ministerialnych etatów, zmniejszając biurokrację i wydatki (w praktyce takie nadzieje bywają złudne, bowiem obowiązki likwidowanych resortów czy departamentów przejmują te, które przetrwają). Wszyscy są szczęśliwi, oczywiście z wyjątkiem partii spoza „Wielkiej Dwójki”, które nie mają udziału w rządzeniu, lub wręcz reprezentacji w parlamencie.

Wizja systemu dwupartyjnego znajduje w mediach coraz większy oddźwięk. O ile nietrudno zrozumieć tytuły ściśle powiązane z dominującymi formacjami, o tyle dziwi akceptacja tego modelu wśród wydawców mniej powiązanych z nimi ideą, czy partykularnym interesem. Powinni oni bronić pluralizmu choćby tylko dlatego, że więcej partii, to więcej wydarzeń, które można relacjonować i komentować. W końcu nie samym Palikotem czytelnik żyje…

Tymczasem spójrzmy na ostatnie wybory. W środkach masowego przekazu od samego początku liczyli się tylko dwaj kandydaci na najwyższy urząd w państwie; pozostali, zwłaszcza z ugrupowań pozaparlamentarnych, traktowani byli jako ciekawostka. Nic więc dziwnego, że od tak wielu osób słyszałem, że w pierwszej turze nie głosowali na ulubionego kandydata, lecz wybierali spośród dwóch, którzy „mieli realne szanse”, by „nie zmarnować głosu”. Co prawda w pewnym momencie Grzegorz Napieralski wykazał się brakiem taktu, zdobywając wyższe poparcie, niż dla niego przewidziano, ale ostatecznie i tak odpadł w półfinałach, z brązowym medalem na pocieszenie. W badaniach opinii publicznej od dłuższego czasu poparcie dla „planktonu” w wirtualnych wyborach parlamentarnych wykazuje tendencję spadkową. Wrażenie faktycznej dwupartyjności pogłębiają komentatorzy liczących się gazet i audycji, ustawiający mniejsze ugrupowania w charakterze „przystawek”. Wiara ta udziela się nawet przywódcom tych ostatnich, którzy pielęgnują swoisty minimalizm. Szczególnie dobrze było to widać w wypowiedzi Waldemara Pawlaka po podliczeniu przez Państwową Komisję Wyborczą wyników i wyroku: „PSL prześlizgnęło się tuż nad poprzeczką”. Szef partii z wyraźną ulgą oświadczył, że jak widać w małych miasteczkach i na wsiach jego partia jest jeszcze potrzebna. Samozadowolenie lidera ludowców budzi zdumienie, nie mniejsze niż zawarta następnie koalicja, czyli… zgoda na pozycję przystawki do skonsumowania.

Czy dwupartyjność na wzór amerykański jest synonimem dojrzałej demokracji, w co zdaje się wierzyć duża część zarówno polskiej „ulicy”, jak i elit? Przykłady z innych krajów o ugruntowanej „władzy ludu” raczej tego nie potwierdzają. W niedużej Szwajcarii do parlamentu tradycyjnie wchodzą cztery ugrupowania, które wspólnie formują rząd – Helweci mówią nieraz z dumą, że swoje władze wybrali 90 lat temu. Oczywiście Szwajcaria to dość szczególny przypadek, innym przykładem może być jednak Belgia, również nieduża, a mamy tam zwykle do czynienia z aż ośmioma ugrupowaniami w parlamencie, z których wyłaniane są rządy koalicyjne. Także w innych państwach europejskich zachowały się systemy wielopartyjne, np. we francuskim Zgromadzeniu Narodowym zasiada 13 ugrupowań, a w niemieckim Bundestagu, węgierskim Zgromadzeniu Narodowym czy słowackiej Radzie Narodowej – po 6.

Istnienie w głównym nurcie polityki większej liczby partii stanowi wartość samą w sobie. Pomijając nawet wyjątkową jałowość sporów czy debat toczonych między dwoma tylko siłami – zwłaszcza, gdy niewiele się one różnią w wielu kluczowych sprawach, jak ma to miejsce choćby w Polsce – zwyczajnie zmniejsza się wtedy stopień reprezentacji obywateli we władzy ustawodawczej, a to już poważna strata. Ponadto, nawet ugrupowania „niszowe”, liczące po kilku posłów, mogą mieć potencjalnie coś ciekawego do zaoferowania, rzucić z sejmowej mównicy inne światło na istotne sprawy publiczne. Tu ciekawym przykładem służą Czesi. U naszych południowych sąsiadów zawsze jest kilku „zielonych” parlamentarzystów, którym jednakowo daleko/blisko zarówno do prawicy, jak i lewicy. Stanowią więc języczek u wagi w kolejnych bataliach wyborczych, co jak się zdaje – wychodzi Czechom na zdrowie.

Zresztą sam „wynalazek” koalicji, tak niekiedy krytykowany, także może potencjalnie przynosić pożyteczne rezultaty, zwłaszcza kiedy między koalicjantami występują znaczące różnice. Zmuszeni do szukania kompromisu mają wtedy możliwość wypracowania rozwiązań, które choć nikogo nie zadowolą w pełni – będą w równej mierze satysfakcjonujące dla obu grup wyborców.

A że obecnie na naszej scenie politycznej interesów wielu grup społecznych nie reprezentuje nawet „plankton”, to już temat na inny komentarz.

O produkty (dla) klasy średniej

Nie tylko przy urnie, ale i w centrum handlowym czuję się niereprezentowany.

Za wyjątkiem życia politycznego – w ramach którego wszystkie liczące się siły akceptują społeczno-gospodarcze status quo, różniąc się głównie na poziomie przyjmowanych narracji – w Polsce coraz bardziej widoczne są skrajności. Dobrze widać to w większych miastach, gdzie nowe apartamentowce nierzadko wyrastają w bliskim sąsiedztwie rozsypujących się kamienic. Jednak nie wszystkie polskie dychotomie stanowią odzwierciedlenie realnego, materialnego bądź mentalnego zróżnicowania społeczeństwa.

Trudno mi na przykład oprzeć się wrażeniu, że oferta rodzimych producentów i handlowców, czy będzie to żywność, ubrania czy obuwie, w większości kierowana jest do zaledwie dwóch grup konsumentów. Do tych, dla których znaczenie mają wyłącznie „codziennie niskie ceny”, oraz tych, którzy oglądają się na marki, nie na metki. Co natomiast z tymi, których odrzuca asortyment dyskontów oraz bazarów, ale także irracjonalne marże japiszońskich delikatesów i butików? Intuicja podpowiada, że takich konsumentów powinna być pokaźna armia, a skoro istnieje popyt… Tymczasem, „przyzwoitą jakość za rozsądną cenę” najłatwiej w Polsce spotkać w reklamach. Niewidzialna ręka rynku, która przyjaźnie macha do bogatych, a biednym bądź tylko niewybrednym wciska tandetę, „średniakom” o przyzwoitym guście nierzadko pokazuje figę.

Podobne myśli wzbudzają we mnie gastronomiczne panoramy polskich miast. Podstawę oferty stanowią w nich zwykle budki ze „śmieciowym żarciem” (występującym w dwóch podstawowych odmianach, pseudo-amerykańskiej i pseudo-arabskiej) – oraz restauracje, jeśli nie dobre, to przynajmniej drogie. Głodny Polak zbyt często musi więc wybierać między rolą kulinarnego chama oraz snoba; jedynym możliwym kompromisem okazuje się wtedy nierzadko zaufana pizzeria. Czy jest jakiś szczególny powód, dla którego nadwiślański kapitalizm nie zrodził zbyt wielu rodzimych odpowiedników trattorii czy bistro?

Dojmujący brak „środka” odczuwalny jest także w ofercie telewizji i radia, kin i teatrów. Coś dla siebie bez trudu znajdą w nich zarówno gospodynie domowe (przy całym szacunku!), jak i miłośnicy „długich irańskich dramatów o trudzie żniwiarza”, jak określił ten rodzaj twórczości Kamil Śmiałkowski. Dzieła przystępne w formie, a jednocześnie ambitne, na które można czasem trafić w polskich stacjach telewizyjnych, pochodzą przeważnie z traktowanej z wyższością Ameryki, a jeśli nakręcono je w Polsce – to w latach 60. bądź 70. ubiegłego wieku. Większość producentów i akwizytorów kultury posiada szeroki katalog propozycji dla „człowieka masowego”, tak jak go sobie wyobrażają, pozostali na ogół nastawiają się na wiernych konsumentów niszowego asortymentu. A mnie się marzą polskie seriale na miarę „Rodziny Soprano”!

Nikt mnie nie przekona, że Polacy są tak mało wymagający, jak adresowana do nich oferta. Zwłaszcza, że jeśli zaproponować im coś posiadającego pewne ambicje, ale pozbawionego pretensji – przyciąga to tłumy, czy będą to lodziarnie Grycana, czy „Rewers” Borysa Lankosza. Przez resztę czasu pozostaje im samodzielne szperanie po obrzeżach mainstreamu (TVP Kultura, radiowa Trójka) oraz w Internecie – bądź tańczyć na lodzie, jak im Doda zagra.