przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 29 sierpnia 2011 | opinie
Nadal miasto ciąży sercom. Inaczej, gdy było miastem burżuazji i proletariatu, inaczej gdy wziął je „w opiekę” realny socjalizm, inaczej dziś właśnie, gdy realny neoliberalizm zapomniał o nim, jak zapomina o wszystkim, co nie przynosi mu natychmiast grosza. Jednak czy gniew i wielkość Łodzi umarły? Czy tylko czekają swego czasu?
Domy, domy, domy surowe, / trzypiętrowe, czteropiętrowe, / idą, suną, ciągną się prosto, / napęczniałe bólem i troską. / W każdym domu cuchnie podwórko, / w każdym domu jazgot i turkot, / błoto, wilgoć, zaduch, gruźlica – to Broniewski, „Ulica Miła” z tomu „Krzyk ostateczny”, wydanego w roku 1938.
Mroczna brama, stary pies, młoda dziewczyna, umalowana wyzywająco lub nieudolnie, smród alkoholowego moczu, pełzający po murze liszaj, refleks światła, przypadkowy, groteskowy w tym ciemnym miejscu. Jakieś krzyki z głębi, wulgarne, ochrypłe, bełkotliwe. To już Łódź, tu i teraz.
To się nie skończyło, nędza i krzywda, beznadzieja. Polska codzienność niechciana, nie pokazywana w folderach turystycznych. Banalność szpetoty, banalność brudu, pozorów życia, zwykłość melancholii. Jeśli miejsca mogą chorować na depresję, nieuleczalną, śmiertelną, to właśnie trafiłem na jeden z jej przytułków. Niedaleko ulicy Piotrkowskiej, w centrum dużego miasta w środku Polski.
Uliczki łódzkie, pejzaże nieretuszowanej Polski. To nawet nie słynne Bałuty. Ot, uliczki i ulice jakich tu nie brak. Na każdej spożywczak, na każdej sklep z alkoholem, mnóstwo warzywniaków, knajpy, „chińskie” „restauracje”, budki z kebabami, pierogarnie, naleśnikarnie, bary z domowym jedzeniem. Łódź je i pije, pije i je. Je albo pije. A te sklepy wciąż takie zwykłe, nie naznaczone markami znanych sieci. Jakby ulice chciały zachować swoją niezależność, swoją tożsamość, jakby nie chciały być częścią globalnego świata, natrętnego ometkowywania. Za to należy się im niekłamany szacunek.
Tak, to jest świat nieretuszowany i nieprzedstawiony, by nawiązać do Zagajewskiego. Z jednej strony straszny, z perspektywą tnącą jak „rzeźnickim nożem po oczach”, świat, którego chciałoby się nie widzieć i nie słyszeć, gdy znane są inne krajobrazy, inne widoki (na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość). Świat budzący zawstydzenie moralistów i estetów, bez przytulnej prowincjonalności z seriali ku pokrzepieniu polskich serc, w rodzaju „Ksiądz Mateusz”. Ale ksiądz Mateusz piłby tu denaturat i zakąszał „Magnusem śliwkowym”. Albo, lekko przygarbiony, osłaniając ciałem Najświętszy Sakrament, wracałby rankiem ze szpitala do bezpiecznego azylu na plebanii.
I to jest jedna Łódź, turpistyczna. Jest też inna, pełna ostentacyjnie obnoszonego bogactwa, któremu pieniądz daje uskrzydlającą „wolność miliona”, gwarantującą wyższość wobec mniej szczęsnych finansowo ziomków. Zadbane kobiety kontra kobiety zniszczone. Mężczyźni sukcesu kontra mężczyźni zdeklasowani, „ludzie, którym się udało”, obładowani na zakupach w Manufakturze, Łodzi-Port, sklepach przy Piotrkowskiej – drogimi rzeczami, drogimi żonami i kochankami, najdroższymi dziećmi. Prowincjonalizm a rebours, prowincjonalizm dostatni, który wczesnym rankiem zrywa się na pociąg do Warszawy, tam dosypia i wraca późnym popołudniem, wieczorem, w nocy do swojego miasta. Który woli jednak TLK od pierwszej klasy InterCity.
Ale jest jeszcze jeden, znacznie bardziej interesujący niż to proste, zawarte wyżej przeciwstawienie, obraz. Ukazał go czeski reżyser Pavel Štingl w niedawno pokazanym przez TVP Kultura dokumencie „Bałuckie getto”. Opowiadana przez ocalałych z łódzkiego getta czeskich Żydów historia miejsca, ludzkich losów w czasach pogardy. Nałożona na nią druga narracja z dzisiejszych Bałut, cierpka, bolesna, bo znów wypełniona kalectwem fizycznym, moralnym, duchowym, przenika się z historią Szoach. Przypomina o wielowymiarowości Łodzi, tak dobrze znanej z „Ziemi Obiecanej”.
Historia Łodzi, sama w sobie, jest gorzką pigułką ludzkiego dnia i ludzkich dziejów, które są opowieścią o niezdarnych próbach dopłynięcia do szczęśliwych brzegów historii. Fascynujące jest w Łodzi i to, że na jej ulicach, tak umęczonych, mieszczą się dumnie siedziby zadbanych teatrów, choćby Jaracza czy Powszechnego. A obok nor ludzkich rozpościerają się piękne parki, mnóstwo przyjaznej zieleni, ścieżki pełne spacerujących, odpoczywających zwykłych ludzi. Fascynujące jest, że łódzkie uliczki, tak smutne czasem, zdobią piękne kamienice, jak przebłysk innej rzeczywistości. Że od przaśnych kawiarni do mojego ulubionego sklepu muzycznego „Ale Jazz!” na Pomorskiej jest kilka kroków. Że gdy oprowadzałem po Łodzi swojego pierwszego gościa, jego zdumienie budziło i świetne Muzeum Kinematografii, i przykry zapach miasta w spiekocie. Nie ma w tym przejściu od kultury i świeżości przyrody do banalnej szpetoty i przygnębiającej degeneracji żadnych punktów pośrednich, jest krok w ciemność lub jasność. To właśnie stanowi o niezwykłości Łodzi, jej magnetyzmie, tragizmie i wspaniałości.
Od swych początków to miasto jest dla jednych szczęśliwym, dla drugich bolesnym miastem bogactwa i wysokiej kultury, przepychu, piękna i zbytku, a z drugiej strony – cierpienia rzesz wegetujących w nędzy, grozy mordowanych (nie tylko) w getcie, desperacji i dumy kobiet-włókniarek, uczestniczek marszu głodowego latem 1981 roku, gdy ulicą Piotrkowską, z ówczesnej siedziby „Solidarności” (przy numerze 260) na Plac Wolności przeszło blisko 50 tys. ludzi. Miasto mężczyzn (bez) pracy, a może bardziej jeszcze: miasto kobiet (bez) pracy.
Nic też dziwnego, że właśnie Łodzi Broniewski poświęcił jeden ze swych najpiękniejszych, przepełnionych pasją wierszy: Ciąży sercu troska i pieśń, / troskę w sercu ukryj i nieś, / pieśń jak kamień podnieś i rzuć. / W dymach czarnych budzi się Łódź. /…/ Z ognia i ze krwi robi się złoto, / w kasach pękatych skaczą papiery, / warczą warsztaty prędką robotą, / tuczą się Łodzią tłuste Scheiblery, / im – tylko radość z naszej niedoli, / nam – na ulicach końskie kopyta – / chmura gradowa ciągnie powoli, / stanie w piorunach Rzeczpospolita. / Ciąży sercu wola i moc, / rozpal iskrę, ciśnij ją w noc, / powiew gniewny wciągnij do płuc / jutro inna zbudzi się Łódź.
Ale dzisiejsza Łódź jest inna. Pieśń rzucać tu jak kamień? Kamieniem ciska wyrostek w pociąg dojeżdżający na dworzec Łódź Fabryczna. Ale nadal miasto ciąży sercom. Inaczej, gdy było miastem burżuazji i proletariatu, inaczej gdy wziął je „w opiekę” realny socjalizm, inaczej dziś właśnie, gdy realny neoliberalizm zapomniał o nim, jak zapomina o wszystkim, co nie przynosi mu natychmiast grosza. Jednak czy jego gniew i wielkość umarły? Czy tylko czekają swego czasu? Czy krzyk miasta wsiąkł w mury, czy zagłusza go dana stosunkowo nielicznym sytość Manufaktury? Czy w nazwach ulic tego miasta, w aktywności jego mieszkańców, młodych ludzi, czy w krzątaninie codziennej, czy w licznych łódzkich sklepikach, czy w malutkich targowiskach, czy w strasznym niektórym egalitaryzmie ulic, na czele z Piotrkowską, nie kryje się prawdziwe życie, któremu, owszem, podcięto skrzydła, ale nie wyrwano go przecież z korzeniami.
Ulice Miłe miasta Łódź. Miłe sercom ulice Łodzi. Prawdziwe życie jest tu obecne.
przez Tadeusz Markiewicz | niedziela 21 sierpnia 2011 | opinie
Co łączy protestujących w Anglii, Hiszpanii, Francji, Izraelu czy USA? Bezsilność. Całe szczęście, że w obliczu światowego kryzysu nie wszystkie demokracje okazały się bezradne.
Trwająca od połowy maja „szopka” Ruchu Oburzonych przejadła się już hiszpańskim elitom politycznym. Gdy na początku zeszłego tygodnia młodzi próbowali ponownie dostać się na Puerta del Sol, MSW oraz władze Madrytu odgrodziły popularny plac szczelnym kordonem policyjnym. Gdy kilka dni później zdecydowali się na protest pod madrycką siedzibą MSW, uzbrojone policyjne oddziały zaatakowały demonstrujących. Jedyną reakcją na protesty, do jakiej był zdolny rząd premiera Zapatero, okazały się pałki policyjne.
Obywatele są z Ziemi, a politycy z Marsa
Inicjatywę Oburzonych oprotestowała niemal cała hiszpańska elita polityczna. Przedstawiciele burmistrza Madrytu ostro skrytykowali protesty, podkreślając, że w ich efekcie właściciele sklepów i restauracji stracili 60 mln euro. Manifestujących zrugali lider socjalistów Alfredo Perez Rubalcaba i cała prawicowa opozycja. Tymczasem rząd ponownie nabrał wody w usta.
Taka postawa elit nie dziwi. W końcu Oburzeni nie protestują przeciwko złym przepisom drogowym, zbyt małym ulgom podatkowym czy niedofinansowaniu lokalnego szpitala. Nie postulują fragmentarycznej zmiany rzeczywistości. Protestują, bo nie podoba się im to, jak się im żyje. Tylko tyle – i aż tyle. Ich ruch odżegnuje się od prostych kalek podziałów politycznych. Jest oddolny i jawnie alter- czy nawet antysystemowy. I właśnie dlatego uwiera, jak kamyk w bucie, całą scenę polityczną.
Racjonalnych, wydawałoby się, haseł, które na transparentach wypisują dziś buntujący się Francuzi, Hiszpanie, Amerykanie czy Brytyjczycy, nikt z establishmentu nie potraktował poważnie. W Hiszpanii nie zreformowano ordynacji wyborczej, w Wielkiej Brytanii podniesiono czesne w szkołach wyższych, wbrew przytłaczającej woli Amerykanów nie podniesiono podatków najbogatszym, a Francuzom nie udało się obronić dotychczasowego wieku emerytalnego.
Wszystkie te postulaty, mimo że cechowały się wielkim poparciem społecznym, nie zostały wprowadzone przez polityków. – „Nie reprezentujecie nas!” – słusznie więc powtarzają rozjuszeni młodzi.
Dziwny kryzys
Kryzys kompetencji ogarnął nie tylko polityków, ale i część elit intelektualnych. Te utraciły ostrość widzenia tak dalece, że głosicielem postulatów młodego pokolenia został przeszło 90-letni Stephane Hessel. Jak pisze w swoim eseju „Czas Oburzenia”: Ośmielają się nam mówić, że państwo nie może już podołać kosztom tych oczekiwań obywatelskich. Jakże może zabraknąć pieniędzy na trwałe utrzymanie zdobyczy socjalnych dzisiaj, kiedy produkcja bogactw tak znacznie wzrosła od czasu Wyzwolenia, od czasu, kiedy Europa była zrujnowana?
Społeczeństwa globalnej północy domagają się obciążenia kosztami kryzysu gospodarczego tych, którzy są za niego odpowiedzialni – sektora finansowego. Jednak w tej i w pozostałych sprawach już dawno straciły moc sprawczą. Dzisiejsze państwa demokratyczne karleją, stopniowo i niezauważalnie tracąc wpływy na rzecz kapitału transnarodowego.
Gdzieś obok tego wszystkiego, zasępieni politolodzy przebąkują o kryzysie demokracji. Co lepiej zorientowani ekonomiści dodają coś o kryzysie gospodarek kognitywnych. Poczciwi dziennikarze martwią się zdrowiem mieszkających w namiotach „zakręconych manifestantów”. Wszyscy są zaniepokojeni. Tylko nic z tego nie wynika.
Ile owiec w kredycie
Z postkryzysowego scenariusza niemocy wyłamała się tylko Islandia. Ten zamieszkały przez 300 tys. obywateli kraj był przed globalnym krachem jedną ze spekulacyjnych skarbonek finansowych. Islandia, która na kilka lat przed kryzysem sprywatyzowała sektor finansowy i znacząco zmniejszyła kontrolę krajowego nadzoru finansowego (FME), była wskazywana jako wzorowe miejsce do inwestycji.
Gospodarka, której podstawą dotąd było rybołówstwo, nagle stała się bankowym eldorado. Szacuje się, że w przedkryzysowym okresie na wyspie poza Islandczykami i 1,2 mln owiec znajdowało się co najmniej 600 tysięcy kont zagranicznych.
Gdy we wrześniu 2008 r. nastąpił krach gospodarczy, okazało się, że trzy największe sprywatyzowane banki islandzkie – Islandsbanki, Landsbanki i Kaupthing Bank – są zadłużone za granicą na ponad 40 mld euro. Dodajmy, że w rekordowym 2007 r. PKB Islandii wyniósł 8 mld euro.
Wskutek kryzysu kapitalizacja tamtejszej giełdy spadła o 90%. Łączne zadłużenie sektora prywatnego i publicznego ponad sześciokrotnie przekroczyło PKB wyspy. Inflacja skoczyła do ponad 14%, a islandzka korona straciła 35% wartości. Stopa bezrobocia wzrosła z 2% do 9%.
Mały kraj, wielka odwaga
Jednak reakcja islandzkich elit politycznych na kryzys finansowy okazała się nieortodoksyjna. Decydenci nie oglądali się na neoliberalne dogmaty i natychmiast uszczelnili i objęli ścisłym nadzorem cały sektor bankowy. Jeszcze w 2008 r. rząd dokonał renacjonalizacji Islandsbanki i Kaupthing Bank, a nadzór finansowy przejął kontrolę nad Landsbanki.
Niedługo potem Islandczycy zaczęli domagać się usunięcia całego rządu. Od października 2008 do stycznia 2009 r. w Reykjavíku miały miejsce spontaniczne protesty, które z czasem przerodziły się w zamieszki. 21 stycznia limuzyna ociągającego się z ustąpieniem ze stanowiska premiera Geira Haarde został zaatakowana przez rozwścieczonych obywateli. Następnego dnia islandzka policja po raz pierwszy od 1949 r. w walkach z manifestantami użyła gazu łzawiącego. Wysiłek protestujących nie poszedł jednak na marne. Pod koniec miesiąca Haarde podał się do dymisji.
Islandia jako jedyny kraj na świecie wyciągnęła konsekwencje od współodpowiedzialnych za kryzys. Za sytuację gospodarczą zapłacił nie tylko Haarde, ale również wszyscy decydenci islandzkiego nadzoru finansowego. Podczas gdy w USA do dziś waszyngtońskie tuzy ekonomiczne zachowały stanowiska, cała dyrekcja islandzkiego nadzoru zwolniła się z pracy.
Gabinet nowej premier Johanny Sigurðardottir powołał komisję śledczą, która oskarżyła Haarde oraz trzech jego ministrów o niedopełnienie obowiązków urzędnika państwowego. W wyniku głosowania w parlamencie, sprawa byłego premiera trafiła do sądu.
Grube ryby za kratami
Na tym nie poprzestano. W 2009 r. islandzki establishment postanowił przeprowadzić wyczerpujące śledztwo, mające „zbadać potencjalne działania o charakterze kryminalnym, które miały miejsce w okresie przed krachem bankowym”. W tym celu przy prokuraturze generalnej powołano specjalny międzynarodowy zespół specjalistów ds. przestępczości bankowej. Na jego czele stanęła Eva Joly, francuska sędzina śledcza, która w przeszłości wsławiła się m.in. wykryciem afery korupcyjnej koncernu paliwowego Elf czy korupcji wśród pracowników banku Credit Lyonnais.
Śledztwo ma potrwać 2-3 lata, ale już przyniosło pierwsze rezultaty. Islandia, jako jedyny kraj, po kryzysie doprowadziła przed sądy szereg pracowników swojego sektora bankowego. Do tej pory aresztowano m.in. zarząd brytyjskiej spółki inwestycyjnej Rotch Group czy byłego prezesa banku Kaupthing. Prace zespołu Joly na tyle zaniepokoiły część islandzkiej elity, że szereg wpływowych przedsiębiorców zdecydowało się opuścić kraj – tak zrobili m.in. właściciele sieci sprzedaży detalicznej Baugur Group.
Jak by tego było mało, maleńka Islandia oparła się presji zagranicznych wierzycieli. Gdy w 2009 r. Wielka Brytania oraz Holandia domagały się zwrotu ok. 4 mld euro długu internetowego banku Incsave, Islandczycy powiedzieli „dość”. Zgoda rządu na warunki obu krajów oznaczałaby, że dług powstały w wyniku spekulacji pracowników jednego tylko islandzkiego banku, obciążyłby każdego obywatela wyspy na sumę ok. 12 tys. euro. Tak więc najpierw w 2010, a potem w 2011 r. prezydent Islandii Ólafur Ragnar Grímsson zawetował umowę dotyczącą spłaty należności i rozpisał w tej sprawie referenda. Nie trzeba chyba mówić, z jakim skutkiem.
Islandia chcąc nie chcąc stała się przykładem demokracji zdolnej odpowiedzieć na wyzwania zglobalizowanego świata. Nie obarczyła obywateli długami zaciągniętymi przez bankierów. Jako jedyna zastosowała procedury dalekiej interwencji państwowej w sektorze bankowym, sformułowała akty oskarżenia przeciwko tuzom finansjery. Jako jedyna potrafiła trafnie osądzić własne elity polityczne i wysłuchać postulatów protestujących ludzi.
Jak widać, da się. Spekulanci, drżyjcie. Oburzeni, oburzajcie się!
przez dr Rafał Bakalarczyk | niedziela 14 sierpnia 2011 | opinie
Choć statystyki pokazują zwykle fragment rzeczywistości, to ostatni raport GUS na temat ubóstwa w 2010 r. ukazał fragment bardzo istotny. Taki, którego nie widać na co dzień w mediach i o którym, jeśli tylko nas nie dotyczy, chętnie byśmy zapomnieli.
Przychodzi komentator do biednego
Za przytoczonymi liczbami kryją się głębokie dramaty, niewyrażalne statystycznie. Jednak również same liczby są wymowne. Do tego stopnia, że zwróciły na nie uwagę nawet liberalne media. Nie chodzi jednak tylko o to, aby przestano wypierać ze świadomości fakt głębokiej nędzy wokół nas. Ważne jest również, żebyśmy właściwie osadzili problem w kontekście polityki ekonomicznej i społecznej. A to mainstreamowe media robią często niewłaściwie. Dobrym przykładem jest komentarz Bartosza Marczuka pt. „To socjal jest przyczyną nędzy”, który po opublikowaniu raportu GUS zamieszczono w „Dzienniku Gazeta Prawna”.
Po lekturze tekstu Marczuka można odnieść wrażenie, że autor głęboko wczytał się w częste ostatnio komentarze na temat modelu norweskiego. Do tego stopnia, iż chyba wyobraził sobie, że my też jesteśmy „drugą Norwegią”, która rzeczywiście gwarantuje obywatelom hojny „socjal”, pozwalający im na względnie godne życie, nawet gdy znajdą się poza rynkiem pracy. Tyle, że nijak się to ma do Polski zarówno ze względu na nasz ogólny stan bogactwa (czyli to, co możemy dzielić), jak i realizowany od lat model redystrybucji (czyli to, jak dzielimy). Ten podział gwarantuje ubogim niewiele – co pokazał raport GUS.
Marczuk stawia tezę, że zbyt hojny i powszechny „socjal” odpowiada za to, iż część Polaków nie próbuje podjąć pracy i tym samym tkwi w stanie ubóstwa, przekazując je kolejnym pokoleniom. Choć dla każdego, kto wie, jaka jest wysokość świadczeń oraz jak restrykcyjne są kryteria ich przydziału, taka teza jest i śmieszna i irytująca, warto jednak się z nią zmierzyć. Jest to bowiem – zdaje się – pogląd dominujący w debacie publicznej o problemie ubóstwa i wykluczenia.
Ubodzy na zasiłku, ubodzy w pracy
Zacznijmy od – płynących z raportu – faktów. Choć ubóstwo istotnie jest szczególnie wysokie w rodzinach, które żyją głównie ze świadczeń, to jednak występuje nie tylko w nich. Znajdziemy je także wśród rodzin osób pracujących, zwłaszcza tam, gdzie główny dochód pochodzi z pracy najemnej na stanowisku robotniczym. Stopa ubóstwa ustawowego wyniosła tu aż 11%, zaś skrajnego ok. 8%. Warto dodać, że dane porównawcze Eurostatu wskazują, iż w Polsce pracujący biedni stanowią relatywnie dużą część ogółu pracujących. Oczywiście są to liczby znacznie mniejsze niż w przypadku rodzin, które żyją głównie z demonizowanego „socjalu’’, a więc ze świadczeń społecznych innych niż emerytury i renty (w tej kategorii stopa ubóstwa ustawowego wyniosła 36%, a skrajnego 30%). Pokazują jednak wystarczająco, że samo przejście z „socjalu” do aktywności zawodowej nie gwarantuje przezwyciężenia ubóstwa. Zresztą nie trzeba wczytywać się w raporty GUS, żeby to wiedzieć. Wystarczy sobie wyobrazić np. trzyosobową rodzinę robotnika pracującego za minimalną pensję. Dochód na głowę w takim gospodarstwie jest bardzo niski. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w rodzinach wielodzietnych.
Pamiętajmy przy tym, że jeśli osoby, które obecnie żyją ze świadczeń pomocy społecznej, znajdą zatrudnienie, to z reguły mogą liczyć na kiepskie stanowiska, a więc na pracę niskopłatną, co wciąż nie pozwoli im wyjść z ubóstwa. Powiększą oni po prostu odsetek pracujących biednych (working poor).
Brak chętnych czy brak miejsc?
Liberalny oponent powie, że to i tak lepsze. Po pierwsze dlatego, że jednostka dzięki temu staje się produktywna, więc dokłada się do łącznej puli bogactwa, którą można następnie dzielić. Po drugie, bo oducza się ona bezradności i z czasem może znaleźć pracę gdzie indziej. To rozumowanie jednostkowo się sprawdza, ale traktowane jako panaceum zawodzi, gdyż omija kluczowy problem – brak pracy.
Marczuk zgodnie z dość powszechnym mniemaniem milcząco zakłada, że pracodawcy czekają z otwartymi ramionami na potencjalnych pracowników, lecz ci zamiast brać się do roboty, pławią się w lenistwie lub cwaniacko doją nieracjonalne w swej hojności państwo socjalne. Pogląd taki można wyczytać nie tylko z tego komentarza. Nie zauważa się natomiast, że jest wiele osób, które chcą pracować legalnie, ale nie mogą pracy znaleźć. Pokazują to wysokie wskaźniki bezrobocia. Oczywiście znam argument, że część z nich pracuje na czarno. Bywa to prawdą, ale też należy pamiętać, że owa praca na czarno ma często dorywczy charakter, również jest słabo płatna, nie daje zabezpieczenia i w każdej chwili może ulec przerwaniu – nie jest więc sposobem na przezwyciężenie ubóstwa i marginalizacji.
Niezależnie od tego, jest sporo osób, które zgłaszają się do urzędów pracy chcąc pracować, ale brakuje odpowiednich ofert. Obecnie jest ich jeszcze mniej niż wcześniej. Ten sam „Dziennik Gazeta Prawna”, który zamieścił komentarz Marczuka, informował ostatnio, że w bieżącym roku w urzędach pracy jest najmniej ofert od ośmiu lat! Wynika to nie tylko z recesji, ale także z drastycznego obcięcia przez rząd wydatków na Fundusz Pracy. W efekcie zabrakło środków na subsydiowane miejsca pracy, a także na szkolenia dla bezrobotnych.
Czy za to też obarczymy winą socjal lub tych, którzy z niego korzystają? Nie, to skutek określonych decyzji politycznych, choć te oczywiście nie były zawieszone w próżni, ale wynikły z uwarunkowań ekonomicznych.
Na kłopoty migracja?
Jeśli nie ma pracy na lokalnym rynku, red. Marczuk widzi proste wyjście: osoba bezrobotna może wyjechać do większego miasta lub za granicę. Niemcy szukają budowlańców. Jego zdaniem, wykluczeni wolą jednak czerpać z korzystnego dla nich „socjalu” niż ruszyć się z miejsca.
Moim zdaniem problem jest inny. Liberalni komentatorzy dość bezrefleksyjnie podchodzą do kwestii mobilności, także tej wewnątrzkrajowej. Nie uwzględniają dodatkowych ekonomicznych kosztów transportu i zamieszkania w większym mieście, a także społecznych i rodzinnych konsekwencji takich decyzji. Migracje zresztą prowadzić mogą do tego, że będzie więcej pracujących w centrach (także lokalnych) rozwoju, a na obrzeżach zostaną osoby starsze, dzieci i młodzież, zostawieni bez opieki, zwłaszcza, że na peryferiach infrastruktura opiekuńcza i kulturalna jest znacznie skromniejsza.
Jeszcze większe koszty dotyczą migracji zagranicznej. „Euro-sieroctwo” staje się problemem, którego skutki już niedługo dadzą się nam we znaki. Ponadto wiadomo, że – zwłaszcza w dobie globalnej dekoniunktury – za granicą nie na wszystkich czeka praca. Dla pracowników bez kwalifikacji i kompetencji miękkich (np. znajomości języka) niemiecki rynek wcale nie jest aż tak chłonny.
Łatwość, z jaką dziennikarze mainstreamowi podsuwają innym ścieżki migracyjne, zdradza też inną słabość myślenia liberalnego. Człowiek w tej wizji to „homo economicus”, który dokonuje kalkulacji zysków i strat tylko w ramach ekonomicznej racjonalności. Bagatelizuje się tu – na co słusznie zwracali uwagę komunitarianie – takie czynniki, jak zakorzenienie w danej społeczności i systemie norm oraz więzi.
Redaktor Marczuk w pewnym momencie pisze o rodzinnych, psychologicznych i społecznych skutkach… polskiego „socjalu”. Robi to tak: dzieci uczą się roszczeniowej postawy, nabierają przekonania, że można nie pracować, a jakoś się żyje. Szkoda, że owo „jakoś” nie zostało napisane w cudzysłowie. Wiadomo wszak, że tam, gdzie jest ubóstwo, zwłaszcza skrajne, często – przynajmniej w wymiarze materialnym – nie żyje się „jakoś”, lecz wegetuje w bylejakości, w niedożywieniu, wilgoci, w stresie i poczuciu niemocy. Często właśnie te towarzyszące ubóstwu okoliczności wyzwalają w ludziach frustrację, apatię, brak wiary w siebie i sprawiają, że członkowie takich rodzin nie są zdolni do podjęcia skutecznych działań, aby zmienić swą sytuację. Niekoniecznie stoi za tym owa roszczeniowa postawa.
Państwo skąpych świadczeń i nędznych płac
Problemem jest więc nie sam „socjal”, ale raczej bariery uniemożliwiające wyjście z niego. Trudno jednak uznać, by sam system wsparcia socjalnego działał właściwie. Zbyt duża wysokość świadczeń i łatwość ich otrzymywania to chyba ostatnie zarzuty, jakie można postawić polskiej polityce społecznej. Właściwie w tekście red. Marczuka „socjal” jest kategorią mało konkretną. Czy kryje się za nią częściowo uznaniowy, niski i selektywny zasiłek z pomocy społecznej? Czy świadczenie rodzinne – niewielkie i przysługujące rodzinom spod progu dochodowego, od dawna nie podnoszonego mimo wzrostu kosztów życia? Czy też zasiłek dla bezrobotnych – zaledwie kilkusetzłotowy, obudowany licznymi kryteriami dostępu i przysługujący przez krótki czas?
Państwo socjalne nie jest w Polsce zbyt hojne, jeśli miarą miałaby być dostępność i wysokość świadczeń pieniężnych. Zwłaszcza, jeśli uwzględnimy zakres podstawowych potrzeb (żywność, ubranie, opłaty za mieszkanie), które można zaspokoić dzięki tym świadczeniom. To, że ludzie pracują często za niewiele więcej niż mogliby dostać żyjąc na skromnym garnuszku państwa, mówi oczywiście o patologii – tyle że nie w sferze pomocy społecznej, lecz w gospodarce i stosunkach pracy.
Miarą dramatu Polski jest nie tylko to, iż praca jest często mniej opłacalna niż pozostanie na „socjalu”, ale i to, że praca ta nieraz jawi się jako tak nieatrakcyjna lub niedostępna, że przegrywa nawet z „socjalem”, który jest w Polsce, mówiąc kolokwialnie, dziadowski.
przez Remigiusz Okraska | sobota 6 sierpnia 2011 | opinie
Wraz ze śmiercią Andrzeja Leppera odszedł człowiek, który we współczesnej Polsce zrobił – nieraz bezwiednie – najwięcej dla promocji ideałów prospołecznych. I człowiek, którego „kariera” mówi o owej Polsce więcej niż medialna wrzawa i tysiące naukowych analiz.
„Everyone loves you when you are dead” – śpiewa z goryczą szwedzki zespół Perkele. Gdy umrzesz, wszyscy cię (po)kochają. Andrzeja Leppera też doceniono, gdy okazało się, że nie żyje. Nagle całkiem pozytywnie zaczęły o nim mówić i pisać media establishmentu, a od wyznań jego „fanów” zaroiło się również na niszowych portalach różnych radykałów. Moment jest może niezbyt stosowny, ale podzielę się z czytelnikami satysfakcją człowieka, który Samoobrony nigdy nie opluwał tak, jak czyniły to media głównego nurtu, bełkoczące na przemian o faszyzmie i komunizmie Leppera, ani tak, jak robili to pożal się Boże „radykałowie”, zarzucający Zmarłemu, iż nie jest wystarczająco radykalny, konsekwentny i że w ogóle się „sprzedał”. Fakt, ci ostatni się nie sprzedali, bo przecież nikt ich nigdy nie chciał kupić – albo byli na to zbyt głupi i nieudolni, albo od zawsze i całkiem za darmo schlebiali establishmentowi, głosząc „radykalnym” żargonem to samo, co „Gazeta Wyborcza” głosiła w liberalnej polszczyźnie.
Dla Samoobrony i jej lidera miałem wiele sympatii odkąd pamiętam. Sympatii, której nie należy mylić ani z przekonaniem, że to środowisko jest nieskazitelne i zawsze czyni dobrze, ani z bezkrytycznym kultem idola. Wręcz przeciwnie – gdy wielokrotnie o Samoobronie pisałem i mówiłem ciepło lub wrzucałem do urny głos na jej kandydatów, były to całkowicie odpersonalizowane wyrazy uznania i poparcia. Bo choć Samoobrona miała mnóstwo wad i popełniła całkiem sporo błędów, a jej liderzy nie raz i nie dwa kompromitowali się na różne sposoby, był to jedyny taki fenomen w Polsce po roku 1989. Popieranie Samoobrony nigdy nie było rozkoszą, ale czasami bywało obowiązkiem.
Jeśli krytycznie oceniamy rozwój wydarzeń po roku 1989 i polski status quo, a w centrum takiej diagnozy stawiamy triumf dzikiego kapitalizmu, ekspansję neoliberalizmu, nierówności społeczne, ukształtowanie pseudodemokratycznej oligarchii itp., to trudno byłoby znaleźć racjonalny powód, aby Samoobrony nie popierać, nawet jeśli byłoby to poparcie krytyczne. Ugrupowanie Andrzeja Leppera było jedyną siłą polityczną, która zarazem zakwestionowała realia III RP z pozycji prospołecznych i potrafiła wokół takiego stanowiska zgromadzić masy, niejako skumulować społeczny gniew.
Na podkreślenie zasługuje kilka kwestii. Po pierwsze, ogromna wytrwałość. Zanim Lepper mógł choć trochę „skonsumować” własny sukces, prowadził walkę przez dekadę. Odbył setki, jeśli nie tysiące spotkań ze zwykłymi ludźmi, organizował dziesiątki protestów i innych działań, budując z olbrzymim mozołem ten ruch protestu. Czynił to wbrew licznym niepowodzeniom i o wiele większej dawce ataków. Ataków wyjątkowo brutalnych i chamskich nawet jak na realia polskiego systemu oligarchicznego, w którym mafiosi zwani liderami, autorytetami czy ojcami demokracji nie cofną się właściwie przed niczym, podobnie jak serwilistyczne wobec nich media. Na Leppera wylano kubły pomyj, próbując go bez ładu i składu oskarżać o co się tylko da: o faszyzm i o komunizm, o agenturalność taką czy inną, o złodziejskie zamiary i o naiwny idealizm, o podejrzaną przeszłość i zbrodnicze plany na przyszłość. Był portretowany jako wykolejeniec, bezwzględny demagog, furiat i szaleniec, no i oczywiście – jako wieśniak, cham, burak i ćwok.
Tego ostatniego „argumentu” używali ochoczo m.in. specjaliści od tolerancji i zwalczania dyskryminacji. Liberalne media, które pełne są potępień homofobii, antysemityzmu, ksenofobii i innych niemądrych, lecz zazwyczaj dość marginalnych – choć przez zawodowych „zwalczaczy” chętnie wyolbrzymianych – postaw, nieustannie mrugały okiem do odbiorców. O, popatrzcie, ale wsiowy głupek, co on bredzi, cham jeden w gumofilcach, dureń od pługa granatem oderwany, gnojem śmierdzi i brud ma za paznokciami, ha ha ha. Bo w dyskursie sytej, aroganckiej elity nie tylko dopuszczalny, ale wręcz dobrze widziany jest jeden rodzaj rasizmu: pogarda, niechęć i odmawianie faktycznych równych praw tym, którzy nie są dość zamożni, dobrze wykształceni i nie zamieszkują wielkich aglomeracji. Demokracja – o tak, pod warunkiem, że chamy z prowincji nie przegłosują Geremka na rzecz „ludzi znikąd”. „Prosty człowiek” – czemu nie, pod warunkiem, że jest „nasz” i że imię ma TW, a nazwisko Bolek.
Andrzej Lepper znosił dzielnie całe to szambo, które na niego wylewano przez lata. Ale nie tylko znosił, nie tylko je przetrwał, nie tylko cierpliwie zapracował na sukces. Tym, co przesądza o jego znaczeniu w polskim życiu publicznym, są współgrające ze sobą: umiejętność mobilizacji mas społecznych oraz ominięcie pułapki mielizn ideologicznych, na których osiadło wiele podobnych inicjatyw. Samoobrona była skuteczna – nie raz, nie przez rok, lecz wiele razy przez ponad dekadę artykułowała społeczny gniew, nie pozwoliła zamieść problemów pod dywan, wytrącała sytych z błogostanu. Może i ocierała się o prymitywizm, ale „Balcerowicz musi odejść” wyprowadzało ludzi na ulice skuteczniej niż seminaria o nierównościach społecznych i eseje o szwedzkim modelu dobrobytu. Lepper był populistą, ale w dobrym tego słowa znaczeniu – po imieniu nazywał realne problemy, które inni chcieli przypudrować i rozmemłać w magmie ładnych słówek. Potrafił o bolączkach opowiedzieć tak, że nawet jeśli nie była to narracja zbyt pożywna dla wymagających mózgów, to na pewno porywała proste serca.
Co więcej, populizm Leppera był postępowy. Nie był to populizm w stylu Le Pena, który gniew ludu kieruje na Bogu ducha winnych emigrantów, aby ominął on faktycznych winowajców – kapitalistycznych krwiopijców i niesprawiedliwości natury gospodarczej, nie etnicznej. Lepper nie wzywał do rozprawy z żadnymi „obcymi”, nie napuszczał „rdzennych Polaków” na Żydów, wierzących na ateistów czy „sól ziemi” na „miastowych”. Potępiał polityczny establishment i podejmowane przezeń decyzje strukturalne jako szkodliwe dla naszego kraju i większości jego mieszkańców.
Tym, co stanowiło o fenomenie Samoobrony, było także ominięcie pułapek, w które inni krytycy obecnego porządku wpadają z regularnością godną mechanizmów szwajcarskiego zegarka. Z 99-procentową pewnością można zakładać, że gdy w Polsce pojawi się jakiś radykał, który całkiem sensownie krytykuje prywatyzację, wyzysk ekonomiczny, nieistnienie polityki gospodarczej, łamanie praw pracowniczych, biedę i brak perspektyw, to prędzej czy później zacznie bełkotać bądź o tym, że wszystkiemu są winni Żydzi, masoni i lobby aborcyjne, bądź dla odmiany o tym, że należy zalegalizować marihuanę, wysłać księży na Księżyc oraz ubóstwiać „Che” Guevarę. W Polsce fiasko polityki prospołecznej i niemożność stworzenia silnego lobby na jej rzecz wynikały nie tylko z uwarunkowań systemowych (liberałowie wszelkich odcieni u władzy, bo tylko oni mieli na to środki), nie tylko z klimatu ideologicznego (ogólnoświatowa moda na neoliberalizm), nie tylko z wpływu przeszłości (niemal wszystko, co „społeczne”, kojarzy się źle po 45 latach komuny). Jak wskazują prawie wszystkie sondaże, Polacy są zazwyczaj zwolennikami rozwiązań socjalnych. Jeśli masy popierają postulaty liberalne, to zwykle w tych przypadkach, gdzie noszą one znamiona sensu, jak w kwestii „przebiurokratyzowania” życia codziennego. Jedną z głównych przyczyn niepowodzeń opcji prospołecznej jest natomiast to, że postulaty owego rodzaju są niemal zawsze podawane „w pakiecie” z czymś, co albo powinno być prywatną sprawą, albo przedmiotem debaty w innym miejscu i na innej płaszczyźnie.
Ugrupowanie Leppera jako jedyna poważniejsza siła antyliberalna zdołało uniknąć tej pułapki. Jej lider deklarował się jako katolik i cytował Jana Pawła II, a zarazem nie wdawał w czarnosecinne potępianie homoseksualizmu czy w inicjatywy wieszania krzyży gdzie popadnie. Bronił niektórych aspektów PRL-u, lecz bez wielbienia morderców Popiełuszki, wychwalania stanu wojennego czy wywodów, że słusznie rozgromiono „reakcyjne bandy” rękoma krasnoarmiejców. Lepper sednem ideologii i przekazu uczynił postulaty prospołeczne, inne niemal zupełnie marginalizując lub wręcz całkowicie przemilczając. To było jednym z głównych źródeł jego sukcesu – że ofiary neoliberalizmu widziały w nim wybawienie niezależnie od tego, czy któraś z nich czytała „Nie”, czy „Nasz Dziennik”.
Ale właśnie to było też powodem nasilonej nienawiści establishmentu wobec Samoobrony. Gdy okazało się, że Leppera nie sposób wrobić w faszyzm czy w komunizm, że nie daje się złapać na haczyk wyklinania lub promowania aborcji, lecz stoją za nim masy żądające pracy i chleba – wiedziano już, że nie ma żartów, bo ktoś taki może odnieść sukces, jakiego nie odniosą nigdy Wrzodak czy Ikonowicz. A sukces Leppera mógł być początkiem końca ustroju ugruntowanego na niesprawiedliwościach, wyzysku i łupiestwie.
Nawiasem mówiąc, dokładnie za to samo nienawidzili Leppera nie tylko przedstawiciele establishmentu, ale także ci wszyscy radykałowie, którym pokazał on, jak można być „ostrym” i jednocześnie wyjść z niszy. Radykałowie prawicowi wtórowali TVN-owi i „Wyborczej”, portretującym Leppera jako komunistę i aparatczyka rodem z PRL, zaś radykałowie lewicowi jednym głosem z „Wprost” ględzili, że Lepper to neofaszysta i antysemita. Gdy oni popiskiwali o „rewolucji socjalnej” lub „obronie interesów narodowych” w swoich gazetkach węszących spiski faszystów lub spiski Żydów, Lepper blokadami paraliżował cały kraj i wprowadzał do parlamentu kilkudziesięciu posłów.
Nie chcę być źle zrozumiany – to nie jest żadna pośmiertna, standardowa laurka. Andrzej Lepper jako człowiek i lider ugrupowania popełnił wiele błędów, był postacią kontrowersyjną nie tylko wedle salonowych, lecz również całkiem zwykłych kryteriów. Wokół Samoobrony kręciło się wielu podejrzanych typów, okoliczności wydarzeń z udziałem tego środowiska są niejasne i nawet jeśli establishment je wyolbrzymiał (jak sprawę Anety K., orientację prorosyjską, aferę gruntową itp.), to pozostawiają pole do wielu domniemań i podejrzeń. Podobnie wygląda rzecz z udziałem Samoobrony we władzy – nie jest łatwo powiedzieć dzisiaj, czy Lepper się „sprzedał”, dał utemperować za kilka posad, a następnie uwikłał w niejasne interesy, czy też Jarosław Kaczyński na bazie pomówień lub czyjejś prowokacji postanowił podarować władzę Platformie Obywatelskiej i zamienić rząd przeklinany przez salony na niekończącą się opozycyjność. Zapewne na precyzyjny osąd przyjdzie nam poczekać kilka dekad, gdy historycy spokojnie przejrzą akta wielu instytucji i ocenią je bez środowiskowo-politycznych uwikłań i oczekiwań, od których dziś nie sposób abstrahować.
Niezależnie jednak od nieraz dziwnych „okolic” Samoobrony oraz od smutnego końca jej lidera, Andrzej Lepper był postacią, która zasługuje na dobre słowo. Ile błędów by nie popełnił, pozostaje jego zasługą to, że pierwszy tak dobitnie i zarazem konsekwentnie, a przy tym z wielkim talentem popularyzatora podniósł hasła socjalne, „wbił” się z nimi do debaty publicznej i nie pozwolił sytym całkiem zdominować krajobrazu politycznego, zabudowywanego stopniowo coraz bardziej groteskowymi liberalnymi wioskami potiomkinowskimi. Lepper był mieczem, który wciąż wisiał nad głowami zadowolonych łajdaków z warszawki i krakówka i przypominał im – i nam wszystkim – że istnieje inny świat. Świat zlikwidowanych PGR-ów, podupadłych małych miasteczek, które przeżywają regres cywilizacyjny, zamykanych zakładów pracy, wiejskiej i miejskiej biedy, głodnych dzieci i wegetujących starców. To w dużej mierze dzięki niemu dziś nawet media establishmentu przestały udawać, że jest całkiem OK, że doganiamy i przeganiamy Europę, że nie istnieją realne, utrwalone i rosnące problemy społeczne. Jeszcze 15 lat temu w tych samych mediach byli tylko „ludzie sukcesu” i „pracowita klasa średnia” oraz garstka „roszczeniowych nieudaczników” i amatorów wina „Arizona”.
Oceniając pośmiertnie Leppera należy też zrobić coś, czego niemal nigdy w polskim dyskursie publicznym się nie robi. Mianowicie odpersonalizować zjawisko. Wygodniej i łatwiej wytyka się takie czy inne wady i błędy lidera Samoobrony lub dla odmiany wychwala jego zalety jako konkretnego człowieka, bo wówczas nie trzeba się wysilać. Wówczas on sam jest „chamem i burakiem” albo „charyzmatycznym liderem”, jego wyborcy „dali się omamić” lub „zawierzyli komuś, kto wyrażał ich nastroje”, a on ich zawiódł, gdyż „sprzedał się” lub „uwikłał w niejasne interesy” albo „załatwił go Kaczyński”. Ale w ujęciu systemowym Lepper jest tylko – a może aż – swoistym papierkiem lakmusowym, skutkiem pewnych procesów, nie zaś ich przyczyną.
W takim ujęciu nie ma „Nikodema Dyzmy”, który „uwiódł naiwnych”. Jest polityka lekceważenia milionów ludzi i całych połaci kraju, które nie są przypadkowo zacofane oraz zamieszkiwane przez nieudaczników, lecz „celowo” spychane na dno wskutek wyboru modelu ekonomicznego, bazującego na tworzeniu i powiększaniu nierówności. Jest wieloletnia pogarda pod adresem takich ludzi i obszarów, jest ich nieobecność w debacie publicznej, jest lekceważenie ich sytuacji przez polityków głównego nurtu. I jest trybun ludowy, który dla takich osób staje się jedynym wiarygodnym człowiekiem. I jest jego przekaz, brutalny i prosty nie tylko dlatego, że przynosi poparcie wspomnianych osób, ale i ponieważ tylko to może przebić się do centrum zainteresowania. Podobnie jak wysypywanie zboża na tory czy blokowanie ruchu drogowego w całym kraju – zamiast konferencji prasowych, których nie pokażą skorumpowane i stronnicze media.
W takim ujęciu nie ma „chama i buraka”, który zapragnął wtargnąć na salony i wbić zęby w specjały z pańskiego stołu. Są głębokie uprzedzenia elit politycznych i kulturowych, są olbrzymie pokłady antywiejskich kompleksów (wiele mówiące o kraju, w którym pokolenie czy dwa wstecz „wieśniakami” była ogromna większość społeczeństwa). Jest oligarchiczny, zablokowany system polityczny oraz triumf kumoterstwa, co skutkuje niemożnością cywilizowanej kooptacji do grona liderów reprezentujących interesy społeczne.
W takim ujęciu nie ma Leppera, który „upraszcza”, „wyolbrzymia”, „źle definiuje”. Jest plebejski, samorodny działacz, który bije głową w mur, bo nie może liczyć na zainteresowanie i pomoc specjalistów, analityków czy naukowców. Oni bowiem albo stanowią integralną część systemu władzy i opresji, podczepieni pod promocję w „Wyborczej” i granty z Fundacji Batorego, albo są tak subtelni i przywiązani do eleganckiej formy, iż przesłania im ona sedno treści, albo też ich prospołeczne poglądy są po prostu ścieżką kariery w neofeudalnej hierarchii akademicko-medialnej. Są też tak bardzo postępowi, że dla mniej postępowych nie mają pomocnej dłoni, a jedynie pogardliwe wywody o ich zacofaniu.
W takim ujęciu wreszcie, nie ma Leppera, który się sprzedał, zdradził, wypiął na „swoich”. Jest całkowita zapaść kultury demokratycznej i zaangażowania społecznego we współczesnej Polsce. W efekcie nie ma ugrupowań o wielu liderach kontrolujących się wzajemnie, a przede wszystkim kontrolowanych przez zwykłych członków i sympatyków. Jest za to kult idoli, którzy za nas „powinni coś z tym zrobić”, a my łaskawie wrzucimy kartkę do urny, oczywiście jeśli akurat nie będzie padał deszcz lub teść nie zorganizuje imprezy. Jest polityka nie jako emanacja zbiorowej woli, lecz żerowisko nieokiełznanych samców alfa. Nie ma pobłądzenia czy zdrady jednostki, którą zastępują sprawnie inni, bez wielkiej szkody dla całości, są za to partie wodzowskie, które upadają wraz z upadkiem wodzów. Nie ma comiesięcznych składek 50 tysięcy ludzi po 10 zł, lecz „układy” z 50 „sponsorami”, z których każdy daje 10 tysięcy i oczekuje „wdzięczności”, czyli reprezentowania swoich – nie zaś wyborców – interesów, albo po prostu jedna wielka łapówka 500-tysięczna, za którą kupuje się kogoś, kto na „wielką politykę” potrzebuje środków.
Andrzej Lepper nie żyje. Ale wciąż żyją problemy i negatywne tendencje, przeciwko którym on się buntował. Dziś już tego nie zrobi, bo rozpoczął wieczny odpoczynek. Byłoby kpiną właśnie komuś takiemu życzyć sztampowego, mieszczańskiego odpoczywania w spokoju. Panie Andrzeju, niech Pana gniew nie opuszcza, gdziekolwiek Pan jest.
Remigiusz Okraska
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 3 sierpnia 2011 | opinie
Według słownika empatia to „uczuciowe utożsamienie się z inną osobą i wywołanie w sobie uczucia, które ona przeżywa”.
Trudno racjonalnie wytłumaczyć nienawiść do braci Kaczyńskich, Macierewicza i całego „pisowskiego ludu” (określenie Igora Janke). Absurdalna i okrutna wydaje się usilnie lansowana teza, że załoga i pasażerowie samolotu w Smoleńsku zginęli na własne życzenie. Ale popatrzmy na sprawę oczami tych, którzy boją się PiS-u jak zarazy, żądają „kordonu sanitarnego”, a wszystko będzie wyglądać inaczej.
Ryszard Kalisz ogłosił, że za samobójczą śmierć Barbary Blidy odpowiedzialni są Zbigniew Ziobro i Jarosław Kaczyński. Jest to prawda oczywista. Gdyby PiS nie podejmował próby wyjaśnienia powiązań w mafii paliwowej, Barbara Blida by żyła. Trudniej wytłumaczyć przyczyny zbiorowego samobójstwa awangardy pisowskiego ludu. Dlatego wciąż pojawia się inny wątek. Lech Kaczyński sam sobie winien, ponieważ narażał się PO i Rosji. Stawiał się, wtrącał do polityki międzynarodowej, nie uwzględniał szczególnej wrażliwości decydentów, którzy mają realną siłę i realną władzę. Tak jak sam sobie jest winien szef CBA, który zastawiał pułapkę na premiera oraz agent Tomek, prawiący dusery skorumpowanej posłance.
Nienawiść do patriotów staje się zrozumiała, gdy wyobrazimy sobie taką scenę. Jesteśmy marszałkiem albo ministrem, zasłużonym, podziwianym, filmowanym. Poddani nam czapkują, redaktorzy tytułują, zagraniczni mężowie stanu obejmują i klepią po plecach, saloniki dla VIP-ów, salonki w samolocie, drogie hotele. Nasza chata na przedmieściu chędoga, choć nie rzuca się w oczy, fura z przyciemnionymi szybami w garażu. Nagle bez uprzedzenia o szóstej rano – puk-puk i zbiry w mundurach jak jakieś gestapo wywlekają nas z domu do aresztu, na przesłuchanie. Wypytują o starych i nowych partnerów w biznesie, przetargi, kontakty, adresy, mają jakieś papiery z podsłuchów, z NIK-u, z tajnych biurek urzędników państwowych. Powiemy, że wszystko fałszywe, pewnie z IPN-u, gdzie najlepiej znają się na podrabianiu dokumentów, ale będzie wstyd i duże straty. Nie tak miało być. Nieudacznicy, którzy nie odnaleźli się na wolnym rynku i w naszej młodej demokracji, biorą odwet na tych, którzy w ciężkim trudzie zbudowali III RP.
Motyw pukania o szóstej rano pojawiał się we wszystkich opowieściach o odradzającym się faszyzmie, stalinizmie, totalitaryzmie. Przyznaję, że robi on wrażenie nawet na tych, do których w PRL pukali koledzy bohaterów naszej młodej demokracji. Pojawił się cień obawy, że pukanie wraca, może nawet wywalanie drzwi łomem, jak w nocy 13 grudnia. No i wróciło, zapukało do drzwi jakiegoś internauty. Ryszard Kalisz jest prawdziwym prorokiem.
Smoleńska katastrofa pomogła opanować sytuację. Służbami państwowymi kierują teraz kulturalni, apolityczni profesjonaliści, odpowiedzialni za stabilność państwa, uwzględniający uwarunkowania zewnętrzne. Zagrożenie minęło, na twarze premiera, ministrów i innych notabli powróciła pewność siebie. Jednak nadal coś ich nęka, uśmiechy przypominają grymas, wzrok dziki, plącze się słowotok o paśmie sukcesów. Co to może być? Nie sytuacja gospodarcza, bo ta jest jak wiadomo znakomita i budzi powszechny podziw, stosunki z Berlinem i Moskwą są tak dobre, że buzi dać. Słupki poparcia trzymają się jak zamurowane.
Jakiś robak dręczy sterników naszej nawy państwowej. Strach przed prokuratorem i sądem minął – ale pozostał, a nawet nasilił się strach przed ulicą. W całej Europie „motłoch” wylega na ulice i czepia się polityków. Strach ma wielkie oczy. Pojawił się napis na transparencie – nadciąga las (odwołanie do Makbeta). Ten las zmaterializował się na stadionach. Kibice okazali się odporni na propagandę sukcesu. Przed sejmem jacyś dzicy spalili 560 krzesełek, symbol parlamentarnej demokracji. Mało kto to zauważył, bo policja chwaliła demonstrantów za ład i porządek. W kinach wyświetlają film „Uwikłani” – instruktaż, jak poradzić sobie z demonami przeszłości.
Jeszcze wierny lud gapi się w telewizję i nie chce zmian. Kto ma dach nad głową, dostęp do środków publicznych, dobrą pracę albo wysoką emeryturę, ten wie, że mieszka na zielonej wyspie. Kto się omsknął i już tonie, może jeszcze wierzyć, że sam sobie winien. Młodzi ludzie, którzy nie mogą pracy znaleźć albo harują od świtu do nocy bez żadnej perspektywy na przyszłość, pocieszają się, że to pech, chwilowe niepowodzenie. Są przecież młodzi, pełni entuzjazmu, nowocześni. Jednak slogan, że pracę znajdzie każdy, kto naprawdę chce, coraz częściej okazuje się oszustwem. Uwiedzionych propagandą sukcesu twarde lądowanie przywraca do rzeczywistości.
W Gdańsku jedyną pracą, którą znalazł absolwent technikum, było rozrzucanie tłucznia przy przebudowie torów tramwajowych. Praca dobrze płatna – 10 zł za godzinę netto, ale warunki umowy drakońskie. Jeśli robotnik zrezygnuje w ciągu pierwszych trzech dni, nie dostanie ani grosza. Za jeden dzień nieobecności kara wynosi 100 zł. Nie ma żadnych dni wolnych, a z zawartych w umowie 10 godzin pracy na dobę zrobiło się 12 godzin. Matka radziła synowi, aby powołując się na konstytucyjne prawo do praktyk religijnych zażądał wolnych niedziel. Nie dało to rezultatu. Być może, gdyby był muzułmaninem, dostałby wolne piątki, jeśli Żydem – wolne soboty. Kiedy okazało się, że ból mięśni nie mija przez noc oraz nie ma możliwości odebrania świadectwa maturalnego i zapisania się na studia, młody człowiek zrezygnował z pracy. Jego starsi koledzy zostali, są silniejsi, w domu czekają głodne dzieci. Każdy mądrala powie: „Po co rozrzucać tłuczeń, lepiej świadczyć usługi internetowe”. Praca fizyczna jest w pogardzie, a wykonujący ją ludzie są wyzyskiwani bez litości.
Rywalizacja z systemem komunistycznym zmuszała kapitalizm do respektowania praw pracowniczych i związkowych. Marksizm przegrał. Tzw. państwo opiekuńcze jest likwidowane jako szkodliwy dla gospodarki anachronizm. Mam nadzieję, że dla wszystkich już jest jasne, dlaczego pierwszą „Solidarność” trzeba było zniszczyć. Teraz wszyscy się na nią powołują, ale przypominanie, że był to związek zawodowy, wywołuje konsternację.
Strach przed komunistyczną zarazą zniknął. Dla wyzyskiwaczy nastało dolce vita, gospodarka rozwinęła się wspaniale i nawet na kryzysie można dobrze zarobić. Banki nadal pożyczają pieniądze na obsługę długów. Nazywa się to pomocą międzynarodową w imię solidarności. Odsetki od tych długów w krajach bankrutujących sięgają już 30 procent. Biznes jest pewny, bo rządy nie pozwolą, aby banki poniosły stratę. Trzeba tylko dokręcić śrubę „darmozjadom” z ulicy.
Jeśli jedynym lekarstwem na światowy kryzys jest zwiększanie wyzysku, to znaczy, że znaleźliśmy się na równi pochyłej i pędzimy do ściany.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 25 lipca 2011 | opinie
Pierwsze, zapamiętane długie oczekiwanie na opóźniony pociąg? To zdaje się mała, wielkopolska stacja Czempiń, mroźna zima może w połowie lat 80. Bodaj dwie godziny spóźnienia pociągu osobowego na trasie Poznań-Wrocław. Niebiesko-żółta jednostka z siedzeniami z brudno-brązowego skaju, oczekiwana tęsknie jak wizyta Gwiazdora (wielkopolski święty Mikołaj). Tyle że wtedy odziedziczony po Prusakach dworzec w Czempiniu miał jeszcze, obok poczekalni, duży, ciepły bufet.
Bufet został skutecznie na początku III RP zdekomunizowany, tj. odcięty od reszty dworca cegłami, szarą zaprawą i przerobiony na magazyny. Ale to nie był koniec skutecznej dekomunizacji: to, co pozostało z dworca, okoliczna młodzież na długie lata upstrzyła obyczajowo-wulgarnymi napisami od podłogi po sufit. Jak kapitalizm, to kapitalizm.
Tak, PKP, Anno Domini 2011 to naprawdę znakomity wehikuł czasu. To chyba wliczone jest w cenę biletu. Czasem te podróże w czasie łączą w sobie w jakiś perwersyjny sposób stare i nowe w arcypolski mix. Ot, środek zimy 2010, Warszawa Centralna, kolosalne opóźnienia, remontowany dworzec w stolicy nadwiślańskiego państwa pozbawiony świetlnych tablic informacyjnych, jeden oblegany punkt informacyjny, z megafonów dobiega jakiś niewyraźny pogłos. Trudno nawet uwierzyć megafonom, tu już nawet alegoria Kaczmarskiego na nic. Ścisk, chaos i dłużyzna opóźnień. Z jednego peronu raz za razem odjeżdżają bliżej niezidentyfikowane pociągi, co jeszcze wzmaga wrażenie pandemonium.
I w tym wszystkim, raptem, wybrzmiewa jasno i wyraźnie słyszany głos, że podróżni międzynarodowego pociągu, przebijającego się przez kraj papieża, Wałęsy i polskiej kiełbasy gdzieś na Zachód, proszeni są na gorącą kawę do „Strefy VIP”. I pomyślałem wtedy, że jednak w Polsce po „Solidarności” wciąż warto wyjeżdżać międzynarodowym pociągiem na Zachód. A jeśli, człowieku, akurat nie jesteś w trakcie takich wojaży, to wcale nie znaczy, żeś podróżnym drugiej kategorii, szarakiem czekającym na swoje InterRegio, czy nawet IC relacji Warszawa-Kraków. Po prostu nie dla wszystkich nastarczyło kawy. I to niczyja wina, że chamstwo wciąż się pcha na dworce, zamiast przesiąść się na jakieś bardziej wygodne środki transportu.
Przy odrobinie wyobraźni można by uznać, że to zaproszenie wybranych na kawę do „Strefy VIP”, ostentacyjnie podane przez megafony tłumowi zdezorientowanych, mocno poirytowanych, zmęczonych pasażerów, to symbol naszej rodzimej odmiany kapitalizmu. Symbol arogancji i nowych podziałów społecznych. Ale komu by się chciało wysilać na takie metafory, gdy marzy tylko, by wsiąść do pociągu byle jakiego.
Tak, a ten pociąg – wracając do czasów dzieciństwa – faktycznie wciąż jakiś byle jaki, lepki, albo przegrzany, albo wyziębiony, albo stoi w polu, a na zewnątrz polskie wiosna, lato, jesień, albo zima, a w środku płacz i zgrzytanie zębów, ucisk i strapienie, arogancka obsługa w WARS-ie, znudzony wszystkim konduktor, skonfundowany zagraniczny turysta, przyglądający się z bliska hiperborejskim porządkom, bo pechowo wsiadł nie do tego pociągu, o którym sądził, że kupił bilet, gdzieś w Toruniu czy Bydgoszczy.
I teraz nad cudzoziemcem złośliwie anty-polskojęzycznym stoi konduktor, i patrzą na siebie, i nic nie rozumieją, no, może oprócz tego, że konduktor wie, że cudzoziemiec jeszcze nie wie, że konduktor już wie, że zaraz wypisze „panu etranżerowi” odpowiednią dopłatę za ten luksus, jakim jest podróż pociągiem z mrugającym w usterce (albo i w rozterce) oświetleniem i zapchanym kibelkiem, bez wody w nieco przybrudzonym kranie, za to z mnóstwem szarych, papierowych ręczniczków na podłodze i kostką mydła przyklejonego do dna umywalki. I ten dyskretny zapach tytoniowego dymu w toalecie, i ten pet w ubikacji. Skąd on tam? „Elementarne, drogi Watsonie”: jesteśmy w Europie, „całkowity zakaz palenia”.
I za to wszystko należy się dopłata. Ale chyba najbardziej za widoki za oknem, za ten krajobraz pełen pól, lasów i łąk, ze słońcem odbijającym się obojętnie od dziesięcioleci w lekko przybrudzonych oknach, roziskrzającym kurz na niesfornych firankach drugiej świeżości.
I tak to się właśnie podróżuje, niby z punktu A do punktu B, a w gruncie rzeczy w przeszłość, brodzi się rzeczką czasu pod prąd, albo – trafniej – wydeptuje torami kolejowymi drogę w drugą stronę, a te tory kolejowe zarastają, rdzewieją, ktoś kradnie podkłady. I gdy zmorzy mnie sen, mijam w onirycznym widzeniu jedną po drugiej pustawe stacje, gdzie już nie uświadczysz bileciku z twardego kartonu, przyrdzewiałe tablice z nazwą przystanków, poniszczone ławki na peronach, zamknięte na cztery spusty toalety, cuchnące latem uryną i lizolem. I nie wiem, w pół uśpieniu, czy to „teraz”, czy „niegdyś”, czy to rok 2011, 1994, 1985, choć tyle się zmieniło przecież i wszystko jest bardziej światowe, anglojęzyczne, a w IC za darmo można dostać kawę i ciasteczko. Ot, peryferyjne, małe radości dla raczkujących jeszcze przedstawicieli cywilizacji zachodnioeuropejskiej.
Najciekawsze jest jednak w tym wszystkim, że naprawdę lubię podróżować PKP. Lubię przykleić nos do szyby, a wcześniej westchnąć z ulgą: „jedziemy”. I lubię podmiejskie jednostki pełne uczniów. I zadbany dworzec w Lesznie Wielkopolskim, gdzie podają niezłe hamburgery, a toaleta dworcowa jest naprawdę czysta. Ale to wszystko chyba, po trosze, dziwny sentymentalizm środkowoeuropejczyka, dla którego czas i miejsca zawsze wracają do jakiegoś magicznego punktu w przeszłości i nie pojmie tego mędrca „szkiełko i oko”.