Nowe utopie andaluzyjskie

Południe Hiszpanii to wymarzone miejsce ucieczek od instytucji i infrastruktury. W położonym kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Almerii Las Negras można się rozkoszować szelestem ręcznie szytych ubrań z pobliskiego sklepu, popijać niezobowiązująco piwo, a wzrok skierować na białe żagle na tle morskiego ciemno-błękitu.

Półtoragodzinna wycieczka w pobliskie góry dostarcza jeszcze mocniejszych wrażeń. W opuszczonej rybackiej wiosce powstała prawdziwa anarchistyczna komuna. Można tu podziwiać domki złożone z kilku głazów i paneli słonecznych, popatrzeć na cień palmy nad ogrodem warzywnym i wrócić motorówką lub pieszo na łono białych domów, ręcznie szytych ubrań i olbrzymich kotów przeciskających się przez wąskie uliczki.

Po wyczerpującej wycieczce proponujemy relaks przy lekturze tekstów o kooperatywie wiejskiej, gdzie, jak napisał portal kapitalizm.org, „udało się zrobić komunizm”. Mieszkańcy Marinaledy (ok. 100 km na wschód od Sewilli) okupowali leżące odłogiem ziemię książęce tak długo, aż oddano im całe 1200 hektarów. Na zajętych terenach uprawia się m.in. karczochy, paprykę i brokuły, każdy mieszkaniec ma zapewnioną pracę w spółdzielni, półdarmowe mieszkania z materiałów dostarczonych przez andaluzyjski samorząd (ściślej mówiąc, trzeba przy ich budowie pracować przez 450 dni, ale kto by traktował wymianę barterowa jako jedną z form obrotu rynkowego) i wynagrodzenie w wysokości 1126 euro miesięcznie.

To tyle, jeżeli chodzi o fakty, ciąg dalszy można sobie bez trudu wyobrazić. Wersja prawicowa: anachroniczny pomysł z „minionej epoki” (z której? – zapytałby dociekliwy czytelnik? Rządów generała Franco?), Marinaleda musi odejść. Wersja lewicowa: olbrzymie zdjęcia burmistrzowskiej arafatki z włodarzem miasta w tle, wskazane śródtytuły ¡No pasarán! względnie ¡El pueblo unido, jamás será vencido! Co wybierasz: patetyczne okrzyki czy paternalistyczne poklepywanie po plecach? Innej drogi nie ma.

Za przykład może posłużyć historia Jerome’a Mintza, amerykańskiego antropologa, który w 1963 r. osiedlił się w miejscowości Casas Viejas. Miejscowym wydawał się sympatycznym, acz nieco dziwnym człowiekiem – zadawał mnóstwo pytań. „Nie wiem”, „Nie było mnie wtedy w domu”, „Nie pamiętam, jak się nazywali” – takie początkowo uzyskiwał odpowiedzi. Rekonstrukcja tragicznych wydarzeń z 1933 roku, kiedy to wojsko dowodzone przez porucznika Rioja spaliło żywcem miejscowych przywódców libertariańsko-komunistycznego powstania, zajęła mu 3 lata. „Grałem wtedy w piłkę w pobliżu…”, „Brat był wśród zatrzymanych”, „Czuć było zapach spalonego mięsa”.

W końcu doszło do wyznania: „Pamiętam to jak dzisiaj. Słuchaj, powiem ci w końcu jak było naprawdę, byłem jednym z przywódców ruchu”. Wszystkie te historie Mintz  umieści w wydanej w 1983 książce „The anarchists of Casas Viejas”. Towarzyszyć im będą suche zeznania wojskowych, zaczerpnięte z oficjalnej dokumentacji zdarzeń: („Byliśmy zmęczeni po 48 godzinach marszu, przyszedł rozkaz szybkiego stłumienia zdarzeń”) i odniesienia do sięgającej drugiej połowy XIX wieku historii anarchizmu w nieznającej rewolucji przemysłowej południowej Hiszpanii, „gdzie Bakunin był bardziej popularny niż Marks”.

Zdarzenia z roku 1933 były początkiem tragedii. Wkrótce miała wybuchnąć wojna, wobec której część mieszkańców dokona szybkich wyliczeń opartych o rachunek prawdopodobieństwa. Częste będą efektowne  transgresje – miejscowy nauczyciel, zdeklarowany socjalista, krótko po wkroczeniu wojsk Franco nosi koszulę z symbolem Falangi. Część mieszkańców Casas Viejas pójdzie w ślady nauczyciela, część pójdzie za Republiką. Część pójdzie po śmierć, inni zmuszeni zostaną do grzebania zwłok sąsiadów. „Ojciec potem nie mógł jeść przez 8 dni” – wspomina jeden z rozmówców Mintza. Szczegółowa dokumentacja jest pozbawiona patosu i paternalistycznych uwag.

Opis detaliczny do bólu – oceni Rachel Patrick Conover, recenzentka „Cultural Analysis”. Większość  zainteresowanych wydarzeniami w regionie nie pokusiła się o rozmowę z mieszkańcami. Ten błąd popełnił m.in. marksistowski historyk Eric Hobsbawm, który w oparciu o niesprawdzone informacje z niezaangażowanego w ruch  70-latka uczynił „charyzmatycznego lidera”, dopasowując fakty do przyjętych uprzednio założeń teoretycznych.

Uczestniczący w wydarzeniach czynnik ludzki jest dla nich zbyt nieprzewidywalny i zbyt kosztowny – wygodniej jest pisać rewolucyjne poematy z daleka od prozy rewolucyjnej rzeczywistości i codziennych „kooperatywowych” sporów o celowość wydania wspólnych pieniędzy na lekarza, z którego nie wszyscy będą korzystali z jednakową częstotliwością. Dobrzy oburzeni to teoretyczni oburzeni – tacy nie kłócą się, nie mają wad, nie mówią brzydko, śpiewają w jednym chórze i dobrze wychodzą na fotografiach w sepii. Lepiej trzymać się od protestujących z daleka, niezależnie od tego, czy okupują szkołę, czy idą w manifestacji. Zrobić zdjęcia z bezpiecznej odległości, przerobić na komiks i umieścić w dymkach frazesy o wzniosłych ideałach. Tak będzie też korzystniej – fakty mówią same za siebie. Po marksiście Hobsbawmie i innych teoretykach ruchów anarchistycznych został rozgłos, po Mintzu skrawki informacji w internecie i 23 kilogramy dokumentacji (obejmującej nagrania, notatki i filmy).

O nieprzystawalności pomysłów Mintza do rzeczywistości świadczyć może próba zmierzenia ich dzisiejszymi kryteriami konkursów dla młodych naukowców. Jako organizatorom, zależy nam na wysokiej jakości produkcji, dlatego też starannie selekcjonujemy rozpoczynających karierę. Mile widziane osoby w wieku do 35 lat, posiadające publikacje w uznanych periodykach naukowych lub autorstwo monografii anglojęzycznej. Projekt nie musi mieć bezpośredniego znaczenia praktycznego, ale mile widziane, jeżeli autor napisze, jakie znaczenie wyniki będą miały dla rozwoju nauki i biznesu, władz lokalnych i rozwoju przedsiębiorczości. Suszyć, skruszyć, zmielić, zważyć, niech pomysły mienią się osobomiesiącami.

Dlatego też z ubolewaniem zmuszeni byliśmy odrzucić wniosek pana Jerome’a Mintza, który nie posiadając publikacji w uznanych periodykach, postanowił zainteresować się problematyką ruchu anarchosyndykalistycznego w Hiszpanii. Zbyt długi był czas realizacji projektu: trzy lata badań w terenie. Autor nie sprecyzował, kiedy uzyska pierwszy wywiad, nie umiał określić, ile czasu zajmie mu zdobycie zaufania mieszkańców Casas Viejas, nie wycenił wartości tego etapu, nie przeliczył na odpowiednią walutę. Przedstawione wyniki badań są niejasne, nie da się na ich podstawie opracować praktycznych wskazówek dla samorządu lokalnego i przedsiębiorców. Zbyt bliskie relacje badacza z obiektem badania grożą utratą obiektywizmu i  uzyskaniem niemierzalnych wyników. Klasyfikacja wniosku: niezakwalifikowany do finansowania.

Przeszedł za to projekt opracowujący badania marketingowe dla czterogwiazdkowego hotelu o nazwie „Utopia”, który stoi obecnie w Casas Viejas w miejscu spalonej chaty. Uzasadnienie: projekt w ciekawy i innowacyjny sposób przedstawia projekt zbadania postaw konsumenckich wobec pakietu „weekend w Utopii plus pobyt na polu golfowym”.

Agata Młodawska

Medialny rozkład

Media – zajęte informowaniem, że nowy rozkład wszedł życie „zgodnie z planem” i ruch pociągów odbywa się „bez zakłóceń” – zapomniały dodać, iż zmiana rozkładu oznaczała całkowitą likwidację pociągów regionalnych na 257 kilometrach linii kolejowych.

Wieczór 11 grudnia 2011 r., dzień wejścia w życie nowego rozkładu jazdy pociągów. Prowadząca główne wydanie „Wiadomości” TVP Małgorzata Wyszyńska stwierdza: „Może trudno w to uwierzyć, ale tym razem zmiana rozkładu jazdy kolei nie sprawiła praktycznie żadnych problemów”.

Słowa dziennikarki szybko potwierdzili przypadkowi pasażerowie. „Bez problemu”, „żadnych problemów i żadnych zastrzeżeń” – przede wszystkim takie wypowiedzi na temat nowego rozkładu jazdy przebiły się w sondzie „Wiadomości” przeprowadzonej na dworcu Poznań Główny.

Pozytywny obraz zmiany rozkładu jazdy zaprezentowały nie tylko media publiczne. „Chaosu na kolei nie było” i „pasażerowie bez problemów odnaleźli się w nowej kolejowej rzeczywistości” – donosiło Radio Zet, a „Rzeczpospolita” pisała, że przy zmianie rozkładu „nie było chaosu i paniki”, a „sytuację monitorował specjalny zespół powołany przez ministra transportu”.

Bez zakłóceń

To, że przekaz medialny na temat ostatniej zmiany rozkładu jazdy pociągów był wyjątkowo pozytywny, potwierdza Instytut Monitorowania Mediów, który zbadał 494 materiały zawierające frazę „nowy rozkład PKP”, jakie ukazały się w ciągu pierwszych 36 godz. obowiązywania rozkładu jazdy pociągów 2011/2012. Jak wynika z badania instytutu, media – opisując zmianę rozkładu – zasadniczo używały stwierdzeń „bez utrudnień”, „zgodnie z planem” oraz „bez problemów”. Najczęściej – bo aż 176 razy – w analizowanych materiałach medialnych padła fraza „bez zakłóceń”.

Co istotne, stwierdzenia „bez zakłóceń” – które bardzo szybko opanowało media – jako pierwszy użył Sławomir Nowak, minister transportu, budownictwa i gospodarki morskiej. Nowak – umieszczając w niedzielny poranek na swoim profilu w portalu społecznościowym Twitter wpis „Pierwsze 6 godz. nowego rozkładu jazdy bez zakłóceń” – nadał ton przekazom medialnym.

Jak czytamy w raporcie Instytutu Monitorowania Mediów, „minister Nowak był tego dnia gwiazdą PKP – pojawił się w 40% przekazów na temat zmiany rozkładu jazdy, z czego w 70% przypadków zacytowano jego wypowiedzi właśnie z Twittera”.

Nie odnotowano istotnych utrudnień

Równolegle z dużą skutecznością zadziałały służby prasowe Grupy PKP, które przez cały pierwszy dzień obowiązywania nowego rozkładu jazdy regularnie rozsyłały do mediów e-maile informujące o sytuacji na sieci kolejowej.

Z otrzymywanych co 2-3 godz. e-maili dziennikarze „obsługujący” zmianę rozkładu jazdy dowiadywali się, że „dyspozytura Główna Centrum Zarządzania Ruchem Kolejowym nie odnotowała istotnych utrudnień”, „nad sprawnym wprowadzeniem rozkładu jazdy czuwa Zespół Monitorujący Grupy PKP”, a „95% wszystkich pociągów kursujących dzisiaj w Polsce dojechało do celu zgodnie z planem”.

Pierwszego dnia obowiązywania nowego rozkładu jazdy uruchomiono 3113 pociągów pasażerskich. 95-procentowa punktualność oznacza więc, że 156 pociągów dotarło do stacji docelowych z opóźnieniem. Tymczasem z komunikatów rozsyłanych przez służby prasowe Grupy PKP można było dowiedzieć się o zaledwie czterech zakłóceniach w ruchu. Nawiasem mówiąc, w wydawanym przez spółki Grupy PKP tygodniku „Kurier Kolejowy” w tekście „Nowy rozkład jazdy zgodnie z planem” napisano o „pojedynczych incydentach”.

Jednym z pojedynczych incydentów było 70-minutowe opóźnienie pociągu EuroNight „Jan Kiepura” z Amsterdamu. W komunikacie natychmiast jednak zapewniono, że „w Poznaniu pociąg zmniejszył opóźnienie do 40 minut” i dodano jeszcze, iż „opóźnienie to nie ma związku z wprowadzeniem nowego rozkładu jazdy, ani działaniem kolei na terenie Polski”.

Zgodnie z planem

Poranny wpis ministra Sławomira Nowaka w portalu Twitter oraz komunikaty służb prasowych Grupy PKP naprowadziły dziennikarzy na patrzenie na zmianę rozkładu jazdy poprzez pryzmat opóźnień i innych zakłóceń w ruchu pociągów. W efekcie media – zajęte relacjonowaniem, że nowy rozkład wszedł życie „zgodnie z planem” i ruch pociągów odbywa się „bez zakłóceń” – co najwyżej prześlizgiwały się po temacie zmian w ofercie przewozowej: zmieniającej się sieci połączeń i zmieniających się czasach przejazdu.

Nie sposób więc było dowiedzieć się z mediów, że na wielu trasach wciąż wydłużają się czasy podróżowania koleją. Przykładowo, wraz z wejściem w życie nowego rozkładu czas przejazdu z Przemyśla do Szczecina wydłużył się o ponad dwie godziny (z 14 godz. 23 min. do 16 godz. 27 min.)!

Trudno było w mediach znaleźć informację, że wraz z wejściem nowego rozkładu jazdy do długiej listy kurortów pozbawionych połączenia kolejowego (m.in. Busko-Zdrój, Duszniki-Zdrój, Karpacz, Kudowa-Zdrój, Lądek-Zdrój, Mikołajki, Mrągowo, Polanica-Zdrój, Połczyn-Zdrój, Świeradów-Zdrój) dołączyły kolejne dwa miasta: Ciechocinek i Darłowo.

Ostatnia zmiana rozkładu jazdy oznaczała likwidację pociągów regionalnych na 257 km linii kolejowych. To dokładnie jedna czwarta poziomu największej w historii polskiej kolei fali zawieszeń z kwietnia 2000 r., kiedy pociągi wycofano z 1028 km linii kolejowych.

W grudniu 2011 r., wraz z wejściem nowego rozkładu jazdy, pociągi regionalne zniknęły z następujących odcinków: Sławno – Darłowo, Ciechocinek – Aleksandrów Kujawski, Inowrocław – Babiak, Jarocin – Kąkolewo, Leszno – Głogów, Tarnowskie Góry – Zawadzkie i Lwówek Śląski – Zebrzydowa. Ponadto zlikwidowany został ruch na kolejowym przejściu granicznym Czeremcha – Vysokolitovsk na granicy polsko-białoruskiej. Telewizja, radio i prasa wszystko to jednak przemilczały.

Spokojne przejście

Z okazji wejścia w życie nowego rozkładu jazdy media zaserwowały opinii publicznej dzień dobrych wiadomości. Dziennikarze – czerpiąc z komunikatów prasowych Grupy PKP i wpisów ministra w internecie – skupiali się na tym, że kolej kursuje zgodnie z rozkładem jazdy, jednocześnie nie wspominając, że na wielu trasach pociągi jeżdżą coraz wolniej albo… wcale. Niespodziewanie jednym głosem przemówiły różne media: telewizja publiczna („Zmiana rozkładu jazdy kolei nie sprawiła praktycznie żadnych problemów”), często krytyczny wobec rządu dziennik „Rzeczpospolita” („Zmiana rozkładu PKP bez chaosu i opóźnień”), jak i wydawany przez spółki Grupy PKP „Kurier Kolejowy” („Nowy rozkład jazdy zgodnie z planem”).

Tę optymistyczną jednomyślność mediów docenił minister Sławomir Nowak, przekazując dziennikarzom słowa uznania: „Dziękuję mediom za pomoc w informowaniu ludzi o zmianach w rozkładzie jazdy. Spokojne przejście przez zmianę to norma, a nie nadzwyczajna sytuacja” – napisał minister transportu na portalu Twitter, gdy pierwszy dzień obowiązywania nowego rozkładu jazdy dobiegał końca.

Karol Trammer

Tekst pierwotnie ukazał się w dwumiesięczniku „Z Biegiem Szyn”, nr 57, styczeń-luty 2012; http://www.zbs.net.pl


Warning: Undefined array key "extension" in /home/klient.dhosting.pl/macmas/obywatel3.macmas.pl/public_html/wp-content/themes/Divi/epanel/custom_functions.php on line 1479
Moja siostra pogarda

Moja siostra pogarda

Nigdy nie zapomnę materiału telewizyjnego, przygotowanego przez jedną z wiodących prywatnych stacji, gdy otwarto słynny już peron we Włoszczowej. Szczególnie utkwiła mi w głowie scena, gdy zapytano o zdanie mieszkańców. Dziwnym trafem, jako grupę reprezentatywną wybrano kilku panów zmęczonych życiem, słabo mówiących w ojczystym języku i wyraźnie podlanych alkoholem. Było to jak mrugnięcie okiem do odbiorcy: patrzcie, dla takich osobników marnuje się pieniądze podatnika.

W zmasakrowanym przez bogoojczyźniane deklamacje wierszu „Przesłanie Pana Cogito” poeta zapisał gwałtowne słowa: „niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda / dla szpiclów katów tchórzy – oni wygrają”. Przyznam, że do katalogu tych nieprzyjemnych person dodałbym jeszcze – przykładowo – wykonawców i zamawiających wzmiankowany wyżej materiał „informacyjny”. I całe rzesze im podobnych pomagierów, piewców i pożytecznych idiotów w służbie realnego liberalizmu.

To są rzeczy powszechnie znane, ale warto o nich czasem przypomnieć: jeśli chcecie poczytać lub obejrzeć film o losach ofiar transformacji, np. z popegeerowskiej wsi, dostaniecie z reguły w zestawie obskurny sklep, a przed nim paru leniwych i roszczeniowych pijaków, płaczących rzęsiście za Gierkiem (nie wiedzą, że w dobrym tonie jest płakać ewentualnie po Wilczku). Będą to typy budzące politowanie i praktycznie pozbawione cech osobowościowych. Nawet ustawieni na pierwszym planie byli chłoporobotnicy, czyli „pańszczyźniani”, muszą sprawiać wrażenie statystów (uwielbiam, gdy słowo „pańszczyźniani” z uroczą kon-liberalną wyższością wymawiają czytelnicy i epigoni redaktora Ziemkiewicza, każdy jak wiadomo pan z panów i magnat z magnatów).

Bo, w gruncie rzeczy, w porządku ideologicznym i społeczno-ekonomicznym III RP nieudane dzieci transformacji są wyłącznie szarą masą, nawozem pod nowy, wspaniały świat. Gdzie drwa rąbią, wióry lecą, konieczne koszta transformacji, itd., itp.; liczy się ekonomia, elastyczność, e-zdolności, ewentualnie znajomości. Może te ostatnie najbardziej. A jakimi znajomościami może dysponować były pracownik PGR, z organizmem zniszczonym wieloletnią harówką dla Polski Ludowej? Teraz nieszczęsny w wójcie swojej gminy ledwie rozpozna dawnego towarzysza sekretarza, który kocha(ł) tamtą i tę Polskę: miłością trochę może szorstką, w pewnych kręgach nazywaną brzydko pieprzeniem. Jakie znajomości może mieć były szeregowy członek „Solidarności”, dziś pechowo rencista? Pod baldachimem obnoszą proboszcza dawni partyjniacy i lokalni „liderzy opozycji”, on stoi w kościele daleko z tyłu. No i dobrze, przynajmniej jest jak w Ewangelii. Jakie znajomości może mieć szwaczka z Łodzi, zatrudniana „z łaski” na czarno, samotnie wychowująca dwójkę, trójkę dzieci? Pech, ma tylko podniszczone mieszkanie w zabiedzonej kamienicy, a w nim kolorowy telewizor. Na szczęście są jeszcze polskie seriale. Kochamy polskie seriale – to dzisiejsze opium dla ludu.

A właśnie, co do „koniecznych kosztów transformacji”: dziwnym trafem ponieśli je nie architekci owego procesu, lecz rzesze kobiet i mężczyzn (na kogo wypadnie, na tego bęc!). Otóż te rzesze muszą być szare, sformatowane, niezbyt widoczne i nie nazbyt wyraziste, bo gdyby ci ludzie mieli swoje twarze, własne życiorysy, ludzkie przeżycia, aspiracje, tęsknoty, dramaty i namiętności – rozerwaliby linię i melodię transformacyjnej kołysanki; mantry, usypiającej społeczne sumienie. To muszą być „nierobotni popegeerowcy”, zniszczeni ludzie z Włoszczowej, w domyśle śmierdzące lenie i nieroby, życiowe niedojdy i patałachy – zupełnie inny gatunek człowieka, niż biznesmeni o szerokich karkach (mdliło mnie na ich widok w latach 90.), panowie publicyści kręcący nosami na miejską komunikację („Boże, jak tam śmierdzi!” – bo śmierdzi im ta masa człekokształtna, albo polakopodobna, albo nieeuropejska), pretensjonalne damulki od charytatywy-recydywy i synkowie i córuchny beneficjentów transformacji, po rodzicach dziedziczący zwykle pogardę do państwa i zdolność żerowania na nim – da się przecież jeszcze coś wydoić z tej wychudłej krowy mlecznej rasy biało-czerwonej, nazywanej Polską.

I jak ma mnie nie opuszczać moja siostra pogarda, gdy na co dzień i od święta widzę to rozpanoszone towarzystwo, bucowate i zadowolone z siebie, przekonujące (nie tylko) z wiodących gazet i telewizji, że najlepszym remedium na nędzę prywatyzacji jest jeszcze więcej prywatyzacji, że liczy się jedynie osobista korzyść i sukces, albo że lewicowość jest akceptowalna, gdy kolorowa i bez jaj, a Polska to i owszem, ale pod warunkiem, że w pakiecie weźmiesz „Solidarność”, lecz z Akcji Wyborczej, wolny rynek, miłość do Margaret Thatcher i uroczy slogan przyjemniaczków tnących gałąź, na której siedzą: „Donald, gdzie są niskie podatki, koleżko?”. Jak to gdzie są? Tam, gdzie być powinny, czyli w kieszeni bossów, u których robicie za pożytecznych idiotów.

Jak ma mnie opuścić moja siostra pogarda, gdy jedyną odpowiedzią na skrzek rzeczywistości jest bicie w bogoojczyźniane tam-tamy (prędzej niebo spadnie nam na głowę, niż zmienią Polskę na lepsze ronda i ulice Jana Pawła II i „Solidarności”), albo „tout va bien”, wyśpiewywane przez medialnych dandysów za odpowiednio gruby szmal. Jak nie odczuwać pogardy wobec powszechnych praktyk budowania coraz wyższych murów milczenia wokół wszystkiego, co wypada poza obraz Polski, sformatowanej pod interesy oligarchów i polityków?

Przed świętami do furtki zadzwonił mężczyzna w średnim wieku. Zapytał o złom, zostawił wizytówkę: „Zbyszek. Wywóz ZŁOMU, sprzątanie piwnic i strychów”. Wysoki, solidnie zbudowany mężczyzna. Pomyślałem, jak dobrze byłoby opisać jego historię i filozofię życia. Czy zbieraniem złomu zarabia na rodzinę? Na chleb i mleko dla dzieci? Na alkohol i papierosy? Na jedno i drugie? Gdzie mieszka? Ile zarabia? Na co wydaje pieniądze? Czy jeździ na wakacje? Jaki ma zawód wyuczony? Kim jest?
...Oczywiście, pana Zbyszka nikt nie zaprosi na galę small biznesu. Podobnie wałbrzyskich biedaszybników. A to przecież tacy właśnie ludzie radzą sobie jak potrafią w polskiej rzeczywistości, wypychani na margines, oficjalnie nieobecni. Bo nie pasują ani do współczesnej propagandy sukcesu, ani do „stylu życia”, wedle którego nawet ubogi absolwent prywatnej uczelni, z taką sobie znajomością języka obcego, powinien starać się o pracę – bo ja wiem – marketingowca, pracownika mediów, handlowca. I w tanim garniturze, oblepiony potem i wymuszoną przebojowością sprzedawać ludziom polisy na życie, albo na godny pogrzeb. I patrzeć z góry na pana Zbyszka, taszczącego z kolegą z czyjejś piwnicy stary, zakamieniony i zardzewiały bojler.

W najgorszym razie taki absolwent prywatnej uczelni może podawać frytki w MacDonaldzie, tam zaczynając karierę od „pucybuta do milionera”. A jeśli pechowo nie zostanie milionerem? To załapie się może na zarobki w okolicach dwóch tysięcy z hakiem i szczęśliwy założy rodzinę. Albo wyjedzie lub zasili szereg „niewidzialnych Polaków”. Wtedy jego dzieci będą dostawać „szlachetną paczkę” na Boże Narodzenie i oglądać w telewizji tłustego Santa Clausa z reklamy wiodącego napoju gazowanego: jowialnego i dobrodusznego jak wszystkie dobrodziejstwa realnego liberalizmu razem wzięte. I będą klaskać w łapki Santa Clausowi, nie wiedząc, że robią to ku czci potwora. Tak to już bywa nie tylko w horrorach. A może któregoś pięknego dnia, gdy już nasz absolwent lekko posiwieje, podejdzie na ulicy do podstarzałego już pana Zbyszka i zapyta, czy nie mógłby mu pomóc pchać wózka ze złomem. Bo PKB, owszem, wciąż rośnie, ale akurat jego nie stać na lekarstwa dla żony, która właśnie ciężko zachorowała, z pewnością wskutek programowego nieróbstwa i objadania się cukierkami, jak to zwykle wedle liberałów chorują ludzie biedni.

Oczywiście, ktoś powie, że całą tę historię wyssałem sobie z palca. Cóż, nie da się ukryć, że prawdziwy jest tylko pan Zbyszek i jego wizytówka w moim portfelu. Bo przecież – w rzeczywistości – PKB rośnie, ten milion, co wyjechał na emigrację zarobkową, to tylko tak dla hecy, rozwarstwienie wcale nie wzrasta, biednych nie widać w galeriach handlowych (a jeśli już to są to pijacy, a każdy pijak to menel i złodziej), ani na zamkniętych osiedlach, a pani zza lady w spożywczaku zawsze jest uśmiechnięta. Któraś już z rzędu pani: bo uśmiech zostaje, zmieniają się tylko jego – że tak to nazwę – nosicielki. Cóż, takie czasy, nic nie poradzimy, że ładny uśmiech ważniejszy dziś od człowieka.

A gdy tak mnie męczy moja siostra pogarda i ten uśmiech realnego liberalizmu, biorę do ręki wizytówkę pana Zbyszka i mimo wszystko raźniej robi mi się na duszy. Bo ta wizytówka jest jak kawałek rzeczywistości, rozsadzający  śpiewną transformacyjną kołysankę.

Krzysztof Wołodźko

Polityczność wolontariatu

Dobiega końca Europejski Rok Wolontariatu, ustanowiony przez Radę UE w celu propagowania aktywności obywatelskiej. Fakt ten wydaje się słabo obecny w mediach, co niestety pokazuje, że jeden z celów inicjatywy – podniesienie świadomości na temat znaczenia wolontariatu – nie został osiągnięty.

Pod tym względem wydaje się, że jest gorzej niż w roku poprzednim, który był Europejskim Rokiem Walki z Ubóstwem i Wykluczeniem. Miało wówczas miejsce sporo debat i innych inicjatyw (jak np. publikacja raportu Social Watch: Ubóstwo i Wykluczenie Społeczne 2010), dzięki którym nastąpiła konsolidacja i integracja licznych środowisk działających zarówno w sferze socjalnej, jak i antydyskryminacyjnej. Nie przyniosło to wymiernych efektów politycznych – władze nie zrobiły nawet tak oczywistego kroku, jakim byłoby podniesienie kryteriów dochodowych, uprawniających do pomocy społecznej, nie mówiąc o bardziej dalekosiężnych przewartościowaniach w polityce społecznej. Same raporty, wydane społecznie, choć ciekawe diagnostycznie, również okazały się dość mało konkretne jeśli chodzi o rekomendacje. Zbudowanie płaszczyzny wymiany myśli, informacji i doświadczeń między szerokim wachlarzem środowisk, to jednak duży plus.

Rok wolontariatu nie spotkał się z równym rozgłosem, zwłaszcza wśród środowisk, które możemy określić jako opiniotwórcze. Być może nie jest to wina organizatorów, lecz charakteru samych zjawisk. Obszar biedy w Polsce jest ogromny, a sfera wolontariatu i działalności społecznej – relatywnie skromna. Bieda, choć często ukryta (a także niejako dodatkowo ukrywana przez część mediów głównego nurtu), jednak wychodzi na wierzch i straszy na każdym kroku. Natomiast wolontariat jest często niewidoczny, rozproszony w postaci wysiłków wielu pojedynczych osób. Nierzadko działają one w miejscach, w które niechętnie zaglądają kamery i mikrofony – w hospicjach, ośrodkach pomocowych, domach dziecka, zaniedbanych podwórkach czy mieszkaniach osób starszych lub niepełnosprawnych itp. Zwłaszcza słabo widoczny w przestrzeni publicznej jest tzw. wolontariat długoterminowy, który z punktu widzenia  więziotwórczego i rozwojowego ma szczególne znaczenie.

Choć więc Rok Wolontariatu został – sądząc po efektach – nie najlepiej wykorzystany jeśli chodzi o uobecnienie tej tematyki w debacie publicznej, niekoniecznie musi być stracony. Pod auspicjami Departamentu Pożytku Publicznego Ministerstwa Polityki Społecznej ukazał się bowiem ciekawy raport o nazwie „Długofalowa polityka rozwoju wolontariatu w Polsce”.

Już sama nazwa przykuwa uwagę. Zwykliśmy myśleć o wolontariacie jako czymś oddolnym, spontanicznym i zasadniczo dalekim od tego, co polityczne w tradycyjnym sensie. Tytuł raportu sugeruje natomiast, iż wolontariat jest przedmiotem polityki publicznej, z wykorzystaniem jej instrumentów prawnych, informacyjnych i finansowych.

Nie ma sensu szczegółowe omawianie w tym miejscu całego opracowania. Warto natomiast zwrócić uwagę na trzy priorytety operacyjne: 1) rozwój kultury wolontariatu, 2) wzmacnianie organizatorów wolontariatu, 3) wzmacnianie polityk publicznych ukierunkowanych na rozwój wolontariatu. Każdemu z powyższych celów przyporządkowane są bardziej szczegółowe kierunki działań, a całość zwieńczono rekomendacjami.

Najmniej twardym działaniom podlega może pierwszy z celów – podniesienie kultury wolontariatu – choć i tu wyznaczono kierunki dla systemowych poczynań, w dużej mierze w sferze edukacji, zarówno formalnej, jak i niesformalizowanej. Jednocześnie ten cel wydaje się zasadniczy – bowiem kultura wolontariatu i oddolnej działalności społecznej wygląda w Polsce blado na tle innych krajów, jeśli weźmiemy pod uwagę różne wskaźniki. Nie pozostaje to bez związku z szerszymi przemianami systemu politycznego nie tylko w trakcie ostatnich dekad.

Najpierw PRL, już w początkach istnienia, zniszczył wiele społecznych struktur, które krzewiły kulturę działalności obywatelskiej. W dodatku sam skompromitował ideę wolontariatu za pomocą tzw. czynów społecznych. Następnie przyjęta w dobie transformacji, a z pewnymi modyfikacjami istniejąca do dziś ścieżka rozwoju neoliberalnego, raczej nie sprzyjała postawom prospołecznym. Wręcz przeciwnie – premiowała indywidualizm i wyścig po prywatny materialny sukces.

Błędy tego okresu są szczególnie warte uwypuklenia, albowiem ich przypomnienie wskazuje, że przyczyn niskiej aktywizacji społecznej nie możemy szukać tylko w słusznie minionym ustroju. Z dzisiejszej perspektywy ważniejsze jest to, co miało miejsce w okresie realnego kapitalizmu, bowiem ten okres się nie skończył, a na jego dotychczasowych błędach wciąż możemy się czegoś nauczyć. Pamiętajmy przy tym, że okres PRL choć z jednej strony zniszczył wiele struktur, to z drugiej mimowolnie przyczynił się do obudzenia drugoobiegowych struktur solidarności i zaangażowania na rzecz innych. Toteż w momencie wejścia społeczeństwa w okres transformacji istniał pewien potencjał rozwoju kultury wolontariatu i aktywności społecznej, który nie został wykorzystany, o czym świadczy niewielkie zaangażowanie społeczeństwa w tego typu działania.

Widzimy zatem, że  skłonność do udziału w  wolontariacie nie tylko może być przedmiotem i potencjalnym instrumentem określonej polityki, ale także pośrednim skutkiem wybranego modelu rozwoju społeczno-ekonomicznego. Oczywiście zależność ta zachodzi także w drugą stronę: upowszechnienie wolontariatu jest czynnikiem prorozwojowym. We wspominanym raporcie, stroniącym od ocen polityczno-ideowych, wskazuje się m.in. na jego rolę w procesie integracji społecznej.

Dość oczywisty jest związek wolontariatu z kapitałem społecznym, pozostającym u nas na niskim poziomie wedle rozmaitych kryteriów – zarówno gdy jako miarę przyjmiemy poziom zaufania, jak i jeśli spojrzymy na skalę działalności społecznej. Przypomniały mi się w tym momencie opowieści przyjaciela (którego zresztą poznałem pracując z nim jako wolontariusz), pamiętającego czasy głębokiego PRL. Wspominał o realizacji „czynów społecznych”, do których kierowały go zakłady pracy. Choć przyznawał, że był to „pic na wodę”, podkreślał zarazem, że sprzyjał integracji ludzi, którzy w pozazawodowej scenerii spotykali się, biesiadowali i lepiej poznawali  przy tej okazji. Skoro więc nawet tak koślawa forma działalności społecznej, jaką praktykował PRL, przynosiła pozytywne skutki dla integracji społecznej, tym bardziej może je przynieść dobrze zorganizowany wolontariat autentyczny, w którym ludzie wezmą udział dobrowolnie, a same inicjatywy nie będą pozorne, lecz przyniosą faktyczne efekty.

Nawiązując do dygresji na temat „czynów społecznych”, warto przypomnieć o istniejącej w wielu krajach koncepcji i praktyce wolontariatu pracowniczego. O jego stanie i perspektywach w Polsce powstało już kilka opracowań (raporty dostępne są tutaj). Jeśli uznamy, że wolontariat jest jedną z dróg realizacji polityki społecznej, włączenie w to przedsiębiorstw może stać się znaczącym krokiem naprzód – wówczas sektor prywatny również partycypuje w osiąganiu celów publicznych i promowaniu działań społecznych.

Na koniec jeszcze jedna uwaga na temat związków wolontariatu z polityką publiczną. Otóż wolontariat może stanowić instrument kreowania polityczności w najgłębszym sensie. Stymuluje bowiem nieprzymuszone organizowanie się ludzi o różnych, partykularnych światopoglądach wokół konkretnych celów i działań. Tym samym tworzy wspólnotę. Sam, działając od lat w sferze wolontariatu, takie zjawisko mogę potwierdzić. Szczególnie ciepło wspominam współpracę wokół organizowania wolontariatu edukacyjnego dla defaworyzowanych dzieci w parafialnej salce z miejscowymi księżmi, z którymi – gdybyśmy przeszli do spraw ideologicznych – pewnie nie porozumiałbym się w większości spraw. Gdyby tego typu relacje były nawiązywane w szerszej skali, być może byłoby łatwiej o sytuację, w której ludzie mimo podziałów ideowych są w stanie wspólnie debatować i pracować nad rozwiązaniami problemów wspólnoty.

Niebawem  rozpocznie się kolejny „rok  tematyczny”. Tym razem będzie to Europejski Rok Aktywności Osób Starszych i Solidarności Międzypokoleniowej 2012 (więcej informacji tutaj). Warto spojrzeć nań także przez pryzmat doświadczeń i refleksji, jakie przyniosły dwa poprzednie lata, a więc z jednej strony przez pryzmat przeciwdziałania wykluczeniu, a z drugiej – właśnie możliwości wykorzystania wolontariatu. Jak pokazują różne badania, osoby starsze są grupą najsłabiej aktywną w sferze wolontariatu i aktywności obywatelskiej. Jednocześnie tkwi w nich duży potencjał, bowiem są to ludzie, którzy dysponują statystycznie większą ilością czasu oraz życiowym doświadczeniem. Upowszechnienie wolontariatu wśród seniorów byłoby znakomitym sposobem na przezwyciężenie ich wykluczenia społecznego, które przejawia się m.in. w osamotnieniu, bierności i poczuciu nieprzydatności. Jednocześnie wkrótce wzrośnie liczba  najstarszej podgrupy seniorów, spośród których dużą część czeka ograniczona samodzielność. Wsparcie tych osób, a nieraz także opieka nad nimi, to sfera, w której wolontariat (także ten świadczony przez innych seniorów) może odegrać istotną rolę. Zainteresowanych taką tematyką można odesłać tutaj.

Warto więc na kolejne „lata tematyczne”, ustanowione przez Radę Unii Europejskiej, patrzeć nie w oderwaniu od siebie, lecz jako na powiązany łańcuch doświadczeń, dzięki którym problemy społeczne mogą zostać rozwiązane bardziej kompleksowo i sprawnie.

Rafał Bakalarczyk

Szaleństwo cięć

„Wymagamy of…” – głos włoskiej minister spraw społecznych załamał się w trakcie przedstawiania planów brutalnych cięć świadczeń socjalnych. Elsa Fornero zaczęła łkać.

„Ofiar. Wymagamy ofiar” – dokończył z uśmiechem siedzący obok niej premier Mario Monti.

„Super Mario” jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Nigdy nie był przez Włochów wybrany w wyborach na żaden urząd, jednak jego kariera w banku inwestycyjnym Goldman Sachs i regularna obecność na nasiadówkach oligarchicznej grupy Bilderberg powoduje, iż cieszy się zaufaniem „rynków”. Podczas gdy inny niewybrany przez nikogo bankier Lucas Papademos mości się w fotelu premiera Grecji, zaś kolega z Goldman Sachs, Mario Draghi, obejmuje Europejski Bank Centralny, Monti bez większego sprzeciwu kogokolwiek składa ofiarę z przyszłości Włochów „rynkom”. Dzieje się to przy wciąż słyszalnych odgłosach wiwatów włoskiej lewicy, zadowolonej z odsunięcia Berlusconiego.

Przyszłość obywateli Republiki Włoskiej to oczywiście dla tamtejszej lewicy ważny temat, nie tak istotny jednak jak potrzeba emocjonalnej satysfakcji z udziału w udanej „kolorowej rewolucji” (bodajże fioletowej) przeciw Berlusconiemu. Od dłuższego czasu jej działalność to walka z interesami jednego miliardera (Berlusconiego) na rzecz interesów innego miliardera (De Benedetti). W kluczowych miesiącach, gdy niepokorny rząd Il Cavaliere nie chciał się poddać dyktatowi wielkich instytucji finansowych i jak nigdy potrzebny był ogólnonarodowy opór przeciw ich działaniom, włoska opozycja dołączyła do kampanii przeciw swemu premierowi. Tym samym dopełnia się to, czemu udało się zapobiec Berlusconiemu w latach dziewięćdziesiątych. Wtedy to detonacja skandalu P2 (tzw. akcja „Czyste Ręce”) miała za zadanie zmieść skorumpowany krajowy układ i zastąpić go nowym, zupełnie uległym wobec finansowej oligarchii. Dziś włoski system polityczny ostatecznie kapituluje przed Wall Street i City.

Europejska wojna finansowa

Przy ogólnoeuropejskim trendzie cięć i oszczędności nie powinno nas dziwić, iż wielu analityków przewiduje w przyszłym roku znaczące spowolnienie tempa wzrostu PKB, a nawet recesję. O ekonomicznej przeciwskuteczności działań oszczędnościowych, podejmowanych w celu zredukowania deficytu, przekonała się w ciągu ostatniego stulecia cała plejada politycznych nieudaczników. Od kanclerza Heinricha Bruenninga za czasów Republiki Weimarskiej po ex-gubernatora Schwarzeneggera i ex-premiera Papandreou.

Żaden z dzisiejszych przywódców nie jest w stanie przyznać, że Europa stoi w obliczu ataku pasożytów finansowych, dokonywanego przy pomocy powiązanych z nimi agencji ratingowych. Żaden nie kwestionuje legalności instrumentów pochodnych CDS, mających być ubezpieczeniem na wypadek niewypłacalności państw, wydawanych jednak para-legalnie, bez spełniania kryteriów zabezpieczeń, jakie powinien posiadać legalny ubezpieczyciel. To właśnie niesławne CDS-y są przyczyną, dla której wielu spekulantów życzy sobie niewypłacalności poszczególnych państw atakowanych przez S&P, Fitch oraz Moody’s.

Taktykę obraną przez finansowych agresorów trudno określić inaczej niż mianem bezczelnej. Z jednej strony, przy wielkim PR-owskim wysiłku wykreowano narrację, wedle której kraje mocno zadłużone lub o dużym deficycie „same się proszą” o ukaranie przez rynki finansowe i o lichwiarskie warunki pożyczania pieniędzy. Efekt – grabież podstawowej infrastruktury pod zastaw długów – może być zatem przedstawiany jako kara za nieroztropne „rozdawnictwo”. Z drugiej jednak strony, rzeczywiste kierunki przeszłych i zapowiadanych wspólnych ataków agencji ratingowych i spekulantów mają bardzo małą korelację z poziomami długu lub deficytu do PKB.

Grecja została wybrana za cel ataku nie ze względu na poziom długu (wówczas pierwszym celem byłaby Japonia), lecz z uwagi na płytkość rynku i możliwość stosunkowo taniego wstrząśnięcia całą strefą euro. Włochy z kolei trzymają deficyt w ryzach, zaś dług, choć spory, nie powinien znacząco się powiększać. Niechęć do premiera Włoch, zaangażowanego z Rosjanami w projekt budowy rurociągu South Stream – zagrażającego hegemonii dolara jako waluty rozliczeniowej za surowce – miała zapewne większe znaczenie przy ataku na ten kraj.

Hipokryzja przeczenia przez „rynki” swym własnym rzekomym dogmatom została dobrze wypunktowana przez wicepremiera Pawlaka, zapowiadającego przedstawienie na forum europejskim propozycji anty-lichwiarskich dla rynku obligacji państw. W propozycjach Pawlaka oprocentowanie obligacji podlegałoby „sufitom” – maksymalnym kwotom, zmieniającym się w zależności od poziomu zadłużenia/deficytu państw. Tym samym wielkie instytucje byłyby zmuszone do podporządkowania się własnej zakłamanej teorii. Podobny nurt anty-spekulacyjny prezentuje coraz większe grono państw Unii Europejskiej, czego skutkiem jest rozbrat krajów kontynentu z Wielką Brytanią na ostatnim szczycie Rady Europejskiej. Kością niezgody w brukselskim sporze z Brytyjczykami był rysujący się na ciągle dość odległym horyzoncie podatek od transakcji finansowych, będący śmiertelnym zagrożeniem dla londyńskiego City.

Jednak nawet uwolnienie Europy i świata od pasożytów finansowych i służących im pseudonaukowych teorii zatrzyma co najwyżej regres w standardzie życia społeczeństw, podczas gdy wyzwania cywilizacyjne, tak w rodzimych stronach, jak i w innych częściach świata są ogromne. Podejście redystrybucyjne, podobnie jak neoliberalne, nie jest w stanie odpowiedzieć na te wyzwania w satysfakcjonujący sposób, tj. zaproponować sposobu na stałe zwiększanie bogactwa. W tym kontekście warto napisać o źródłach postępu.

Kilka słów o ekonomii

Podstawowym celem nauki ekonomii (aplikowanej w praktyce jako polityka gospodarcza) jest poprawa warunków życia ludzi („By żyło się lepiej”, jak napisał pewien klasyk). Ta poprawa historycznie objawiała się w tym, iż ta sama ilość pracy zapewniała jednostce coraz lepsze warunki: więcej i coraz lepszej jakości dóbr. Bogactwo tym samym objawia się fizycznie w postaci dóbr kapitałowych, a zatem coraz łatwiejsze tworzenie coraz większej ilości i lepszej jakości tych dóbr jest odzwierciedleniem prawidłowej polityki gospodarczej.

Ponieważ źródłem postępu, tj. tworzenia nadwyżki, nie jest ani „niewidzialna ręka”, ani trud robotnika, lecz dokonywanie i implementacja w procesie produkcji przełomów naukowo-technicznych, właśnie na tych dwóch aspektach winny się skoncentrować wysiłki rozwojowe społeczeństw. Pierwszy, dokonywanie przełomów, jest mniej uchwytny, lecz bardzo realny w efektach, a stanowi pokłosie odpowiedniej, szeroko rozumianej, edukacji oraz wysiłku badawczego. Drugi wiąże się z podejmowaniem inwestycji, z których zwroty pośrednie (infrastruktura) i bezpośrednie (przemysł) znacząco przewyższają koszt ich dokonania. Rezultatem takiej polityki jest wzrost mocy wytwórczej, wartości dodanej na głowę. Wzrost krajowej wytwórczości oznaczałby podwyższający się standard życia obywateli.

Wchodząc w czas światowych turbulencji warto mieć na uwadze nie tylko liczne i wielkie zagrożenia dla przyszłości cywilizacji, ale i wielkie szanse, które niekiedy udaje się uzyskać wyłącznie w tak turbulentnych czasach. Rozwój Afryki, pomniejszenie obszarów biedy, rozpowszechnienie badań naukowych i dobrodziejstw medycyny – to wszystko będzie nagrodą za odważne decyzje w trudnych czasach. Słyszycie nas, przywódcy Europy?

Rękopis znaleziony w truskawkach

Przewodniki turystyczne ze słowem „Andaluzja” w nazwie opisują krainę niezobowiązującego sączenia tinto de verano z widokiem na Alhambrę (Alcazabę, Alcazar), przegryzanego smażonymi dziesięcionogami przy dźwiękach flamenco. Wymarzone miejsce do sielskiego życia, którego uroki zachwalał Chris Stewart, były perkusista grupy Genesis, na łamach bestsellerowej powieści „Driving over Lemons. An optimist in Andalucia”.

Niektóre z andaluzyjskich krajobrazów wzbudzały zachwyt już 200 lat temu, gdy hrabia Jan Potocki podróżował przez Półwysep Iberyjski:

Widziałem ją [Granadę] całą: jej sześć miast i czterdzieści wiosek, kręte koryto Genilu, potoki spadające ze szczytów Alpuhary, cieniste gaje, altany, domy, ogrody i mnóstwo wiejskich folwarków. Zachwycony czarownym widokiem tylu przedmiotów razem nagromadzonych, wszystkie zmysły we wzrok zestrzeliłem („Rękopis znaleziony w Saragossie”).

Bohater powieści Potockiego nie ograniczył swoich hiszpańskich wojaży do wzgórz Granady. W górach Sierra La Mancha ujrzał zgoła odmienny krajobraz:

Wierzchołki gór, na które miałem zamiar wejść, były bardziej oddalone, niż mi się to na pierwszy rzut oka wydawało, i zaledwie po godzinie pochodu zdołałem się na nie dostać. Stanąwszy na szczycie, ujrzałem pod sobą dziką i pustą płaszczyznę, żadnego śladu ludzi, zwierząt lub jakiegoś zabudowania, żadnej drogi prócz tej, którą przyszedłem, i dokoła głuche milczenie. Przerwałem je wołaniem; echo mi tylko odpowiedziało w oddali.

Na przełomie stuleci, bezdrzewne pustkowia hiszpańskie przyciągały głównie koneserów, jak Potocki lub Washington Irving, autor „Opowieści z Alhambry”. Nic dziwnego – na półpustynnych terenach hiszpańskich w dzień grasowali nieokiełznani rozbójnicy. Nocami z ruin mauryjskich budowli wychodzili ich demoniczni mieszkańcy, którzy podstępnie kusili podróżnych obietnicami rozkoszy, a ze zwabionymi obchodzili się dość brutalnie:

Jedną ręką porwał mnie za gardło, drugą zaś wydarł to właśnie oko, które dotąd nie może się zagoić. W miejsce oka wsunął swój rozpalony język i zaczął mi lizać mózg tak, że ryczałem z boleści. Natenczas drugi wisielec, który schwycił mnie za lewą nogę, wziął się także do szponów. Naprzód zaczął mnie łechtać pod podeszwę nogi, za którą mnie trzymał, następnie piekielny potwór zdarł z niej skórę, powyciągał wszystkie nerwy, oczyścił ze krwi i jął przebierać po nich palcami jak gdyby po narzędziu muzycznym. Widząc jednak, że wcale nie wydaję przyjemnych dlań dźwięków, zapuścił szpony pod moje kolano, pozahaczał ścięgna na pazury i zaczął je skręcać, zupełnie jak gdyby nastrajał harfę. Na koniec jął grać na mojej nodze, z której utworzył rodzaj psalterionu. Słyszałem jego diabelski śmiech, a piekielne wycia towarzyszyły moim przeraźliwym krzykom.

Powyższy opis nie wyczerpywał listy andaluzyjskich koszmarów. Mieszkańców regionu prześladowały potwory znacznie groźniejsze niż podstępne duchy z „Rękopisu…”. Realnymi zjawami były głód i nędza, które – w odróżnieniu od pisarskich fantazji – nie znikały w dzień. Przeciwnie, pozostały w regionie na dobre kilkaset lat. Lata suszy, w trakcie których podstawowym składnikiem pożywienia były dziko rosnące pomarańcze, emigracja zarobkowa i analfabetyzm, były codziennością na południu do lat 60. XX wieku.

Dla Juana Goytisolo, Hiszpana z północy, zwiedzającego południe w latach 50., andaluzyjska prowincja Almeria, jest miejscem, gdzie „po raz pierwszy styka się z brutalną rzeczywistością Trzeciego Świata”: „niesprawiedliwością, rezygnacją i zinstytucjonalizowaną przemocą”. Jej najubożsi mieszkańcy żyją w nieludzkich warunkach w wilgotnych jaskiniach, z rachitycznymi, wygłodzonymi dziećmi, których fotografie spoczywają w hiszpańskich archiwach. W latach 90. sytuacja uległa pewnej poprawie, jednak „gospodarka zależna od uprzemysłowionych obszarów północy i dochodów z turystyki zagranicznej” nie jest w stanie rozładować wysokiego bezrobocia.

Poza miastem Almeria, rozwijają się inne gałęzie gospodarki. Jednym z nich jest rolnictwo szklarniowe. Rozległe plastikowe tunele poprzecinały hiszpańskie stepy i półpustynie. Nazywane po hiszpańsku invernaderos, miały odczarować andaluzyjską rzeczywistość i wypędzić z niej dawne demony na rzecz ekonomicznego postępu oraz generować zyski. W istocie, roczny zysk z przemysłu truskawkowego wynosi około 320 milionów euro. Czerwone złoto pociąga za sobą jednak pewne ofiary – ostrzegli Jeronimo Andreu i Lidia Jimenez, reporterzy dziennika „El Pais” („Las victimas de rojo oro” z 30.06.2010).

Rozwój gospodarczy wymaga poświęceń ze strony zatrudnionych w szklarniach imigrantek, pochodzących  przede wszystkim z Maroka, Polski i Rumunii. Na mocy cichego porozumienia magnatów truskawkowych z lokalnymi władzami i urzędnikami, na farmach obowiązuje specyficzny kodeks pracy. Pracownice mają wybór – stosunek seksualny z właścicielem farmy (i/lub jego znajomymi) lub zakaz picia wody przez ośmiogodzinny dzień pracy. Inny wariant obejmuje zakaz wyjść do toalety. Możliwości jest nieskończenie wiele, a poza tym, jeżeli ktoś nie chce, nie musi przecież pracować. Może odejść w każdej chwili. Jedyne, co musi zrobić, to przejść na piechotę (okoliczna sieć transportu publicznego nie jest przesadnie gęsta) przez hiszpański step w 40-stopniowym upale, bez żadnego wsparcia ze strony mieszkańców.

Wniosek jest prosty – sugeruje Magdalena Grzebałowska z „Gazety Wyborczej” („Polki na saksach”, „Duży Format”, 16.02.2004) – ponieważ nie można mówić o przemocy, polskie imigrantki oddają się dobrowolnie pracy w przemyśle truskawkowo-erotycznym i czerpią z niego same korzyści.  Dziennikarka  przed paroma laty zwiedzała prowincję Huelva w poszukiwaniu Polek, które dobrowolnie porzuciły ognisko domowe na rzecz ognistych romansów ze śniadymi południowcami. Sprytnie ominęła podstępne sugestie organizacji La Strada i władz lokalnych i skierowała kroki prosto do mieszkania, w którym miała rzekomo być przetrzymywana Polka. Dzień dobry, czy przetrzymujecie może nielegalnie jakieś kobiety? Pani, tu nie ma żadnego burdelu, ona tu siedzi, bo chce – odpowiedział właściciel mieszkania. Proszę zapytać tej pani, ona potwierdzi. Chodź tutaj, pani chce cię spytać, czy jesteś tu przechowywana. Tak, to prawda, nikt mnie do niczego nie zmuszał – potwierdza Polka mieszkająca nielegalnie w Hiszpanii.

Jej słowa i osoba mają tu zresztą znaczenie drugorzędne. Jeżeli w reportażu są przywoływane wypowiedzi pracujących kobiet, to tylko po to, aby je zdyskredytować. Nie można wierzyć słowom kobiet z małych miejscowości, bo mają krzywe zęby, a truskawki zbierają w negliżu. Naiwna para dziennikarska z „El Pais” skojarzyła ten gest z 40-stostopniowym upałem, ale znacznie bardziej wiarygodną motywacją jest celowe prowokowanie potencjalnych gwałcicieli. Taką wersję potwierdzają polski proboszcz i konsul w Madrycie. Polki w Andaluzji w istocie wiodą niezmącone przymusem życie, zarabiając 30 euro dziennie (ok. 3,5 euro na godzinę) 15 kilometrów od brzegów Atlantyku, a przemocy w miasteczku nie widać, więc jej nie ma.

Można spokojnie kontynuować rozważania nad „migracjami rozpustnymi” typu „strawberry fields forever” jako nowym typem mobilności w ponowoczesnym świecie. Zagadnienia związane z przyczynami migracji wykraczają jednak poza ramy niniejszego tekstu. Dlatego pomijam kilka interesujących skądinąd kwestii. Nie zastanawiajmy się nad determinacją osób, które wyjeżdżają bez znajomości języka, aby pracować nielegalnie w bliżej nieznanym kraju. Nie zadawajmy trudnych pytań o możliwość realizacji zawodowej, jakie te kobiety miały w Polsce. Wykluczmy sytuację, w której praca w tak ciężkich warunkach może być jedyną możliwością zarabiania na życie, w dodatku wspieraną przez Urząd Pracy w Olsztynie. Pomińmy wstydliwym milczeniem związki przymusu ekonomicznego i seksualnego.

Ostatecznie, zaprezentowany przez nas model emigracji z ziemi polskiej do Hiszpanii jest na tyle spójny i klarowny, że rok później wykorzysta go w swoim eseju Maria Janion („Jeszcze Polska nie umarła”, „Krytyka Polityczna” nr 6, 2004), będącym krytyką polskiej szarej jednorodności. Autorka dostrzegła monolityczność występującą w wielu dziedzinach, płynnie przechodząc od geograficzno-klimatycznej (Jesień, zima, brud, błoto, brudy, niedomyte ciała okutane w jakieś szare szmaty… Właśnie mordercza pośredniość – ani wieczne lato, ani wieczna zima, lecz wszechpanujące błoto, którego obfitość zadziwiała cudzoziemskich podróżników po Polsce już w dawnych wiekach) do braku zróżnicowania kulturowego (Polska wbrew pobożnym życzeniom i zakłamanym zapewnieniom – nie jest krajem wielokulturowym. Jest ubogim i płaskim monolitem, przeważnie narodowo-katolickim. Dlatego tak męczy niektórych swoich obywateli. Można by było tutaj wytrzymać i bez słońca Południa, gdyby bardziej różnorodna, wyzwolona z obsesji kolonialnych i postkolonialnych, właśnie kolorowa byłaby nasza kultura). Konsekwencją postkolonialnego lęku przed obcymi mocarstwami ma być narodowy resentyment. A także niechęć do wszystkiego, co obce – zabójcza dla różnorodności.

Odpowiedzią na ten uciążliwy postkolonialny monolit jest „tęsknota za południem”, ta sama, która owładnęła Zygmuntem Korczyńskim i migrantkami zbierającymi w Hiszpanii truskawki. Janion cytuje Grzebałkowską: Za żadne skarby nie wróciłaby na stałe do Polski. Tu jest kimś. Zna już trochę hiszpański, chodzi wśród palm i pomarańczy, a zamiast gnoju z obory ma pod nogami chodnik. Postkolonialna płaska jednorodność zaciera różnice pomiędzy szlachcicem i migrantkami zarobkowymi. Wszyscy jesteśmy Polakami i jednakowo cierpimy z tego powodu. Szczęśliwie, w naszych farmach truskawkowych też się znajdzie paru imigrantów z Ukrainy, pracujących w warunkach zbliżonych do andaluzyjskich. Być może kiedyś nasza młoda demokracja dojrzeje do zróżnicowania hiszpańskiego i więcej nisko opłacanych imigrantów będzie rozpraszać polską melancholię.

Taka ścieżka rozwoju wzbogaci – miejmy nadzieję – tradycyjną kuchnię polską o nowe potrawy, a smutny i brzydki krajobraz stanie się tak różnorodny, jak hiszpańskie palmy i pomarańcze na tle kilometrów plastikowych szklarni.

Agata Młodawska