Teoria Darwina

Powoływanie się na darwinizm społeczny jest ostatnio modne. Większa rybka połykając mniejszą rybkę lepiej trawi, gdy dowie się, że dokonuje naturalnej selekcji, zgodnie z powszechnym prawem natury.

Darwinizm, naukowy fundament panującego porządku świata, jest twórczo rozwijany, tak jak niegdyś marksizm. Ekonomista, który za rządów Busha juniora zasilił banki ogromnymi pieniędzmi z budżetu USA, odkrył, że jeśli drapieżniki są tłuste, to znaczy, że trawa dobrze rośnie, ponieważ drapieżniki są na końcu łańcucha pokarmowego. Tony Goodwyn w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” powiedział „Zwierzęta, które przetrwały, niekoniecznie były największe i najsilniejsze, ale najlepiej i najszybciej potrafiły przystosować się do zmieniających się warunków. Podobnie jest w biznesie, który dla mnie jest odbiciem selekcji naturalnej”.

To wyznanie wiary w prawa natury przypomniało mi dyskusje z kolegami przystosowanymi do systemu komunistycznego. Oni twierdzili, że przystosowanie jest dowodem inteligencji, a ja upierałam się, że inteligentny człowiek tym różni się od zwierzęcia, że podejmuje próby zmiany nienormalnych warunków. Doszło do tego, że oskarżyli mnie i mojego męża o nieuczciwość, ponieważ kupiliśmy dobrą lodówkę i szafki kuchenne bez łapówki, a oni musieli łapówki zapłacić.

O kulturze, która podobno odróżnia człowieka od świata zwierząt, nie wspominam, ponieważ nie zgadzam się z obowiązującą definicją kultury. Według tej definicji, człowiek kulturalny podaje rękę kapusiowi, nie wypomina mu starych błędów, rozumie jego potrzebę dostosowania się do warunków panujących w PRL. Spokojnie znosi obelgi, oszczerstwa i kłamstwa, ponieważ szanuje prawo tych, którzy w wyniku selekcji naturalnej mają rację. Co najważniejsze, człowiek kulturalny złego słowa nie powie o gajowych i matołach, którzy stanowią najwyższe ogniwo łańcucha pokarmowego.

Być może odbudowanie świata normalnych ludzi powinno się rozpocząć od obalenia dogmatów darwinizmu społecznego. Nie jest to proste, ponieważ zasady komercji – egoizm, rachunek zysków, pytanie „co mi to daje?” – zdominowały wszystkie relacje między ludźmi. Do tego stopnia, że przestaliśmy to zauważać. Z podziwem słuchałam w audycji Jana Pospieszalskiego wypowiedzi rodzin opiekujących się dziećmi z zespołem Downa. Wszyscy jednym głosem mówili o wielkim szczęściu, jakie spotkało ich rodziny. Nie padły takie słowa jak poświęcenie, obowiązek, ciężka praca, brak czasu dla zdrowych dzieci czy brak pieniędzy. Obawiam się, że ludzie, którzy w podobnej sytuacji nie radzą sobie tak dobrze, mogą wpaść w kompleksy i frustrację.

W czasie, gdy dostęp do studiów za granicą nie był jeszcze łatwy, matka przepytywała syna przed rozmową kwalifikacyjną:

Czy przeprowadzisz staruszkę przez ulicę? Tak. Dobra odpowiedź.

Dlaczego? Bo grozi jej niebezpieczeństwo. Zła odpowiedź. Musisz powiedzieć: bo to jest korzystne dla mojej osobowości, wzbogaci mnie wewnętrznie.

Motywowanie dobrych uczynków potrzebami bliźnich było już wówczas źle widziane.

W uroczej i mądrej książce Andrzeja Szczeklika „Kore” przeczytałam, że ludzi od świata zwierząt odróżnia altruizm. Według słownika, altruista to człowiek stawiający dobro innych ponad własne interesy. A pies? Przykładów altruistycznego postępowania psów znamy bez liku.

Idealizowanie altruizmu też nie ma sensu. Altruistyczna pierwsza „Solidarność” poległa, ponieważ członkowie nie chcieli przyjąć do wiadomości, że ukochany wódz mógłby zdradzić. Skończyło się tak, że większość społeczeństwa i niemal całe elity zaakceptowały zdradę i kłamstwa jako skuteczne narzędzia polityczne. Natomiast zwierzęta nie tolerują zdrady. W więzieniu zdarza się, że człowiek zaprzyjaźni się ze szczurem. Jeśli go zdradzi, więźnia trzeba przenieść do innego więzienia, ponieważ w nocy może stracić oczy.

Nie ma idealnego modelu postaw ludzi, który gwarantowałby rozwój i przetrwanie wspólnoty. Konieczne są współpraca i rywalizacja, bezinteresowna pomoc i dbałość o własne interesy, sprawiedliwa kara i litość dla pokonanych. Wszystko we właściwym czasie i właściwych proporcjach.

Trudno mi znaleźć przekonywujące przykłady w najnowszej historii Polski, więc wrócę do świata zwierząt. Prymitywny darwinizm, zalecany ludziom, nie działa idealnie w świecie zwierząt. W czasie powodzi zwierzęta nie polują, na ostatnich suchych kępach siedzą zgodnie wilki i zające. Zdarzają się przypadki bezinteresownej pomocy między gatunkami w obliczu zagrożenia. Na wąskiej półce skalnej niedźwiedź obrócił się pyskiem do skały, aby wspinacze nie bali się przejść. Lis, któremu kość nabiła się na zęby, podszedł do kobiety prosząc o ratunek. Kobieta zdjęła mu kość i lis pobiegł. Wiedział, że rozejm jest krótkotrwały.

Zdumiewające są przypadki przyjaźni między gatunkami. Żywiołowy szczeniak, już duży, ale bardzo jeszcze dziecinny, pokochał czarnego kota. Liże go, lekko podgryza, bierze między łapy i miętosi na sto sposobów, a kot mruczy ze szczęścia. Kiedy kot ma dość, jakoś to psu komunikuje i zabawa się kończy. Oba zwierzaki chodzą razem na spacer. Pies szaleje z panem przytroczonym na drugim końcu smyczy, a kot statecznie podąża zaroślami wzdłuż drogi. Czasem pies bierze cały łeb kota do pyska, a kot obejmuje łapkami mordę jak u rekina.

Nie wiem, czy na końcu łańcucha pokarmowego jest pies, kot, czy bankier. Prawa silniejszego do nieograniczonego wyzysku słabszych można w ogóle nie uzasadniać. Wystarczy argument przemocy ekonomicznej lub fizycznej.

                                Joanna Duda-Gwiazda

Kontrrewolucja w Hiszpanii

– „Kobieto, tu jest trzeci świat. Tu mamy bezrobocie 40%, jak w Kamerunie” – powiedział mój znajomy w Granadzie kilka miesięcy temu. Oficjalnie stopa bezrobocia jest nieco niższa, jednak od jakiegoś czasu Hiszpania zajmuje w tej dziedzinie niechlubną pozycję lidera w Unii Europejskiej. 21,8%, 22, 22,9%… i ciągle rośnie. Jeszcze gorzej te statystyki wyglądają w grupie wiekowej 18-24, gdzie bezrobocie sięga 48%. Warto przy tym zwrócić uwagę na rozbieżności między regionami: stosunkowo niską stopę bezrobocia mają uprzemysłowione regiony północne (Asturia, Galicja, Kantabria); najniższe Kraj Basków oraz region Madrytu. Najwięcej bezrobotnych jest na południu kraju – średnia dla Andaluzji to 31%, przy czym w prowincji Kadyks stopa bezrobocia wynosi 35%.

Nowa reforma prawa pracy ma przezwyciężyć ten alarmujący trend. Deklarowane cele zmian to:

•  możliwie najszybsze stworzenie podstaw dla stabilnego zatrudnienia

•  ograniczenie podziałów na rynku pracy (na mniej i bardziej chronionych pracowników)

•  usprawnienie „wewnętrznej elastyczności firm” w celu „podtrzymania zatrudnienia”

•  „unowocześnienie negocjacji zbiorowych”, aby „przybliżyć je do potrzeb przedsiębiorców i pracowników”

•  „wspieranie samozatrudnionych oraz małych i średnich przedsiębiorstw”

•  „większa elastyczność i zdolność do adaptacji”

•  „wzmocnienie mechanizmów kontroli i zapobiegania nadużyciom w przypadku zasiłków dla bezrobotnych oraz walka z nieuzasadnioną nieobecnością w miejscu pracy”

Pomysły rządowe spotkały się z umiarkowanymi pochwałami stowarzyszenia samozatrudnionych oraz z protestami związków zawodowych. Obawy mogły mieć pewne uzasadnienie – minister gospodarki Luis de Guidnos podczas wizyty w Brukseli pozwolił sobie wyrazić pogląd, iż proponowane zmiany mają charakter „skrajnie agresywny”. Oto nadeszła kontrrewolucja – można by westchnąć w tym momencie – żegnaj zapaterowski reżimie! Skończył się wprowadzony przez socjalistów ośmiogodzinny dzień sjesty, piętnasta pensja i ustawowo zagwarantowana szklanka wina, rozdawana niczym mleko w szkołach. Południe wraca do pracy!

W kontrrewolucyjnym entuzjazmie można jednak przeoczyć fakt, że w pewnej mierze Mariano Rajoy kontynuuje politykę cięć zapoczątkowaną jeszcze przez rząd Zapatero (zlikwidowanie zasiłków dla długotrwale bezrobotnych, obcięcie płac pracownikom budżetówki, zamrożenie waloryzacji emerytur), będącą z kolei bierną realizacją zaleceń unijnych. Plany obecnej ekipy również nie są zjawiskiem specyficznie hiszpańskim, lecz odzwierciedleniem trendu ogólnoeuropejskiego. Ponadto dziennik „El Pais” sugeruje, że proponowane zmiany mogą mieć pewien związek ze spotkaniem Mariano Rajoya z Angelą Merkel z 26 stycznia. Gdyby tak rzeczywiście było, to hiszpańskie podziały polityczne okazałyby się kwestią zgoła drugorzędną. Lepiej zatem niezdrową ekscytację partyjnymi rozgrywkami zastąpić uważną lekturą zapisów reformy.

Na początek można wyodrębnić kilka słów kluczowych: „młodzi”, „starsi”, „samozatrudnieni”, „elastyczność” oraz „kształcenie ustawiczne”. Przyjrzyjmy się im z bliska.

„Kształcenie ustawiczne” ma być „prawem pracownika”. Zgodnie z wymogami nowej reformy, każdemu pracownikowi ma przysługiwać 20 godzin urlopu na kształcenie. Może ono może być realizowane przez firmy prywatne, działające na zlecenie rządu. Nie jest to nowe rozwiązanie – jeszcze przed ogłoszeniem tych zmian spacerując ulicami hiszpańskich miast można było dostrzec liczne ogłoszenia firm oferujących najrozmaitsze kursy dla bezrobotnych.

„Młodzi pracownicy” – reforma wprowadza coś w rodzaju dopłat bezpośrednich do młodych pracowników.  Za każdą kolejną młodą osobę zatrudnioną na czas nieokreślony, pracodawca otrzyma ulgi – państwo ma opłacić część składek. W pierwszym roku dopłata wynosi 1000 euro, w drugim 1100 euro, w trzecim 1200 euro. W przypadku kobiet stawki mają być wyższe o 100 euro w sektorach, gdzie kobiet jest mało. Małe i średnie przedsiębiorstwa będą mogły również odpisać 3000 euro od podatku za pierwszego zatrudnionego pracownika, jeżeli nie będzie miał on skończonych 30 lat.

Równocześnie, jak donosi „La Vanguardia”, państwo przestanie dopłacać do składek kobiet powracających do pracy po urlopie macierzyńskim.

Elastyczność – ta dotyczy przede wszystkim regulacji wewnętrznych w przedsiębiorstwach. Pracodawcy będą mogli teraz z większą swobodą zamieniać pracowników lokalizacjami i stanowiskami oraz obniżać im wynagrodzenia, jeśli sytuacja gospodarcza ulegnie pogorszeniu. Podobne prawa przyznano instytucjom państwowym: w nowych warunkach mogą zaadaptować kryteria racjonalności ekonomicznej i elastycznie zwinąć działalność. Będzie można także z większą swobodą zwalniać pracowników – masowe zwolnienia zostają wyłączone z obszaru negocjacji ze związkami zawodowymi. Tym samym odeszła do lamusa dawna metoda uelastyczniania – jak pisze ekonomista Alejandro Mora, negocjacje zbiorowe w 1994 r. wprowadzono, aby poprawić zdolności adaptacyjne przedsiębiorstw do różnych sytuacji. Firmy będą mogły również skracać lub zawieszać dzień pracy w czasach spadku popytu w sposób bardziej uproszczony niż dotychczas. Państwo będzie natomiast przez 240 dni (maksymalnie) odprowadzać połowę składek za pracowników tych przedsiębiorstw ze stażem pracy dłuższym niż rok.

Większej wolności zwalniania towarzyszą zapowiedzi wsparcia działalności prywatnych agencji pracy tymczasowej, tak aby pracownicy i pracodawcy mieli szanse na „bardziej elastyczne dopasowanie swoich oczekiwań”. Trzeba jednak podkreślić, że elastyczność w pewnym obszarze ulega zawężeniu. Od 31 grudnia 2012 r. pracownicy mogą być zatrudniani na kontrakty tymczasowe jedynie przez dwa lata – ten zapis ma zapobiec seryjnemu zatrudnianiu na czas określony. Nowe przepisy mają też zapobiegać nadużyciom – zapowiadane jest wzmocnienie działalność Inspekcji Prawa i Zabezpieczeń Społecznych. Kiedy mowa o konkretach, okazuje się jednak, że kontroli mają podlegać przede wszystkim bezrobotni pobierający zasiłek oraz pracownicy korzystający ze zwolnień…

Według hiszpańskiego ministra pracy, „ekstremalnie agresywna” reforma (wersja dla Brukseli) ma „sięgać do głębi problemów hiszpańskiego rynku pracy” (wersja dla wyborców). Oznaczałoby to, że za główną przyczynę bezrobocia uznał „zbyt sztywny” kodeks pracy. Taki pogląd wzbudził wątpliwości Joana Coscubieli, katalońskiego związkowca, który wyraził je w formie pytań na swoim blogu:

•  Jeżeli sztywne prawo pracy jest źródłem hiszpańskiego kryzysu, to dlaczego są tak duże rozbieżności skali bezrobocia między hiszpańskimi regionami: od 10% w Kraju Basków do 32% w Andaluzji?

•  Jakim cudem przy tym samym prawie, które obowiązuje obecnie, w latach 1995-2007 w Hiszpanii wciąż rosła ilość zatrudnionych?

•  Jak to jest możliwe, że w przemyśle na kontraktach tymczasowych pracuje tylko 15% ogółu zatrudnionych, a w usługach ten wskaźnik jest niemal trzykrotnie większy?

Na koniec Coscubiela wyraża wątpliwość: A może firmy, które konkurują kosztami pracy, nie mają wystarczającej motywacji do wdrażania innowacyjnych strategii rozwoju? Tę myśl można nieco rozwinąć: w nowym modelu przedsiębiorcy otrzymują „dopłaty” do pracowników z grup zagrożonych bezrobociem, zatrudnianych na czas nieokreślony, ale także dostają więcej swobody w ich zwalnianiu, zwłaszcza gdy firmy uzyskają gorsze wyniki. Nie bierze się pod uwagę faktu, że spadek popytu może być konsekwencją nieodpowiednich działań ze strony przedsiębiorcy, z góry zakładając, że firma jest racjonalnym podmiotem, który po usunięciu „barier” w postaci przeszkód prawnych będzie poruszał się ruchem jednostajnie przyspieszonym w kierunku coraz większej racjonalności. W odróżnieniu od pracowników najemnych, pracodawcy nie będą musieli wzmacniać tej przyrodzonej skłonności uczestnicząc w szkoleniach.

Jeżeli uzna się system dopłat i zwolnień podatkowych za rodzaj pomocy od państwa, to należy przyjąć, że małe i średnie firmy stanowić będą, paradoksalnie – w zgodzie z promowaną przez Rajoya, Merkel i innych logiką elastyczności – nowy rodzaj beneficjentów pomocy społecznej, bardziej jakoby godnych zaufania i bardziej racjonalnych niż sam homo oeconomicus, po którym w krajach Południa ślad zaginął. Na próżno Eurostat publikuje statystyki pokazujące, że Hiszpanie pracują więcej niż Anglicy i Niemcy, a Grecy więcej niż Hiszpanie. Peryferiusze wszystkich krajów, nawet gdy pracują więcej, to pracują mniej. Tacy Grecy na przykład – jak pisze Castells, pracują średnio po 42 godziny tygodniowo, obcięli wydatki publiczne do 6% PKB, zmniejszyli minimalne wynagrodzenie do 600 euro, a do 2015 mają zwolnić 150 000 pracowników budżetówki. I co? I nic, prognozy na 2012 r. mówią o wzroście bezrobocia z 21 do 25%, a w 2011 r. dług publiczny wzrósł do 161,7% PKB.

Skuteczne recepty nie działają, można jedynie bezradnie zakrzyknąć: „Arbeit!” – niczym kukiełka Angeli Merkel z francuskiego programu „Les Guignols de ‘info”, w którym niemiecka kanclerz/prawdziwy Prezydent Republiki Francuskiej dopinguje ospałych Francuzów do pracy.

Agata Młodawska

Faszyzm nie przejdzie

Sprawy związane ze Smoleńskiem nigdy nie wydawały mi się tematem na felieton dla „Nowego Obywatela”. Przede wszystkim dlatego, że jako pismo i środowisko nie zajmowaliśmy się nigdy tą kwestią w jakiś systematyczny sposób. Do sprawy Smoleńska, owszem, niejednokrotnie nawiązywała Joanna Duda-Gwiazda, przypominam sobie także swój tekst napisany dla uhonorowania tragicznie zmarłego prezydenta Polski, Lecha Kaczyńskiego, „Księga otwarta w przyszłość”. I pewnie nadal nie poruszałbym tutaj tego tematu, gdyby nie reakcje części lewicowych czytelników na felieton Joanny Gwiazdy, „Węgry naszym sojusznikiem”. Reakcje, mówiąc najoględniej, zacietrzewione.

Co do katastrofy smoleńskiej, przyznam, nie mam takiej pewności jak Joanna Gwiazda, że to zamach. Nie mam natomiast żadnych wątpliwości, że była to faktyczna tragedia o daleko idących konsekwencjach i ukazująca w bardzo złym świetle stan naszego państwa. Brak mi, owszem, pewności, że był to zamach, ale nie mam też pewności, że nie był to zamach. Wolałbym zaś nie zdawać się w takich sprawach na stwierdzenia typu „wierzę, że był to zamach” lub „nie wierzę, że był to zamach”, ze względu na ich ograniczoną wartość merytoryczną oraz własną przyrodzoną niechęć do potakiwania tym czy innym osobom lub osobnikom, sugerującym, co powinienem o danej sprawie myśleć.

Stąd, przyznam szczerze, właściwą treścią tego felietonu nie jest sam Smoleńsk, ale garść refleksji wysnutych po reakcjach na tekst działaczki pierwszej „Solidarności”. Reakcjach, które pokazują, jak bardzo sformatowane, żenująco „salonowe” i (zakładam, że nieświadomie) konformistyczne są opinie części lewicy, chlubiącej się swoją tolerancją, otwartością, światłym i nieuprzedzonym oglądem rzeczywistości.

Dezaprobatę wzbudził pogląd Joanny Gwiazdy, jakoby Smoleńsk był zamachem. Owszem, autorka nie do końca jest szczera ze swoimi czytelnikami, przychylnymi i nieprzychylnymi: nie mówi nam, czyim dziełem miałby być zamach: Platformy Obywatelskiej, władz rosyjskich, CIA, Mossadu, fundamentalistów islamskich? A może potencjalni zamachowcy działali wspólnie? Jako osoba publiczna, Joanna Gwiazda musi uważać na słowa: jasne sformułowania w tej kwestii mogłyby skończyć się procesem. Tak czy inaczej, kto stoi za zamachem, tego Pani Joanna nam nie mówi. Jej prawo, bodaj wszyscy unikamy w pewnych okolicznościach formułowania opinii, które narazić nas mogą na zbyt daleko idące kłopoty. Chyba że w ogóle nie mamy własnych opinii, albo skrupulatnie poddajemy się autocenzurze – żeby nie podpaść własnemu środowisku, kolegom i koleżankom z pracy, rodzinie, szefom, sitwom i koteriom. Chyba że mamy takie poglądy, z którymi żyje się nam na ogół lekko, łatwo i przyjemnie, bo co najwyżej niektóre z nich uchodzą za nieszkodliwe dziwactwa lub słabostki. Moja lojalność wobec Kościoła rzymskokatolickiego, jak sądzę, sporej części znajomych lewicowców wydaje się takim właśnie niegroźnym wariactwem. Ale nie o tym tu mowa.

Joanna Gwiazda pozwoliła sobie zatem, z punktu widzenia naszej światłej i tolerancyjnej lewicy, na dwie myślo- i słowozbrodnie. Pierwsza z nich to warunkowe poparcie dla rządu Viktora Orbana. Jak wiadomo z polskich i europejskich mediów, które obiektywizmem popisywały się już niejednokrotnie (m.in. w czasie bombardowań Serbii przez USA), Orban jest faszystą, niebezpiecznym populistą, nienawidzi Romów, z pewnością też Żydów, a najpewniej jeszcze bliższych części lewicy Palestyńczyków. I oczywiście jest skrajnym prawicowcem i krypto-liberałem. Nasi dzielni lewicowcy nie zniosą nigdy takiego typa.

Co prawda, część z nich równocześnie skłonna jest zauważyć pewne pozytywne cechy u Janusza Palikota, przecież też liberała. Ale Palikot jest przynajmniej antyklerykałem i piewcą obyczajowego libertynizmu, co czyni go postacią o wiele bardziej pozytywną od premiera Węgier, który być może troszczy się o Węgry, lecz źle się troszczy. A źle się troszczy, bo nie jest „nasz” i nie lubią go ci, z którymi „my” wolimy się lubić, przynajmniej w sprawach tak fundamentalnych, jak walka z faszyzmem, ksenofobią i nietolerancją. Tak zatem Orban jest faszystą, Gwiazdowie oszołomami, czy może „pojebami”, jak napisał u mnie na Facebooku jeden z lewicowców walczących o tolerancyjną, wolną od (katolickich) uprzedzeń Polskę. A światła polska lewica – nigdy sitwiarska i lokajska – nie zniesie faszyzmu i ciasnoty umysłowej. Pewnie dlatego, że obawia się konkurencji.

Druga z myślo- i słowozbrodni Joanny Gwiazdy to ów fatalny pogląd, że „Smoleńsk to zamach”. Tu już ciemnota i fanatyzm oraz prawactwo Gwiazdowej widoczne są jak na dłoni. Przecież żaden samodzielnie myślący człowiek, znaczy się z definicji każdy lokalny lewicowiec, czy to trockista, czy to „blumsztajnista”, czy to przeciętny, lewomyślny czytelnik przewodników „Krytyki Politycznej”, nie wpadnie na taki pomysł. Pewne poglądy są z definicji „prawicowe”: jak wiadomo, zamach to coś takiego, co się nie przydarza, a jeśli się przydarza, to musi wynikać np. z walki klas, albo żeby choć w „Gazecie Wyborczej” coś o tym było. Ewentualnie gdyby Žižek esej jakiś o zamachu w Smoleńsku napisał… Ale nie napisze, więc jakże to tak, żeby zamach? To tylko Gwiazdowa może wpaść na taki pomysł, zarażona prawackimi miazmatami.

Bo przecież prezydent był śmiesznym pisowskim facecikiem, Katyń to problem prawicy, patriotyzm to anachronizm, a Polska jest passé, w odróżnieniu od – dajmy na to – praw zwierząt i pogadanek o Lacanie. A w „Nowym Obywatelu” wszystko Gwiazdowej wydrukują, bo to przecież też faszyści, socjal-szowiniści trzymający się na ogół polskiego podwórka, gdy lewicowość powinna być zdecydowanie kosmopolityczna i bezpiecznie odległa od pewnych kwestii niewygodnych z punktu widzenia schlebiania sponsorom lewicy. Poza tym nie należy wyciągać zbyt daleko idących wniosków z faktu, że nawet „nasi prekariusze” mówią po polsku, niektórzy chodzą w niedzielę do kościoła a w dowcipach i przekleństwach używają brzydkiego słowo „pedał”, jak nie przymierzając pewna posłanka Sojuszu Lewicy Demokratycznej… Pech, co zrobić, że nie są bardziej europejscy i politycznie poprawni.

Szyderstwa szyderstwami, ale problem jest poważniejszy. Dotyczy bowiem tego, co można ogólnie zatytułować „lewica a sprawa polska”, czy też „lewica a suwerenność narodowa”. Lokalna lewica unika terminów w rodzaju „polskość”, „polski interes” itp., bo zwykle się boi, że wpadnie w „odchylenie nacjonalistyczne”. Wszak, jak wiadomo, Ala ma kota, a „robotnicy nie mają ojczyzny”. Zresztą, łatwiej dziś w Polsce o Alę i kota niż o robotnika, koszmarnie zatem upraszczając, część lewicy spokojnie może oddawać się walce z faszyzmem, nietolerancją (tą prawicową) i ciemnotą (także prawicową). Tudzież węszyć odstępców od jedynie słusznej doktryny, niezależnie, czy będzie to alterglobalizm, internacjonalizm czy jakiś inny światły „-izm”. A poza tym cieszyć się niepomiernie swoją etyczną i cywilizacyjną wyższością nad prawicowym ciemnogrodem.

Przecież żaden lewicowiec nie może, zgodnie z panującymi kanonami, mówić o patriotyzmie czy suwerenności narodowej. Co tam tradycje polskiej lewicy niepodległościowej, komuna pokazała, kto miał rację w tym sporze, a postkomuniści udowodnili wszem i wobec, że jako lewica „dają radę”… Od Millera przez Olejniczaka po Arłukowicza. I z powrotem. Ponadto każdy lewicowiec, który Gwiazdów nazwie „pojebami” lub z pobłażaniem zakwalifikuje Joannę Gwiazdową do leczenia psychiatrycznego, to człowiek umiaru i wyważonych sądów. Nie jego to wina, że ziemia musi ścierpieć ludzi o poglądach niewyważonych i nieumiarkowanych. A z takimi trzeba krótko: tolerancja tolerancją, ale to, co nam nie pasuje, odpowiednim słowem lub środowiskowym donosem w ziemię wdepczemy…

Czy Joanna Gwiazdowa ma rację, czy jej nie ma w kwestii Smoleńska – nie wiem. Czy Orban jest wrogiem lewicy? To mnie akurat mniej obchodzi, jeśli tylko uda mu się przywrócić społeczeństwu węgierskiemu dobrobyt, szacunek obywateli wobec własnego państwa, jeśli ukróci arogancję i wszechwładzę międzynarodowej finansjery i nie stanie się przy tym kimś w rodzaju Pinocheta czy Jaruzelskiego. A póki co nie grozi mu to. W każdym razie, bliżej mi do Gwiazdowej i Orbana (do nich, nie do „Klubów »Gazety Polskiej«” czy publicystów „Uważam Rze”) niż do śmiesznych uprzedzeń naszych lewicowców, histeryzujących, gdy spostrzegą myśli i działania nie pasujące do ich doktrynerskich wyobrażeń o prawicy i lewicy.

I to właśnie pod adresem tych jednomyślnie lewomyślnych, grzecznie pilnujących kanonu wierzeń światłych a „jedynie słusznych”, oburzonych, gdy im zgrzytnie opinia nie pasująca do zestawu tych wdrukowanych i słusznych poglądów, na straży których stoją różnej maści (drobni) cwaniacy, krzyknę: faszyzm nie przejdzie! Wasz faszyzm, towarzyszki i towarzysze, przyjaciele Wielkiego Brata.

Krzysztof Wołodźko

Tusk pomoże proroctwom Majów?

Koniec świata nastąpi w 2012 roku! Tak przynajmniej utrzymuje wiele publikacji internetowych, poświęconych ważkim zagadnieniom typu UFO, skarby templariuszy czy tajemnicze znaki odciśnięte w zbożu. Nasz los podobno jest już zapisany w kalendarzu Majów i nic nie możemy na to poradzić.

W realnym świecie również nie ma powodów do wiwatów. Ogólnoeuropejski trend cięć oszczędnościowych sieje nasiona, które wydadzą plon wysokiego bezrobocia, spadku aktywności gospodarczej, a w końcu niepokojów społecznych. Jakie żniwa zbiera tego typu polityka, przekonały się Niemcy w ciągu półtorej dekady po rządach „Kanclerza Głodu”, Heinricha Brüninga (1930-1932). W ciągu dwóch lat, stosując politykę cięć budżetowych i nieinterwencji, Brüning powiększył szeregi bezrobotnych z 3 do 5,5 miliona i przysporzył zwolenników NSDAP (wzrost z 6,4 miliona do niemal 14 milionów głosujących). Podobnie dziś, światowi przywódcy zdają się nie opierać proroctwom Majów i zgodnie pouczają społeczeństwa, że „lepiej to już było”. Nasz los podobno jest już przesądzony przez analityków agencji ratingowych i nic nie możemy na to poradzić.

Chociaż nie wszyscy przywódcy kibicują końcu świata, to jednak panuje wśród nich dość zgodna opinia o nieuchronności wyrzeczeń, jakich muszą ich zdaniem dokonać społeczeństwa. Polski rząd, jak wiadomo, w lot wychwytuje tendencje panujące na coraz bardziej dzikim tzw. Zachodzie. Poruszanie się w równym szeregu z europejskim konsensusem daje poczucie wpływu na kierunek, w jakim zmierza nasz kontynent, a przede wszystkim pozwala zejść z linii strzału potencjalnej krytyki.

Jeżeli jedno słowo najlepiej oddaje istotę polityki obecnego rządu, to jest nim pragmatyzm. Ukierunkowany na zachowanie stabilności władzy państwowej, pragmatyzm często zapomina o celach dobra społecznego, ale i nieraz dobrze im służy. Jest zatrważający, gdy może oznaczać akceptację dla powoli obniżającego się standardu życia całych rzesz obywateli, ale jest też pomocny, gdy za pomocą min i póz zapewnia stabilność waluty. Pragmatyk nieustannie kalkuluje i dostrzega szanse. Zupełnie bezprecedensowe wyrwanie funduszom finansowym dwudziestu kilku miliardów złotych rocznie (OFE), jest tym, co jeden z poprzednich rządów ogłosiłby gigantycznym zwycięstwem w walce z „układem”. Jakże znamienne, iż dokonał tego właśnie rząd pragmatyków (tak w dobrym, jak i złym znaczeniu tego słowa).

Dziś bodźcem dla poczynań rządu jest uzasadniony strach przed atakiem potężnych środowisk finansowych, posiadających wystarczająco dużo pieniężnych „armat”, by wystraszyć obrońców twierdz nawet większych od naszej. Co prawda suwerenne państwo może teoretycznie bronić się przed takim atakiem poprzez kontrole kapitałowe i wymiany, w praktyce jednak środowiska finansowe posiadają tak wielki arsenał niekonwencjonalnych środków nacisku, że na przywództwa polityczne różnych państw pada blady strach i gotowe poddać się bez walki. A przynajmniej do niedawna tak było.

Rośnie bowiem wśród urzędników państwowych administracji wielu państw europejskich presja na ukrócenie bezczelnych poczynań finansjery. Dla wielu osób ze starszego pokolenia państwowców nie do zniesienia jest degradacja znaczenia suwerennego państwa przez aroganckie agencje ratingowe i kartele spekulacyjne. Jest to trend, na który szczególnie warto zwrócić uwagę polskich władz. Cóż może być bardziej pragmatycznego, niż zastopowanie hegemonii finansowej oligarchii, której rezultatem musiałyby być dramatyczne zmiany ustrojowe, cywilizacyjne, społeczne i gospodarcze? Prezydent Sarkozy ogłosił, iż nawet w przypadku nieprzeforsowania przez całą UE mikro-podatku od transakcji finansowych, Republika Francuska wprowadzi to rozwiązanie. Sarkozy’ego wsparła kanclerz Merkel, zaś rywal Sarko w wyborach prezydenckich, François Hollande, zaczął domagać się separacji bankowości tradycyjnej od inwestycyjnej, co równie sprawnie zatopiłoby finansowych piratów.

Warto podkreślić, że te ruchy, wywołane przez patriotyczne środowiska europejskich urzędników, a popierane od Brukseli po Watykan, nie są już rozumiane jako próba „cywilizowania” tzw. rynków finansowych. Ich faktycznym celem, który tak przeraził przywódców Wielkiej Brytanii, jest unicestwienie oligarchii finansowej. Oligarchii zamierzającej dokonać likwidacji tradycyjnie rozumianej państwowości oraz tego, co Niemcy nazywają „prymatem polityki”, a zatem przynajmniej pośredniej kontroli społeczeństwa nad procesami, które go dotyczą. Wpływowy niemiecki eurodeputowany Elmar Brok (CDU) stwierdził, iż „ostatnie obniżki ratingów są atakiem wymierzonym w Europę” oraz że „pewne siły w świecie finansów prowadzą wojnę finansową przeciw Europie na rzecz interesów anglosaskich”. Dodał, że chcą one „zniszczyć eurostrefę, aby na tym zarobić”.

Niezlikwidowanie zagrożenia, jakim jest umacniająca się hegemonia finansjery, to nie tylko działanie nie-pragmatyczne, ale wręcz samobójcze. Stawką nie jest przetrwanie takiego lub innego układu politycznego, lecz uniknięcie chaosu. Bezpieczeństwo publiczne i ochrona prawna własności, nawet bardzo wpływowych osób, w warunkach rozkładu społecznego traci dotychczasową moc. Nie ma się co łudzić, dotyczy to także Polski. Jakiekolwiek próby ustabilizowania sytuacji bez likwidacji ekonomicznych przyczyn niestabilności, są skazane na niepowodzenie. Cybernetyczne programy, powszechnie używane do przewidywania trendów i zagrożeń, będą bezradne w obliczu powstawania nowych zjawisk. Sztuczne konflikty społeczne (jak np. „oszołomy” kontra „zdrajcy”), generowane w etnicznie jednorodnym społeczeństwie, nie przysłonią materialnej degradacji. Ruchy populistyczne zaś szybko wyradzają się, zgodnie z „zasadą Frankensteina”, przeciw swym twórcom.

Dlatego pragmatyzm i żywotne interesy społeczne to w tym przypadku jedno i to samo. Do tej pory polski rząd, ustami ministra Rostowskiego, zapowiadał, iż „przygląda się z boku” debacie na temat podatku od transakcji finansowych. Czas najwyższy zabrać głos i wziąć sprawy w swoje ręce, przy okazji zawstydzając Majów.

Krzysztof Mroczkowski

Węgry naszym sojusznikiem

Jest coraz ciekawiej. System oparty na globalnej dyktaturze finansów trzeszczy w szwach. Na wszelki wypadek proponuję uchwalenie ustawy o przejmowaniu porzuconego mienia. W Ameryce Łacińskiej robotnicy musieli walczyć z wojskiem, aby wejść do opuszczonych fabryk w celu kontynuowania produkcji.

Możni tego świata wpadli w szaleństwo pacyfikowania Węgier. Chcą usunąć premiera Viktora Orbana i doprowadzić do przegranej rządzącej partii Fidesz. Poważane w świecie finansowym gazety i autorytety wylewają na głowę Orbana kubły pomyj. „The Economist” napisał, że Orban jest bezprzykładnie podły. Zarzuty są mętne i nieistotne. Powodem nie może być nowa konstytucja, w której nic zdrożnego nie ma. Fidesz wprowadził lub ma zamiar wprowadzić podatek liniowy. Jest to flagowy punkt programu twardej prawicy, troszczącej się o dochody bogatych. Pojawiły się okręgi większościowe, co też jest idée fixe prawicy, która nie chce dopuścić do parlamentu poglądów mniejszości. Orban nie jest zatem groźnym socjalistą, przebranym w owczą skórę prawicowca. Inny zarzut to przeniesienie korony króla Stefana do parlamentu. Korona to nie sierp i młot albo swastyka, nawet nie krzyż czy półksiężyc. Co komu przeszkadza korona?

Między wierszami daje się wyczytać prawdziwe powody ataku. Fidesz chce ograniczyć dochody nowej nomenklatury i możliwości wyprowadzania pieniędzy z kraju. Beneficjenci neoliberalizmu buntują się w imię demokracji i praw człowieka. Jak wiadomo, podstawowym prawem człowieka jest zarabianie pieniędzy na Węgrzech i płacenie podatków na Malcie. Oliwy do ognia dolewa zamiar rozliczenia okresu komunizmu. Partia komunistyczna, po cudownym nawróceniu na socjalizm i demokrację, podnosi larum. Sytuacja przypomina nagonkę na Kaczyńskich. Powinniśmy poprzeć Węgrów w imię suwerenności państw Europy Środkowo-Wschodniej. Mam nadzieję, że przywódcy Węgier nie wybierają się we wspólną podróż samolotem.

Nie mam wątpliwości, że katastrofa pod Smoleńskiem to był zamach. Nie kolekcjonowałam dowodów zamachu. Pilnie czytałam i słuchałam tego, co mieli nam do powiedzenia funkcjonariusze Polski, Rosji i autorytety uznawane przez media. Od pierwszych chwil po katastrofie opinię publiczną zalewała fala kłamstw, oszczerstw pod adresem ofiar i barbarzyńskie opinie o ludziach przejętych tragedią i pogrążonych w żałobie. Kto ma czyste sumienie, nie plecie byle czego w tak ważnej sprawie, nie niszczy dowodów, nie zaciera śladów, a także nie wpada w panikę, że ktoś publicznie zada proste i oczywiste pytanie: Czy to był zamach?

Jeśli odpuścimy sprawę Smoleńska, nie przetrwa ani naród, ani suwerenne państwo. Gdyby w podobnej katastrofie zginął prezydent Komorowski, miałabym takie samo zdanie. Nic nam nie pomoże naprawa finansów publicznych, koniec światowego kryzysu, ani umocnienie się Unii Europejskiej czy też jej rozpad. Będziemy pariasami, których nikt nie szanuje, każdy może im narzucić swoją wolę i wykorzystać we własnym interesie. Już bojówki niemieckie przyjeżdżają do Polski walczyć 11 listopada z „polskim nazizmem”.

Często słyszę opinię, że Polacy są już zmęczeni wracaniem do sprawy Smoleńska. „Prawdy i tak nie poznamy. Pamięć się zaciera, pojawiają się nowe ważne i trudne problemy, patrzmy w przyszłość”. Kapitulacja przed przemocą nie jest cechą wyróżniającą Polaków. Gdy Europie Zachodniej bezpośrednio zagrażał ZSRR, modne tam było powiedzenie „Lepiej być czerwonym niż martwym”. Jedno nie wyklucza drugiego, ale demokratyczny Zachód zachował wdzięczną pamięć o dobrym wujaszku Stalinie, który pokonał faszyzm i dał schronienie polskim Żydom-komunistom. Oprócz tego, w pamięci pozostały obozy koncentracyjne na terenie Polski. To dlatego nie możemy przebić się do opinii światowej z pamięcią o Katyniu, AK i Powstaniu Warszawskim. Żaden prezydent Stanów Zjednoczonych ani premier Wielkiej Brytanii nie przeprosił narodów Europy Środkowo-Wschodniej za Jałtę.

Stany Zjednoczone nie opuściły w zagrożeniu swoich europejskich sojuszników, którzy dla wygody, ze strachu i dla doraźnych korzyści flirtowali ze Związkiem Radzieckim. Ale Polska nie należy do Europy Zachodniej. O swoją przyszłość musimy zadbać sami. Polska zawsze stwarzała problemy. Nie oddała Niemcom „korytarza”, co wywołało wojnę światową, tak jak Węgry walczyła z komunizmem powodując napięcia międzynarodowe. Powstanie „Solidarności” groziło destabilizacją regionu i demoralizowało robotników na całym świecie. Mało brakowało, aby świat finansów i wielkie korporacje zostały pozbawione premii za upadek komunizmu. Niebezpieczeństwo udało się zażegnać. Stan wojenny zakończył się kapitulacją przy okrągłym stole. Interwencja Moskwy i Waszyngtonu umożliwiła Jaruzelskiemu objęcie stanowiska prezydenta niepodległej Polski.

Brak reakcji na żądanie rzetelnego wyjaśnienia tragedii w Smoleńsku jest racjonalny. Na nadziei na przedawnienie opierają swoje kalkulacje wszyscy przestępcy, a także nieudolne, totalitarne i autorytarne rządy. Wystarczy dostatecznie długo iść w zaparte, nie reagować na krytykę, uchylać się od odpowiedzialności, a sprawa się przedawni, rozmyje, zobojętnieje. Najpierw jest za wcześnie, żeby cokolwiek sądzić, czegoś się domagać. Więc nic się nie robi, tylko karci pokrzywdzonych za oskarżenia nie dowiedzione przed sądem, oszołomów za spiskowe teorie. Potem jest już za późno.

Taki los spotkał lustrację i wszystkie nawet najbardziej głośne zbrodnie komunistyczne. Niczym zakończył się proces w sprawie Grudnia ‘70. Stos kłamstw i przemilczeń rośnie. Gdy prawdy nie da się już dłużej zakrzyczeć lub przemilczeć, winni stają w pierwszym szeregu jej obrońców. Na przykład Balcerowicz karci Polaków za zadłużenie kraju. Jakiś autorytet współczuł autorom stanu wojennego, że tak długo musieli czekać na wyrok sądu. Ale im się opłaciło. Jeśli w ciągu pięciu lat generał Kiszczak nie wywoła następnego stanu wojennego, nie pójdzie do więzienia.

Teraz oczekuję od Adama Michnika przeproszenia wszystkich, których oskarżał o wyznawanie spiskowych teorii.

                             Joanna Duda-Gwiazda

Lewica w obronie postdemokracji

Niedawno przez media przetoczyła się informacja o obniżeniu wiarygodności kredytowej Węgier do poziomu śmieciowego (BB+) przez agencję ratingową Standard&Poor’s. Kilka dni później portale ekonomiczne w alarmującym tonie donosiły o zwiększeniu wpływu tamtejszego rządu na bank centralny. Tragizmu sytuacji u naszych bratanków dopełniły materiały o odbywających się na Węgrzech protestach opozycji, spowodowanych jakoby łamaniem standardów demokratycznych przez rządzącą partię Fidesz. Cały ten zgiełk wzmocnił aplauz części polskiej lewicy. Strzelające korki od szampanów, otwieranych na salonowych kanapach z powodu poważnych tarapatów rządu Viktora Orbána, przypominają jednak salwę na część międzynarodowych instytucji finansowych. Trudno zatem wyzbyć się wrażenia, że beztroski raut skończy się poważną czkawką, a nawet bólem głowy.

Orbán nie jest oczywiście zbyt atrakcyjnym punktem odniesienia dla osób hołdujących wartościom lewicowym, czy szerzej – prospołecznym. Trudno jednak pozbyć się odczucia, że krytyka jego poczynań, dokonywana przez te właśnie środowiska, zdecydowanie chybia celu. Dla lewicy bowiem – co zauważył już Marks – istotne są przede wszystkim realia bytu. Te zaś nie są na Węgrzech doskonałe, ale nie są też tragiczne. Według prognozy Saxo Banku na rok 2012, wskaźniki naddunajskiej gospodarki nie prezentują się najgorzej na tle innych państw Europy Środkowej. Co prawda analitycy wieszczą dość wysoką inflację (4%), ale i relatywnie niewysokie bezrobocie. Jego wskaźnik wynieść ma 10,5%, przy np. 12,5% w Polsce i 13,5% na Słowacji.

Węgrzy nie muszą się specjalnie wstydzić także swej pozycji w innych rankingach. Przykładowo, wskaźnik Giniego, mierzący nierówności społeczne, w ciągu dwóch ostatnich dekad w ich kraju zmalał, podczas gdy choćby w Polsce odnotował wręcz skokowy wzrost. Oto bowiem indeks ów wynosi obecnie u Madziarów 27, co sytuuje ich kraj w pozycji zbliżonej do Szwecji i Finlandii. Kompan od szabli i szklanki wyprzedził nas również o jedną pozycję w rankingu HDI (Human Development Index), mierzącym wskaźnik rozwoju społecznego w oparciu m.in. o wysokość PKB, jakość i dostępność edukacji oraz opieki medycznej czy świadczone usługi socjalne.

Trudno oczywiście twierdzić, że pozytywne na tle sąsiadów makrowskaźniki to efekt kilkunastomiesięcznej polityki. Jednak obecne władze Węgier – za co należy im się niewątpliwie pochwała – dokonały nieliberalnych, acz z całą pewnością sprawiedliwych i słusznych posunięć, stymulujących egalitarny kurs. Należy do nich wprowadzony w 2010 r. podatek obrotowy. Płacą go – w wysokości 1% – firmy handlowe, energetyczne i telekomunikacyjne, które w ciągu 12 miesięcy osiągnęły ponad 2 mln euro obrotu. Regulacja ta przyniosła budżetowi 600 mln euro.

Innym mądrym posunięciem rządu Orbána było wprowadzenie tzw. podatku chipsowego. Obowiązuje on od 1 września 2011 r. i dotyczy produktów zawierających dużą ilość soli, węglowodanów lub kofeiny. Rozwiązanie to ma na celu poprawę nawyków żywieniowych społeczeństwa.

Wreszcie, last but not least, za wielkie osiągnięcie koalicji Fidesz-KDNP należy uznać upaństwowienie systemu emerytalnego. Szef węgierskiego rządu słusznie zauważył, że tylko państwo jest w stanie zapewnić obywatelom godziwe emerytury, a oddawanie gigantycznych pieniędzy milionów ludzi w ręce prywatnych spekulantów, to bezmyślna i osobliwa gra hazardowa. Osobliwa, ponieważ gracze, dążąc do zysków, ryzykują nie swoimi środkami finansowymi.

Naszkicowany obraz polityki ekonomicznej Fideszu byłby, pod względem osiągnięć, całkiem dobry jak na niespełna dwuletnie rządy. Burzą go jednak po prostu głupie posunięcia gabinetu Orbána. Do takich z całą pewnością należy przeforsowanie karania grzywną lub więzieniem osób skazanych za włóczęgostwo. W rozwiązaniu tym można oczywiście dostrzec próbę powściągnięcia wybryków koczowniczych grup romskich (stanowiących, co należy podkreślić, niewielką mniejszość populacji węgierskich Romów), które bywają uciążliwe dla społeczności, do których przybywają. Trudno jednak wyzbyć się wrażenia, że nad ową penalizacją bezdomności ciąży widmo foucaultowskiej metody „nadzorować i karać”, która zastąpić ma szerzej zakrojoną pracę socjalną.

Zrozumiały opór części węgierskich związkowców w czerwcu 2011 r. wzbudziła również polityka socjalna rządu Orbána w zakresie emerytur. Wtedy to parlament przyjął ustawę ograniczającą uprawnienia emerytalne policjantów, strażaków, celników i funkcjonariuszy straży granicznej. Grupom tym odebrano prawo przechodzenia na emeryturę po 25 latach pracy. Trudno wyjaśnić to posunięcie inaczej, niż jako poszukiwanie oszczędności kosztem osób nie zajmujących szczytów drabiny społecznej. Dyskusyjna jest kwestia, czy zrównanie wieku przechodzenia na emeryturę dla wszystkich obywateli nie byłoby aktem sprawiedliwości społecznej. Nawet gdyby jednak tak uznać, nieco bardziej dalekowzroczna władza obwarowałaby takie rozwiązanie systemem umożliwiającym przekwalifikowanie przedstawicielom tych grup zawodowych, w których istotne znaczenie pełni sprawność fizyczna i witalność. Jasne jest bowiem, że 50-letni policjant będzie na patrolu pośmiewiskiem dla potencjalnych przestępców – ale w równie niekomfortowej sytuacji znajdzie się jego rówieśnik np. dźwigający cegły na budowie.

Pod znakiem zapytania prospołeczność rządów koalicji Fidesz-KDNP stawia także usztywnienie kursu franka szwajcarskiego, polegające na odroczeniu spłat rat kapitałowych. Posunięcie to z pozoru wygląda na rozsądne. Oto socjalny rząd pomaga biedakom, których nie było stać na horrendalnie drogie mieszkania i – skuszeni niskim oprocentowaniem kredytów w obcej walucie – dali się nabrać na bankowe sztuczki. Naiwność Węgrów w tej materii przybrała znaczne rozmiary: 60% gospodarstw domowych i firm spłaca obecnie taki właśnie kredyt. Fakty i logika podpowiadają jednak, że ubodzy nie zaciągają kredytów hipotecznych w ogóle. Działanie to przyniesie więc korzyść zarówno rodzinom „na dorobku”, którym niewątpliwie należy się wsparcie, jak i cwaniakom zadłużającym się, by kupować mieszkania i żyć z ich wynajmu. Stąd też rozsądniejszym pomysłem wydawałoby się ustanowienie możliwości wdrażania postępowania upadłościowego konsumentów. Nade wszystko zaś z prywatnymi deweloperami powinno konkurować państwo, budujące tanie mieszkania komunalne.

Lewica ma więc za co krytykować poczynania gabinetu Orbána od strony społecznej. W praktyce jednak jej publicyści wolą, w tonie typowym dla „Gazety Wyborczej”, grzmieć o łamaniu demokracji, wolności słowa i praw człowieka.

Oczywiście nowa konstytucja, która weszła w życie z początkiem tego roku, w wielu kwestiach budzi poważne wątpliwości. Choćby zmiana nazwy państwa z Republiki Węgierskiej na Węgry nasuwa pewne nieprzyjemne skojarzenia z sytuacją Republiki Francuskiej, przemianowanej na Państwo Francuskie przez tamtejszą kolaborancką prawicę w czasie II wojny światowej. Również zapis o ochronie życia poczętego jest wyraźnym, odgórnym przesunięciem wahadła na prawo w niekończącym się sporze pomiędzy liberalnymi i konserwatywnymi zapatrywaniami na kwestie obyczajowe. Są to jednak raczej sprawy drugorzędne. Trudno pochwalać sytuację, w której zgwałcona kobieta zmuszona jest do urodzenia dziecka. Istotniejsze jest jednak zadanie pytania o przyczynę gwałtu, a w szerszej perspektywie – o świadomość seksualną obywateli, dostępność antykoncepcji, osłonę socjalną dla rodzin etc. W pomijaniu tych zagadnień zadziwiająco zgodne są obie strony obyczajowego sporu.

Kuriozalne, że lewica, która tradycyjnie interesowała się przede wszystkim „twardą” ekonomią i socjologią, postulując rozwiązania systemowe i dalekowzroczną politykę społeczną, przeskoczyła obecnie w sferę „wolności formalnych”. Do pomyślenia jest groteskowa sytuacja, w której rząd jakiegoś kraju, zajmując podobną do gabinetu Orbána – a więc co najmniej chwiejną – postawę w sprawach socjalnych, zyskuje poklask lewicy za dodanie do nazwy państwa słowa „Ludowa” czy wpisanie do konstytucji ochrony małżeństw jednopłciowych.

Casus Węgier nie jest jednak li tylko jednym z wielu przykładów na niedołęstwo analityczne polskiej lewicy i jej rozkład ideowy. Ilustruje on bowiem nade wszystko nasilającą się, a bardzo niebezpieczną tendencję w światowej polityce, którą w 2004 r. brytyjski politolog Colin Crouch ochrzcił mianem postdemokracji. W jego ujęciu, termin ten ilustruje sytuację formalnego istnienia fasady demokracji w postaci swobód konstytucyjnych, wyborów parlamentarnych itp., z jednoczesnym przeniesieniem środka ciężkości w procesie decyzyjnym na międzynarodowe instytucje finansowe czy zarządy wielkich korporacji.

Państwa, postrzegane dotąd jako najskuteczniejszy instrument dokonywania dalekosiężnych przemian społecznych, przy rosnącym zadłużeniu zmuszone są działać nie pod dyktando suwerena, czyli ogółu obywateli, ale zgodnie z życzeniem agencji ratingowych, analityków giełdowych i bankierów. Tendencję tę ilustrują nie tylko losy Węgier. W iście postdemokratycznym stylu od władzy został odsunięty Silvio Berlusconi. Skorumpowanego magnata z premierowskiego fotela nie zrzuciła przecież rewolucja, ani masowe protesty czy strajk generalny, lecz giełda i agencje ratingowe, takie jak Standard&Poor’s czy Moody’s.

Globalny kryzys rysuje przed nami całkowitą zmianę perspektywy politycznej. Odtąd skuteczny nie będzie ten gabinet, którego działania spotkają się z aprobatą obywateli, lecz taki, który doprowadzi do zazielenienia giełdowych słupków. Politycy muszą więc zabiegać o dobre notowania w gremiach nie podlegających jakiejkolwiek demokratycznej weryfikacji, acz posiadających władzę większą, niż rząd pojedynczego kraju. Gdyby zaś przyszło im do głowy wychylenie przed szereg z nieco bardziej radykalną wizją, to analitycy Standard&Poor’s szybko temu zaradzą.

Sytuacja taka otwiera pole do poszukiwania filozoficznej, politycznej i instytucjonalnej formuły, która pozwoli na nowo uchwycić procesy decyzyjne w ręce społeczeństwa. Lewica ma ogromny, historyczny i teoretyczny potencjał do wypracowania takowej. Jednak obserwując jej ekscytację losami pogrążających się Węgier, należy mieć wątpliwość, czy wyzwolenie spod jarzma Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego, bonzów giełdowych i szefów korporacji dokona się pod czerwonym sztandarem.

Piotr Kuligowski