przez Bartosz Oszczepalski | środa 30 maja 2012 | opinie
Dużo się w polskich mediach mówi o uproszczonej wizji patriotyzmu w wydaniu prawicy. Warto jednak spojrzeć na lewą stronę sceny politycznej. Tamtejszy stosunek do relacji obywatel – ojczyzna wcale nie wydaje się bardziej rozsądny i przemyślany. Nie jest on także atrakcyjny dla osób, które nie akceptują zarówno postaw nacjonalistycznych, jak i kosmopolitycznych.
Analizując ostatnie wypowiedzi Romana Kurkiewicza można stwierdzić, że lewica z patriotyzmem ma spory problem.Przypomnijmy, że redaktor naczelny „Przekroju” w wywiadzie dla portalu na temat.pl stwierdził, że „dla mnie patriotyzm to pojęcie opresyjne, budujące fałszywe poczucie wspólnoty, grupujące ludzi według niejasnych kryteriów”. Kurkiewicz dodał, że pojęcie patriotyzmu jest zawężające i wykluczające, a flagi i czapki na „Euro” nazywa przemysłem patriotycznym i plemienną identyfikacją.
Można pomyśleć, że był to jedynie incydent, ale słowa Janusza Palikota, kreowanego na nowego guru lewicy, o „potrzebie wyrzekania się polskości” – każą już poważnie się zaniepokoić. Jak słusznie zauważył Marcin Meller w swoim felietonie „Bagnet wyprowadzić”, słowa te nie spotkały się z żadną reakcją po lewej stronie. Tak samo zresztą jak w przypadku wypowiedzi redaktora naczelnego „Przekroju”. A powinna ona głośno krzyczeć i tupać. Wystarczyłoby znać tradycje największej w historii Polski partii lewicowej – PPS, zarówno socjalistycznej, jak i patriotycznej.
Dziś na lewicy przeważa postawa kosmopolityczna. Lewicy nie można zarzucić tego, że nie wie, jakiego rodzaju miłości do ojczyzny nie akceptuje. Wiadomo – odrzuca nacjonalistyczny pogląd o wyższości jednych narodów nad innymi, martyrologiczne ciągoty prawicy oraz tzw. patriotyzm romantyczny, emocjonalny, unikający wstydliwych aspektów naszej historii. Na ten temat powstało już wiele artykułów, a nawet książek. Problem pojawia się, gdy trzeba określić, jaki ten lewicowy patriotyzm ma być, to znaczy jaka jest alternatywa wobec przesłania prawicy. Okazuje się, że najczęściej nie chodzi wcale o to, żeby patriotyzm był „nie taki jak prawicowy” – ma go nie być wcale. Takie stwierdzenia można coraz częściej usłyszeć nie tylko od Palikota czy Kurkiewicza, ale także od młodych lewicowców z niewielkich organizacji. Ci ostatni twierdzą, że podziały narodowe są sztuczne i należy je zastąpić akcentowaniem różnic klasowych. Ale czy jedno wyklucza drugie?
Polska Partia Socjalistyczna odcisnęła pozytywne piętno na historii naszego kraju. Strajki robotnicze, udział w prospołecznych gabinetach rządowych, walki przeciwko nazistom o niepodległą Polskę. Jeden z bardziej znanych ideologów PPS, Mieczysław Niedziałkowski, przekonywał, że „idea socjalistyczna łączy się ściśle z patriotyzmem, ukochaniem ojczyzny”. Niedziałkowski nie zgadzał się z poglądem, który wyznaje dziś spora część lewicy, że narody to twory sztuczne. Z tezą, że „proletariat nie ma ojczyzny”, nie zgodziłoby się wielu innych polityków PPS, jak chociażby legendarny Bolesław Limanowski. Można oczywiście stwierdzić, że żyli i działali oni w innych czasach, gdy o niepodległość naszego kraju trzeba było walczyć za pomocą pistoletu. Ale równie dobrze można stwierdzić, że akcentowanie tematyki narodowej i patriotycznej powinno dla lewicy być istotne również w dobie coraz większego nacisku na państwa narodowe ze strony międzynarodowego kapitału, światowych instytucji finansowych i agencji ratingowych, które wymuszają na rządach poszczególnych krajów cięcia socjalne i liberalne reformy. Patriotyzm, podobnie jak doktryny lewicowe, cechuje troska o wspólnoty i solidarność między członkami tychże wspólnot. Rozsądnie pojmowany patriotyzm mógłby posłużyć lewicy jako oręż przeciwko ideologiom liberalnym, nastawionym jedynie na dobro wybranych jednostek.
Abstrahując od kwestii społeczno-gospodarczych, patriotyzm polegający na przywiązaniu do ojczyzny, kultywowaniu poczucia tożsamości poprzez uczestnictwo w obchodach świąt narodowych, promowaniu barw narodowych podczas imprez sportowych, nie jest przecież niczym złym, nie musi też koniecznie posiadać konotacji prawicowych, szowinistycznych i nacjonalistycznych – choć próbują to sugerować niektóre środowiska lewicowe. Przeciwnie, świadomy obywatel powinien znać historię swego kraju, zdawać sobie sprawę, czego może wymagać od państwa, w którym żyje i jakie ma obowiązki wobec tego państwa i społeczeństwa. Jest to tym bardziej istotne w świecie konsumpcjonizmu, gdzie ludzie często są nastawieni jedynie na zysk, ich bożkiem jest skrajny indywidualizm, natomiast zapominają o takich wartościach, jak sprawiedliwość społeczna, solidarność międzyludzka czy troska o losy kraju.
Moje wywody nie są specjalnie odkrywcze i oryginalne. Nie napisałem niczego, co mogłoby zszokować kogoś, kto choć pobieżnie orientuje się w historii i tradycji polskiej lewicy. Dlaczego redaktor podobno największej lewicowej gazety w Polsce ma tak mało wyobraźni, że w kwestii patriotyzmu akceptuje dychotomię, w której znajdują się tylko hasła „Prawdziwy rewolucjonista nie ma ojczyzny” oraz „Polska dla Polaków”? Czy nie stać nas na nic lepszego? Czy słowa Kurkiewicza są wynikiem ignorancji, czy salonowej mody na bycie „obywatelem świata”? Jedno jest pewne: nie ma to nic wspólnego z najlepszymi polskimi tradycjami lewicowymi, a wręcz jest ich zaprzeczeniem.
Ale tradycje to jedno. Ważniejsze jest coś innego. Środowiska lewicowe nie zareagowały ani na wypowiedź Palikota (co byłoby jeszcze zrozumiałe, bo lewicowość Palikota jest często kwestionowana), ani na opinie Kurkiewicza, który szefuje pismu wpływowemu po lewej stronie. Do czytelników wywodzących się z tego środowiska mam zatem propozycję: zastanówcie się, jak wywody o „opresyjnym patriotyzmie” mogą zostać odebrane przez społeczeństwo. Żyjemy w kraju, w którym ze względu na położenie geograficzne i wydarzenia z przeszłości obywatele są dość mocno przywiązani do postaw patriotycznych. Szczególnie widoczne jest to wśród grup ekonomicznie gorzej sytuowanych oraz zamieszkujących uboższe regiony, czyli typowego potencjalnego elektoratu lewicy społecznej. Nietrudno się domyślić, jaki stosunek wobec „salonowego antypatriotyzmu” mają tacy ludzie. Zwłaszcza że ich opinie i emocje są dodatkowe „podkręcane” przez prawicę, która zręcznie wykorzystuje potknięcia środowisk lewicowych w tej materii.
Jeśli miałbym wymienić kilka przyczyn słabości lewej strony, na pewno jedną z głównych byłoby porzucenie tematyki patriotycznej i całkowite oddanie jej w ręce prawicy. Świetnie widać to na przykładzie zeszłorocznych obchodów Święta Niepodległości. Nie dość, że demonstrantów po stronie Marszu Niepodległości było znacznie więcej niż na Kolorowej Niepodległej, to w ten dzień lewica popełniła jedną z największych gaf politycznych w swojej historii. Zamiast zorganizować alternatywne obchody i przypomnieć dorobek polskiej lewicy patriotycznej, zdecydowano się pod wodzą liderów „Krytyki Politycznej”, wspomnianego Kurkiewicza oraz dziennikarzy „Gazety Wyborczej” na przepychanki z narodowcami. Do społeczeństwa poszła wiadomość: Lewica jest przeciwko patriotyzmowi – blokuje legalny marsz z okazji ważnego narodowego święta. W ten sposób lewica na własne życzenie przegrała kolejną batalię z prawicą. Parafrazując słowa Mellera ze wspomnianego felietonu, nad nieodpowiedzialnymi politykami i publicystami nie ma co płakać, ale lewicy autentycznie szkoda.
przez dr Rafał Bakalarczyk | wtorek 22 maja 2012 | opinie
A patrząc, widzą wszystko oddzielnie / Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo… – ów cytat z wiersza Tuwima uporczywie przychodzi mi na myśl, gdy zastanawiam się nad przegłosowanym przez Sejm 11 maja podniesieniem wieku emerytalnego. Niczym tytułowi straszni mieszczanie z utworu Tuwima, władza „widzi wszystko oddzielnie” i przeprowadza reformę emerytalną w oderwaniu od działań na innych polach. Nie zauważając, że system emerytalny jest jedynie częścią większej konstrukcji – systemu publicznego dobrobytu, u którego fundamentów leżą określone warunki demograficzne, zaś jego filarami powinny być inkluzywny, wydajny rynek pracy oraz zdrowe i spójne społeczeństwo.
Niemal każdy z elementów owej konstrukcji jest przez polską politykę zaniedbany. Porównując tę sytuację do przebudowy domu, podniesienie wieku emerytalnego jest jak rozpoczęcie przebudowy od komina. I to w sytuacji, gdy fundamenty się zapadają, a ściany pękają i kruszą.
Premier chętnie przedstawia reformę emerytalną jako dowód politycznej odwagi własnego środowiska, które nie boi się niepopularnych, lecz koniecznych zmian, a także jako wyraz perspektywicznego myślenia o współczesnych wyzwaniach. Czy tak jest w istocie? Podniesienie wieku emerytalnego to raczej pomysł na krótkookresową poprawę kondycji budżetu poprzez zmniejszenie liczby wypłacanych emerytur. Gdyby rzeczywiście władzy chodziło o długofalową reakcję na wyzwania demograficzne i ekonomiczne, wdrożyłaby kompleksowe zmiany, które – jak każda inwestycja – wymagałyby na starcie wydatków społecznych oraz wysiłku podjętego w celu znalezienia na nie środków zarówno w ramach samego budżetu, jak i z dodatkowych wpływów podatkowych. Jednak przekonanie całego społeczeństwa czy wybranych, zasobnych grup do zasilania domeny publicznej w imię określonych celów społecznych, które zaprocentują później, wymaga w istocie – zwłaszcza w polskim kontekście – znacznie większej odwagi niż polityka szukania oszczędności.
Nie stać nas, więc stójmy w miejscu
Swego czasu „rozczuliła” mnie wypowiedź pełnomocniczki ds. równego statusu, Agnieszki Rajewicz-Kozłowskiej, która pytana przez dziennikarkę „Przekroju”, stwierdziła, że jeśli chcielibyśmy uzależnić moment podniesienia wieku emerytalnego od kompleksowych zmian w wielu sferach życia społecznego, musielibyśmy czekać na to wiele lat, gdyż w tej chwili na kompleksową reorganizację polityki społecznej nas po prostu nie stać. W moim przekonaniu, stwierdzenie, że „nas nie stać”, jest gołosłowne i najpewniej wynika z powielania obiegowych opinii, iż żyjemy ponad stan i należałoby w dobie kryzysu zacisnąć pasa. Jednak sama polityka zaciskania pasa poprzez cięcia w wydatkach publicznych, a zwłaszcza socjalnych jako panaceum na czas dekoniunktury, bywa kwestionowana m.in. przez takich ekonomistów, jak noblista Joseph E. Stiglitz, a wśród polskich badaczy Kazimierz Łaski i Leon Podkaminer. Pojawiają się też głosy, że bardziej zasadnym kierunkiem rozruszania gospodarki jest zwiększenie zatrudnienia poprzez inwestycje publiczne, a także wzrost popytu konsumpcyjnego przez poprawę sytuacji osób mniej zamożnych czy wręcz ubogich.
Ponadto Polska jest jednym z ostatnim krajów, którego władze powinny wzbraniać się przed modernizacją polityki społecznej przy pomocy zainwestowania w to środków większych niż obecnie. Według Eurostatu, jesteśmy jednym z krajów Europy wydających najmniej na zabezpieczenie społeczne – 19% PKB, przy unijnej średniej na poziomie 29%. Zatem gdy władze powołują się na to, że większość krajów UE podnosi wiek emerytalny, dbają o standardy europejskie dość wybiórczo. Tutaj znów objawia się niezdolność władzy do widzenia systemu społecznego jako całości. A wydatki na zabezpieczenie społeczne to tylko jeden z licznych wskaźników społecznych, w których nie dorównujemy wielu krajom UE i – co gorsza – niewiele robimy, by to zmienić.
Podnieść próg czy wiek
Rząd najczęściej tłumaczy konieczność podwyższenia wieku emerytalnego trendami demograficznymi. Jednak rozwiązanie, które proponuje, nie przyczyni się do kształtowania stosunków ludnościowych. Pomysł podwyższenia wieku emerytalnego jest co najwyżej próbą łagodzenia skutków starzenia się populacji, nie zaś oddziaływania na przyczyny – więc znów jest to budowanie domu od komina. Tymczasem należałoby w pierwszej kolejności stworzyć ludziom warunki dogodne do posiadania i wychowywania dzieci. Tu zapóźnienie polskiej polityki względem „starej” Europy jest szczególnie widoczne. Wydajemy na politykę wsparcia rodzin i dzieci 0,8% PKB, przy unijnej średniej na poziomie 2,3%.
Skutki niedofinansowania są opłakane. Rodziny, którym uda się spełnić restrykcyjne kryteria uprawniające do wsparcia, otrzymują je w niewielkim wymiarze, najczęściej przy pomocy działań osłonowych. Umożliwiają one zaspokojenie najbardziej elementarnych potrzeb, nie dają natomiast realnych możliwości pełnego uczestnictwa w społeczeństwie. Równocześnie wiele osób – na skutek istnienia niskiego, nie podnoszonego od 8 lat progu dochodowego, uprawniającego do świadczeń rodzinnych – nie otrzymuje wsparcia wcale. Rząd dopiero teraz podjął decyzję, że od listopada podniesiony zostanie zarówno próg dochodowy, jak i wysokość samego zasiłku rodzinnego (ale już nie dodatków do niego). Ciekawe, że podniesienie wieku emerytalnego przyjęto w błyskawicznym tempie mimo sprzeciwu wielu grup, tymczasem podniesienia wspomnianego progu tak długo nie mogliśmy się doczekać, mimo że eksperci postulowali to od dawna.
Modernizacja cudzymi rękami
Oczywiście polityka rodzinna to nie tylko świadczenia rodzinne. Piętą achillesową polskiej polityki społecznej są usługi, w tym opiekuńcze. To właśnie ze względu na ich niedobór wiele osób nie decyduje się na posiadanie dzieci, a ci, którzy to robią, nie zawsze mają szansę na zaspokojenie potrzeb rozwojowych swego potomstwa. Oczywiście, w kręgach prorządowych podnosi się z dumą kwestię wprowadzenia ustawy żłobkowej i rosnących w lawinowym tempie wskaźników skolaryzacji na poziomie przedszkolnym. Warto jednak pamiętać, że równolegle do wzrostu podaży opieki rosną koszty, jakie ponoszą rodziny.
Według badań Eurobarometru, polskie rodziny w ostatnich latach odczuły wzrost obciążeń związanych z wychowaniem dziecka. Ów wzrost nie wynika bezpośrednio z ustawy, ale wiele gmin, na które zrzucono odpowiedzialność za to (i za wiele innych nowych zadań), przerzuciło na rodziców niemałą część kosztów. Na poziomie systemowym nie zapewniono mechanizmu, który ograniczyłby wzrost kosztów ze strony rodzin, ani też nie zapewniono wystarczającego wsparcia gminom. Ponadto wzrost podaży miejsc w instytucjach opieki nad dzieckiem, oprócz dużego prywatnego wysiłku finansowego rodziców, jest możliwy dzięki środkom unijnym, rozdysponowanym w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Jest to źródło potrzebne, ale niestabilne – prędzej czy później wygaśnie. A zatem władze może i realizują słuszne cele, ale wyłącznie cudzymi rękoma: samorządów, rodziców, UE. A subwencji oświatowej na opiekę przedszkolną, choćby częściowej – mimo przedwyborczych obietnic Premiera – jak nie było, tak nie ma…
Pies pogrzebany w śmieciach
Opisana sytuacja zwiększa ryzyko wykluczenia, którym zresztą władza się nie przejmuje. Wydatki na przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu oraz na mieszkalnictwo są w Polsce 5 razy mniejsze niż unijna średnia (0,2% do 1% PKB). Tymczasem brak dostępu do mieszkań stanowi barierę także dla decyzji prokreacyjnych. Jak pokazały badania CBOS z 2007 r., większość indagowanych wskazała, że właśnie poprawa dostępu do mieszkań mogłaby zachęcić ich do powiększenia rodziny. Tymczasem sytuacja mieszkaniowa jest fatalna, zwłaszcza że wiele osób nie ma szans na kredyt, pracując na tymczasowych umowach – mamy najwyższy wskaźnik zatrudnionych na umowach czasowych w UE. W Polsce umowa o pracę staje się powoli luksusem – zwłaszcza dla młodej generacji. Wielu młodych – jeśli w ogóle udaje im się wejść na rynek pracy – jest zatrudnionych w ramach umów cywilnoprawnych lub wręcz „na czarno”, nie mając żadnych praw pracowniczych. I tu właśnie jest pies pogrzebany!
Ogromna rzesza osób pozostających poza rynkiem pracy lub zatrudnionych w systemie nieoskładkowanym, sprawia, że wpływy do FUS są niewielkie. Publiczna „świnka skarbonka” niemiłosiernie chudnie, a nie karmiona przychodami ze składek nie jest w stanie wypłacić godziwych świadczeń beneficjentom. Toteż rozwiązywanie problemów systemu emerytalnego należy rozpocząć od zmierzenia się ze zjawiskiem prekaryzacji pracy i życia. Celowo mówię o prekaryzacji, a nie o samych umowach śmieciowych, gdyż nie jest to problem jedynie umów i nie da się go rozwiązać wyłącznie przez regulacje prawa pracy. Jak zauważył prof. Mieczysław Kabaj, młodzi godzą się na śmieciowe warunki i biorą byle jaką pracę w obawie przed nieustannie czającym się za plecami widmem bezrobocia, szczególnie powszechnego w Polsce w tej grupie wiekowej.
A co robi władza? Drastycznie tnie wydatki z Funduszu Pracy, paraliżując działania publicznych służb zatrudnienia. W 2009 r. wydawaliśmy na walkę z bezrobociem 4 razy mniej niż średnia wydatków na ten cel w krajach UE. Aż strach myśleć, jak będą wyglądały te różnice obecnie. O ile po liberalnej władzy nie spodziewałem się nasilonej walki z wykluczeniem, o tyle wydawało się, że dążenie do jak największej aktywizacji zawodowej jest zgodne z kanonem liberalizmu w wydaniu europejskim. Jednak u nas – nie.
Bez pracy i emerytury, lecz z obowiązkiem opieki
Sytuacja zawodowa jest trudna nie tylko dla osób dopiero wchodzących na rynek pracy, ale także dla dojrzałych pracowników. Tym bardziej dziwi dążenie do podniesienia wieku emerytalnego, skoro mamy w Polsce najniższy w UE wskaźnik zatrudnienia osób w wieku 50+! Wiele z nich de facto pracuje, ale nieodpłatnie, opiekując się wnukami, a także osobami w wieku podeszłym. O ile opieka nad wnukami zazwyczaj wiąże się z radością i satysfakcją, o tyle pielęgnacja niesamodzielnych osób starszych, z których wiele cierpi na liczne dolegliwości i nieraz nie poznaje już bliskich, to ogromne obciążenie psychiczne dla opiekuna. Część z nich musi zrezygnować z zatrudnienia, a horyzont uzyskania emerytury przesuwa się. Inni są zmuszeni do łączenia pracy na etacie i wykonywanej po godzinach nieodpłatnej pracy w postaci opieki nad osobami starszymi, co może prowadzić do fizycznego i psychicznego wyczerpania, a w związku z tym do obniżenia efektywności w pełnieniu obydwu ról.
W Polsce udział opiekunów nieformalnych jest szczególnie wysoki, a według stosowanych typologii porównawczych, nasz system opieki nad osobami starszymi jest jednym z najmniej przyjaznych w całej UE. Ale system siłą inercji trwa, a władza w swej krótkowzroczności korzysta z przerzucenia odpowiedzialności za ten problem na rodzinę, nie zauważając, że to również m.in. tutaj leży bariera w realizacji deklarowanych założeń reformatorów, jakimi jest zwiększenie liczby pracujących.
Niestety w oczach rządzących ponury obraz wszystkich powyższych zależności rozmywa się w dymie z komina, od którego nasi „straszni mieszczanie” zabierają się za reformy.
Rafał Bakalarczyk
przez Krzysztof Mroczkowski | poniedziałek 14 maja 2012 | opinie
Życie jest zbyt krótkie, aby próbować prostować wszystkie głupstewka, które płyną z ekranów telewizorów. Nie można jednakże przejść obojętnie wobec pokrętnej narracji produkowanej przez część mediów na potrzeby objaśnienia wyników wyborów we Francji i Grecji. Otóż wybory owe, tłumaczy się nam, były jakoby złym sygnałem dla Europy, a jeszcze gorszym dla tych krajów. Niewdzięczny lud nie zrozumiał rozsądnych i umiarkowanych wizjonerów, dokonujących trudnych reform na rzecz lepszej przyszłości swoich państw. Do głosu dochodzą zaś populiści, których demagogia i brak odwagi zmierzenia się z historyczną koniecznością sprowadzą katastrofę na głowy Francuzów i Greków.
W rzeczywistości wybory dokonane przez obywateli tych dwóch państw są kamieniami milowymi na drodze do wyjścia z kryzysu. Polityka cięć oszczędnościowych nie załatwiła zasadniczego problemu, jakim jest duszenie gospodarki realnej przez sektor finansowy, wierzący w samoistną „wartość” papierowych kontraktów. Potencjał gospodarczy i poziom życia obywateli spadają, a obrazu katastrofy dopełnia sytuacja budżetowa. Po raz n-ty w historii potwierdza się oczywista prawda, że próby zrównoważenia budżetu w warunkach stagnacji przynoszą skutki odwrotne do zamierzonych: kurcząca się gospodarka jest coraz mniej zdolna do spłacania zobowiązań zaciąganych przez państwo. Obowiązująca neoliberalna doktryna cięć okazała się pod każdym względem porażką, służąc kilkunastu globalnym instytucjom kosztem społeczeństw, które w wyborach opowiedziały się przeciwko takiemu stanowi rzeczy. Społeczna fala niezgody na voodoo-ekonomię wezbrała na tyle, by móc wpłynąć na polityczne procesy i odwrócić bieg wydarzeń. Nie tak jednak tłumaczą nam to media.
Jedynym punktem z programu gospodarczego nowo wybranego prezydenta Francji, Francois Hollande’a, który przebił się do polskich środków masowego przekazu, była deklaracja obłożenia milionerów wysokim podatkiem dochodowym. Istotnie, takie działanie samo w sobie można byłoby uważać za leczenie objawów, bez zmierzenia się z przyczynami choroby, jaką jest względne pogarszanie się warunków życia i pracy zwykłych Francuzów oraz rosnące rozwarstwienie społeczne. Hollande zna jednak doskonale przyczyny recesji i wie, jaka terapia jest potrzebna Francji i Europie.
W wyborczym przemówieniu z 22 stycznia kandydat Hollande stwierdził: „Zdradzę kto jest moim przeciwnikiem, moim prawdziwym adwersarzem. Nie ma nazwiska ani twarzy; nie należy do żadnej partii; nigdy nie zgłosi swej kandydatury. Nie zostanie wybrany w wyborach, ale mimo to rządzi. Moim wrogiem jest świat finansów”. Zwrócił uwagę na to, że ostatnie 20 lat stały pod znakiem przejmowania kontroli nad gospodarką i społeczeństwem przez finansjerę, dodając: „To, co było tylko wpływem, stało się imperium”. Dzisiejszy prezydent-elekt świetnie przeanalizował również wzrost wpływów instytucji finansowych po implozji systemu finansowego w 2008 roku, wskazując na patologiczną rolę finansjery i agencji ratingowych; po uratowaniu przez państwo banki „pożerają rękę, która je nakarmiła”.
Hollande, podkreślający na każdym kroku, że poprawa sytuacji budżetowej możliwa jest tylko po przywróceniu krajowi wysokiego wzrostu gospodarczego, wystąpił z precyzyjnym programem usuwania przyczyn i skutków recesji. Po pierwsze, banki będą musiały odseparować działalność depozytowo-kredytową od inwestycyjnej, co odizoluje potrzebną gospodarce część systemu bankowego od niebezpiecznego rynku pochodnych. Zabezpieczy to państwa przed szantażem implozji gospodarczej w przypadku nieskupowania przez nie toksycznych aktywów bankowych. Po drugie, żaden francuski bank nie będzie mógł działać w raju podatkowym. Ponadto „toksyczne produkty, nie mające żadnego związku z rzeczywistymi potrzebami realnej gospodarki, zostaną zdelegalizowane”. Następnym punktem jest wprowadzenie podatku od każdej transakcji finansowej, eliminując opłacalność niszczących działań finansjery. Hollande zachęca inne kraje do podążania jego śladem. Zapowiada również powołanie europejskiej agencji ratingowej, skazując tym samym na bezrobocie współpracujące ze spekulantami oszukańcze pseudo-agencje.
Politykę cięć i wyrzeczeń ma zastąpić podczas prezydentury Hollande’a polityka wzrostu. Jest on zwolennikiem emitowania euroobligacji, jednak głównym ich przeznaczeniem nie ma być wykup aktywów i obligacji, lecz finansowanie projektów gospodarczych. Europejski fundusz, którego powstanie zapowiada, walczyłby ze spekulantami, ale przede wszystkim koordynowałby politykę przemysłową oraz inwestycje w sektorze energetycznym.
Również sytuacja w Grecji wywołuje u dominujących w oficjalnym dyskursie „ekspertów” gospodarczych wiele obaw. Obywatele Republiki Helleńskiej najwyraźniej nie zrozumieli dziejowej konieczności poświęcenia przyszłości gospodarczej swojego kraju na ołtarzu oszukańczej ideologii. Dwie partie, Pasok i Nowa Demokracja, rutynowo zdobywające w każdych wyborach łącznie 80 procent głosów, dostały „w nagrodę” od wyborców ledwie trzydzieści-kilka procent. Wygrała Nowa Demokracja, jedynie o kilka punktów wyprzedzając partię Syriza kierowaną przez Alexisa Tsiprasa. Syriza opowiada się za pozostaniem w strefie euro, zamrożeniem spłaty długu na trzy lata (przeciwko czemu, co znamienne, są komuniści z KKE), przeprowadzeniem śledztwa w sprawie kryzysu oraz polityką pobudzania wzrostu gospodarczego poprzez inwestycje.
Zamrożenie płacenia długu jest operacją przeprowadzaną w historii bardzo często. Całkiem niedawno zrobiły to tak duże kraje, jak Brazylia i Argentyna. Ta ostatnia spłaciła wszystkie zaległe zobowiązania już po kilku latach, ponieważ dzięki prowzrostowej, proprzemysłowej polityce prezydenta Nestora Kirchnera bardzo szybko odbiła się od dna. Dziś zaprzecza mitom o „utracie zaufania inwestorów” – jej obligacje, płacące procent powiązany z pędzącym wzrostem PKB, sprzedają się jak świeże bułeczki.
Jeżeli nie dojdzie do koalicji „partii rozsądku” przeciwko Syrizie, już wkrótce w Grecji mogą odbyć się powtórne wybory. Jak wskazują sondaże, Syriza ma szanse na samodzielną większość. Jeżeli tak by się stało, to Grecja i Francja dokonają punktu zwrotnego w polityce Unii Europejskiej. I nie dokonuje się to ani o jeden moment za wcześnie: tendencje ksenofobiczne szybko zyskują na znaczeniu.
Do europejskiego trendu „odspołeczniania” kosztów kryzysu dołącza również Słowacja. Jej nowo wybrany premier Robert Fico, zamiast zwyczajowego zaciskania pasa najuboższym oraz uderzającego w zwykłych ludzi podwyższania podatku VAT, zapowiedział wielkie inwestycje w sektorze energetycznym oraz podniósł stawki podatków płaconych przez banki.
To wszystko dokonuje się na przekór intencjom ekspertów głównego nurtu, starającym się pozostawić problem niezadowolenia społecznego w rezerwacie bezpłodnej kontrkultury, nie naruszającej paradygmatu ekonomiczno-politycznego. Dzisiejsza ekonomia (economics, dawniej political economy) stara się ignorować społeczno-polityczny wymiar procesów gospodarczych, redukując je do indywidualnych preferencji pojedynczego konsumenta. Jednak polityczna rzeczywistość na każdym kroku ukazuje absurd dogmatycznego stosowania zasad liberalizmu ekonomicznego, odnoszącego się do nieistniejącego świata, bez skonfliktowanych interesów, bez grup nacisku, karteli i przemocy. Dlatego dziś neoliberalizm stoi u progu swego spektakularnego upadku, a osinowy kołek do jego przebicia trzymają w rękach właśnie społeczeństwa i polityczni przywódcy, nie wahający się użyć siły państwa do pozbycia się oligarchicznej narośli.
Wynik tej bitwy nie jest jeszcze przesądzony. Po raz pierwszy od dawna jednak szala zaczyna się przechylać na stronę 99,9%, czyli społeczeństwa – i to właśnie jest lekcja z wyborów we Francji i Grecji.
Krzysztof Mroczkowski
przez Piotr Kuligowski | niedziela 6 maja 2012 | opinie
Przy każdym mniejszym lub większym systemowym tąpnięciu dyżurni „rewolucyjni marksiści” mają w zwyczaju na internetowych forach czy w „alternatywnych” kawiarniach wieszczyć o już nadchodzącej rewolucji. Wchodzenie w ich kompetencje w tym zakresie byłoby stawaniem na z góry przegranej pozycji – zgodnie z maksymą o sprowadzaniu do własnego poziomu i pokonywaniu przeciwnika z powodu większego doświadczenia w operacji na terenie lepiej znanym intelektualnie. Jednak ostatnie demonstracje skłaniają do reakcji również prosystemowych intelektualistów. Oto w rozmowie z Agnieszką Kublik dla portalu Wyborcza.pl prof. Ireneusz Krzemiński w alarmującym tonie komentował marsze organizowane przez środowisko związane z Radiem Maryja, a wymierzone w decyzję o nieprzyznaniu TV Trwam koncesji na nadawanie programu na multipleksie cyfrowym.
Antagonizujący władzę i „moherów” mechanizm jest, mimo odmienności interesów, podobny temu, który działa również w przypadku kibicowskich protestów przeciwko zamykaniu stadionów czy młodzieżowych Marszów Wyzwolenia Konopi. W każdej z tych spraw chodzi przede wszystkim o zwiększenie swobód z zakresie tego, co – sięgając do żargonu marksistowskiego – określić można mianem „reprodukowania siły roboczej”. Zatem bywalec stadionów daje się bezkrytycznie każdego dnia wyciskać szefowi w pracy, jednak groźba odebrania mu ulubionej rozrywki, jaką jest oglądanie na żywo zmagań piłkarskich, wywołuje natychmiast ostry konflikt. Podobnie emeryci i renciści, którzy stanowią trzon sympatyków Radia Maryja, nie wychodzą na ulice z powodu mizernej wysokości otrzymywanych świadczeń, lecz z racji problemów ulubionej stacji. Wbrew konfliktowi pokoleń, dokładnie tej samej tendencji ulega najmłodsza część społeczeństwa. Demonstracje sprzeciwu wobec odpłatności za drugi kierunek studiów gromadziły w najlepszym razie kilkadziesiąt osób – na Marsz Wyzwolenia Konopi w stolicy przychodzi natomiast nawet 6 tys.
Wspominani kibice są w ostatnim czasie nader interesującą grupą społeczną, gdyż charakteryzują się bodaj największą bojowością. Erupcję aktywizmu politycznego stadionowych fanów piłki nożnej wywołała chęć swoistego „upudrowania” polskich stadionów w ramach przygotowań do Euro 2012, choć za całym przedsięwzięciem może stać również dostrzeżenie, iż dostosowanie trybun do potrzeb „drobnomieszczan”, a tym samym zachęcenie ich do przychodzenia na mecze, może przynieść większe zyski, niż w przypadku obsadzania ich „chłopakami z osiedla”. Obecna władza, której wszystkie cechy uosabia Donald Tusk, w pójściu na konfrontację z kibicami mogła też mieć cel PR-owy – oto zatroskany, ale i bezwzględny premier z determinacją godną „Żelaznej Damy” gromi stadionowe chuligaństwo przy powszechnym poparciu opinii publicznej.
Jeśli więc takie były motywacje szefa rządu, to przyznać trzeba, że ruszając na podbój sondaży, obrał drogę fatalną. Kibice, a zwłaszcza ich fanatyczna część, są wszak grupą specyficzną. W ich skład wchodzą w zdecydowanej mierze mężczyźni dobrze zbudowani, zafascynowani przemocą i poszukujący przynależności do silnego kręgu. Z racji takich cech, szalikowcy nigdy nie mogli liczyć na specjalną przychylność w oczach mediów i prawdopodobnie nigdy nawet zbytnio o nią nie zabiegali. Kibice jednakowoż charakteryzują się również zdolnością mobilizacyjną i skłonnością do konfrontacji. Konfrontacji zazwyczaj z fanami skonfliktowanej drużyny, ale w momencie – sięgając do kibicowskiego slangu – „kosy” z władzą, na celowniku miłośników oglądania piłki kopanej może znaleźć się również obóz rządzący.
Stadionowy zryw polityczny, z racji swej dynamiki, niczym zwierciadło odbija zjawiska wyłaniające się stopniowo także wśród pozostałych ruchów kontestatorskich. Chodzi mianowicie o postulaty stricte ekonomiczne, które – tkwiące przez wiele lat pod zastygłą skorupą „demoliberalnego konsensusu” – zdają się powoli wybijać na powierzchnię. Swe zrozumienie dla konieczności poszerzenia postulatów również o problematykę związaną ze „sprzedażą siły roboczej”, pokazali niedawno kibice Ruchu Chorzów. Sympatycy tegoż zespołu podczas dzikiego strajku, podjętego w celu obrony miejsc pracy przez załogę walcowni rur i stalowni w chorzowskiej Hucie Batory, dali dowody swego poparcia dla radykalnej akcji. Fani futbolu nie tylko wyeksponowali na stadionowych trybunach transparenty, będące wyrazem solidarności ze strajkującymi, ale także pikietowali pod bramą zakładu w momencie, gdy jego zarząd ściągnął kilkudziesięciu ochroniarzy z zamiarem pacyfikacji protestu.
To swego rodzaju wyczerpywanie się dotychczasowej formuły demonstracji było częściowo widoczne także na protestach przeciwko porozumieniu ACTA, kiedy to niejednokrotnie pojawiały się hasła związane z planowaną reformą emerytalną, drożejącym paliwem czy ogólną indolencją gospodarczą rządu Tuska.
Zamieszkujący między Odrą i Bugiem przez wiele lat mogli się przyzwyczaić raczej do pikujących, niż zwyżkujących wskaźników ekonomicznych. Wszelkie kryzysy mają jednak to do siebie, że prędzej czy później muszą wywołać rozgoryczenie ulicy, co prowadzi do radykalizacji form oporu. A jest się na co oburzać, gdyż wskaźniki z dnia na dzień wyglądają gorzej. Doniesienia Głównego Urzędu Statystycznego rozbijają wszelkie zaklęcia liberalnych optymistów: w ciągu ostatniego roku średnia płaca w Polsce wzrosła o 3,8%, lecz w tym samym czasie ceny towarów i usług podskoczyły o… 3,9%! Równie źle przedstawia się, rosnąca regularnie, stopa bezrobocia. W lutym osiągnęła ona poziom 13,5%, a zatem więcej, niż w analogicznym okresie roku 2011. I choć realia neoliberalnego kapitalizmu, wbrew niemal powszechnie zapomnianym zapowiedziom jego architektów sprzed 20 lat, przyzwyczaiły do wysokiego odsetka osób bezrobotnych (w grudniu 2003 r. osiągnął on 20%), to niepokojem musi napawać obecny negatywny trend.
Skoro radykalnej poprawy na rynku pracy nie przyniosły nawet, podjęte na dużą skalę, inwestycje związane ze zbliżającymi się mistrzostwami Europy w piłce nożnej, to nietrudno sobie wyobrazić sytuację tuż po szumnie zapowiadanym turnieju. Gdy tyrającym przy budowie dróg i stadionów budowlańcom wygasną umowy śmieciowe, stopa bezrobocia może gwałtownie podskoczyć.
Nakreślone realia, jeśli zestawić je z wynikami badań opinii publicznej, w myśl których aż 1/5 ankietowanych deklaruje niezdecydowanie w kwestii wyboru konkretnej opcji politycznej, powinny tworzyć niejako naturalną niszę dla konsekwentnie prospołecznej opozycji. Taką zaś powinna być – zwłaszcza w chwili powstania poważnych rys na neoliberalnym „dobrobycie” – lewica. Ta jednak, gardłując od lat za zwiększaniem swobód obyczajowych, zatraciła swój „genetycznie” plebejski charakter, w zamian stając się formą oświeconej i postępowej elity. Ów elitaryzm dostrzec można w wielu sferach działalności podmiotów takich jak Sojusz Lewicy Demokratycznej, Ruch Palikota czy „Krytyka Polityczna”. Ich działacze organizują antydyskryminacyjne spotkania, koncerty i eventy, nawołują do wyzbywania się „polskości”, recenzują kulturę wysoką, drwią z Kościoła, redagują przeintelektualizowane pisma itd.
Samozwańczo przybrane przez te kręgi miano „lewicy”, z radością podchwycone i powtarzane przez politycznych oponentów z prawej strony, jest nieporozumieniem nie tylko w sferze programowej, ale także ideowej. Niespełna dwa lata temu w programie „Warto rozmawiać” Michał Sutowski z „Krytyki Politycznej” w debacie nt. antysemityzmu dał się zmasakrować Rafałowi Ziemkiewiczowi, gdy ten najpierw polską przedwojenną lewicę sprowadził do Jerzego Giedroycia, a następnie wypomniał temuż chęć uprzykrzenia Żydom życia w Polsce, by w ten sposób zmusić ich do emigracji. Sutowski, co znamienne, słowem nie napomknął o innych tradycjach polskiej lewicy, która – w przeciwieństwie do ugrupowań narodowych – nie musi się wstydzić za fascynacje Mussolinim czy akcentowanie „problemu żydowskiego” w okresie międzywojennym. Zastępując Abramowskiego Giedroyciem, a także – jakże wymownie! – „Robotnika” „Kulturą”, lewica sprowadza się do poziomu dowcipnisiów z SuperStacji, którzy w swych wystąpieniach sprawnie obśmiewają Kościół, Kaczyńskiego i związkowców.
Tym sposobem, choć autentyczna polska lewica może się poszczycić chlubnym rodowodem historycznym, reprezentujące ją środowiska tracą inicjatywę w sytuacji, na którą część z nich, na co dzień pozbawiona inicjatywy politycznej, czekała z utęsknieniem, czyli w momencie strukturalnego kryzysu modelu neoliberalnego. Zeszłoroczny 11 listopada pokazał jasno, która strona jest otwarta na rozgoryczonych skutkami kryzysu. Podczas gdy na wiecu Kolorowa Niepodległa odbijano piłki i dziękowano policji za dobre traktowanie, na Marszu Niepodległości niesiono transparent „Będzie druga Grecja” i odpalano race. Złudzeń nie pozostawiła frekwencja na obu wydarzeniach – czterokrotnie większa liczba uczestników prawicowej manifestacji wskazuje dobitnie, że to ta część sceny politycznej umiejętnie przedstawia programowe oferty, które mogą być atrakcyjne zarówno dla klas wyższych i średnich (ultraliberalizm), jak i niższych (solidaryzm narodowy).
Zatem, paradoksalnie, to elitarystyczni prawicowcy, choć zazwyczaj przychylnie spoglądający na cięcie zasiłków dla bezrobotnych czy eksmisje na bruk, mają dzisiaj status „plebejskich”. To oni tworzą niezależne media, podczas gdy „lewicowi” intelektualiści rozczytują się w publikatorach koncernu Agora S.A. To na ich manifestacjach agresywny, zakapturzony tłum walczy z policją, a nawet skanduje „USA – imperium zła!” (sic!); i to w czasie, gdy na tej samej ulicy, w kawiarni Nowy Wspaniały Świat, doktoranci socjologii, popijając kawę za 15 zł, rozprawiają o kolejnym spektaklu Strzępki i Demirskiego. To wreszcie wspomniani kibice, w sporej części prawicowi, wspierają strajkujących pracowników, podczas gdy śląskie środowisko anarchistyczne zajęte jest organizacją blokady przemarszu Obozu Narodowo-Radykalnego.
Przyszłość jest trudna do przewidzenia. Teraźniejszość nie napawa optymizmem. W obliczu hegemonii postulatów kulturowych na lewicy, marginalizacji ulegają najistotniejsze – zwłaszcza w dobie kryzysu – problemy społeczne. I nic tu nie pomoże deterministyczne oczekiwanie na to, że samo załamanie systemu przyniesie ogólne otrzeźwienie. Kapitalizm wielokrotnie już dał dowód swej żywotności i zdolności do funkcjonowania nawet po ciężkich depresjach. Z całą pewnością jednak Europa i świat stoją w obliczu przełomu. Swych chęci dokonania głębokich przeobrażeń gospodarczych nie kryją politycy głównego nurtu, napomykający coraz częściej o konieczności reindustrializacji Starego Kontynentu. Uchwycenie istoty przemian i mozaiki protestów jest jednak trudne zza szyb ekskluzywnych kawiarni w centrum stolicy.
Piotr Kuligowski
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 24 kwietnia 2012 | opinie
Kilka miesięcy temu obejrzałem w przeznaczonej dla Polaków wersji MTV program, dzięki któremu po raz któryś w życiu poczułem, że poczucie zażenowania i nieledwie wściekłość świetnie się komponują. Nie będę tu jednak opowiadał o swoich uczuciach, choć uważam, że socjalizm to spora intensywność emocji plus egalitaryzacja. I ideowa dekapitacja liberałów razem z kawiorową lewicą, aż do chrupania karków w bieliźnie. Ale nie o tym będzie tym razem mowa.
Rzeczony program opierał się na tym, że chłopak czy dziewczyna mogli się umówić na randkę z jakąś gwiazdką naszej peryferyjnej sceny muzycznej. A mówiąc ściśle: z imitacją tej gwiazdki. Na podium wychodziły zatem jedna po drugiej dziewczyny udające Dodę, a jakiś jurny młodzian razem ze swoimi przyjaciółmi decydował, która z nich najbardziej mu odpowiada i z którą zamierza skonsumować randkę. Dziewczyny krygowały się, mniej lub bardziej (bez)pretensjonalnymi wygibasami i makijażem próbowały podkreślić swą „dodowatość” i „fajność”. Żarty fruwały w powietrzu jak zgniłe pomidory i ogólnie było sympatycznie i tandetnie. Szczęśliwy koniec polegał rzecz jasna na tym, że młodzian upatrzył sobie którąś „Dodę” i odeszli razem w siną dal, gdzie strumyk płynie z wolna, albo świat się śmieje. Czy jeszcze inaczej.
Pewnie nie jest to opowieść, którą da się zobrazować całą dzisiejszą Polskę, ale jakąś jej niepoślednią część – owszem. To jest historia – jeszcze jedna – o imitacji, o żerowaniu na uprzednio wykreowanych potrzebach. Jest to wreszcie opowieść o tym, jak wielki biznes robi ludziom wodę z mózgów. Ale jest to też historia o tym, że taka jest nasza rzeczywistość, takie są marzenia i rozrywki jakiejś części „zwykłych ludzi” i trzeba to przyjąć do wiadomości. Kiedyś twarz Poli Raksy, dziś Dody rozpala czyjeś marzenia. W końcu nie każdego musi porywać wolność prowadząca lud w kierunku Nowego Wspaniałego Świata, albo felietony prowincjonalnie zaangażowane Wołodźki.
Nie wpadając w fatalizm, frustrację czy protekcjonalny ton, ani w żadne inne inteligenckie sposoby radzenia sobie z oporem materii, trzeba dodać, że tak już jest urządzona rzeczywistość. Ktoś lubi Dodę, kto inny piosenki Kelusa. Albo lubi i Dodę, i Kelusa. Albo kiszone ogórki z bitą śmietaną do popołudniowej kawy z mlekiem. O gustach się nie dyskutuje, choć można z nich czasem pokpiwać. Osobiście lubię się czasem pośmiać i z plebejskich, i z inteligenckich gustów i guścików. Lubię też czasem i plebejskie, i inteligenckie dowcipy, przyjmuję je tak samo, jak biel i czerwień na polskiej fladze.
Jednak inteligenckie czy plebejskie zwyczaje, światopoglądy, gusta i rozrywki, to jedno. Znacznie ciekawsze jest to, jak mają się nieraz do siebie te światy. I jak są przeciw sobie rozgrywane. Zacznijmy od tego, że wielki przemysł rozrywkowy niejako pasożytuje na ludzkich gustach. Z prostych żartów robi z premedytacją żarty prostackie. Z ludzkiego zainteresowania rzeczami powszednimi i naturalnymi, w tym dotyczącymi płci, jedzenia i słabostek, robi spektakl nieokiełznanej głupoty, hedonizmu, ekshibicjonizmu. Wykorzystuje arcyludzkie skłonności i pragnienia, by karmić formatowanych odbiorców swoimi produktami, bynajmniej nie bezinteresownie. Już nie „Randka w ciemno” ze zwykłą dziewczyną, ale randka z imitacją Dody czy innej postaci nadreprezentowanej w kolorowych gazetkach. Rynek chce naszych uczuć, marzeń i tęsknot. I pieniędzy. A razem z forsą chce zabrać ludziom ich własne sny, zastępując je wyprodukowanymi przez speców od reklamy. I to mnie wkurza: nie „plebejskie gusta”, lecz nieustanny drenaż nie tyle ludzkich kieszeni, co marzeń. I tak mięsny jeż jest żenujący nie dlatego, że dla ludzi biesiadowanie przy suto zastawionym stole to wcielony w życie symbol spotkania, zgody, rodzinności, poczucia bezpieczeństwa, ale dlatego, że stanowi imitację i parodię czegoś zwykłego i w gruncie rzeczy bardzo potrzebnego.
Powyższe rozważania prowadzą do sprawy znacznie istotniejszej. Do problemu, który odnosi się też do życia politycznego czy społeczno-gospodarczego. Wszyscy znamy słowo „populizm”. Przywykłem już do tego, że różni mądrzy, światli, otwarci, odpowiedzialni i utytułowani, elokwentni i opiniotwórczy ludzie odmieniają to słowo przez wszystkie przypadki, gdy tylko zetkną się z czymś, co nie odpowiada ich kryteriom racjonalności i dobrego smaku, ich egoizmom klasowym i zależnościom towarzysko-biznesowym czy finansowym. A, prawdę mówiąc, nierzadko ani za ich dobry smak, ani za racjonalność nie dałbym złamanego grosza. Ba, powiem więcej, wolałbym nie raz i nie dwa skonsumować mięsnego jeża, niż przystać na ich życiowe mądrości.
Rozumiem, gdy słowem „populizm” jak wytrychem posługują się libertarianie czy konserwatywni liberałowie, otwarci katolicy, czy zamknięci w czterech ścianach swoich strzeżonych osiedli obywatele, uskrzydleni i/lub sfrustrowani własnym życiowym sukcesem, który zmusza ich do spłacania długoletnich kredytów, zobligowani – przykładowo – do produkowania rozrywki z imitacją Dody lub paradokumentów o mięsnym jeżu. Rozumiem, że słowo „populizm” jest dla nich wygodne, przyjemne w użyciu i pasuje do tych układanek, które mają w głowach. Każdy niepokój, każda niezrozumiała sytuacja społeczna, cudze obawy, aspiracje i gniew mogą z jego pomocą zapakować do odpowiedniej szuflady i mocno tam zatrzasnąć. Nie jestem ich terapeutą, ani komiwojażerem idei: nie będę chodził od drzwi do drzwi i pukał. Tym bardziej, że w odróżnieniu od Świadków Jehowy nie pokazałbym im pisemek, w których lew spoczywa obok baranka, a Królestwo Boże przypomina domek na amerykańskim przedmieściu z czasów prosperity. Bynajmniej, pokazałbym im coś zupełnie innego, co wygląda raczej jak „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga. Nie będę wyganiał ich ze świątyń, w których czczą mamonę i swoje klasowe fobie i fascynacje, bo boli mnie w krzyżu i zwyczajnie mi się nie chce.
Nie mogę natomiast zrozumieć (to figura retoryczna), dlaczego słowo „populizm” tak sobie upodobała część lewicy i jej celebryci. Oczywiście, lewicowi celebryci zawsze dodają do słowa populizm epitet „prawicowy”, żeby się jakoś odróżnić od swoich liberalnych kolegów i koleżanek, którzy zapraszają ich do rozgłośni, na łamy itd. Domyślam się, że część lewicowców używa słowa „populizm/prawicowy populizm”, żeby jakoś wyartykułować dezaprobatę wobec części tego nieszczęsnego polskiego ludu, który ma ich w swoim ciemnogrodzkim tyłku i za nic nie chce się nawrócić na światłe i postępowe poglądy i obyczaje, na inteligencki żargon i tym podobne atrakcje. Rozumiem, że część lewicowców nie może zaakceptować ludu, który najpewniej nie potrzebuje feministycznych wydarzeń w stylu niedawnych „Dni Cipki”, bo dawno odczarował to słowo przy pomocy „pornokultury”, z którą obeznani są już gimnazjaliści, albo porządnego, sprośnego żartu, jaki można usłyszeć przy szynkwasie w plebejskiej knajpie czy w pierwszym lepszym warsztacie samochodowym.
Otwarte pozostaje też pytanie, czy lud potrzebuje dobrych rad lewicowego celebryty co do tego, na kogo głosować lub nie, jak rozumieć słowo „patriotyzm” i co o nim sądzić, albo jak powinien pojmować swoje interesy klasowe. Bo czy się to lewicowym celebrytom podoba, czy nie, ze swoim nadużywaniem słowa „populizm” robią jedynie za pożytecznych idiotów u cwańszych i ważniejszych od siebie. Być może zresztą o tym wiedzą, ale już niespecjalnie mogą sobie pozwolić na luksus inny, niż dobra mina do złej gry.
Tu zastrzeżenie. Jestem za powszechną, egalitarną edukacją na wysokim poziomie. I tak dalej. Nie chcę, by władzę nad umysłami mas sprawowali spece od pichcenia mięsnego jeża. Ale rola tej edukacji powinna być służebna. Oświecenie, które ma oznaczać meblowanie ludzkich głów wedle jednego, narzuconego odgórnie wzorca, które stawia sobie za cel propagandę – jest czymś wstrętnym i zdecydowanie antyegalitarnym, aspołecznym. Jest załatwianiem własnych biznesów ponad głowami społeczeństwa. Chyba że dla kogoś socjalizm to strzeżenie interesów oligarchii plus arogancja. Ale takim socjalistom życzę ideowej dekapitacji. Aż do chrupania karków w bieliźnie. I mięsnego jeża zamiast kawioru na śniadanie, obiad i kolację. Smacznego.
Krzysztof Wołodźko
przez Krzysztof Mroczkowski | wtorek 17 kwietnia 2012 | opinie
Raport nt. przemysłu, wydany niedawno przez Polskie Lobby Przemysłowe im. Eugeniusza Kwiatkowskiego (PLP), ukazuje, że świat znajduje się w przededniu przemian gospodarczych o niezwykłej doniosłości. Jak wskazują eksperci PLP, w najbliższych latach zaobserwujemy globalny trend odzyskiwania znaczenia przez proces produkcji przemysłowej, mogący prowadzić do znaczącego wzrostu produkcji w krajach rozwiniętych, często określanych już jako „postindustrialne”. Mocno upraszczając: miejsca pracy i fabryki częściowo „wrócą” z krajów azjatyckich do Europy i Ameryki Północnej.
W tle tego procesu zachodzi gigantyczny rozwój „technologii przełomów”, które zostaną wdrożone w proces masowej produkcji w latach 2016-2020. Jeżeli Polska dobrze przygotuje się na nadejście tej fali, będzie to oznaczało wkroczenie naszego kraju na zupełnie nowy poziom rozwoju, zaprzeczając statycznej i pesymistycznej logice cięć budżetowych i wyrzeczeń.
Dla przygotowania tej „nowoczesnej reindustrializacji Polski”, przypominającej w duchu i intencji przedwojenny projekt Centralnego Okręgu Przemysłowego, potrzebne jest podjęcie przez państwo szeregu działań, negujących rządzącą ostatnim dwudziestoleciem zasadę, iż „najlepszą polityką gospodarczą jest jej brak”. Wśród tych działań jednym z kluczowych byłoby powołanie Narodowego Funduszu Rozwoju Przemysłu, wspierającego kredytem „non profit” przedsięwzięcia wytwórcze, oraz bezpośrednie zaangażowanie państwa w tworzenie infrastruktury technicznej, koniecznej dla rozwoju krajowego potencjału produkcyjnego. Innym postulatem PLP jest dopuszczanie wysokich odpisów amortyzacyjnych za podejmowane przez przedsiębiorstwa wysiłki inwestycyjne, stymulujące wytwórczość. Warto zauważyć, iż podobny mechanizm (pod nazwą „produkcyjny rabat podatkowy”) został zastosowany przez prezydenta USA Johna F. Kennedy’ego na początku lat 60. Ironią jest, że boom gospodarczy tamtego okresu przypisywany jest opisywanej przez „krzywą Laffera” obniżce podatku dochodowego, a nie rabatowi produkcyjnemu i aktywnej polityce gospodarczej prezydenta USA (na czele ze słynnym wyznaczeniem NASA stymulującego celu rozwojowego w postaci lotu człowieka na księżyc).
Wiele osób zapewne zastanawia się, dlaczego powinniśmy zajmować się przemysłem. Proklamowano przecież epokę postindustrialną, gdzie usługi i wiedza odgrywają dominującą rolę, zaś praca w fabryce wydaje się XIX-wiecznym przeżytkiem, dobrym dla nienowoczesnych krajów na dorobku. Otóż pomyślność gospodarcza kraju i, co za tym idzie, warunki życia ludzi, determinowane są właśnie przez wytwarzanie dóbr. Autorzy raportu wskazują na wyraźny i niezaprzeczalny związek między wysokim poziomem życia, wyrażonym statystycznie jako produkt krajowy brutto, a wysokim poziomem produkcji przemysłowej.
Związek ten potwierdzają choćby ostatnie stulecia rozwoju ludzkości. Przemysłowa forma kapitalizmu, nieodłącznie związana z twórczymi zdolnościami człowieka, wyrażanymi w postępie naukowo-technicznym, nie tyle wpływała pozytywnie na polepszanie warunków życia, lecz była (i jest!) jądrem tego procesu, „ożywiając” niewykorzystane zasoby natury i potencjały ludzkie. Dokonywanie przełomów naukowo-technicznych i implementacja tych zdobyczy w procesie masowej produkcji skutkują poprawą produktywności pracy. To oznacza w praktyce, że życie człowieka staje się mniej uciążliwe dzięki zdobyczom ludzkiego rozumu – krótsza, lecz wydajniejsza praca pozwala na tańsze wytwarzanie większej ilości dóbr poprzednio mniej dostępnych, uwalniając dodatkowy potencjał dla tworzenia wynalazków i ulepszeń.
Jak zauważyli już XVII-wieczni przedstawiciele myśli o polityce gospodarczej, zwanej kameralizmem, przyszłość kraju zależy od spijania „śmietanki” wysokiej wartości dodanej, czyli od posiadania wysokorozwiniętych przemysłów, tworzących dobra gotowe. Co prawda technika potrzebna do opanowania zaawansowanej wytwórczości jest kosztowna, jednak zwroty z takiej inwestycji są nieporównywalnie większe niż w kraju oferującym jedynie surowce i proste produkty. Do tego jednak niezbędna jest intencjonalna dalekowzroczna polityka państwa, nie poddająca się iluzjom wolnego rynku. Jak to ujął XVII-wieczny austriacki ekonomista Philipp von Hornick: „Lepiej jest wydać za produkt dwa talary, które by zostały w kraju, niż jeden, który by go opuścił – jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało niezaznajomionym”.
Właśnie te merkantylistyczne zasady legły u podstaw zdystansowania Rzeczpospolitej Obojga Narodów przez kraje Europy Zachodniej. Polscy myśliciele (Grodwagner, Fredro) propagujący postępowe idee merkantylistyczne, nie znaleźli zrozumienia wśród przedstawicieli drobno-oligarchicznej republiki szlacheckiej, pogrążającej się coraz bardziej w gospodarczym marazmie i bezrozumnie usiłującej zmienić dystans do krajów rozwiniętych poprzez zwiększanie wymiaru pracy przymusowej poddanych. W zasadzie dopiero po utracie niepodległości idee anty-leseferystycznej, intencjonalnej polityki gospodarczej zaczęły być propagowane przez działaczy społecznych i polityków, takich jak Stanisław Staszic czy Franciszek Drucki-Lubecki.
Z dotychczasowych doświadczeń w dziedzinie bogacenia się i poprawy warunków życia ludzkości można wyprowadzić dwa wnioski. Pierwszy z nich to skuteczność intencjonalnej państwowej polityki gospodarczej w organizowaniu wysiłku rozwojowego, co w suchych ekonomicznych słowach można określić jako wzrost produktywności pracy. Gdy publikacja magazynu „Chase Econometrics” z 1976 r. wskazywała, że każdy dolar wydany przez wszystkie lata na państwowy program NASA zwrócił się społeczeństwu czternastokrotnie (tj. roczny zwrot wyniósł średnio ponad 40%), to tak naprawdę opisała ona kreatywny potencjał ludzkości, zdolny do tworzenia rzeczy wcześniej nie istniejących, do redefiniowania rzeczywistości.
Drugi wniosek jest taki, iż „alternatywne metody” spijania śmietanki bogactwa, nie opierające się na poprawie produktywności pracy, zdolne są wyłącznie do przesunięć podziału bogactwa w ramach planety, nie do jego zwiększania. Metody alternatywne, pozwalające niektórym wskazywać np. na Hong Kong czy londyńskie City jako wzorce do naśladowania, są w istocie metodami pasożytniczymi, niechętnymi nowoczesnemu kapitalizmowi przemysłowego. Te metody to bańki spekulacyjne, bankowość offshore, połączona z globalnym handlem narkotykami oraz geopolityka (dawniej kolonializm i imperializm) pozwalająca przejmować skarby ziemi, a także zarabiać na rozliczeniach kontraktów surowcowych (czym tłumaczona jest specjalna pozycja dolara). Metody owe, w przeciwieństwie do poprawy produktywności pracy, rzadko prowadzą do polepszenia warunków życia, dlatego kraje nie wspierające kapitalizmu przemysłowego skazane są na oligarchiczną strukturę społeczną.
Przypadek Federacji Rosyjskiej znakomicie ilustruje znaczenie produkcji przemysłowej dla dobrobytu państwa i obywateli. Po latach „szoku bez terapii” lat 90., długość życia Rosjan spadła o 5 lat w ciągu pięciu lat, zaś PKB kraju skurczyło się z 500 do 200 mld dolarów. Produkcja rolna spadła w tym czasie o niemal połowę, zaś produkcja przemysłowa o ponad połowę. Dopiero w sierpniu 1998 r. Rosja pod wpływem kryzysu zanegowała politykę nieinterwencji i prymatu tzw. wartości papierów finansowych. Wtedy to premier Primakow utarł nosa niszczącym kraj zagranicznym spekulantom finansowym, decydując o częściowej restrukturyzacji zobowiązań. Po kilku latach, wykorzystując dobrą koniunkturę surowcową, rządzący zdecydowali o bardziej zdecydowanej interwencji w procesy gospodarcze, formułując strategie dotyczące przemysłu wysokich technologii. Dziś już nikogo nie dziwią zaawansowane plany budowy nowych miast, kosmodromów, linii kolejowych czy nowoczesnych elektrowni. Jakkolwiek geopolityka surowcowa miała bardzo ważne znaczenie, to nie tłumaczy ona tempa wzrostu rosyjskiego PKB z blisko 200 mld dolarów w 1999 roku do ponad półtora biliona dolarów w ciągu dekady.
W 2010 r., jak podaje Bank Światowy, produkt krajowy brutto na głowę według parytetu siły nabywczej Rosji był wyższy od polskiego. Przy wszystkich zastrzeżeniach wobec takich statystyk, warto pamiętać, co czyniło kraj uboższym, a co go wzbogacało. Do tego potrzebne jest odrzucenie mitu o szkodliwości jakiejkolwiek interwencji państwa w stymulowanie procesów gospodarczych. Jak uczy historia, to nie niewidzialna ręka rynku prowadzi do bogactwa narodów, lecz aktywna polityka przemysłowa.
Krzysztof Mroczkowski