Dobro wspólne i walka klas

Jeśli wszyscy wokół zaczynają nagle mówić o „dobru wspólnym”, można to traktować jako symptom wzrostu znaczenia i rozumienia tego pojęcia. Albo – niestety – czas zacząć się martwić, czy ten szlachetny termin nie staje się aby liczmanem.

„Dobro wspólne” od jakichś dwóch lat robi zawrotną karierę. Słychać o nim z okolic okołorządowych i od ludzi związanych z opiniotwórczymi środowiskami konserwatywnych liberałów. O „dobro wspólne” troszczy się dziś choćby Rafał Ziemkiewicz, interpretując je nieco z endecka. Nawiązuje do tego terminu także publicystyka związanego z Fundacją Republikańską pisma „Rzeczy Wspólne”. Fundacja ma siedzibę w dawnej kwaterze głównej Unii Polityki Realnej, a genius loci miejsca z wielu przyczyn odpowiada neofitom „dobra wspólnego”. Nie od rzeczy będzie dodać, że jednak jako pierwszy to „Nowy Obywatel” wziął na swoje sztandary hasło „dla dobra wspólnego”. Trzeba tu zatem przyjąć poprawkę, że jeśli wielu mówi to samo, nie musi to oznaczać tego samego.

Dla jednych dobrem wspólnym mogą być wolnorynkowe hasła społeczno-gospodarcze. Dla innych – uznanie poważnie traktowanych praw pracowniczych za niezbywalny element konsensusu ustrojowego oraz znak szacunku dla ludzkiej godności. Dla jednych dobrem wspólnym będzie sprawiedliwość społeczna, w oczach innych oznaczająca jedynie slogan rodem z PRL-u.

Co jest dobrem wspólnym? Wolność jednostek czy szeroko rozumiane bezpieczeństwo przestrzeni publicznej? Czy jeśli sąsiad rozbija się quadem tuż pod moim oknem, to większym i wspólnym dobrem dla nas dwóch jest wolność, która mu na to zezwala, czy może moje pragnienie, by nie wysłuchiwać ryków silnika, wyjącego dla czyjejś rozrywki i zachcianki? „Granice wolności jednych powstają tam, gdzie zaczyna się wolność drugich”. Czy krępuje moją wolność hałas, od którego nie odgradzają okna? Czy moja wolność nie jest ograniczona, skoro aby zapewnić sobie ciszę, muszę wkładać stopery do uszu, gdy właśnie chciałbym posłuchać muzyki? Gdzie tu dobro wspólne? Co jest tu dobrem wspólnym? Wolność czy komfort, jaki daje cisza? Jedno i drugie? Jak wymierzyć ich wzajemną wartość i hierarchię? Sąsiad nie zajeżdża tuż pod mój dom, ale hałas i tak do mnie dociera.

Biznesmen, który unika płacenia w Polsce podatków niewiele ma ze mną wspólnego, nigdy go nie widziałem i nigdy się u niego nie zatrudniałem. Może nawet nie kupuję jego produktów i nie korzystam z jego usług. Nie zalega mi z pensją. Jednak, jeśli państwo i redystrybucja dóbr są dobrem wspólnym, skutki jego decyzji uderzają również we mnie. A przecież każdy wolnorynkowiec powie, że raje podatkowe na to wymyślono, by ludzie ciężko pracujący i życiowo zaradni mogli bronić się przed złodziejskim państwem.

Uzna ktoś, że to rozważania dobre dla filozofów społecznych. Czasy jednak takie, że wszyscy możemy parać się rozważaniami natury ogólnej czy globalnej, biorąc za punkt wyjścia przeróżne aspekty rzeczywistości. I włączając do niej każdy koncept, doktrynę czy przekonanie, jakie docierają do nas np. za sprawą środków masowego przekazu, choćby portali społecznościowych. Wszyscy filozofujemy, choć jak zauważył na kartach „Nędzników” Wiktor Hugo: „wiele jest głów, które mówią, a bardzo mało takich, co myślą”.

Niemniej rada, jaką z kolei święty Paweł dawał Tesaloniczanom, nic nie straciła ze swej prostej mądrości, która może zachwycić także agnostyka: „Wszystko badajcie, a co szlachetne – zachowujcie”. Rzec można, że także ona należy do arsenału dóbr wspólnych. Tak czy inaczej, bardzo mnie obchodzi, czy wzmiankowana już neoliberalna wolność menedżerów i ideologów okołokorwinizmu jest bardziej czy mniej dobrem wspólnym niż koncepcje sprawiedliwości społecznej i duch równości, tak pięknie opisany przez Richarda Wilkinsona i Kate Pickett, których książkę recenzuję w bieżącym numerze „Nowego Obywatela”. Tym bardziej, że tam, gdzie panuje równość, nawet bogatszym żyje się lepiej, by jeszcze raz nawiązać do (tytułu) książki tych dwojga autorów.

W radosnym gaworzeniu o dobru wspólnym kryje się jeszcze jeden kłopot, który nie powinien umknąć ani poczciwie socjaldemokratycznej, ani tym bardziej radykalnie rewolucyjnej lewicowej czujności. Dobro wspólne – istna sielanka, rękojmia ładu społecznego, probierz czystych intencji. Kto chce dobra wspólnego, ten człowiek konsensusu, kompromisu, szerokich horyzontów i dobrych manier. Cham, prostak i nieudacznik kto wrzaśnie głośno lub poskarży się cicho, że go właśnie w realnym liberalizmie wyzyskują i okradają miłośnicy doktryn wywodzonych od Adama Smitha czy Benjamina Constanta, a wzmocnionych bezwzględnością ekonomiczną i brakiem wyobraźni społecznej chłopców z Chicago czy ich nadwiślańskich poputczików. Cham, prostak, roszczeniowiec, lewak i nierób kto spostrzeże, że „wspólne dobro” neoliberalizmu przypomina kształtem piramidę oznaczającą trzy stany, a on akurat stoi na dole i dźwiga piętra wznoszące się nad nim. I gdy dla dobra wspólnego (porządku społecznego, ładu zbudowanego w imię interesów silniejszych) on musi się obyć bez dobrej, publicznej edukacji, służby zdrowia, regularnie wypłacanej godziwej pensji itp. zachcianek „rozwydrzonych” społeczeństw, a wyżej stojący konsumują, kształcą, leczą się, pracują i odpoczywają wedle zupełnie innych standardów. Oczywiście także dla dobra wspólnego, bo i biedniejszemu nieco go skapnie, wedle pewnej uczonej teorii ekonomicznej.

A jeśli nie skapnie? Każdy neoliberał, z zacięciem czy to do chrześcijańskiej teodycei, czy to do społecznego darwinizmu wyjaśni rzecz bez trudu. Albo z grzechu pierworodnego zrodzoną niedoskonałością świata (że nic, tylko siąść i płakać), albo prawem doboru naturalnego, utożsamionego z funkcjonowaniem wolnego rynku (że nic, tylko się wzajem pożerać).

Tu już wypada zrobić efektowny zwrot i zapytać, czy walka klas jest dobrem wspólnym? Walkę klas należy tu oczywiście rozumieć nieco bardziej subtelnie niż pojmował ją pierwszy nagan Kraju Rad, Feliks Dzierżyński i jego liczna sowiecka progenitura. Bądź co bądź, jak dowodzili i praktykowali przedwojenni polscy socjaliści, zainteresowani istnieniem państwa polskiego, walka klas toczy się również w ramach demokracji parlamentarnej. Widzimy ją także wokół siebie, bardziej w praktyce niż w teorii ustroju państwa dość bliskiego trzeciemu światu. Widzimy ją w modnych tezach ekonomicznych, obecnych nawet w kazaniach, w praktyce społeczno-gospodarczej polskiej transformacji, widzimy jej utajone residua w licznych odmianach telewizji śniadaniowych, w reklamie, w stosunkach sąsiedzkich, w pracy, przed kościołem w niedzielę, gdy marki samochodów na parkingu przypominają, że choć przed Bogiem jesteśmy równi, zdolności kredytowe mamy czasem mocno rozbieżne. Walka klas żyje i ma się dobrze, a pogłoski o jej śmierci są zdecydowanie przesadzone – tak rzecz należy lapidarnie ująć.

Czy zatem walka klas jest dobrem wspólnym? Z pewnością jest wspólnym, choć nie wspólnie przeżywanym dziś doświadczeniem. Prekariat wciąż jest, przynajmniej w Polsce, klasą w sobie. Może nawet bogaci i najbogatsi mają większą świadomość i lepiej rozumieją wagę konsekwencji walki klas niż polska lumpen-middle-class (proszę wybaczyć karkołomny termin), grzebiąca wakacyjnie motyką w działkowej ziemi, pozująca na Helu do zdjęć, które zaraz trafią na „Naszą Klasę”, albo lecząca nerwy po pechowym odwrocie spod egipskich piramid. Bo kogo pocieszy myśl, że Sfinks widział straszliwsze rzeczy, niż bankructwa polskich, prywatnych biur podróży i wcale liczne powroty lumpen-średnich-klasowczyków na koszt podatnika? W każdym razie temat „dobro wspólne a walka klas” wydaje się interesujący. Pewnie będę więc do niego wracał, skoro na czas jakiś w podróży do społeczeństwa bardziej sprawiedliwego społecznie i egalitarnego wstrzymałem cugle Rosynanta i nie mierzę już z kopii w młyny nowej lewicy, które zresztą i tak niedawno zmieniły adres.

A co do Victora Hugo. Wielu zna jego zdanie: „Cała anarchia mieści się w uliczniku”. Poprzedza je inne: „Cała monarchia mieści się w gapiu”. A realny liberalizm AD 2012 gdzie się Państwa zdaniem mieści? Nie, nie bądźmy wulgarni… Może cały się mieści w tym prekariuszu, co jako dziecko przywykł do pełnej lodówki, własnego pokoiku i ładnych zabawek, jakich za młodu nie mieli babcia i dziadzio, ale na starość nie doczeka tego, co dziś jeszcze mają jego sterani życiem dziadkowie – emerytury ledwie wystarczającej do pierwszego.

Głośne i stanowcze „nie”

Będzie ciężko! We wszystkich kanałach TV ekspert za ekspertem przyznają: do Polski nadchodzi kryzys. Chociaż rzesze Polaków przeglądających oferty pracy już dawno przyswoiły sobie tę wiedzę, złowieszcze zapowiedzi mają nieco inną wymowę. Lepsze czasy (czyli rzekomo mające miejsce teraz) już wkrótce mają być ledwie wspomnieniem. W mądrze zarządzaną polską gospodarkę uderzyć ma europejski huragan, ten sam, który sieje zniszczenie na Zachodzie. Polska musi być przygotowana, aby przetrwać ten trudny czas.

Tłumacząc z poezji na prozę: idą cięcia.

Brutalne, głębokie cięcia oszczędnościowe musiałyby objąć podstawowe funkcje społeczne państwa i samorządu, obejmując likwidację wielu szkół, szpitali, placówek opieki, nie mówiąc już o ośrodkach kultury. Tym działaniom, które wraz z impetem kryzysu będą nabierały rozmachu w przyszłym roku, należy się stanowczo przeciwstawić. Stawka jest jednak o wiele wyższa niż komfort i dobrobyt tej czy innej lokalnej społeczności.

Wiemy już, nie tylko z krajowego podwórka, że przywódcy polityczni potrafią być zaskakująco „pryncypialni”, podejmując tzw. trudne decyzje i trwając przy nich nieugięcie przeciwko „krótkowzrocznym” interesom rozmaitych grup społecznych. Dlatego nie licząc z tej strony na odruch społecznej empatii należy bez ogródek pozbawić fałszywą, szamańską mitologię cięć oszczędnościowych jakichkolwiek naukowych pretensji. Król jest nagi.

Po pierwsze: cięcia wydatków nie zmniejszają deficytu budżetowego.

W zasadzie argument ten nie powinien być częścią poważnej debaty o polityce gospodarczej. Wiele jednak musi się zmienić, zanim animatorzy rzeźnickiej pseudo-ekonomii zrozumieją, iż deficyt czasami jest wręcz strukturalnie potrzebny, gdyż absorbuje nadwyżkę oszczędności, wypuszczając ją do gospodarki. A jeszcze więcej minie, zanim rozwój nie będzie rozumiany pieniężnie, lecz tak jak powinien być: jako wzrost wiedzy i towarzyszący mu przyrost produkcji.

Właśnie dlatego w 2000 r. prof. James K. Galbraith narzekał na posiadaną ówcześnie przez USA nadwyżkę budżetową. Pieniądz tworzony jest arbitralnie przez państwo i nie stanowi wartości, lecz jedno z narzędzi jej tworzenia. Kwestia emisji pieniądza czyni bezsensownym porównania budżetu państwa i rozsądnie oszczędzającego gospodarstwa domowego. W tym pierwszym, aby mieć co zaoszczędzić, najpierw trzeba wydać – emitować pieniądz. Finansowane deficytem wydatki krajowe nie zubażają kraju, jeżeli tylko przyczyniają się do wykorzystania i rozwoju jego potencjału gospodarczego.

Ponieważ jednak żyjemy w czasach ubóstwiającego pieniądz hiper-neoliberalizmu (gdy banki centralne nie mogą skupować papierów dłużnych państw), niepodzielnie rządzący kartelowy „rynek finansowy” używa argumentu wysokiego deficytu budżetowego jako wymówki dla zgarniania nadmiernie wysokich prowizji za kupno tychże długów. Paradoksalnie, jak zobaczymy w punkcie drugim, dzięki wdrożeniu cięć (czy – jak mówią ludzie z poczuciem humoru – „reform”) obligacje tych państw rzeczywiście stają się bardziej ryzykowne, uzasadniając post factum wysoką „premię za ryzyko”. Ryzyko, oczywiście na skutek cięć kurczących gospodarkę, staje się w pewnym momencie pewną stratą. Jak to ujęła prezydent Argentyny: „Jakim cudem nieboszczyk spłaci długi?”.

Chociaż mniej uczeni ze zwolenników operacji na żywym organizmie społecznym twierdzą, że po odrąbaniu kończyny pacjent będzie szybciej biegał (wszak będzie lżejszy), inni wcale nie kryją, iż kondycja gospodarki nie ma dla podjęcia tak ważnej decyzji żadnego znaczenia. Do licha z produkcją, aktywnością gospodarczą, zatrudnieniem! – ważne są cyferki! Co prawda, twierdzą szczerze, będzie się gorzej żyło, ale za to deficyt będzie mniejszy.

Nieprawda. Pięć lat cięć oszczędnościowych w Grecji dawało rok po roku coraz to wyższy deficyt budżetowy. Po zaaplikowaniu greckiej kuracji kolejnym krajom, szczególnie z południa Europy, kryzys się rozprzestrzenia. Dlatego możemy przewidzieć, jak będą wyglądały kolejne kwartały. Banki zaangażowane w ryzykowny rynek pochodnych będą na gwałt szukać sposobów upiększenia swych wyników „na papierze”. Za pomocą agencji ratingowych zażyczą sobie większej premii za pożyczanie krajowi uznanemu za „ryzykowny” ze względu na rzekomo duży deficyt.  Krajowi takiemu aplikowane są reformy. Europejski Bank Centralny, nie mogąc kupować obligacji państw, daje długoterminowy kredyt 1-procentowy bankom, aby mogły one pożyczyć temu krajowi. Sytuacja kraju się pogarsza, banki żądają jeszcze większej premii, instytucje finansowe wymuszają na kraju kolejne „reformy”.

Wytwarzane często przez niektórych komentatorów wrażenie, jakoby istniał konsensus naukowy co do konieczności „zaciskania pasa”, jest zupełnie błędne. Każdy ekonomista ma swój oryginalny pogląd (a czasami nawet dwa) na każdą sprawę, więc trudno w ogóle mówić o konsensusie. Można jednak z łatwością przybliżyć, iż w tej sprawie większość środowiska ekonomistów nie zgadza się z receptami „rzeźników”. Od dłuższego czasu, m.in. na łamach „New York Times”, z mitem cięć rozprawia się noblista Paul Krugman.

Po drugie: cięcia wydatków szkodzą gospodarce.

Można by od razu dodać: oraz społeczeństwu. I przytoczyć tragiczne dane dotyczące szybko rosnącej liczby samobójstw czy zgonów spowodowanych cięciami w opiece medycznej w krajach południowej Europy. Rosnące poczucie beznadziei i przytłoczenia rzeczywistością w warunkach instytucjonalnie zadekretowanego braku perspektyw wydaje swoje straszne owoce. Skoro lepiej już było, to może być tylko gorzej. Właśnie tak można streścić efekty polityki cięć.

Polityka ta nie jest bowiem, jak się to czasem próbuje przedstawiać, krótkotrwałym, choć szalonym, lekarstwem na kryzys. Jest ona, jak zauważył w swej świetnej publikacji na ten temat prof. Alain Parguez, coraz bardziej obecna od dwóch, a nawet czterech dekad. W tym nowym paradygmacie zawsze dąży się do zmniejszenia wydatków państwa. Parguez wykazuje, iż skutkiem tej dekadenckiej polityki musi być wpadnięcie w maltuzjańską „pułapkę”. Malthus twierdził, że w pewnym momencie nie będzie można utrzymać stanu liczbowego ludzkiej populacji.

Po pierwsze, spadające wydatki oznaczają częściowe nierozwinięcie „dynamicznego całkowitego dobrobytu”, który powinien znajdować się na poziomie równym określonemu potencjałowi, wytworzonemu dzięki przeszłym inwestycjom. Czynnik ten jest kluczowy dla rozwoju, jako nadający dynamikę pracy i kapitałowi – Parguez za wzór stawia program kosmiczny i inne inwestycje „w nieznane”. Nierozwinięcie dobrobytu (np. edukacji) i ograniczanie go powoduje nie tylko jego spadek, ale także w długim okresie spadek poziomu potencjału rozwojowego. Innymi słowy, coraz trudniejsze jest powstrzymanie trendu kurczenia się dobrobytu, poziomu życia, zasobów materialnych i wiedzy.

To oznacza bezprecedensowe odwrócenie wektora postępu w stronę upadku, przejawiającego się coraz niższym poziomem płac i słabnącą produkcją. Rozwój nie jest bowiem procesem automatycznym i tak jak ludzkie działanie go napędza, tak też dewastujące połączenie chciwości i głupoty powoduje, iż ludzkość zacznie się zwijać. Wszystko za sprawą praktyków jaskiniowej ekonomii.

Zarówno do rozwoju, jak choćby i do utrzymania obecnego poziomu potrzebne są inwestycje wytwórcze i wydatki ogólnospołeczne. Te pierwsze w krótkim okresie dyskontują obecny stan wiedzy i techniki. Te drugie poprawiają warunki życia ludzi, aby stworzyć warunki, w których ludzki potencjał może wejść dzięki innowacjom na kolejny poziom potencjału rozwojowego. Paradygmat cięć to wyklucza.

Stawką w walce przeciw cięciom nie będzie zatem jedynie powiatowy szpital czy szkoła blisko od domu. Ta stawka jest ogromna. Demaskowanie mitów powinno być zaczątkiem poważnej dyskusji o tym, jakiej polityki gospodarczej potrzebuje państwo, co zrobić, aby wzrastała siła nabywcza jego obywateli, aby wiedza i dobra produkowane w tym kraju jak najbardziej ubogacały jego mieszkańców. Na początku jednak trzeba powiedzieć NIE cięciom.

Krzysztof Mroczkowski

Rewolucja w pożyczkach

Prasę ostatnimi czasy obiegła reklama pożyczek wyróżniająca się na tle wielu innych, znanych z mediów czy przydrożnych słupów. Rzeczony kredytodawca zapowiedział „rewolucję w pożyczkach”, posługując się stylistyką rodem z czasopisma radykalnej lewicy. Grafika przedstawia tłum machający flagami i transparentami oraz utrzymana jest w ostrej, czarno-czerwonej kolorystyce. Może to nasunąć paradoksalny, choć wcale nie absurdalny domysł – czyżby pracownikiem agencji reklamowej, który tworzył projekt dla tegoż pożyczkodawcy, był ktoś związany ze środowiskiem ideowej lewicy?

Przecząca odpowiedź na to pytanie winna wynikać raczej z faktu, że środowisko takie jest stosunkowo niewielkie, a więc i szansa na przypadkowe spotkanie z dziełem któregoś z jego przedstawicieli wydaje się znikoma. Odpada tym samym najłatwiej wlatująca do głowy odpowiedź, że osoba kontestująca zastany system z pewnością się nim brzydzi, więc nie poszłaby nigdy na kolaborację z podmiotem mającym tak silny udział w reprodukowaniu wolnego rynku – z biznesem reklamowym. Fakty w tym zakresie okazują się paradoksalne: buntownicy i twórcy reklam są często tymi samymi ludźmi, co – jak wskazał w jednym z wywiadów Benjamin Barber – świetnie ilustrują dalsze losy pionierów buntu przeciwko Dwightowi Eisenhowerowi.

Do interesującego wniosku prowadzi również odwrócenie tego rozumowania – czyżby retoryka i stylistyka środowisk kontestujących kapitalizm z lewej strony sceny politycznej, była dla samego kapitalizmu tak mało groźna, że będzie on ją reprodukował? Obserwacje skłaniają ku odpowiedzi twierdzącej. Minęło bowiem już ponad 150 lat od czasu, gdy Adam Mickiewicz wskazywał, że słowo „rewolucjonista” jest dla europejskiej reakcji straszliwe i brzmi jak barbaryzm. Dobrze ów wniosek ilustruje również fakt, że partie liberalne bez większych tożsamościowych perturbacji zaadaptowały lewicowe hasła o emancypacji i tolerancji.

Bardziej obszerne od – niewątpliwie ciekawej – formy graficznej pole do refleksji skrywa jednak samo hasło „rewolucja w pożyczkach”. Choć dla jego autora zapewne nie miało wartości większej od otrzymanej premii, zawrzeć w nim można de facto całą historię funkcjonowania ostatniego wcielenia gospodarki wolnorynkowej. Wcielenia, opartego już nie na sferze produkcyjnej (jak w wieku XIX), nie na stabilności (jak w pokoleniu powojennym), lecz na ciągłym przyspieszaniu i generowaniu gargantuicznych zysków poprzez obrót papierami wartościowymi.

Cała ta maszyneria turbokapitalizmu upodobniła się do supernowoczesnego samochodu, za kierownicą którego usiadł pirat drogowy. Jegomość ów – wiedziony bezkresnym, acz naiwnym optymizmem – przed ruszeniem wymontował z pojazdu hamulce, poduszki powietrzne, pasy i resztę instrumentarium mającego zapewnić bezpieczeństwo w czasie kraksy. Po tych operacjach zasiadł na fotelu kierowcy w przekonaniu, że wystarczy coraz mocniej cisnąć na gaz, a wówczas – nawet bez trzymania kierownicy – auto będzie bezpiecznie jechać, nieustannie zwiększając prędkość. Rajdowiec zapomniał jednak, że na liczniku prędkości trzycyfrowa liczba z dwójką z przodu zapewnia bardzo szybkie dotarcie na miejsce, lecz przy takim tempie jazdy wystarczy uderzenie niewielkiego kamyczka w oponę, by zaliczyć wywrotkę i dachowanie.

Rozpędzanie się pojazdu nie rozpoczęło się bynajmniej w momencie, gdy szwedzcy socjaldemokraci po raz pierwszy od niemal półwiecza przegrali wybory, a Friedrich von Hayek został nagrodzony Noblem w dziedzinie ekonomii. Mało kto analizuje niestety powstanie doktryn lewicowych w korelacji z narastającym sprzeciwem przeciwko „przyspieszeniu”. A przecież wiele wspomnień czy pamiętników z połowy XIX w. zawiera fragmenty świadczące wprost o zdumieniu autorów, spowodowanym szybkością jazdy parowych lokomotyw, przekazywaniem informacji drogą telegraficzną czy coraz szybszym reagowaniem prasy na istotne wydarzenia. I choć zbyt prostym byłoby stwierdzenie, że owa plejada wynalazków została zrodzona z blasku kapitalistycznej doskonałości, to jednak nietrudno dostrzec, że postęp technologiczny szybko został skolonizowany i służył potrzebom rynkowej machiny. Perwersyjny ciąg dalszy sytuacji, w której genialność myśli ludzkiej zostaje sprowadzona do roli instrumentu maksymalizującego zyski objawia się w pełnej krasie także dziś. Przejawem tego zjawiska była choćby niedawna batalia wokół porozumienia ACTA, wynikająca z hipertrofii prawa własności intelektualnej.

Kapitalizm w swej neoliberalnej formule przechwycił jednak jeszcze jedną, istotniejszą sferę – czego dobitnym przejawem była wspomniana reklama pożyczek. Obecnie oto – co umyka uwadze tradycjonalistycznych zwolenników gospodarki rynkowej w wersji hard – kultywowane przez wiele lat oszczędzanie stało się postawą niewygodną dla globalnej gospodarki. Wyliczenia ekonomistów pozbawiają złudzeń w tym zakresie. O ile na początku ostatniej dekady XX w. amerykańska rodzina średnio 8% dochodów przeznaczała na poczet oszczędności, o tyle w roku 2000 odsetek ten był bliski zeru. Niebagatelne znaczenie ma fakt, że za zjawisko zaniku oszczędzania odpowiedzialne było przede wszystkim 20% gospodarstw domowych o najwyższych dochodach. A jako że – jak powiadał Marks – ideologia klasy panującej jest ideologią panującą w społeczeństwie, moda na przeznaczanie całości środków na beztroską konsumpcję stała się wkrótce powszechna.

Rynek rychło znalazł jednak sposób, by przekroczyć nawet granicę 100% konsumowanego dochodu. Tak mniej więcej rysuje się geneza mody na branie pożyczek, zapoczątkowanej przez zręczne posunięcie Systemu Rezerwy Federalnej USA (FED), który obniżył stopy procentowe, sprawiając, że kredyty stały się niemal powszechnie dostępne. W wielu analizach tego zjawiska słusznie wskazuje się, że jego efektem było napompowanie olbrzymiej bańki spekulacyjnej w sektorze nieruchomości. Niewielu autorów zwraca jednak uwagę, że punkt ciężkości w sferze gospodarczej przesunął się tym samym z „tu i teraz” na „tam i wtedy”.

Z ekonomicznym kultem przeszłości (vide: ziemia z dziada pradziada) rynek rozprawił się już wiele lat temu, czyniąc z tradycjonalistycznej warstwy chłopskiej miejski proletariat, który musiał się troszczyć o „teraz”; ujmowany obrazowo jako obawa „Czy jutro będzie co włożyć do garnka?”. Na użytek tej konstrukcji wygenerowano mit „od pucybuta do milionera”, który znaczył mniej więcej tyle: pracuj ciężko dzisiaj, by jutro móc posiadać więcej. Rewolucyjny ładunek, zawierający się w tanich i powszechnie dostępnych kredytach doprowadził do przejścia także tego etapu. Po cóż bowiem czekać, aż skrupulatnie okładane pieniądze osiągną kwotę, która umożliwi oszczędnemu posiadaczowi „szał zakupów” (znaczący w XIX w. tyle, co zakup pary butów…)? Odległą przyszłość może znacznie przybliżyć wizyta agenta pożyczkowego w domu klienta, który to jegomość dodatkowo – uszczęśliwiając gospodarstwo domowe kredytem hipotecznym – będzie miał szansę na premię od sprzedaży tychże kredytów. Kapitał okazał się więc mieć charakter już nie tylko ponadnarodowy, ale także swoiście ponadczasowy.

„Rewolucja w pożyczkach” nie ma jednak znaczenia wyłącznie ekonomicznego. Co prawda, w przeciwieństwie do niegdysiejszej kolonizacji, „kolonizacja przyszłości” nie niesie ze sobą nędzy i śmierci milionów ludzi. Jednak i ona – za zasłoną uśmiechniętych bonzów – generuje negatywne tendencje na wielu płaszczyznach. W odróżnieniu od swej poprzedniczki, która koncentrowała się na przerzucaniu bogactwa z terytoriów peryferyjnych do ówczesnego światowego centrum, pożyczkowa rewolucja wytwarza takie tendencje nie tylko w „trzecim”, ale także w „pierwszym” świecie.

Wiele można by napisać – i wiele już napisano – o degradacji olbrzymich przestrzeni planety oraz łamaniu praw człowieka w azjatyckich fabrykach, byle tylko uczynić zadość rozbuchanym apetytom konsumpcyjnym krajów Zachodu. Bardziej interesujące wydaje się jednak dostrzeżenie nowych pól konfliktu, które tworzą się w Europie. „Rewolucja w pożyczkach”, jak każda chyba rewolucja, wymaga wszak ofiar – a tymi często padają osoby zwyczajnie mamione wizją np. „lepszych świąt”, które można urządzić pożyczając zaledwie kilkaset złotych. O tym, że taka pożyczka – z powodu specyficznie skonstruowanej umowy – często może się skończyć wielotysięcznymi długami, albo nawet wizytą komornika, donoszą regularnie nawet „urzędowo-optymistyczne” media. Każdy odcinek popularnej „Sprawy dla reportera” dostarcza w tym zakresie materiału do wielomiesięcznej, wytężonej pracy dla organizacji społecznych.

Krzyk samotnych staruszek, które zostały wplątane w spiralę długów i wylądowały w socjalnym mieszkaniu z pleśnią na ścianach, jest jednak zazwyczaj słabo słyszalny. W dobie uwiądu oddolnej samoorganizacji wcale nie lepiej przedstawia się również zakres artykulacji bardziej długofalowych postulatów przez osoby, które ukończywszy studia zmuszone są mieszkać z rodzicami, bo praca na umowę zlecenie nie daje zdolności kredytowej, co wyklucza możliwość zakupu mieszkania. W tej sferze rzeczywistość negatywnie weryfikuje libertariański sen o „dobrowolności” zadłużania się, wulgarnie wyrażany przez Janusza Korwina-Mikke poprzez zachęty do „mieszkania w psiej budzie do momentu zebrania 200 tys. zł na zakup domu”. Pożyczki oparte są bowiem na formie przymusu symbolicznego, który polega na umiejętnym wykorzystaniu naturalnego odruchu obronnego przed biedą – także biedą relatywną. Stąd każdy nadprodukowany inteligent, który nie może się przed tym zjawiskiem obronić, nosi w sobie potencjał sprzeciwu.

Sprzeciw ten już dziś w krajach takich, jak Grecja czy Hiszpania okazuje się niemożliwym do zgryzienia orzechem dla kapitalizmu po „pożyczkowej rewolucji”. Błąd tkwił wszakże w samych jej założeniach, czyli w zorientowaniu teraźniejszości w oparciu o przewidywanie wyłącznie optymistycznej wizji przyszłości. Wycena każdego kredytobiorcy, eufemistyczne nazywana „określeniem zdolności kredytowej”, polega przecież na założeniu, że aktualna sytuacja zarobkowa nie tylko nie ulegnie pogorszeniu z powodu np. straty pracy, ale że będzie ona wręcz coraz to lepsza. Za 30 lat – rozumują bankierzy – Jan Kowalski nie będzie już li tylko supervisorem w Cinema City, lecz zdąży przejść przez szczebel kierownika obiektu aż do koordynatora regionalnego, a może nawet jeszcze wyżej. Z powodu tak naiwnych kalkulacji „rewolucja w pożyczkach” dziś, na oczach całego świata, pożera własny ogon.

Piotr Kuligowski

Wielki ekonomista w ludzkiej skali (Pamięci prof. Tadeusza Kowalika)

Wiadomość o odejściu Tadeusza Kowalika (1926-2012) wywołała uczucie pustki i bezpowrotnej straty. Dla mnie podwójnej, bowiem był dla mnie nie tylko autorytetem, ale i przyjacielem.

Pisanie o tym nie jest więc łatwe. Trzeba mieć świadomość, że pisze się o człowieku-instytucji – nie tylko o ekonomiście dużego formatu, ale i o zaangażowanym intelektualiście, który miał zdolność i odwagę publicznie poddawać krytyce rzeczywistość społeczną. W swym długim, aktywnym życiu uczestniczył w wielu procesach i wydarzeniach nie tylko jako ich recenzent i komentator, ale także jako osoba starająca się mieć merytoryczny wpływ na bieg spraw. Owa mnogość ról, w które wchodził i bogactwo życiorysu muszą w pierwszej chwili przerastać kogoś, kto – tak jak ja – licząc sobie jedynie 25 lat, próbuje oddać wielkość tej postaci i jej dorobku. Z drugiej strony, prywatnie postać Tadeusza ma dla mnie równolegle ludzką skalę – skalę jego wątłej, aczkolwiek żwawej sylwetki, spacerującej obok mnie podczas wspólnych przechadzek po Polach Mokotowskich, które kilkakrotnie odbyliśmy w ciągu ostatniego roku.

Właściwie nie wiem, od którego wymiaru tej postaci zacząć: publicznego czy prywatnego. W momencie, kiedy dowiedziałem się o jego śmierci, miałem przed oczami przede wszystkim znajomego i poważanego człowieka, a nie wybitnego ekonomistę. Jednak nastrój chwili wymaga, by zacząć od tego drugiego wizerunku Profesora i przypomnieć, co wniósł lub nadal może wnieść w życie szerszego kręgu odbiorców. Losy jego długiego, bardzo aktywnego i zaangażowanego życia obfitowały w liczne zwroty i dylematy, podobnie jak czasy, w których żył. Można dziś różnie oceniać jego poszczególne wybory, jednak trudno nie zgodzić się, że kwestia sprawiedliwości społecznej była mu bliska przez cały czas. Biorąc pod uwagę czasy po przełomie 1989 roku, jego postawa i światopogląd jawią się jako nad wyraz spójne i konsekwentne. Był nieprzejednanym krytykiem modelu transformacji przeprowadzonej przez Leszka Balcerowicza i drogi rozwoju realizowanej przez kolejne formacje aż po dziś dzień. Owym konsekwentnym kontestowaniem „jedynej słusznej drogi”, skazującym go na marginalizację w ramach ekonomicznego mainstreamu, zaskarbił sobie uznanie i respekt wśród wielu środowisk antysystemowych.

Zaklasyfikowanie Profesora po prostu jako krytyka transformacji wydaje się jednak spłaszczeniem jego wizerunku. Krytyka przez niego przeprowadzana była nie tylko konsekwentna, ale i podbudowana rozległą wiedzą i argumentacją ekonomiczną oraz szerokim i pogłębionym spojrzeniem na historię (także zakulisową) transformacji i jej konsekwencji, co odtworzył m.in. na kartach swego ostatniego dzieła „www.polskatransformacja.pl”.

O dostrzeżenie i przyjęcie alternatywnych ścieżek rozwoju apelował do końca. Rozeznanie w nich uzyskał podczas licznych podróży jako wykładowca po różnych krajach świata. Prawdopodobnie to one, jak i lektura zagranicznej literatury ekonomicznej, już dawno uświadomiły mu, że model neoliberalny nie jest ani jedynym, ani najskuteczniejszym. Swoją wiedzę na temat wielości systemów ekonomicznych przedstawił w książce „Systemy gospodarcze, efekty i defekty reform i zmian ustrojowych” (2005), która stanowi swoiste kompendium wiedzy, czekające na kontynuację i aktualizację. Jego aktywność w tym obszarze nie doczekała się niestety zasłużonego rozgłosu, a sam Profesor nieraz ubolewał, że w polskich naukach ekonomicznych kuleje nieco komparatystyka, że za mało badamy rozwiązania, które funkcjonują w innych krajach i nie wykorzystujemy ich jako inspiracji.

Podróżował – na ile pozwalał mu pogarszający się stan zdrowia – do końca. Gdy widzieliśmy się zimą, wspominał, że ma jeszcze zaplanowany odczyt w którymś z krajów Ameryki Łacińskiej na temat Michała Kaleckiego (w dobie kryzysu, w wielu częściach globu, choć niestety nie u nas, odżyło zainteresowanie tradycjami myśli ekonomicznej dalekimi od neoliberalnej ortodoksji). Dziedzictwo Kaleckiego znał jak mało kto. Znał równie dobrze dorobek Ludwika Krzywickiego, a także paru innych twórców polskiej myśli ekonomicznej, dziś zapomnianych przez główny nurt, np. swojego przyjaciela – Włodzimierza Brusa, którego pisma do końca troskliwie przechowywał w swym pełnym książek mieszkaniu przy Alei Niepodległości.

Źle by jednak się stało, gdyby z tych wspomnień wyłonił się obraz Profesora wyłącznie jako kustosza wartościowych, ale zakurzonych tradycji ekonomicznych czasów minionych. Do końca bowiem interesował się ideami krążącymi we współczesnej światowej debacie ekonomicznej oraz aktualnymi procesami społeczno-gospodarczymi. To, co trapiło go szczególnie, to krzepnięcie na naszych oczach cywilizacji pogłębiających się nierówności i niesprawiedliwości społecznej. Choć jako socjaldemokrata był siłą rzeczy bardziej kojarzony z poglądami na temat krajowych systemów gospodarczych, nie stronił od wyrażania pogłębionych opinii na temat globalnego kontekstu, który przedstawiał jako „kapitalizm kasyna”, a także tendencji zachodzących nie tylko na naszym podwórku, lecz wspólnych dla innych państw i instytucji wspólnotowych UE w czasie kryzysu (jego irytację wywołała powszechna na kontynencie obsesja na punkcie cięć budżetowych).

Tym, co mnie wydawało się szczególnie atrakcyjne w jego podejściu do rzeczywistości ekonomicznej, była zdolność dostrzegania w wielkich procesach i wydarzeniach tego, co społeczne czy po prostu ludzkie. Dostrzegał człowieka zarówno jako twórcę życia ekonomicznego (które nie było w jego rozumieniu skutkiem jedynie ślepej dziejowej konieczności), jak i przede wszystkim człowieka muszącego ponosić na własnej skórze skutki poszczególnych decyzji i ideologii w ramach polityki ekonomicznej. Jeśli sięgniemy po jego „Transformację”, już w pierwszych rozdziałach daje się zauważyć łączenie analizy strukturalnej z drobiazgowym pochyleniem się nad klimatem intelektualnym oraz poglądami reprezentowanymi nie tylko przez całe formacje, ale i przez poszczególne osoby. Co więcej, autor tłumaczy przełomowy moment w polskiej historii społecznej nie tylko poglądami wiodących aktorów, ale zwraca uwagę także na cechy charakterologiczne poszczególnych postaci, które wpłynęły na przebieg wydarzeń (choć warto podkreślić, że stronił od dość wygodnego, a niestety częstego u nas tłumaczenia zła transformacji głównie czynnikami personalnymi).

Jego wiedza w tym zakresie była szeroka, pogłębiona, pochodząca niejednokrotnie z pierwszej ręki. Z uwagą słuchałem jego prywatnych opowieści o tym, jak zmienne były koleje losu i układy między poszczególnymi postaciami. Szczególnie w pamięci osadziła mi się historia tego, jak na początku lat 90. przebywał jakiś czas w Szwecji. Od razu zaczął szukać kontaktów z tamtejszymi socjaldemokratami, wobec których już wówczas czuł ideową sympatię. Tamci jednak nie znając go dobrze, zwrócili się do jego ówczesnego przyjaciela Bronisława Geremka, by ów poświadczył jego lewicowość! Wspominał też, że parę lat później, gdy spotkali się z liderem UW w samolocie, nigdy nie stoczył równie długiej rozmowy o pogodzie i stewardessach. Ich drogi tak bardzo się rozeszły, że trzeba było szukać tematów zastępczych, by przypadkiem nie wejść na obszar polityki. A zapewne nie było to jedyne jego rozejście się ideowe z przyjaciółmi z dawnych czasów.

Profesor mówił o tym wszystkim zazwyczaj z dystansem, nieraz zabarwionym humorem w starym stylu. Gdy jednak przychodziło do odczytu na temat nierówności, sprawiedliwości czy ubóstwa – unosił się, wygłaszając drżącym, niekiedy urywanym głosem płomienne wystąpienia. Tak było również podczas ostatniego wystąpienia, na którym go widziałem – w Fundacji Eberta.

W prywatnych kontaktach był człowiekiem serdecznym, o dużej klasie, ale i wdzięku, zdolnym do zdystansowanej ironii względem czasów dawnych i obecnych, a także względem samego siebie. Nie lubił za to dystansu społecznego ani w stosunkach między ludźmi. Pamiętam, że już w początkach naszej znajomości Profesor nalegał, czy też według jego słów wręcz „wymuszał na mnie” przejście na „ty”. Dla mnie, osoby, która dopiero co kończyła studia, a starszego o równo 60 lat naukowca znała dotąd głównie z lektury jego książek, było to początkowo przedmiotem nie lada konfuzji, wobec czego w ramach e-mailowej korespondencji zręcznie się wymigiwałem. Do czasu. Pewnego razu, gdy spotkaliśmy się w autokarze jadąc na jedną z konferencji, nie miałem już wyjścia – trzeba było przystać na zaproponowaną przezeń „antyhierarchiczną” konwencję.

Potrzeba usuwania hierarchii ujawniała się także w jego stosunku do czytelnika. Jego książki były pisane komunikatywnym, żywym językiem, nie wymagające od odbiorcy rozległego przygotowania ekonomicznego, a jedynie woli krytycznego namysłu nad rzeczywistością i wyjścia poza myślowe schematy. Ów popularyzatorski styl pisania stanowi o dużej użyteczności jego pism, które mogą być czytane i omawiane w szerokich kręgach.

Profesor nie zamykał się też w opłotkach swojej dyscypliny naukowej; dążył do jak najsilniejszego zakorzenienia społecznego nauk ekonomicznych. Gdy zaś szło o politykę społeczną, np. tę realizowaną w Skandynawii, apelował, by tamtejszego modelu welfare state nie wyłączać z gospodarczego kontekstu. Twierdził bowiem, że istnieje silne powiązanie między polityką ekonomiczną a społeczną, a ta ostatnia może być ważnym czynnikiem rozwoju gospodarczego, co pokazały właśnie doświadczenia skandynawskie. To między innymi nasz wspólny entuzjazm wobec nordyckiego modelu społecznego był jedną z głównych osi, na których znajdowaliśmy tak dobre porozumienie. On był w tej kwestii optymistą – zdawał się wierzyć, że drugą Szwecję może budować i nad Wisłą. Ja zawsze byłem nieco bardziej sceptyczny, choć uważam, że spróbować nie zaszkodzi, a książki i artykuły Tadeusza Kowalika mogą dostarczyć ku temu argumentów i zachęty.

To, co wydaje się szczególnie cenne w jego dorobku, to nie tylko taki a nie inny sposób oceny wybranych wydarzeń i zjawisk, ale sama perspektywa patrzenia na rzeczywistość społeczno-ekonomiczną. Prof. Kowalik wielokrotnie powtarzał, że wierzy w ogromną rolę idei w kształtowaniu procesów ekonomicznych, to one w dużej mierze – a nie wyłącznie obiektywna gra interesów społeczno-ekonomicznych – miały determinować to, co działo się w światowej i krajowej gospodarce. Z założenia tego wynika, że to, jakie będziemy mieli idee i poglądy na temat ładu społecznego, wpłynie znacząco na warunki, w jakich będziemy żyli. Społeczeństwa stają przed ciągłym wyborem drogi gospodarczo-społecznej. Oby był to wybór, jakiego zapewne życzyłby sobie i nam Profesor.

Rafał Bakalarczyk

Na bezrybiu po transformacji

Polak mądry po szkodzie? Nie każdy. Gdy słucha się niektórych osób, mających decydujący wpływ na oblicze transformacji ustrojowej, uderza ich niemożność zejścia z torów myślenia, na które skierowali ongiś polski model rozwoju. Co więcej: to, czego bronią, jest często dalekimi od realiów wyobrażeniami na temat ówczesnej rzeczywistości – zarówno naszej, jak i tej na Zachodzie, który ponoć miał stanowić dla nas inspirację.

Michnik w „Kontakcie” z ekonomicznymi realiami

Do takich wniosków przywiódł mnie wywiad z Adamem Michnikiem, opublikowany w czasopiśmie „Kontakt”. Ostatni numer tego periodyku, zatytułowany „Po lewicy Ojca”, poświęcono perspektywom dialogu między środowiskami katolickimi i lewicowymi. Nie dziwi zatem, że dużą część rozmowy z redaktorem naczelnym „Gazety Wyborczej” zajmują rozważania na temat jego niegdyś znaczącej książki „Kościół, lewica, dialog” i jej aktualności. W wywiadzie pojawiły się jednak także inne wątki, jak model społeczny czy powinności państwa wobec najsłabszych – i to na nich chciałbym się skupić.

Warto to uczynić tym bardziej, że dla postawy Michnika i jego środowiska po 1989 r. symptomatyczne było konsekwentne unikanie czy wręcz zamykanie dyskusji na temat społeczno-ekonomicznego aspektu transformacji. Prawdopodobnie w obawie przed podważeniem sensu „jedynej słusznej” drogi w oczach społeczeństwa, które mogłoby w konsekwencji zatrzymać proces zmian lub przestawić go na inne tory. Obawy te były o tyle uzasadnione, że sporo realnych powodów do kontestacji status quo miała niejedna grupa społeczna, poturbowana nie tylko przez transformację, która przybrała kształt terapii szokowej, ale także przez cały ciąg przemian kontynuowanych aż do dziś. Czy jednak jest to powód, by przemilczeć negatywne zjawiska społeczne, a tym bardziej odsądzać od czci i wiary tych, którzy odważą się głośno o nich mówić? Nie licuje to z etosem zaangażowanej inteligencji, na duchową więź z którą Michnik z lubością się powołuje.

Ale zostawmy samego Michnika, a przyjrzyjmy się jego tezom na temat polityki społecznej – tej realizowanej, tej pożądanej i tej możliwej do realizacji. Nie są to tezy wyłącznie jego ani nawet szerszego „salonu”, jak zwykli określać otoczenie redaktora GW jego prawicowi adwersarze. To poglądy zbyt powszechnie przyjmowane, by można było je zbyć lub sprowadzić do kwestii środowiskowo-personalnych.

Wędka, ryba i… nauka łowienia!

Jednym z haseł, przy pomocy którego uderza się od dawna w Polsce w instytucje socjalne, jest „wędka zamiast ryby”. Państwo rzekomo daje pasywnym homo sovieticusom liczne świadczenia, utrwalając ich zależność od „socjalu”, podczas gdy należałoby tworzyć bodźce ku temu, by zaczęli aktywnie i skutecznie dbać o siebie i otoczenie. Do takiej filozofii odwołuje się właśnie Michnik i sugeruje, że było to swoiste credo doby transformacji. We wspomnianym wywiadzie przywołuje historię, w której jego druh Jacek Kuroń (wówczas minister) pojechał na spotkanie z księżmi zajmującymi się światem pracy i wrócił rozczarowany. „Próbował tym duszpasterzom zaproponować język wspólnej troski. Jedyne zaś, co oni mieli mu do powiedzenia, to »Rząd ma dać!«. A jeśli nie da, to jest zdrajca, złodziej i łajdak. Otóż filozofia transformacji polegała na tym, żeby dać ludziom nie rybę, lecz wędkę”.

Ten cytat wymaga szeregu sprostowań, tak na gruncie filozoficznym, jak i na gruncie faktów historycznych. Po pierwsze, metaforę ryby i wędki można różnie rozumieć. Czym jest owa wędka? Czy jest to po prostu praca? Jeśli tak, to w Polsce po 1989 r. realizowano coś zgoła odwrotnego niż filozofię wędki – pracy było coraz mniej, wskaźniki bezrobocia dochodziły nawet do 20%! Jeśli dawanie ludziom wędki miało być po prostu wypychaniem ich z systemu świadczeń socjalnych na rynek pracy, aby radzili sobie sami, to takie tendencje można zaobserwować we współczesnej Polsce – świadczenia są coraz bardziej selektywne, a tym samym krąg ich odbiorców się zawęża. Tyle tylko, że samo odbieranie ryby trudno utożsamić z faktycznym dawaniem wędki.

Poza tym, na bezrybiu – gdzie w lokalnych społecznościach brakuje miejsc pracy, a inwestycje nie nadciągają – nie wszyscy mają szanse złowić na tyle dużo, by móc wyżywić siebie i rodzinę.

Jeśli sięgniemy do źródeł tej metafory, a więc do przywołanego bodajże przez Benjamina Franklina indiańskiego przysłowia, to brzmiało ono tak: „Nie dawaj głodnemu ryby, podaruj mu wędkę i naucz go łowić”. To, co współcześnie w retoryce neoliberalnej bywa pomijane, to właśnie owa „nauka łowienia” – konsekwentne, systemowe działania reintegracyjne (w wymiarze zawodowym i społecznym) wobec osób wykluczonych, a nie powiedzenie „radź sobie sam”. Trzeba jednak stwierdzić jasno, że nawet gdy staw będzie obfitował w ryby, nie każdy okaże się skutecznym wędkarzem. Grupa najskuteczniejszych może zgarnąć niemal całą pulę i dla reszty nie starczy wcale lub zostanie bardzo mało. Dlatego tak ważna jest polityka społeczna – aby poprzez system redystrybucji umożliwić dzielenie się rybami na czytelnych zasadach z tymi, którzy radzą sobie gorzej.

Zupa zamiast wędki

Przechodząc od filozofii społecznej do historii politycznej warto zauważyć, że – wbrew temu, co twierdzi Michnik – filozofia transformacji (jeśli sądzić o niej na podstawie podjętych wówczas działań) wcale nie bazowała na dawaniu wędki zamiast ryby. W większości opracowań opisujących politykę społeczną tamtych czasów wskazuje się raczej na jej nie aktywizacyjno-integracyjny, a osłonowy charakter.

Chodziło o to, by amortyzować społeczne koszty dla grup, które straciły na restrukturyzacji społeczno-gospodarczej. Zwłaszcza grup potencjalnie mogących wzniecić opór. Ludziom nie dano wędki (możliwości zatrudnienia) ani nie uczono ich łowienia ryb – nie finansowano przekwalifikowywania i adaptacji do nowych realiów, co podniosłoby zatrudnialność (employability) tych osób. Dawano im (i to nie wszystkim) niezbyt dużą i mało smakowitą rybę w postaci różnych świadczeń rentowych, przedemerytalnych etc. Od dawna postrzega się to za główną słabość polityki społecznej tamtego okresu, a tym bardziej jako model nie mający uzasadnienia w sytuacji obecnej, gdy zasadniczy przełom jest już za nami, a trzeba sprostać nowym wyzwaniom – związanym z podnoszeniem konkurencyjności i szukaniem odpowiedzi na wyzwania demograficzne.

Jacek Kuroń w swej książce „Moja zupa”, poświęconej opisowi głównych problemów, z którymi mierzył się jako minister pracy i polityki socjalnej, stwierdza, że podstawową trudnością było pozyskanie od ministra finansów środków wystarczających na to, by grupy pokrzywdzone miały co włożyć do garnka. Podczas gdy Kuroń zapewne faktycznie chciał osłonić najsłabszych przed skutkami reform (choć w przypadku wielu grup niespecjalnie mu się to udało), jego polityczni koledzy kierowali się odwrotną logiką. Nie tyle chciano osłonić ludzi przed reformami, ile reformy przed frustracją ludzi – to tym podyktowane były pewne działania osłonowe. Tym samym mający dobre chęci i poczucie odpowiedzialności za rzeczywistość Jacek Kuroń stał się „pożytecznym idiotą”, wchodząc w buty tych, którzy – w przeciwieństwie do niego – wykluczonych mieli w gruncie rzeczy gdzieś.

Działania osłonowe nie sprowadzały się wprawdzie wyłącznie do słynnej zupy ani do telewizyjnych pogadanek Kuronia tłumaczących poczynania rządu. Miały charakter systemowy, dotyczyły nieraz szerokich grup. Niemniej było to jedynie chwilowe łatanie dziur w systemie bezpieczeństwa socjalnego, na dodatek tylko największych, które najostrzej ukazywały braki prowadzonej polityki. Miała ona charakter selektywny i dezaktywizujący, przyczyniając się do wytworzenia niekorzystnego klimatu dla aktywności zawodowej, obywatelskiej i społecznej.

W zasadzie o polityce zawierającej elementy filozofii „wędka zamiast ryby” wedle nowoczesnych, europejskich wzorców tzw. aktywnej polityki społecznej można dopiero mówić w kontekście reform w pierwszych latach XXI wieku. Powstały wówczas m.in. ustawa o spółdzielniach socjalnych czy ustawa o zatrudnieniu socjalnym. Nastąpiło to późno i być może właśnie owo zapóźnienie stanowi jeden z powodów, dla których filozofia ta nie przynosi spodziewanych efektów, mimo zasadniczo słusznych instrumentów. Pewne wzorce dezaktywizacyjne już się w społeczeństwie zakorzeniły i nie jest to wyłącznie spuścizna PRL-owskiego „Czy się stoi, czy się leży…”, ale również właśnie polityki zapoczątkowanej przez transformację.

Państwo wspólnego (!) dobrobytu

Innym problemem, który przewija się przez wywiad z Michnikiem, jest jego stosunek wobec państwa opiekuńczego i modelu socjaldemokratycznego. Tu Michnik wypowiada słowa, które mogą w pierwszej chwili pozytywnie zaskakiwać, ale kończy jednak rozczarowująco. Stwierdza m.in.: „W sensie filozoficznym uważam się za zwolennika państwa opiekuńczego. Tyle tylko, że nie zawsze i nie w każdych warunkach jest ono projektem realnym”, a także: „Jeśli pyta mnie pan o to, jak dzielić społeczne urządzenia – to jestem zdecydowanie za rozwiązaniami socjaldemokratycznymi. Oczywiście, pod warunkiem, że moje państwo stać na ich wdrożenie. Z budżetem państwa jest jak z budżetem rodziny. Chciałbym kupić mojemu synowi samochód, ale na to potrzebne są środki… Nie wystarczy powtarzać, że każdemu dziecku należy się samochód”.

Dochodzimy tu do kwestii rozumienia istoty państwa opiekuńczego i możliwości jego wdrażania. Według mnie Michnik myli się w jednym i drugim. Po pierwsze, pojmuje to zjawisko na sposób indywidualistyczny – w tym ujęciu państwo opiekuńcze, zwane też państwem dobrobytu (welfare state), to państwo, które zapewnia wysoki standard życia wszystkim obywatelom. Jeśli tak postawimy sprawę, faktycznie może się wydawać, że na obecnym poziomie rozwoju Polski nie stać nas na welfare state. Szkopuł w tym, że takie ujęcie państwa opiekuńczego nie sięga do korzeni rzeczy.

Państwo dobrobytu, zwłaszcza w wariancie socjaldemokratycznym, charakteryzowało się bowiem nie tyle wysokim poziomem indywidualnego zaspokajania potrzeb, co inwestowaniem we wspólnotowe formy konsumowania pewnych dóbr i usług, które dla osób mniej zamożnych byłyby nieosiągalne na rynku lub wiązałyby się z obciążeniem nie pozwalającym zaspokoić innych potrzeb. Wśród tych dóbr znajdowała się przede wszystkim opieka nad osobami zależnymi, edukacja w różnych fazach życia, służba zdrowia czy inne instytucje wsparcia. Oczywiście to, co wspólnotowe, przekładało się na indywidualny dobrostan, i to zarówno w wymiarze materialnym, jak i pozamaterialnym. Ponadto w dłuższej perspektywie okazywało się inwestycją w kapitał społeczny i ludzki, co przynosiło pośrednie korzyści dla rozwoju społeczno-gospodarczego, w wyniku którego również indywidualne spożycie mogło być na wyższym poziomie. Rozsądna, elastycznie modyfikowana, ale cały czas hojna polityka społeczna nie była traktowana jako wydatek, lecz jako inwestycja.

Dzielić się zasobami, nie dzielić społeczeństwa

Myślę, że do takiej koncepcji państwa dobrobytu można byłoby przekonać dzisiaj niejedną osobę, ale zaraz pojawi się wątpliwość: zgadzamy się, że polityka społeczna może być inwestycją, ale skąd weźmiemy na starcie pieniądze, by zainwestować? Przecież nas nie stać. Czyżby? Kraje skandynawskie, gdzie instytucje dobrobytu są najgłębiej zakorzenione, mają nie tylko wysoki poziom bogactwa, ale też dużą jego część decydują się przekazać do publicznej kasy w formie podatków. W Polsce wpływy podatkowe są znacznie niższe w relacji do PKB. Gdyby je zwiększyć – podnosząc stawki, ale też koniecznie poprawiając ściągalność od tych, którzy najczęściej nie płacą ich wcale, a powinni, np. części najbogatszych przedsiębiorców – to znalazłyby się większe środki na finansowanie instytucji dobrobytu. Poza tym w samym systemie finansów publicznych wiele środków jest marnotrawionych – wcale nie idą na cele społeczne. Kluczowe jest więc nie tylko to, na jakim poziomie rozwoju gospodarczego jesteśmy jako społeczeństwo, ale też jak dzielimy to bogactwo – najpierw między tym, co prywatne a tym, co publiczne, a następnie w ramach tego, co zgromadzone zostało w budżecie.

Aby zacząć budowę państwa dobrobytu, trzeba jednak zrozumieć jego istotę. Nie chodzi o to, by każdy nastolatek jeździł luksusowym porsche, ale aby wszyscy mieli możliwość taniego dojazdu do szkoły i w inne miejsca. Nie chodzi o to, by każdy emeryt wygrzewał się na wczasach na Hawajach, ale aby wszystkich emerytów stać było na podstawowe leki, wyjazd do sanatorium czy uczestnictwo w życiu wspólnoty lokalnej. Nie chodzi o to, by każde dziecko podróżowało po całym świecie, rezydując w drogich hotelach, ale by każdemu dziecku zapewnić realną możliwość choćby krótkiego, subsydiowanego publicznie wyjazdu wakacyjnego poza miejsce zamieszkania. Podobne przykłady można mnożyć. Mówiąc w skrócie, nie chodzi o to, żeby wszyscy byli bogaci, ale o to, by nikt nie był biedny i wykluczony, a mniej zamożni mogli się cieszyć takim samym dostępem do podstawowych praw, co osoby bogatsze; nie chodzi więc też o to, by wszyscy mieli dokładnie po równo. Wspólne korzystanie z instytucji publicznych buduje przy tym spójne społeczeństwo, mniej podatne na destrukcyjne konflikty i alienację jednostek. Ważna jest nie tyle równość między poszczególnymi osobami, co spójność społeczeństwa, które nie dzieli się na zatomizowane jednostki.

Pesymizm Michnika nie jest więc uzasadniony, choć na pewno trzeba wykonać pokaźną pracę, aby urzeczywistnić powyższy wzorzec. Wydaje się, że błędem ojców transformacji była nie tyle nieudolność w realizacji państwa dobrobytu, ale przyjęcie, że jest to cel nierealny, do którego nie warto próbować zmierzać. Dziś możemy i powinniśmy uczyć się na błędach tamtego pokolenia reformatorów. Warto na starcie zakwestionować przeciwstawianie ryby wędce i szukać sposobów na uzyskanie synergii między działaniami osłonowo-kompensacyjnymi a integracyjno-aktywizacyjnymi. Należy również promować wśród obywateli (zwłaszcza majętnych) ideę większego dzielenia się swoimi zasobami z budżetem, z którego będą mogli per saldo skorzystać wszyscy. Wreszcie, trzeba porzucić mrzonki o indywidualnym bogactwie na rzecz wspólnego dobrobytu. Wszystko to składa się na całkiem realny projekt, także na obecnym etapie ekonomicznego rozwoju Polski. Czas zacząć wcielać go w życie!

Rafał Bakalarczyk

Korczak i moje typy

Gdy wgłębić się w życie Janusza Korczaka, a także wielu postaci Polski międzywojennej, uderza obraz mało dziś znany: postępowej, zaangażowanej inteligencji, tworzącej wówczas faktyczne zręby tego, co obecnie nazywamy społeczeństwem obywatelskim. I przy całej niedoskonałości tamtego, bezpowrotnie utraconego świata, daje do myślenia rozziew między dawną a dzisiejszą epoką.

Myślę, że każdy, kto zetknął się z biografiami bardzo różnych postaci życia publicznego początków XX wieku i międzywojennej Polski, wie, w czym rzecz. Będziemy tu mieli ludzi lewicy i katolików, pisarzy, publicystów, działaczy społecznych, spółdzielców, lekarzy, wydawców, prawników – trudno czasem rozdzielić te role i tożsamości, przyglądając się choćby życiu Janusza Korczaka, Stefana Żeromskiego, Romualda Mielczarskiego, Kazimierza Pużaka, Gustawa Daniłowskiego, Jakuba Mortkowicza, księdza Wacława Blizińskiego, Marii Dąbrowskiej. A te nazwiska można mnożyć.

Z reguły – co także znamienne – nie był to banalny podział na „ludzi pióra” i „ludzi czynu”, w życiu dawała o sobie znać koherencja, zdolność do współpracy, współodpowiedzialności, troski społecznej. Nie obywało się bez gniewu, klęsk, rozczarowań, kłótni, niesnasek, łajdactw i niepowodzeń – strasznie czasem bolała Polska, im piękniejsza jawiła się we snach. Ale nie było też tak, że ta Polska stanowiła coś zbędnego, niechcianego, przypadkowego. Polska i polskość były treścią, sensem i zadaniem. I sprawy, które jej dotyczyły, nie były fanaberią elity zamkniętej w kryształowej wieży, ludzi, którzy muszą ciężko wzdychać, że pechowo urodzili się pod taką a nie inną szerokością geograficzną, w otoczeniu takiej a nie innej, ciemnej mierzwy i tłuszczy, z którą same problemy i niewiele pożytku, którzy chcą się stąd wyrwać, odseparować, wyjść na swoje, machnąć ręką, splunąć.

Co się stało po drodze, od początku wieku XX do roku 2012 – dobrze wiemy. Nie mamy Żeromskiego, który zarówno troskał się o losy dzieci polskiej biedoty, jak i o losy Żydów w służbie polskiego wojska, internowanych po Bitwie Warszawskiej. Mamy parunastu luminarzy, co to zawsze podpiszą list otwarty, którego podstawowa, choć nie wyartykułowana wprost treść brzmi: „Chwała nam i naszym kolegom. Ch… precz”. Mamy parunastu luminarzy obnoszących się z wrażliwością społeczną, bo byli na „Ty” z Jackiem Kuroniem – człowiekiem, który na początku III RP dość pechowo przyjął na siebie zadania, które go przerosły i dał symboliczne i praktyczne przyzwolenie na „terapię szokową” Balcerowicza. Mamy parunastu luminarzy, dla których kwestia praw obywatelskich sprowadza się do paradowania na Manifach, ale byli i są ślepi i głusi na prawa pracownicze, na godność ludzi spychanych na margines coraz bardziej byle jakiej socjalnie Polski. Mamy paręnaście zaciętych feministek, które chętnie wyszydzą katolickich konliberałów, troszczących się jedynie o brzuchy kobiet, ale nie przypominam sobie, żeby te miłe panie wiele zdziałały w sprawie warunków w polskich domach dziecka, zmian w prawie i finansowaniu rodzin zastępczych czy rodzinnych domów dziecka albo w kwestii dostępu „zwykłych kobiet” do dobrej służby zdrowia na prowincji.

Niemal cała dzisiejsza postępowa inteligencja to jakaś parodia, kpina z chlubnych tradycji przeszłości, osobniki lokajskie, żyjące w stanie mentalnego skolonizowania, syte splendorem, jaki im ofiarowano za to, że grzecznie przyjmują istniejący stan rzeczy. Mamy parunastu dżentelmenów, którzy chętnie będą walczyć z krzyżem, ale niespecjalnie wiem, co właściwie mają do zaoferowania w zamian. Etykę indywidualistów i/albo „dorobkiewiczów idei”? Lojalność kół wzajemnej adoracji? Przesyłkę z Holandii dla psa? Wywiad z Dodą? Cynizm, którego nauczyli się od postkomunistów i obrosłych tłuszczem „postsolidaruchów”? Zachwyty nad osobnikami pokroju Palikota i Urbana? Pikietę w obronie Jaruzelskiego na ulicy Ikara? Zwymiotowałby się Krzywicki, Żeromski, Korczak et consortes, gdyby musieli to towarzystwo uznać za swoich dziedziców.

Piszę te słowa, bo jest rok korczakowski, a nie chciałbym, żeby przeszedł on bez jakichkolwiek refleksji innych niż laurkowo-cukierkowe. Bez doświadczenia i poświadczenia bolesnej pustki po ludziach umarłych, wymordowanych albo – co gorsza – wykolejonych dwoma totalitaryzmami, którym w PRL przyszło się na ogół pogodzić z duszną atmosferą okołosowieckiego reżimu, zabijającego w Polakach instynkt społecznikowski, etos zaangażowanej inteligencji, odpowiedzialności społecznej. Piszę te słowa, choć sam nie jestem społecznikiem i mam tego dojmującą świadomość, graniczącą z wyrzutem sumienia. Ale w wieku trzydziestu pięciu lat można jeszcze patrzeć w przyszłość z nadzieją.

Oczywiście, nie jest tak, że mamy dziś w Polsce tylko postępowych inteligentów, którzy nadają się jedynie na to, by zapisać ich na liście „moje typy”. Że poza oczyma mediów, poza dusznym (pół)światkiem dzisiejszej „postępowej kołtunerii”, z zadowoleniem mlaskającej nad samą sobą, jest mnóstwo ludzi wykazujących faktyczną troskę o dobro społeczne, rozumiejących polskość i postępowość jako zbieżne ze sobą, nieantagonistyczne wartości, służące dobru społecznemu, nie beneficjentom przemian. Wiem, że są ludzie, którzy swoje poglądy, nastawienie etyczne, postawy życiowe łączą z troską o rzeczy banalne, „prowincjonalne”, o najlepsze idee socjaldemokracji, pracy i sprawiedliwości społecznej, o polską kulturę i tożsamość. Wiem, że są tacy ludzie także pośród środowisk lewicy antagonistycznych wobec „Nowego Obywatela”. Cześć im, wdzięczność i szacunek za ich często anonimowe, mało nagłośniane prace i myśli. Ale dla tych, co są ich zaprzeczeniem – tylko obrzydzenie i drwina z ich cwaniactwa i samozadowolenia, z ich popularności i lokajstwa, zgięta w łokciu ręka dla ich nic nie kosztującej „walki z ciemnogrodem”, bo często do tego ogranicza się ich wybrakowany humanizm.

Zaimponowali mi ostatnio poznańscy naukowcy i artyści, którzy w proteście przeciwko budowie osiedla kontenerów socjalnych napisali w liście do prezydenta stolicy Wielkopolski, Ryszarda Grobelnego: „Nie chcemy i nie możemy się biernie przyglądać sytuacji, w której Poznań buduje getto biedy, do którego zsyłani mają być najsłabsi mieszkańcy miasta. Bowiem w tym kontekście funkcjonowanie miejskich instytucji kultury, teatrów oraz galerii, staje się farsą, legitymizując i – co gorsze – maskując nieludzką politykę mieszkaniową władz miasta. Nasze przyzwolenie na taki sposób traktowania części mieszkańców Poznania doprowadziłoby do sytuacji, w której kultura przestaje być płaszczyzną krytycznych dyskusji oraz sporu o wartości – stając się jedynie rozrywką dla elit”.

Odnalazłem w tym liście całą dumę, troskę i wielkość naszej dawnej inteligencji. Tak, to był dobry list na rok korczakowski. I widzę jak z zaświatów podpisują się pod nim Korczak, Żeromski, ks. Bliziński i wielu, wielu innych. A kogo nie ma pod tym listem, bo akurat podpisał inny, w obronie swoich kolegów, ten, mówiąc językiem Starego Doktora, zapisał się do grona „cwaniaków, błaznów, ohydnych krętaczy, pokojowej psiarni i kreatur najgorszej sorty”. Własnych inwektyw już nie wymyślam, bo upał. Ale milszy mi polski upał od Was, moje typy.