przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 22 października 2012 | opinie
Jechałem busem, teraz idę poboczem drogi. Wtedy była późna zima albo bardzo wczesna wiosna, teraz pięknie dogasa lato, rozkwita jesień. Tam była Małopolska, tu jest Wielkopolska. Tu nie ma busów, nie ma też właściwie autobusów, poza szkolnymi od poniedziałku do piątku, pomijając czas wakacji. Nie jeżdżą również pociągi, ku radości chwastów, ziół i zbóż, bujnie rozkwitających i zarastających tory. Jesteśmy jakieś czterdzieści kilometrów od Poznania, ponad dwadzieścia lat po Polsce Ludowej, sprawiedliwość dziejowa i społeczna zachichotały się tutaj na śmierć i spoczywają pod przydrożnym krzyżem, obok małej flaszki po żubrówce i kartonika po soku pełnym witamin i utrwalaczy oraz – reklamowanych w telewizji – szczęścia, samospełnienia i relaksu. Trzeba jednak przyznać, że jest tu bardzo ładnie i umierające ze śmiechu dwie damy wybrały miejsce zgonu wedle najlepszych wzorów malarstwa rodzajowego. Sam mógłbym tu kiedyś umrzeć, na tym rozgrzanym poboczu szosy, obok drzew, które kojarzę z dzieciństwa, i obok tutejszego nieba, które chyba mnie jeszcze pamięta.
Idę niespiesznie i na podstawie obserwacji pobocza analizuję wybory konsumpcyjne rodaków: od papierosów, przez przekąski, po alkohole. Choć może lepiej byłoby mówić o tym, jakie preferencje konsumpcyjne narzucili nam specjaliści od marketingu. Jest ciepło, idę w stronę Manieczek, „osady im. Józefa Wybickiego”, jak informował w zamierzchłych czasach wielki napis wjazdowy do wsi. Rytmicznie wybijam krok, marsz, marsz, Wołodźko. Marsz, marsz, idą ze mną cień i pamięć o czasach, gdy tutejszymi drogami przejeżdżały nyski, żuki, maluchy, duże fiaty, polonezy, wołgi, bizony, ursusy i przerośnięte, wielkie radzieckie traktory, nie wiedząc, że niebawem zardzewieją w zapomnieniu, że traktorzyści przejdą na rentę, a ludzie dobrej, partyjnej roboty przesiądą się do mercedesów. Marsz, marsz, Wołodźko, uff, jak gorąco, puff jak gorąco, stoi na stacji lokomotywa, ciężka, ogromna i pot z niej spływa – tłusta oliwa. Stoi i sapie, dyszy i dmucha. Stop, stop – nie ma lokomotywy, zamknięte na cztery spusty dworce kolejowe, zamknięte szkoły podstawowe, jedna, druga, trzecia. Jest autobus, zbiera wiejskie dzieci na blaszanych, podniszczonych przystankach; jesień, zima, wiosna, autobus wyrzuca dzieci przed szkołą, lekcje zaczną się za półtorej godziny. Deszcz, mróz, ciemno, blaszana wiata, czekanie na szkolnym korytarzu – uczą życia. Tu jest Polska, nie Norwegia. Pisma do dyrekcji PKS w Śremie nic nie dały – mówi mama, emerytowana polonistka. Patrz, Wybicki, na syf, z nieba.
Idę. Nad brzegiem Warty mężczyzna sika w nurt rzeki. Piszę. Choć na dobrą sprawę lepiej będzie zapalić papierosa, żeby dać odpocząć pamięci. Słucham „Zesłania studentów” Kaczmarskiego, ale myślę o strajku dzieci we Wrześni w roku 1901. Czytam nowy „Kontakt” z obszernym działem na temat polskiej edukacji. I informację o rekordowej liczbie szkół zamkniętych w tym roku: „Samorządy twierdzą, że likwidacja szkół jest dla nich jedynym sposobem, żeby chronić własne budżety. Zamykają placówki nawet wbrew negatywnym opiniom kuratorów. W woj. lubelskim w tym roku zniknęło 126 placówek (planowano zlikwidować 135), w Małopolsce 135 (z planowanych 143), a w Wielkopolsce aż 151 (o 21 mniej niż planowano)”. Słucham – „pędzimy przez polską dzicz / Wertepy chaszcze błota / Patrz w tył tam nie ma nic / Żałoba i sromota”…
Idę pieszo, ze spuszczoną głową, powoli, Ziemia, planeta ludzi, toczy się leniwie pod stopami, coraz dłuższy cień, coraz szybciej zapada zmrok, senne dzieci będą czekać pod blaszaną wiatą, coraz dalej i dalej od domu – tyle jeszcze szkół do zamknięcia, trochę tu jeszcze cywilizacji do rozbiórki, władza nie ustaje przecież w wysiłkach. Żałoba i sromota, polska dzicz. Idę w kierunku Manieczek. Marsz, marsz Dąbrowski? Jaka to melodia dogorywa w tym byle jakim państwie? Jeszcze Polska nie zginęła… Jeszcze nie? W rowie leży butelka po popularnym napoju energetycznym. Pytanie konkursowe: jaki spot reklamowy nadaje się najlepiej na nasz nowy hymn? Jaki tekst? Ale urwał, ale urwał, ale urwał! – póki my żyjemy?
We wzmiankowanym „Kontakcie” wywiad z profesorem Tomaszem Szkudlarkiem, zatytułowany „Walka klas”. Profesor mówi: „Powinniśmy uniemożliwiać elitom ucieczkę w kierunku enklaw uprzywilejowania. Utrudniajmy budowę zamkniętych osiedli i zapobiegajmy powstawaniu bardzo selekcyjnych szkół. Nie robiąc tego, doprowadzamy do zaistnienia lawinowego rozwarstwienia społecznego”. I jeszcze: „Szeroka koalicja ciężko pracuje dziś na to, by uczniowie uzyskiwali jak najlepsze wyniki w wystandaryzowanych testach. Szkoły są tym zainteresowane ze względu na miejsca rankingowe, rodzice – w trosce o kariery swoich dzieci, same zaś dzieci – z myślą o przejściu do następnego etapu edukacji. /…/ Ta sytuacja zaczyna wywierać wpływ na kulturę pokoleniową. Możemy wręcz mówić o instytucjonalnym spacyfikowaniu najmłodszej generacji. Jej przedstawiciele kompletnie stracili zainteresowanie buntem, nie mają wyobrażenia, że mogliby kolektywnie działać na rzecz jakiejś zmiany. Szkoła uczy młodych ludzi rywalizacji i daje im nadzieję wyłącznie na indywidualną emancypację: każdy może coś dla siebie znaleźć, pod warunkiem, że wypadnie lepiej od swoich rówieśników. Sprywatyzowana wizja wolności i zindywidualizowana wizja sukcesu nie są podpięte pod żaden interes pokoleniowy, społeczny czy klasowy. Te kategorie zostały zatarte”. Ale choć zakamuflowany, interes klasowy wciąż istnieje: „My po prostu chcemy [do segregacji] doprowadzić. My – to znaczy dominujące grupy społeczne. /…/ W rezultacie rodzice wybierają takie szkoły, w których ich dzieci mogą spotkać się wyłącznie z dziećmi z rodzin o podobnym statusie społecznym”.
Na najbardziej podstawowym zatem poziomie, bo dzisiejsze dzieci to będzie za 20-30 lat polska teraźniejszość, dochodzi do coraz ostrzejszej segregacji kulturowo-ekonomicznej. Za segregacją idzie petryfikacja społeczeństwa, które wciąż nie stworzyło odpowiednio szerokiej klasy średniej ani nie ma elit w większości innych niż nowobogackie. Klasy niższe będą zatem stopniowo pozbawiane kultury wyższej jako elementu własnej tożsamości, ale także identyfikacji ogólnospołecznej czy narodowej. Mówiąc wprost: dzisiejsza antyedukacja jest nie tylko drogą do dziedziczenia biedy, ale i katalizatorem wynarodowienia. Nie jestem szczególnie zdziwiony, że nie dostrzega tego część prawicy, tak chętnie szermującej patriotycznymi hasłami. Jest ona dość skutecznie otępiona neoliberalnymi sloganami, które przyjmuje jako jedyne antidotum na rzeczywistość. Popularność home schoolingu, (katolickie) prywatne szkoły dla bogatych i bogobojnych – rodzina jest najważniejsza, społeczeństwo nie istnieje, albo istnieje mimochodem, jak uliczne przedstawienie rozgrywane za oknami nieco lepszego świata. Ale któregoś dnia w społeczeństwie spauperyzowanym i pozbawionym wspólnych kodów kulturowych i uniwersalnych intuicji etycznych obróci się to przeciw piewcom uciekającej we wsobność rodziny. I wtedy klasy (nieco) wyższe odczują ze zdumieniem, że nie ma sensu wołać „do braci Polaków”, jak nie miało to sensu, gdy szlachta nagle ku swej zgryzocie odkryła, że nic nie obchodzi pańszczyźnianego, nieustannie poniewieranego chłopstwa; więcej: że budzi jego gniew i resentymenty.
Tak, wiem, prawica walczy dziś o lekcje historii. Jest to jednak walka Polski „milusińskiej” i cokolwiek zapyziałej w myśleniu o świecie – ze skutkami, nie z przyczynami zjawiska. Podobnie z instytucjami kultury – większość znanych mi przedstawicieli prawicy ma jakiś ulubiony teatr, operę czy polonijną rozgłośnię radiową na obczyźnie, na które raptem „nie ma pieniędzy”. Wtedy podnosi się larum i lament – finis Poloniae! Koniec świata! Nie wiedzą, zatroskani milusińscy, że „innego końca świata już nie będzie”, że rzecz już dawno przesądzono i teraz powoli dogasa tu cywilizacja – „i tak się właśnie kończy świat, nie hukiem, ale skomleniem”. A przecież lepiej im nie mówić o polityce społecznej rozumianej inaczej niż „socjal”, o obowiązkach państwa wobec kultury – wiadomo, PRL i socjalizm. Chcieliście taniej Polski? „No to ją macie, skumbrie w tomacie, pstrąg”… A będzie jeszcze tańsza, zaś wy będziecie gardłować za zmniejszeniem podatków, a równocześnie płakać po swoich ulubionych filiżankach, rozjeżdżanych gąsienicami czołgu toczącego się pod wolnorynkowym sztandarem.
Idę wielkopolską drogą. Ja idę. Ty idziesz. On, ona, ono idzie. My stoimy w osobnej kolejce po darmowy obiad w przyszkolnej, sprywatyzowanej stołówce, wy czekacie po lekcjach na szpetnym, śmierdzącym dworcu na przepełniony pociąg, oni jeżdżą do prywatnego liceum samochodami rodziców. Ala ma kota, ale nie ma na tornister. Ola ma Asa, As ma kły, pilnuje posesji rodziców. Taką Polskę zapamiętają z młodości, taka ich ukształtuje, takie będą Rzeczpospolite, jak tej młodzieży na zasyfionych dworcach, w przepełnionych klasach czekanie i chowanie. Taka będzie elita, jaka jej obcość i odrębność od niżej stojących klas.
Idę poboczem, pilnując stóp przed koleinami, mijam nadajnik telefonii komórkowej, drewniany smukły krzyż, rdzewiejącą wiatę PKS, mijam wschody i zachody słońca lata i jesieni. Słucham barda: „A nas tych kilka małych miejsc wciąż boli”.
Krzysztof Wołodźko
Warning: Undefined array key "extension" in /home/klient.dhosting.pl/macmas/obywatel3.macmas.pl/public_html/wp-content/themes/Divi/epanel/custom_functions.php on line 1479
przez Krzysztof Mroczkowski | czwartek 11 października 2012 | opinie
Niedawna debata ekonomiczna w Polskiej Akademii Nauk, zorganizowana przez Prawo i Sprawiedliwość, jest dobrym znakiem dla osób nawołujących do reformy w myśleniu o polityce gospodarczej (pisałem o tym tutaj). Nawet najmniejszy konkret czyni więcej dobrego niż najgorętsza retoryka. Doceniając ten gest jako początek poważnego myślenia o wyzwaniach współczesnego państwa, konieczne jest dotarcie do sedna problemu, przed którym stoimy.
Nie jest sednem problemu reforma podatkowa, próbująca zatrzymać drenowanie polskiego budżetu przez większych i sprytniejszych graczy. Nie jest nim również prawo – skomplikowane i premiujące nielicznych „zorientowanych”. Oba te zjawiska są jedynie objawem spętanego potencjału gospodarczego Polski, nie zaś przyczyną zjawiska.
Jak wspomniano podczas debaty, wydajność polskich pracowników (wytwarzanie bogactwa na dzień pracy) jest najniższe w Europie. Nie jest to winą jakoby restrykcyjnych przepisów prawa pracy, mimo iż dla części przedsiębiorców są one autentycznie uciążliwe i ich poluzowanie (kosztem i tak niskich standardów pracowniczych) zapewne ułatwiłoby działanie i konkurencyjność polskim przedsiębiorcom.
Ważne jest coś zupełnie innego: polski pracownik nie wytworzy w tym samym czasie tyle samo bogactwa, co jego zachodni odpowiednik, ponieważ produktywność „budek z kebabem” zawsze będzie niższa od tej, którą gwarantuje załoga fabryki BMW. Tu trafiamy w sedno problemu, który doskonale rozumieją zarówno polscy pracownicy (mała ilość dobrze płatnej pracy), jak i pracodawcy (niska, mało konkurencyjna wartość dodana).
Długookresowe wyzwania polskiej polityki gospodarczej nie są zatem abstrakcyjne, lecz zrozumiałe dla wielu Polaków, a ich rozwiązanie należy oprzeć na intencjonalnej polityce gospodarczej. Powinna być ona oparta na trzech, jednocześnie wdrażanych, fundamentach.
Po pierwsze: poruszyć ręce
Jest to fundament zrozumiały w warunkach wysokiego bezrobocia. Zwiększenie liczby miejsc pracy nie jest samo w sobie wyzwaniem ponad siły współczesnej teorii ekonomicznej. Tak w przeszłości (Keynes, Kalecki), jak i dziś (nowoczesna teoria pieniądza – MMT) wielu ekonomistów wskazuje na możliwość zwiększenia krajowej konsumpcji i produkcji dzięki wydatkom państwowym, kierowanym przez rząd. Monopol państwa na emisję pieniądza czyni groźbę niewypłacalności niebyłą, przynajmniej w przypadku suwerennego państwa. Inwestycje i wydatki państwa stymulują zarówno konsumpcję, jak i produkcję, przy czym krajowa konsumpcja podnosi poziom krajowej produkcji.
Niestety, model ten zawiera błędy, które sprawiają, że samo zwiększenie ilości pieniądza przez państwo nie jest wystarczającym gwarantem długookresowego rozwoju. Pierwszy, często przytaczany przez krytyków, to nieco przesadzona groźba inflacji. Mimo iż jest ona poniekąd „bajką o żelaznym wilku”, to zwraca uwagę na konieczność przełożenia agregatów monetarnych na wzrost mocy produkcyjnych, energetycznych, wiedzy i usług. Wynikający z tej obserwacji drugi, cięższy zarzut, to pokusa przyjęcia antyrozwojowej optyki popytu i podaży. Ta właśnie zdejmuje z pola widzenia potencjał rozwojowy, zarówno ten istniejący dzisiaj, możliwy do wykorzystania przy wydatkach dających duże pośrednie i bezpośrednie stopy zwrotu, jak i czysto hipotetyczny, wyrażany w wydatkach na badania i rozwój.
Dlatego właśnie polityka gospodarcza państwa powinna być wielotorowa, uwzględniająca główne aspekty społeczno-gospodarczej rzeczywistości kraju oraz długookresowe wyzwania i szanse leżące przed państwem.
Po drugie: poruszyć głowy
„Mgr = magazynier”, „studia = papierek”, „trzy fakultety i bezrobocie” – to kolejny symptom tego samego problemu braku perspektyw na polepszenie swojego życia, szczególnie dotkliwie zderzającego oczekiwania obywateli (przede wszystkim młodych) z rzeczywistością. W przestrzeni publicznej ten problem adresowany jest błędnie. Główny sposób dyskusji o nim to „zimny prysznic” serwowany absolwentom przez „realistów”, uznających ciężką rzeczywistość za nienaruszalną stałą, do której młodzi powinni się jak najlepiej dostosować poprzez elastyczność, przebojowość i zaciskanie zębów.
Praktycznym rozwiązaniem oferowanym przez realistów jest dopasowanie systemu edukacji do wymogów rynku. Poważne potraktowanie tego postulatu oznaczałoby przyjęcie absurdalnej, w istocie statycznej, optyki procesów gospodarczych. Skoro praca oferowana absolwentom to call-center, sprzedawca lub roznosiciel ulotek, dostosowanie edukacji do wymagań rynku pracy oznaczałoby w praktyce ograniczanie krajowego potencjału intelektualnego, a w efekcie także gospodarczego.
Problem nie leży w braku zasobów intelektualnych, lecz w ich słabym wykorzystaniu. Przy wszystkich zastrzeżeniach wobec niedostatków szkolnictwa wyższego w naszym kraju, nie ulega wątpliwości, iż potencjał intelektualny ludności uległ w ciągu ostatnich dwóch dekad dużej poprawie. Dlatego wykorzystanie istniejących potencjałów wiedzy i przekucie ich we wzrost produkcji bogactwa jest najrozsądniejszym rozwiązaniem, wymagającym intencjonalnej ingerencji w zmianę struktury gospodarki, na tę rzeczywiście opartą o wiedzę, premiującą branże wymagające wysokiej wartości dodanej, co wiąże się z większym stopniem używanej wiedzy.
Rozwiązaniem sprzyjającym temu kierunkowi, jednocześnie nadającym dynamiki stymulacji popytowej z punktu pierwszego, jest premiowanie niższym kredytem działalności faktycznie wytwórczej (zwiększającej produkcję na głowę, podnoszącej wydajność pracy), a także projektów synergicznych, wymagających koordynowania działań w trzech obszarach jednocześnie: infrastruktury, produkcji i wydatków badawczo-rozwojowych.
Nie jest niczym nagannym również – wielokrotnie praktykowana przez inne państwa – celowa inicjatywa w obszarach o szczególnej roli, oznaczająca wydatkowanie państwowych środków na gałęzie i projekty dające długoterminowe korzyści społeczeństwu, z uwzględnieniem potrzeb środowiska i lokalnych społeczności. W praktyce oznacza to podejmowanie inicjatywy zarówno na rzecz wspierania wydatków badawczo-rozwojowych, jak również infrastruktury produkcyjnej, edukacyjnej, służby zdrowia czy budownictwa mieszkaniowego. Stopień i tryb państwowego zaangażowania mogłyby być różne, jednak konieczne jest zadeklarowanie przez państwo intencji polepszania użytecznych dla rozwoju kraju aspektów życia. Co z kolei prowadzi nas do uznania potrzeby istnienia ostatniego filaru budowy polskiego nowego ładu.
Po trzecie: poruszyć serca
Trzeci aspekt to odwrócenie pesymistycznego przekonania o niemocy zbiorowego wysiłku na rzecz lepszej przyszłości. Przy poruszeniu bezrobotnych rąk polityką fiskalną, przy inwestycyjnym przyspieszeniu projektów o państwowym i ponadpaństwowym znaczeniu, wykorzystującym bezrobotne głowy, nie może się obyć bez optymistycznej wizji przyszłości, będącej swego rodzaju kontraktem wobec obecnych i zobowiązaniem wobec przyszłych pokoleń.

Taka wizja nie jest mrzonką, lecz ma swoje uzasadnienie w historii rozwoju gospodarczego. Odrzuca ona brak wiary w lepsze jutro, wyrażany przez obecne polityki ekonomiczne państw jako nienaukowy, nieuzasadniony przesąd, oferując w zamian plan pokonywania czasowych i materiałowych ograniczeń postępu dzięki intencjonalnej, twórczej działalności człowieka jako jednostki i części czegoś większego. Wyrażenie tej kreatywności we wspólnym działaniu nie jest, jak chcieliby głosiciele leseferyzmu, ograniczeniem jednostki, lecz najlepszym dowodem na jej wyjątkowość i moc sprawczą. Skoro człowiek zdolny jest do dokonywania mądrych wyborów jako jednostka, tym większa jest jego moc poprzez inspirowanie i kierowanie wspólnymi działaniami większej całości. Jest wyrazem jego ambicji oraz odpowiedzialności za przyszłe pokolenia, troski o dobre wykorzystanie talentów danych nam przez przodków.
Dobrze się stało, że debata o gospodarce ma szanse zagościć w przestrzeni publicznej. Należy się ona społeczeństwu, którego polityka gospodarcza dotyka w wielu przyziemnych aspektach. Warto postulować, aby wyszła ona poza schemat pracy nad kilkoma szczegółowymi aspektami, lecz była zorientowaną na przyszłość wizją rozwoju państwa i jego obywateli.
Krzysztof Mroczkowski
przez dr Rafał Bakalarczyk | czwartek 4 października 2012 | opinie
Dyskusja na temat zmian w podatku od wartości dodanej (VAT) zwykle toczy się na powierzchownym poziomie i dotyczy kwestii technicznych, takich jak sposób rozliczania, albo dotyczy kosmetycznych zmian w jego wysokości. Tymczasem ten instrument, stanowiący znaczną część przychodów budżetowych, zasługuje na dyskusję o wiele bardziej zasadniczą, sięgającą fundamentów polityki publicznej i ładu społecznego.
Świat biznesu odpowiedział nieprzychylnie na złożony przez ministerstwo finansów projekt zmian w VAT – informowała swego czasu „Rzeczpospolita”. To, co miało ułatwić ewidencję fiskalną, w opinii indagowanych przedsiębiorców przysporzy im jedynie biurokratycznych uciążliwości. Sama sprawa wydaje się nieco rozdmuchana i wpisuje się, podobnie jak słynna kwestia „jednego okienka”, w dyskurs biznesowego malkontenctwa. Odwraca to uwagę opinii publicznej od realnych problemów polskiej gospodarki, którymi są chociażby niska innowacyjność czy bariera popytowa, wynikająca z niskich dochodów dużej części ludności.
Żeby była jasność: nie mam nic przeciwko temu, aby państwo ułatwiało prowadzenie biznesu wszędzie tam, gdzie nie odbija się to na kondycji pracowników, środowiska naturalnego czy innych wymiarach dobra publicznego. Co więcej, myślę, że takie ułatwienia są potrzebne, by owo dobro publiczne realizować. W tym sensie negatywna opinia pracodawców na temat VAT powinna być brana pod uwagę. Bardziej jednak martwi mnie to, że reformy proponowane lub wprowadzane przez rząd nie stają się asumptem do poważniejszej dyskusji, jaką rolę powinien odgrywać ten rodzaj podatków w systemie polityki publicznej.
Jeśli chodzi o kształtowanie tego rodzaju podatku, wystawiłbym polityce władz ocenę mierną. Jednak nie ze względu na utrudnienia w jego ewidencji, a dlatego, że w Polsce VAT stanowi zdecydowanie zbyt dużą część przychodów systemu finansów publicznych w porównaniu z podatkami bezpośrednimi. Utrwala to strukturę rozłożenia ciężarów za finansowanie domeny publicznej daleką od pożądanej.
Z czynionego systematycznie przez Eurostat przeglądu trendów w systemach podatkowych wynika, że Polska jest jednym w tych krajów, gdzie podatki pośrednie mają duży udział w łącznej puli przychodów państwa. Jak pokazuje najnowsza edycja raportu, w Polsce podatki pośrednie stanowią 43,5% ogólnego opodatkowania. Średnia unijna to 38,6%. Na 27 krajów UE większy udział podatków pośrednich mają jedynie Bułgaria, Węgry, Rumunia, Litwa i Cypr.
Warto zastanowić się nad tym fenomenem w szerszym kontekście społeczno-gospodarczym. Przystępując do tego zadania uzmysłowimy sobie od razu defekt polskiej refleksji nad budowaniem gospodarki dobrobytu. Polega on na wyłączeniu polityki podatkowej z domeny polityki społecznej. Próby przełamania tego trendu pojawiają się wprawdzie na łamach prasy specjalistycznej, np. wielokrotnie w kwartalniku „Problemy Polityki Społecznej”, ale nie przedostają się one do szerszej debaty.
Społeczny wymiar polityki podatkowej
Gdy mówimy o potrzebie reform systemu dobrobytu, najczęściej słyszymy o konieczności redukcji (lub w wersji soft: realokacji) wydatków socjalnych. Rzadko natomiast o zmianie wysokości i wewnętrznej struktury przychodów budżetowych, z których będzie można finansować m.in. sferę socjalną. Tymczasem, jak przekonuje badacz państwa dobrobytu, prof. Joakim Palme, zagrożeniem dla systemu dobrobytu nie są rosnące wydatki, lecz malejące przychody i to ta strona budżetowego bilansu powinna spędzać nam sen z powiek. Choć prof. Palme miał na myśli malejące przychody z np. opodatkowania pracy, której będzie coraz mniej lub coraz częściej będzie świadczona w formach nieoskładkowanych (Polskę ów syndrom dotyka szczególnie silnie), wydaje się, że problem dotyczy także VAT-u.
Jest to bowiem podatek, który w ostatecznej instancji obciąża konsumentów. Wśród nich coraz więcej jest natomiast osób ubogich, mających niewielkie możliwości zakupu dóbr i usług. Wysoki VAT w relacji do siły nabywczej dochodu obywateli stanowi dodatkową barierę popytową, co może spowalniać koniunkturę, a tym samym zwiększać bezrobocie (i co za tym idzie: ubóstwo i wykluczenie) oraz pogłębiać problem niemożności zakupienia dóbr i usług – często nawet tych podstawowych – na rynku.
Zauważmy, że jest to podatek degresywny. Choć ubodzy nominalnie płacą go mniej (gdyż statystycznie mniej konsumują), to procentowo wydatki konsumpcyjne stanowią większą część ich dochodu rozporządzalnego niż w przypadku osób bogatych. Wysoki podatek pośredni i niskie, mało progresywne podatki dochodowe odtwarzają wizję ładu, w którym ciężar utrzymania państwa jest przesunięty z bogatych na biednych zdecydowanie bardziej, niż to ma miejsce np. w Skandynawii. Nie jest to więc wyłącznie kwestia techniczna, ale społeczna.
Względnie skutecznie, niezbyt sprawiedliwie
Co ciekawe, niezamożna większość nie buntuje się przeciw temu stanowi rzeczy. Może mieć to głębsze źródła, związane z ograniczoną skłonnością współczesnych Polaków do zorganizowanej kontestacji na skalę masową, ale po części wynika też z pośredniego charakteru podatku VAT. Ludzie po prostu go nie widzą, więc skłonność do protestu z tego powodu spada. Zwiększa się natomiast potencjalna ściągalność tego rodzaju publicznej daniny.
W polskim społeczeństwie, o określonych doświadczeniach historycznych, skłonność do dzielenia się własnymi zasobami z domeną publiczną jest niewielka. Dlatego taki model wydaje się korzystny z punktu widzenia budżetu. Gdyby zaproponować społeczeństwu zwiększenie podatku dochodowego (nawet ograniczając zmianę do zasobniejszych grup), podniosłoby się larum, a jeśli nawet rząd takie zmiany przeforsowałby, to część osób na różne sposoby kombinowałaby, jak ich uniknąć. Zaznaczmy jednak, że choć taki scenariusz jest możliwy, jego ewentualność nie powinna nas powstrzymywać przed zgłaszaniem postulatu zwiększenia progresji podatkowej, w wyniku realizacji którego łączne przychody państwa raczej by wzrosły, a nie zmalały. Tym niemniej, inaczej niż w przypadku podniesienia stawki VAT, potencjalny społeczny i medialny opór oraz indywidualne strategie wymigiwania się od jego uiszczania są wielce prawdopodobne.
Mamy więc nieco patową sytuację. Polski system fiskalny nie jest zadowalający z punktu widzenia sprawiedliwości dystrybutywnej, ale jednocześnie zachowuje pewną skuteczność pod względem ściągalności podatków, dzięki czemu staje się możliwe prowadzenie owej redystrybucji.
Prospołeczny reformator powinien mieć świadomość owego dylematu, z którego trudno znaleźć wyjście. Z punktu widzenia normatywnego zasadne byłoby zmniejszenie VAT przy jednoczesnym podjęciu działań na rzecz zwiększenia przychodów z podatków bezpośrednich (poprzez zwiększoną progresję podatkową, przywrócenie składki rentowej i podatku spadkowego itp.), ale pojawia się problem praktyczny w postaci oporu silnych grup interesu, mających sojusznika w mainstreamowych mediach, a za ich pośrednictwem także w opinii publicznej. W tym również tych osób, które skorzystałyby na takim rozwiązaniu.
Wydaje się, że propozycje zmian należałoby zgłaszać, tworząc dla tego pomysłu „dyskursywną otoczkę” wyjaśniającą społeczeństwu, dlaczego status quo jest społecznie niesprawiedliwy i w jaki sposób spowalnia on rozwój gospodarczy.
Duże obciążenie ubogich i niewiele w zamian
Istnieje jeszcze jeden aspekt problemu, który warto wspomnieć. Skoro osoby niezamożne ponoszą relatywnie dużą (na tle innych krajów europejskich) część łącznego ciężaru finansowania państwa, to państwo powinno im to rekompensować hojną i przyjazną polityką społeczną. Tymczasem mamy sytuację odwrotną. W Polsce świadczenia socjalne są niewysokie i selektywne. Wydatki na rzecz walki z wykluczeniem społecznym i mieszkalnictwem stanowią niemal najniższy (przebijają nas jedynie Włochy) procent PKB w całej Unii Europejskiej. Również wiele usług publicznych w Polsce jest niedoinwestowanych. Usługi te wprawdzie są adresowane do wszystkich, ale korzyści z ich istnienia na wysokim poziomie mają szczególne znaczenie właśnie dla osób ubogich. To bowiem ich nie stać na uzupełnienie swoich potrzeb poza sektorem publicznym.
Sytuacja jest odmienna od tego, z czym mamy do czynienia w socjaldemokratycznej Danii, która może stanowić dla nas wzór, jeśli chodzi o efektywne osiąganie sprawiedliwości dystrybutywnej. Tam ciężary podatkowe są zdecydowanie przesunięte z biednych na bogatych za sprawą wysokich, progresywnych podatków dochodowych. Jednocześnie ci pierwsi mogą liczyć na hojne wsparcie państwa w zakresie amortyzowania nie tylko najbardziej dotkliwych form ryzyka socjalnego, lecz także zaspokajania szerokiego zestawu potrzeb powstających w różnych fazach życia (np. związanych z rodzicielstwem i wychowaniem dzieci czy opieką nad osobami starszymi).
Ku nowej umowie społeczno-fiskalnej
Można próbować uczynić polski system bardziej sprawiedliwym, odwołując się do dwóch krańcowych scenariuszy.
Pierwszy oznacza zostawienie struktury podatkowej na zbliżonym poziomie, ale wyciągnięcie z niej radykalnych wniosków, jeśli chodzi o uprawnienia socjalne, jakie powinny przysługiwać obywatelom. Skoro wszyscy oni poprzez VAT składają się na funkcjonowanie państwa, to należą im się podstawowe uprawnieniasocjalne jedynie w oparciu o samo kryterium obywatelstwa, bez dodatkowych kryteriów selekcji. Skoro grupy niezamożne ponoszą tak duże (w relacji do skromniutkich budżetów domowych) ciężary fiskalne, to – między innymi – z tego tytułu państwo w znacznie większym stopniu powinno im to „odpłacić” inkluzyjną polityką wsparcia społecznego i szerokim dostępem do usług publicznych.
Jest to jednak trudne bez zmiany ogólnej puli środków, jakie państwo pozyskuje z podatków. Łączne przychody podatkowe nie są w Polsce wysokie. Z tego względu domena publiczna jest relatywnie szczupła i trudno z niej pokryć wydatki na rozbudowaną politykę społeczną, łączącą powszechne usługi publiczne ze specjalnymi programami wsparcia grup w trudnej sytuacji.
Druga strategia oznacza przeobrażenie struktury przychodów państwa. Z jednej strony poprzez zwiększenie w nich udziału (oraz progresji) podatków bezpośrednich. Zwiększy to obciążenie bogatszych, którzy jednak nadal będą mogli żyć na godziwym, choć nieco skromniejszym, poziomie. Towarzyszyć temu powinno zmniejszenie udziału VAT, w tym w ogóle zmniejszenie jego wysokości. Szczególnie dotkliwie, choć nie zawsze w sposób jawny i uświadomiony, daje się on we znaki grupom mniej zamożnym. Ten wariant z kolei może napotykać zasygnalizowane wyżej bariery w postaci społecznego oporu i indywidualnych strategii omijania postanowień owej „społecznej umowy”.
Wydaje się, że po jednoczesnym uwzględnieniu zasad sprawiedliwości społecznej i prawideł ekonomii politycznej jesteśmy zmuszeni szukać złotego środka. Należy uruchomić dryf struktury podatkowej (wedle strategii nr 2), a także stopniowo zwiększać ogólne przychody podatkowe. Należy to jednak czynić ewolucyjnie, a jednocześnie – po stronie wydatkowej – reformować politykę publiczną w kierunku rozbudowy działań na rzecz grup słabszych oraz budowania powszechnie dostępnych usług publicznych (zwłaszcza w sferach takich jak zdrowie, edukacja, opieka), z których korzystaliby nie tylko ubodzy, ale i klasa średnia (wedle strategii nr 1). Zintegrowanie tych mniej lub bardziej wyodrębnionych warstw w ramach jednego systemu usług może być kluczem do pozyskania legitymizacji nowej umowy społecznej, opartej na bardziej sprawiedliwym rozłożeniu ciężarów fiskalnych i dostępie do świadczeń społecznych według starej socjalistycznej zasady „od każdego według możliwości i każdemu według potrzeb”. Nie trzeba „bolszewickiej” rewolucji, by się do niej zbliżyć, wystarczą mądre reformy fiskalno-socjalne.
Rafał Bakalarczyk
przez Joanna Duda-Gwiazda | piątek 28 września 2012 | opinie
Po 23 latach od porozumienia przy okrągłym stole wróciliśmy do podziału na „my i oni”. Podchodzą do nas ludzie: „Martwimy się, że Polska traci suwerenność, naród tożsamość, a oni nic sobie z tego nie robią”. „Oni” to ludzie władzy i „wyżeracze przy systemie”, my to wszelkiej maści mohery i inne dinozaury. Podział na mohery i lemingi okazał się bardzo praktyczny w opisie społeczeństwa.
Niepokój i oczekiwanie na zmiany są powszechne i dotyczą obu stron. Zestresowanym moherom proponuję prostą sztuczkę. Wyobraźcie sobie, że jesteście po stronie władzy. Ulicami miast i miasteczek maszerują ludzie z różnymi transparentami. Co będzie, jeśli nie znudzą się, nie zniechęcą i nie przestraszą? Jeśli ich racje przebiją się do opinii publicznej? Kryzys i barbarzyńcy ante portas! Tego już za wiele dla autorytetów moralnych, geniuszów polityki, biznesu, kultury, podziwianych i nagradzanych. Ulica jest jedynym realnym zagrożeniem dla wszystkich niedemokratycznych rządów i wszystkich wyzyskiwaczy. Na ulicę nie ma sposobu, dopóki nie ma społecznej zgody na pałowanie i strzelanie.
Protektorzy zewnętrzni – Merkel, Putin i wielkie korporacje – mają swoje kłopoty i nie będą angażować się w ratowanie rządzących Polską. Co gorsza, blask władzy i mamony mocno przygasł. Nieomylni ekonomiści okazali się dyletantami. Mimo to, racjonalnie oceniając sytuację, są to „strachy na Lachy”, ponieważ Polacy nie są skłonni do rewolucji. Tak może rozumować przeciętny człowiek. Ale ludzie niedemokratycznej władzy są wyjątkowo tchórzliwi i wrażliwi na obrazę majestatu.
Obywatele pozbawieni są wpływu na władzę. Listy, protesty, petycje z wieloma podpisami, nawet obywatelskie projekty ustaw wpadają w czarną dziurę. Kiedy publiczność buczy, oddzielona metalowymi barierami i kordonami mundurowych od oficjalnych gości, kierunkowe mikrofony tego nie wyłapują, media nie rejestrują. W telewizji widzimy sielankowe obrazki spotkań ojca narodu ze społeczeństwem. Konsultacje społeczne są markowane – kolejny raz powtarzane wyrazy troski i obietnice nic nie znaczą. Styl sprawowania władzy coraz bardziej przypomina ustawki z czasów PRL.
Ale buczenie dociera, w kadrze obiektywów pojawiają się nieprawomyślne napisy na transparentach, w Internecie dyżurni apologeci systemu nie nadążają z dezinformacją. Już to jest powodem do frustracji. Połączenie niezłomnej odporności na krytykę i fizyczny strach, obserwowane u kacyków, są zdumiewające. Im bardziej okrutny i bezwzględny jest dyktator, tym większym jest tchórzem i tym bardziej boi się o swoją cielesną powłokę.
Najważniejszą zaletą autentycznego przywódcy jest odwaga. W sytuacji zagrożenia przywódca musi być na czele. Mało budującym przykładem jest reakcja prezydenta Busha na atak terrorystyczny 11 września. Zostawił na posterunku wiceprezydenta i latał Air Force One, aż zagrożenie minęło. Natomiast godna podziwu jest odwaga króla Hiszpanii Juana Carlosa, który w 1981 r. udaremnił zbrojny zamach na demokrację. W nocy przybył do Madrytu, osobistym przykładem oswobodził parlament i o 1.15 wygłosił orędzie do narodu.
Spośród prezydentów wolnej Polski – Jaruzelskiego, Wałęsy, Kwaśniewskiego i Komorowskiego – jedynie śp. Kaczyński zasługuje na miano przywódcy. Pozostali bali się swojej przeszłości. Co robili poprzednicy Lecha Kaczyńskiego, aby ukryć przeszłość, powszechnie wiadomo. Natomiast nie wszyscy wiedzą, że impet, z jakim marszałek sejmu ruszył przejmować instytucje państwowe, niestosowny z ludzkiego punktu widzenia i niezgodny z procedurami, podyktowany był chęcią dobrania się do aneksu raportu z likwidacji WSI. Czego obawiał się Komorowski, może kiedyś się dowiemy. Odwaga nie jest mocną stroną obecnego prezydenta. Lekceważących, pogardliwych wypowiedzi na temat Lecha Kaczyńskiego, który odważył się przeszkodzić Rosji w aneksji Gruzji, nie da się wytłumaczyć brakiem klasy i kindersztuby.
Na konferencji w Gdańsku poświęconej Kaczyńskiemu uczestnicy panelu podkreślali, jakim wrażliwym, ciepłym, skromnym człowiekiem był Lech Kaczyński. Ale z tego nie wynika, że miękki inteligent nie pasował do twardych związkowców, jak sugerował Krzysztof Wyszkowski. Andrzej Gwiazda przypomniał odwagę śp. Lecha Kaczyńskiego. Jarosław Kaczyński zdementował, jakoby wpływ „twardego” brata na „miękkiego” pozwolił Lechowi działać w prześladowanej opozycji.
Ostatecznym wnioskiem z konferencji jest propozycja „Budujmy mit Lecha Kaczyńskiego”, ogłoszona w „Gazecie Polskiej Codziennie” 17 września. Nie podoba mi się ten pomysł, a uzasadnienie „dziś legenda Wałęsy jest nieporównanie silniejsza niż Lecha Kaczyńskiego”, uważam za obraźliwe. Może tak jest, że naród kierujący się emocjami zamiast prawdy, zasad i rozumu potrzebuje mitu. Zastąpimy zły mit dobrym i wszystko się odmieni. Obawiam się, że pod polewą z lukru zniknie pierwszy prezydent III RP, który odważył się bronić interesu Polski i zapłacił za to najwyższą cenę.
Gdyby kilku zacnych i wpływowych panów umówiło się, że będą przypominać zasługi i zalety Lecha Kaczyńskiego, aby stek kłamstw, obelg i drwin nie utrwalił się w świadomości społeczeństwa, byłby to dobry pomysł. Ogłoszenie tego publicznie może przynieść więcej szkody niż pożytku, gdyż każda próba przedstawienia osoby Lecha Kaczyńskiego w korzystnym świetle może być potraktowana jako propaganda. Poza tym, Lech Kaczyński był aktywnym politykiem od dawna, zginął w trakcie wypełniania obowiązków prezydenta Polski. Nie można zakazać oceny jego wyborów politycznych, również krytycznych, pod zarzutem, że nie budują one mitu.
Na koniec podam przykład skutecznego budowania legendy rotmistrza Pileckiego. Bieg jego imienia, wręczanie nagród przez jego córkę Zofię, to wspaniałe przeżycie, tak dla uczestników, jak i kibiców. Też mieliśmy zaszczyt wręczania medali, dyplomów i pucharów. Historia, piknik i sportowa rywalizacja dobrze się komponują. Ten bieg jest coraz bardziej popularny, w tym roku pierwszy raz pojawiła się w Warszawie telewizja Trwam. Przywieźliśmy z Warszawy koszulki i nadzieję na przyszłość.
Joanna Duda-Gwiazda
przez Piotr Kuligowski | czwartek 20 września 2012 | opinie
Niemal każdego dnia lewicowe portale internetowe donoszą o pikiecie, która odbyła się gdzieś w Polsce. Zazwyczaj w tego typu akcjach uczestniczy „prawie” lub „około” 20-50 osób, wywodzących się z bardzo wielu organizacji – i tu następuje litania nazw partii i sformalizowanych bądź niesformalizowanych stowarzyszeń o profilu proanimalistycznym, ekologicznym, lokatorskim, związkowym, anarchofeministycznym, demokratyczno-socjalistycznym, pro-choice’owym, mniejszości seksualnych itd. Lista „ruchów jednej sprawy”, złożonych zazwyczaj z kilku tych samych osób, wydaje się nie mieć końca. Odruchowa krytyka nadmiernego rozdrobnienia ideowej lewicy i nawoływanie do zjednoczenia w jednym bycie politycznym nie wyczerpuje jednak sedna problemu. Zdaje się on tkwić bowiem głębiej, u samego sedna – przyswojonych przez gros działaczy lewicowych – „nowatorskich” teorii z Zachodu.
Rzeczone nowatorstwo nad wyraz często okazuje się chimerą. Wiele z tez propagowanych na lewej stronie sceny politycznej w ciągu ostatnich dwóch dekad mogło odkrywczymi wydać się jedynie temu, kto nie zapoznał się z dorobkiem i tradycjami polskiej lewicy. Z drugiej strony spora część tego, czym zachłystują się rozmaici „kawiorowi” rewolucjoniści, jest stopniowo odkładana do lamusa w wielu częściach świata. Kategorie kulturowe, które – ku uciesze liberałów – od kontrkulturowego boomu lat 70. XX w. dominowały w narracji wielu lewicowych myślicieli, w obliczu powrotu ostrych tarć ekonomicznych do państw „Pierwszego Świata” ustępują stopniowo miejsca zachwytowi nad radykalnymi koncepcjami ekonomicznymi.
Jednak widmo postmodernizmu wciąż straszy. Rodzimi lewicowcy nadal wydają się być utwierdzeni w zeszłowiecznych teoriach o zaniku wielkich narracji z powodu ich nieprzystawalności do coraz szybciej różnicującego się świata. To właśnie najpewniej mniej lub bardziej świadome przywiązanie do tej tezy powoduje tak silne ideowe rozdrobnienie lewicowych formacji. Najwyraźniej wbrew twierdzeniu, iż niedaleko pada jabłko od jabłoni, współcześni lewicowcy poszybowali bardzo daleko od tez ojców „naukowego socjalizmu”. Marks i Engels wszak wszystkie zjawiska i problemy lokowali w ekonomicznym, klasowym kontekście.
Nie chodzi bynajmniej o mechaniczne powielanie wniosków popularnego duetu czy powtarzanie poczynionych przez nich uproszczeń i schematyzacji. Karkołomne wysiłki radzieckich naukowców, próbujących odnaleźć feudalne fazy rozwoju w społecznościach pozaeuropejskich, albo próby wyjaśnienia zjawiska Holokaustu przy pomijaniu jego kulturowego podłoża, skazały dostatecznie wiele nazwisk na śmieszność i zapomnienie. Przeciwnie więc – wszelkie zjawiska należy postrzegać w ich swoistości i złożoności, lecz i totalne ich oderwanie z szerszego kontekstu przynieść musi częściowe zamglenie obrazu. Przekładając te uwagi o charakterze raczej metodologicznym na grunt polityczny wypada uznać, że wygenerowanym przez lewicę narracjom zdecydowanie potrzeba spoiwa. Funkcjonowanie grup „jednej sprawy” natomiast niebezpiecznie alienuje dane problemy, nawet przy dogłębnym ich rozumieniu.
Znamienny jest przykład ruchu walczącego o tolerancję dla homoseksualistów. Bez wątpienia lewicowa narracja w tej kwestii częstokroć okazuje się bogatsza i pełniejsza od – nierzadko spłycających zjawisko – konserwatywnej czy liberalnej. O ile bowiem konsekwentny konserwatysta na wieść o operującej w danym mieście grupie, która utrudnia życie lesbijce, zażąda zdecydowanej postawy policji i procesu sądowego dla szykanujących, o ile liberał będzie się domagał aktywniejszej roli systemu edukacji w promowaniu tolerancji, o tyle wreszcie lewicowiec winien przede wszystkim zwrócić uwagę na fakt, że to nie preferencje seksualne są przyczyną codziennych problemów.
Mityczna „cywilizacja śmierci”, przed którą tak często przestrzega kościół, to wszak efemeryda. Przy bliższym zetknięciu z np. holenderską rzeczywistością skonstatować należy, że nawet pozostałości po welfare state mają dużo bardziej wymierny wpływ na ochronę życia, niż wszelkie obostrzenia w sferze obyczajowej. Aktywny tryb życia (np. dojazd rowerem do pracy), stosunkowo długie urlopy (zarówno coroczne, jak i macierzyńskie), szereg zabezpieczeń społecznych oraz wysoki poziom ochrony środowiska – wszystko to ma większe przełożenie na wyższe standardy etyczne i znacznie mniejsze obszary patologii, niż wszelkiego typu „zakazy pedałowania”. Lekcji tej jednak nie odrobili zarówno bojownicy o tolerancję, jak i ich zacietrzewieni przeciwnicy.
Nie dziwi zatem, że w obliczu tak silnego rozdrobnienia lewicowych ruchów społecznych pod względem poruszanej tematyki, polityczny przekaz lewicy w ogólności jest słabo czytelny. Trudno znaleźć choćby jedno większe przedsięwzięcie w ostatnich latach, które spotkałoby się z aprobatą wszystkich ugrupowań reprezentujących tę stronę sceny politycznej. Choćby przed zeszłorocznym Świętem Niepodległości, obok działań Porozumienia 11 listopada, które chciało „blokować faszystów”, pojawiło się kilka odmiennych punktów widzenia. Lewica patriotyczna wskazała na obecność wykluczonych w szeregach uczestników Marszu Niepodległości, Ryszard Bugaj nawoływał do odwiedzenia cmentarza i złożenia hołdu poległym w imię Niepodległości, natomiast część ruchu anarchistycznego zbojkotowała „Kolorową Niepodległą”, nie chcąc brylować u boku Jacka Żakowskiego czy Ryszarda Kalisza.
Tego typu przykładów rozbicia jest dużo więcej – na Paradach Równości pojawia się niespecjalnie wielu związkowców czy przedstawicieli środowisk lokatorskich, a Młodych Socjalistów straszy się policją za przypominanie, że akcja promująca egalitaryzm nie może stanowić tła dla nachalnej promocji znanych osobistości. Niewiele bardziej jednolity był przekaz tegorocznej warszawskiej Manify. Antyklerykalne ostrze demonstracji nie budziło wśród jej uczestników większych kontrowersji; ale już ulotka nawołująca do sprzeciwu wobec planów podniesienia wieku emerytalnego wywołała konfuzję wśród części liberalnych feministek.
W znacznie mniejszym stopniu – w sensie przekazu, a nie podziałów organizacyjnych – nakreślony problem występuje na prawicy. Reprezentujące ją środowiska zasadniczo bez oporów jednoczą się wokół hasła „wielkiej Polski” – zazwyczaj już bezprzymiotnikowej, choć rzecz jasna rozmaicie pojmowanej. Owo spoiwo polityczne kryje za sobą nie tylko sprzeciw wobec liberalizacji sfery obyczajowej, który jednoczy wszystkie chyba prawicowe formacje w Polsce, ale i zręczne operowanie hasłami patriotycznymi. Mit „wielkiej Polski” pracuje więc przede wszystkim na polu jednoczenia poszczególnych środowisk wokół wspólnych wrogów, których najprostszym ucieleśnieniami są Platforma Obywatelska i „Gazeta Wyborcza”. To właśnie jednolity program negatywny sprawił, że obok siebie mogą maszerować senatorowie z Prawa i Sprawiedliwości, prawicowi libertarianie, narodowi radykałowie, neopoganie, a nawet grupki pogrobowców Adolfa Hitlera.
„Wielka Polska” jest więc użytecznym konstruktem politycznym, gdyż – choć bliżej niedookreślona – budzi emocje. Tymczasem hasła o tolerancji nie porwą do walki lokatorów z ulicy Stolarskiej w Poznaniu, których największym zmartwieniem jest obrona zajmowanego mieszkania przed „czyścicielem” kamienic. Jednak powiew najostrzejszego nawet ekonomicznego huraganu nie zawsze musi powodować konwersję lokatorów na lewą stronę. Zapadające w pamięć były słowa wypowiedziane przez lokatorkę w podeszłym wieku podczas poznańskiej demonstracji Chleba Zamiast Igrzysk, która – nawiązując do zmagań z kamienicznikami – przywołała fragment „Roty”. Słowa, iż „Twierdzą nam będzie każdy próg” wprawiły w zakłopotanie niejednego anarchistę.
Ruch społecznego sprzeciwu wobec niedemokratycznej dystrybucji ogromnych środków pieniężnych na Euro 2012 miał wszakże pozytywne cechy, które wyróżniały go na tle innych lewicowych inicjatyw. Nie była to akcja skupiona na jednej tylko sprawie, co nadawało jej formułę na tyle szeroką, że skłaniającą do poparcia zarówno „prawicowego” Andrzeja Gwiazdę, jak i „lewackiego” Romana Kurkiewicza. Mimo to partycypujący w koalicji Chleba Zamiast Igrzysk nie wytworzyli większych politycznych emocji wśród jej adherentów, w związku z czym nie mieli specjalnych szans w starciu z wszechobecnym poruszeniem piłkarskim. I choć próby wygenerowania „mitu” wokół tej inicjatywy wybrzmiewały gdzieś w czeluściach Internetu (jak np. rzucające się w oczy porównanie poznańskiego czerwca 2012 do poznańskiego czerwca ‘56), to zupełnie nie znalazły one przełożenia wśród haseł głoszonych w czasie demonstracji.
Lewica, niemalże chełpiąc się swą merytorycznością i „chłodnością” zdroworozsądkowego przekazu, zapomniała najwyraźniej o tym, na co przed wielu laty starał się zwrócić uwagę Georges Sorel. Ten francuski teoretyk, wyklęty przez dużą część środowisk lewicowych za niejednoznaczne i poplątane wybory polityczne, trafnie wskazywał, że proletariatowi do efektywnej walki potrzeba przede wszystkim mitu, który wyzwalałby emocje i generował postawy. Lewica polska „od zawsze” operowała takimi mitami. Na początku swej drogi, kiedy to – wbrew lojalistycznej prawicy – stała na czele walk narodowowyzwoleńczych, przyciągała wizjami wolnej, republikańskiej Polski. W wiek XX weszła ona co prawda podzielona na tych, którzy marzyli o „rewolucji światowej” i tych, którym śniła się „Polska ludowa”, jednak mimo owego pęknięcia (niesymetrycznego – przewagę zachowali ci drudzy) oba mity były stosunkowo czytelne. Obecnie są one rzecz jasna do szpiku skompromitowane i politycznie dysfunkcyjne, acz zdecydowanie niewyeksploatowanym (oraz niezrealizowanym) jest program pierwszej „Solidarności”, dążącej do powołania „samorządnej Rzeczpospolitej”. Ukuty z tej skały mit oddawałby zarówno sprzeciw demokratycznej lewicy wobec komunistycznych imperiów, jak i szedł w sukurs – nomen omen – „mitycznej” niechęci Polaka do władzy, która trzyma go za twarz. W dobie dyktatu ekonomii nad polityką taki demokratyczny, dostosowany do miejscowych realiów zwrot mógłby przynieść obfite żniwo.
Piotr Kuligowski
przez Charles Eisenstein | wtorek 11 września 2012 | opinie
Jest wiele powodów, dla których potrzebujemy siebie nawzajem.
Gdziekolwiek pytam ludzi, czego brakuje w ich życiu, najczęściej, o ile nie są biedni lub poważnie chorzy, odpowiadają, że wspólnoty. Co stało się ze wspólnotą, dlaczego już jej nie tworzymy? Powodów jest wiele – rozmieszczenie przedmieść, zanik przestrzeni publicznej, samochód i telewizja, duża mobilność ludzi i łatwość zmiany pracy. Jeśli prześledzimy całą listę owych powodów, zdamy sobie sprawę, że wszystkie mają związek z systemem ekonomicznym.
Mówiąc dokładniej, wspólnota jest praktycznie niemożliwa w społeczeństwie tak „utowarowionym” jak nasze, gdyż powstaje ona na bazie darów. To dlatego ludzie biedni często tworzą silniejsze wspólnoty niż ludzie bogaci. Jeżeli dana osoba jest niezależna finansowo, wtedy nie jest zależna od swoich sąsiadów, lub w jakikolwiek inny sposób od kogokolwiek innego. Może po prostu zapłacić, aby ktoś wykonał daną pracę.
Dawniej wszystkie życiowe potrzeby i przyjemności ludzi zależne były od osób, które znali osobiście. Jeśli zerwaliby stosunki z miejscowym kowalem, piwowarem lub lekarzem, nie mieliby ich kim zastąpić, więc standard ich życia byłby znacznie niższy. Jeśli nie utrzymywaliby relacji ze swoimi sąsiadami, mogliby nie otrzymać pomocy w przypadku skręcenia nogi w czasie żniw lub podczas pożaru stodoły. Wspólnota nie była dodatkiem do życia, był to sposób na życie. Obecnie możemy powiedzieć, i nie będzie to wielka przesada, że nie potrzebujemy nikogo. Nie potrzebuję rolnika, dzięki któremu mam jedzenie, bo mogę zapłacić za nie komuś innemu. Nie potrzebuję mechanika, który naprawia mój samochód. Nie potrzebuję kierowcy, który przywozi buty do sklepu. Nie potrzebuję żadnej z osób, które produkują to, co jest mi niezbędne. Potrzebuję kogoś, kto mógłby wykonać ich pracę, lecz nie konkretnych osób. Są one zastępowalne, a tym samym i ja.
Jest to jeden z powodów, dla których większość spotkań towarzyskich jest powszechnie uznawanych za powierzchowne. Ile może być w nich autentyczności, jeśli podświadomie wiemy, że nikt nie jest nam potrzebny? Kiedy spotykamy się, aby zjeść, wypić lub się pobawić, czy tak naprawdę obecność drugiej osoby jest dla nas darem? Konsumować może każdy, ale intymność bierze się ze współtworzenia, a nie wspólnej konsumpcji, i różni się od lubienia lub nielubienia kogoś – potwierdzi to każdy, kto jest częścią jakiejś grupy. W utowarowionym społeczeństwie natomiast, ludzie przejawiają kreatywność tylko w ściśle określonych dziedzinach, dla pieniędzy.
Zatem aby stworzyć wspólnotę musimy zrobić coś więcej, niż tylko zebrać ludzi razem. Chociaż jest to niezbędny początek, wkrótce sama rozmowa przestanie nam wystarczać i będziemy chcieli coś wspólnie zdziałać. Niewiele jednak da się wykrzesać ze wspólnoty, w której jedyną spełnianą potrzebą jest wygłaszanie opinii oraz poczucie, że mamy rację, że rozumiemy pewne sprawy, podczas gdy inni… Hej, jest pomysł! Wymieńmy się adresami e-mailowymi i stwórzmy listę dyskusyjną!
Wspólnota powstaje na bazie darów. Kultura darów jest przeciwieństwem współczesnego systemu rynkowego, który wymusza rywalizację w myśl zasady „więcej dla ciebie to mniej dla mnie”. W kulturze darów ludzie przekazują swoje nadwyżki zamiast je gromadzić: twoje szczęście jest moim szczęściem, więcej dla ciebie to więcej dla mnie. Bogactwo krąży, grawituje w kierunku większych potrzeb. W kulturze darów ludzie wiedzą, że ich dary w końcu wrócą do nich, choć często w innej formie. Taką wspólnotę możemy nazwać „kręgiem daru”.
Na szczęście utowarowienie życia osiągnęło swój szczyt i obecnie zaczyna długi i trwały zanik (którego przejawem jest tzw. recesja gospodarcza). Znajdujemy się w krytycznym momencie, w którym nadarza się okazja odzyskania kultury darów, a tym samym zbudowania prawdziwej wspólnoty; jest to równie pożądane, co konieczne. Odzyskanie kultury darów jest częścią większej zmiany ludzkiej świadomości, ponownego połączenia się z naturą, ziemią, z innymi i zagubioną częścią nas samych. Odwrócenie się od kultury darów jest nienaturalne, a nasza niezależność jest tylko iluzją. W rzeczywistości nie jesteśmy niezależni ani „zabezpieczeni finansowo”. Jesteśmy tak samo zależni jak wcześniej, tylko tym razem od osób, których nie znamy, oraz bezosobowych instytucji, które – jak prawdopodobnie niedługo się przekonamy – są dość kruche.
Biorąc pod uwagę fakt, że dar zatacza krąg, zawsze do nas powracając, byłem podekscytowany, gdy dowiedziałem się, że jeden z najbardziej obiecujących wynalazków społecznych wykorzystywanych do tworzenia wspólnoty, na który natrafiłem, nazwany został Kręgiem Daru. Opracował go Alpha Lo, współautor „The Open Collaboration Encyclopedia” [książkowy przegląd inicjatyw wspólnotowych i modeli działania opartych na współpracy – przyp. red. NO], oraz jego przyjaciele z hrabstwa Marin w stanie Kalifornia. Ilustruje on dynamikę systemu darów i naświetla szerokie następstwa, jakie kultura darów zwiastuje naszej gospodarce, psychologii oraz cywilizacji.
Idealna liczba uczestników kręgu daru to 10 do 20 osób. Siedzą oni w kółku i po kolei podają jeden lub dwa przykłady swoich potrzeb. Na ostatnim takim spotkaniu, które moderowałem, wśród wymienionych potrzeb znalazły się m.in. podwiezienie na lotnisko w następnym tygodniu, pomoc w usunięciu ogrodzenia, drewno do budowy ogrodu, drabina potrzebna do wyczyszczenia rynny oraz meble biurowe do ośrodka kultury. Podczas gdy dana osoba dzieli się swoimi potrzebami, reszta uczestników kręgu może się wtrącać i oferować ich zaspokojenie – lub podpowiedź, jak to zrobić.
Gdy każdy wymieni już swoje potrzeby, kolejka zaczyna się od nowa, ale tym razem uczestnicy wyliczają, co chcieliby ofiarować. Niektóre przykłady z zeszłego tygodnia to umiejętności w zakresie projektowania graficznego, możliwość skorzystania z narzędzi elektrycznych, rower oraz kontakty w miejscowym urzędzie, które mogą ułatwić załatwianie spraw. Zaoferować można wszystko: czas, umiejętności, rzeczy; dar może mieć charakter podarunku lub użyczenia. I znów, każdy może zabrać głos i powiedzieć, że chciałby daną rzecz lub zna kogoś, komu jest ona potrzebna.
Podczas obu kolejek bardzo przydatna jest osoba, która wszystko zapisuje, a następnego dnia przesyła notatki do uczestników drogą e-mailową lub zamieszcza je na stronie internetowej, blogu itp. W przeciwnym razie bardzo łatwo jest zapomnieć, kto czego potrzebuje i kto co oferuje. Polecam także zapisywanie, „od ręki”, imienia i numeru telefonu osoby, która chce coś otrzymać lub czymś się z nami podzielić. Konieczny jest „ciąg dalszy” podjętych zobowiązań, inaczej krąg daru będzie pożywką dla cynizmu, a nie budowania wspólnoty.
Wreszcie, w trzeciej kolejce uczestnicy wyrażają wdzięczność za rzeczy, które otrzymali od czasu ostatniego spotkania. Jest ona bardzo ważna, ponieważ we wspólnocie hojność inspiruje jej świadków do podobnych zachowań. Ta część spotkania jest dowodem na to, że członkowie grupy ofiarowują sobie wzajemnie pomoc, a dary zostają przyjęte; że mój dar również będzie przyjęty, doceniony i odwzajemniony.
Wszystko to jest bardzo proste: potrzeba, dar i wdzięczność, efekty mogą być jednak spektakularne.
Po pierwsze, krąg daru (i w gruncie rzeczy każdy system wymiany oparty na darach) może zmniejszyć naszą zależność od tradycyjnego rynku. Jeśli ludzie będą ofiarowywać nam rzeczy, których potrzebujemy, nie będziemy musieli ich kupować. Nie będę zmuszony jutro zamawiać taksówki na lotnisko, a Rachel nie będzie musiała kupować drewna do ogrodu. Im mniej pieniędzy wydajemy, tym mniej czasu spędzamy na ich zarabianie, a jednocześnie więcej musimy go wnieść do kręgu darów, żeby następnie czerpać z niego korzyści. Tak powstaje efekt narastających korzyści.
Po drugie, krąg daru zmniejsza produkcję odpadów. Niedorzeczne jest wydobywanie ropy i rud metalu, produkowanie stołu i wysyłanie go za ocean, podczas gdy połowa ludzi ma w swoich piwnicach stare stoły. Absurdalne jest także posiadanie kosiarki przez każdego na mojej ulicy, skoro używana jest ona przez dwie godziny w miesiącu; dmuchawy do liści, z której korzysta się dwa razy do roku; narzędzi elektrycznych, którymi posługujemy się w sporadycznych przypadkach, i tak dalej. Jeżeli będziemy się tymi rzeczami dzielić, jakość naszego życia nie ulegnie pogorszeniu. Jego materialny poziom pozostanie taki sam, przy mniejszych kosztach i ilości wyprodukowanych odpadów.
W kategoriach ekonomicznych krąg daru zmniejsza produkt krajowy brutto (PKB), zdefiniowany jako suma wszystkich towarów i usług wymienionych na pieniądze. Kiedy zamiast płacić za taksówkę jestem podwożony za darmo, zmniejszam PKB o 20 dolarów. Kiedy moja koleżanka podrzuca syna do mnie do domu zamiast płacić za opiekę, PKB spada o kolejne 30 dolarów. Tak samo dzieje się, gdy zamiast kupić nowy rower pożycza się go od kogoś, kto aktualnie go nie używa. Oczywiście PKB nie spadnie, jeśli zaoszczędzone pieniądze zostaną następnie wydane na coś innego. Według standardowej ekonomii, zakładającej nieskończoność ludzkich potrzeb, dzieje się tak prawie zawsze. Krytyka tego głęboko błędnego założenia leży poza zakresem niniejszego tekstu.
Z punktu widzenia standardowych poglądów ekonomicznych, spadek PKB stanowi duży problem. Gdy brak wzrostu gospodarczego, inwestycje i zatrudnienie maleją, w wyniku czego spada popyt wewnętrzny, co powoduje dalszy spadek inwestycji i zatrudnienia. W ciągu ostatnich siedemdziesięciu lat przeciwdziałano takim kryzysom poprzez: 1) obniżkę stóp procentowych dla pobudzenia ruchu kredytów, tak aby firmy miały fundusze na inwestycje, a konsumenci na wydawanie i kreowanie popytu; 2) zwiększanie wydatków rządowych, mających zastąpić będący w impasie wzrost popytu konsumpcyjnego. W obu przypadkach głównym celem jest stymulacja gospodarki do ponownego wzrostu. Polityka rządu w obecnym kryzysie gospodarczym jest taka sama. Socjaldemokraci (liberals) i konserwatyści mogą nie zgadzać się co do ilości i rodzaju niezbędnych bodźców, jednak rzadko kto – włączając Baracka Obamę, a nawet najbardziej lewicujących członków Kongresu – kwestionuje potrzebę wzrostu gospodarki. Dzieje się tak ponieważ w obecnym, opartym na zadłużeniu systemie ekonomicznym, brak wzrostu prowadzi do gwałtownej koncentracji bogactwa oraz kryzysu gospodarczego.
Obecnie na obrzeżach ruchów politycznych i ekologicznych rośnie jednak świadomość, że zarówno społeczeństwo, jak i nasza planeta nie są w stanie udźwignąć dalszego wzrostu. Wzrost – który w kategoriach PKB oznacza ekspansję w domenie towarów i płatnych usług – ostatecznie bierze się z przekształcania przyrody w towary, a stosunków społecznych w profesjonalne usługi. Weźmy ponownie pod uwagę spotkania towarzyskie, o których była mowa powyżej. Dlaczego nie potrzebujemy siebie nawzajem? Jest tak ponieważ wszystkie relacje międzyludzkie oparte na darach, od których kiedyś byliśmy zależni, są obecnie płatnymi usługami. Co jeszcze zostało nam do przekształcenia w pieniądz? Czy to paliwa kopalne, warstwa próchnicza, warstwy wodonośne, zdolność atmosfery do absorbowania zanieczyszczeń, czy żywność, odzież, dach nad głową, leki, muzyka lub nasz wspólny dorobek kulturowy w postaci opowieści i pomysłów – prawie wszystko to stało się towarem. Dni wzrostu gospodarczego są policzone, chyba że znajdziemy nowe bogactwa natury i nowe wymiary ludzkiej aktywności, które będziemy mogli przekształcić w towary. Wzrost, np. w ramach obecnego, anemicznego ożywienia gospodarczego, odbywa się wyłącznie na koszt przyrody i społeczeństwa, i koszt ten stale rośnie.
Z takiego punktu widzenia oczywistym staje się trzeci efekt kręgu daru i innych form kultury darów. Cyrkulacja dóbr oparta na darach nie tylko zmniejsza PKB, ale także przyśpiesza upadek obecnego systemu. Każdy skrawek przyrody czy relacji międzyludzkich ocalony lub odzyskany ze świata towarów, to jedna rzecz mniej na sprzedaż lub do wykorzystania jako podstawa dla nowych kredytów. Istniejące zadłużenie nie może zostać spłacone bez ciągłego tworzenia nowego długu. Kredytowanie występuje w kontekście wzrostu gospodarczego, w którym krańcowa stopa zwrotu z inwestycji kapitałowej przewyższa stopę oprocentowania. Prościej mówiąc: brak wzrostu oznacza mniej udzielanych kredytów, mniej kredytów oznacza większy transfer aktywów do kredytodawców, większy transfer aktywów to większa koncentracja bogactwa, w przypadku której konsumenci wydają mniej, co przekłada się na mniejszy wzrost… Jest to błędne koło opisywane przez ekonomistów, począwszy od Karola Marksa. Załamanie było odraczane przez dwa stulecia dzięki nieustannemu pojawianiu się na rynku nowych zasobów przyrody i relacji międzyludzkich, zdobywanych za pomocą technologii i kolonizacji. Obecnie nie dość, że sfery te są prawie wyczerpane, to jeszcze zmiana świadomości motywuje rosnące wysiłki w celu odzyskania owych sfer dla dobra wspólnego i dla daru. Współcześnie wkładamy wiele trudu w ochronę lasów, gdy tymczasem najtęższe umysły dwa pokolenia wstecz poświęciły się ich bardziej efektywnemu wycinaniu. Podobnie dzisiaj wielu z nas dąży do redukcji zanieczyszczeń, a nie do wzrostu produkcji, do ochrony ekosystemów wodnych, a nie do wzrostu połowów ryb, do ochrony obszarów podmokłych, a nie budowy większych osiedli mieszkaniowych. Wysiłki te, mimo że nie zawsze skuteczne, hamują wzrost gospodarczy ponad naturalne ograniczenia środowiska. Z perspektywy daru to, co teraz robimy, oznacza, iż nie tylko wykorzystujemy naszą planetę, ale dajemy jej także coś w zamian. Odpowiada to osiągnięciu pełnoletniości przez ludzkość, przejściu od relacji matka-dziecko do współtworzenia partnerstwa, w którym dawanie i branie pozostają w równowadze.
W sferze życia społecznego także zachodzi przejście do kultury darów. Wielu z nas nie dąży już do stanu, w którym mamy tyle pieniędzy, że nie jesteśmy już od nikogo w niczym zależni. Dzisiaj coraz częściej pragniemy wspólnoty. Nie chcemy żyć w świecie towarów, gdzie wszystko co istnieje, istnieje dla zysku. Chcemy rzeczy stworzonych dla miłości i piękna, rzeczy, które silniej łączą z otaczającymi nas ludźmi. Pragniemy współzależności, nie niezależności. Krąg daru, jak i wiele nowych form kultury darów, które pojawiają się w Internecie, jest sposobem odzyskiwania relacji międzyludzkich ze sfery wymiany rynkowej.
Odzyskanie wspólnego bogactwa opartego na darze, czy to przyrodniczego czy społecznego, nie tylko przyśpiesza upadek systemu ekonomicznego opartego na wzroście, ale także łagodzi negatywne skutki jego istnienia. Obecnie rynek stoi w obliczu kryzysu, jednego z wielu kryzysów (ekologicznych, społecznych), które nad nami ciążą. W burzliwych czasach, które nas czekają, przetrwanie ludzkości i jej zdolność do zbudowania nowego rodzaju cywilizacji, charakteryzującej się nowym stosunkiem do planety i nową, silniej wspólnotową tożsamością człowieka, zależy od tych skrawków wspólnego dobra, które jesteśmy w stanie zachować lub odzyskać. Mimo że dopuściliśmy się daleko idącej degradacji naszej planety, ogromna część bogactw naturalnych pozostaje nienaruszona. Gleba, wody, uprawy i biomy nadal kryją w sobie skarby. Im dłużej trwamy przy status quo, tym mniej ich pozostanie, i tym bardziej katastrofalny będzie proces zmiany.
Na poziomie mniej namacalnym każdy dar, który ofiarowujemy, przyczynia się do innego rodzaju wspólnego dobra – źródła wdzięczności, dzięki któremu przetrwamy czasy chaosu, kiedy rozpadną się konwencje i narracje, które scalają społeczeństwo. Dar wzbudza wdzięczność, a hojność jest zaraźliwa. Coraz częściej czytam i słyszę historie, które zapierają mi dech w piersi: świadectwa szczodrości, bezinteresowności, a nawet wielkoduszności. Kiedy jestem świadkiem szczodrości, też chcę być szczodry. W nadchodzących czasach będziemy potrzebowali szczodrości, bezinteresowności i wielkoduszności. Jeśli każdy będzie myślał tylko o własnym przetrwaniu, wtedy nie ma nadziei na nowy rodzaj cywilizacji. Potrzebujemy darów od siebie nawzajem, jak i wzajemnego zapraszania się do kultury darów. Wkrótce stanie się całkowicie jasne, że potrzebujemy siebie nawzajem – w przeciwieństwie do epoki, w której rządzi pieniądz, gdzie możemy zapłacić za wszystko i nie potrzebujemy darów.
Charles Eisenstein
tłum. Zyta Howicka
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej „YES Magazine”.