Nauczyciel i prokurator, czyli świat postawiony na głowie

Nauczyciel i prokurator, czyli świat postawiony na głowie

Jeden tam tylko jest porządny człowiek: prokurator; ale i ten, prawdę mówiąc, świnia.

Mikołaj Gogol

Nauczyciel to mój zawód. Nawet wielki zawód. Swego czasu, aby móc ten zawód wykonywać, zapisałem się na podyplomowe studia pedagogiczne. W środowisku nauczycielskim trwała akurat gorączka starania się o wprowadzone niedawno stopnie awansu zawodowego, więc spora część moich kolegów z tych studiów była zaaferowana zbieraniem dokumentacji potwierdzającej ich wysokie kwalifikacje profesjonalne i osobiste. Większość kuluarowych rozmów dotyczyła tego, jak zdobyć stosowne zaświadczenia, jakie dokumenty można dołączyć do teczek, jak czytać stosowne rozporządzenia i ustawy. Koledzy bardzo chętnie dzielili się doświadczeniami, konspektami zrealizowanych projektów i zajęć pozalekcyjnych, a także szczególnie twórczych cyklów lekcji, udzielali sobie rad, a nawet wymieniali się nie wiadomo skąd wziętymi, wypisanymi in blanco zaświadczeniami o udziale w fachowych warsztatach i kursach czy wysłuchaniu fachowych wykładów.

Pamiętam dyskusję wśród polonistów o tym, że gdy robi się z dzieciakami przedstawienie, warto przedłożyć dokumentację na papierze, a nie na płycie CD, której i tak nikt nie włoży do odtwarzacza, a w materiałach zajmuje wizualnie za mało miejsca. A w ogóle to lepiej zrobić jednak gazetkę niż przedstawienie, bo sama gazetka jest już dokumentem, który może zostać dołączony do papierów, i mniej z tym roboty. Pamiętam rozmowy matematyków o tym, że jest organizowany świetny konkurs, za udział w którym każdy uczestnik dostaje dyplom, więc jeśli zachęci się do udziału w konkursie całą klasę, to ma się całą teczkę dyplomów do skserowania i dołączenia do papierów. Pamiętam rozmowy o otwierających się fantastycznych możliwościach pozyskiwania grantów i dotacji dla różnych szkolnych przedsięwzięć i o tym, że wszelka „grantowa” aktywność jest bardzo dobrze widziana przez branżowe komisje. Pamiętam zazdrość, z jaką nauczyciele gimnazjalni i licealni spoglądali na koleżankę z młodszych klas podstawówki, która powiedziała uczniom, że dopiero wtedy będzie jej bardzo miło, gdy do zwyczajowych kwiatków na dzień nauczyciela dołączą własnoręcznie wykonane laurki, w których napiszą po kilka miłych słów i może jedno zdanko o tym, za co są swojej pani szczególnie wdzięczne. Dzieciaki wywiązały się na medal: cały plik pięknych laurek świadczących dobitnie o tym, że pani jest lubiana i że dobrze wykonuje swoją pracę, mógł zostać dołączony do prezentacji dorobku zawodowego.

No i chyba właśnie przy tych laurkach czara się przelała. Jak to? Więc szkolni poloniści już nie rozmawiają o literaturze, gdy spotkają kolegę po fachu, nie kłócą się o sens skrzydlatych wersów? Szkolni matematycy nie sięgają odruchowo po skrawki papieru, aby zapisać jakieś niestandardowe rozwiązanie zadania, o którym myśleli od kilku miesięcy? Nauczyciele młodszych klas nie planują nowych zabaw? A wszyscy oni chętniej niż o dzieciakach, ich kłopotach i kłopotach z nimi, o szkolnych rozmowach, wojnach i awanturach, rozmawiają o dokumentach? Wszystko jest postawione na głowie? Właśnie dokumenty, awanse, ewaluacje, standardy stają się istotą naszej pracy, osią i punktem odniesienia naszego myślenia o zawodowej i społecznej misji, którą przyszło nam pełnić? I że właśnie tym zaczynamy się w szkole zajmować, ucząc niejako przy okazji.

To nie tak, że właśnie wtedy zrozumiałem, iż szkoła, system edukacji, władze oświatowe, państwowe czy ktokolwiek inny (no właśnie, kto?) mąci w głowach porządnym ludziom, którzy przecież nie z żądzy zysku, prestiżu i władzy, ale najczęściej z przyjaźni dla bliźnich i świata wybrali trudny i niewdzięczny zawód. Nie, to przecież wiedziałem od dawna.

Teraz jednak jakbym stracił wiarę, że twórcy systemu demoralizują jego uczestników niechcący, przez pomyłkę, mając na względzie wartości wyższe i jakieś końcowe dobro, do którego nie da się dojść tak, aby się nie ubłocić, nie uświnić. Teraz, od tej opowieści o wyłudzonych laurkach, widzę to tak, że chodzi właśnie o to, żeby nas ubłocić, uświnić, a odległego celu po prostu nie ma, nikt go nie wyznaczył i nikt go nie widzi. I im więcej od tego czasu pojawia się następnych reform, im bardziej kolejni ministrowie edukacji udoskonalają system, tym bardziej potwierdzają się te przypuszczenia. Lekarstwem na wszelkie szkolne niedostatki ma być jeszcze większa standaryzacja, ścisła kontrola zarówno każdej nauczycielskiej aktywności (tu kłania się choćby niedawny pomysł minister Szumilas zmuszenia nauczycieli do wpisywania wszystkich zawodowych czynności do specjalnych zeszytów), jak i sposobów i treści nauczania (określana eufemistycznie i bałamutnie „ewaluacją”), uzależnienie programów i sposobów nauczania od egzaminów (a nie odwrotnie!) i oczywiście towarzysząca temu wszystkiemu gigantyczna sprawozdawczość – tony papierów i gigabajty danych.

Te wszystkie lekarstwa mają narkotyczne działanie. Z jednej strony znieczulają wszystkich uczestników edukacyjnego życia, pozwalają odwrócić uwagę od bólu wynikającego z faktu, że nikt nie ma pomysłu na to, albo – tym gorzej – nikt nie chce otwarcie powiedzieć, czemu obowiązkowa szkoła w naszym kraju ma służyć, jakiego chce wychować absolwenta, jakie społeczne więzi chce i powinna budować i z jakimi zagrożeniami się mierzyć. Z drugiej strony stają się centrum myślenia i wyobraźni pacjentów, którzy nie są w stanie myśleć o niczym innym niż o lekarstwie. Wszystkie więc głębokie motywacje do podjęcia nauczycielskiego zawodu: wychowawcza czy przywódcza pasja, zamiłowanie do wykładanego przedmiotu, potrzeba tworzenia i pogłębiania relacji czy choćby chęć wykonywania pracy, której efektów daje się doświadczyć, stają się drugorzędne, a w końcu wręcz zamierają. Ich miejsce zajmuje wieczne zaaferowanie dokumentacją, statystykami, fetyszyzm rubryk, planów i punktów, zbieractwo papierów.

Oczywiście nauczyciele miewają z takiej narkotycznej kuracji wiele korzyści. Praca z młodymi ludźmi, obcowanie z każdym z nich z osobna i z wieloma w masie, jest niezwykle obciążająca psychicznie, tym bardziej, że młodzież miewa jeszcze rodziców. Jeśli nauczyciel oddzieli się od swoich uczniów standardami, jeśli informacji zwrotnej o swojej pracy szuka w statystykach i dokumentacji, a nie w relacjach, może nieco łagodzić te obciążenia. A jednak wielu, bardzo wielu odbiera ten biurokratyczny system jako narzucony i upokarzający, jako gwałt na własnych dobrych intencjach i szlachetnych motywacjach. Dążność władz oświatowych do wszechobecnej standaryzacji i kontroli wynika przecież z nieufności, z przekonania o niskim morale nauczycieli, ich złym przygotowaniu do zawodu i skłonności do wymigiwania się od pracy. Ale cóż, pracować trzeba, nie można wiecznie kontestować systemu, w którym tkwi się po uszy, i który zresztą nauczył się kontestatorów pozbywać. Pracować trzeba, trzeba się przystosować. Oczywiście zdarzają się wśród nauczycieli wybitne jednostki, potrafiące z jednej strony uniknąć skorumpowania przez system, a z drugiej wiecznej frustracji, ale czy edukacja niepodległego europejskiego państwa całkiem przyzwoitej wielkości może opierać się na wybitnych jednostkach?

Sprawa korumpowania, demoralizowania ludzi wykonujących ważne społeczne funkcje przez nadmiernie kontrolujący i nieufny system ma, jak sądzę, zasięg szerszy niż edukacja. Nie tak dawno Polską wstrząsnęła sprawa dwuletniej Dominiki, której dyżurny lekarz pogotowia odmówił pomocy, mimo objawów ewidentnie wskazujących na zagrożenie życia. Dziewczynka zmarła, a na lekarza posypały się gromy. Czy słusznie właśnie na niego? W końcu przeszedł on już wieloletnią tresurę, która wyrabia w lekarzach odruch obliczania, czy koszt wykonanej przez niego usługi medycznej (tak właśnie: usługa, nie pomoc choremu człowiekowi!) nie przekroczy kwoty refundacji. Czy można się dziwić, że od lat konsekwentnie i bezwzględnie kształtowana dusza księgowego stłumiła ludzki odruch przerażenia, że człowiek może umrzeć bez pomocy? Czy można dziwić się, że wielu wspaniałych, pełnych empatii i energii społeczników przemienia się w, za przeproszeniem, menedżerów, widzących problemy społeczne wyłącznie tam, gdzie są jakieś pieniądze do wyciągnięcia? Czy można dziwić się naukowcom porzucającym pasjonujące, ale ryzykowne obszary badań, na rzecz takich, które może nie popchną świata do przodu, lecz z których da się łatwo stworzyć publikacje niezbędne do zawodowego awansu? Czy można dziwić się policjantom rozliczanym ze śledczych sukcesów, że starają się zniechęcić poszkodowanych do składania zeznań, gdy widzą, że poszukiwania sprawcy nie będą łatwe? No i czy można się dziwić, że w tym naszym polskim miasteczku mało jakoś porządnych prokuratorów?

No ale czy byłby w ogóle możliwy taki system, który zakładałby, że skoro ludzie podejmują jakąś działalność, wykonują społecznie pożyteczny, choć nie zawsze finansowo czy prestiżowo doceniany zawód, to mają dobre intencje? Że człowiek może odnajdywać w swojej pracy radość? Że nie porzuci ważnej i mającej sens roboty, gdy tylko nadzorca się odwróci? Czy możliwy jest taki system, który będzie zakładał, że w miasteczku naszym niejeden prokurator jest porządny i że wcale on zresztą nie jest świnią? Czy możliwe byłoby w konstruowaniu systemu założenie, że człowiek właśnie świnią się staje, kiedy jest traktowany jak świnia, a jeśli z niego świni nie robić, wcale się świnią nie okaże? Co by szkodziło kiedyś spróbować…

Kto nas będzie pałował?

Kto nas będzie pałował?

Analiza Projektu ustawy o udziale zagranicznych funkcjonariuszy lub pracowników we wspólnych operacjach lub wspólnych działaniach ratowniczych na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej.

Dnia 18.01.2013 r. Donald Tusk skierował do sejmu projekt ustawy, która pozwala szefowi ABW w „trakcie zgromadzeń, imprez masowych … oraz innych poważnych zdarzeń” wezwać do Polski uzbrojone w broń palną oraz „środki i urządzenia przymusu bezpośredniego” spec-służby z dowolnego kraju (również spoza UE).

Analogicznie: Komendanci Policji, Straży Granicznej i Straży Pożarnej mogą wezwać odpowiednie formacje z państw obcych.

Projekt tej szokującej ustawy obarczony jest trzema poważnymi manipulacjami:

1. Kłamliwym powołaniem się na prawo UE.

2. Arbitralną decyzją: „przeprowadzanie konsultacji społecznych jest niecelowe”.

3. Pomieszaniem skrajnie odmiennych materii, jak otwarcie granic RP dla działalności spec-służb państw obcych z uregulowaniem współpracy w dziedzinie ratownictwa.

Ad 1. Projekt ustawy (druk nr 1066) pt. „O udziale zagranicznych funkcjonariuszy lub pracowników we wspólnych operacjach lub wspólnych działaniach ratowniczych na terytorium RP” ma podkreślony podtytuł:

„Projekt ustawy ma na celu wykonanie prawa Unii Europejskiej”.

Jest to świadome kłamstwo, bowiem w uzasadnieniu załączonym do projektu czytamy:

Ustawa jest konieczna, gdyż w „…aktach prawnych UE … brak przepisów, które pozwalałyby na jednoczesny udział funkcjonariuszy państw spoza UE”.

„Celem ustawy jest umożliwienie funkcjonariuszom … państw trzecich (nie będących członkami UE) udziału we wspólnych operacjach na terenie RP … w trakcie zgromadzeń, imprez masowych … oraz innych poważnych zdarzeń”.

Uzasadnienie powołuje się na decyzję Rady nr 615 art. 17, który brzmi: „W celu intensyfikacji współpracy … państwa członkowskie mogą … wprowadzić … wspólne operacje…”.

Traktat UE art. 73.: „Państwa Członkowskie mogą organizować między sobą i na swoją odpowiedzialność uznane przez nie za stosowne formy współpracy … między służbami ich administracji odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo narodowe”.

A zatem prawo UE nie nakazuje, a tylko pozwala państwom członkowskim, na zasadach podanych w decyzji Rady nr 615 i 617, na współpracę „… między ich służbami … odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo narodowe”. Prawo UE pozwala państwom członkowskim na zawieranie umów dwustronnych z państwami spoza UE, ale nie może takich umów wymagać, gdyż ma zastosowanie wyłącznie na terenie UE.

Użycie terminu „wykonanie prawa” fałszywie sugeruje, jakoby prawo UE wymagało przyjęcia projektowanej ustawy.

Ad 2. W uzasadnieniu zaznaczono: „… w trybie ustawy o działalności lobbingowej … z uwagi … że dotyczy ona głównie służb podległych MSW, przeprowadzanie konsultacji społecznych jest niecelowe”. Ponieważ ustawa dotyczy głównie uczestników zgromadzeń i masowych imprez, uznano, że lepiej społeczeństwa o zdanie nie pytać.

Ad 3. Cechy jawnej manipulacji ma umieszczenie w jednej ustawie tak odrębnych przedmiotów, jak wezwanie obcych spec-służb – w tym specjalnych jednostek interwencyjnych – w przypadku zgromadzeń, oraz regulacji ponadpaństwowych działań ratowniczych w wypadkach i katastrofach. Każdy artykuł projektu zawiera mantrę „wspólne działania ratownicze”, lecz przepisów regulujących czy ułatwiających działania ratownicze projekt w ogóle nie zawiera. Tak więc „wspólne działania ratownicze” są listkiem figowym, mającym przykryć istotne cele autorów projektu: Otwarcie Polski dla działania służb innych państw.

Przedmiot projektu ustawy obejmuje bowiem trzy niezwiązane ze sobą dziedziny:

a. Międzypaństwowej współpracy i pomocy w dziedzinie ratownictwa.

b. Międzypaństwowej współpracy w zwalczaniu przestępczości.

c. Międzypaństwowej współpracy służb specjalnych „w trakcie zgromadzeń”.

Ad. a. Wspólne akcje ratownicze służą interesom każdego obywatela, czyli ogółu. Ponieważ nie zagrażają ani indywidualnym, ani grupowym interesom, nie budzą politycznych kontrowersji, uzyskają więc polityczną i społeczną akceptację.

Ad. b. Współpraca w zwalczaniu przestępczości, również ma służyć interesom większości, lecz jest wymierzona przeciwko mniejszości. Nie może więc zyskać stuprocentowego poparcia. Istotnym składnikiem zwalczania przestępczości jest użycie przemocy, a więc broni palnej i środków pirotechnicznych oraz innych, niesprecyzowanych „środków przymusu bezpośredniego”. W skład tych „środków” wchodzą dzisiaj nie tylko znane nam pałki, armatki wodne, gazy łzawiące i areszty, ale również paralizatory, kule gumowe, gazy oślepiające i parzące oraz nieznane nam jeszcze wynalazki z arsenałów policyjnych. Użycie na terenie Polski takich „środków” przez służby innych państw grozi poważnymi skutkami społecznymi i politycznymi.

Ad. c. Według art. 3.2.1 projektu, w związku z art. 2.1.b, szefowie ABW i BOR oraz Komendanci Policji, Straży Granicznej i Straży Pożarnej mogą bezpośrednio wezwać do Polski odpowiednie służby „w związku ze zgromadzeniami, imprezami masowymi lub podobnymi wydarzeniami…” oraz służby państw nie będących członkami UE. W pozostałych przypadkach, zgodnie decyzją Rady nr 615, obowiązuje droga pośrednia przez punkt kontaktowy. Oczywiście w stosunku do uczestników zgromadzeń będą stosowane wszystkie „środki przymusu” wymienione wyżej.

Ułatwienia wezwania obcych służb „w związku ze zgromadzeniami, imprezami masowymi lub podobnymi wydarzeniami…” sugerują, że głównym celem projektowanej ustawy jest stworzenie międzynarodowej ekipy do pacyfikacji wystąpień i żądań społecznych. Dlatego próbowano ukryć sens i cel projektu ustawy.

Na uwagę zasługuje zamiar powierzenia wezwań obcych służb urzędnikom niskiego szczebla. To ma pozwolić rządowi w razie zdecydowanego sprzeciwu społeczeństwa ratować pozycję przez zwalenie winy na urzędnika oraz jego dymisję.

Traktat UE art. 67 p 3.: „Unia dokłada starań … zapobiegających przestępczości, rasizmowi i ksenofobii…”. UE stawia ksenofobię na równi z przestępczością. Ksenofobia to nieufność lub niechęć w stosunku do obcych. Teraz UE wraz polskim premierem zamierzają leczyć nas z ksenofobii za pomocą obcych służb wyposażonych w „środki przymusu bezpośredniego”.

Powyższe przepisy znów dotyczą wszystkich obywateli. Nikt bowiem nie może przewidzieć, w jakim „zgromadzeniu” weźmie udział on lub jego bliscy. Lecz jeszcze mamy wpływ na to, kto w czasie tych zgromadzeń będzie nas pałował i jakiej narodowości funkcjonariusze będą do nas strzelać. Możemy nie dopuścić do uchwalenia tej ustawy przez sejm.

Moim zdaniem tak skonstruowany projekt musi być odrzucony bez dyskusji, z żądaniem przedstawienia odrębnych projektów trzech ustaw:

1. Ustawy o międzypaństwowej współpracy w sprawach ratownictwa.

2. Ustawy o międzypaństwowej współpracy w zwalczaniu przestępczości.

3. Ustawy o międzypaństwowej operacyjnej współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa.

Ad 1. Ustawa o ratownictwie nie napotka trudności politycznych ani sprzeciwów społecznych. Jest łatwa do opracowania i uchwalenia.

Ad 2. Ustawa o międzypaństwowej współpracy w zwalczaniu przestępczości może zawierać przepisy o działaniu na terenie RP policji, a więc formacji zbrojnych obcych państw. Jej uchwalenie musi więc być poprzedzone ogólnospołeczną dyskusją oraz wnikliwym opracowaniem.

Ad 3. Ustawa o międzypaństwowej operacyjnej współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa jest aktem czysto politycznym. Ustawa taka tworzy nowe prawo otwierające spec-służbom państw obcych możliwość operacyjnego działania na terenie RP. Projekt takiej ustawy, przed poddaniem jej pod społeczną dyskusję, wymaga mocnego i przekonującego uzasadnienia jej pożytku oraz przedstawienia środków prawnych i operacyjnych, zapobiegających możliwości jej wykorzystania przeciwko akcjom społecznym, a tym samym na szkodę Polski. Uważam, że taka ustawa wymaga referendum.

Andrzej Gwiazda

Gdańsk, 06.03.2013 r.

Mali pacjenci i duże problemy

Mali pacjenci i duże problemy

Rok Janusza Korczaka za nami, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zakończyła zbiórkę i przestała grać, a sytuacja chorych dzieci wciąż pozostaje mizerna i niepewna. Zwłaszcza tych najsłabszych, wymagających długotrwałego leczenia w specjalistycznych placówkach.

Ośrodki te są zadłużone i zawczasu nie podjęto kroków, aby temu problemowi zaradzić. Polskie Towarzystwo Pediatryczne w swym oświadczeniu zasugerowało zwiększenie nakładów na opiekę pediatryczną, wyższą wycenę świadczeń w tym zakresie i wprowadzenie referencyjności świadczeń pediatrycznych. W oświadczeniu tym wskazane są też przyczyny zadłużenia rosnącego z każdym rokiem. Oprócz wspomnianego niedoszacowania przez NFZ kosztów tego typu opieki należą do nich również same mechanizmy alokacji i tak skromnych środków, które – jak czytamy – pozostają rozproszone pomiędzy liczne niewielkie jednostki, zaś niekiedy konieczne „nadwykonania” nie znajdują odpowiedniej zapłaty lub znajdują ją jedynie w niepełnym wymiarze. Już to zwięzłe oświadczenie wskazuje na systemowy wymiar problemu, wciąż bagatelizowanego przez ministerstwo (na czele którego nota bene stoi pediatra z wykształcenia). Zmiany zachodzą w tym względzie zbyt wolno.

Minister Zdrowia swego czasu zapowiadał, że od 2013 r. zwiększy się wycena procedur pediatrycznych. Być może pozwoliłoby to na oddłużenie większości z działających dziś 22 szpitali dziecięcych, których dalsze funkcjonowanie jest zagrożone. Na przełomie listopada i grudnia doszło do spotkania z udziałem przedstawicieli placówek i NFZ, podczas którego poinformowano, że dopiero trwają badania pozwalające na nowo oszacować rzeczywisty koszt procedur pediatrycznych, za którymi ewentualnie będzie mogła iść zmiana finansowania. Proces owego przeszacowywania jest w toku, więc na zmianę wyceny świadczeń będzie trzeba jeszcze poczekać. Towarzyszy temu proceduralny bałagan, a rodzicom przewlekle chorych dzieci zafundowano przedłużający się stan niepewności.

System niewrażliwy na wiek

W ubiegłym roku głośna była sprawa Centrum Zdrowia Dziecka, które poddano ministerialnej kontroli – niedawno opublikowany raport wykazał szereg nieprawidłowości i błędów w zarządzaniu. Pozwoliło to Ministrowi oznajmić, że błędy wystąpiły na poziomie zarządzania placówką. Taki wniosek jest jednak o tyle wygodny, co groźny – gdyż zdaje się zwalniać z szukania strukturalnych źródeł problemu. Istnieją przesłanki wskazujące, że coś szwankuje w systemie, skoro nie tylko Centrum Zdrowia Dziecka boryka się z poważnymi trudnościami finansowymi.

Byli też tacy, dla których przypadek Centrum Zdrowia Dziecka stanowił koronny dowód na to, że system nie działa dobrze. Jednak taki punkt widzenia – jeśli wnioski wyciągalibyśmy na podstawie tego tylko przypadku – również byłby nieuprawniony. Trudna sytuacja poszczególnych placówek niekoniecznie dowodzi niesprawności systemu. Choć w tym wypadku poniekąd tak jest.

Jedną z wielu słabości polskiej służby zdrowia jest jej niewrażliwość na specyfikę i zmienność potrzeb związanych z trwaniem cyklu życia. Pokazuje to zarówno dotychczasowa wycena geriatrii, jak i pediatrii. Twórcy systemu nie dostrzegają, że zarówno najmłodsi, jak i najstarsi pacjenci wymagają specyficznego podejścia, które wykracza poza czynności stricte medyczne, a obejmuje także uwzględnienie szczególnych potrzeb i ograniczonych możliwości związanych z wiekiem. Na przykład wielochorobowość w przypadku osób starszych powoduje, że sporządzając diagnozę, a także podejmując decyzję w sprawie terapii, nie można koncentrować się na niesprawności jednego organu czy funkcji organizmu, lecz trzeba widzieć to w szerszym kontekście sprawności danej osoby, jej innych, obecnych i przeszłych schorzeń. Również czas rekonwalescencji w przypadku – zasadniczo słabszych – starszych osób jest dłuższy, choćby podczas zrastania się kości po złamaniach.

Tymczasem opieka geriatryczna jest wyceniana słabo, w efekcie czego nie ma finansowej motywacji dla tworzenia oddziałów geriatrycznych w szpitalach. Przekłada się to także na znikomą liczbę geriatrów względem ilości potrzebujących. Sytuacja dzieci wygląda podobnie – w ich przypadku również wycena świadczeń powinna uwzględniać dodatkowe, okołomedyczne czynniki, które nie występują lub są znacznie mniejsze w przypadku pacjentów w sile wieku.

Dlaczego leczenie dzieci jest droższe?

Dzieje się tak z kilku powodów. Mówiąc hasłowo, po pierwsze dzieci wymagają zatrudnienia większej ilości personelu – potrzeba więcej pielęgniarek i dodatkowo pielęgniarek dziecięcych. Po drugie większe są wydatki na żywienie dzieci, które potrzebują innej diety niż dorośli. Po trzecie droższa jest diagnostyka, gdyż dziecko wymaga często dodatkowych badań, których nie trzeba już wykonywać u dorosłych pacjentów. Po czwarte dodatkowy koszt stanowi pobyt na oddziałach pediatrycznych rodziców. Po piąte placówka jest często zmuszona do zakupu większej ilości sprzętu, bowiem dzieci bardzo małe potrzebują innej aparatury niż te starsze – potrzeby w toku rozwoju dziecka zmieniają się bardzo dynamicznie.

Wskazane wyżej czynniki przemawiają za podwyższoną wyceną świadczeń medycznych względem dzieci. Biorąc pod uwagę obecną sytuację, bez zwiększenia nakładów oraz świadczeń zdrowotnych udzielanych na oddziałach pediatrycznych przyszłe losy szpitali dziecięcych są bardzo niepewne. A to może doprowadzić do dalszego pogorszenia sytuacji rodzin z ciężko chorymi dziećmi.

I kogo to obchodzi?

Jak ciężka jest sytuacja takich rodzin, można było swego czasu przeczytać w tygodniku „Przegląd” w artykule Elżbiety Turlej pod znamiennym tytułem „Mam chore dziecko. I kogo to obchodzi?”. Z przytoczonych tam historii wyłania się obraz rodzin, które czeka gehenna użerania się z procedurami biurokratycznymi, nie dający gwarancji powodzenia wysiłek zbierania środków za pośrednictwem fundacji i pieniędzy z 1% podatku oraz ogromne własne wydatki.

W wyjątkowo trudnej sytuacji zdają się być pacjenci cierpiący na choroby rzadkie, których leczenie jest szczególnie drogie, a często nieobjęte programami refundacji – w Polsce ten problem dotyczy kilkunastu procent pacjentów, z czego trzy czwarte stanowią właśnie dzieci. Przerzucenie kosztów leczenia na rodziny jest dla nich tym dotkliwsze, że długotrwała choroba przewlekła i towarzysząca temu niesamodzielność dziecka często bywają powodem rezygnacji choćby jednego (a nieraz jedynego) rodzica z zatrudnienia i przejścia na świadczenie pielęgnacyjne, które w chwili obecnej wynosi 620 zł (po 100-złotowej podwyżce z utrzymującego się przez lata poziomu 520 zł). Krótko mówiąc, choroba przewlekła czy niepełnosprawność dziecka często skazują rodziny na ubóstwo, w warunkach którego tym bardziej trudne jest pokrywanie kosztów leczenia z własnej kieszeni.

Lepiej chronić – zdrowotnie i socjalnie

W świetle powyższego szczególnie istotne jest, aby w ramach publicznych środków zapewnić jak najszerszy zakres świadczeń zdrowotnych dla najmłodszych – osób, które nie ponoszą odpowiedzialności za stan swego zdrowia. Motywują zresztą czy wręcz zobowiązują do tego zapisy konstytucyjne. Artykuł 68 Ustawy Zasadniczej stanowi, że „władze publiczne są zobowiązane do zapewnienia szczególnej opieki zdrowotnej dzieciom, kobietom ciężarnym, osobom niepełnosprawnym i osobom w podeszłym wieku”.

Warto wspomnieć, że zapewnienie tej opieki zależy nie tylko od sposobu funkcjonowania służby zdrowia, ale także od czynników leżących poza nią, a mieszczących się w domenie zdrowia publicznego. Jednym z nich jest bieda. Według prognoz resortu pracy w tym roku aż 1/3 dzieci przyjdzie na świat w warunkach biedy. Ubóstwo to czynnik, który ogranicza potencjał rozwojowy, w tym zdrowotny, młodego pokolenia. Zwłaszcza gdy mamy do czynienia z ubóstwem skrajnym, które oznacza zagrożenie dla biologicznego przetrwania jednostki. W świetle danych GUS w takich warunkach żyją ponad 2 mln osób, zwłaszcza w rodzinach wielodzietnych. Ubóstwu towarzyszą niegodne warunki mieszkaniowe, skutkujące poważnymi chorobami. Nie da się walczyć z tym wyłącznie przy pomocy instrumentów polityki zdrowotnej; problem wymaga szerszej, społecznej strategii.

Pod zbyt krótką kołderką

Wyższa wycena świadczeń z zakresu pediatrii przez NFZ nie wystarcza, choć jest krokiem koniecznym. Ponadto trzeba mieć świadomość, że przydział większych środków na leczenie dzieci z funduszu zdrowia bez zwiększenia ich łącznych zasobów oznacza uszczuplenie środków na leczenie innych grup, o których potrzebach zdrowotnych również nie powinniśmy zapominać. Jednym z zasadniczych problemów polskiej służby zdrowia jest przecież ogólne niedofinansowanie, a nie tylko niedofinansowanie pediatrii. Kołderka, która ma pokryć podstawowe potrzeby obywateli, jest za krótka. Jeśli podciągniemy ją, żeby przykryć stopy, odkryjemy głowę. Jeśli będziemy chcieli okryć głowę, stopy zmarzną.

Od lat kolejne raporty porównawcze donoszą, że nakłady publiczne na opiekę zdrowotną w relacji do PKB ustępują europejskim standardom o kilka punktów procentowych. Specjalistka od ekonomii zdrowia, prof. Stanisława Golinowska, twierdzi, że składka zdrowotna jest ustalona na zbyt niskim poziomie. To wielce prawdopodobne, choć pamiętajmy, że niedofinansowanie sektora zdrowotnego w Polsce to nie tylko skutek ustawionych na zbyt niskim poziomie składek, z których zasila się NFZ. Ważniejsze wydają się inne czynniki, które – zwłaszcza w systemie głównie ubezpieczeniowym (finansowanym ze składek), a nie zaopatrzeniowym (finansowanym z podatków) – zdają się nasilać. Wysokie bezrobocie i niski poziom zatrudnienia skutkują tym, że maleją wpływy ze składek pochodzących ze stosunku pracy. Nawet jeśli realna skala pracujących w gospodarce narodowej jest wyższa, niż wynika to ze statystyk zatrudnienia (ze względu na pracę „na czarno”), to nie przekłada się to na wpływy do funduszu zdrowia. Praca w szarej strefie jest bowiem nieoskładkowana. Mamy też w Polsce do czynienia z rosnącą liczbą „umów śmieciowych”, w tym umów o dzieło (z których, w odróżnieniu od umowy-zlecenia, nie odprowadza się składek zdrowotnych). Bardzo niskie są również składki odprowadzane od osób przebywających na świadczeniu pielęgnacyjnym. W dodatku odnotowujemy spadek wynagrodzeń w gospodarce narodowej (w tym zamrożenie płac w budżetówce), a wielkość składki zależy proporcjonalnie od wysokości płacy. Ostatni z czynników, który może odgrywać w przyszłości coraz większą rolę, to spadek ludności w wieku produkcyjnym.

Dzieci – ofiary desolidaryzacji

Wiele ze wspomnianych czynników można i należy ograniczyć poprzez interwencję publiczną, jednak ich całościowa rekonstrukcja pokazuje, że chroniczny brak środków na opiekę zdrowotną to nie tylko – choć oczywiście także – skutek niewłaściwych decyzji decydentów, jeśli chodzi o podział publicznego „tortu”. To także konsekwencja tego, jak kształtują się stosunki społeczne, szczególnie stosunki pracy. Omijając kodeks pracy czy ustalając płace na jak najniższym poziomie dla pracowników, powinniśmy pamiętać, że na drugim końcu łańcucha zależności zabraknie środków na leczenie chorego dziecka. Choć może brzmieć to nieco populistycznie, to właśnie z takim mechanizmem, tyle że w skali makro, mamy do czynienia. Warto więc ugryźć się w język przed wygłoszeniem peanów na temat uelastycznienia rynku pracy czy utyskiwaniem na rzekomo zbyt wysokie koszty pracy. Pozapłacowe koszty, które przekazuje się do ZUS-u, nie są bezproduktywnym nawisem na wynagrodzeniu, lecz środkami odkładanymi na zabezpieczenie społeczne tych, których dotknie ryzyko socjalne, np. związane z utratą zdrowia.

Miniony rok, upamiętniający spuściznę „Starego Doktora”, to dobry pretekst, by publicznie przypomnieć o potrzebach najmłodszych i najsłabszych. Środki na leczenie dzieci i innych osób w potrzebie to sprawa wspólnotowa, obejmująca nas wszystkich. Pozytywne gesty solidarności, jakich dokonujemy w dzień Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, nie są w stanie zrekompensować procesów desolidaryzacji. A skutki tego – jak zwykle – ponoszą najsłabsi.

Utopie doktryny szoku

Utopie doktryny szoku

Odnoszę wrażenie, że przybywa ludzi w kiepskiej kondycji psychicznej. Bez wyraźnego powodu osobistego są niespokojni, nawet zrozpaczeni. Mówią, że martwią się o Polskę, o to, czy przetrwa, o przyszłość młodzieży. Na ulicach, w tramwaju nie słychać śmiechu, swobodnych pogaduszek o zabawnych sytuacjach. Młodzież jest smutna, a im młodsze dzieci, tym gorzej. Nauczycielka ze szkoły podstawowej mówi, że dzieci „mają coś z głową”: Nie reagują na obraz i dźwięk, zderzają się z kolegami na korytarzu, nie odpowiadają na pytania. Podobno marihuana spowalnia i otumania, ale te dzieci nie są narkomanami.

Są to moje prywatne spostrzeżenia. Nie wiem, co na ten temat sądzą psychiatrzy i psychologowie. Szczęśliwe, przyjazne osoby zaludniają głównie reklamy i głupawe filmy. Spontaniczny entuzjazm wyraża się w podskakiwaniu na imprezach. Ceniona jest przebojowość, asertywność, skuteczność. Delikatny szantaż jest powszechny, nawet w rozmowach prywatnych lub dotyczących działalności publicznej. Wszyscy nauczyli się manipulować, co wielką sztuką nie jest, skoro nawet dzieci w przedszkolu to potrafią. Opinia, że ludzie honorowi nie uciekają się do manipulacji, należy do epoki dinozaurów. Amnezja jest zdumiewająca. Liczy się tu i teraz, ale przewidywanie przyszłości też nie jest mocną stroną osób nowoczesnych, nawet wykształconych, inteligentnych, z wielkich miast. Kryzys spowodował, że coraz więcej ludzi wraca do rzeczywistości, co z kolei powoduje przygnębienie, ponieważ zaczynają oni dostrzegać patologie i problemy, których wcześniej nie widzieli.

Można odnieść wrażenie, że wszyscy żyjemy w jakimś wymyślonym świecie. Wciąż nie mogę znaleźć wspólnego mianownika dla tak różnych i sprzecznych postaw i zachowań. Proste wytłumaczenie, że przyczyną jest komercjalizacja relacji i apoteoza indywidualnego egoizmu, nie wyjaśnia wszystkiego. Może przyczynkiem do zrozumienia stanu ducha Polaków będzie krótka historia polskiej transformacji, która zaczęła się od szoku i przerażenia 13 grudnia 1981 roku. „Szok i przerażenie” to nazwa amerykańskiej operacji w wojnie z Irakiem. Nie jest to nowy wynalazek. Z powodzeniem stosowali go Hitler, Stalin i wszyscy okrutni dyktatorzy.

Taktyka zwycięzców jest zawsze taka sama. Po wygraniu wojny i stłumieniu ognisk oporu zwycięzca okazuje pokonanym łaskawość. Wyciąga rękę do zgody: „Nie wracajmy do przeszłości, razem budujmy przyszłość”. Warunkiem jest akceptacja nowego porządku, a przede wszystkim respektowanie prawa do zachowania łupów wojennych. Zawsze zostają jacyś ostatni Mohikanie, ale można ich po cichu wykończyć. Następuje etap stabilizacji. Władzę obejmują kolaboranci reklamowani jako zbawcy narodu, którzy zakończyli krwawy konflikt. Polacy po umocowaniu nowej władzy przy pomocy Armii Czerwonej i NKWD odbudowali Warszawę, elektryfikowali wieś. Irakijczycy po przegranej wojnie odbudowują wodociągi, zbierają skorupy z rozbitego i ograbionego muzeum.

Odium zdrady, poczucie krzywdy jeszcze długo kołaczą się w świadomości zbiorowej, ale z upływem czasu pamięć się zaciera. Historię piszą zwycięzcy. Zaczyna się propaganda demokracji i państwa prawa. Surowo potępiane są przemoc, anarchia, roszczenia, resentymenty, nacjonalizm, emocje. Pokonani mają siedzieć cicho i nie wtrącać się do rządzenia krajem. Ten, kto wygrał, dowiódł, że jest mądrzejszy.

Wojnę jaruzelsko-polską formalnie i symbolicznie zakończyło porozumienie „okrągłego stołu” i wybór Jaruzelskiego na prezydenta. Parlamentarzyści reprezentujący zbuntowany naród fotografowali się ze swoim wodzem, kolaborantem Wałęsą, i okazywali zwycięskiemu generałowi szacunek należny prezydentowi. Był to klasyczny akt kapitulacji, ale wojna trwała nadal, nawet się nasiliła. Dopiero po „okrągłym stole” pod hasłem prywatyzacji odebrano ludziom miejsca pracy, a pod hasłem przebaczenia utajniono agenturę, aby nikt nie zakłócił konsumpcji łupów wojennych. Zawsze, jak w balladzie, chodzi o wór pierniczków, a pierniczków w gospodarce PRL, budowanej przez pracowitych, utalentowanych i dobrze wykształconych Polaków, nazbierało się sporo.

Naród podzielił się na beneficjentów kapitulacji i ludzi pracy, którym zniszczono jedyne źródło utrzymania i przy pomocy hiperinflacji odebrano oszczędności. Paradoksalnie antykomuniści przyczynili się do pacyfikacji świata pracy, potępiali każdą wzmiankę o osiągnięciach polskiej gospodarki w czasach PRL lub dobrych wyrobach polskiego przemysłu. Pamiętam takie powiedzenie: „Tam, gdzie komuch postawi stopę, nawet trawa nie rośnie”. Polskich robotników, inżynierów, rolników, rybaków, górników, kolejarzy, pielęgniarki i nauczycieli polska prawica oskarżyła o przywiązanie do marksizmu, czyli do państwa opiekuńczego, w najlepszym razie o lenistwo i zacofanie. Z kolei Kościół zalecał utajnienie agentury i bezwarunkowe przebaczenie zdrady. „Nie wracajmy do przeszłości, nie rozliczajmy” – słychać było ze wszystkich stron. Homo sovieticus – karcił nas ksiądz Tischner, dolina nicości – pisał Wildstein. Podobno interes gospodarki wymagał zniszczenia gospodarki komunistycznej i zwiększenia, a nie zmniejszenia wyzysku.

Już pole bitwy po wojnie jaruzelsko-polskiej było posprzątane, gdy historycy Cenckiewicz i Gontarczyk ujawnili kulisy współpracy Wałęsy z bezpieką, ksiądz Zaleski wywołał problem agentury w Kościele, a tzw. lista Wildsteina uświadomiła rozmiary problemu.

Opinię publiczną uspokoiło zapewnienie Episkopatu, że przeprowadzi lustrację. Wszystkie partie polityczne (z wyjątkiem SLD) wyraziły zgodę na opublikowanie akt bezpieki, uzgodniły dobry, prosty projekt, sejm przegłosował. Niewiele z tego wynikło, ponieważ PiS w ostatniej chwili się wycofał. Być może na decyzję PiS-u wpływ miało żądanie wpływowych kół świata zachodniego, aby zrezygnować z ujawniania agentury. Prawdopodobnie najcenniejsi agenci bloku komunistycznego już od dawna mają innych mocodawców. Wróciły oświadczenia lustracyjne, co wywołało wielką awanturę i jawny rokosz elit, ale w opinii publicznej kwestia lustracji została załatwiona.

Pozostał problem Wałęsy. Naród uwielbiający wodza poczuł się oszukany, nie mógł pogodzić się ze zdradą. Jakimś rozwiązaniem może być zakończenie konfliktu między Wałęsą i Wyszkowskim, ponieważ Krzysztofa stać na empatię wobec człowieka, który pobłądził. Naród odetchnie z ulgą. Jeśli Wyszkowski, pierwszy rycerz w walce o prawdę, przebaczył swemu prześladowcy, to my też odpuśćmy.

Kiedy władza, nie bez trudności i nie do końca, ale skutecznie uporała się ze zbuntowanym, nastąpił wypadek przy pracy – błąd propagandowy po katastrofie w Smoleńsku. Elity, nie wyłączając Wałęsy, jawnie demonstrowały radość, że prezydent kompromitujący Polskę zginął na własne życzenie. Komunistom też zdarzały się takie wpadki spowodowane zatruciem własną propagandą. Tego pęknięcia nie da się już zaklajstrować. Rząd posunął się za daleko w kłamstwach, lizusostwie wobec Putina, w arogancji wobec ludzi, którzy stawiają niewygodne pytania lub „za długo” pamiętają o ofiarach. Nieudolna agitka przygotowana przez National Geographic jako obiektywny głos z Zachodu tylko dolała oliwy do ognia. Oszołomy nie przestraszyły się ataków chuliganów, tajemniczych samobójstw, wojny z Rosją, represjonowania niezależnych dziennikarzy.

Wojna jaruzelsko-polska jeszcze się nie skończyła, kiedy kryzys uświadomił Polakom, że poleganie na dobrych radach rzekomo mądrzejszego Zachodu było naiwnością. Trzeba było reformować gospodarkę zgodnie z interesami polskiego państwa i polskich pracowników. Stało się inaczej, ponieważ w kluczowym okresie polskiej transformacji społeczeństwo akceptowało szokową terapię. Celem doktryny szoku jest ekspansja kapitalizmu korporacyjnego. Utopią jest oczekiwanie na wygaśnięcie konfliktów, pokój społeczny, poczucie bezpieczeństwa, dobrobyt.

W klasycznym wykonaniu terapia szokowa składa się z dwóch etapów. Celem pierwszego jest „biała kartka”, czyli wymazanie pamięci, złamanie psychiki człowieka i integralności tradycyjnego społeczeństwa. Na drugim etapie zapisuje się „białą kartkę”, czyli programuje nowego człowieka i posłuszne społeczeństwo. Eksperymenty prowadzone w USA zakończyły się totalną katastrofą. Tortury i lęk wymazują pamięć, ale na białej kartce nie udaje się już nic sensownego zapisać. Mimo to entuzjaści nowej utopii nie ustają w wysiłkach, ponieważ stosowanie doktryny szoku przynosi im konkretne, wymierne korzyści. Friedmaniści wykorzystują każdy kryzys lub naturalną katastrofę, aby opanować następne obszary. Kombinacja polityki przemocy fizycznej i ekonomicznej, manipulacji i szantażu zapewnia poziom lęku wystarczający do obezwładnienia społeczeństw. Kiedy poziom lęku opada, odbudowuje się solidarność, zaufanie, odradza się duch walki. W tym widzę nadzieję na przyszłość. Wojna jeszcze się nie skończyła.

Płaskostopie kultury

Płaskostopie kultury

Zawsze miałem problem z zakupem butów. Nie dlatego, że z moimi stopami było coś nie tak. Wręcz przeciwnie. Pamiętam jeszcze ze szkoły podstawowej, że jako jedna z dwóch osób w całej klasie nie miałem płaskostopia czy półpłaskostopia. Byłem w zdecydowanej mniejszości. Zauważyli to chyba producenci obuwia, którzy niemal wszystkie buty dostosowują obecnie do stóp z przynajmniej częściowym płaskostopiem, przez co to ja, posiadający zdrowe stopy, powinienem nosić wkładki ortopedyczne. Mam wrażenie, że sytuacja jest analogiczna do tego, jak w Polsce czują się osoby, które potrafiły właściwie odczytać pewne kody kulturowe.

Gdy przed dekadą w jednej ze stacji telewizyjnych pojawił się program Kuby Wojewódzkiego, zachowanie showmana wywoływało żywą dyskusję. Konwencja przyjęta w programie przez jednych była uznawana za wyraz upadku kultury mediów, dla innych stanowiła dowód wysokiej inteligencji prowadzącego, jeszcze inni uznawali ją za typową popkulturową wydmuszkę, postmodernistyczną zabawę, w której brać udział powinno się po uprzednim dodaniu cudzysłowu do wszystkiego, co zostanie powiedziane. Znamienne jest, że niemal w tym samym czasie w demokratycznych wyborach bardzo dobry wynik uzyskała Samoobrona, wprowadzając do debaty publicznej całkiem nowy dyskurs i nowy język, który z początku uznany został za przekroczenie pewnej granicy (Jerzy Buzek: „Nie będziemy rozmawiać na tym poziomie”).

Z czasem jednak ów poziom stał się standardem w politycznej debacie, a sama debata przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, gdyż środek jej ciężkości przeniósł się w stronę formy, a dokładniej w kierunku tego, co opisywała „Erystyka” Schopenhauera. Treść całkowicie zatraciła znaczenie na koszt formy – jak najbardziej przystępnej, efektownej i wulgarnej. Za normę uznana została również konwencja programów Wojewódzkiego – przez zdecydowaną większość społeczeństwa postrzegana nie jako popkulturowa gra, lecz jako wyraz inteligencji showmana, autentyczny, dominujący dyskurs, do którego należy dążyć, a przynajmniej się dostosować.

W okresie takich przemian wyrosły już dwa pokolenia (moje – 30-latków – i to o dekadę młodsze, nazywane „gimnazjalistami”), a starsze generacje również dały się wciągnąć w ten dyskurs. Postmodernistyczna zabawa nie została poddana żadnej dekonstrukcji i została uznana za fotografię rzeczywistości.

Kiedy w 2011 r. świat usłyszał krzyk młodych Oburzonych, w Polsce panowała cisza, a młodzi spoglądali na swoich zagranicznych rówieśników z pobłażaniem czy wręcz politowaniem. Sytuacja wydawała się zaskakująca, ponieważ ówczesne warunki życia demonstrujących Hiszpanów były lepsze od realiów egzystencji młodych Polaków nie znajdujących się w strefie kryzysu. Media tłumaczyły to często efektem upadku z wysokiego konia, jaki miał miejsce w zachodniej Europie, a czego nie doświadczyli Polacy. Tłumaczenie to zawiera najwyżej ziarno prawdy, co widać, gdy prześledzi się mapę ruchów Oburzonych 2011. Znajdują się na niej nie tylko kraje, w których z gospodarczego prosperity wykluła się recesja, ale i państwa, gdzie żadnego prosperity (szczególnie wśród młodych) nigdy nie było. Problem nie tkwi bowiem w ekonomii.

W psychologii pośród różnych rodzajów jaźni istnieje pojęcie jaźni odzwierciedlonej. Jest to własne wyobrażenie o tym, jak postrzegają nas inni. W dyskursie, o którym wspominałem, jest to rzecz niezwykle istotna, o ile nie najistotniejsza. Błędna dekonstrukcja dyskursu medialnego (chodzi tu nie tylko o przywołany dla przykładu program Kuby Wojewódzkiego, lecz o cały nurt programów rozrywkowych) wprowadza system zero-jedynkowy, w którym każdy musi przegrać albo wygrać, a o wygranej stanowi wyłącznie szeroko pojęty wizerunek, na który składają się różne elementy formy. Wchodząc w świat tych błędnie zinterpretowanych konwencji, najważniejszymi cechami stają się atrakcyjność towarzyska, powodzenie materialne, poczucie humoru, błędnie zinterpretowana asertywność (tzw. cięte riposty). Przyjmując konwencje popkulturowej gry za własny schemat myślenia, młodzi ludzie wpadli w pułapkę, w jakiej nie znajdują się ich zbuntowani rówieśnicy z innych krajów.

Młodzi Polacy – choć panuje wśród nich ogromne bezrobocie, a posiadający zatrudnienie otrzymują zwykle minimalne pensje na umowach śmieciowych – nie wyjdą protestować na ulice, nie zbuntują się i nie przyznają, że jest im źle. Nad realnym życiem górę wziął bowiem błędnie odczytany dyskurs popkulturowej zabawy, w której nie ma miejsca na walkę o swoje prawa ani na narzekanie czy po prostu realną ocenę sytuacji. Zbuntować można się co najwyżej przeciwko ACTA, bo tu się nie traci na wizerunku – stracić go można natomiast nie będąc na bieżąco z najnowszą ofertą popkulturową, dostępną na pirackich serwisach internetowych. Aby zbuntować się przeciwko wyzyskowi ze strony pracodawców, umowom śmieciowym czy podobnym bolączkom, należałoby najpierw publicznie określić swoją przynależność do osób niezadowolonych, posiadających problemy. We wspomnianym dyskursie zero-jedynkowym byłoby to określenie się mianem przegranych.

Pytanie postawione przez Ericha Fromma – „mieć czy być” – całkowicie przestało mieć znaczenie. I to nie dlatego, że młode pokolenia opowiedziały się za modusem posiadania. Stało się tak, gdyż stworzyły one własny modus: sprawiać wrażenie. Sprawiają wrażenie, że mają, i sprawiają wrażenie, że są.

Diabeł sarmacki, arcypolski

Diabeł sarmacki, arcypolski

Pośród wielu kluczy do zrozumienia polskiej współczesności całkiem nie od rzeczy wydaje się ten, który odnosi się do opowieści o Sarmacji, Rzeczpospolitej szlacheckiej. Tyle że w wersji mało sienkiewiczowskiej, zdecydowanie niesprzyjającej prawicowej, onirycznej mitologii, za to o wiele bliższej prawdzie o ciemnych stronach epoki „złotej wolności” szlacheckiej.

Warto przypomnieć, że ta baśniowo-warcholska struktura była oparta na pańszczyźnie, praktycznym i symbolicznym zniewoleniu i upodleniu mnóstwa ludzi – chłopstwa. Podkreślam fakt, że były to byty ludzkie, osoby obdarzone sumieniem, godnością (dzieci Bożych) i paroma innymi atrybutami, bo zwykle sentymentalna i buńczuczna sarmacka sztuka opisu traktuje ich jak bezkształtną masę, z której raz po raz wyłania się gęba chama, którą tylko obśmiać, wypłazować i kopniakiem z wysokiego konia na powrót strącić w nicość. A w III RP – mimo całej zmienności form, odmiennych dekoracji, sposobów zniewolenia i obyczajów – na nowo odkrywamy i wdrażamy ten model rzeczywistości społeczno-gospodarczej: pańszczyznę, narastające rozwarstwienie, praktyczną samowolę i sobiepaństwo jednych przy czapkowaniu, bierności i wykluczeniu drugich. Mamy „nowe chłopstwo”, co prawda zamieszkujące także miasteczka i miasta (w pierwszym lub drugim pokoleniu), formalnie dziś równe wobec prawa, ale zdecydowanie nierówne wobec rządów pieniądza i bezprawia, mamy szlachtę zaściankową, możnych i wreszcie magnatów – dzisiejszą oligarchię, szarpiącą w swoją stronę wspólne sukno.

Istnieje zresztą interpretacja nieodległych polskich dziejów, bo dotycząca Polski Ludowej, wedle której obyczajowość szlachetczyzny – na zasadzie nie do końca uświadamianej mimikry – weszła w krwiobieg nowej rzeczywistości jako forma emancypacji czasów awansu społecznego. Oczywiście, przy założeniu, że wszystko to zostało przefiltrowane przez mity i zasady nowego społeczeństwa, w tym jego „nowo-starej inteligencji”, która przede wszystkim wzięła na swoje barki trud tworzenia i organizowania zarówno PRL-owskiej administracji, jak i stereotypów społecznych. I tak ponoć zwyczaj picia kawy przez Hestie biurowego ogniska, urzędniczki gotowe uchylić czyśćca petentowi, brał się jeszcze z obyczajów szlacheckich. Choć rzecz jasna, idea ta może się wydać dziwna: gdzie mickiewiczowski serwis do kawy, opisany w „Panu Tadeuszu”, a gdzie kawa po turecku ze szklanki? Gdzie Soplicowo, a gdzie Nowa Huta?

Czy jednak czasów PRL nie dotykał sentymentalnych wspomnień czar i duch sienkiewiczowskich fikcji – aż dziwnych w kraju, gdzie chciano uczyć myśleć naród „sowieckimi kolbami, bez alienacji”? Sienkiewicz w Polsce Ludowej wygrał w dziedzinie ducha, w trudnej do skolonizowania materii wyobrażeń społecznych, zarówno z Tadeuszem Krońskim, jak i ze Stanisławem Brzozowskim. Dzieci robotników i chłopów, inteligentów, badylarzy, cinkciarzy i taksówkarzy pospołu mówiły o Małym Rycerzu i śnił nam się Kmicic, Imć Onufry Zagłoba i wielkiej urody mości panny – nad Polską realną unosił się duch Rzeczpospolitej Nadrzeczywistej, nad granicami na Odrze i Bugu rozciągały się w snach inne, oniryczne, w poszumie husarskich piór znad kresowych stanic. W sercach Polska od morza do morza – gdy tutaj musiał narodowi wystarczyć kawałek Ziemi Odzyskanych i dłuższa linia brzegowa Bałtyku. I w całym tym miłym splendorze pamięci mocarstwowej tamta sarmacka przeszłość jawiła się świetlana i bezgrzeszna – w swym bezpiecznym, fantasmagorycznym, ludowo-inteligenckim antykomunizmie tak niewinna jak pierwsze kochanie. I właściwie trudno mieć o to pretensje, że źle robiona modernizacja kazała poranionym duszom, głowom i sumieniom otoczyć się tą otuliną sarmacką, tym kontuszowym idiotyzmem ku pokrzepieniu serc.

U początków III RP zaroiło się nam zresztą w Polsce od błękitnokrwistych postaci. Ostatecznie znalazły sobie one miejsce po zaściankach myśli i środowisk arystokratyczno-konserwatywno-monarchistycznych, zatem wiele tu o nich mówić nie trzeba. Duch sarmacki przyswoił nowe sposoby dla skutecznego odbierania i praktykowania pańszczyzny. „Kto bogatemu zabroni?” – ten młodzieżowy slogan, coraz częściej powtarzany, wiele mówi o tym, kto i w jaki sposób wyznacza dziś normy polskiej obyczajowości. I nie idzie tu jedynie o mody, kicze i podszyte złym gustem luksusy. „Kto bogatemu zabroni” – kraść, oszukiwać, z ostentacyjną wyższością odnosić się do uboższych i do tych, co mniej mogą. „Kto bogatemu zabroni” – podawać w wysokonakładowych tygodnikach opinii swój drobnomieszczański egoizm jako jedyne prawo społeczne, gospodarcze i polityczne. Kto zabroni bossom traktować pracowników jak nic nie warty motłoch? I kto zabroni bandyterce od zastraszania lokatorów uprawiać swój proceder? A prawo? Jego reprezentantów tak łatwo wciąż można kupić, nawet prawo można przecież kupić… nierządem Polska stoi, mości Panowie, hulaj dusza!

A we wszystkim ta pogardliwa nuta wyższości. Oto snobistyczna, „arystokratyczna” Polska, co ma nowe bale i atrakcje, służbę, swoich chamów oglądanych z wysokiego konia, folwarki, ganki, srebra rodowe naprędce patynowane, obyczaje i splendory. Ale już nawet miłosierdzia chrześcijańskiego w tym zwykle nie ma, tylko ślepy egoizm warstw wyższych, wrosły w Polskę realną i oniryczną, Polskę po transformacji i w Rzeczpospolitą Nadrzeczywistą. I jeden szlachetka czy magnat nosi się jak paniczyk francuski, a drugi sercem i pyskiem ciemnogrodzianin, jeden piewca nowej obyczajowości, w świecie bywały, z niejednego pieca francę jadł, drugi jeszcze nuci, by mu ojczyznę wolną Bóg wrócić raczył i z Biblii czerpie uzasadnienie dla swojego klasowego egoizmu. Ale jeden i drugi gdy chama zobaczą, gdy go w swoje ręce złapią, pod swoją władzę ekonomiczną, symboliczną, społeczną czy polityczną dostaną, to go tak przycisną, tak mu żyć nie dadzą, żeby sobie przypomniał jak jego przodkowie pańszczyznę odwalali i w czworakach żyć musieli w przyjaźni z kijem ekonoma. Ale czy z chamem można inaczej? Biedny to i głupi, biedny to pewnie złodziej i leń, biedny to niech tyra – nie ja go okradam, lecz państwo, nie ja mu grosze płacę – to państwo złotej wolności nie szanuje, wszystko zabiera. Veto, veto, veto – wyższe podatki dla bogatszych – veto, system zabezpieczeń społecznych – veto, dobro warstw niższych, duch równości – veto! Płacić chamstwu co do grosza i w terminie? Respektować nadgodziny? Dokładać się do wspólnego? Veto! – złodziejstwo to wszystko Mości Panowie, nie dajmy się złodziejstwu państwa, skamleniu ciemnoty pańszczyźnianej i socjalnej! Sobiepaństwo nasze prawem, ojczyzna to my, w prawie jesteśmy – pieniądza, statusu, przywilejów, towarzystw, koterii i układów. Vivat my, vivat nasza kieszeń, chamom precz…

Gdyby się przyjrzeć tym personom bliżej, gdyby im w poczet przodków zajrzeć, to byłaby to dla nich nierzadko mizeria i sromota. Ale w gruncie rzeczy tego się właśnie nie godzi czynić, bo ci przodkowie, co pewnie nieraz cierpieli pod butem „panów braci”, co byli za nawóz dla tych pięknych sarmackich baśni – co oni winni? Z ich życia w nędzy, w upodleniu i niemal na gnoju, w harówce i głodzie przednówka – nawet proch i pył się nie ostał. Jednak w twarz dzisiejszej szlachetczyźnie trzeba rzucić kpinę z ich póz, ich nowobogackiego prostactwa, rozkochania w sobie, sobiepaństwa podszytego tchórzem przed silniejszymi, ich dzisiejszego klientelizmu i familiarności – bo gdy mogą, to pieniądz i władzę chętnie przyjmą z rąk silniejszych od siebie i żadnej koligacji się nie powstydzą dla zysku.

Teza o feudalnym charakterze dzisiejszych polskich realiów nie jest nowa, ale chyba nikt nie rozpatrywał tej neosarmackości w odniesieniu do jej ekonomicznego uzasadnienia i motoru – obyczaju pańszczyźnianego. A przecież to właśnie coraz mocniej zaznacza się w naszym życiu społecznym i gospodarczym, wraz z nową obyczajowością, nowymi snobizmami i uprzedzeniami warstw bogatszych. Polska baśniowa i nadrzeczywista, z pozoru piękna i jako mit potrzebna – wraca na ziemię z ciężarem swoich najgorszych plag. Kmicic, Skrzetuski, Zagłoba i Wołodyjowski – szlachetkowie poczciwi, ojczyznę miłujący – ilu poddanych zdechło jak bydlęta w biedzie w ich majątkach? A ilu dzisiaj musi znosić nową pańszczyznę i nowych sobiepanków, ich arogancję, kretynizm, głupią mowę, w tym drukowaną i emitowaną w mediach? Ilu dzisiaj musi grzecznie potakiwać, gdy szlachetkowie załamują ręce, że ojczyzna jest biedna, umęczona i przegrana, bo ich złotej wolności nie szanuje, a ich sarmackiej swobodzie jeszcze stawia pozór sprzeciwu?

Nie jestem za tym, by sarmacką tradycję wyrzucać do śmietnika. Kto chce, niech z niej czerpie – w Rzeczpospolitej wielu tradycji można tolerować także i tę. Tkwią w niej elementy wartościowe i odwołujące się do tego, co w życiu społecznym bardzo się przydaje: bo i honor i dusze rogate, zawadiackie i majestat pięknych form i obyczajów są potrzebne. I przecież wiele się zmieniało w świecie szlachty – nie bez wpływu cierpień, których doświadczyła, zresztą zasłużenie. Ze szkoły dziejów, niczym w „Popiołach” Żeromskiego, po lekkomyślnych ojcach przychodzili nie raz cierpiący, wrażliwi (i przewrażliwieni) synowie. Po sobiepankach przychodzili Prometeusze: spętani, krwawiący kolejnymi powstaniami, zniewoleni, których czas przebiegał między apatią a paroksyzmami buntu.

Ale dziś? Dziś obok sarmackiego folkloru, epigonów szlacheckiej estetyki mamy tę złowrogą, neopańszczyźnianą myśl i praktykę, jakby w polskim charakterze narodowym (cokolwiek znaczy ta konstrukcja) tkwiła jakaś nieusuwalnie zła cecha, jakiś diabeł własny, arcypolski, w kontuszu i przy szabli, jakaś skaza ciężka. I powraca do nas Sarmacja, lecz nie jako ziemia szczęśliwa, godna pióra i lutni. A warto tu przypomnieć łacińskie powiedzenie, które nie zostawia złudzeń: „Clarum regnum Polonorumest coelum nobiliorum, paradisum iudeorum, et infernum rusticorum”. Piekło chłopów? Piekło warstw niższych? Na szczęście od „dobrodziejstw” feudalizmu dzielą nas wieki.

Ale czy dziś nie ma niewoli i upokorzeń? Czy panowie kosztem ludu nie bawią się w stolicy, po dworkach i pałacykach? Czy nie kręcą nosem na chamstwo i nie przeliczają (cudzej) swobody na złotówki i bardziej kosmopolityczne waluty? Czy w kasach ogniotrwałych nie trzymają tego, co wyłudzili i wzięli przemocą, realną i symboliczną, głosząc przy tym apologię złotej, własnej wolności? Tak, po wielokroć: tak. A co w odpowiedzi? Zwrotka ze starej pieśni: „A chociaż potężny niedoli jest gmach, / Niepokój wasz rośnie i wzmaga się strach, / Bo władzy nie macie skuć ducha w kajdany, / I wstyd, i gniew, i strach wam, tyrani!”. Tu kropka. I bunt.