Koniec małego świata

Koniec małego świata

Każda szkoła to mały świat. Składają się na niego zamieszkujący go ludzie (uczniowie, nauczyciele, woźni i inni pracownicy) oraz widoczne, trwałe elementy przestrzeni, takie jak budynki, ich wyposażenie, a nawet przypadkowo przyniesione tam i pozostawione rzeczy. Szkoła, podobnie jak wszystkie znane nam światy, organizuje przestrzeń wokół siebie, wpływa na otoczenie w sposób subtelny i na pierwszy rzut oka niewidoczny, ale bardzo silny. Nie widzimy tego na co dzień – zapominamy o tym prostym fakcie, opuszczając jej mury. Nie zajmuje nas to, choć nawet wiele lat później wciąż jesteśmy w jej orbicie, nie do końca sobie to uświadamiając. Gdyby nie to oddziaływanie, nie byłoby sukcesu portalu Nasza Klasa, nie byłoby też gorących reakcji absolwentów na to, co dzieje się w ich szkołach po bardzo wielu latach. Czasem jednak szkoła znika, zostawiając po sobie dotkliwą pustkę.

Przez Polskę w ostatnim dwudziestoleciu przetoczyła się ogromna fala likwidacji szkół. Nikt nawet nie starał się policzyć, ile placówek zlikwidowano, zarówno fizycznie, jak i poprzez przekształcenia, szczególnie podczas osławionej reformy edukacji z czasów premiera Buzka. Tak zginęła moja podstawówka, najstarsza szkoła robotniczego Widzewa, wywodząca swoje dzieje jeszcze z czasów małej salki stworzonej przy fabryce przemysłowca Kunitzera. Tak zginęły też setki innych szkół, mniejszych lub większych, i za każdym z tych zniknięć kryły się te same, doskonale znane nam skutki – dalsza droga do szkoły, większe zagęszczenie dzieci w budynkach i klasach, zwiększenie liczby uczniów przypadających na jednego nauczyciela i w sposób lustrzany odpowiadające mu zmniejszenie ilości czasu, jaki pedagog może poświęcić jednemu dziecku. Ale nie tylko to – ginęła też tradycja, ciągłość przekazywana z rodziców na dzieci, oś, wokół której gromadziły się wspomnienia rodzinne i wspólnotowe. Nikt spośród rządzących nie próbował nawet zbadać, jak to się dla małych lokalnych wspólnot kończy, wolano zaufać tabelkom mówiącym, że dzięki likwidacjom wszystko się lepiej bilansuje i że po optymalizacji będzie lepiej.

Tymczasem okazało się, że nie wszystko wychodzi tak, jak powinno. Polskim dzieciom wciąż daleko jest do rówieśników z innych krajów Europy, choć w różnego rodzaju rankingach wypadają na ich tle całkiem nieźle. Dopiero gdy ktoś zapyta je o samopoczucie, okazuje się, że jest fatalne. Mimo względnie wysokiej pozycji w międzynarodowym programie oceny umiejętności uczniów PISA (piąte miejsce na 29 możliwych) polskie dzieci są na tle swoich rówieśników nieszczęśliwe, a poziom satysfakcji plasuje je na przedostatnim miejscu.

Z raportu UNICEF-u wyłania się obraz polskiego dziecka, które wbrew obiegowym opiniom o leniwych gimnazjalistach jest pracowite i chętne do nauki (jeden z najwyższych wśród badanych krajów współczynników kontynuacji nauki w szkołach wyższego szczebla), ale dana mu do rozwoju infrastruktura jest dalece niewystarczająca. Wrzucone do worka zbiorczej szkoły polskie dziecko jest samotne i wyalienowane w tłumie, często zagubione i mające poczucie pozostawienia samemu sobie. U nastolatków dochodzi też lęk przed przyszłością i niewiara w to, że ich sytuacja ulegnie poprawie. A jednak się uczą, bo edukacja wciąż jest postrzegana jako klucz do lepszej przyszłości.

Gdy my, pokolenie już starsze z punktu widzenia dzisiejszych uczniów, chodziliśmy do szkoły, podsuwano nam lektury, z których uczyliśmy się, że kiedyś było dzieciom źle. Cierpiały głód, ubóstwo i związany z nimi wstyd. Na domiar złego szkoła była najczęściej daleko, a nauczyciele – kiepsko opłacani i zbyt nieliczni, by móc zająć się wszystkimi dziećmi jak należy. Wkładając dziś naszym dzieciom te czytanki i lektury do tornistrów, pocieszamy się, że to przeszłość. Niestety, ta „przeszłość” powróciła i ma się doskonale.

Na początku tego roku gruchnęła wiadomość, że niemal 800 tys. dzieci może niedojadać, przychodząc do szkoły bez żadnego posiłku zjedzonego w domu. UNICEF donosi, że milion polskich dzieci żyje w ubóstwie, a kolejne 300 tys. nie ma dostępu do podstawowych dóbr, takich jak trzy posiłki dziennie czy dwie pary obuwia w roku. Te przerażające dane nie zrobiły jednak na rządzących zbyt wielkiego wrażenia, nie licząc skandalicznych wypowiedzi posła Niesiołowskiego o prawdziwym głodzie i jedzeniu szczawiu oraz posłanki Pitery przebąkującej o braku kultury jedzenia śniadań w Polsce.

Wiele lat temu, gdy kończyłem szkołę podstawową, miarą ubóstwa dzieci była ich waga. Jako jeden z nielicznych uczniów w mojej klasie mogący liczyć na trzy pełne posiłki dziennie, uchodziłem za grubasa tylko dlatego, że miałem wagę taką, jaką powinno mieć dziecko w moim wieku. Były to czasy reform Leszka Balcerowicza i następnych, w wyniku których upadł w moim mieście niemal cały przemysł, a bezrobocie sięgnęło wskaźników nieznanych od czasów wielkiego kryzysu przełomu lat 20. i 30. ubiegłego wieku. Dziś waga również doskonale wskazuje status materialny dziecka, choć w zupełnie inny sposób. Biednych ludzi nie stać na dobrą jakościowo żywność, a śmieciowe jedzenie z dyskontów i supermarketów jest bardzo tanie. I to znajduje swoje odzwierciedlenie w przywołanym już przeze mnie raporcie UNICEF-u, według którego właśnie w Polsce wystąpił najwyższy, 17-procentowy wzrost liczby dzieci cierpiących na nadwagę. Nie przeraźliwa chudość, ale otyłość stała się wyróżnikiem biedaka.

Mimo to zamykamy oczy i nie pamiętamy o czytankach z przeszłości, spiesząc się na autobus lub odwożąc dziecko do szkoły. No właśnie, odwożąc. Już zapomnieliśmy, że sami mieliśmy szkoły pod nosem, praktycznie na miejscu, na swojej ulicy lub na którejś z sąsiednich. Dzięki temu nasze podwórkowe przyjaźnie naturalnie przedłużały się w przyjaźnie szkolne, a wolny czas mogliśmy spędzać w otoczeniu znajomych z najbliższej okolicy. Dzisiaj jest inaczej. Nasze dzieci zmuszone są do dalekich podróży, doskonale konsumujących ten wolny czas, który mogłyby spędzić z przyjaciółmi. Często niemożliwe jest już wyjście na podwórko z kolegą z klasy, bo żeby to zrobić, nie wystarczy – jak kiedyś – zadzwonić domofonem w sąsiednim bloku czy przejść odległość kilku lub kilkunastu domów. Teraz trzeba dojechać daleko, często na drugi koniec miasta, co przekracza możliwości dzieci. Do tego podróżowanie jest kosztowne, a każdy grosz trzeba liczyć.

W minionych czasach, słusznie potępionych, rozumiano to wszystko doskonale. Budując nowe osiedla, planowano je tak, żeby na każde kilka ulic przypadała co najmniej jedna szkoła podstawowa, jedno przedszkole i jeden żłobek. Siatkę tę uzupełniano szkołami ponadpodstawowymi różnych typów, dając dzieciom możliwość nauki blisko domu. Rozumiano, że najlepszą drogą do odmiany znanych z przedwojennej literatury zaklętych rewirów jest edukacja i szeroki do niej dostęp. Blisko usytuowana szkoła była kluczowym elementem tej polityki i przynosiło to wymierne efekty.

Dziś nie korzystamy z tej lekcji. Budujemy nowe osiedla pozbawione niemal całkowicie szkolnej i przedszkolnej infrastruktury, a stare ogałacamy z tej, którą odziedziczyliśmy w spadku. Co i rusz słychać o kolejnych falach likwidacji szkół, za każdym razem tłumaczonych niżem demograficznym i wysokimi kosztami utrzymania. Decydenci nie zastanawiają się jednak i często nie mają świadomości, jaki naprawdę wpływ ma to na życie mieszkańców i samych dzieci, podnosząc ręce w zgodnym unisono partyjnej dyscypliny.

Oto mamy łódzki Księży Młyn, dawną robotniczą dzielnicę związaną z zakładami Scheiblera, a później Obrońców Pokoju. Istniała tu od XIX stulecia szkoła, ostatecznie zlikwidowana pod koniec pierwszej dekady obecnego wieku. Szkoła jedyna na terenie osiedla, niepowtarzalna i niezastępowalna. Wraz z nią odszedł też jedyny na osiedlu sklep, wokół którego koncentrowało się życie mieszkańców. Jego właścicielka założyła Klub Kobiet Księżego Młyna, w ramach którego – wraz z innymi chętnymi do działania przedstawicielkami płci żeńskiej – organizowała dla mieszkańców osiedla pikniki i festyny. Pozbawiony uczniowskiej klienteli sklep upadł, a wraz z nim jego właścicielka, zepchnięta w otchłań bezrobocia i pracy na czarno (byle do emerytury), oraz animowany siłą jej woli i energii Klub Kobiet. Dziś na Księżym Młynie toczy się rewitalizacja, ale nie ma już pikników ani festynów.

Weźmy inną łódzką dzielnicę. Stary Widzew i leżący tuż za torami Grembach – kolejne biedne, dawniej robotnicze obszary. Niegdyś każdy z nich miał po jednym przedszkolu, jednej podstawówce i jednej szkole ponadpodstawowej. W 1989 r. zlikwidowano jedno z dwóch przedszkoli, w 1999 – jedną z dwóch szkół podstawowych, tworząc w jej miejscu gimnazjum. W marcu bieżącego roku zlikwidowano obie szkoły ponadpodstawowe, zostawiając na miejscu już tylko jedną podstawówkę, jedno gimnazjum i jedno przedszkole. Likwidacje te nie obyły się bez konfliktów – miejscowe liceum miało być połączone z innym, którego uczniowie żywiołowo zaprotestowali przeciwko spodziewanej inwazji „dresiarzy”, jak pogardliwie określili swoich biedniejszych kolegów. Biedniejszych, ale wcale nie gorzej się uczących. Gdy sprawa ujrzała światło dzienne i przedostała się na łamy prasy, uczniów bogatszej placówki potępiono, ale ziarno niezgody zostało posiane, a wykluczające słowa zapadły głęboko w pamięć, budząc wstyd i frustrację.

Wraz z odchodzącą szkołą ponadpodstawową skończył się świat pewnej kobiety, która żyła w mieszkaniu znajdującym się w szkolnym budynku. Mieszkanie to zajmowała na mocy obietnicy kiedyś danej jej mężowi, który przez kilka dziesięcioleci pracował w szkole. W zamian za swoją pracę i wyrzeczenie się na przestrzeni lat godziwej pensji otrzymał on dla siebie i swojej rodziny dach nad głową. Nie był to przywilej ani nawet dar. Była to rekompensata choć w części wynagradzająca to, że za ciężką pracę człowiek ten otrzymywał niewielkie pieniądze, niewystarczające na znalezienie innego lokum. Obietnica ta obowiązywała nawet po jego śmierci. Została zerwana niedawno, a samotną wdowę, żyjącą z kilkusetzłotowej renty chorobowej, czeka przesiedlenie do lokalu socjalnego, najpewniej znajdującego się w złym stanie technicznym i pozbawionego podstawowych wygód. Przyrzeczenie dane jej mężowi okazało się nic niewarte, ale kto by się przejmował obietnicami danymi zwykłym ludziom, gdy należy dotrzymywać deklaracji złożonych sojusznikom z Ameryki i rynkom kapitałowym?

Likwidując szkoły, likwidujemy nie tylko budynki. Likwidujemy centra, wokół których grupują się lokalne społeczności, a ich zniknięcie pociąga za sobą cały łańcuch następujących po sobie wydarzeń i skutków, które nie zawsze potrafimy dostrzec. Wiele z tych społeczności jest słabych, zniszczonych długimi latami transformacji i permanentnego kryzysu, w którym żyją, a my zamiast pomagać, zabieramy im jedną z ostatnich szans na wydobycie się z biedy. Gdy słyszę o tym, że znika gimnazjum położone w samym środku zidentyfikowanej przez socjologów enklawy ubóstwa, trudno mi powstrzymać emocje, bo w tym samym czasie wydajemy setki milionów złotych na nowe drogi i stadiony, w moim mieście aż dwa. Chowając się za wielkimi inwestycjami, jeszcze bardziej zostawiamy dzieci z biednych dzielnic samym sobie, rzucając im pod nogi kolejne kłody. Najsilniejsze z nich przetrwają i pójdą dalej, niosąc w sobie wieczną krzywdę i urazę. Te słabsze zaś zapadną się w niemocy i już w swojej dzielnicy pozostaną. Dopóki jakaś iskra nie wyprowadzi ich na ulice, gdzie dadzą wreszcie wyraz temu, co myślą o okrutnym, darwinistycznym eksperymencie, który na nich przeprowadziliśmy. Nie chciałbym być wtedy w naszej skórze.

Korczak dla każdego! Albo dla nikogo

Korczak dla każdego! Albo dla nikogo

Dwa pozornie sprzeczne fakty w myśli i praktyce Janusza Korczaka:

  1. Nie miał żadnych złudzeń co do tego, czemu służy szkoła powszechna w nowoczesnym państwie. Dzieci spędza się do klas, sadza w ławkach i każe siedzieć grzecznie i po cichu przez 45 minut lekcji nie po to, aby efektywniej mogły nabywać przydatną im samym wiedzę, ale po to, by wytresować kapitalistom posłusznych robotników, a państwu biuralistów umiejących usiedzieć przy taśmie fabrycznej czy za biurkiem przez osiem (lub więcej) godzin, albo żołnierzy z poboru, niezadających zbędnych pytań i niekwestionujących obowiązujących hierarchii, w lot odgadujących życzenia przełożonego. Szkoła powinna wychowywać, ale czy ona może to czynić, gdzie idzie głównie o karność i o przygotowanie dzieci do przyszłej pracy fachowej? Szkoły zakładane przez państwo działają w interesie państwa i tych klas społecznych, które państwo uznaje za najwartościowsze: szlachty, inteligencji, kapitalistów. Są jeszcze placówki prywatne, o osobnym programie i procedurach, ale ich zadaniem jest także tresura, z tym że tych, którzy będą właśnie przełożonymi. Dzieci, którym szkoła od maleńkości łamie kręgosłupy, którym odbiera wrodzoną żywotność, potrzebę eksploracji i twórczości, cierpią. Tego cierpienia dawno przetrąceni już dorośli nie chcą widzieć, bagatelizują je czy po prostu negują. Reforma szkoły była jednym z najdonioślejszych postulatów Korczaka, a jego wypowiedzi zarówno artystyczne, jak i publicystyczne pełne są propozycji rozwiązań czyniących ze szkoły miejsce przyjazne dziecku, wspierające je w rozwoju i zmieniające świat na lepsze.
  2. Martwił się o wychowanków, dzieci z Domu sierot, które w drodze do szkoły były narażone na zaczepki chrześcijańskich rówieśników i dorosłych, niejednokrotnie bite, lżone i obrażane, okradane z przyborów szkolnych, własnych groszy i skarbów, drugiego śniadania. W latach 30. wypadki takie były coraz częstsze i coraz większe było na nie przyzwolenie, żydowskie dzieci obrywały także od kolegów szkolnych, bywało że i od nauczycieli, za swoją odrębność – nie tylko stroju, języka i rysów, ale także za sieroctwo. Jednocześnie polska szkoła powszechna w swoich metodach i celach różniła się od szkół zaborców może tym, że nie było w niej już oficjalnej chłosty, ale wciąż polegała na unieruchomieniu i ubezwłasnowolnieniu dziecięcego żywiołu.

A jednak Korczak, mimo wahań i zwątpień, nie organizował osobnej szkoły dla swoich wychowanków (poza niekonsekwentnymi epizodami tworzenia miejscowego, w Domu sierot, nauczania dzieci z młodszych klas). Nie tworzył awangardowego, przyjaznego dzieciom instytutu naukowego, dla którego przecież znalazłyby się na Krochmalnej i miejsce, i środki, i entuzjastyczni nauczyciele. Wszystkie dzieci realizowały obowiązek szkolny, chodząc do szkół powszechnych, często oddalonych spory kawał od Krochmalnej, często przechodząc przez ulice i dzielnice, do których matki z dobrych domów zakazywały swoim dzieciom nawet zaglądać.

I taki był, jak można sądzić, zamysł Korczaka: skoro dzieciom przyszło żyć w mieście i kraju, gdzie przechodniowi łatwo oberwać po głowie, a jeszcze łatwiej zostać zelżonym, gdzie Żydowi, choćby wychowywanemu na polskiego patriotę, nie dadzą zapomnieć, że jest pogardzanym obcym, gdzie człowiek upośledzony, choćby sieroctwem, może się spodziewać od bliźnich raczej szyderstwa niż dobrego słowa, to muszą nauczyć się w takim kraju żyć i działać. Radzenia sobie w takich „ulicznych” sytuacjach nie nauczy ich żadna mądra pogadanka, ale właśnie doświadczenie, choćby zdobyte kosztem łez czy podbitego oka. Dziecko samo musi umieć rozpoznać, czy w konkretnej sytuacji bardziej korzystne będzie odcięcie się napastnikowi, ucieczka albo ominięcie podejrzanej grupki szerokim łukiem, próba nawiązania dialogu, rozładowania sytuacji żartem, czy może głośne wzywanie pomocy. Ale jeszcze jedna rzecz była tu istotna. Korczak dbał o to, by dzieci z Domu sierot, mimo że doświadczały szczególnego systemu wychowawczego, nie czuły się z tego powodu odrębne: ani gorsze, ani, co równie ważne, lepsze czy jakkolwiek inne od tych ludzi, którzy nie mieli takiego pecha lub takiej szansy.

Tak jak wychowawcy dbali o to, by społeczne upośledzenie wychowanków nie stało się powodem ich uwewnętrznionego poczucia niższości, tak samo ważne było to, aby ich dobre samopoczucie nigdy i pod żadnym pozorem nie wynikało z ich poczucia wyższości czy bycia elitą. Doniosłość korczakowskiego systemu wychowawczego polegała między innymi na tym, że wbrew polskiej inteligenckiej tradycji nie uważał on, że najpierw trzeba wykształcić elity (nawet takie jak „etycy” jednego z mistrzów Korczaka, Abramowskiego), aby te dopiero zajęły się poprawianiem rzeczywistości. Wychowanie uczestników równego społeczeństwa miało się odbywać tu i teraz, na takim „materiale”, jaki jest i jaki najbardziej wychowawczego trudu potrzebuje, a nie traktowane kadrowo i w nieskończoność odwlekane w czasie. Wychowankowie to ludzie, którzy bez żadnego pośrednictwa wchodzą w interakcje z rzeczywistością. Świat poza Krochmalną miał być i był tak samo ich światem, jak i ten wewnątrz, i z ludźmi z tego świata należało umieć się porozumiewać. Korczak wciąż musiał utrzymywać bardzo trudny balans między prawem dziecka do śmierci, do prawdziwego doświadczania świata takiego, jaki jest, a potrzebą zapewnienia wychowankowi fizycznego i emocjonalnego bezpieczeństwa, uchronienia go przed bezmyślnością i okrucieństwem środowiska, do którego i będzie musiało, i powinno prędzej czy później wrócić. Zdawał sobie sprawę, że separowanie dzieci od zła świata, z którego pochodzą i z którym prędzej czy później będą musiały się mierzyć, będzie w ostatecznym rozrachunku działaniem na ich szkodę, a także działaniem na szkodę świata.

Do korczakowskich metod wychowawczych przyznają się dziś przede wszystkim szkoły prywatne i tzw. społeczne. Cokolwiek mówią o nich foldery reklamowe, są to szkoły elitarne, a uczniowie są selekcjonowani według klucza finansowego i towarzyskiego, czasami dla przyzwoitości darowuje się w nich miejsca uczniom z upośledzonych grup: uchodźcom, niepełnosprawnym itp. Zakładane były od końca lat osiemdziesiątych jako alternatywa dla „komunistycznych molochów”, szkół państwowych, w których panował autorytaryzm, zamordyzm i glajszacht, gdzie o prawach dziecka nikt nie słyszał, a podmiotowości uczniów nikt nie uznawał, gdzie bycie innym, bardziej wrażliwym, bardziej niepokornym skazywało dziecko na szykany ze strony nauczycieli i kolegów. Alternatywa dla wstrętnych molochów: miejsca, w których z uczniami się rozmawia, w których słucha się ich racji i którym stawia się zadania adekwatne do ich indywidualnych zdolności, możliwości i zainteresowań. I, co bardzo często podkreślają zarówno uczniowie tych szkół, jak i ich rodzice, ratunek dla wrażliwego dziecka przed panującą w szkołach publicznych przemocą, przed koniecznością podporządkowania się obyczajom dziecięcego motłochu, nad którym przeciążeni i negatywnie selekcjonowani nauczyciele nie są w stanie zapanować.

Rodzicom trudno się dziwić. Chcą dla swoich dzieci jak najlepiej, a izolowanie ich od zła uważają za święty obowiązek. Najlepiej oczywiście izolować dzieci od świata w szkole działającej w duchu korczakowskim, a więc nie tylko takiej, w której uznaje się jego podmiotowość i ludzką godność, ale bardzo często wręcz kontynuującej takie instytucje, podpatrzone w Domu sierot, jak sąd, do którego można pozwać także nauczycieli, gazeta, w której można pisać, co się chce, samorząd o dużych kompetencjach. A nawet idzie się dalej (ale wciąż w korczakowskim duchu): pozwala się dziecku mazać po ścianach własnej klasy, wychodzić z lekcji w dowolnym momencie, odmawiać wykonania zadania, jeśli nie widzi sensu jego realizacji itp.

Tyle że sam fakt chronienia dziecka przed złem tego świata w taki sposób, że się je od tego zła izoluje, jest bardzo nie w korczakowskim duchu. Przypomnijmy, że Korczak uważał, iż dziecko wychowuje się, uczy sposobów radzenia sobie z życiowymi trudnościami, ale także lepiej się czuje i pełniej żyje, kiedy przebywa w grupie rówieśniczej, a nie wśród najbardziej choćby troskliwych i kochających dorosłych. Jednak czego uczyć się może dziecko umieszczone w grupie rówieśników selekcjonowanych? Tego, że świat normalny, taki, jaki powinien być, składa się właśnie z takich ludzi: sympatycznych, najczęściej przystojnych, porządnie ubranych i mieszkających w ładnych mieszkaniach, słuchających fajnej muzyki, a czasem także z miłych przedstawicieli upośledzonych mniejszości, których szkoła, jej uczniowie i ich rodzice traktują zupełnie tak samo jak wszystkich innych i bardzo pilnują się, aby nigdy nie okazać im własnej wyższości. Z ludzi, którzy oczywiście różnią się stanem posiadania czy zainteresowaniami, ale w gruncie rzeczy podobnych sobie, rozpoznających się nawzajem na pierwszy rzut oka. Z ludzi, którzy mogą się lubić bądź nie lubić, ale jednak mających poczucie przynależności do świata takiego, jaki powinien być.

Owszem, wiadomo, że gdzieś tam na zewnątrz są inni ludzie, czasami także mili i ładni, ale jednak inni. Inni, co się jakoś wyczuwa, a poza tym groźni i nieprzewidywalni – trzeba się przecież od nich izolować, co jest kosztowne i nieraz wymaga wyrzeczeń kochających rodzin. Oczywiście TAMCI inni wcale nie muszą być winni temu, że są tacy, jacy są, często są po prostu pokrzywdzeni przez los, potrzebują pomocy i przyzwoici ludzie ze świata takiego, jakim powinien być, pomagają im, działają dla nich, zostają wolontariuszami i zakładają organizacje pożytku publicznego, a nawet odwiedzają siedziby i miejsca gromadzenia się TAMTYCH. Ale w sumie niewiele to daje. TAMCI, mimo że tyle się dla nich robi, wciąż pozostają groźni i nieprzewidywalni, no bo przecież wciąż się trzeba od nich izolować.

Oczywiście sarkazm i przejaskrawienie już ode mnie pochodzą, a nie od Korczaka, a jednak sądzę, że praktyczne pomysły pedagoga i (zwłaszcza) myśliciela oraz innowatora społecznego, którego podziwiam, pozbawione oryginalnego kontekstu, a umieszczone w zupełnie innym, zamieniają się czasami we własną karykaturę. Bo oto w dzisiejszej Polsce mamy realnie do czynienia z sytuacją bardzo ostrego podziału. Mamy system edukacji powszechnej, wiecznie niedofinansowany, pozbywający się kolejnych kompetencji i, choćby z racji finansowych oszczędności, traktujący uczniów w sposób daleki od podmiotowości (nauczyciel, któremu dane było odczuć różnicę między pracą z dziesięcioosobową a trzydziestopięcioosobową grupą, wie, o czym mówię). Mamy edukację powszechną, która może niezbyt skutecznie uczy historii czy chemii, ale bardzo skutecznie wpaja wychowankowi przekonanie o tym, że jego opinia lub wola są nieistotne, a najważniejszym życiowym zadaniem jest się do systemu przystosować, ulec mu, być posłusznym. I mamy edukację społeczną lub prywatną, z której duża część odwołuje się do korczakowskiej myśli i praktyki, a więc wpaja uczestnikowi głębokie poczucie własnej odrębności, godności, podmiotowości. Ale wpaja także przekonanie o wyjątkowości i odrębności jej beneficjentów, wzmacniane wręcz przez ideologie mówiące o konieczności społecznego działania na rzecz TAMTYCH. System nasz kształci więc masy składające się z jednostek z wpojonym przekonaniem o braku własnej podmiotowości i sprawczości oraz elity swobodne, pewne siebie, twórcze.

I tak to biedny Korczak stał się patronem systemu tworzącego głębokie mentalne podstawy utrwalającego się społecznego podziału. No ale przecież nie będę apelował do twórców, nauczycieli i społeczności szkół społecznych, żeby przestali czerpać z dorobku i intencji Korczaka, które w swojej praktyce, chcą czy nie chcą, muszą wykoślawić. Zresztą nazwiska Korczaka używam tu bardziej jako symbolu pewnych wychowawczych wartości: szacunku dla woli i godności wychowanka, zrozumienia jego odrębności, personalnej relacji wychowanków z wychowawcami, unikania narzucania gwałtem pożądanej wiedzy czy postaw, równości. Widzę tylko, że przecież ów niesprawiedliwy podział został w dużej mierze zaprojektowany i z uporem godnym lepszej sprawy jest podtrzymywany przy życiu przez tych samych ludzi, którzy zakładali szkoły w duchu niezgody na szkolny glajszacht i zamordyzm, na szkołę zmuszającą do zapamiętywania informacji, a nie skłaniającą do myślenia, do refleksji nad światem. Wspomnijmy choćby jedną z czołowych twórczyń reformy edukacji w rządzie Buzka, Irenę Dzierzgowską, współtwórczynię słynnego warszawskiego liceum na Bednarskiej, czy niedawną minister edukacji Katarzynę Hall, współtwórczynię i długoletnią dyrektorkę Gdańskiego Liceum Autonomicznego. I apeli nie wygłaszając, wyrażę tylko zdumienie: dlaczego ludzie ze środowisk szkół społecznych, skoro ich szkoły działają świetnie, wypuszczają mądrych, miłych i ładnych, radzących sobie w życiu absolwentów, nie zrobią wszystkiego – gdy tylko mogą – aby wszystkie szkoły przypominały ich szkoły, a cały system edukacyjny opierał się na takiej wizji wychowanka, jak system stworzonych przez nich placówek? Czemu nie wołają: Korczak dla każdego! (Albo dla nikogo?) Bo tak jakoś wygląda, jakby wierzyli, że ludzie się fundamentalnie różnią: ci, którzy chodzą do ich szkół, powinni być traktowani podmiotowo, a pozostałych trzeba brać za mordę i/lub obdarzać szlachetną działalnością społeczną.

Lewica Smoleńskiem silna?

Lewica Smoleńskiem silna?

Gdzieś na kartach „Lalki” opisana jest scena, w której pannę Izabelę Łęcką odwiedza dwóch dandysów z arystokracji. Młodzieńcy chwalą się, że na przyjęciu jedli kaszę tatarczaną z wykwintnej zastawy. Są zachwyceni, że dane im było uczestniczyć w tak ekscentrycznym posiłku. Czyżby w modnych ostatnio dyskusjach o „lewicy smoleńskiej” pobrzmiewały podobne – co do natury rzeczy – snobizm i moda?

Dyskusja o „lewicy smoleńskiej” toczy się głównie w niewielkich kręgach ideowo-środowiskowych. Warto więc pokrótce przypomnieć kilka istotnych tekstów dotyczących tego określenia i wiążących się z nim dyskusji i interpretacji. Bodaj najważniejszy jest artykuł kilku redaktorów Nowych Peryferii: „Smoleńsk, k…!”. Istotna jest również publicystyka Agaty Czarnackiej, która rozpropagowała określenie i z całym zaangażowaniem podtrzymuje debaty na ten temat. Polecam jej artykuł „Lewica smoleńska”, o tyle znamienny, że w krąg tego efemerycznego zjawiska wpada nawet „Nowy Obywatel”, a także lewicujące środowisko katolickie z pisma „Kontakt”. To wszystko nieźle pokazuje definicyjny galimatias. Warto także przeczytać artykuł Katarzyny Kądzieli „Pytam o Smoleńsk…” – to właściwie najmocniejszy tekst, który można by uznać za samookreślenie, nie zaś opis „lewicy smoleńskiej”. Z kolei krytycznie do zjawiska odniosła się Hanna Gill-Piątek w felietonie „Biało-czerwoną wprowadzić”. W dyskusji o lewicy smoleńskiej dość łatwo zatem określić – na podstawie lektury ww. publicystyki – kto używa tego terminu. Ale o wiele trudniej znaleźć środowiska, które identyfikowałyby się z taką nazwą. To także pokazuje, z jak nieczytelnym fenomenem mamy do czynienia.

Można odnieść wrażenie, że lewica w Polsce uwielbia przeskakiwać ze skrajności w skrajność. Jeszcze niedawno poza obyczajowymi hasłami niewiele więcej dostawaliśmy w ramach głównej lewicowej narracji. Natomiast dziś głowy i pióra aż huczą od Smoleńska. To, co przed chwilą budziło jednoznaczne potępienie i nieledwie wykluczało z małego, lewicowego światka, nagle staje się całkiem nieźle widzianym ekscentryzmem. Jakby goszystom brakowało już innych podniet i postanowili znaleźć sobie nową modę lub pięć minut sławy na publicystycznych salonach, dzięki uruchomieniu „smoleńskiej narracji”, której ujęcie budzi ciekawość także na prawicy.

Przejaskrawiam? Być może. Ale ciekaw jestem, kiedy lewica zajmie się wreszcie, z poczucia przyzwoitości i w imię własnych zobowiązań i tradycji, czymś innym. Na przykład na poważnie podejmie problemy społeczno-gospodarcze i debaty o nich. Podkreślam – na poważnie, czyli bez traktowania ich jako kwiatka do kożucha, jako oboczności czy wątku bez większych konsekwencji dla postaw i własnych założeń ideowych. Bo póki co, jak się wydaje, moda okołosmoleńska przypomina kolejny sposób na ucieczkę od tematów, które niegdyś bardzo interesowały naszych lewicowych przodków.

Nie piszę tego, żeby deprecjonować znaczenie Smoleńska. Nie jestem zwolennikiem ekonomii funkcjonującej poza rzeczywistością społeczną czy kulturową. Interesuje mnie lewicowość także w odniesieniu do patriotyzmu czy religii. Doceniam również fakt, że redaktorzy Nowych Peryferii bardzo rzetelnie potraktowali temat „smoleński” we właściwym dla swojego portalu kluczu postkolonialnej i peryferyjnej dyskusji o polskiej specyfice (geo)politycznej. Nie mam jednak pewności, co dalej. Czy nie budujemy kolejnej trampoliny ku nadrzeczywistości? Czy znów nie zapominamy, że mamy bardzo konkretne zobowiązania wobec polskiego społeczeństwa i tych grup, które powinny być punktem odniesienia dla lewicy? Zobowiązania te dotyczą – brzydko mówiąc – bazy. I nie idzie o patos, ale o bardzo prozaiczne uznanie choćby faktu, że fundamentalny podział na prawicę i lewicę dotyczył konkurencyjnych ideologii i sposobów rozumienia polityczności i ekonomii. Odnosił się również do sporu koncepcji egalitarnych z hierarchicznymi/wykluczającymi, do innego zdefiniowania znaczenia pracy i praw świata pracy, jego odniesienia do beneficjentów kapitalizmu, a zatem klasy średniej, burżuazji i oligarchii.

W moich rodzinnych stronach nie ma już połączeń kolejowych, komunikacja autobusowa też prawie nie występuje. Wiem, że wracam do tych kwestii dość obsesyjnie, ale to jest kawałek (zapomnianej) Polski, z którego wyrastam. To świat niemal zupełnie zepchnięty na margines przez triumfalizm ideologii i ideologów realnego liberalizmu. Wobec kogo odczuwać mam etyczne zobowiązanie lewicowca, jeśli nie wobec miejsc spustoszonych modelem polskiej transformacji? A antyspołeczne przemiany wciąż postępują, sprawnie hierarchizując przestrzeń wedle logiki bogactwa, przywilejów i wpływów. Poza tym młodzi mają problemy ze znalezieniem stałej pracy i określeniem sensownych, długofalowych planów życiowych. Grozi im wieczna prowizorka, praktyczna realizacja neoliberalnej gadaniny o wolności: żyj, wegetuj, prostytuuj się za grosze albo emigruj. Żyj i zgrzytaj zębami – na jawie lub we śnie. Żyj z wdrukowanymi w łepetynę wolnorynkowymi kalkami, choć właśnie przejeżdża ciebie i twoje otoczenie społeczne walec żelaznych, neoliberalnych konieczności, które uczynią cię albo frajerem, albo tępym, amoralnym cwaniakiem, albo nieco dziwacznym typem skrajnego indywidualisty, tęskniącego za wartościami i „porządnym społeczeństwem”.

Nieustannie otrzymujemy sygnały o kolejnych formach demontażu prospołecznych funkcji państwa na poziomie centralnym i lokalnym. Mamy za sobą reformę emerytalną, a przed sobą jej skutki społeczne. Mamy zapowiedzi dalszej dewastacji prawa pracy. Platforma Obywatelska nie odpuszcza – jako partia beneficjentów transformacji posiada bardzo silne zaplecze medialne i wciąż dość duże poparcie elektoratu. Bezkarność PO wzmacnia także fakt, że właściwie jej przeciwnicy o sprawach społeczno-gospodarczych myślą często bardzo podobnie. Tyle że ci drudzy wierzą, że Tusk to obecnie socjalista, bo panicznie szuka pieniędzy także w kieszeniach części swych uboższych wyborców. Oni sami zaś daliby Polsce „prawdziwy wolny rynek”. Pytanie, skąd by go wzięli, uważam za otwarte. Zapewne z czytanek drukowanych w „Najwyższym Czasie”, albo wypożyczyliby go z ambasady USA. W końcu nikt się tak nie zna na wolnym rynku jak Amerykanie, co najdobitniej pokazały niedawne wojny o ropę.

To, co robi rządząca partia, powinno być zatem dzień w dzień na ustach lewicy. Ale na lewicy zaczęliśmy teraz kolejną paplaninę – na temat kaszy tatarczanej. Wyobrażam sobie, jak lekko, łatwo i przyjemnie będą się wzajem przekomarzać publicyści lewicy kawiorowej z „lewicą smoleńską”. Mogę się oczywiście mylić, ale pouczanie albo pochylanie się nad tą drugą może pomóc specjalistom od zarządzania ideami znów odwrócić uwagę publiki od wspomnianych już arcybanalnych, lecz niezmiernie ważnych kwestii bazy. I ponownie okaże się, że zamiast dyskusji o meritum, nawet w kontekście tak drażliwych zagadnień jak „lewica a patriotyzm”, mamy kolejną modę, następną zasłonę dymną rozsnutą nad rzeczywistością.

Tak, Smoleńsk jest tematem ważnym (geo)politycznie. Warto także w jego kontekście umieć czytać dzisiejsze problemy społeczne i polityczne. Ale moda na „lud smoleński” przypomina nieco paternalistyczne iluzje znanej z XIX wieku chłopomanii. Ta zaś kończyła się albo kompromitacją, albo (wzajemnymi) rozczarowaniami. Historyczny sukces PPS i innych formacji autentycznej lewicy wynikał z klasowego rozpoznania potrzeb i perspektyw mas. W tym sensie „lewica smoleńska” odrobiła co najwyżej część lekcji – określiła się wobec symbolicznego (i realnego) politycznego sporu. Ale lewicę w Polsce odzyskamy dopiero wówczas, gdy ta w pełni świadomie wyniesie na swe sztandary hasła sprawiedliwości społecznej w najbardziej elementarnym sensie troski o realia społeczno-gospodarcze i o jakość państwa. Musimy także pytać o aktywność obywatelską. Powiem w skrócie: zostawmy prawicy miesięcznice, nie szydząc z nich. Ale sami propagujmy spółdzielczość, uczciwą działalność pozarządową, wspierajmy – na ile potrafimy – „tematyczne” ruchy społeczne itp. Dopóki tego nie będzie – także „lewica smoleńska” będzie kawiarnianym snobizmem, zabawką doktorantów, publicystów i hipsterskiej lewicy, szukających nowych podniet dla swoich podniebień.

Media naprawdę społecznościowe

Media naprawdę społecznościowe

Triumfalny pochód Facebooka trwa. Według oficjalnych statystyk już ponad miliard ludzi korzysta z tego portalu społecznościowego. Jak uczy historia Internetu, nic nie trwa jednak wiecznie. Kto dziś korzysta jeszcze z popularnego przed kilkoma laty serwisu Myspace czy Nasza Klasa? Co się stało z pionierem wśród polskich portali społecznościowych, którym było Grono.net? Być może, gdy ze sceny zejdzie Facebook, nastanie czas Diaspory.

Za pieniądze społeczności

W lutym 2010 r. Eben Moglen, profesor prawa na Uniwersytecie Columbia, podczas wykładu wygłoszonego w nowojorskim oddziale organizacji Internet Society określił scentralizowane serwisy społecznościowe mianem „szpiegowania za darmo”. To zainspirowało czterech studentów, żeby stworzyć rozwiązanie alternatywne wobec takich portali jak Facebook – zdecentralizowaną sieć społecznościową. Nazwali ją Diasporą.

Ilya Zhitomirskiy, Dan Grippi, Max Salzberg i Raphael Sofaer nie mieli jednak wystarczających funduszy, żeby zrealizować swój pomysł. Postanowili więc sięgnąć do kieszeni internautów. W tym celu 24 kwietnia 2010 r. rozpoczęli w serwisie Kickstarter kampanię mającą na celu pozyskanie odpowiednich środków finansowych.

Kickstarter to anglojęzyczna platforma służąca organizowaniu zbiórek pieniędzy na sfinansowanie różnych projektów (tzw. crowdfunding, czyli finansowanie społecznościowe). Pomysł jest prosty. Każdy internauta może zadeklarować dowolną kwotę – nawet niewielką – którą chce wesprzeć jakieś przedsięwzięcie. Pomysłodawca projektu ustala zaś, jaka kwota jest mu potrzebna na jego sfinalizowanie. W danym czasie (na przykład w miesiąc) cel finansowy musi zostać osiągnięty. Tylko wtedy pomysłodawca otrzymuje pieniądze od osób, które zdecydowały się dołożyć do puli. W przeciwnym wypadku kampania kończy się niepowodzeniem i projekt nie otrzymuje żadnego wsparcia.

Pomysłodawca na wstępie ustala, jakie „wynagrodzenie” otrzymają wpłacający. Przykładowo gdy przedmiotem zbiórki jest wydanie książki, może zaoferować, że każdy, kto zadeklarował kwotę w wysokości co najmniej 5 dolarów, otrzyma – gdy książka zostanie wreszcie wydana – jej elektroniczną wersję, co najmniej 20 dolarów – jej wersję papierową, co najmniej 1000 dolarów – zostanie wymieniony w książce jako współwydawca. Serwis Kickstarter, jako pośrednik w organizacji zbiórek, pilnuje, żeby pomysłodawca, którego kampania zakończy się sukcesem, wypełnił złożone zobowiązania.

Młodzi programiści zadeklarowali, że na stworzenie Diaspory potrzebują 10 tys. dolarów. Cel został osiągnięty już po kilkunastu dniach od rozpoczęcia zbiórki. Ostatecznie prawie 6,5 tys. osób przekazało na Diasporę ponad 200 tys. dolarów. Najwięcej było wpłat w przedziale od 25 do 50 dolarów. Cztery osoby wsparły projekt kwotą powyżej 2 tys. dolarów. Wśród „inwestorów” był nawet założyciel Facebooka Mark Zuckerberg. Twórcy odwdzięczyli się, przekazując darczyńcom różne gadżety związane z Diasporą, a najbardziej szczodrym internautom – komputery, na których mogli oni zainstalować własne wersje Diaspory.

W maju 2010 r. rozpoczęły się prace nad stworzeniem oprogramowania dla portalu, a pod koniec listopada tego samego roku pierwsza grupa użytkowników mogła już korzystać z nowej sieci społecznościowej.

Dla społeczności

Nazwa nie jest przypadkowa. Zgodnie z definicją z Wikipedii „diaspora to słowo pochodzenia greckiego, oznaczające rozproszenie członków danego narodu wśród innych narodów lub też wyznawców danej religii wśród wyznawców innej”. Istotą Diaspory jest właśnie rozproszenie – każdy, kto tylko chce i potrafi, może założyć serwer z własną wersją tego portalu społecznościowego. Ta swoista decentralizacja ważna jest z kilku powodów. Przede wszystkim gwarantuje prywatność i bezpieczeństwo danych – a są to dobra we współczesnym świecie coraz bardziej cenne i coraz częściej w rażący sposób naruszane.

Od strony technicznej owo rozproszenie możliwe jest dzięki temu, że serce Diaspory – oprogramowanie stworzone pierwotnie przez Ilyę, Dana, Maksa i Raphaela – opublikowane zostało na wolnej licencji AGPL, do czego twórcy zobowiązali się już podczas zbiórki pieniędzy w Kickstarterze. Dzięki „uwolnieniu” kodu źródłowego każdy zainteresowany może ściągnąć oprogramowanie za darmo z Internetu, korzystać z niego, rozpowszechniać je, a nawet współtworzyć.

Gdy zainstalujemy Diasporę na własnym serwerze, mamy pełną kontrolę nad danymi udostępnianymi za jej pośrednictwem – są one bowiem przechowywane tylko u nas. Wszystko, co umieszczamy na naszym profilu w Diasporze – zdjęcia, filmy, teksty – należy w dalszym ciągu do nas. To my decydujemy, w jaki sposób i komu treści te będą pokazywane. My pozostajemy ich właścicielami.

Korzystając z takich serwisów jak Facebook, musimy mieć świadomość, że dane, którymi się dzielimy z tym portalem, niekoniecznie należą tylko do nas. „Użytkownik – czytamy w regulaminie Facebooka – przyznaje nam niewyłączną, zbywalną, obejmującą prawo do udzielania sublicencji, bezpłatną, światową licencję zezwalającą na wykorzystanie wszelkich publikowanych przez siebie treści objętych prawem własności intelektualnej w ramach serwisu Facebook lub w związku z nim”. Nie powinniśmy się zatem dziwić, gdy pewnego dnia zobaczymy np. swoje zdjęcie w reklamie na jakiejś stronie internetowej.

W przypadku Diaspory nie tylko żadna firma nie będzie handlowała naszymi danymi – obojętnie czy za naszym przyzwoleniem, czy za naszymi plecami – ale też nikt w łatwy sposób ich nie wykradnie. Pomimo że duże portale społecznościowe wydają przypuszczalnie ogromne sumy na zabezpieczenie infrastruktury informatycznej, od czasu do czasu można usłyszeć o przypadkach włamań do kont użytkowników, i to na masową skalę. Ze względu na zdecentralizowany charakter Diaspory podobne sytuacje są w jej przypadku raczej niemożliwe.

Rozproszenie sieci ma jeszcze jedną zaletę. Dobrze wyjaśnili to sami twórcy Diaspory w jednym z wpisów na blogu z września 2011 r.: „Dzięki rozproszonej strukturze naszej sieci żadna wielka korporacja nigdy nie przejmie kontroli nad Diasporą. Diaspora nigdy nie sprzeda twojej wirtualnej tożsamości reklamodawcom, nikt nigdy nie narzuci ci swojego regulaminu i nie będziesz musiał(a) patrzeć za siebie, zanim coś powiesz”.

Jeśli nie mamy czasu lub nie potrafimy założyć własnego serwera Diaspory, możemy po prostu utworzyć profil na jednym z już istniejących. Decydując się na takie rozwiązanie, musimy pamiętać, że jest ono mniej bezpieczne, gdyż – tak samo jak w przypadku większości serwisów internetowych – nasze dane zapisywane są na obcym urządzeniu i ktoś może je podejrzeć. Pod adresem internetowym http://podupti.me znajduje się lista publicznych serwerów Diaspory wraz z ocenami wystawionymi im przez samych użytkowników. Serwery te często utrzymywane są z dobrowolnych składek. Niemiecki Geraspora publikuje nawet swego rodzaju sprawozdania finansowane, co ma zapewnić transparentność. Oficjalny serwer Diaspory prowadzony przez jej założycieli dostępny jest pod adresem http://joindiaspora.com.

Diaspora oferuje najbardziej przydatne funkcje znane z innych portali społecznościowych – tagi, bezpośrednie wiadomości do innych użytkowników, przycisk „Lubię to”. Jedną z ciekawszych opcji są tak zwane „Aspekty”, czyli grupy znajomych, które najprawdopodobniej były inspiracją dla „Kręgów”, obecnych w Google+. Rejestrując się na jednym z serwerów Diaspory (własnym lub prowadzonym przez kogoś innego), nasze konto tworzone jest tylko na nim. Mimo tego nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy komunikowali się z dowolnym użytkownikiem Diaspory, bez względu na to, gdzie się zarejestrował. Możliwe jest również powiązanie naszego profilu z Diaspory z kontami, które posiadamy w serwisach Facebook, Twitter czy Tumblr. W przyszłości dostępna będzie również możliwość przenosin profilu pomiędzy różnymi serwerami Diaspory.

W rękach społeczności

12 listopada 2011 r. Ilya Zhitomirskiy popełnił samobójstwo. Był to spory cios dla wszystkich zaangażowanych w projekt. Prace nad Diasporą zwolniły. Kwota 200 tys. dolarów zebrana na początku również szybko stopniała – choć jak wynika z opublikowanego sprawozdania finansowego, została wydana oszczędnie. Poza tym jeśli porównać tę sumę z nakładami finansowymi, które przeznaczane są na rozwój takich serwisów jak Facebook czy Google+, wydaje się ona śmiesznie mała.

A jednak Diaspora nie umarła. Jej interfejs przetłumaczony został na wiele języków świata. Oprogramowanie wciąż jest ulepszane przez szerokie grono wolontariuszy. Pojawiają się nowe funkcje. Choć trudno – ze względu na budowę sieci – przytoczyć dokładne statystyki, liczba jej użytkowników zdaje się rosnąć.

27 sierpnia 2012 r. twórcy Diaspory ogłosili na blogu, że zarządzanie projektem powierzone zostaje ogółowi użytkowników tej sieci. Nie oznacza to wcale, że młodzi programiści porzucili swoje dzieło – zdemokratyzowali jedynie proces podejmowania decyzji, co może zdynamizować rozwój Diaspory.

Jej los leży teraz w rękach społeczności użytkowników. Los Internetu – a ten ma w coraz większym stopniu przełożenie na pozostałe fragmenty rzeczywistości – zależy natomiast od nas wszystkich. Monopolizacja kanałów komunikacji stanowi poważne zagrożenie nie tylko dla naszych wirtualnych tożsamości. Pora zdać sobie z tego sprawę.

Diaspora to krok w dobrym kierunku. Nawet jeśli to nie ona pokona Facebooka i jemu podobnych (na horyzoncie już pojawiają się nowe inicjatywy, które mogą tego dokonać – patrz ramka), jej rola jako prekursora jest tu nie do przecenienia. Rozproszona, demokratyczna struktura to konieczny kierunek rozwoju mediów. W przeciwnym razie będziemy skazani na coraz bardziej scentralizowaną – a więc coraz bardziej podatną na cenzurę – komunikację oraz narastający deficyt prywatności. Już teraz korzystają z tego różnego rodzaju służby inwigilujące nas w imię źle pojętego bezpieczeństwa, a także podmioty komercyjne, które wciąż tylko kombinują, jak nam coś wepchnąć.

Mateusz Batelt


Pieniądze leżą… w Internecie

Finansowanie społecznościowe zdobywa popularność również w Polsce. Istnieje już kilka polskich portali internetowych pośredniczących w crowdfundingu:

Diaspora przetarła szlaki

Diaspora to nie jedyna rozproszona sieć społecznościowa. Oto kilka innych ciekawych przedsięwzięć mogących pomóc zdecentralizować internet:

O lepszą Europę?

O lepszą Europę?

Wydana przez środowisko Zielonych książka „Gra o Europę” byłaby ważnym głosem w dyskusji o przyszłości Unii Europejskiej i naszego kraju. Byłaby, gdyby… taka dyskusja miała miejsce. Niestety krajowe debaty polityczne od dawna nie grzeszą merytoryką, również stanowiska w sprawach europejskich różnych partii ograniczają się do sloganów. Prosty podział na zwolenników dzisiejszego kształtu integracji oraz eurosceptyków nie jest wyłącznie polską specyfiką, lecz dotyka nawet Europarlament, dla którego potrzeba głębokiej refleksji nad ideą wspólnoty powinna być oczywista. Największy kryzys Starego Kontynentu od czasu wojny jedynie polaryzuje stanowiska, tworząc dwa coraz bardziej odległe bieguny opinii europejskiej.

„Gra o Europę”, będąca zbiorem tekstów i wywiadów różnych autorów o ekologicznych i prospołecznych poglądach, odbiega od tego schematu. Twórcy książki wskazują, że dotychczasowy model UE zawiera fatalne błędy systemowe, których podtrzymywanie zagrozi społeczeństwu nie tylko materialną degradacją, ale i niebezpiecznymi przemianami społeczno-politycznymi. Dlatego właśnie uważają, że Unia Europejska wymaga radykalnej naprawy. Już na wstępie przewodniczący „Zielonych” ukazują wielką skalę tego wyzwania, zapowiadając poważne zmierzenie się z krytyką pod adresem UE. Deficyt demokracji, bezrobocie, ksenofobia, niszczące działania finansjery – te wszystkie problemy zasługują na potraktowanie ich jako stanu wyjątkowego.

Odpowiedzią zielonych jest alterfederalizm, dążący do wzmocnienia więzi wspólnotowych, lecz – jak pisze Łukasz Moll – „na innych zasadach niż w ostatnich kilkunastu latach”. Aby uratować europejski projekt, Zieloni dokonują jego głębokiej krytyki, wskazując na kierunki koniecznych zmian.

W sferze politycznej Zieloni domagają się przewartościowania. Najwięcej na ten temat mówi ostatni tekst w książce, autorstwa Adama Ostolskiego. Jest tam wyrażone przekonanie o potrzebie nowego, oddolnie demokratycznego procesu politycznego. Inną ważną ideą autorów jest wskazanie na potrzebę solidarności, tak wewnątrzunijnej, jak też np. z imigrantami spoza UE. Byłaby to, jak symbolizuje okładka, „Europa mrówek” zamiast dzisiejszej „Europy mrówkojadów”, w której małe podmioty służą silniejszym. Oligarchiczne trendy federalizmu miałyby być zatrzymane poprzez takie działania jak regulacje rynków finansowych, większy budżet czy społeczna kontrola i odpowiedzialność Europejskiego Banku Centralnego za dobrobyt. Tu zresztą dochodzimy do kwestii ekonomii politycznej, która ma decydujące znaczenie dla przyszłości Europy.

Zieloni o gospodarce mówią dużo, często głosami dość uznanych ekonomistów, jak Dimitri Papadimitriou. To służy powadze książki i debacie, pozwalając czytelnikowi poznać różne (choć niekoniecznie bardzo się różniące) opinie komentatorów na temat kryzysu i sposobów jego przezwyciężania. Fakt koncentracji uwagi na kwestiach gospodarczych (zamiast np. mało płodnych programowo subkulturach protestu) mocno osadza marzenia Zielonych o lepszym jutrze w rzeczywistości, nadając im realniejszych kształtów. To zdecydowanie pożądane połączenie: sam optymistyczny idealizm z jednej strony, ani sam realistyczny pragmatyzm z drugiej nie są w stanie dokonać trwałych pozytywnych zmian – ten pierwszy zbyt szybko zatraca się, ten drugi zniechęca. Poza wszystkim, tak wyczerpujące potraktowanie tematu kryzysu jest po prostu potrzebne.

Gospodarka, bracie!

Mamy więc w „Grze…” dobrą, czasami bardzo dobrą analizę kryzysu, w jakim znajdują się gospodarki europejskie. Dla zrozumienia tego, co dzieje się w UE od ostatnich kilku lat, cofamy się o jeszcze dodatkowych kilkanaście – do traktatu z Maastricht. Ustalone w Maastricht kryteria konwergencyjne dla państw wchodzących w skład unii walutowej nie wzięły pod uwagę struktury (oraz kultury) gospodarczej różnych państw. Modelem były Niemcy, kraj historycznie paranoicznie podejrzliwy wobec perspektywy inflacji, o nowoczesnym przemyśle i tradycji porozumień pracowników i pracodawców w sprawie płac. Tymczasem inne kraje rozwijały się również nieźle, lecz w inny sposób, np. dewaluującym liry Włochom oprócz dobrobytu przybywało w szybkim tempie zer na banknotach. Początek lat 90. to jednak okres dominacji ideologii neoliberalnej, której jednym z filarów jest dogmat niezależnego banku centralnego, dbającego o stabilność cen. Próba koordynacji polityki pieniężnej dla różnych krajów okazała się być równie karkołomna, co powożenie zaprzęgiem z koniem, osłem i żyrafą.

Niektórzy autorzy sugerują – czasem nieśmiało, czasem dość otwarcie – potrzebę wyjścia niektórych państw ze strefy euro. Adam Ostolski przy tej okazji wysuwa postulat walut lokalnych, co przy komplementarności z walutą senioralną ma swoje zalety (i już się dzieje np. w Szwajcarii, w Bristolu itd.). Sporo miejsca poświęcono bankom i sektorowi finansowemu, słusznie upatrując w zmianie tej sfery jednego z kluczowych elementów programu odnowy. Postulowane jest m.in. wprowadzenie podatku od transakcji finansowych, ale też wiele innych, bardziej technicznych rozwiązań. Pascal Canfin sugeruje rozwiązania problemu zmniejszenia bazy aktywów (a zatem również aktywności kredytowej) banków prywatnych poprzez oszczędności na bankierach i akcjonariuszach banków, zaś Jean Lambert mówi o potrzebie dostosowania przemysłu do nowej ery. Brzmi obiecująco. Cała książka zaś warta jest przeczytania chociażby po to, aby dowiedzieć się jak powstała organizacja Finance Watch, której historia pokazuje pozytywny impuls klasy politycznej i przeczy defetyzmowi przeciwników próby zmiany rzeczywistości poprzez działania polityczne.

Krytyka neoliberalnego porządku jest w „Grze…” równoważona elementami programu pozytywnego. Zabójczej polityce „wyścigu na dno” poprzez zmniejszanie kosztów pracy Zieloni przeciwstawiają programy inwestycyjne, zmniejszanie nierówności i…ekologię.

Ekologicznie i ekonomicznie?

Koncepcji Zielonego Nowego Ładu, polegającej na inwestycjach wielkiej skali, m.in. w zielone technologie i źródła energii odnawialnej, poświęca się w USA i Europie coraz więcej uwagi. Ta idea pojawia się w kilku miejscach w książce, przedstawiana jako rozumny wyraz myślenia o przyszłości i wskazanie, że dobrobyt społeczny, w tym ten najbardziej podstawowy (materialny), nie stoi w sprzeczności z przejściem na „zieloną stronę mocy”, lecz jest z nią powiązany. Mam jednak wrażenie, iż ta kwestia nie została w książce jednoznacznie rozstrzygnięta.

Odważnemu stawianiu sprawy i mierzeniu się z przyczynami krytyki i niepokoju eurosceptyków powinno towarzyszyć podchodzenie z respektem do głosów zaniepokojonych o społeczno-gospodarczy wymiar wpływu przestawienia energetyki na zielone tory. Trzeba przyznać z uznaniem, iż Bartłomiej Kozek nie ignoruje tematu, mierząc się z argumentami zaniepokojonych. Jest zresztą charakterystyczne dla całej publikacji, że troska o wymiar społeczny nadchodzących wyzwań nie ustępuje tu aspektowi ekologicznemu. Bardzo znamienne, iż fragment: „odejście od filozofii wzrostu opartego na grabieżczej eksploatacji zasobów Ziemi na rzecz filozofii trwałego rozwoju” od razu nasuwa skojarzenia ze znakomitymi pracami Lesława Michnowskiego, prezesa Klubu Twórców Ekorozwoju, od lat nawołującego do ekospołecznej zmiany na rzecz trwałego rozwoju, sprzeciwiającego się polityce „zero wzrostu”. Filozofia ekomyślenia Kozka jest podobna, wskazuje on na potencjał kreacji nowoczesnego przemysłu w oparciu o nowe technologie.

Faktem jest, iż koszty uzyskania zielonej energii stale maleją i nie jest wykluczone, że za niedługi czas mogą stać się częścią nowego przełomu naukowo-technicznego. Jednak przekonanie, iż „transformacja ekologiczna daje szansę na spokojne, bezbolesne »wyciąganie górników na słońce« poprzez przekwalifikowanie ich do rozwijających się sektorów zielonej gospodarki” – wydaje się przesadnym optymizmem. Nawet jeżeli nowe zielone technologie rzeczywiście stają się coraz bardziej wydajne, nie oznacza to, że wszystkie działania spod znaku rozwoju tej dziedziny muszą być pozytywne dla Polski. Autorzy przyznali, iż dekadę temu dość naiwnie niektórzy z nas zawierzyli samoistnemu żywiołowi europejskiemu – Unia i wszystko z niej płynące zdawało się być koniecznością dziejową, postępem. Podobnie może być z naszym stosunkiem do „zielonej gospodarki”.

Niewątpliwie Polska jest daleko z tyłu, jeśli chodzi o przewagi konkurencyjne w zielonych technologiach. Niewątpliwie też dalsze ograniczanie pozwoleń emisyjnych (tzw. backloading) i wzrost ceny emisji umocniłoby gospodarki już dziś silniejsze od naszej. Jednocześnie polski stopień uzależnienia od technologii średnio-emisyjnych nie może być drastycznie zmniejszany bez pogorszenia konkurencyjności naszej gospodarki. Trudno jest więc nie zgodzić się z opinią ministra środowiska, iż dalsze drastyczne ograniczanie emisji jest po prostu dyskryminujące w stosunku do naszego kraju i jest rozwiązaniem, które polepsza gospodarczą pozycję państw bogatych.

Postulaty ekologiczne są z natury rzeczy postulatami troski zarówno o środowisko, jak i o człowieka – leżą w ich wspólnym interesie. Myślę, że byłoby wielką szkodą dla potrzebnego ruchu ekologicznego, gdyby skanalizował swe działania w hurraoptymistycznym lobbingu na rzecz zbyt szybkiego i niepoliczonego wdrożenia rozwiązań potencjalnie szkodzących dobrobytowi społecznemu. Tak jak z rozsądkiem powinniśmy umieć patrzeć na dobro, jakim jest (lub może być) Unia, tak też rozsądna polityka ekorozwoju powinna być umiejętnie wymierzona. W naszej historii zbyt długo liczyły się tylko „dobre intencje” – już czas mierzyć efekty.

I polonezem przechodzi w Europę…

Ważkie i ciekawe rozmowy to jedno, solidna porcja wnikliwej analizy stanu chorego pacjenta „Europa” to drugie, ale najbardziej przekonujące w „Grze o Europę” jest poczucie autentycznej współodpowiedzialności, która pozwala snuć wizje lepszej zmiany. Wizje czasami nieco idealistyczne, ale pozytywnie różniące się od stanu europejskiej „debaty” na krajowym i zagranicznym podwórku, gdzie formułki i deklaracje zastępują zadumę nad przyszłością.

Dla wielu autorów, co przebija z kart „Gry…”, Europa jest rzeczywiście wspólnym domem, większą ojczyzną, przekraczającą bariery krótkowzrocznych partykularyzmów. Chociaż trudno zgodzić się z poglądem, iż państwa narodowe są anachronizmem, to globalizujący się świat o tak niewykorzystanym potencjale i tak wielu wyzwaniach absolutnie wymaga początków myślenia globalnego. Jeżeli Europa rzeczywiście będzie słabła, powodem tego będzie niezdolność do posiadania ambicji, zrozumienia własnej roli jako promotora rozwoju swojego i innych, biedniejszych części świata. Właśnie ambicji pozytywnej zmiany brakuje najbardziej – ale nie na kartach tej książki. Toczy się gra o nową, lepszą Europę – a zatem o naszą przyszłość. Przypomnienie o tym przez Zielonych zmusza do myślenia.

Zachęcam do lektury. Co ważne, książkę można pobrać w wersji elektronicznej całkiem za darmo tutaj.

Koniec małego świata

Dobry car i nowi mieszczanie

Kilka dni temu Instytut Obywatelski opublikował raport dotyczący partycypacji społecznej w miastach. Najważniejszymi ze zdiagnozowanych problemów były praktyczne jedynowładztwo prezydentów miast, szczególnie tych wielkich, fasadowość demokratycznych procedur oraz iluzoryczna możliwość społecznej kontroli nad nimi. Dla osób zajmujących się kwestiami miejskimi nie jest to wszakże nic nowego – od lat spotykamy się i walczymy z różnym szczęściem z tym zjawiskiem, usiłując mu się przeciwstawić. Niestety źródła tej sytuacji mają naturę systemową i niełatwo ją zmienić.

Prezydent miasta ma wedle obecnie obowiązujących przepisów władzę zakrojoną niezwykle szeroko. Oficjalnie będąc jedynie wykonawcą tego, co postanawia ogół mieszkańców poprzez swoich przedstawicieli, czyli radnych, w praktyce jest pomysłodawcą i motorem przeróżnych inicjatyw i inwestycji, radzie miejskiej pozostawiając jedynie funkcję zatwierdzającą. Jest to tym łatwiejsze, im więcej jest radnych – często anonimowych i pojedynczo zupełnie bezsilnych. Głos jednego czy dwójki radnych nie znaczy niemal nic, szczególnie gdy za prezydentem stoi zdyscyplinowany klub lub koalicja go popierająca. Nawet jeśli ten pojedynczy radny niezgadzający się z prezydenckim pomysłem pochodzi z klubu sprawującego w mieście władzę, to jego pozycja nie jest wiele lepsza. Jedyne, co może zrobić, to usiłować lobbować kuluarowo wśród partyjnych kolegów, wciąż jednak mając przeciw sobie prezydenta znacznie lepiej osadzonego w środowisku oraz jego zauszników. Radny opozycyjny nie ma nawet tej możliwości, a co dopiero radny niezależny, bezpartyjny.

Prezydent wielkiego miasta jest praktycznie nieodwołalny i musi naprawdę bardzo się postarać, aby stracić stanowisko. Procedura odwoławcza jest trudna i bez posiadania wsparcia którejś z partii politycznych mieszkańcy nie mają co myśleć o jego odwołaniu, gdyż zwyczajnie nie będą w stanie podołać temu pod względem logistycznym. Ilość potrzebnych głosów idzie w dziesiątki i setki tysięcy, a czas jest krótki. Daje to prezydentom niezwykły komfort czteroletniej nieusuwalności, nieznany nawet premierom. Ta praktyczna „nieśmiertelność” ma swoje jasne i ciemne strony. Oczywiście zapewnia stabilność i pozwala przeprowadzać wieloletnie projekty bez oglądania się co chwila na możliwość odwołania i życia w rytmie nieustającej kampanii przedwyborczej, bez zwracania uwagi na słupki popularności. Jest to jednak zatruty nektar, bo łatwo zapomnieć o woli wyborców, licząc na to, że za 2-3 lata ludzie nie będą już pamiętać.

Prezydent miasta, uwolniony od bieżącej kontroli mieszkańców i ich przedstawicieli, którzy wedle nowych przepisów pozbawieni zostali nawet możliwości udzielania mu absolutorium, staje się bytem niezależnym i samowładnym. Wyposażony w niemal nieograniczony zakres kreowania miejskiej przestrzeni może działać praktycznie dowolnie, dbając jedynie o to, żeby od czasu do czasu większość radnych zagłosowała zgodnie z jego uznaniem. Tylko od jego dobrej woli i własnych przekonań zależy, czy będzie oświeconym autokratą, czy też bezwzględnym zamordystą, w białych lub mniej białych rękawiczkach, sprawującym w mieście władzę absolutną. Władza dana prezydentowi jest jak Jedyny Pierścień znany z trylogii Tolkiena „Władca Pierścieni” – kusi każdego i potrzeba ogromnej siły woli, aby ją od siebie odsunąć. Jeśli się jednak ją przyjmie, ulegnięcie jej staje się tylko kwestią czasu.

Nie bez powodu odwołałem się do tolkienowskiego świata. Oto mamy wiceprezydenta Łodzi, Radosława Stępnia, który jeden z wymyślonych przez siebie projektów określa mianem „nowego Shire”. Projekt ten zakłada stworzenie na zachodzie miasta wielkiego, czterystuhektarowego kompleksu rekreacyjno-wypoczynkowego, w skład którego wejdą dzisiejsze ogród zoologiczny, ogród botaniczny, park na Zdrowiu i dawny wojskowy poligon na Brusie, zakupiony kosztem ponad 70 mln zł. Projekt ten wart jest 200 mln zł, z których większość ma pochodzić z Unii Europejskiej, ale samo miasto musi na niego przeznaczyć co najmniej 40 mln. Dzieje się to w sytuacji, gdy zdecydowana większość budynków komunalnych w centrum miasta jest w złym albo bardzo złym stanie technicznym, a mająca służyć mieszkańcom komunikacja miejska praktycznie dogorywa, pełniąc na wielu odcinkach już tylko funkcję socjalną. Mimo to łódzkie „Shire” posiada ogromną szansę na powstanie, bo nie ma siły zdolnej powstrzymać wiceprezydenta przed realizacją jego planu. Nie zrobią tego mieszkańcy, nie zrobią też tego radni, którzy dostaną gotowy projekt do przegłosowania. Mógłby to zrobić prezydent miasta, ale tego nie zrobi, bo gdyby był przeciwny, to pomysł nie doczekałby się ogłoszenia. W tej sytuacji szafarzem staje się ministerstwo rozwoju regionalnego, rozdzielające unijne fundusze – ale i tu mamy do czynienia bardziej z konkursem piękności i ważeniem sił różnych prezydentów miast niż z wsłuchiwaniem się w prawdziwe potrzeby obywateli.

W tej sytuacji mieszkańcy nie są w stanie wiele zdziałać. Mogą oczywiście wziąć udział w konsultacjach społecznych, pracowicie wypisując swoje uwagi w formularzach konsultacyjnych i mając nadzieję, że prezydent miasta się do nich pozytywnie ustosunkuje. Mogą też szukać szczęścia i osobiście dyskutować czy to z prezydentem, czy to z którymś z jego możnych – w cztery oczy lub na portalu społecznościowym, poprzez który paradoksalnie łatwiej jest dotrzeć do ważnej persony niż tradycyjnymi drogami. Mogą też się zorganizować i próbować wspólnie wpływać na sytuację w mieście, zgodnie z zasadą, że grupa może więcej. I faktycznie robią to.

Od pewnego czasu obserwujemy prawdziwą eksplozję tzw. ruchów miejskich. Ludzie w nich skupieni czują się gospodarzami swoich miast, czują się za nie odpowiedzialni i żyją ich życiem. Dają od siebie bardzo wiele, dzieląc się ideami, wiedzą (często ekspercką) i wolnym czasem – najczęściej bezpłatnie i z partyjno-politycznego punktu widzenia zupełnie bezinteresownie. Samoorganizują się w stowarzyszenia, fundacje lub nieformalne grupy, walcząc na co dzień z ograniczeniami, jakie stawia przed nimi ustawodawstwo dotyczące trzeciego sektora. Niekiedy działają w prawnej próżni, dopiero wykuwając nowe rozwiązania, czasem działają też poza prawem, walcząc np. z wszechobecną reklamą (niszczenie billboardów czy głośna ostatnio akcja oblania farbą witryn drogich sklepów w Warszawie) czy dopiero wymuszając legalizację jakichś zjawisk (akcja „Nielegalne przejście, które chciało być zebrą” w Łodzi lub również tamtejszy „Zebra bomber”).

Miejscy aktywiści nie są grupą jednorodną. Dzielą ich poglądy na temat samego działania, jak i na temat tego, jak osiągać cele. Jedni stoją całkowicie po stronie legalności działań, inni decydują się na miejską partyzantkę w szarej strefie. Jedni chcą osiągnąć swoje założenia, lobbując u polityków i pisząc projekty nowych praw, inni decydują się na powolną pracę u podstaw i poszerzanie własnej bazy. Podziały te idą nieraz w poprzek samych organizacji, doprowadzając do napięć i tarć, ale też i twórczej dyskusji, i wymiany myśli. Również temu celowi służy zwołany z inicjatywy stowarzyszenia My Poznaniacy Kongres Ruchów Miejskich, którego druga edycja zorganizowana w Łodzi zgromadziła ponad 200 aktywistów reprezentujących ponad 100 organizacji z całej Polski.

Tak dynamicznie rozwijające się stanowisko nie mogło ujść uwadze polityków, przynajmniej niektórych. Na razie przyglądają się im i starają analizować, również poprzez powiązane ze sobą organizacje i przybudówki, partyjne think-tanki i ośrodki myśli. Opisują swoim językiem ich środowisko, definiując je wedle własnych potrzeb i wyjmując z niego to, co dla nich wygodne. Pod tym względem wspomniana przeze mnie publikacja Instytutu Obywatelskiego i towarzyszący jej medialny oddźwięk są szczególnie cenne, ponieważ pokazują możliwe kierunki, jakie przed nimi stoją. W kolejce po miejskich aktywistów ustawiają się następne partie i środowiska, usiłując ich do siebie przyciągnąć i przekonać. Będziemy świadkami głośnych transferów i nieoczekiwanych nawróceń, odnajdzie się też wielu myślicieli, którzy już teraz ustawiają się w kolejce po tytuł pierwszego, który opisał ruchy miejskie, i którzy głośno będą krzyczeć, że to my, my, my jesteśmy ruchami miejskimi i to my mamy prawo do miasta, a nie wy.

Tymczasem prezydenci miast zauważyli ruchy miejskie już jakiś czas temu i starają się je kanalizować. Wchodzimy w to, uczestnicząc w konsultacjach społecznych i różnego rodzaju mniej lub bardziej formalnych spotkaniach i ciałach doradczych. Opiniujemy różne dokumenty i strategie, dając od siebie wiedzę i pomysły, które czasami bywają wykorzystywane. Inwestujemy czas i dostajemy na zachętę drobne ustępstwa, szczególnie tam, gdzie ani prezydent, ani żaden z jego mandarynów nie upatrzyli sobie prywatnego pola zainteresowania. Można nam ustąpić tam, gdzie w grę wchodzą dziesiątki czy setki tysięcy złotych, ale już nie tam, gdzie kwoty liczą się w dziesiątki i setki milionów. Można ustępować, a nawet współpracować w sferze kultury, można dać budżet obywatelski, stanowiący procent lub dwa w skali całego miejskiego planu finansowego, można rzucić milion czy dwa na ścieżki rowerowe, ale nie ma co marzyć o tym, żeby prezydent ustąpił tam, gdzie mamy do czynienia z kolejną śmiałą inwestycją – czy to będzie trasa, stadion czy nowy dworzec. Tutaj spotykamy się z żelazną pięścią, czasem tylko dla niepoznaki obleczoną rękawiczką. Nie mamy sił ani środków, aby się temu przeciwstawić, nie mamy też często możliwości, żeby przebić się z naszym przekazem do opinii publicznej. W obliczu nowej, wspaniałej inwestycji, za którą stoi wola prezydenta, wszystkie ustalenia tracą moc. Strategie, tak długo ucierane i konsultowane, stają się tylko świstkami papieru, z których treści złotouści prezydenccy rzecznicy potrafią wysnuć uzasadnienie wszystkiego, kłócąc się o kropki i przecinki. Nie trzeba ani analiz, ani studiów, zresztą zawsze można jakieś zamówić, a jeśli ich wyniki się nie spodobają, to można zerwać umowę (jak w Łodzi na studium systemu komunikacyjnego miasta) i rękami własnych ekspertów napisać kolejne.

Jednak miejscy aktywiści nie są jedynymi, którzy zabierają głos. Coraz częściej oczekiwania artykułuje także młoda miejska burżuazja, świadoma własnych praw i potrzeb – i głośno domagająca się realizacji swoich postulatów. Obie grupy łączy to, że uważają, iż mają prawo do miasta. Dzieli ich to, że według miejskich aktywistów przysługuje ono całej społeczności lokalnej, nowi mieszczanie zaś widzą przede wszystkim swoje prawo i korzyści. Ci pierwsi walczą o miasto jako jednorodny organizm, skupiając się na pożytku wszystkich jego mieszkańców, ci drudzy walczą głównie o siebie i swój klasowy interes. Osią podziału są empatia i społeczna świadomość, zdolność wyjścia poza swoją klasę społeczną i poza swoją grupę, umiejętność oceny, czy to, że „moja” przestrzeń stanie się dokładnie taka, jak sobie tego zażyczę, nie zaszkodzi miastu jako przestrzeni, w której żyją wszyscy jego mieszkańcy.

Nowi mieszczanie są prezydentowi wygodni. Owszem, bywają irytujący i czasem kopią go po kostkach, ale są przecież systemowi. Działają w ramach systemu i nie pragną zmieniać jego zasad. Pragną drobnych zmian, sobie dogodnych, ale nie dążą do przemodelowania lub obalenia całej struktury. Są konserwatywni, pragną przede wszystkim porządku i spokoju, czystości i schludności. Chcą, aby ich miasto było dostatnie i normalne, wystrzegając się niepokoju i bałaganu. Sytuacja przez nich zastana całkowicie usprawiedliwia ich dążenia – w polskich miastach panuje nieporządek, brakuje planowania przestrzennego, każdą wolną powierzchnię zajmują wszechobecne reklamy, a na ulicach zdarzają się biedacy i żebracy. I właśnie kiedy z tymi ostatnimi przychodzi się nowym mieszczanom spotkać, najsilniej wychodzi zarysowany wyżej podział. Nowi mieszczanie nie czują z nimi żadnego związku, chcą się ich pozbyć. Chcą „odżulić” centrum, wyrzucając z niego ludzi ubogich, których nie stać na czynsz i opłaty. Nie chcą rewitalizacji, która oznacza długotrwałą pracę z mieszkającymi tu ludźmi – chcą remontu i odnowienia budynków oraz zasiedlenia ich „świetlistymi”, ludźmi podobnymi sobie, nieźle sytuowanymi i posiadającymi określony kapitał, tak pieniężny, jak i kulturowy.

Boją się jednak do tego przyznać, bo rewitalizacja i jej idee dość głęboko już zapuściły korzenie, a gentryfikacja jest niemodna i wstyd się do niej przyznać. Dlatego też nowy mieszczanin zasłania się obiektywnymi trudnościami i obowiązującym prawodawstwem, które nie zostawia wiele przestrzeni. Mówi z przekonaniem o rewitalizowaniu całych dzielnic, ale na co dzień pozwala na to, aby miasto dokonywało punktowych remontów, niemal zawsze wiążących się z wypchnięciem dotychczasowych mieszkańców do innych miejskich budynków i zastąpieniem ich ludźmi bogatszymi lub „kreatywnymi”. Mówi o zrównoważonym rozwoju, ale nie protestuje przeciwko otwarciu kolejnej galerii handlowej wypierającej małe sklepy czy osiedlowych handlarzy, których miejsca pracy określa pogardliwie „budami”. Nowy mieszczanin wystrzega się ideologii, przedstawiając siebie jako osobę rozsądną, daleką od polityki, ale w rzeczywistości jest głęboko zanurzony w neoliberalnej doktrynie obowiązującej w Polsce w ostatnim dwudziestoleciu.

W ten sposób powstaje specyficzna symbioza. Z jednej strony mamy oświeconego Prezydenta, wybieranego na kolejną już kadencję, doskonale umocowanego w miejskiej przestrzeni, przybierającego maskę Dobrego Cara, który przecież zawsze chce dobrze i który prowadzi poddanych ku świetlanej przyszłości. Od czasu do czasu przeszkadzają mu źli urzędnicy, których głowy raz na jakiś czas przyozdabiają szpalty gazet, gdy ich czas na dworze dobiega końca. Z drugiej strony stają Nowi Mieszczanie, pragnący spokoju i porządku, żeby było dostatnio, żeby były zamiecione chodniki, wyremontowane fasady budynków i żeby główna ulica miasta lśniła granitem i modnymi markami. Dobry Car daje Nowym Mieszczanom poczucie stabilności i spokoju, oni mu zaś oferują społeczną legitymację i możliwość działania zgodnie z zasadą „dziel i rządź”. Dzięki nim Dobry Car ma opozycję konstruktywną, którą może ustawić w kontrze do tej niekonstruktywnej, roszczeniowej, dążącej do zmiany status quo.

Ostatecznym efektem tej symbiozy jest to, że prawo do miasta przysługuje głównie tym, którzy już się na nim uwłaszczyli. To, co pozostało niezajęte, staje się polem walki i przepychanek, na którym zwyciężają najsilniejsi. Polityka miejska, rewitalizacja, zrównoważony rozwój i wszystkie te mądre słowa stają się wygodnymi wytrychami, za którymi daje się ukryć szerokie arterie, stadiony, parki rozrywki, handlowe galerie i wieżowce, bez wyjątku drenujące miejskie budżety w imię biznesowego podejścia prezydenta i jego świty.

I tak oto rzeczywiście budzimy się w Shire. Ale nie w tym wymarzonym i sielankowym, lecz w tym zniszczonym, zdewastowanym i obcym, w którym nic nie jest takie, jak byśmy chcieli.