przez Krzysztof Wołodźko | sobota 14 września 2013 | opinie
III Rzeczpospolita cierpi na deficyt poważnych, kompleksowych analiz, dotyczących zarówno funkcjonowania instytucji, podejmowanych reform, jak i wyzwań społecznych. A przecież niemożliwa jest efektywna praktyka publiczna, której nie poprzedzają rzetelne diagnozy sytuacji, nie tylko odzwierciedlające stan rzeczy, ale zdolne opisać długofalowe skutki konkretnych działań lub zaniechań. Stąd cieszy, że powstają takie dokumenty jak przygotowany przez Instytut Spraw Publicznych raport „Poradnictwo Prawne i Obywatelskie w Polsce. Stan obecny i wizje przyszłości”. Stanowi on cenne źródło wiedzy o mało znanym i wcześniej słabo zbadanym fragmencie rzeczywistości.
Warto na wstępie omówić to, jak autorzy rozumieją terminy „poradnictwo prawne” i „poradnictwo obywatelskie” (PPiO). Samo poradnictwo dotyczy z reguły darmowego udzielania informacji i porad na temat rozwiązywania problemów związanych ze skomplikowaną i niejasną (także z powodu niskiej edukacji obywatelskiej) materią polskiego prawa i/lub relacjami z administracją publiczną. Termin „poradnictwo prawne” odnosi się do zagadnień związanych z treścią prawa, a niekiedy także z jego interpretacją. Z kolei „poradnictwo obywatelskie” obejmuje szerokie spektrum spraw dotyczących relacji między obywatelami a instytucjami administracji publicznej oraz innymi podmiotami posiadającymi osobowość prawną.
Podmiotami świadczącymi jedną lub obie formy poradnictwa są m.in. instytucje publiczne, uniwersyteckie poradnie prawne, organizacje pozarządowe, Kościoły i związki wyznaniowe. Przede wszystkim są to ośrodki pomocy społecznej (OPS) i powiatowe centra pomocy społecznej (PCPS). Następnie biura poselskie i senatorskie, związki zawodowe, Zakład Ubezpieczeń Społecznych, Państwowa Inspekcja Pracy, organizacje pozarządowe i społeczne, rzecznicy praw konsumentów, Kluby Federacji Konsumentów, Studenckie Poradnie Prawne, Biura Porad Obywatelskich. Łącznie liczba sięga 4417 jednostek. PPiO w dwóch trzecich wszystkich przypadków prowadzą instytucje publiczne. Większość wymienionych podmiotów publicznych rozpoczęło działalność jeszcze w latach 90., a niepubliczne – w następnej dekadzie. Porad udzielają w nich prawnicy i/lub osoby do tego przygotowane, choć nie posiadające wykształcenia prawniczego.
Badania i analizy na potrzeby omawianego raportu dotyczą trzech głównych kwestii: świadczeniodawców usług poradniczych, potencjalnych i rzeczywistych odbiorców pomocy oraz instytucjonalnego otoczenia poradnictwa. Badanie objęło usługodawców publicznych, niepublicznych oraz ekspertów. Obecnie poradnictwo prawne i obywatelskie „opiera się przede wszystkim na organizacjach pozarządowych (wśród których ważną rolę odgrywają Biura Porad Obywatelskich), Studenckich Poradniach Prawnych i instytucjach pomocy społecznej”. Świadczenie poradnictwa, jego zakres i skala zależą najczęściej od możliwości finansowych, organizacyjnych i kadrowych poszczególnych podmiotów.
Niedofinansowanie lub brak systemowego finansowania poszczególnych organizacji stanowią znaczną bolączkę, która w następstwie generuje wiele funkcjonalnych problemów w ramach tego obszaru działalności publicznej. Znamienne, że jednym ze źródeł finansowania tej działalności są środki unijne. Nierzadko tego typu usługi nie są głównym celem działań poszczególnych instytucji. Powoduje to, że nie dysponujemy dziś w skali kraju spójnym systemem PPiO, co w konsekwencji prowadzi choćby do braku oceny skuteczności i jakości świadczonych usług (do chlubnych wyjątków należy poradnictwo Zakładu Ubezpieczeń Społecznych) oraz rzadko występującej oceny długofalowej wartości udzielonych porad. Utrudnia to rozumienie i propagowanie tego typu działań.
Raport zwraca szczególną uwagę na bariery ograniczające rozwój bezpłatnej pomocy prawnej, czego efektem jest doraźność podejmowanych działań i nierzadko prowizorycznych charakter ich struktury organizacyjnej. Już tylko to w znacznym stopniu odzwierciedla specyfikę szerzej rozumianej polityki społecznej w III Rzeczpospolitej. Tymczasem, jak podkreślają autorzy, w wielu państwach poradnictwo prawne i obywatelskie jest jednym z ważniejszych instrumentów budowania oddolnej aktywności społecznej i wzmacniania podmiotowości obywateli. To z kolei prowadzi do zmniejszania obciążeń związanych ze wsparciem osób w trudnej sytuacji życiowej przez państwo i samorządy terytorialne. Wprost potwierdza to tezę, z której w Polsce na ogół nikt nie wyciąga poważnych konsekwencji, że profilaktyka społeczna, w każdym wymiarze, choć wiąże się z nakładami, zapobiega o wiele poważniejszym skutkom zaniedbań i zaniechań, za które długofalowo przychodzi płacić – także materialnie i zazwyczaj sporo. Równocześnie, jak czytamy w opracowaniu, „niska świadomość prawna i niskie kompetencje prawne w społeczeństwie polskim wynikają z dziedzictwa komunistycznego, w którym prawo pozostawało po prostu drugorzędnym instrumentem regulacji porządku społecznego. Jednocześnie istotnym zagrożeniem jest dystans, jaki zachowują w stosunku do poradnictwa prawnego przedstawiciele młodego pokolenia. Wynikać on może ze słabszego przygotowania do aktywności prawnej (co prowadzi do jej unikania), związanego ze spadającym poziomem osiągnięć edukacyjnych na wszystkich poziomach kształcenia”.
Doraźność jest znakiem charakterystycznym aktualnego stanu rzeczy, pogłębiającym deficyty życia obywatelskiego. Małe„zainteresowanie poradnictwem wynika przede wszystkim z niskiego poziomu świadomości prawnej Polaków oraz z niewielkiej oferty bezpłatnych usług poradniczych”. Tymczasem, zdaniem autorów, właśnie PPiO, także ze względu na swoją darmowość, może być znakomitym instrumentem walki z wykluczeniem społecznym, choćby poprzez elementarną edukację prawną i obywatelską. Warto zwrócić uwagę, że „większość Polaków (77%) w ostatnich pięciu latach nie odczuwała potrzeby korzystania z pomocy prawnej i z niej nie korzystała. Prawie co piąty obywatel taką potrzebę odczuwał i skorzystał z pomocy prawnej, a jedynie 4% Polaków, choć odczuwało potrzebę wsparcia, takiej sformalizowanej pomocy z różnych względów nie szukało”.
Spójrzmy na społeczny, a nie stricte prawny rys działalności PPiO. Ankietowani z reguły zwracają uwagę, że poradnictwo obywatelskie jest elementem socjalizacji, poprzez budowanie świadomości relacji obywatela i instytucji publicznych. Kształtowanie takich postaw jest wartością, która wykracza poza wskazywanie aspektów formalnych reguł prawnych, ukazuje bardziej podmiotowe czy wręcz ludzkie oblicze relacji jednostki/petenta/klienta z urzędnikami czy strukturami instytucjonalnymi: „bardziej odwołuje się do etyki, do zasad współżycia społecznego”. Instytucje zajmujące się PPiO, nawet przy obecnym wysokim poziomie doraźności, pełnią rolę nie do przecenienia. Starają się uzmysłowić obywatelom, że są równorzędnymi uczestnikami życia publicznego. Autorzy raportu podkreślają, że szczególnie widać to w takich aspektach poradnictwa jak zagadnienia związane z prawem pracy.
Jakie dziedziny najczęściej wskazywane są jako główny obszar działalności PPiO? Z badań wynika, że są to prawo rodzinne, kwestie związane ze świadczeniami pomocy społecznej, z pracą i bezrobociem, ubezpieczeniami zdrowotnymi i społecznymi oraz pokrewnymi, prawem spadkowym. Z kolei najrzadziej udzielana jest pomoc (co ściśle koreluje z niskim zapotrzebowaniem) w zakresie prawa karnego, konsumenckiego oraz praw uchodźców i cudzoziemców.
Ponieważ instytucjami w największym stopniu (pod względem ilościowym) zajmującymi się PPiO są ośrodki pomocy społecznej, warto zwrócić uwagę, kto w tym względzie jest ich najczęstszym klientem. Otóż są to kobiety, zwykle w wieku od 30 do 50 lat. Sugestia autorów raportu wskazuje, że mamy tu do czynienia z osobami silnie zagrożonymi wykluczeniem społecznym, o niskich dochodach, często z rodzin patologicznych (przemoc domowa, mąż osadzony w zakładzie karnym). Do ośrodków pomocy społecznej zwracają się także najczęściej o pomoc prawną i obywatelską osoby eksmitowane „lub zadłużone wskutek wzięcia lichwiarskiej pożyczki bądź nabycia towaru na raty (szczególnie osoby starsze, częściej w ten sposób oszukiwane)”. Zwraca uwagę, powtarzający się jak leitmotiv opracowania, niski stan świadomości prawnej i nieumiejętność postępowania w sytuacji zagrożenia trudną sytuacją prawno-administracyjną. Wychodząc poza samą literę raportu, można mówić wręcz o pewnego rodzaju lęku jako sytuacji społecznej, która towarzyszy ludziom wykluczonym lub zagrożonym wykluczeniem w zetknięciu z porządkiem instytucjonalnym/prawnym państwa i podmiotów rynkowych.
W przypadku większości instytucji publicznych PPiO ściśle wiąże się ze specyfiką ich działalności, stąd np. ośrodki pomocy społecznej udzielają tego typu wsparcia w mniejszej skali lub zakresie tematycznym niż „dedykowane” Biura Porad Obywatelskich. Z kolei w instytucjach niepublicznych głównym kryterium często okazuje się kwestia (braku) dofinansowania. Całościowo wpływa to nie tylko na jakość bezpośrednio świadczonej usługi, ale choćby na zdolność do jej ewaluacji przez placówki/instytucje: „jedynie połowa wszystkich instytucji obserwuje dalszy przebieg sprawy po udzielonej poradzie, a aż dwie trzecie ogółu instytucji nie sprawdza, w jakim stopniu udzielona porada przyczyniła się do rozwiązania problemu danej osoby. Instytucje, które sprawdzają skuteczność w rozwiązaniu problemu, robią to głównie poprzez rozmowy z klientami, ale również przez monitorowanie sprawy, kontrolę (wizytę) lub za pomocą ankiety. Niestety, jedynie 11% ogółu instytucji podejmuje takie działania, przy czym częściej deklarowały je instytucje niepubliczne”. W efekcie niedowład związany z tymi kwestiami skutkuje „w większości przypadków niezdolnością do oszacowania zakresu pracy, jaką wykonało określone biuro, a co za tym idzie, jednostkowych kosztów porady. Brak monitoringu i kontroli utrudnia badanie ich jakości. Brak ewaluacji wewnętrznej utrudnia oszacowanie efektywności, skuteczności i oddziaływania porad”.
Natomiast duża część respondentów pozytywnie ocenia skuteczność udzielonych im porad prawnych: „ponad trzy czwarte zadeklarowało, że ich problem(-y) udało się rozwiązać całkowicie (67%) lub częściowo (9%). Respondenci byli zadowoleni z otrzymania pomocy – 90% wyraziło zdecydowane lub umiarkowane zadowolenie”. Warto jednak zwrócić uwagę,iż niektórzy beneficjenci przyznają, że porady te nie dorównują jakością poradom świadczonym przez prawników odpłatnie. Przy czym pojawiały się postawy gotowości uiszczenia skromnej opłaty za uzyskaną pomoc.
Ważną kwestię stanowi także dostępność usług w skali kraju. Przeprowadzane badania wskazują, że instytucje poradnictwa pokrywają kraj stosunkowo gęstą siecią placówek, a w układzie wojewódzkim sieć PPiO jest rozwinięta proporcjonalnie do liczby ludności. Znaczny wpływ ma na to obecność podmiotów pomocy społecznej na poziomie gminy i powiatu (nie wszystkie jednak świadczą pomoc związaną z PPiO). W takim przypadku „ewentualne trudności w dotarciu do usług nie wynikają z dużych odległości, ale słabego skomunikowania niektórych peryferyjnie położonych obszarów oraz zróżnicowania zakresu i jakości świadczonych usług”.
Problemy finansowe, które stanowią fundamentalny problem dla instytucji zajmujących się PPiO, wpływają wprost na trudności lokalowe i materialne. Wsparcie udzielane jest najczęściej przez samorządy, ale zwykle bywa niewystarczające. Na przykład brak lokum wiąże się nie tylko z ograniczeniem czasowego zakresu udzielania porad, ale ma znaczenie także dla psychicznego komfortu beneficjentów: ich poczucia intymności, dyskrecji, bezpieczeństwa. Wpływa na to również brak stałych wpływów dla organizacji świadczących PPiO. Oznacza on niemożność ciągłej, instytucjonalnej platformy współpracy, m.in. ze względu na rotacyjność doradców prawnych. Charakterystyczna jest tu wypowiedź jednej z pracownic: „niestety, nie wiem, czy uda się nam przetrwać. […]Czekamy teraz na jakiś konkurs, w którym mogłybyśmy złożyć projekt na poradnictwo. Jeśli takowy będzie, to będziemy startować. […]Na razie do końca roku te pieniądze z miasta muszą nam wystarczyć. A co będzie dalej, nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Ciężko snuć jakieś dalekosiężne plany”.
Część bolączek wynika z trudności, które wiążą się ze słabościami państwa. Do takich należy zaliczyć nienajlepsze instytucjonalne powiązanie poradnictwa z wymiarem sprawiedliwości. Współpraca jest w tym przypadku pasywna (głównie za sprawą podmiotów sądowych), czyli sprowadza się do działań wymuszonych przez szczególne problemy beneficjentów, a cechuje je krótkotrwałość i prowizoryczność. Wśród pozostałych problemów autorzy raportu wymieniają słabą informację i popularyzację działalności poradniczej, co wiąże się z wykluczeniem prawnym, czyli np. nieświadomością obywateli co do istnienia takich placówek. Wreszcie, wśród minusów należy wymienić niewystarczające wsparcie merytoryczne i organizacyjne ze strony środowisk prawniczych. To najbardziej dotyka przedstawicieli uniwersyteckich poradni prawnych.
Skupmy się teraz na systemowych, pozytywnych stronach funkcjonowania PPiO. Wśród nich autorzy opracowania wskazują kadry. W 59 proc. przebadanych placówek porad udzielają osoby, które ukończyły studia prawnicze. Autorzy podkreślają także kompetencje i umiejętności interpersonalne oraz szerokie instytucjonalne know how pracowników socjalnych, przydatne szczególnie na gruncie poradnictwa obywatelskiego. Inną kwestią jest stosunkowo duża rozpoznawalność wśród potencjalnych beneficjentów tego typu placówek. Jednak, jak podkreślają badacze, wynika ona raczej z przepływu informacji na poziomie „poczty pantoflowej”, nie z promocyjnych wysiłków instytucji.
Polski model PPiO wykształcił się samoczynnie, bez strategii państwa. Okazuje się, że nawet w tej sytuacji zapewnia on komplementarność. Instytucje publiczne świadczą PPiO jako formę pomocy społecznej oraz jako informację. W określonych sytuacjach jednak, jak w przypadku PIP-u, jako interwencje na drodze administracyjno-prawnej.Z kolei „organizacje pozarządowe uzupełniają PPiO o oddziaływanie miękkie, czyli pracę z beneficjentem realizowaną w imię określonych wartości uniwersalnych, oraz o poradnictwo specjalistyczne, jak np. przypadki związane z przemocą domową, uzależnieniami itd.”.
Raport omawia też szanse i zagrożenia związane z funkcjonowaniem PPiO. Wśród tych pierwszych wymienia zainteresowanie obywateli korzystaniem z usług poradniczych, a także dostrzeganą potrzebę rozwoju takiej działalności przez instytucje niepubliczne i publiczne oraz zrozumienie potrzeby systemowych regulacji ze strony administracji rządowej. Interesującym symptomem jest fakt, że beneficjenci PPiO, dostrzegając zwyczajowe niedofinansowanie tego typu instytucji, traktują to jako element uwiarygadniający: postrzegają te organizacje „jako działające filantropijne, społecznie, obywatelsko, dobroczynnie”, co przyczynia się niekiedy do zmiany nastawienia z pasywnego na aktywny, współuczestniczący.Autorzy badania zaznaczają jednak wyraźnie, że „w żadnym wypadku nie jest to argument za ograniczonym finansowaniem poradnictwa”.
Ponadto wśród szans PPiO wymienione są rozwijające się standardy poradnictwa. „Określone kategorie biur, takie jak np. Biura Porad Obywatelskich czy Studenckie Poradnie Prawne, powołały federacje, w których ramach określone są standardy dla wszystkich biur danej kategorii. Istniejące w tym zakresie dobre praktyki mogą i powinny być podstawą standaryzacji poradnictwa dla szerszego modelu działania w przyszłości”. Rozwojowi PPiO sprzyjają równocześnie – choć ta kwestia może się wydać wielu nieoczywista – „popularne w polskim społeczeństwie postawy koncyliacyjne, których wyrazem jest dążenie w sytuacji konfliktu do obopólnej zgody, nawet kosztem częściowej rezygnacji ze swoich roszczeń”. Stąd autorzy raportu uważają, że przedsądowa pomoc prawna, obejmująca mediację i arbitraż, odpowiednio wspierana i promowana także przez sam wymiar sprawiedliwości, może stać się w przyszłości ważnym obszarem działania instytucji tego typu.
Jednak niestety istnieją również poważne zagrożenia dla rozwoju poradnictwa. Jako pierwsze wskazać należy brak spójnej polityki państwa oraz wspomnianą już niestabilność ich finansowania. Problematyczny jest także brak klarownych podstaw prawnych, co powoduje kłopoty w relacjach z komercyjnym rynkiem usług prawniczych i wymiarem sprawiedliwości. Tym bardziej, że grozi nam dalszy wzrost złożoności materii prawa, co opłaca się w komercyjnym poradnictwie, ale stanowi zdecydowane utrudnienie dla PPiO: wymagać on będzie bowiem większego nakładu pracy i rosnących kompetencji ze strony usługodawców.
Powyższa możliwość ściśle wiąże się z rotacyjnością doradców. W tym względzie problem dotyczy przede wszystkim odpływu wykwalifikowanych kadr, co zawsze jest dużą stratą dla poszczególnych jednostek PPiO i niekiedy wymusza konieczność pozyskania zaufania usługobiorców od nowa. Duże zapotrzebowanie na pomoc prawną to znaczna szansa na komercyjny zarobek dla nieuczciwych usługodawców, czyli osób świadczących pomoc, ale nieprzygotowanych do tego i nieponoszących odpowiedzialności za jakość swoich usług. Zdaniem autorów raportu„zagrożenie to ma charakter bezpośredni w postaci odpływu beneficjentów oraz pośredni w postaci efektu negatywnego uogólnienia”.
Część wciąż aktualnych czynników negatywnych wynika nie tyle z przyczyn ekonomicznych czy systemowych, ale raczej z wysokich kosztów psychologicznych podejmowania działań prawnych. Są to m.in. wstyd i obawa przed wyciąganiem na światło dzienne np. trudnych spraw rodzinnych. Problemem jest też to, że czasem sięganie po tego typu poradnictwo, szczególnie obywatelskie, nie ma na celu efektywnego rozwiązywania problemów, ale prowadzenie sporów sąsiedzkich czy rodzinnych: „instrumentalne wykorzystywanie poradnictwa prawnego przez beneficjentów oddala je od wartości przyświecających poradnictwu obywatelskiemu i jego misji dydaktycznej, którą to drugie poradnictwo ma ze sobą nieść”.
W ostatniej części raportu jego twórcy przedstawiają rekomendacje dotyczące rozwoju PPiO. Przede wszystkim postulują stworzenie powszechnego dostępu do tego rodzaju usługi (na gruncie informacji, porady prawnej i obywatelskiej), co umożliwiłoby wypełnienie niedoborów świadomości, wiedzy i potrzeb na gruncie prawnym i obywatelskim, zapobiegając powstawaniu problemów związanych z prawem i/lub pomagając je rozwiązywać. Rozwiązania powinny zmierzać do opracowania podstawowych elementów funkcjonowania PPiO, jednolitych dla wszystkich obywateli. Dotyczy to m.in. określenia specyfiki instytucji, ich struktury oraz obszaru odpowiedzialności poszczególnych uczestników systemu, a także zakresu i kryteriów dostępu do usług. Zadaniem systemu byłoby integrowanie wielorakich typów i form świadczenia usług, dziś rozproszonych i podzielonych. Pozwoliłoby to uporządkować obecną sytuację, zapewnić stałe finansowanie działalności, zwłaszcza usługodawców niepublicznych: „zagwarantowanie stałego wsparcia finansowego jest warunkiem niezbędnym do osiągnięcia ciągłości, trwałości i wysokiej jakości usług poradniczych”.
Pośród innych rekomendowanych działań wskazano konieczność określenia, kto powinien mieć prawo do bezpłatnego korzystania z PPiO.„Z jednej strony – piszą autorzy raportu – biorąc pod uwagę względy sprawiedliwości społecznej i równość wszystkich obywateli wobec prawa, prawo do korzystania z PPiO powinien mieć każdy obywatel. Z drugiej strony, względy praktyczne, w szczególności finansowe, skłaniają ku stwierdzeniu, że poradnictwo powinno być bezpłatnie dostępne dla tych osób, które nie są w stanie – z różnych powodów – skorzystać z pomocy odpłatnej”. W tej sytuacji należałoby ich zdaniem zapewnić wszystkim obywatelom bezpłatny dostęp do informacji prawnej, przy równoczesnym ograniczeniu korzystania z porad i innych usług dodatkowych do określonych grup osób.
Stąd propozycje trzech rodzajów wyróżnienia: (1) kryteria sytuacji materialnej osoby i (lub) jej rodziny zgłaszającej się po pomoc (np. określony pułap dochodów); (2) kryteria wykluczenia społecznego (znajdowanie się w trudnej sytuacji życiowej związanej np. z niepełnosprawnością, bezrobociem, bezdomnością, itp.); (3) kryteria związane z rodzajem sprawy (katalog rodzajów spraw, w których udzielana jest pomoc bezpłatna, z reguły odpowiadający największemu zapotrzebowaniu społecznemu).
Ostatecznie celem PPiO w większym niż obecnie stopniu winna być rola prewencyjna, a zatem zapobieganie powstawaniu lub zaostrzaniu się problemów związanych ze stosowaniem prawa. W obecnych realiach nacisk położony jest na porady, a nie na informacje uświadamiające różne problemy, np. skutki zaciągnięcia lichwiarskiego kredytu. Konkluzja autorów jest prosta: „możliwość uzyskania w odpowiednim czasie kompetentnej informacji prawnej może zapobiegać indywidualnym problemom obywateli. Funkcję prewencyjną PPiO można wzmocnić, uwzględniając ten efekt pracy PPiO jako zamierzony i obligatoryjny dla wszystkich usługodawców”.Twórcy raportu nie poprzestają na tej kwestii. Zwracają uwagę, że już dziś potrzebujemy poszerzenia, wzmocnienia i podniesienia jakości edukacji prawnej i obywatelskiej na gruncie szkolnictwa. To jednak, można dodać z sarkazmem, wiązałoby się z przewartościowaniem całego systemu edukacji, który znów musiałby uczyć myślenia, nie zaś reprodukowania odgórnie narzuconych wzorców postaw i opinii.
Ostateczny wniosek z raportu jest tyle oczywisty, co obrazoburczy dla miłośników utowarowienia całej rzeczywistości społeczno-gospodarczej:„korzystanie z przyszłego systemu PPiO powinno być bezpłatne”. Za bezpłatnością systemu przemawia niska jakość polskiego prawa („skomplikowane, rozległe, często zmieniające się, niezrozumiałe”), a także niska świadomość prawna obywateli.
Sprawnie działający system PPiO powinien łączyć w sobie organizacje publiczne i niepubliczne w trosce o dobro obywateli. Zintegrowane, przejrzyście funkcjonujące, partnerskie instytucje byłyby o wiele bardziej efektywne. Jest to kwestia z pozoru oczywista, ale w gruncie rzeczy stawia mocno pytanie o jakość życia publicznego w Polsce i wzajemne odniesienie „państwa administracji” i społeczeństwa obywatelskiego. Prawidłowo funkcjonujące PPiO mogłoby być punktem odniesienia dla wielu instytucji publicznych i pozarządowych. Przecież takie bolączki jak doraźność, uzależnienie od grantów, brak przejrzystych reguł współpracy kładą się dziś niezaprzeczalnie cieniem nad państwem i zdecydowanie utrudniają zwykłym obywatelom odnalezienie się w polskiej rzeczywistości, a wręcz wypychają ich na jej margines. Szansa na dobrze zorganizowaną przestrzeń poradnictwa byłaby zatem szansą dla społeczeństwa, najważniejszego, a tak często zapomnianego aktora życia publicznego.
Krzysztof Wołodźko
„Poradnictwo Prawne i Obywatelskie w Polsce. Stan obecny i wizje przyszłości”, red. Arkadiusz Peisert, Tomasz Schimanek, Marcin Waszak, Agata Winiarska, Instytut Spraw Publicznych, Warszawa 2013.
Raport jest dostępny w Sieci.
przez Krzysztof Mroczkowski | piątek 6 września 2013 | opinie
Ulice Warszawy wkrótce zapełnią się protestującymi związkowcami, wyrażającymi oburzenie wobec najnowszych zmian w prawie pracy. Oczywiście są to zmiany pogarszające pozycję zatrudnionych. Stanowisko związków jest zrozumiałe: mimo czarnej propagandy, przedstawiającej je jako szkodliwe, takie organizacje na całym świecie mają obowiązek bronić interesów pracowników najemnych. Warto się jednak przyjrzeć także argumentom oponentów (głównie pracodawców), twierdzących, że to sztywny czas pracy i przywileje związkowe stworzyły dużą część problemów z konkurencyjnością niektórych państw „starej” Europy. Jak jest naprawdę?
W niektórych krajach (np. Hiszpanii) prawne uregulowania zatrudnienia rzeczywiście były dość restrykcyjne, mocno chroniąc już zatrudnionych, przy równoczesnym przyzwoleniu na narastanie problemu bezrobocia. Jednak bliższe przyjrzenie się sprawie wskazuje, że myli się symptom ze źródłem problemu, bezrefleksyjnie promując uelastycznienie prawa pracy jako remedium. W istocie problem bezrobocia, praktycznie nie występujący w powojennym złotym ćwierćwieczu Europy, był efektem zadyszki konkurencyjnej, w którą zaczęły wpadać niektóre kraje w ostatnich dekadach ubiegłego wieku. Owa zadyszka z kolei jest w dużej mierze efektem wycofania się tych państw z dokonywania przemian strukturalnych, choćby w tak pośredni sposób jak poprzez wydatki badawczo-rozwojowe. Do tego dołączyło zjawisko globalizacji i wolnego handlu, wprowadzającego element presji „równania w dół” w kwestii kosztów pracy, często dokonując dużych strat w ważnych, lecz nie wytrzymujących światowej konkurencji sektorach gospodarek. To osuwanie się pozycji konkurencyjnej było (jak w Hiszpanii) często osładzane stabilnymi warunkami zatrudnienia.
Wielu zwolenników dalszej liberalizacji prawa pracy stwierdziłoby, że niezależnie od tego, co jest przyczyną, a co symptomem, w dzisiejszych warunkach uelastycznienie wpłynęłoby korzystnie na gospodarkę. Jednym z argumentów na poparcie tej tezy ma być rzekomo pozytywny wpływ deregulacji na zatrudnienie. Poparty jest on mocą wykresu popytu, podaży i płacy minimalnej, gdzie płaca minimalna (lub inne regulacje) niepotrzebnie skazuje część chcących pracować na gorszych warunkach na brak zatrudnienia. Ten prosty argument nie ma jednak oparcia w faktach, co zostało wykazane na ogromnej liczbie analiz (jeden z przykładów tutaj). Okazuje się, iż podwyżka płac nie ma statystycznie istotnego wpływu na poziom zatrudnienia.
Skoro jednak podwyżki płac nie mają wpływu na zatrudnienie, to czy nie jest tak, że ich efektem jest wyłącznie wyższa inflacja? A może faktycznie presja na obniżenie kosztów płacowych jest w dłuższej perspektywie finansowo korzystna? Nasze krajowe warunki dają pewne wskazówki co do odpowiedzi.
W Polsce zmagamy się z problemem bardzo dużej luki popytowej. To oznacza, że spora część różnicy między potencjalnym a rzeczywistym PKB wynika z braku efektywnego popytu. Upraszczając: dobra wiadomość jest taka, iż wzrost gospodarczy i poziom zatrudnienia w naszym kraju mogłyby się bardzo odczuwalnie polepszyć nawet bez czasochłonnych strukturalnych inwestycji technologicznych (chociaż to one w długim okresie są głównym motorem rozwoju). Niewykorzystanie dostępnego potencjału wytwórczego jest wynikiem słabej siły nabywczej, której znaczącą częścią składową jest kulejąca konsumpcja prywatna. Płytkie kieszenie Polaków oznaczają niską aktywność gospodarczą. Obniżanie kosztów płacowych w skali makro będzie więc wpływać niekorzystnie w mikroskali warzywniaka, punktu kserograficznego czy zakładu fryzjerskiego. Jak to ujął szef „Solidarności”: „Kto będzie kupował te wasze towary?”.
Tu dochodzimy do sedna sprawy, czyli źródła rozumowania i oczekiwań niektórych organizacji przedsiębiorców. Dla większości przedsiębiorców jakiekolwiek pozytywne efekty elastyczności zatrudnienia oraz obniżki płac będą przeciwważone utratą siły nabywczej w gospodarce. Jednak część ekspertów liczy mimo to na sukces. Czyj sukces? Przede wszystkim eksporterów i spółek o dużych powiązaniach transgranicznych. Warto pamiętać, że eksport jest rzeczywiście bardzo istotny. Na pierwszy rzut oka wydaje się, iż firmy eksportujące to maleńki ułamek wszystkich polskich przedsiębiorstw. Jednak ich udział w krajowej gospodarce jest dość duży i ważny, są to bowiem często najbardziej konkurencyjne, najwydajniejsze jej części. Czy można zatem wzbogacić kraj w długim okresie czasu kosztem wyrzeczeń w standardzie życia? Ci, którzy są do tego przekonani, często powołują się na przykład Niemiec.
Choć w niemieckim przypadku zachwala się pozytywny wpływ zmniejszenia kosztów płacowych (będących spuścizną rządów G. Schrödera), to warto wyciągnąć z tego przykładu kilka nauk. Po pierwsze niemiecka gospodarka należy do, powiedzielibyśmy, innej kategorii wagowej. Jej siła nie opiera się na niskich kosztach pracy (Polska ma je niższe), ale na wciąż silnej przedneoliberalnej tradycji bazowania na nowoczesnej wytwórczości przemysłowej. Po drugie Niemcy korzystają na gigantycznych nierównościach płatniczych w strefie euro, gdzie wspólna waluta bardzo utrudniła odzyskanie konkurencyjności krajom Południa.
Zyski niemieckich gigantów przekładają się na olbrzymie rezerwy, które nie są (poprzez płace) wykorzystywane do wzmocnienia konsumpcji wewnętrznej. Siłą rzeczy te rezerwy znajdują ujście w niemieckich papierach dłużnych (tzw. bundach). Niektóre aukcje bundów kończyły się ich sprzedażą po ujemnej stopie procentowej: kupujący obligacje życzą sobie oddania im po kilku latach mniejszej sumy niż ta, którą wydali na posiadanie bezpiecznych papierów dłużnych. To pokazuje, iż powinny istnieć pewne granice antyzadłużeniowej histerii, której niestety poddają się również Niemcy. Po ewentualnym wygraniu wyborów w tym miesiącu kanclerz Merkel zapowiada starania o ograniczenie deficytu do zera przy podtrzymaniu polityki depresji płac. To może zwiastować kłopoty nie tylko dla Niemiec, ale także dla Polski, wciąż bardzo zależnej od zachodniego partnera.
Jakkolwiek wspieranie eksportu jest potrzebne, to powinno się ono odbywać przy użyciu nieistniejącego w naszym kraju, a bardzo potrzebnego banku eksportowego, nie zaś poprzez redukcję kosztów płac. W tym momencie z dużym prawdopodobieństwem można przewidzieć, iż skutki decyzji antypracowniczych będą gospodarczo negatywne. Jakiekolwiek ewentualne zdobycze konkurencyjne będą odbywały się kosztem nie tylko popytu wewnętrznego, lecz także długoterminowego pogorszenia potencjału ludzkiego w kraju (emigracja). Historyczna zmiana stosunków społecznych, na czele ze zniesieniem 8-godzinnego dnia pracy, odbywa się zatem nawet bez dobrej wymówki.
Zniesienie praw przysługujących pracownikom od stulecia może przyprawić o ból głowy i atak pesymizmu. Pamiętajmy jednak, że żyjemy w czasach wielkiego kryzysowego przyspieszenia, gdy zmiany, które normalnie potrzebują dekady lub więcej, dokonują się w ciągu kilku lat. To samo najprawdopodobniej będzie czekać dogmat obniżania płacowych kosztów pracy. Po kilku dekadach leseferystycznego naporu ten – i wiele innych – neoliberalny pogląd sforsował bramy i zatyka flagi na kolejnych elementach ładu instytucjonalnego w Europie. Możliwe stały się dickensowska dyscyplina finansowa oraz prywatyzacja wielu usług publicznych, tak samo jak możliwe stały się antypracownicze przepisy w kwestii zatrudnienia.
Jednocześnie jednak napiera wraz z kryzysem kolejna fala, znosząca jedno po drugim dopiero co okrzepłe neoliberalne tabu. Dzieje się tak również w naszym kraju, gdzie jeszcze niedawno wołanie o zmianę nierozsądnej ustawy o finansach publicznych było głosem na pustyni, podobnie jak apele o powołanie państwowej korporacji inwestycyjnej. Kilka tygodni temu pierwsze szczeliny pojawiły się w kolejnym fundamencie ortodoksji, gdy prezes NBP zapowiedział możliwość ewentualnego skupu państwowych obligacji. Teoretycznie zabronione jest finansowanie deficytu przez bank centralny, lecz zakup obligacji pod oficjalnym pretekstem stabilizacji rynku mógłby „przejść”. Chyba największą zdobyczą kryzysu może stać się przekonanie o tym, że państwo nie musi być ani minimalne, ani omnipotentne, lecz może być bardzo użyteczne we wspieraniu rozwoju.
W szeroko komentowanej ostatnio książce „The Entrepreneurial State” Mariana Mazzucato podaje wiele przykładów obrazujących, jak dużo zawdzięczamy inteligentnemu, nieinwazyjnemu wsparciu państwa dla procesów gospodarczych w sektorze prywatnym. Przykładem uzyskiwania korzyści z tej pomocy jest firma Apple. Internet i GPS stały się możliwe dzięki programom obronnym w USA, podobnie jak komendy głosowe, podczas gdy wspierane przez państwo instytucje naukowe stworzyły język HTML i ekrany dotykowe. I chociaż smartfony i komputery nie mają na sobie państwowego godła, a zarabiają na nich prywatni przedsiębiorcy, to korzyści odnosi całe społeczeństwo – co jest wystarczającym powodem dla państwowej aktywności. Wydaje się, iż czas, kiedy zostanie to zrozumiane, jest bliski – tak jak koniec neoliberalizmu.
A zatem jest szansa, aby wyjść z doświadczenia kryzysowego w lepszym stanie. Antypracownicze zmiany mogą być odwrócone, gdyż presja na rządy będzie rosła w miarę, jak nieudana polityka „zwijania państw” będzie zbierała w Europie zasłużone cięgi. Niezgoda społeczeństw na smutny „koniec historii” i szkody wyrządzone przez kryzys musi się w końcu przełożyć na polityczną i gospodarczą zmianę.
przez Joanna Duda-Gwiazda | środa 28 sierpnia 2013 | opinie
Do informacji powracających każdego lata, w rodzaju „potwór z Loch Ness”, dziennikarze zaliczyli awantury o dopuszczalność uboju rytualnego. Wszyscy już na ten temat pisali z każdej możliwej strony, więc nie ma sensu powtarzać.
Ale, jak zawsze, pojawiły się dylematy: empatia dla ludzi czy empatia dla zwierząt, rozwój gospodarczy czy ochrona środowiska. To wdzięczny temat dla prawicowych publicystów i polityków, ponieważ daje okazję, aby zdecydowanie odciąć się od wszelkiego lewactwa, czyli żabek, piesków, kwiatków, i twardo stanąć po stronie ludzi i gospodarki. Popularny publicysta katolicki Tomasz Terlikowski sugerował, że kto współczuje krowom, ten akceptuje eutanazję ludzi. Mieliśmy zatem pełny kanon tradycyjnych wartości prawicy. A na koniec skuteczność polityczna. PSL zagroził Kaczyńskiemu, że utraci głosy wsi.
Spór o ubój rytualny jest klasycznym przykładem obrony interesów wąskich grup biznesowych, które dla zysku dowolnie i bez skrupułów żonglują faktami, wartościami i emocjami. Nie pochodzę ze wsi, ale w ciężkich czasach ludzie w mieście kupowali u chłopa świnię. Nie pamiętam, aby ktokolwiek mówił, że jakiś rzeźnik zabijał zwierzę bez skutecznego ogłuszenia. O jakich chłopach mówi PSL? Gdzie i kiedy polscy rolnicy zabijali wierzgające zwierzęta?
Rodzice tłumaczyli mi, że jeśli lubię jeść mięso, muszę pogodzić się z zabijaniem zwierząt, ale bez cierpienia i stresu. Panowała opinia, że mięso zwierząt hodowanych w złych warunkach i zestresowanych jest mniej smaczne. Żywienie naszego wilka kartoflami z odrobiną omasty wynikało z biedy, nie z zasad ekologii. Biedny pies próbował polować na barany, ale wściekli górale gonili nas z kłonicami. Psu zawsze udawało się umknąć z pola widzenia. Wegetarianizm nie jest dobrym sposobem na rozwiązanie problemu cierpień zwierząt.
Powoływanie się na wartości chrześcijańskie uważam za nadużycie. Okrucieństwo wobec zwierząt nie przekłada się na miłość do ludzi i do Boga, pana wszelkiego stworzenia. Kto nie ma serca dla zwierząt, nie ma go też dla ludzi. Bywa i tak, że człowiek samotny, wykluczony i poraniony traci zaufanie do ludzi i szuka przyjaciół wśród zwierząt. Nie jest to powód, aby się z niego naigrywać i go potępiać.
Pytanie, czy bardziej kochacie ludzi czy żabki, nie ma żadnego sensu. Porównywać można wielkości mierzalne, np. wyniki sportowe, wyniki głosowania, ilość zgromadzonych pieniędzy. Teraz rankingi wkroczyły we wszystkie dziedziny życia, ponieważ są wygodne dla urzędników, biznesmenów i ideologów. Przeciwnicy demokracji, zwolennicy neoliberalizmu, a także konserwatyści tęskniący do społeczeństwa klasowego chcieliby cały świat, wszystkich ludzi, państwa i narody, idee i poglądy ułożyć według wartościującej hierarchii. Tak łatwiej ludźmi manipulować i bezpieczniej można ich wyzyskiwać.
Panuje moda na ogłaszanie najważniejszej dla Polski sprawy, taki marketing polityczny skierowany do wyborców, dla których tekst na Twitterze jest już za długi. Hasło „wolne konopie” przyniosło sukces Palikotowi. Ale przeważnie redukowanie poglądów do jednego lub kilku haseł ma jeszcze ukryty cel ideologiczny lub polityczny.
Prymas Glemp chciał oszczędzić władzy i zbuntowanemu społeczeństwu zbędnej jego zdaniem walki, więc od pierwszych chwil po wprowadzeniu stanu wojennego powtarzał „życie jest najważniejsze”. Nie jest to prawda, choć brzmi przekonująco. Nie szukając daleko, są jeszcze Bóg, Honor, Ojczyzna. Nie można z tradycji Kościoła wykreślić świętych męczenników, ale udało się osłabić kult księdza Jerzego Popiełuszki, jako zbyt zaangażowanego politycznie.
Najważniejsza jest modlitwa – mówią katolicy, którzy nie chcą uczestniczyć w marszach 10. dnia każdego miesiąca, ponieważ mają one charakter polityczny. Nie ma powodu, aby temu zaprzeczać.
Teraz ze wszystkich stron słyszę, że najważniejsza jest rodzina. Jeśli rodzina będzie silna, kochająca się i wielodzietna, naród będzie rozwijał się pomyślnie. Anglicy taki zabieg propagandowy nazywają stawianiem wozu przed koniem. Jeśli społeczeństwo będzie słabe, zatomizowane, a państwo źle rządzone, rodzina nie ma większych szans. Żadne apele nie pomogą. Hasło „rodzina jest najważniejsza” nie kojarzy mi się dobrze. Przez cały okres komuny aż do teraz słyszę: „ja nie mogę się narażać, ja mam żonę i dzieci”.
Byliśmy niedawno w Czarnogórze i Albanii. Komunistom udało się dość skutecznie osłabić wszystkie religie, również islam, który teraz odbudowuje się dzięki wsparciu z zewnątrz. Natomiast tradycja zemsty rodowej przetrwała niemal nienaruszona. Więzi rodzinne, plemienne są pierwotne i trudno je wykorzenić. Rodzina to również nepotyzm, także mafia, np. sycylijska Cosa Nostra. W Polsce mafię utworzyły służby specjalne, pewnie to też rodzaj rodziny, w każdym razie prawo zemsty za zdradę działa tu bez przeszkód.
Natomiast niepokoi mnie, kiedy ludzie mówią, że rodzice kochający swoje dzieci zapewnią im wykształcenie, opiekę lekarską, wychowanie sportowe, wypoczynek, może jeszcze kupią mieszkanie. Rodzina zaopiekuje się seniorami, którym nie są potrzebne żadne emerytury. Wszystkie te funkcje rodzina spełni lepiej niż państwo – zapewniają moi rozmówcy – pod warunkiem, że państwo nie będzie grabić rodzin podatkami i zmuszać do ubezpieczeń. „To niesprawiedliwe, że muszę płacić wyższe podatki, żeby ktoś mógł posłać swoje dzieci na studia”.
Państwo opiekuńcze i prawa pracownicze atakowane są ze wszystkich stron, choć już niewiele praw i zasad wywalczonych ciężką i długą walką pozostało. Najgroźniejsze dla neoliberalnego porządku świata słowo „solidarność” zmieniło sens. Dla solidarności z Ameryką wzięliśmy udział w wojnach w Iraku i Afganistanie. Dla solidarności ze strefą euro ponosimy straty. Dla solidarnego wspierania światowego systemu finansowego rekompensujemy straty banków.
Dopiero teraz jest w pełni widoczne, jak niebezpieczna dla friedmanizmu była pierwsza „Solidarność”.
przez Jarosław Górski | wtorek 20 sierpnia 2013 | opinie
Ludowe baśnie zawsze kłamią. Kłamią, bo kończą się w takim momencie, w którym bohaterowie tylko pozornie dają sobie radę ze swoimi problemami, a tak naprawdę dopiero wdeptują w prawdziwe kłopoty. Baśń kończy się, gdy Kopciuszek zwraca uwagę królewicza i wychodzi za niego za mąż. Albo kiedy szewczyk zabija smoka i w zamian dostaje za żonę królewnę i we władanie pół królestwa. Dalsze losy bohaterów baśń załatwia zdawkowym „i żyli długo i szczęśliwie”, chociaż ci, którzy baśnie swoim dzieciom opowiadają, sami raczej osobiście nie znają żadnego prostaczka, który by posiadł królewnę, i wiedzą, że królewicz może mieć czasem ochotę na jakiegoś kopciuszka, ale raczej nie będzie planował z nim długiego życia. Baśń obiecuje wspaniałą nagrodę za naśladowanie ukazywanych w niej postaw i zachowań. Oczywiście takiej nagrody niemal żaden realny naśladowca Kopciuszka czy szewczyka nie otrzymuje. Jest to dowodem na to, że stara się za słabo, że coś z nim jest nie tak.
Kiedy baśń zaczyna kłamać
Niedawno nasze media oraz blogosfera zachwycały się pomysłem Kariny Gos, która wymyśliła niebanalny sposób na zdobycie posady copywriterki. Sprawę opisał m.in. Michał Wąsowski z portalu NaTemat w entuzjastycznym tonie i pod wiele mówiącym tytułem „Młodzi, przestańcie narzekać na brak pracy. Weźcie przykład z Kariny i jej genialnej akcji na Foursquare”. Młodzi są roszczeniowi, bierni i nie umieją skonstruować CV – wynika z tekstu Wąsowskiego. Tymczasem przypadek Kariny Gos pokazuje, że „wystarczyło ruszyć głową, trochę popracować nad formą i praca w zasadzie sama do niej przyszła – młoda kobieta już po 18 dniach od rozpoczęcia akcji dostała propozycję od firmy VML, którą kieruje Michał Wolniak. VML to jedna z największych światowych agencji kreatywnych”.
Pani Karinie Gos tą drogą serdecznie gratuluję zdobycia posady, panu Michałowi Wolniakowi gratuluję zatrudnienia zdolnej pracownicy. Redaktorowi Wąsowskiemu gratuluję talentów opowiadacza baśni. Bo jego tekst jest niczym innym jak baśnią. Gdyby miał być tekstem dziennikarskim albo choćby poradnikiem poszukiwania pracy, moglibyśmy spodziewać się po nim odpowiedzi na takie, istotne chyba dla osób pragnących skorzystać z przykładu, pytania: Jakie były wcześniejsze profesjonalne doświadczenia pani Gos? Skąd brała ona środki na utrzymanie w czasie absorbującej akcji na Foursquare? Czy odbyła jakieś rozmowy z przyszłym pracodawcą, zanim podpisała z nim umowę? O co była pytana? Jakie umiejętności i kompetencje zainteresowały pracodawcę oprócz wrażenia wywołanego genialną akcją na Foursquare? Jakie warunki pracy zaproponował pracodawca? Jaki zaproponował typ umowy i jaką płacę? Czy pani Gos przyjęła warunki od razu, czy zaproponowała swoje? Czy będzie mogła się z tej pracy samodzielnie utrzymać? Jak się pracuje w firmie prezesa Wolniaka? Na czym polega praca? Czego pracownica będzie musiała się douczyć, aby utrzymać posadę? Czy pracownica i pracodawca są zadowoleni ze współpracy? No i oczywiście warto byłoby odczekać jakiś czas, aby zorientować się, czy pracownica utrzyma posadę, a pracodawca – pracownicę. Historia urwana w najciekawszym momencie nie ma żadnego waloru poznawczego, jest po prostu baśnią.
Opowieść o znakomitym pomyśle i sukcesie Kariny Gos jest oczywiście oparta na prawdziwej historii, ale zaczyna kłamać, gdy próbuje nawoływać innych do brania z niej przykładu; kiedy próbuje się bohaterkę przeciwstawiać tym, którzy pracy nie znaleźli. Wśród niezliczonych młodych ludzi szukających pracy z pewnością znajdą się i tacy, którym sukces (polegający – przypomnijmy – na samym otrzymaniu zatrudnienia, o dalszym ciągu oraz o wszelakich komplikacjach baśń powinna milczeć) zapewniło CV z dołączonym zdjęciem w bardzo skąpym bikini albo z nagim torsem kulturysty. I ci, którzy pracę uzyskali dzięki takiemu (przyznajmy, o wiele mniej wyrafinowanemu i eleganckiemu niż pani Gos) pomysłowi, również mogą odczuwać wielką chęć udzielenia już nie czytelnikom, ale przynajmniej znajomym porad i podzielenia się własnym doświadczeniem. A że pomysł w innym wypadku nie zadziała? Cóż, będzie to po prostu dowód na to, że nie wszyscy równie dobrze prezentują się w bikini lub z naprężonym nagim torsem. W każdym razie wyśmiewane przez korporacyjnych specjalistów od (przepraszam za wyrażenie) zarządzania zasobami ludzkimi zwyczaje aplikantów rozsyłających wzmacniane różnymi ekscentrycznymi pomysłami CV mogą mieć swoje racjonalne jądro, mogą właśnie wynikać z brania przykładu z kogoś, o którym ktoś słyszał, że kiedyś mu się udało.
Jak Wańka rozbawił cara
Artykuł o sukcesie młodej kreatywnej poszukiwaczki pracy wzmacnia ramka z opowieścią, jak to niegdyś staż uzyskała dzisiejsza zastępczyni redaktorki naczelnej „Przekroju”, Hanna Rydlewska: „Zachowałyśmy się dosyć bezczelnie, bo na recepcji powiedziałyśmy, że jesteśmy umówione z redaktor naczelną. Oczywiście nie byłyśmy. Zostałyśmy doprowadzone przed oblicze Zuzy Ziomeckiej, która na szczęście jest osobą otwartą na takie sytuacje. Zamiast pokazać nam drzwi, zadała kilka pytań. Rozmawiało nam się na tyle dobrze, że zaproponowała nam staż”. Ta historia oczywiście także jest baśnią, bo nie znamy ani jej dalszego ciągu, ani rewersu. Nie opublikujemy przecież o wiele liczniejszych opowieści o tym, jak podobne sposoby poszukiwania pracy skończyły się dla aplikantów zrzuceniem ze schodów lub przynajmniej obsobaczeniem przez szefów mniej otwartych na takie sytuacje. Nie dowiemy się też nigdy, czy obecne, wciąż dołujące wyniki sprzedaży „Przekroju” mają jakiś związek z tym, że jego naczelna dobiera sobie współpracowników na zasadzie otwartości na różne sytuacje.
Baśnie opowiadane przez panie Gos i Rydlewską mają jeden wspólny element, zresztą występujący bardzo często w podaniach ludowych przekazujących życiową mądrość feudalnej proweniencji. Aby osiągnąć sukces, należy po prostu spodobać się temu, kto z łaski swojej udziela dóbr i zaszczytów. Rzadko ma to związek z jakimiś wypracowanymi umiejętnościami, częściej z cechami przyrodzonymi, takimi jak uroda, śmiałość, spryt i przebiegłość. Kopciuszek musi się więc spodobać królewiczowi, głupi Wańka zostanie koniuszym, kiedy rozbawi znudzonego cara. W opowieściach o sukcesie pań Gos i Rydlewskiej ten element – spodobania się pracodawcy-suwerenowi – jest kluczowy, choć oczywiście może być nieprawdziwy. W cieniu pozostają takie kwestie jak rzeczywiste umiejętności obu pań, ich zdolność skupienia się na mało spektakularnej, codziennej pracy, doświadczenie, wykształcenie itp. Oczywiście każda z nich z pewnością te umiejętności posiada, ale w przedstawionych opowieściach rzucamy światło tylko na ten moment, w którym aplikant spodobał się władcy.
Nasze media pełne są narzekań, że uczniowie i studenci migają się od nauki, że młodzi pracownicy wymigują się od roboty, próbując jak najwięcej zwalić na innych, a przy okazji zrobić dobre wrażenie. Ale może takie postawy mają swoje racjonalne jądro i wynikają z płynącej między innymi z takich baśni ludowej mądrości mówiącej tyle, że w pracy nie sama praca jest najważniejsza, ale po pierwsze jej odpowiednio spektakularne zdobycie, a po drugie umiejętne zrobienie wrażenia na decydujących o jej udzieleniu ważnych osobach. Można tego dokonać uroczą bezczelnością, można pieczołowitym wydreptywaniem odpowiednich ścieżek i dokumentowaniem tego przy pomocy nowoczesnych aplikacji, byle spodobać się księciu, byle rozbawić znudzonego cara. Najważniejsze w życiu jest sprawianie dobrego wrażenia na tych, którzy udzielają łask: decydują o przyjęciu do pracy mającej status deficytowego dobra pracy, a także o kwocie płacy mającej status dobra jeszcze bardziej deficytowego. A najsmutniejsze jest to, że taka postawa ma również swoje racjonalno-irracjonalne jądro.
Bo oczywiście gadanie o tym, że kapitalizm jest zawsze racjonalny, a ludzie zarządzający prywatnymi przedsiębiorstwami kierują się wyłącznie rachunkiem ekonomicznym, ma się nijak do rzeczywistości. Bardzo wielu pracodawców przypomina klientów restauracji, którzy skoro wydali na obiad pieniądze, nie mogą sobie odmówić poniżenia kelnera, mimo iż doskonale wiedzą, że on za to napluje im do zupy lub zamiesza kawusię palcem umoczonym w pewnej niewymownej czeluści. Potrzeba poczucia władzy, dominacji czy bycia świetnym gościem jest dla nich warta każdych pieniędzy i każdej straty. Jedni z nich będą tę potrzebę realizowali poniżając swoich pracowników, inni odbierając od nich pożądane zachowania. Wcale nierzadkie są takie, z ekonomicznego punktu widzenia irracjonalne, przypadki, kiedy właściciel lub zarządzający z sobie tylko znanych powodów prześladuje i w końcu pozbywa się pracownika przynoszącego firmie największe korzyści, a hołubi takiego, który co prawda niewiele robi, ale potrafi zaaranżować sytuację, na którą szef jest otwarty, sprawić, że poczuje się miło. I oczywiście bardzo wielu młodych (i nie tylko młodych) ludzi zdaje sobie z tego sprawę, a czytane w mediach baśnie jeszcze to przekonanie wzmacniają.
Praca i posada
To właśnie jest racjonalne, iż ludzie przekonani o tym, że pożądane skutki przynosi robienie wrażenia na pracodawcy, a nie sama praca, przestają przykładać się do pracy, a przykładają się do robienia wrażenia. Jeśli ktoś jest bez pracy przez wiele miesięcy albo też całymi latami stażuje i skacze od jednego dorywczego zajęcia do drugiego, nie ma możliwości doskonalenia się w pracy. Tym bardziej będzie on skłonny przypisywać swoje niepowodzenia temu, że robi nie dość dobre wrażenie, i tym bardziej będzie skłonny pracować nad tym wrażeniem. I jeśli usłyszy baśń, jak to Karina Gos zrobiła wrażenie na prezesie Wolniaku, opowieść w stosownym momencie urwaną i zakończoną domyślnym „i żyli długo i szczęśliwie”, zacznie raczej po swojemu naśladować „genialne akcje”, niż doskonalić inne umiejętności.
Można się domyślić, jakie społeczne skutki może przynieść albo już przynosi takie zjawisko. Wpojone przekonania i utrwalone podczas jałowych poszukiwań odruchy dadzą o sobie znać, kiedy posada już zostanie zdobyta. Oczywiście pracownik przekonany o tym, że wartość ma zdobycie i utrzymanie miejsca zatrudnienia, a nie sama praca, także będzie pracował, także wytworzy jakąś wartość dodaną, dzięki której zadowoli szefa-suwerena. Ale czy będzie twórczy, skłonny do doskonalenia efektów własnych działań, nawet gdy jego wizja przekracza wizję suwerena i kiedy twórczość niesie ryzyko wypadnięcia z łask? Czy technologiczne zapóźnienie naszego kraju, jego niska innowacyjność, wizualna brzydota i banalność, wtórność idei czy choćby – przepraszam prezesa Wolniaka, który jest tutaj skojarzeniodawcą, a nie adresatem przykładu – budzący zażenowanie poziom polskich reklam atakujących zewsząd każdego z nas – nie wynikają w jakimś stopniu z tego, że ludzie tak dużo troski, energii i wysiłku poświęcają zdobyciu i utrzymaniu zatrudnienia, a tak mało samej pracy?
Zakończona wezwaniem do naśladowania baśń o genialnym pomyśle młodej aplikantki niesie przede wszystkim takie przesłanie, że klęska w staraniach o pracę świadczy o niskiej osobistej jakości starającego się. O jego braku pożądanych cech takich jak kreatywność, odwaga, zdecydowanie i co tam jeszcze. Sugeruje, że osoba delikatna, o odmiennym niż proponowane poczuciu godności, która nie jest skłonna narazić się na śmieszność i zniewagę, na wyprowadzenie przez ochronę z biura naczelnej czy w końcu na tygodnie wydreptywania ścieżek i informowania o tym potencjalnych pracodawców, powinna się całkowicie i radykalnie zmienić. Nie ma tu nic do rzeczy fakt, że taka delikatna i godna osoba mogłaby być znakomitym pracownikiem. To nieważne, gdyż baśń mówiąca o poszukiwaniu pracy ceni posadę, a nie pracę.
Kwestia godności
Świetnie ujęła takie sugestie i oczekiwania w swoim emocjonalnym blogowym wpisie rówieśniczka Kariny Gos, Sandra Borowiecka: „Młodzi, zacznijcie trenować boks. Zapiszcie się na karate, czy inne sztuki walki. Stańcie się przebiegli jak Tommy Lee Jones w Ściganym. Sprawni Jak Chuck Norris, który nie szukałby pracy, bo to praca szukałaby jego. Bądźcie jak MacGyver, gotowi do otwierania drzwi biura szefa szpilką, do wskakiwania przez zamknięte okna, do czołgania się kanałami wentylacyjnymi. Musicie być kreatywni, czujni, szukać tam, gdzie inni nie szukają, przechodzić po ciałach tych co zdechli jak psy, leżąc na ulicach z lupami w dłoniach szukając tej jedynej, wyśnionej pracy. Bądźcie bezwzględni i czochrajcie szefa, gdy tylko nadarzy się okazja. Wrzućcie do internetu wszystko, co tylko możecie, zdjęcia majtek czystych i brudnych, swoich i czyichś. Proście o polubienia, o kliknięcia, o wyświetlenia. Pozbądźcie się złudzeń o doświadczeniu i wiedzy, zastąpcie je kreatywnością – tylko tak macie szanse, by zaistnieć na rynku pracy”.
Oczywiście sugerowanie ludziom poszukującym pracy całościowej zmiany samych siebie prowadzi wprost do pozbawienia ich godności, i to takiego, które oni sami uwewnętrznią. Człowiek pracujący lub starający się o pracę na mocy kontraktu z pracodawcą powierza mu jeden z najistotniejszych aspektów swojego życia: pracę. Ale nie powierza siebie. I na mocy kontraktu pozwala pracodawcy oceniać swoją pracę, ale nie siebie. To dla godności człowieka bardzo istotne, żeby wiedział, iż oceniana jest jego praca, względnie jego potencjał pracownika, ale nie on sam. Żeby mógł rozgraniczyć role, w których występuje: pracownika, który swoją pracę komuś sprzedaje, oraz siebie – osoby, której niezależnie od okoliczności nikomu nie wolno zmieniać, łamać, naginać.
A baśnie opowiadane przez redaktora Wąsowskiego i jego kolegów nastawione są na coś zgoła przeciwnego: takie złamanie przekonań i charakterów młodych ludzi, żeby rzeczywiście uwierzyli oni w to, że bezskuteczność starań zmierzających do zdobycia pracy świadczy o ich całościowo niskiej wartości. A ludzie o tym przekonani zgodzą się w końcu na każde warunki pracy, aby tylko uniknąć ostatecznego poniżenia, i jeszcze zaczną głosić peany na cześć pracodawcy. Tak jak kandydatka na Kopciuszka odrzucona przez kolejnych królewiczów wyjdzie w końcu za szewca-pijanicę, brutala i brudasa. I – mimo nienawiści – wobec sąsiadów zacznie go nazywać swoim księciem.
przez Jarosław Ogrodowski | niedziela 11 sierpnia 2013 | opinie
Jedną z moich ulubionych płyt jest „Time” grupy Electric Light Orchestra, wydana w roku 1981. To koncept-album opowiadający historię człowieka, który został przeniesiony do roku 2095 i próbuje odnaleźć się w tak zmienionej rzeczywistości. Okazuje się jednak, że przewidywania i wizje ukazane na tych nagraniach zmaterializowały się znacznie wcześniej i już teraz, w 2013, część z nich jest całkowicie realna.
Nasz podróżnik w czasie, wyrwany „ze starych dobrych lat 80.” (swoją drogą to zdanie bardzo dużo mówi o jego pozycji klasowej), tęskniąc za swoją ukochaną, ma w domu jej idealną cybernetyczną kopię. Oprócz tego, że dokładnie odwzorowuje ona wygląd osoby oraz stara się naśladować jej realne zachowanie, co wychodzi jej zresztą dość kiepsko, jest także… telefonem. Brzmi znajomo? Pewnie! Kto z nas nie ma w kieszeni podręcznej maszyny z Androidem, dostosowanej, przepraszam, spersonalizowanej pod siebie? Maszyny, która już dawno przestała być tylko telefonem, ale stała się czymś o wiele, wiele więcej?
Czym tak naprawdę jest nasz smartfon, możemy się przekonać, gdy spróbujemy pozbawić go którejś z podstawowych funkcjonalności. Mój, zakupiony w sklepie, już miał w sobie zaszytą aplikację obsługującą Facebooka, a pierwszą rzeczą, o jaką zapytał po włączeniu i ustawieniu języka, była synchronizacja z kontem Gmail, oczywiście po to, aby uzyskać pełną funkcjonalność. Zrobiłem to i, no właśnie, co ja tak naprawdę zrobiłem?
Żeby się tego dowiedzieć, musimy sięgnąć do standardowych, bardzo długich formułek, których przeczytania (i zaakceptowania) wymaga od nas każda aplikacja przed zainstalowaniem. Jest tam lista uprawnień, które przyznajemy poszczególnym aplikacjom. Standardowo zarówno Facebook, jak i Gmail proszą o dostęp do danych o naszych kontaktach i o ich edycji. Możemy się oczywiście nie zgodzić, ale wtedy aplikacja nie będzie działała. Akceptujemy więc i cieszymy się ich używaniem, a jednym kliknięciem wysłaliśmy dwóm wielkim korporacjom całą listę naszych kontaktów. I nie tylko, bo te aplikacje bardzo często pytają również o naszą lokalizację.
Przenosząc się z telefonu na telefon, najbardziej nie lubiłem przyklepywania kontaktów. Jasne, mogłem je zapisać na karcie SIM, ale miała ona możliwość zapisywania danych o określonej liczbie znaków, co kończyło się w najlepszym razie urywaniem kawałków nazwisk lub imion albo, w gorszym przypadku, istnieniem np. trzech Przemków, pozbawionych nazwisk. Tymczasem Google wyszło temu naprzeciw – zaproponowało mi, abym każdemu kontaktowi e-mail przyporządkował telefon do danej osoby, a tak połączone kontakty trzymał w zewnętrznym miejscu, skąd będę mógł je pobrać w dowolnym momencie, np. zmieniając telefon. I faktycznie tak to działa – przesiadka z telefonu na telefon staje się łatwa i przyjemna, bo kontakty zasysa się jednym kliknięciem, a synchronizacja trwa kilka chwil. Oczywiście nic za darmo – tym zewnętrznym miejscem są serwery Google’a, który w ten sposób nie tylko otrzymuje dane o tym, z kim się kontaktuję, ale również natychmiastową informację, że określona osoba ma nowy numer telefonu albo jakiś inny, dodatkowy („dodaj numer do istniejącego kontaktu”, prawda?). Ale nawet jeśli tego nie zrobię, to i tak już sprzedałem swoich przyjaciół, znajomych i współpracowników, bo jak wspomniałem, aplikacja obsługująca Gmail już wcześniej poprosiła o dostęp do moich kontaktów.
Facebook nie pozostaje w tyle. Pierwszą rzeczą, o którą pyta aplikacja po zalogowaniu, jest synchronizacja istniejących kontaktów z tymi, które mamy na Facebooku. Niezależnie od podjętej decyzji nasze kontakty już i tak wylądowały na serwerach Marka Zuckerberga (patrz wyżej uwaga o uprawnieniach aplikacji), ale są nieposegregowane. Oczywiście, boty szybko zrobią z tym porządek, ale po co je zajmować, skoro użytkownik może zrobić to sam? Jedno kliknięcie i jego podręczna maszyna sama porówna imiona i nazwiska – i gotowe, wystarczy zaakceptować.
Prowadzi to do kilku ciekawych sytuacji. Pierwsza jest taka, że nagle w telefonie przybywa kontaktów. Nasi znajomi z Facebooka, których numeru nie mieliśmy, nagle objawiają się na naszej liście kontaktów telefonicznych – tylko dlatego, że podali własny numer na swoim profilu na Facebooku i udostępnili go znajomym. Następna jest taka, że nawet jeśli próbowaliśmy być na Facebooku anonimowi, to nasi znajomi i przyjaciele już tę anonimowość dawno unieważnili. Nieistotne, że na Facebooku nazywamy się np. Michał Orwell i mamy ponad sto lat, a naszą lokalizacją jest Katalonia. Facebook już doskonale wie, że naprawdę nazywamy się zupełnie inaczej. A co więcej, podzieli się tą wiedzą z następnymi osobami.
Dowiedziałem się o tym, jak zwykle, przypadkiem. Oto koleżanka z pracy dała mi swój numer telefonu. Po chwili telefon sam z siebie zaproponował mi połączenie jej kontaktu z kontaktem z Facebooka. I nic w tym dziwnego, gdyby nie to, że koleżanka ta nigdy nie podawała Facebookowi numeru telefonu, a na tym portalu występuje pod zupełnie innym imieniem i nazwiskiem. Zagadka wyjaśniła się niemal natychmiast – jej współlokatorka ma identyczny telefon jak mój i najprawdopodobniej sama połączyła oba kontakty. A jeśli nie ona, to ktoś inny spośród jej kilkuset znajomych.
Kolejną dawkę wiedzy nabyłem, gdy postanowiłem wylogować się z Facebooka na moim telefonie. Nagle okazało się, że dużej części kontaktów po prostu nie ma. To znaczy są – ale jako gołe numery telefonów – i musiałem zgadnąć, który z nich jest który. Przyznam, że spanikowałem i mojego humoru nie poprawiło nawet to, że po chwili telefon odzyskał pełną listę kontaktów (ach, synchronizacja z serwerami Google!) – w ten nieprzyjemny sposób uświadomiłem sobie, co by się stało, gdyby nagle coś przestało działać.
Jedną z najbardziej profetycznych piosenek na „Time” jest „Here is the news”, opowiadająca o futurystycznym świecie wypełnionym informacją napływającą z każdej strony. Oprócz tekstu pojawiają się w tle losowe komunikaty z przyszłości, w tym jeden mówiący, że kilku inżynierów zostało skazanych na banicję przez sąd komputerowy. Brzmi jak zły sen? Być może, ale ten sen już nam się śni. Nie tak dawno temu Google „zniknął” portal Skąpiec. Portal ten po prostu znikł z wyszukiwarki i tak naprawdę nikt nie wiedział dlaczego. Od tej decyzji nie było żadnej drogi odwoławczej i nie było nad nią żadnej kontroli. Co więcej, decyzję tę podjął zapewne bot.
Nie inaczej jest na Facebooku. Na pewno znamy kogoś, komu zawieszono konto. Na razie czasowo, ale kto wie, czy już za rogiem nie czeka na nas ban nieograniczony w czasie. Co się wtedy może stać, przekonałem się boleśnie na przykładzie mojego smartfona, pozbawionego nagle dużej części kontaktów. Gdybym, na swoje nieszczęście, dorobił się również bana od Google, miałbym problem dużo poważniejszy – nie dość, że prawdopodobnie nie wiedziałbym, czyj telefon jest czyj, to jeszcze nie miałbym dostępu do swoich wiadomości i poczty elektronicznej. Tak, ja przecież też już od dawna zżyłem się z Gmailem i już nie pamiętam, jak to jest używać poczty od innych dostawców. Co więcej, coraz częściej nie pamiętają tego również nasi pracodawcy, opierając firmową pocztę o technologię Google i jego serwery.
Wyobraźmy sobie więc, co się stanie, jeśli zostaniemy zablokowani przez Google’a. Prywatne kontakty jakoś jeszcze damy radę opanować, o ile umiemy ograniczyć się tylko do tych osób, które nie używają Gmaila i do których można zadzwonić. Nasze życie w sieci również ucierpi, bo coraz więcej portali i stron internetowych powierza komentarze albo Google’owi (np. Agora, każąca się logować do komentowania z konta na gazeta.pl, oczywiście opartego o Google’u), albo Facebookowi (np. należący do „Krytyki Politycznej” Dziennik Opinii). Jeszcze gorzej będzie z pracą – nie dość, że całkiem szybko stracimy swoją – nie mamy już dostępu do poczty w pracy, bo nasz pracodawca przeniósł ją na serwery Google’a – to w dodatku staniemy się praktycznie niezatrudnialni. Wysłanie zwykłego CV stanie się loterią, bo przecież nie wiemy, która poczta oparta jest o Gmail. Niezwykle szybko spadamy więc do kategorii pariasów i faktycznych banitów we własnym społeczeństwie.
Na szczęście jesteśmy mało ważni i nie dajemy ani Google’owi, ani Facebookowi powodów do banowania nas. Jesteśmy grzeczni, a jedyne, co może naruszać ich polityki, to wrzucenie od czasu do czasu zdjęcia z gołymi cyckami, albo i tego nie. Czy na pewno? Jak to wygląda w praktyce, możemy się przekonać, gdy raz na jakiś czas Internet obiega pełna oburzenia wiadomość o tym, że któryś z tych gigantów „sprzedał” jakiemuś rządowi dane dotyczące politycznych przeciwników. Albo że z którymś z rządów podpisał umowę, w której zobowiązuje się do cenzurowania tego, czego szukają i o czym piszą jego użytkownicy. Dopóki dotyczy to krajów tak dalekich jak Chiny czy państwa afrykańskie, czujemy się spokojni. Nas samych stara się bronić Unia Europejska, ale kto wie, jak długo będzie się to udawało i jak paskudne rzeczy w międzyczasie będą robiły nasze własne rządy.
Google i Facebook potrzebują do życia tego samego – sieci naszych kontaktów. Obie korporacje doskonale wiedzą, z kim się kontaktujemy, jak często i gdzie bywamy (geolokalizacja to kolejna z rzeczy, na które się zgodziliśmy, instalując aplikacje!). Obie wiedzą, gdzie właśnie zrobiliśmy zakupy (ach, ludzie „czekinujący” się na Foursquare czy po prostu mający automatyczne meldowanie się) i z kim właśnie siedzimy, jedząc pizzę wieczorem, choć żonie powiedzieliśmy pół godziny wcześniej, że zostaniemy dłużej w pracy i że ma się nas nie spodziewać wcześniej niż po północy. Dane o sobie i o tym, co robimy podajemy bardzo chętnie i najczęściej zupełnie bezwiednie obu gigantom na tacy. Nawet jeśli wybierzemy cyfrową banicję i będziemy uważać, że jesteśmy poza systemem, zrobią to za nas przyjaciele, znajomi i współpracownicy.
Nie możemy na to wiele poradzić, ale miejmy chociaż tego świadomość.
przez Maciej Piotrowski | poniedziałek 5 sierpnia 2013 | opinie
W centrum niemal każdej wsi na naszym Roztoczu stoi monumentalny kamienny krzyż, zwykle z nieczytelnym już napisem i wyzierającą spod warstwy wapna datą: 1848. Niewielu wie, jakie wydarzenie ten pomnik upamiętnia. Próżno szukać takiej informacji w szkolnych podręcznikach. A może ta zapomniana data powinna stać się nowym świętem narodowym?
„Biedni poddani dzień i noc na was pracują i dręczą się, a wy ich krew, siłę, pracę i trud wyssawszy i nagimi w oborze i komorze ich uczyniwszy, wyrwańców waszych i zauszników w falendysze i kerezje ubieracie. A nieszczęśni poddani wasi nawet dobrej, prostej siermięgi nie mają, ażeby nagość swoją przyodziać” – opisywał los chłopów pańszczyźnianych w I Rzeczpospolitej prawosławny polemista i pustelnik, Iwan Wyszeńskyj. Mimo to lubimy sobie wyobrażać przeszłość w sposób sielankowy: mały, biały dworek, wśród złotych zbóż. Tymczasem życie naszych przodków bardziej przypominało los czarnych niewolników z „Django” niż sentymentalnych bohaterów „Przeminęło z wiatrem”. Obowiązkiem przymusowej pracy była objęta większość mieszkańców Rzeczpospolitej. Od zniesienia pańszczyzny nie minęło aż tak wiele czasu – ludzi, którzy ją odrabiali w młodości, pamięta jeszcze nasz dziadek. Polskie niewolnictwo prawnie zlikwidowano dopiero w 1848 roku (w Monarchii Habsburskiej) i w 1864 (w Imperium Rosyjskim).
Mieszkańcy Roztocza upamiętniali to epokowe dla nich wydarzenie – „nadanie wolności” – jak sami pisali. Ubogie społeczności fundowały krzyże gromadzkie i pamiątkowe kaplice. W naszej wsi, w Gorajcu, Heorhij Wójtowicz zamówił u jednego z ludowych malarzy obraz. Widać na nim chłopów dziękujących Panu Jezusowi za wolność.
Żadna wojna, żadna niemal zmiana granic czy ustroju nie pozostawiła po sobie takiego śladu w miejscowym krajobrazie. Jednak to konstytucje i wojny – święta wyrwańców i zauszników – które niemal wcale nie zmieniały pozycji większości mieszkańców tych ziem, są dziś oficjalnie celebrowane, to o nich uczymy się na lekcjach historii. Obraz ufundowany przez Wójtowicza zaginął prawdopodobnie w latach 70. XX wieku. Najpewniej rozpadł się ze starości.
Dlaczego warto przypomnieć tę historię? Po pierwsze po prostu dlatego, że Polacy w ogromnej większości są potomkami dawnych chłopów pańszczyźnianych. Nasze plebejskie pochodzenie jest jednak wciąż często uznawane za powód do wstydu. Lęk przed „obciachem”, „wieśniactwem”, przed tym, co „niższe” i „gorsze”, ułatwia symboliczną identyfikację z dawnymi i nowymi „wyższymi sferami”. Kiedyś łykami i chamami gardziła szlachta; dziś gardzą nimi nowi mieszczanie. Także polska inteligencja (niezależnie od tego, czy deklaruje się jako „prawicowa” czy „lewicowa”) często reprodukuje mit głoszący, że chłopstwo zawsze było ciemne i konformistyczne – w przeciwieństwie do zawsze światłych i niepokornych inteligentów.
Sugeruje się czasem, że chłopi niczego sami nie wywalczyli i nie wypracowali, że dostawali wszystko bez wysiłku – najpierw od zaborców, potem od komunistów. Takie ujęcie nie uwzględnia nie tylko roli wystąpień chłopskich w zniesieniu pańszczyzny. Zdaje się również zapominać o dynamicznym i świetnie zorganizowanym chłopskim ruchu społecznym. Ruch ten pod koniec dwudziestolecia międzywojennego wydał stowarzyszenia młodzieży wiejskiej, które potrafiły odnieść się krytycznie do odziedziczonych wiejskich stosunków, budując zarazem dumę z bycia chłopem, „gospodarzem państwa”. To ruch ludowy zorganizował Wielki Strajk Chłopski, który upominał się o demokratyzację i aktywną politykę antykryzysową państwa.
Wydaje się, że polska inteligencja podejrzanie łatwo przyjmuję pozę „pochylającego się” nad maluczkimi oświeciciela lub samotnego powstańca, otoczonego przez dzikie chamstwo, niegodne jego ofiary. Dlatego 44 ofiary starć strajkujących chłopów z przedwojenną władzą nie znalazły jeszcze miejsca w panteonie narodowych męczenników.
Dziedzictwo pańszczyzny i szlachetczyzny ciąży nie tylko nad polską kulturą, lecz również – a może przede wszystkim – nad ekonomią. Nie chodzi tu tylko o historyczne analogie, ale także o struktury tzw. długiego trwania. Korzenie polskiej peryferyjności i niedorozwoju sięgają bowiem jeszcze czasów „złotego wieku” i „złotej wolności”. Niesamodzielna, nieinnowacyjna gospodarka, oparta na taniej lub bezpłatnej sile roboczej, wytwarzająca półprodukty i dobra nisko przetworzone (kiedyś zboże i dziegieć, dziś w najlepszym wypadku zmontowany sprzęt AGD) – to dziedzictwo szlacheckiej Rzeczpospolitej. Podobnie jak uległość państwa wobec prywaty oligarchów. Dlatego warto zrewidować mity. Nie tylko po to, by przypomnieć, kim byli nasi przodkowie, ale również aby zrozumieć, kim my dziś jesteśmy i kim możemy się stać.
„Dzień Swobody” przydałby się w kalendarzu nie tylko po to, żeby odsapnąć od codziennej harówki. Przypomnienie pańszczyzny i walki przeciw niej może być okazją do innego spojrzenia na całą naszą historię. Spojrzenia od dołu, z perspektywy zwykłych ludzi, nie z perspektywy elit władzy i pieniądza. Tak jak proponował wybitny polski humanista Witold Kula. Wybrał on na dziedzinę swych studiów dzieje społeczne i gospodarcze, ponieważ szukał „historii /…/ ludzi skromnych i nieznanych, których zbiorowa praca, ofiary, cierpienia, stworzyły świat takim, jaki jest. /…/ Przez długie wieki, za kurtyną barwnej zmienności dziejów politycznych, praca milionów ludzi dokonuje rzeczy wielkich” (W. Kula, Wokół historii, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, 1988, s. 183). Na tej – niewolnej – pracy niezliczonych pokoleń wyrosła również nasza kultura.
Nie znaczy to jednak, że w geście moralnego oburzenia musimy teraz wyrzucić na śmietnik wszystkie jej wytwory, łącznie z takimi skarbami sarmackiego piśmiennictwa jak „Opis obyczajów” księdza Kitowicza. Wręcz przeciwnie. Możemy w końcu pójść po swoje i poczuć się pewnie – jak współgospodarze „gospodarstwa kultury polskiej” na swoim kawałku ziemi. Potraktowanie zwykłych ludzi nie jako biernego przedmiotu, ale jako aktywnego podmiotu narodowej historii, działa uwalniająco. A wyzwolenie z dzisiejszej kulturowej, politycznej i ekonomicznej pańszczyzny, zrzucenie z barków brzemienia wstydu – może nam w końcu pozwolić swobodnie odetchnąć. Dzięki temu Rzecz-pospolita mogłaby się w końcu stać tym, czym być powinna: dobrem wspólnym, a nie prywatną własnością dawnych i nowych panów.
Wiejskość to nie tylko lajfstajl, gadżet, który można postawić na półce. Przywiązanie do korzeni oznacza przede wszystkim działanie na rzecz naszej lokalnej (wiejskiej lub miejskiej) społeczności. Bo peryferia można znaleźć w każdym zakątku kraju, również w Warszawie – wystarczy wychylić nos poza mury Nowego Wspaniałego Świata. Wystarczy zacząć od „małych” i konkretnych rzeczy: od tego, by nasza wspólnota miała dobry publiczny transport, świetlicę czy dom kultury. Choć niekoniecznie na rzeczach małych trzeba skończyć. Powstrzymanie infrastrukturalnej i cywilizacyjnej degradacji „Polski peryferyjnej” wymaga fundamentalnej rewizji priorytetów polityki państwa. Jeszcze nigdy nie udało się tego osiągnąć bez społecznej samoorganizacji i oddolnego nacisku. Przykład dali nam chłopi – jak zwyciężać mamy.
„Dzień Swobody” to zatem nie tylko święto dla historyków. W dniach odświętnych, w dniach pamięci – jak pisał Walter Benjamin – powraca pierwszy dzień wolności. Dlatego warto uczcić 165. rocznicę zniesienia pańszczyzny tak, jak robili to nasi przodkowie: tańcząc, pijąc i śpiewając. A także rozmawiając o naszej przeszłości i teraźniejszości.
Mateusz Piotrowski, Maciej Piotrowski
Stowarzyszenie „Folkowisko”
PS Między 12 a 14 lipca spotkaliśmy się w Gorajcu na festiwalu „Folkowisko” z poetami, socjologami i muzykami, z miejscowymi i przyjezdnymi, z ludźmi o różnych poglądach – by rozmawiać o tym dziwnym splocie państwa i chamstwa. O fascynującej i niejednoznacznej polsko-chłopskiej historii. I odsłoniliśmy nową wersję obrazu, który ponad 150 lat temu ufundował Heorhij Wójtowicz „Na pamiątkę zniesienia pańszczyzny 1848 roku”. Więcej informacji:
https://www.facebook.com/JestemZeWsi oraz
http://folkowisko.pl/festiwal.html