przez dr Rafał Bakalarczyk | sobota 14 grudnia 2013 | opinie
Niedawno przez Sejm i zarazem całą debatę publiczną przeszła burza wokół referendum w sprawie obniżenia wieku szkolnego do lat 6. Skala poruszenia tą „reformą” jest doprawdy zdumiewająca, zwłaszcza że obecna władza ma na koncie wiele bardziej znaczących działań (oraz zaniechań) z punktu widzenia funkcjonowania polskiej szkoły, nie mówiąc o innych obszarach polityki publicznej. Ponadto posunięcie to jest wprowadzeniem tego, co funkcjonuje już w wielu innych krajach, i gdyby wynurzyć głowę poza polskie rozgorączkowanie wokół tej sprawy, wówczas ta wysoka temperatura okazałaby się dość kuriozalna. Stało się jednak inaczej.
Myślę, że tego fenomenu nie można sprowadzić wyłącznie do nieudolnego PR-owo i chaotycznego przeprowadzania reformy przez rząd z jednej strony, a z drugiej do brawurowej i godnej uznania sprawności mobilizacyjnej i organizacyjnej państwa Elbanowskich oraz grupy aktywistów, którym udało się w tej sprawie narzucić ton debacie publicznej. Wydaje się, że stosowana tu retoryka musiała trafić na głębsze podłoże. Głębsze także niż dość szeroko zakrojone niezadowolenie i znużenie rządami PO, co wszak motywowałoby do sprzeciwu pod byle pretekstem. Wydaje się, że w „ratowanie maluchów” włączyła się również część tych, którzy nie są organicznymi wrogami Donalda Tuska i z czystej przekory powiedzą mu: veto. Wręcz przeciwnie, wśród twarzy ruchu byli głównie celebryci i ludzie sukcesu, a jego bazę społeczną stanowili w niemałej mierze przedstawiciele klasy średniej, więc raczej grupy będącej dotąd sprzymierzeńcem, a nawet trzonem elektoratu PO. Choć oczywiście struktura postaw w sprawie „sześciolatków” wykroczyła poza krzepnące w Polsce granice klasowo-statusowe, a także socjopolityczne podziały, w tym i dotychczasowe preferencje partyjne. Jest to tyleż socjologicznie intrygujące, co politycznie niekorzystne. Wydaje się, że sprawa wywołała podziały między środowiskami, które mogłyby stworzyć wspólny front w znacznie ważniejszej sprawie – w dążeniu do bardziej inkluzywnej i równościowej edukacji.
Masowy społeczny zryw – wyrażony między innymi liczbą zebranych podpisów w imię „ratowania maluchów” – naprowadza na znany nie tylko z polskiego podwórka trop wewnętrznej kolonizacji przez warstwy, których świadomość, interesy i preferencje uzyskują hegemonię i w sposób miękki zaszczepiają określone postawy pozostałym grupom. W istocie retoryka, którą od początku posługują się autorzy akcji „Ratuj Maluchy”, wyraża „źle” rozumianą perspektywę korzyści przedstawicieli klasy średniej i ich rodzin. Dlaczego uważam, że „źle” – napiszę dalej. W tym miejscu warto zatrzymać się nad faktem, że autorzy występowali w obronie maluchów ogółem (mimo iż nie wszyscy rodzice – także z klasy średniej – podzielali ich obawy co do posłania swoich pociech do szkół w młodszych wieku), a tymczasem kryło się pod tym mniej lub bardziej uświadomione reprezentowanie interesów dziecka zadbanego, wyposażonego w domu w odpowiedni kapitał kulturowy i materialny, żyjącego w warunkach ekonomicznego i emocjonalnego bezpieczeństwa. Dziecka, którego rodziców stać, aby posłać je do przedszkola albo zapewnić mu prywatną domową opiekę i wychowanie, albo też jedno z nich może pozwolić sobie na rezygnację z pracy bez ryzyka popadnięcia całej rodziny w ubóstwo. Ale takich dzieci jest tylko pewna część, zaś pozostali nie mają tak łatwej sytuacji. Chodzi więc o całą rzeszę dzieci, które mają mniej korzystny start, w tym o te żyjące de facto na społecznym marginesie. Czy i w ich przypadku szkoła – nawet niedoskonała – jest miejscem, przed którym mamy je ratować?
Dla takich dzieci znalezienie się w otoczeniu innym niż to domowe czy podwórkowe jest szansą na wyrównanie deficytów środowiskowych, nabycie kompetencji społecznych i rozwojowych, jakich nie dostarcza otoczenie, w którym się wychowują. Wiem, że mówię o szansie, a nie o gwarancji. Jednak aby ta szansa mogła przekształcić się w realną zmianę, w proces przygotowania na to wyzwanie polskiej rzeczywistości edukacyjnej trzeba włożyć wiele wysiłku, wykraczając poza szkołę, a obejmując także kanały edukacji nieformalnej i pedagogiki społecznej. Z pewnością nie przysłuży się temu jak najdłuższe pozostawanie dzieci poza środowiskiem szkolnym.
Oczywiście to wyrównywanie szans i kompensowanie deficytów może dokonywać się nie tylko w ramach szkoły, ale także w przedszkolach, na które nałożone są zarówno zadania opiekuńcze, jak i edukacyjne oraz wychowawcze. Jednak póki co edukacja przedszkolna nie jest, wskutek wieloletnich zaniedbań, upowszechniona wśród dzieci młodszych. Również obecny rząd zbyt długo zwlekał z wprowadzeniem dotacji dla samorządów na ten cel, ale cóż – lepiej późno niż wcale. W tym kontekście należy również pamiętać, że obniżenie wieku szkolnego o rok niejako uwalnia w placówkach przedszkolnych miejsca dla młodszych dzieci. To właśnie patrząc z tej perspektywy – przesunięcia w dół momentu, w którym rodzina z dzieckiem otrzymuje instytucjonalne wsparcie opiekuńczo-wychowawcze – reforma „sześciolatków” ma jeszcze więcej zalet.
Dzieci z rodzin defaworyzowanych zazwyczaj jednak nie mają społecznego rzecznika swoich interesów i praw pod postacią aktywnych rodziców i przez nich powoływanych ruchów społecznych. Ekstrapolowanie przez pewną część klasy średniej własnego interesu na całe społeczeństwo i przedstawienie go jako uniwersalnego, wydaje mi się niewłaściwym, szczególnie gdy grupy słabe, które na tym tracą, nie są w stanie postawić votum separatum. Napisałem wcześniej, że stoi za tym fałszywie rozumiany interes klasowy. Owa fałszywość polega na tym, że opóźnienie czy ograniczanie powszechnej integracji dzieci o odmiennym statusie społecznym szkodzi wszystkim. Także tym z warstw uprzywilejowanych. W interesie wszystkich powinna być bowiem integracja – spotkanie z dziećmi o innych doświadczeniach życiowych, odmiennych środowiskowych i biomedycznych możliwościach rozwojowych. Dopiero zetknięcie się z innymi osobami ułatwi w przyszłości budowanie więzi, rozwiązywanie trudnych sytuacji konfliktowych oraz uczyni życie społecznie i duchowo bogatszym. Im wcześniej w procesie socjalizacji dziecka to nastąpi, tym lepiej.
Oczywiście polska oświata nie jest wolna od innych, znacznie wyraźniejszych mechanizmów prowadzących do segregacji i izolacji różnych grup. Wymienić tu można choćby rozwój szkół prywatnych i nauczanie w nich od wczesnych etapów kształcenia, rozluźnienie zasad rejonizacji pozwalające sprytniejszym rodzicom wybierać lepsze placówki, segregacje wewnątrzszkolne w przydziale do oddziałów klasowych itp. Procesom tym towarzyszy niepokój w związku z odnalezieniem się dziecka w przypadkowo dobranym otoczeniu rówieśniczym w ramach szkoły publicznej. Z tych lęków rodzą się konkretne postawy – albo zwrócenie się ku podmiotom prywatnym, albo z kolei ku temu, co rodzinne. Wydaje się więc, że właśnie ta „familizacja” indywidualistycznej strategii wycofania przed zetknięciem się z rzeczywistością szkoły publicznej jest źródłem tego, iż sprzedaje się ona tak dobrze w publicznej debacie. Przecież nie chodzi o egoizm jednostki, a o dobro rodziny. Czyż nie brzmi to lepiej?
Kilka miesięcy temu zarówno w prasie mainstreamowej, jak i w opracowaniach eksperckich można było znaleźć szereg artykułów przekonujących o wartości i rosnącej popularności edukacji domowej. Równolegle jesteśmy bombardowani informacjami o tym, jak bardzo szkoła psuje uczniów i ile zagrożeń niesie z sobą. Przypomnijmy choćby opublikowany 1 września br. tekst w „Rzeczpospolitej” pt. „Polska szkoła niszczy ucznia”, poświęcony problemom psychicznym młodzieży. Artykuł opierał się na niezweryfikowanym przeświadczeniu, że akurat funkcjonowanie szkoły jest źródłem owych problemów, zaś w katalogu potencjalnych przyczyn pominięto czynniki leżące poza nią – coraz mniej stabilne relacje rodzinne i warunki bytowe, drapieżną i alienującą sferę konsumpcji, demontaż pozaszkolnych instytucji kultury i uczestnictwa etc. Nie przeczę, że to, jak działa szkoła – w niemałej mierze powielająca wymienione zewnętrzne trendy – również dokłada swoją cegiełkę, jednak fakt, że uwaga skupiła się od razu na niej, a nie na rynkowych i rodzinnych stosunkach społecznych, jest symptomatyczny. Budowanie wyidealizowanego obrazu rodziny i kontrastowanie go z pokazaną wyłącznie w czarnych barwach szkołą nie służy właściwemu postawieniu diagnozy, a tym bardziej naprawie bieżącego stanu rzeczy. Potrzebna jest raczej kooperacja rodziny, szkoły i innych instytucji lokalnych, a nie ich przeciwstawianie, jak to się aktualnie czyni.
Sprawa ma jednak szersze tło. Ukazuje bowiem skłonność do eskapizmu w obliczu narastających kwestii społecznych i wyzwań, z którymi skutecznie możemy mierzyć się wyłącznie zbiorowo. Gdy widzimy, że coś w domenie publicznej szwankuje, zamiast to naprawić, przyjmujemy postawę „ratuj się kto może” i jeśli mamy możliwość ucieczki w bezpieczniejszą i bardziej komfortową prywatność, z chęcią to czynimy. Nie dotyczy to tylko szkoły, ale także szeregu innych obszarów, od transportu przez służbę zdrowia po osobiste relacje międzyludzkie. Nie podoba nam się publiczna opieka zdrowotna – uciekamy (jeśli mamy za co) do prywatnej, nie pasuje nam coś w danej relacji – łatwo ją kończymy, zamiast nad nią trochę popracować. Nie radzimy sobie z rzeczywistością, to nie zmieniamy jej, lecz po prostu oddzielamy się od niej. Z pewnością wielu aktorów społecznych oraz ich zachowania wymykają się temu schematowi, jednak wydaje się, że powyższy obraz oddaje pewne tendencje mentalne i behawioralne w ponowoczesnym społeczeństwie konsumpcyjnym. Zamiast – jak dawniej – pracować wspólnie nad tym, co mamy, wolimy zmienić to na coś innego. Tak kształtuje się i hartuje społeczeństwo pełne anomii i neurotyczne, bezradne wobec wyzwań.
Jest to zarazem strategia całkowicie destrukcyjna. Działa bowiem jak samospełniające się proroctwo. Im bardziej powszechny exodus najsilniejszych, tym mniejsza możliwość zmieniania rzeczywistości, która nam zgrzyta. A wówczas problemy narastają. Po drugie strategia ucieczki jest możliwa tylko dla wybranych. Część nie ma gdzie uciec. Jest też jeszcze jeden niepokojący aspekt sprawy. Otóż narzucenie dyskursu potępiającego w czambuł usługi publiczne stawia tych, którzy widzą ich wartość, w pozycji defensywnej. Od paru lat działam w szeregu różnych projektów i inicjatyw, których tło stanowi misja ochrony sfery publicznej przed neoliberalną ofensywą, ekspansją mechanizmów i ideologii rynkowych do domeny publicznej. Koncentrując się z konieczności na powstrzymywaniu komercjalizacji, nieraz brakuje czasu i energii na działalność w kierunku poprawy jakości usługi publicznych, przezwyciężania ich ograniczeń i słabości, wśród których nie wszystkie wynikają z tego, że mamy za dużo rynku. Docelowo prawdziwym celem aktywności środowisk, którym bliska jest idea dobra wspólnego, powinna być nie tyle obrona publicznej edukacji czy służby zdrowia, co ich rozwój i modernizacja.
Marzy mi się taka debata o edukacji, gdzie w centrum rozważań nie będzie zagadnień dotyczących ochrony tej dziedziny przed destrukcją, lecz pytania innego rodzaju. Aby spór ogniskował się wokół tego, jakie zadania powinna spełniać szkoła i jak można je najskuteczniej realizować. Czy szkoła ma tylko funkcje dydaktyczne? Czy również wychowawcze i opiekuńcze? A także kompensacyjne, integrujące, wyrównawcze i emancypacyjne? Jak je w praktyce rozumieć i jak zapewnić im harmonijną realizację?
Niestety dyskusja wokół sześciolatków w nieznacznym stopniu popchnęła nas do przodu, co zresztą było naturalną konsekwencją przyjętego przedmiotu owego gorącego sporu. Niemniej tak jak daleki jestem od popierania tez o potrzebie ratowania maluchów przed szkołą, tak samo nie skłaniam się do przekonania, że wprowadzenie sześciolatków do szkół – samo w sobie, bez dodatkowych działań – w diametralny sposób wyrówna szanse rozwojowe. Może to być co najwyżej element szerszej strategii na rzecz bardziej równościowej edukacji, ale z pewnością nie jej trzon. Równie ważne są bowiem inicjatywy takie jak znoszenie wszelkiej segregacji w dostępnie do szkół i oddziałów klasowych, prowadzenie działań wyrównawczych i włączających dla dzieci o trudniejszym starcie ze względu na pochodzenie czy specjalne potrzeby edukacyjne, bardziej dostępny i mniej stygmatyzujący system wsparcia socjalnego i opiekuńczego uczniów. Mimo że na linii walki o sześciolatki jestem raczej po stronie rządowej, apelowałbym o unikanie traktowania przesunięcia granicy wieku jako wystarczającego instrumentu na rzecz wyrównywania szans. Ten sam błąd popełnia się nieraz w myśleniu o edukacji integracyjnej, tak jakby wystarczyło w odpowiednim miejscu i czasie wymieszać z sobą dzieci i integracja harmonijnie będzie się toczyć. Otóż nie, nie będzie. Od samego mieszania herbata nie zrobi się słodsza.
Wokół problemów polskiej edukacji potrzeba zdecydowanie szerszej debaty na różnych poziomach. Od ogólnego – na temat funkcji szkoły, po bardzo szczegółowe – związane z ich realizacją. Marzę o tym, abyśmy w tych sprawach rozmawiali z przynajmniej takim samym zaangażowaniem, jak w związku z „ratowaniem sześciolatków”.
przez Jarosław Górski | piątek 6 grudnia 2013 | opinie
Sześćdziesiąta rocznica śmierci Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, poety nie tylko niezwykle sprawnego i oryginalnego, ale też jednego z wcale niewielu takich, którzy zdobyli serca i wyobraźnię bardzo szerokiej publiczności, będzie z pewnością okazją do przypominania raczej jego życiowych łamańców i zawirowań niż poezji. O poezji w ogóle niewiele się we współczesnych mediach mówi, a czasy, kiedy czytelnicy codziennych i cotygodniowych gazet rozpoczynali lekturę od poszukiwania wiersza ulubionego poety – na przykład właśnie Gałczyńskiego – już nie powrócą.
Chętnie się za to grzebie w biografii, wyciągając z niej elementy skandaliczne i płaskie, dopasowując wybitne postaci do wypalonego żywym żelazem w umysłach dzisiejszych odbiorców wzorca współczesnego celebryty. Publiczność także poddaje takie postaci politycznej i agenturalnej lustracji, a akurat Gałczyński, jako że zdarzyło mu się i w faszystowskim, i w komunistycznym łajnie przyzwoicie unurzać, nadaje się do takich operacji jak nikt inny. Ale ponieważ Gałczyńskiego przelustrowano już w tę i nazad setki razy, ponieważ jego pijackie, erotyczne i towarzyskie awantury także przewałkowano, ja na rocznicę jego śmierci poczytam sobie mało dziś pamiętany, a – jak sądzę – całkiem smakowity jego młodzieńczy (z 1928 r.) poemacik „Koniec świata. Wizje świętego Ildefonsa czyli satyra na wszechświat”.
Jak często u młodego Gałczyńskiego leciutki, przegadany, zagracony językowymi bibelotami, ornamentami, pełen groteskowej ezoteryki i dziwacznych imion, dźwięczący gimnazjalną łaciną przetykaną włoszczyzną. Oto na bolońskiej (Bolonia-Polonia, tu podobieństwo brzmień może być całkiem nieprzypadkowe) akademii astronom Pandafilanda wyliczył z biegu gwiazd, że za godzinę nastąpi koniec Ziemi, a może całego Kosmosu. Katastroficzna wizja naukowca-profety zostaje natychmiast zakrzyczana i odrzucona przez jego oświeconych kolegów, a on sam obrzucony obelgami i poddany środowiskowemu ostracyzmowi jako zdrajca oświeceniowych ideałów:
Skandal i granda!
On tu nas chciał omamić,
nabujać, skorrumpować,
zaidiotyfikować!
Poczekaj pan: kłamstwo plami,
nikt z czoła ci hańby nie zdejmie!
To mówiąc wyszli, stuknąwszy pulpitami,
jak w polskim sejmie.
Sytuacja znamienna i wiele mówiąca o tym, jak młody poeta postrzegał porządki i hierarchie tego świata. Pandafilanda to szarlatan, który musi ulec przemocy nudnych i aroganckich oświeconych mądrali.
Słowo o szarlatanach
Kwestia szarlatańska jest w twórczości Gałczyńskiego kluczowa. Oczywiście szarlatan w znaczeniu nadawanym temu słowu przez młodego poetę (np. w wierszach „Ulica szarlatanów” czy „Kryzys w branży szarlatanów”) to nie oszust wykorzystujący ciemnotę i naiwność gawiedzi dla zbijania majątku, ale wizjoner, może poeta, może mędrzec, a może tylko sprzedawca zapomnianych idei i magicznych mikstur (ocet siedmiu złodziei i babiloński kleik i poudre de pourlimpimpim), wiedzący więcej i przenikający spojrzeniem świat głębiej niż publika zwiedziona mirażem oświeceniowej pewności. A może także i oszust, ale taki, który wie doskonale, że istnieją wartości większe i wspanialsze niż banalna prawda i że prawdą nie należy się przejmować, kiedy zawadza ona marzeniom.
Oszust w rodzaju – skorzystam z okazji, by przypomnieć tę kolorową postać – nieszczęsnego kartografa-fantasty Józefa Michała Bazewicza (postaci autentycznej, zresztą spotykanej przez Gałczyńskiego w Małej Ziemiańskiej), który kochał kreślenie map i uważał, że niedostatki wiedzy geograficznej znakomicie można uzupełnić fantazją, bo przecież mapa do tego głównie służy, aby można było się w nią godzinami wpatrywać, przeżywać w wyobraźni najwspanialsze przygody i podróże w czasie i przestrzeni. Mapy Bazewicza, piękne, imponujące, cieszyły się ogromnym powodzeniem u publiczności tęskniącej za ogromem i pięknem świata, a przede wszystkim tej jego części, którą zwała ona swoją ojczyzną. Trwało to, dopóki konsylia uczonych geografów nie zakazały udostępniania tych map młodzieży, która przecież nie powinna z rozdziawionymi gębami marzyć i wyrywać się do podróży, ale przygarbiona w skupieniu, rzetelnie studiować izohipsy i izohiety. Bazewicz, barwny motyl uświetniający warszawskie ulice ekstrawaganckim emploi, został więc wraz ze swoją twórczością i barwnością strącony z wyżyn twórczego oszustwa w otchłań zawstydzenia i pospolitości, a młodziutki Gałczyński uczcił go, czyniąc przewodnikiem po infernalnych terytoriach swojego poematu „Piekło polskie” (1926) i lirycznie współczując zdegradowanemu wizjonerowi:
– Ktoś ty? – spytałem. – Jam jest Bazewiczem,
co jeografią na ziemi fałszował,
na ziemi byłem czymś, tu jestem niczem.
Teraz szczebluję do niebiańskich pował,
ale nie dojdę, jak nie doszedł Maron;
in terra doctoreram, tu – konował.
Szarlatana czeka więc sroga kara za to, że przyzwoici obywatele, którzy chcą żyć w świecie monochromatycznym, prostym i przewidywalnym, nie mogą tolerować obok siebie kogoś, kto całym sobą przypomina im, że świat bywa wielobarwny, skomplikowany i zadziwiający, czasem przerażający. Szarlatan fruwa to tu, to tam po świecie, w którym wszystko powinno mieć wytyczony kierunek oraz pęd. I dlatego czeka go dola motyla, którego prędzej czy później przejedzie samochód ciężarowy, a świadkowie tego wydarzenia będą mieli poczucie, że dokonała się sprawiedliwość:
Niepoważny stosunek do życia
figla ci w końcu wypłatał
nadmiar kolorów, brak idei
zawsze się kończą wstydem
i są wekslem bez pokrycia
mój ty Niprzypiąłniprzyłatał! („Na śmierć motyla przejechanego przez ciężarowy samochód” – 1929)
Gałczyński, oczywiście sam szarlatan, zawsze był przejęty losem szarlatanów, tych dziwaków, wariatów, alkoholików i poetów, narzucających się bliźnim z niezrozumiałym przekazem, których wszyscy mają serdecznie dosyć. Zawsze mówił o nich czule, z patosem, tym bardziej, im więcej lekceważenia i wzgardy dostawało im się od otoczenia. Dla poety, pijaka i awanturnika, któremu marnego końca życzyli zgodnie wszyscy bliżsi i dalsi znajomi, przygotował wniebowstąpienie godne świętego:
Zapachniały zefiry,
brzękły potrójne liry,
pierzchnęła tłuszcza.
Serce alkoholowe
unieśli aniołowie
na złotych bluszczach. („Śmierć poety” – 1930)
I zdaje się, że właśnie to przejęcie, to współczucie z szarlatanami aż do szarlatańskiej autoidentyfikacji, to był jeden z powodów tych paskudnych akcesów poety: najpierw do rodzimego faszyzmu, później do rodzimego stalinizmu. Pokrętny jak lot motyla umysł próbował z jednej strony odnaleźć taką autoidentyfikację, która pozwoli mu się w końcu poczuć nieodrębnym, niedziwacznym i najzwyczajniej w świecie silnym. Silnym skoro nie własną krzepą (bo tą przecież motyl-szarlatan pochwalić się nie może), to choćby brutalnością zbiorowości uzbrojonej w ideologię pozwalającą jej zapomnieć o skrupułach i wahaniach. Z drugiej strony – i o tym też warto pamiętać – zarówno polski (i nie tylko polski) faszyzm, jak i polski (i nie tylko polski) stalinizm miały dla szarlatanów, których nikt nie kocha, którzy są zawsze sami,propozycję miłosną, oczywiście oszukańczą, ale jakże inną od tej obojętności i wzgardy, którą obficie raczyły ich oświecone areopagi i mieszczańskie gawiedzi. Szarlatan, choć z awersją do pospolitego, mrówczego wysiłku, do życiowej przezorności i systematyczności, chciał się przecież czuć potrzebny, pożyteczny, sprawczy i chciał wierzyć, że uwodziciel umie go przemienić, wykorzystać dla ogólnego pożytku jego wizjonerstwo, że umie skanalizować jego wałęsanie się, pozbierać rozbiegane myśli i uspokoić rozedrgane nerwy.
Apokalipsa permanentna
Ale wróćmy do Bolonii. Reakcja oświeconych mędrców na zapowiedź końca świata jest znamienna. Oni ani w żaden sposób nie weryfikują ustaleń profety, ani nie kompromitują jego metody, ale zamykają mu usta przemocą autorytetu. Nie próbują nawet spojrzeć na wyliczenia i wykresy, z których Pandafilanda wyciągnął przerażający wniosek, ale – ślepo posłuszni rektorowi Akademii – atakują samo postawienie problemu końca świata. Problemu, który jest z samej swojej istoty nieweryfikowalny (no bo jak metodami naukowymi stwierdzić, że do końca świata w istocie doszło) i nierozwiązywalny, a więc umysły oświeceniowe mogą tylko udawać, że problem nie istnieje, mogą moralnym terrorem i ostracyzmem zniechęcać szarlatanów do wypowiadania kwestii zbyt skomplikowanych. To także wielokrotna obserwacja Gałczyńskiego: kiedy oświeceniowa wyobraźnia, uzurpująca sobie przecież obiektywizm, natrafi na problem, z którym nie jest w stanie sobie poradzić, odwołuje się do autorytetu, do własnego przesądu, sprawę zakrzykuje obelgami miotanymi w tych, których kwestia przejmuje, lub zamiata pod dywan.
Tymczasem mija godzina i koniec świata przychodzi do Bolonii tak, jak to przepowiedział uczony szaleniec. Pierwszą plagą zwiastującą zagładę było pękanie luster. Pękały one w domach znamienitych obywateli miasta i to w taki sposób, że przeglądający się w nich nie rozumieli, że to lustra są popękane. Spojrzenie w pęknięte zwierciadło daje doskonałą iluzję własnej twarzy, która wydaje się pęknięta na dwoje. Ale może to nie jest iluzja? Może plaga polega właśnie na tym, że dotknięte nią lustra pozwalają spokojnym dotąd i pewnym własnej integralności obywatelom dostrzec to, że w istocie są rozcięci, rozdwojeni, że ich spójność, jedność ducha i materii, intencji i czynu była tylko złudzeniem, które właśnie zostało zdemaskowane.
Świat rozdwojonych ludzi opuszczają wartości, wzorce i punkty odniesienia, których bezkompromisowa jednoznaczność nie ma już tutaj racji bytu:
Więc widząc, co się święci,
z kościołów uciekli święci,
salwując się fugą niepiękną,jak lustra nie chcieli pęknąć.
Uniosły się trwożnie do góry
ładne gliniane figury
i poleciały do nieba.Nie ma świętych, gdy potrzeba.
Świat od tej pory pozbawiony będzie jakiejkolwiek hierarchii, jakiegokolwiek porządku, bo nie będzie miary, która pozwoliłaby odróżnić kosmos od chaosu. Skoro każdy postrzegający podmiot ma samoświadomość niespójności i rozszczepienia oraz świadomość umowności wszystkiego, co bezwzględne, postrzegany świat będzie teraz zupełnie nieprzewidywalny:
Koty, motyle i drzewa
tańczyły ze zgrozy w kółko,
skrzydła siwiały jaskółkom,
widziano krew na kamieniach.
Widziano, jak nawet rektor
ze strachu spuszczał zasłony
i płakał, jak narodzony,
a przecież nie był bylekto.
Oczywiście władze reprezentujące dawne hierarchie, w które już nikt nie wierzy, siłą inercji będą jeszcze próbowały na powrót wprowadzić porządek do świata pogrążającego się w upadku. Jeszcze policja będzie tłukła pałkami tłumy przerażone i zadziwione dokonującą się apokalipsą. Oczywiście wszelkie próby zahamowania chaosu powodują jeszcze większy rozgardiasz, uspokajanie sytuacji na siłę tylko wzmaga strach tłumów. Biczownicy próbujący wymodlić i na własnych plecach wykaleczyć odwleczenie upadku wzmagają tylko apokaliptyczną atmosferę, przybliżają nieuchronny koniec. Król, który przyzwyczaił się, że przy pomocy wydawanych telefonicznie poleceń może wpływać na bieg rzeczy i kształtować świat wedle własnej woli, próbuje teraz wydzwonić cofnięcie nieuchronnego, nie rozumiejąc, że przewody telefoniczne także pogrążyły się w chaosie i łączą zupełnie przypadkowych rozmówców. A więc, jak to często bywało w nie tylko greckich mitach, przepowiedzianą katastrofę przybliżają próby jej zapobieżenia. I jak to właśnie bywa w historii, wszelkie próby zapobieżenia przemianom powodują, że przemiany zaczynają lawinowo narastać. Konserwatyzm prowokuje rewolucję i sam staje się rewolucyjny, bo wszelkie próby cofnięcia zmian, które już nastąpiły, powodują erozję jakiegokolwiek porządku.
A groteskowość (groteska to przecież także element chaotyczny – to zaprzeczenie decorum estetycznych i etycznych przyzwyczajeń i przesądów) apokaliptycznego zamętu potęguje zachowanie obywateli Bolonii, którzy wbrew wszystkiemu starają się żyć tak jak dotąd, rzetelnie spełniać swoje obowiązki, być lojalnymi wobec wartości, które już upadły:
A za wojskiem, zgarbiony,
dziobaty, zamyślony,
w okularach, z miotełką
szedł towarzysz Mydełko;i miotełką z wikliny
czyścił ostatnie szyny,
i coś mruczał pod nosem,
jakieś tam słowa krztusił:
– Kosmos, panie, Kosmosem,
a porządek być musi.
Ale w rozpadającej się Bolonii istnieje także grupa ludzi, na których apokaliptyczny zamęt ani nie robi wrażenia, ani nie skłania ich do żadnej zmiany. Ci, którzy dotychczas nie wierzyli w Boga, mówią: Strachy na lachy! Na nich nie może zrobić wrażenia ucieczka świętych z kościoła, bo oni przecież widzieli umowność i konwencjonalność świętości. I jeszcze studenci witający zagładę starego świata z zabawą i radością:
Tylko weseli studenci
do strachu nie mieli chęci:
w tawernach winem obrosłych
kochankom pisali akrostych,
a co wstydliwsze kochanki
przez wina dzikiego listek
całowali w same usta.
Ładnie! ginie wszechświat wszystek,
a tutaj, panie, rozpusta.
Bo również konkretne zdrożności
przerabiali obustronne
i pili, kanalie, koniak,
i śpiewali,
i na gitarach brzdąkali:
„Evviva Bologna,
citta delie belledonne!”
Studenci to przecież motyle, lekkoduchy i szarlatani, zawsze żyjący poza ustalonym porządkiem i na marginesie porządnego świata. Żyjący życiem nie zawsze beztroskim, ale zawsze nieprzewidywalnym, którego kierunek i pęd nie został jeszcze wyznaczony. Studenci mogą się bawić, bo dla nich koniec świata nie jest niczym nadzwyczajnym. Oni na co dzień żyją w chaosie, więc zmiany albo nie zauważą, albo przywitają ją triumfalną pieśnią, bo ona niejako legalizuje ich wcześniej wyklinany sposób życia i widzenia rzeczywistości.
Polityka apokaliptyczna
Koniec świata, który nadszedł zgodnie z zapowiedzią, okazał się stanem permanentnym. Świat, co prawda,
jak łódź bez steru,
jak potworny kadłub „Tytanika”
zatonął w odmętach eteru.
Jednak nie oznacza to, że w tym momencie przestało istnieć cokolwiek. Otóż końcem świata okazał się właśnie chaos wywołany przez tego końca zapowiedź. Gałczyński opowiedział taką wizję szczególnie okrutną, w której świat ginie, ma świadomość ginięcia, a jednocześnie trwa. Jest to wizja z najstraszniejszych koszmarów ludzi, którzy raczej boją się nie tyle śmierci, która jest albo końcem wszystkiego, albo początkiem nowego porządku, lecz samego umierania, boją się właśnie strachu. Koniec świata jako stan, który się właściwie nie kończy, ale trwa, przenikając ludzkość świadomością nietrwałości i ulotności czegokolwiek.
I znów rzecz znamienna. Kiedy do wszystkich już doszło, że świat, taki jaki był, nawet nie tyle skazany jest na zagładę, co w rzeczy samej już tej zagładzie uległ (Ale kiedy bieg planet stał się krzywolinijny), obywatele Bolonii organizują przeciwko temu faktowi wiec protestacyjny. Znów wydarzenie groteskowe, bo protestować przeciw temu, co już nastąpiło, buntować się przeciwko mleku, które się rozlało, to z jednej strony niezwykle ludzkie, z drugiej zaś po prostu głupie. Jednak wiec świetnie oddaje apokaliptyczne zapętlenie: jest równocześnie i wyraz niezgody przeciwko upadkowi wszechświatowego ładu, i efekt tego upadku, bo przecież dokąd porządek istniał, protest był właśnie wprowadzaniem weń chaosu. Wszelki protest burzył porządek. A teraz protestuje się, paradoksalnie, w obronie porządku, co oczywiście ma taki efekt, że porządek tym bardziej się burzy. Antychaotyczny protest jest tak samo wszechogarniający jak chaos:
Wszyscy w nim udział wzięli:
mniejsi, więksi i mali,
czarni, żółci i biali,
parlamentarni mówce,
krawcy i brzuchomówce,
Szatani i Anieli.
A jeszcze komedianci,
a jeszcze policjanci,
i księża, i rabini,
siła, siła narodu.
A na czele pochodu
jechał rektor na świni;[…]Na samym końcu pochodu
szły pojednaczki narodów:
Międzynarodówki:
I, II i III,
IV, V i VI,
i VII!!!
Opis zgodnej manifestacji wszelkich sił społecznych i politycznych jest oczywiście znowu przewrotny, bo mimo zgodności haseł ukazuje kompletne rozbicie tych sił. Podziałów jest tak dużo, że właściwie nikt nie może czuć wspólnoty z nikim. Międzynarodówki – pojednaczki narodów – nikogo i niczego oczywiście nie jednają, bo same zdolne są tylko do kolejnych podziałów. To u Gałczyńskiego zresztą częsty motyw: całkowity rozpad wspólnoty na niezliczone polityczne i ideologiczne frakcje, z których każda zresztą głosi postulat całkowitej jedności. Świat w trakcie apokalipsy tak ma właśnie wyglądać, że skoro politykować wolno każdemu, polityczne podziały wnikną w każdą ludzką relację, każdą zatrują i zniszczą. Tak jak w niezwykle smakowitym, a niesłusznie zapomnianym wierszu, który warto przypomnieć, choćby z tego powodu, że i dzisiejszy czytelnik może się w nim odnaleźć:
RODZINKA
(żywy obraz propagandowo-przedwyborczy)
Ojciec w Szpicbródki poszedł ślady
lub, gdy o ważny zamach szło,
z bombami szedł na ambasady
sowieckie (tss!)… i PKO…
Zrównoważony facet. W domu
siedzi w niedzielę, trąbi czystą;
choć jest prezesem Ispołkomu
Paneuropejskich anarchistów.
Mama endeczka, hallerandka,
czterdzieści lat… katorgi carskie;
a dziś „Dla P. T. Korporantów
sklepik z deklami na Rymarskiej”.
Mama jest młodych drogowskazem,
wiadomo: Naród, Ziemia, Głębia:
lecz dobrze, kiedy jednak razem
forsa z ideą się zazębia.
A to rodzeństwo: Otóż bratek,
Olderman „Pterodaktylonii”
na „Macierz szkolną” robi „kwiatek”,
a na Rząd mówi: „ci masoni!”
Na zew powstaje niezmożony,
gdy trzeba zrobić judenhecę.
A nocą pisze felietony
i do „Gazetki”, i „ABC”.
Siostra jest panną (mój Ty Boże…),
zna stenografię, bardzo miła,
ale sub rosa trzeba to rzec,
iż troszkę się zrenegaciła:
nie znosi Polski faszystowskiej,
cekawistyczny głosi przełom!
Za to jej zrobił Niedziałkowski
bufet z koncesją w „Ateneum”.
Stryjcio – ludowiec. Sprytny wałkoń.
Zasady trochę ma wzruszone,
bo dziś na przykład jest za Chatką,
a jutro znów za Waleronem.
Wyrzeka na swą chłopską biedę,
przy ludziach ręki nie da bratu.
I skład prowadzi – Widok 7 –
skonfiskowanych makulatur.
*
Ale w niedzielę wszyscy oni –
jak finał w politycznym skeczu –
pełni humoru i harmonii,
choć ideowo sobie przeczą,
po wspólnym lunchu familijnym
(wóda, zagrycha, kwaśne grzybki)
chcą iść zwyczajem tradycyjnym
i… Żydów bić na Nowolipki. (1930)
W „Rodzince” każdy jest fanatycznie przywiązany do swoich ideowych wyborów, które jednocześnie w ogóle nie mają znaczenia dla niczyjego życia, kręcącego się z reguły wokół nędznych interesików. A wobec politycznego chaosu jedynym spoiwem łączącym – niby przecież bliskich sobie – ludzi jest nienawiść do Żydów, a więc obcych, innych, których nienawidzi się właściwie nie wiadomo za co.
Prorok płynnej rzeczywistości
I proszę teraz filologicznych purystów o wybaczenie odległości skojarzenia. Bo chciałbym porównać wizję świata ulegającego rozpadowi w poemacie Gałczyńskiego do takich wizji, które wyłoniły się o dziesięciolecia później, kiedy już było wiadomo, że zagłada może nastąpić nie tylko w profetycznych wyobrażeniach, ale całkiem realnie. Że może być nie tylko następstwem bożego gniewu, ale produktem przemysłowym i efektem inżynierii społecznej. Niech mi będzie wolno zestawić pobłyskujące świecidełkami metafor pajacowanie Gałczyńskiego z surową i oszczędną frazą Tadeusza Różewicza, bo nie o frazę mi tu chodzi, ale o wyobrażenie świata pozbawionego punktów stałych, a przepełnionego elementami, wszystko jedno czy sprawiedliwymi, czy występnymi, poruszającymi się jak plewa, którą wiatr rozmiata, w sposób niedający się przewidzieć.
Spadając uprawiamy nasze ogrody
spadając wychowujemy dzieci
spadając czytamy klasyków
spadając skreślamy przymiotniki
słowo spadanie nie jest
słowem właściwym
nie objaśnia tego ruchu
ciała i duszy
w którym przemija
człowiek współczesny
zbuntowani ludzie
potępione anioły
spadały w dół
człowiek współczesny
spada we wszystkich kierunkach
równocześnie
w dół w górę na boki
na kształt róży wiatrów (Tadeusz Różewicz, „Spadanie” 1963 r.)
Gałczyński mógł przewidywać istnienie takiej rzeczywistości na podstawie przesłanek tak wiotkich jak własne doświadczenie szarlatana, alkoholika i motyla. I tak jak boloński astronom Pandafilanda spotykał się z moralnym terrorem tych, których potrzeba stąpania po twardej ziemi czyniła impregnowanymi na wieści o tym, że świat się rozpada. Różewicz miał już twarde dowody na to, że do rozpadu świata doszło, że nigdy nie będzie on już porządny, zorganizowany horyzontalnie i wertykalnie, z wytyczonymi kierunkami poruszania się. My, czytelnicy dzisiejsi, może już nie potrzebujemy takich poetyckich przewidywań i diagnoz, ponieważ nasze doświadczenie życia w świecie pozbawionym bezwzględnych punktów odniesienia jest już ugruntowane, opisane przez socjologów, nazywających nasze środowisko życiowe „płynną rzeczywistością”, a nawet fizyków dowodzących istnienia ogromnej liczby wymiarów. Żyjemy w świecie, w którym wszystkie wartości są umowne tym bardziej, im bardziej traktowane poważnie czy fanatycznie. W świecie rozwalonym, w którym żyć się nie da, ale przecież jakoś się żyje. Ale może tym bardziej warto przyjrzeć się z podziwem dokumentom fantastycznej intuicji Gałczyńskiego – poety, w błazeńskich strofach przepowiadającego apokalipsę, która nadeszła, i z którą przyszło nam się zmagać.
Skrócona wersja tekstu ukazała się w „Magazynie Literackim Książki” nr 9/2013.
przez Joanna Duda-Gwiazda | czwartek 28 listopada 2013 | opinie
1 września 2009 r. przed hotelem Sheraton stanął Michał Rachoń, mieszkaniec Sopotu, ubrany w gumowy kondom. Angielski napis „Put in” (włóż) policja odczytała „Putin” i aresztowała sprawcę. Czas i miejsce zdarzenia były historyczne. Na sopockim molo Tusk z Putinem w poufnej rozmowie uzgadniali historię II wojny światowej. Sąd nie wiedział, jak ukarać Polaka, który obraził Putina, więc zwrócił się o pomoc prawną do rosyjskiego ministerstwa sprawiedliwości. Rosjanie nie byli zbyt surowi i pan Michał wkrótce wyszedł na wolność. Zapamiętałam to zdarzenie, ponieważ przez moment było hitem medialnym. Przypomniało mi się, gdy na okładce tygodnika „w Sieci” zobaczyłam fotografię Tuska z Putinem pod namiotem na lotnisku w Smoleńsku.
Przed 11 listopada prezydent i premier apelowali, aby zapomnieć o historycznych podziałach i razem cieszyć się niepodległością, ale niemal natychmiast zaprzeczyli własnym słowom. Premier wyjechał do Paryża. Prezydent maszerował z panią Kopacz, która okłamała wszystkich Polaków w sprawie katastrofy z 10 kwietnia 2010 r. Po uroczystościach prezydent niezwłocznie w imieniu wszystkich Polaków przeprosił Rosję za polską budkę spaloną przed ambasadą. Dzień wcześniej, 10 listopada, w miesięcznicę Smoleńska, ambasadę rosyjską odgradzał od ulicy mur ciężkich osłon. Na 11 listopada znikły. Niestety, to mój cyrk i moje małpy. Nie mogę wypisać się z Polski.
Trwa festiwal przeprosin i oskarżeń. Premier zarzucił Jarosławowi Kaczyńskiemu zaszczepienie młodzieży niewłaściwych poglądów. Prezydent Warszawy przeprosiła mieszkańców za zbyt późną delegalizację Marszu Niepodległości. Winni są narodowcy, którzy za długo przemawiali przed wyruszeniem. Głupio wyszło, bo marsz został „rozwiązany” jeszcze przed dojściem do ambasady. Policja przeprasza, że za słabo biła. Winni są organizatorzy, którzy nie aresztowali rozrabiających poza trasą marszu. Winni są też uczestnicy, którzy doszli do Agrykoli, choć prawdę mówiąc, otoczeni watahami policji nie mieli gdzie „rozejść się”. Celebryci przepraszają za spaloną tęczę. Dyżurni politolodzy wzywają naród do wstydu, tym razem „ogólnoświatowego”. Ktoś apelował do Zbigniewa Romaszewskiego, aby przeprosił za poręczenie za „Starucha”. Władze mianowały Starucha na króla polskiego kibolstwa, który wszczyna burdy, żeby handlować narkotykami.
Jedynie ambasador Rosji nie stracił głowy i z subtelnością właściwą rosyjskiej dyplomacji straszył nas, przypominając, że po napaści na Gruzję mniej tam było medialnych ataków na Rosję niż teraz w Polsce. I tak wróciliśmy do praprzyczyny podziału Polaków, czyli śmierci Lecha Kaczyńskiego. Historii nie da się puścić w niepamięć, jak życzy sobie władza i jak apeluje „naród polski umęczony” przez komisję Macierewicza i innych oszołomów. Historia jest dniem dzisiejszym.
11 listopada złożyliśmy kwiaty pod pomnikiem Piłsudskiego we Wrzeszczu. Patrioci polityczni pojechali za Kaczyńskim do Krakowa. Patrioci apolityczni nie opuszczają murów kościoła. Na parady oficjalne nie chodzimy, ponieważ „Nigdy z Budyniem nie będziem w aliansach” (Budyń to nasza gdańska Bufetowa). Wróciliśmy do domu i już do nocy oglądaliśmy telewizję. Prezydent śpiewał: „Nigdy z królami nie będziem w aliansach” i dalej „ten de profundis z ciemnego kurhanu na trąbę wstanie”. A co będzie, kiedy pod pałac prezydencki podejdą smoleńskie brzozy? Leszek Miller ze związkowcami śpiewający „Mury runą” mniej mnie zadziwił. Parę prezydencką w śpiewie wspierali Michał Kamiński i Roman Giertych. Kamiński jeździł do Londynu bronić generała Pinocheta przed ekstradycją i proponował kanonizację generała Franco. Król mógł wrócić do Hiszpanii dopiero po śmierci Franco, więc Kamiński śpiewał szczerze. Roman Giertych jaki jest, każdy widzi. Osierocona Młodzież Wszechpolska maszerowała z narodowcami. Dzielna straż marszu chroniła uczestników przed policją i czarnymi postaciami w białych kominiarkach. Jak na standardy europejskie marsz przebiegł spokojnie.
Wrzawa medialna wokół Marszu Niepodległości przesłoniła śmierć Tadeusza Mazowieckiego, pierwszego premiera niepodległej Polski. TVP przygotowała się do relacjonowania żałoby narodowej ogłoszonej przez prezydenta. Ekipy telewizji w Krakowie i Warszawie przekazywały do studia w Warszawie reakcje ulicy, ale nieliczni przechodnie omijali wywiadowców z mikrofonem. Na rynku w Krakowie wypowiedział się tylko biskup Pieronek. Uniwersytet Warszawski wybrano niefortunnie, ponieważ Mazowiecki studiów nie ukończył i w pamięci się nie zapisał. Kraśko w studiu ratował się sondą telefoniczną. Rozmówcy powtarzali slogany, które dziennikarze zdołali wydusić zaraz po śmierci, kiedy nie wypada źle mówić o zmarłym. Tym prostym sposobem można zbudować fałszywy mit męża stanu i zbawcy ojczyzny. A gdy legenda się zakorzeni, nie ma na nią sposobu. Na pogrzebie Mazowieckiego ktoś stanął z transparentami, co wywołało święte oburzenie. Za tydzień nikt nie będzie o tym pamiętał.
Kto dziś pamięta, że w 1989 r. na demonstracjach skandowano „Lech Wałęsa kupa mięsa”, a potem „Mazowiecki pies sowiecki”. Uważam, że „zasługi obu mężów stanu” dla fatalnych skutków polskiej pierestrojki są równorzędne, choć inaczej rozłożone w czasie. Do 1989 r. Wałęsa osobiście osłabiał związek zawodowy i demolował demokrację. Jeśli „Solidarność” wygrywała, to nie dzięki Wałęsie, ale wbrew Wałęsie. Jego osobistą „zasługą” jest transformacja bojowego, patriotycznego związku zawodowego w parasol ochronny dla antypracowniczej polityki, likwidacji przemysłu i uwłaszczenia nomenklatury. Po 1989 r. pałeczkę przejął rząd Mazowieckiego, który wprowadzał politykę Balcerowicza, likwidował całe gałęzie przemysłu, walczył ze związkami zawodowymi, niszczył archiwa bezpieki, chronił komunistyczną nomenklaturę. Wałęsa w tym czasie pajacował pod żyrandolem i zabezpieczał swoje interesy, np. kradnąc dokumenty. Kompromitował Polskę, ale nie zdołał zapobiec likwidacji baz radzieckich.
Lansowany jest pogląd, że we współczesnym świecie różnica między lewicą a prawicą dotyczy spraw obyczajowych i kulturowych, religii (klękamy przed Bogiem czy przed Tęczą), stosunku do suwerenności i niepodległości państwa narodowego i jego historii. Tradycyjny podział według kryterium interesów ekonomicznych, czyli klasowych, podobno już nie odgrywa żadnej roli. Niedawno zmarła Margaret Thatcher, była premier Wielkiej Brytanii, która prowadziła politykę taką samą jak premier Tadeusz Mazowiecki w Polsce. Tygodniki prawicowe surowo napiętnowały wrogie Thatcher demonstracje w czasie pogrzebu. Jak dawniej, istotnym wyróżnikiem jest kierunek strumienia przepływu pieniędzy.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 20 listopada 2013 | opinie
Gdy myślę o kryzysie opinii publicznej w Polsce, przychodzi mi do głowy m.in. taki istotny element. To „lewicowość gimbusów” i „liberalizm kuców”, czy ściślej – ich źródła. Otóż za negatywne zmiany wyobraźni społecznej – której płaszczyznami są nasz język, symbole i kody kulturowe, etyka oparta na współczuciu i zdolność do pogłębionej, bezinteresownej refleksji nad rzeczywistością – odpowiada także system edukacji. Owszem, utylitaryzm życia w świecie dążącym do hegemonii i apoteozy urynkowienia również nie jest bez znaczenia, jest jego tłem albo naczelną relacją. Ale gdy w publicznej, niedofinansowanej i zbiurokratyzowanej szkole umierają pospołu poezja i matematyka – bądźcie pewni, że totalizm spłaszczonych myśli i opinii oraz jego reprezentanci czyhają za progiem także na was. Jakie ów totalizm przybiera barwy, właściwe dla różnych grup społecznych i subkultur ideowych – to już nieco inna kwestia. Ale jednako obawiam się tych, którzy nie są w stanie dostrzec majestatu i delikatności fraz: „Stabat mater Dolorosa / iuxta crucem lacrimósa, / dum pendébat Fílius”, bo wszędzie widzą księży-pedofili, jak i tych, co wyzywają innych od komuchów, bo „arcypolskość” zbudowali na banałach o Polaku-katoliku, Polaku-neokonserwatyście czy Polaku-narodowcu jako wzorcu patriotyzmu i probierzu polskości.
Celowo użyłem powyżej określenia „kryzys opinii publicznej”, które jest szersze niźli „kryzys prasy/mediów”. Często dostrzegamy najpierw drobiazgi. Coraz bardziej fatalny jest język informacji, co pokazują choćby internetowe „nagłówki nie do ogarnięcia”. Podam tylko jeden przykład, na czasie, znaleziony w „Życiu Warszawy”: „Policja pobiła Wiplera, czy to on został pobity?”. Dodajmy do tego teksty, których nierzadko już się w redakcjach nie poprawia albo robi to pobieżnie, bo czekają setki innych zajęć, czasem coraz gorzej płatnych. Książki, także naukowe, również podręczniki, okraszone są coraz większą ilością błędów: od gramatycznych do merytorycznych przez stylistyczne. Wydaje się, że wydawcy i redakcje dochodzą do przekonania, że i tak tego nie spostrzeże czytelnik-komentator, który ledwo już zna poprawnie język ojczysty. Odbiorca, którego w dodatku w szkole wyuczyli czytać nie tyle ze zrozumieniem, co wedle narzuconych kluczy, niezbędnych do prawidłowego zdania matury. Tak hoduje się dzieci systemu.
Dodajmy do tego jeszcze bełkot i fałsz, prymitywizm codzienny, który ludzie – niezależnie od deklarowanych poglądów – chętnie sami finansują. I cóż, płacą za kolonizację własnych myśli więcej niż konsumenci w krajach Zachodu. A ich pieniądze i tak wędrują na ogół za granicę. Zabawię się słowami: kolonizacja naszych myśli to (neo)kolonialny majstersztyk. Właściciele stacji telewizyjnych jako punkt umowy powinni przedstawiać zapis: Szanowni Państwo – płacicie nam za to, że czynimy was głupszymi i bardziej uległymi wobec naszej wizji świata. I bardzo się cieszymy, że tak już pewnie zostanie, ku pożytkowi naszych udziałowców. Dziękujemy, że czas, który moglibyście Państwo poświęcić drugiemu człowiekowi, własnym myślom i uczuciom, inwestujecie w naszą działalność – wspieranie i umacnianie mentalnego niewolnictwa.
To dopiero początek kłopotów. Kiedyś sądziłem – to dość rozpowszechniony pogląd – że głównie nowe instrumenty medialnej komunikacji są odpowiedzialne za tę trywializację, pogłębianie się tendencji post-politycznych, zanikanie kultury wyższej w przestrzeni publicznej. Ale rzecz przede wszystkim w nowej obyczajowości, bezkulturze, które wynikają także z demontażu edukacji. Bo nawet jeśli prawdą jest, że środki przekazu oferują towar coraz gorszej jakości, to problemem jest znaczny niedobór „kulturowych przeciwciał” w przestrzeni publicznej. Jeśli ludzie są od dziecka uczeni myślenia o świecie jak psy Pawłowa, na zasadzie reakcji na wdrukowane skojarzenia, narzucane stereotypy, to musi to prowadzić do coraz dalej idącego konformizmu myśli, przystosowania do popularnych wzorców. Powtórzę – jeśli pośród szkolnych murów giną poezja i matematyka, to bądźcie pewni, że znacząco osłabnie duch i ruch oporu wobec telewizyjnych obrazów i gadających głów. Co zostanie? Dyktatura symbolicznej przemocy, przyzwolenie na hegemonię każdego prymitywizmu – byle to był „nasz” prymitywizm.
To zjawisko świetnie koreluje z innym, czyli zgodą na czarno-biały obraz świata. To świat kieszonkowych, ponurych inkwizytorów i funkcjonariuszy myśli. Takimi wychodzą już ze szkoły, oduczani subtelności, wyrafinowania, humoru innego niż ten, który posiłkuje się dołączonym opisem: „śmiech/aplauz”. Świat musi być prosty, musi być łatwo wytłumaczalny, nic nie może wyrastać poza granice ideologicznie wyznaczonego „dobra” i „zła”. Nic i nikt nie może się wymykać poza horyzont spłaszczonych znaczeń, definicji otoczonych ideologicznymi zasiekami, strażniczymi wieżyczkami zbudowanymi ze słów.
A dodajmy do tego zmęczenie i konieczność przystosowania się do coraz mniej przyjaznej rzeczywistości, które dyktują milionom ludzi warunki egzystencji. Jednomyślność w bezmyślności jest jedną z ostatnich desek ratunku przed samotnością w tłumie. Daje jeszcze jakąś identyfikację z odpowiednio szeroką grupą współwyznawców tej lub innej bezmyśli. Pytacie, dlaczego w Polsce nie ma ruchu masowych protestów? Bo wielkie zwierzę społeczne nie chce żadnej rewolucji – chce odpoczynku, także od wyobraźni, która wiele kosztuje. Chce wytchnienia po godzinach, dniach, miesiącach, latach i dekadach zaciskania pięści, ust, a coraz częściej także pasa. Chce, żeby dać mu święty spokój. A przecież każdy bunt zaczyna się gdzieś między snem, marzeniem i wizją.
Gdy pastor King zawołał: I have a Dream!, to ukazywał świat zrodzony z niezgody, która obudziła się w jego sumieniu i wyobraźni. A jakie są nasze sny? Nie pamiętamy – jesteśmy zmęczeni. A jeśli pamiętamy, brak nam języka, w jaki je ująć – bo umierają słowa i symbole, którymi można było opowiadać sny. Bo znikają pomosty między marzeniem a rzeczywistością, skoro pospołu umierają poezja i logika. W kraju smutnych helotów ład społeczny wymaga podtrzymywania braku wyobraźni i podsycania deficytu wyobrażeń. A jeśli dziś podnoszą się głosy, że współczesna kultura jest nihilistyczna, to już trudniej spostrzec niektórym, że nie stoi za tym spisek gejów i feministek, lecz logika wielkich kapitalistycznych, transnarodowych koncernów medialnych, zarabiających na zapychaniu ludzkich głów coraz bardziej miałkim przekazem. Wystarczy przejrzeć program telewizyjny, by spostrzec, kto i jak faktycznie formuje współczesnego człowieka.
Oczywiście, wiele procesów nakłada się na siebie. To, co postrzegamy zmysłami – od głupoty zdań do brzydoty przestrzeni – to już tylko nieustanny jazgot sprzężeń zwrotnych. Upadek systemu edukacji wiąże się przecież z biernością społeczną wobec klasy politycznej, z triumfalizmem dużej części prawicy w momencie, gdy do władzy doszła AW„S”. Wprowadzono wówczas wielkie „reformy”, których fiasko po nieledwie kilkunastu latach oglądamy na własne oczy. Kolejnym problemem jest fundamentalna słabość i dziedzictwo postkomunistycznej lewicy, która stanowi część oligarchicznego porządku III RP, nie dawała zatem nigdy żadnej godnej zaufania alternatywy dla politycznej reprezentacji warstw posiadających. To wszystko wiąże się z kolei z uwarunkowaniami transformacji, z zakorzenianiem się nowych kalek ideologicznych jeszcze w latach 80., z przejściem od gospodarki planowego niedoboru do gospodarki hiperkonsumpcji, w której jednak praca i płaca okazują się towarem coraz bardziej deficytowym.
Wrócę jeszcze do kwestii wyobraźni społecznej, jej powolnego konania. Robocza teza brzmi następująco – w życiu publicznym mamy do czynienia z dwoma radykalizmami. Ten pierwszy jest radykalizmem wyobraźni, ma charakter afirmatywny. Drugi jest radykalizmem ignorancji, strachu i uprzedzeń. Opiera się na nihilizmie i negacji, niezdolnych poruszyć z posad bryłę świata – służy raczej wzmocnieniu najgorszych jego cech, łącznie ze zniewoleniem i przyzwoleniem na niesprawiedliwość. Jest resentymentem. W rzeczywistości społecznej, biorąc pod uwagę rozliczne jej uwarunkowania, te dwa radykalizmy nigdy nie występują w sposób absolutnie rozłączny. W przypadku społecznego dążenia do zmiany przenikają się one, tworząc nowe struktury i nowe zależności. Być może to było właśnie udziałem rewolucji pierwszej „Solidarności” i to też ukazuje metapolityczne przyczyny jej wyczerpywania, a także degeneracji jej elit, którą w pełnej krasie zobaczyliśmy już w III Rzeczpospolitej. Z kraju marzeń „Solidarność” przeszła w rzeczywistość, by w zetknięciu z jej materią przepoczwarzyć się we władzę posolidarnościowych i postkomunistycznych „równiejszych pośród równych”.
Nie jest tak, że rewolucje wyobraźni i ignorancji utożsamiają zawsze jedne i te same grupy społeczne albo że są one przywilejem lub przyrodzoną cechą jakiejś klasy namaszczonej przez dzieje. Inteligencja, robotnicy, prekariusze, klasa średnia – wszyscy noszą w sobie pierwiastki sprzyjające obu tym rewolucjom. Lumpenproletariacka pogarda dla kultury wyższej może iść ręka w rękę z przekonaniem intelektualistów, że są jedynymi depozytariuszami racji i dobra publicznego/wspólnego. Problem polega raczej na tym, że gdy masy częściej jako jedyne narzędzie reakcji na doznawane zło mają rozpacz i przemoc fizyczną, to warstwy uprzywilejowane mogą korzystać z subtelnych narzędzi manipulacji społecznej, jaką dają pieniądz i gospodarka, kontrola nad przekazem treści czy możliwość kształtowania prawa i struktur instytucji publicznych. To rodzi fałszywe przekonanie, że właśnie warstwy wyższe są depozytariuszami myśli i wyobraźni, nawet gdy żyją uprzedzeniami i kierują się najciemniejszymi z popędów – strachem i nienawiścią wobec obcych. Rzadko jednak mamy wgląd w to, co się dzieje w pałacach aktualnych zwycięzców – widzimy z reguły tylko ulicę. Dlatego to ona wydaje się nam bardziej niebezpieczna, bo nie widzimy banksterów za biurkami i polityków na bankietach u oligarchów. Ale to ich wypielęgnowane białe dłonie są niebezpieczniejsze od pięści zaciskanych na ulicach.
Ostatecznie granice rewolucji wyobraźni i ignorancji przebiegają także w naszym wnętrzu, wytyczają linie pomiędzy myślami a postawami. Wielkie zwierzę społeczne żyje dziś w ciemności i karmione jest ciemnością. My, gdy chcemy zobaczyć piękno zdarzeń i myśli, liść trawy, skrawek nieba, krzywdę ludzką (nie pytając, czyją ona nosi twarz), troski świata, horyzonty nad sobą – musimy wyjść poza tę ciemność, poza spłaszczony świat. Inaczej na zawsze pozostaniemy w tym, co jest tu i teraz, zaskoczeni, że żadna ideologia, żaden szyld partyjny i środowiskowy, żadna wojna obyczajowa i (anty)religijna, największa dotacja i najsłuszniejsza racja nie pozwalają zmienić świata naprawdę na (trochę) lepszy.
Nie pozwólmy zamknąć wyobraźni w więzieniu. A reszta będzie nam dana.
przez Jarosław Górski | wtorek 12 listopada 2013 | opinie
Na ostatnim Festiwalu Obywatela, poświęconym oporowi społecznemu, miałem okazję uczestniczyć w kilku świetnych rozmowach. Zastanawialiśmy się między innymi nad dwiema sprawami: dlaczego w naszym kraju, mimo że wielu z nas mocno daje się we znaki liberalny porządek, tak mało ludzi gotowych jest nie tylko czynnie protestować i działać na rzecz zmian, ale nawet głośno mówić o własnej krzywdzie? I jak to możliwe, że wrażliwi społecznie katoliccy i laiccy polscy inteligenci obejmujący najważniejsze stanowiska w oficjalnych i nieoficjalnych (choćby czwartej) władzach III RP, tak łatwo zgodzili się na przebudowę Polski w duchu najbardziej antyspołecznej neoliberalnej ideologii („Nie ma społeczeństwa – są mężczyźni i kobiety”, mówiła tejże ideologii matka założycielka)? Odnajdywaliśmy tak wiele przyczyn, istotne zjawiska zwykle są skomplikowane, że nie sposób ich choćby wymienić w krótkim felietonie. Dlatego pozwolę sobie przedstawić własny pogląd na sprawę, który według mnie łączy oba problemy.
Zacznijmy od naszych inteligentów dokonujących transformacji. W najczęstszych – oczywiście nie na Festiwalu, ale słyszanych w ogóle w publicznej przestrzeni – próbach wyjaśnienia ich motywacji, widzę awers i rewers od dawna w polskiej tradycji obecnego i bardzo toksycznego przekonania. Owe wyjaśnienia mówią albo to, że nie mieli oni innego wyjścia, bo tylko bolesne i szokowe rynkowe reformy zaaplikowane przez rząd mogły uratować gospodarkę zrujnowaną przez komunistów, albo że nas po prostu zdradzili i sprzedali. Wspomniane przekonanie mówi, że to właśnie zakorzenione inteligenckie elity lepiej niż sam lud wiedzą, co jest dla ludu dobre, że posiadają niezwykle silny imperatyw działania dla dobra wspólnego, że istnieje coś takiego jak inteligencki etos, który nakazuje działać zawsze w interesie wszystkich, także tych, którzy sami działać w swoim interesie nie są w stanie. Czasami działania szlachetnych elit wymagają koniecznych ofiar, ale im większe te ofiary, tym większy tragizm osób podejmujących decyzje oraz ciężar, który biorą oni na swoje barki. W zasadzie więc im ofiary większe, tym większy powinien być podziw dla odważnych decyzji. Lub odwrotnie: ponieważ prawdziwe elity kierować się powinny wyłącznie szlachetnymi pobudkami, a takie zawsze przynoszą ludowi korzyść, to wszelka krzywda i niesprawiedliwość świadczą o tym, że elity sprzeniewierzyły się swojemu posłannictwu, najpewniej po prostu zdradziły lub okazały się elitami fałszywymi, podszywającymi się pod te prawdziwe.
Na początku transformacji zadziałała właśnie tak w Polsce żywotna legenda prospołecznych inteligenckich elit, zawsze kierujących się moralnym imperatywem. Elit, którym lud – z istoty swojej niezdolny do zrozumienia zawiłości gospodarki, polityki czy administrowania – powinien powierzyć władzę oraz własny los. Wtedy to nawet związki zawodowe rozpinały „parasol ochronny” nad reformami, które miały pozbawić ich członków pracy i środków utrzymania. A wiara ludzi w szlachetne intencje i proludowe nastawienie inteligenckich przywódców często skuteczniej niż policyjna pałka gasiła liczne, choć rozproszone protesty społeczne.
Polska inteligencja jest formacją poszlachecką i niezwykle mocno pielęgnuje szlachecką wizję świata. Jej samoświadomość konstytuują dwie wartości: demokratyzm i przekonanie o służebnej roli w społeczeństwie. Obie wartości zresztą sprzeczne, ale w specyficzny sposób godzone.
Inteligencki demokratyzm zakłada oczywiście równość wszystkich ludzi i świadomość, że własna uprzywilejowana pozycja nie dałaby się pogodzić z równością, gdyby nie to, że inteligencja jest klasą otwartą, do której dostęp mają wszyscy ci, którzy wyrwą się z ludowej ciemnoty i zacofania, a także, co niezwykle istotne, przyjmą inteligencki system wartości i sposób postrzegania świata. Do inteligencji więc każdy może i powinien dorosnąć, a że nie każdy dorasta, to jest oczywistym dowodem na to, że lud jednak jest ciemny i nieskory do oświecenia. Jest to dość prosta kalka demokratyzmu szlacheckiego, w którym jednak wyżej niż walory intelektualne cenione były militarne. W I RP żywe było przekonanie, że polska szlachta to po prostu ludzie najdzielniejsi i najszlachetniejsi, do których dostęp otwarty jest tym przedstawicielom ludu, którzy objawią dzielność i szlachetność w walce o wolność, tyle że niestety lud jest tak podły i tchórzliwy, iż wciąż jeszcze nie przeszedł przez szeroko otwarte wrota. Mickiewicz w tej rzekomej szlacheckiej inkluzywności, przetrąconej jakoby przez zaborców, widział dowód na to, że Polska była światową ojczyzną wolności:
„Król i mężowie rycerscy przyjmowali do braterstwa swego coraz więcej ludu; przyjmowali całe pułki i całe pokolenia. I stała się liczba braci wielka jako naród, i w żadnym narodzie nie było tylu ludzi wolnych i bracią nazywających się jako w Polsce. A na koniec król i rycerstwo dnia trzeciego maja umyślili wszystkich Polaków zrobić bracią, naprzód mieszczan, a potem włościan” („Księgi narodu polskiego”).
Przekonanie o służebnej roli i o moralnej powinności inteligencji wobec ludu wynikało oczywiście z poczucia winy potomków szlachty gnębiącej ten lud bez opamiętania. Ale także z odziedziczonego po protoplastach przekonania, że lud jest trwale niezdolny do samodzielnego bytu, pozbawiony własnych aspiracji, i że potrzebuje klasy dostarczającej wzorców zachowań i stylów życia tym nielicznym, którzy podejmują wysiłek awansu. Bo tak jak szlachcic w wieku XVII czy XVIII, tak polski inteligent w wieku XIX i XX siebie samego właśnie postrzegał jako miarę wszelkiego ludowego awansu i wyraziciela wszelkich szlachetnych ludzkich aspiracji. Był głęboko i szczerze przekonany, że w kraju tak ciemnym i zacofanym jak nasz musi istnieć klasa pielęgnująca wartości wysokie, które dziki i nieokrzesany lud z pewnością by zatracił, gdyby emancypował się według własnych pomysłów. Oczywiście najlepsi z inteligencji rzeczywiście gotowi byli do fantastycznych poświęceń i ofiarności dla ludu wtedy, gdy dotykała go obca przemoc. Jednocześnie jednak witano szyderstwem wszelkie objawy emancypacji niezgodnej z inteligenckim wzorcem: kiedy górnik zarabiał więcej niż naukowiec, rolnik, pozostając rolnikiem, stawiał murowany dom i kupował auto, na które nie było stać nauczyciela, robotnicze dzieci miały preferencje w przyjęciu na studia itp.
Miał więc, powtórzmy, polski inteligent jedyny pomysł na ludową emancypację: najlepszy z ludu może zostać inteligentem. Oczywiście był to sposób nieco tylko mniej zakłamany niż szlachecki: najlepszy z ludu może zostać szlachcicem. Bo przecież nie może istnieć naród złożony z samej szlachty ani społeczeństwo samych inteligentów. No ale taki pomysł miał kilka zasadniczych zalet: pozwalał po pierwsze zachować uprzywilejowaną pozycję społeczną i gospodarczą przy jednoczesnym głoszeniu demokratycznych idei, po drugie zachować przekonanie o własnej wyższości przy jednoczesnym poczuciu służebności. Po trzecie – upośledzeni byli sami sobie winni, bo przecież nie dorośli, nie dali się nauczyć, nie wykazali się…
I tu powrócę do naszej transformacji ustrojowej. Nie sądzę, żeby nasi społecznie wrażliwi katoliccy i laiccy inteligenci promujący Balcerowicza i jego antyspołeczne pomysły mieli złe intencje. W konspiracyjne teorie wierzę tylko o tyle, że wielka polityka jest zawsze uprawiana w konspiracji. Myślę, że oni zadziałali ze szczerym – choć pokrętną szczerością – przekonaniem, że to, co robią, jest dla ludu dobre. Że oni przecież nie chcą dla siebie żadnych korzyści, a wszystko to, co umysły mało subtelne uważają za korzyści – a więc władza, wpływy, sława, doświadczanie usłużności i uniżenia innych – to w istocie służba i ofiara z własnego życia, których lud nie jest w stanie właściwie docenić.
Zrobili znów paradoksalnie: z jednej strony przeciwko utrwalonym sposobom działania własnej klasy, które dowiodły już nieprzystawalności do nowych czasów, z drugiej zaś zgodnie z własnym etosem i zgodnie z wyrobionymi przez stulecia wzorcami postępowania. Tak jak ich przodkowie postanowili przekształcić anachroniczną szlachtę, tak oni postanowili przekształcić anachroniczną peryferyjną inteligencję. I powołać nową elitę, nowoczesną i pozbawioną peryferyjnego charakteru, dynamiczną i zdolną do skutecznego działania nie tylko w naszym polskim grajdołku, ale i w całym, wciąż zmniejszającym się świecie. Elitę oczywiście demokratyczną i życzliwą bliźnim, która, gdy tylko nasyci własne materialne aspiracje, natychmiast odczuje potrzebę służebności wobec tych, którym się gorzej powiodło. Pamiętam pewnego wrażliwego społecznie redaktora, który mówił, że jesteśmy zbyt biedni na rozwiązania socjalne, a będzie można je wprowadzać dopiero wtedy, gdy kapitalizm nas wzbogaci. I oczywiście miała to być elita inkluzywna, do której będzie mógł wejść każdy, kto tylko wykaże się odpowiednimi zdolnościami. Bo przecież każdy może założyć własny biznes, dorównać, a nawet prześcignąć tych, którzy do tego wyścigu wystartowali szybciej i lepiej wyposażeni. Przecież to tylko kwestia indywidualnych zdolności…
I rzeczywiście, elity naszej nowej Polski od samego początku robiły bardzo dużo, aby pokazać, że otwierają na oścież rodakom wrota emancypacji. Pracownikom wielu likwidowanych zakładów wypłacano spore odprawy i zachęcano do założenia własnego biznesu. Jak grzyby po deszczu powstawały uczelniane wydziały, a później całe wyższe szkoły kształcące menedżerów. W szkołach kosztem inteligenckiej literatury czy historii wprowadzono lekcje przedsiębiorczości. Bezrobotnym oferowano kredyty na otwarcie własnego zakładu fryzjerskiego lub sklepu, które mogą wszak stać się zaczątkami globalnych sieci. Milionerzy zawsze chętnie udzielają wywiadów i porad, jak żyć, aby znaleźć się na ich miejscu.
I znów mamy tu historyczną kalkę. Jeżeli mimo tak usilnie wspomaganej inkluzywności nowej elity mamy w Polsce tak wielu przegranych, to ma być to dowód na to, że są oni sami sobie winni. Że nie pozwalają siebie uczyć, nie chcą się starać, nie są dość kreatywni czy uczciwi. Tyle że taka inkluzywność i taki wzorzec społecznego awansu znów są nieco zakłamane. Bo nie może istnieć społeczeństwo, w którym wszyscy będą biznesmenami, gospodarka, w której pracować będą sami menedżerowie, miasto, w którym zawsze brakuje fryzjerów i małych sklepów. Jednocześnie bardzo ostro piętnuje się, a nawet karze wszelkie próby dążenia do własnej podmiotowości, które odbiegają od elitarnego wzorca, jak np. domaganie się przez pracowników wyższych wynagrodzeń czy szanowania ich czasu wolnego, obrona przez lokatorów własnych mieszkań, próby społecznego kontrolowania władz.
O ile inteligencki styl życia i etos dość szybko zanikają wśród elit (choć w melanżu z etosem menedżera-profesjonalisty i unijnego biurokraty są pielęgnowane np. w ekskluzywnych środowiskach tzw. NGO’sów), o ile zanikają uprzywilejowana pozycja i wysoki status inteligenckich zawodów (choćby nauczycieli), to jednak mit inteligencji jako klasy, która powinna objąć przywództwo, wcale nie zanikł. Przekonanie Polaków, że to właśnie inteligenckie elity powinny realizować dziejową misję przewodzenia narodowi (społeczeństwu), daje się zauważyć także i dziś, i to po wszystkich stronach politycznych barykad. Jedni wyrażają je tęsknotą za władzą takich intelektualistów, rozważnych i pozbawionych innych niż wzniosłe motywacji, jak Mazowiecki, Kuroń czy Geremek, którzy z pewnością doprowadziliby ojczyznę do stanu rozkwitu, gdyby im populizm i warcholstwo rodaków nie przerwały misji. Inni przekonaniem, że prawdziwe polskie elity, jako najbardziej ofiarna klasa, zostały wymordowane w dziejowych zawieruchach, ostatnio w Katyniu, Auschwitz i w stalinowskich katowniach, a ich miejsce zajęli uzurpatorzy przywiezieni na sowieckich tankach, podstępni wychrzczeni Żydzi lub ćwierćinteligenci ze społecznego awansu i dlatego władza należy się jedynemu ocalałemu prawdziwemu żoliborskiemu inteligentowi. Tęsknoty te wynikają, jak sądzę, właśnie z głębokiego przekonania Polaków, że ich własne życiowe aspiracje i cele powinni formułować inni: ludzie, których Opatrzność i urodzenie predestynowały do takich zadań.
I oczywiście żadne historyczne doświadczenia nie są w stanie przekonać nas, że prospołeczne elity to oksymoron. Że elity właśnie dlatego są elitami, ponieważ mają więcej niż inni władzy, wiedzy, własności, zasobów. A mogą mieć ich więcej wyłącznie dzięki temu, że inni mają ich mniej. Nie ma elit prawdziwych i fałszywych, bo jeśli elita jest elitą, to jest nią w istocie. Polskie przekonanie o tym, że życie społecznie powinno być zhierarchizowane, a dbałość o dobrobyt i powodzenie każdego z nas powierzone odrębnej klasie, jest tak silnie zakorzenione, że z trudem przebija się do naszej świadomości prosta prawda, iż klasy społeczne oprócz powinności mają swoje interesy, które z reguły sprzeczne są z interesami innych klas. A legendy o powinnościach często służą właśnie realizowaniu interesów. Przekonanie to jest dla nas zresztą wygodne: zwalnia nas od myślenia oraz od działań dla naszego własnego dobra, skoro jak na pobudkę śpiących rycerzy spod Giewontu czekamy na prawdziwe elity, które się w końcu nami dobrze zajmą.
przez Krzysztof Mroczkowski | niedziela 3 listopada 2013 | opinie
Zaogniająca się walka plemienna różnych środowisk tożsamościowych spotyka się z coraz wyraźniejszym rozczarowaniem komentatorów kibicujących prospołecznej zmianie politycznej. Krzysztof Posłajko i Marceli Sommer wypunktowali ten niepokojący trend, którego objawem jest pożegnanie się z rozumem wielu uprzednio pożytecznych środowisk krytycznych wobec panującego porządku politycznego, społecznego i gospodarczego. Nasilenie się zjawiska tożsamościowego sekciarstwa jest zwiastunem spełniania się najgorszych obaw: porzucenia wcześniej deklarowanej przez główną partię opozycyjną misji podjęcia trudnych, systemowych zmian, mających na celu ustanowienie porządku instytucjonalnego bardziej przejrzystego i przychylnego większości społeczeństwa.
Dlatego kolejna zmiana u szczytów władzy może się zakończyć kolejną przegraną szansą. Warto powtórzyć:
Obudzona nadzieja na zmiany i mesjanistyczny image największej partii opozycyjnej oznaczać mogą, w przypadku braku zmiany paradygmatów gospodarczych, zaaplikowanie krajowi niepotrzebnej dozy niestabilności. Brak poprawy warunków życia pauperyzowanego społeczeństwa może zmusić rzeczone środowisko do działań nieracjonalnych. Jedynym możliwym sposobem utrzymania mobilizacji politycznej swoich zwolenników, którym nie przybędzie „masła na chlebie” ani „kartofli na talerzu”, będzie zastąpienie populizmu ekonomicznego – kulturowym. Ten zaś jest niezwykle destabilizujący, utrwala irracjonalne podziały i oddala szanse na prowzrostową i prospołeczną zmianę paradygmatu gospodarczego.
Coraz ostrzejsza, nieledwie rewolucyjna retoryka towarzyszy coraz mniejszemu zapałowi do pracy programowej, do poszukiwania odpowiedzi na najważniejsze pytania. A może inaczej: te pytania padają, lecz udzielane odpowiedzi pozostawiają wiele do życzenia.
Jaka jest najlepsza dla Polski ścieżka rozwoju? Jakimi narzędziami dokonywać potrzebnych zmian strukturalnych? Co zrobić, aby większa część dochodu narodowego służyła poprawie życia szerokich warstw społecznych? Jaka, w kontekście zmian demograficznych i problemu emigracji, powinna być optymalna polityka płacowa, chociażby w sferze budżetowej (np. wobec pracowników oświaty i nauki)? Kiedy opłaca się państwu wspierać rozwój imitacyjny, a kiedy innowacyjny? Jak powinna wyglądać polityka wobec zagranicznych podmiotów gospodarczych? Jakie powinny być reguły dyplomacji gospodarczej (czyli: jakim przedsiębiorstwom powinniśmy pomagać) i technologicznej?
Udzielane odpowiedzi z reguły zawierają mniej konkretów niż krótki artykuł w „Sprawach Nauki”. Środowiska prawicy z reguły uznają, iż kwestie te ulegną pozytywnemu rozwiązaniu poprzez zmianę „złego” rządu na rząd „dobry”. Szczególnie rozczarowująca jest postawa głównej partii opozycyjnej, dysponującej wielkimi środkami budżetowymi na działalność ekspercką oraz dużą i stabilną bazą społecznego poparcia, która nie wymaga podtrzymywania w zapale poprzez festiwal nieskoordynowanych obietnic, a z pewnością nie wycofałaby swojego poparcia z powodu przedstawienia realistycznego i odważnego programu zmian systemowych.
Oczywiście taka systemowa inercja nie jest niczym zaskakującym. „Jak wiele musi się zmienić, żeby wszystko zostało po staremu” – mówi mądre przysłowie. I faktycznie nietrudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym za kilka lat nikt poza bezproduktywnie rozbieganym warszawskim światkiem polityczno-medialnym nie zauważy jakiejkolwiek zmiany.
Wobec tej perspektywy środowiska obywatelskie nie są całkowicie bezbronne. Wrześniowe protesty związkowe pokazały bezpartyjną, masowo popieraną siłę społeczną, coraz śmielej wychodzącą od postulatów funkcjonalnych w stronę rozwiązań systemowych. Jest to kierunek jak najbardziej słuszny i powinien być kontynuowany. Stworzenie społecznie popieranego pozapartyjnego programu zmusiłoby środowiska polityczne do wytężonego wysiłku, pod groźbą utraty poparcia związków zawodowych oraz niewypowiedzianej sugestii bardziej bezpośredniego wejścia związkowców w życie polityczne.
Jeszcze inną strategię podsuwa lektura „Nowej Konfederacji”, niedawno powstałego internetowego pisma idei, którego autorzy (m.in. Rafał Matyja) odchodzą od prawicowej sztampy na rzecz opartego na szczerej diagnozie poszukiwania skutecznych dróg przełamania polskiego szklanego sufitu rozwoju. Bartłomiej Radziejewski sugeruje organiczną mobilizację sił gospodarczych, cytując Andrzeja Maśnicę:
Możliwe są dwie strategie odparcia, a co najmniej osłabienia presji wywieranych przez zewnętrzne światowe środowisko gospodarcze. Każda z nich dotyczy zbudowania i umocnienia, a ściślej konsolidacji zasobów, siły i władzy. Bądź to na zasadzie międzypaństwowych, najczęściej regionalnych, koalicji, bądź poprzez budowanie strategicznego aliansu pomiędzy państwem a biznesem na rynku krajowym.
Czy polski biznes byłby gotowy na podjęcie tego wyzwania? Środowiska przedsiębiorców w czasie transformacji często koncentrowały swoje działania na zwalczaniu wpływu państwa na gospodarkę, zupełnie nie rozumiejąc takich narzędzi poprawiania sprawności systemu gospodarczego jak chociażby układy zbiorowe. Problem niskiego popytu wewnętrznego dobitnie ukazał pułapkę takiego myślenia. Ale to tylko jedna strona medalu.
Faktem jest, iż od niedawna polskie środowiska biznesowe przechodzą przemianę, która przekształca ich postrzeganie funkcji państwa w gospodarce. Częściowo jest to wywołane faktem dużej skali działania niektórych polskich przedsiębiorstw (m.in. Fakro, KGHM, Asseco), dla których nasz rynek jest już zbyt mały, a których pozycja konkurencyjna za granicą zależy, jak się przekonują, od pomocy państwa. Nie chodzi tu tylko o konkretne instrumenty wsparcia, lecz także o wstawiennictwo polityczne, niezwykle istotne w odmiennych warunkach kulturowych wielu rynków wschodzących.
Innym istotnym czynnikiem są doświadczenia wielu polskich menedżerów i przedsiębiorców związane z obserwacjami praktyki działania zachodnich odpowiedników na styku państwo-biznes, gdzie zachodnie rządy odgrywają ważną, choć często nieformalną rolę we wspieraniu rodzimej gospodarki. Do legendy przeszedł telefon Angeli Merkel do szefa niemieckiego prywatnego banku, którego rezultatem było udzielenie przez ten bank kredytu zagrożonej (oczywiście prywatnej) niemieckiej firmie motoryzacyjnej. Wiele do myślenia dała polskiemu biznesowi postawa banków z kapitałem zagranicznym, których awersja do ryzyka wpędziła w czasie pierwszej fali kryzysu znaczną grupę polskich firm w kłopoty, podczas gdy polski bank elastycznie zmieniał warunki, wspierając zagrożone firmy, i znacząco zwiększył akcję kredytową, ratując „zieloną wyspę”.
Gdzie widać te zmiany? Na razie nie są zbyt widoczne – to początek procesu, którego ciąg dalszy jest niepewny, jednak jest faktem. Cykl ważnych dyskusji „Pulsu Biznesu” o patriotyzmie gospodarczym, zapoczątkowana tekstem Eryka Stankunowicza debata „Forbesa” o godnej płacy czy teksty w „Dzienniku Gazecie Prawnej” autorstwa Rafała Wosia, ubolewającego nad tym, że „Polak Polakowi liberałem”, są symptomem nieobecnej do tej pory coraz wyraźniejszej refleksji środowisk biznesowych nad stanem ładu społeczno-gospodarczego w naszym państwie.
W zglobalizowanej gospodarce polskie firmy mierzą się z silnymi podmiotami, także na rodzimym podwórku. Jeżeli w dzisiejszych warunkach ktokolwiek jest w stanie skutecznie wymuszać zmiany instytucjonalne zmieniające strukturę gospodarczą kraju z – umownie rzecz ujmując – podwykonawczej na nowoczesną, to jest to właśnie polski biznes. Potrzebuje on zmian i lepszej organizacji (np. izb przemysłowo-handlowych), ale ma spory potencjał, a jego interesy są zbieżne w większości z interesem przeważającej części społeczeństwa. Wielu, wskazując na praktykę transformacji, może wyrażać wątpliwości wobec tego poglądu, ale ostatnie lata, w tym pułapka niskiego popytu, niekoniecznie świadczą o konflikcie interesów, lecz często o niezrozumieniu własnych interesów przez biznes. Jedna rzecz powinna być poza sporem: lata korzystania z taniej siły roboczej jako przewagi konkurencyjnej na globalnym rynku mają się ku końcowi. Konieczne są zmiany.
A zatem: „z polskim biznesem polski lud!”? Takie podejście niestety byłoby patrzeniem przez różowe okulary. Interes ogólnospołeczny ma wiele aspektów, o których zapomina biznes dążący zawsze do zysku. Nie obędzie się bez mobilizacji środowisk obywatelskich, w tym związkowych i eksperckich, w wymuszaniu zmian, jakie są konieczne w obliczu postawionych wyżej pytań systemowych. Ale jak wiedzą już pracownicy kilku polskich dużych konkurencyjnych firm przemysłowych, droga do sukcesu wiedzie przez pełną szacunku współpracę i wypracowanie harmonii interesów: wydajnych i konkurencyjnych polskich firm zapewniających dobrze płatne, godne miejsca pracy.