przez Joanna Duda-Gwiazda | poniedziałek 29 września 2014 | opinie
W 1968 roku wojska Paktu Warszawskiego dokonały inwazji na demokratyzującą się Czechosłowację. Było nam wstyd, ponieważ Wojsko Polskie uczestniczyło w tej haniebnej wojnie. Pierwsi na liście hańby byli Rosjanie z Armii Czerwonej. Zastanawialiśmy się, co może ich zmusić do wycofania się z okupowanego kraju. Proponowane były dwa sposoby – cudowny i naturalny. Naturalny polegałby na tym, że z nieba sfrunąłby hufiec anielski, każdy Rusek byłby wzięty za kark i odtransportowany na Plac Czerwony w Moskwie. Natomiast cudowny sposób – władcy imperium sami zrozumieją, że źle czynią i zostawią Czechosłowację w spokoju – był nierealny.
Tomasz Terlikowski czekając na cud nawrócenia imperium („Gazeta Polska” z 17 września) nie jest człowiekiem ani pobożnym, ani mądrym. Nikt wierzący nie ma pewności, że cud nastąpi. Powołując się na III tajemnicę fatimską, Terlikowski pisze: „Pokój na świecie realny (a nie pozorny i werbalny jak obecnie), powrót Rosji do Chrystusa są możliwe tylko wtedy, jeśli my, katolicy przylgniemy do Niepokalanego Serca Maryi i sami głęboko się nawrócimy. Lekarstwem na chorobę Rosji – przynajmniej w wymiarze duchowym – jest wytrwała modlitwa różańcowa, pokuta i nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca. Kościół – a to oznacza każdego z nas – musi podjąć to wyzwanie. Taka jest droga pokoju. Innej nie ma”.
Język artykułu Terlikowskiego, być może oczywisty dla teologów, dla przeciętnego czytelnika jest niezrozumiały. Nie wiem, co znaczy „uwewnętrznienie aktu zawierzenia Rosji Najświętszemu Sercu Maryi”. Nieuważny czytelnik może odnieść wrażenie, że mamy dać wiarę rosyjskim kłamstwom. Wystarczyło napisać po polsku: „powierzenie Rosji”. „Uwewnętrznienie” Terlikowski wyjaśnił, przedstawiając w cytowanym fragmencie artykułu drogę do pokoju światowego.
Sytuacja jest niepokojąca. W tym samym czasie otrzymaliśmy dwie zbieżne propozycje. Od prominentnego katolika „uwewnętrznienia” się w kościele, od pani premier „uwewnętrznienia” się w domu. Pochowamy się, a na ulicy będą grasować zbiry z niebezpiecznymi przedmiotami w ręku, żeby posłużyć się poetyką pani premier.
Terlikowskiego kwalifikowałam do tej pory jako katolickiego celebrytę, który na gromieniu grzeszników robi karierę w mediach. Teraz po nieoczekiwanej dymisji Bronisława Wildsteina został Terlikowski redaktorem naczelnym Telewizji Republika. Ostatnie zmiany wydają się elementem szerszego planu poskromienia niezależnych mediów i wolnej opinii publicznej. Profesor Andrzej Nowak z Uniwersytetu Jagiellońskiego opowiadał w Telewizji Republika jak pogróżkami skłoniono kolejno dwóch proboszczów do wycofania zgody na koncert w kościele z udziałem muzyków ukraińskich i polskich. Abp Dziwisz poparł decyzję o zerwaniu umowy z organizatorami koncertu. Ryszard Kapuściński, koordynator Klubów „Gazety Polskiej”, informuje o czynnej napaści na siedzibę w Krakowie.
Żyjemy w niespokojnych czasach. Nawet jeśli kogoś nie martwi kalifat islamski, agresja Rosji na Ukrainę, brak reakcji rządu na ustalenia komisji Macierewicza, to jest jeszcze afera podsłuchowa i gnijące warzywa i owoce, których Unia nie pozwala rozdać szkołom, ponieważ mogłyby je zjeść bez różnicy dzieci bogate i biedne. Szkoły nie mają magazynów i transportu. Państwo nie ma pieniędzy, aby dystrybucję zorganizować.
Natomiast cały kraj bawi się na imprezach rozrywkowych, ponieważ przed wyborami samorządowymi wszyscy troszczą się o igrzyska dla ludu. PO i PSL zabawiają publiczność niekończącą się telenowelą z życia wewnętrznego partii politycznych, tak jakby to był sezon ogórkowy.
Do licznych komentarzy na temat odejścia Donalda Tuska do Brukseli dołożę swój. Tusk ma być tą twarzą Europy, która usprawiedliwi pozostawienie Ukrainy w paszczy niedźwiedzia. Polacy mają w Europie opinię desperatów broniących przegranych spraw. Jeśli Tusk zaświadczy, że naprawdę nie było szans na obronę Ukrainy, dla Europejczyków będzie to wiarygodne. W Europie nikt nie pamięta serwilizmu Polski wobec Rosji, ale na wszelki wypadek Tusk po agresji na Ukrainę demonstrował brak wiary w dobre intencje Putina. To nawrócenie na patriotyzm Tusk wyraził w sposób szczególny, czyli tak jak po Smoleńsku straszył nas wojną z Rosją i to już przed początkiem roku szkolnego. Premier Polski, dobry aktor, który nie ma żadnych zahamowań przy wygłaszaniu zadanych tekstów, jest idealnym kandydatem do firmowania polityki europejskiej w niezręcznej sprawie porzucenia Ukrainy.
Rozważania na temat, czy podbijanie Ukrainy i Mołdawii to już wojna, czy jeszcze nie, godne są rozprawy naukowej na temat hipokryzji w polityce międzynarodowej.
Z wojną w tle (czy bez wojny, co kto woli) Polacy muszą wybrać między internacjonalistyczną PO i patriotycznym PiS-em. Początkowo między PO a PiS nie było wyraźnych różnic, ale PO stopniowo ewoluowała i nie przebierając w metodach zawłaszczała państwo, ograbiała PiS z projektów i wylansowała się na skuteczną partię, która modernizuje zapyziałą Polskę. Internacjonalizm PO w stosunku do NATO i Unii Europejskiej jest kontynuacją usługowej roli PZPR wobec Paktu Warszawskiego i RWPG. Rzeczywistej troski o stan i przyszłość tych ponadnarodowych struktur nie widać. Wykonamy postanowienia Unii – deklarowała pani premier, ale jej horyzont polityczny nie wykracza poza BOR przed drzwiami.
Mogłabym teraz bez trudu dowieść, że patriotyzm i pamięć historyczna są niezbędne dla przetrwania narodu i państwa oraz że są dosłownie, w sensie ekonomicznym, opłacalne, ale nie przekonam nikogo, kto nie ma honoru i odwagi. Opłacalna jest zdrada. Zdrajców się nie wiesza, wiesza się ich portrety, cieszą się uznaniem, wdzięcznością, pamięcią, zawsze znajdują obrońców. Rycerz ksiądz Jerzy skończył śmiercią męczeńską. Odwołam się zatem do przykładu Ukrainy. Gdyby Ukraińcy zachowali pamięć o wielkim śmiertelnym głodzie (hołodomor), nikt nie przeszedłby na stronę wroga. Gdyby pamiętali o ludobójstwie na Kresach, mieliby więcej przyjaciół w Polsce.
A na koniec dobra wiadomość, która przywróciła mi optymizm. Koncert w Krakowie się odbył i można go było obejrzeć w Telewizji Republika. Nie mam wątpliwości, że Niebiańska Sotnia z Majdanu zwyciężyła. W filmie o księdzu Jerzym w scenie obławy na partyzantów w lesie ojciec mówi do syna: rycerze nie przegrywają. „Głęboka duchowość” Terlikowskiego jest pusta.
przez Krzysztof Mroczkowski | poniedziałek 22 września 2014 | opinie
Wybór Donalda Tuska na Przewodniczącego Rady Europejskiej w naturalny sposób skłania do spojrzenia na sprawy polskie w szerszym kontekście. Nie tylko dlatego, iż pozycja Polski i polska „optyka” prawdopodobnie odgrywać będą w przyszłych europejskich decyzjach większą rolę niż dotychczas. Również z tego względu, że kierunek zmian nadawany na poziomie unijnym dociera do Polski, czego dowodem jest chociażby obecny spadek przeciętnych cen w naszym kraju.
Od początku kryzysu dyskusje polityczne państw unijnych ogniskowały się wokół kwestii gospodarczych. Nie były to jednak zwyczajowe seminaryjne pogadanki o „strategii lizbońskiej”, do których w przedkryzysowej rzeczywistości zdążyliśmy się przyzwyczaić. Od 2010 r. polityka gospodarcza Unii w coraz większym stopniu polegała na dyktacie wobec państw zmagających się z kryzysem finansów publicznych, przede wszystkim z problemami ze sfinansowaniem długu. Centrum decyzyjnym tej polityki, obok państw strukturalnie silniejszych, stał się natomiast Europejski Bank Centralny (EBC).
Jaka była to polityka? Trafnie skomentował ją noblista Peter Diamond: „Historycy wytarzają w smole i pierzu europejskich bankierów centralnych”. Poza zbawienną deklaracją z połowy 2012 r. o gotowości skupu obligacji państw peryferyjnych Unii, EBC nie wykorzystał swoich możliwości i nie stał się narzędziem stymulacji inwestycyjnych, lecz jedynie kołem ratunkowym banków. Na domiar złego, będąc pod presją Niemiec, zbyt zachowawczo podchodził do konieczności obniżenia stóp procentowych, mimo stagnacji wzrostu w Unii.
W rezultacie tej polityki, podczas gdy Stany Zjednoczone powoli wydobywają się z dołka, Unia Europejska porusza się w zwolnionym tempie, nie potrafiąc trwale zwiększyć tempa wzrostu, zmagając się z wysokim bezrobociem. Powrotu do dawnej „normalności” nie widać, nie ma też krytycznej refleksji i sprzeciwu wobec „nowej normy”. W rezultacie nadal dominuje konsensus elit dotyczący konieczności zaciskania pasa przez społeczeństwo, ze wszystkimi negatywnymi konsekwencjami. Brak stymulowanego impulsu inwestycyjnego powoduje, iż sektor prywatny obawia się o przyszłość koniunktury. Europejscy przedsiębiorcy nie podejmują inwestycji, które w czasach stabilnego wzrostu byłyby mniej ryzykowne, gdyż przy niepewnej koniunkturze apetyt na ryzyko maleje.
Naturalnym (akceptowanym również przez liberałów-monetarystów) remedium w tego typu sytuacjach jest znaczna obniżka stóp procentowych, podejmowana z intencją „wygonienia” przedsiębiorców z depozytów bankowych poprzez uczynienie ich nieopłacalnymi i tracącymi na wartości. W takiej sytuacji przedsiębiorca staje się bardziej skłonny podjąć ryzyko inwestycyjne, gdyż nic nie robiąc również traci. Mało tego: niskie stopy procentowe mogą go skłonić nie tylko do uruchomienia swoich rezerw, ale również do zaciągnięcia korzystnie oprocentowanego kredytu, dzięki czemu zwiększają się ilość pieniądza w obiegu i całkowita aktywność gospodarcza. To z kolei przekłada się na bardziej wypchane kieszenie zwykłych obywateli.
Swoim „jastrzębim” nastawieniem EBC zmarnował szansę rozgrzania silników europejskich gospodarek, co w połączeniu ze spadkiem cen ropy naftowej oraz uspokojeniem na rynkach żywności i towarów zaowocowało wpadnięciem wielu europejskich krajów w niewielką deflację. Podobnie konserwatywna polska Rada Polityki Pieniężnej, mimo spóźnionych cięć nadal utrzymywała stopę procentową dużo powyżej inflacji. I chociaż spadek cen w naszym kraju nie będzie długotrwały, to niskie poziomy ich przyrostów są jednym z symptomów powolnego zatrzymywania się dynamiki polskiego wzrostu PKB. Dlatego konieczne są w najbliższym czasie cięcia stóp procentowych o kolejne pół procenta. Co prawda stabilność oczekiwań co do kosztu pieniądza ma swoje zalety, ale jak uczy historia wpadek EBC, na sytuację gospodarczą trzeba reagować na bieżąco, nie czekając do „świętego nigdy” (obniżki stóp są już zresztą oczekiwane przez część rynku).
Zagrożenie dla dynamiki polskiego wzrostu płynie nie tylko ze wschodu, ale i z eurostrefy, której problemy pozostają nierozwiązane. Wciąż nie widać końca terapii odchudzającej aplikowanej krajom strukturalnie zapóźnionym. Jednocześnie, jak wskazuje powolny wzrost Niemiec, takie ustawienie reguł gry kończy się „wyścigiem w dół”, gdzie największy beneficjent przewag strukturalnych nie musi podejmować wysiłków na rzecz unowocześnienia gospodarki – wystarczy mu konserwowanie zastanych przewag.
Tego stanu rzeczy nie może zmienić sama polityka pieniężna. Musi iść z nią w parze celowa polityka zmian strukturalnych, których zaczątkiem może być choćby nieśmiała koncepcja euro-obligacji, wykorzystywanych jednak nie (tylko) w celu redukcji ryzyka ataków spekulacyjnych, lecz (przede wszystkim) do podniesienia poziomu zaawansowania krajów peryferyjnych UE. W dobie formowania się wielkich ekonomicznych bloków regionalnych utrzymywanie modelu Europy dwóch prędkości byłoby dla całej Unii bardzo kosztowne.
Dziś, w sytuacji, gdy Polska ma szansę na uzyskanie większego wpływu na politykę Unii Europejskiej, warto domagać się zmiany ekonomicznego eurokonsensusu – z polityki „równania w dół” na politykę „równania w górę”. Kraje bogatsze powinny zdać sobie sprawę jak wiele na niewykorzystywaniu potencjału drzemiącego w jej peryferyjnych częściach traci cała Europa.
Potrzebujemy Unii Europejskiej w nowym kształcie: nieeksperymentującej na żywych organizmach społeczeństw, niewzniecającej niepotrzebnych konfliktów światopoglądowych, zjednoczonej nie tylko strachem przed populizmem. Potrzebujemy Europy solidarnej z tymi, którzy tej solidarności oczekują, a zarazem pragmatycznej w osiąganiu długofalowych celów. Europy zjednoczonej wobec zagrożenia asymetrii sił różnych grup interesów, która podminowuje sens kapitalizmu jako efektywnego ustroju gospodarczego opartego na konkurencji.
W praktyce oznaczać to musi odejście od modelu wykorzystującego nierównowagi strukturalne między państwami jako kapitał rozwojowy, na rzecz modelu konwergencji. Taka konwergencja winna być oparta na tanim kredycie oraz paneuropejskim programie inwestycji strukturalnych – chociażby takim, jaki zaproponował na początku miesiąca minister Szczurek. W takiej właśnie zmianie tkwi szansa na efekt pozytywnej synergii rosnących dochodów, akumulacji oszczędności, a w końcu wzrost nakładów na środki trwałe i większą wydajność przedsiębiorstw.
przez Leigh Phillips | poniedziałek 15 września 2014 | opinie
„The Onion” [satyryczny internetowy magazyn informacyjny – przyp. red.], jak zwykle na czasie, relacjonuje największą z notowanych i pierwszą w Afryce Zachodniej epidemię eboli, która dotknęła szacunkowo 1799 i zabiła co najmniej 961 osób. Zuchwały nagłówek wiadomości z 31 lipca głosi: „Eksperci: Od szczepionki na ebolę dzieli nas 50 martwych białych”. Zgodnie z tym powierzchownym wyjaśnieniem problem zostałby rozwiązany, gdyby zarażeni wirusem byli biali. Tymczasem przemilczane pozostają rola rynku w decyzjach podejmowanych przez koncerny farmaceutyczne o zaniechaniu inwestycji w szczepionki oraz warunki stworzone przez neoliberalną politykę, zaostrzające przebieg lub zgoła prowokujące epidemie.
Bez wątpienia rasizm odgrywa tu pewną rolę. Cytowany przez „Toronto Star” Jeremy Ferrar, specjalista w dziedzinie chorób zakaźnych kierujący Wellcome Trust, jedną z największych medycznych fundacji badawczych, powiedział: Wyobraźcie sobie, że w Kanadzie, Ameryce i Europie na wirusową gorączkę krwotoczną umiera 450 osób. Byłoby to niedopuszczalne. I jest niedopuszczalne również w Afryce Zachodniej.
Zwrócił także uwagę na nadzwyczajny tryb podania eksperymentalnej kanadyjskiej szczepionki przeciw eboli, którą otrzymał niemiecki badacz, gdy uległ wypadkowi w laboratorium: Poruszyliśmy niebo i ziemię, by pomóc niemieckiemu technikowi laboratoryjnemu. Dlaczego w Afryce Zachodniej ma być inaczej?
Rzecz w tym, że problem eboli pozostaje nierozwiązany, gdyż jego rozwiązanie nie przyniesie nikomu zysku. To nieopłacalna choroba.
Od chwili zidentyfikowania wirusa eboli w 1976 r. zabił on około 2400 osób. Wielkie firmy farmaceutyczne wiedzą, że koszty opracowania kuracji są znaczne, a rynek zbytu – niewielki. Z ilościowego punktu widzenia można (być może słusznie) przestrzegać przed koncentrowaniem się na tej właśnie chorobie, nie zaś na malarii i gruźlicy, zbierających dużo większe śmiertelne żniwo (odpowiednio 300 tys. i 600 tys. zmarłych od chwili wybuchu epidemii eboli).
Opór firm farmaceutycznych przed opracowaniem metod leczenia tych i wielu innych chorób wyjaśniają jednak te same ograniczenia ekonomiczne, które stoją na przeszkodzie leczeniu eboli.
Mimo to, ostatnie dziesięciolecie było okresem ogromnego postępu badań nad kuracją eboli. Prowadzi się je zwykle w sektorze publicznym lub w małych firmach biotechnologicznych, przy znacznym udziale publicznych środków. Dostępne są różnorodne możliwości leczenia, w tym leki oparte na kwasach nukleinowych, terapia przeciwciałami oraz pewna liczba szczepionek kandydackich, z których pięć wykazało skuteczność w ochronie przed zakażeniem wirusem eboli podczas testów na małpach naczelnych.
Anthony Fauci, kierownik National Institute of Allergy and Infectious Diseases (Narodowy Instytut Alergii i Chorób Zakaźnych) w ciągu ostatnich kilku tygodni powtarzał wszystkim dziennikarzom, którzy chcieli go słuchać, że szczepionka przeciw eboli jest na wyciągnięcie ręki, ale na przeszkodzie stoją korporacyjne sknery. Pracowaliśmy nad własną szczepionką, ale nigdy nie otrzymaliśmy wsparcia firm [farmaceutycznych] – wypowiadał się dla „USA Today”, zaś w „Scientific American” czytamy: Mamy szczepionkę kandydacką, podajemy ją małpom i wygląda to nieźle. Ale dla firm farmaceutycznych niewielkie epidemie raz na trzydzieści lub czterdzieści lat jako bodziec do opracowania szczepionki to…, cóż – słaby bodziec.
Niemal każdy obeznany z problemem wie, że know-how jest już dostępne. Jednak epidemie są na tyle rzadkie i dotykają na tyle niewielu, że z punktu widzenia przemysłu farmaceutycznego nie są warte zachodu. To znaczy: nie dość zyskowne. Epidemie uderzają w najbiedniejsze społeczności świata. Mimo niewiarygodnego rozgłosu, jaki im towarzyszy, są stosunkowo rzadkie – wypowiadał się na łamach „Vox” Daniel Bausch, dyrektor wydziału nowych infekcji Naval Medical Research Unit Six, biomedycznego laboratorium naukowego w Limie, stolicy Peru. – Zatem trudno liczyć na wielki entuzjazm firm farmaceutycznych, gdy trzeba przeprowadzić lek na ebolę przez trzy fazy badań, a następnie stworzyć szczepionkę dla dziesiątek lub co najwyżej setek tysięcy ludzi.
John Ashton, kierujący UK Faculty of Public Health (Wydziału Zdrowia Publicznego Zjednoczonego Królestwa), na łamach „Independent on Sunday” potępił skandaliczną niechęć przemysłu farmaceutycznego do inwestowania w badania nad metodami leczenia i szczepionkami, gdy grupa docelowa jest zbyt mała, aby – zastosujmy ich kategorie – uzasadnić inwestycję. To moralne bankructwo kapitalizmu działającego w oderwaniu od etycznego i społecznego kontekstu.
I nie chodzi tu jedynie o ebolę. Przez trzydzieści lat wielkie kompanie farmaceutyczne uchylały się od podjęcia badań nad nowymi typami antybiotyków. Lekarze przewidują, że wskutek tej „próżni odkryć” (discovery void) najdalej za dwadzieścia lat zabraknie skutecznych leków przeciw pospolitym infekcjom. Bardzo wiele technik medycznych oraz zabiegów wprowadzonych od lat 40. zależy od ochrony przed drobnoustrojami. Wzrost oczekiwanej długości życia, doświadczany przez ludzkość od tego czasu, wynikał z wielu czynników, ale z pewnością nie byłby możliwy bez antybiotyków. Przed ich stworzeniem infekcje bakteryjne należały do najczęstszych przyczyn zgonów.
W kwietniu Światowa Organizacja Zdrowia upubliczniła pierwszy w historii raport poświęcony lekooporności drobnoustrojów, stwierdzający jej „alarmujący poziom”. To poważne zagrożenie nie leży już w sferze przewidywań, obecne jest już teraz w każdym regionie świata i dotyczy potencjalnie każdego, niezależnie od wieku, we wszystkich krajach – ostrzegła zdrowotna agenda ONZ.
Przyczyna tego stanu rzeczy jest oczywista, co przyznają sami przedsiębiorcy farmaceutyczni. Inwestowanie ok. 870 mln dolarów (1,8 mld z uwzględnieniem kosztu kapitału) w każdy z leków dopuszczonych do użytku, który chorzy na infekcję zażyją zaledwie kilka razy w życiu, nie ma sensu w porównaniu z zainwestowaniem identycznej kwoty w opracowanie bardzo zyskownych leków na choroby przewlekłe, jak choćby cukrzyca i rak, przyjmowane przez chorych codziennie, często do końca życia. Tymczasem według CDC (Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorobom) co roku w Stanach Zjednoczonych dwa miliony ludzi zarażają się antybiotykoopornymi bakteriami, z czego 23 tys. umierają.
Podobnie mają się sprawy z pracą nad szczepionkami. Ludzie przez dekady kupują leki na astmę lub insulinę, podczas gdy szczepienia wymagają zwykle jednej lub dwóch dawek w życiu. W ciągu ostatnich dziesięcioleci wiele firm farmaceutycznych porzuciło nie tylko badania nad szczepionkami, ale także ich produkcję, w związku z czym już w 2003 r. USA zaczęły doświadczać niedoborów większości szczepionek dziecięcych. Sytuacja jest tak ponura, że CDC utworzyło stronę internetową pozwalającą śledzić braki i opóźnienia w ich dostawach.
W trosce o bezpieczeństwo narodowe, przynajmniej w sprawie eboli, reguły wolnorynkowe odsuwa na bok Departament Obrony, swobodnie interweniując tam, gdzie zawodzi rynek. Wirusolog Thomas Geisbert z University of Texas Medical Branch w Galveston, zwierzył się „Scientific American” z nadziei pokładanej w szczepionce VSV, jednej z najbardziej obiecujących w dziedzinie walki z ebolą: Próbujemy teraz uzyskać fundusze na badania na ludziach… ale wszystko zależy od wsparcia dla małych firm, które opracowują szczepionki. Badania na ludziach są drogie i wymagają wielu rządowych dolarów. Gdy idzie o ebolę, niewielki w skali globu rynek zbytu nie zachęci wielkich firm farmaceutycznych, zatem przygotowanie szczepionki nie obędzie się bez publicznego finansowania.
William Sheridan, dyrektor medyczny BioCryst Pharmaceuticals, twórca eksperymentalnego leku antywirusowego BCX4430, tak opisuje finansowe przeszkody napotykane w badaniach i produkcji leku na ebolę: Coś takiego nie przeszłoby w wielkim koncernie! Jednak w przypadku jego niewielkiej firmy rząd federalny nie tylko wsparł badania, ale także – w ramach działań wymierzonych w bioterroryzm – obiecał wykup zapasów leków przeciw eboli, zaś w prace nad BCX4430 włączył się US Army Medical Research Institute for Infectious Diseases (USAMRIID – Wojskowy Instytut Badań Medycznych nad Chorobami Zakaźnymi). Oto nasz rynek zbytu – jest nim amerykański rząd – komentował Sheridan na antenie National Public Radio.
USAMRIID, wspólnie z Kanadyjską Agencją Zdrowia Publicznego (Canada’s Public Health Agency), wspiera również badania nad ZMapp, czyli surowicą monoklonalną, opracowaną w MAPP Biopharmaceutical, niewielkiej firmie biotechnologicznej z siedzibą w San Diego. Dwa tygodnie temu serum podano dwojgu amerykańskich lekarzy – Kentowi Branleyowi i Nancy Writebol – pracujących dla grupy ewangelickich misjonarzy Samaritain’s Purse. Para zachorowała w Liberii, opiekując się pacjentami zarażonymi ebolą. Stan Brentleya pogarszał się na tyle gwałtownie, że dzwonił już do żony, by się z nią pożegnać. Według relacji eksperymentalna surowica miała w ciągu godziny spowodować poprawę jego wskaźników oddechowych i ustąpienie wysypki. Nazajutrz rano był już w stanie samodzielnie wziąć prysznic, zaś po ewakuacji z Liberii do USA – bez niczyjej pomocy wysiąść z karetki. „Żyje i ma się nieźle” po powrocie z liberyjskiej stolicy do Atlanty także Writebol.
Oczywiście przy wyciąganiu jakichkolwiek wniosków z tego przypadku powinniśmy zachować ostrożność i wstrzymać się od stwierdzeń, że lek uzdrowił misjonarzy. „Eksperyment kliniczny” został przeprowadzony na grupie zaledwie dwojga pacjentów, bez próby ślepej i grupy kontrolnej. Jak dotąd preparat nie został przetestowany na ludziach pod względami bezpieczeństwa i skuteczności, zaś w przypadku jakiejkolwiek choroby pewien odsetek pacjentów powraca do zdrowia samoistnie. Nie wiemy zatem, czy ZMapp przyczynił się w istocie do wyzdrowienia, jednak pokładane w nim nadzieje nie są pozbawione podstaw.
Dwa z zastosowanych w ZMapp przeciwciał pierwotnie zidentyfikowali i wytworzyli naukowcy z National Microbiology Laboratory (Narodowe Laboratorium Mikrobiologii) w Winnipeg oraz z Defyrus, działającej w Toronto „firmy obrony biologicznej”, przy udziale finansowym Canadian Safety and Security Program of Defence R&D Canada (Program Bezpieczeństwa Agencji Badań i Rozwoju Departamentu Obrony Kanady). Trzeci ze składników wyprodukowano w MappBio, we współpracy z USAMRIID, Narodowym Instytutem Zdrowia i Defense Threat Reduction Agency (Agencja Redukcji Zagrożeń Obronnych Departamentu Obrony USA). Następnie nawiązano partnerstwo z Kentucky Bioprocessing z Owensboro, firmą zajmującą się produkcją białek, wykupioną wcześniej przez RJ Reynolds Tobacco, by uprawiała tytoń nafaszerowany przeciwciałami. Dowiedziawszy się o udziale Pentagonu i kanadyjskich agend bezpieczeństwa, niektórzy natychmiast odwołali się do teorii spiskowych. Rzeczywiście, ZMapp to siedlisko wszystkich niemal dyżurnych szwarccharakterów: GMO, koncerny tytoniowe, Pentagon i te podejrzane zastrzyki, które tylko wyglądają na szczepionki! Ale w dotacjach Departamentu Obrony nie powinniśmy się dopatrywać niczego niegodziwego – stanowi ono raczej dowód wyższości sektora publicznego jako lidera i opiekuna innowacji.
Nie wszystkie nieopłacalne choroby stają się jednak obiektem troski pułkowników od bioterroryzmu. I dlaczego właściwie sektor prywatny jako jedyny ma spijać śmietankę, pozostawiając mniej smaczne kąski sektorowi publicznemu? Skoro kierujący się imperatywem zysku przemysł farmaceutyczny pozostaje strukturalnie niezdolny do wytwarzania produktów potrzebnych społeczeństwu, zaś sektor publiczny zmuszony jest wypełniać luki spowodowane niewydolnością rynku, należałoby tę gałąź przemysłu znacjonalizować, zaś dochody generowane przez leki zyskowne przeznaczyć na finansowanie badań i produkcji pozostałych. W takiej sytuacji spór o to, czy zapobieganie malarii, odrze lub polio zasługuje na priorytetowe traktowanie, nie mógłby nawet zaistnieć – moglibyśmy walczyć jednocześnie z chorobami zaniedbywanymi i wywołującymi rozgłos. I chociaż brak gwarancji, że odkręcenie kurka z środkami publicznymi da natychmiastowy efekt pozytywny, wiemy, że obecnie prywatne koncerny farmaceutyczne nawet się o niego nie starają. To właśnie mają na myśli socjaliści mówiąc, że kapitalizm krępuje dalszy rozwój sił wytwórczych. Idzie nam nie tylko o to, że odmowa zaangażowania się w walkę z lekceważonymi chorobami tropikalnymi, w badania nad szczepionkami i antybiotykami jest ze strony wielkich koncernów farmaceutycznych aktem niemoralnym i niesprawiedliwym. Rzecz w tym, że indolencja wolnego rynku i ograniczoność wyzwalanych przez niego ambicji stanowią barierę dla wytworzenia licznych nowych dóbr i usług, które byłyby korzystne dla ludzkości i poszerzałyby zakres naszej wolności.
Podnoszenie sprawy szczepionek i leków ma kluczowe znaczenie. Jednak w najlepszym razie będzie ono przypominało wylewanie wiadrem wody z dziurawej i tonącej łódki, jeśli nie uwzględnimy również czynników takich jak pogarszanie się stanu zdrowia publicznego i infrastruktury w całej Afryce Zachodniej oraz szeroko rozumianych uwarunkowań ekonomicznych, które zwiększają prawdopodobieństwo epidemii eboli i innych chorób odzwierzęcych.
Sposób, w jaki neoliberalizm doprowadził do powstania idealnych warunków dla rozprzestrzeniania się epidemii, trafnie opisał filogeograf i ekolog Robert Wallace. Gwinea, Liberia i Sierra Leone należą do najuboższych państw świata, zajmując odpowiednio 178., 174., i 177. miejsca wśród 187 państw sklasyfikowanych przez ONZ pod względem wskaźnika rozwoju społecznego HDI. Gdyby podobne tamtejszym epidemie miały miejsce w krajach europejskich, mogących poszczycić się najlepszą infrastrukturą zdrowotną na świecie, sytuację najprawdopodobniej udałoby się opanować.
Problemem nie jest tylko brak szpitali polowych, oddziałów izolacyjnych, odpowiednich procedur higienicznych w istniejących placówkach medycznych oraz niedostatek wysoce wykwalifikowanej kadry, zdolnej do odnalezienia i poddania kwarantannie wszystkich eksponowanych i zarażonych. Nie jest nim również jedynie leczenie podtrzymujące, które ma w przypadku zakażenia kluczowe znaczenie niezależnie od dostępnych środków leczniczych. Rozprzestrzenianiu się choroby sprzyja także rozpad podstawowych struktur państwa, które w przeciwnym razie byłoby zdolne do większego ograniczenia swobody przemieszczania się ludności, lepszego radzenia sobie z trudnościami logistycznymi i do koordynacji działań z rządami innych państw.
Cytowany już epidemiolog i specjalista chorób zakaźnych, Daniel Bausch, który prowadził badania w pobliżu epicentrum obecnej epidemii, opublikował w lipcu artykuł w czasopiśmie Public Library of Science „Neglected Tropical Disease”. Opisuje w nim swoje naoczne doświadczenie „wstecznego rozwoju”; po każdym powrocie do Gwinei, przy każdej długiej podróży z Konakry w rejon lasów tropikalnych, infrastruktura wydawała się bardziej podupadła: utwardzone niegdyś drogi były coraz gorsze, usługi publiczne – trudniej dostępne, ceny – wyższe, zaś lasy – rzadsze. Z kolei Wallace nadmienia, że seria strukturalnych programów dostosowawczych, zalecanych i egzekwowanych przez zachodnie rządy i instytucje finansowe, wymusiła prywatyzację, oszczędności na usługach publicznych, zniesienie ceł (przy utrzymaniu dotacji dla przemysłu rolniczego Północy) oraz orientację gospodarki na eksport płodów rolnych kosztem żywnościowej samowystarczalności. Konsekwencją tych posunięć są bieda i głód, zaś rywalizacja między rolnikami o kapitał, ziemię, surowce i maszyny wiedzie ku jeszcze większej konsolidacji własności gruntów, zwłaszcza w rękach firm zagranicznych, kosztem drobnych rolników.
Ebola jest chorobą odzwierzęcą, czyli przenoszoną ze zwierząt na ludzi (lub odwrotnie). Taki charakter miało ok. 61 proc. infekcji w historii ludzkości – począwszy od grypy, poprzez cholerę, aż po HIV. Najpoważniejszym czynnikiem prowadzącym do przyrostu liczby patogenów odzwierzęcych są zaś wzmożone kontakty ludzi i dzikich zwierząt. Dochodzi do nich często w trakcie ekspansji człowieka na obszary uprzednio dzikiej przyrody. Wallace zauważa, że wyrugowani z ziemi przez neoliberalne programy dostosowawcze, nie mogąc znaleźć pracy w mieście, ludzie zapuszczają się coraz głębiej w lasy w poszukiwaniu nowych gatunków zwierzyny łownej na większym obszarze i drewna do produkcji węgla drzewnego, pogłębiają kopalnie w poszukiwaniu minerałów, to zaś zwiększa ryzyko ekspozycji na wirus eboli oraz inne odzwierzęce patogeny obecne w tych odległych zakątkach świata. Bausch stwierdza jednak: Czynniki biologiczne i ekologiczne mogą wywabić wirusy z lasu, jednak to krajobraz socjopolityczny dyktuje, co wydarzy się później – kilka izolowanych przypadków czy wielki i niekontrolowany wybuch epidemii. Łatwo przewidzieć skutki nieplanowanego, chaotycznego rozwoju na obszarach znanych z częstych przypadków pierwotnego przeniesienia choroby na człowieka. Szczególnie takich, które pozbawione są zarazem etosu równościowego czy wsparcia infrastrukturalnego, które umożliwiły chociażby zwalczenie (w jednej z pierwszych misji CDC) malarii w południowych Stanach po II wojnie światowej.
W ciągu ostatnich miesięcy najpoważniejsza w historii epidemia eboli uwidoczniła moralne bankructwo naszego systemu wytwarzania leków. Jednak walka o stan opieki zdrowotnej w USA oraz podobne kampanie wymierzone w prywatyzację służby zdrowia na Zachodzie to zaledwie połowa zmagań. Ich cel może zostać osiągnięty jedynie gdy uzupełnimy to kampaniami na rzecz odbudowy międzynarodowego publicznego przemysłu farmaceutycznego oraz gdy znajdziemy odpowiedź na neoliberalne polityki, które uderzają w zdrowie publiczne. Za wzór mogą posłużyć działania grup aktywistów walczących z HIV i AIDS w latach 80. i wczesnych 90., jak choćby ACT UP i Treatment Action Group, lub działająca w początkach tysiąclecia South Africa’s Treatment Action Campaign, które łączyły akcje bezpośrednie i akty obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec polityków i biznesu z precyzyjną, opartą na wiedzy naukowej świadomością sytuacji chorych.
Tym razem jednak potrzeba nam większej, powszechnej kampanii dotyczącej nie jednej choroby, lecz całości uchybień rynku w dziedzinie produkcji szczepionek, „próżni odkryć” w badaniach nad antybiotykami, zaniedbanych chorób tropikalnych i wszelkich zapomnianych chorób zrodzonych z biedy. Potrzebujemy opartego na wiedzy naukowej aktywizmu na rzecz leczenia, którego dalekosiężnym i ambitnym, lecz osiągalnym celem będzie demokratyczny podbój przemysłu farmaceutycznego. Potrzeba nam kampanii, która zniszczy nieopłacalne choroby.
Leigh Phillips
tłum. Michał Wójtowski
konsultacja naukowa: dr Agnieszka Bernat-Wójtowska
Artykuł ukazał się pierwotnie 13 sierpnia 2014 na łamach „Jacobin Magazine”, www.jacobinmag.com.
przez Piotr Wójcik | poniedziałek 8 września 2014 | opinie
W debacie ekonomicznej często pojawiają się dwie tezy dotyczące opodatkowania. Według pierwszej z nich, wysokie podatki spowalniają wzrost gospodarczy. Natomiast według drugiej, kraje UE mające dużo wyższe podatki niż Polska, miały je niższe niż my obecnie, gdy były na dzisiejszym poziomie rozwoju naszego kraju. Obie tezy są co najmniej wątpliwe.
Do zmierzenia się z pierwszą z przytoczonych tez posłużyłem się zestawieniami dwóch wskaźników – procentowym rocznym przyrostem PKB oraz procentowym udziałem dochodów całości sektora finansów publicznych w PKB danego kraju. To właśnie ten wskaźnik w moim odczuciu pozwala najskuteczniej zweryfikować poziom fiskalizmu danego kraju, gdyż bierze pod uwagę wszystkie dochody publiczne, również lokalne, a także te, które oficjalnie podatkiem nie są nazwane, choć de facto powinny (czyli np. składki). W charakterze źródła posłużyłem się raportem OECD Factbook 2010, ponieważ pozwala on prześledzić kształtowanie się powyższych wskaźników w długim okresie czasu – od roku 1971 aż do 2008, czyli pierwszego roku obecnego kryzysu. W dwóch przypadkach brakujące dane uzupełniłem w oparciu o inne źródła – dane o wzroście PKB Wielkiej Brytanii z lat 1971-1980 zaczerpnąłem z zasobów Banku Anglii, natomiast poziom fiskalizmu Szwajcarii z lat 80. ze statystyk Międzynarodowego Funduszu Walutowego (Word Economic Outlook Database, April 2014). W obu przypadkach dane z kolejnych lat były ze sobą zbieżne, więc nie ma obaw, by manewr ten wpłynął na wynik obserwacji.
Na potrzeby porównania wybrałem kraje z „rdzenia” OECD (państwa-założyciele oraz te, które szybko dołączyły do organizacji), znajdujące się w roku 1970 na podobnym poziomie rozwoju (przynajmniej 3000 dolarów PKB per capita – przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej oraz cen bieżących), nie licząc „liliputów” (Luksemburg, Islandia). Następnie ustaliłem po 5 krajów, w których poziom dochodów publicznych w stosunku do PKB w latach 1971-2008 był najwyższy i najniższy. Powstały dwie grupy krajów dość typowych dla omawianego zjawiska – z jednej strony państwa skandynawskie i jeden reprezentant Beneluksu (Dania 52,78% PKB, Finlandia 49,69% PKB, Holandia 48,76% PKB, Norwegia 52,71% PKB i Szwecja 57,69% PKB), z drugiej państwa anglosaskie, jeden reprezentant Dalekiego Wschodu oraz zagłębie europejskiej bankowości (Australia 33,12% PKB, Japonia 30,24%, Szwajcaria 32,86%, USA 32,44% i Wielka Brytania 40,97%). Tu muszę wyjaśnić, że gdybym miał w pełni literalnie podejść do przedstawionych powyżej zasad, zamiast Wielkiej Brytanii musiałbym wziąć pod uwagę Włochy (39,54%), jednak byłoby to trochę niesprawiedliwe w stosunku do państw z niskimi podatkami. Włochy mają niższy wzrost w omawianym okresie niż UK, a ponadto trudno uznać Włochy za kraj niskich podatków, skoro od lat 90. poziom dochodów publicznych w tym kraju sięga czasem ponad 45% PKB, a na dosyć niskim poziomie fiskalizmu w całym obserwowanym okresie zaważyły lata 70. i 80.
Obie grupy krajów tworzą w zasadzie dwa zupełnie różne światy filozofii fiskalnej. W pierwszej grupie przeciętne roczne dochody sektora finansów publicznych w latach 1971-2008 wynosiły 52,33% PKB, natomiast wśród państw niskich podatków wynosiły one 33,93% PKB, czyli prawie 20 punktów procentowych mniej. Różnica jest ogromna, a więc wydawałoby się, że skoro wysokie podatki negatywnie wpływają na wzrost, to różnica w PKB także będzie znacząca. Tym bardziej, że mówimy o krajach na w miarę zbliżonym poziomie rozwoju (wiadomo, że na niskim poziomie dynamika wzrostu jest wysoka, a im bardziej kraj jest rozwinięty, tym osiąganie wysokiego wzrostu staje się trudniejsze). Tymczasem okazało się, że przeciętny roczny wzrost PKB w omawianym okresie w obu grupach państw był… identyczny. Wynosił on 2,64% PKB. Co ciekawe, najszybciej rozwijającym się krajem z tych 10 państw była Norwegia (3,37%), czyli kraj z grupy wysokich podatków, a najsłabiej Szwajcaria (1,62%), państwo niskich podatków. Oczywiście można dokonać pewnych zastrzeżeń i stwierdzić np., że Norwegii było łatwiej, gdyż jest zasobna w surowce energetyczne. Jest to prawda, ale przykładów państw, które takiej zasobności nie wykorzystały, jest mnóstwo (o zjawisku „przekleństwa zasobów naturalnych” pisał chociażby Marek Garbicz w znakomitym opracowaniu pt. „Problemy rozwoju i zacofania ekonomicznego”), a więc Norwegia, kraj wyjątkowo wysokich podatków, powinna niechybnie do takich państw dołączyć. A jednak wysokie podatki nie przeszkodziły Norwegii w efektywnym wykorzystaniu zasobów i osiąganiu na przestrzeni tak wielu lat poziomu wzrostu jak na kraj rozwinięty znakomitego. Zresztą w grupie państw niskich podatków także mamy kraje bardzo zasobne w surowce naturalne, które zresztą też osiągały w tym okresie bardzo dobry wzrost (druga Australia 3,28%, trzecie USA 3,07%), ale jednak od Norwegii niższy. Poza tym tuż za nimi, na 4. miejscu, plasuje się Finlandia (przeciętny roczny wzrost 2,92%) – kraj z wysokimi podatkami, bardzo ubogi w surowce energetyczne, a dodatkowo charakteryzujący się niekorzystnymi warunkami klimatycznymi i geograficznymi. Odnośnie do Szwajcarii można poczynić spostrzeżenie, że w pierwszym roku omawianego okresu była na najwyższym poziomie rozwoju, a więc osiągać wysoki wzrost miała najtrudniej. Ale Norwegia z końcem XXI wieku zrównała się ze Szwajcarią pod względem PKB per capita, w następnych latach wyraźnie ją prześcignęła, a jednak utrzymała wyższy wzrost (w latach 2000-2008 Norwegia przeciętnie osiągała roczny wzrost na poziomie 2,43%, a Szwajcaria 2,12%). Zresztą, co ciekawe, w latach 2000-2008 na czoło klasyfikacji wzrostu obok Australii (3,11% przeciętnego rocznego wzrostu) wysunęła się Finlandia (3,09%). A co jeszcze ciekawsze, na progu XXI wieku na ostatnie miejsce pod względem wzrostu w omawianych państwach znów trafił kraj z grupy państw o niskim poziomie fiskalizmu – tym razem była to Japonia (1,46% przeciętnego rocznego wzrostu PKB oraz dochody sektora finansów publicznych na poziomie 32,21% PKB), która, pomimo relatywnie niewielkich obciążeń, od lat 90. zmaga się z problemem rachitycznego wzrostu (w latach 90. 1,51%).
|
Przeciętny roczny wzrost PKB w latach 1971-2008 |
Przeciętny roczny poziom dochodów sektora finansów publicznych w latach 1971-2008 |
| Norwegia |
3,37% |
52,71% |
| Australia |
3,28% |
33,12% |
| USA |
3,07% |
32,44% |
| Finlandia |
2,92% |
49,69% |
| Japonia |
2,83% |
30,24% |
| Holandia |
2,66% |
48,76% |
| Wielka Byrytania |
2,40% |
40,97% |
| Szwecja |
2,15% |
57,69% |
| Dania |
2,12% |
52,78% |
| Szwajcaria |
1,62% |
32,86% |
| 5 krajów „niskich podatków” |
2,64% |
33,93% |
| 5 krajów „wysokich podatków” |
2,64% |
52,33% |
Równie ciekawe spostrzeżenia można wyciągnąć na podstawie obserwacji poszczególnych krajów. Szwajcaria w latach 90. zmagała się z niewysokim wzrostem PKB – przeciętnie 1,1%. Jakby tego było mało, w XXI wieku wyraźnie wzrósł tam poziom fiskalizmu (z 32,24% PKB do 34,46%). Jednak mimo podniesienia obciążeń, tempo wzrostu PKB zwiększyło się prawie dwukrotnie – w latach 2000-2008 do 2,12% średniego rocznego wzrostu. Podobne zjawisko, choć na mniejszą skalę (wzrost obciążeń skorelowany z przyspieszeniem tempa wzrostu PKB), wystąpiło w latach 90. w Australii i Danii. Zresztą dla całej grupy „krajów niskich podatków” najlepszy był okres lat 80. (notowały one przeciętny roczny wzrost 2,98%), w którym wyraźnie rosły również obciążenia (z 31,62% PKB w latach 70. do 34,18%). Odwrotne zjawisko zauważyłem w USA – w XXI wieku dochody sektora finansów publicznych spadły z 33,75% PKB do 33,08%, a wraz z nimi spadł przeciętny roczny wzrost gospodarczy (z 3,21% do 2,39%). Jeszcze inne prawidłowości wykazuje Wielka Brytania – najgorsze tempo wzrostu osiągała ona wtedy, gdy fiskalizm był najniższy, czyli w latach 90. Warto też zauważyć, że najwyższy poziom dochodów publicznych Wielka Brytania notowała w latach 80. a więc w okresie rządów… Margaret Thatcher. Ta kojarzona z liberalizacją i obniżkami podatków polityk w istocie jednak wcale nie ograniczyła fiskalizmu, a w pierwszym okresie rządów wręcz wyraźnie go zwiększyła i w roku 1982 dochody publiczne w UK wynosiły już ponad 45% PKB. W drugim okresie spadły, ale w ostatnim roku rządów były one na tym samym poziomie, co w pierwszym. Za „thatcheryzmu” podatki obniżono głównie najbogatszym, a środki z obciętych wydatków socjalnych nie zostały zaoszczędzone, lecz użyto ich na zwiększone środki bezpieczeństwa, niezbędne w związku z wybuchami społecznymi, spowodowanymi… obcięciem wydatków socjalnych. Trzeba przy tym zaznaczyć, że w tym okresie wzmożonego fiskalizmu Wielka Brytania notowała całkiem niezłe tempo wzrostu (przeciętnie 2,46%), czyli wyższe niż w okresie wcześniejszym, w którym fiskalizm był mniejszy.
|
Przeciętny roczny wzrost PKB w latach 2000-2008 |
Przeciętny roczny poziom dochodów sektora finansów publicznych w latach 2000-2008 |
| Australia |
3,11% |
36,17% |
| Finlandia |
3,09% |
53,07% |
| Szwecja |
2,63% |
56,49% |
| Norwegia |
2,43% |
57,51% |
| Wielka Byrytania |
2,51% |
40,44% |
| USA |
2,39% |
33,08% |
| Holandia |
2,16% |
45,16% |
| Szwajcaria |
2,12% |
34,46% |
| Dania |
1,56% |
55,51% |
| Japonia |
1,46% |
32,21% |
| 5 krajów „niskich podatków” |
2,32% |
35,27% |
| 5 krajów „wysokich podatków” |
2,37% |
53,55% |
Do podobnych wniosków można dojść obserwując statystyki także innych gospodarek oraz innych okresów historycznych. Dani Rodrik w książce „Jedna ekonomia, wiele recept” wielokrotnie przytacza przykład krajów Ameryki Łacińskiej, którym polityka niskich podatków i liberalizacji gospodarki nie przyniosła spodziewanych efektów. Ha Joon Chang w „23 rzeczach, których nie mówią ci o kapitalizmie” zwraca uwagę na to, że w okresie powojennym wyżej opodatkowana zachodnia Europa rozwijała się szybciej niż USA. Oczywiście nie chciałbym być źle zrozumiany – daleki jestem od tezy, że wysokie podatki przyspieszają wzrost. Twierdzenie takie byłoby tak samo nieuprawnione jak teza, iż wysokie podatki wzrost wyhamowują. Wynika to z tej prostej przyczyny, że decydujący wpływ na rozwój ma nie wysokość podatków, lecz prorozwojowy porządek ekonomiczny, w którym funkcjonują skuteczne instytucje, sektor prywatny współpracuje z sektorem publicznym, system oświaty nie jest oderwany od realiów gospodarczych, a krajem nie wstrząsają niepokoje i patologie społeczne. Wysokie podatki mogą pomóc w osiągnięciu takiego stanu, ale nie muszą. Dobrze funkcjonujący porządek można zbudować także przy niewielkich obciążeniach fiskalnych – tak jak zrobiły to „azjatyckie tygrysy”, Korea Południowa czy Tajwan, w których wydatki socjalne prawie nie istnieją, a niewielkie rozwarstwienie (niezbędne dla harmonijnego wzrostu) zostało osiągnięte za pomocą innych środków.
|
Przeciętny roczny wzrost PKB w latach 1991-1999 |
Przeciętny roczny poziom dochodów sektora finansów publicznych w latach 1991-1999 |
| Australia |
3,69% |
34,55% |
| Norwegia |
3,58% |
54,09% |
| USA |
3,21% |
33,75% |
| Holandia |
3,20% |
48,95% |
| Dania |
2,41% |
55,70% |
| Wielka Brytania |
2,24% |
38,68% |
| Szwecja |
1,69% |
60,25% |
| Finlandia |
1,58% |
55,26% |
| Japonia |
1,51% |
32,04% |
| Szwajcaria |
1,10% |
32,24% |
| 5 krajów „niskich podatków” |
2,35% |
34,25% |
| 5 krajów „wysokich podatków” |
2,49% |
54,85% |
Faktem jest jednak, że duża część krajów z naszego kręgu cywilizacyjnego, czyli z Europy, sukces gospodarczy osiągnęła stosując wysokie obciążenia podatkowe. W moim odczuciu taka droga powinna być poważnie rozpatrywana w naszym kraju. Natomiast tezy, jakoby wysokie podatki same w sobie negatywnie wpływały na rozwój gospodarczy (jak stwierdził np. Paweł Dobrowolski w niedawnym filmie „Lewiatan” Fundacji Republikańskiej), wydają mi się jedynie ideologiczną próbą koloryzowania rzeczywistości i naginania jej do swoich przekonań.
Przejdźmy teraz do drugiej z tez, które przywołałem na początku tekstu. Zwolennicy socjaldemokratycznego modelu społeczno-gospodarczego twierdzą często, że w Polsce są niskie podatki. Powołują się przy tym na dane Eurostatu, wedle których dochody polskiego sektora finansów publicznych są wyraźnie niższe niż średnia UE. I rzeczywiście, wg Eurostatu w 2013 roku wynosiły one 37,5% PKB – przy średniej unijnej 45,7%. W 2012 roku wynosiły one 38,3% PKB (identyczną wielkość wskazuje OECD) – przy średniej UE 45,4%. Widać zatem, że dystans do europejskiej średniej jeszcze wzrósł. Zwolennicy liberalnego modelu odpowiadają na to, że te państwa z Europy, które obecnie mają dużo wyższe podatki niż Polska, miały dużo niższy fiskalizm, gdy były na obecnym poziomie rozwoju naszego kraju. Znów mógłbym przytoczyć słowa Pawła Dobrowolskiego z tego samego filmu. Teza ta nie ma jednak nic wspólnego z rzeczywistością.
Według OECD w 2012 roku PKB per capita Polski liczony na podstawie parytetu siły nabywczej osiągnął 22783 dolarów. Poziom dochodów sektora finansów publicznych osiągnął w tym czasie poziom 38,3% PKB. Niemcy podobny poziom PKB per capita (22 483 dol.) osiągnęły w roku 1995. Ich dochody publiczne sięgały wtedy 45,1% PKB. Holandii w roku 1996 (22 641 dol.) 47,5% PKB. Szwecji w roku 1996 aż 59,6% PKB. Finlandii w roku 1998 54,2% PKB. Francji w roku 1998 50,1% PKB. W zasadzie wszystkie kraje unijne, które obecnie mają dużo wyższe podatki niż Polska, miały je również w momencie, gdy ich poziom PKB per capita był na obecnym poziomie Polski.
|
Rok |
PKB per capita, wg parytetu siły nabywczej, dolary |
Poziom dochodów sektora finansów publicznych |
| Polska |
2012 |
22 783 |
38,30% |
| Niemcy |
1995 |
22 493 |
45,10% |
| Holandia |
1996 |
22 641 |
47,50% |
| Szwecja |
1996 |
22 632 |
59,60% |
| Finlandia |
1998 |
22 650 |
54,20% |
| Dania |
1995 |
22 993 |
56,20% |
| Francja |
1998 |
22 794 |
50,10% |
| Wielka Brytania |
1997 |
22 422 |
38,40% |
| Norwegia |
1994 |
22 296 |
54,00% |
| Austria |
1994 |
22 489 |
51,20% |
| Belgia |
1996 |
22 797 |
48,50% |
Ktoś mógłby zauważyć, że PKB per capita nie jest najlepszym wskaźnikiem do porównywania poziomu rozwoju gospodarczego państw, a zachodnia Europa w połowie lat 90. była na dużo wyższym poziomie rozwoju, niż obecnie Polska. Nawet jeśli zgodzilibyśmy się z tym twierdzeniem, to wciąż niewiele to zmienia – wymienione kraje podobny poziom fiskalizmu osiągały już w latach 70., czyli w pierwszej dekadzie, którą podaje OECD Factbook. Przykładowo Szwecja w latach 70. notowała przeciętny poziom dochodów sektora finansów publicznych na poziomie ok. 53 proc. PKB, Holandia 48 proc., Dania 46 proc. I tak dalej.
Jak widać, w ekonomicznej debacie publicznej w najlepsze funkcjonują tezy, których prawdziwość jest wątpliwa i zarazem stosunkowo łatwo weryfikowalna. Są one jednak powtarzane na tyle często i z tak dużym przekonaniem, że wydają się oczywiste i nikt nie zamierza ich falsyfikować. Oczywiście podatki nie są remedium na wszystko, lecz ich demonizowanie ani nas nie przybliża do stworzenia efektywnego porządku gospodarczego, ani nie podnosi poziomu debaty.
przez Krzysztof Wojciechowski | poniedziałek 1 września 2014 | opinie
Pewien dobry, acz uszczypliwy kaznodzieja głosił kiedyś nauki w jednym z żeńskich zgromadzeń zakonnych. A jako że bywał tam już wcześniej nie raz, jeno nauk nie głosił, to miał okazję przyjrzeć się bliżej funkcjonowaniu tego zbiorowiska. A był wnikliwym obserwatorem, potrafiącym zobaczyć wiele, więcej niż na pierwszy rzut oka widać oraz usłyszeć więcej niż tylko słowa. W oparciu o to swoje doświadczenia wygłosił naukę krótką, acz dosadną: „Drogie siostry! Odeszłyście ze świata, a świat nic na tym nie stracił. Przyszłyście do zakonu – a zakon nic na tym nie zyskał”.
Dziś każdy może napisać książkę. Gorzej jest z opublikowaniem jej, ale jeśli temat jest „chodliwy”, to znajdzie się możliwość druku. Błędem jest jednak twierdzenie, że każda książka jest ciekawa, ważna, pożyteczna, coś wnosząca do konkretnej dziedziny wiedzy. Niestety są książki, po których przeczytaniu człowiek dochodzi do podobnych wniosków, jakie zawarł w swej nauce wspomniany kaznodzieja. Otóż książki owe „gdyby nie powstały – świat nic by na tym nie stracił, a nawet jeśli się już ukazały – to świat nic na tym nie zyskał”. W najlepszym razie – zyskał niewiele.
Buszując w wirtualnej przestrzeni w poszukiwaniu materiałów polsko-ukraińskich natrafiłem na rzecz o bardzo interesującym tytule: „Symetria asymetryczna: badania terenowe stosunków polsko-ukraińskich”. Publikacja jeszcze ciepła (rok wydania 2014), dwóch autorów – Polak i Ukrainiec, ciekawa okładka i podtytuł. Czegóż więcej potrzeba miłośnikowi naszego pogranicza. Zacząłem szukać po księgarniach – nie bardzo się udało. Napisałem na Facebooku do współautora, Polaka. Odpisał i był tak dobry, że przysłał egzemplarz, nawet z dedykacją. Zagłębiłem się w lekturze mocno ponad 500-stronicowej pracy, mniej więcej pół na pół po polsku i ukraińsku. Założenie bardzo ciekawe: Polak jeździ po Polsce i pyta Polaków (jak się później okazało głównie jednak Ukraińców przesiedlonych w ramach akcji „Wisła”, albo takich, którzy do Polski przyjechali), co sądzą o Ukraińcach, a Ukrainiec jeździ po Ukrainie i pyta Ukraińców, co sądzą o Polakach (choć i tu często były to pytania do ukraińskich Polaków). Początek lekki jak ciasteczko do kawy. Później znacznie gorzej. Można powiedzieć, że brnąłem, wręcz grzęzłem w lekturze, jak przed laty w poleskich bagnach, starając się mimo wszystko dobrnąć do końca. Udało się, ale nie było łatwo.
Zazwyczaj unikam pisania o książkach kiepskich czy też o tych, które mi się nie podobały. I wcale nie dlatego, że o książkach (które tak kocham) jak o zmarłym – albo dobrze, albo wcale, ale dlatego, że szkoda czasu na pisanie o czymś słabym. Jednak „czasami człowiek musi, inaczej się udusi”. Musi, bo dusi go nagromadzona w książce negatywna energia połączona ze zwykłym nieuctwem, a wszystko to polane gęstym sosem uprzedzeń. A temu wszystkiemu nadaje się jeszcze miano „badań”.
Badania przy piwie
Książka rozpoczyna się od wrażeń pogranicznych – jakżeby inaczej, to tutaj wszak następują pierwsze kontakty polsko-ukraińskie. Jako mieszkaniec przygranicznego województwa znam z autopsji realia przejść granicznych, stąd początkowe strony książki przypominają mi własne spostrzeżenia z jednego z lubelskich przejść granicznych. Pomyślałem jednak, że ów lekki wstęp to tylko przygrywka, a dalej znajdę efekty badań. Jednak dziesiątki stronic mijają, a tu niewiele się zmienia. Wciąż te same treści, ten sam schemat: pogadajmy – ponarzekajmy – wypijmy piwo. A to, czego przy piwie się dowiemy – zapiszemy. I… już. Ot i całe badania terenowe.
Jako przyrodnik nie bardzo znam się na metodologii badań socjologicznych, bo chyba do takich wypadałoby zaliczyć opisywane „badania”, ani tym bardziej na sposobie ich prezentowania. Ale jeśli tak właśnie mają one wyglądać i tak ma wyglądać „monografia” będąca ich efektem, to nie wiedząc o tym popełniłem już kilkaset „artykułów naukowych” o treści podobnej jak omawiana książka. Też jeździłem po różnych ciekawych zakątkach Ukrainy, spotykałem się z ludźmi, pytałem ich o różne rzeczy, spisywałem i publikowałem. I do głowy mi nie przyszło, żeby to nazwać „badaniami”. Fakt, piwa nigdy z nikim nie piłem i może to jest ta „metodologiczna” nieprawidłowość, która nie pozwala nazwać mojej roboty „badaniami terenowymi”…
Skutki pedagogiki wstydu
To jednak nie „metodyka badawcza” jest tym, co najbardziej gotuje krew. Problemem kluczowym jest postawa polskiego współautora. Wyjdę zapewne na niewdzięcznika, bo będę krytykował człowieka, który przysłał mi książkę z dedykacją. Nie mogę jednak tego spokojnie czytać. Pół biedy, gdyby przyczyną poglądów p. Saturczaka były tylko uprzedzenia. Jest gorzej – to zwykłe nieuctwo. Człowiek, który ma tak ubogą wiedzę na temat wielu wcale nieprowincjonalnych miast swego kraju, nie powinien się w ogóle brać za pisanie. Najpierw czytanie – potem pisanie.
Takie miasta o kilkusetletniej historii jak Radom czy Kielce to zdaniem Saturczaka „miasta nic”. Kielce kojarzą mu się tylko z Liroyem. Lublin to wyłącznie napastliwi studenci KUL, czytający prawicowe pisemka, oraz grzeczne panienki z obrączkami na palcach – studentki KUL. To oni właśnie napastują pana Łukasza w pociągu z Przemyśla do Warszawy. Już prawie dwie dekady mieszkam w Lublinie i pracuję na KUL, a nie miałem okazji być napastowanym przez takich studentów. W każdym razie Radom – miasto nic, Lublin – napastliwi studenci, Kielce – Liroy. Nie przystoi mieć tak wąskiej wiedzy osobie, która bierze się za pisanie książek.
Ale to tylko preludium. Kolejnym „stopniem wtajemniczenia” jest książkowa, wzorcowa wręcz postawa absolwenta pedagogiki wstydu. Podczas lektury książki Saturczaka zacierać ręce z radości muszą reformatorzy polskiego systemu edukacji, redakcje niektórych opiniotwórczych gazet wmawiających nam (jako narodowi) nieustannie i wbrew prawdzie historycznej, a nawet zdrowemu rozsądkowi, genetyczny antysemityzm, ciągoty nacjonalistyczne i Bóg wie co jeszcze. Oto mamy „nowego człowieka” – o to właśnie nam chodzi. Drażni p. Łukasza w Szczecinie „wszechobecna polskość”, „kolonizowanie polskością”, cokolwiek by to miało znaczyć, a znaczy to nic innego, jak tylko to, że nazwy ulic są „zbyt” polskie i dumne. Bo jak to możliwe i kto do tego dopuścił, żeby ulice w Szczecinie nazywały się: Aleja Niepodległości, Aleja Wojska Polskiego, Bohaterów Warszawy, Szarych Szeregów. To skandal. Ale p. Łukasz szybko znajduje wytłumaczenie – to kolonizacja polska tego „miasta protezy na siłę i niesprawiedliwie włączonego do Polski”. Piramidy absurdu oraz kwintesencja pedagogiki wstydu i „plucia pod wiatr”. Co ciekawe, tej „kolonizacji polskością” jakoś nie zauważa (i wydaje się w ogóle je nie przeszkadzać) Ukrainka mieszkająca w Szczecinie. Ale ona pewnie jest „zacofana” i „nienowoczesna”, ją pewnie jeszcze uczyli być dumnym ze swego kraju, a przynajmniej bez wielkiej przyczyny nie pluć na niego. Pobędzie z nami, to się nauczy…
Ale i na tym jeszcze nie koniec. Pedagogikę wstydu niesie p. Łukasz niczym oświaty „kaganiec” (to dobre określenie) na wschód, starając się wmówić ukraińskiemu taksówkarzowi, że w Polsce są gorsze drogi niż na Ukrainie (sic!). To jest „poezja” i „klasyka”, to muszę przytoczyć:
„Rano Igor odwozi nas do Ałczewska. Jedziemy bocznymi drogami i choć Igor narzeka na ich stan, to przekonuję go, że w Polsce znacznie gorzej:
– Ale u was autostrady – rzuca.
– Ale poza autostradami chujnia – odpowiadam”.
Każdy, kto był w Ukrainie i jeździł tamtejszymi drogami (a raczej czymś, co się tak nazywa), wie, że mówienie, iż u nas są gorsze, to prawie bluźnierstwo. Miałem okazję dwa lata temu jeździć po zachodniej Ukrainie i po terenach rodzinnych p. Łukasza (przemyskie). Trzeba być schizofrenikiem, żeby takie rzeczy opowiadać. Nawet tak niegłówna droga jak ta z Kalwarii Pacławskiej do przejścia w Krościenku jest równa jak stół (choć wąska). A to, z czym spotykamy się za przejściem po ukraińskiej stronie, trudno nazwać drogą, chyba że po bombardowaniu. I nie chodzi tu o obrażanie Ukraińców, lecz o prawdę, zresztą oni sami wiedzą, jaka jest różnica, wystarczy ich spytać. Czytając te refleksje p. Łukasza niczym ponury żart brzmią wciąż powtarzające się opinie Ukraińców o Polakach, że Polacy to naród dumny ze swego kraju, ze swej historii. Oj, bracia Ukraińcy, nie jesteście na czasie, nie wiecie, czego się dziś w Polsce uczy.
Na koniec w dalekim ukraińskim Swierdłowsku p. Łukasz natrafił nawet na „ślady Polaków”, ale już ich nie poszukał, bo o cóż miałby ich zapytać: „Jak się żyje Polakom w najdalszym od ich ojczyzny mieście Ukrainy? Czy znają polski? Zacytują Rotę i hymn? Są katolikami i kochają polskiego papieża? Mają w domu wiersze Norwida i cyklicznie oglądają filmowe adaptacje Henryka Sienkiewicza kibicując mężnemu Kmicicowi?”. Słowem – nie ma o czym gadać. Nuda. Swoją drogą to ciekawy przykład „rzetelności” wspomnianych „badań terenowych”…
Czytając części książki napisane przez polskiego współautora czytelnik o wiele częściej dowiaduje się o jego aktualnym stanie ducha, wyspaniu lub nie, braku nastroju, kompleksach, uprzedzeniach i braku wiedzy, niż o tym, co miało być treścią książki, czyli co myślą Polacy w Polsce o Ukraińcach.
Ukrainiec – kiepski uczeń
Na tym tle ukraiński współautor wypada źle. Źle, to znaczy dobrze. Jeżdżąc po często wcale niecentralnych miejscowościach Ukrainy, nie marnuje czasu na opisywanie w rozbuchanej, masochistycznej formie, nie ukrywajmy, smutnej nieraz rzeczywistości swego kraju. Nie pławi się w narzekaniach na stan dróg czy „kolonizowanie ukraińskością”, nie napadają go np. studenci Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego. Aż dziw bierze, że jakoś się tego wszystkiego ustrzegł.
Co „gorsza”, jedzie w teren przygotowany. Nie narzeka, że Kijów jest brudny i szary, a w dodatku jest stolicą (w domyśle: tej okropnej) ukraińskiej mentalności – jak to robi jego polski partner w odniesieniu do Warszawy, lecz pisze o 1000-letniej polskiej obecności w nim. Nie pisze o Czerkasach, że to jakieś miasto-nic. Co więcej, nawet w takich Czerkasach odnajduje i opisuje ślady polskości i to od czasów historycznych. Odnajduje je nawet w Odessie czy w zagubionym wśród wołyńskich lasów Dołbyszu. Słowem – pełny, polski w dodatku, „szowinizm, nacjonalizm, kolonizowanie i epatowanie polskością” itd., itd. Jakiż ten Leś Belej niepojętny, jaki nieeuropejski. I jeszcze w dodatku wynajduje jakichś takich Ukraińców co to w najgorszym przypadku mówią, że Polacy to normalny naród, jak Ukraińcy, i dobrzy, i źli, pretensji do nich nie mają. Ale większość to wręcz karygodni optymiści, którzy nie dość, że nie wspominają odwiecznych krzywd, za które nasi miejscowi „edukatorzy” mogliby nas chłostać, to jeszcze, nehidnyki, mówią, iż Polacy to dumny naród, że kochają swój kraj i szczycą się jego historią. Te „karygodne” zaniedbania ideologiczne musiał „nadrabiać” p. Saturczak, odszukując w Polsce odpowiednich rozmówców.
Styl części książki pisanej przez ukraińskiego współautora jest suchy, sprawozdawczy, nieemocjonalny, informacyjny – a ty, czytelniku, sam interpretuj przeczytane słowa. Nazywam to szacunkiem dla czytelnika, bo została tu zachowana zasada niezaangażowania emocjonalnego w przedmiot badań.
I to jest to, co w moich oczach „ratuje” książkę. Co nie zmienia faktu, że zamiast drukowania nic nie wnoszącej polskiej części można by wydać coś pożytecznego. Od lat już wisi w sieci doskonały, napisany z wielkim znawstwem i w zaciekawiającym stylu przewodnik „Kraków dla Ukraińca”, autorstwa kijowianina, przyrodnika, historyka i krajoznawcy, dr. Iwana Parnikozy. I mimo że jest to materiał absolutnie unikalny, pełen cennych wiadomości o ukraińskich śladach w Krakowie, bogato ilustrowany, oparty o gruntowne badania terenowe, to nikt ani w Polsce, ani w Ukrainie nie jest zainteresowany jego wydaniem. Smutno się robi, kiedy ma się tego świadomość, a czyta polską część opisywanej tu książki.

Łukasz Saturczak, Łeś Belej, Symetria asymetryczna: badania terenowe stosunków polsko-ukraińskich, „Tempora”, Kijów 2014.
przez Konrad Malec | poniedziałek 25 sierpnia 2014 | opinie
„Chłopu zawsze jest źle i chłop zawsze będzie narzekał” – z takim twierdzeniem spotykam się od lat i jest w nim sporo racji. Zresztą nie dotyczy to tylko chłopów. Narzekanie jest po prostu naszym hobby narodowym. Niestety ta cecha czy – jak chcieliby inni – wada, powoduje paradoksalnie, że często nie orientujemy się, jak źle jest naprawdę. Najpoważniejsze problemy rozpływają się nam i nikną w poczuciu ogólnej beznadziei.
Niedawno pojechałem w rodzinne odwiedziny na wieś. Jak to w takich przypadkach bywa, zostałem zapędzony do pracy. Tym razem przyszło mi zbierać wiśnie. Praca nudna i żmudna, do tego w wątpliwym towarzystwie chmar komarów, które tego roku wyjątkowo dopisały (wybaczcie, ale jako Polak i jednostka, którą dzieli „kilka” kroków od zamożności, mam w końcu prawo trochę ponarzekać!). Zaletą wykonywania prostych prac fizycznych jest relaks dla mózgu i możliwość wspominania, rozmyślania, marzenia itp. Uwolniwszy więc głowę od myślenia o deadline’ach, zainspirowany obserwowanymi scenami z życia wiejskiego, zacząłem przypominać sobie „Chłopów” Władysława Reymonta. Przychodziły mi jednak do głowy nie fragmenty o ciężkiej pracy, tylko takie jak poniższe:
– Wy macie gęsi, podpaście trochę, kupię na święta.
– Zaśbym tam sprzedawała, ostawiłam ino tyla, co na chowanie!
– Kupicie na wiosnę młode, mnie potrzeba podpasionych. Chcecie, to możecie brać na bórg wszystko, a zapłacicie gęsiami, policzymy się…
– Nie, gąsków nie przedam.
– Sprzedacie, jak krasulę zjecie, to nawet tanio sprzedacie.
To wyimek z rozmowy zubożałej Hanki z żydowskim karczmarzem. A teraz inny fragment:
Nie w jednej to już chałupie jeno raz w dzień warzyli jadło, a sól za jedyną okrasę mieli – to i coraz częściej ciągnęli do młynarza brać ten jaki korczyk na krwawy odrobek, bo zdzierus był srogi, a nikto gotowego grosza nie miał ni co wywieźć do miasteczka, drudzy zasie to i do Żyda do karczmy szli skamląc, bych ino na bórg dał tę szczyptę soli, jaką kwartę kaszy albo i ten chleba bochenek!
To oczywiście opis przednówka. I ostatni fragment:
– I dworów coraz mniej. Dawniej, kiedy się jeździło po snopkach czy z opłatkami, czy po kolędzie, czy też po spisie – to jak w dym do dworu – nie żałowali i zboża, i pieniędzy, i leguminy. A teraz, Boże zmiłuj się, każdy gospodarz się kurczy i jak ci da snopczynę żyta, to pewnie zjedzoną przez myszy, a jak tę ćwiartczynę owsa dostaniesz, to pewnie plew w nim więcej niźli ziarna. Niech żona powie, jakie mi to jajka dawali latoś za spis wielkanocny – więcej niż połowa była zbuków. Żeby człowiek nie miał tej trochy gruntu, toby jak dziad żebrać musiał – zakończył podsuwając Borynie tabakierkę.
– Juści, juści… – potakiwał Boryna, ale nie jego tumanić, wiedział ci on dobrze, że organista pieniądze ma i na procenta albo i na odrobek komornikom rozpożycza, to ino uśmiechał się na te wyrzekania i znowu spytał o Jasia…
To z kolei fragment rozmowy Macieja Boryny z organistą. A teraz uruchommy wyobraźnię (przy zbieraniu wiśni jest to dość łatwe, jeśli ktoś ma z tym problem, to zapraszam na zbiór owoców albo rąbanie drewna na opał) i stwórzmy scenę, której pisarz w powieści nie zawarł. Idzie biedny gospodarz czy komornik poboczem, gdy nagle drogę zajeżdża mu powóz z, dajmy na to, młynarzem. Chłop przestraszony odskakuje w tył, a młynarz nagabuje go, by przyszedł na odrobek. Chłopina wymawia się jak może, tłumacząc, że robotę ma na swoim polu i dziś nie może. Mam nadzieję że scena ta stanęła Wam przed oczami. A teraz wysilmy wyobraźnię jeszcze ciut bardziej: pobocze drogi zmieńmy na chodnik w średniej wielkości wsi czasów dzisiejszych, młynarza na współczesnego rolnika, który przy okazji ma sklepik, a powóz na samochód. Niemożliwe? Niestety, zupełnie prawdziwe!
Dla wyjaśnienia: zajeżdżający drogę sklepikarz to nie żaden krezus, latyfundysta. Po prostu miał więcej szczęścia, odziedziczył nieco ziemi, we właściwym czasie trochę dokupił, wszystkiego ma może z kilkanaście hektarów. Samochód naszego sklepikarza to także nic specjalnego – używany, kilkuletni, sprowadzony zza Odry. Ale facet ma łeb na karku i swego czasu założył też sklepik. Nic wielkiego, po prostu sklep spożywczy, jaki możemy spotkać w większości średnich i dużych wsi (w mniejszych zwykle nie ma już sklepów stacjonarnych, po prostu o określonej godzinie pojawia się „sklep” objazdowy z najpotrzebniejszymi produktami, na które dzień wcześniej trzeba się zapisać). Jego klientom często brakuje gotówki, a że nasz sklepikarz to człowiek życiowy, to daje im zakupy na zeszyt – czyli na kredyt albo za odrobek.
Dla dopełnienia opisu dodam, że mamy rok wyjątkowo nieudany dla uprawiających owoce. Ceny mocno spadły. O ile na malinach daje się jeszcze jako tako zarobić (na tyle dobrze, że nocami zdarzały się kradzieże z pól), to wiśnia stoi już słabo – na skupie maksymalnie złotówka za kilogram, zwykle mniej. O porzeczkach wspominały już nawet duże media, bo maksymalna cena ich skupu to 40 groszy. W efekcie tego owocu nie sprzedaje się prawie wcale, bo nawet za zbiór by się nie zwróciło, nie wspominając o pracach wykonywanych wcześniej, takich jak opryski, nawożenie itp.
Oczywiście różni „mędrcy” odpowiadają na to, że jednego roku nie zarobią, innego będą do przodu, ale i tak wąska specjalizacja w rolnictwie to przyszłość. Zapewne to racja, ale na pewno nie w przypadku małych gospodarstw. Dla nich brak zarobku w sezonie oznacza „branie na bórg” albo odrobek w kolejnym. Spłata długu (i procentu), to mniej w domowym budżecie i „problemy na przednówku” – albo jeszcze wcześniej. Odrabianie oznacza często brak własnego zbioru, zwłaszcza jeśli na domiar wszystkiego spadnie grad, co tego lata zdarza się dość często. I tym sposobem kraj położony w środku Europy, należący do UE i NATO, wraca do… XIX wieku!
Pora na sakramentalne: „A bo na wsiach to piją! Gdyby nie pili, to by mieli”. Prawda, wielu pije. Ale w tym miejscu pozwolę sobie zacytować Karola Konińskiego, krytyka literackiego, prozaika i myśliciela społecznego:
– Nie dam nic, na pewno na wódkę chcecie.
– Macie ode mnie na wódkę.
– Pan demoralizuje człowieka.
– A czy Pan nigdy wódki nie pije? Ja też piję wódkę, my wszyscy pijemy wódkę, wszyscy, którzy ciepło mieszkamy i dobrze się odżywiamy i tylko biedny, który marznie i głoduje ma się popisywać abstynencją.
Oczywiście środki przeznaczane na alkohol mogłyby pokryć inne potrzeby. Co jednak robić w sytuacji, gdy nie ma żadnej nadziei? Wódka czy wino nie uwolnią od problemów, ale pozwalają choć na chwilę o nich zapomnieć. A nadzieja? Jaką nadzieję mają mieć mieszkańcy wsi, i to takich, które wcale nie są dziurami zabitymi dechami? W miastach pracownikami, a coraz częściej również bezrobotnymi czy ludźmi, którzy w inny sposób znaleźli się na marginesie społeczeństwa, interesują się związki zawodowe, stowarzyszenia i instytucje pomocowe. Na wsi w najlepszym razie jest Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej i Caritas, do których zwykle trzeba dojechać. Organizacje pozarządowe? Czasem się zdarzają, ale często, jak w innej znanej mi miejscowości, są to po prostu sprytne firmy, wyciągające środki publiczne pod przykrywką stowarzyszenia czy fundacji. Mieszkańcy w najlepszym razie wiedzą o ich istnieniu, ale ze świecą szukać śladów ich rzeczywistej społecznej działalności. Dawniej w takich miejscach działał ruch ludowy, np. Związek Młodzieży Wiejskiej „Wici”. Dziś ich miejsce wypełnia społeczna próżnia, a partia nominalnie ludowa nie robi nic, by poprawić byt mieszkańców wsi czy małych miasteczek. Organizacje i akcje społeczne w stylu „Jestem ze wsi”, choć szlachetne i ciekawe programowo, mają niszowy charakter i ograniczony wpływ na rzeczywistość. Zanim (o ile w ogóle) rozwiną się one w masowy ruch, minie wiele lat. Tyle że nie wiadomo, czy wówczas będą jeszcze miały dla kogo działać.
Już dziś w większości wsi można spotkać prawie wyłącznie ludzi starszych. Ostatnio poznałem wieś, gdzie zostało tylko jedno, bardzo wiekowe, małżeństwo, a reszta mieszkańców uciekła. W okolicy, w której zbierałem wiśnie, położna (dorabiająca emerytka) narzeka, że młode kobiety, które nie wyjechały, nie chcą rodzić. Na wspomnianym wcześniej skupie widziałem same niemal osoby w wieku powyżej 60 lat! Wśród nich była tylko jedna rodzina z osobami młodszymi. Mieli mniej więcej tyle wiśni, co ja. Zapewne zbierali je cały dzień (zbierałem w towarzystwie 4 innych osób, z podobnym rezultatem). Za to, co przywieźli, otrzymali ok. 300 zł, i to bynajmniej nie do podziału na owe 5 osób, bo z tej kwoty trzeba opłacić paliwo, środki ochrony roślin, nawozy, podatki gruntowe, składki na KRUS itp.
Oczywiście w „sezonie wiśniowym” przyjadą jeszcze kilka razy, może nawet 10. Daje to jakieś 3 tys. zł w lipcu, może część w sierpniu. Zapewne nie samymi wiśniami żyją, ale przyjdą zimowe miesiące i wówczas przychodów nie będzie. Ktoś powie: niech pracują w pobliskim mieście. Temu komuś odpowiem, by po owych okolicznych miastach się rozejrzał. Tam też panuje społeczna próżnia i bezrobocie. Zapewne zaraz usłyszę, że mogą się przeprowadzić do większego miasta. Wszystko pięknie, tylko za co tam zamieszkają? Czy znajdą pracę też niepewne, wszak w wielu metropoliach też jej brakuje. Czy będą mieli wsparcie rodziny?
Można by mnożyć trudności bez końca, ale najpewniej liberałowie i tak znajdą na nie tysiąc recept, których sami nie będą musieli wcielać w życie.