przez Stefan Paweł Załęski | środa 19 października 2016 | opinie
Zaniepokojony hurraoptymistycznym tekstem Piotra Pacewicza oraz krytyką partii Razem za brak poparcia marszów KOD, doszedłem do wniosku, że obie wyrażone postawy wynikają ze wspólnej im niewiedzy na temat ekonomii politycznej segregacji we współczesnym świecie.
Ideologia społeczeństwa obywatelskiego służy idealizacji organizacji pozarządowych jako bardziej efektywnych i bardziej demokratycznych niż demonizowane instytucje państwa opiekuńczego i administracji publicznej. Żadne badania nie są w stanie potwierdzić tej demagogii. Promocja tzw. trzeciego sektora stanowi istotny, choć nie kluczowy element ataku ekonomicznej oligarchii na instytucje państwa opiekuńczego, wydatki społeczne, redystrybucję zasobów. Kluczowym elementem tego procesu jest zniszczenie progresywnego systemu podatkowego. NGO-izacja, czyli obejmowanie coraz większej liczby funkcji przez organizacje pozarządowe, jest tylko symptomem ekonomicznej dyskryminacji mas. Społeczeństwo obywatelskie jest ideologią NGO-izacji.
Powszechnie podzielana teza o pozytywnym wpływie trzeciego sektora na społeczeństwo jest nie do obronienia na gruncie empirycznym. Proste statystyki pokazują, że jest dokładnie odwrotnie, niż się powszechnie sądzi: im więcej jest organizacji pozarządowych1, tym więcej osób spędza część życia w więzieniach2, tym więcej osób żyje poniżej granicy ubóstwa3, tym niższy jest udział w PKB wydatków państwa na szkolnictwo i służbę zdrowia4, a nawet tym niższy staje się kapitał społeczny (sic!)5. I nie są to statystyki charakterystyczne tylko dla Polski, ale także dla wielu innych państw z grona zwanego demokratycznym, ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Coś, co z perspektywy pojedynczej organizacji wygląda niezwykle chwalebnie i korzystnie, w wymiarze makroekonomicznym ma katastrofalne efekty. Pisząc bardziej dosłownie: im więcej grantów i projektów z Unii Europejskiej przerabiają polskie NGO-sy, tym trudniejsza jest sytuacja życiowa uboższej części społeczeństwa.
Organizacje pozarządowe przyczyniają się do depolityzacji społeczeństwa. Służy temu ich sposób funkcjonowania, oparty na publicznych grantach i dotacjach. Stanowi on mechanizm instytucjonalizacji ruchów politycznych (zwanych w konsekwencji „społecznymi”) w organizacje usługowe, zajmujące się łataniem dziur po niedofinansowanych instytucjach państwa opiekuńczego. Przy czym ideologiczne określanie ruchów politycznych mianem społeczeństwa obywatelskiego, a nie politycznego, służy li tylko legitymizacji ich NGO-izacji.
Na tym się jednak nie kończy. Organizacje pozarządowe stanowią element pośredni w drodze do prywatyzacji usług publicznych – poprzez wprowadzanie ukrytych za konstrukcją „składek” opłat za dostarczane przez siebie usługi. To jednocześnie mechanizm unikania opodatkowania w postaci składek i darowizn. Nie bez powodu fundacje cieszą się niechlubną opinią pralni pieniędzy. W tej chwili, dzięki ustawie pozwalającej na zamianę szkół publicznych w społeczne, czyli zarządzane przez stowarzyszenia i fundacje, odbywa się masowa prywatyzacja szkolnictwa. Zatrudniani w tak sprywatyzowanych placówkach nauczyciele nie podlegają już opiece układu zbiorowego zwanego Kartą Nauczyciela. I nie ma żadnych gwarancji, że w przyszłości szkoły te nie zaczną pobierać opłat, wbrew temu, co napisał Pacewicz.
Wbrew powszechnym poglądom, organizacje pozarządowe nie zajmują się pomaganiem ludziom ubogim. Przytłaczająca większość z nich nastawiona jest na zaspokajanie pretensjonalnych aspiracji i stylu życia liberalnej klasy średniej. Tylko niewielki odsetek organizacji, i to głównie religijnych, wspiera ubogich. Organizacje te nie pomagają jednak w wyjściu z ubóstwa, lecz sprawiają, że ubóstwo staje się bardziej do zniesienia. Jest to zgodne z konserwatywną wizją świata, w której bieda jest naturalnym porządkiem rzeczy i służy jako tło działalności łaskawych i szlachetnych filantropów z klasy wyższej. Finansowane poprzez system regresywnych podatków organizacje pozarządowe są elementem systemu wyzysku pracowniczych klas ludowych. Wspieranie organizacji pozarządowych jest jak leczenie choroby przez wzmaganie jej symptomów.
Jesteśmy obecnie świadkami zorganizowanego działania liberalnych elit, skierowanego przeciw masom tzw. klas ludowych: działania nastawionego na ich wyalienowanie przez ograniczenie dostępu do szkolnictwa, opieki społecznej i zdrowotnej, oraz podporządkowanie przez pułapkę kredytowego zadłużenia. Społeczeństwo obywatelskie służy tu tylko jako ideologiczny parawan, figowy listek zasłaniający brak systemowego wsparcia, w istocie będąc koniem trojańskim neoliberalnej polityki cięć wydatków społecznych. To tylko pretensjonalne i narcystyczne mrzonki nowobogackiej klasy średniej. Organizacje pozarządowe nie są w istocie odpowiedzialne za powstały stan rzeczy, nie są czynnikiem sprawczym, ale zaledwie symptomem zachodzących procesów. Prawdziwa gra toczy się bowiem zupełnie gdzie indziej.
Istota problemu tkwi w tym, że trzeci sektor organizacji pozarządowych nie jest rzeczywistą alternatywą dla instytucji państwa opiekuńczego. Jedyną realną alternatywą dla państwa opiekuńczego jest państwo policyjne. Taki wniosek należy wysnuć z podanych wyżej statystyk zwiększających się populacji więźniów. I taki jest populistyczny ideał ekonomicznych liberałów (a właściwie kapitalistów), pokrętnie ukrywany za stwierdzeniami o państwie jako nocnym stróżu albo o państwie minimalnym. Gdy się obserwuje postępującą militaryzację państwa i rosnący aparat inwigilacji, jasnym się staje, że państwo policyjne liberałów wcale nie jest państwem minimalnym. Jego funkcją jest, jak twierdzą liberałowie, „ochrona własności prywatnej”, czyli utrzymywanie systemu ekonomicznej segregacji na klasy posiadające własność i klasy jej pozbawione. To przedstawiciele liberalnej klasy średniej chcą inwigilować i kontrolować beneficjentów opieki społecznej bardziej niż rząd PiS. Stworzenie systemu policyjnej represji służy utrzymaniu mechanizmów wyzysku bezpośredniego przez tzw. pracodawców i pośredniego za pomocą regresywnego systemu podatkowego. Sam system mandatów również może służyć wyzyskowi ekonomicznemu. Kryminalizacja biedy ostatecznie może nawet prowadzić do pozbawienia praw politycznych objętych nią obywateli, jak ma to miejsce w Stanach Zjednoczonych. Zakaz aborcji jest jednym z głównych narzędzi kryminalizacji ubóstwa.
To przeciwko tym mechanizmom głosowano w ostatnich wyborach. W przeciwieństwie do instytucji nadzoru, jakiekolwiek szerzej zakrojone programy społeczne możliwe są do sfinansowania wyłącznie za pomocą progresywnego systemu podatkowego. Obietnice poprawy i poluzowania reżimu fiskalnego znalazły się zarówno w postulatach PiS (program 500+ jako element progresji podatkowej w postaci tzw. podatku negatywnego, które to rozwiązanie postulowałem już w 2009 r.), jak i PO (likwidacja składek ZUS – najbardziej regresywnego podatku w Polsce). Wygrała bardziej zrozumiała i bezpośrednio wpływająca na życie przeciętnego obywatela opcja pierwsza, ale kłopot z drugą pozostał (plus klasyczny problem z warunkowym przyznawaniem 500+ na pierwsze dziecko, co powoduje wypychanie beneficjentek z rynku pracy).
Kształt struktury wydatków państwowych jest uzależniony od struktury przychodów. Obecnie problemem jest to, że miłościwie nam rządząca partia zdaje się nie rozumieć, w jaki sposób funkcjonuje bieżący system podatkowy, który ma sfinansować jej rzekomo socjalne tudzież narodowe obietnice. Świadczy o tym powierzenie stanowiska ministra finansów radykalnemu liberałowi ekonomicznemu i akolicie Janusza Korwin-Mikkego – wroga wszelkich podatków poza skrajnie regresywnymi pogłównymi. Niestety, frakcja skrajnych liberałów ekonomicznych o silnych powiązaniach zawodowych z sektorem bankowo-finansowym monopolizuje stanowiska gospodarcze i finansowe w każdym dotychczasowym rządzie początku transformacji ustrojowej. Ekonomiści są obecnie kształceni wyłącznie w ramach wąskiego neoliberalnego podejścia, a brakuje świadomości, że stanowiska gospodarcze mogą być obsadzone przez osoby o innym wykształceniu – np. historyków, politologów, filozofów czy socjologów ekonomicznych. Rządzący zdają się być ślepi na jakiekolwiek inne szkoły i podejścia ekonomiczne. A Polacy przez lata głosowali na ugrupowanie, które powinno prowadzić lewicową politykę, lecz tego nie robiło, zupełnie dyskredytując socjalną lewicowość.
Fakt, że stanowiące znacznie większe niebezpieczeństwo dla naszej demokracji korporacyjne porozumienia CETA i TTIP nie wywołują w Polsce podobnie masowych protestów, napawa grozą. Wynika to z partyjnie sterowanego charakteru afektywnej mobilizacji bieżących antyrządowych protestów. Występujące patetycznie na pochodach KOD i prezentujące się jako obrońcy społeczeństwa obywatelskiego i Trybunału Konstytucyjnego, partie Nowoczesna i PO są większym zagrożeniem dla demokracji niż PiS, ze względu na swe pełne hipokryzji programy ekonomiczne, których efektem może być tylko pogłębienie segregacji społecznej. Ekonomiczna dyskryminacja i oligarchizacja są największymi wrogami demokracji. Regresywny system podatkowy jest mechanizmem antydemokratycznym.
Obserwując pogardliwy stosunek przedstawicieli klasy średniej do ubóstwa nie można być zdziwionym, że to właśnie wśród nich najbardziej popularne są postawy nacjonalistyczne, eufemistycznie nazywane konserwatywnymi. To w „liberalnej” klasie średniej najbardziej rozpowszechnione są postawy nacjonalistyczne, szowinistyczne i ksenofobiczne, a w efekcie – postępują sukcesy wyborcze skrajnej prawicy. Prowadzący do podziałów liberalizm ekonomiczny idzie w parze z postawami nacjonalistycznymi. Neoliberalnych i nacjonalistycznych polityków łączy wiele, ale przede wszystkim wspólna polityka totalnego dyskredytowania lewicy i socjaldemokracji. Nie dziwne więc, że scenę polityczną zdominowały jedynie te dwa rodzaje partii. Z pogardy wynika strach przed ubogimi, który jest tym większy, im większy jest dystans ekonomiczny dzielący obie klasy. Poziom obawy klasy średniej przed degradacją warunkowany jest stopniem zubożenia i trudnymi warunkami bytowymi najuboższych. Na rekinów sukcesu, którym się powinie noga, zawsze czeka armia bezdomnych, którym nikt przecież nie jest skłonny pomóc.
Zamiast zaszczytnej alienacji, elitom zamkniętym w grodzonych osiedlach klasowej segregacji potrzebna jest nauka racjonalnej empatii. Jak pisał Tocqueville, „dobrze pojętego interesu”, a nie konkurencji, oraz praca u podstaw demokratycznego systemu, a nie na jego wyimaginowanych szczytach. Stawiam w tym miejscu postulat i tezę, że u podstaw prawdziwie demokratycznego systemu politycznego znajduje się przede wszystkim progresywny system podatkowy. Między ekonomią a demokracją zachodzą ścisłe związki, a głównym zwornikiem pomiędzy nimi jest system podatkowy.
Jednym z rozwiązań łączących bezpośrednio progresję podatkową z prawami politycznymi byłoby finansowanie przez państwo wypłat wyborczych za udział obywateli w wyborach (zamiast karania za brak uczestnictwa, jak w niektórych krajach) – byłaby to forma płacy za sprawowanie „urzędu państwowego wyborcy”, odwołując się do platońskiej terminologii. Rozumiana również jako forma nagrody, nawet symbolicznie skromna wypłata wyborcza, umożliwiłaby aktywizację głosujących, którzy nie widzą związków korzyści ekonomicznych z partycypacją polityczną. Z drugiej strony, wprowadzenie górnego limitu wydatków partyjnych na kampanie wyborcze ustanowiłoby barierę dla korporacyjnego lobbingu, zwłaszcza zagranicznego. Rozwiązania te poszerzyłyby bazę wyborczą i ograniczyły wpływy oligarchii na proces wyborczy.
Ostatnie wybory polityczne mas oraz mowa nienawiści przedstawicieli klasy średniej pod adresem beneficjentów programu 500+ wydają się wskazywać, że polityczna linia podziału na prawicę i lewicę ma charakter tylko estetyczny. Prawdziwe, „określające świadomość” interesy ekonomiczne rozgrywają się pomiędzy neoliberałami z ich ekonomicznym szowinizmem, a socjaldemokratami dążącymi do regulacji kapitalistycznego rynku w celu poprawy sytuacji życiowej wykluczonych i dyskryminowanych. Piramida potrzeb Maslowa nie zdezaktualizowała się jeszcze i należy pamiętać o kolejności ich zaspokajania. To właśnie teraz, gdy do głosu doszły masy, z całą rażącą wyobcowane elity estetyką konieczności istnienia, a z drugiej strony, gdy elity uciekły się do obrony swych wartości w emocjonalnych zachowaniach masowych, znaleźliśmy się na drodze ku prawdziwej, a nie fasadowej demokracji. Dopiero teraz możliwa stała się dyskusja nad prawdziwymi źródłami i podstawami demokracji. To nie społeczeństwo obywatelskie, ale świadome swych interesów, podziałów klasowych, sytuacji społeczno-ekonomicznej oraz możliwych rozwiązań i kompromisów społeczeństwo polityczne jest warunkiem istnienia prawdziwej demokracji.
Nowoczesne demokracje wywalczone były w politycznej walce mas robotniczych, pracowniczych i ludowych równolegle z nowoczesnymi rozwiązaniami opiekuńczymi, czyli prawami socjalnymi. Nowoczesne demokracje, w prawdziwym rozumieniu tego słowa, powstały jako państwa socjaldemokratyczne, a nie liberalne demokracje. Innymi słowy, pełna demokracja została osiągnięta tylko w tych państwach, które wprowadziły rozwinięte programy socjalne. Podobnie, żadne państwo, które osiągnęło wysoki poziom rozwoju gospodarczego i politycznego, nie osiągnęło tego bez szeroko zakrojonych programów socjalnej redystrybucji. Odwrót od państwa opiekuńczego i progresywnego systemu podatkowego to odwrót od demokracji w kierunku ekonomicznej i politycznej oligarchii wyalienowanej z życia mas i alienującej masy ze społeczeństwa politycznego. Regresywny system podatkowy blokuje bowiem ścieżki awansu. Tylko ekonomiczne wsparcie awansu społecznego klas niższych może zapobiec demograficznemu wymarciu klasy średniej, bowiem dominujący wśród niej model prokreacji nie pozwala na odtwarzanie się. Klasa średnia wywodzi się z awansu klas niższych. Awans ten odbywał się głównie za sprawą rzeszy stanowisk urzędniczych, a nie przedsiębiorczości.
Chciałbym w tym miejscu wyrazić stanowisko, że prawdziwa demokracja jest dopiero wtedy, gdy te „ciemne” i „barbarzyńskie” masy ludowe zaczynają decydować o polityce i kształcie społeczeństwa politycznego. Problemem nowobogackiej klasy średniej jest to, że w sposób wręcz pasożytniczy zbyt wiele dochodów przeznaczyła na budowę swych prywatnych majątków, a zbyt mało na szeroką edukację i oświatę tego ludu, niemożliwe bez jednoczesnej poprawy jego warunków życiowych. Transformacja ustrojowa przyniosła systematyczne obniżanie wydatków na publiczny system edukacyjny, prowadząc do edukacyjnej segregacji. Rezultatem tego procesu jest rosnąca obawa przed „ciemnym ludem”, prowadząca liberalną klasę średnią do jego dalszej dyskryminacji i postępującej segregacji. Przerwanie tego błędnego koła możliwe jest za pomocą rozwiniętej i powszechnej oświaty i edukacji, ale w tym celu należałoby zwiększyć nakłady na publiczne szkolnictwo i rozwój zawodowy.
Jedynym skutecznym sposobem, by to osiągnąć, jest ustanowienie prawdziwie demokratycznego progresywnego systemu podatkowego opartego przede wszystkim na podatkach majątkowych, a nie tylko dochodowych. Podatki powinni płacić bogaci, a nie biedni. To możemy przeczytać w Biblii i tak pisali Adam Smith i John S. Mill – autentyczni chrześcijanie i liberałowie byli zwolennikami progresji fiskalnej. Pierwotnie słowo „liberalny” znaczyło hojny, łaskawy. Stworzenie prawdziwie demokratycznego społeczeństwa politycznego jest możliwe nie poprzez budowę fantasmagorycznego społeczeństwa obywatelskiego, ale przez odpowiednie opodatkowanie ludzi bogatych, ich majątków i korporacji, tak, aby można było sfinansować w pełni obywatelskie wychowanie i wykształcenie najuboższych nawet wyborców. Bez progresywnego systemu podatkowego każde szerzej zakrojone działanie rozwojowe jest skazane na porażkę. Szczególnie pilne jest obecnie stworzenie progresywnego podatku majątkowego, co w obliczu postępującej reprywatyzacji i refeudalizacji należy uznać za dziejową konieczność.
Przypisy:
- http://wiadomosci.ngo.pl/wiadomosc/1313619.html
- http://isws.ms.gov.pl/pl/baza-statystyczna/publikacje/download,2779,5.html
- https://pl.wikipedia.org/wiki/Ub%C3%B3stwo_w_Polsce
- http://stats.oecd.org/Index.aspx?QueryId=4549
- Robert Putnam „Bowling Alone: America’s Declining Social Capital” 2000, http://ks.mkidn.gov.pl/media/download_gallery/20130520SRKS_na_stronie_internetowej.pdf
przez Rafał Gdak | środa 12 października 2016 | opinie
Przechodziłem dziś obok lokalu gastronomicznego, w którym sprzedawany jest döner kebab. Moją uwagę przyciągnęła informacja w dolnym rogu witryny. „Polska firma rodzinna” – głosił napis. Uśmiechnąłem się półgębkiem, bo dotarło do mnie, że mam do czynienia z kwintesencją tego, co można nazwać narodowym wzmożeniem.
Nie ma nic przeciwko polskim firmom rodzinnym, pod warunkiem, że zapewniają pracownikom godziwe warunki, odprowadzają składki i płacą podatki. Mój ironiczny uśmieszek wywołał ten nasz rodzimy paradoks, że knajpę sprzedającą dania kuchni tureckiej chrzci się polską etykietą. To zresztą przykład dość skromny. Zwłaszcza gdy porównamy go ze słynnymi „polskimi hot dogami Husaria”. Zdjęcia wózka, z którego sprzedawano te patriotyczne bułki z parówką, były kilka miesięcy temu hitem internetu.
Ale dość żartowania. Wbrew pozorom problem jest bardziej złożony i poważny. Nie chodzi rzecz jasna o nalepkę przy szyldzie lokalu gastronomicznego czy Januszów biznesu, którzy koniunkturalnie wykorzystują symbole narodowe do nabijania własnej kabzy i sprzedają pościel z godłem Polski czy chcą wprowadzić na rynek napój energetyczny „Żołnierze Wyklęci”.
Pod koniec września Prokuratura Okręgowa w Białymstoku umorzyła postępowanie w sprawie kazania wygłoszonego w kwietniu przez ks. Jacka Międlara. Młody kapłan podczas mszy w katedrze białostockiej mówił przez blisko pół godziny m.in. o „zwykłym tchórzostwie, zwykłej żydowskiej pasywności, która wkrada się w grupy społeczne na całym świecie”. Zdaniem prokuratury, zakonnik odwoływał się do treści historycznych, a zatem nie nawoływał tym samym do nienawiści. Sam Międlar wystąpił w ostatnich dniach września ze zgromadzenia Księży Misjonarzy, czyniąc polskiemu Kościołowi przysługę. Obie sprawy zbiegły się w czasie. Ksiądz wyraził radość z decyzji organów ścigania, wrzucając na Twittera zdjęcie z 1937 r. Przedstawiało narodowców pozdrawiających się
„salutem rzymskim”. Opatrzył je komentarzem: „Białostockie postępowanie umorzone! Zero tolerancji dla »żydowskiego tchórzostwa«. Salut!”. Na udostępnionej fotografii widać oskarżonych w procesie uczestników tzw. wyprawy myślenickiej. W czerwcu 1936 r. bojówki pod dowództwem Adama Doboszyńskiego opanowały na kilka godzin małopolskie miasto. Doszło wówczas do wystąpień antysemickich, niszczono żydowskie sklepy i próbowano podpalić synagogę.
Przypadek ks. Międlara to sprawa ostatnio najgłośniejsza. Ważniejsze niż wypowiedzi zbuntowanego kapłana są incydenty o podłożu rasistowskim i ksenofobicznym. Atak na Rumunkę w Łomży, pobicie profesora, który rozmawiał ze swoim niemieckim kolegą w języku Goethego, wyzwiska pod adresem ciemnoskórego chłopca w Przemyślu czy pod adresem Azjatek podróżujących warszawskim metrem – to tylko kilka ujawnionych przykładów na to, jak w naszym kraju niebezpiecznie przesuwają się granice. Śmiem jednak wątpić, że społeczeństwo zaczyna dryfować w kierunku nacjonalizmu. Istota problemu tkwi gdzie indziej. Jest nią odgórne przyzwolenie czy może raczej tworzenie klimatu, który daje zwykłym rasistom, ksenofobom, ale też środowiskom nacjonalistycznym poczucie, że mogą nie tylko głosić swoje poglądy, lecz także bezkarnie wprowadzać je w życie.
Owo przyzwolenie nie zostało i nie zostanie wyartykułowane wprost, ale wystarczy czytać między wierszami, by je dostrzec. Przykład? Minister Mariusz Błaszczak broniący partyjnej koleżanki i jej córki po tym, jak obie próbowały zablokować gdański Marsz Równości, a młodsza z kobiet wdała się w przepychankę z policją. Szef MSWiA tłumaczył, że przekazał komendantowi głównemu policji, że nie akceptuje zachowania mundurowych. Zlecił też kontrolę i sprawdzenie, czy nie doszło do przekroczenia przez nich uprawnień. Jej wyniki były pozytywne dla funkcjonariuszy. Kilka dni później córka radnej została skazana przez sąd za wykroczenie przeciw porządkowi publicznemu podczas innego protestu, przeciwko czytaniu sztuki „Golgota Picnic”.
Inny przykład? Wypowiedź tego samego ministra w sprawie pobicia Polaków w Wielkiej Brytanii. Brytyjczycy są sfrustrowani napływem imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Ale ze względu na wspomniane zasady politycznej poprawności nie mogą swojej frustracji wyładowywać na tych ludziach, więc okazują ją wobec Polaków, którzy są chrześcijanami, kulturowo tożsamymi Brytyjczykom – mówił szef MSWiA w wywiadzie dla „Naszego Dziennika”. Trudno interpretować te słowa inaczej, jak w ten sposób, że Brytyjczycy wybrali po prostu niewłaściwie i dlatego dostało się Polakom.
Można też wymienić sprawy niższego szczebla. Jedną z nich było zaangażowanie radnego związanego z ugrupowaniem Kukiz ‘15 w organizację koncertu m.in. zespołu Nordica, którego członkowie nie kryją rasistowskich poglądów. Z kolei wojewoda łódzki tłumaczył w marcu dziennikarzom, że patrole ONR na ulicach Łodzi to przejaw „obywatelskiej odpowiedzialności za nasze bezpieczeństwo, za pomyślność społeczeństwa”. ONR-owcy mieli tym samym dać dowód myślenia „w kategoriach odwagi”.
Artykuł 13. Konstytucji mówi o zakazie istnienia partii i ugrupowań odwołujących się do nazizmu, faszyzmu i komunizmu. Niestety, klimat jest taki, że prędzej Stefan Okrzeja zostanie uznany za twórcę Czeka, a Ludwik Waryński za Nadieżdę Krupską, niż doczekamy się potępienia nacjonalizmu, ksenofobii i rasizmu przez obecną władzę. I rzeczywiście prędzej znikną z polskich miast ulice 1 maja czy Komuny Paryskiej, niż nacjonalistom spadnie włos z głowy. Ci ostatni świetnie to wyczuwają, dlatego są coraz bardziej pewni siebie.
przez Erik Olin Wright | środa 5 października 2016 | opinie
W Stanach Zjednoczonych wiele osób uznaje, że wolność i demokracja są nierozerwalnie powiązane z kapitalizmem. W swojej książce „Kapitalizm i wolność” Milton Friedman posunął się nawet tak daleko, że zaczął udowadniać, iż kapitalizm jest koniecznym warunkiem istnienia ich obu.
Jest z pewnością prawdą, że pojawienie się i rozprzestrzenienie kapitalizmu przyczyniło się w olbrzymim stopniu do poszerzenia zakresu wolności jednostek, a także ostatecznie doprowadziło do upowszechnienia starań o bardziej demokratyczne formy organizacji politycznej. Zatem twierdzenie, że kapitalizm w sposób zasadniczy blokuje wolność i demokrację może dla wielu brzmieć dziwnie.
Założenie, że kapitalizm ogranicza rozwój tych wartości, nie oznacza, że w każdym przypadku był on im przeciwstawny – a raczej tyle, że poprzez działanie swoich najbardziej podstawowych procesów, kapitalizm generuje znaczące deficyty wolności i demokracji, którym później nie potrafi zaradzić. Co prawda przyczynił się do pojawienia się pewnych ograniczonych form wolności i demokracji, jednocześnie jednak blokuje ich głębszy rozwój.
U podstaw tych wartości leży idea samostanowienia: przekonanie, że ludzie powinni mieć możliwość decydowania o warunkach swojego życia w jak najwyższym możliwym stopniu. Gdy działanie danej osoby wpływa tylko na nią samą, powinna móc angażować się w nie bez konieczności pytania kogokolwiek o zgodę. To jest wolność. Ale kiedy to działanie ma wpływ na życie innych, wtedy oni także powinni mieć coś do powiedzenia w tej sprawie. To jest demokracja. W obu przypadkach najważniejszą kwestią jest utrzymanie jak największej kontroli nad kształtem własnego życia.
W rzeczywistości niemal każdy wybór dokonywany przez poszczególne osoby będzie miał jakiś wpływ na innych. Niemożliwe jest, by każdy, kogo ma dotyczyć konkretna decyzja, był w stanie się do niej odnieść, a i każdy system opierający się na tak szerokiej partycypacji społecznej nakładałby na ludzi obowiązki niemożliwe do zrealizowania. Potrzeba nam zatem zestawu reguł pozwalających odróżnić kwestię wolności od kwestii demokracji. W naszym społeczeństwie takie rozróżnienie przeprowadzane jest zazwyczaj na zasadzie określenia granicy między sferą prywatną a publiczną.
W rozdziale między prywatnym a publicznym nie ma nic naturalnego ani spontanicznego: jest tworzony i podtrzymywany przez procesy społeczne. Sposoby, na jakie te procesy działają, są złożone i często się je kwestionuje. Państwo energicznie narzuca nam granice pomiędzy prywatnym a publicznym, jednocześnie utrzymując w mocy inne granice jako normy społeczne – a jeszcze inne pozostawiając na pastwę losu, by rozpłynęły się w niebycie. Często granica prywatne/publiczne jest rozmyta. W społeczeństwie w pełni demokratycznym poddaje się ją zatem ogólnej dyskusji. Kapitalizm jednak konstruuje granicę między tymi sferami w sposób, który krępuje prawdziwą wolność jednostki i zmniejsza zakres funkcjonowania wyraźnej siły demokracji.
Dzieje się to na pięć sposobów łatwych do uchwycenia.
1. Wybór „pracuj albo głoduj” to nie wolność
Kapitalizm jest oparty na prywatnej akumulacji bogactwa i dążeniu do zysku poprzez działania rynku. Rezultatem tych „prywatnych” aktywności są przyrodzone kapitalizmowi nierówności ekonomiczne, tworzące kolejne niesprawiedliwości na polu, jak nazywa to filozof Philippe van Parijs, „wolności rzeczywistej”.
Cokolwiek rozumiemy pod pojęciem wolności, musi ono implikować możliwość powiedzenia „nie”. Bogata osoba może swobodnie zadecydować o tym, by nie podejmować jakiejś pracy najemnej, natomiast osoba bez środków do życia nie posiada takiej łatwości decyzji. Ale wartość wolności sięga głębiej. To także możliwość aktywnego wpływania na własne plany życiowe – to móc wybrać nie tylko odpowiedź, ale i samo pytanie. Na przykład dzieci dobrze sytuowanych rodziców mogą podjąć bezpłatne staże, inwestując czas w rozwój swoich karier zawodowych. Dzieci rodziców gorzej sytuowanych nie mają takiej możliwości.
Kapitalizm w tym sensie pozbawia wielu ludzi „wolności rzeczywistej”. Bieda pośród dostatku istnieje dlatego, że występuje bezpośrednia zależność pomiędzy dostępem do zasobów materialnych a dostępem do zasobów niezbędnych dla samostanowienia.
2. Kapitalista decyduje
Sposób, w jaki kapitalizm rysuje granicę między sferą publiczną a prywatną, wyklucza duże grupy ludzi z demokratycznej kontroli nad decyzjami kluczowymi dla ich życia. Prawdopodobnie najbardziej podstawowym prawem związanym z prywatną własnością kapitału jest prawo do inwestowania lub wycofywania się z inwestycji jedynie ze względu na własny interes. Decyzja korporacji o przeniesieniu produkcji z jednego miejsca w drugie jest jednak „kwestią prywatną”, pomimo że ma znaczący wpływ na życie ludzkie w obu miejscach. Nawet jeśli ktoś upiera się, że koncentracja władzy w prywatnych rękach jest niezbędna dla efektywnej alokacji zasobów, to wyłączenie tego typu decyzji spod demokratycznej kontroli jednoznacznie zmniejsza zdolność do samostanowienia wszystkich poza właścicielami kapitału.
3. Tyrania od dziewiątej do siedemnastej
Przedsiębiorstwom kapitalistycznym pozwala się organizować się na podobieństwo dyktatur. Podstawą władzy właściciela firmy jest prawo do mówienia pracownikom, co mają robić. To podwalina umowy zatrudnienia: starający się o pracę zgadza się wykonywać polecenia w zamian za konkretną płacę.
Oczywiście pracodawca może przyznać pracownikom sporą dozę autonomii; w pewnych sytuacjach staje się to nawet sposobem na zwiększenie zysków. Ale taka autonomia jest dawana i odbierana zgodnie z wolą pracodawcy. Żadna silna koncepcja samostanowienia nie obejmuje pozwolenia na uzależnienie autonomii od preferencji elit.
Obrońca kapitalizmu może odpowiedzieć, że pracownik, któremu nie odpowiadają rządy szefa, może zawsze odejść z pracy. Jednak pracownicy są z definicji ludźmi bez zabezpieczonych stałych środków do życia i w takim przypadku będą musieli zacząć szukać nowego zatrudnienia, a z racji tego, że dostępne są głównie miejsca pracy w kapitalistycznych firmach, nadal będą poddani dyktatowi szefów.
4. Rządy państw służą przede wszystkim interesom prywatnych przedsiębiorców
Prywatna kontrola nad najważniejszymi decyzjami inwestycyjnymi stwarza ciągłą presję na władze publiczne, by wprowadzały przepisy faworyzujące interesy kapitalistów. Groźba wycofania inwestycji i mobilność kapitału zawsze przewijają się tle dyskusji o polityce publicznej – z tego powodu politycy, bez względu na orientację ideologiczną, są przymuszeni do podtrzymywania „dobrego klimatu dla biznesu”. Wartości demokratyczne pozostają pustosłowiem tak długo, jak długo jedna klasa obywateli ma pierwszeństwo przed innymi.
5. Elity kontrolują system polityczny
I na koniec: bogaci ludzie mają większy niż inni dostęp do władzy politycznej. Tak się sprawa przedstawia we wszystkich demokracjach kapitalistycznych, aczkolwiek nierówność w dostępie do władzy politycznej związana ze stanem posiadania, jest w niektórych krajach większa niż w innych. Konkretne mechanizmy umożliwiające większy wpływ są zróżnicowane: to np. wsparcie finansowe kampanii politycznych, finansowanie lobbystów, udział w elitach towarzyskich różnego rodzaju, a także bezpośrednie łapówki i inne formy korupcji.
W Stanach Zjednoczonych nie tylko bogate jednostki, ale także kapitalistyczne korporacje nie napotykają żadnych znaczących ograniczeń przy angażowaniu prywatnych środków do politycznych celów. Ten zróżnicowany dostęp do władzy politycznej podważa podstawowe założenia demokracji.
To typowe skutki działania kapitalizmu jako systemu gospodarczego. Nie znaczy to, że w społeczeństwach kapitalistycznych nie mogą być one czasami złagodzone. W różnych czasach i różnych miejscach stosowano wiele dróg wyrównywania strat spowodowanych zniekształcaniem wolności i demokracji przez kapitalizm.
Publiczne ograniczenia mogą zostać nałożone na prywatne inwestycje w taki sposób, by rozluźnić sztywną granicę między prywatnym a wspólnym. Silny sektor publiczny i aktywne państwowe inwestycje mogą osłabić groźbę mobilności kapitału. Ograniczenia w korzystaniu z prywatnych środków w kampaniach wyborczych i publiczne finansowanie tych kampanii potrafiłyby zmniejszyć uprzywilejowany dostęp bogatych do władzy politycznej. Prawo pracy może wzmocnić kolektywną siłę pracowników zarówno na scenie politycznej, jak i w miejscu pracy. Cała gama polityk społecznych może zwiększyć wolność rzeczywistą tych, którzy nie mają dostępu do prywatnego bogactwa. I temu podobne.
Gdy panują sprzyjające warunki polityczne, wówczas antydemokratyczne i ograniczające wolność cechy kapitalizmu mogą zostać złagodzone, ale nie można ich wyeliminować. Ujarzmianie kapitalizmu w taki sposób było głównym celem strategii postulowanych przez socjalistów działających w ramach kapitalistycznego porządku na całym świecie. Ale jeśli wolność i demokracja mają zostać w pełni urzeczywistnione, kapitalizmu nie można tylko ujarzmić. Trzeba go przezwyciężyć.
Tłumaczył Filip Gaweł
Współpraca językowa Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się w „Jacobin Magazine” w kwietniu 2014 r.
przez Piotr Wójcik | środa 28 września 2016 | opinie
Zawsze śmieszyło mnie sprowadzanie patriotyzmu do zbierania kup po swoim psie albo, w porywach, do rzetelnego płacenia podatków. Oczywiście bycie przyzwoitym człowiekiem ma wartość nie do przecenienia, ale to jeszcze nie to samo, co patriotyzm. Przyznaję także, iż lepiej być przyzwoitym, aczkolwiek niespecjalnie patriotycznym człowiekiem, niż nieprzyzwoitym patriotą. Jednak patriotyzm, poza wypełnianiem obowiązków obywatelskich, łączy się także chociażby z odczuwaniem empatycznej więzi ze swoją wspólnotą polityczną – z całością, jak i z poszczególnymi członkami z osobna. Wiąże się też również z gotowością do ewentualnego podjęcia działań może nie heroicznych (bo do tych zdolny jest mało kto), ale kosztujących wiele wyrzeczeń – dużo więcej niż płacenie podatków. To ostatnie zresztą wyrzeczeniem nie jest, raczej uiszczaniem opłaty za usługi i to we własnym interesie, jeśli te usługi mają być wysokiej jakości. Tak więc, o ile nie da się być patriotą nie płacąc podatków, to samo ich płacenie jeszcze z nikogo patrioty nie czyni.
Żeby autentycznie pokochać wspólnotę, poza treścią musi mieć ona formę. Nie da się pokochać czegoś, co nie ma formy. Dlatego patriotyzm zawsze i wszędzie wyraża się w pewnej symbolice – flagach, godłach, legendarnych miejscach i zdarzeniach. Wspólne symbole, kody kulturowe czy rytuały spajają wspólnotę i sprawiają, że jej członkowie czują z nią ponadczasową więź – ponadczasową, gdyż dotyczy ona także więzi z jej umarłymi członkami, z przeszłymi wydarzeniami. Dla wspólnoty nie do przecenienia są przeżywane razem mecze, koncerty, pogrzeby – wspólna radość daje ludziom pewność, że tworzą jeden podmiot. Wspólnie przeżywana rozpacz czy smutek daje tę pewność jeszcze mocniej. Nigdy nie rozumiałem teorii, że nie można budować wspólnoty na kulcie klęski, np. Powstania Warszawskiego. Niby dlaczego? „Łza ma korzenie zawsze głębsze niż uśmiech” – napisał Emil Cioran w „Na szczytach rozpaczy”. Łza więc wiąże głębiej i trwalej niż niezobowiązujące podśmiechujki. Bez wątpienia kolejna rocznica PW’44 czy nawet smoleńska miesięcznica mają większy potencjał wspólnototwórczy niż orzeł z czekolady czy wymachiwanie różowymi flagami, które nic konkretnego nie symbolizują. Podważanie sensowności prezentowania barw narodowych czy obchodzenia tragicznych rocznic jest więc niemądre, gdyż dla wspólnoty mają one niebagatelne znaczenie.
Niestety w ostatnim czasie mamy w Polsce do czynienia z ekspansją patriotyzmu innego typu. Czy też zjawiska innego typu, bo omawiana postawa, jak zaraz postaram się wskazać, patriotyzmem w gruncie rzeczy nie jest. Poza zwykłym epatowaniem symbolami narodowymi, mamy epatowanie poczuciem wyższości i siły (złudnej). Zamiast dumy z polskich osiągnięć, mamy raczej radość z momentów, w których rzekomo okazaliśmy się lepsi od kogoś innego. Zamiast patriotyzmu pełnego empatii i poczucia odpowiedzialności, coraz częściej możemy nad Wisłą podziwiać „patriotyzm” pełen szowinizmu i niechęci do innych. Momentem szczególnie czczonym przez ten rodzaj „patriotów” jest więc Bitwa pod Wiedniem, która nie dała nam zupełnie nic, ale dokopaliśmy w niej muzułmanom, których obecnie się w kraju nie lubi. Osiągnięciem polskiej polityki zagranicznej, które wywołało największą euforię, nie było załatwienie jakichś naszych interesów czy realne wzmocnienie pozycji w gremiach międzynarodowych – było nim wystąpienie premier Szydło w Parlamencie Europejskim, podczas którego klepał nas po plecach najbardziej zmarginalizowany plankton w PE, tylko dlatego, że przy okazji utarł nosa eurokratom. Przestaliśmy się już zastanawiać, jak ma wyglądać polska kultura we współczesnym świecie i czym ma przyciągać – zresztą nad czym tu się zastanawiać, ona od lat leży i kwiczy. Mamy za to dziwną pewność, że jest przynajmniej lepsza od przegniłej kultury lewacko-liberalnego Zachodu, który stracił swój kręgosłup i tożsamość. Czym jest nasz kręgosłup, mało kto ma pojęcie. W czym jest lepszy od tego zachodniego? Już dawno przestaliśmy odpowiadać na to pytanie. Wiemy za to, że będziemy go bronić maczetami i ubrani w kominiarki, jeśli tylko zaczną nam się tu pałętać jakieś muslimy – co obwieszczają setki memów udostępnianych nawet przez ludzi, których przez lata uważałem za całkiem rozsądnych.
Nie chcę tu dołączyć do szeregu poszukiwaczy odradzającego się w Polsce faszyzmu. Oczywiście ewidentnie nawiązujące do symboliki nazistowskiej parady ONR-u czy przypadki pobić obcokrajowców są godne największego potępienia, ale proste ekstrapolowanie ich na przyszłość i twierdzenie, że niechybnie za parę lat oba zjawiska będą proporcjonalnie większe, ma raczej słabe podstawy. Na tej samej zasadzie Jeremy Rifkin twierdzi, że już niedługo co drugi człowiek będzie prosumentem wytwarzającym zieloną energię, a każda lodówka będzie podłączona do internetu, bo tak mu wyszło z badania trendów. Trendy się zmieniają, są wyhamowywane, innym razem odradzają się te, które wydawały się zapomniane – tak właśnie jest z podnoszącym głowę szowinizmem, który po wojnie już głowę podnosił nieraz, także w krajach Europy Zachodniej. Wszczynanie antyfaszystowskiego alarmu we wciąż najbardziej euroentuzjastycznym społeczeństwie Unii wydaje się więc nieco przesadzone. Jednak coraz większej popularności prostackiego i opartego na poczuciu wyższości „patriotyzmu” nie warto bagatelizować. Głównie dlatego, że może nam to powiedzieć całkiem sporo o obecnym stanie naszej wspólnoty politycznej.
Z grubsza mówiąc, patriota powinien kierować się dobrem ojczyzny. W obecnych czasach o powodzeniu wspólnoty politycznej decydują sprawne instytucje, wysoko produktywne przedsiębiorstwa, rozbudowana infrastruktura oraz sprawne usługi publiczne. Razem składa się to nie tylko na dobrobyt poszczególnych obywateli, ale też na sukces kraju: jego wpływy, prestiż, zdolność do osiągania swoich celów. Jak widać, powyższe niespecjalnie wiąże się z barwami narodowymi czy godłem. Oczywiście symbolika spajająca wspólnotę może niebywale pomóc w wytworzeniu chociażby sprawnych instytucji, które same mogą potem stać się takim spoiwem. I tak się właśnie dzieje w krajach wysoko rozwiniętych – to właśnie gospodarka czy instytucje stają się czynnikiem, na którym opiera się etos patriotyzmu. Epatowanie barwami narodowymi czy wspominanie dawnych zwycięskich bitew oczywiście wciąż występuje, ale schodzi na drugi plan. Na pierwszy wysuwają się otoczone powszechnym szacunkiem marki niemieckich producentów czy instytucje francuskiego państwa. Obywatel w pierwszej kolejności czuje przywiązanie do nich, a nie do jakiejś XVII-wiecznej bitwy. Oczywiście w krajach słabiej rozwiniętych obywatele muszą szukać tożsamościowego zaczepienia właśnie w symbolice czy historii, bo z ich instytucji czy firm wielką dumę trudno odczuwać. Dlatego w krajach słabszych element symboliczno-historyczny zawsze jest bardziej istotny. Nic więc dziwnego, że w Polsce przywiązanie do symboliki ma większe znaczenie niż w Niemczech czy w Szwecji.
Jednak oczywiście zawsze z tyłu głowy patrioty powinna pozostawać świadomość, że to nie symbolika czy nawet zwycięskie mecze piłkarskie są celem. Celem powinno być osiągnięcie wreszcie tego, co naprawdę składa się na powodzenie wspólnoty. Tymczasem w coraz popularniejszym modelu nowego polskiego „patrioty” – prężącego muskuły i wywyższającego się ponad innych – trudno doszukać się chęci rozwoju naszej wspólnoty politycznej w jej realnym, a nie symbolicznym wymiarze. Wręcz przeciwnie, ci „patrioci” podważają wszystko to, na czym moglibyśmy dalej budować owocną przyszłość. Na przykład gremialnie nie znoszą policji i to nie tylko ci, którzy się z tą policją ochoczo biją. Jak jeden mąż uważają donos obywatelski za kapowanie i powód do wstydu. Urzędników mają za leniwych urzędasów. Jakąś połowę społeczeństwa, czyli ok. 50 proc. własnych rodaków, uważają za lemingów wartych jedynie drwiny i wyśmiania. Jak można nazwać patriotą kogoś, kto nie szanuje instytucji oraz wielkiej części członków własnej wspólnoty politycznej? Często się mówi, że podczas wojny Polski będą bronić przede wszystkim właśnie ci prężący muskuły „patrioci” – kibice, narodowcy itd. Mógłbym się zgodzić, z tym że raczej nie będą tego robić z jakiejś wielkiej miłości do naszej wspólnoty. Bardziej z powodu tego, że w końcu będzie okazja do naprawdę niezłej rozpierduchy.
Widać więc, że coraz głośniejszy szowinistyczny „patriotyzm” nie ma nic wspólnego z miłością do ojczyzny. Jest to jedynie sztafaż skierowany na osobiste cele. Motywowany jest chęcią podbudowania własnego ego i wyróżnienia się z tłumu. A kto potrzebuje udowadniać sobie, kim to on nie jest? Oczywiście ktoś, komu brak argumentów, planu działania i przekonania o własnej wartości, a krzykliwe prężenie muskułów może być dla niego jedynym sposobem zwrócenia na siebie uwagi. Chyba najlepszym dowodem na bezradność wobec rzeczywistości znacznej części „patriotów” była słynna sesja zdjęciowa kibiców Zawiszy Bydgoszcz w ich „środowisku domowym” – napakowani i ubrani w klubowe barwy, a często także w kominiarki, niemal wszyscy… okupowali swoje pokoiki dziecięce.
Te same uwagi dotyczą poziomu państw. Niestety krzykliwy „patriotyzm” coraz bardziej widoczny jest także w polityce naszego kraju – chociażby w buńczucznych i często niestety idiotycznych wypowiedziach naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Witolda Waszczykowskiego, w wyraźnym wzmocnieniu narracji symboliczno-historycznej przedstawicieli naszego państwa czy chociażby zupełnie absurdalnych planach MON, by podczas Światowych Dni Młodzieży przedstawić… inscenizację Bitwy pod Wiedniem. Wystarczy wspomnieć, o jakich państwach najczęściej mówi się w debacie publicznej, że prężą muskuły – to oczywiście Rosja i Korea Północna. Kraje słabe i zacofane, których jedyną kartą przetargową jest to, że mogą boleśnie kogoś uderzyć; ewentualnie ostatnio wpadająca w autorytaryzm Turcja, chcąca uchodzić za państwo wyjątkowo silne i sprawne, choć na jej terytorium mają miejsce zamach za zamachem. Kraje rzeczywiście silne wolą nie tracić energii na pokrzykiwania i skupić się na załatwianiu swoich interesów – zawieraniu kontraktów, wywieraniu wpływu za pomocą soft power. Czy widział ktoś kiedyś, żeby prężyły muskuły Kanada, Szwajcaria albo Niemcy? Chyba najlepszym przykładem takiej strategii są wiecznie uśmiechający się i przytakujący Chińczycy, którzy do zmiany globalnego układu sił zabierają się tak, że 99 proc. ludzi na świecie nie ma pojęcia, że cokolwiek się szykuje.
Nic zresztą dziwnego, prężenie muskułów to nie tylko tracenie czasu i energii – to przede wszystkim możliwość zrażenia do siebie potencjalnych partnerów. A po co kolekcjonować wrogów, skoro można sojuszników? Państwo pokrzykujące nie jest uważane za poważnego i przewidywalnego partnera, raczej za przykład autoparodii. Już nie mówiąc o tym, że w grze międzynarodowej niekoniecznie dobrym pomysłem jest odkrywanie wszystkich swoich argumentów. A jeśli ktoś te argumenty nie tyle pokazuje, co wręcz wykrzykuje, to najprawdopodobniej zostanie to uznane za blef, za którym nic się nie kryje. Strategia cichego załatwiania swoich interesów i zjednywania sojuszników dużo częściej przynosi oczekiwane efekty. Strategia napinania się dobra jest tylko dla tych, którym poza prężeniem się nic już nie pozostało.
Ekspansja krzykliwego szalikowo-wyklętego „patriotyzmu” w naszym kraju nie jest więc dowodem na to, że wstajemy z kolan. Wręcz przeciwnie, w ten sposób raczej przyznajemy się do naszej niemocy powstania z nich. Oczywiście nie chodzi o to, żeby przestać kultywować zapomnianych przez lata bohaterów. Jednak te działania, które powinny być jedynie formą naszej wspólnoty, coraz częściej stają się jej główną, jeśli nie jedyną treścią. Stają się więc dowodem na naszą bezradność w wypełnianiu jej realną treścią – czyli codzienną rzetelną pracą na rzecz osiągania wspólnych celów. A tego w pierwszej kolejności wymaga patriotyzm.
przez Karol Trammer | niedziela 25 września 2016 | opinie
Co zmusiło Polaków do wydania pieniędzy z programu „Rodzina 500 plus” na zakup samochodu?
Wszystko wskazuje na to, że w tym roku po raz pierwszy w dziedzinie importu aut używanych pęknie milion – powiedział „Rzeczpospolitej” Dariusz Balcerzyk z Instytutu Badania Rynku Motoryzacyjnego Samar. Od stycznia do czerwca 2016 r. sprowadzono do Polski 453 tys. używanych aut – to o 16% więcej niż w pierwszych sześciu miesiącach 2015 r.
Stare i małe
Dealerzy samochodów i analitycy rynku wiążą boom na używane auta z wejściem w życie rządowego programu „Rodzina 500 plus”, w ramach którego polskie rodziny co miesiąc otrzymują po 500 zł na drugie i każde kolejne dziecko. – Wszystko wskazuje na to, że właśnie te 500 zł dało bodziec do sprowadzania używanych aut. Taka kwota wystarczy na spłatę rat, tym bardziej, że są to pieniądze gwarantowane – twierdzi Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
Handlująca samochodami używanymi firma AAA Auto w maju i czerwcu 2016 r. przeprowadziła badania wśród swoich klientów, pytając ich, z czego chcą sfinansować zakup auta. Spośród 2 tys. ankietowanych aż 78 proc. odpowiedziało, że za samochód przynajmniej w części zapłacą pieniędzmi otrzymanymi w ramach programu 500 plus. Większość zamierza przeznaczyć te środki na spłacanie comiesięcznych rat.
W ramach tegorocznej fali ściągane są do Polski głównie samochody najtańsze. Aż 64 proc. używanych aut sprowadzonych z zagranicy w pierwszym półroczu 2016 r. to pojazdy co najmniej dziesięcioletnie (jedynie co dwudziesty sprowadzany w ostatnim czasie samochód ma trzy lata lub mniej). Największy wzrost sprzedaży – przekraczający poziom 20 proc. – dotyczy samochodów Opel Corsa i Ford Fiesta, czyli aut niewielkich i dość tanich w eksploatacji.
Wymuszona motoryzacja
Tegoroczny boom na używane samochody sprowadzane z zagranicy to kolejny etap wyraźnie widocznego od kilkunastu lat trendu wymuszonej motoryzacji. Wymuszonej z jednej strony słabym dostępem do pracy i usług na wsi i w mniejszych miastach, a z drugiej – fatalną ofertą transportu publicznego, która na wielu obszarach Polski nie zaspokaja nawet podstawowych potrzeb.
W 2002 r. na 1000 mieszkańców naszego kraju przypadało 288,6 samochodów osobowych. Do 2014 r. wskaźnik ten wzrósł do poziomu 519,9 (dane Głównego Urzędu Statystycznego). Niektórzy wspominają o silnej fascynacji motoryzacją wśród społeczeństwa, które jest na dorobku, aczkolwiek w chwili obecnej fascynację zastępuje konieczność korzystania z własnego samochodu – podkreślali w 2014 r. autorzy raportu „Publiczny transport zbiorowy poza miejskimi obszarami funkcjonalnymi” Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.
Jak prognozuje Centrum Zrównoważonego Transportu, rok 2016 Polska zamknie wynikiem 612 samochodów osobowych na 1000 mieszkańców, znacznie przekraczając poziom „usamochodowienia” Czech, Francji, Niemiec, Szwajcarii czy Wielkiej Brytanii.
Aktualnie w Polsce – w ramach nowego etapu wymuszonej motoryzacji – decyzję o wejściu w posiadanie samochodu podejmują ludzie, których dotykał problem wykluczenia transportowego, ale dotychczas nie było ich stać na wydatki związane z zakupem i utrzymaniem choćby skromnego auta.
Enklawy bez komunikacji
Po latach likwidacji połączeń kolejowych i autobusowych, w wielu miejscach kraju już tylko samochód daje możliwość dotarcia do pracy, na większe zakupy czy do urzędów.
O wytworzeniu się enklaw, w których nie ma żadnej komunikacji, piszą autorzy wspomnianego badania „Publiczny transport zbiorowy poza miejskimi obszarami funkcjonalnymi”. W ramach tego projektu badawczego przyjrzano się sytuacji komunikacyjnej w dziewięciu powiatach z różnych części Polski.
Z badania wynika, że charakterystyczną tendencją ostatnich kilkunastu lat jest problem wykluczenia transportowego, dotykający sporych obszarów: przewoźnicy koncentrują się na obsłudze głównych arterii, jednocześnie wycofując komunikację z wielu mniejszych miejscowości.
Potwierdzają to badania przeprowadzane w 2011 r. przez Centrum Studiów Regionalnych UniRegio na temat dostępności komunikacyjnej w województwie pomorskim. Spośród 1753 sołectw tego regionu, transport publiczny nie dociera do 429 – z tego z 45 sołectw do najbliższego przystanku trzeba iść przynajmniej godzinę.
Brak dojazdu
W wielu miejscowościach transport publiczny, choć funkcjonuje, to ogranicza się do kursów dostosowanych do potrzeb uczniów. „Kursuje w dni nauki szkolnej” – to powszechne oznaczenie w rozkładach jazdy oznacza, że do tysięcy polskich miejscowości autobusy nie docierają od końca czerwca do początku września.
Z wielu tras całkowicie wycofano kursy międzyszczytowe – które zapewniały dojazd do urzędów, przychodni i na zakupy – oraz kursy popołudniowe. W 2011 r. Federacja Inicjatyw Oświatowych alarmowała, że: rodziny wymagające największego wsparcia na ogół nie mają samochodów, w związku z tym ich możliwości uczestniczenia w szkolnych zebraniach rodziców są minimalne – komunikacja publiczna nie zapewnia połączeń pozwalających na dotarcie po południu na zebranie i wieczorny powrót do domu.
Wycięcie kursów realizowanych wieczorami zmniejszyło dostęp do miejsc pracy. Uwagę na ten problem zwrócili pracownicy urzędu pracy w Nowym Sączu podczas badania realizowanego przez SGH w 2014 r.: Najwięcej ofert pracy pojawia się w gastronomii i handlu, gdzie pracę kończy się o godz. 21.00-22.00. Pracownicy nie mają później możliwości powrotu do miejscowości na terenie powiatu. Urzędnicy zauważają także problemy w weekendy, gdy nasilenie pracy w gastronomii jest większe, a kursowanie autobusów znacznie ograniczone lub zupełnie zawieszone. Urząd, gdy kieruje bezrobotnych do pracodawców z ofert, często otrzymuje odpowiedź »brak dojazdu«.
Już w 2003 r. prof. Zbigniew Taylor z Polskiej Akademii Nauk, badając konsekwencje zamykania połączeń kolejowych, wskazał miejscowości – takie jak Przybroda w Wielkopolsce czy Olbrachtowice na Dolnym Śląsku – których mieszkańcy po likwidacji pociągów całkowicie utracili możliwość dojazdu do pracy i zmuszeni byli z niej zrezygnować.
To polska polityka transportowa zmusiła rodziny do wydania pieniędzy z programu „Rodzina 500 plus” na zakup samochodu.
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 5/85 wrzesień-październik 2016)
www.zbs.net.pl
przez Dario Azzellini | wtorek 20 września 2016 | opinie
W lutym 2016 roku kilkunastu byłych pracowników zakładu obróbki drewna w niewielkiej greckiej miejscowości Patrida, około 60 kilometrów od Salonik, powiedziało „Dość!”. Od 2008 roku byli oszukiwani przez właścicieli. Obiecując rychłą wypłatę, szefowie nie wypłacali pracownikom pełnej pensji, zredukowali godziny pracy i ogłosili upadłość firmy – nie informując o tym oficjalnie. Sytuacja nie poprawiła się, a pracownicy nigdy nie ujrzeli swoich pieniędzy. W grudniu 2015 roku zakład został zamknięty. Dług firmy w postaci niewypłaconych pensji sięga obecnie 700 tys. euro.
Pracownicy nie wierzą, że kiedykolwiek zobaczą należne im pieniądze. Zamiast tego, postanowili przejąć zakład i prowadzić go pod własną kontrolą. Skontaktowali się z ludźmi zatrudnionymi w odzyskanej fabryce Vio.Me w Salonikach z prośbą o wsparcie. Pracownicy Vio.Me zjawili się na miejscu, pomogli w walce o przetrwanie zakładu i jak najszybsze uruchomienie produkcji. Robotnicy z Patridy chcą zmienić profil produkcji i wytwarzać ławki oraz stoiska dla targowisk i kiosków – produkty potrzebne zwykłym ludziom i ich społecznościom. Poza tym kontaktują się ze spółdzielniami i kolektywami w całej Grecji i organizują się oraz uczestniczą w mobilizacjach.
VIO.ME
Saloniki, Grecja
Vio.Me w Grecji jest prawdopodobnie najsłynniejszą odzyskaną fabryką w Europie. Posługując się hasłem „Jeśli wy nie możecie, my możemy!”, pracownicy byłego producenta materiałów budowlanych zajęli swoją zamkniętą fabrykę i rozpoczęli wytwarzanie ekologicznych środków czyszczących. Pomimo grożącej fabryce eksmisji, Vio.Me stało się w Grecji symbolem walki z kapitalizmem.
www.vio.me
Zjawisko o szerokim zasięgu
Robotnicy z Patridy robią to samo, co tysiące innych na całym świecie w ciągu ostatnich kilku lat kryzysu kapitalizmu. Zjawisko przejmowania zakładów pracy stało się najbardziej widoczne i znane w Argentynie, w odpowiedzi na kryzys z 2001 i 2002 roku – a następnie rozpowszechniło się na całym świecie. Na początku roku 2016 w Argentynie działało około 360 odzyskanych firm zatrudniających 15 tys. pracowników, co najmniej 78 odzyskanych zakładów zatrudniających 12 tys. pracowników w Brazylii i prawie 25 fabryk w Urugwaju. W Wenezueli istnieje kilkadziesiąt firm odzyskanych przez robotników, niektóre z nich są wspólnie zarządzane przez pracowników i lokalną społeczności, nieco takich inicjatyw pojawiło się też w Meksyku, Indiach i Indonezji. W czasie obecnego kryzysu około 60 zakładów zostało odzyskanych w Argentynie, około 25 w Wenezueli, kilka we Włoszech, Francji, Grecji, Bośni, Chorwacji, USA, Egipcie, Turcji oraz Tunezji.
Okupacje zakładów, przejęcia firm i walka o więcej kontroli dla pracowników nie są nowymi zjawiskami. Inicjatywy pracownicze dążące do przejęcia kontroli w firmach pojawiały się w przeszłości w sytuacjach ekonomicznego, politycznego lub społecznego kryzysu, socjalistycznych, nacjonalistycznych czy demokratycznych rewolucji, w realiach socjalistycznych i kapitalistycznych, w czasach szczytowej produkcji, jak też podczas restrukturyzacji lub upadku zakładów. Wiele razy, w każdym systemie politycznym, na całym świecie, pracownicy walczyli o udział w podejmowaniu decyzji w miejscu pracy, jak też starali się rozwinąć formy współ- i samozarządzania oraz kontroli pracowniczej.
Nawet bez doświadczenia w tworzeniu rad pracowniczych, zarządzenie kolektywne – czy to przez zgromadzenia, czy inne mechanizmy demokracji bezpośredniej i relacji horyzontalnych – od zawsze zdawało się być wrodzoną skłonnością pracowników. Co więcej, udowodnili oni, że potrafią prowadzić zakłady w większości branż, w tym w metalowej, tekstylnej, ceramicznej, żywnościowej, przetwórstwie, przemyśle tworzyw sztucznych i gumowym, drukarstwie, jak też w sektorze usług, np. w klinikach, placówkach edukacyjnych, mediach, hotelach i restauracjach.
Wyzwalające doświadczenie
Historyczne oraz współczesne doświadczenia kontroli pracowniczej pokazują, jak wyzwalającym zjawiskiem jest przekształcenie sytuacji kapitalistycznego odosobnienia i autorytarnej kontroli w praktykę demokratyczną. Pracownicy w Argentynie i Francji doświadczają być może różnych warunków pracy, ale sedno ich walki pozostaje jednakowe: stawanie w opozycji do kapitalistycznego procesu produkcji – kręgosłupa każdego współczesnego społeczeństwa – oraz budowanie, poprzez rady pracownicze i samozarządzanie, elementów przyszłego bezklasowego społeczeństwa.
NEW ERA WINDOWS
Chicago, USA
W 2008 roku fabryka okien w Chicago zbankrutowała i została zamknięta nagle i w podejrzanych okolicznościach. Banki zostały zwolnione ze swoich zobowiązań, a pracownicy stracili pracę. W 2012, po roku walki i przy wsparciu lokalnej społeczności, pracownicy uzbierali wystarczająco dużo pieniędzy na wykupienie fabryki, która od tamtego momentu działa jako spółdzielnia pod nazwą New Era Windows.
www.newerawindows.com
W tym kontekście należy podkreślić, że tego rodzaju wysiłki podejmowane są przez zwykłych pracowników i społeczności. Jak zauważa Andrés Ruggeri, argentyński badacz: W firmie odzyskanej przez pracowników pozostają wszyscy, którzy wcześniej w niej pracowali. Od lewicowego awangardowca przekonanego o konieczności zdecydowanej walki przeciwko kapitalizmowi, po kogoś, kto wczoraj zagłosował po raz pierwszy i był najlepszym kumplem pracodawcy. Wniosek płynie stąd taki, że samozarządzanie nie potrzebuje awangardy – każdy może uczestniczyć w tym procesie.
Jeremy Brecher podkreślał w swoim artykule z 1973 roku: Rady pracowników nie mają żadnych sekretnych cech, które czyniłyby je rewolucyjnymi w formie. Różnią się one jednak pod kilkoma względami od związków zawodowych. Po pierwsze, opierają się na sile pracowników, którzy przebywają ze sobą codziennie i sprawują ciągłą pieczę nad produkcją. Po drugie, są kontrolowane bezpośrednio przez pracowników, którzy mogą w dowolnym momencie odwołać swoich delegatów. Po trzecie, ich formuła jest dynamiczna i związana ze zmieniającymi się realiami miejsca pracy/produkcji, zamiast definiować organizację w sposób, który szybko staje się przestarzały, co działo się wielokrotnie w historii ruchu związkowego.
Pracownicy przejmujący zakład pracy lub walczący o kontrolę muszą zazwyczaj stawić czoła nie tylko prywatnym przedsiębiorcom, strukturom kapitalistycznym i zarządom firm, ale także organizacjom związkowym i instytucjom publicznym. Prawie wszystkie historyczne przypadki kontroli pracowniczej związane były z konfliktami z partiami politycznymi, związkami i państwowymi aparatami biurokratycznymi, czy to w czasie rewolucji październikowej, we Włoszech lat 70., Polsce lat 50. i 80., czy we współczesnej Argentynie, Wenezueli, Grecji lub Indiach. Z drugiej strony, pracownicy mogą zwykle liczyć na wsparcie społeczności lokalnych, struktur solidarnościowych i innych zakładów pozostających pod kontrolą pracowników.
HOTEL BAUEN
Buenos Aires, Argentyna
W marcu 2003 roku byli pracownicy hotelu Bauen w śródmieściu Buenos Aires postanowili działać, jako że zostali zwolnieni i od wielu miesięcy nie wypłacono im zaległej wypłaty. Odzyskali swoje miejsce pracy i utworzyli kolektywnie prowadzony hotel i miejsce spotkań dla aktywistów. Do dziś Hotel Bauen jest modelowym przykładem odzyskanych miejsc pracy w Argentynie.
www.bauenhotel.com.ar
Zakłady kontrolowane przez pracowników działają w inny sposób, niż zwykłe firmy kapitalistyczne: zachodzą w nich zmiany w relacjach społecznych, procesie produkcji, czasem nawet zmieniają się same produkty. Jednak presja ze strony rynku kapitalistycznego pozostaje ogromna, a pracownicy muszą czasem godzić się na kompromis, ponieważ nie mogą całkowicie uniknąć udziału w mechanizmach rynku.
Mimo że nie da się zaprzeczyć, iż nieuniknione relacje ze środowiskiem kapitalistycznym wywołały silne sprzeczności i komplikacje w firmach zarządzanych przez pracowników oraz że bywało to źródłem wewnętrznych konfliktów, firmy te okazały się bardziej żywotne od wielu zwykłych przedsiębiorstw kapitalistycznych. W przypadku Argentyny, z 205 odzyskanych firm badanych w 2010 roku, tylko 6 zostało zamkniętych pod koniec 2013 roku, gdy w tym samym czasie powstały 63 nowe odzyskane firmy. Nie tylko przetrwały one pod względem ekonomicznym, ale też podążały drogą demokratycznego decydowania i równości między pracownikami.
Alternatywny system wartości
Zakłady pozostające pod kontrolą pracowników nie kierują się logiką kapitalistyczną. Zamiast tego, produkują i starają się kierować własnymi wartościami na tyle, na ile to możliwe. Czynią to nawet wtedy, gdy dobrze wiedzą, że te wartości stoją w sprzeczności z regułami standardowych doktryn o przedsiębiorczości. Jak wyjaśnia Ernesto z kontrolowanej przez pracowników drukarni Chilavert w Buenos Aires: My, tutaj, odczuwamy presję – utrzymujemy się z naszej pracy, więc każda godzina pracy, którą zdecydujemy wykorzystać na walkę w jakiejś społecznej sprawie, jest godziną straconą z kapitalistycznego punktu widzenia; to pieniądze, które tracimy, gdyż ich nie zarabiamy. Tego uczymy się jako dzieci, to mówią nam wszyscy. Odczuwamy więc ciągłą presję ze strony systemu, który chce nas wciągnąć w swoje tryby. Najpierw system odrzuca nas, a gdy widzi, że nie może nas uśmiercić, włącza nas w swój obręb i przekształca w coś, co może być kupione i sprzedane.
Większość zakładów pracy pozostających pod kontrolą pracowników postrzega solidarność z innymi, zwłaszcza z nowymi odzyskanymi zakładami, jako kluczową część swojej aktywności. Prawie wszystkie odzyskane zakłady otrzymują wsparcie od innych wcześniej powstałych przedsiębiorstw tego typu. Zazwyczaj utrzymują one kontakty z innymi podobnymi firmami, ale też z bardziej wojowniczymi spółdzielniami i całym sektorem „gospodarki solidarnej”. Powiązania i formy współpracy są polityczne, ale też ekonomiczne. W miarę możliwości firmy kontrolowane przez pracowników wolą budować relacje biznesowe z innymi zakładami tego typu.
Większość firm odzyskanych przez pracowników utrzymuje też kontakty z innymi ruchami, organizacjami politycznymi lub społecznymi, jak też z sąsiedztwem. Prawie wszystkie odzyskane przedsiębiorstwa angażują się w działalność polityczną, społeczną i kulturalną, a 39 procent z nich oferuje nawet przestrzeń użytkową centrom kulturowym, stacjom radiowym, żłobkom i przedszkolom, instytucjom edukacyjnym i innym przedsięwzięciom. Im krótszą historię ma odzyskany zakład w swej nowej formule własności/zarządzania, tym chętniej podejmuje współpracę z innymi ruchami. Stąd też płynie siła jego pracowników.
FRALIB
Gémenos, Francja
Po 1336 dniach sprzeciwu pracownicy firmy Fralib – fabryki przetwarzającej i pakującej herbatę niedaleko Marsylii we Francji – mogli świętować zwycięstwo nad Unilever, gigantycznym przedsiębiorstwem międzynarodowym, które zdecydowało się zamknąć ich zakład. Unilever wycofał się, pracownicy przejęli fabrykę, założyli spółdzielnię Scop-TI i wprowadzili na rynek nową markę herbaty, „1336”, która to nazwa nawiązuje do czasu trwania ich walki.
www.scop-ti.com
To, co Andrés Ruggeri opisuje w odniesieniu do Argentyny, dotyczy też innych odzyskanych zakładów na całym świecie: Jednym z najbardziej interesujących aspektów działania odzyskanych zakładów jest ich relacja ze wspólnotą, ze społecznością, i o tym właśnie mówimy, gdy stwierdzamy, że żaden z odzyskanych zakładów nie odzyskuje się sam. Chodzi tu o całość ruchu, z którym silnie wiążą się aktywizm i bojowość. Wokół odzyskanej firmy i całego zjawiska tworzy się spory ruch z powiązaniami i sieciami społecznymi. Ruch ten jest bardzo duży i silny, zmienia samo znaczenie słowa „firma”. Jeżeli pracownicy odzyskają jedynie zakład, a następnie przekształcą go w spółdzielnię, i tak dalej, bez względu na to, jak radykalny jest proces wewnętrzny, przy prowadzeniu przez firmę jedynie działalności gospodarczej nie będzie ona mieć takiego potencjału transformacyjnego, jaki posiadałaby z siecią otaczającą ruch.
Gigi Malabarba z WRC RiMaflow z Mediolanu we Włoszech, stwierdza: Możemy wygrać, jeśli będziemy częścią większego ruchu i pomnożymy nasze doświadczenia dziesięcio- i stukrotnie, żeby promować ideę, że inny rodzaj gospodarki jest możliwy. Jeśli „gospodarka szefów” znajduje się w kryzysie, musimy rozwinąć inne pojmowanie gospodarki.
Owa „inna gospodarka”, oparta na potrzebach i życzeniach pracowników i społeczności, nie jest jedynie testowana i rozwijana w praktyce – ludzie pracujący w odzyskanych firmach spotykają się regularnie z pracownikami innych odzyskanych zakładów i spółdzielni oraz badaczami rynków pracy, w celu dyskusji i wymiany doświadczeń związanych z „gospodarką pracowniczą”. Spotkania kontynentalne i światowe odbywają się co dwa lata. Pomysł ten narodził się w Argentynie, gdzie w ostatnich latach miało miejsce już kilka zgromadzeń tego rodzaju. Wszystko zaczęło się od spotkań na szczeblu krajowym. Do dziś zorganizowano już siedem spotkań regionalnych na Amerykę Łacińską i cztery spotkania ogólnoświatowe.
KAZOVA
Stambuł, Turcja
Zainspirowani historycznymi protestami w parku Gezi, pracownicy fabryki tekstyliów Kazova w Stambule podwoili wysiłki w walce o sprawiedliwość z byłymi szefami, którzy odmówili im wypłaty zaległych pensji, a następnie zwolnili całą załogę i zniknęli. Obecnie Özgür („Wolna”) Kazova jest jedną z pierwszych prowadzonych przez pracowników fabryk w Turcji, produkującą „swetry bez szefów”, jak brzmi ich slogan.
www.ozgurkazova.org
W 2014 roku miały miejsce pierwsze spotkania w Ameryce Północnej, Europie i regionie Morza Śródziemnego pod hasłem „Gospodarka pracownicza”. Spotkanie w Europie zostało zorganizowane w odzyskanej fabryce Fralib niedaleko Marsylii. Przybyło około 200 osób, między innymi pracownicy z pięciu innych odzyskanych fabryk w Europie i jednej w Argentynie oraz badacze z Europy, Meksyku, Brazylii i Argentyny. Ideą tych zgromadzeń jest tworzenie samodzielnie zorganizowanej przez pracowników przestrzeni do debatowania nad wspólnymi i indywidualnymi wyzwaniami, przed którymi stają odzyskane fabryki; nad tym, w jaki sposób mogą wykorzystać różne własne doświadczenia w budowaniu sieci między sobą oraz nad tym, jak przez alternatywne, samodzielne i demokratyczne formy produkcji i samozarządzania tworzyć nową gospodarkę służącą pracownikom i społecznościom, a nie na odwrót.
Nie ma wątpliwości co do tego, że odzyskiwanie zakładów pracy zyskuje popularność, a przejęcie miejsca pracy jest coraz częściej rozważane przez zbuntowanych pracowników. Biorąc pod uwagę fakt, że wciąż trwa finansowy, ekonomiczny, polityczny i społeczny kryzys kapitalizmu, który zapoczątkował obecne procesy odzyskiwania zakładów pracy, wydaje się prawdopodobne, że przejęcia będą kontynuowane.
Dario Azzellini
Tłum. Kamila Zubala
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej roarmag.org