przez Sady Doyle | czwartek 17 marca 2016 | opinie
W ubiegłym tygodniu rzuciła mi się w oczy lista 10 najbardziej zwariowanych parad na Dzień św. Patryka, które musisz odwiedzić. Ogarnęło mnie czyste przerażenie na myśl, że mogłabym przypadkiem znaleźć się poza domem w to straszne święto. Na szczęście miałam jeszcze kilka dni, żeby się przygotować i ukryć.
Nie tak powinno być. Jak możecie wywnioskować z mojego nazwiska, wychowano mnie po irlandzku – tak bardzo po irlandzku, jak tylko irlandzka może być mała dziewczynka ze Środkowego Zachodu, której przodkowie nie widzieli Europy od czasu Wielkiego Głodu. Dostawałam książki z obrazkami mojej pięknej ojczyzny, do której mogłabym ewentualnie kiedyś wrócić. Oglądałam filmy o głodzie, podboju i prześladowaniach, jakie spotykały moich rodaków i rodaczki. Mój młody umysł wypełniał się Joycem i Yeatsem, moje uszy Enyą i U2. Oglądałam tańce ludowe i, mój boże, byłam tym poruszona.
Wtedy kochałam Dzień św. Patryka. Miałam specjalne zielone ubrania i bogatą kolekcję świątecznych ozdób, w tym świecące trzylistne koniczynki i kubki z napisem Pocałuj mnie, jestem Irlandką. Gdzieś pośród tego chaosu kryło się świętowanie naszego dziedzictwa. Ale koniec z tym.
Dziś widzę, że święto, które było dla mnie celebrowaniem historii, w rzeczywistości jest narodowym konkursem na to, kto szybciej przemieści się z baru do izby wytrzeźwień. Dzień dumy z własnej kultury nie powinien oznaczać prewencyjnego zwiększenia sił policyjnych na ulicach. Kobiety i mężczyźni, emigrując z Irlandii do USA, chcieli wielu rzeczy dla swoich dzieci. Jednak jedną z rzeczy, których na pewno nie chcieli, są nagłówki prasowe takie jak: Sukces, mało przestępstw podczas Parady na Dzień św. Patryka („tylko” dziesięć zatrzymań za pijaństwo i napaść, hurra!), Rekordowo niska liczba przestępstw podczas obchodów św. Patryka w Hoboken (jedenaście zatrzymań i 39 wezwań pogotowia) czy Żadnych aresztowań w Syracuse podczas parady na św. Patryka. Święto jest dziś tak mocno kojarzone z nadużywaniem alkoholu i przypadkową przemocą, że gazety odnotowują właśnie brak napaści.
Pewnie niektórzy z moich amerykańsko-irlandzkich znajomych wypiją za to (kolejny) toast, ogłaszając, że jesteśmy narodem zwariowanych imprezowiczów. Istnieje jednak termin na określenie sytuacji, gdy jakaś społeczność ma cały dzień, podczas którego może poświęcić się publicznemu chlaniu i popełnianiu drobnych przestępstw bez bycia stygmatyzowaną. Ten termin to biały przywilej.
Istniały kiedyś (i istnieją także dziś) dobre powody, żeby świętować irlandzkie dziedzictwo. Niektóre z nich są nawet częścią samego Dnia Św. Patryka. Obowiązek noszenia zielonego, jak irytujący by nie był, wywodzi się z radykalnej historii. Wearing o’ the green było znakiem, że identyfikujesz się z irlandzkimi rewolucjonistami, ich walką przeciw brytyjskim kolonizatorom i, jak mówi piosenka, dałbyś się za to powiesić. To antykolonialne przesłanie zostało ślicznie zapakowane w firmowy papier Hallmarka i całkowicie pozbawione znaczenia. Historia irlandzkich Amerykanek i Amerykanów jest w większości historią klasy robotniczej – historią biedy Innego w skolonizowanej Irlandii, która szybko stała się historią biedy Innego, imigranta w Ameryce.
W takim kontekście postać Świętego Patryka miała ogromne znaczenie. Dorastałam, słuchając starych kobiet opowiadających zachrypniętym od papierosów, pełnym szacunku głosem o jego cudach: usłyszał głos samej Irlandii, mówiącej do niego słowami Chrystusa! Wygnał z Irlandii węże, pokazując, że Szatan nie ma władzy nad jego ludem! Nieważne, czy mówimy o magicznej wersji postaci św. Patryka, w cieniu której dorastałam, czy o wiele mniej inspirującej wersji historycznej – nawróconego rzymskiego misjonarza, odpowiedzialnego za wyplenienie rodzimej religii. Patryk jest pamiętany jako święty ludzi biednych, chroniący ziemię podbitego ludu, strzegący jego wyzyskiwanych dzieci w nowym kraju. Jego misją, tak jak i misją wielu ludowych bohaterów, było zapewnienie tych, którzy nie liczyli się dla klas panujących, że liczą się w oczach Boga.
Powstania, społeczny radykalizm, solidarność ludzi pracy, Bóg, który kocha ubogich – gdybym miała wymyślić najmniej odpowiedni symbol dla tych wszystkich rzeczy, zatrucie alkoholowe byłoby na samym szczycie listy. Za popularnym obrazem wesołkowatego, pijanego jak Irlandczyk, Leprechauna stoi w rzeczywistości człowiek z klasy pracującej, bez dostępu do usług medycznych, leczący alkoholem bolesne i wyniszczające choroby. To prawdopodobnie najmniej pasujący do święta obrazek, jaki możemy sobie wyobrazić. Jednak Amerykanie są do niego przywiązani, pewnie dlatego, że schlanie się jak świnia jest o wiele łatwiejsze niż stworzenie klasowej polityki.
Asymilacja Irlandczyków wydarzyła się dawno temu. Ostatnia sytuacja, kiedy ktoś był zszokowany tym, że irlandzki katolik znalazł pracę, miała miejsce 20 stycznia 1961 roku, a nawet wówczas tylko dlatego, że była to praca aż tak dobra. Nazwisko tego Irlandczyka brzmiało, jeśli coś wam to mówi, Kennedy.
Wciąż istnieje wiele sposobów, na jakie da się świętować historię Irlandek i Irlandczyków: możecie opisywać to, jak intratne prywatne więzienia kontynuują historię wyzysku świata pracy, świata, który amerykańscy Irlandczycy i Irlandki zawsze uważali za swój własny, i organizować ruch przeciw takim placówkom. Możecie stworzyć własną wizję solidarności klasy robotniczej i uczyć się, jak wspierać imigranckie społeczności, które wciąż są marginalizowane. Jeżeli jesteście katolikami, możecie świętować historię radykalnego aktywizmu katolickiego i służby ubogim. A w międzyczasie nawet włączyć Enyę, co tam.
Ale nie obchodźcie dnia św. Patryka. To święto, donoszę z przykrością, zostało zrujnowane. Przyszedł czas, żeby je zlikwidować – wraz z całym tym szumem o „irlandzkości”, który zbudowano dookoła. Jestem pewna, że sprawicie tym Paddy’emu radość. Jestem pewna, że nawet siedząc w wolnej od węży części Nieba, otoczony przez trzylistne koniczyny i pobożne irlandzkie ciotki, dziergające mu swetry na drutach, ma dość ludzi rzygających w metrze na jego cześć.
Sady Doyle
tłum. Mateusz Trzeciak
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej magazynu „The Baffler” w marcu 2015 r.
przez Piotr Wójcik | poniedziałek 14 marca 2016 | opinie
Polska to w wielu obszarach kraj paradoksów. Jednym z nich jest deklaratywne przywiązanie dużej części Polaków do katolickich wartości, połączone z życiem zupełnie oderwanym od tychże wartości – i w większości przypadków chodzi o tę samą grupę Polaków. Polacy-katolicy na przykład notorycznie stosują bluźniercze sformułowanie „święte prawo własności” oraz fetyszyzują własność prywatną, choć Kościół katolicki stworzył unikalną i bez mała rewolucyjną zasadę powszechnego przeznaczenia dóbr, która podporządkowuje własność użytkowaniu, a pretensje do niej może rościć sobie każdy, choć oczywiście w określonych przypadkach i z zachowaniem pierwszeństwa właściciela. Polacy-katolicy z ogromnym lekceważeniem podchodzą także do przyrody, choć to właśnie ją stworzył Bóg, natomiast nierzadko wręcz wielbią stworzone przez człowieka wytwory materialne. Ogrzewają więc swoje wypasione chałupy paląc najpewniej oponami (bo chyba tylko one mogą dać taki czarny dym), trując swoje siostry i braci. A na drugi dzień idą grzecznie na Mszę i stoją w ładnym rządku do Komunii, nie zwracając uwagi na fakt, że dzień wcześniej tak nagrzeszyli, że dla pokuty przez trzy miesiące powinni codziennie klepać różańce. Ewidentnie prawdziwą „dobrą zmianą” w Polsce byłoby odkurzenie stworzonej przez jednego z największych mózgów w historii Kościoła zasady powszechnego przeznaczenia dóbr. Pytanie tylko, czy św. Tomasz z Akwinu jest jeszcze dla współczesnego Polaka-katolika jakimkolwiek autorytetem.
To właściwie nic dziwnego, że w czasach wszechobecnego kultu własności środowisko naturalne traktowane jest w najlepszym wypadku podejrzliwie i z dystansem. W końcu nie da się go całego ogrodzić, postawić tabliczki „moje” i wpuszczać łaskawie tylko znajomych, i to też tylko wtedy, gdy najdzie nas na to ochota. Nie da się go całego zakupić, otoczyć płotem i postraszyć intruzów złym psem. Można tak najwyżej postąpić z drobnym i najbardziej dostępnym kawałeczkiem, ale przyroda i tak ma te wszystkie zabiegi za nic i przy najbliższej okazji spuści na teren delikwenta hektolitry wody z przemykającej obok chmury, zupełnie o to rzekomego właściciela nie pytając. Wiatr hula po naszych włościach nawet wtedy, gdy sobie tego nie życzymy, ptaki bezczelnie wlatują, siadają na ławkach i zostawiają na nich jakieś białe placki, a gdy przychodzi grudzień nawet stojący w garażu nowiutki SUV miewa problem z wyjazdem na naszą własną, starannie wcześniej utwardzoną drogę. W normalnych sytuacjach, gdy ktoś kpi sobie z mojego „świętego prawa własności”, mogę zawsze na niego nakrzyczeć, dać w twarz, ewentualnie zadzwonić po odpowiednie służby. Na przyrodę tymczasem mogę się wydzierać ile wlezie, a ona i tak nic sobie z tego nie robi.
Gdy kupię 10-calowy tablet z modemem 4G, to wiem, że jest mój, mam paragon, mogę się nim pochwalić przed znajomym, a nawet przed nieznajomym siedzącym na fotelu obok w niepolskim busie. Tymczasem gdy kąpię się w rzece, to nie do końca wiem, czyja ona jest. Niby z niej korzystam do woli, przyjemnie mnie schładza, ale obok kąpią się dziesiątki innych, jakieś rozwydrzone bachory drą się wniebogłosy i nie dają spokojnie człowiekowi poczytać książki na materacu, a jakby tego było mało, właśnie nadepnął mnie jakiś grubas i ledwo burknął „sorry”. To jak to jest w końcu z tą rzeką? Jest moja czy ich? A jeśli jest nas wszystkich, to która konkretnie część jest moja? Proszę mi sprawiedliwie wydzielić mój kawałeczek, może być nawet maluteńki, tylko żeby mi nikt na niego nie właził, a grubas niech sobie depcze innych na swojej części.
Na tym właśnie polega w naszym kraju główny problem nie tylko z naturą, ale i z całą własnością wspólną. Nie da się precyzyjnie ustalić, do kogo ona należy, a w czasach kultu własności prywatnej i jej fetyszyzacji jest to ogromna wada. Po zgrzebnych latach PRL rzuciliśmy się budować naszą prywatną własność, podobno zawsze dużo lepszą i bardziej efektywną od własności wspólnej, której przecież sama nazwa wskazuje, że jest niczyja. Odwróciliśmy się więc plecami od naszych klatek schodowych, parków czy podwórek, na rzecz nieustannego upiększania własnego mieszkania czy domu. Nieistotne stało się, że do pracy jedziemy drogą wyboistą niczym powierzchnia księżyca – ważne, że w domu mamy telewizor wielki jak pół Orlika. Ten sam los spotkał naturę – nie moja, a więc niczyja, a skoro niczyja, to nic nie szkodzi wyrzucić niedogaszonego papierosa do lasu, okazjonalnie wysikać się do jeziora czy zostawić butelki po piwie na łące, na której przed chwilą się imprezowało. Najpierw nachapać się do syta, a dopiero potem oddać następnemu w kolejce, gdy sami już i tak nie możemy – to nasza standardowa strategia korzystania z każdej formy własności. I nieważne, czy chodzi o mienie komunalne, czy o zasoby naturalne – byłem pierwszy, jestem panem. Gdzie mi się tu wpychasz, babo – zapłaciłem za bilet, to siedzę. Trzeba było wejść dwa przystanki wcześniej, to ty byś siedziała.
Katolicka zasada powszechnego przeznaczenia dóbr jest traktowana przez przeciętnego Polaka-katolika co najwyżej pobłażliwie, jako jeden z tych licznych nieszkodliwych kościelnych przeżytków, których i tak już nikt nie przestrzega i nikt nie zwraca na nie uwagi. W czasach absolutyzacji własności, wręcz jej sakralizacji („święte prawo własności”), twierdzenie, że własność obciążona jest hipoteką społeczną, aby dobra mogły służyć ogólnemu przeznaczeniu, musi się jawić jako bajanie jakiegoś niepoprawnego idealisty, w gruncie rzeczy niebezpiecznego, bo jeszcze zechce dokwaterować uchodźcę z Syrii do mojego M-3. Współczesny porządek ekonomiczny jest oparty na podziale na to, co moje i co nie moje, a poszczególne dobra może i były kiedyś powszechnie przeznaczone, ale tylko do momentu, gdy je nabyłem. To znaczy, de facto każdy mógł wejść w ich posiadanie, ale po transakcji to już jest inna historia. We współczesnej logice zasada powszechnego przeznaczenia dóbr jest więc podporządkowana własności prywatnej – obowiązuje, dopóki czegoś nie posiądzie konkretna osoba. Gdy ten kawałek pola jest już Marka czy Ilony, wtedy pieczę nad nim sprawują zasady prawa cywilnego, a nie boskiego. Tymczasem doktryna katolicka odwraca tę logikę: to własność prywatna podporządkowana jest powszechnemu przeznaczeniu dóbr, które powinno być uniwersalnym prawem ich użytkowania, a także pierwszą zasadą całego porządku społecznego.
Fetyszyzacja własności prywatnej powoduje, że z zupełnym lekceważeniem odnosimy się do własności wspólnej. To właśnie z tego powodu obojętnie patrzymy, jak niszczeje nasza własność publiczna oraz jak natura bywa przez nas bezlitośnie wykorzystywana. Za obie nie czujemy odpowiedzialności, ponieważ nie stoją u nas na biurku i nie zapłaciliśmy za nie naszą kartą bankową. Tymczasem własność prywatna powinna być tylko instrumentem ułatwiającym korzystanie z dóbr. Instrumentem, który da pewność, że gdy rano będę chciał jechać do pracy, to mój samochód będzie stał na parkingu i grzecznie czekał – nie oznacza to jednak wcale, że mogę z nim robić, co mi się żywnie podoba.
Przypomnienie sobie, że wszelkie dobra w boskim zamierzeniu mają co do zasady służyć wszystkim, może zmienić nasz stosunek do świata – zarówno do tego, co mam w torbie podróżnej, jak i tego, co mijam jadąc pociągiem. Postawienie zasady powszechnego przeznaczenia dóbr nad własnością prywatną wszystkim nam wyjdzie na zdrowie. Zaczniemy korzystać bardziej odpowiedzialnie z mienia własnego oraz publicznego, a także dostrzeżemy, że środowisko naturalne to dobro nie tylko moje, nawet nie tylko moich żyjących współcześnie sióstr i braci, ale wszystkich przeszłych i przyszłych pokoleń. Nasze place wypięknieją, a parki będą czystsze. Nasze usługi publiczne zaczną lepiej działać, a podatnicy będą bardziej sumiennie płacić na ich utrzymanie, zdając sobie sprawę, że czynią to we wspólnym interesie. No i przede wszystkim Polak-katolik będzie lepszym wiernym. Pytanie tylko, czy bycie lepszym wiernym jest jeszcze dla współczesnego Polaka-katolika jakąkolwiek wartością.
przez Magdalena Okraska | wtorek 8 marca 2016 | opinie
Zastanawianie się nad kwestią dzietności w Polsce z okazji 8 marca to swego rodzaju przyznanie racji retoryce, która uznaje dziecko za „sprawę kobiety”. Oczywiście w idealnych, laboratoryjnych warunkach potomstwo jest sprawą obu płci, i obie doznają z tytułu posiadania go radości i smutków oraz – co bardziej namacalne i wiążące – nabywają pewne prawa i obowiązki. Nie da się jednak ukryć, że Polska raczkuje pod względem udzielania jakiegokolwiek innego niż śladowe wsparcia socjalnego czy to samym dzieciom, czy kobietom jako ich „głównym” opiekunkom, czy, jak chce to widzieć prawica, rodzinom.
Zapowiadany na 1 kwietnia start programu pomocowego 500+ budzi definitywnie największe emocje spośród wszystkich decyzji partii rządzącej. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że o nocnych zakusach na Trybunał Konstytucyjny nie zapisano tyle papieru i kilobajtów, co o tym, czy owe 500 zł dadzą, kiedy dadzą, komu dadzą, a komu nie, i o tym, czy to wystarczająco sprawiedliwe. Opinię na temat przegłosowanego kilka tygodni temu programu ma absolutnie każdy, bez względu na to, czy jest ojcem lub matką i czy program go bezpośrednio dotyczy.
Przypomnijmy podstawowe założenia: owe 500 zł to świadczenie, które zostanie przyznane rodzinom posiadającym dwoje lub więcej dzieci, na każde dziecko od drugiego wzwyż, bez względu na dochody. W przypadku posiadania jednego dziecka spełnić należy kryterium dochodowe, wynoszące 800 zł na osobę w rodzinie lub 1200 zł w przypadku dzieci niepełnosprawnych. Świadczenie ma być wypłacane do momentu ukończenia przez dziecko osiemnastu lat. Na pierwszy, ostrożny rzut oka program wygląda i brzmi świetnie – oto naprawdę pierwsze tak powszechne świadczenie, które obejmie miliony obywateli i którego rezultat społeczny może być bliski przyznaniu uniwersalnego świadczenia wprowadzanego przez inne kraje. Oto pierwsze świadczenie, które nie upokarza śladową kwotą lub nie jest jednorazowe, jak tysiąc złotych becikowego, starczające na używany wózek i paczkę pieluch, ani krótkotrwałe, jak świadczenie z tytułu urlopu macierzyńskiego. Oto po raz pierwszy uznano, że sam fakt, iż ktoś ma dziecko, oznacza, że ponosi realne koszty i wyrzeczenia, które, dla dobra wspólnego, państwo powinno mu rekompensować.
Drugi rzut oka zarówno na sam program, jak i na towarzyszące mu reakcje, przynosi jednak otrzeźwienie. Dziurawości podstawowych założeń 500+ nie da się ukryć pod prawicowym frazesem o „wspieraniu rodzin”. Program w zamyśle egalitarny zaprzecza swej rzekomej egalitarności, czyniąc szereg zastrzeżeń co do warunków i zasad uzyskiwania pomocy. Przez ostatnie tygodnie przez internet przetoczyła się gorąca debata, której skutkiem było wypunktowanie minusów rządowych założeń. A minusy te są poważne i zmieniają wymowę wsparcia, które znienacka okazuje się wybiórcze. Oto pomocy nie otrzyma niezamożna rodzina z jednym dzieckiem, otrzyma ją za to człowiek, któremu zdarzyło się mieć dwójkę dzieci, a w normalnym kraju płaciłby podatki według progu podatkowego dla najbogatszych. Świadczenie ma więc obiektywne wady i nie jest tak powszechne, jak chciano by je przedstawiać. Warto się jednak zastanowić, czy jest tak złe, jak niektórzy je odmalowują.
Lista zastrzeżeń wobec 500+ jest niemal nieskończenie długa, a wachlarz argumentów od prawa do lewa niesłychanie bogaty i kolorowy. Znajdziemy tu i skrajnie neoliberalne poglądy. Że świadczenie jest zbyt wysokie, gdyż jest „za nic” – wychowywanie młodego człowieka, który potrzebuje jedzenia, ubrania i przyborów szkolnych, to, jak wiadomo, zupełnie nic, żaden wręcz wysiłek. Albo że pieniądze przecież należy samodzielnie zarobić, a nie „dostać”. Mamy tu także wysoce indywidualistyczne tofu-lewicowe narzekanie, iż program wspiera rodzicielstwo, którego przecież wspierać nie należy, bo jest nas na świecie zbyt dużo, a posiadanie dzieci nie jest ekologiczne i dla dobra planety powinniśmy rezygnować z prokreacji. A kończąc na tradycyjnych frazesach o „szklance wody”, której nikt nie poda na starość tym, co dzieci nie mają – więc każdy mieć je powinien bez żadnego wsparcia ze strony państwa. Osobiście wyznaję szalony solidarystyczny pogląd, że szklankę tę musimy podawać sobie nawzajem, co powinno skutkować wprowadzaniem jak największej liczby świadczeń i programów pomocowych. Wśród nich regularnie wypłacane wszystkim dzieciom, nie tylko tym wybranym według określonych kryteriów, 500 zł jest zaledwie pierwszym krokiem na długiej drodze. Spektrum przeczytanych i zasłyszanych reakcji na plany rządu jest naprawdę szerokie. Najciekawsze zaś padają z ust polityków opozycji, którzy, choć sami nie wsławili się przesadną pomocą opiewanej od lewa do prawa „rodzinie” (nigdy „kobiecie”), a podczas kampanii wyborczej negowali program jako rozdawnictwo zasobów, których przecież „nie mamy”, roszczeniowym masom ludowym, obecnie stoją na straży jego dokładnego wdrożenia i poszerzenia jego ram.
„Polek nie można kupić za 500 zł”, mówi Ewa Kopacz, zgrabnie wskakując z pozycji premier rządu, który wszelkie powszechne wsparcie uważał za niesmaczną wręcz rozrzutność, w buty społecznie wrażliwej oskarżycielki. „PiS zaczyna dzielić dzieci, na co nie ma zgody Platformy”, wtóruje jej Grzegorz Schetyna, sprytnie (i cynicznie, ale wyborca polski pamięć ma krótką) grając na uwielbianej przez Polaków, łatwo antagonizującej strunie pod tytułem „dlaczego on ma, a ja nie”. Ryszard Petru, na liście priorytetów którego obywatel znajduje się raczej na szarym końcu, stroi się w piórka obrońcy żłobków i przedszkoli, i twierdzi, że „Polacy nie mają dzieci, ponieważ brak im poczucia bezpieczeństwa, nie tylko finansowego”. A jakiego? Co oprócz stabilnej sytuacji zawodowej i mieszkaniowej może zasadniczo wpływać na decyzję o prokreacji? Co kryje się pod pojęciem „bezpieczeństwo”, jeśli nie mieszkanie bez kredytu (i bez teściów za ścianą), zatrudnienie za kwotę wyższą od najniższej krajowej i z umową etatową, możliwość spokojnego pójścia na roczny urlop macierzyński z gwarancją powrotu na swoje miejsce pracy? Czy to takie dziwne, że pani Iza z salonu fryzjerskiego czy pani Krysia z kiosku Lotto nie rodzą po trójkę dzieci, skoro zatrudnione są na odnawianych co miesiąc umowach-zlecenie, a ich mężowie dorabiają na czarno na budowach? Czy naprawdę powinien zaskakiwać nas fakt, że symboliczne becikowe nie skłoniło szerokich mas do rzucenia się w wir prokreacji? W retoryce polityków człowiek jest jednak przedmiotem rozgrywki wyborczej i powyborczej, a nie samodecyzyjnym podmiotem.
Połączenie konserwatywnych frazesów o świętości rodziny z neoliberalnym podejściem do redystrybucji dóbr nie zaowocowało do tej pory w Polsce niczym skutecznym, jeśli idzie o podwyższanie poziomu dzietności. Oto Beata Mazurek poleca samotnym matkom, które nie łapią się w widełki programu 500+, „ustabilizowanie sytuacji rodzinnej”. Pod tą ładnie brzmiącą etykietką kryje się po pierwsze dość obraźliwe założenie, że kobieta (lub po prostu jedna osoba dorosła) i dziecko nie stanowią rodziny, a po drugie przesadna wiara w siłę owych pięciuset złotych, dla których samotna kobieta poszuka szybko partnera i zajdzie w kolejną ciążę.
Dochodzimy tutaj do problemu najistotniejszego: czy 500 zł to mało, czy dużo? Wystarczy czy nie wystarczy? Brak w Polsce kompleksowego wsparcia kobiet/matek/rodzin, wsparcia finansowego, rzeczowego, opiekuńczego, dla których to 500 zł mogłoby być zaledwie punktem wyjścia. Potrzeba kroków kolejnych: dofinansowania edukacji przedszkolnej i opieki żłobkowej, zasiłków celowych, które nie wynoszą 80 zł miesięcznie, lecz o wiele więcej, wsparcia kobiet przy bezpiecznym powrocie na rynek pracy, a nie wypychania ich z niego za pomocą wykorzystania przez pracodawcę kruczków o braku ochrony po zakończeniu urlopu macierzyńskiego. Kraje, gdzie kobieta nie boi się na rozmowie kwalifikacyjnej przyznać, że ma małe dziecko, to kraje, które autentycznie wspierają rodziny, dzieci i obywateli, to kraje, które już zwyciężyły w batalii o podwyższenie dzietności. W świetle takiego porównania wypadamy oczywiście blado, a i sama kwota nie jest oszałamiająca. Nie zgadzam się jednak z argumentem, że „takie pieniądze to wstyd dawać” i lepiej byłoby nie dać nic. 500 zł to, rzecz jasna, niewiele, bo dziecko, zwłaszcza w wieku szkolnym, kosztuje miesięcznie dużo więcej. Jednak pani Iza czy pani Krysia, porównując te 500 zł z brakiem jakiegokolwiek wsparcia, odczują różnicę. Gwarantowane, regularnie wypłacane przez szereg lat kilkaset złotych może być tratwą ratunkową dla dwudziestolatki na śmieciówce czy niezamożnej studentki po „wpadce” z równie młodym chłopakiem (niestety, tylko o ile załapią się na próg wypłat dla rodzin najuboższych). Postulowanie wycofania tego wsparcia w imię „wszyscy albo nikt” albo „takich śmiesznych kwot nie należy dawać” – to oznaka braku solidarności oraz popularnego we współczesnej Polsce źle pojętego indywidualizmu, który zakłada, że nie wspieramy potrzeb żadnej z grup, której nie jesteśmy członkami.
Piszę te słowa z perspektywy kobiety, która nie jest i nie będzie matką. Zdaję sobie sprawę ze swojego w tej kwestii uprzywilejowania – jestem w stanie sama zadecydować, czy potomstwo mieć, czy nie mieć, nie odczuwam zbyt silnej społecznej presji w sprawie jego posiadania, mogę dokonać wyboru. Część kobiet jednak podobnego wyboru nie ma, również z powodu marnej edukacji seksualnej i nie zawsze łatwego dostępu do skutecznej antykoncepcji. Mnóstwo kobiet zaś po prostu chce mieć dziecko – w dogodnym momencie, w bezpiecznych warunkach – i to często niejedno. Jako kobieta, obywatelka, socjalistka, z całego serca wspieram więc wszelkie programy i świadczenia oraz wszystkie pomysły, które byłyby w stanie zapewnić im bezpieczną realizację tej potrzeby i pomoc przez kolejne lata. Tak, aby czuły się częścią społeczeństwa, które nie tyle łaskawie „wyciąga rękę”, co bardzo mu zależy, żeby ich życie płynęło spokojnie i pewnie. To gest zwykłej ludzkiej solidarności.
przez Sławomir Pruski | środa 2 marca 2016 | opinie
2 marca 2016 r. obchodzimy 95. rocznicę powstania tzw. Republiki Labińskiej (po chorwacku Labinska republika, po włosku La Repubblica di Albona) – strajku górników na Istrii, który przybrał charakter masowego buntu i uważany jest za pierwsze antyfaszystowskie powstanie na świecie.
Półwysep Istria, będący wcześniej częścią Austro-Węgier, po I wojnie światowej został przyłączony do Królestwa Włoch. Nowe władze zaczęły intensywnie eksploatować przyłączone tereny, poddając je również italianizacji. Obszar ten, zróżnicowany etnicznie, zamieszkiwała w przeważającej mierze, obok ludności włoskiej, ludność słowiańska (chorwacka i słoweńska). Nowo powstałemu Królestwu Serbów, Chorwatów i Słoweńców, które następnie przerodziło się w Królestwo Jugosławii, nie udało się objąć władzy nad tymi terenami i Istria stanowiła część państwa włoskiego do końca II wojny światowej, by po jej zakończeniu stać się częścią Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii, a po jej rozpadzie wejść w skład Chorwacji.
Półwysep istryjski, który dziś kojarzy się raczej z popularnym kierunkiem turystycznym i właśnie z turystyki czerpie dziś podstawowe zyski, ma jednak w swej historii znaczący, choć szerzej nieznany okres przemysłowy, związany z istniejącymi tam kopalniami i złożami węgla kamiennego. Węgiel wydobywano we wschodniej Istrii już za czasów Republiki Weneckiej, a przy jego wydobyciu w najlepszym okresie pracowało ponad 10 tysięcy górników. Choć ostatnią kopalnię w miejscowości Tupljak zamknięto w 1999 roku, tradycje górnicze, pamięć o górniczej przeszłości, a także świadomość opisanych wydarzeń mocno tkwią w kulturze i pamięci lokalnej społeczności. Łącznie we wschodniej części półwyspu istniało sześć kopalń w miejscowościach Raša, Strmac, Labin, Potpićan, Ripenda oraz Tupljak. Centralny ośrodek tego obszaru stanowi miejscowość Labin, dlatego opisywany subregion Istrii określa się mianem Ziemi Labińskiej, a powołane państewko – Republiką Labińską.
Do opisywanych wydarzeń przyczyniły się więc zmiany geopolityczne – przejście spod władzy austrowęgierskiej pod władzę włoską. Wyraźnie pogorszyły się warunki pracy i życia, postępowało też znaczne ograniczanie praw niewłoskich narodowości zamieszkujących ten zróżnicowany etnicznie teren. Bezpośrednim zaś impulsem były działania faszystów włoskich, którzy – choć nie rządzili jeszcze całym państwem włoskim – rośli w siłę i pozwalali sobie na coraz śmielsze kroki wobec wszystkich grup, które uważali za wrogie.
1 marca 1921 r. podczas drogi powrotnej z Triestu lider ruchu związkowego i socjalistycznego Ivan Pipan został w miejscowości Pazin napadnięty i pobity przez bojówki faszystowskie. Przybyły przedstawiciel władz faszystów już na miejscu nie zastał, a Pipanowi oznajmiono, żeby więcej nie przyjeżdżał do Pazinu.
Dotarłszy do miejscowości Vinež, o wydarzeniach w Pazinie poinformował on władze swojego związku zawodowego. Wiadomość o pobiciu rozniosła się szybko po całej Ziemi Labińskiej. Oburzone tymi i wcześniejszymi działaniami siłowymi faszystów (w tym samym roku oddziały faszystowskie zajęły siedzibę komitetu robotniczego w Trieście, a także napadły i podpaliły przedstawicieli związku zawodowego z kopalni Raš), związki zawodowe podjęły decyzję o przystąpieniu do strajku protestacyjnego. Rozpoczął się on 2 marca 1921 o godzinie 13.
Strajk wyszedł poza pierwotnie zakładane ramy. Przeobraził się w bunt oraz w ruch o charakterze politycznym, ekonomicznym i rewolucyjnym. Trwał 37 dni i został stłumiony po interwencji wojskowej. Uczestniczyło w nim ponad 2000 osób, przedstawicieli co najmniej siedmiu różnych narodowości.
Z braku innych dokumentów, wszystkie informacje opierają się na oficjalnych państwowych źródłach włoskich oraz relacjach świadków. Wynika z nich, że decyzję o strajku podjęła 2 marca przed południem Federacja Związków Zawodowych. Rozwiązanie takie zasugerował sekretarz federacji Ivan Pipan.
3 marca o godzinie 9 na rynku w miejscowości Vinež odbył się wiec, na który przybyło również wielu mieszkańców okolicznych wsi. Podczas wiecu na znak protestu przeciw narastającemu terrorowi faszystowskiemu potwierdzono uczestnictwo w strajku. Po zakończeniu wiecu miały miejsce incydenty pomiędzy strajkującymi a faszystami, wiele osób zostało rannych.
Narodowe Konsorcjum Spółdzielcze Produkcji Węgla i Jego Pochodnych z Florencji wydało następującą odezwę do górników, zwracając się do nich, by przejęli od obecnych zarządów w swoje ręce kopalnie węgla:
„GÓRNICY!
Na pewno wiecie, że w ostatnim czasie ukonstytuowane zostało Narodowe Spółdzielcze Konsorcjum Produkcji Węgla i Jego Pochodnych, z siedzibą we Florencji. Konsorcjum jest spółdzielczym zrzeszeniem górników.
Jego członkami są wyłącznie górnicy: należy do Generalnej Konferencji Pracy i Narodowego Związku Spółdzielni. Celem Konsorcjum jest to, aby kopalnie były użytkowane w formie spółdzielni, z wykluczeniem biurokracji państwa i kapitalistycznej spekulacji. Naszym programem jest, byśmy bez płacenia odszkodowania przejęli kopalnie, rozszerzając działania również na pozostałe gałęzie przemysłu. Uspołecznienie złóż węgla to ostateczny cel, do którego prowadzi działanie naszego Konsorcjum. ZE WSZYSTKICH KOPALNI TRZEBA USUNĄĆ WŁAŚCICIELI, prywatnych kapitalistów i wyzyskiwaczy pracy robotników!
W każdej kopalni powinna ukonstytuować się jedna spółdzielnia robotnicza – organ Konsorcjum, który powinien przejąć zarządzanie pracą pod swoją kontrolę. WSZYSTKIE KORZYŚCI I ZYSKI Z PRZEMYSŁU POWINNY PRZYPAŚĆ MASOM PRACUJĄCYM!
Konsorcjum dąży do tego, by na terenach górniczych rozpoczęło się nowe życie, nowy początek pracy i by bezpośrednio zrealizować wielkie idee społeczne, które rozwija świat pracy…”.
Odezwa została przesłana przed 2 marca, dlatego przypuszcza się, że pobity działacz związkowy Ivan Pipan pojechał do Triestu, by zająć stanowisko w tej sprawie.
Oprócz ataków faszystów i odezwy Konsorcjum z Florencji, na decyzję o podjęciu strajku wpłynęły ogólne nastroje w kopalniach, niskie płace, złe warunki życiowe oraz wysokie normy, jakie musieli wyrabiać pracujący.
W październiku 1920 roku został podpisany niekorzystny dla górników układ zbiorowy. Zgodnie z jego treścią, za jeden w ciągu miesiąca dzień nieuzasadnionej nieobecności w pracy groziła utrata całego zarobku. Jednocześnie według poprzedniego systemu austriackiego, górnicy mieli zagwarantowane 24 dni wolne od pracy rocznie, a nowy system włoski zapewniał zaledwie 12 dni.
Sam przebieg strajku świadczy o wysokim stopniu samoorganizacji uczestników. Dołączyła do niego również część administracji. Górnicy otrzymali także wsparcie od szlachcica Giovanniego Tonettiego, zwanego czerwonym baronem. Strajkujący przejęli kontrolę nas kopalniami, maszynami, zakładem oczyszczania węgla Štalije, składem materiałów wybuchowych oraz portem Brščica.
Powołano Komitet Górniczy (na czele z Ivanem Pipanem), który zarządzał wszystkimi działaniami. Zorganizowano zbiórkę żywności w okolicznych wioskach. Sformowano Czerwoną Straż (dowodził nią Francesco da Gioz), która miała bronić kopalni. Zaminowano składy węgla, szyby, zakład oczyszczania węgla, by uniemożliwić ewentualny atak. Uzbrojenie, jakim górnicy dysponowali, składało się z dziesięciu strzelb, niewielu granatów i rewolwerów oraz materiałów wybuchowych. W obawie przed łamistrajkami zatrzymano 13 górników z Sycylii, którzy sprzyjali władzom.
Komitet odpowiadał za kwestie polityczne i społeczne, do jego zadań należało utrzymywanie porządku i spokoju, a także rozwiązywanie ewentualnych sporów. Zarządowi kopalni przedstawiono postulaty ekonomiczne, dotyczące m.in. podwyższenia stawki dniówek. W związku z przedłużającymi się negocjacjami, górnicy 21 marca postanowili sami zorganizować produkcję. Zjechali pod ziemię, na kierownika wydobycia powołując technika górniczego Dagoberta Marchiga.
Przejmowanie fabryk pod hasłem Kova je naša (Kopalnia jest nasza), wzniesienie czerwonego sztandaru oraz wznowienie wydobycia były tym, co różni klasyczny strajk od buntu czy też ruchu, jaki zrodził się w Republice Labińskiej. Za strajk uważa się zaprzestanie pracy; w tym przypadku górnicy wrócili do pracy [formuła taka zwana jest strajkiem czynnym i była stosowana przez pracowników w różnych krajach, m.in. w Polsce w strajkującej fabryce żelatyny w Brodnicy pod koniec XX wieku – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”]. 21 marca rozpoczęło się wydobycie węgla, tym razem już na własny rachunek. 7 kwietnia z portu Štalije wypłynął nawet statek wypełniony węglem, za ładunek jednak nie zapłacono, ponieważ w międzyczasie bunt został stłumiony.
Chociaż wśród faszystów od początku dominowała chęć zaatakowania zbuntowanych górników, władze nie skłaniały się ku takiemu rozwiązaniu. Liczyły, że strajk nie potrwa długo. Spodziewano się również, że ludność lokalna będzie niechętnie nastawiona do działań górników – mieszkańcy jednak okazali się przychylni strajkującym. Z upływem czasu jednak także wśród władz umacniało się przekonanie o potrzebie siłowego stłumienia buntu. Podejmowano szereg działań mających na celu przerwanie protestu: negocjacje, próby przekupstwa czy różnego rodzaju naciski. Nie osiągnąwszy jednak spodziewanego rezultatu, 7 kwietnia władze wydały rozkaz siłowego zajęcia Ziemi Labińskiej. Do działań zaangażowano około 1000 dobrze uzbrojonych żołnierzy – do portu w Štalije wpłynęły dwa okręty wojenne z żołnierzami.
Podczas rozmów z Pipanem władze zaproponowały górnikom kapitulację, którą przywódca związkowy w imieniu górników odrzucił i zdecydował się podjąć walkę. Akcja wojskowa rozpoczęła się 8 kwietnia w godzinach rannych. Otoczeni górnicy wycofali się na skraj miejscowości Štrmac, gdzie stawili zbrojny opór. Ze względu na słabe uzbrojenie oraz brak doświadczenia zostali szybko zmuszeni do rezygnacji z dalszych działań. Wiadomo, że o godzinie 13 zajęto kopalnię w miejscowości Krapan, a o 13.30 – w miejscowości Vinež. Skład węgla w Štalije przejęli urzędnicy z Puli. Wszelki opór górników ustał w godzinach popołudniowych – Pipan zarządził przerwanie ognia, biorąc pełną odpowiedzialność na siebie.
W wyniku walk zginęło dwóch górników – Maksimilijan Ortar i Adalbert Sykora, wielu zostało rannych. Po stronie wojska ranne były dwie osoby. Aresztowano 40 górników, osadzając ich w więzieniach w Rovinju i Puli. Dwóch kolejnych zmarło w efekcie odniesionych ran i złego traktowania w więzieniu. Śledztwo trwało siedem miesięcy. Główny proces przed Sądem Okręgowym w Puli rozpoczął się 16 listopada i trwał do 3 grudnia 1921. Oskarżono łącznie 52 górników.
Z aktu oskarżenia wynika, że władze postrzegały strajk i wydarzenia na Ziemi Labińskiej jako zaprowadzenie reżimu sowieckiego. Prokurator traktował oskarżonych jako buntowników przeciw władzy państwowej. Obrońcy domagali się z kolei objęcia ich dekretem o amnestii.
Ponieważ dopiero umacniającym się i walczącym o przychylność mieszkańców nowym władzom nie zależało na zaognianiu i tak już napiętych stosunków z ludnością lokalną, ogłoszono wyrok uniewinniający, a aresztowanych wypuszczono na wolność.
Jednak część górników w obawie przed represjami wyemigrowała do Jugosławii (wówczas Królestwo SHS), innych krajów europejskich oraz Ameryki. Mimo likwidacji Komitetu Górniczego, aktywność górników na Ziemi Labińskiej nie została przerwana. Pogarszające się warunki życia doprowadziły w sierpniu 1922 r. do kolejnego strajku, który również zakończył się bez sukcesów – w międzyczasie nowe władze urosły w siłę i w konsekwencji wielu górników zwolniono.
27 kwietnia 1923 r., pół roku po dojściu Mussoliniego do władzy, w ramach italianizacji wydano dekret nakazujący zmianę słowiańskich nazw miejscowości na włoskie, podobną decyzję podjęto w sprawie nazwisk. Nowo powstała Komunistyczna Partia Włoch stała się dla labińskich górników najbardziej sprzyjającym podmiotem politycznym i naturalnym sojusznikiem – do „czerwonej federacji” związkowej, której przewodziła partia komunistyczna, wstąpiło 850 z nich. Raport milicji faszystowskiej z 9 lipca 1925 roku mówił: Miasto Labin, jak wiadomo, jest niezmiennie głównym centrum bolszewizmu w Istrii.
Mimo działań faszystów próbujących uniemożliwić jakąkolwiek aktywność samoorganizacyjną górników, ci w 1925 roku zastrajkowali ponownie. Co więcej, udało im się wywalczyć 25-procetową podwyżkę płac.
Pojawia się pytanie, czy Republikę Labińską charakteryzowały elementy państwowości. Z zeznań świadków i dokumentów nie wynika jednoznacznie, by została powołana w celu ustanowienia państwa, ani żeby była formalnie zorganizowana. Ludzie mówili o „Wolnej Republice”. W prasie włoskiej ruch ten nazywano „La Repubblica Rossa”, „San Marino Comunista” bądź „Comune Parigina Istriana”.
Chociaż formalnie nie została nigdy proklamowana, Republika Labińska pozostawiła trwałe ślady w regionie Labinu, a jej istnienie miało znacznie szerszy oddźwięk. Wydarzenia te należy postrzegać i interpretować w kontekście ówczesnych możliwości, szczególnie na obszarze Półwyspu Apenińskiego i Europy Środkowej. Wielonarodowe, ale wspólne stawianie zbrojnego oporu narastającemu faszyzmowi przetarło drogę antyfaszystowskiemu nastawieniu mieszkańców Istrii. Z drugiej strony syndykalistyczna walka górników, skupiona na tradycyjnej walce o prawa pracownicze, o polepszenie warunków pracy i życia obejmowała również elementy samostanowienia i samorządności z wiarą w to, że można samodzielnie decydować o swoim losie. Powstanie górników istryjskich uważane jest za pierwsze powstanie antyfaszystowskie na świecie. Chociaż faszyści doszli we Włoszech do władzy dopiero w 1922 r., w Istrii terror, represje i italianizacja rozpoczęły się już wcześniej, zaraz po przejęciu władzy przez państwo włoskie w 1918 roku. Osoby rządzące Istrią bardzo aktywnie uczestniczyły we wprowadzaniu faszyzmu we Włoszech. Dlatego też słuszne jest stwierdzenie, że Republika Labińska była pierwszym w skali świata wystąpieniem przeciw faszyzmowi.
Warto dodać, że data 2 marca dla upamiętnienia strajku i Republiki Labińskiej była po II wojnie światowej aż do rozpadu państwa obchodzona w Jugosławii jako Dzień Górnika. Dziś święto to obchodzone jest w Chorwacji, a przede wszystkim na Ziemi Labińskiej.
Sławomir Pruski
Przygotowując tekst korzystałem z następujących źródeł:
http://www.istrapedia.hr/hrv/72/labinska-republika/istra-a-z/
http://www.srp.hr/labinska-republika-2/
https://hr.wikipedia.org/wiki/Labinska_republika
http://www.minher.eu/
przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | wtorek 1 marca 2016 | opinie
Przyznaję – tytuł tekstu to prowokacja. Przecież każdy szanujący się lewicowiec wie, że fundamentalizm – tak jak populizm czy nacjonalizm – jest z gruntu nielewicowy! Jednak gdy odrzucimy epitety, okaże się, że populizm to w rzeczywistości nic innego jak solidarność z realnym (a nie wyimaginowanym) ludem, zaś nacjonalizm może oznaczać dążenie do upodmiotowienia społeczeństwa (jak w przypadku ruchów narodowowyzwoleńczych), dlatego warto też zdemistyfikować pojęcie fundamentalizmu. Jest to idea powrotu do podstaw (fundamentów) danego systemu wartości, światopoglądu czy doktryny, poprzez odrzucenie późniejszych wypaczeń, a zwłaszcza obcych naleciałości. Idea ta może się odnosić nie tylko do religii, ale też do świeckiej ideologii.
Czy również lewicowej? Gdy w dyskusjach z nowolewicowymi adwersarzami podpierałem swoje kontrowersyjne poglądy przykładami z dziejów ruchu robotniczego i społeczno-wyzwoleńczego, ci na ogół tylko wzruszali ramionami: „może i było tak kiedyś, ale nic nas to nie obchodzi, bo istotą lewicy jest ciągły postęp, rozwój, zmiana”. Przyszło nam jednak żyć w czasach, w których zmiana konfuduje nawet najbardziej zagorzałych lewicowców. Do tej pory niejako konstytutywną cechą lewicowości był historyczny i antropologiczny optymizm (spór między reformistami i rewolucjonistami toczył się jedynie o tempo historycznego postępu) – teraz zaczynają pojawiać się nuty zwątpienia i rozgoryczenia, desperacji, wręcz histerii (ot, choćby tutaj). Niestety, na ogół jest to bezradny lament dziecka, które nagle odkryło, że tak naprawdę za brodą Świętego Mikołaja ukrywa się niemiły pracownik hipermarketu, albo bunt nastolatka rozczarowanego szarą rzeczywistością swej rodziny, nijak nie przypominającą życia w modnych serialach.
Na tym tle rzeczowością i trafnymi obserwacjami wyróżnia się ważki tekst Krzysztofa Posłajki „Rok zapowiedzianej przyszłości”. Warto przeczytać go w całości, tu zacytuję tylko najistotniejszy, moim zdaniem, fragment: „Lewicowy projekt polityczny jest bowiem oparty na pojęciu postępu – a dokładniej na założeniu, że z postępem technologicznym powinien iść w parze postęp społeczno-etyczny. Lecz w sytuacji, gdy sądzimy, że mamy do czynienia z upadkiem cywilizacji, wiara w jakikolwiek postęp społeczny jawi się jako naiwność”.
Posłajko podniósł problem o absolutnie podstawowym znaczeniu, którego waga zdaje się wykraczać poza horyzont większości obserwatorów. Otóż istotą lewicowości od XVIII w. jest połączenie pewnego fundamentalnego systemu wartości (Wolność – Równość – Braterstwo) z ideą Postępu, czyli przekonaniem, że zmiany są nie tylko historycznie zdeterminowane, ale też prowadzą w nieunikniony sposób w pożądanym kierunku. Rzeczywiście, przez dwa stulecia było to prawdą. Każde kolejne pokolenie Europejczyków (na innych kontynentach wskutek kolonializmu było to bardziej powikłane) żyło w większym dobrobycie, doświadczało mniejszych nierówności, miało więcej praw i swobód. Jednak dwieście lat to króciutki wycinek w dziejach ludzkości, a formułowanie na tej podstawie praw historycznych jest dość ryzykowne.
Wątpliwości wobec tej metafizycznej (bo zapożyczonej poprzez Hegla z chrześcijaństwa) idei Postępu wyrażali nie tylko zdeklarowani reakcjoniści, ale też ludzie tacy jak Izajasz Berlin: „Ja nie dostrzegam stopniowego postępu. Oczywiście więcej wiedzy, szczęścia, dobroci, wolności, wydajności oznacza postęp. Niektórych z tych rzeczy mamy teraz więcej niż w innych epokach, innych mniej. Czy w dwudziestym wieku – niewątpliwie jednym z najgorszych w historii rodzaju ludzkiego – ktoś może jeszcze wierzyć w nieprzerwany postęp ludzkości? Albo w postęp w ogóle? Czy można w ogóle mówić o postępie, nie precyzując o jaką dziedzinę chodzi? Można mówić o systemie wartości, który większość ludzi na Zachodzie akceptuje obecnie, a nie akceptowała dwa tysiące lat temu; jest to postęp z punktu widzenia naszych wartości – pod pewnymi względami, a pod innymi nie. Ale ogólny ruch w jakimś określonym kierunku – nie, tego nie dostrzegam”…
Teraz rzeczywistość wdziera się już nawet pod najsilniej zaciśnięte powieki. Schyłek XX wieku przyniósł załamanie się progresywizmu. Vaclav Havel mówił w 1992 r.: „Upadek komunizmu oznacza koniec modernizmu. Tej ery, która zaczęła się w renesansie i rozwijała się przez oświecenie do socjalizmu, od pozytywizmu do scjentyzmu, od rewolucji przemysłowej do rewolucji informatycznej. Oznacza koniec ery, w której człowiek uważał, że może wszystko objaśnić i kontrolować, jest końcem ery ideologii, doktryn, poszukiwań uniwersalnej teorii świata i klucza do dobrobyt”.
Wbrew nadziejom „prawdziwej lewicy” upadek „realnego socjalizmu” nie otworzył drogi dla nowych eksperymentów w poszukiwaniu lepszego świata, ale zepchnął lewicowców do niekończącej się defensywy (pomijam z premedytacją kwestie obyczajowe). Kolejne dekady przynoszą pogłębianie się nierówności, demontaż osłon socjalnych, deregulację, liberalizację itd. Nie tylko w Polsce, ale w całej Europie, na całym świecie. W imię czego? W imię nowoczesności, tj. wydajności, konkurencyjności, otwartości, elastyczności, mobilności. Może to być zjawisko trwałe – Ted Kaczynski zauważył, że technologia jest z natury elitarna: im bardziej skomplikowana, tym mniej ludzi jest w stanie ją kontrolować. To dziś jest postęp – ten realny, przez małe „p”.
Już tak bywało w historii. Z górą tysiąc lat temu Słowianie żyli we wspólnotach rodowych – demokratycznych, względnie egalitarnych. Ale nadeszli książęta, możni, misjonarze i ustanowili feudalizm. Wtedy to był postęp. Rozwojowi kapitalizmu w Anglii towarzyszyło rugowanie chłopów z ziemi i pauperyzacja miejskiego proletariatu. Skutki kolonialnego „postępu” w XIX-wiecznych Indiach dobitnie opisał Marks.
Gdy postęp/nowoczesność coraz bardziej rozchodzi się ze sprawiedliwością/równością, lewica pozostaje zdezorientowana niczym żaba z dowcipu („przecież się nie rozdwoję!”). Chciałaby być za, a nawet przeciw. Być za postępem technologicznym – ale przeciw zwalnianiu pracowników, za globalizacją – ale przeciw jej neoliberalnym implikacjom, za uciskanymi mniejszościami – ale przeciw ich partykularyzmowi. Nieodmiennie jednak za postępem, a przeciw konserwatyzmowi (nawet jeśli wymaga to semantycznych i logicznych łamańców).
Dogmat, że zmiany muszą być zawsze dobre, sprawił, iż lewicowcy en masse zaakceptowali wszelkie, nawet najbardziej kontrowersyjne nowinki obyczajowe (w XX w. wcale nie było to oczywiste). Nawyk „stania w awangardzie postępu” przyniósł skutek w postaci upowszechnienia się taktyki nazwanej przez Lenina wdzięcznie „chwostyzmem” (ros. chwost – ogon). Gdy pojawia się jakieś poruszenie – wszystko jedno: na londyńskim rave party czy kairskim placu Tahrir – lewicowcy muszą tam być, choćby wirtualnie. Niestety te jaskółki lewicowej wiosny najczęściej okazują się wybudzonymi nietoperzami partykularnych konfliktów. Przymus „postępowości” prowadzi też do niezliczonych dezercji: kolejni bojownicy lewicy dochodzą do logicznego wniosku, że skoro lewicowość to postęp, a postęp to imperialistyczna globalizacja i neoliberalizm – trzeba to zaakceptować. Wymieniać by tu można i Tony’ego Blaira, i Jose Barroso, i amerykańskich neokonserwatystów, i wschodnioeuropejskich postkomunistów, ale przypadek Syrizy jest chyba najbardziej żałosny.
Wszystko to sprawia, że lewica nie jest w stanie wykorzystać potencjału oporu przeciw zmianom, który przechwytują prawicowe ruchy populistyczne, ksenofobiczne i fundamentalistyczne. I lamentuje, że lud nie dorósł do swej światłej awangardy. Że w Polsce robotnicy wolą głosować na PiS niż na Razem, we Francji wolą Front Narodowy od Nowej Partii Antykapitalistycznej.
„Co robić?”, zapytałby Lenin. Odpowiedź nie jest łatwa, bo i problem jest trudny. Odpowiedzi mogą być dwie, obie bolesne, oznaczające rozdarcie, pożegnanie się z częścią lewicowego dziedzictwa. Odpowiedź pierwsza to Lewica Postępu – lewica płynąca z prądem, akceptująca każdą zmianę, bez względu na wysokość kosztów „postępu”; lewica utożsamiająca się bez zastrzeżeń ze swoją nową mieszczańską bazą społeczną – produktem i beneficjentem przemian. Ale są też na lewicy ludzie, którzy zawsze stają po stronie przegrywających, po stronie rugowanych z ziemi chłopów czy tracących pracę górników, po stronie Indian przeciw kowbojom, choć to ci drudzy nieśli „postęp”. Bracia Strugaccy w opowiadaniu „Las” napisali: „Mam gdzieś fakt, że Kaczonóg [taka wioska – J.T.] to kamyczek w żelaznych żarnach ich postępu. Zrobię wszystko, by na tym kamyczku żarna się zaklinowały”. To odpowiedź druga – Lewica Wartości, broniąca zasad Wolności, Równości i Braterstwa nawet wbrew dominującym trendom, wbrew „postępowi”. Lewica sięgająca do swych korzeni. Lewica fundamentalistyczna.
Posłajko we wspomnianym tekście pisze: „Zadaniem dla lewicy jest zatem teraz stworzenie takiego progresywnego projektu politycznego, który będzie się przedstawiał jako możliwy do realizacji w czasach kryzysu poźnodwudziestowiecznego porządku”. Uznając, w kontekście tego, co napisałem powyżej, słowo „progresywnego” za retoryczny ozdobnik, pozwolę sobie zaproponować swoją wizję takiej lewicy na czas kryzysu. Moim zdaniem w sytuacji, gdy Postęp jest problematyczny, a Wolność niesie zagrożenia, lewicowy projekt adekwatny do ery zamętu musi ogniskować się wokół idei Solidarności (Braterstwa, jak kto woli). To właśnie poszukiwanie bezpieczeństwa, stabilizacji, oparcia w obliczu narastającego chaosu pcha ludzi w objęcia prawicy. Oczywiście solidarne społeczności mogą być rozmaicie zorganizowane – rolą lewicy jest walka, by stosunki międzyludzkie w ramach zbiorowości były oparte na zasadach maksymalnej możliwej równości i wolności.
Otwartym pozostaje pytanie o zasięg tej wspólnoty. Lewicowiec będzie oczywiście zawsze marzył o braterstwie uniwersalnym, wszechludzkim, w którym „już nie ma Greka ani Żyda” (List do Kolosan, 3). Warto jednak odróżnić program minimum od celu ostatecznego. W warunkach rozkładu więzi społecznych, atomizującego hiperindywidualizmu, postępującej anomii należy pielęgnować KAŻDĄ formę międzyludzkiej solidarności, zaczynając na najniższym poziomie, wychodząc od najbardziej elementarnych form: rodziny (niekoniecznie tradycyjnej), wspólnoty sąsiedzkiej. Myśl globalnie, działaj lokalnie! Nie oznacza to idealizowania partykularnych form wspólnotowości, które nader często pozostają ze sobą w konflikcie; zadaniem lewicy byłoby harmonizowanie interesów jak najliczniejszych grup i stopniowe integrowanie ich na coraz szerszej podstawie.
Koncepcja budowania solidarności „od dołu”, od tego, co bliskie, zrozumiałe, konkretne, może się jawić obrazoburczą. Wszak przeciętnemu lewicowcowi wszelki partykularyzm kojarzy się jak najgorzej – to Kaczyński, Orban, Trump, Państwo Islamskie… Obecnie jednak jedynym REALNYM uniwersalizmem jest uniwersalizm globalnych korporacji. W tych warunkach partykularyzm może stać się bastionem oporu – jak w przypadku Palestyńczyków, zapatystów, Kurdów. Perspektywicznie partykularyzm może być etapem pośrednim w budowie innego uniwersalizmu – szanującego, a nie niwelującego lokalne odrębności, zachowującego autentyczną wielokulturowość.
Przyjęcie takiego programu – powrotu do fundamentalnych wartości, do lewicowości starej, prastarej, archetypicznej – oznaczałoby trudne przewartościowanie, bolesną transformację. Byłaby to inna lewica, lewica pozbawiona złudzeń. Ale byłaby to lewica odpowiadająca na wyzwanie narastającego kryzysu.
Jarosław Tomasiewicz
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Remigiusz Okraska
przez Michał Wójtowski | wtorek 23 lutego 2016 | opinie
Latem ubiegłego roku pisałem sobie do sztambucha, czyli w mediach społecznościowych, o pewnym niezamierzonym spacerze i poczynionych wówczas obserwacjach: „Do domu ani daleko, ani bardzo blisko, jakieś pięć kilometrów – w sam raz tyle, by pieszo dotrzeć ani wcześniej, ani później niż komunikacją miejską. Bardzo ona tutaj, na południowych obrzeżach Gdańska, niedomaga, bo tkanka miejska spleciona jest nieregularnie. Raz sam beton, gdzie indziej pola, stepy, resztki lasu, staw, strumień. Dość, że poszedłem boczną ulicą, którą rozważałem wcześniej jako skrót w porannym dojeździe do przedszkola. Ulica podmiejska albo małomiejska, domy, podupadły pawilon handlowy, wystawiony na sprzedaż. Chyba od dawna, co dziwi, bo nadawałby się – w mieście bądź co bądź – na eksponat w muzeum nostalgii za PRL. Ktoś łowi ryby. Nie wiem, w jakiej wodzie, bo zasłaniają ją wybujałe trawy i chwasty. A może nie ma tam żadnej wody, a trzymana przez mężczyznę wędka to tylko oznaka jakiejś tęsknoty za wielkim jeziorem, rzeką, morzem. Zbliżając się do wylotu ustronnej ulicy, widziałem zrazu tylko łany zboża, potem jednak panorama otwiera się i spoza zbóż wyłaniają się pomniki niedokończonej nie miejskości nawet, ale niedomiejskości. Widziałem je nieraz z auta, zawsze zastanawiając się, jak to możliwe, że są w takim stanie. Na placu zabaw – już zbudowanym – żaglowiec z drabinkami, masztami i bocianimi gniazdami tonie w zielsku. Wybudowane niedawno bloki straszą pustymi oknami, od których odrywa się folia. Z żółtych tablic informacyjnych odpadają ostatnie strupy żółtej farby. Jest w tej przyszłej ruinie jakaś groźna uroda, podkreślona latem, jego słońcem, zapachami i barwami. Ghost town kredytowej gorączki złota sprzed kilku lat”.
Ostatnio zauważyłem, że na tym opuszczonym osiedlu trwają jakieś gorączkowe prace, krzątają się ludzie, krążą maszyny, wywrotki wywożą coś i przywożą. Mamy zimę bez zimy, dlatego cała robota prowadzona jest w oceanie błota, które wylewa się zewsząd i wszystko pochłania, także odzyskiwane tu właśnie szklane domy na miarę naszych pragnień i możliwości. Ponieważ jestem mądrzejszy o całe pół roku, chciałem tam podejść i powiedzieć krzątającym się, żeby lepiej tu nic nie budowali, że z tego budowania będą tylko same nieszczęścia, chciałem wyjaśnić im, że nie warto. Oczywiście nie podszedłem i nie wyjaśniłem. Wyśmialiby mnie, w końcu taka to już praca, więc budują i nie pytają, po co. Mają własne zmartwienia, a ci, dla których budują, będą mieli swoje. Ale ludzie przecież chcą i muszą gdzieś mieszkać. I zamieszkają w końcu w dzielnicy Gdańsk–Południe, gdzie wielkim wysiłkiem powstaje Druga Australia, odległy i obcy prawdziwym mieszczanom kontynent mieszkaniowy.
Australia, ta prawdziwa, aż do wieku XVIII pozostawała nieznana mieszkańcom Europy. Podobnie z okolicami, które teraz widzę za oknem. Wiedzę o historii Drugiej Australii czerpię z takich źródeł, jakie akurat mogę znaleźć. Najpierw od ciotek mojej żony, które pół wieku temu właśnie tędy jeździły na grzyby pekaesem. Według ich relacji było tu wtedy zupełnie pusto, jechało się pośród wzgórz, łąk i pól. Zresztą duża część terenów uprawnych należała do PGR-u, ten zaś powstał na terenach należących do dworu Zakoniczyn. Nie ma już PGR-u, rozprawili się z nim reformatorzy, chociaż zdaje mi się, że skarlałe krzaczki truskawkowe, jakie widuję w okolicy, to pamiątka po owocowych uprawach. Po dworze też niewiele już zostało. Czworaki wyburzone, stawy zarośnięte i stopniowo zasypywane, brukowana aleja także znika. Stoją tam zaś krzyże, które upamiętniają ostatnich właścicieli, zamordowanych podobno przez czerwonoarmistów. Budynek dworu jeszcze stoi i ktoś w nim mieszka, ale odkąd cały teren i zabudowania przejął – w zamian za obietnicę renowacji – deweloper, wszystko chyli się ku nieuniknionemu. I tak właśnie żelazna ręka wolnorynkowej konieczności dziejowej pogodziła w końcu PGR z dworem i przygotowała teren pod nowoczesne, zdobywcze osadnictwo.
Australię zbudowali osadnicy, rzadko kiedy zresztą dobrowolni. W XVIII i XIX wieku bywali to przeważnie skazańcy, a dla wielu z nich osiedlenie się na końcu świata było jedynym sposobem na uniknięcie stryczka. Tak trafili tam, między innymi, angielscy tkacze. Podstawami ich bytu zachwiał wynalazek optymalizujących zyski mechanicznych krosien, niszczyli więc maszyny i trafiali na zesłanie. Dzisiejszy kapitalizm dba o pozory, więc nikt nikogo nie zsyła pod przymusem. Jednak gdy cena zakupu jest za wysoka, a zdolność kredytowa za niska, trafisz w końcu do Australii. Tutaj też poszukasz mieszkania do wynajęcia, gdy jesteś – cytuję zasłyszane – „gdańskim słoikiem”.
Południe Gdańska jest tanie, a żeby było jeszcze tańsze – buduje się od kilkunastu już lat jak najwięcej. Domy pochłaniają polodowcowe wzgórza, zagajniki, wciskają się pomiędzy stawy i strumienie. Tam, gdzie znika natura nie powstaje jednak z konieczności cywilizacja, a gdzie buduje się domy, tam niekoniecznie jest miejsce dla ludzi. Nikomu rozsądnemu nie trzeba już dziś tłumaczyć, że deweloper nieprzymuszony do zadbania o potrzeby mieszkańców zabuduje każdy centymetr kwadratowy czymś, co może szybko sprzedać i zapomnieć. Ponieważ przymuszany nie był i nadal nie jest, trudno się dziwić, że w Drugiej Australii najwięcej jest domów i parkingów, bardzo dużo sklepów, ale bardzo mało publicznych przedszkoli, szkół i bibliotek. Największymi instytucjami publicznymi w okolicy są, co niezwykle wymowne, komunalny cmentarz oraz miejska spalarnia odpadów.
Na ironię zakrawa, że takie właśnie inwestycje miejskie znalazły się tam, gdzie tak wiele rodzi się i rośnie dzieci. Kiedy schodzę na parter, zawsze muszę przeciskać się korytarzami, bo pełno tu wózków dziecięcych, rowerków albo sanek, hulajnóg i czego tam jeszcze potrzeba maluchom – trudno tu uwierzyć, że w Polsce mamy jakiś demograficzny kryzys. To samo wynika z wiosennych i letnich obserwacji na nielicznych placach zabaw – w Australii brakuje wielu rzeczy, ale dzieci jest wcale niemało. Zwykle zresztą są to mali ludzie, którzy chodzą już lub zaraz pójdą do szkoły.
Do tej grupy zalicza się także nasz młodzieniec. Jeszcze w wakacje myśleliśmy, że lada moment wyślemy go do szkolnej zerówki, bo jest do tego zupełnie gotów. A my – nawiasem mówiąc – całkiem chętnie zdejmiemy z domowego budżetu kwotę kilku tysięcy złotych rocznie, jaką pochłaniało prywatne przedszkole. Upatrzyliśmy sobie nawet publiczną szkołę, do której będzie chodził, bardzo niedaleko – w warunkach australijskich mniej niż dziesięć minut pieszo to po prostu główna wygrana na loterii. Niestety, okazało się, że rejonową szkołą jest nie ta za górką, ale ta o dwa kilometry stąd. W dodatku polska edukacja została w międzyczasie poddana kolejnej „naprawie”, a takie zabiegi w Polsce oraz w Drugiej Australii powodują głęboką niewydolność całego systemu edukacji. Głęboką na tyle, że ktoś o odpowiednio wyczulonym słuchu mógłby usłyszeć, jak właściciele szkół niepublicznych otwierają szampany, bo umordowana chaosem, niepewnością i tłokiem klientela w końcu znajdzie drogę do ich placówek. A placówki te, których i u nas nie brakuje, mogą już wkrótce zaliczać się do największych beneficjentów programu 500+.
Przy okazji poszukiwań szkoły dowiedzieliśmy się, że w centrum Gdańska dzieci jest mało, za to miejsc w szkołach całkiem sporo. Rodzice, którzy, jak przystało na mieszkańców niedomieścia, codziennie dojeżdżają do pracy do metropolii, będą więc szukać miejsc jeśli nie w prywatnej szkole, to w publicznej podstawówce. Obydwa rozwiązania będą miały podobny skutek – dodatkowo osłabią społeczne więzi w sąsiedztwie, które sąsiedztwem jest tylko z nazwy. Nie może być inaczej tam, gdzie tyle jest ogrodzeń, a brakuje ławek, tyle jest parkingów, a tak mało placów. Przecież z niedostatku dospołecznej przestrzeni, miejsc spotkań, wynika w dużej części to, że gdańscy Australijczycy pozostają „samotnym tłumem”.
Pisząc to, przypominam sobie pewną szkolną czytankę. Nie pamiętam, do której klasy był to podręcznik, na pewno jednak z takiego samego trzydzieści parę lat temu uczyli się moi rówieśnicy w podstawówce. Tekst opowiadał o tym, jak uczą się dzieci w Australii. Na odległość, drogą radiową lub telewizyjną, nie znając się nawzajem – chodziło zapewne o dzieci z australijskiego interioru. Pamiętam, że nie brakowało w czytance zachwytów nad możliwościami oferowanymi przez nowoczesną, jak na owe czasy, technologię komunikacyjną. Pamiętam i to, że dla PRL-owskiej, znającej się z podwórka, dzieciarni miejskiej były to sprawy wyjątkowo egzotyczne. Dziś obawiam się, że mieszkańcy terenów niedomiejskich zaznają tej egzotyki codziennie. Nasze dzieci nie będą już potrafiły wyobrazić sobie innego świata społecznego niż ten, w którym żyje się osobno, bo tego uczą się od kołyski: w swoich fotelikach samochodowych, w odległych od miejsca zamieszkania przedszkolach, bibliotekach i domach kultury.
Myślę więc, że oprócz – chaotycznie prowadzonej – polityki prorodzinnej potrzeba nam wreszcie polityki prospołecznej. Takiej, gdzie publiczne środki przeznacza się na publiczne inwestycje, pełniące funkcję ośrodków życia społecznego. Taką rolę z istoty swojej pełni szkoła, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach – staje się miejscem spotkań, zabawy, uczestnictwa w kulturze. Gdy takiego ośrodka zabraknie, jedynym liczącym się centrum społeczno-kulturalnym pozostaje parafia, a uwagę tę dedykuję wszystkim świeckim wolnomyślicielom, którzy liberalnie nie lubią państwa. Lekcja Radia Maryja nadal nie została przez was odrobiona.
Kiedy więc miałbym już podchodzić do pracujących na opuszczonej budowie robotników, powiedziałbym, że może lepiej budować z głową, to znaczy odpowiedzialnie. Prywatny inwestor nie musi się jednak przejmować takimi rzeczami. Tak pewnie zachowa się i ten, który niedokończone osiedle podnosi z ruiny. Nie zapobiegnie jednak ruinie społecznej kilku domów w szczerym polu. Dlatego troski i odpowiedzialności oczekiwałbym raczej od samorządów, zaś od państwa na szczeblu centralnym – przemyślanej strategii rozwoju dla takich pomników wolnorynkowej anarchii jak nasza Australia.
Myślę też, że jest to jedno z zadań, jakie ma do rozwiązania w Polsce społeczna lewica. Kulturalnie i edukacyjnie wykluczani mieszkańcy podmiejskich osiedli już dziś głosują nogami. Niektórzy dojdą do przekonania, że zbawi ich edukacja prywatna – świecka lub wyznaniowa – bo państwo znowu ich zawiodło. Ci najpewniej będą dla lewicy społecznej straceni, więc najwyższa pora, by pobudzić do życia, choćby i polityczne, ruchy niedomiejskie. A na zakończenie jeszcze jedna uwaga: niezależnie od kwestii politycznych trzeba się liczyć z tym, że Australia (nie tylko ta gdańska), gdy pozostawić ją samą sobie, będzie dryfowała w kierunku gettoizacji. Wtedy, jak w przypadku francuskich banlieus, będzie to już problem nas wszystkich, którzy wybudowaliśmy sobie na północy globalne Południe.