Jak Szwedzi i Norwegowie przełamali władzę 1 procenta

Jak Szwedzi i Norwegowie przełamali władzę 1 procenta

Pracując nad utrwaleniem zdobyczy ruchu Occupy, warto przyjrzeć się innym krajom, w których masom ludowym udało się pokojowo wprowadzić wysoki poziom demokracji i sprawiedliwości ekonomicznej. W latach 30. XX wieku zarówno Szwecja, jak i Norwegia, po długich pokojowych walkach doświadczyły ogromnej zmiany u władzy. Oba kraje „zwolniły” 1% najbogatszych, do tej pory wyznaczający kierunek, w jakim miało podążać społeczeństwo, i położyły fundamenty pod nowe prądy.

Oba kraje mają za sobą historię przerażającej biedy. Kiedy rządził 1%, setki tysięcy ludzi emigrowały, aby uniknąć głodu. Jednak pod presją klasy robotniczej Szwecja i Norwegia zbudowały silne, doskonale funkcjonujące gospodarki, które niemal wyeliminowały ubóstwo, rozszerzyły zasięg bezpłatnego szkolnictwa, zlikwidowały slumsy, zapewniły doskonałą powszechną opiekę zdrowotną i stworzyły system pełnego zatrudnienia. W odróżnieniu od Norwegii, Szwecja nie odkryła złóż ropy, ale to nie powstrzymało jej przez zbudowaniem czegoś, co ostatnia edycja „World Factbook” CIA nazywa „godnym pozazdroszczenia standardem życia”.

Żaden z tych krajów nie jest ideałem, o czym wiedzą czytelniczki i czytelnicy kryminałów Stiega Larssona, serii Mankela o Kurcie Wallanderze oraz Jo Nesbo. Krytyczne lewicowe autorki i autorzy starają się popychać Szwecję i Norwegię do przodu na drodze do bardziej sprawiedliwych społeczeństw. Jako amerykański aktywista, który po raz pierwszy znalazł się w Norwegii w 1959 roku podczas studiów i nauczył trochę jej języka i kultury, zachwyciłem się osiągnięciami tego kraju. Przypominam sobie, jak godzinami jeździłem na rowerze po ulicach małego, przemysłowego miasta, na próżno szukając budynków mieszkalnych w złym stanie. Czasem, opierając się dowodom, które widziałem na własne oczy, wymyślałem sobie historyjki, które „odpowiadały” za to, co widziałem: to przecież „małe państwo”, „homogeniczne społeczeństwo”, które osiągnęło „konsensus w kwestii wartości”. W końcu zrezygnowałem z nakładania własnych ram na te kraje i odkryłem prawdziwe powody: ich własne historie.

Wówczas zacząłem rozumieć, że społeczeństwa Szwecji i Norwegii zapłaciły cenę za taki standard życia. Swego czasu robotnice i robotnicy Skandynawii nie spodziewali się, że polityka parlamentarna może przynieść zmianę, w jaką wierzyli. Zorientowali się, że z 1% u władzy cała „demokracja” parlamentarna była wymierzona przeciwko nim. Tym, co pozwoliło na prawdziwą zmianę układu sił, była pokojowa akcja bezpośrednia.

W obu krajach do obrony interesów 1% wezwano wojsko, zginęli ludzie. Nagradzany szwedzki reżyser, Bo Widerberg, jaskrawo odmalował te wydarzenia w filmie „Ådalen 31”, opowiadającym historię strajkujących robotników i robotnic zamordowanych w 1931 roku oraz o wybuchu strajku generalnego.

Budowa jednolitego ruchu społecznego była trudniejsza w Norwegii, której niewielka populacja – około trzech milionów ludzi – była rozsiana na terytorium wielkości Wielkiej Brytanii, podzielona górami i fiordami, posługująca się regionalnymi dialektami w odosobnionych dolinach. W XIX wieku Norwegią rządziła najpierw Dania, później Szwecja; dla Europy Norweżki i Norwegowie byli „wiejskimi prostakami” bez wpływu na cokolwiek. Dopiero w 1905 roku Norwegia uzyskała niepodległość.

Na początku XX wieku robotnice i robotnicy zrzeszający się w związki zawodowe kierowali się zasadami marksizmu, zmierzając ku rewolucji, jak i doraźnej poprawie życia. Z radością przyjęli obalenie caratu, a Norweska Partia Pracy dołączyła do tworzonej przez Lenina Międzynarodówki Komunistycznej. Nie została tam jednak długo. Główny rozdźwięk pomiędzy norweskim ruchem robotniczym a leninowską strategią dotyczył stosunku do rozwiązań siłowych: Norweżki i Norwegowie chcieli wygrać swoją rewolucję poprzez kolektywną, pokojową walkę, tworzenie spółdzielni i parlamentarną reprezentację polityczną.

W latach 20. trwała intensywna walka strajkowa. W mieście Hammerfest w 1921 roku powstała pod przywództwem rad robotniczych lokalna władza robotnicza – komuna, jednak została ona zdławiona interwencją armii. Klasa robotnicza odpowiedziała strajkiem generalnym. Kapitał wspierany przez państwo złamał ten strajk, co z kolei doprowadziło do strajku pracowników przemysłu metalurgicznego w latach 1923-24.

Norweski 1% nie pokładał wszystkich nadziei w armii. W 1926 stworzył ruch nazwany Ligą Patriotyczną, składający się głównie z klasy średniej. W latach 30. Liga liczyła około 100 tysięcy osób – w kraju o populacji zaledwie trzech milionów! – które zajmowały się m.in. zbrojną obroną łamistrajków.

W międzyczasie Partia Pracy otworzyła się na wszystkich, bez względu na członkostwo w związku zawodowym. Osoby podzielające poglądy marksistowskie pochodzące z klasy średniej, reformiści, pracownice i pracownicy sektora rolnego, a także właściciele małych gospodarstw – wszyscy oni dołączyli do partii. Przywództwo partii rozumiało, że w przedłużającej się walce konieczne będzie ciągłe poszerzanie bazy członkowskiej i wciąganie kolejnych warstw społecznych do pokojowej kampanii. Kolejna fala strajków i bojkotów przetoczyła się w roku 1928, w okresie rosnącej polaryzacji.

W 1931 roku uderzył Wielki Kryzys, a bezrobotnych było więcej niż w jakimkolwiek kraju nordyckim. W odróżnieniu od amerykańskich związków zawodowych norweskie syndykaty nie usuwały członkiń i członków, którzy z racji utraty pracy nie mogli płacić składek. Ta decyzja opłaciła się i stała wkrótce fundamentem masowej mobilizacji. Gdy konfederacje przemysłowców dokonywały lokautów, próbując zmusić robotnice i robotników do zaakceptowania obniżki płac, związki odpowiedziały masowymi demonstracjami.

Wiele osób dowiedziało się, że ich kredyty hipoteczne są zagrożone (brzmi znajomo?). Kryzys trwał, rolnicy nie byli w stanie spłacać długów. Niepokoje uderzyły w regiony rolnicze, odbywały się pokojowe protesty przeciw wyrzucaniu rodzin z ich gospodarstw. Partia Chłopska, zrzeszająca większych posiadaczy ziemskich, wcześniej blisko związana z Partią Konserwatywną, zaczęła się dystansować od 1%. Można było zauważyć, że zdolność wąskiej elity do rządzenia masami zaczyna się chwiać.

W 1935 roku Norwegia znalazła się na krawędzi. Konserwatywny rząd codziennie tracił „prawowitość”; 1% był coraz bardziej zdesperowany, a wśród klasy robotniczej i rolników rosły bojowe nastroje. Radykalne skrzydło ruchu robotniczego przewidywało, że do całkowitego obalenia władzy może dojść w ciągu kilku lat. Jednak nędza społeczeństwa stawała się coraz bardziej paląca, a Partia Pracy odczuwała rosnący nacisk swoich członkiń i członków na ulżenie cierpieniom biednych. Mogła to zrobić wyłącznie poprzez objęcie rządów po zawarciu kompromisu ze stroną przeciwną.

Zawarto kompromis, który pozwolił właścicielom zachować i kierować swoimi przedsiębiorstwami. W tym samym roku powstał rząd Partii Pracy i Partii Chłopskiej. Rząd rozwinął gospodarkę poprzez rozpoczęcie robót publicznych wraz z polityką pełnego zatrudnienia, która stała się podstawą norweskiej polityki gospodarczej. Sukcesy Partii Pracy oraz bojowe nastawienie klasy robotniczej umożliwiły stały atak na przywileje 1%, doprowadzając do przejęcia części dużych firm przez państwo.

1% utracił w ten sposób swoją odwieczną dominującą pozycję ekonomiczno-społeczną. Przez następne trzy dekady konserwatyści nie brali udziału w rządach. W międzyczasie zaakceptowali nowe zasady gry: wysoki wskaźnik publicznej własności środków produkcji i sektora publicznego w gospodarce, mocno progresywne opodatkowanie, surowe regulacje rynku i prawie całkowite wyeliminowanie biedy. Gdy w końcu zaczęli mieć wpływ na podejmowanie decyzji, próbowali wykonać zwrot w stronę polityki neoliberalnej – wówczas nastał kryzys, a gospodarka zmierzała ku katastrofie (brzmi znajomo?).

Partia Pracy wkroczyła do akcji, wzięła pod lupę trzy największe banki, zwolniła czołowych menedżerów, zostawiła największych akcjonariuszy samym sobie. Mniejszym bankom odmówiła publicznej pomocy finansowej na kontynuowanie dotychczasowej polityki. Tak oczyszczony sektor finansowy, dokładnie regulowany i kontrolowany w dużej mierze przez państwo, był solidny i oparł się kryzysowi 2008 roku.

Chociaż Norwedzy i Norweżki zapewne nie opowiedzą wam tego przy pierwszym spotkaniu, to fakty pozostają faktami – wysoki poziom wolności i powszechnego dobrobytu zaczął się, gdy klasa robotnicza i rolnicy wraz z sojusznikami z klasy średniej rozpoczęli pokojową walkę, która umożliwiła rządy ludu dla wspólnego dobra.

George Lakey

Tłumaczenie Mateusz Trzeciak

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej commondreams.org w styczniu roku 2012.

Globalizacja nocy

Globalizacja nocy

Gdy mowa o produkcji globalnej i migracji zarobkowej, prawdopodobnie wyobrażamy sobie przepływ osób pomiędzy biednymi a bogatymi częściami świata. Globalną siłę roboczą można jednak mobilizować i zatrudniać także w inny sposób – wprawdzie bez przemieszczania się osób, za to z nie mniej dotkliwymi skutkami dla ich życia. Takimi jak te związane z często półlegalnym wykorzystywaniem zagranicznych pracowników na stanowiskach niewymagających wysokich kwalifikacji. Amerykański socjolog A. Aneesh badał funkcjonowanie indyjskich call center, które oferują korporacjom transnarodowym usługi w zakresie telemarketingu oraz windykacji dla klientów z bogatej anglojęzycznej części świata. W ramach swych badań etnograficznych Aneesh zatrudnił się na parę miesięcy w jednym z call center w indyjskim mieście Gurgaon niedaleko New Delhi.

Wyszkoleni do przydatności

Tytuł książki Aneesha „Neutral Accent. How Language, Labor, and Life Become Global” (Neutralny akcent. Jak język, praca i życie stają się globalne, 2015) odnosi się do szkolenia językowego, które przechodzą kandydaci do pracy w call center. Większość z nich – często absolwentów uniwersytetów lub szkół wyższych – bez problemu porozumiewa się w języku angielskim. Muszą oni jednak oduczyć się indyjskiego akcentu i przyswoić akcent „neutralny”. Językoznawca może zaprotestować (tak jak zaprotestował socjolog Aneesh podczas swej pierwszej, nieudanej rozmowy kwalifikacyjnej), twierdząc, że neutralny akcent nie istnieje. Indyjskie call center jednak same go wymyślają, ponieważ potrzebują pracowników przydatnych do obsługi amerykańskich, brytyjskich i australijskich klientów. Gdyby wyszkolić ich w jednej wersji języka angielskiego, ich przydatność byłaby ograniczona. Dodatkowo pracownicy muszą sobie przyswoić realia geograficzne i kulturowe klientów zagranicznych na drugim końcu linii, żeby być dla nich odpowiednimi partnerami do rozmowy. Neutralizacja i naśladownictwo to w tym przypadku dwa podstawowe założenia komunikacji.

Wydawać by się mogło, że nie jest to rozpaczliwie ciężka praca. Dodajmy jednak, że indyjscy pracownicy muszą funkcjonować w strefach czasowych obsługiwanych klientów. Oznacza to, że pracują w nocy i śpią w ciągu dnia. Z powodu braku transportu publicznego do ośmiogodzinnej nocnej zmiany należy doliczyć jeszcze kilkugodzinne podróże do pracy, w większości organizowane przez pracodawcę, który wynajmuje w tym celu kierowców zwożących i rozwożących pracowników. Dochodzi przez to do dramatycznego rozdziału czasu aktywności pracowników z czasem aktywności ich rodzin i przyjaciół. Kontakty międzyludzkie są ponadto bardzo ograniczone także w ramach zespołu pracowniczego. Jak zaznacza Aneesh, oprócz pierwszych tygodni szkolenia językowego i kulturowego, podczas którego grupa kandydatów mogła się zaprzyjaźnić, czas pracy w call center wypełnia stresująca seria setek rozmów telefonicznych każdego dnia – pracownicy rozpoczynają jedną rozmowę za drugą, z klientami, którzy często w ogóle nie chcą z nimi rozmawiać. Wszelkie relacje społeczne w miejscu pracy kurczą się w ten sposób do wspólnego obiadu w stołówce o północy.

Aneesh spotkał w gronie swoich współpracowników także tych, którym takie wyrwanie z rodziny i otaczającego społeczeństwa względnie odpowiadało w ich sytuacji życiowej. O wiele częściej jednak swoją pracę postrzegali jako gwałtowne odseparowanie od siebie ekonomicznego, społecznego i biologicznego wymiaru własnej egzystencji. Takie życie podsumował jeden ze współpracowników Aneesha następująco: Wróci do domu, nie ma żadnego życia towarzyskiego. De facto jest martwym gościem. Swój własny stan podczas badania terenowego w roli pracownika call center autor opisuje jako permanentne uczucie jet lagu, połączenia braku snu i poczucia utraty związku ze światem zewnętrznym. Aneesh przedstawia przekonujący przegląd literatury poświęconej związkowi pomiędzy zdrowiem a chronobiologią człowieka, który dość jasno ukazuje, że nie jest dla nas obojętne to, kiedy śpimy, a kiedy czuwamy. Długotrwałe nocne czuwanie szkodzi ludzkiemu ciału przysposobionemu do trybu dziennego – między innymi podwyższa ryzyka zachorowań na raka, wystąpienia otyłości oraz innych problemów zdrowotnych. Obecnie Międzynarodowa Agencja Badania Raka (IARC) klasyfikuje pracę w godzinach nocnych jako potencjalny czynnik rakotwórczy.

Architektura algorytmu

Autor przypomina w tym kontekście historyczną walkę o ośmiogodzinny dzień pracy i pyta, dlaczego dzisiaj nie istnieje podobna mobilizacja proletariuszy przeciwko pracy w godzinach nocnych. Ekonomiczny, społeczny i biologiczny wymiar naszego życia uległy tak dalekiemu rozszczepieniu, że nie istnieje żadne wspólne pojęcie „dobrego życia”, żaden uniwersalny punkt, w imię którego można by taką walkę rozpocząć. Przeciwnie, od trzydziestu lat regulacje dotyczące pracy nocnej w skali całego globu ulegają rozluźnieniu.

Praca w godzinach nocnych i problemy ze snem na skutek stresu zawodowego nie dotyczą dziś wyłącznie obywateli tzw. Trzeciego Świata. Dwudziestoczterogodzinna gospodarka globalna ingeruje w rytmy biologiczne pracowników na całej kuli ziemskiej. Negatywnych skutków nie rozwiązuje się poprzez zmianę warunków pracy, lecz farmakologicznie – za pomocą środków nasennych (w Stanach Zjednoczonych w 2005 r. wypisano 43 miliony recept na tego typu leki) oraz przez opracowanie procedur czyniących pracę nocną bardziej efektywną (np. podawanie regularnych dawek kofeiny albo stosowanie mocnego, bezpośredniego oświetlenia). Krytyczne ustalenia chronobiologii są najczęściej wykorzystywane na rzecz kapitalizmu, a nie w ramach oporu przeciwko niemu.

Aneesh koncentruje się jednak nie tylko na pracownikach call center, ale również na adresatach na drugim końcu linii. Kluczową rolę w telemarketingu odgrywają bowiem algorytmy, które wybierają „odpowiednie” numery telefoniczne na podstawie dostępnej bazy danych. Autor poświęca cały rozdział opisowi „algorytmokracji” (algocracy) czy też „władzy algorytmicznej”, która jego zdaniem w coraz bardziej zasadniczy sposób panuje nad naszym życiem. W odróżnieniu od biurokracji, kontrolującej zachowania poprzez socjalizację, wpajanie zasad i karanie za ich przekraczanie, algorytmokracja kształtuje środowisko, w którym zachowujemy się zgodnie z zaprowadzonymi normami, a nawet nie musimy ich znać. Przede wszystkim zaś nie możemy ich przekroczyć. Zostały one wprogramowane bezpośrednio w architekturę naszego świata lub, inaczej mówiąc, świat został wprogramowany w nie same. Możemy wprawdzie próbować dbać o swoje facebookowe, kredytowe i inne tożsamości nieustannie przeliczane przez algorytmy, zapewniając sobie przyszłość w systemie zer i jedynek. Jak jednak ostrzega John Naughton, algorytmy są dla większości z nas black boxami, czarnymi skrzynkami, o których nie wiemy, jak funkcjonują – i za które często nikt nie jest odpowiedzialny.

Niezbyt obszerna książka amerykańskiego etnografa płynnie łączy historie konkretnych osób, w tym samego Aneesha, z diagnozami z obszaru nauk społecznych i przyrodniczych. Oferuje niezwykłe spojrzenie ze stołówki indyjskiego call center na szybko globalizujący się świat. Autor przedstawia krytyczną analizę neutralności rozumianej jako obojętność wobec różnic stref czasowych, dnia i nocy, językowej specyfiki i sposobów życia. Co do płaszczyzny wspólnego oporu przeciwko dyktatowi korporacyjnej nocy, pozostaje jednak sceptyczny.

Tereza Stöckelová

Przekład: Krzysztof Kołek

Artykuł pierwotnie ukazał się na stronie A2larm.cz – czeskim internetowym dzienniku związanym z pismem „A2”. Przedruk za zgodą autorki.

Ślepa uliczka tyranii większości

Konflikt pomiędzy różnymi obliczami demokracji przebiega nie tyle pomiędzy liberalnymi i nieliberalnymi wersjami tego ustroju, co wzdłuż dwóch odmian stylu rządzenia: monopolistycznego oraz opartego na porozumieniu. Historia najnowsza naszego regionu pokazuje, że modele zbudowane na dominacji jednej grupy przynoszą per saldo więcej strat niż zysków.

W sporze zwolenników oraz przeciwników zmian w funkcjonowaniu głównych instytucji państwa, wprowadzanych przez rząd wyłoniony po ostatnich wyborach parlamentarnych, część publicystów i komentatorów twierdzi, że panująca w Polsce od prawie ćwierćwiecza epoka demokracji liberalnej ma się ku końcowi. Tego rodzaju opinie podzielają zarówno ci pozytywnie nastawieni do lansowanej przez PiS idei „dobrej zmiany”, jak i jej gorący przeciwnicy. Obydwie grupy mają istotną trudność w zdefiniowaniu terminu, którym z taką chęcią się posługują. Stronnicy sejmowej większości z pewną, mało skrywaną, satysfakcją nadają pojęciu „liberalna demokracja” cechy pejoratywne, a szeroko pojęta opozycja widzi w nim bezdyskusyjny „wzorzec z Sèvres”.

Gorąca dyskusja na temat pożądanego przez polskie społeczeństwo modelu ustrojowego, tocząca się na przełomie 2015 i 2016 roku, wydaje się więc tyleż emocjonalna, co intuicyjna.

Zaczął Orbán czy Žižek?

Sympatycy „dobrej zmiany” z dużą dozą sympatii patrzą na politykę sprawującego władzę już drugą kadencję (a trzecią w całym swoim politycznym życiorysie) premiera Węgier Viktora Orbána. Wielu obserwatorów europejskiej i globalnej polityki stawia naddunajski kraj za przykład „demokracji nieliberalnej”. Utwierdzają w tym słowa samego lidera FIDESZ-u, który przy wielu okazjach zwracał uwagę, że liberalna demokracja nie jest jedyną odmianą ustroju, jaki zgodnie z greckim źródłosłowem oznacza władzę ludu. Warto zwrócić uwagę, że przy okazji ilustrowania swojej tezy konkretnymi przykładami Orbán wspomina takie kraje, jak Rosja, Chiny, Singapur, Brazylia, Japonia czy Indie. Formalnie rzeczywiście łączą je konstytucyjne zapisy stwierdzające demokratyczną formułę sprawowanych tam rządów. Niemniej, zupełnie inne ramy funkcjonowania ustrojowego mają zróżnicowane etnicznie, religijnie i społecznie Indie oraz Brazylia, zachowujące (mimo licznych problemów) instytucjonalnie bliską cywilizacji zachodniej formę rządów. Jeszcze inną – Japonia i Singapur (nazywane czasem „demokracjami dyscypliny i porządku”), a zupełnie odmienną – autorytarna Rosja i monopartyjne Chiny.

Lepiej od Orbána próbują definiować demokrację nieliberalną inni politycy węgierscy. Minister gospodarki Mihály Varga stwierdził, że demokracja liberalna to przede wszystkim rządy dominacji globalnego kapitału, drenujące małe kraje i przekształcające je w neokolonialne peryferia. Przeciwstawienie się takiemu ustrojowi należałoby jego zdaniem oprzeć na kombinacji keynesowskiej polityki pełnego zatrudnienia oraz „narodowego kapitalizmu”, zakładającego akumulację miejscowego kapitału i pobudzenie innowacyjności krajowej gospodarki. W takim ujęciu mamy do czynienia z utożsamieniem demokracji liberalnej z neoliberalnym modelem ekonomiczno-społecznym, masowo przyjętym po zakończeniu zimnowojennego podziału świata przez wiele krajów Europy Środkowej, Ameryki Łacińskiej i Azji. Jego wcieleniem jest tzw. konsensus waszyngtoński, opierający się na szerokim otwarciu rynków krajowych dla międzynarodowych inwestorów, prywatyzacji państwowej własności i deregulacji, skutkującej wycofywaniem się państwa z aktywnej roli w gospodarce, oraz na likwidacji protekcjonizmu i barier w handlu zagranicznym.

Wbrew powszechnemu przekonaniu, Węgrzy nie są w Europie Środkowej pionierami w krytyce liberalnej demokracji. Znany filozof Slavoj Žižek już w 2001 roku w książce „On belief” (wydanej po polsku siedem lat później pod tytułem „O wierze”) ocenił, że współczesna demokracja liberalna to w istocie anemiczna ideologia polityczna pławiąca się w teoretycznych konstruktach w rodzaju wolności lub „praw człowieka”, wszystkich służących do maskowania kontroli, którą system ten osiągnął nad własnymi apologetami, powodując ich coraz głębsze zniewolenie. Opinia myśliciela rozumiana wulgarnie może stanowić element politycznego credo zarówno prawicowego, jak i lewicowego radykała, widzących w libertyńskim lub drobnomieszczańskim humanizmie i politycznie poprawnym koncyliaryzmie demokracji zachodniej dowód zepsucia współczesnej cywilizacji.

Spod warstwy ostrych słów przebija jednak inna intencja autora, którą jest nie tyle promowanie rozwiązań autorytarnych czy nawet totalitarnych (intuicyjnie wydających się znajdować na przeciwnym biegunie niż demokracja liberalna), co próba udowodnienia, że złudzeniem jest, promowana po 1989 roku, wizja liberalnego „końca historii” wraz z towarzyszącą mu depolityzacją życia publicznego. W eseju „Witajcie na pustyni rzeczywistości” Słoweniec stwierdził, że główna linia podziału we współczesnym świecie przebiega pomiędzy nowoczesną post-polityką i ekstremistyczną, prawicową repolityzacją. Przy użyciu przewrotnej argumentacji Žižek wydaje się bronić niestroniącej co prawda od konfliktów, ale potrafiącej dbać o dobro wspólne oświeconej demokracji, opartej na debacie i niełatwym kompromisie. Demokracji wcielanej w życie chociażby za czasów „wielkiego powojennego konsensusu” (great post-war consensus) w Wielkiej Brytanii, datującej się od czasów rządów gabinetu Clementa Attlee (1945-51), aż po premierostwo Jamesa Callaghana (1976-79), rządów IV i V Republiki we Francji aż do końca lat 80., modelu socjalnej gospodarki rynkowej w RFN czy w końcu demokracji włoskiej aż do czasów pojawienia się Silvio Berlusconiego.

Žižek w heglowskim stylu chce przezwyciężyć liberalną demokrację, aby ją ponownie zrozumieć i ochronić jej podstawową substancję. Słabością tego ustroju nie są dla niego zbytnia proceduralność lub konsensualizm, ale ukryta przemoc i dominacja, kryjące się za liberalną narracją pozornej zgody wszystkich ze wszystkimi. Całkiem otwarta przemoc towarzyszy (bo nie musi się już przecież ukrywać za parawanem liberalnych formuł) narracji autorytarnej. Liberalna demokracja ukrywająca konflikty i różne formy autorytaryzmu są więc w istocie dwiema stronami tego samego medalu. Analogicznie rzecz ujmując, dyktatorzy głoszący swoją niezależność od zglobalizowanego świata i hegemonii Zachodu, stanowią krzywe, a niekiedy tragikomiczne odbicie agresywnych międzynarodowych korporacji i imperialistycznej dominacji.

Lijphart i lekcja słowacko-chorwacka

Dość swobodne intuicje Žižka w nieoczekiwany, choć nad wyraz empiryczny sposób potwierdził wybitny holenderski politolog i badacz systemów partyjnych Arend Lijphart. W klasyfikacji systemów demokratycznych narodzonych w Europie Środkowo-Wschodniej po 1989 roku wyróżnił cztery zasadnicze modele: demokrację formalną, elitarną, autokratycznej większości (tyrannnical majorities) oraz demokrację upartyjnioną.

W przypadku demokracji formalnej mamy do czynienia z ustrojem sprowadzonym do fasadowych rytuałów i martwych zapisów prawnych. Nie istnieje w nim konkurencja wolnych sił (Rosja putinowska). Demokracja elitarna to rządy konkurujących ze sobą grup oligarchicznych, monopolizujących politykę, stanowienie prawa i gospodarkę (Ukraina w czasach prezydentury Leonida Kuczmy, większa część krajów poradzieckich, Serbia w epoce Miloševića). Demokracja autokratycznej większości to z kolei dość rozpowszechniony przypadek. Ma on zarówno swoje warianty łagodne, charakteryzujące się brakiem skłonności rządzącej większości do konsensusu politycznego z opozycją i niechęcią wobec ponadpartyjnego ustalenia racji stanu danego państwa. Jednak istnieją także przykłady bardziej drastyczne, gdy rządzący z góry odrzucają wszelki kompromis z politycznymi przeciwnikami, odmawiają im partycypacji w mechanizmach kontroli władzy, dyskryminują w dostępie do mediów publicznych oraz przedstawiają jako siły szkodliwe dla sformułowanej przez grupę rządzącą racji stanu. Z tego typu działaniami mieliśmy do czynienia za czasów rządów Vladimira Mečiara na Słowacji (1994-98) oraz w Chorwacji w latach prezydentury Franjo Tudjmana (1990-1999).

W pierwszym z tych krajów nowa rządząca większość na pierwszym posiedzeniu parlamentu, podczas trwającej całą noc sesji, wymieniła ponad 40 osób stojących na czele różnych instytucji państwowych, m.in. szefa Najwyższej Izby Kontroli, prokuratora generalnego, kierownictwo państwowego radia i telewizji wraz z członkami rad nadzorczych, i nie pozwoliła, żeby jakikolwiek z posłów opozycji stanął na czele komisji parlamentarnych. Przez cały okres sprawowania władzy przez koalicję przewodzonej przez Mečiara, rząd pozostawał w ostrym konflikcie z prezydentem Mihalem Kováčem oraz prezesem Trybunału Konstytucyjnego, kwestionując niemal wszystkie posunięcia polityczne ówczesnej głowy państwa oraz usiłując wpływać na najwyższy urząd orzekający o zgodności ustaw z konstytucją, aby ten ograniczał i tak wątłe prawa opozycji parlamentarnej.

Z kolei w Chorwacji rządząca partia, z której wywodził się prezydent, usiłowała metodami administracyjnymi hamować aktywność opozycji w strukturach samorządowych oraz mediach publicznych. Sam Tudjman używał, szczególnie w ostatnich latach swoich rządów, dość ostrego języka pod adresem opozycyjnych stronnictw, twierdząc, że podobnie jak w XIX wieku, są one klientami Budapesztu, Wiednia i Stambułu i wszystkich wielkich tego świata, którym nie podoba się niepodległa Chorwacja. (za: I. Radoś, Tudjman izbliza, Zagreb 2005).

W obydwu przypadkach Bratysława i Zagrzeb znalazły się w połowie lat 90. na peryferiach polityki globalnej, a elity zarządzające nimi w sposób zbliżony do autorytarnego musiały oddać władzę ugrupowaniom odwołującym się w swojej praktyce politycznej do bardziej demokratycznych i otwartych na porozumienie strategii sprawowania władzy.

Typowy dla młodych demokracji pozostaje ostatni w tej klasyfikacji model demokracji upartyjnionej. Scenę polityczną cechuje spore rozdrobnienie i konieczność zawierania nietrwałych porozumień koalicyjnych, skutkujących przewlekłymi tarciami oraz częstą zmianą rządów. Ten stan panował na początku transformacji na Węgrzech, w Polsce (czasowo powracając w latach 2006-2007 podczas rządów trójkoalicji PiS-Samoobrona-LPR), krajach nadbałtyckich, Słowenii, Czechach, Rumunii, Albanii oraz Serbii i Chorwacji po 2000 roku.

Klątwa tyranii większości

Z klasyfikacji Lijpharta widać jasno, że poważnymi zagrożeniami dla młodych demokracji są monopolistyczne modele elitarnej i autokratycznej większości. Polska również nie jest wolna od tego zagrożenia, choć przejawia się ono w sposób dużo bardziej subtelny niż w Słowacji i Chorwacji w latach 90. Dotyczy ono przede wszystkim zamkniętej formuły rządzenia państwem i awansu społecznego w jego ramach. Przez wiele lat ograniczała się ona do elit wchodzących do polityki przy Okrągłym Stole oraz do ich spadkobierców. Podczas dwóch kadencji rządów koalicji PO-PSL miał miejsce proces marginalizowania opozycji oraz lekceważenia pozaparlamentarnych inicjatyw społecznych (osobny problem to pytanie, na ile stanowił on efekt słabości organizacyjnej i merytorycznej ówczesnych adwersarzy rządu). Prowadziło to w znacznym stopniu do odczuwalnego osłabienia poziomu debaty i kultury politycznej, faktycznego braku obiektywnej dyskusji o poważnych problemach związanych z przyszłością i modernizacją kraju (kwestie demograficzne, reformy emerytalnej, OFE, górnictwa i energetyki, zagadnienia polityki międzynarodowej i roli Polski w strukturach międzynarodowych). Rządzący oskarżali opozycję o działania niekonstruktywne, a opozycja rządzących – o zawłaszczanie państwa i naginanie prawa. Tego rodzaju „klątwa” w sposób zwielokrotniony przeszła na nowe władze wyłonione w wyborach powszechnych w ubiegłym roku decyzją większości głosujących. Przesadna polaryzacja promowana przez wielu polityków PiS i sprzyjających im ludzi mediów, sugerująca, że popieranie tej partii jest wyborem aksjologicznym i patriotycznym, prezentowanie drugiej strony (lub stron) konfliktu jako ogłupionych „lemingów” bez tożsamości i korzeni, powtarzające się wykorzystywanie i interpretowanie prawa zgodnie z interesem grupy znajdującej się aktualnie u władzy, nietypowy, „nocny” styl stanowienia i wykonywania prawa, lekceważenie konstytucyjnych organów państwa itp. wskazują, że polskie elity, niezależnie od politycznych barw, wciąż nie są w stanie wyzbyć się ciągot do tworzenia rządów autorytarnej większości.

Historia dojrzałych demokracji zachodnich oraz dzieje regionu wskazują, że zmienne preferencje elektoratu nie dają mandatu do budowy państwa konfrontacyjnego, niechętnego dialogowi społecznemu, wyśmiewającego głos opozycji i odrzucającego mozolne rozwiązywanie problemów przekraczających granice partyjne. Państwo autokratycznej większości, podobnie jak oparta na fałszywej zgodzie, niewłaściwie rozumiana liberalna demokracja, to dwie strony tej samej fałszywej monety. Zamiast walczyć z „komunistami i złodziejami” oraz „rodzącą się nową dyktaturą”, rządzący i opozycja powinni w zdrowych ramach politycznego sporu współtworzyć kulturę służącą rozwojowi społeczeństwa w złożonych warunkach ponowoczesności.

Minimalna granica przyzwoitości

Minimalna granica przyzwoitości

Uchwalenie godzinowej stawki minimalnej dla umów zleceń zbliża się coraz większymi krokami i wiele wskazuje na to, że jeszcze w drugiej połowie bieżącego roku to rozwiązanie, które w polskich warunkach powinno być po prostu oczywistą koniecznością, w końcu się urzeczywistni. Wiele mówi o prawdziwym stanie polskiego rynku pracy fakt, że przepis, który ma jedynie zapewnić przestrzeganie prawa w zakresie minimalnego wynagrodzenia, może rzekomo doprowadzić do likwidacji miejsc pracy na wielką skalę. We wszystkich innych dziedzinach życia kogoś, kto użala się nad faktem, że nie będzie mógł już swobodnie łamać prawa, nazwalibyśmy co najmniej hipokrytą, jednak zasada ta dziwnym trafem nie obejmuje ekonomii. W debacie o gospodarce argumenty wysuwane przez podmioty regularnie łamiące przepisy zawsze były traktowane jako warte rozważenia, nawet jeśli w innych okolicznościach podobne tezy uznalibyśmy za ordynarny szantaż. Jako że kijem biegu Wisły nie odwrócę, zagram przez moment na tych wątpliwych warunkach.

Trzeba na początek ustalić jedno – wprowadzenie godzinowej płacy minimalnej dla umów cywilnoprawnych nie jest jakąś łaską dla pracowników, lecz rozwiązaniem, które ma umożliwić realne funkcjonowanie przepisów od dawna już formalnie istniejących. Płaca minimalna w Polsce oficjalnie jest w miarę przyzwoita (jak na polskie bieda-warunki oczywiście). W roku 2015 wynosiła 1750 zł brutto, a przeciętne wynagrodzenie według GUS wyniosło 4121 zł, tak więc stanowiła ona ok. 42 procent średniej krajowej. W większości krajów europejskich, które wprowadziły ogólnokrajową płace minimalną (a tych jest 22), wskaźnik ten mieści się w przedziale 40-45 proc., więc nie odbiegamy tu od normy. Problem w tym, że w Polsce takie rozwiązanie to w dużej mierze fikcja. Pracodawcy, dzięki szerokim możliwościom nadużywania umów cywilnoprawnych, bez zażenowania oferują umowy zlecenie z taką godzinową stawką za pracę, która w żaden sposób nie koresponduje z oficjalną płacą minimalną. Godzinowa stawka minimalna wynikająca z przepisów o minimalnym wynagrodzeniu, która obowiązuje umowy kodeksowe, w przeliczeniu w 2015 r. wynosiła ok. 10 zł brutto, tymczasem w niektórych branżach (ochroniarstwo, firmy sprzątające) takie wynagrodzenie jawi się niczym niedościgłe marzenie – królują tam stawki kilkuzłotowe.

I właśnie m.in. dlatego jesteśmy w ścisłej unijnej czołówce, jeśli chodzi o odsetek pracowników zarabiających nie więcej niż wynosi pensja minimalna. Stanowią oni w Polsce aż około 10 proc. zatrudnionych, co jest piątym wynikiem w UE. Bez porównania mniej jest ich chociażby na Słowacji czy Węgrzech (po 4 proc.) czy nawet w Bułgarii (3 proc.). W Polsce ten wskaźnik jest tak „napompowany”, ponieważ poza osobami zarabiającymi pensję minimalną istnieje jeszcze spory segment rynku pracy wynagradzany poniżej jej poziomu.

Oczywiście istnienie takiego „triku” umożliwiającego swobodne płacenie głodowych stawek na umowach zlecenie, bez oglądania się na jakieś fanaberie w rodzaju przepisów o wynagrodzeniu minimalnym, musiało skończyć się eksplozją uśmieciowionego zatrudnienia. I właśnie dlatego jesteśmy już niemal światowym hegemonem w kategorii umów czasowych, na których, według najnowszego raportu OECD „Employment Outlook 2015”, pracuje 28,4 proc. polskich zatrudnionych. Co więcej, szybko gonimy Chile, które co prawda wciąż jest pierwsze (29,2 proc.), ale w kraju, gdzie reżimu elastyczności uczył sam generał Pinochet, ten wskaźnik regularnie co rok spada, natomiast nad Wisłą rośnie. O ile te akurat dane są dość dobrze znane i często w Polsce omawiane, to z niezrozumiałych powodów rzadko się u nas mówi o danych dotyczących pracujących zagrożonych ubóstwem, których jest tu zdecydowanie najwięcej w regionie. Jest to oczywiście bezpośrednim wynikiem umożliwienia płacenia im głodowych stawek. Pracownicy, którzy są zagrożeni ubóstwem, stanowią w Polsce aż 10,6 proc. ogółu zatrudnionych, tymczasem w Czechach jest ich zaledwie 3,6 proc., na Słowacji 5,7 proc., na Węgrzech 6,4 proc., a w Bułgarii 9,2 proc. W Europie wyprzedzają nas pod tym względem w zasadzie jedynie ciężko przechodzące kryzys kraje południa Europy (Portugalia 10,7 proc., Hiszpania 12,5, Grecja 13,4, ale już nie Chorwacja – 5,7 proc.) oraz Rumunia (19,6 proc.). W zdecydowanej większości krajów UE ten wskaźnik jest jednocyfrowy, jednak my do tej większości nie należymy. Niestety w wyniku masowego omijania przepisów o płacy minimalnej Polska stała się krajem, w którym praca nie chroni przed ubóstwem.

Ile mają wspólnego z prawdą ostrzeżenia, że wprowadzenie godzinowej płacy minimalnej spowoduje eksplozję bezrobocia dobrze pokazuje przykład Niemiec, które w 2015 r. wprowadziły ją w całej federacji w kwocie 8,5 euro za godzinę. Była to nad Renem bez mała rewolucja, gdyż do tej pory nie funkcjonowała tam ogólnokrajowa płaca minimalna, tymczasem wprowadzono ją od razu na wysokim poziomie. W przeliczeniu na miesięczne zarobki płaca ta wynosiła w Niemczech 1473 euro, co przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej oznaczało, że jest ona w Niemczech drugą najwyższą w UE, po Luksemburgu (bez uwzględnienia siły nabywczej piątą najwyższą). Mimo to nie nastąpił wróżony przez ekspertów wzrost bezrobocia – wręcz przeciwnie, spadło ono o pół punktu procentowego. Pod koniec 2014 r. wynosiło 5 proc., a pod koniec 2015 r., czyli po roku obowiązywania nowych przepisów, wyniosło 4,5 proc., co oznacza, że obecnie niemieckie bezrobocie jest… najniższe w UE.

Oczywiście trzeba zdawać sobie sprawę, że jakaś część najniżej wynagradzanych miejsc pracy może zniknąć w wyniku wprowadzenia godzinowej płacy minimalnej dla umów zleceń. Jednak te „bieda-prace” i tak są w istocie jedynie formą ukrytego bezrobocia, gdyż ubodzy pracujący, których jak widać jest w Polsce zdecydowanie najwięcej w regionie, muszą dodatkowo korzystać ze wsparcia chociażby pomocy społecznej. Zatem do tych najniżej wynagradzanych miejsc pracy, z których korzyści czerpią niektórzy pracodawcy, musimy dopłacać my wszyscy. Wszyscy zrzucamy się na pomoc socjalną dla ubogich pracujących, zapewniamy im opiekę zdrowotną, na którą sami nie mogą się składać lub składają się na nią jedynie w minimalnym wymiarze, a gdy przejdą na emeryturę znów będziemy ich wspierać transferami, gdyż pracując za głodowe stawki nie będą w stanie odłożyć składek wystarczających na godziwą emeryturę. Tymczasem zyski z tego, że można w Polsce całkowicie legalnie zatrudniać ludzi za kilka złotych na godzinę, powędrują do kieszeni poszczególnych cwaniaczków, którzy jeszcze w towarzystwie czy debacie publicznej uchodzić będą za wielkich przedsiębiorców, niemal w pojedynkę tworzących nasz mityczny PKB.

Trzeba w końcu jasno i wyraźnie powiedzieć, że „biznesmeni” oferujący „miejsca pracy” za 6 zł na godzinę bezczelnie żerują na całym społeczeństwie, a więc nie są żadnymi bohaterami kapitalizmu. Firmy, które mogłaby zarżnąć godzinowa stawka minimalna wysokości proponowanych przez rząd 12 złotych, nigdy nie powinny powstać, gdyż nie stanowią żadnej wartości dodanej dla polskiej gospodarki. Miejsca pracy, które oferują, to żadne miejsca pracy, bo wszyscy do nich dopłacamy. Zdrowszą już sytuacją będzie, gdy ci „przedsiębiorcy” przestaną udawać, że zatrudniają i płacą, państwo przestanie udawać, że bezrobocie jest niskie, a ci wszyscy biedni ludzie, którzy tracą nawet i po kilkanaście godzin dziennie ofiarowując swoją energię za bezcen, oficjalnie przejdą na jakiś czas na garnuszek państwa i skupią się na podwyższaniu swoich kwalifikacji oraz szukaniu lepszej pracy. Bo po 12 godzinach pracy w ochronie człowiek raczej nie ma już sił próbować popchnąć swoją karierę zawodową do przodu i może z tego powodu utknąć w takiej „bieda-pracy” na lata.

Dobrze o tym wiedzą ci, którzy korzystają z tej niemal darmowej pracy. Wartość dodaną dla Polski stanowią bez wątpienia firmy, które potrafią uzyskiwać niezłą rentowność dzięki oferowaniu unikalnych produktów, posiadaniu dobrego pomysłu na biznes czy konkurowaniu efektywną organizacją pracy. Firmy, które rentowność uzyskują dzięki temu, że mają do dyspozycji prawie darmową siłę roboczą, nie stanowią żadnej wartości i powinny upaść jak najszybciej, gdyż jedynie zaśmiecają rynek – stanowią nieuczciwą konkurencję wobec tych, którzy niekoniecznie chcą robić biznes na wyzysku, a także powodują obniżenie rynkowych stawek oraz zniekształcanie oficjalnych statystyk rynku pracy.

Jednak oczywiste jest, że zdecydowana większość miejsc pracy wycenianych poniżej pensji minimalnej przetrwa. Przecież niemożliwe jest, by różne podmioty nagle zrezygnowały z usług firm ochroniarskich czy sprzątających, a niektóre hipermarkety z kasjerek. Po prostu nie będą miały innego wyjścia, niż w końcu zapłacić swoim ludziom przyzwoicie. Trzeba będzie się pogodzić z faktem, że za niektóre produkty i usługi będziemy musieli zapłacić więcej, ale zrekompensuje nam to fakt, że zwiększymy dynamikę gospodarczą dzięki włączeniu w życie gospodarcze wielu osób, do tej pory z niego wykluczonych. Część ludzi na pewien czas straci pracę, która i tak nie była specjalnie wartościowa, za to dużo więcej osób dostanie wyższe pensje, dzięki czemu sytuacja na rynku pracy się polepszy, na czym ostatecznie skorzystają także ci pierwsi. No bo chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie wyobraża sobie, że ci wątpliwej jakości pracodawcy pozwalniają wszystkie sprzątaczki i wszystkich ochroniarzy i sami chwycą za mopy albo staną w stróżówkach.

Gdy wolny rynek robi sobie wolne

To było latem. Wioska po polskiej stronie, przy granicy ze Słowacją. Niedziela, lato, góry i górale. Przystanek busów, bez wiaty, ale z tablicą kursów. Na rozkładzie wywieszka kilku przewoźników. Sprawdziłem wcześniej – coś będzie jechało do Nowego Targu. Zdejmuję plecak, czekam. Trochę drepczę w miejscu. Zapalam papierosa, czekam. Przechodzą góralki w strojach ludowych, w dresach znaczy. Patrzę na góralki, czekam. Biegnie pies. A może to był kot. (W każdym razie coś biegło, z całą pewnością – biegł czas, czasokot taki, albo czasopies, ten pierwszy biegnie ciszej, ten drugi głośniej. Ten mój biegł coraz głośniej, bo busa nie było). Patrzę na zegarek, czekam. Patrzę w kierunku Tatr – z miejsca, gdzie stoję, dziwnym trafem nie zasłania ich żadna szmata reklamowa, góry nade mną jak niebo, niebo nade mną jak góry, robię się refleksyjny, ale bardziej jednak czekam. Jest już po czasie. Nic nie jedzie. Znów przechodzą góralki – tym razem w drugą stronę, znaczy wracają ze sklepu. Owszem, w niedzielę też czynny, jak Pan Bóg przykazał. Młody góral jedzie na rowerze. Ba, chyba nawet na ostrym kole, bo kilka metrów ode mnie źle wchodzi w zakręt, z górki na pazurki, i upada. Ale z upadku się podnosi – bardzo to ludzkie. Czas płynie, busa nie ma. Baba z wozu, koniom lżej. Przepraszam, chciałem napisać, że baba z wozu wysiada. Dużego wozu, to chyba SUV. Za kierownicą chłop. Patrzy na mnie wzrokiem ludu. Czuję się winny, gdy lud tak na mnie dziwnie patrzy, patrzy podejrzliwie – jesteś dłużnikiem, wielkim dłużnikiem ludu pracującego. Ale zasadniczo wciąż czekam, a czasopies biegnie i głośno już ujada. Wyciągam telefon. Chmury niebem emigrują na Słowację.

Jako się rzekło – czas płynie, busa nie ma, wyciągam telefon. Dzwonię do przewoźnika (numer widnieje na rozkładzie), że miał być bus do Nowego Targu. Przewoźnik mówi, że miał być, ale żebym zadzwonił do jego brata, brata jego rodzonego, że czemu nie ma. Co robić, zapisuję telefon do brata. Dzwonię, że czemu nie ma. Brat przewoźnika jest wyraźnie obrażony, że dzwonię. Pyta, skąd mam telefon. Grzecznie odpowiadam, że od brata jego rodzonego. To go nie wzrusza. Może się nie lubią, może się kiedyś ciupagami, hej, za owiecki, za barany. Kursu nie będzie. Klient nasz pan, ale kursu dziś nie będzie. Jestem zasadniczo wku…ny. Cóż, takimi będą drogi wasze. Stoję na przystanku. Chmury nadal emigrują, za chlebem, panie, za chlebem.

Stoję. Wedle rozkładu nic już nie pojedzie w czasie, w którym oczekiwanie nosiłoby chociaż pozór racjonalności. Drepczę w miejscu. Szczęśliwie mogę otworzyć furtkę, zza której przyszedłem, nie wyrzucą mnie. A jednak chciałbym jechać, żeby później jechać jeszcze dalej. Nie mam samochodu, Polak naprawdę gorszego sortu, człowiek nieodpowiedzialny, jak powiadają ostatnio w mediach prawicy miłującej ojczyznę i motoryzację. Zresztą, dlaczego miałbym jechać w góry samochodem, dokładać górom jeszcze więcej spalin i hałasu? Przepraszam, głupio pytam.

Stoję dalej. Właściwie trochę magicznie – skoro stoję, to coś przyjechać musi. Ale w gruncie rzeczy wszystko jedno, gdzie obmyślę, co czynić, więc stoję tu, tu, tu, tu. I wtedy, gdy czas już naprawdę dawno uciekł daleko, jak wiejski Burek zerwany z łańcucha, nadjeżdża bus. Okazuje się, że to inny bus, że nie do Nowego Targu, ale do Zakopanego, że przez Czarną Górę, Bukowinę Tatrzańską i Poronin. Macie wy odwagę Lenina? Mam, niech będzie, że przez Poronin. Wsiadam, kupuję bilet. Mówię kierowcy, że nie ma tego kursu na rozkładzie. On inkasuje pieniądze, potakuje mi głową zdawkowo, nie dziwi się, że kursu nie ma na rozkładzie, ja też się właściwie nie dziwię, ale się cieszę. Gdyż wszystkie znaki na ziemi i niebie mówiły, że czekam nadaremno, a wiara moja, mniejsza niż ziarnko gorczycy, busa mi przecież przyniosła. Moja Polska – czysta wiara i busy, które w planie są, a ich nie było. I te, których w planie nie było, a są! Oto wielka tajemnica polskości: jak lekko to wszystko jest przyszyte do rzeczywistości i jak ładnie łopocze chorągiewkami na wietrze… w którą stronę powieje.

A w Zakopanem wysiadam przy dworcu PKS, idę na cmentarz na Pęksowym Brzyzku. Wita mnie niezmiennie czarna tablica z wyrytymi literami: Ojczyzna to ziemia i groby. Narody, które tracą pamięć, tracą życie. Ściągam plecak, patrzę na w drewnie rzezane litery, zgadzam się co do joty, ale myślę kąśliwie, że ojczyzna to też sprawna infrastruktura publiczna, jakaś elementarna niebylejakość rzeczywistości w jej strukturach społecznych i materialnych. Ale wiem, że jestem tu, tu, tu, tu, więc kończę z tym lewackim malkontenctwem, zakładam plecak i wchodzę na cmentarz, na którym Zakopane przypomina jeszcze coś cennego, prawdziwego, zżytego z ziemią, krajobrazami, historią i kulturą. Przegniłe kości są prawdziwsze od miśka w markowych sportowych ciuchach i obuwiu, ciężko drepczącego przez Krupówki z wielkim hamburgerem w dłoni. Później idę na autobus. Jest tłoczno wewnątrz i tłoczno na drodze do Krakowa, bo pokolenie wychowane na Starym Dobrym Małżeństwie dobrze wie, że skoro dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba, to i do Zakopanego da się jakoś wcisnąć na czterech kołach naszych powszednich.

Przypomniało mi się to zdarzenie, gdy niedawno przeczytałem informację o turystach w Zakopanem, którzy zadzwonili na policję i dobijali się do TOPR, gdyż „utknęli” na asfaltowej drodze do Morskiego Oka. Zapewne część z państwa zna tę historię, ale pozwolę sobie ją przytoczyć w całości za portalem Polskiego Radia, tak jest pyszna: Zgłoszenie mówiło o kilkudziesięciu osobach, które utknęły na asfaltowej drodze do Morskiego Oka. Turyści schodząc w dół od strony schroniska liczyli, że zostaną zwiezieni w dół fasiągami. Jak powiedział rzecznik zakopiańskiej policji, aspirant Roman Wieczorek, gdy okazało się, że wozów już nie ma, turyści zaalarmowali między innymi policję twierdząc, że są w dramatycznej sytuacji. Zażądali, by ktoś ich zwiózł na dół. Policjant zaznaczył, że turystom nic nie groziło, pomocy udzielono tylko tym, którzy byli z małymi dziećmi. Reszta musiała zejść do Palenicy Białczańskiej na piechotę. […] Turyści, których na drodze z Morskiego Oka w stronę parkingu na Palenicy Białczańskiej zaskoczył brak transportu i zmrok, wykazali się wyjątkową lekkomyślnością.

Jeśli odłożyć anegdotyczny wymiar tego zdarzenia, zobaczymy rzecz arcyinteresującą. Mamy oto kilkudziesięciu turystów i mamy wolny rynek usług góralskich, czyli fasiągi: czterokołowe wozy zaprzęgnięte w konie. Ponieważ górale uwielbiają wartości, ale i dudkami nie pogardzą, te konie czasem padają na asfalcie do Morskiego Oka i wtedy turyści odwracają głowy i udają, że nic nie widzą, żeby sobie nie psuć wrażeń i pięknych widoków, albo cicho szemrają przeciw góralom, jakby nie mieli z tym nic wspólnego, albo jest im wszystko jedno. A w mediach podnosi się okolicznościowy zgiełk, który zwyczajowo zamiera po dniu czy dwóch.

 

Ale nie o tych szkapach konających dla ludzkiej rozrywki i dla ludzkiego zarobku chciałem pisać. Powtórzę – mamy wolny rynek fasiągów, mamy kilkudziesięciu turystów i mamy górali, którym nie chciało się już na tych turystów czekać, więc pojechali sobie do domu. Ta przykra niespodzianka okazała się ponad siły turystów, więc zadzwonili na policję i TOPR. Rynek ich zawiódł, pozostały służby publiczne, które musiały się zaangażować, co właściwie podpada – jako że mieliśmy do czynienia z fałszywym alarmem o zagrożeniu życia – pod prywatyzowanie zysków i upublicznianie strat. Nie wiem, ilu z tych turystów, którzy zostali „na asfalcie”, wyznaje na co dzień lumpenliberalizm (rachunek prawdopodobieństwa podpowiada, że spora ich część), ale w każdym razie musieli szukać ratunku w socjalizmie, gdyż jak w Polsce wiemy, państwo i jego jakiekolwiek struktury publiczne to socjalizm, względnie już neokomuna.

W tej historyjce jest jeszcze jeden smaczek, wynikły z rozziewu między liberalnymi fantasmagoriami a rzeczywistością. Widać wyraźnie napięcie między sloganem „klient nasz pan” (na który lubili się powoływać liberałowie w Polsce jeszcze w latach 90. XX w., wskazując, że to właśnie jest treść kapitalizmu i ona się nam zaraz spełni) a stwierdzeniem, że „rynek ma zawsze rację”. To drugie hasło, zaczynając od realiów kredytowych, a kończąc na fasiągach, które sobie pojechały nie czekając na turystów i ich małe dzieci, okazuje się jednak prawdziwsze. Ktoś przy okazji zapytał w internecie, czemu w Zakopanem nie kursują autobusy miejskie, które – jak to komunikacja publiczna w cywilizowanym świecie ma w zwyczaju – za sprawą regularności/racjonalności kursów mogłyby zapobiegać takim sytuacjom. Ale to pytanie zawisło w próżni. Było zbyt mało, że tak powiem, polskie. Choć, owszem, Zakopane zastanawia się nad zakupem autobusów i lokalną komunikacją publiczną. Być może to jeden z ciekawszych w skali kraju symptomów zmęczenia skutkami realnego liberalizmu i dostrzeżenia, że prywatne bogacenie w żaden sposób nie rozwiązuje wielu problemów o charakterze masowym/publicznym.

Niech ktoś po nas przyjedzie! Jest ciemno! – wołali turyści z asfaltowej drogi do Morskiego Oka. Ale wolny rynek ich nie usłyszał – miał wolne. Usłyszeli ich policja i TOPR. Nie wiem, czy liberałowie coś z tego zrozumieją, nie wiem, czy coś z tego zrozumieli turyści – ale kto ma oczy do patrzenia, niechaj patrzy, jak się kończy w praktyce, w licznych życiowych drobiazgach, ideologia, która tak lubi deprecjonować i niszczyć państwo. A kto ma uszy do słyszenia, niech usłyszy, kto naprawdę pozostaje głuchy na ludzkie wołanie, gdy robi się źle.

O nędzy pragmatyzmu i ślepym zaułku „przyszłości”.  Spojrzenie z dystansu

O nędzy pragmatyzmu i ślepym zaułku „przyszłości”. Spojrzenie z dystansu

Ostatnie wybory zaowocowały stanem bez precedensu we współczesnej Europie: w polskim parlamencie nie ma żadnej partii lewicowej1. Co więcej, na obie lewicowe listy (Zjednoczona Lewica i Razem) oddano zaledwie 11 proc. głosów, podczas gdy cztery lata wcześniej lewica (SLD i ruch Palikota) zyskała 18 proc. Polska scena polityczna została sformatowana przez liberalno-konserwatywny duopol PO-PiS, choć być może na biegunie liberalnym Platforma zostanie zastąpiona przez Nowoczesną. To zaskakujące dla kogoś, kto pamięta, że dziesięć lat temu liberalno-konserwatywna PO i konserwatywno-liberalny PiS wydawały się naturalnymi partnerami koalicyjnymi (tak, tak, były takie czasy!). Później jednak zaostrzający się spór między nimi spolaryzował polskie społeczeństwo – Platforma przesunęła się na pozycje integralnie liberalne (np. w sprawie in vitro), a partia Kaczyńskiego, wchłonąwszy elektorat LPR i Samoobrony, stała się narodowo-konserwatywną. Dla lewicy w tym układzie sił nie ma miejsca: Nowoczesna/Platforma przejmują jej elektorat liberalny kulturowo, PiS – elektorat socjalny.

Sytuacja ta nie wróży też dobrze perspektywom lewicy, skazując ją na rolę sekundanta w sporze głównych sił. Opór przeciw nielewicowym posunięciom nowych władz pchał będzie lewicowców pod komendę dominujących liberałów, przypieczętowując satelityzację lewicy. Akceptując to lewica polska nieuchronnie utraci własną tożsamość.

Oczywiście jakaś „lewica” będzie istnieć, powstaje jednak pytanie, jaka ona będzie, kto będzie używał tego sztandaru. Nad jej przyszłością pochylają się wszyscy: zarówno ci wierzący w jej rychłe wskrzeszenie, jak i stawiający na jej ostateczny zgon. Tymczasem przyszłości nie ma, to fantasmagoria, wróżenie z fusów i projekcje własnych marzeń. Zamiast tego pomówmy o przeszłości. To trudne, bo choć wszystko, co nas otacza, jest bezpośrednim skutkiem przeszłości, to jednak żyjemy w społeczeństwie „krótkiej pamięci”, w którym kolejne newsy i mody bez ustanku wymazują wcześniejsze. Dlatego nawet ludziom – teoretycznie – pamiętającym poprzednią dekadę trudno jest sobie uświadomić, że w 2001 r. Sojusz Lewicy Demokratycznej uzyskał poparcie 41 procent wyborców! Po wprowadzeniu Polski do Unii Europejskiej hegemonia lewicy wydawała się przypieczętowana na kolejne kadencje. Nikt nie spodziewał się katastrofalnego upadku, który niebawem nastąpił. I ten fenomen warto prześledzić.

Żadne zjawisko nie ma jednej przyczyny i również w przypadku zapaści polskiej lewicy możemy doszukać się wielu przyczyn. Spróbujmy uszeregować je od najgłębszych, obiektywnie zdeterminowanych, po doraźne, subiektywne, nawet przypadkowe. Po pierwsze, historia: w Polsce lewica zawsze była słaba, nigdy nie była ideowopolitycznym hegemonem, co wynikało tyleż z zacofania ekonomicznego kraju, co z indywidualistycznej i idealistycznej kultury politycznej Polaków (pomijam tu oczywiście PRL jako skutek ingerencji zewnętrznej). Lewicy w Polsce udawało się zyskiwać masowe poparcie tylko wtedy, gdy zgrywała swe działania z aspiracjami społeczeństwa: przykładami są walka niepodległościowa PPS, narodowy komunizm i „mała stabilizacja” w PRL.

I tu warto zwrócić uwagę, że typowy polski sympatyk lewicy nie ma najmniejszej ochoty na dostosowanie się, choćby taktyczne, do społeczeństwa, w którym żyje. On, ufny we wsparcie płynące z zewnątrz („wczoraj Moskwa, dziś Bruksela”, że zacytuję Kwaśniewskiego), chce dostosować społeczeństwo do siebie. Ustawia się w roli misjonarza cywilizującego zacofane peryferie, a gdy tubylcy uparcie obstają przy swoim – wtedy wojna. To jest właśnie przyczyna numer dwa porażek polskiej lewicy, tkwiąca w jej psychologii: autogettoizacja, samomarginalizacja. Mam wrażenie, że wielu lewicowców dobrze się czuje zamkniętych w ciasnym, ale przytulnym środowisku sobie podobnych, w poczuciu zgorzkniałej wyższości nad „ciemnogrodem”. To błędne koło: wyalienowana lewica przyciąga outsiderów i ekstrawagantów, outsiderzy i ekstrawaganci pogłębiają izolację lewicy. Jeśli ktoś przyłącza się do lewicy, to szuka światowości, egzotyki, a nie swojskości. Ale ludzie nie lubiący swego otoczenia, swego społeczeństwa, nie mogą oczekiwać, że to społeczeństwo polubi ich i poprze.

Przyczyna trzecia to zmiany strukturalne i demograficzne polskiego społeczeństwa w ostatnich dekadach: po bolesnych konwulsjach transformacji lat 90. większość społeczeństwa odnalazła swe miejsce w nowym systemie, a ci, którzy zostali trwale zmarginalizowani, przestali się liczyć. Rozpadły się wielkie grupy społeczne stanowiące naturalne zaplecze lewicy (wielkoprzemysłowa klasa robotnicza), a rozrosły nowe, lewicowości obce lub nawet wrogie (klasa średnia). No i, nie oszukujmy się, cokolwiek mówiliby krytycy transformacji, poziom dobrobytu w ostatnim ćwierćwieczu generalnie wzrósł. Wszystko to skutecznie erodowało sentyment po PRL. I wreszcie po piąte – to błędy taktyczne kierownictwa SLD, które najpierw po sekciarsku (a do tego zupełnie nieprofesjonalnie) wystawiło własną kandydatkę na prezydenta, a potem dla odmiany zawarło nonsensowny (z uwagi na arytmetykę wyborczą) sojusz ze zużytym Palikotem i różnymi planktonowcami2.

Przede wszystkim jednak chciałbym skoncentrować się na przyczynie numer cztery – błędach strategicznych lewicy. Oczywiście zalicza się tu lekceważenie własnego elektoratu, jego interesów i oczekiwań, w imię obłaskawiania wyborców – przede wszystkim elit – centrowych. Traktowane było to jako wymóg pragmatyzmu, w przekonaniu, że lewicowy wyborca i tak nie znajdzie alternatywy dla SLD. Jak to powiedziałby klasyk, „ciemny lud wszystko kupi”. W rezultacie rozgoryczony elektorat socjalny odpłynął najpierw do Samoobrony, potem – często – do PiS.

Zasadniczy wszakże błąd popełniony został, moim zdaniem, w sferze metapolityki: lewica pozwoliła się zdelegitymizować. Pozwoliła – będąc nadal u władzy! – na zakwestionowanie swej narracji historycznej, swej ideologii, swych aksjologicznych fundamentów. Pozwoliła na to, mam wrażenie, świadomie, choć oczywiście nie rozumiejąc długofalowych konsekwencji tego zaniechania.

Trzeba uświadomić sobie, że główna siła lewicy, SLD, tworzona była przez późne pokolenie aparatczyków lat 80., traktujących „ideolo” jako pusty rytuał, niepotrzebny balast, przekonanych, że przegrali konfrontację z „Solidarnością” właśnie z powodu obciążenia „nieżyciową” ideologią wymagającą jakiejś tam sprawiedliwości społecznej. Co więcej (i tu znowu kłaniają się reguły psychopolityki), elita lewicy miała głęboki kompleks wobec elit postsolidarnościowych (zwłaszcza tych z okolic Agory), epatujących wielkoświatowym blichtrem i koneksjami. Parlamentarna lewica, nawet gdy wygrywała wybory, pozostawała w głębi duszy Kopciuszkiem marzącym o dopuszczeniu na salony Księcia3. Stąd zupełnie inny modus operandi niż przyjęty przez prawicę: o ile prawica systematycznie, krok po kroku, budowała swoje zaplecze medialne (które obrastało siecią organizacji społecznych), to lewica szukała akceptacji mediów głównego nurtu. Gdy prawica kreowała własne salony, lewica antyszambrowała w salonie Agory, ślepa na fakt, że tenże czasy świetności ma za sobą.

Z tym wiązał się też brak lewicowej polityki historycznej. To historia była zasadniczą kością niezgody między socjalliberałami z SLD a socjalliberałami z UD, dlatego ci pierwsi najchętniej zapomnieliby o swej przeszłości. Przedwyborcze mruganie okiem do nostalgicznego elektoratu, okazjonalne gesty posłanki Sierakowskiej, nie zmieniają faktu, że cały wysiłek SLD w tej sferze polegał na spuszczaniu wstydliwej zasłony nad spuścizną PRL. „Wybierzmy przyszłość!”, wołał Kwaśniewski. Inne były przyczyny historycznej abnegacji różnych ultralewicowych sekt, często nie obciążonych (jak trockiści) negatywnymi aspektami PRL. Tu współgrały ze sobą oikofobia (jakże w tej ciemnogrodzkiej Polsce mogłyby istnieć jakieś godne przypomnienia tradycje rewolucyjne?!) i doktrynerstwo (lewica zwrócona jest ku postępowi, ku przyszłości, grzebanie w starociach zostawmy prawicy!). Jeśli już przypominano jakieś fakty z historii polskiej lewicy, związane były one – cóż za niespodzianka! – z mieszkającymi na naszych ziemiach mniejszościami narodowymi. Czytelnik „Dalej!”, „Solidarności Socjalistycznej” czy „Barykady” lepiej znał dzieje lewicy na Sri Lance czy w Burkina Faso niż w kraju, w którym miał nieszczęście pomieszkiwać.

I jeszcze jedna, również psychologiczna bariera, której istnienie uświadomiłem sobie, gdy przez lewicowe media po raz kolejny przetoczyła się dyskusja dotycząca Powstania Warszawskiego. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego lewica tak słabo odwołuje się do tradycji lewicowego ruchu oporu, dlaczego mitowi „Żołnierzy Wyklętych” nie przeciwstawia kontrmitu choćby Socjalistycznej Organizacji Bojowej (o GL/AL nie wspominam), dlaczego nie ukazuje młodzieży zafascynowanej bohaterami prawicy alternatywy w postaci heroizmu bojowców lewicy. I zrozumiałem, że współczesnej lewicy nadają ton ludzie, którzy przeciwni są heroizmowi jako takiemu. Dlaczego jednostka miałaby narażać się na dyskomfort, ból, śmierć w imię jakiejś tam „sprawy” (wszystko jedno, czy chodzi o Powstanie Warszawskie czy Komunę Paryską)? To sprzeczne z indywidualistycznym i hedonistycznym humanitaryzmem współczesnej lewicy. To nie jest materiał na rewolucjonistów. Takie sprawy woli więc omijać.

Tymczasem na opuszczone przez lewicowców pole wkroczyli historycy prawicy. Przekopywali archiwa, publikowali artykuły i książki, organizowali konferencje, zakładali instytuty i muzea, inspirowali twórców popkultury. Pracowicie przywracali pamięci społecznej nurty i postacie pomijane w PRL. Ale selektywnie! Zasada jest prosta: tym więcej uwagi, im bardziej na prawo. Niekomunistyczna lewica pokroju PPS była traktowana po macoszemu, starannie pomijano też niezgodne z prawicowym wariantem Politycznej Poprawności wątki takie, jak np. lewicowa geneza piłsudczyzny. Dekonstrukcja PRL4 nie otwierała więc drogi do odrodzenia lewicy niekomunistycznej, bo obowiązującą linią nie jest po prostu antykomunizm, ale integralna prawicowość5. Skoro nikt nie przypominał autentycznych tradycji polskiej lewicy, nic dziwnego, że w społeczeństwie utrwaliło się przekonanie, że cała lewica została tu zrzucona na spadochronach przez NKWD. Jeśli zaś taki – kolaborancki i zbrodniczy – jest rodowód lewicy, to jej spadkobiercy nie mają moralnego prawa bytu w III Rzeczpospolitej.

Wyrzeczenie się przez lewicę własnej historii ma jeszcze jeden paradoksalny skutek – przejmowanie za swoją historii cudzej. Lewica postkomunistyczna, która została wysadzona z siodła przez postsolidarnościowe elity, obecnie odnajduje się w roli najzagorzalszych orędowników dziedzictwa III Rzeczpospolitej: a więc planu Balcerowicza, konkordatu, interwencji w Iraku. Trudno to określić inaczej niż jako „syndrom sztokholmski” wiążący pokonanego z pogromcą, swoisty masochizm (już nawet nie uzasadniany obroną „mniejszego zła”, ale pełnym utożsamieniem się). Czyż jednak nie lepiej, zamiast wlec się w ogonie liberalnych obrońców Trzeciej, wystąpić jako samodzielna awangarda Piątej Rzeczypospolitej?

Przypisy:

1. Żeby było jasne: w tym tekście stosuję najprostsze możliwe kryterium lewicowości: autoidentyfikacji. Nie będę więc dzielił włosa na czworo, oddzielając lewicę „prawdziwą” (czymkolwiek miałaby być) od „nieprawdziwej”.

2. Wcześniej (2004-2005) takim błędem taktycznym zapoczątkowującym równię pochyłą, był wynikający z pychy konflikt kierownictwa SLD ze (względnie sprzyjającymi wcześniej) mediami czyli tzw. afera Rywina.

3. W „Okruchach Dziennika” Mieczysława F. Rakowskiego z końca 1992 r. można przeczytać: „Moi przyjaciele są zdumieni, że jestem […] czytelnikiem dziennika »Nowy Świat« [prawicowy dziennik, poprzednik »Gazety Polskiej« – przyp. J.T.]. /…/ czytam go namiętnie, ponieważ znajduję w nim /…/ publikacje obnażające niecne zamysły »lewicowców« spod znaku Mazowieckiego, Suchockiej, Michnika i Kuronia. Czyż mogłem kiedykolwiek marzyć, że ja – człowiek lewicy /…/ znajdę się /…/ w jednym szeregu z wyżej wymienionymi osobistościami?”. Opowiedz mi o swych marzeniach, a powiem ci, kim jesteś.

4. Utrwalająca komiksowy obraz PRL, w której żyjący w nędzy i terrorze naród, złożony niemal bez wyjątku z „żołnierzy wyklętych”, prowadził niezmordowaną walkę przeciw garstce cynicznych sprzedawczyków z obcego nadania, rujnującej spuściznę po mlekiem i miodem płynącej II Rzeczypospolitej.

5. Na jednym z prawicowych blogów znalazłem refleksje na temat tradycji PPS. Autor skłonny był zaakceptować lewicę o ile ta, po pierwsze – odetnie się od spuścizny PRL, po drugie – zaprzestanie walki z Kościołem i forsowania reform obyczajowych, po trzecie – uzna, że nie ma alternatywy dla kapitalizmu. Tylko tyle. Wyjątki takie jak Piotr Lisiewicz http://www.gazetapolska.pl/33441-list-z-sekty-smolenskiej-do-partii-razem potwierdzają regułę. Inną kwestią jest na ile prawidłowo Lisiewicz identyfikował adresata.