przez Ignacy Husarski | sobota 17 grudnia 2016 | opinie
Ryzyko ponownego przejęcia władzy w Polsce przez neoliberałów spod znaku PO, Nowoczesnej czy „Gazety Wyborczej” powinno polskim środowiskom propaństwowym i prospołecznym spędzać sen z powiek w stopniu nie mniejszym niż ryzyko zwiększenia wpływów politycznych przez nacjonalistów z ONR czy Młodzieży Wszechpolskiej. Rządowi PiS można zarzucić sporo. Warto jednak pamiętać, że partia ta ma solidną, demokratyczną legitymację 30-40% społeczeństwa i że PiS-owski konserwatywny antyneoliberalizm jest bardziej propaństwowy od antyspołecznego neoliberalizmu Nowoczesnej oraz izolacjonistycznego nacjonalizmu ONR.
Z obawą obserwujemy destabilizujący się świat. Wojny w Iraku, Syrii, Libii i na Ukrainie, zamachy terrorystyczne w Niemczech, Belgii czy Francji. Masowa imigracja do Europy. Brexit, Erdogan i Trump. Zbliżające się wybory we Francji, których wynik będzie miał kluczowy wpływ na przyszłość UE. Zmiany klimatyczne. Rosnące znaczenie potężnych globalnych korporacji, funduszy inwestycyjnych czy pojedynczych, bajecznie bogatych osób, walczących ramię w ramię o globalne przywileje w postaci odrębnego sądownictwa, niepłacenia podatków, dążących do przejmowania kontroli nad zasobami naturalnymi i dochodowymi rynkami. Wszystkie te procesy ulegają przyspieszeniu z powodu postępu technologicznego ułatwiającego globalną komunikację, czego symbolem jest m.in. Facebook.
Martwi płytkość debaty w Polsce. Martwi również systematyczny wzrost znaczenia nacjonalistów i wciąż spore znaczenie neoliberałów. Równocześnie nie dziwi dezorientacja społeczeństwa zarzucanego medialną papką pospołu przez rozgoryczone grupy odsuniętych od dostępu do żłobu neoliberalnych janczarów oligarchicznej globalizacji, zwycięzców ostatnich wyborów oraz uskrzydlonych internetową komunikacją i masowymi marszami nacjonalistów. Głos społecznej lewicy brzmi tu słabo i cicho. Oznacza to, że realny spór w Polsce toczy się między propaństwowymi konserwatystami, antyspołecznymi neoliberałami i preferującymi izolację nacjonalistami.
Warto stosować gradację oceny istniejących opcji politycznych: nacjonaliści i neoliberałowie to zagrożenie dla społeczeństwa. Jedni, bo chcą uciec przed globalizującym się światem w izolację i państwo narodowe. Nie rozumieją, że jeśli tak samo postąpią na przykład Niemcy – wróci stare. Dlatego nie widzą zalet UE, którą do pewnego stopnia pętają narodowe egoizmy i duchy przeszłości. Drudzy, podkarmiani przez zagranicznych sponsorów, zwyczajnie gardzą konserwatywnymi i biedniejszymi Polakami z prowincji, niedorastającymi do ich wysmakowanych, „nowoczesnych” standardów. Ślepo wierzą w ponadnarodową równość i braterstwo, bez refleksji, skąd bierze się np. negatywny bilans płatniczy Polski albo czemu Niemcy nie sprzedają zagranicznemu kapitałowi swoich banków i prasy.
Konserwatyści natomiast mają pełną demokratyczną legitymację konserwatywnych Polaków. Niekonserwatywni i prospołeczni Polacy powinni się z nimi zarówno spierać, jak i współpracować. Współpracować na przykład w kwestiach Planu Morawieckiego, społecznych inicjatyw rządu, jak 500+ czy Mieszkanie+. Spierać natomiast z fatalną polityką ochrony środowiska, kwestią relacji z UE czy prawa aborcyjnego. Roztropna polityka to umiejętność współpracy i niezgadzania się równocześnie.
Do powyższych wniosków można dojść patrząc przez pryzmat poniższych kryteriów, ważnych dla interesu społecznego.
Odpowiedzialność za skutki wdrażania ekonomicznej doktryny neoliberalnej, takie jak: niekorzystna prywatyzacja strategicznych sektorów gospodarki, fatalny stan usług publicznych, zadłużenie państwa, regresywne podatki czy malejący udział pensji w Produkcie Krajowym Brutto.
Rozumna i celowa polityka historyczna. Nie da się myśleć o przyszłości, nie rozumiejąc przeszłości. Tym samym przestępstwa komunistyczne z lat 1944-1989 na działaczach PPS oraz antysowiecka postawa PPS w czasach II RP powinny być ważnym elementem polityki historycznej lewicy społecznej. Może to mieć dwa efekty: demokratyzację obecnie przywłaszczonego przez prawicę dyskursu historycznego oraz nakreślenie wyraźnej bariery wobec środowisk wywodzących się z komunistycznych elit politycznych. Bariera ta jest ważna, ponieważ środowiska takie od lat aktywnie blokują otwartą dyskusję na temat odpowiedzialności za zbrodnie komunistyczne. Powoduje to liczne patologie. Na przykład celebrowanie lojalnych współpracowników radzieckich służb jako czcigodnych ojców-założycieli III RP czy niepozbawienie żadnego SB-eka emerytury za zbrodnie komunistyczne, które chyba popełniły się same.
Ochrona dobrego imienia Polski. Od Sejmu Niemego w 1717 r., z przerwą na dwadzieścia kilka lat, do 1989 r. Polska była państwem zależnym i kolonizowanym. Nie miała wpływu na politykę agresywnych państw np. w Kongo, na Ukrainie, w Polsce, Madagaskarze, Kenii, Namibii, Afryce Południowej czy Filipinach. Polska ponosi odpowiedzialność polityczną wyłącznie za lata 1919-1939 i 1990-2016.
Państwo świeckie i niewyznaniowe. Jednym z kluczowych pól konfliktu jest stosunek do prawa aborcyjnego. Dotychczas obszar ten był zdominowany przez prawicę. Nie wchodząc w etyczne i społeczne oceny samej aborcji, prawo do aborcji do 12. tygodnia powinno być oczywistym postulatem.
Respektowanie polskich norm kulturowych i społecznych. Polska jest krajem bardziej konserwatywnym niż na przykład Niemcy, Dania czy Szwecja. W konsekwencji bezrefleksyjne kopiowanie kwestii szczególnie wrażliwych kulturowo, jak np. LGBT czy agresywnego antyklerykalizmu, jest drogą do kontynuacji modelu, w którym lewica zamyka się w getcie 3-procentowego elektoratu złożonego z wielkomiejskiej inteligencji, a także oddawaniem politycznego pola neoliberałom, narodowcom i konserwatystom. Żeby wyjść z kręgu 3% poparcia, należy rozsądnie odpowiadać na potrzeby i lęki Polaków z mniejszych miejscowości. Co nie oznacza, że osoby homoseksualne nie powinny mieć solidnej ochrony prawnej, a Kościół Katolicki – być mniej szczodrze finansowy z budżetu państwa.
Stosunek do UE. UE nie jest idealna, ale jest lepsza od braku UE, gdyż gwarantuje pokój w Europie. Tym samym powoduje to ostry, konieczny konflikt ze środowiskami narodowców, dążącymi do rozbicia Unii i zachwycającymi się takimi pomyłkami politycznymi, jak Farage czy Le Pen. Polska lewica powinna wspierać UE wspólnotową, a nie międzyrządową, promowaną przez obecny rząd polski. Polska jest za słaba instytucjonalnie na skorzystanie z Unii międzyrządowej, którą siła rzeczy zdominują największe państwa europejskie w stopniu większym niż obecnie.
Ochrona środowiska, zmiany klimatyczne, bioróżnorodność i prawa zwierząt. Tu ponownie konieczny jest pewien szpagat. Z jednej strony proste kopiowanie szwedzkich czy duńskich Zielonych jest niemożliwe ze względów ekonomicznych i socjalnych, gdyż wyklucza polskie społeczności zależne od górnictwa oraz spycha sporą część obywateli w ubóstwo energetyczne. Zmiany klimatyczne zresztą nie biorą się raczej z polskiego węgla (brak efektu skali), lecz z węgla spalonego np. w Azji na potrzeby produkcji dóbr oraz usług konsumowanych przez zamożniejszych ludzi z całego świata, zwłaszcza z dużych, bogatych krajów, jak USA, Japonia, Niemcy, Arabia Saudyjska czy Francja. Z drugiej strony stosunek prawicy do zarządzania zasobami naturalnymi, obszarami Natura 2000, do przywilejów myśliwych, przemysłowej hodowli zwierząt, praw zwierząt itp., jest nieakceptowalny w XXI wieku.
Stosunek do sprawiedliwości społecznej. Podstawą sprawiedliwości społecznej jest odpowiednia ilość pieniędzy w budżecie: na publiczną służbę zdrowia, budownictwo komunalne, emerytury, renty, edukację, ubezpieczenie od bezrobocia itd. Tego się nie da sfinansować podatkami liniowymi. Stąd podatki powinny być rozsądnie progresywne, bez pomijania progresywnego podatku spadkowego.
Stosunek do armii. Oczywiście pacyfizm to piękna idea, ale Polska ma takie położenie geopolityczne, jakie ma, czyli podobne do Izraela, Finlandii czy Korei Południowej, a nie Danii, Holandii czy Luksemburga. Nakładem 2% PKB na armię to naprawdę minimum, a Obrona Terytorialna jest standardem w wielu krajach. To, że coś firmuje minister nielubiany na lewicy, nie oznacza, że jest to złe z zasady.
Kwestia uchodźców. To temat trudny etycznie. Polskie społeczeństwo i państwo nie są gotowe na masowe, niekontrolowane migracje i można albo ten fakt potępiać i tym samym marginalizować się względem elektoratu, albo mądrze się odnieść do tych lęków, np. sprzeciwiając się unijnemu uwspólnotowieniu kwestii imigracji, ale już nie idei pomocy przerażonym ludziom uciekającym przed wojnami. Jest wiele dróg, by pomóc potrzebującym, respektując obiekcje społeczeństwa. Warto też dobrze rozumieć polityczną odpowiedzialność za migracje, poczynając od wpływu na zmiany klimatyczne, przez wpływ kolonializmu kilku krajów na stabilność w obecnie zapalnych regionach świata i tym samych ich współczesną współodpowiedzialność, a kończąc na zidentyfikowaniu faktycznych prowodyrów wojennych.
Zdolność do wymanewrowania Polski z materializujących się konfliktów międzynarodowych, zwłaszcza związanych z Rosją. Art. 5 NATO, kraje bałtyckie i Przesmyk Suwalski są jednym z wiszących nad Polską mieczów Damoklesa. Należy publicznie dyskutować, czy w Polsce powinny stacjonować obce wojska i czy Polska powinna wysyłać swoich żołnierzy do krajów bałtyckich.
Istnieją na pewno inne liczne kryteria sensownej polityki, ale powyższe pozwalają ocenić, że wpływowe środowiska w Polsce ich nie spełniają. Brak dobrze przemyślanej odpowiedzi na problemy i lęki społeczne, udzielonej z respektem dla polskiej specyfiki kulturowej, zostawia potencjalne 10-20% społeczeństwa skrajnej prawicy, jak we Francji czy USA – ponieważ umie ona zarządzać lękami społecznymi. Kolejne 20% potencjalnych wyborców społecznej lewicy idzie w ręce periodycznie przefarbowujących się postsolidarnościowych lub postkomunistycznych neoliberałów. Warto? Może lepiej uznać, że społeczeństwa zmieniają się powoli, uszanować to – i tym samym postawić tamę odradzającym się w Polsce ruchom nacjonalistycznym i izolacjonistycznym oraz ograniczyć elektorat neoliberałów do świadomych neoliberałów? A przy okazji wykorzystać szansę na dialog i współpracę z częścią społeczeństwa pozbawioną reprezentacji politycznej?
Środowiska odpowiedzialne za skutki neoliberalnej polityki gospodarczo-społecznej w Polsce powinny pozostać przeszłością, natomiast narodowcy nie mogą stać się przyszłością.
przez Jason Tebbe | wtorek 13 grudnia 2016 | opinie
Dziewiętnastowieczna burżuazja używała moralności do utwierdzania własnej dominacji klasowej – a dzisiejsze elity robią to nadal.
Słowo wiktorianin budzi skojarzenia ze staroświeckością: kobiety skrępowane gorsetami, ściśle określone role płciowe, pruderia okazywana w sprawach dotyczących seksu. W świecie, którym rządzą rażący konsumeryzm i autoekspresja, te dziewiętnastowieczne pojęcia samokontroli i samozaparcia wydają się beznadziejnie przestarzałe.
Jednak wiktoriański etos bynajmniej nie umarł. Żyje nadal i znajduje wyraz we współczesnym zachowaniu wyższej klasy średniej. Mimo że niektóre z jego aspektów stały się niemodne i odeszły w niebyt wraz z kamizelkami, pozostało przekonanie, że burżuazja posiada moralną przewagę nad innymi klasami.
Niedzielne przechadzki, wieczorne wykłady i cotygodniowe spotkania salonowe zostały zastąpione przez spinning w siłowniach, zdrową żywność i składanie wniosków o przyjęcie do college’u. Nie pozwólcie się jednak zmylić. Powyższe zjawiska mają do spełnienia tę samą rolę: przekształcenie przywilejów klasowych w indywidualne cnoty, a tym samym – podtrzymanie dominacji klasowej.
Wartości wiktoriańskie
Historyk Peter Gay używał słowa wiktorianin w szerokim rozumieniu – do opisu kultury wykształconych wyższych klas średnich Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych w dziewiętnastym stuleciu. Oczywiście, klasy te miały o wiele bardziej skomplikowane poglądy na temat seksu, płci i rodziny, niż może się nam wydawać.
Wiktorianie egzekwowali, trzeba to przyznać, surowy kodeks moralny, jednak rozmawiali o seksie na okrągło, co graniczyło niemal z obsesją. Jak zauważa Gay, bogate pary często pisały do siebie listy miłosne, których treść nawet u współczesnych czytelników wywołałaby wypieki. I pomimo stereotypu surowych, autorytarnych ojców, to w tym okresie szukać można źródeł współczesnych postaw w stosunku do dzieci. Prawdziwy mężczyzna nie tylko zarabiał na utrzymanie rodziny, ale też aktywnie interesował się emocjonalnym „dobrostanem” swojego potomstwa.
Mimo że dziewiętnastowieczne wyższe klasy średnie nie były tak pruderyjne i surowe, jak to sobie wyobrażamy, rzeczywiście przestrzegały ścisłych reguł zachowania. Zasady te odzwierciedlały zmieniające się struktury klasowe tego okresu, jak i chęć rosnącej w siłę burżuazji, by utwierdzić swoją moralną wyższość nad arystokracją. Orężem używanym do podważenia miejsca starej arystokracji w centrum życia politycznego, społecznego i kulturalnego, była cnota. Podczas gdy synowie arystokratów polowali i biesiadowali, synowie bankierów i prawników pracowali, zakładali rodziny i kształcili się.
Słowo-klucz tego okresu jest niemal nieprzetłumaczalne i brzmi Bildung, co oznacza edukację w formie doskonalenia się i ulepszania. To pojęcie, wyrażane w różnych językach i w różnych narodach, połączyło tę rosnącą klasę, podzieloną dotąd granicami. Samoulepszanie odróżniało jej przedstawicieli od dekadenckiego jednego procenta. Dla przykładu, słuchanie muzyki stało się kształcącym – a nie rozrywkowym – doświadczeniem. Osiemnastowieczna kameralna muzyka klasyczna funkcjonowała jako przyjemne tło na arystokratycznych wieczorkach. W halach koncertowych arystokraci obściskiwali się w lożach, poświęcając tylko zdawkową uwagę wykonawcom. Gdy z kolei rosnąca w siłę klasa kapitalistyczna zaczęła uczęszczać na koncerty, nie spędzała ich na pogawędkach: jej członkowie siedzieli bez ruchu i żądali ciszy, żeby móc skoncentrować się na muzyce. Niemieccy wiktorianie ukuli termin Sitzfleisch – obecnie oznaczający wytrwałość – do opisania kontroli nad mięśniami, niezbędnej do siedzenia zupełnie bez ruchu w czasie koncertu. Nawet kaszlnięcia i kichnięcia musiały być tłumione, żeby nie rozproszyć niczyjej uwagi i tym samym nie przeszkodzić w procesie samodoskonalenia.
Pogoń za Bildung przenikała też do życia codziennego. Bogate młode kobiety, które nie mogły liczyć na lepszą karierę niż ta żony i matki, uczyły się co najmniej jednego języka obcego oraz brały lekcje gry na pianinie i śpiewu. Mężczyźni często spędzali wieczory uczęszczając na wykłady lub biorąc udział w inicjatywach organizacji obywatelskich. Żeby jednak poświęcenie się opłaciło, ubogaceni w ten sposób wiktorianie musieli się z nim obnosić, sprawiając, że to, co różniło ich od biedniejszych i od bogatszych, stawało się dla wszystkich oczywiste.
Wydawali lwią część zarobków na elementy dekoracyjne domu, które demonstrowały jednocześnie zamożność, dobry gust i skromność. Wiedzieli, że odnieśli sukces, kiedy stać ich było na posiadanie salonu – pokoju przeznaczonego wyłącznie do przyjmowania gości, do którego domownicy nigdy nie wchodzili sami. W niedziele całą rodziną przechadzali się po parku. Co za tym idzie, w całej Europie i Stanach Zjednoczonych bogate rodziny walczyły o tworzenie coraz większej liczby nowych parków. Jednak zgodnie z ich wartościami, miejsca te nie miały być ogólnodostępne w dowolnym celu, lecz służyć za wybiegi, na których można było pochwalić się najlepszym niedzielnym ubiorem.
W Central Parku w Nowym Jorku, na przykład, obowiązywał zakaz deptania trawy i uprawiania sportu. Dzieci musiały przedstawić „zaświadczenie o dobrym zachowaniu” ze szkoły, żeby móc bawić się na placach zabaw. Sprzedaż piwa była w niedziele zakazana. Park ten nie miał służyć rekreacji klasy robotniczej, ale jej dyscyplinowaniu. Robotnicy uczyli się właściwego sposobu korzystania z terenu: spacerowania. Ów wczesny projekt Fredericka Law Olmsteda pełnił rolę ogromnego pomnika wiktoriańskiego rozumienia przyrody jako miejsca doskonalenia.
Moralność fitnessu
Chociaż nie widujemy już w nich mężczyzn w cylindrach i kobiet w sukniach, paradujących co niedziela z dziećmi, parki pozostają wciąż miejscami prezentacji cnoty i dyscypliny: współczesna kultura fitnessu idealnie wprowadza w życie dziewiętnastowieczny etos ulepszania. Wiktorianie słynęli z niechęci do wysiłku fizycznego – który pozostawiali proletariatowi – i uznawali dodatkowe kilogramy za oznakę przynależności do swojej klasy i przysługującego jej poważania. Fitness i sport zaczęły przenikać do życia klas średnich w dwudziestym wieku, a obecnie pełnią taką samą funkcję, jaką wcześniej przechadzki.
Po raz pierwszy dotarło to do mnie dziewięć lat temu. Mieszkałem w Grand Rapids w stanie Michigan i lubiłem przejażdżki rowerowe. Był to sposób na eksplorację nieznanych mi miejsc. Pewnego dnia postanowiłem odwiedzić East Grand Rapids, bardzo zamożną dzielnicę, ponieważ mieli tam ścieżkę rowerową prowadzącą dookoła jeziora Reeds. Gdy już tam dotarłem, od razu zauważyłem, że jestem jedyną osobą, która nie ma na sobie ubioru sportowego. Nie znaczy to, że wszyscy uprawiali sport – większość ludzi przechadzała się tak, jak ich poprzednicy – ale byli ubrani, jakby wybierali się na siłownię. Inni rowerzyści mieli na sobie obcisłe stroje ze spandexu, jak gdyby czekali na linii startu Tour de France. Te ubrania wysyłały wiadomość: „Nie myśl sobie, że idziemy lub jedziemy rowerem, żeby dokądś dotrzeć. My uprawiamy sport”. Zamożni rezydenci East Grand Rapids przekształcili przechadzkę po parku w fitnessowy reżim; ich stroje sportowo-rekreacyjne ogłaszały, że to działanie ma na celu samodoskonalenie.
Obecne trendy aktywności fizycznej, takie jak hot joga, spin i CrossFit, demonstrują poświęcenie się samozaparciu i samodyscyplinie, wartościom chwalonym przez wiktorian. Bieganie maratonów stało się najlepszym dowodem ich wyznawania: biegacze mogą publikować zdjęcia w mediach społecznościowych, żeby udowodnić wszystkim, iż torturowali swoje ciała w wysoce cnotliwy – i wcale nie perwersyjny – sposób.
Te postawy przejawiają się także w życiu codziennym. Sklepy sieci Trader Joe’s i Whole Foods [amerykańskie sklepy ze zdrową i importowaną żywnością – przyp. tłum.], są wypełnione ludźmi w strojach sportowych, bez śladów potu. Taki ubiór opisuje ich posiadacza jako kogoś, kto dba o swoje ciało, nawet jeśli akurat nie oddaje się aktywności fizycznej. Dresy do jogi i buty do biegania ukazują cnotę tak wyraźnie, jak ukazywały ją gorsety dziewiętnastowiecznych żon. Bycie w formie jest teraz wyrazem przynależności klasowej, która przesyca kulturę fitnessu i jedzenia. Ponieważ kalorie potaniały, otyłość ze znaku zamożności stała się znakiem upadku moralnego. W dzisiejszych czasach bycie chorowitym jest postrzegane jako przejaw zachłanności biedoty, podobnie jak w dziewiętnastym wieku postrzegane były zwyczaje seksualne klasy robotniczej.
Poglądy te stanowią mocny przekaz, że niższe klasy nie umieją się kontrolować, więc dostają dokładnie to, na co zasługują. Nie ma w takim razie potrzeby wprowadzać wyższych pensji ani dofinansowywać opieki zdrowotnej. Biedni przecież i tak zmarnują je na papierosy i cheeseburgery.
Zarówno wtedy, jak i teraz, te domniemane różnice zdrowotne ukazywały zjawisko obrzydzenia ciałami klasy robotniczej. W „Drodze na molo w Wigan” George Orwell pisał o swoim dzieciństwie przypadającym na schyłek epoki wiktoriańskiej, twierdząc, że nauczono go, iż „w ciele robotnika jest coś lekko odpychającego”. W czasach Orwella, mydło – a nie kondycja fizyczna – wiązało się z tym podziałem; wpojono mu przekonanie, że, jego własnymi słowami, „niższe klasy śmierdzą”.
W dzisiejszych czasach wyrazy przerażenia różnicami klasowymi znajdujemy w internecie, na stronach takich jak „People of Walmart”. Zamiast czuć odrazę do „brudasów”, współcześni wiktorianie mdleją na widok „żarłoków”. Mimo że dziewiętnastowieczna burżuazja postrzegała korpulentną sylwetkę nie jako powód do wstydu, ale przyjemną oznakę zamożności, jej duchowi spadkobiercy maja obsesję na punkcie zdrowego jedzenia. W ciągu ostatnich 15 lat żywność organiczna z niszowego zjawiska przeistoczyła się w coś niezbędnego do przeżycia.
Przyjrzyjmy się ruchowi bezglutenowemu – tym, którzy z wyboru eliminują gluten ze swojej diety, nie zaś chorym na celiakię, którym nie wolno go spożywać. Kilka lat temu żartowałem, że znalezienie kogoś na diecie bezglutenowej w moim rolniczym miasteczku w stanie Nebraska byłoby wyczynem podobnym do znalezienia dzieł zebranych Piotra Kropotkina w lokalnej bibliotece. Dziś żywność „bezglutenową” można znaleźć na półce niemal każdego okolicznego supermarketu. Ta dyscyplina żywieniowa jest formą cnotliwego samozaparcia, które napełniłoby wiktorian dumą. Gdyby tylko moi dziadkowie mogli dożyć momentu, w którym zrozumieliby, że uprawianie własnych ziemniaków i ogórków czyni z nich klasę wyższą, a nie kmiotów…
Wojny mamusiek i podania do college’u
Podobna dynamika zatruwa dziś życie rodzinne. Tak jak ich przodkowie, dzisiejsze wyższe klasy średnie przykładają wielką wagę do rodziny. Chociaż dziewiętnastowieczny autorytaryzm osłabł, w tym właśnie wieku zaczęto postrzegać dzieciństwo jako odrębny, szczególny okres życia. Rodzice działali zgodnie z tym przekonaniem, urządzając w domach pokoje dziecinne. Metody wychowawcze z każdym rokiem stają się coraz bardziej uciążliwe, wymagając od rodziców ekstremalnej dyscypliny i samozaparcia. Tytuł wydanej ostatnio książki „Sama radość, żadnej zabawy” [All joy and no fun] – brzmiałby jak muzyka dla uszu wiktorian. Czy jest coś bardziej frywolnego i mniej kształcącego niż zabawa? Nie ma na nią miejsca we współczesnym rodzicielstwie, z wszystkimi jego wymogami. Matki muszą karmić piersią przez dłuższy niż kiedyś czas, kupować dzieciom wyłącznie żywność organiczną i ograniczyć do zera czas spędzany przez maluchy przed ekranem. Potknięcia oznaczają porażkę. Ukazuje to prawdopodobnie najoczywistsze powiązanie między wartościami wiktoriańskimi dawniej i dziś: w obu przypadkach ograniczają one kobiety i umacniają hierarchię płciową.
Nie jest przypadkowe, że te nowe oczekiwania wymagają pieniędzy i czasu. Pracująca matka, która stara się utrzymać rodzinę z kilku prac w sektorze usług, będzie miała mniej okazji do odciągnięcia mleka z piersi niż kobieta pracująca w biurze (nie wspominając o różnicach w urlopach macierzyńskich między pracownicami fizycznymi a pracownicami biur). Moralistyczne imperatywy wiązane dziś z karmieniem piersią sprawiają, że kobiety z klasy robotniczej – które rzadziej karmią w taki sposób – są osądzane jako gorsze moralnie. Co więcej, w publicznych debatach związanych z ograniczeniami w karmieniu piersią rzadko podnosi się żądania lepszego dostępu do tego rodzaju karmienia przez matki z tej klasy.
Wygórowane oczekiwania wobec rodziców nie kończą się wraz z okresem niemowlęctwa. Małe dzieci zachęca się do udziału w zajęciach w kosztownych klubach sportowych, a rodzice rezygnują z czasu wolnego, żeby je w tym wspierać. Takie aktywności wymagają czasu i pieniędzy, dwóch zasobów, których brakuje ludziom z klasy robotniczej. Rozpowszechnienie zajęć zorganizowanych jest rodzajem ulepszania: czas dziecka zostaje całkowicie poddany zjawisku Bildung. Natomiast zdolność do zapewnienia dzieciom takich możliwości jest przedstawiana jako wyraz moralnej wyższości rodziny, nie zaś jej sytuacji ekonomicznej. Tak jak wiktoriańskie kobiety musiały uczyć się grać na pianinie i mówić po włosku – demonstrując wyrafinowanie niedostępne dla innych warstw społecznych – tak współczesne dzieci grają w piłkę nożną, uczą się mandaryńskiego i odbywają wolontariat w okolicznych organizacjach charytatywnych.
Jednak uwieńczeniem współczesnej pogoni za Bildung jest zdecydowanie proces składania podań do college’u. Nie ma dziewiętnastowiecznego odpowiednika tego niedorzecznego nowego rytuału, mimo że Dickens mógłby napisać świetną satyrę na jego przyrodzony absurd: miliony zachowują się tak, jakby system mocno oparty na uprzywilejowaniu był naprawdę rodzajem merytokracji i jakby wartość człowieka mogła być oceniona na podstawie szkoły, do której został przyjęty. Większość Amerykanów, którzy wybierają się do college’u, składa podania tylko do kilku szkół. Natomiast dzieci z wyższych klas chodzą na standaryzowane zajęcia przygotowujące do egzaminów, pracują jako stażyści lub podróżują w czasie wakacji letnich, żeby zdobyć materiał do esejów wstępnych. Często składają podania do kilku szkół na raz, wszystko po to, żeby zmaksymalizować szanse dostania się do tej o najlepszej reputacji. Rodzice – niezależnie od zdolności intelektualnych swoich dzieci – mogą następnie spocząć w przekonaniu, że ulepione są z lepszej gliny niż plebs wybierający się na dofinansowywane uniwersytety stanowe.
Bildung dla wszystkich!
Dzisiejsza klasa średnia podtrzymuje iluzję merytokratycznego społeczeństwa, tak jak robili to wiktorianie. Taka wizja rzeczywistości pozwala im na umocnienie swojej pozycji ekonomicznej za plecami robotników, których uczy się, że problemy zdrowotne i beznadziejne perspektywy zawodowe są ich indywidualną winą, nie dysfunkcjami systemowymi.
Oczywiście ćwiczenia fizyczne, jedzenie żywności organicznej i zachęcanie dzieci do pożytecznego spędzania wolnego czasu nie są same w sobie złe. Jednak stają się oznakami burżuazyjnych wartości, kiedy używa się ich do utwierdzenia wyższości jednych klas nad innymi lub do usprawiedliwiania nierówności społecznych. Było to tak samo obrzydliwe w dziewiętnastym wieku, jak obrzydliwe jest teraz.
Powinny nas obchodzić nasze zdrowie, żywienie i wykształcenie. Jednak zamiast postrzegać je jako sposoby na wsparcie dominacji klasowej, należałoby ulepszać je dla wszystkich po równo. Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby energia poświęcana na pomoc w dostaniu się do prestiżowych college’ów przeciętnym dzieciom z klas wyższych została przekierowana na uczynienie wykształcenia bardziej dostępnym i tańszym dla każdego. Wyobraźcie sobie sytuację, w której dostęp do zdrowej żywności dla wszystkich stałby się większym priorytetem, niż uzyskiwanie pożądanego statusu społecznego przez kupowanie najbardziej „pełnych zalet” produktów. Krótko mówiąc, wyobraźcie sobie świat, w którym dominowałyby wartości socjalistyczne, a nie wiktoriańskie.
tłumaczenie Kamila Zubala
Tekst ukazał się w internetowej wersji magazynu „Jacobin” w październiku 2016 r.
przez Jan Przybylski | czwartek 8 grudnia 2016 | opinie
Kandydatura Donalda Trumpa, jego wypowiedzi w trakcie kampanii prezydenckiej oraz ostateczne zwycięstwo (wciąż in spe, pamiętajmy o specyfice amerykańskiego systemu wyborczego) wywoływały w Polsce bardzo mieszane uczucia. Stopień ich pomieszania był i jest w sporej mierze zależny od pozycji na scenie politycznej. O ile dla centrum i lewicy Trump pozostaje postacią raczej jednoznacznie negatywną, o tyle główny nurt prawicy niepokoi się dwuznacznymi deklaracjami przyszłego prezydenta w sprawach polityki zagranicznej oraz powiązaniami personalnymi samego Trumpa i jego środowiska. Pokłada jednak jednocześnie pewne nadzieje w zapowiadanym odejściu od liberalno-lewicowych pryncypiów w sferze światopoglądowej oraz widocznym konflikcie elekta z większością środowisk opiniotwórczych, postrzeganym przez prawicę jako zbliżony do sytuacji, w jakiej znajduje się nieprzerwanie polski obóz władzy. Ten drugi obszar pozostaje oczywiście istotny: nie sposób nie zauważyć, że podmiotem bieżącej polityki jest konkretna Polska z konkretnymi władzami, a ich sukcesy i porażki, wiążące się również ze stosunkami na poziomie soft, przekładają się na bieżącą i przyszłą sytuację całego kraju i społeczeństwa.
Istotniejszy jednak pozostaje poziom hard. Oczywisty niepokój budzi tu polemizowanie przez Donalda Trumpa z postanowieniami artykułu 5. Traktatu Północnoatlantyckiego, pojawiające się w wypowiedziach ogólne tendencje izolacjonistyczne oraz pozytywne oceny prezydentów Putina i Erdogana. O ile powiązania samego Trumpa z kapitałem rosyjskim trudno uznać za dostatecznie udowodnione, o tyle przyszły doradca ds. bezpieczeństwa narodowego, generał Michael T. Flynn, na pewno bywał gościem Władimira Putina i komentatorem rosyjskiej telewizji, a jego przyszły zastępca K. T. MacFarland głosił, że rosyjskiemu przywódcy należałoby przyznać Nagrodę Nobla. Z drugiej strony, na szefa Departamentu Obrony został wyznaczony generał James Mattis, zwolennik znaczącej roli NATO i zaangażowania w Europie, krytyk polityki resetu i ostatnich ekspansywnych działań Rosji. Ponadto w ekipie Trumpa można znaleźć kilku znaczących przedstawicieli obozu neokonserwatywnego, takich jak John Bolton i James Woolsey, wskazywanych jako potencjalni kandydaci do objęcia wysokich stanowisk. Wydaje się zatem, że próby wyciągania daleko idących wniosków z personaliów pozostają na obecnym etapie wróżeniem z fusów (oraz kampanijnych deklaracji), a uczciwość intelektualna nakazuje pamiętać, że obraz środowiska Trumpa pozostaje niejednorodny i nie należy entuzjazmować się Mattisem zapominając o Flynnie – ale i vice versa.
W kwestii kampanijnych deklaracji trzeba w jednym Trumpowi przyznać rację: Europa wydaje na obronność zdecydowanie za mało. Tyle że adresatami tych uwag nie powinny być akurat kraje bałtyckie, które zaczęły na swoją miarę intensywnie zbroić się w następstwie kryzysu krymskiego, znacznie zwiększając wydatki na przestrzeni ostatnich kilku lat. Jednak stałe cięcia, dokonywane w budżetach obronnych krajów starej UE nieprzerwanie od końca Zimnej Wojny, które zaczęto w jakiejś mierze korygować dopiero teraz, spowodowały militarne skarlenie tej organizacji i odbiły się bardzo negatywnie na unijnych programach zbrojeniowych. Przykładem niech będzie budowa wielozadaniowych samolotów bojowych V generacji: służą one od początku XXI wieku w Stanach Zjednoczonych, prototypy latają w Rosji i Chinach, programy budowy, samodzielnie lub w kooperacji, prowadzą Japonia, Korea Południowa i Indie. Europa, z wyjątkiem krajów uczestniczących w budowie F-35, pozostaje na poziomie generacji IV. Trzy programy zostały z uwagi na cięcia znacznie ograniczone i opóźnione w stosunku do zamierzeń, a zbudowania następcy najbliżej wydaje się być… Szwecja, dysponująca przecież najmniejszymi możliwościami. Ponadto brak sojuszniczego programu pomocy sprzętowej, analogicznego do stosowanego niegdyś w stosunku do Grecji i Turcji, przyczynił się do powstania swoistej próżni militarnej na południowej flance NATO. Słabe gospodarki Rumunii, Bułgarii i Chorwacji nie były w stanie zapewnić odpowiedniego finansowania obronności, co obecnie, w obliczu politycznej wolty erdoganowskiej Turcji, staje się sporym problemem.
Wracając do generaliów, należy oczekiwać, że zasadniczym wyzwaniem dla Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, zarówno obiektywnie, jak i subiektywnie, pozostanie nieustanny wzrost potęgi Chin. Wymusi on kontynuowanie polityki zwrotu ku Pacyfikowi i przenoszenie tam punktu ciężkości potęgi wojskowej USA. Administracja Obamy pozostawi następcy niejako na odchodne problem Filipin i prezydenta Dutertego, którego działania mogą zagrozić odtworzeniu baz amerykańskich w tym kraju, zaś jego deklaracje dotyczące przesunięcia punktu ciężkości polityki zagranicznej ze stosunków z Waszyngtonem na Moskwę i Pekin muszą budzić konsternację, a w perspektywie skłaniać do jakichś działań. Wydaje się, że całokształt polityki Stanów Zjednoczonych nie będzie zależał od nastawienia samego prezydenta, lecz stanowił, jak dotychczas, wyraz rozumienia narodowego interesu przez kręgi wojskowe, gospodarcze oraz służby specjalne. Warto przytoczyć anegdotę dotyczącą prezydenta Obamy, który zamierzał wycofać wojska z Afganistanu. Ostatecznie musiał jednak dokonać wyboru między dwiema koncepcjami będącymi emanacją poglądów wspomnianych kręgów: wysłać więcej wojsk czy wysłać jeszcze więcej wojsk. Czyni to gwałtowne przesunięcia mało prawdopodobnymi, a nawet jeżeli wystąpią, nie będą wyrazem widzimisię, lecz przewartościowań w obrębie amerykańskich elit.
Oczywiście takie przewartościowania są możliwe. Warto przywołać w tym miejscu opublikowany przez Zbigniewa Brzezińskiego w dwumiesięczniku „The American Interest” artykuł „Toward a Global Realignment”, w którym autor stwierdza, że koszty unilateralizmu przerastają możliwości Stanów Zjednoczonych. Postuluje zawarcie globalnego kompromisu z Chinami oraz Rosją w celu stworzenia architektury wspólnego zarządzania światem. Ewentualne zmiany będą miały oczywiście ogromny wpływ na sytuację Polski, niemniej, powtórzmy, osoba Donalda Trumpa nie wydaje się bynajmniej dla ich zajścia pierwszoplanowa. Kreatorzy naszej polityki zagranicznej muszą jednak bezwzględnie pamiętać o możliwej chwiejności polityki amerykańskiej, rywalizacji między wyrażającymi różne stanowiska w najważniejszych sprawach frakcjami w elicie władzy – i zachowywać szczególną ostrożność.
W kontekście tego ostatniego warto przeanalizować niedawną dymisję Roberta Greya, piastującego od końca września 2016 r. stanowisko podsekretarza stanu odpowiedzialnego za dyplomację ekonomiczną oraz politykę amerykańską i azjatycką, dziedziny par excellence kluczowe. Nieoficjalnym powodem, potwierdzonym tak przez wiarygodne źródła, jak i przez zupełnie niewiarygodne tłumaczenia ministra Waszczykowskiego, było zatajenie przezeń wcześniejszej współpracy z amerykańskimi służbami specjalnymi (jeżeli nie wręcz bycia ich kadrowym pracownikiem). Sytuacja ta wydaje się być w dwójnasób trudna do pojęcia. Po pierwsze, nawet pobieżna znajomość przebiegu kariery Roberta Greya nasuwała podejrzenie występowania związków dyskwalifikujących na takim – i jakimkolwiek innym w polskich władzach – stanowisku. Trudno zatem uwierzyć, że nie przeprowadzono odpowiedniej lustracji. Po drugie – odkrycie współpracownika lub pracownika zagranicznych służb w resorcie powinno wstrząsnąć ich kierownictwem, doprowadzając do dymisji co najmniej samego ministra Waszczykowskiego. W obecnej sytuacji można mieć uzasadnione podejrzenie, że polska dyplomacja będzie traktowana z dużym przymrużeniem oka i straciła dla istotnych zagranicznych partnerów (tak przyjaznych, jak i nieprzyjaznych) wiarygodność na długi czas. A nie da się uciec od konstatacji, że przy położeniu Polski wymagana jest w tej dziedzinie najwyższa sprawność. Dobrzy dyplomaci mogą wszak walnie przyczynić się do ograniczenia zagrożeń. Natomiast źli lub realizujący obce interesy – doprowadzić do katastrofy lub uniemożliwić jej uniknięcie. Wydaje się zatem, że bardziej niż ewentualnych problemów, które może nieść ze sobą prezydentura Donalda Trumpa, powinniśmy bać się dziwacznych porządków panujących na własnym podwórku.
przez Marcin Malinowski | wtorek 6 grudnia 2016 | opinie
Od kilku lat głośny jest temat zmian Konstytucji RP z 1997 r. W kilku tekstach zatem przeanalizuję jej artykuły z punktu widzenia zagadnień opisywanych przeze mnie w kwartalniku „Nowy Obywatel”, takich jak konkurencyjność gospodarki, zrównoważony rozwój, ochrona społeczeństwa przed negatywnymi konsekwencjami globalizacji, konieczne zmiany instytucjonalne, ochrona środowiska czy zmniejszanie nierówności społecznych. Dotychczas unikałem kwestii światopoglądowych i zamierzam się tego trzymać.
Konstytucja to temat nie tylko dla prawników. Język prawniczy powinien służyć do sformułowania w postaci aktów prawnych specyficznych celów interesu społecznego, publicznego i narodowego obywateli Polski. Natomiast moje sugestie to tylko skromna i niedoskonała wskazówka, w jakich punktach obecna Konstytucja się nie sprawdziła. Omówione kwestie nie wyczerpią wszystkich ważnych zagadnień, gdyż ograniczam rozważania do tematów, które znam ze swojego życia zawodowego.
Poniższy tekst jest poświęcony Rozdziałowi I Konstytucji (art. 1-29). Artykuły, których nie wspominam, nie wydają mi się kontrowersyjne. Pogrubioną czcionką dopisane są moje sugestie uzupełnienia tej ustawy. Zapewne wiele stwierdzeń powinno zostać przeanalizowanych przez prawników i innych specjalistów w celu możliwie precyzyjnego sformułowania.
Art. 2
1. Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.
Warto dopisać:
2. Sprawiedliwość społeczna jest urzeczywistniana poprzez sprawiedliwie progresywne opodatkowanie dochodów z kapitału i pracy oraz poprzez wystarczające wydatki publiczne na ważne cele społeczne. Załącznik I zawiera wskazówki w tym zakresie. Rząd corocznie raportuje przed Sejmem, w jaki sposób wdraża zalecenia z załącznika I.
Nie trzeba być przenikliwym, aby zauważyć, że przez ostatnie 27 lat nie urzeczywistniano zasad sprawiedliwości społecznej, co widzimy choćby patrząc na ciągle zmniejszający się udział pensji w PKB, malejące wydatki publiczne na służbę zdrowia i postępującą jej prywatyzację, przedkładanie prywatnej własności nad inne jej formy (takie jak spółdzielcza czy komunalna), nadużycia w ramach procesu reprywatyzacyjnego, niski udział wydatków socjalnych w PKB, regresywne podatki czy zniesienie podatku spadkowego, nie wspominając o uprzywilejowanej pozycji korporacji ponadnarodowych. Trudno tu winić Trybunał Konstytucyjny, gdyż zajmuje się on oceną pojedynczych aktów prawnych, a nie ich całościowym wpływem na sprawiedliwość społeczną. Brak również kryteriów oceny i właściwego zaplecza analitycznego.
Nie da się realizować sprawiedliwości społecznej przy małych nakładach na te cele, finansowanych przez podatki regresywne czy liniowe. Warto więc, aby nowa Konstytucja uściśliła tę kwestię, na przykład przez wprowadzenie aneksu ze wskaźnikami określającymi jej zalecenia:
1. Udział wydatków socjalnych w PKB: min. 22%, optymalnie >25% (obecnie jest około 18%, przy 20,8% w Czechach, 29,5% w Niemczech, 31,2% w Finlandii, 34,6% w Danii);
2. Udział pensji w PKB: minimum 50%, optymalnie >60%. Dlaczego? Wystarczy popatrzeć na poniższy diagram 1.
3. Udział publicznych wydatków na służbę zdrowia w PKB: min. 7%, optymalnie >8% (obecnie około 4,6%, podczas gdy w Czechach mamy 6,5%, w Finlandii 6,8%, w Niemczech 8,6%, w Danii 9,5%);
4. Udział wydatków publicznych na budownictwo komunalne i socjalne: minimum 1% (obecnie to około 0,09%, podczas gdy w Wielkiej Brytanii aż 1,5% PKB).

Diagram 1. Udział pensji w PKB w wybranych krajach.
Konstytucja mogłaby też nadmienić, że sprawiedliwość społeczna jest z punktu widzenia całokształtu dochodów finansowana z progresywnych podatków. Inaczej mówiąc, obecne regresywne podatki, liczone jako suma wszystkich obciążeń podatkowych dochodów i konsumpcji, powinny być niekonstytucyjne. Jak to ująć, żeby było jasne, że chodzi o podatki dochodowe pracy i kapitału, a w mniejszym stopniu o podatki pośrednie? Podobnie: jak ująć kwestię podatku spadkowego od dużych majątków czy podatku od sprzedaży np. nieruchomości, jak ma to miejsce w Belgii?
Rząd powinien corocznie raportować rozwój takich wskaźników w Sejmie, przedstawiając trend od 1990 r. poczynając. Uniemożliwi to neoliberalne ograniczone ocenianie gospodarki przez pryzmat wzrostu PKB, inflacji, deficytu budżetowego i długu publicznego. Z Konstytucji powinno też wynikać, jaka jest metodologia wyliczania tych wskaźników, aby partie nie mogły nimi manipulować, jak miało to miejsce w obliczaniu długu publicznego przy okazji OFE. Zapewne metodologia Eurostatu byłaby dobrym wyborem, co również ułatwiłoby porównania z innymi państwami w Europie.
Art. 5
1. Rzeczpospolita Polska strzeże niepodległości i nienaruszalności swojego terytorium, zapewnia wolności i prawa człowieka i obywatela oraz bezpieczeństwo obywateli, strzeże dziedzictwa narodowego oraz zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego i odpowiedzialnego rozwoju, w tym zrównoważonej i odpowiedzialnej konsumpcji, produkcji, zaopatrzenia oraz planowania przestrzennego.
2. Rzeczpospolita Polska kieruje się zasadą zrównoważonego i odpowiedzialnego zarządzania zasobami naturalnymi, strategiczną infrastrukturą transportową, energetyczną, informatyczną i komunalną (chodzi o wodociągi itp.), finansami publicznymi i systemem finansowo-bankowym.
Obecna zasada zrównoważonego rozwoju jest oczywiście słusznym celem, ale jakoś nie widać w Polsce właściwego jej wdrożenia. Spójrzmy np. na bezmyślną prywatyzację mienia publicznego, problemy demograficzne, oligopole zagranicznego kapitału w ważnych sektorach polskiej gospodarki, rosnące zadłużenie publiczne, zanieczyszczenie powietrza w miastach. Mówiąc inaczej, obecny rozwój Polski nie jest zrównoważony. Neoliberalna doktryna rozumie zrównoważony rozwój na swój sposób, dlatego Konstytucja powinna te zagadnienia uściślić
Warunkami koniecznymi dla zrównoważonego rozwoju są zrównoważona produkcja, konsumpcja, zarządzanie zasobami naturalnymi, planowanie przestrzenne, kontrola państwa nad systemem bankowym czy strategiczną infrastrukturą transportową, energetyczną, informatyczną, zaopatrzeniem itd. Konstytucja mogłaby też nawiązać do Zrównoważonych Celów Rozwojowych ONZ z 2015 r. (Sustainable Development Goals) czy Human Development Index. Istnieją także inne dokumenty stworzone przez międzynarodowe instytucje, których członkiem jest Polska, odnoszące się np. do kwestii praw korporacji i praw państw do wdrażania swoich polityk, np. te z OECD. Być może warto się do nich odnieść.
Co do ochrony środowiska, to oczywiście ważna jest też bioróżnorodność, dążenie do poprawy jakości wody, gleb czy powietrza. Jak to wyrazić w Konstytucji, aby Trybunał Konstytucyjny mógł uniemożliwić niszczenie przyrody komuś, kto np. nie wierzy w zmiany klimatyczne? Czy ustawa powinna bezpośrednio nawiązać do Konwencji o różnorodności biologicznej czy Konwencji Berneńskiej i Bońskiej? Jak Konstytucja mogłaby wymusić na władzach zajęcie się zanieczyszczeniem powietrza w miastach? Powinna wymienić referencyjne wskaźniki dla PM10, PM2.5, NO czy NO2, jak sugeruję w art. 2? To osobny, trudny, ale bardzo ważny temat. Zanieczyszczenie powietrza w miastach powoduje masowe schorzenia dróg oddechowych, powstawanie nowotworów i obciąża budżet publicznej służby zdrowia.
Art. 9
1. Rzeczpospolita Polska przestrzega wiążącego ją prawa międzynarodowego.
2. Rzeczpospolita Polska podpisuje zobowiązania międzynarodowe zgodne z zasadami zrównoważonego i odpowiedzialnego rozwoju oraz zgodnie z interesem publicznym, narodowym i społecznym.
O ile nie ma co polemizować z art. 9, o tyle warto się zastanowić, czy nie dodać paragrafu o tym, jakie zobowiązanie można podpisywać, zwłaszcza z punktu widzenia zasad zrównoważonego rozwoju, wpływu na wolność uprawiania polityki gospodarczej, uniemożliwienia potężnym korporacjom zdominowania Polski, kwestii arbitrażu itd. Jakie wnioski wyciągnąć z ACTA czy TTIP?
Art. 10
1. Ustrój Rzeczypospolitej Polskiej opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczej.
2. Władzę ustawodawczą sprawują Sejm i Senat, władzę wykonawczą Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej i Rada Ministrów, a władzę sądowniczą sądy i trybunały.
Paragraf 2 dotyka bardzo trudnego zagadnienia: czy system polityczny powinien być prezydencki, czy kanclerski, czy mieszany (jak obecnie)? Wynik wyborów prezydenckich w USA skłania mnie do preferowania systemu kanclerskiego. Mianowicie wybory parlamentarne dają większą szansę na reprezentatywność władzy wykonawczej, zmniejszając wykluczenie dużych grup społecznych. System mieszany moim zdaniem nie sprawdza się w takim zapalnym geopolitycznie obszarze, jak Polska. Podobnie jestem absolutnie przeciwko większościowej ordynacji wyborczej w wyborach do Sejmu. Proporcjonalne wybory są dużo bezpieczniejsze z punktu widzenia reprezentatywności różnorodnego społeczeństwa.
Art. 11
1. Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność tworzenia i działania partii politycznych. Partie polityczne zrzeszają na zasadach dobrowolności i równości obywateli polskich w celu wpływania metodami demokratycznymi na kształtowanie polityki państwa.
2. Finansowanie partii politycznych jest jawne.
3. Finansowanie partii politycznych jest dozwolone tylko przez polskich obywateli z dochodów opodatkowanych w Polsce.
4. Finansowanie partii politycznych promuje egalitarny charakter Rzeczpospolitej Polskiej.
Zwłaszcza paragraf 2 jest ważny z perspektywy unikania finansowego uzależnienia partii od zagranicznego czy polskiego kapitału. Wystarczy popatrzeć na skutki uzależnienia partii w USA czy Ukrainie od multimilionerów i korporacji. Rozwiązaniem jest konstytucyjne uniemożliwienie stworzenia systemu oligarchicznego. Warto też się zastanowić, jak konstytucyjnie wymusić na władzy, aby partie, które mają mniej niż 3% poparcia w wyborach do Sejmu, dostawały dofinansowanie. Obecne ograniczenie jest niedemokratyczne, gdyż odcina mniejsze ruchy od możliwości rozwoju. Próg 1% mógłby być właściwy.
Art. 12
1. Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność tworzenia i działania związków zawodowych, organizacji społeczno-zawodowych rolników, stowarzyszeń, ruchów obywatelskich, innych dobrowolnych zrzeszeń oraz fundacji.
2. Finansowanie powyższych organizacji jest jawne.
3. Finansowanie z zagranicznych źródeł nie może dominować polskiego sektora pozarządowego. Szczegóły reguluje ustawa.
4. Żaden darczyńca nie może być anonimowy.
To bardzo trudny temat, zwłaszcza jeśli chodzi o zagraniczne finansowanie, które może mieć potężny wpływ na wyniki wyborów. Jest np. tajemnicą poliszynela, że Federacja Rosyjska wspierała finansowo Front Narodowy we Francji czy Trumpa w wyborach prezydenckich. Podobnie jeden zagraniczny multimilioner czy korporacja mogą zainwestować miliony w siatkę fundacji i media, dzięki czemu zyskają zupełnie niedemokratyczny wpływ na polską politykę i osiągają własne cele, niemające demokratycznej legitymacji. Równocześnie organizacje społeczeństwa obywatelskiego starające się reprezentować polski interes, nie mogą znaleźć istotnego dofinansowania. Temat aktywności społeczeństwa obywatelskiego jest na tyle ważny dla polskiej demokracji, że powinna się do niego odnieść Konstytucja.
Art. 13
Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada, promuje lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, niezrównoważony rozwój, niesprawiedliwość społeczną, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa.
Ten artykuł jest słuszny. Czego mi tu brakuje, to ograniczenia działalności organizacji, które promują niezrównoważony rozwój czy de facto system neokolonialny, dewastujący naturę, lub przeciwstawiają się art. 2 Konstytucji mówiącemu o sprawiedliwości społecznej. To temat trudny do ugryzienia, ale bardzo ważny. Przecież doktryna neoliberalna promuje ubóstwo i jest niezgodna z konstytucyjną zasadą sprawiedliwości społecznej.
Art. 14
1. Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu.
2. Tylko polskim publicznym mediom wolno mieć większy niż 5-procentowy udział w całym polskim rynku medialnym i 10% w poszczególnych sektorach medialnych.
3. Udział w polskim rynku medialnym jest wyliczany przez zsumowany udział wszystkich powiązanych kapitałowo w Polsce i poza Polską spółek medialnych.
To niezwykle ważny i bardzo nieprecyzyjny artykuł. Gdy obserwujemy obecną strukturę mediów w Polsce, przypominamy sobie aferę Rywina związaną z kształtem rynku medialnego oraz analizujemy de facto otwartą wojnę między zagranicznym koncernem medialnym a polskim, nie przez każdego lubianym, ale jednak demokratycznie wybranym rządem. Leży w interesie społecznym i publicznym, aby Konstytucja uniemożliwiła przejęcie rynku medialnego przez zagraniczny kapitał oraz utrudniała tworzenie oligopoli lub monopoli przez prywatny, zwłaszcza zagraniczny, kapitał medialny. Inną kwestią jest to, jak zdefiniować sektory medialne, takie jak radio, telewizja, lokalna prasa, jakie są bezpieczne udziału w rynku? Jak wziąć pod uwagę internet?
Art. 20
1. Społeczna gospodarka rynkowa oparta na wolności działalności gospodarczej, własności prywatnej, spółdzielczej, społecznej i komunalnej oraz solidarności, dialogu i współpracy partnerów społecznych stanowi podstawę ustroju gospodarczego Rzeczypospolitej Polskiej.
2. Zasoby naturalne, będące własnością Rzeczpospolitej Polskiej, nie podlegają przekształceniom własnościowym. Interes społeczny i zrównoważona i odpowiedzialna eksploatacja, w szczególności wody pitnej, lasów i kopalin, mają priorytet przy wydawaniu licencji na ich eksploatację. Ich dzierżawę na ważne cele publiczne i społeczne reguluje osobna ustawa.
3. Strategiczna infrastruktura transportowa, energetyczna, informatyczna i komunalna znajduje się pod kontrolą Rzeczpospolitej Polskiej.
Gdy spojrzymy na diagram 1 czy na lata ignorowania Komisji Trójstronnej, raczej trudno mówić o solidarności czy o dialogu partnerów społecznych. Podobnie aktywne zwalczanie związków zawodowych przez kapitał trudno nazwać dialogiem. Tym samym art. 20. był przez ostatnie 27 lat gwałcony przez rządzące partie i przez Trybunał Konstytucyjny.
Widać także, iż własność prywatna jest wymieniona w Konstytucji, w przeciwieństwie do własności spółdzielczej, komunalnej czy państwowej. Konstytucja powinna wesprzeć rozwój własności spółdzielczej i komunalnej, gdyż pełnią one ważne funkcje społeczne. To natomiast oznacza zmniejszenie niektórych rynków zdominowanych przez prywatne firmy – czyli w efekcie ich opór.
Infrastruktura energetyczna, transportowa i telekomunikacyjna (w tym internet) mają strategiczne znaczenie i jako takie powinny podlegać ochronie konstytucyjnej, jak dzieje się np. w Niemczech. Tamtejsza Konstytucja w artykule 87e stwierdza, że koleje żelazne, wraz z opisem chronionych funkcji, są własnością państwa. Również inne strategiczne usługi, takie jak poczta, transport powietrzny i telekomunikacja, są chronione odpowiednio, w artykułach 87d i 87f. Tym samym skandaliczna i lekkomyślna prywatyzacja PKP Energetyka nie mogłaby się tam zdarzyć. Nie warto nawet wspominać o „prywatyzacji” Telekomunikacji Polskiej przez sprzedanie jej państwowej telekomunikacyjnej spółce francuskiej.
Zakaz przekształcenia własnościowego państwowych zasobów naturalnych byłby bardzo ważnym uzupełnieniem Konstytucji. Dlaczego? Wystarczy popatrzeć na przykład bankrutującej Grecji. Pomoc w spłacie długu publicznego jest uzależniona od prywatyzacji zasobów naturalnych i strategicznej infrastruktury. Powinno się konstytucyjnie uniemożliwić prywatyzację wody pitnej, ziemi rolnej, rzek, dróg czy portów – oraz zapewnić ich prospołeczne, zrównoważone i odpowiedzialne wykorzystanie w harmonii z ekosystemami.
Art. 22
1. Ograniczenie wolności działalności gospodarczej jest dopuszczalne tylko w drodze ustawy i tylko ze względu na ważny interes publiczny i społeczny oraz bezpieczeństwo ekonomiczne Rzeczpospolitej Polskiej.
2. Rzeczpospolita Polska wspiera konkurencyjność polskiej gospodarki oraz zrównoważony i odpowiedzialny rozwój gospodarki opartej na wiedzy.
3. Rzeczpospolita Polska współkształtuje polskie rynki, uniemożliwiając powstawanie prywatnych i prywatno-publicznych monopoli, oligopoli i zmów kartelowych.
4. W interesie społecznym i publicznym Rzeczpospolita Polska dąży do kontroli nad naturalnymi monopolami na szczeblach lokalnym, regionalnym i krajowym.
Warto sprecyzować kwestie związane z kartelami, monopolami, oligopolami czy dumpingiem. Globalne korporacje mają tak wielki efekt skali, że mogą przez lata dusić polską konkurencję dumpingowymi cenami i zajmować dominującą pozycję na rynku (np. Velux kontra Fakro na rynku okien dachowych).
Innym problemem jest to, że globalna korporacja może mieć w Polsce np. 5% globalnego dochodu, ale cała jej siła może być wykorzystywana do zdominowania polskiego rynku. Tym samym np. kary za nadużywanie dominującej pozycji, jeśli to prawnie możliwe, powinny być wyliczane od globalnego procenta obrotu całej korporacji, a nie tylko jej polskiej gałęzi. Innym problem są oligopole ukryte, np. wielkie globalne fundusze inwestycyjne kontrolują setki marek, które formalnie nie są od siebie w Polsce zależne, ale mają ogromny potencjał zdominowania rynków i zaistnienia zmów kartelowych. Warto spojrzeć na poniższy diagram:

Kolejna sprawa to oligopole w łańcuchach dostawczych, kontrolujące polskie małe i średnie firmy, np. w handlu detalicznym. To kluczowe zagadnienia dla mozolnego odkręcania neokolonialnej postaci polskiej ekonomii. Aby zrozumieć skalę ryzyka, warto poczytać np. o funduszu inwestycyjnym Blackrock i rzucić okiem na jego wpływy.

Czy wpływy w niemieckiej gospodarce:
Twitter: w styczniu 2013 – 80 mln dolarów.
Telekom: 3,34%
Thyssen-Krupp: 4,96%
Siemens: 5,01%
Deutsche Post: 5,01%
Warto też zdawać sobie sprawę, że BlackRock to nie wyjątek wśród funduszy inwestycyjnych. Roczny PKB Polski to zaledwie około 20% aktywów BlackRock.
Nie zrobiłem tego w art. 22, ale warto się zastanowić, czy nie dodać punktu, że jedna firma, fundusz, holding czy firmy powiązane kapitałowo mogą posiadać np. maksymalnie 1% polskiej gospodarki, 2% stu największych polskich przedsiębiorstw, 3% tysiąca największych polskich przedsiębiorstw. Zminimalizowałoby to ryzyko przejęcia kontroli przez globalnych gigantów zbyt dużej części polskiej gospodarki. To trudny temat do wyliczenia i sformułowania. Ale taka konstytucyjna podstawa prawa antymonopolowego, antykartelowego i antyoligopolowego byłaby na pewno w interesie społecznym i publicznym.
Art. 23
1. Podstawą ustroju rolnego państwa jest gospodarstwo rodzinne. Zasada ta nie narusza postanowień art. 21 i art. 22.
2. Władze publiczne wspierają rozwój rolnictwa ekologicznego, odpowiedzialnego i zrównoważonego oraz spółdzielczy handel takimi produktami rolnymi. Szczegóły określa ustawa.
To bardzo ważny artykuł, który powinien być podstawą uniemożliwienia spekulacji ziemią rolną i przejmowania rolnictwa przez wielki kapitał i cudzoziemców. Liczne wyspecjalizowane mniejsze i średnie gospodarstwa są podstawą polskiego bezpieczeństwa żywnościowego.
Problem wspierania produkcji zdrowej żywności w czasach ekspansji GMO, ogromnej ilości chemii w rolnictwie i braku efektywności wykorzystywania zasobów (np. zużycie wody na jednostkę produkcji czy emisja metanu) warty jest punktu w Konstytucji. Jesteśmy tym, co jemy. I dlaczego nie wesprzeć handlu spółdzielczego takimi ekologicznymi produktami?
Art. 24
1. Praca znajduje się pod ochroną Rzeczypospolitej Polskiej. Państwo sprawuje nadzór nad warunkami wykonywania pracy.
2. Kary za łamanie prawa pracy, w tym ograniczanie prawa do organizowanie się w związki zawodowe i rady pracownicze, są proporcjonalne do globalnego obrotu pracodawcy.
3. Przedstawiciele pracowników mają prawo do zasiadania w radzie nadzorczej przedsiębiorstw. Szczegółowe przepisy reguluje ustawa.
4. Rzeczpospolita Polska zapewnia urzędowi zajmującemu się kontrolą warunków pracy odpowiednie środki na skuteczne funkcjonowanie.
Patrząc na diagram 1 można ocenić, że rządzące partie nie za bardzo się postarały. Zdecydowanie artykuł ten powinien być rozbudowany. Pracodawcy powinni się bać łamać kodeks pracy, a strach mogą spowodować tylko odpowiednie kary finansowe, proporcjonalne do globalnego obrotu. Czemu wielki fundusz inwestycyjny ma móc się chować za łańcuszkiem firm i inwestycji? Warto też wspomnieć, że w Niemczech przedstawiciele pracowników mają prawo do zasiadania w radzie nadzorczej. Państwowa Inspekcja Pracy była do tej pory chronicznie niedofinansowana i bezzębna. Jest to tak ważny instrument sprawiedliwości społecznej, że być może zasługuje na wzmiankę w Konstytucji.
Art. 26
1. Siły Zbrojne Rzeczypospolitej Polskiej służą ochronie niepodległości państwa i niepodzielności jego terytorium oraz zapewnieniu bezpieczeństwa i nienaruszalności jego granic.
2. Siły Zbrojne zachowują neutralność w sprawach politycznych oraz podlegają cywilnej i demokratycznej kontroli.
3. Roczny budżet Sił Zbrojnych wynosi przynajmniej 2% PKB, a od 2025 2,5% PKB.
W polskiej sytuacji geopolitycznej armia musi być dofinansowana i chodzić jak w zegarku. Dlatego Konstytucja powinna gwarantować minimum wydatków na obronę.
Ciąg dalszy nastąpi.
przez Jarosław Tomasiewicz | czwartek 1 grudnia 2016 | opinie
Miało być o czymś innym. Ale w międzyczasie doszło do politycznego trzęsienia ziemi w skali globu: Donald Trump wygrał wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych.
Nie zaskoczyło mnie to. Żeby było jasne: nie należę do niezliczonych obecnie osób twierdzących, że „wiedziały”, iż Trump wygra, bo „od początku to było pewne”. Jedynym, który jasno i jednoznacznie przepowiadał zwycięstwo Trumpa był, jak pamiętam, Sławomir Sierakowski. Ja uważałem, że jest to możliwe i że szanse Trumpa wraz z upływem czasu rosną: informacje z wyciekających e-maili Demokratów stopniowo przesiąkały do opinii publicznej przez warstwę sensacyjnych newsów o kolejnych brzydkich postępkach Republikanina, analiza sondaży agregowanych przez RealClearPolitics wykazywała tendencję wzrostową popularności Trumpa. Należało też brać pod uwagę „nieśmiałych” trumpistów. Pamiętając wszakże powtarzane aż do „prawidłowego” skutku referenda w Danii i Irlandii, będąc świadom prawie nieograniczonych możliwości manipulacji medialnych i socjotechnicznych, wynik uważałem do końca za niepewny. Z drugiej strony referendum w sprawie Brexitu sugerowało, że wszystko jest możliwe.
I stało się. Kolejna – która już? – klęska lewicy (czy też raczej, jak to określa „Krytyka Polityczna”, „nieprawicy”). Na razie na „lewicy” przeważa wyparcie tego faktu. To nieprawda, że Clinton przegrała wybory, przecież dostała więcej głosów, winna jest ta zła, głupia, przestarzała ordynacja. Problem w tym, że ta sama ordynacja obowiązywała cztery i osiem lat temu, gdy wygrywał Obama. Nikomu wtedy nie przeszkadzała, a Demokraci w cuglach odnosili sukcesy. Ci, do których dotarło już, że przegrali, upierają się, że może i doszło do porażki, ale najważniejsze, że masy ludowe murem stoją za Demokratami: to bogacze zagłosowali na Trumpa! Ignorują przy tym fakt, że Trump po prostu odziedziczył większość elektoratu republikańskiego, który z natury jest zamożniejszy od Demokratów. Gdy jednak porównamy wyborców Trumpa z wyborcami choćby Romneya, dostrzeżemy wyraźny przypływ głosów plebejskich1.
I tu jest pies pogrzebany.
Podobno amerykańska „lewica” ubolewa, że zaniedbała białą klasę robotniczą na rzecz koalicji kobiet (de facto: feministek), mniejszości i milenialsów2. „Krytyka Polityczna” cytuje „New York Timesa” (Jedną z wielu lekcji niedawnych wyborów prezydenckich […] jest to, że należy skończyć z tożsamościowym liberalizmem), „Harvard Business Review” (Męska godność jest poważną sprawą dla mężczyzn z klasy pracującej, a oni nie czują, żeby dalej ją mieli. […] Płace białych mężczyzn z klasy pracującej zatrzymały się w latach 70. i dostały jeszcze cios pod postacią kryzysu z 2008 roku. […] A co proponują Demokraci? New York Times sugeruje, żeby mężczyźni po szkole średniej poszukali sobie pracy w sektorze różowych kołnierzyków) i innych (Pas Rdzy zbuntował się przeciwko neoliberalnej Nowej Ekonomii i wielokulturowemu społeczeństwu)3. Radykalna lewica woli powoływać się na World Socialist Web Site: Duże, uprzemysłowione stany, które zostały zdewastowane przez likwidacje fabryk […], które głosowały na Obamę w 2012 roku, przeszły teraz na stronę Partii Republikańskiej […]. Stało się to głównie dzięki głosom ludzi pracy, z których większość to akurat biali – wybrali oni Trumpa w swoim proteście przeciwko prokorporacyjnej i antyrobotniczej polityce, którą kontynuował i nasilił wręcz Obama4.
Niesamowite! Co za odkrycia! Więc Obama jednak nie był mesjaszem amerykańskiej i światowej lewicy, tylko reprezentantem korporacji? Więc istnieje coś takiego, jak biała (!) klasa robotnicza (!), i klasa ta ma świadomość marginalizacji? Więc lewicowości nie da się zredukować do „tęczowej koalicji” opartej na kwestiach kulturowych? Szok.
Tak się składa, że w czasach, kiedy jeszcze aktywnie zajmowałem się publicystyką (czyli 10-20 lat temu), z uporem maniaka wołałem na lewicowej puszczy: nie odrywać się od ludu, słuchać ludu, być z ludem na dobre i na złe. Starać się artykułować interesy większości, a nie mniejszości. Postrzegać rzeczywistość przez pryzmat interesów ekonomicznych, a nie ideologicznych zbieżności. Wystrzegać się jakiejkolwiek kolaboracji czy bodaj faktycznego pomocnictwa w stosunku do globalnego kapitału, nawet wtedy, gdy występuje pozorna zbieżność interesów, gdyż sojusze między nierównorzędnymi stronami kończą się z reguły wykorzystaniem słabszego partnera jako „pożytecznego idioty”5. Niestety, sytuacja przyśpieszającej globalizacji nie sprzyjała takiemu staroświeckiemu zrzędzeniu. Stałem pod prąd „strumienia historii”…
W tym momencie pojawia się konieczność poczynienia dygresji natury historycznej. Istotą lewicowości było kiedyś to, co dziś nazywa się „populizmem”: lewica wypowiadała się w imieniu ludu, starała się artykułować interesy zwykłych ludzi, próbowała reprezentować plebejską większość. Zarazem socjalizm rodził się w konfrontacji z nacjonalizmem i religią, które proponowały alternatywne wobec klasowej formuły solidarności i tym samym były instrumentami pacyfikowania proletariatu przez rodzime klasy panujące. W poprzedniej epoce kapitalizm zamykał się w zasadzie w ramach narodowych, dlatego narodowa solidarność była mu na rękę; opierał się na produkcji, więc sprzyjał ascetycznemu etosowi pracy i tradycyjnej moralności legitymizującej rodzinę nuklearną. Tymczasem w dobie globalizacji wyrosła w pełni kosmopolityczna burżuazja, ponadnarodowe koncerny, którym jakiekolwiek bariery polityczne i kulturowe na globalnym rynku utrudniają maksymalizację zysków. Nowy kapitalizm wymaga maksymalnej mobilności jednostki, dlatego chce usunąć wszystko, co to utrudnia, unieważnić struktury społeczne takie jak rodzina, sąsiedztwo, naród. Postindustrialny casino capitalism rozwija się dzięki nieograniczonej, rozpasanej, marnotrawnej konsumpcji, więc wszelkie etyczno-religijne ograniczenia i tabu stanowią dla niego zawadę. To wszystko sprawiło, że w latach 90. kapitalizm rozszedł się z nacjonalizmem i religią, kapitał odrzucił niepotrzebne mu już protezy.
Lewica tego nie zauważyła, a jeśli nawet – to źle zinterpretowała. Nie dostrzegła, że w nowych warunkach nacjonalizm i religia mogą być instrumentami mobilizowania ludu. Zamiast tego postanowiła wykorzystać koniunkturę do załatwienia starych porachunków z nacjonalistami i kościołami. O ile wcześniej uważała, że zniesienie kapitalizmu przyniesie pożądane zmiany kulturowe, to teraz – w obliczu ekonomicznej zapaści „systemu socjalistycznego” – uznała, że lepiej skoncentrować się właśnie na odcinku „nadbudowy”. Skoro nie można frontalnym atakiem obalić kapitalizmu, to trzeba pod jego osłoną przeforsować przemiany obyczajowe, a dopiero gdy przedpole zostanie oczyszczone – budować globalny socjalizm. Ponieważ nacjonalizm i religia stały się przeciwnikiem zarówno lewicy, jak i kapitalizmu, sukcesy na tym froncie były znaczące. Problem w tym, że te „zwycięstwa” przypominały bajkę o słoniu i mrówce idących przez most. Mrówka mówi do słonia: „Ale my tupiemy!”. Goszyści stanowili tylko pomocniczy oddział turbokapitalizmu pacyfikujący niedobitki reakcji. Co więcej, okazało się, że przemiany kulturowe bardziej wzmacniają kapitalizm niż lewicę – tyleż rozładowując opór niektórych peryferyjnych sektorów, co dezintegrując tradycyjną ludową bazę lewicy.
W ramach globalizacji klasa robotnicza została wyeksportowana z Zachodu na peryferie, jej resztki nie nadążały za „postępem”. Robotnicy stali się – jak prorokował to Marcuse czy Negri – passé. Niczym w kiepskim horrorze Duch Wieczny Rewolucjonista opuścił ten zewłok przenosząc się w bardziej atrakcyjne ciała. W praktyce najwierniejszym zapleczem przeistoczonej „lewicy” stali się zblazowani BoBo (bourgeois bohemian) i wystylizowani na „prekariuszy” hipsterzy. Pod wpływem nowego środowiska, preferującego wygodę i rozrywkę ponad wysiłek i poświęcenie, „lewica” zatraciła swą kolektywistyczną tożsamość stawiającą dobro zbiorowości ponad interes jednostki („Jednostka – zerem, jednostka – bzdurą”… pamięta to ktoś jeszcze?). W to miejsce przetransplantowano liberalne ideały indywidualizmu i hedonizmu: dokonała się Wielka Podmiana. Dziś nowa lewica walczy w imię tych samych wartości, co kapitalistyczny establishment, zarzucając mu tylko niekonsekwencję i hipokryzję (to my jesteśmy prawdziwymi obrońcami jednostki!). Rozmieniła Wielką Utopię na drobne udogodnienia lub ekscentryczne fantasmagorie (obowiązkowo w ramach liberalnej narracji), przekształciła się w „Partię Umiarkowanego Postępu w Granicach Prawa” z frakcją „Ekscentrycznych Ekstremistów”.
W ten sposób dochodzimy do sedna: goszyści odnaleźli swe miejsc w Systemie. Status „Opozycji Jego Królewskiej Mości” okazał się całkiem wygodny. Większość lewicy mogła się grzać w słoneczku późnego kapitalizmu, pławić się w przychylności mediów, korzystać z grantów i dotacji, w razie potrzeby sięgać nawet po karzącą rękę burżuazyjnej sprawiedliwości w walce z przeciwnikami ideologicznymi6. W rezultacie „lewica” zrosła się z establishmentem tysięcznymi nićmi powiązań towarzyskich, ideowych, instytucjonalnych, finansowych. Żyje w symbiozie z wysokorozwiniętym kapitalizmem, nie wyobraża już sobie życia poza Systemem. Oczywiście zmiany w „postępowym” kierunku tak, jak najbardziej, ale – na Oświecenie! – nie próbujmy wywrócić łodzi, którą płyniemy, na ciemnych odmętach populizmu, fundamentalizmu, faszyzmu! I mamy do czynienia z żałosnym spektaklem, gdy zdezorientowani lewicowcy z mniejszym lub większym zapałem bronią status quo (Brexit) i solidaryzują się z establishmentem (Clinton) jako „mniejszym złem”, a prawicowcy stają na czele osieroconego ludu w walce o zmianę.
Dlatego niech wolno mi będzie to powiedzieć: nie płakałem po Clinton7. Wystarczy popatrzeć na wyborczą mapę USA, by zauważyć, że triumf Trumpa to bunt peryferii przeciw Centrum. Oczywiście to, że wygrał Trump nie oznacza, że wygrały peryferie. Taki naiwny nie jestem.
I muszę wyznać jeszcze jedno: tak naprawdę nie lubię mówić „A nie mówiłem?”. To gorzka satysfakcja. Nie sądzę, by Kassandra była uradowana spełnianiem się jej przepowiedni.
Przypisy
- Moją intuicję potwierdziła empiria: http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/stany-zjednoczone/20161115/lekcja-orbana-lekcja-trumpa
- http://www.tvn24.pl/ameryka-wybiera-wybory-prezydenckie-2016,145,m/trwaja-poszukiwania-przyczyn-porazki-clinton,691371.html
- http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/stany-zjednoczone/20161122/wscieklosc-prowincji-klasy-sredniej-czy-przesyt-politycznej-popr
- http://www.socjalizmteraz.pl/pl/Artykuly/?id=1042/Rasa,_klasa_i_wybor_Trumpa
- Aby nie być gołosłownym: Wyznania nonkonformisty (Mat’ Pariadka 8), Wokół nacjonalizmu (Magazyn Antyrządowy 24/25), Ideologie czy ludzie? (Inny Świat 15), Tezy o populizmie (Dyktatura.info), Jaki populizm? (Obywatel 6) i wiele innych temu podobnych populistycznych manifestów. A do pewnego lewicowego aktywisty pisałem we wrześniu 2005 r.: „mniej więcej (data symboliczna) od rewolty 1968 r. […] klasa robotnicza na Zachodzie zburżuazyjniała i rewolucyjna lewica utraciła swą tradycyjną bazę. Skoro dłużej nie można było trzymać się koncepcji większościowego bloku klas ludowych, lewica […] zaczęła zwracać się do rozmaitych niezadowolonych mniejszości, próbując sklecić z nich koalicję antysystemową. […] obecnie, w warunkach demontażu państwa opiekuńczego i pogłębiającego się rozwarstwienia społecznego […] pojawią się przesłanki do odbudowania większościowego bloku ludowego”.
- Na wszelki wypadek wyjaśniam, że nie opisuję tu współczesnej Polski, tylko wysokorozwinięte państwa Zachodu. Polska neolewica takiego statusu nie ma, ale za takim statusem tęskni, uważa, że należy jej się jak psu miska.
- Nie tylko ja – również nieposzlakowani lewicowcy jak https://jaroslawpietrzak.com/2016/11/24/trump-i-clinton-burzuazyjna-demokracja-umiera-brzydka-smiercia/ czy http://www.aljazeera.com/programmes/upfront/2016/11/zizek-electing-trump-shake-system-161116062713933.html=
przez Adam Ostolski | poniedziałek 28 listopada 2016 | opinie
Zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA to wydarzenie, które potrafili przewidzieć nieliczni, ale które każdy próbuje sobie jakoś wyjaśnić. Już następnego dnia internet wypełnił się komentarzami, których autorzy i autorki próbują odpowiedzieć na pytanie, jak do tego doszło i kto tak naprawdę wybrał ekscentrycznego miliardera na jedno z najważniejszych stanowisk politycznych na świecie. Udzielane na gorąco odpowiedzi często wpisują się w gotową narrację. To rewanż białych mężczyzn z klasy pracującej, broniących świata opartego na męskiej dominacji i pogardzie dla „kolorowych” – mówią jedni, pokazując na poparcie tych słów odpowiedni wykres. To wkurzeni biedni stracili cierpliwość do Demokratów i zagłosowali na Trumpa, uznawszy, że lepsza taka zmiana niż żadna – mówią inni, z innymi wykresami na podorędziu. Trumpa wybrali nie wykluczeni, lecz bogaci i uprzywilejowani – wskazują jeszcze inni, przywołując jeszcze inne dane. A może to amerykańska prowincja zbuntowała się przeciw wielkomiejskim elitom z ich tyranią „politycznej poprawności”? Oczywiście z taką oceną też można się spotkać – i tutaj znajdą się wykres lub tabelka na potwierdzenie.
Kłamstwa, wierutne kłamstwa i statystyka
Zważywszy na to, jak epokowym wydarzeniem wydaje się zwycięstwo Trumpa, zadziwiająco niewielu ludziom zaburza ono utrwalony obraz świata. A przecież, jak przestrzegał dawno temu Mark Twain, są trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, wierutne kłamstwa i statystyka. W tym przypadku powyborcza statystyka używana jest często do okłamywania samych siebie. Tymczasem wygrana Trumpa to jeden z tych momentów, gdy naprawdę warto porzucić przywiązanie do utrwalonych narracji – czy to „pocieszających”, czy „przerażających” – i cierpliwie pochylić się nad danymi, aby bez uprzedzeń spróbować zrozumieć, co takiego się wydarzyło.
Poniżej przyglądam się temu, czego możemy dowiedzieć się o amerykańskich wyborach, analizując je w kategoriach relacji klasowych. Chciałbym podkreślić, że wnioski, które tu przedstawiam, mają charakter prowizoryczny, a ich pełne potwierdzenie lub odrzucenie wymagałoby uwzględnienia bardziej kompletnych danych. Odczytywanie procesów politycznych przez pryzmat stosunków klasowych nie oznacza ponadto, że wszystko „redukuje się” do klasy. Relacje klasowe zawsze odgrywają swoją rolę – i dlatego nie można ich ignorować – ale nigdy nie odgrywają jej w izolacji od innych podziałów (np. rasowych czy płciowych) lub instytucji regulujących polityczną artykulację zbiorowych interesów (jak scena partyjna czy system wyborczy). Odnotowuję te oczywistości, bo dotychczasowa dyskusja nie daje pewności, że dla wszystkich są one jasne.
W powyborczych komentarzach o „klasach społecznych” mówi się zaskakująco – jak na Polskę – często. Natomiast zaskakująco rzadko, zwłaszcza w kontekście tych wyborów, wspomina się o „klasie średniej”. Jednak na ogół nie jest to precyzyjny język analizy klasowej. „Klasa” najczęściej kojarzona bywa niezbyt precyzyjnie z „biedą” lub „wykluczeniem” bądź utożsamiana jest z „dochodem”.
Owszem, dochód to jeden z ważniejszych wyznaczników pozycji klasowej wyborców, a czasami jedyny, na temat którego mamy w miarę dokładne dane. Aby jednak zrozumieć, jak zróżnicowanie klasowe przekłada się na decyzje wyborcze, informacje o preferencjach osób z poszczególnych kategorii dochodowych trzeba powiązać z analizą w kategoriach walki klasowej. Analiza geografii zmian w stanowych regulacjach wyborczych czy poziom frekwencji w regionie dotkniętym dezindustrializacją mogą nam o klasowym znaczeniu tych wyborów powiedzieć więcej niż mechaniczne zliczanie głosów „biednych” i „bogatych”.
Gospodarka, głupcze?
Jeśli spojrzymy na rozkład głosów w poszczególnych kategoriach, widzimy, że wraz z zamożnością rosło prawdopodobieństwo oddania głosu na kandydata Republikanów. Biedni częściej głosowali na Clinton, a bogaci na Trumpa. Ta zależność utrzymuje się, jeśli uwzględnimy rasę: również wśród białych w przypadku najmniej zamożnych wyborców Clinton wygrywała z Trumpem. Co więcej, prawidłowość ta utrzymuje się także przy uwzględnieniu wykształcenia. Wielu komentatorów traktuje poziom wykształcenia jako wskaźnik pozycji klasowej, ale nie jest to do końca trafne. Owszem, wyborcy bez żadnego dyplomu częściej głosowali na Trumpa, zaś absolwenci college’ów na Clinton. Brak ukończonych studiów nie znaczy jednak, że mamy do czynienia z osobami biedniejszymi: wielu osobom w tej kategorii powodzi się nieźle, bo prowadzą własne biznesy i mają dobre dochody. Jeśli „złamiemy” poziom wykształcenia przez dochód, to okazuje się, że na każdym poziomie edukacji ludzie o wyższych dochodach częściej głosowali na Trumpa.
Zagadka wyjaśniona – zamożniejsi przegłosowali biednych? Nie do końca. Inny obraz odsłania się, gdy spojrzymy, jak zmieniło się poparcie dla kandydatów Demokratów i Republikanów od czasu poprzednich wyborów prezydenckich. Różnica ta (określana angielskim terminem „swing”) pozwala uwzględnić nie tylko rozkład wyborczego poparcia, lecz również jego dynamikę. Otóż, jak pokazują wykresy na stronie „New York Timesa”, swing na rzecz Trumpa wśród białych wyborców był minimalny – wyniósł ok. 1%. Znacznie wyraźniejszy był natomiast wśród wyborców latynoskich, afroamerykańskich i azjatyckich. Jeśli spojrzymy na kategorie dochodowe, okaże się, że biedni wprawdzie częściej głosowali na Clinton, ale w tej ostatniej grupie swing przechylał się na stronę Trumpa. Odwrotnie z bogatymi: częściej głosowali na Trumpa, ale swing był wyraźnie w stronę Clinton.
Co istotne, najprawdopodobniej chodzi tu nie tyle o przepływy głosów, ile o spadek frekwencji – za ten efekt odpowiada nie tyle zmiana preferencji głosujących z Demokratów na Republikanów, co rezygnacja części demokratycznego elektoratu z udziału w wyborach.
Wyglądałoby więc na to, że Trumpa pośrednio wybrali biedni nie-biali wyborcy. Nie dlatego, że na niego postawili, lecz dlatego, że nie stawili się gremialnie przy urnach, by wybrać Clinton.
Dlaczego tak się stało? Niektórym odpowiedź wyda się oczywista: „Jak taka antypatyczna, siedząca w kieszeni Wall Street, establishmentowa kandydatka jak Hillary Clinton mogłaby w ogóle kogoś do siebie przekonać?”. Słabości kandydatury Clinton są dobrze znane, ale to jednak w najlepszym razie tylko część wyjaśnienia.
Spojrzenie na stan amerykańskiej gospodarki będzie pomocne w zrozumieniu zniechęcenia demokratycznych wyborców. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda dobrze. Po wstrząsie 2008 roku udało się szybko przywrócić wzrost gospodarczy. Zręczne zabiegi Obamy uratowały przed krachem amerykański przemysł samochodowy. Ekspansywna polityka pieniężna Rezerwy Federalnej zmniejszyła ciężar nadmiernego zadłużenia gospodarstw domowych. Od 2011 roku, gdy bezrobocie osiągnęło szczytowy poziom, udało się stworzyć 12 milionów nowych miejsc pracy. Jednak uważniejsze spojrzenie ujawnia poważne rysy, które pojawiają się na tym obrazie. 85% wzrostu gospodarczego w latach 2009-2015 trafiło do kieszeni 1% najbogatszych, podczas gdy przytłaczająca większość Amerykanów i Amerykanek nie odczuła poprawy. Mediana dochodów amerykańskiego gospodarstwa domowego wyniosła w 2015 roku 56 516 dolarów – w porównaniu z 57 423 dol. w roku 2007. Od roku 2011 spadło bezrobocie, ale spadła też aktywność zawodowa – co oznacza, że rosnąca liczba osób traci jakąkolwiek nadzieję na znalezienie pracy. Ponad 43 miliony Amerykanów i Amerykanek zmuszonych jest do korzystania z bonów na żywność.
Niską mobilizację mniej zamożnych wyborczyń i wyborców w sprawie głosowania na Clinton można więc również tłumaczyć ogólnym rozczarowaniem spuścizną polityki gospodarczej czasów Obamy. I nie ma wielkiego znaczenia, że sam Obama niewiele tu zawinił, będąc przez sześć z ośmiu lat swej prezydentury zmuszony do współpracy z republikańską większością w Kongresie. Większością zajadle nieprzyjazną jakimkolwiek programom społecznym i dostatecznie zdeterminowaną, by zaryzykować niewypłacalność rządu federalnego, byle postawić na swoim. W przeciwieństwie do Billa Clintona, który aktywnie prowadził ramię w ramię z Republikanami antypracowniczą politykę – czego symbolem stała się osławiona ustawa Personal Responsibility Act (1996), która stworzyła całą kategorię „pracujących biednych” – Obama miał raczej dobre propozycje, przynajmniej w krajowej polityce gospodarczej. To Republikanie wykorzystywali swoje przewagi, by prowadzić w Waszyngtonie walkę klasową przeciw biednym. Tyle że z punktu widzenia ludzi, którzy w 2008 roku głosowali z nadzieją, a potem nie dostrzegli widocznej poprawy, wniosek może być taki, że wybór Demokraty na prezydenta niewiele zmienia.
Czy potencjalni wyborcy Clinton nie zmobilizowali się do głosowania dlatego, że im nie zależało, czy raczej dlatego, że nie mogli? Pewnych wskazówek może dostarczać mapa frekwencji wyborczej. Spadek frekwencji w takich bastionach Demokratów, jak Kalifornia, Maryland czy Waszyngton (który przyjął niedawno prawo ułatwiające udział w wyborach, więc teoretycznie frekwencja powinna być tu wyższa), sugerowałby, że wyborcy Clinton chętniej mobilizowali się tam, gdzie ich głos mógł zaważyć na wyniku niż tam, gdzie sytuacja zdawała się rozstrzygnięta.
Jednak w miejscach takich jak Ohio, Michigan czy Wisconsin – dotąd głosujących w wyborach prezydenckich na Demokratów, a tym razem nieoczekiwanie zdobytych przez Trumpa – demobilizacja wyborców niekoniecznie musiała być dobrowolna. W stanach tych, podobnie jak w „wahającej się” Karolinie Północnej czy na Florydzie, ale także w bezpiecznych republikańskich bastionach jak Teksas czy Arizona, w ostatnich latach zaostrzyło się zjawisko voter suppression – manipulacji prawem wyborczym w celu pozbawienia faktycznej możliwości głosowania określonych kategorii obywatelek i obywateli. Dlatego wyniku tegorocznych wyborów w USA nie sposób zrozumieć bez uwzględnienia klasowej geografii politycznej.
Pozycyjna i manewrowa wojna klas
Ostatecznie Trump wygrał dlatego, że oprócz tradycyjnie „wahających się” stanów zdobył również stany tradycyjnie demokratyczne, które miały stanowić „niebieski mur” gwarantujący Clinton zwycięstwo. Chodzi o Michigan, Wisconsin, Pensylwanię i inne stany tworzące obszar „pasa rdzy” („rust belt”), jak określa się region dotknięty przez dezindustrializację wskutek liberalnej polityki handlowej, której symbolem stało się porozumienie NAFTA – wynegocjowane przez Busha seniora, a wdrażane przez Billa Clintona. Zdobycie stanów wahających się i „pasa rdzy” stało się możliwe dzięki połączeniu przez Trumpa pozycyjnej i manewrowej walki klasowej.
W amerykańskim systemie wyborczym walka w wyborach prezydenckich toczy się o głosy elektorskie, które zdobywane są w poszczególnych stanach. Clinton zdobyła o ponad 2 miliony głosów więcej w głosowaniu powszechnym, lecz mimo to przegrała walkę o prezydenturę, ponieważ w decydujących stanach Trump zdobył od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy głosów więcej. Jak udało mu się to osiągnąć?
Wielu komentatorów zdumiewało się, że – szczególnie w ostatnich tygodniach kampanii – Trump skupiał uwagę na tradycyjnie demokratycznych stanach (po)przemysłowego Środkowego Zachodu, zamiast zgodnie z regułami sztuki intensyfikować obecność w stanach wahających się. Zarówno Trump, jak i Pence odwiedzali w kampanii wyborczej „pas rdzy” znacznie częściej niż Clinton i Kaine, a ponadto wychodzili poza większe ośrodki. Nie chodzi jednak tylko o to, że Trump dowartościował zapomniane regiony, lecz także o to, że do nich dopasował swój przekaz. Zwracając się w stronę protekcjonizmu, kandydat Republikanów zerwał z republikańską tradycją poparcia dla „wolnego handlu”. I to właśnie ta strategia przyniosła Trumpowi sukces. Jak sugerują analizy wyników na poziomie hrabstw, Trumpowi udało się przejąć demokratycznych wyborców w tych obszarach „pasa rdzy”, gdzie wciąż dominują stare przemysły. Okazał się skutecznym politycznym innowatorem, w konfrontacji „nowej” i „starej gospodarki” stawiając na tych, którymi prawie nikt się już nie interesował.
Nawet to jednak nie zagwarantowałoby Trumpowi zwycięstwa, gdyby nie prowadzona od dawna przez Republikanów pozycyjna walka klasowa nastawiona na wyeliminowanie z udziału w wyborach grup tradycyjnie głosujących na Demokratów. Zjawisko voter suppression przybrało na sile po orzeczeniu Sądu Najwyższego z czerwca 2013 roku (w sprawie Shelby kontra Holder). Sąd Najwyższy odesłał do lamusa kluczową część ustawy Voting Rights Act z 1965 roku, pozbawiając rząd federalny kontroli nad zmianami w stanowych regulacjach wyborczych. W efekcie nastąpił wysyp nowych regulacji, mających ograniczyć dostęp do urny afroamerykańskiej klasie ludowej. Zmniejszanie liczby lokali wyborczych, ograniczanie możliwości wcześniejszego głosowania, nowe wymogi dotyczące dowodów tożsamości, wykreślanie z rejestru tych wyborców, którzy ostatnio nie brali udziału w głosowaniu – to tylko kilka z najbardziej popularnych rozwiązań.
Zmiany w prawie wyborczym można oczywiście kwestionować na drodze sądowej, trwa to jednak dłużej i nie gwarantuje sukcesu. Tuż przed wyborami federalny sąd apelacyjny pozbawił mocy zmiany w prawie wyborczym w Karolinie Północnej. W orzeczeniu sędziowie stwierdzili, że zakwestionowane regulacje (m.in. skrócenie czasu na wcześniejsze głosowanie czy nowe wymogi dotyczące dokumentów tożsamości) „z chirurgiczną precyzją” wymierzone są w czarnych wyborców, a przy tym nie odpowiadają na żaden realny problem. Władze stanowe uzasadniały reformę prawa wyborczego potrzebą ochrony przed oszustwami wyborczymi, nie potrafiły jednak wskazać przypadków oszustw, które uzasadniałyby wprowadzane zmiany. Co ciekawe, w Północnej Karolinie znane są przypadki oszustw związanych z głosowaniem korespondencyjnym, jednak stan nie zamierzał ograniczyć możliwości takiego głosowania (korespondencyjnie częściej głosują biali). Wyrok sądu apelacyjnego nie został zresztą odrzucony przez Sąd Najwyższy jedynie dlatego, że chwilowo nie ma w nim republikańskiej większości i głosy sędziów rozłożyły się po równo (4 do 4).
Równie ciekawy był przypadek Ohio – „wahającego się” stanu w „pasie rdzy”. Władze stanowe postanowiły wykreślić z rejestru wyborców wszystkich, którzy nie głosowali od 2008 roku. Czystka objęła 200 tysięcy osób. Znowu w ostatniej niemal chwili sąd nakazał ponowne wpisanie tych osób do rejestru, a także umożliwienie oddania głosu tym, których nie zdążono już ponownie wpisać. Nie udało się natomiast przywrócić w drodze sądowej instytucji „złotego tygodnia” – kilkudniowego okresu, gdy można było tego samego dnia zarejestrować się w spisie wyborców i oddać wcześniejszy głos.
Zarówno Północna Karolina, jak i Ohio były w tegorocznych wyborach traktowane jako stany, o które toczy się walka. Jednak największy wpływ praktyki zniechęcania wyborców mogły mieć w tradycyjnie demokratycznym stanie Wisconsin. Początkowo informowano, że Trump wygrał w nim przewagą 27 tys. głosów (świeższe dane mówią o 22 tys.). Według szacunków stanowej komisji wyborczej, voter suppression mogło wyeliminować z udziału w wyborach nawet 41 tys. wyborców.
Zniechęcanie wyborców to oczywiście element międzypartyjnej rywalizacji – praktyki te mają na celu takie zniekształcenie reguł wyborczych, by zwiększyć szanse wyborcze Republikanów kosztem Demokratów. Rozpoznanie grup, które należy wykluczyć, by osiągnąć sukces, opiera się na kryteriach rasowych. Biali wyborcy chętniej głosują korespondencyjnie, czarni chętniej korzystają z możliwości wcześniejszego głosowania po niedzielnym nabożeństwie („souls to the polls”). Interpretacja tej polityki w kategoriach rasowych jest o tyle istotna, że to właśnie z tego względu manipulacje prawem wyborczym mogą być kwestionowane przez sądy. Jednak to, co pomaga wygrywać batalie prawne, niekoniecznie musi pomagać w walce politycznej. Zniechęcanie wyborców legitymizuje się pośrednio za pomocą rasizmu, ale jest również narzędziem polityki klasowej: uderza we frekwencję wyborczą w klasie ludowej (choć zdefiniowanej według kryteriów rasowych). Sprzeciw wobec tych manipulacji powinien nie tylko demaskować ledwie zawoalowany rasizm takich rozwiązań, lecz również ich głębszą klasową treść. Tylko ponowne opowiedzenie w języku klasowym o manipulacjach w prawie wyborczym pozwoliłoby przesunąć pole bitwy z polityki tożsamości na politykę równości.
Z tego punktu widzenia reakcje Demokratów na wynik wyborów mocno rozczarowują. Zarówno Hillary Clinton, jak i Bernie Sanders pogratulowali zwycięzcy, zamiast wytknąć, że wybory nie były do końca uczciwe i już od pierwszego dnia mobilizować własnych zwolenników do walki z jaskrawą niesprawiedliwością klasową. Równocześnie zaczęły oddolnie powstawać „ruchy kontroli wyborów”, zaś kandydatka Zielonych Jill Stein zebrała w ciągu paru dni kilka milionów dolarów na sfinansowanie wniosków o ponowne przeliczenie głosów w decydujących stanach – Wisconsin, Michigan i Pensylwanii. W przypadku Wisconsin sama zapowiedź kontroli sprawiła, że wynik Trumpa został skorygowany w dół o prawie 5 tys. przypisanych mu „omyłkowo” głosów. Przeliczanie głosów raczej nie wpłynie na ostateczny wynik wyborów, może jednak osłabić legitymację nowego prezydenta. „Ruchy kontroli wyborów” wskazują raczej na ryzyko błędów w głosowaniu elektronicznym i możliwą ingerencję rosyjskich hakerów niż na manipulacje prawem wyborczym w interesie klasy panującej. Ich wpływ na przyszły układ w wojnie klasowej pozostaje więc kwestią otwartą i zależy od dwóch czynników: gotowości lewicowych polityków głównego nurtu do trwalszego związania się z tymi inicjatywami oraz umiejętności powiązania (niebezpodstawnych) podejrzeń o ingerencję Putina ze sprzeciwem wobec polityki voter suppression. Dziś trudno powiedzieć, czy (przynajmniej niektórzy) Demokraci podejmą to wyzwanie.
Pod innym względem jednak strategia Demokratów wydaje się rozsądna. Zamiast wyczekiwać na porażkę Trumpa i odliczać dni do kolejnych wyborów w oczekiwaniu na rewanż, postanowili wspierać prezydenta w tych obszarach, gdzie odchodzi on od republikańskiej ortodoksji w stronę tradycyjnie lewicowego programu. Decyzja zapadła niemal pierwszego dnia po wyborach. W sprawach dotyczących praw kobiet i mniejszości czy ochrony środowiska Demokraci chcą być opozycją zdecydowaną i wyrazistą. Natomiast w kwestiach takich jak inwestycje w infrastrukturę, ulgi podatkowe na dziecko, płatne urlopy rodzicielskie czy rewizja porozumień handlowych może okazać się, że Trump będzie mógł prędzej liczyć na poparcie Demokratów niż Republikanów. Przynajmniej pod tym względem amerykańska opozycja jest mądrzejsza od polskiej.