przez Rafał Gdak | wtorek 24 stycznia 2017 | opinie
Styczniowe mrozy dały się we znaki także pasażerom komunikacji miejskiej. Okazuje się, że wystarczy odrobina techniki, by uniknąć stania na przystanku. W niektórych miastach, m.in. w Lublinie, Łodzi czy Gdańsku funkcjonuje znacznie ułatwiający życie System Informacji Pasażerskiej. Wystarczy zainstalować w smartfonie odpowiednią aplikację i uzyskać dostęp do rozkładu w czasie rzeczywistym. Jak to działa? Bardzo prosto. Aplikacja wskaże aktualny czas dojazdu wybranego autobusu czy tramwaju do naszego przystanku. Zamiast marznąć w oczekiwaniu na często opóźnione pojazdy komunikacji miejskiej, możemy dostosować wyjście z domu czy pracy do realnego rozkładu.
Kilka dni temu rozmawiałem na temat wspomnianego rozwiązania z siedemdziesięciolatkiem korzystającym na co dzień z transportu publicznego. Pomysł go zachwycił. Czar prysł, gdy okazało się, że jest jedno „ale”. Żeby korzystać z tego dobrodziejstwa, trzeba mieć smartfon z dostępem do internetu. Rzeczony mężczyzna używa zwykłej komórki. Technologii się boi. Twierdzi, że nie potrafiłby używać smartfonu. – Próbowałem nauczyć się na telefonie znajomego – mówi. – Wszystko tak szybko ucieka, gdy przesunie się palcem – skarży się.
Rozkład jazdy online to tzw. potrzeba pierwszego świata, ale ten błahy w gruncie rzeczy przykład pokazuje spory problem. Dziś wiele aktywności wymaga od nas korzystania z technologii. Młodzi radzą sobie bez trudu. Starsi czują się zagubieni. Często wręcz nie nadążają za nowinkami i ma to realny wpływ na ich życie. Przykładów mogę przytoczyć wiele. Ograniczę się do tych, które sam widziałem.
Dwa, może trzy lata temu na jednym z dużych dworców w Polsce południowej byłem świadkiem sceny, gdy dwoje starszych ludzi próbowało dostać się do autokaru prywatnej firmy. Chcieli dotrzeć do miasta oddalonego o kilkaset kilometrów. Nie udało im się pojechać, bo nie mieli biletu ani nawet rezerwacji. Aby je zdobyć, konieczny był dostęp do internetu. Kierowca biletów już nie sprzedawał, bo w pojeździe nie było miejsc. Podobne sceny obserwowałem w pociągach dalekobieżnych. Tu problem jest mniejszy. Do pociągu się dostaniemy, ale bez miejscówki musimy odbyć podróż na stojąco. Zakup biletu w sieci kilka dni czy tygodni wcześniej, nie tylko zagwarantuje nam miejsce, ale też zniżkę rzędu nawet 30 procent. I znowu: wszystko to wygląda pięknie i wygodnie, gdy potrafimy się odnaleźć w wirtualnym świecie i mamy z nim połączenie lub chociaż nasi bliscy potrafią nam pomóc w jego okiełznaniu.
Dostęp do sieci, a coraz częściej również możliwość korzystania z niej w urządzeniach mobilnych, staje się powoli koniecznością. Rzecz nie dotyczy zresztą wyłącznie obsługi komputera czy smartfonu. Współczesny świat wymaga od nas umiejętności korzystania z wielu urządzeń elektronicznych: bankomatów, biletomatów, paczkomatów itp. Już teraz w wielu placówkach medycznych funkcjonują zapisy online. Bez wychodzenia z domu możemy zarejestrować się na wizytę u lekarza.
Jak radzą sobie z tym wszystkim osoby starsze? Bardzo różnie. W grudniu 2015 roku Kancelaria Senatu opublikowała raport „Wykluczenie cyfrowe w Polsce”. We wprowadzeniu do opracowania wyższej izby parlamentu czytamy: Wykluczenie cyfrowe, choć tożsame z wykluczeniem społecznym ze względu na skutki, jest jednak zjawiskiem bardziej złożonym, na które składa się wiele różnych czynników decydujących o znalezieniu się w grupie osób zagrożonych. W grę wchodzi zarówno fizyczny dostęp do Internetu, jak również cała gama przesłanek natury psychologicznej.
Dokument nie pozostawia złudzeń. Tylko 15 procent badanych przez CBOS osób w wieku powyżej 65 lat korzystało w 2014 r. z internetu. Nieco lepiej było w niższej kategorii wiekowej. 39 procent obywateli w przedziale 55-64 lata deklarowało korzystanie z sieci. Dla porównania, wśród 18-24-latków było to 97 procent. Oczywiście wyniki zależały też od innych kryteriów. Między innymi od zamożności i miejsca zamieszkania.
Wnioski? Oddajmy głos autorom senackiego opracowania. Według nich zjawisko to stanowi duże wyzwanie nie tylko dla administracji rządowej, ale i samorządów oraz organizacji społecznych. Celem miałoby być włączenie grup zagrożonych wykluczeniem do grona osób korzystających w pełni z możliwości, jakie daje internet poprzez likwidację barier, zarówno technologicznych, jak i psychologicznych – czytamy.
Jak wygląda w praktyce ta walka? Lublin to najbliższa ciału koszula, dlatego, żeby to sprawdzić, wszedłem najpierw na stronę Starostwa Powiatowego w Lublinie. Znalazłem na niej linki do programów prowadzonych na przełomie 2012 i 2013 roku. W serwisie Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego wyszukiwarka nie znalazła żadnych wyników. Z mediów dowiedziałem się za to, że w latach 2007-2013 rozdano na Lubelszczyźnie 7 tys. zestawów komputerowych w ramach projektu finansowanego z unijnych środków, prowadzonego przez Urząd Marszałkowski. Program kosztował 41 mln złotych. Marszałek chwalił się wówczas, że była to największa tego typu inicjatywa w Polsce.
Rzecz jasna tego typu programy należy pochwalić, ale trzeba pamiętać o tym, że, po pierwsze, problem wykluczenia cyfrowego nie został rozwiązany w 2013 roku. Po drugie zaś, w ostatnich latach nastąpiła rewolucja mobilna. Co to oznacza? Że rozdawanie komputerów nie wystarczy w sytuacji, gdy zmieniają się interfejsy i filozofia obsługi sprzętu. Dość powiedzieć, że rynek PC globalnie się kurczy, a w ubiegłym roku osiągnął historyczne minimum sprzedanych komputerów. Spadki mają się również utrzymać roku bieżącym. Kierunek musi być jeden: z wykluczeniem cyfrowym należy walczyć metodami przystosowanymi do czasów.
Paradoksalnie, trwająca od lat mobilna rewolucja może być szansą dla seniorów. Obsługa smartfonów i tabletów jest znacznie mniej wymagająca od obsługi komputerów PC. Wystarczy spojrzeć na bardzo małe dzieci, które bez problemów rozumieją sposób interakcji z urządzeniami już podczas pierwszego kontaktu. Na szczęście coraz częściej spotykam też osoby w wieku 50+, przeglądające internet w smartfonie. Patrzę jednak na swoich rodziców, teściów, i widzę, jak ważna jest edukacja ze strony najbliższych, którzy cyfrowy świat rozumieją. To jedna z form walki z wykluczeniem.
Rafał Gdak
przez Mariusz Braszkiewicz | czwartek 19 stycznia 2017 | opinie
Zgodnie z XX poprawką do Konstytucji Stanów Zjednoczonych Ameryki 20 stycznia 2017 r. o 12:00 czasu wschodniego, czyli o 18:00 czasu środkowoeuropejskiego, upłynie prezydencka kadencja Baracka Obamy, a rozpocznie się kadencja Donalda Trumpa.
Zwycięstwo Trumpa w głosowaniu w Kolegium Elektorskim, które odbyło się 19 grudnia 2016 r. z udziałem elektorów wyłonionych w głosowaniu powszechnym 8 listopada, było dużym zaskoczeniem w kontekście przedwyborczych prognoz bukmacherów, komentatorów i polityków. Głosowanie powszechne, zgodnie z przewidywaniami i sondażami, wygrała Clinton, jednak głosowanie elektorów wygrał Trump. Wymownym wyrazem zaskoczenia było niewystąpienie Hillary Clinton na wieczorze wyborczym i apel szefa sztabu, Tony’ego Podesty, do zwolenników zaniepokojonych cząstkowymi wynikami, by się rozeszli. Zaskoczenie pojawiło się również w Polsce. Poza Sławomirem Sierakowskim (który wcześniej przewidział Brexit) nie było chyba w polskich mediach głosu od początku przewidującego zwycięstwo Trumpa.
Dlaczego Trump wygrał?
Wśród słów, które zrobiły karierę przy okazji tych wyborów, wyróżnić należy deplorables, którym to mianem Hillary Clinton określiła zwolenników swego kontrkandydata. Słownik Longmana tłumaczy ten zwrot jako godni pożałowania. Osobiście wolę się posługiwać bardziej swobodnym, ale wpisującym się w polską stylistykę polityczną wyrażeniem gorszego sortu. Zwrotem tym Hillary Clinton popełniła ten sam błąd, który 4 lata wcześniej zrobił Mitt Romney – republikański rywal Baracka Obamy w walce o prezydenturę. Na spotkaniu ze sponsorami nazwał on wyborców Obamy ofiarami i oświadczył, że nie jest jego celem ubieganie się o głosy grupy, której liczebność obliczył na 47% Amerykanów. W jednym i drugim przypadku kandydaci spotkali się z negatywną reakcją wyborców na swoją arogancję, choć oczywiście nie był to jedyny powód ich przegranej.
Wymieniłbym 5 głównych powodów porażki Clinton.
1. Trump i jego sztab lepiej zrozumieli wymagania geografii wyborczej. Po kampanii prawyborczej, adresowanej głównie do struktur partyjnych w poszczególnych stanach, przyszedł czas na przekonanie nieprzekonanych. Trump skupił się na obszarze Pasa Rdzy, czyli regionu dawnej świetności przemysłu ciężkiego. Głównie na Wisconsin, Michigan i Pensylwanii. Jak okazało się po ogłoszeniu wyników wyborów, właśnie te trzy stany okazały się kluczowe, tj. Clinton do zwycięstwa w skali kraju brakło właśnie tych stanów, w których przegrała różnicą odpowiednio 0,76 punktów procentowych, 0,22 pp. i 0,72 pp. Trump jeździł tam od miejscowości do miejscowości, czasem występował na kilku wiecach dziennie. Swoim running mate, czyli kandydatem na urząd wiceprezydenta, zrobił Mike’a Pence’a, byłego gubernatora Indiany, stanu leżącego właśnie w tamtym regionie. Co więcej, w debatach wyborczych ze swą kontrkandydatką wymieniał z nazwy właśnie powyższe stany, gdy wspominał o rozmowach z wyborcami. Ten zabieg socjotechniczny z pewnością przysporzył mu tam poparcia. Aktywność Hillary Clinton była dużo mniejsza. Na przykład po uzyskaniu nominacji Demokratów nie była w Wisconsin ani razu, uznając, że skoro od 1988 r. nieprzerwanie wygrywał tam kandydat Demokratów, również ona ma zwycięstwo zapewnione. W Michigan (to również od 1988 r. stan głosujący nieprzerwanie w wyborach prezydenckich na Demokratów) i w Pensylwanii (od 1992 r.) jej aktywność była mniejsza niż Trumpa. Jej running mate, Timowi Kaine’owi z Wirginii, który miał powalczyć o głosy Południa, nie udało się zapewnić zwycięstwa w Karolinie Północnej ani na Florydzie. Przegrała tam jeszcze większą różnicą niż we wspomnianych trzech stanach na Środkowym Zachodzie. Należało więc odpuścić Południe, wybrać running mate’a ze Środkowego Zachodu i tamże wiecować. Zwycięstwo Clinton w głosowaniu powszechnym 48% do 46% jest marnym pocieszeniem dla niej i jej zwolenników w obliczu systemu elektorskiego, którego lepszym zrozumieniem wykazali się sztabowcy Trumpa.
2. Trump dostosował program do wymagań kluczowych stanów. Wiedząc, jak wielu ludzi w Pasie Rdzy za pogorszenie swej sytuacji materialnej wini wolny handel, przenoszenie zakładów pracy zagranicę oraz napływ imigrantów, w kampanii wyborczej skupił się na krytyce Północnoamerykańskiego Układu o Wolnym Handlu, na zapowiedziach wysokich ceł i podatków dla producentów, którzy przenieśli produkcję zagranicę, a także na zamknięciu granic.
3. Trumpowi ze swym programem udało się zyskać większe poparcie wśród niegłosujących na Republikanów grup demograficznych, niż mieli poprzedni kandydaci tej partii. Spójrzmy tu na wyniki exit polls przeprowadzonych przez Edison Research na zlecenie National Election Pool (konsorcjum największych mediów amerykańskich: ABC News, AP, CBS News, CNN, Fox News i NBC News). Wolno uznać te wyniki za wiarygodne, gdyż dały Clinton 47,9% głosów (w rzeczywistości dostała 48%), a Trumpowi – 46,2% (w rzeczywistości 46%). Według nich zmalała przewaga Demokratów wśród mniejszości rasowych i osób słabo zarabiających. Przed wyborami na łamach „Nowego Obywatela”, w numerze 21 (72), zjawisko to przewidział Arun Gupta w artykule „Rany kłute klasy robotniczej”. Jego zdaniem Partia Demokratyczna odeszła od ludu i obecnie reprezentuje finansjerę z Wall Street. Obecny wśród wyborców Trumpa rasizm jest zdaniem Gupty często oznaką nie złej woli, lecz rozpaczy i błędnego przekonania, że to mniejszości „zabierają pracę” Amerykanom. Podzielam pogląd Gupty. Podobnie w artykule „A nie mówiłem?” pisze Jarosław Tomasiewicz. O ile jednak ma on rację w kwestii degeneracji lewicowo-liberalnych elit, o tyle zupełnie nie zgadzam się z nim, gdy pisze o rzekomym konserwatyzmie obyczajowym ludu i za utratę poparcia ludu wini walkę z religią. Kwestie światopoglądowe i obyczajowe były w tej kampanii drugoplanowe. Gdyby Republikanie szli do wyborów z hasłami obyczajowej kontrrewolucji, ich kandydatem zostałby Ted Cruz, który skrytykował Donalda Trumpa za to, że nie są dlań największym problemem toalety dla osób transpłciowych. Sam Trump jest zresztą bardziej przychylny osobom LGBT niż cała reszta republikańskiej wierchuszki, z jego zastępcą Mike’iem Pencem (który chce leczyć homoseksualistów elektrowstrząsami) na czele. Po wyborach zadeklarował, że nie popiera prawnego uchylenia zawierania małżeństw jednopłciowych. Republikańska młodzież popiera małżeństwa jednopłciowe. Starsi Republikanie wymrą albo zmienia poglądy (jak uczynił to kilka lat temu senator Rob Portman).
4. Demokraci dali prezent Trumpowi poprzez wystawienie w wyborach Hillary Clinton, osoby niemogącej poszczycić się nieposzlakowaną opinią, kojarzonej z licznymi aferami i już na starcie kampanii mającej wysoki wskaźnik niepopularności. Może więc lepszym wyborem byłby Joe Biden, który mimo 8 lat wiceprezydentury i 36 lat w Senacie nie był nigdy posądzany o udział w żadnej aferze grubszej niż plagiat przemówienia lidera brytyjskiej lewicy Neila Kinnocka (o który sam pokrzywdzony nie miał żalu)? On jednak, spodziewając się porażki w prawyborczym starciu z Clinton, nie zdecydował się na start. Nie wiem natomiast, czy lepszym kandydatem Demokratów byłby Bernie Sanders. Przy całej mojej sympatii do niego, on też mógłby przegrać z Trumpem. Wprawdzie nie budził wielkiej nieufności wśród Amerykanów, a nawet w kampanii wyborczej Donald Trump puszczał oko do jego wyborców, ubolewając nad brudnymi chwytami, jakie stosowała wobec Sandersa Clinton, ale zupełnie inaczej wyglądałaby sytuacja, gdyby to on rywalizował z Trumpem. Wtedy codziennie Sanders byłby obwiniany o głód na Ukrainie, łagry, Katyń i Kambodżę. Takie już są uniwersalne prawa walki wyborczej. Polscy czytelnicy i czytelniczki na pewno wiedzą, o czym mówię. U nas jest podobnie – ulubiona lewica polskiej prawicy to ta, której aktualnie nie ma. Gdy się pojawi, przestaje być ulubiona, a jej miejsce zajmuje ta lewica, która jeszcze wczoraj była wrogiem. Znamy to dobrze. Wiemy, z jakich pozycji atakowany był Sojusz Lewicy Demokratycznej. Wiemy też, że gdy na lewicy pojawiła się partia Razem, nie mająca na koncie tego wszystkiego, co zarzucano (często jak najsłuszniej) SLD, to nagle postkomuniści przestali być dla prawicy tacy straszni. Tak by też zapewne było z Sandersem.
5. Trumpowi pomógł system wyborczy. I nie mówię tu bynajmniej o dokonywaniu wyboru przez Kolegium Elektorskie, dzięki czemu wygrał mimo przegranej w głosowaniu powszechnym – wszak gdyby głosowanie powszechne było decydujące, Trump mógłby ciułać głosy w spisanych przezeń na straty stanach, jak Kalifornia czy Nowy Jork, i być może też by wygrał. Mam na myśli brak powszechności prawa wyborczego w Stanach Zjednoczonych. Wprawdzie przyjęta w 1965 r. Ustawa o prawie do głosowania (Voting Right Act of 1965) ma zapobiegać wszelkim przejawom dyskryminacji, ale wykonanie pozostawia stanom, nad czym od 2013 r. rząd federalny nie ma kontroli wskutek wyroku Sądu Najwyższego w sprawie Shelby v. Holder. Poza nielicznymi wyjątkami, w USA nie ma automatycznej rejestracji wyborców, nadto w regionach zamieszkałych przez mniejszości ogranicza się liczbę urzędów wydających dokumenty tożsamości (których posiadanie w USA nie jest obowiązkowe, ale jest niezbędne dla oddania głosu). Zjawisko voter supression opisał Adam Ostolski w artykule „Trump, Clinton i walki klasowe w USA”, toteż pozwolę sobie odesłać czytelnika do jego artykułu, zamiast powielać trafne spostrzeżenia. Ze swej strony dodam jeden czynnik, który Ostolskiemu umknął, czyli politykę karną. W wielu stanach byli więźniowie są dożywotnio pozbawieni praw wyborczych. Najkrótsza nawet odsiadka czyni człowieka dożywotnio obywatelem drugiej kategorii. Fakty mówią, że przestępczość jest wśród czarnoskórych i Latynosów wyższa niż wśród białych. Odrzucając całkowicie antynaukowe uprzedzenia rasowe, wśród przyczyn tego stanu wskazać należy trudną sytuację materialną. To wszyscy wiemy. Co jednak, w mojej ocenie, umyka większości osób piszących o wyborach w USA (w tym przywołanemu przeze mnie Ostolskiemu, z którym w większości się zgadzam), to rola wojny z narkotykami. Penalizacja posiadania narkotyków zarówno w Polsce, jak i w USA, służy celom statystycznym. W USA, poza poprawą statystyk policji, nadto pomaga eliminować ludzi z grona wyborców. Wśród konsumentów narkotyków jest nadreprezentacja mniejszości rasowych. Nie czynię mniejszościom z tego zarzutu, po prostu stwierdzam fakt. Narkotyki uważam za takie samo zło, jak alkohol (którego po nieudanym eksperymencie prohibicyjnym sprzed prawie 100 lat nikt poważny w Ameryce nie chce zakazywać), papierosy czy niezdrową żywność. Nie mam złudzeń, jakoby polegająca nie na leczeniu, a na karaniu ofiar nałogu War on Drugs była wyrazem troski o zdrowie Amerykanów. Rozpętana została przez republikańskiego prezydenta Nixona, podsycona przez jego partyjnego kolegę Reagana i złagodzona przez demokratycznego prezydenta Obamę (który posunął się nawet do nagięcia rażąco niesprawiedliwego federalnego prawa poprzez nieegzekwowanie go w tych stanach, które sobie tego nie życzą). I nic dziwnego, wszak eliminacja posiadaczy narkotyków z grona wyborców jest na rękę Republikanom.
Jak będzie za Trumpa?
Przywołany wcześniej artykuł „A nie mówiłem” Jarosław Tomasiewicz kończy myślą, że zwycięstwo Trumpa jest buntem peryferii przeciwko centrum, ale bynajmniej nie jest zwycięstwem peryferii. Podzielam ten pogląd. Peryferie głosowały na Trumpa jako na kandydata antysystemowego. Ale antysystemowy może być kandydat, a nie prezydent. Trump, pomimo że jest miliarderem, wykreował w kampanii swój wizerunek jako kogoś, kto rozumie zwykłych Amerykanów, w przeciwieństwie do Clinton. Nie było to trudne ze względu na związki Clinton z wielkim biznesem (o czym pisał przywołany już Gupta). Co więcej, notowania giełdowe chwilę po wyborach wskazywały na to, że giełda negatywnie odebrała zwycięstwo Trumpa. To trwało jednak tylko chwilę. Potem indeksy poszły mocno w górę. W dużej mierze jest to efekt tego, że antysystemowy Trump zaraz po wyborach, gdy przyszło do decyzji personalnych, wziął do rządu parę grubych ryb świata biznesu: resort spraw zagranicznych obejmie Rex Tillerson (były prezes Exxona), skarbu – Steven Mnuchin (OneWest Bank), pracy – Andy Puzder (CKE Restaurants), edukacji – Betsy DeVos (żona byłego prezesa Amwaya). Taki skład rządu jest ceną, jaką Trump zapłacił za dobre relacje z wielkim biznesem. Toteż próżno się spodziewać, by zyskał na tym lud. Pewnym ustępstwem wobec dołów jest nominacja Steve’a Bannona, redaktora naczelnego portalu Breitbart News, będącego ulubionym medium antysystemowej prawicy, określającej się mianem alt-right, przypominającej do złudzenia tzw. prawą stronę internetu w Polsce.
W zeszłorocznych wyborach Republikanie zdobyli także większość w obu izbach Kongresu. Co więcej, ze względu na podeszły wiek dwojga lewicowych sędziów Sądu Najwyższego, konserwatyści zyskają prawdopodobnie niebawem większość w Sądzie Najwyższym, który nie będzie obalał ustaw uchwalonych przez Kongres i podpisanych przez Trumpa. To daje Republikanom pełnię władzy. Oczywiście w ramach samej partii ścierają się różne poglądy i w wielu kwestiach członkowie partii mówią różnymi głosami. Jedni mówią, że Obamacare (reforma systemu ubezpieczeń zdrowotnych) powinna być uchylona, inni – że stopniowo modyfikowana. Nie ma też w partii zgody co do prawa do aborcji czy w kwestii polityki zagranicznej. Zwłaszcza ta ostatnia kwestia, Polaków szczególnie interesująca, jest niewiadomą. Sam Trump raz wysyłał sygnały, że dojdzie do zbliżenia amerykańsko-rosyjskiego, a innym razem, że dojdzie do zaostrzenia konfrontacji. Antyrosyjskim jastrzębiem jest wiceprezydent Mike Pence, podczas gdy podczas gdy doradca ds. bezpieczeństwa, Mike Flynn, jest prorosyjski. Na razie nie podejmuję się przewidywać, które skrzydło partii w jakiej kwestii zwycięży.
Co dalej?
Z sukcesu amerykańskiej prawicy, jakim jest zwycięstwo Trumpa w wyborach prezydenckich i Republikanów w wyborach kongresowych, cieszą się akceleracjoniści, tj. zwolennicy poglądu, który sprowadzić można do słów: im gorzej, tym lepiej. Zdaniem akceleracjonistów zwycięstwo Trumpa, podobnie jak Brexit w Zjednoczonym Królestwie, rządy PiS (a najlepiej jeszcze kogoś bardziej na prawo od PiS) w Polsce i inne zwycięstwa prawicy na świecie skumulują niezadowolenie społeczne i skłonią lud do buntu, a po okresie rządów Trumpów, Kaczyńskich, Orbanów i Le Penów nastąpi rewolucja socjalistyczna.
Skupmy się jednak na ludziach i formacjach politycznych nieoderwanych od rzeczywistości. Na tych, którzy chcą przeprowadzać zmiany na tyle, na ile to możliwe, a nie na marzycielach i na ludziach skoncentrowanych bardziej na czystości ideologicznej niż na poprawie bytu Amerykanów. Niestety system partyjny jest zabetonowany, toteż amerykańska lewica musi działać w ramach Partii Demokratycznej. Już teraz, dzięki niezłemu wynikowi prawyborczemu Berniego Sandersa, udało się przyjąć najbardziej lewicowy program wyborczy od 1972 r. (podczas gdy Republikanie mieli najbardziej prawicowy od 1964 r.) Należy działać dalej w celu oczyszczenia Partii Demokratycznej z clintonizmu i nadania jej oblicza zdolnego do pokonania prawicy w następnych wyborach.
Po klęskach wyborczych w latach 80. Demokraci skręcili w prawo, czego uosobieniem był Bill Clinton. Wtedy to miało sens, gdyż więcej wyborców można było podebrać Republikanom z prawej strony niż z lewej. Teraz, gdy polaryzacja poglądów w USA jest większa, należy skręcić w lewo, by zyskać głosy wyborców lewicowych niegłosujących oraz głosujących na Trumpa, a przekonanych przezeń hasłami głoszonymi tradycyjnie przez lewicę – mam tu na myśli płacę minimalną, płatne urlopy macierzyńskie czy sprzeciw wobec sprzyjającym wielkim korporacjom umów o wolnym handlu. Oczywiście nie wolno przy tym porzucać kwestii obyczajowych (gdy rośnie liczba osób niewierzących lub obojętnych religijnie, a prawa mniejszości seksualnych nie budzą zbyt wielkiego sprzeciwu, nie zaszkodzą one Demokratom), ale przede wszystkim Demokraci winni być kojarzeni z reprezentowaniem interesów nizin społecznych. Dlatego dobrym kandydatem na prezydenta lub przynajmniej na wiceprezydenta będzie za cztery lata Sherrod Brown (zapamiętajcie to nazwisko) – związany ze związkami zawodowymi senator z Ohio, czyli stanu leżącego w Pasie Rdzy, graniczącego z Pensylwanią i Michigan. Jego kandydatura nie zaszkodzi utrzymaniu dotychczasowego żelaznego elektoratu z Północnego Wschodu (tam przewaga Demokratów jest zbyt wielka), a pomoże odzyskać Pas Rdzy.
Poza wspomnianymi wyżej kwestiami ideowymi, programowymi i kadrowymi, nie wolno zapominać o kwestiach PR-owych. Dotychczasowe zagrania Partii Demokratycznej, polegające na protestach przeciwko wyborze Trumpa, cichym wspieraniu żądanego przez kanapową Partię Zielonych ponownego przeliczenia głosów i krytyce systemu opartego na Kolegium Elektorskim, oceniam pozytywnie. Trzeba przeciwnika atakować, delegitymizować i nie iść na kompromisy, poza wspomnianymi w poprzednim akapicie sytuacjami, w których Trump być może wbrew własnej partii będzie zwolennikiem lewicowych rozwiązań. Być taką opozycją, jaką przez kilka ostatnich lat byli Republikanie, gdy stosowali obstrukcję parlamentarną, podważali legalność obywatelstwa Obamy (sam Trump w kampanii wyborczej przyznał w końcu, po latach głoszenia kłamstw w tej materii, że Obama jednak urodził się w USA), zarzucali Demokratom fałszerstwa wyborcze, a związane z nimi portale internetowe produkowały i powielały fałszywe newsy. W epoce postprawdy (posttruth – kolejne słowo, które zrobiło karierę po wyborach) nie ma znaczenia, czy Rosja wpłynęła na wyniki wyborów w USA. Jeśli tak, to należy to nagłośnić. Jeśli nie – należy to wymyślić. Nieważne, czy na Demokratów zagłosowały nielegalnie 3 mln ludzi bez obywatelstwa, jak twierdzą alt-rightowskie portale. Nagłaśniać zjawisko voter suppression. I nie palić szmatławych portali. Zakładać własne. Wtedy może za 4 lub 8 lat uda się przejąć władzę, a potem zrobić coś dobrego.
przez Jekatierina Szulman | poniedziałek 16 stycznia 2017 | opinie
Premier Węgier Viktor Orbán uradował niedawno świat nauki, oświadczając, że dobrze byłoby zbudować na Węgrzech nieliberalną demokrację na wzór Federacji Rosyjskiej. Ponieważ model liberalny w pewien sposób się wyczerpał. Zauważył przy tym bardzo przenikliwie, że „najpopularniejszym tematem refleksji jest dzisiaj funkcjonowanie systemów, które nie są ani zachodnie, ani liberalne, ani tym bardziej liberalno-demokratyczne”.
Rzeczywiście, nie ma we współczesnej politologii zagadnienia bardziej aktualnego niż studia nad reżimami hybrydowymi. Terminów na ich określenie jest mnóstwo, co odzwierciedla nieukształtowany jeszcze charakter przedmiotu badań: demokracje nieliberalne, demokracje imitacyjne, autorytaryzm elekcyjny, autokracja bez tyranii.
Jaki pożytek może przynieść w praktyce ten wysunięty przyczółek nauki? Naturę reżimów hybrydowych warto rozumieć chociażby po to, aby uniknąć narzucających się analogii historycznych i nie tracić czasu na oczekiwanie, kiedy za oknem nastanie faszyzm lub wzejdzie zorza sowietyzmu.
Pesymizm historyczny zawsze jest w modzie. Za najważniejszą lekcję płynącą z historii XX wieku uważa się świadomość, że w każdej chwili wszystko może obrócić się na gorsze oraz że żadne ucywilizowanie nie chroni przed nagłym napadem zdziczenia. Ale „gorzej” i „lepiej” to terminy wartościujące. A popularne opowieści o „dnie, w które ktoś zapukał od spodu”, i inne tego rodzaju kroniki nadchodzącej apokalipsy brzmią przekonująco, lecz racjonalnych podstaw mają nie więcej niż obyczaj plucia przez lewe ramię czy lęk, by nie zapeszyć. Podejmowanie decyzji na takiej podstawie jest tak samo pochopne jak kierowanie się optymistycznym „jakoś to będzie”.
Reżim hybrydowy to autorytaryzm na nowym etapie historii. Wiadomo, na czym polega różnica między reżimem autorytarnym a totalitarnym: pierwszy wzmacnia w obywatelach bierność, a drugi – mobilizację. Reżim totalitarny wymaga uczestnictwa: kto nie maszeruje i nie śpiewa, ten jest nielojalny. Reżim autorytarny na odwrót – przekonuje poddanych, by zostali w domu. Kto zbyt energicznie maszeruje i zbyt głośno śpiewa, ten jest podejrzany, bez względu na ideologiczną treść pieśni i kierunek marszu.
Reżimy hybrydowe powstają głównie w krajach zasobnych w złoża naturalne, nazywanych czasem petropaństwami (ale zasobem, z którego się utrzymują, nie musi koniecznie być ropa). Są to reżimy, którym pieniądze dostają się za nic: nie wskutek pracy narodu, lecz ze złóż naturalnych. Ludność reżimom hybrydowym tylko przeszkadza i stwarza dodatkowe zagrożenie dla ich tajnego marzenia, jakim jest niezmienność władzy. Sercem takich reżimów jest myśl, którą w Rosji z jakiegoś powodu przypisuje się Margaret Thatcher: dobrze by było mieć X obywateli do obsługi rury (odwiertu, kopalni), a reszta najlepiej by sobie gdzieś poszła. Z tego powodu reżim obawia się każdej mobilizacji: nie posiada on bowiem instytucji służących zagospodarowaniu obywatelskiej aktywności i zaangażowania.
Badacze zachodni, którzy nazwali reżim hybrydowy demokracją nieliberalną lub autorytaryzmem elekcyjnym, zwracają uwagę na jeden jego aspekt – dekoracyjność instytucji demokratycznych. W reżimach hybrydowych odbywają się wybory, ale władza się nie zmienia. Jest kilka kanałów telewizyjnych, ale wszystkie mówią to samo. Opozycja istnieje, ale nikomu się nie sprzeciwia. A zatem – mówią zachodni politolodzy – to wszystko to tylko pozłota, pod którą kryje się stary dobry autorytaryzm.
W istocie reżim hybrydowy ma charakter dwustronnie imitacyjny. Nie tylko symuluje demokrację, której nie ma, ale też przedstawia sobą dyktaturę, która w rzeczywistości nie istnieje. Łatwo jest zauważyć, że demokratyczna fasada powstała z papier-maché. Trudniej zrozumieć, że również stalinowskie wąsy są przyklejone. Jest to trudne także dlatego, ponieważ dla człowieka współczesnego „łagodna przemoc” i „niski poziom represji” to pojęcia wątpliwe z moralnego punktu widzenia. Żyjemy w epoce humanizmu, przerażają nas nawet takie ofiary w ludziach, które wedle kryteriów europejskich XX wieku byłyby znikome.
Reżim hybrydowy stara się wykonać swoje główne zadanie – zapewnić niezmienność władzy – za cenę względnie niskiego poziomu przemocy. Nie dysponuje on ani moralnym kapitałem monarchii, ani aparatem represji totalitaryzmu. Nie da się wprawić w ruch „koła zamachowego represji” bez czynnego udziału obywateli. Ale obywatele reżimów hybrydowych nie chcą w niczym uczestniczyć. Charakterystyczne, że propaganda w reżimach hybrydowych nikogo nie mobilizuje, tylko łączy obywateli na gruncie bierności.
Spójrzmy na owych 87% Rosjan, którzy popierają wszystko – od inwazji wojskowych po sankcje spożywcze. Na pytanie „czy akceptujesz to?”, odpowiadają „tak”. Lecz jednocześnie niczego nie robią. Nie wstępują do oddziałów ochotniczych, nie chodzą na prowojenne mityngi. Nawet na wybory chodzą nieszczególnie, przez co reżim hybrydowy musi bez końca martwić się o fałszowanie frekwencji i wyników. Spośród aktywności uwarunkowanych politycznie u tych osób zaobserwowano jedynie wypłatę pieniędzy z rachunku bankowego, zamianę ich na dolary i zakup masła.
Propaganda z oszałamiającą skutecznością kształtuje opinię właśnie tych ludzi, których opinia nie ma znaczenia. Nie dlatego, że są to ludzie jakoby „drugiego sortu”, lecz dlatego, że ich opinie nie mają związku z ich działaniami. Mogą oni zapewnić władzy akceptację, lecz nie wsparcie; nie można się na nich oprzeć.
Reżim pojmuje swoim gadzim mózgiem (to nie wyzwisko, lecz termin z neurofizjologii: najstarsza część mózgu, która odpowiada za bezpieczeństwo gatunku i podstawowe odruchy), że owe 87% akceptujących nie jest podmiotem procesu politycznego. Znaczenie ma tylko opinia aktywnej mniejszości. Tym tłumaczy się „paradoks ustawodawczy”: czemu władza, która dysponuje, zdawałoby się, masowym poparciem narodu jak kraj długi i szeroki, w żaden sposób z tego poparcia nie korzysta, a zamiast tego ustanawia wciąż nowe prawa o treści represyjno-obronnej?
Być może owe prawa mają za zadanie namacać tę aktywną mniejszość? Kim są jej członkowie? Może to ludzie z podwójnym obywatelstwem, albo związani z organizacjami pozarządowymi…? A może to blogerzy? Albo ci, co chodzą na mityngi i lubią palić w restauracjach? Jak ich uszczypnąć, jak przycisnąć – nie mocno, a tylko trochę? A jeszcze lepiej – jak przekonać, że są pozbawionymi wartości odszczepieńcami i że dobrze by zrobili, gdyby wyjechali? Reżim hybrydowy nigdy nie zatrzymuje swoich obywateli – przeciwnie, zachęca aktywną mniejszość do wyjazdu.
Reżimy hybrydowe są bardzo trwałe i żywotne. Korzystają z zalet gospodarki prawie rynkowej i częściowo wolnego społeczeństwa i dlatego nie rozpadają się w jeden dzień jak klasyczne dyktatury. To powinni wiedzieć zarówno ci, którzy oczekują remake’u z rozpadu Związku Radzieckiego, jak i ci, którzy spodziewają się nagłego odrodzenia imperium. W szesnastym roku sprawowania władzy upaść z pieca na łeb i przemienić się w chwackiego faszystę jest rzeczą tak samo trudną, jak zderzyć się ze ścianą i odrodzić jako promienny liberał.
Nie oznacza to, że reżim hybrydowy jest stabilny, choć zarazem łaknie stabilności i dla niej gotów jest znieść wszelkie wstrząsy. Korzeń tej pozornej sprzeczności tkwi w mechanizmie podejmowania decyzji, który dla reżimu hybrydowego jest tym, czym igła dla Kościeja.
Konsekwentnie odcinając lub zapychając śmieciem wszystkie kanały komunikacji zwrotnej, reżim zmuszony jest w wielu kwestiach działać po omacku. Kontakt z rzeczywistością dają mu: telewizja, która rozmawia sama ze sobą; dobrane wedle kryterium niekompetencji elity; wewnętrzne poczucie wodza, którego serce winno bić unisono z narodem, lecz przez długie lata przebywania w izolacji może zacząć bić własnym rytmem. Dlatego reżim zmuszony jest bezustannie zgadywać, jak jego działanie zostanie przyjęte przez wewnętrzne i zewnętrzne audytorium. Kiedy reżim popełnia błąd, nie ma żadnych narzędzi do jego naprawy. Reżim hybrydowy nie posiada biegu wstecznego: jest trwały, lecz niemanewrowalny.
Pojawienie się demokracji imitacyjnych nie jest rezultatem zepsucia demokracji nieimitacyjnych. Jest to owoc postępu obyczajów, który nie pozwala już stosować przemocy tak szeroko i bezpiecznie, jak było to przyjęte jeszcze pięćdziesiąt lat temu. Jeśli „obłuda to danina, którą występek płaci cnocie”, to imitacja jest podatkiem, który dyktatura płaci demokracji.
Jekatierina Szulman
Przełożyła Renata Lis
Tekst pierwotnie ukazał się w gazecie „Ведомости” 15 sierpnia 2014 r. Przedruk za zgodą autorki.
przez Marcin Malinowski | wtorek 10 stycznia 2017 | opinie
Od kilku lat głośny jest temat zmian Konstytucji RP z 1997 r. W kilku tekstach zatem przeanalizuję jej artykuły z punktu widzenia zagadnień opisywanych przeze mnie w kwartalniku „Nowy Obywatel”, takich jak konkurencyjność gospodarki, zrównoważony rozwój, ochrona społeczeństwa przed negatywnymi konsekwencjami globalizacji, konieczne zmiany instytucjonalne, ochrona środowiska czy zmniejszanie nierówności społecznych. Dotychczas unikałem kwestii światopoglądowych i zamierzam się tego trzymać.
Konstytucja to temat nie tylko dla prawników. Język prawniczy powinien służyć do sformułowania w postaci aktów prawnych specyficznych celów interesu społecznego, publicznego i narodowego obywateli Polski. Natomiast moje sugestie to tylko skromna i niedoskonała wskazówka, w jakich punktach obecna Konstytucja się nie sprawdziła. Omówione kwestie nie wyczerpią wszystkich ważnych zagadnień, gdyż ograniczam rozważania do tematów, które znam ze swojego życia zawodowego.
Poniższy tekst jest poświęcony Rozdziałowi II Konstytucji (art. 30-56). Artykuły, których nie wspominam, nie wydają mi się kontrowersyjne. Pogrubioną czcionką dopisane są moje sugestie uzupełnienia tej ustawy. Zapewne wiele stwierdzeń powinno zostać przeanalizowanych przez prawników i innych specjalistów w celu możliwie precyzyjnego sformułowania.
Pierwszą część tych rozważań opublikowano tutaj: https://obywatel3.macmas.pl/2016/12/06/co-z-ta-konstytucja-czesc-1/
Rozdział II – Wolności, prawa i obowiązki człowieka i obywatela
Zasady ogólne (art. 30-56)
Art. 34
1. Obywatelstwo polskie nabywa się przez urodzenie z rodziców będących obywatelami polskimi. Inne przypadki nabycia obywatelstwa polskiego określa ustawa.
2. Obywatel polski nie może utracić obywatelstwa polskiego, chyba że sam się go zrzeknie.
3. Polskie prawo imigracyjne nie podlega uwspólnotowieniu.
Biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia w Ełku, będące wodą na młyn skrajnej prawicy, niechętnie poruszam ten temat. Warto jednak myśleć dalej niż pojedynczy incydent. Kwestie humanitarne, tolerancja względem mniejszości narodowych czy religijnych, są ważnym elementem lewicowej tożsamości. Należy jednak obserwować realne skutki zmian demograficznych w Niemczech, Francji, Belgii czy Szwecji w sposób pozbawiony ideologicznego zacietrzewienia i wyciągać z nich wnioski. Właściwa ocena to nie bezrefleksyjne wspieranie „multikulti” czy hasła „Polska dla Polaków”, lecz ocena, jak te zmiany wpływają na takie kwestie jak np. demografia, rynek pracy, drobny handel, prawa kobiet, integralność kulturowa państwa, ale i kreatywna różnorodność społeczeństwa, klimat dla innowacyjności, integrowanie zagranicznych naukowców itd.
Sugerowane dodanie punktu 3. powinno być oczywiście dopasowane do prawa UE, do którego wypełniania zobowiązuje Polskę art. 9 Konstytucji RP. Takie podejście ostrożnościowe nie wyklucza etycznego postępowania. Warto sobie zdawać sprawę, że z postępującymi zmianami klimatycznymi problem masowych migracji i konfliktów zbrojnych będzie narastał.
Domyślam się, że wielu osobom nie podoba się takie pragmatyczne postawienie sprawy. Problem polega na tym, że jeśli lewica nie odniesie się mądrze do tej kwestii, poważnie traktując obawy społeczne, dyskurs zdominują narodowcy według biało-czarnego wzorca. I na tym wypłyną w wyborach, bo temat jest nośny. Obawy społeczne są realne i nic nie da rytualne zaklinanie rzeczywistości na wzór zachodniej lewicy liberalnej. Jej szlachetne przekonania w tym zakresie pryskają jak bańka mydlana w kolejnych wyborach w starciu z ksenofobicznymi nacjonalistami, jak UKIP Farage’a w Wielkiej Brytanii, Front Narodowy Le Pen we Francji, AfD w Niemczech czy PVV Wildersa w Holandii. Trump także został wybrany na fali ksenofobii i izolacjonizmu w USA. Warto również wiedzieć, że Rosja dokłada do tego pieca, po cichu finansując antyislamskie i nacjonalistyczne organizacje, świetnie wiedząc, że ten temat skłóca społeczeństwa.
Art. 49
1. Zapewnia się wolność i ochronę tajemnicy komunikowania się. Ich ograniczenie może nastąpić jedynie w przypadkach określonych w ustawie i w sposób w niej określony.
2. Władza publiczna chroni polskie społeczeństwo przed negatywnymi skutkami globalnych monopoli w usługach informatycznych.
3. Władza publiczna zapewnia bezpieczeństwo cyfrowe danych obywateli RP i strategicznej infrastruktury.
W dobie big data, rosnących globalnych monopoli amerykańskich firm informatycznych, jak Facebook, Microsoft, Apple, Google czy Amazon, powiększających się cyberzagrożeń, np. cyberwojen prowadzonych przez Rosję czy Chiny, lub globalnej cyberinwigilacji prowadzonej przez amerykańskie NSA, uzupełnienie art. 49 jest konieczne, aby wzmocnić cyberbezpieczeństwo Polski i Polaków. Zmiany tego artykułu powinny być bardzo dobrze przemyślane i odpowiadać wyzwaniom doby cyfrowej.
Art. 54
1. Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji.
2. Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane. Ustawa może wprowadzić obowiązek uprzedniego uzyskania koncesji na prowadzenie stacji radiowej lub telewizyjnej.
Ostatnio głośne są kwestie cenzury na Facebooku. Dotyczyły one nie tylko wydarzeń organizowanych przez narodowców, ale też przez społeczne organizacje, jak np. ta strona http://www.uslugipublicznemajaglos.pl/
Podobnym problemem są tzw. fake news (fałszywe informacje) np. na Facebooku, przez które kraje trzecie próbują wpłynąć na wyniki wyborów czy referendów. Obecnie problem ten próbują ugryźć Niemcy, zastanawiając się, jak pociągnąć Facebooka do odpowiedzialności za umożliwianie tej praktyki, niebezpiecznej dla demokracji.
Nie zaryzykuję sugerowania, jak Konstytucja mogłaby się odnieść do problemów fake news i manipulacji w mediach globalnych monopolistów. Jednak temat jest istotny.
Wolności i prawa polityczne
Art. 59
1. Zapewnia się wolność zrzeszania się w związkach zawodowych, organizacjach społeczno-zawodowych rolników oraz w organizacjach pracodawców.
2. Związki zawodowe oraz pracodawcy i ich organizacje mają prawo do rokowań, w szczególności w celu rozwiązywania sporów zbiorowych, oraz do zawierania układów zbiorowych pracy i innych porozumień.
3. Związkom zawodowym przysługuje prawo do organizowania strajków pracowniczych i innych form protestu w granicach określonych w ustawie. Ze względu na dobro publiczne ustawa może ograniczyć prowadzenie strajku lub zakazać go w odniesieniu do określonych kategorii pracowników lub w określonych dziedzinach.
4. Zakres wolności zrzeszania się w związkach zawodowych i organizacjach pracodawców oraz innych wolności związkowych może podlegać tylko takim ograniczeniom ustawowym, jakie są dopuszczalne przez wiążące Rzeczpospolitą Polską umowy międzynarodowe.
Paragraf 1. niby zapewnia wolność zrzeszania się w związkach zawodowych, ale w praktyce, jak wiadomo, nie do końca to funkcjonuje. Wydaje się wystarczający do surowego karania pracodawców, którzy szykanują pracowników chcących zrzeszyć się w związkach zawodowych. Niestety, rządzące partie nie przeciwdziałały nagminnemu łamaniu art. 59.
Warto też, wzorem Niemiec, zapewnić przedstawicielom pracowników obowiązkowe miejsce w radach nadzorczych. Odpowiedni zapis został zasugerowany w art. 24.
Kolejnym rozdziałem Konstytucji jest Wolności, prawa ekonomiczne, socjalne i kulturalne. Może warto dodać do tej listy także „obowiązki”.
Art. 64
1. Każdy ma prawo do własności, innych praw majątkowych oraz prawo dziedziczenia.
2. Własność, inne prawa majątkowe oraz prawo dziedziczenia podlegają równej dla wszystkich ochronie prawnej.
3. Własność może być ograniczona tylko w drodze ustawy i tylko w zakresie, w jakim nie narusza ona istoty prawa własności.
4. Sprawiedliwy, progresywny i powszechny podatek spadkowy jest ważnym elementem zasady sprawiedliwości społecznej.
Warto się zastanowić, czy obowiązek płacenia rozsądnego, sprawiedliwego i progresywnego podatku spadkowego nie powinien wynikać z Konstytucji RP. Jak odpowiednim prawniczym językiem ująć zakaz potencjalnego unikania go za pomocą przenoszenia własności na zarejestrowane np. w Luksemburgu czy Monako fundacje lub spółki? Stawia to bogatych Polaków ponad prawem i jest dyskryminujące wobec reszty obywateli. Jak ująć kwestię własności ziemi w rękach zagranicznych spółek, których właściciele nie są obywatelami Polski? To bardzo trudny temat, również pod względem prawnym, więc ta sugestia jest tylko niedoskonałym surowcem do obróbki.
Podatek spadkowy powinien mieć sporą kwotę wolną, pozwalającą na rozwój klasy średniej. Odziedziczenie zwykłego mieszkania czy działki to nie fortuna, lecz forma zabezpieczenia od wypadków losowych.
Natomiast bogaci Polacy uchylający się od obowiązku płacenia podatku spadkowego nie powinni doświadczać życzliwości państwa, wspierania ich interesów za granicą, preferowania, dotacji publicznych itp. Są prawa, są i obowiązki. Sama kwestia zapłaty podatku od odziedziczonych akcji powinna być jednak negocjowana z urzędami skarbowymi, aby nie miało to wpływu na działalność przedsiębiorstwa w przypadku firm rodzinnych.
Art. 65
1. Każdemu zapewnia się wolność wyboru i wykonywania zawodu oraz wyboru miejsca pracy. Wyjątki określa ustawa.
2. Obowiązek pracy może być nałożony tylko przez ustawę.
3. Stałe zatrudnianie dzieci do lat 16 jest zakazane. Formy i charakter dopuszczalnego zatrudniania określa ustawa.
4. Minimalną wysokość wynagrodzenia na godzinę za pracę lub sposób ustalania tej wysokości określa ustawa.
5. Władze publiczne prowadzą politykę zmierzającą do pełnego, produktywnego zatrudnienia poprzez realizowanie programów zwalczania bezrobocia, w tym organizowanie i wspieranie poradnictwa i szkolenia zawodowego oraz robót publicznych i prac interwencyjnych.
To bardzo ważny artykuł. Punkt 4 Konstytucji, mimo niedawno wprowadzonych rozwiązań ustawowych (które łatwo zmienić), powinien zostać uszczelniony wymogiem minimalnego zarobku godzinowego, niezależenie od sposobu zatrudnienia.
Art. 66
1. Każdy ma prawo do bezpiecznych i higienicznych warunków pracy. Sposób realizacji tego prawa oraz obowiązki pracodawcy określa ustawa.
2. Pracownik ma prawo do określonych w ustawie dni wolnych od pracy i corocznych płatnych urlopów;
3. Minimalny płatny urlop wynosi 20 dni roboczych rocznie.
4. Prawo do płatnego urlopu dotyczy również tymczasowego zatrudnienia lub zatrudniania w niepełnym wymiarze czasowym. Szczegóły określa ustawa.
5. Maksymalny czas pracy wynosi 35 godzin tygodniowo. Szczegóły i uzasadnione wyjątki określa ustawa.
Czy powoli nie nadchodzi czas na siedmiogodzinny dzień pracy? Myślę, że w większości przypadków to kwestia jej organizacji. Poza tym wykorzystywanie pracowników odbija się na kosztach służby zdrowia, za co pracodawcy już nie płacą. Odbija się to również na rodzinach czy wychowaniu dzieci, powodując ogromne koszty społeczne.
Warto też uchwycić patologie rynku pracy związane z pracą tymczasową, w niepełnym wymiarze i z urlopami płatnymi. Obecny rząd już się za to zabrał, ale kwestia ta powinna być dookreślona konstytucyjnie. Kwestia kontroli stosowania praw pracy została opisana w art. 24 w poprzedniej części tekstu.
Art. 67
1. Obywatel ma prawo do zabezpieczenia społecznego w razie niezdolności do pracy ze względu na chorobę lub inwalidztwo oraz po osiągnięciu wieku emerytalnego. Zakres i formy zabezpieczenia społecznego określa ustawa.
2. Obywatel pozostający bez pracy nie z własnej woli i nie mający innych środków utrzymania ma prawo do zabezpieczenia społecznego, którego zakres i formy określa ustawa.
Artykuł ten jest ściśle związany z art. 2 i pojęciem sprawiedliwości społecznej. W zasadzie neoliberalne państwo polskie abdykowało z tego obszaru. Warto przypomnieć, że w Polsce udział wydatków socjalnych w PKB wynosi (Eurostat) 18,1%, w Czechach 20,8%, w Niemczech 29,5%, w Finlandii 31,2%, a w Danii aż 34,6%. W opisie art. 2 zasugerowałem, że Konstytucja powinna precyzyjniej, choć niewiążąco, wskazać w załączniku, co rozumie przez „sprawiedliwość społeczną”. Jeden punkt powinien dotyczyć ubezpieczenia od bezrobocia i inwalidztwa i wskazywać minimalny odsetek PKB publicznych wydatków na art. 67.
Art. 68
1. Każdy ma prawo do ochrony zdrowia.
2. Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Warunki i zakres udzielania świadczeń określa ustawa.
3. Orientacyjny poziom wydatków publicznych na służbę zdrowia wynosi przynajmniej 7% PKB.
4. Władze publiczne są obowiązane do zapewnienia szczególnej opieki zdrowotnej, dzieciom, kobietom ciężarnym, osobom niepełnosprawnym i osobom w podeszłym wieku.
5. Władze publiczne są obowiązane do zwalczania chorób epidemicznych i zapobiegania negatywnym dla zdrowia skutkom degradacji środowiska.
6. Władze publiczne inwestują w edukację i zwiększanie świadomości społecznej z zakresu ochrony zdrowia i profilaktyki zdrowotnej.
7. Władze publiczne popierają rozwój kultury fizycznej, zwłaszcza wśród dzieci i młodzieży.
8. Władze publiczne rozwijają instytucje publiczne z zakresu świadczenia usług medycznych, w tym stomatologicznych i farmaceutycznych.
9. Władze publiczne wspierają publiczne instytucje w badaniach, rozwoju i wdrażaniu leków. Celem jest minimalizacja cen i maksymalizacja dostępności leków.
10. Władze publiczne podpisują umowy o świadczenie usług medycznych z niepublicznymi przedsiębiorstwami w sposób uniemożliwiający tworzenie się lub utrzymanie karteli, monopoli i oligopoli.
Neoliberalna władza nagminnie łamała ten artykuł przez postępującą komercjalizację i prywatyzację służby zdrowia. W opisie art. 2 zasugerowałem, że Konstytucja powinna precyzyjniej, choć niewiążąco, wskazać w załączniku, co rozumie przez sprawiedliwość społeczną. Jeden z punktów powinien dotyczyć minimalnego odsetka PKB publicznych wydatków na służbę zdrowia. Obecnie w Polsce wynosi on zaledwie 4,6% PKB, a prywatne wydatki na służbę zdrowia wynoszą już 29,9% sumy prywatnych i publicznych wydatków na polską służbę zdrowia, i rosną. W Czechach to odpowiednio 6,5% i 15,2%, w Finlandii 6,8% i 24,6%, w Niemczech 8,6% i 23,7%, w Danii 9,5% i 14,5%. Widać więc, że Polska wydaje procentowo najmniej na publiczną służbę zdrowia, a Polacy wydają najwięcej na prywatne leczenie. Koszmar naszej służby zdrowia nie wynika więc ze złego zarządzania, lecz w pierwszej kolejności z braku dofinansowania. Prof. Balcerowiczowi i akolitom można pogratulować wykonania zadania przez promocję podatków de facto regresywnych i bezmyślną prywatyzację majątku publicznego. Komentarz jest zbędny, a temat kwalifikuje się do konstytucyjnej interwencji.
Powinien zostać określony minimalny orientacyjny udział publicznych wydatków na służbę zdrowia w PKB – i wynosić przynajmniej 7%, czyli niewiele więcej niż w Czechach. Taki poziom, biorąc pod uwagę rozważania dotyczące art. 67, może być sfinansowany tylko za pomocą progresywnych podatków i szczelnego systemu podatkowego, minimalizującego drenaż nieopodatkowanych zysków z Polski.
Państwo powinno corocznie raportować o wydatkach na służę zdrowia, co było omawiane w kontekście w kontekście art. 2.
Zapewne nie da się całkowicie zahamować prywatyzacji usług medycznych finansowanych ze środków publicznych. Natomiast warto zapewnić konkurencyjność na tym rynku, rozdrobnienie prywatnych wykonawców usług w celu utrzymania siły negocjacyjnej państwa, inwestowanie w zdolność publicznej służby zdrowia do leczenia Polaków, publiczną sprzedaż leków (np. w szpitalach) oraz inwestowanie publicznych środków w badania i rozwój leków, by zminimalizować ich cenę. Jak wiadomo, prywatne koncerny farmaceutyczne brutalnie narzucają w sytuacji monopolu niesamowite kwoty.
Do czego prowadzi prywatyzacja szpitali, widać w Niemczech na przykładzie firmy Asklepios, o czym w grudniu 2016 r. pisał „Der Spiegel”. Mówiąc krótko: bezwzględna maksymalizacja zysku, pacjent to koszt do minimalizacji, lekarz to zasób do wyciśnięcia. Przykładem polskiej patologii w tym zakresie jest Krosno Odrzańskie i Grupa Nowy Szpital. Na całym procesie komercjalizacji służby zdrowia, firmowanym przez ówczesną minister zdrowia Ewę Kopacz, NIK nie zostawił suchej nitki. Warto wzywać PO do tablicy i pytać, jakie wyciągnęli wnioski z próby prywatyzacji służby zdrowia. Że to potencjalnie dobry interes dla prywatnych właścicieli szpitali, widać na przykładzie niemieckiej firmy Asklepios. Niestety dla pacjentów to fatalny interes i warto, aby Konstytucja rozsądnie się do tego odniosła w duchu interesu społecznego, a nie w interesie takich firm, jak Grupa Nowy Szpital.
Punkt 5 art. 68 jest rozsądnie sformułowany, choć widać, że państwo łamie go nagminnie nie zwalczając zanieczyszczenia powietrza w miastach, co jest rosnącym koszmarem i obciążeniem finansowym dla służby zdrowia. Warto również zobowiązać władze publiczne do edukowania społeczeństwa i inwestowania w profilaktykę.
przez Piotr Wójcik | środa 4 stycznia 2017 | opinie
Jednym z większych przekleństw naszego kraju jest to, że zdecydowana większość tych, którym się udało coś osiągnąć (zarobić duże pieniądze, zdobyć rozpoznawalność albo zostać szanowanym autorytetem), jest święcie przekonanych, że wszystko to zawdzięczają głównie sobie. Gdyby dać wiarę tym przekonaniom, okazałoby się, że nasze szeroko rozumiane górne warstwy utkane są niemal z samych self-made manów, którzy do swoich sukcesów doszli wyłącznie własną ciężką pracą. A jeśli Polska lub inni Polacy mieli jakiś wpływ na ich drogę życiową, to głównie w postaci kłód niemiłosiernie rzucanych im pod nogi. Przedstawiciele naszych elit (artystycznych, sportowych, medialnych) są tak przekonani o własnej samowystarczalności, że gdyby mogli, to twierdziliby pewnie, że nawet przyszli na świat bez pomocy osób trzecich.
Taka postawa elit, które, jak wszędzie na świecie, nadają ton debacie publicznej, ma bardzo przykre konsekwencje dla naszej wspólnoty. Powoduje bowiem wykształcenie się u dużej części społeczeństwa awersji do osiągania wspólnotowych celów wspólnym wysiłkiem. Budowa silnej, dobrze dofinansowanej armii? Bez sensu, i tak się sami nie obronimy, w sytuacji zagrożenia każdy powinien sam zadbać o siebie i własnoręcznie brać nogi za pas. Redystrybucja? Hola hola, dlaczego część efektów mojej harówki ma iść na tych, którym się nie chciało? Uszczelnienie systemu podatkowego? No bez przesady, żeby jakiś urzędnik miał grzebać w moich dochodach!
Takie przekonanie o własnej genialności mogłoby może i być uzasadnione, ale tylko w kraju, w którym panowałaby idealna równość szans, czyli wszyscy obywatele startowaliby z identycznego poziomu. A takie kraje nie istnieją. Polska, co gorsza, jest od tego ideału mocno oddalona. Na równość szans składa się wiele czynników. Najbardziej oczywistym z nich jest zamożność rodziny. Dziecko z rodziny bogatej ma od początku dużo łatwiej niż potomek ubogich Polaków, który od urodzenia ma pod górkę. Na studiach nie może się skupić na nauce, ale musi dorabiać w fast foodach, żeby stać go było na bilet autobusowy albo książki. Nie wyjedzie też na zagraniczny kurs językowy, a angielskiego poduczy się co najwyżej dzięki amerykańskim płytom hiphopowym. Innym czynnikiem, istotnym szczególnie w Polsce, gdzie prowincja jest wyraźnie poszkodowana pod względem infrastruktury czy dostępu do usług publicznych, jest miejsce zamieszkania. Chłopak z dużego miasta ma zdecydowanie bardziej komfortowe warunki do nauki, niż dziewczyna z niedużej gminy, wstająca codziennie o piątej, żeby 45 minut spędzić w busie do szkoły, który dowozi ją na miejsce godzinę za wcześnie – a innego nie ma.
Jednak najważniejszym i najbardziej niedocenianym czynnikiem jest kapitał kulturowy, jaki otrzymujemy od rodziców – który jest wyjątkowo nierówny i który nie jest naszą zasługą. Oczywiście wszyscy rodzice są wspaniali, bo dali nam życie i za sam ten fakt powinni mieć nasz dozgonny szacunek, nawet jeśli niektórzy potem nazbierali sobie sporo za uszami. Jednak ich możliwości wychowawcze są już bardzo różne – co często nie jest ich winą. Rodzice mający spore zdolności przekazywania wiedzy mogą już w domu nauczyć swoje pociechy wielu umiejętności, które reszta rówieśników posiądzie dopiero w pierwszych klasach podstawówki. Ich dzieci będą więc już na starcie kilka długości przed koleżankami i kolegami, którzy takiego szczęścia nie mieli. Przedsiębiorczy rodzice już od małego będą kształtować w swych potomkach smykałkę do biznesu i życiową zaradność. Dzieci osób działających w strukturach lub blisko struktur władzy dużo zręczniej będą się poruszać w kontaktach z instytucjami publicznymi. W przyszłości nie tylko nie dadzą im się stłamsić, ale też sprawniej wykorzystają je do swoich celów – na przykład starając się o grant dla swojej fundacji będą wiedzieć, jak napisać wniosek i gdzie się z nim najlepiej udać.
Przede wszystkim jednak dzieci z rodzin o wysokim kapitale kulturowym na co dzień chłoną ogromną dawkę wiedzy i umiejętności społecznych. Przypatrują się zachowaniom swoich rodziców w nietypowych sytuacjach, przed którymi stają osoby robiące karierę. Podczas spotkań rodzinnych czy towarzyskich słuchają barwnych opisów świata albo ważnych opowieści dot. historii naszego kraju. Żeby je poznać, nie będą musiały więc ślęczeć godzinami z nudną książką, lecz dowiedzą się o nich z pierwszej ręki. Przede wszystkim jednak od najmłodszych lat będą mimowolnie budować swoje sieci kontaktów. Osoby o wysokim kapitale kulturowym najczęściej mają w gronie towarzyskim podobnych sobie. A znajomość z nimi dla ich dzieci będzie miała znaczenie niebagatelne – pozwoli zdobyć staż w Brukseli, uzyskać inwestora dla swojej raczkującej firmy albo po prostu dostać dobrą pracę.
Kraje wysoko rozwinięte niwelują różnice w kapitale kulturowym i inne czynniki wpływające na nierówność szans za pomocą szerokiego dostępu do usług publicznych. Tworzą więc sieć placówek szkolnych w taki sposób, by każde dziecko miało pod nosem dobrą szkołę. Organizują darmowe zajęcia wyrównawcze, by dzieci z mniej wykształconych rodzin mogły bezpłatnie nadrobić swoje zapóźnienia. Zapewniają sieć transportu publicznego, by mieszkańcy prowincji nie musieli się godzinami telepać do celu. Umożliwiają w każdej gminie dostęp do placówek instytucji publicznych, żeby osoby z peryferii nie traciły czasu na załatwienie każdej sprawy. I, przede wszystkim, tworzą obiektywne i transparentne mechanizmy zatrudniania i awansów, by zdolni obywatele bez nieformalnych sieci kontaktów nie byli poszkodowani. Niestety w Polsce ten proces idzie jak po grudzie, czego dowodzi najnowszy „Transition Report 2016” Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, który analizował, jak wygląda nierówność szans w krajach postkomunistycznych.
EBOiR badał, w jaki sposób czynniki składające się na nierówność szans (wykształcenie rodziców, miejsce zamieszkania, płeć i członkostwo rodziców w partii komunistycznej) wpływają na wysokość dochodów i możliwości znalezienia pracy. Niestety nie wypadliśmy dobrze. Nierówność szans wpływa w Polsce ogółem na 38 proc. różnic w dochodach. Inaczej mówiąc, w momencie naszego przyjścia na świat nasze przyszłe zarobki w porównaniu do reszty rodaków są już wiadome w dobrze ponad jednej trzeciej. Na tle innych państw postkomunistycznych wypadamy przeciętnie – jednak na to tło składają się wszystkie kraje postkomunistyczne właśnie, czyli m.in. Kazachstan (42 proc.) czy Mołdawia (40 proc.). Trudno więc uznać ten przeciętny wynik za uspokajający. W Niemczech (które dodano do analizy niejako porównawczo) nierówność szans wpływa tylko na 25 proc. nierówności dochodowych, a wskaźnik w okolicach 20 proc. ma m.in. Serbia.
Najciekawsze jednak, jak poszczególne czynniki wpływają na nierówność szans. Polska odrobiła zadanie domowe z niwelowania nierówności z powodu płci: jej wpływ na nierówność szans jest w Polsce jednym z najniższych wśród wszystkich badanych krajów i, co ciekawe, jest dużo niższy niż w Niemczech. Niestety, pod względem dwóch innych czynników jesteśmy w czołówce – i oba są związane z kapitałem kulturowym właśnie. To przede wszystkim wykształcenie rodziców (co się przekłada na ich zdolność do przekazywania wiedzy), które odpowiada za prawie 60 proc. nierówności szans w Polsce. Jest to najwyższy wynik wśród badanych krajów. Drugi czynnik to członkostwo rodziców w byłej partii komunistycznej, które w Polsce i Estonii ma najbardziej istotne znaczenie wśród krajów naszego regionu (do których EBOiR zalicza kraje bałtyckie i Grupy Wyszehradzkiej) – zwiększa ono nadwiślańskie nierówności szans o kolejne 10 proc. Ten czynnik oczywiście wiąże się z jednym z elementów kapitału kulturowego, jaki opisałem wyżej – z budowaniem sieci kontaktów. Kapitał kulturowy rodziców, na który według raportu EBOiR składają się właśnie ich wykształcenie i ewentualne członkostwo w byłej partii komunistycznej (czyli sieci kontaktów), odpowiada w Polsce w sumie za 68 proc. nierówności szans. To wynik tak wysoki, że aż trafił na okładkę omawianego raportu.
O tym, jak wielkie znaczenie ma w Polsce kapitał kulturowy rodziców, przekonują także dane Eurostatu. Zaledwie ok. 8 proc. Polaków, których rodzice mają wykształcenie zawodowe lub podstawowe, zdobywa wyższe wykształcenie. To najgorszy wynik w UE – a osiągnęliśmy go wspólnie z Bułgarią, Chorwacją, Słowacją i Czechami. Odsetek absolwentów uczelni pochodzących z rodzin o niskim wykształceniu w Estonii i Szwecji jest trzy razy wyższy, a w Wielkiej Brytanii i Finlandii nawet cztery razy. Ktoś mógłby machnąć ręką i stwierdzić, że wykształcenie zdobyte na polskich uczelniach i tak jest niewiele warte – tylko że niewiele warte byłoby takie tłumaczenie. Według analizy opublikowanej przez „The Economist”, wśród krajów OECD tylko w USA i Irlandii wyższe wykształcenie przekłada się na zwiększenie zarobków bardziej niż w Polsce. Wśród krajów wysokiej równości szans (Skandynawia, Beneluks) ma ono nawet 2-3 razy mniejsze znaczenie dla osiąganych dochodów niż nad Wisłą.
Niestety polskie instytucje państwa „dobrobytu” (jakkolwiek w naszych warunkach komicznie to brzmi) zupełnie nie radzą sobie z zacieraniem różnic w kapitale kulturowym między obywatelami. To powoduje, że kapitał kulturowy rodziców jest jednym z najistotniejszych czynników powodzenia zawodowego nad Wisłą. Wielu z nas o równym starcie może więc zapomnieć. Szkoda, że nasi rodzimi „self-made mani” przemilczają, ile dostali od swych rodziców. I to, że wielu rodaków takich atutów nie miało.
przez Krzysztof Wołodźko | środa 21 grudnia 2016 | opinie
W czasach, gdy dorastałem i brałem lekcje z polskiej historii i literatury, jednym z częściej powracających konfliktów był – wydawało się, że odwieczny – spór starych z młodymi. Warszawskie salony krytycznoliterackie i młody Mickiewicz, czyli spór klasyków z romantykami, Aleksander Świętochowski, czyli „My i wy”. Do tego „Lalka” Prusa, czyli przewartościowanie i starość mitu romantycznego – od zawsze przegrany Rzecki, choć i przegrany Wokulski, z gorzkimi słowami na ustach: „oszukano mnie”. A później „Przedwiośnie” Żeromskiego, czyli Szymon Gajowiec kontra Cezary Baryka. Zwykle ten stereotyp powtarzał się w podobny sposób: rewolucyjni młodzi, reakcyjni starcy i pełne hipokryzji starsze damy. Mrożek w „Tangu” rozsadził ten mit, a historia III RP pokazała, że miał trafną intuicję: arcykonserwatywny i dobrze ułożony młodzian Artur stanął w opozycji do dogmatycznie zrewoltowanych rodziców.
Jeszcze w PRL-owskiej podstawówce z lat 80., jeszcze w liceum początków III Rzeczpospolitej, konflikt starych z młodymi był chyba nawet silniej eksponowany na lekcjach polskiego niż konflikty klasowe. Choć w jakiś sposób zawsze się z nimi przenikał, ponieważ to starsze pokolenia dysponowały kapitałem, możliwościami, obyciem i znajomościami w świecie, wiedzą konieczną do podejmowania trafniejszych decyzji i szybszego osiągania zamierzonych celów. A co mieli i mają młodzi? Rozwijane zdolności, urodę jako towar, naiwność, która czasem ułatwia nieoczekiwaną wygraną – cały ten niepewny pieniądz młodości. I jeszcze jedno: młodzi, z reguły zdrowsi, zdolniejsi do cięższej harówki, idą do przodu popychani witalnością szybko regenerującego się organizmu. Gorzej, gdy mniej ustawione i ustawieni życiowo spośród młodych zaczynają się wyczerpywać i męczyć, gdy pojawiają się problemy ze snem, psychiką, relacjami, szybkim wypaleniem nie tyle zawodowym, co po prostu życiowym tych łatwo zastępowalnych prekariuszy.
Mam wrażenie, że przez dekady III Rzeczpospolitej spór starych z młodymi odszedł do lamusa wyobrażeń społecznych i kulturowej mitologii. Podobnie jak odniesienia do konfliktów i napięć klasowych – mniej lub bardziej bezkrytycznie nastawione do (od)budowy kapitalizmu elity rodzącej się III RP zadbały o to, żeby ich własna silna niechęć do instrumentarium pojęć i skojarzeń związanych z walką klas wyrugowała je ze społecznego imaginarium. To hipoteza robocza: ze względu na silne, realne i symboliczne, powiązanie konfliktu klasowego ze sporem pokoleniowym także mit walki starych i młodych musiał zostać usunięty sprzed oczu społeczeństwa. Chętnie wyjaśnię, w czym rzecz.
Warto obejrzeć kroniki filmowe z początków lat 90. Uderza w nich pewien szczegół: widzimy wciąż dobrze znanych nam z aktywności na niwie publicznej polityków i dziennikarzy: Tomasza Lisa, Piotra Semkę, Donalda Tuska, Jarosława Kaczyńskiego. Ale nie tylko ich, bo i Igora Jankego, i Marka Jurka, a szerzej patrząc: całe mnóstwo ludzi wówczas dość jeszcze młodych, których dziś znajdziemy na różnych polach skonfliktowanej polityczno-medialnej matrycy. To oni w znacznej mierze wciąż urządzają i opowiadają nasz świat: to roczniki demiurgów, władnych i decyzyjnych. Gdzie przebiega linia graniczna między nimi a młodszymi? Gdzieś w okolicach ostatniego pokolenia opozycji czasów PRL: urodzeni w latach 60. XX w. to ci, którzy jeszcze jako studenci albo ludzie po trzydziestce robili bardzo szybkie, oszałamiające kariery w początkach III RP.
To właśnie starsze roczniki, których reprezentanci w odpowiednim czasie, miejscu i okolicznościach mogli skorzystać ze znakomitej transformacyjnej koniunktury i na dobre – oraz na długo – umościli się w strategicznych czy newralgicznych miejscach rodzimych struktur gospodarczych, medialnych, politycznych. I przez dekady wzmacniania więzi formalnych i nieformalnych stworzyli pewnego rodzaju sieć pokoleniowo-klasową, która z jednej strony pełni funkcje amortyzacyjne, z drugiej – selekcyjne. Od lat już słyszę od moich prawicowych, nieco młodszych kolegów, że bardzo trudno zająć im lepsze miejsca w różnorakich instytucjach, w tym medialnych, ponieważ to starsi bardzo dbają o to – szczególnie gdy po kolejnych falach kryzysów zaczęły kurczyć się zasoby – żeby młodsi wciąż wydreptywali przedpokoje. Oczywiście są wyjątki, ale gdzieś między rocznikami czterdziesto- a pięćdziesięciolatków przebiega wyraźna granica podziału klasowo-pokoleniowego. Jasne, ten obraz trzeba niuansować: taka elita nie stanowi jednorodnej grupy interesów. Właśnie dlatego choćby hiperwolnorynkowy (tylko na poziomie sloganów i sposobu traktowania uboższych i zatrudnianej przez siebie sezonowo siły najemnej) Wojciech Cejrowski dopiero po #dobrazmiana zawisł na Poczcie Polskiej na plakatach zachęcających do kupna jego książek w wyjątkowej pocztowej ofercie.
Jeśli trochę uważniej spojrzymy na dzisiejszych 40-latków i 40-latki, widać dotykające ich pokoleniowe przypadłości. Szkoła podstawowa: lata 80. XX wieku to socjalizacja w duchu ideologii, w którą nikt już na ogół nie wierzył, zatem za młodu odbieraliśmy lekcję społecznego cynizmu i hipokryzji. W praktyce uczono nas już – nie zawsze w domach, ale z reguły w otoczeniu środowiskowym – kultu „dorabiania się”. Na naszych dziecinno-nastoletnich oczach pokolenie rodziców z PZPR-owców, post-opozycji albo programowo apolitycznych zamieniało się w ludzi, którzy łączą walką o przetrwanie z ciułaniem i urządzaniem się. Czasem szło o przeżycie, a czasem o to, żeby w końcu nacieszyć się prestiżem i „luksusem” posiadania czegoś lepszego niż puste puszki po zachodnich piwach. Materializm teoretyczny w zawrotnym tempie transformował w praktyczny. Na akademiach ku czci coś tam jeszcze niekiedy pierniczono o Leninie, ale później nasi wychowawcy wyjeżdżali na szybki handel do wciąż podzielonych Niemiec i wracali stamtąd Oplami z tamtejszych złomowisk. I tylko ten szrot, i tylko nowa meblościanka, i tylko ten marmurkowy dżins się liczył. Myśmy to dobrze wiedzieli, widzieliśmy, że co innego nam mówią, a w co innego wierzą.
Gdy poszliśmy do liceum, Polska się już solidnie przepoczwarzała, więc na jedną nóżkę Bóg, honor i ojczyzna, na drugą Róbta Co Chceta, zespół IRA, piwo 10,5 i pierwsze shake’i w MacDonaldzie. Wmówiono nam, że jesteśmy pokoleniem bez właściwości: za młodzi na opozycjonistów, za starzy na pełnoprawne dzieci III RP, ale w sam raz, żeby wydawać kieszonkowe w amerykańskim fast foodzie. I tak już zostało. Socjalizowano nas w dwóch zupełnie różnych światach – i to niemal w tym samym czasie, bo przecież już w latach 80. XX w. PRL podskórnie oddychał nurtem tęsknoty za hiperkonsumpcją, purytański socjalizm à la Gomułka nie kręcił ani (chłopo)robotników, ani inteligencji pracującej, ani PZPR-owskiej nomenklatury. Głośno o tym nie wypada mówić, ale roczniki urodzone w latach 60. XX w. (jacy one i oni dzisiaj bywają pobożni!) słynęły z tego, co eufemistycznie nazywa się swobodą obyczajów.
Wracając do dzisiejszych czterdziestolatków: nie jesteśmy nawet dzieciakami czasów głośnej dziś epoki duchologii, bo w latach 90. szliśmy na studia. Dorosły świat był wówczas dobrze już obsadzony przez dekadę od nas starszych, i jeszcze starszych. Mam wrażenie, że właściwie nikomu nie byliśmy wtedy rocznikowo potrzebni – chyba że właśnie jako nastoletni konsumenci i, nieco później, już jako potencjalni kredytobiorcy i mięso armatnie partii politycznych i zasób na rynku pracy – do obsadzenia nieco niższych szczebli rzeczywistości. W „Gazecie Wyborczej” w pierwszej połowie lat 90. XX w. chyba pisano o nas jako „X generation” i opisywano jako „niezaangażowanych”, „bez idei”, „nie potrzebujących tożsamości”. Dziś myślę, że w ten sposób spisywano nas na straty albo pokazywano miejsce w szeregu: no bo przecież to oni, starsi, mieli idee, cholernie silne tożsamości (które dziś przechodzą już w fobie starych sytych kotów), bardzo się angażowali w sukces swoich stronnictw, no i oczywiście dochodzili do pieniędzy i stanowisk. A nieco później, gdy zaczęliśmy kończyć studia i wchodzić w dorosłość, tych pieniędzy i stanowisk było już jakby mniej. Choć owszem, Dorocie Masłowskiej w „Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną” udało się wykrzyczeć cały ten dziwny misz-masz świata wczesnej transformacji, który chłonęliśmy z nastoletnią ciekawością, niewiele mogąc w nim jeszcze samodzielnie zdziałać.
Dziś ludzie dekadę starsi to czasem dobrzy koledzy. Ale wtedy dzieliła nas przepaść. To właśnie ich – dziś tak można na to patrzeć – symbolizuje ułożony Artur z „Tanga” Mrożka. Choćby „Pampersi”: na ogół konserwatywni i liberalni gospodarczo, choć czasem post-anarchistyczni. Obecnie z produkcjami takimi jak „Fronda” z lat 90. chyba na prawicy uchodziliby za obrzydliwych lewaków, bo dzisiejsza toporna narodowa prawica nie zniosłaby nawet takich zabaw formą czy intelektualną prowokacją. No i wtedy, w latach 90., ktoś taki jak Cejrowski napieprzający kubkiem o stół w telewizji publicznej, to była spora atrakcja i szok kulturowy. Na szczęście, moim „Co z tym Kansas?” było własne dzieciństwo, więc nie dałem się nabrać na skserowany neokonserwatywny szwindel. Ale wielu to bawiło: co samo w sobie jest śmieszne, bo gdy Cejrowski głośno pomstował na to, że „lewactwo” uczy młodzież naciągać prezerwatywy na penisa, jego widownia z moich roczników właśnie po kryjomu uczyła się tej sztuki. Socjalizowanie do powszechnie akceptowanej hipokryzji – model arcypolski.
Dziś mam wrażenie, że pokolenie czterdziestolatków jest pokoleniem Zeliga: dostosowuje się do trendów, ponieważ nigdy nie wypracowało własnej idei, własnej silnej świadomości pokoleniowej. Nie przeżyliśmy nawet własnego konfliktu ze starymi: po prostu braliśmy to, co nam dawały różne koterie reprezentujące „starych”. Kooptacja była dla nas największym zaszczytem. Kiedyś chyba w większości byliśmy „jurkoowsiakowi” i chętnie czytaliśmy „Gazetę Wyborczą” (krzywiąc się na „mohery”, bo to nas czyniło takimi liberalnymi), dziś wielu odkryło w sobie arcypatriotów i neoendeków. Nazywa się to ładnie „zmądrzeniem”, ale według mnie to efekt Zeliga, reakcja przystosowawcza roczników, które za młodu puszczono samopas, przykładem uczono albo transformacyjnego cynizmu, albo kruchcianego fanatyzmu (a czasem jednego i drugiego na raz). Przegraliśmy jako pokolenie, ponieważ nie uświadomiliśmy sobie istnienia dwóch rebelii szczególnie ważnych w kontekście gwałtownych przepoczwarzeń ustrojowych: pokoleniowej i klasowej. Nie pozwolono nam ich sobie uświadomić. Na własnej skórze przekonujemy się do dziś, jak one łączą się ze sobą w porządku biograficzno-ekonomicznym.
Przy okazji: chyba jedynym środowiskiem ideowym, jakie znam, które przynajmniej w swych początkach w znacznej mierze rekrutowało się z roczników końca lat 70., początku lat 80. jest właśnie „Obywatel”/„Nowy Obywatel”. Może za lat dziesięć albo piętnaście, da się zrobić o tym szereg długich wywiadów. Skoro rośnie nam czytelnictwo, przybywa prenumerat, to znaczy, że udało się nam pokazać coś ważnego z przemian współczesnej Polski.
Wrócę na koniec do mitów. Szymon Gajowiec tak mówił w rozmowie z Cezarym Baryką: to Edward Abramowski. Filozof i socjolog. Nowator, prekursor we wszystkich dziedzinach. Główną dziedziną jego pracy duchowej była psychologia. Syn swego czasu, socjalista rewolucyjny, obijający się o wszelkie szkopuły nauki Marksa, błąkający się wśród nich ze swoją miarą fenomenalizmu podmiotowego, stwarza wreszcie naukę własną bojkotu państwa za pomocą złączenia ludzi w związki, stowarzyszenia, kooperatywy. Usiłuje wytworzyć świat nowy i nieznany, który w jego pojmowaniu będzie wielkim, powszechnym ruchem etycznym, świat przewidywany, wymyślony. Ta wymarzona za czasów rosyjskich rewolucja społeczna i moralna poprowadziła go konsekwentnie na stanowisko teoretyka kooperatyzmu praktycznego. A jego pomysł zorganizowania ludzi w sposób antypaństwowy przywiódł go w praktyce, za panowania nad Polską caratu, do uznania Polski nie istniejącej jako realizacji jego pomysłu. […] Patrzę na jego kochany portret i powtarzam mu codziennie: śpij spokojnie, jasny duchu! Pracujemy dzień i noc, bez wytchnienia, szerzymy i spełniamy twe marzenia, tylko zgoła inaczej, wprost inaczej, w wolnym państwie polskim. Uczę się patrząc na to oblicze, na tego ducha, czego robić nie należy, ażeby dojść tam, gdzie on dojść pragnął, gdyż samo życie po tysiąc razy zaprzeczyło marzeniom tego społecznego mistyka.
Do nas, jako pokolenia, nikt tak pięknie nie mówił. I nikt nam tak dobrego świadectwa nie dawał. Karcono nas za to często w mediach, byśmy nie byli podobni do „homo sovieticusów” ze starszych pokoleń, do bezbożników „z liberalnego Zachodu”, do „moherowych beretów”. Wszystkim nas straszono. Do niczego poza wolnym rynkiem, kruchtą albo libertynizmem nie chciano przekonać. I właściwie staliśmy się sumą tych strachów i takiej socjalizacji.