przez Piotr Wójcik | środa 28 września 2016 | opinie
Zawsze śmieszyło mnie sprowadzanie patriotyzmu do zbierania kup po swoim psie albo, w porywach, do rzetelnego płacenia podatków. Oczywiście bycie przyzwoitym człowiekiem ma wartość nie do przecenienia, ale to jeszcze nie to samo, co patriotyzm. Przyznaję także, iż lepiej być przyzwoitym, aczkolwiek niespecjalnie patriotycznym człowiekiem, niż nieprzyzwoitym patriotą. Jednak patriotyzm, poza wypełnianiem obowiązków obywatelskich, łączy się także chociażby z odczuwaniem empatycznej więzi ze swoją wspólnotą polityczną – z całością, jak i z poszczególnymi członkami z osobna. Wiąże się też również z gotowością do ewentualnego podjęcia działań może nie heroicznych (bo do tych zdolny jest mało kto), ale kosztujących wiele wyrzeczeń – dużo więcej niż płacenie podatków. To ostatnie zresztą wyrzeczeniem nie jest, raczej uiszczaniem opłaty za usługi i to we własnym interesie, jeśli te usługi mają być wysokiej jakości. Tak więc, o ile nie da się być patriotą nie płacąc podatków, to samo ich płacenie jeszcze z nikogo patrioty nie czyni.
Żeby autentycznie pokochać wspólnotę, poza treścią musi mieć ona formę. Nie da się pokochać czegoś, co nie ma formy. Dlatego patriotyzm zawsze i wszędzie wyraża się w pewnej symbolice – flagach, godłach, legendarnych miejscach i zdarzeniach. Wspólne symbole, kody kulturowe czy rytuały spajają wspólnotę i sprawiają, że jej członkowie czują z nią ponadczasową więź – ponadczasową, gdyż dotyczy ona także więzi z jej umarłymi członkami, z przeszłymi wydarzeniami. Dla wspólnoty nie do przecenienia są przeżywane razem mecze, koncerty, pogrzeby – wspólna radość daje ludziom pewność, że tworzą jeden podmiot. Wspólnie przeżywana rozpacz czy smutek daje tę pewność jeszcze mocniej. Nigdy nie rozumiałem teorii, że nie można budować wspólnoty na kulcie klęski, np. Powstania Warszawskiego. Niby dlaczego? „Łza ma korzenie zawsze głębsze niż uśmiech” – napisał Emil Cioran w „Na szczytach rozpaczy”. Łza więc wiąże głębiej i trwalej niż niezobowiązujące podśmiechujki. Bez wątpienia kolejna rocznica PW’44 czy nawet smoleńska miesięcznica mają większy potencjał wspólnototwórczy niż orzeł z czekolady czy wymachiwanie różowymi flagami, które nic konkretnego nie symbolizują. Podważanie sensowności prezentowania barw narodowych czy obchodzenia tragicznych rocznic jest więc niemądre, gdyż dla wspólnoty mają one niebagatelne znaczenie.
Niestety w ostatnim czasie mamy w Polsce do czynienia z ekspansją patriotyzmu innego typu. Czy też zjawiska innego typu, bo omawiana postawa, jak zaraz postaram się wskazać, patriotyzmem w gruncie rzeczy nie jest. Poza zwykłym epatowaniem symbolami narodowymi, mamy epatowanie poczuciem wyższości i siły (złudnej). Zamiast dumy z polskich osiągnięć, mamy raczej radość z momentów, w których rzekomo okazaliśmy się lepsi od kogoś innego. Zamiast patriotyzmu pełnego empatii i poczucia odpowiedzialności, coraz częściej możemy nad Wisłą podziwiać „patriotyzm” pełen szowinizmu i niechęci do innych. Momentem szczególnie czczonym przez ten rodzaj „patriotów” jest więc Bitwa pod Wiedniem, która nie dała nam zupełnie nic, ale dokopaliśmy w niej muzułmanom, których obecnie się w kraju nie lubi. Osiągnięciem polskiej polityki zagranicznej, które wywołało największą euforię, nie było załatwienie jakichś naszych interesów czy realne wzmocnienie pozycji w gremiach międzynarodowych – było nim wystąpienie premier Szydło w Parlamencie Europejskim, podczas którego klepał nas po plecach najbardziej zmarginalizowany plankton w PE, tylko dlatego, że przy okazji utarł nosa eurokratom. Przestaliśmy się już zastanawiać, jak ma wyglądać polska kultura we współczesnym świecie i czym ma przyciągać – zresztą nad czym tu się zastanawiać, ona od lat leży i kwiczy. Mamy za to dziwną pewność, że jest przynajmniej lepsza od przegniłej kultury lewacko-liberalnego Zachodu, który stracił swój kręgosłup i tożsamość. Czym jest nasz kręgosłup, mało kto ma pojęcie. W czym jest lepszy od tego zachodniego? Już dawno przestaliśmy odpowiadać na to pytanie. Wiemy za to, że będziemy go bronić maczetami i ubrani w kominiarki, jeśli tylko zaczną nam się tu pałętać jakieś muslimy – co obwieszczają setki memów udostępnianych nawet przez ludzi, których przez lata uważałem za całkiem rozsądnych.
Nie chcę tu dołączyć do szeregu poszukiwaczy odradzającego się w Polsce faszyzmu. Oczywiście ewidentnie nawiązujące do symboliki nazistowskiej parady ONR-u czy przypadki pobić obcokrajowców są godne największego potępienia, ale proste ekstrapolowanie ich na przyszłość i twierdzenie, że niechybnie za parę lat oba zjawiska będą proporcjonalnie większe, ma raczej słabe podstawy. Na tej samej zasadzie Jeremy Rifkin twierdzi, że już niedługo co drugi człowiek będzie prosumentem wytwarzającym zieloną energię, a każda lodówka będzie podłączona do internetu, bo tak mu wyszło z badania trendów. Trendy się zmieniają, są wyhamowywane, innym razem odradzają się te, które wydawały się zapomniane – tak właśnie jest z podnoszącym głowę szowinizmem, który po wojnie już głowę podnosił nieraz, także w krajach Europy Zachodniej. Wszczynanie antyfaszystowskiego alarmu we wciąż najbardziej euroentuzjastycznym społeczeństwie Unii wydaje się więc nieco przesadzone. Jednak coraz większej popularności prostackiego i opartego na poczuciu wyższości „patriotyzmu” nie warto bagatelizować. Głównie dlatego, że może nam to powiedzieć całkiem sporo o obecnym stanie naszej wspólnoty politycznej.
Z grubsza mówiąc, patriota powinien kierować się dobrem ojczyzny. W obecnych czasach o powodzeniu wspólnoty politycznej decydują sprawne instytucje, wysoko produktywne przedsiębiorstwa, rozbudowana infrastruktura oraz sprawne usługi publiczne. Razem składa się to nie tylko na dobrobyt poszczególnych obywateli, ale też na sukces kraju: jego wpływy, prestiż, zdolność do osiągania swoich celów. Jak widać, powyższe niespecjalnie wiąże się z barwami narodowymi czy godłem. Oczywiście symbolika spajająca wspólnotę może niebywale pomóc w wytworzeniu chociażby sprawnych instytucji, które same mogą potem stać się takim spoiwem. I tak się właśnie dzieje w krajach wysoko rozwiniętych – to właśnie gospodarka czy instytucje stają się czynnikiem, na którym opiera się etos patriotyzmu. Epatowanie barwami narodowymi czy wspominanie dawnych zwycięskich bitew oczywiście wciąż występuje, ale schodzi na drugi plan. Na pierwszy wysuwają się otoczone powszechnym szacunkiem marki niemieckich producentów czy instytucje francuskiego państwa. Obywatel w pierwszej kolejności czuje przywiązanie do nich, a nie do jakiejś XVII-wiecznej bitwy. Oczywiście w krajach słabiej rozwiniętych obywatele muszą szukać tożsamościowego zaczepienia właśnie w symbolice czy historii, bo z ich instytucji czy firm wielką dumę trudno odczuwać. Dlatego w krajach słabszych element symboliczno-historyczny zawsze jest bardziej istotny. Nic więc dziwnego, że w Polsce przywiązanie do symboliki ma większe znaczenie niż w Niemczech czy w Szwecji.
Jednak oczywiście zawsze z tyłu głowy patrioty powinna pozostawać świadomość, że to nie symbolika czy nawet zwycięskie mecze piłkarskie są celem. Celem powinno być osiągnięcie wreszcie tego, co naprawdę składa się na powodzenie wspólnoty. Tymczasem w coraz popularniejszym modelu nowego polskiego „patrioty” – prężącego muskuły i wywyższającego się ponad innych – trudno doszukać się chęci rozwoju naszej wspólnoty politycznej w jej realnym, a nie symbolicznym wymiarze. Wręcz przeciwnie, ci „patrioci” podważają wszystko to, na czym moglibyśmy dalej budować owocną przyszłość. Na przykład gremialnie nie znoszą policji i to nie tylko ci, którzy się z tą policją ochoczo biją. Jak jeden mąż uważają donos obywatelski za kapowanie i powód do wstydu. Urzędników mają za leniwych urzędasów. Jakąś połowę społeczeństwa, czyli ok. 50 proc. własnych rodaków, uważają za lemingów wartych jedynie drwiny i wyśmiania. Jak można nazwać patriotą kogoś, kto nie szanuje instytucji oraz wielkiej części członków własnej wspólnoty politycznej? Często się mówi, że podczas wojny Polski będą bronić przede wszystkim właśnie ci prężący muskuły „patrioci” – kibice, narodowcy itd. Mógłbym się zgodzić, z tym że raczej nie będą tego robić z jakiejś wielkiej miłości do naszej wspólnoty. Bardziej z powodu tego, że w końcu będzie okazja do naprawdę niezłej rozpierduchy.
Widać więc, że coraz głośniejszy szowinistyczny „patriotyzm” nie ma nic wspólnego z miłością do ojczyzny. Jest to jedynie sztafaż skierowany na osobiste cele. Motywowany jest chęcią podbudowania własnego ego i wyróżnienia się z tłumu. A kto potrzebuje udowadniać sobie, kim to on nie jest? Oczywiście ktoś, komu brak argumentów, planu działania i przekonania o własnej wartości, a krzykliwe prężenie muskułów może być dla niego jedynym sposobem zwrócenia na siebie uwagi. Chyba najlepszym dowodem na bezradność wobec rzeczywistości znacznej części „patriotów” była słynna sesja zdjęciowa kibiców Zawiszy Bydgoszcz w ich „środowisku domowym” – napakowani i ubrani w klubowe barwy, a często także w kominiarki, niemal wszyscy… okupowali swoje pokoiki dziecięce.
Te same uwagi dotyczą poziomu państw. Niestety krzykliwy „patriotyzm” coraz bardziej widoczny jest także w polityce naszego kraju – chociażby w buńczucznych i często niestety idiotycznych wypowiedziach naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Witolda Waszczykowskiego, w wyraźnym wzmocnieniu narracji symboliczno-historycznej przedstawicieli naszego państwa czy chociażby zupełnie absurdalnych planach MON, by podczas Światowych Dni Młodzieży przedstawić… inscenizację Bitwy pod Wiedniem. Wystarczy wspomnieć, o jakich państwach najczęściej mówi się w debacie publicznej, że prężą muskuły – to oczywiście Rosja i Korea Północna. Kraje słabe i zacofane, których jedyną kartą przetargową jest to, że mogą boleśnie kogoś uderzyć; ewentualnie ostatnio wpadająca w autorytaryzm Turcja, chcąca uchodzić za państwo wyjątkowo silne i sprawne, choć na jej terytorium mają miejsce zamach za zamachem. Kraje rzeczywiście silne wolą nie tracić energii na pokrzykiwania i skupić się na załatwianiu swoich interesów – zawieraniu kontraktów, wywieraniu wpływu za pomocą soft power. Czy widział ktoś kiedyś, żeby prężyły muskuły Kanada, Szwajcaria albo Niemcy? Chyba najlepszym przykładem takiej strategii są wiecznie uśmiechający się i przytakujący Chińczycy, którzy do zmiany globalnego układu sił zabierają się tak, że 99 proc. ludzi na świecie nie ma pojęcia, że cokolwiek się szykuje.
Nic zresztą dziwnego, prężenie muskułów to nie tylko tracenie czasu i energii – to przede wszystkim możliwość zrażenia do siebie potencjalnych partnerów. A po co kolekcjonować wrogów, skoro można sojuszników? Państwo pokrzykujące nie jest uważane za poważnego i przewidywalnego partnera, raczej za przykład autoparodii. Już nie mówiąc o tym, że w grze międzynarodowej niekoniecznie dobrym pomysłem jest odkrywanie wszystkich swoich argumentów. A jeśli ktoś te argumenty nie tyle pokazuje, co wręcz wykrzykuje, to najprawdopodobniej zostanie to uznane za blef, za którym nic się nie kryje. Strategia cichego załatwiania swoich interesów i zjednywania sojuszników dużo częściej przynosi oczekiwane efekty. Strategia napinania się dobra jest tylko dla tych, którym poza prężeniem się nic już nie pozostało.
Ekspansja krzykliwego szalikowo-wyklętego „patriotyzmu” w naszym kraju nie jest więc dowodem na to, że wstajemy z kolan. Wręcz przeciwnie, w ten sposób raczej przyznajemy się do naszej niemocy powstania z nich. Oczywiście nie chodzi o to, żeby przestać kultywować zapomnianych przez lata bohaterów. Jednak te działania, które powinny być jedynie formą naszej wspólnoty, coraz częściej stają się jej główną, jeśli nie jedyną treścią. Stają się więc dowodem na naszą bezradność w wypełnianiu jej realną treścią – czyli codzienną rzetelną pracą na rzecz osiągania wspólnych celów. A tego w pierwszej kolejności wymaga patriotyzm.
przez Karol Trammer | niedziela 25 września 2016 | opinie
Co zmusiło Polaków do wydania pieniędzy z programu „Rodzina 500 plus” na zakup samochodu?
Wszystko wskazuje na to, że w tym roku po raz pierwszy w dziedzinie importu aut używanych pęknie milion – powiedział „Rzeczpospolitej” Dariusz Balcerzyk z Instytutu Badania Rynku Motoryzacyjnego Samar. Od stycznia do czerwca 2016 r. sprowadzono do Polski 453 tys. używanych aut – to o 16% więcej niż w pierwszych sześciu miesiącach 2015 r.
Stare i małe
Dealerzy samochodów i analitycy rynku wiążą boom na używane auta z wejściem w życie rządowego programu „Rodzina 500 plus”, w ramach którego polskie rodziny co miesiąc otrzymują po 500 zł na drugie i każde kolejne dziecko. – Wszystko wskazuje na to, że właśnie te 500 zł dało bodziec do sprowadzania używanych aut. Taka kwota wystarczy na spłatę rat, tym bardziej, że są to pieniądze gwarantowane – twierdzi Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
Handlująca samochodami używanymi firma AAA Auto w maju i czerwcu 2016 r. przeprowadziła badania wśród swoich klientów, pytając ich, z czego chcą sfinansować zakup auta. Spośród 2 tys. ankietowanych aż 78 proc. odpowiedziało, że za samochód przynajmniej w części zapłacą pieniędzmi otrzymanymi w ramach programu 500 plus. Większość zamierza przeznaczyć te środki na spłacanie comiesięcznych rat.
W ramach tegorocznej fali ściągane są do Polski głównie samochody najtańsze. Aż 64 proc. używanych aut sprowadzonych z zagranicy w pierwszym półroczu 2016 r. to pojazdy co najmniej dziesięcioletnie (jedynie co dwudziesty sprowadzany w ostatnim czasie samochód ma trzy lata lub mniej). Największy wzrost sprzedaży – przekraczający poziom 20 proc. – dotyczy samochodów Opel Corsa i Ford Fiesta, czyli aut niewielkich i dość tanich w eksploatacji.
Wymuszona motoryzacja
Tegoroczny boom na używane samochody sprowadzane z zagranicy to kolejny etap wyraźnie widocznego od kilkunastu lat trendu wymuszonej motoryzacji. Wymuszonej z jednej strony słabym dostępem do pracy i usług na wsi i w mniejszych miastach, a z drugiej – fatalną ofertą transportu publicznego, która na wielu obszarach Polski nie zaspokaja nawet podstawowych potrzeb.
W 2002 r. na 1000 mieszkańców naszego kraju przypadało 288,6 samochodów osobowych. Do 2014 r. wskaźnik ten wzrósł do poziomu 519,9 (dane Głównego Urzędu Statystycznego). Niektórzy wspominają o silnej fascynacji motoryzacją wśród społeczeństwa, które jest na dorobku, aczkolwiek w chwili obecnej fascynację zastępuje konieczność korzystania z własnego samochodu – podkreślali w 2014 r. autorzy raportu „Publiczny transport zbiorowy poza miejskimi obszarami funkcjonalnymi” Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.
Jak prognozuje Centrum Zrównoważonego Transportu, rok 2016 Polska zamknie wynikiem 612 samochodów osobowych na 1000 mieszkańców, znacznie przekraczając poziom „usamochodowienia” Czech, Francji, Niemiec, Szwajcarii czy Wielkiej Brytanii.
Aktualnie w Polsce – w ramach nowego etapu wymuszonej motoryzacji – decyzję o wejściu w posiadanie samochodu podejmują ludzie, których dotykał problem wykluczenia transportowego, ale dotychczas nie było ich stać na wydatki związane z zakupem i utrzymaniem choćby skromnego auta.
Enklawy bez komunikacji
Po latach likwidacji połączeń kolejowych i autobusowych, w wielu miejscach kraju już tylko samochód daje możliwość dotarcia do pracy, na większe zakupy czy do urzędów.
O wytworzeniu się enklaw, w których nie ma żadnej komunikacji, piszą autorzy wspomnianego badania „Publiczny transport zbiorowy poza miejskimi obszarami funkcjonalnymi”. W ramach tego projektu badawczego przyjrzano się sytuacji komunikacyjnej w dziewięciu powiatach z różnych części Polski.
Z badania wynika, że charakterystyczną tendencją ostatnich kilkunastu lat jest problem wykluczenia transportowego, dotykający sporych obszarów: przewoźnicy koncentrują się na obsłudze głównych arterii, jednocześnie wycofując komunikację z wielu mniejszych miejscowości.
Potwierdzają to badania przeprowadzane w 2011 r. przez Centrum Studiów Regionalnych UniRegio na temat dostępności komunikacyjnej w województwie pomorskim. Spośród 1753 sołectw tego regionu, transport publiczny nie dociera do 429 – z tego z 45 sołectw do najbliższego przystanku trzeba iść przynajmniej godzinę.
Brak dojazdu
W wielu miejscowościach transport publiczny, choć funkcjonuje, to ogranicza się do kursów dostosowanych do potrzeb uczniów. „Kursuje w dni nauki szkolnej” – to powszechne oznaczenie w rozkładach jazdy oznacza, że do tysięcy polskich miejscowości autobusy nie docierają od końca czerwca do początku września.
Z wielu tras całkowicie wycofano kursy międzyszczytowe – które zapewniały dojazd do urzędów, przychodni i na zakupy – oraz kursy popołudniowe. W 2011 r. Federacja Inicjatyw Oświatowych alarmowała, że: rodziny wymagające największego wsparcia na ogół nie mają samochodów, w związku z tym ich możliwości uczestniczenia w szkolnych zebraniach rodziców są minimalne – komunikacja publiczna nie zapewnia połączeń pozwalających na dotarcie po południu na zebranie i wieczorny powrót do domu.
Wycięcie kursów realizowanych wieczorami zmniejszyło dostęp do miejsc pracy. Uwagę na ten problem zwrócili pracownicy urzędu pracy w Nowym Sączu podczas badania realizowanego przez SGH w 2014 r.: Najwięcej ofert pracy pojawia się w gastronomii i handlu, gdzie pracę kończy się o godz. 21.00-22.00. Pracownicy nie mają później możliwości powrotu do miejscowości na terenie powiatu. Urzędnicy zauważają także problemy w weekendy, gdy nasilenie pracy w gastronomii jest większe, a kursowanie autobusów znacznie ograniczone lub zupełnie zawieszone. Urząd, gdy kieruje bezrobotnych do pracodawców z ofert, często otrzymuje odpowiedź »brak dojazdu«.
Już w 2003 r. prof. Zbigniew Taylor z Polskiej Akademii Nauk, badając konsekwencje zamykania połączeń kolejowych, wskazał miejscowości – takie jak Przybroda w Wielkopolsce czy Olbrachtowice na Dolnym Śląsku – których mieszkańcy po likwidacji pociągów całkowicie utracili możliwość dojazdu do pracy i zmuszeni byli z niej zrezygnować.
To polska polityka transportowa zmusiła rodziny do wydania pieniędzy z programu „Rodzina 500 plus” na zakup samochodu.
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 5/85 wrzesień-październik 2016)
www.zbs.net.pl
przez Dario Azzellini | wtorek 20 września 2016 | opinie
W lutym 2016 roku kilkunastu byłych pracowników zakładu obróbki drewna w niewielkiej greckiej miejscowości Patrida, około 60 kilometrów od Salonik, powiedziało „Dość!”. Od 2008 roku byli oszukiwani przez właścicieli. Obiecując rychłą wypłatę, szefowie nie wypłacali pracownikom pełnej pensji, zredukowali godziny pracy i ogłosili upadłość firmy – nie informując o tym oficjalnie. Sytuacja nie poprawiła się, a pracownicy nigdy nie ujrzeli swoich pieniędzy. W grudniu 2015 roku zakład został zamknięty. Dług firmy w postaci niewypłaconych pensji sięga obecnie 700 tys. euro.
Pracownicy nie wierzą, że kiedykolwiek zobaczą należne im pieniądze. Zamiast tego, postanowili przejąć zakład i prowadzić go pod własną kontrolą. Skontaktowali się z ludźmi zatrudnionymi w odzyskanej fabryce Vio.Me w Salonikach z prośbą o wsparcie. Pracownicy Vio.Me zjawili się na miejscu, pomogli w walce o przetrwanie zakładu i jak najszybsze uruchomienie produkcji. Robotnicy z Patridy chcą zmienić profil produkcji i wytwarzać ławki oraz stoiska dla targowisk i kiosków – produkty potrzebne zwykłym ludziom i ich społecznościom. Poza tym kontaktują się ze spółdzielniami i kolektywami w całej Grecji i organizują się oraz uczestniczą w mobilizacjach.
VIO.ME
Saloniki, Grecja
Vio.Me w Grecji jest prawdopodobnie najsłynniejszą odzyskaną fabryką w Europie. Posługując się hasłem „Jeśli wy nie możecie, my możemy!”, pracownicy byłego producenta materiałów budowlanych zajęli swoją zamkniętą fabrykę i rozpoczęli wytwarzanie ekologicznych środków czyszczących. Pomimo grożącej fabryce eksmisji, Vio.Me stało się w Grecji symbolem walki z kapitalizmem.
www.vio.me
Zjawisko o szerokim zasięgu
Robotnicy z Patridy robią to samo, co tysiące innych na całym świecie w ciągu ostatnich kilku lat kryzysu kapitalizmu. Zjawisko przejmowania zakładów pracy stało się najbardziej widoczne i znane w Argentynie, w odpowiedzi na kryzys z 2001 i 2002 roku – a następnie rozpowszechniło się na całym świecie. Na początku roku 2016 w Argentynie działało około 360 odzyskanych firm zatrudniających 15 tys. pracowników, co najmniej 78 odzyskanych zakładów zatrudniających 12 tys. pracowników w Brazylii i prawie 25 fabryk w Urugwaju. W Wenezueli istnieje kilkadziesiąt firm odzyskanych przez robotników, niektóre z nich są wspólnie zarządzane przez pracowników i lokalną społeczności, nieco takich inicjatyw pojawiło się też w Meksyku, Indiach i Indonezji. W czasie obecnego kryzysu około 60 zakładów zostało odzyskanych w Argentynie, około 25 w Wenezueli, kilka we Włoszech, Francji, Grecji, Bośni, Chorwacji, USA, Egipcie, Turcji oraz Tunezji.
Okupacje zakładów, przejęcia firm i walka o więcej kontroli dla pracowników nie są nowymi zjawiskami. Inicjatywy pracownicze dążące do przejęcia kontroli w firmach pojawiały się w przeszłości w sytuacjach ekonomicznego, politycznego lub społecznego kryzysu, socjalistycznych, nacjonalistycznych czy demokratycznych rewolucji, w realiach socjalistycznych i kapitalistycznych, w czasach szczytowej produkcji, jak też podczas restrukturyzacji lub upadku zakładów. Wiele razy, w każdym systemie politycznym, na całym świecie, pracownicy walczyli o udział w podejmowaniu decyzji w miejscu pracy, jak też starali się rozwinąć formy współ- i samozarządzania oraz kontroli pracowniczej.
Nawet bez doświadczenia w tworzeniu rad pracowniczych, zarządzenie kolektywne – czy to przez zgromadzenia, czy inne mechanizmy demokracji bezpośredniej i relacji horyzontalnych – od zawsze zdawało się być wrodzoną skłonnością pracowników. Co więcej, udowodnili oni, że potrafią prowadzić zakłady w większości branż, w tym w metalowej, tekstylnej, ceramicznej, żywnościowej, przetwórstwie, przemyśle tworzyw sztucznych i gumowym, drukarstwie, jak też w sektorze usług, np. w klinikach, placówkach edukacyjnych, mediach, hotelach i restauracjach.
Wyzwalające doświadczenie
Historyczne oraz współczesne doświadczenia kontroli pracowniczej pokazują, jak wyzwalającym zjawiskiem jest przekształcenie sytuacji kapitalistycznego odosobnienia i autorytarnej kontroli w praktykę demokratyczną. Pracownicy w Argentynie i Francji doświadczają być może różnych warunków pracy, ale sedno ich walki pozostaje jednakowe: stawanie w opozycji do kapitalistycznego procesu produkcji – kręgosłupa każdego współczesnego społeczeństwa – oraz budowanie, poprzez rady pracownicze i samozarządzanie, elementów przyszłego bezklasowego społeczeństwa.
NEW ERA WINDOWS
Chicago, USA
W 2008 roku fabryka okien w Chicago zbankrutowała i została zamknięta nagle i w podejrzanych okolicznościach. Banki zostały zwolnione ze swoich zobowiązań, a pracownicy stracili pracę. W 2012, po roku walki i przy wsparciu lokalnej społeczności, pracownicy uzbierali wystarczająco dużo pieniędzy na wykupienie fabryki, która od tamtego momentu działa jako spółdzielnia pod nazwą New Era Windows.
www.newerawindows.com
W tym kontekście należy podkreślić, że tego rodzaju wysiłki podejmowane są przez zwykłych pracowników i społeczności. Jak zauważa Andrés Ruggeri, argentyński badacz: W firmie odzyskanej przez pracowników pozostają wszyscy, którzy wcześniej w niej pracowali. Od lewicowego awangardowca przekonanego o konieczności zdecydowanej walki przeciwko kapitalizmowi, po kogoś, kto wczoraj zagłosował po raz pierwszy i był najlepszym kumplem pracodawcy. Wniosek płynie stąd taki, że samozarządzanie nie potrzebuje awangardy – każdy może uczestniczyć w tym procesie.
Jeremy Brecher podkreślał w swoim artykule z 1973 roku: Rady pracowników nie mają żadnych sekretnych cech, które czyniłyby je rewolucyjnymi w formie. Różnią się one jednak pod kilkoma względami od związków zawodowych. Po pierwsze, opierają się na sile pracowników, którzy przebywają ze sobą codziennie i sprawują ciągłą pieczę nad produkcją. Po drugie, są kontrolowane bezpośrednio przez pracowników, którzy mogą w dowolnym momencie odwołać swoich delegatów. Po trzecie, ich formuła jest dynamiczna i związana ze zmieniającymi się realiami miejsca pracy/produkcji, zamiast definiować organizację w sposób, który szybko staje się przestarzały, co działo się wielokrotnie w historii ruchu związkowego.
Pracownicy przejmujący zakład pracy lub walczący o kontrolę muszą zazwyczaj stawić czoła nie tylko prywatnym przedsiębiorcom, strukturom kapitalistycznym i zarządom firm, ale także organizacjom związkowym i instytucjom publicznym. Prawie wszystkie historyczne przypadki kontroli pracowniczej związane były z konfliktami z partiami politycznymi, związkami i państwowymi aparatami biurokratycznymi, czy to w czasie rewolucji październikowej, we Włoszech lat 70., Polsce lat 50. i 80., czy we współczesnej Argentynie, Wenezueli, Grecji lub Indiach. Z drugiej strony, pracownicy mogą zwykle liczyć na wsparcie społeczności lokalnych, struktur solidarnościowych i innych zakładów pozostających pod kontrolą pracowników.
HOTEL BAUEN
Buenos Aires, Argentyna
W marcu 2003 roku byli pracownicy hotelu Bauen w śródmieściu Buenos Aires postanowili działać, jako że zostali zwolnieni i od wielu miesięcy nie wypłacono im zaległej wypłaty. Odzyskali swoje miejsce pracy i utworzyli kolektywnie prowadzony hotel i miejsce spotkań dla aktywistów. Do dziś Hotel Bauen jest modelowym przykładem odzyskanych miejsc pracy w Argentynie.
www.bauenhotel.com.ar
Zakłady kontrolowane przez pracowników działają w inny sposób, niż zwykłe firmy kapitalistyczne: zachodzą w nich zmiany w relacjach społecznych, procesie produkcji, czasem nawet zmieniają się same produkty. Jednak presja ze strony rynku kapitalistycznego pozostaje ogromna, a pracownicy muszą czasem godzić się na kompromis, ponieważ nie mogą całkowicie uniknąć udziału w mechanizmach rynku.
Mimo że nie da się zaprzeczyć, iż nieuniknione relacje ze środowiskiem kapitalistycznym wywołały silne sprzeczności i komplikacje w firmach zarządzanych przez pracowników oraz że bywało to źródłem wewnętrznych konfliktów, firmy te okazały się bardziej żywotne od wielu zwykłych przedsiębiorstw kapitalistycznych. W przypadku Argentyny, z 205 odzyskanych firm badanych w 2010 roku, tylko 6 zostało zamkniętych pod koniec 2013 roku, gdy w tym samym czasie powstały 63 nowe odzyskane firmy. Nie tylko przetrwały one pod względem ekonomicznym, ale też podążały drogą demokratycznego decydowania i równości między pracownikami.
Alternatywny system wartości
Zakłady pozostające pod kontrolą pracowników nie kierują się logiką kapitalistyczną. Zamiast tego, produkują i starają się kierować własnymi wartościami na tyle, na ile to możliwe. Czynią to nawet wtedy, gdy dobrze wiedzą, że te wartości stoją w sprzeczności z regułami standardowych doktryn o przedsiębiorczości. Jak wyjaśnia Ernesto z kontrolowanej przez pracowników drukarni Chilavert w Buenos Aires: My, tutaj, odczuwamy presję – utrzymujemy się z naszej pracy, więc każda godzina pracy, którą zdecydujemy wykorzystać na walkę w jakiejś społecznej sprawie, jest godziną straconą z kapitalistycznego punktu widzenia; to pieniądze, które tracimy, gdyż ich nie zarabiamy. Tego uczymy się jako dzieci, to mówią nam wszyscy. Odczuwamy więc ciągłą presję ze strony systemu, który chce nas wciągnąć w swoje tryby. Najpierw system odrzuca nas, a gdy widzi, że nie może nas uśmiercić, włącza nas w swój obręb i przekształca w coś, co może być kupione i sprzedane.
Większość zakładów pracy pozostających pod kontrolą pracowników postrzega solidarność z innymi, zwłaszcza z nowymi odzyskanymi zakładami, jako kluczową część swojej aktywności. Prawie wszystkie odzyskane zakłady otrzymują wsparcie od innych wcześniej powstałych przedsiębiorstw tego typu. Zazwyczaj utrzymują one kontakty z innymi podobnymi firmami, ale też z bardziej wojowniczymi spółdzielniami i całym sektorem „gospodarki solidarnej”. Powiązania i formy współpracy są polityczne, ale też ekonomiczne. W miarę możliwości firmy kontrolowane przez pracowników wolą budować relacje biznesowe z innymi zakładami tego typu.
Większość firm odzyskanych przez pracowników utrzymuje też kontakty z innymi ruchami, organizacjami politycznymi lub społecznymi, jak też z sąsiedztwem. Prawie wszystkie odzyskane przedsiębiorstwa angażują się w działalność polityczną, społeczną i kulturalną, a 39 procent z nich oferuje nawet przestrzeń użytkową centrom kulturowym, stacjom radiowym, żłobkom i przedszkolom, instytucjom edukacyjnym i innym przedsięwzięciom. Im krótszą historię ma odzyskany zakład w swej nowej formule własności/zarządzania, tym chętniej podejmuje współpracę z innymi ruchami. Stąd też płynie siła jego pracowników.
FRALIB
Gémenos, Francja
Po 1336 dniach sprzeciwu pracownicy firmy Fralib – fabryki przetwarzającej i pakującej herbatę niedaleko Marsylii we Francji – mogli świętować zwycięstwo nad Unilever, gigantycznym przedsiębiorstwem międzynarodowym, które zdecydowało się zamknąć ich zakład. Unilever wycofał się, pracownicy przejęli fabrykę, założyli spółdzielnię Scop-TI i wprowadzili na rynek nową markę herbaty, „1336”, która to nazwa nawiązuje do czasu trwania ich walki.
www.scop-ti.com
To, co Andrés Ruggeri opisuje w odniesieniu do Argentyny, dotyczy też innych odzyskanych zakładów na całym świecie: Jednym z najbardziej interesujących aspektów działania odzyskanych zakładów jest ich relacja ze wspólnotą, ze społecznością, i o tym właśnie mówimy, gdy stwierdzamy, że żaden z odzyskanych zakładów nie odzyskuje się sam. Chodzi tu o całość ruchu, z którym silnie wiążą się aktywizm i bojowość. Wokół odzyskanej firmy i całego zjawiska tworzy się spory ruch z powiązaniami i sieciami społecznymi. Ruch ten jest bardzo duży i silny, zmienia samo znaczenie słowa „firma”. Jeżeli pracownicy odzyskają jedynie zakład, a następnie przekształcą go w spółdzielnię, i tak dalej, bez względu na to, jak radykalny jest proces wewnętrzny, przy prowadzeniu przez firmę jedynie działalności gospodarczej nie będzie ona mieć takiego potencjału transformacyjnego, jaki posiadałaby z siecią otaczającą ruch.
Gigi Malabarba z WRC RiMaflow z Mediolanu we Włoszech, stwierdza: Możemy wygrać, jeśli będziemy częścią większego ruchu i pomnożymy nasze doświadczenia dziesięcio- i stukrotnie, żeby promować ideę, że inny rodzaj gospodarki jest możliwy. Jeśli „gospodarka szefów” znajduje się w kryzysie, musimy rozwinąć inne pojmowanie gospodarki.
Owa „inna gospodarka”, oparta na potrzebach i życzeniach pracowników i społeczności, nie jest jedynie testowana i rozwijana w praktyce – ludzie pracujący w odzyskanych firmach spotykają się regularnie z pracownikami innych odzyskanych zakładów i spółdzielni oraz badaczami rynków pracy, w celu dyskusji i wymiany doświadczeń związanych z „gospodarką pracowniczą”. Spotkania kontynentalne i światowe odbywają się co dwa lata. Pomysł ten narodził się w Argentynie, gdzie w ostatnich latach miało miejsce już kilka zgromadzeń tego rodzaju. Wszystko zaczęło się od spotkań na szczeblu krajowym. Do dziś zorganizowano już siedem spotkań regionalnych na Amerykę Łacińską i cztery spotkania ogólnoświatowe.
KAZOVA
Stambuł, Turcja
Zainspirowani historycznymi protestami w parku Gezi, pracownicy fabryki tekstyliów Kazova w Stambule podwoili wysiłki w walce o sprawiedliwość z byłymi szefami, którzy odmówili im wypłaty zaległych pensji, a następnie zwolnili całą załogę i zniknęli. Obecnie Özgür („Wolna”) Kazova jest jedną z pierwszych prowadzonych przez pracowników fabryk w Turcji, produkującą „swetry bez szefów”, jak brzmi ich slogan.
www.ozgurkazova.org
W 2014 roku miały miejsce pierwsze spotkania w Ameryce Północnej, Europie i regionie Morza Śródziemnego pod hasłem „Gospodarka pracownicza”. Spotkanie w Europie zostało zorganizowane w odzyskanej fabryce Fralib niedaleko Marsylii. Przybyło około 200 osób, między innymi pracownicy z pięciu innych odzyskanych fabryk w Europie i jednej w Argentynie oraz badacze z Europy, Meksyku, Brazylii i Argentyny. Ideą tych zgromadzeń jest tworzenie samodzielnie zorganizowanej przez pracowników przestrzeni do debatowania nad wspólnymi i indywidualnymi wyzwaniami, przed którymi stają odzyskane fabryki; nad tym, w jaki sposób mogą wykorzystać różne własne doświadczenia w budowaniu sieci między sobą oraz nad tym, jak przez alternatywne, samodzielne i demokratyczne formy produkcji i samozarządzania tworzyć nową gospodarkę służącą pracownikom i społecznościom, a nie na odwrót.
Nie ma wątpliwości co do tego, że odzyskiwanie zakładów pracy zyskuje popularność, a przejęcie miejsca pracy jest coraz częściej rozważane przez zbuntowanych pracowników. Biorąc pod uwagę fakt, że wciąż trwa finansowy, ekonomiczny, polityczny i społeczny kryzys kapitalizmu, który zapoczątkował obecne procesy odzyskiwania zakładów pracy, wydaje się prawdopodobne, że przejęcia będą kontynuowane.
Dario Azzellini
Tłum. Kamila Zubala
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej roarmag.org
przez Rafał Gdak | wtorek 13 września 2016 | opinie
Kilka tygodni temu poszliśmy z żoną na obiad do lokalu w centrum Lublina. Rozmawialiśmy o książce poświęconej Zdzisławowi i Tomaszowi Beksińskim, gdy moja małżonka wypatrzyła człowieka siedzącego na schodach przed sklepem spożywczym. – Zobacz, on prosi o jedzenie, a ludzie mijają go obojętnie – powiedziała. Wstałem, podszedłem do tego człowieka i zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, usłyszałem prośbę, bym kupił mu coś do chleba. Bochenek ściskał mocno w dłoniach. Wszedłem do sklepu, kupiłem kilka rzeczy. Gdy przekazywałem mu reklamówkę z zakupami, powiedział tylko jedno zdanie: Byłem głodny, a daliście mi jeść.
Opisywany człowiek nie wyglądał na bezdomnego z wieloletnim stażem. Był ogolony, schludnie, choć skromnie ubrany. Na ulicę trafić musiał niedawno. Nie opisuję tej sytuacji, by pochwalić się dobrym uczynkiem. Dla mnie ta pomoc znaczyła niewiele i nie obciążyła nadmiernie mojego budżetu. Gdy jednak zobaczyłem szczere łzy w jego oczach, sam niemal się rozpłakałem.
Niedawno Krzysztof Wołodźko opublikował na tych łamach poruszający felieton pt. „Czyste ręce, brudne paznokcie”. Traktuje o tej Polsce, którą widać doskonale, pod warunkiem, że chce się ją dostrzec. Zupełnie jak w opisanej przeze mnie sytuacji. Proszącego człowieka minęło kilka osób. Wszyscy udawali, że go nie ma.
Kilka dni temu mój szef opublikował na Twitterze zdjęcie z RPA. Zostało zrobione z lotu ptaka. Widać na nim po lewej stronie dzielnice bogatych i klasy średniej, a po prawej slumsy, w których zamieszkuje biedota. Bardzo sugestywna fotografia wywołała reakcję użytkowników serwisu społecznościowego. „To jest podział na nierobów i nieuków oraz na przedsiębiorczych i zaradnych” – pisał jeden. „Nawet gdyby dać im te osiedla po lewej i kilkaset miliardów w gotówce, to za 5 lat lewa strona będzie wyglądać jak prawa” – dodał drugi.
Znieczulica – można by powiedzieć. Do tego podszyta głupotą i neoliberalnymi bajkami o tym, że obie strony na starcie miały takie same szanse, przy czym jedna je wykorzystała i żyje w dobrobycie, a drugiej nie chciało się pracować i mieszka w slumsach. W tej narracji nie ma słowa o tym, że 1 na 5 osób w tzw. krajach rozwijających żyje za 1,25 dolara dziennie, a 836 milionów egzystuje w skrajnym ubóstwie. Nie ma też zdania o dysproporcjach płacowych, nierównym dostępie od edukacji itp.
Jasne, jest różnica między komentowaniem zdjęć w Internecie a odmówieniem pomocy człowiekowi proszącemu o coś do jedzenia. Nie pomylę się znacznie, gdy napiszę, że z pierwszej postawy łatwo może zrodzić się druga. Skoro bowiem traktujemy ludzi biednych jako nieudaczników, a samych siebie uważamy za zaradnych, już tylko krok dzieli nas od pogardy i braku współczucia.
Jest jeszcze jedna ludzka skłonność. Nie lubimy (i nie chcemy) patrzeć na biedę, cierpienie, zło, wyzysk, starość, choroby, śmierć. Często udajemy, że ich nie widzimy, bo psują nasze dobre samopoczucie. Najchętniej zamieszkalibyśmy w huxleyowskim nowym wspaniałym świecie, gdzie słabości zostały wyeliminowane.
Z klipów nakręconych z pokładów dronów, ukazujących Polskę, wyłaniają się czerniące się autostrady i ekspresówki, okazałe warszawskie drapacze chmur, pięknie oświetlone zabytki. Niebo jest zawsze niebieskie, trawa soczyście zielona, a kłosy zbóż złote. Jak w telewizyjnej reklamie. Widać same pozytywy i żadnych negatywów. Ten sielankowy obraz jest fałszywy. To taki audiowizualny prozak.
Wystarczy minimalna dawka dobrej woli, by zobaczyć prawdziwą Polskę. Dość powiedzieć, że potrzeba tylko sięgnąć wzrokiem ponad czubek własnego nosa lub ekran smartfona. Co wtedy ujrzymy?
Mieszkam na peryferiach Lublina. W mojej dzielnicy znajdują się bloki spółdzielcze, komunalne, deweloperskie i TBS-y. Niezły przekrój polskiego budownictwa mieszkaniowego. Osiedle jest stosunkowo młode, a jego gwałtowny rozwój nastąpił w ostatniej dekadzie. Dlatego nie widać tu zbyt wielu oznak biedy. Z drugiej strony nie ma też grodzonych apartamentowców i wylewającego się bogactwa. Ot, rodzima średnia. Gdy wsiądzie się do autobusu komunikacji miejskiej, po zaledwie kilku minutach następuje subtelna zmiana krajobrazu. W sąsiedniej, dużo starszej dzielnicy dostrzec można więcej ludzi w podeszłym wieku. Młodsi są skromniej ubrani niż ci spotykani w reprezentacyjnych punktach miasta. Nie, nie wjeżdża się do slumsów. To kolejne zwyczajne blokowisko, ale z nieco inną strukturą mieszkańców.
Kilka razy w roku bywam w Poznaniu. Wtedy jeszcze bardziej uderza mnie kontrast. W stolicy Wielkopolski widzę więcej ludzi w markowych i droższych ubraniach, modnie uczesanych, dzierżących w dłoniach flagowe smartfony. Lublin wydaje się w tym zestawieniu smutniejszy i po prostu biedniejszy. Nie mówiąc o Polsce powiatowej i roztoczańskiej wsi, którą odwiedzam przynajmniej raz w miesiącu.
Skoro z perspektywy komunikacji miejskiej można dostrzec tego typu drobne niuanse, naprawdę niewiele trzeba, by zobaczyć prawdziwą biedę. Ludzi liczących grosze wysupłane z kieszeni, ubogie zakupy na taśmach kasowych w supermarketach, spraną odzież z second handów. Przecież w tak wielu rodzinach są osoby pracujące za niewiele ponad tysiąc złotych i na śmieciówkach. Ich nie pociesza informacja, że stopa bezrobocia w Polsce wyniosła pod koniec lipca 8,6 proc. i jest najniższa od 25 lat. System wypluł ich, bo choć zarabiają grosze, jednak zarabiają.
Na wspomnianą roztoczańską wieś docieram najczęściej czymś w rodzaju marszrutki: starym busem ze zużytymi amortyzatorami i po drogach, które nie widziały remontu od dziesięcioleci. To też jest ta Polska, która nijak ma się do przesaturowanej scenerii ze stołecznym „city” w tle.
Patrząc na zdjęcie z RPA można zobaczyć niesprawiedliwość społeczną i rozwarstwienie lub podział na przedsiębiorczych i nierobów. W człowieku proszącym o jedzenie można dostrzec osobę skrzywdzoną przez los lub niezaradnego frajera. Wszystko jest kwestią wyboru.
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 1 września 2016 | opinie
Kraków, Bronowice, Bar Kuchnia Polska „Palce Lizać” (tak oficjalnie) przy Gabrieli Zapolskiej. Naprzeciw zażywnej pani przy kasie stoi stara kobieta w wielkich grubych szkłach. Płacze niemal bezgłośnie. Obiad dnia czyli zupa, drugie i kompot: 12 złotych 70 groszy. Barszcz w kubku: 1 zł 50 groszy. Sadzone jajka z ziemniakami: 4 złote 90 groszy. To najtaniej.
W porze obiadowej ciasna przestrzeń (osiem stolików po cztery krzesełka) jest wypełniona ludźmi. Starszy pan siedzi z dziewczynką z zespołem Downa. Dwaj policjanci na służbie nie rozmawiają przy jedzeniu. Wymięty na twarzy, marnie odziany starszy jegomość lekko drżącą ręką unosi łyżkę ku ustom. Trochę chlapie, ale godnie pokonuje samego siebie i dystans, jaki dzieli taflę zupy od warg. Młody mężczyzna z firmy kurierskiej zamawia grochową za 3 złote 90 groszy. Chłopak i dziewczyna, dwa krzesła dla nich, dwa obok dla ich smartfonów. Ciężarna z wózkiem siadła tak, że tarasuje wejście do toalety. Można ominąć uśmiechając się przepraszająco do sennego bobasa.
A stara kobieta płacze. Nie dlatego, że jest głodna. Nie dlatego, że odejdzie z kwitkiem. Gmera palcami w portmonetce. Zaraz dostanie obiad. Jest samotna i lekko zdziwaczała. Zawsze płacze, a wtedy uspokaja ją barmanka albo barman. Gdy nikt nie zamawia, podchodzą do niej i słuchają jej cichych smutków. Zwierza się po raz setny, może tysięczny, może stutysięczny – a obok na talerzach gotowany kalafior i fasolka szparagowa po 3 złote – taka sobie porcja. Można do tego podejść całkiem życiowo: ot, z przypraw mają sól, pieprz, maggi, żale staruszki. Zresztą bardzo to grzeczna osoba, zawsze mówi na poły zdziwione, na poły lękliwe „do widzenia” gdy ją minąć przy drzwiach.
W barze jest schludnie, robotnicy w drelichach siedzą obok pracujących (w branży informatycznej) inteligentów. Skoro jest tanio i smacznie, to po co przepłacać? Dystyngowana emerytka, która siedzi w barze w jesiennym kremowobrązowym płaszczyku w ciepłe sierpniowe popołudnie, przegląda kolorową gazetę – z tych tańszych. Widzę zdjęcie turkusowej plaży, wykadrowany bezkres nieba i kilka zdań o czyimś rozwodzie, o pięknie rozkwitłej karierze po uwieńczonej sukcesem terapii; obserwuję, jak pomarszczony palec starszej pani pokazuje wzrokowi, które ma śledzić litery i myślę do siebie: what a wonderful world. Czuję sytość za 12 złotych 70 groszy: krupnik, makaron z sosem bolognese, mocno ocukrowany napój pełniący obowiązki kompotu. Płaczliwa staruszka patrzy na resztki żółtawego napoju w plastikowej butelce z napisem „Fanta”.
Jest koniec sierpnia 2016 roku. Myślę sobie, że właśnie po to powielacze powielały, solidaryce się solidaryzowały, szczekaczki wyszczekiwały, internaty internowały, po to kieliszki w Magdalence pociły się i fraternizowały, terapie szokowały, jedne gazety wyborczały, a drugie polszczały, żeby stare kobiety w tak pięknym kraju mogły wbijać lekko niepewny wzrok w resztki kolorowych napojów wielkich światowych kompanii spożywczych. Innego końca świata nie będzie.
Ale w sumie to krzepiące, jak po ludzku ciepłe i normalne jest wnętrze lokalnego baru mlecznego pełnego zwykłych ludzi, z których generałowie różnych armii chcieliby zrobić albo ciemną, niehigieniczną, propisowską tłuszczę, albo wmówić tym wszystkim Polkom i Polakom konsumującym mielone z ziemniakami i kapustą na ciepło, że najstraszliwsi są dla nich uchodźcy i francuskie problemy postkolonialne, a najlepszy – proruski straszny dziadunio Trump walczący z „homoterrorem”. Do baru mlecznego na Zapolskiej nie wejdą ani naczelny „Newsweeka”, ani naczelny „Do Rzeczy” i nie zaczną uprzykrzać ludziom życia ideologicznym bombardowaniem. Cisza, spokój, krokiety.
W maju mama przysłała smsa, że umarł sąsiad. Zmarł podczas pierwszej komunii swojej wnuczki. Ostatni raz rozmawiałem z nim podczas Wielkanocy tego roku. Był dawnym lektorem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w Śremie. Był też pszczelarzem. Przez lata, wracając z rodzinnego domu do swoich spraw, dźwigałem w plecaku duże słoiki z miodem. Po 10 złotych za sztukę. Daję ci ze swoich – mówił w ostatnim czasie, a ja zdawkowo dziękowałem, choć wypadało bardziej docenić życzliwość ponad osiemdziesięcioletniego człowieka.
Tego roku, podczas Wielkanocy, sąsiad siedział na zdezelowanym krześle, pod ręką trzymał kule, a obok stał wózek z żelastwem (parę dekad po wojnie, jaką Balcerowicz wytoczył polskiej wsi, wciąż jest co zbierać po opłotkach); raczył mnie a to pikanteriami dotyczącymi spraw męsko-damskich, a to krótkimi reminiscencjami z własnego życia. Mówił, że na każdym etapie dziejowym władza uznaje się za nieomylną, a jak przepraszają, to już jest za późno. I że trzeba myśleć na własny rachunek, na ile można. Nie było to może zbyt błyskotliwe, ale nie byliśmy z sąsiadem postaciami z powieści Stasiuka – gadaliśmy, co chcieliśmy, robiło się coraz cieplej, czekaliśmy dobrej wiosny po szaroburej zimie, grzaliśmy kości na słoneczku. Ja się czułem zakorzeniony, on się czuł wysłuchany – dobrosąsiedzkie relacje w niegrodzonej okolicy. Siedzieliśmy zresztą kilkanaście metrów od kaplicy, do której sąsiad jako zdeklarowany ateista nigdy nie chodził. Ale że jakimś trafem na naszej wsi po transformacji ostała się tylko kaplica, postawiona właśnie obok Domu (byłego) Nauczyciela, to cóż, omawiał materializm historyczny i niewątpliwe walory pożycia seksualnego tuż pod nosem aniołów i kościelnego.
Na marginesie: z tej wsi zniknęła kolej i niemal doszczętnie wyginęły połączenia autobusowe, dawno zniknęła świetlica ludowa z biblioteką, przedszkole i szkoła zamieniona w dom spokojnej starości. Tak sobie myślę, że najlepsze, co w III Rzeczpospolitej miała moja wieś z tzw. cywilizacji pozareligijnej, poza remizą, to były przecież te ule i ten miód. Przez długie lata sąsiad i jego ule nie dali się zdekomunizować. Twardo bronili swojej instytucjonalnej suwerenności oraz proekologicznej bioróżnorodności względem dość parszywej w tamtych okolicach transformacji. Myślę, że sąsiad miał też w nosie coraz częstsze w ostatnich latach w owych stronach „arcypatriotyczne” wlepki przyklejane na resztkach istniejącej cywilizacji oraz ruinach po niej. Bo jakoś tak się w Polsce dzieje obecnie, że nędzę i rdzę po państwie i jego instytucjach zamalowuje się ksenofobią. W każdym razie: sąsiad już umarł. Jego pszczoły też umarły, poszły na zmarnowanie.
Teraz będzie coś z lokalnej prasy. 24 sierpnia na stronie internetowej „Kuriera Lubelskiego” ukazał się artykuł „Kuriozalny napad na sklep spożywczy na LSM. Złodziej przeprosił i wyszedł”. Pozwolę sobie przedstawić dłuższy passus, tylko nieco upraszczając cytowaną treść: Jakub Sz. wynajmował w Lublinie mieszkanie. Płacił za nie co miesiąc 900 zł. Był już 11 sierpnia, termin zapłaty minął, a bezrobotny lublinianin ciągle nie miał pieniędzy na koncie. Żeby uregulować zobowiązania postanowił się wzbogacić. W tym celu poszedł do sklepu przy ul. Krasińskiego, gdzie zamierzał dokonać „napadu stulecia”. Było już ciemno, dochodziła godz. 22. Mężczyzna poczekał jeszcze, aż ze sklepu wyjdzie ostatnia klientka. Jak ustalili śledczy badający sprawę, 23-latek z nożem wszedł do środka i zażądał od wystraszonych ekspedientek pieniędzy. – Jedną z koleżanek trzymał za kark i przykładał jej nóż do gardła. Drugiej groził śmiercią, jeśli nie odda mu pieniędzy. Koleżanka dała mu 10 zł, jednak rabuś stwierdził, że to mało, kazał otworzyć kasę i wyjąć z niej pieniądze – opowiada w rozmowie z Kurierem jedna z pracownic sklepu przy ul. Krasińskiego. Okazało się jednak, że w kasie były jedynie dwie pięciozłotowe monety. – To za mało! – krzyknął rabuś. – Nie chcę tego, nie będę kradł. Przepraszam – rzucił Jakub Sz. i po prostu wyszedł.
Nie jest to temat na „Zbrodnię i karę”: młody 23-latek przyznał się do winy i grozi mu kara pozbawienia wolności od 3 lat wzwyż. Być może ktoś się zaśmieje głucho, ktoś będzie szydził albo pomstował. A przecież rzadko kiedy i rzadko kto pokazuje nam tak dobrze, jak się w Polsce wpycha ludzi w prawdziwe tarapaty życiowe i w rozpacz, jak się ich spycha na margines, jak wreszcie bieda sprzęga się z przestępczością. Mamy w tym przykładzie wszystko: bezrobocie, brak tanich mieszkań na wynajem, długoletni brak polityki mieszkaniowej. A na końcu jest Jakub Sz., o którym niemal każdy powie w Polsce, że „sam sobie jest winien”. Tak właśnie jest zrobiony nasz kraj, że tacy nieszczęśnicy są zawsze winni i osamotnieni, za to ludzie, którzy świetnie żyli i żyją z systemowej polityki aspołecznej (coraz głośniej się mówi przecież o mafii jeśli idzie o warszawską politykę reprywatyzacyjną ściśle powiązaną z kwestiami lokatorskimi) przez lata byli albo nietykalni, albo uchodzili za mędrców epoki transformacji.
To jest przerażające: zdesperowany człowiek, który popełnia straszny czyn, przykłada drugiemu człowiekowi nóż do gardła, być może moment dzieli go od zabójstwa, z którym musiałby żyć już na zawsze, ale nie jest zbrodniarzem ani rzezimieszkiem, jest człowiekiem, który sobie kompletnie nie radzi w świecie tak obojętnym jak nasz, więc mówi: „Nie chcę tego, nie będę kradł. Przepraszam”. Ale i tak ma już solidnie spieprzone życie.
Czuję zgrozę, gdy czytam tę historię, czuję też potężne wkurwienie na elity, które zrobiły z mojego kraju książkę z takimi opowieściami, czuję złość na społeczeństwo, które na to wszystko przyzwala, ponieważ tak naprawdę jest społeczeństwem dorobkiewiczów, którzy dali się wkręcić w logikę realnego liberalizmu, bo każdy z gołodupców wierzy, że to jednak on będzie górą. A od dawna już wiadomo, że wcale nie. Jedni przekonają się o tym raz i bardzo boleśnie, a inni mniej lub bardziej boleśnie – tyle że na raty.
Nie będę czcił żołnierzy wyklętych. Będę wspominał starego komunistę, który miał ule. Nie będę zachwycał się terapiami celebrytów, którzy czasem jeżdżą do Azji, by dowiedzieć się, jak smakuje biedne życie. Będę rzewnie myślał o płaczliwej staruszce z baru mlecznego na Bronowicach. 500+ przekona mnie tylko do 500+, a nie – na przykład – do polityki informacyjno-kulturalnej TVP po #dobrazmiana. Pogardzam ludźmi, którzy z domniemanych i realnych Polaków-biedaków zrobili chłopca do bicia w swojej wojence z rządzącą partią. Pogardzam ludźmi, którzy głosili hasełka o rodzinie na swoim, a równocześnie pozbawiali polskich rodzin infrastruktury publicznej, źródeł zarobkowania, wymuszając de facto na dzieciach tych ukochanych polskich rodzin trwałą emigrację zarobkową. To dlatego niejedno polskie miasteczko, które tak dobrze znam, świeci pustkami przez cały rok, a ożywa jedynie w święta takie czy owe. To wszystko zrobili ludzie, których dziś znajdziemy i w PiS, i w KOD-owskiej opozycji. Patrzę na elity tego społeczeństwa: polityczne, kulturowe, biznesowe, są to elity i prawoskrętne, i lewoskrętne. Wszyscy mówią o sobie, że mają czyste ręce i zawsze dobrze chcieli. Tylko skąd mają tyle brudu za paznokciami?
przez Marcin Derucki | sobota 27 sierpnia 2016 | opinie
Komercjalizacja przestrzeni publicznej w Polsce jest zjawiskiem powszechnym, związanym z przemianami systemowymi, które miały miejsce na początku lat 90. Panująca ideologia wolnego rynku pozwoliła na bezkrytyczne zdewastowanie krajobrazów dużych i małych miast. Poniższy artykuł ukazuje przykład oddziaływania komercjalizacji na przestrzeń publiczną tworzoną przez Galerię Malarstwa Wielkoformatowego w mieście Turek w województwie wielkopolskim.
Czym jest komercjalizacja przestrzeni publicznej? Mówimy o niej wtedy, gdy obszary cenne społecznie są zawłaszczane przez podmioty prywatne, przedsiębiorstwa itp. Dzieje się tak najczęściej w imię tzw. praw rynku. Najbardziej zauważalne jest to na starówkach lub przy uczęszczanych deptakach. Konsekwencją jest powolne wyludnianie miejsc, które powinny stanowić centrum społeczne i kulturalne danego ośrodka miejskiego.
W Turku na wyludnienie obszarów starówki wpłynęła budowa licznych marketów, przy których powstawały niewielkie powierzchnie do wynajęcia z przeznaczeniem na drobny handel. Efekt ten został wzmocniony poprzez sprzedaż terenu byłego dworca PKS, na którym powstało centrum handlowe.
Innym przykładem komercjalizacji przestrzeni publicznej są liczne reklamy typu outdoor (najczęściej bannery, ale też billboardy, ekrany led) umieszczone na płotach, przy ruchliwych ulicach, ale również na fasadach prywatnych posesji. W Polsce, w imię nieskrępowanej wolności ekonomicznej, doszło do tego, że mieszkańcy miast są agresywnie informowani o ofercie danego przedsiębiorstwa. Bardzo często mieszkańcy posesji ulokowanych przy ruchliwych drogach udostępniają fragmenty elewacji w celach zarobkowych.
Tym samym od początku lat 90. w Polsce w sferze przestrzeni publicznej obowiązuje chaos oraz informacyjne i krajobrazowe śmietnisko. W sukurs walce z tą krajobrazową „wolną amerykanką” przyszła w ubiegłym roku tzw. ustawa krajobrazowa. Daje ona radzie konkretnej gminy możliwość ustanowienia zasad i warunków sytuowania obiektów komercyjnych należących do tzw. małej architektury oraz umożliwia wprowadzenie opłat reklamowych i systemu kar pieniężnych.
Bloki – element przestrzeni publicznej?
W Turku od wielu lat trwa proces wyprzedawania mieszkań komunalnych za niewielki procent ich rynkowej wartości (początkowo 10%, aktualnie 16%), co mocno pogorszyło stan zasobów mieszkaniowych miasta. Poprzednia ekipa rządząca miastem wyznawała filozofię, wedle której każdy powinien mieszkanie kupić lub wybudować. Dopiero od roku powoli odzyskuje się mieszkania komunalne oraz planuje budowę lokali socjalnych, m.in. w celu odzyskania zadłużonych zasobów komunalnych.
To właśnie za sprawą możliwości taniego wykupu mieszkania komunalnego bloki przy ul. P.O.W. w Turku stały się oddzielną, niezależną wspólnotą mieszkaniową, w której większość udziałów posiadają właściciele mieszkań. Oznacza to, że właściciele mieszkań danego bloku decydują o inwestycjach względem niego poczynionych, ale także je finansują. Głos należący do mniejszościowego udziałowcy – czyli gminy miejskiej – zawsze przychyla się woli większości. W związku z niżej opisanymi wydarzeniami z ostatnich tygodni pojawia się pytanie, czy bloki należące do wspólnoty mieszkaniowej można jeszcze zaliczyć do przestrzeni publicznej.
Wielka galeria w rękach mniejszości
Od 2011 r. co roku jeden ze szczytów bloków przy ul. P.O.W. był pokrywany malowidłem wielkoformatowym. Działo się to za sprawą inicjatywy Jacka Sulkowskiego, który tym samym realizował projekt powstania Galerii Malarstwa Wielkoformatowego w Turku. Do roku 2015 udało się zrealizować pięć murali ulokowanych przy ul. P.O.W. Na galerię składają się prace artystów znanych z dzieł wykonanych w całej Europie. Liczbą malowideł wielkoformatowych nasze miasteczko nie jest w stanie konkurować z oddaloną o 70 km Łodzią, jednak zamysłem Sulkowskiego było skondensowanie ich w jednym miejscu, tak, aby były widoczne z jednego punktu (stąd też wybór lokalizacji). Tym samym przestrzeń Turku pozyskała miejsce o wyjątkowym charakterze estetycznym i kulturowym.
Problem pojawił się w roku 2016 r., gdy postanowiono wykonać dodatkowe prace termomodernizacyjne na blokach posiadających wymalowane murale. Wtedy też bliżej nieokreślona liczba właścicieli mieszkań w blokach z muralami zadecydowała o tym, że wielkoformatowe malowidła nie zostaną odtworzone na docieplonych szczytach. Nie pomogły zapewnienia, że koszty odtworzenia dzieł nie zostaną poniesione przez wspólnoty. Inicjatorzy powstania murali dostali jednoznaczną pisemną odpowiedź negatywną, nie zawierającą argumentacji.
Kiedy wieści o tym dotarły do opinii publicznej, w lokalnej społeczności zawrzało. Mieszkańcy (nie tylko młodzi) na wieść o tym, że mogą utracić coś, co wyróżnia Turek oraz daje poczucie dumy z miasta, zareagowali żywiołowo, dając upust swoim emocjom w mediach społecznościowych. Dopiero nagłośnienie sprawy oraz reakcja władz doprowadziła do tego, że zarządzono głosowanie door-to-door, przeprowadzone przez pracowników zarządcy (spółka miejska) wspomnianych wspólnot mieszkaniowych. Okazało się wtedy, że ponad 60% mieszkańców bloków z muralami chce ich odtworzenia. Tym samym otworzono drogę do ponownego pokrycia malowidłami szczytów ocieplanych właśnie bloków.
Wspólne czy niczyje? Kto decyduje o przestrzeni publicznej?
Pomimo pozytywnego (z punktu widzenia całej społeczności miasta) zakończenia tego konfliktu, sytuacja pokazuje, że często o estetyce i funkcjonowaniu przestrzeni ważnej dla wszystkich mieszkańców miasta decyduje mniejszość, która jest właścicielem danego zasobu. I nie zawsze musi się ona kierować tymi samymi pobudkami, co większość społeczności związanej z danym miastem. Nawet jeżeli udziałowcy wspólnot mieszkaniowych nie ponoszą żadnych negatywnych skutków ekonomicznych swojej decyzji, zawsze w grę mogą wejść negatywne emocje, niedoinformowanie, a także zwykłe braki w edukacji lub brak poczucia wspólnoty z innymi członkami społeczności.
Nieznany jest powód odmowy wystosowanej do inicjatorów powstania murali, jednak nieoficjalnie mówi się, że pewnej liczbie osób niektóre z murali po prostu się nie podobają. Choć panuje przekonanie, że o gustach się nie dyskutuje, to można odnieść wrażenie, że sytuacja ta spowodowana była jeszcze jedną polską przypadłością. A mianowicie nikłym obyciem ze sztuką.
Opisany przykład pozornie nie przypomina klasycznej komercjalizacji przestrzeni publicznej, gdzie korporacja, instytucja finansowa lub firmy wypierają ludność miejską z postrzeganych jako atrakcyjne miejsc publicznych i ogólnodostępnych. Jednak jej przyczyna jest identyczna i leży w obciążeniu finansowym samorządu oraz zwyczajnym braku u poprzedniej ekipy rządzącej wizji przyszłości miasta. Poskutkowało to nadmiernym wyprzedaniem zasobów mieszkaniowych miasta Turek.
To jednak nie koniec. W najbliższej przyszłości może pojawić się kolejny problem związany z lobbingiem wąskiej grupy na rzecz zagospodarowania przestrzeni publicznej. Niebawem poznamy wyniki konkursu na opracowanie koncepcji urbanistyczno-architektonicznej rewitalizacji centralnych przestrzeni miasta. Prace zostaną wystawione do publicznej dyskusji i być może okaże się, że to, co projektanci uznają za ważne dla ogółu mieszkańców, nie będzie odpowiadało właścicielom zasobów mieszkaniowych leżących w tej części miasta, albo będzie nie po myśli właścicieli obiektów handlowych oraz związanych z nimi najemców.
Tutaj z pomocą może przyjść zapomniane w naszym kraju narzędzie: dialog społeczny. Najważniejsze jest jednak, aby jak najszersza rzesza turkowian zrozumiała, że przestrzeń publiczna jest przestrzenią wspólną, a nie komercyjną lub niczyją.