Kapitalizm – przeszkoda w rozwoju energii odnawialnej

Któż mógłby zapomnieć ten widok – głupią, pustą twarz George’a W. Busha wyglądającą z pokładu lotniskowca „Abraham Lincoln”, udekorowanego wielkim bannerem z napisem „Misja ukończona”?

Data tego wydarzenia to 1 maja 2003 r. – niewiele ponad miesiąc po tym, jak Stany Zjednoczone rozpoczęły inwazję na Irak, a Bush znajdował się tam, by zadeklarować zakończenie wielkich operacji wojennych. Jak się okazało, była to deklaracja nieco przedwczesna.

Dzisiaj ruch ochrony środowiska wydaje się znajdować na etapie, na którym może uroczyście odtrąbić „zakończenie misji”. Wraz ze spadkiem cen energii odnawialnej, np. masowo wdrażanych oddolnie paneli słonecznych, oraz z powstawaniem nowych „baterii przyszłości”, wielu członków tego ruchu bije w dzwon pogrzebowy, jeśli chodzi o popularność paliw kopalnych.

Dokładnie o tym mówi nowy artykuł stratega Australia Institute, Dana Cassa, „The sun rises: the democratisation of solar energy might change everything” („Słońce wschodzi: upowszechnienie energii pozyskiwanej ze słońca może zmienić wszystko”). Ceny energii słonecznej spadły na tyle, że obecnie jest ona tak tania, jak węgiel lub gaz – a nawet tańsza. Jeszcze całkiem niedawno, w 2007 r., Australia dysponowała łącznie 8000 systemów solarnych – pisze Cass. – Stan na 1 czerwca 2016 r. to 1 548 345.

Na całym świecie wygląda to podobnie. Według raportu sporządzonego przez Frankfurcką Szkołę Finansów i Zarządzania, w 2015 r. po raz pierwszy w historii energia odnawialna stanowiła większą część nowych instalacji do produkcji energii elektrycznej. W Stanach Zjednoczonych inwestycje w źródła odnawialne sytuowały się na poziomie 265,8 mld dolarów, co stanowiło ponad dwukrotność 130 mld dolarów zainwestowanych w generowanie jej za pomocą paliw kopalnych.

Cass twierdzi, że źródła odnawialne wygrały wojnę energetyczną. Co kluczowe, jak pisze, nie stało się tak z powodu interwencji państwa, lecz dzięki działaniu „naszego codziennego kapitalizmu”: Konsumenci przestawiają się w pośpiechu na nową technologię, która pozwala im oszczędzać pieniądze. Kapitał obiera kurs na kolejną wielką inwestycję. Konserwatywni krytycy czystej energii jeszcze nie bardzo to przyznają, ale wzrost znaczenia energii słonecznej oraz zapaść energii starszego typu to swego rodzaju twórcza destrukcja. Dla systemów wielkiej energii to moment Kodaka [„Kodak moment” – przywoływana często jako przykład braku nadążenia za rozwojem technologii z własnego pola sytuacja, gdy firma Kodak nie dostrzegła z wyprzedzeniem nadchodzącej ery cyfryzacji fotografii, stając się z lidera ostatnią w wyścigu – przyp. tłum.].

Zgodnie z tą logiką nie powinniśmy się szczególnie przejmować dalszym losem kampanii związanych z ochroną środowiska, ponieważ ich kontynuowanie nie będzie trudne. Wedle tej wykładni Naomi Klein myliła się – nie chodzi o, jak pisała, „kapitalizm versus klimat”, ale raczej o „kapitalizm dla klimatu”. Ujmując to w prostszy sposób – rozwój technologiczny oznacza, choć może nie jest to jeszcze wyraźnie widoczne, że koniec paliw kopalnych zbliża się wielkimi krokami.

Musi to uspokajać tych z nas, którzy obawiali się, że kapitalizm steruje światem ku globalnej katastrofie klimatycznej. Jednak, tak samo jak w przypadku aroganckiego imperialnego podstępu Busha, takie triumfowanie nie musi zakończyć się dobrze.

Odporne paliwa kopalne

Jeśli chodzi o środowisko, powinniśmy przyswoić sobie wszyscy myśl przewodnią włoskiego marksisty Antonia Gramsciego: „Pesymizm intelektu, optymizm woli”. Istnieją powody, dla których można mieć nadzieję na zmianę światowego systemu energetycznego z tradycyjnego na odnawialny. Jasne jest, że taka zmiana ma obecnie olbrzymią wartość nie tylko z moralnego i społecznego punktu widzenia, ale także posiada sens ekonomiczny.

Niestety – w chaotycznym, nieracjonalnym systemie kapitalistycznym „posiadanie sensu” niespecjalnie się liczy. I, wbrew uspokajającym argumentom Cassa i innych, istnieje wystarczająco dużo powodów, by uznać, że poleganie na „siłach rynkowych” w celu przeprowadzenia jakiejś zmiany, oznacza przepis na katastrofę.

Pomimo ostatniego pasma sukcesów, odnawialne źródła energii wciąż stanowią tylko ułamek światowej produkcji energetycznej. W 2015 r. energia elektryczna wygenerowana przez takie źródła (z wyjątkiem wodnej) złożyła się jedynie na 7 procent całej energii wytworzonej na świecie. Paliwa kopalne za to stanowiły 80 procent. Nawet jeśli poziom inwestycji w energie odnawialne będzie rósł w obecnym tempie, postęp nowego systemu energetycznego będzie i tak powolny. Biorąc pod uwagę piętrzące się dowody na szkody, jakie do tej pory przyniosło globalne ocieplenie, nie możemy sobie na to pozwolić.

Na horyzoncie widzimy też cały czas trwającą ofensywę wpływowych i silnych przemysłów wydobywczych. Wskazany przez Cassa „moment Kodaka” to urocza metafora, jednak porównywanie sytuacji, której obecnie stawia czoła rynek energetyczny, z sytuacją przemysłu fotograficznego nieradzącego sobie z cyfryzacją zdjęć, świadczy o niezrozumieniu, jak bardzo kluczową rolę pełni energetyka w globalnym systemie kapitalistycznym.

Środowisko a imperializm

Nie jest wcale tak, że tradycyjne systemy energetyczne mają w kieszeni polityków, których można by z łatwością przekabacić na swoją stronę, jeśli tylko w korporacyjnych dotacjach pojawi się dziura. W wielu krajach państwo kapitalistyczne jest zależne od paliw kopalnych – oczywiście jako od źródła dochodu, ale i, co istotniejsze, traktuje je ono jako środek do utrzymania swojej pozycji w konkurencyjnej globalnej walce o władzę militarną i ekonomiczną.

Na dłuższą metę dla krajów takich jak Australia i Stany Zjednoczone stanie się światowymi liderami w produkcji energii odnawialnej może mieć sens – może dać im autentyczną „niezależność energetyczną” i pomóc stworzyć nowe, potencjalnie lukratywne, przemysły eksportowe. Ale kapitaliści nie biorą pod uwagę tego, co ma sens na dłuższą metę. Jedyne, co się dla nich liczy, są codzienne zyski.

Maksymalizacja zysku oznacza wyciskanie ile można ze źródeł, które się posiada. Oznacza to i zasoby naturalne, i ludzi, a także infrastrukturę produkcyjną, za pomocą której praca rąk ludzkich jest zamieniana w towary sprzedawane na światowych rynkach. Oznacza to także wyciskanie mocniej, niż czynią to nasi rywale.

W przypadku Australii i Stanów Zjednoczonych paliwa kopalne są kluczowe dla ich infrastruktury produkcyjnej, na jakiej opierają się bogactwo i władza poszczególnych grup kapitalistów. W perspektywie historycznej „tanie i łatwe w obsłudze” zasoby, takie jak węgiel, gaz i ropa, generowały zyski dla całej gospodarki. Trudno machnąć na nie teraz ręką, zwłaszcza w świetle pojawienia się nowych globalnych rywali, np. Chin.

Ostatnie zarządzenie Donalda Trumpa, w którym podkreśla on wagę „niezależności energetycznej”, odwraca kurs restrykcji związanych z państwowymi zasobami paliw kopalnych, jakich żądał Obama. Powszechnie określa się je mianem bezpośredniego prezentu dla amerykańskich firm wydobywczych i energetycznych. Jest w tym ziarno prawdy, ale nie daje to pełnego obrazu.

Tchnięcie nowego życia w amerykańską produkcję paliw kopalnych to część szerszego projektu Trumpa, zasadzającego się na postawieniu USA „na pierwszym miejscu” oraz na próbie zażegnania niebezpieczeństwa, którym grozi rozkwit Chin. Obecny prezydent Stanów Zjednoczonych umieścił całą kwestię zmian klimatycznych w kontekście rywalizacji chińsko-amerykańskiej. W 2012 r. na przykład napisał na Twitterze: Koncepcja globalnego ocieplenia została wymyślona przez Chińczyków i na ich korzyść, a jej powstanie miało na celu zmniejszenie konkurencyjności wytwórstwa amerykańskiego.

To oczywiście komiczne stwierdzenie. Ale pokazuje też, jak część amerykańskich przedstawicieli kapitału, uosabiana przez Trumpa, postrzega takie kwestie: nie tylko jako podstawę bytu firm wydobywczych w sektorze paliw kopalnych, ale także jako sprawę, która ma konsekwencje dla gospodarki jako całości, a także, szerzej, dla czołowego miejsca, jakie Ameryka zajmuje w globalnym porządku dziobania.

Trump nie jest pierwszym prezydentem Stanów Zjednoczonych, który pragnąłby wzmocnić globalną konkurencyjność kraju za pomocą eksploatowania niewykorzystanych rezerw paliw kopalnych. Obama mógł się prezentować jako oświecony zwolennik zrównoważonego rozwoju, jednak stał na czele bezprecedensowego amerykańskiego boomu na rynku produkcji gazu i ropy – i to napędzanego głównie przez niszczącą środowisko technikę szczelinowania przy wydobyciu gazu łupkowego.

Kolejna przeszkoda na horyzoncie

Poleganie na siłach rynkowych, które miałyby wdrażać „rewolucję nowych źródeł energii”, niesie ze sobą także inne problemy. Jeden z nich uwypuklono w niedawnym numerze „The Economist” w artykule pod kuszącym tytułem: „Brudny sekret czystej energii”. Nie był to jednak, jak można by przypuszczać, rodzaj „clickbaita” przeznaczonego dla organów wykonawczych firm wydobywczych czy dla australijskich polityków, szukających „brudnych” wieści o tym, jak to farmy wiatrowe czy panele słoneczne są niekorzystne dla środowiska. Jako że „The Economist” jest rzecznikiem poglądów liberalnego skrzydła amerykańskiej i brytyjskiej burżuazji, gotów jest przyznać, iż dekarbonizacja gospodarki światowej ma swoje zalety. „Brudnym” sekretem z artykułu okazuje się fakt, że źródła odnawialne są zbyt tanie. Magazyn pisze: Wiara w to, że świat wkracza w nową erę czystej, taniej i nieograniczonej energii, przestaje już być naciągana. Jest jednak pewien szkopuł o wartości 20 kwintylionów dolarów:

Aby trafić z naszej rzeczywistości do nowej, potrzeba ogromnej liczby inwestycji trwających kilka dziesięcioleci. Inwestorzy zazwyczaj lokowali swoje środki w elektryczności, ponieważ oferowała ona stabilną stopę zwrotu. Jednak zielona energia ma swój brudny sekret – im bardziej się ją rozwija, tym niższa staje się cena energii pochodzącej z każdego źródła.

Innymi słowy, problem polega na tym, że rozwój rynku energii odnawialnej sprawia, że wielkie firmy nie zgarniają już zysku, do jakiego były przyzwyczajone. „The Economist” twierdzi, że spowoduje to spowolnienie inwestycji, a zmiana sposobu pozyskiwania energii na zrównoważony stanie się niemożliwa bez interwencji rządu: Teoretycznie, jeśli odnawialne źródła energii miałyby stanowić 100 procent rynku, hurtowa cena elektryczności spadłaby do zera, co odstraszyłoby wszystkie nowe inwestycje niewspierane przez rząd.

W jednym punkcie Cass ma rację. Jeśli wygodnie się rozsiądziemy i pozwolimy rynkowi pędzić przed siebie, wzrost sektora energii odnawialnej może popchnąć nas ku „twórczej destrukcji”. Jednak, choć autor sugeruje coś wręcz przeciwnego, nie jest to sytuacja, z której powinniśmy być zadowoleni.

Sektor wielkiej energii i tak nie pozwoli na zmniejszenie własnych zysków. Będzie walczył zaciekle przeciwko rozwojowi sektora energii odnawialnej – do tego stopnia, że jeśli to dążenie okaże się jego porażką, a zyski ucierpią, firmy zaczną odbijać sobie niedobory, próbując wycisnąć jeszcze więcej ze swojej ledwo dyszącej infrastruktury, i podniosą nam ceny. W swoim entuzjazmie ogłaszania „końca misji” Cass nie poświęcił wiele uwagi tej części równania.

Rozwój energii odnawialnej jest powodem do żywienia nadziei na przyszłość. Ale triumfalizm Cassa i innych, ich poczucie, że można po prostu usiąść i pozwolić rynkowi działać, to recepta na katastrofę.

Musimy teraz walczyć bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Musimy rzucić wyzwanie trwającej dominacji przemysłu wydobywczego w światowej gospodarce. Powinniśmy też upomnieć się o taki system pozyskiwania energii, który skoncentruje się na potrzebach ludzkich, a nie na prywatnych zyskach – system, który spożytkuje najnowsze odkrycia technologiczne związane ze źródłami odnawialnymi w taki sposób, by zapewnić każdemu tanią i bezpieczną energię.

Powyższy tekst, niepodpisany, ukazał się w kwietniu 2017 r. na stronie redflag.org.au.

Tłumaczenie Magdalena Okraska

Cenzurka dla władzy

Koniec okresu wysokiego poparcia dla obozu rządzącego jest pożywką dla rodzimego komentariatu. Pojawia się duża liczba spostrzeżeń i analiz próbujących wyjaśnić bądź też „opowiedzieć” przyczyny zmiany preferencji sondażowych. Dobrym i logicznym uzasadnieniom towarzyszą niewiarygodne. Trudno się do końca połapać, czy błahe przyczyny skutkują istotnymi zdarzeniami, czy to istotne przyczyny niosą błahe skutki.

Ten moment stanowi dla mnie pretekst do pierwszego podsumowania dotychczasowych rządów Zjednoczonej Prawicy. Niby to jeszcze nie czas równej rocznicy, w jakie zwykło się wystawiać oceny rządzącym, ale przecież ostatnie półrocze każdej kadencji jest już w zasadzie okresem kampanii wyborczej. Wedle chronologii przywracanego właśnie czteroletniego liceum rządy prawicy kończyć będą za chwilę swoją drugą klasę. Jakie stopnie powinny widnieć na świadectwie władzy?

Polityka społeczna: 5

Ocena jest wysoka, mimo świadomości zarówno niedoskonałości programu 500+, jak i faktu, że obszar polityki społecznej nie kończy się (a przynajmniej nie powinien) na jednym programie. Ta ocena pojawia się na świadectwie jako wyraz uznania za to, że przez ostatni rok dokonał się największy i najdonioślejszy zwrot prospołeczny w III RP. Ani efekty „becikowego”, ani obniżki podatku PIT (minimalne dla niezamożnych) nie mogą się równać z tą skalą transferu środków, jaka jest efektem programu 500+. Dodatkowe 20 miliardów złotych pojawiające się co roku w kieszeniach osób zazwyczaj niezamożnych – jest działaniem bezprecedensowym.

Można się oczywiście zżymać, że motywacją prawicy nie była chęć stworzenia lepszego porządku społecznego, lecz raczej chęć zdobycia władzy za pomocą obietnicy socjalnej oraz chęć dokonania rewanżu na przeciwnikach politycznych. Chińska mądrość ludowa mówi nam jednak, że nie jest ważne, czy kot jest czarny, czy biały – ważne, żeby łapał myszy. Częstokroć istotne i potrzebne rzeczy dzieją się obok motywacji głównych sprawców. W Stanach Zjednoczonych Monica Lewinsky była głównym, choć przypadkowym powodem niezlikwidowania przez prezydenta Billa Clintona jednego z najważniejszych świadczeń społecznych (Social Security). Być może to jej zatem zawdzięczamy to, że prezydentem USA jest dzisiaj „tylko” śmieszno-straszny Donald Trump, nie zaś prawdziwy proto-faszystowski demagog, jaki bez trudu mógłby wyrosnąć na gruncie społecznego spustoszenia. Tym bardziej nie powinniśmy mieć problemu z akceptacją pozytywnej zmiany społecznej w Polsce jako rezultatu wyborczego kontraktu.

Dlaczego do tego transferu nie doszło wcześniej? Część powodów była technokratyczno-obiektywna. Rok 2008 uderzył w rządzących podwójną kombinacją globalnego kryzysu finansowo-gospodarczego oraz niższych wpływów podatkowych (i składki rentowej), wywołanych obniżką PIT-u. Formalnym ograniczeniom wydatkowym związanym z narzuconą przez Komisję Europejską procedurą nadmiernego deficytu towarzyszyła nieformalna, lecz równie realna groźba rozgniewania globalnych rynków finansowych „lekkomyślnym rozdawnictwem”.

Jednocześnie jednak już nawet te ograniczenia „obiektywne” kształtowane były również przez samoograniczenia mentalne polskiego konsensusu obecnego w debacie publicznej. Jedno takie ograniczenie: brak możliwości stworzenia trzeciej stawki podatkowej, znacząco zawęziło pole do umożliwienia transferów socjalnych. Ograniczenia mentalne polskiej warstwy opiniotwórczej (tej samej, dla której wprowadzenie programu 500+ było „niemożliwe”) są bardzo podobne do tych, na które cierpi w krajach Zachodu ich „klasa profesjonalna”, a które tam doprowadziły do wezbrania fali populizmu (Trump, Brexit, Le Pen, AfD, Hoffer itd.), grożącej rozniesieniem porządku, jaki znamy i zastąpieniem go czymś gorszym. Zbyt łatwo zapomina się o ekonomii politycznej determinującej sposób podziału majątku. Ekspertki i eksperci klasy profesjonalnej w naturalny sposób odnoszą się do swoich (pozytywnych) społecznych i materialnych doświadczeń. Odmienne, często trudniejsze doświadczenia części społeczeństwa, nie mają możliwości wpłynięcia na los tych grup z powodu braku reprezentacji w mediach, w think tankach, instytucjach i urzędach. Tymczasem realna możliwość dokonania głębszych zmian istniała cały czas, a stosowany w III RP sposób podziału dochodu narodowego był tylko jedną z wielu możliwości praktykowanych w krajach kapitalistycznych.

Raz uruchomiony, mechanizm redystrybucyjny wpłynie na realną dynamikę społeczną, już zmieniając sytuację ekonomiczną części społeczeństwa. Chociaż efektów 500+ nie należy przeceniać, to ograniczenie palących problemów społecznych – spadający poziom ubóstwa i wykluczenia, w szczególności biedniejszych i w szczególności dzieci – jest faktem doniosłym nie tylko poprzez swą skalę, ale również przez wymiar etyczny. Walka z negatywnymi zjawiskami, takimi jak ubóstwo dzieci, nawet gdyby występowały one względnie marginalnie (a tak niestety nie jest), jest ważnym testem i sprawdzianem dla zbiorowości. Nawet sarkający na 500+ i niedostrzegający jego znaczenia są beneficjentami tej dobrej zmiany: mogą żyć we wspólnocie w lepszy sposób realizującej cywilizacyjną misję tworzenia „coraz bardziej ludzkiego” świata.

Inne, bardziej potoczne poczucie sprawiedliwości również jest „wygranym” programu 500+. Zwiastuje on bowiem koniec podejścia „brać i nie kwitować”, charakteryzującego kolejne technokratyczne agendy reformatorów. Społeczeństwo i gospodarka podlegają oczywiście określonym ekonomicznym koniecznościom i, na przykład, bezbolesna transformacja gospodarcza nie była możliwa. Nie można jednak po tej konstatacji przez ćwierć wieku przechodzić do porządku dziennego nad tym, że kolejne technokratyczne wyrzeczenia wymagane są od tych, którzy już i tak radzą sobie gorzej. Symbolicznym przykładem może być przywoływana przez pewnego komentatora telewizyjna dyskusja na temat systemu emerytalnego, w której dziennikarka i profesor mówią o tym, jak to oboje lubią swoją pracę i chcą pracować do siedemdziesiątki. Deficyty poznawcze nie pozwalały opiniotwórczym elitom zrozumieć przyczyn oporu dużej części społeczeństwa wobec reform, w dodatku niewielu się na ten wysiłek zrozumienia poważyło.

Oczywiście program 500+ jest krytykowany za potencjalnie negatywne kształtowanie postaw, czyli zachęcanie do bezczynności i przyzwyczajenie do „rozdawnictwa”. Nie słychać jednak żadnego przekonującego argumentu, dla którego sposób podziału dochodu narodowego sprzed dobrej zmiany miałby być bardziej naturalny, sprawiedliwy i niekorumpujący ludzkich zachowań niż ten nowy.

Teoretyczne „eksperckie” rozważania na temat słuszności programu redystrybucji wypadają miałko przy sile praktyki tego programu, pozwalającej uniknąć tych katastrofalnych skutków, które krótkowzroczność i nieskuteczność klasy profesjonalnej przynosi wraz z falą populizmu. Beneficjenci tej zmiany to nie rządzący, lecz wszyscy ceniący spokój społeczny. Zarówno ci, którzy uważają rosnące nierówności, atomizację, stratyfikację i brak dystrybucji szacunku społecznego za zjawiska złe, jak i ci, którzy sądzą, że jedynym problemem są barbarzyńcy zakłócający ich dotychczasowe dobre życie.

Polityka gospodarcza: 4-

Taka ocena wydaje się być wysoka jak na dotychczasowe, ale również i przyszłe efekty (nie powinniśmy się spodziewać zbyt pozytywnych skutków). Na tle poprzednich rządów wyniki gospodarcze są umiarkowane, zaś na tle zapowiedzi i rozbudzonych ambicji – skromne. Prawdopodobnie wpadki, które będą czekać rząd, groziły będą skompromitowaniem idei wspierania wzrostu gospodarczego przez państwo (pisałem o tym już tutaj).

Jednakże, jak już wskazywałem wcześniej na tych łamach, pomimo śmierci pacjenta, operacja może okazać się udana. Niepowodzenie flagowych projektów resortu rozwoju będzie trudne do uniknięcia, ale w trakcie tych prób może się wytworzyć unikalne know-how, potrzebne, by Polska stała się zaawansowaną gospodarką. Wyzwanie inteligentnej koordynacji podmiotów prywatnych i publicznych, firm i instytucji, pomoże wytworzyć wzorce skutecznej współpracy i adaptacji do zmieniających się warunków rynkowych. Ambitne, czasami wręcz nierealistycznie postawione cele mogą stać się siłą organizującą modernizację polskich organizacji państwowych i prywatnych, ich dojrzałe zachowania, sięganie po najlepsze wzorce.

Jednocześnie zauważalny jest szereg zagrożeń, które powodują, że ocena 4- na końcowym, maturalnym świadectwie rządów prawicy w 2019 r. stoi pod dużym znakiem zapytania. Wizjonerskim zapowiedziom często nie towarzyszy potrzebna praca organiczna, czego dobrym przykładem mogą być działania w sferze energetyki, gdzie poza flagowymi projektami brakuje konsekwentnej pracy nad modernizacją sektora oraz wytyczenia ścieżki do osiągnięcia celów gospodarki niskoemisyjnej.

Nierówna, często niewysoka jakość kadr „dobrej zmiany” może przyczynić się do utraty czasu i zasobów w państwowych spółkach, a w konsekwencji do utraty przez demos wiary w możliwość stymulowania przez państwo dobrej polityki gospodarczej. Dodatkowo gospodarka cierpi i będzie cierpieć przez działania „dobrej zmiany” na innych polach. Niestabilność instytucji (w tym orzecznictwa, regulacji dotyczących dysponowania własnością) może osłabić koniunkturę, nie pozwalając gospodarce rozwinąć pełnej prędkości.

Instytucje i sprawy publiczne: 2

Przez ostatnie półtora roku słyszeliśmy wiele opinii o świetnym ładzie prawnym panującym w III RP aż do nastania „złej zmiany”. Absolutystyczne stwierdzenia autorytetów co do demokratycznych i ustrojowych zasad upraszczają ważny, wręcz dramatyczny wymiar dylematu stojącego przed polską zbiorowością: naprawiać instytucje czy budować od nowa? Można zmieniać istniejące instytucje, czasami również w sposób radykalny. Wiele z nich jest bardzo kiepskich, nie zasługujących na obronę, a w opinii społeczeństwa (ale także ekspertów) często uchodzą one za siedlisko złych praktyk. W niektórych sytuacjach „szarpnięcie cuglami” może się w wydawać wręcz zbawienne jako metoda kruszenia zblatowanych, zinstytucjonalizowanych układów (przykładem takiego zblatowania mogą być poszczególne przypadki warszawskich reprywatyzacji). Radykalne zmiany PiS, jak np. w przypadku sądów przekreślające trójpodział władzy, często nie oferują jednak dobrej alternatywy i nie budują mechanizmów ulepszania wzorców i standardów, zastępując jedynie jedną lojalność grupową inną lojalnością, bynajmniej nie lojalnością wobec zasad.

Środowiska dotknięte myśleniem korporacyjnym (np. adwokatura, akademia), które nie wytworzyły wystarczająco dobrych wzorców sprawnego i społecznie pożytecznego działania, powinny być przede wszystkim zdiagnozowane pod kątem istnienia wewnętrznych mechanizmów samousprawniania. Te zaś mechanizmy – często słabe lub wewnętrznie przez korporację tępione – powinny zostać przez władzę wykonawczą wsparte miękkimi działaniami z zewnątrz. Radykalna interwencja w dane instytucje, przy braku utraty możliwości wsparcia mechanizmów samousprawniających, staje się próbą zabicia muchy młotkiem.

Szkody wyrządzane instytucjom są częścią szerszego nurtu psucia spraw publicznych, w którym obóz rządowy, choć odgrywa główną rolę, nie jest osamotniony. Nadanie konfliktowi środowiskowemu wymiaru wojny dobra ze złem nie podwyższa, lecz obniża poprzeczkę wobec standardów promowanej kultury umysłowej. „Swoim” wolno więcej i więcej im się wybacza. Tożsamościowe kibolstwo doskonale zlewa się z aspektem psucia instytucji w przypadku telewizji publicznej. Jej przekazy informacyjno-publicystyczne są rzadko widzianym w świecie rozwiniętym okazem tępej propagandy i świadectwem nieprawdopodobnego zaniku jakiejkolwiek autorefleksji autorów. Ich płytki przekaz jest wyrazem braku szacunku dziennikarzy i wydawców do widzów i do samych siebie. Wytworzony syntetycznie w politycznych gabinetach w 2006 r. spór stał się wielkim tożsamościowym biznesem, pochłaniającym kolejne połacie państwa jako scenografie do swojej walecznej ekspansji. Pochłania również wielkie zasoby i organizuje część życia zbiorowego, wypaczając jego wzorce i mechanizmy. Jak pisał Józef Szujski: Dobre systemy z figurantów robią ludzi, a złe z ludzi robią figurantów.

Niestety, ocena jest niska, a rokowania na ocenę końcową równie złe.

Sprawy zagraniczne: 1

Ostatni rok był czasem wielkiego przegrupowania w światowej polityce. Sojusz euroatlantycki staje pod znakiem zapytania, podobnie jak rola świata zachodniego w ogóle. Stany Zjednoczone, ze względu na osobę nowego prezydenta, stają się globalnym czynnikiem nieprzewidywalności i ryzyka. Wielka Brytania zdecydowała o rozpoczęciu procesu wyjścia z Unii Europejskiej. Sama Unia przeżywa wzrost ruchów nacjonalistycznych w poszczególnych państwach członkowskich. Broniąc się przed opcją nuklearną powrotu do Europy egoizmów, kraje „starej” UE zwierają szeregi, tworząc wspólne i bardziej zintegrowane jądro polityczne, zmobilizowane do utrzymania zasad wspólnoty interesów i wzajemnej pomocy, ale już w węższym gronie (do którego Polska się nie zgłasza).

Przez ten czas polska dyplomacja starała się raźno ciąć gałąź, na której siedzimy, przy każdej okazji opowiadając się werbalnie za Europą egoizmów, za powrotem do panowania na naszym kontynencie prawa dżungli, które niechybnie doprowadzić musi do kolejnego polskiego dramatu. W przypadku Donalda Trumpa, francuskich nacjonalistów, brytyjskich krytyków UE, niemieckich przeciwników kanclerz Merkel, polskie czynniki rządowe znajdywały ciepłe słowa, przyłączając się do krytyki i forsując niejasną wizję reform opartych na woluntarystycznej partycypacji w politykach UE i implikującej jako reakcję tworzenie „dwóch prędkości” przez kraje „starej Unii”.

Można nie mieć wiele sympatii do europejskiego establishmentu (którego dzisiejsze kłopoty są w dużej mierze zasłużone), lecz traktowanie przez ministra Waszczykowskiego polityki zagranicznej jako sposobności do dowolnej wypowiedzi publicystycznej dla własnej emocjonalnej satysfakcji jest dyskwalifikujące. Możliwości manewru polskiej polityki zagranicznej znacząco się zawężają i bez „pomocy” rządu, i być może okres pozytywnej koniunktury geopolitycznej Polski, gdy jeszcze istnieją jakiekolwiek dobre wyjścia, powoli zmierza ku końcowi. Powinniśmy jednak próbować otwierać choćby nie najbardziej obiecujące furtki, aby jak najdłużej obyć się bez nieodwracalnych strat dla swojego położenia. W tym względzie polityka rządu była katastrofalna i nie zasługuje na jakąkolwiek ocenę wyższą niż niedopuszczająca.

Widoczne są pewne symptomy poprawy, aby ocena końcowa za dwa lata była wyższa, jednak konieczna będzie zmiana nie tylko na pozycji ministra. Ze średniej ważonej wszystkich ocen wynikałaby słaba trójka, jednak najsłabsze ogniwo to 1 za politykę zagraniczną za osłabienie podstaw wspólnoty, za co nie należy się promocja. Cieszy, że na tym punkcie wyczuleni są również Polacy i wypchnięcie kraju poza obręb UE jest dla nich nieakceptowane. Odbywająca się obecnie  społeczna korekta i karcenie władzy w sondażach będzie, miejmy nadzieję, koniecznym otrzeźwieniem.

Krzysztof Mroczkowski

Gordyjski węzeł składek ZUS

Analizujący sposoby uszczelnienia systemu składek ZUS tekst Piotra Wójcika jest świetnym przykładem niezrozumienia funkcji i działania składek w społeczeństwie. Z pozoru stanowią one niezbędny element finansowania tak potrzebnego systemu ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych. W istocie są elementem wyzysku klas pracowniczych poprzez skandalicznie wysokie opodatkowanie pracy. Najlepszym rozwiązaniem byłaby zatem redukcja finansowania ubezpieczeń społecznych za pośrednictwem składek, na rzecz zwiększenia finansowania budżetowego, czyli z wszystkich innych podatków, zwłaszcza gdyby były one progresywne.

Autor postuluje załatanie rozmaitych dziur w systemie składek, przede wszystkim zniesienia ryczałtu dla samozatrudnionych i zlikwidowanie górnego limitu tzw. trzydziestokrotności, czego akurat rządzący nie chcą zrobić ze względu na obawę wypłat zbyt dużych emerytur. Problem w tym, że to niewiele zmieni. Składki ZUS w dalszym ciągu nadmiernie obciążałaby pensje pracowników i robiłyby to w sposób degresywny, choć już mniej. W dalszym ciągu byłyby elementem degresywnego systemu podatkowego opartego o podatki liniowe i ryczałtowe.

System składek ZUS jest najbardziej degresywnym podatkiem w Polsce, stanowiącym największy składnik obciążeń podatkowych, o czym pisałem szerzej już wcześniej. Jednak, co najważniejsze – nie da się składek ZUS uczynić podatkiem progresywnym. Rozsądne w takiej sytuacji jest jej ograniczenie, a wręcz likwidacja. Neoliberalizm jest systemem wyzysku. Składki ZUS stały się w Polsce jednym z kluczowych narzędzi tego wyzysku. Efektem są rosnące nierówności społeczne, które już stały się bezpośrednim zagrożeniem dla demokracji, bowiem degresywny system podatkowy jest największym wrogiem demokracji.

Szczególną uwagę należy zwrócić na propozycję oskładkowania umów o dzieło. Pomijając problem potencjalnej niekonstytucyjności takiego rozwiązania, należy się zastanowić nad jego celem. Głównym argumentem jest tu zrównanie obciążenia podatkami różnych typów umów, co spowodować ma ograniczenie stosowania umów cywilnych na rzecz umów o pracę. Tylko że ten sam efekt można uzyskać zmniejszając składki ZUS, czyli obciążenia podatkowe umów o pracę. W tym przypadku lepiej jest wyrównać obciążenia fiskalne w dół, redukując niezwykle skomplikowany i degresywny system składkowy. Innymi słowy, to nie umowy o dzieło są zbyt nisko opodatkowane – to umowy o pracę są opodatkowane zbyt wysoko, przede wszystkim za sprawą degresywnych składek ZUS.

Podstawowe pytanie brzmi: dlaczego powszechne emerytury, renty, opieka zdrowotna i inne ubezpieczenia społeczne są finansowane z osobnego systemu składek, a nie z ogólnego budżetu? Dlaczego nie mogą być finansowane w taki sposób, jak szkolnictwo, obronność, policja, albo tak jak emerytury, renty, opieka zdrowotna i inne ubezpieczenia społeczne elity naszego kraju, czyli prezydentów, posłów, sędziów i prokuratorów, policjantów, wojskowych, strażaków i innych służb mundurowych? Oni nie płacą składek, więc dlaczego muszą to robić wszyscy inni?

Ostatnie pytanie należałoby odwrócić: dlaczego wojskowi nie płacą składek od swoich zarobków? Odpowiedź jest prosta: dzięki temu otrzymują „na rękę” wyższe pensje. W ich przypadku dochód netto i przychód brutto niewiele się różnią. Przeciętny polski pracownik doświadcza tej różnicy znacznie bardziej, ale tak naprawdę nie wie, ile wynosi jego właściwa pensja przed oskładkowaniem. Wie tylko, ile składek sam odprowadza, ale nie wie, ile odprowadza za niego pracodawca. Ukrywaniu rzeczywistych kosztów ponoszonych przez zatrudniającego służy głównie podział składek na część płaconą przez pracownika i część płaconą przez pracodawcę. Suma pensji netto, składek pracownika i składek pracodawcy jest wyższa niż przychód wykazywany w deklaracjach podatkowych pracownika, a stanowiących podstawę obliczania składek i podatku PIT. Innymi słowy, rzeczywista płaca każdego polskiego pracownika jest wyższa, niż to wynika z oficjalnych danych i jednocześnie wyższe jest jej opodatkowanie.

Jak cynicznie przedstawiono tę sytuację w materiałach projektu edukacyjnego „Lekcje z ZUS” dla szkół: System ten, zwany systemem zdefiniowanej składki, odporny jest na presję poszczególnych grup pracowników. Innymi słowy, obecny system składek ZUS stworzono, by paraliżował protest społeczny i pacyfikował polityczną inicjatywę jego zmian. W tej sytuacji nic dziwnego, że jedyną grupą, która podnosi problem zbyt wysokich obciążeń płac pracowniczych, są pracodawcy, w większości liberałowie ekonomiczni. Taki stan rzeczy doprowadził niektórych, m.in. Mikołaja Iwańskiego, do całkowicie mylnego poglądu, że likwidacja składek na rzecz finansowania budżetowego systemu ubezpieczeń stanowi projekt neoliberalny.

Związani ze środowiskiem pracodawców liberałowie chcą zastąpić zarówno składki ZUS, jak i podatek PIT jednym liniowym podatkiem od funduszu płac danego podmiotu ekonomicznego. Trochę dziwna wydaje się idea takiego kolektywnego podatku w ustach liberałów ekonomicznych. Z lewicowego punktu widzenia byłby on nawet interesujący, gdyby był to podatek progresywny, bo zmuszałoby to większe przedsiębiorstwa do płacenia wyższych podatków. Jednak ukrywa on przez swą kolektywność indywidualny wymiar dochodów, a przecież w podatku dochodowym chodzi o aplikację progresji obciążeń do indywidualnych osiągnięć ekonomicznych. Liberałowie chcą obniżyć wydatki państwa przez wprowadzenie podatków liniowych (tak jakby w Polsce były jakieś inne, oprócz jednego degresywnego). Intencją projektu lewicowego powinno być zastąpienie systemu składek ZUS przez system podatków progresywnych, głównie majątkowych – zgodnie z zasadą, że w kapitalizmie opodatkowany powinien być głównie kapitał, a nie praca.

Wybitny badacz systemów ubezpieczeń prof. Nicholas Barr wypowiada się jednoznacznie: ubezpieczenia społeczne powinny być finansowane przede wszystkim z systemu budżetowego, czyli z podatków, a nie ze składek. Wspólnie z noblistą prof. Peterem Diamondem wykazali, że system składkowy może być wprowadzony jako dodatkowy, dobrowolny system ubezpieczeń w krajach rozwiniętych o dużych nadwyżkach inwestycyjnych.

Kwestia finansowania z obowiązkowych składek prywatnych funduszy emerytalnych jest według nich właściwie poza dyskusją, ponieważ przyczynia się do wzrostu deficytu i obciąża nadmiernie płace pracowników. Wbrew neoliberalnej propagandzie, prywatne fundusze są droższe niż państwowe, a to ze względu na konflikt interesów i dążenie do maksymalizacji zysku przez korporacje poprzez wykorzystywanie bardzo dużej asymetrii informacji, dającej im ogromną przewagę nad klientami. Prof. Leokadia Oręziak wprost określa OFE jako neokolonializm w białych rękawiczkach, odbywający się poprzez transfer publicznych pieniędzy na konta korporacji, zamianę długu ukrytego na jawny, ale wysoko oprocentowany – z pożyczek, które państwo musi brać, by załatać dziurę budżetową spowodowaną transferami. A jak pokazuje przykład Chile, emeryci w efekcie otrzymali głodowe emerytury.

Najwyższy czas już stwierdzić, że stworzony w 1999 roku składkowy system finansowania ubezpieczeń społecznych jest nieefektywny i nieracjonalny. Zamiast go reformować, czas przeciąć gordyjski węzeł składek ZUS poprzez likwidację obowiązkowego systemu składkowego i powrót do systemu gwarantowanych świadczeń.

Paweł Stefan Załęski

Mit pracowitości

Pracowitość to słowo-wytrych, idealne do tresury każdego, kto ośmiela się podważać istniejący porządek społeczny. Ma uzasadniać istnienie hierarchii społecznej, różnic w posiadaniu czy nierównych wpływów politycznych. Ma wytrącać argumenty z rąk tym będącym na dole, którzy odważyli się powiedzieć tym na górze, że to niesprawiedliwe. Otóż ci na górze najpierw na to zapracowali, czyli wykazali się odpowiednią dozą pracowitości. Ci na dole albo mają to dopiero przed sobą – czyli muszą zakasać rękawy i wziąć się do roboty – albo nie wykazali się należytym samozaparciem i niestety nie będzie im dane wdrapać się na szczyt. Są po prostu zbyt mało pracowici. Pracowitość ma uzasadniać, dlaczego ktoś absurdalnie dużo zarabia, a brak pracowitości uzasadnia, dlaczego ktoś zarabia koszmarnie mało. Jest też słowem-kluczem, które tłumaczy, dlaczego ktoś nie ma „pleców” w społeczeństwie (nie „wychodził” sobie) albo odpowiedniego wykształcenia (nie chciało mu się uczyć). Niewiele zarabiasz, zatem widocznie za mało pracujesz, ewentualnie nieodpowiednio się starasz w pracy i za mało z siebie dajesz.

Absolutyzm rynkowy

W czasach urynkowienia niemal wszystkiego, jesteś tym, ile zarabiasz, choć różne Mateusze Grzesiaki próbują nam wmówić, że jesteś tym, co robisz, albo tym, jakie są twoje myśli. Robisz to, na co cię stać, a myślisz bardzo często o potrzebach, które są niezaspokojone. Czyli finalnie i tak jesteś taki, na bycie jakim pozwala twoja pensja. To od niej zależy, czy będziesz dyskutował w towarzystwie o najnowszym serialu z płatnej platformy streamingowej, czy będziesz miał do powiedzenia co najwyżej, co się działo w ostatnim odcinku badziewiastego tasiemca puszczanego łaskawie w otwartym paśmie. Czy będziesz jechał na kilkudniowy modny festiwal muzyczny, czy zadowolisz się festynem z okazji 150-lecia nadania praw miejskich twojej mieścinie. Czy będziesz się odżywiał zgodnie z twoją filozofią życiową, opartą na harmonii z przyrodą, czy zgodnie ze stanem twojego portfela, próbując żyć w harmonii z tymi groszami, które co miesiąc przelewają ci na konto. Twoje zarobki określają, w jakim towarzystwie się obracasz, w jaki sposób spędzasz czas oraz czy żyjesz zgodnie z przekonaniami. Że niby te kwestie nie przesądzają o twojej osobowości? A co niby ją określa, jeśli nie sposoby spędzania czasu, praktykowana filozofia życiowa, przyjaciele czy gust? Jakieś trzymane w głowie metafizyczne koncepcje? Wolne żarty.

Zresztą również fundamentalne sprawy zależą od twoich zarobków. To, czy będziesz mógł spędzać czas z dziećmi, zależy od tego, w jakiej lokalizacji kupiłeś mieszkanie i ile czasu poświęcasz na dojazdy do pracy. Zaangażowanie we wspólnotę religijną/lokalną zależy od tego, czy w 8 godzin zarobisz na utrzymanie, czy raczej będziesz na nie tyrał 12 godzin dziennie. Zdrowy tryb życia jest uzależniony od tego, czy stać cię na żywność wysokiej jakości i sprzęt do uprawiania sportu. Od twojej pensji zależy nawet twoja moralność – w końcu bardzo łatwo można być prawdomównym i brzydzącym się kradzieżą dobrym obywatelem, który nie szczędzi środków na pomoc bliźniemu, gdy nie ma się na głowie większych ograniczeń ekonomicznych. Dużo zarabiasz, więc nie musisz się zastanawiać nad tym, czy ściąganie pirackich płyt z torrentów jest moralne czy nie, po prostu kupujesz oryginał w sklepie. Podsumowując cytatem z Hanny Baker z serialu „Trzynaście powodów”: Gdy nie masz dużo pieniędzy, większość decyzji podejmowanych jest za ciebie.

Biedny, więc pracowity

Inaczej mówiąc, zdecydowana większość różnic między ludźmi wynika z zaledwie jednego czynnika – różnic w dochodzie. Tymczasem są one ogromne – w Polsce i tak nie tak wielkie, jak w USA czy Ameryce Łacińskiej. Żeby uzasadnić tak ogromne różnice między ludźmi, trzeba było wymyślić naprawdę dobry argument. Stała się nim pracowitość. Rzekomo te wszystkie odmienności wynikają z różnego stopnia zaangażowania, które każdy z nas wkłada w codzienną aktywność, szczególnie zawodową. Jesteśmy wynagradzani zgodnie z tym wkładem Jeśli dostajemy dziesiątego każdego miesiąca niewiele, widocznie staramy się zbyt mało. Tymczasem ten argument jest od początku do końca wyssany z palca. To konstrukcja stworzona na użytek tych, którzy akurat pracowitością specjalnie się wykazywać nie musieli, bo albo po prostu wszystko dostali w spadku, albo doszli do tego siłą rozpędu, dzięki rodzinnym zasobom kapitałowym, kulturowym i społecznym. Inaczej mówiąc, tego dętego argumentu używają najczęściej ci, którzy z pracowitością nie mają wspólnego nic lub bardzo niewiele.

Gdyby rzeczywiście to pracowitość była główną przyczyną osiągania wysokich zarobków, wtedy ci, którzy więcej pracują, więcej by zarabiali. Wystarczy jednak rzut oka na statystyki dotyczące liczby godzin pracy, by się przekonać, że jest… odwrotnie. Polacy pracują przeciętnie ponad 1963 godziny rocznie, zatem są w czołówce nie tylko Europy, ale i świata. Wśród europejskich członków OECD niewiele ustępują nam Łotysze, Litwini i Estończycy (1852 godziny). Na drugim biegunie są Niemcy, którzy pracują 1371 godzin rocznie, czyli niemal 600 godzin rocznie mniej niż Polacy. Nieco tylko więcej niż Niemcy pracują Holendrzy, Duńczycy i Belgowie (1541 godzin). No cóż, według popularnej wykładni pracowitości, powinniśmy być wspólnie z Bałtami w unijnej czołówce płac – w końcu pracujemy długo jak mało kto. A niewiele pracujący północni Europejczycy powinni być na dole. Jest jednak inaczej – według parytetu siły nabywczej na czele są Niemcy ze średnimi rocznymi zarobkami rzędu ok. 47 tys. euro, a za nimi… Holendrzy, Belgowie i Duńczycy (40 tys. euro). Kto znajduje się na drugim końcu skali? Oczywiście Litwini, Łotysze i Estończycy (17 tys. euro). A zaraz nad nimi Polacy, z średnimi zarobkami rzędu niecałych 20 tys. euro.

Prawda jest więc zupełnie inna. Nie jest tak, że kto więcej pracuje, więcej zarabia, lecz odwrotnie: kto więcej zarabia, ten… mniej pracuje. Ogromnymi pokładami pracowitości wykazują się ci mniej zarabiający. I nic dziwnego. W końcu, zarabiając odpowiednio dużo, można sobie spokojnie pozwolić na ograniczenie czasu pracy czy rezygnację z kilku zleceń. Zarobionych środków i tak wystarczy na życie w dobrobycie. Za to osiągając niskie wynagrodzenie, trzeba tyrać nawet i kilkanaście godzin dziennie, brać wszystko, co wpadnie w ręce, łącznie z dwoma etatami, byle tylko starczyło na wszystkie potrzeby, a i jeszcze nieco zostało na czarną godzinę. Tych będących na dole drabiny dochodowej, czy to w skali Europy, czy kraju, nie trzeba uczyć pracowitości, bo akurat tej mają oni pod dostatkiem.

Reżim produktywności

Oczywiście ktoś może zauważyć, że nie jest istotne, ile godzin kwitniemy w pracy, bo można w niej siedzieć i 14 godzin dziennie i nic w tym czasie nie robić. Ważniejsze są efekty naszej pracy – czyli pracowitość to produktywność. Skoro nie wypracowujemy podczas naszej pracy odpowiedniego zwrotu, to trudno, żebyśmy dużo zarabiali. Bez żartów: utożsamianie produktywności z pracowitością jest równie nieuzasadnione. Produktywność to wartość wypracowywana w godzinę pracy. Norweg wypracowuje 79 dolarów na godzinę, a Francuz 61. Tymczasem Polak w tym czasie około 29 euro, a Łotysz 26. Nikt mi nie wmówi, że Norweg jest 3 razy bardziej pracowity od Łotysza, a Francuz dwa razy bardziej od Polaka. Na Zachodzie pracują miliony Polaków oraz obywateli krajów Europy Środkowo-Wschodniej i jakoś produktywnością nie odstają od reszty. Wręcz przeciwnie, niejednokrotnie są chwaleni za jakość swojej pracy. W jaki sposób trzy razy mniej pracowici ludzie mogliby bez większych problemów rywalizować z miejscowymi? Znajomy elektryk wyjechał do pracy do Francji i gdy pierwszy raz dotarł na miejsce pracy, to owszem, przeżył szok, ale odwrotny. Poczuł się, jakby czas wokół zwolnił, nikt się nigdzie nie spieszył, w przerwie obiadowej pito wino, a w piątki wychodzono o 12. Jeszcze inny znajomy wyjechał na wakacje do Norwegii malować płoty. Po pierwszej skończonej robocie zleceniodawca aż złapał się za głowę – nie przypuszczał, że taki płot można pomalować w 4 godziny. Miejscowym zajęłoby to co najmniej dwa dni. A przecież podobno to Francuzi i Norwegowie powinni dawać z siebie w miejscu pracy 2-3 razy więcej niż Polacy.

Z czego to wynika? Ano z tego, że produktywność ma bardzo mało związku z pracowitością. Wręcz przeciwnie – gdy produktywność jest wysoka, można sobie pozwolić na pracę na niższych obrotach. Produktywność wynika przede wszystkim z zaawansowania technologicznego oraz organizacji pracy w firmie, a także z rynkowej wyceny dóbr produkowanych w twojej firmie. I wreszcie – z ogólnej rynkowej wyceny dóbr wytwarzanych w gospodarce w kraju, w którym pracujemy. Jeśli jest wysoka (bo ciągnie ją na przykład kilka bardzo rozwiniętych branż), to wtedy nawet płaca sprzątaczki może zawstydzić płacę profesora uniwersytetu z kraju, którego gospodarka wyceniana jest nisko. I właśnie dlatego taksówkarz w Kairze, nawet jeśli byłby mistrzem kierownicy i wyczyniał za kółkiem cuda, nigdy nie osiągnie takich zarobków, jak jego odpowiednik w Paryżu – choć przecież jazda po drogach północnoafrykańskich miast wymaga więcej umiejętności, niż wożenie klientów w zachodniej Europie. I właśnie dlatego elektryk pracujący w zacofanej firmie, nawet gdyby zakładał 100 puszek w godzinę, nigdy nie osiągnie takiej produktywności, jak jego wcale nie lepszy kolega pracujący w utrzymaniu ruchu polskiej filii motoryzacyjnego giganta, od czasu do czasu naprawiający maszynę.

Bardzo ułomny arbiter

Produktywność nie zależy więc od pracowitości. Zależy za to w ogromnej mierze od tego, jak rynek wycenia owoc twojej pracy. Pytanie, czy ta wycena jest uzasadniona. Czy sprawiedliwie oddaje twój wkład pracy? Wartość owoców twojej harówki? Szczerze mówiąc, jest to wątpliwe. Więcej, rynek jest bardzo wadliwym mechanizmem wyceniania owoców pracy. Swego czasu Partia Razem zwróciła uwagę w jednej z grafik, że Mateusz Morawiecki, gdy był prezesem BZ WBK, zarabiał tyle, co 60 pielęgniarek. Czy jest możliwe, że użyteczność pracy prezesa banku była 60 razy większa niż praca pielęgniarki? Skoro rynek jest efektywnym mechanizmem wyceny, to dlaczego dopuścił do tak absurdalnej sytuacji? I jeszcze inaczej: w latach 1978-2000 pensje prezesów w USA wzrosły o… 1279%. Niesamowici z nich herosi, skoro w dwie dekady poprawili swoją produktywność 13 razy. W latach 1965-1978 pensje prezesów spółek giełdowych w USA wzrosły co prawda „tylko” o 80%, ale w tym czasie indeksy giełdowe amerykańskich firm… spadły o połowę. Jak to możliwe, żeby sprawiedliwy rynek dokonał tak absurdalnie błędnej oceny ich pracy?

Otóż rynek wcale nie jest udanym mechanizmem wyceny pracy, a już na pewno nie jest sprawiedliwym. Na przykład zupełnie nie dostrzega społecznej użyteczności takich zawodów, jak pielęgniarka, strażak czy nauczyciel. W mało którym kraju należą oni do górnych grup dochodowych, choć społeczeństwo korzysta na ich pracy w ogromnym stopniu. Na pewno w większym niż na pracy giełdowego maklera, który niemal w każdym kraju zarabia krocie. Poza tym twierdzenie, że „rynek o czymś zdecydował” jest umowne i zwodnicze. Rynek nie jest bytem, a o jego „wyrokach” decydują ludzie, szczególnie ci dysponujący największymi wpływami i kontrolujący najważniejsze zasoby. Dlatego też wycena pracy osób umocowanych na strategicznych rynkowych pozycjach jest tak absurdalnie zdeformowana. Na przykład sektor finansowy kontroluje ogromne przepływy pieniądza w gospodarce, dzięki czemu zarobki są tak nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do innych grup zawodowych, a klasa menedżerów ma spore możliwości kształtowania własnych płac, z czego również ochoczo korzysta. I właśnie dlatego znakomity nauczyciel z powołania, zostający po godzinach i organizujący uczniom i wspólnocie lokalnej wiele pozalekcyjnych zajęć, nigdy nawet nie zbliży się w zarobkach do miernego dyrektora  banku. W sytuacji, gdy wyroki rynku są tak arbitralne, niesprawiedliwe, nielogiczne i niemające nic wspólnego z pracowitością, twierdzenie, że to „rynek zdecydował” o różnicach w zarobkach, nie jest żadnym argumentem. Jest tylko mydleniem oczu serwowanym przez grupy hegemoniczne tym, którzy są na dole, żeby po pierwsze uzasadnić swoją dominację, a po drugie, żeby złagodzić ich gniew, dając im fałszywą nadzieję, że wystarczy tylko zakasać rękawy do roboty, aby samemu dołączyć do tych na górze.

Jak widać, pracowitość ma niewielki związek z różnicami w zarobkach. A skoro osobisty wkład to tylko jeden z wielu czynników wpływających na dochody i to jeszcze drugorzędny, niedopuszczalne jest, by wysokość zarobków w aż tak ogromnym stopniu determinowała życie ludzi i prowadziła do tak ogromnych różnic. Jaka jest na to recepta? Odrynkowienie i demonetyzacja. Wyłączenie z logiki rynkowej najważniejszych obszarów życia oraz wprowadzanie bezpłatności w dostępie do podstawowych dóbr i usług. Rozszerzenie usług publicznych nie tylko na tak oczywiste (choć nie w Polsce) obszary jak mieszkalnictwo, ale też kultura popularna, sport i wypoczynek. Wszystko to zmniejszy znaczenie kwoty, która widnieje na naszym pasku wypłaty. Tylko wtedy każdy z nas będzie mógł powiedzieć, że jestem taki, jaki chcę, a nie taki, jaka jest moja pensja.

Piotr Wójcik

Precz z „populizmem”

Każdy polityczny okres tworzy modę na określone słowa, za pomocą których ludzie próbują uchwycić jego cechy charakterystyczne. Gdy w Polsce główna oś sporu przebiegała między rządzącą PO a opozycyjnym PiS-em, w mediach karierę robiły określenia takie jak „moher” i „leming”. Przez jednych były używane poważnie, jak gdyby rzeczywiście uchwyciły ważne cechy naszego społeczeństwa, przez innych z ironią. Obecnie, gdy zarówno w naszym kraju, jak i w wielu częściach świata sukcesy odnosi prawica, modne stało się słowo „populizm”. Wprawdzie jest ono stałym elementem słownika politycznego już od wielu lat, ale ostatnimi czasy jego popularność jeszcze wzrosła. Nie ma dnia, aby jakiś polityk czy publicysta nie posłużyli się nim do opisania najnowszych wydarzeń. Populiści doprowadzili do Brexitu, populiści rządzą Polską, populista Trump wygrał z Clinton, populistyczna Le Pen grozi rozpadem Unii Europejskiej, Holendrzy dali odpór populistom, nie głosując na Wildersa.

Jednak popularność tego słowa sięga dalej. Komentatorzy jako populistyczne często określają także partie sytuujące się po lewej stronie sceny politycznej, np. grecką Syrizę czy hiszpański Podemos. Również lewicowe recepty polityczne – wysokie podatki, duże transfery socjalne czy próba ograniczenia władzy międzynarodowych korporacji – często bywają etykietowane w mediach jako populistyczne. Kto nie wierzy, niech wpisze odpowiednią sekwencję słów w internetową wyszukiwarkę. W tę pułapkę wpadają nawet ludzie uważający się za przedstawicieli lewicy, jak Grzegorz Kołodko, który swego czasu na antenie TVN-u przestrzegał polskie społeczeństwo przed lewicowym populizmem czy nawet „lewactwem”. Zresztą wystarczy przypomnieć dyskusję wokół 500 plus. Część osób była przerażona tym programem równie mocno, jak majstrowaniem przy Trybunale Konstytucyjnym lub językiem antyimigracyjnym. Z ich perspektywy był to przejaw tego samego problemu: populizmu. Dlatego nie wahały się wytaczać przeciwko programowi najcięższych dział, w tym wszystkich możliwych stereotypów na temat ludzi ubogich.

Skoro przejawem populizmu ma być zarówno wrogość wobec obcych, jak i pomoc najuboższym, zarówno program Trumpa, jak i program Podemos – by sięgnąć po najsłynniejsze zagraniczne przykłady polityki prawicowej i lewicowej – powstaje proste pytanie: co to słowo właściwie znaczy? Na ile pomaga objaśnić współczesny świat, a na ile zaciemnia sytuację? Przecież wystarczy tylko zerknąć na propozycje Trumpa i Podemos, aby dojrzeć poważne różnice. Trump chce obniżać podatki dla bogaczy, Podemos podwyższać. Trump na każdym kroku pokazuje, że nie obchodzą go prawa kobiet, Podemos jest w tej sprawie bezkompromisowe i żąda pełnego równouprawnienia. Trump idzie na otwartą wojnę z imigrantami, a Podemos swego czasu proponowało, by zlikwidować wszelkie bariery związane z migracją i nadać w Hiszpanii prawa wyborcze każdemu przybyszowi z innego kraju. A jednak dla dużej części mediów i polityków zarówno amerykański prezydent, jak i młoda lewicowa partia są populistami. O co chodzi?

Umberto Eco, autor „Imienia róży”, stwierdził kiedyś, że gdy mamy problem z jakimś słowem, dobrze jest odwołać się do rozsądku słowników. Niestety, „Słownik języka polskiego” tylko pogłębia zakłopotanie. Wedle niego populizm to tyle, co lansowanie idei „zgodnych z oczekiwaniami większości społeczeństwa w celu uzyskania jego poparcia i zdobycia wpływów lub władzy”. Ta definicja nie oddaje grozy, z jaką o populizmie mówi duża część medialnych komentatorów i klasy politycznej. Cóż jest bowiem takiego strasznego w odpowiadaniu na zapotrzebowania większości społeczeństwa? Czy nie na tym w dużej mierze powinna polegać demokracja? Głoszenie określonych idei w celu zdobycia poparcia także nie wydaje się niczym szczególnie zdrożnym. Czy jest jakaś partia w Polsce, która nie stara się, aby to, co głosi, przełożyło się na jej sukces wyborczy?

Choć więc z formalnego punktu widzenia przytoczona definicja może być dobra, to nie oddaje jednej ważnej sprawy. Gdy nazywamy jakieś partie populistycznymi, to zazwyczaj chcemy podkreślić, że są one nieodpowiedzialne, ponieważ obiecują rzeczy niemożliwe do spełnienia lub odwołują się do najniższych instynktów części wyborców. Dlatego populistami są zarówno ci, którzy wmawiają ludziom, że potrafią szybko i łatwo rozwiązać większość ich bolączek, jak i ci, którzy szukają kozłów ofiarnych, np. imigrantów, jako wytłumaczenia lub przykrywki dla ważnych problemów społecznych.

Po tym uzupełnieniu uzyskujemy prostą i w gruncie rzeczy banalną definicję populizmu. Czy tłumaczy ona jednak, dlaczego część dziennikarzy i polityków nazywa populistami nie tylko ugrupowania wyraźnie prawicowe, lecz także wyraźnie lewicowe? Tak, ale pod warunkiem, że przyjmiemy określony punkt widzenia. Pytanie o sensowność rzucania na prawo i lewo zarzutami o populizm jest więc tak naprawdę pytaniem o sensowność tego punktu widzenia. Jak go nazwać? Jedni wolą określać go mianem liberalizmu (zazwyczaj jego zwolennicy), inni – neoliberalizmu (przeciwnicy). Mniejsza o etykietki. Niezależnie od nazwy faktem pozostaje, że dominuje on w polityce od kilkudziesięciu lat, co najmniej od epoki Margaret Thatcher i Ronalda Reagana, a w Polsce od przełomu roku 1989. I nie chodzi tylko o zestaw rozwiązań ekonomicznych (niskie podatki, zmniejszanie środków na pomoc socjalną, deregulacja gospodarki, uelastycznienie rynku pracy), ale także o powiązanie ich z podstawowymi wartościami politycznymi naszych czasów, takimi jak np. budowanie trwałych, pokojowych relacji między poszczególnymi krajami.

Po upadku ZSSR (neo)liberałowie uwierzyli, że historia dobiegła końca i jedynym racjonalnym rozwiązaniem większości problemów trapiących ludzkość jest wolnorynkowy fundamentalizm. Takie podejście dotknęło także Polski. Kto nie sądził, że powszechna prywatyzacja, rządy kapitału i otwieranie rynków są jedyną słuszną drogą, był etykietowany jako bez mała wariat. Pisali o tym między innymi David Ost w „Klęsce solidarności” oraz Elizabeth Dunn w „Prywatyzując Polskę”. Ten pierwszy zauważa na przykład, że w pewnym momencie lat 90. okazało się, iż sami robotnicy nie mają już języka, w jakim mogliby wyartykułować swoje problemy tak, by ich usłyszano. Dunn i Ost podkreślają, że zmian, jakie zachodziły w Polsce po roku 1989 (a na świecie jeszcze wcześniej), nie można sprowadzić tylko do ekonomii. Istotną rolę w całym tym procesie odgrywał także język. Ludzie pokrzywdzeni przez transformację, ludzie, których los z wielu względów uległ pogorszeniu, nie posiadali słów, za pomocą których mogliby wyrazić niezadowolenie. Narzucony słownik świetnie nadawał się do wychwalania wolnorynkowych reform – słabo do opisywania krzywd obywateli i obywatelek zostających z tyłu. Trudno było im winić neoliberalizm, ponieważ mało kto w ogóle znał ten termin. Nie bardzo można było też narzekać na sam kapitalizm, bo ten został skojarzony z wolnością, nowoczesnością i uniezależnieniem się od Rosji, czyli wszystkim tym, co piękne i wspaniałe. Taka sytuacja sprawiła, że ludzie szukali innych wytłumaczeń swoich niepowodzeń. Część zaczęła oskarżać rządzących o korupcję, nawet gdy nie było ku temu dostatecznych dowodów. Niektórzy dawali się uwieść narracji nacjonalistycznej. Nie dlatego, że byli ze swojej istoty nacjonalistami, lecz dlatego, że nikt nie proponował alternatywnego języka, w którym mogliby wyrazić własny – odmienny od dominującego – punkt widzenia. Tylko garstka osób mówiła o systemowych niesprawiedliwościach i podawała w wątpliwość wybraną przez Polskę wersję kapitalizmu, bardziej anglosaską niż skandynawską.

(Neo)liberałowie jednak mieli na to wszystko jasną odpowiedź. Nasi przeciwnicy to populiści, czyli – mówiąc bez ogródek – szaleńcy, którzy nie wiedzą, że świat działa tak, a nie inaczej i że nie ma innej drogi. Każdy, kto nie opowiadał się za wolnorynkowym fundamentalizmem, czyli nie przemawiał w interesie tych, którym się powodziło, mógł zostać naznaczony w ten sposób. Taką postawę prezentowały właściwie wszystkie główne partie, w tym te mieniące się lewicowymi, jak SLD. Mogły one toczyć mordercze spory na wiele różnych tematów, zazwyczaj dotyczących przeszłości i osobistych niesnasek, ale w tej jednej sprawie były zgodne. Dzisiaj, wbrew pozorom, niewiele się zmieniło. Mniej więcej rok temu setki tysięcy ludzi w całej Europie protestowały przeciwko międzynarodowym umowom handlowym CETA i TTIP. Obawiano się, że dają one jeszcze większą władzę korporacjom, przyczyniając się do dalszej utraty wpływu zwykłych obywateli na decyzje polityczne. Obawy wspierali czołowi współcześni ekonomiści, tacy jak Joseph Stiglitz i Ha Joon-Chang. Większość politycznego establishmentu nie widziała jednak żadnego problemu. Dariusz Rosati, europoseł PO, w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” dziwował się, jak ktoś w ogóle może protestować przeciwko tak wspaniałej umowie jak CETA. Koalicję przeciwników podpisania umowy nazwał „populistami”, którzy „nie szanują faktów”.

Jeśli zrozumiemy tę (neo)liberalną perspektywę, łatwo pojmiemy, dlaczego populistami mogą być nazywane tak skrajnie różne siły polityczne, jak nacjonalistyczny Front Narodowy i lewicowe Podemos albo, by sięgnąć po polski przykład, PiS i Razem. Z punktu widzenia (neo)liberała populistą jest każdy, kto występuje przeciw politycznemu konsensusowi opierającemu się na wolnorynkowym fundamentalizmie. Ten konsensus jest opakowany w piękne idee: otwartość, wolność czy budowanie zjednoczonej Europy. Wszystko to jednak – zdaniem (neo)liberałów takich jak Rosati – musi być wsparte na wolnym rynku, którego zasady dyktują międzynarodowe korporacje. Osoba, która podważa kapitalizm – albo nawet tylko kapitalizm w jego obecnym kształcie – jawi się jako równie niebezpieczna, co otwarty ksenofob. Podemos, Razem, Le Pen, Syriza, PiS, Kukiz, Trump – co za różnica? Cała ta wizja polityczna jest przenoszona z miejsca na miejsca dzięki jednemu małemu słowu: „populizm”. Słowu, które zrównuje walkę z nierównościami społecznymi z pogardą dla ludzi innych narodowości i wyznań. Słowu, które nie rozróżnia między walką o prawa kobiet a próbami ich ograniczania. Słowu, które stoi na straży (neo)liberalnego porządku świata.

Czy słuszna jest (neo)liberalna wiara, że wartości takie jak zjednoczona Europa są koniecznie powiązane z fundamentalizmem wolnorynkowym? W tę bajkę można było wierzyć jeszcze na początku lat 90., ale nie w 2017 roku. Nie po kryzysie finansowym, nie po Brexicie, nie po zalewie publikacji na temat rosnących nierówności społecznych w krajach zachodnich. Marzenie o końcu historii okazało się mrzonką. Choć (neo)liberałowie długo nie chcieli przyjąć tego do wiadomości. Dlatego takim szokiem był dla nich ciąg zwycięstw radykalnej prawicy. Duda? Śmiechu warte, na pewno nie wygra z Komorowskim. Brexit? Bez obaw, niemożliwe. Trump? Nie ma szans z Clinton. Pięknym symbolem tej (neo)liberalnej naiwności stał się Tomasz Lis, który zawczasu obwieścił zwycięstwo Komorowskiego na Dudą jako rzecz niepowątpiewalną, przewidywał, że 54-55% Brytyjczyków opowie się za pozostaniem w Unii Europejskiej, a także wieszczył 310 głosów elektorskich dla Clinton (ostatecznie zdobyła o wiele mniej: 227)

I oto jesteśmy w świecie, w którym to, co wydawało się stałe i pewne, rozpłynęło się w powietrzu. Jaka jest odpowiedź (neo)liberałów? W Polsce wyglądała ona mniej więcej tak: „Populiści przejmują władzę, wszystkie ręce na pokład, Kijowski naszą ostatnią nadzieją!”. Oto cała diagnoza i recepta ludzi niepotrafiących zrozumieć, jakim cudem w świecie, w którym miało nie być żadnej alternatywy, mogły pojawić się tak mroczne siły jak Trump czy PiS. Połączenie histerii, szukania rozwiązań na ślepo i upartego trwania przy starym punkcie widzenia. Jedno z największych nieszczęść politycznych naszych czasów to właśnie to, że najsilniejszą (bo mająca największy dostęp do pieniędzy i mediów) alternatywą dla prawicy są wciąż (neo)liberałowie wierzący, że rozwiązaniem jest powrót do tego, co było. Andrew Pickering, brytyjski filozof, opisuje w jednym ze swoim tekstów zmagania amerykańskich władz z rzeką Missisipi. Mimo wielu prób utrzymania jej w zaprojektowanych granicach, rzeka wciąż się buntuje i przełamuje kolejne bariery. Pickering określa działania Amerykanów jako beznadziejną i w gruncie rzeczy śmieszną próbę zatrzymania czasu, jako próbę unieruchomienia Missisipi, „zamrożenia” jej w jednym punkcie. Podobnie wyglądają działania (neo)liberałów. Choć historia wciąż wylewa się w różnych miejscach (w USA, Wielkiej Brytanii, Polsce), przełamując bariery starego porządku politycznego, ci wciąż roją sobie, że można ją zatrzymać.

Konsekwencje mogą być fatalne. Nawet jeśli (neo)liberałowie wygrają kilka potyczek z nacjonalistami, jak w Holandii, to nie będą w stanie przywrócić dawnego porządku. Zbyt wiele uległo już zmianie i ze zbyt wieloma problemami się zmagamy: od globalnego ocieplenia, przez kryzys migracyjny, po kłopoty Unii Europejskiej. Zresztą holenderska wygrana zostało osiągnięta za cenę ustępstw na rzecz prawicowej niechęci do imigrantów. (Neo)liberałowie nie mają już ani siły, ani pomysłu na walkę z prawicowym radykalizmem, może poza postawą typu „przejmijmy część tego radykalizmu”, bo do czego innego sprowadzał się na przykład ogłoszony swego czasu przez Grzegorza Schetynę „koniec z lewicowymi eksperymentami”? Jednocześnie utrudniają powstanie lewicowej alternatywy poprzez etykietowanie każdego sprzeciwu wobec dotychczasowej polityki jako „populizmu” – niezależnie od tego, czy sprzeciw ten przybiera formę prawicową, czy lewicową. To słowo niczego nie tłumaczy i w niczym nie pomaga. Jest wyrazem bezsilności, złości oraz intelektualnej i politycznej kapitulacji wobec tego, co dzieje się na świecie.

Jeśli (neo)liberałowie naprawdę obawiają się rozpadu Europy, zaniku współpracy międzynarodowej, odrodzenia nacjonalizmów, to muszą w końcu nauczyć się patrzeć na świat z nowej perspektywy. Takiej, w której Trump i Podemos, PiS i Razem, prawica i lewica, ksenofobia i otwartość na świat, homofobia i walka o prawa mniejszości, kampanie finansowane przez miliarderów i oddolne ruchy, ustępstwa na rzecz wielkich korporacji i walka o polityczne wpływy dla zwykłych obywateli – są dwiema zupełnie odmiennymi odpowiedziami na to, jak mają wyglądać nasze społeczeństwa, a nie przejawem tego samego zagrożenia. Innymi słowy, jeśli (neo)liberałowie na serio chcą walczyć z nacjonalizmem i ksenofobią, powinni zacząć od pożegnania się ze słowem „populizm”. Słowem należącym do starego świata, którego nie da się już przywrócić.

dr Tomasz Markiewka

Przekażmy sobie znak niepokoju

Kiedy kilka miesięcy temu wiadomość o śmierci Zygmunta Baumana obiegła media, wśród jego czytelniczek i czytelników dominowały głosy, że utraciliśmy jeden z ostatnich wielkich autorytetów, że zostaliśmy osieroceni w szczególnie burzliwym i trudnym czasie. Zastanawiano się, jak poradzimy sobie ze sprzecznościami ponowoczesności, pozbawieni znawcy owych sprzeczności. Widać wyraźnie, że potrzebujemy intelektualnych map i punktów orientacyjnych – niezbędne są komentarze porządkujące przeobrażającą się rzeczywistość.

Z końcem lat 90. Bauman postanowił używać do opisu nowych zjawisk kulturowych i politycznych określenia „płynność” (liquid). Socjolog podnosił rzecz z pozoru oczywistą: codzienne funkcjonowanie jednostki często wiąże się z odczuwaniem trwogi, zagubienia, wrażeniem niepewności; towarzyszy jej zmęczenie i emocjonalna ambiwalencja – lęk przed społeczeństwem, lęk przed samotnością1, jak ujmuje to w posłowiu do „Pasaży” Waltera Benjamina.

Zdaniem Baumana warunki życia kilku ostatnich pokoleń – w szczególności mieszkańców regionów wysoko rozwiniętych – zmieniły się bezprecedensowo w co najmniej pięciu istotnych wymiarach. Wymieńmy je dla porządku:

Pierwszym jest przejście od stałej do płynnej fazy nowoczesności. Rzeczywistość obywatelek i obywateli Zachodu jeszcze w pierwszej połowie ubiegłego stulecia była wyposażona w stabilne struktury. Istniały formy i modele zachowań, które wyraźnie ograniczały paletę jednostkowych wyborów, kreując poczucie porządku. Klasy i grupy wraz ze swoimi etosami, pomimo możliwej i przewidzianej w systemie kapitalistycznym mobilności społecznej, trwały w jako takiej ciągłości.

Drugim elementem przeobrażeń jest separacja realnej władzy i polityki. Aparat tradycyjnego państwa narodowego w szybkim tempie traci moc sprawczą na rzecz eksterytorialnej, globalnej sieci powiązań finansowo-gospodarczych i militarnych.

Kolejnym rodzajem zmian jest postępujące obumieranie idei kooperacji oraz solidaryzmu. Alienacja, indywidualizm, egoizm, atomizacja – dobrze znamy ten refren. Ucieczka państwa od odpowiedzialności w obszarze sprawiedliwości społecznej stała się w wielu miejscach ponurym faktem.

Czwartym elementem jest atrofia długoterminowego planowania i dalekosiężnego myślenia. Rzeczywistość uległa zdumiewającej komplikacji i fragmentaryzacji, co wiąże się z obniżeniem jakości prognoz, jakie społeczeństwo jest w stanie konstruować.

Ostatni rodzaj zmian odnosi się do przemieszczenia odpowiedzialności za problemy o skali makro ze zbiorowości na ramiona jednostek. Ryzyko jest sprywatyzowane, a najmniejszą odpowiedzialność ponoszą te podmioty, które mają szeroki udział w zyskach wynikających z ryzykownych przedsięwzięć.

Płynny lęk

Trudno mieć wątpliwości – według Baumana płynna nowoczesność (a wraz z nią płynny kapitalizm) to nowy stan ludzkiego ducha, którego składnikiem jest płynny lęk. Warto pamiętać, że współczesne nauki psychologiczne dowodzą, iż strach i lęk to różne zjawiska. Strach (fear) jest racjonalną reakcją na rozpoznanie obiektywnego zagrożenia zewnętrznego. Natomiast lęk (anxiety) jest reakcją emocjonalną wywoływana przez przedświadome rozpoznanie niebezpieczeństwa lub nieszczęścia2. Doświadczanie lęku jest bardzo specyficznym rodzajem cierpienia: niewyraźnym, w dojmujący sposób rozproszonym, często paraliżującym. Socjologiczna perspektywa właściwa Baumanowi jest tutaj w zgodzie z wiedzą psychologiczną: lęk to nazwa, którą nadajemy naszej niepewności: naszej niewiedzy o zagrożeniu i o tym, co należy zrobić […] żeby go opanować albo odeprzeć, jeśli opanowanie go jest ponad nasze siły3. Co ciekawe, lękowi towarzyszy nie tylko niewiedza jak postąpić, ale też frustrujące przeświadczenie, że poza zasięgiem wiedzy jednostki leży coś ważnego, co pomogłoby uniknąć opresji.

Ponadto znajdujemy u Baumana rozróżnienie na lęk zwyczajny (czy podstawowy) oraz lęk drugiego stopnia – lęk pochodny. Lęk pochodny to permanentne usposobienie, w przeciwieństwie do zwyczajnego lęku, który zdarza się epizodycznie; innymi słowy, jest to wciąż obecne echo minionych traumatycznych doświadczeń, które nie pozwala jednostce przestroić się na pogodne i ufne przyjmowanie nadchodzącej przyszłości. Można uznać, że osoby borykające się z lękiem pochodnym przyswoiły wizję rzeczywistości, w której stale oczekiwać należy ataku i niezdefiniowanego zagrożenia. Czujność została zrutynizowana. Ludzie odczuwający zagrożenie radzą sobie jak potrafią – często przeciwskutecznie.

Ryzyko i kultura nieufności

Specjaliści podpowiadają, że lęk łatwo reprodukuje się i rozprzestrzenia. Czym więcej lęku, tym mniej obiektywizmu i poznawczej trzeźwości. Spirala nakręca się, kiedy stabilne osoby doświadczają obronnych działań współobywateli – skłaniane są wówczas do weryfikacji swoich wyobrażeń o poziomie bezpieczeństwa. Czym więcej kamer przemysłowych i pracowników ochrony, czym więcej ludzi noszących przy sobie broń, tym gorzej: poczucie zagrożenia i osaczenia rośnie proporcjonalnie do wysokości ogrodzeń wokół zamkniętych osiedli.

Czy powszechne ubezpieczanie się na wypadek wszystkiego, co tylko podsunie wyobraźnia, nie jest znaczące? Płacimy za ubezpieczenia od odpowiedzialności wobec innych, na wypadek kradzieży, zranienia, niepogody czy niedotrzymania kontraktów biznesowych. Gałąź gospodarki oparta na nieufności prosperuje bardzo dobrze. Nawet w roli zasobnego konsumenta jednostka nie może wykazywać nadmiernego zaufania. Ufność wobec towarów spada nie tylko w tym sensie, że ich materialna żywotność wydaje się ciągle zmniejszać. Chodzi także o to, że obiekty naszych pragnień szybko tracą siłę przyciągania, a na przedmiotach naszej dumy w mgnieniu oka pojawia się piętno wstydu4. Konsumpcyjna tożsamość, budowana w procesie otaczania się dobrami-symbolami, jest wyjątkowo krucha.

Dodajmy również, że supernowoczesne, interaktywne media służą nam do nasycania się informacjami zapowiadającymi niezliczone katastrofy i kryzysy – dzień w dzień dowiadujemy się, że spis zagrożeń nie jest bynajmniej kompletny5. Przyjmujemy gigantyczne porcje cudzego cierpienia i pakiety wezwań do charytatywnej pracy. Kiedyś dylematy i decyzje etyczne (a zatem i polityczne) charakteryzowała bezpośredniość, tak jak bezpośredni był głos osoby proszącej o pomoc. Można odnieść wrażenie, że dziś nasze wybory moralne stają się coraz bardziej abstrakcyjne i najprawdopodobniej nieadekwatne do naszych zdolności poznawczych.

Zapewne należy pogodzić się z faktem, że nie jesteśmy w stanie uzyskać zadowalającej wiedzy na temat przyszłości – nawet tej przyszłości, którą współtworzymy własnymi decyzjami. Aby sprawnie i bez nadmiernego dyskomfortu funkcjonować na co dzień, człowiek musi dokonywać wielu zakładów odnośnie swego otoczenia. Zaufanie to zakład (przekonanie i oparte na tym działanie), że niepewne przyszłe działania innych ludzi lub funkcjonowanie urządzeń czy instytucji – będą dla nas korzystne6. Obecnie mamy jednak do czynienia z tworzeniem się czegoś przeciwnego: kultury nieufności. Nestor polskiej humanistyki, konserwatywny socjolog Piotr Sztompka, nie pozostawia złudzeń: zaufanie publiczne, rozumiane jako przekonanie o kompetencji, rzetelności, uczciwości, prawdomówności, bezinteresowności i spolegliwości elit politycznych, rządu, instytucji publicznych, wyraźnie pogarsza się w najmocniejszych demokracjach świata. […] Zaufanie konsumenckie także się obniża. […] Na koniec zaufanie egzystencjalne albo inaczej rutynowe, czyli bezrefleksyjne poczucie pewności, stabilności i ciągłości życia codziennego, ulega załamaniu7. Nawet stara, znana reguła, że oprócz śmierci możemy być pewni tylko płacenia podatków, została przez plutokratów brutalnie sfalsyfikowana.

Xanax dla wszystkich

Kiedy przywołamy dane statystyczne, zobaczymy, że zdrowie psychiczne w rozwiniętych społeczeństwach jest na coraz niższym poziomie. Pierwszy z brzegu efektowny przykład: na przestrzeni ostatnich dziewięćdziesięciu lat liczba zaburzeń depresyjnych i lękowych wśród Amerykanów wzrosła o blisko 300%8. Ze statystyką należy oczywiście uważać; trudno ocenić, czy liczby z pożądaną dokładnością odzwierciedlają większe nasilenie chorób psychicznych – na pewno pokazują również, że dziś przywiązuje się większą niż dawniej wagę do higieny psychicznej. Stworzono nowe metody badawcze, diagnostyka jest bardziej precyzyjna, a dostęp do państwowej służby zdrowia zwiększył się. W żadnym razie nie można jednak ignorować istnienia problemu: wedle WHO zaledwie jedna trzecia osób cierpiących na zaburzenia psychiczne korzysta z profesjonalnej pomocy. Prognozy Światowej Organizacji Zdrowia przestrzegają, że w 2022 r. depresja będzie na świecie drugim najbardziej kosztownym społecznie schorzeniem, zaraz po chorobach nowotworowych. Znaczące jest, że w Wielkiej Brytanii w latach 1998-2010 przepisywanie leków psychotropowych zwiększało się średnio o 10% rocznie9. Na kłopotach z dobrostanem psychicznym można zarobić (i wyspekulować) nieprzyzwoicie duże pieniądze.

Warto odnotować, że w ostatniej Diagnozie Społecznej z 2015 r. 90% badanych osób ujawniło, że „w minionych miesiącach” nie przeżywało głębokich kryzysów, które powodowały pojawienie się myśli samobójczych. W porządku? Niestety nie – przecież widzimy tym samym, że 10% obywatelek i obywateli przyznało, że samobójstwo rozważało rzadko (7,2%), często (2,2%) i bardzo często (0,5%)10. Autorzy i autorki Diagnozy zaskakująco szybko przechodzą nad tym faktem do porządku dziennego. Skądinąd wiemy, iż socjologowie w wielu miejscach na świecie są w stanie wykazać, że czynniki takie, jak choćby niestabilność zatrudnienia i zbyt długi czas pracy, skutkują znacznym pogorszeniem zarówno zdrowia fizycznego, jak i psychicznego11.

Jestem zdania, że wobec medycznych przenośni stosowanych do opisu kultury czy polityki warto zachować rezerwę – niemniej, czasem wydają się być na miejscu. Sięgając do psychiatrycznej literatury przedmiotu znajdziemy na przykład opisy zaburzeń anankastycznych, czyli związanych z obsesjami i natręctwami. Specjaliści wyjaśniają, że przeczesanie włosów lub wyszorowanie rąk może zaburzoną osobę uwolnić od niepokoju nawet na kilka godzin, podobnie jak tabletka xanaxu. Nie trzeba być psychologiem, aby zrozumieć, że realnym kłopotem pacjenta nie jest higiena ciała – jeśli przyjmujemy symptom w dosłownym, racjonalnym kontekście, popełniamy błąd. Poważne, dolegliwe objawy (neurotyczne, psychotyczne, jakiekolwiek inne) stanowią najczęściej formę dysfunkcjonalnej obrony, są nieadekwatną odpowiedzią i „rozpaczliwą” reakcją naszych organizmów. To strzały na ślepo, przypadkowo rozdawane ciosy, które nie przynoszą trwałej ulgi.

Słynni pionierzy psychoanalizy, choć mylili się częściej niż bramkarze przy rzutach karnych, mieli właściwą intuicję: usuwanie symptomów jest na dłuższą metę pozbawione sensu, gdyż w miejsce tych zlikwidowanych zjawiają się inne. Klasyczna syzyfowa praca.

Jeśli spojrzymy na pole społeczne, na zbiorowości przepełnione płynnym lękiem i frustracją, zauważymy zbliżony mechanizm obronny. Kiedy zszokowani i przejęci wysyłamy sms-y wspomagające finansowo remont hospicjum, kiedy w podnieceniu, niecierpliwie wskazujemy w społeczności kozła ofiarnego, gdy kompulsywnie korzystamy z pornografii, albo kiedy zażywamy wyciszające farmaceutyki, najczęściej po prostu redukujemy natężenie symptomów. Oszukujemy nasze ciała. Próbujemy wykiwać system nerwowy, który generuje sygnały ostrzegawcze: jest źle! Wygląda na to, że społeczno-ekonomiczna płynność naprawdę nam nie służy.

Hobbesem Freuda

Szukając odpowiednich rozwiązań należy zwrócić uwagę na dwie istotne rzeczy.

Rzecz pierwsza: należy ominąć szczególnie popularną pułapkę, w której utknęła między innymi część lewicy zbyt silnie przywiązana do psychoanalitycznego sentymentu (chociażby kontrkulturowi partyzanci i przedstawiciele ruchów New Left).

Na manowce – jak sądzę – wyprowadzi nas freudowskie założenie odnośnie do ludzkiej natury. Zasadniczo składają się na nią dwa przeciwstawne popędy: libido (eros) i destrudo (tanatos). Zgodnie z tym przekonaniem możemy popędy przemieszczać, obrabiać, wytyczać im bardziej akceptowalne drogi, czyli sublimować; ewentualnie możemy je tłumić. Już w szkolnych ławkach poznajemy opowieść o rzekomo niezmiennej ludzkiej naturze i kagańcu cywilizacji. Krótko mówiąc: z biegiem czasu, zamiast mordować inne osoby gołymi rękami i gwałcić bez opamiętania, stworzyliśmy konkurencję rynkową i sport, gdzie agresywno-destruktywne skłonności uwalniają się w miarę nieszkodliwy sposób; lecz koniec końców tanatosa wyzbyć się nie możemy. Antropologiczny pesymizm w czystej postaci.

Jeśli powszechnie przyjmiemy, że konstytutywnym, immanentnym składnikiem człowieczeństwa jest popęd śmierci, łatwo uwierzymy w konserwatywną przypowieść o pierwotnej wrogości jednostek wobec siebie nawzajem. Albo usiądziemy na plaży wokół hedonistycznego ogniska z bojownikami kontrkultury, przekonanymi, że popędów tłumić nie wolno, a wszelkie kulturowe urządzenia i polityczne regulacje są źródłem cierpień.

Porównując uwagi na temat stanu natury czynione przez Freuda z przemyśleniami innego klasyka, Hobbesa, zobaczymy, gdzie leży kluczowy problem. Jeżeli uważnie i bez uprzedzeń prześledzimy „Lewiatana”, dostrzeżemy, że w dwa i pół wieku starszej analizie Hobbesa agresja obecna w stanie natury nie mówi nam niczego głębokiego o „prawdziwej” ludzkiej naturze. W jego opinii gwałt i przemoc są produktami przede wszystkim powierzchownych cech interakcji międzyludzkich (potwierdzenie tej myśli znajdziemy też u Rousseau). Przemoc wynikać może m.in. z braku powszechnie przyjętych reguł współżycia oraz z braku poczucia bezpieczeństwa – czyli z baumanowskiego płynnego lęku. J. Heath i A. Potter piszą tak: Hobbes twierdzi, że choć stan natury jest pełen okrucieństwa, nie wynika to z wrodzonej agresywności ludzi. Problem w stanie natury polega przede wszystkim na tym, że nie możemy sobie nawzajem ufać. Zajmujemy więc wobec siebie agresywną postawę i stosujemy strategie wyzysku – ale nie dlatego, że powoduje nami fundamentalna potrzeba wyzyskiwania bliźnich! Chcemy się ochronić przed wykorzystaniem z ich strony, w związku z czym często gotowi jesteśmy stosować przemocowe rozwiązania napotkanych problemów. Nie warto wierzyć w mistyczną koncepcję popędu śmierci, który zagłusza rozumowe wnioski, nawet jeśli pełny racjonalizm człowieka jest mrzonką. To społeczny chaos i deregulacja sprzyjają lękom i brutalnym obronom. Widzimy, że według Hobbesa zadanie stworzenia cywilizacji jest znacząco skromniejsze niż w pojęciu Freuda – dla pokojowego współdziałania nie trzeba walczyć z potężnymi, mitycznymi popędami, lecz należy tworzyć procedury, systemy prawne, inkluzywne instytucje.

I rzecz druga: funkcjonowanie w płynnym świecie, wśród nadmiaru ryzyk, natłoku danych i aktów rywalizacji byłoby mniej dotkliwe, gdybyśmy powstrzymali postępujący rozkład kompleksowych, uniwersalistycznych wizji świata: doktryn, ideologii czy metanarracji wykpiwanych np. przez postmodernistycznych filozofów. Nie dysponując spójnym, zrozumiałym obrazem rzeczywistości, jesteśmy skazani na niepewność co do znaczenia naszych działań. Sensotwórcza rola systemów etycznych jest nie do przecenienia. Warto przywołać słowa Mirosławy Marody: Właśnie dzięki emocjom i wartościom zakodowanym w całościowych, nomicznych wizjach świata, jesteśmy w stanie kontrolować natłok bodźców płynących ze środowiska, poprzez różnicowanie ich znaczenia dla naszych dążeń. Same te dążenia […] są pochodną społecznie wytwarzanej, nomicznej wizji, rozdzielającej to, co naturalne, racjonalne, i oczywiste od tego, co irracjonalne12. Tym, co znajduje się u podłoża lękowego doświadczania otoczenia, nie są wyłącznie konsumpcyjny spektakl, ilościowy przyrost bodźców i systemowe konflikty obecne w płynnym kapitalizmie, lecz także obumieranie tej porządkującej struktury życia społecznego, jaką tworzą zbiory idei, pozwalające prowadzić usystematyzowane myślenie.

Nie wszystko musi rozpłynąć się w powietrzu

Wspólnym projektem nowoczesnego społeczeństwa klasowego było dążenie do równości i emancypacji. Projektem ponowoczesnego społeczeństwa ryzyka i płynnego kapitalizmu jest dążenie do bezpieczeństwa i marzenie o wyswobodzeniu się z lęku. Podkreślmy, że sen o równości wiązał się z działaniem w duchu pozytywnym, utopia bezpieczeństwa jest zaś w znacznym stopniu defensywna, asekuracyjna, niekiedy paranoiczna. Pojawia się pytanie, czy wspólnoty oparte na niepokoju i projekty ufundowane na lęku oraz nim napędzane, są w stanie przynieść coś dobrego i rozsądnego politycznie?

Na szczęście niepokój nie pozbawił nas jeszcze całkowicie wiary w rozum. Analizowany przez Baumana postmodernistyczny bezwład intelektualny posiada istotną zaletę: sam jaskrawo oświetla sprzeczności tkwiące u swych korzeni, uwydatnia własne wady i ślepe uliczki. Świadectwem naszej epoki, jak sądzę, nie muszą być słowa Baudrillarda: „the real is no longer real” – wbrew postmodernistycznym apokaliptykom uznajmy fakt, że twarda rzeczywistość mimo wszystko istnieje. Nie pozwólmy, aby każda stałość rozpłynęła się w powietrzu – spójne, uniwersalne opowieści oraz tworzone z odpowiednim krytycyzmem instytucje i regulacje są zbiorowości potrzebne jak czyste powietrze.

Zwracajmy uwagę na faktyczne, głębokie źródła społecznego lęku. Nie warto nerwowo rzucać się w wir medialnych awantur i ulegać pokusie chaotycznego rozwiązywania naskórkowych problemów. Jak pisze nadpobudliwy teoretyk z Lublany, Slavoj Žižek, Już lepiej nie robić nic, niż angażować się w punktowe działania, których ostatecznym efektem jest głównie to, że system pracuje sprawniej. Dziś największym zagrożeniem nie jest pasywność, lecz pseudo-aktywność.

Przypisy:

  1. Z. Bauman, Posłowie [w:] W. Benjamin, Pasaże, tłum. B. Frydryczak, Kraków 2005.
  2. P. Zimbardo, R. Gerrig, Psychologia i życie, tłum. J. Radzicki, E. Czerniawska, A. Jaworska, J. Kowalczewska, Warszawa 2011, s. 604, 612.
  3. Z. Bauman, Płynny lęk, tłum. T. Kunz, Kraków 2008.
  4. Z. Bauman, Kultura w płynnej nowoczesności, Warszawa 2011.
  5. Tamże, s. 12.
  6. P. Sztompka, Zaufanie, Kraków 2007.
  7. P. Sztompka, Zaufanie, Kraków 2007.
  8. M. Marody, Jednostka po nowoczesności, Warszawa 2016, s. 106.
  9. Stephen Ilyas, Joanna Moncrieff, Trendy w przepisywaniu oraz koszt leków stosowanych w zaburzeniach psychicznych, British Journal of Psychiatry 2012; nr 200.
  10. J. Czapiński, T. Panek (red.), Diagnoza społeczna 2015, Rada Monitoringu Społecznego, Warszawa 2015.
  11. K. Sparks, C. Cooper, Y. Fried, A. Shirom, The effects of hours of work on health: A meta-analytic review, „Journal of Occupational and Organizational Psychology“ nr 70.
  12. M. Marody, Jednostka po nowoczesności, Warszawa 2016.