przez Bartłomiej Ciążyński | środa 28 czerwca 2017 | opinie
Nawet jeżeli PiS przegra kolejne wybory, to jeśli nie chcemy za kilka lat objęcia władzy przez formację jeszcze bardziej radykalną, musimy zmienić nastawienie wobec polityki i „suwerena”. Popełnialiśmy bowiem grzechy, które wyniosły takie siły do władzy.
Niechęć, niekiedy wręcz agresja, dużej części Polaków wobec sytemu, elit, polityków – nie wzięła się znikąd. I nie chodzi tylko o niskie dochody, niespełnione aspiracje. Chodzi również o katalog „niematerialnych” grzechów, które w III RP zostały popełnione. Gdyby nie te grzechy, „zielona wyspa”, pieszczoch Europy, lider wzrostu gospodarczego i zagranicznych inwestycji, nie padałaby pod naporem PiS-owskiej rewolucji. Grzechy popełnione przez kierowników III RP powodują, że władza utrzymuje relatywnie wysokie poparcie społeczne. Te grzechy są też lustrem dla nas samych – grzeszników III RP – którzy podążali z nurtem jedynie słusznych prawd objawionych, bez oglądania się na słabszych i bez refleksji nad kondycją kolejnych ekip rządzących. Trzeba uczciwie grzechy przepracować. Wyznaję nasze grzechy:
1. Egoizm
Nie ma „my”, jest tylko „ja”. To grzech pierworodny. Po trosze na egoizmie została ufundowana III Rzeczpospolita. Klasę średnią – dzisiejszych trzydziesto- i czterdziestolatków wychowano w etyce egoistycznej, bez empatii i altruizmu. Wpajano nam, że biedni i bezrobotni są sami sobie winni. Nie uczono o współpracy i równości szans, lecz o konkurencji i wyścigu. Na gruncie zawodowym słowa „służba” czy „etos” budzą uśmiech politowania. Co innego – „konkurencyjność”, „indywidualizm”. Pracy w grupie musimy się dopiero uczyć w zagranicznych korporacjach. To nas znacząco odróżnia od społeczeństw Europy Zachodniej, a zbliża do Amerykanów. Tyle, że Amerykanie od lat – a szczególnie intensywnie od kryzysu – debatują o tym, że Ameryka przestała być krajem „od pucybuta do milionera”, że równość szans jest mityczna, o nierównościach, o najbogatszym jednym procencie. My natomiast przyjęliśmy nierówności z dobrodziejstwem inwentarza transformacji. Od lat wychodzimy z prostych, żeby nie powiedzieć prostackich, założeń, że „jak biedny, to znaczy głupi, albo leniwy”, że „każdy sobie rzepkę skrobie”, „każdy jest kowalem własnego losu” i „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”.
W rezultacie tego egoizmo-indywidualizmu nasze elity polityczne, finansowe, a nawet intelektualne nie chcą ponosić odpowiedzialności za resztę społeczeństwa. Etyka polskiego biznesmena, przedsiębiorcy, pracodawcy jest taka, że dorobiłem się i wara ode mnie państwu z jego podatkami, płacami minimalnymi, kodeksem pracy. Niektórzy widzą w tych postawach protestancką pracowitość, weberowską etykę, ale to bardziej darwinizm społeczny. Wskutek darwinistycznego postrzegania rzeczywistości postawy tradycyjnie pejoratywnie oceniane, np. bezwzględność, arogancja, pycha – są uznawane za cnotę. Dlatego my – klasa średnia, lemingi, korpoludki, przedsiębiorcy, wolne zawody, intelektualiści etc. – nie budujemy społeczeństwa. Jesteśmy bardziej sforą wilków.
To ma przełożenie społeczno-gospodarcze. Nie ma tu miejsca tego przełożenia opisywać, a jedynie można zasygnalizować przykładowo i hasłowo: unikanie opodatkowania (eufemistycznie „optymalizacja”), śmieciówki, przedsiębiorstwa funkcjonujące jak folwark. Społecznym odzwierciedleniem tego jest natomiast podział na beneficjentów i ofiary. Na tych, którym się udało, się wiedzie, których cieszy Unia, Schengen, Mordory, autostrady i tych, dla których Schengen jest obojętne, bo – jak to ujął Jan Sowa – nie mają na bilet do Radomia. Te grupy się nie znoszą, chamsko etykietują, odgradzają od siebie, nawet sobą pogardzają. A pogarda to kolejny grzech.
2. Pogarda
W I RP szlachcic pogardzał chłopem, a pańszczyznę zniósł dopiero zaborca. W II RP „lud” nadal bał się Pana (patrz: Gombrowicz), a Miłosz w „Wyprawie w dwudziestolecie” pisał, że „można nawet porównać stosunek urzędników do obywatela ze stosunkiem szlachty do chłopów pańszczyźnianych”. W III RP mieliśmy mieć klasowo-kastową strukturę społeczną za sobą, a tu proszę – u progu nowej Polski wynaleźliśmy niejakiego homo sovieticusa, czyli człowieka starego typu, człowieka tamtej epoki, dla którego w nowej kapitalistycznej Polsce nie za bardzo znalazło się miejsce. Robotnicy, emeryci, renciści, urzędnicy niskiego szczebla. W opinii elit homo sovieticus był roszczeniowy, podany na populizm, nie rozumiał lub wręcz nie dojrzał do demokracji. Dlatego starsi wykluczeni, a w szczególności potomkowie pogardzanego homo sovieticusa, zwracają się w stronę opcji nacjonalistycznej, która daje poczucie wspólnoty, siły. Andrzej Leder w „Prześnionej rewolucji” pisał: „Dzieci tych robotników, pozbawionych na początku lat 90. znaczenia, pracy i godności, zwracają się ku agresywnemu nacjonalizmowi. Ideologia narodowa czy nawet patriotyczna daje niesłychanie silne, grupowe poczucie wpływu, znaczenia, bycia kimś”. Monika Bobako nazwała ten stan świadomości polskich elit „kulturowym rasizmem”.
Podział na „ciemnogród” i inteligencje, mieszczaństwo, klasę średnią i wreszcie lemingów jest żywy. Elita wypychała pogardzanych w ręce populistów przez całe ćwierćwiecze (Tymiński, Lepper, Giertych, Kaczyński, Korwin-Mikke, Kukiz). O kulturze poniżania pisał prof. Andrzej Szahaj, zwracając uwagę, że poniżanie drugiego stało się normą forsowaną np. w popularnych programach telewizyjnych, bo przecież „upokarzani chcą oglądać innych upokarzanych, aby lepiej znieść swe własne upokorzenie”. Dlatego sukces indywidualny po polsku ma często postać estetycznie krzykliwą i wulgarną oraz manifestującą pogardę dla słabszego – pracownika, gosposi, bezdomnego etc.
I tak w tym naszym polskim piekiełku wciąż wzajemnie sobą pogardzamy, upokarzamy, poniżamy. Stąd popularna jest ocena, że program 500+ „menelstwo” zmarnotrawi, przepije lub przegra na automatach. Opinia o współobywatelach w stylu homo sovieticus jest zatem wciąż aktualna.
Pogardzani wygrali, bo zostało im pokazane, że nie są sobie winni, a winna jest dotychczasowa elita. Ale dawna elita nie wyciąga z tego konstruktywnych wniosków, bo – jak to słusznie zauważył Grzegorz Sroczyński – „polski inteligent zajmuje się nienawidzeniem Kaczyńskiego”.
3. Gnuśność
Trudno wymagać od elit zapału do reformowania państwa, skoro prominentna ich część państwa nie znosi i programowo chce go jak najmniej. O ile bowiem w międzywojniu władze za punkt honoru stawiały sobie zbudowanie silnych instytucji związanych z państwem (np. kolej, poczta), o tyle w III RP postawiliśmy sobie za cel uciec z państwem od możliwie wielu dziedzin życia, a palące problemy społeczne zbywać machnięciem ręki na zasadzie, że w kapitalizmie tak musi być. To gnuśność podszyta regułą, zgodnie z którą albo się nie da, albo nie powinno się, ponieważ interwencje, etatyzm, planowanie (same brzydkie słowa) to relikty komunizmu.
W latach 90. władza miała zapał do zmiany spowodowanej końcem PRL-u (choć na modłę konsensusu waszyngtońskiego – prywatyzacja, deregulacja, liberalizacja – ale jednak), a rządy lewicy na początku XXI wieku stały pod znakiem reform dostosowawczych przed akcesją do UE, to do rangi ideologii gnuśność podniosła dopiero Platforma Obywatelska. Donald Tusk postawił hasło „nie róbmy polityki”, co miało oznaczać, że PO zajmie się administrowaniem, a nie reformami, zmianami prawa, zarządzaniem rzeczywistością. To się ludziom początkowo podobało, bo musieli złapać oddech po preludium IV RP w latach 2005-2007, ale na dłuższą metę okazało się, że Tusk piłował gałąź, na której siedziała jego formacja. Suweren bowiem chce widzieć, że zatrudniani przez niego politycy pracują, uwijają się, działają. Bo politykę trzeba robić, żeby kreować rzeczywistość. Platforma zajęła się przede wszystkim wydawaniem pieniędzy z UE (i dobrze), ale i tutaj szła na skróty, bo 80% środków przeznaczyła na budowanie, co nie musi służyć rozwojowi. Bo – jak pytał retorycznie prof. Kozak – „Czy ściana kogoś kształci? Czy chodnik coś wymyśla?”.
Wbrew obiegowej opinii, w pierwszej perspektywie budżetowej nie inwestowaliśmy w ludzi, miejsca pracy, przedsiębiorczość, bo to jest oczywiście trudniejsze, bardziej skomplikowane niż „wylewanie betonu”. Łatwiej jest wybudować stadion niż ograniczać śmieciówki, na których ludzie na tej budowie są zatrudnieni. Na przykład w Irlandii zdecydowali, że ze środków unijnych tylko 30% wydadzą na infrastrukturę i teraz Irlandczycy są świetnie wynagradzani, bo pracują w nowych technologiach, a nie – jak wielu Polaków – w montowniach sprzętu AGD.
Platforma przegrała z PiS-em pod naporem narracji, że są aroganckimi leniami. Ciepła woda w kranie zaczęła Platformę parzyć. Jeżeli potencjalni następcy PiS-u będą znów „nie robili polityki”, to długo nie porządzą.
4. Pycha
Po 1989 roku władza miała znamiona znośnego elitaryzmu na zasadzie „my wiemy lepiej”. Już wówczas władza mało komunikowała się ze społeczeństwem, ale można przyjąć, że po prostu wzięła odpowiedzialność za transformację. To był nie-pyszny elitaryzm. Ludzie mieli nie przeszkadzać, gdy ojcowie założyciele dokonywali zmiany z socrealizmu na kapitalizm.
Ewa Milewicz zawyrokowała, że „SLD mniej wolno” i rzeczywiście pierwsze rządy lewicy były jakby nieśmiałe, skupione na legitymizowaniu siebie w oczach Polaków i świata, obronie przed atakami prawicy, pisaniu nowej Konstytucji. Później było już tylko gorzej. TKM AWS-u i drugich rządów SLD. A im dłużej jedna ekipa jest przy władzy (dobrze to widać w samorządach), tym bardziej traci społeczny słuch, odwraca się od ludzi, traci kontakt z rzeczywistością. Przekroczenie cienkiej granicy między elitarnością a pychą powoduje utratę poparcia. PiS odebrał władzę PO m.in. dlatego, że ta druga do znudzenia i nieznośnie grała jedną melodię: „Jest super. Więc o co ci chodzi?”. Najpierw Tusk butnie oznajmił, że „nie ma z kim przegrać”, a narcyzm i arogancja polityków PO narastała z roku na rok. Trudne pytania platformersi zbywali przekazami dnia o zielonej wyspie, unijnych miliardach, kilometrach autostrad i – obowiązkowo – zagrożeniu PiS-em. Samozadowolenie władzy raziło i coraz większe rzesze wyborców to mierziło. Apogeum odrealnienia zaprezentował prezydent Komorowski ze swoim „zmień pracę, weź kredyt” i podjętą w jakimś amoku, nazajutrz po pierwszej turze wyborów prezydenckich, decyzją o rozpisaniu referendum w sprawie JOW-ów, tak jakby głosującym na Kukiza chodziło o zmianę ustroju wyborczego, a nie o pokazanie środkowego palca rządzącym. Ludzie bowiem zawsze będą mieli dość pysznej, narcystycznej, aroganckiej i odrealnionej władzy.
5. Niesprawiedliwość
Poczucie niesprawiedliwości bierze się z nierówności, które u nas – choćby nie wiem jak zaklinać rzeczywistość – są na ponadeuropejskim poziomie. Średnie wynagrodzenie brutto wynosi ponad 4500 zł, ale już mediana (poniżej i powyżej mediany znajduje się dokładnie po 50% wyższej i po 50% niższej pensji) to 3291,56 zł brutto, zaś dominanta (najczęściej wypłacane polskie wynagrodzenie) to 2469,47 zł brutto, czyli w okolicy płacy minimalnej. Widać stąd, że ogromna część polskich pracowników (a to przecież bez uwzględnienia tych, co na zleceniu, dziele, samozatrudnieniu, „na czarno”) zarabia poniżej dwóch tysięcy złotych na rękę. Sam fakt wzrostu gospodarczego nie oznacza zatem poprawy warunków życia dla wszystkich. I to rodzi poczucie krzywdy, niesprawiedliwości, frustracje. Polskie społeczeństwo jest coraz bardziej spolaryzowane, a podział jest na tych, którym się udało i tych, którzy się nie załapali na dobrobyt.
Ale nie tylko niskie i rozwarstwione pensje budują u Polaków poczucie niesprawiedliwości. Dlaczego rządzącym uchodzi na sucho zamach na niezależność sądów? Bo – jak mówi profesor Tomasz Koncewicz – polscy sędziowie są mistrzami w tłumaczeniu obywatelom, dlaczego sąd nie może się ich sprawą zająć. Mówi się też, że do sądu nie idzie się po sprawiedliwość, a po wyrok. A jest jeszcze publiczna służba zdrowia, z której coraz rzadziej korzystają zamożni i pracujący w korporacjach objęci pakietami medycznymi w prywatnych przychodniach i szpitalach.
Nic więc dziwnego, że partia ze sprawiedliwością w nazwie musiała wreszcie triumfować. Kaczyński bowiem powtarza jak mantrę, że tylko on może dać sprawiedliwość, że wyrówna krzywdy.
6. Zapomnienie
Po upadku komuny nie zbudowaliśmy żadnej opowieści o Polsce, która byłaby przekonująca dla młodzieży, millenialsów, klasy średniej. Narracji o dumie, postępie, modernizacji, nowoczesności, o Polsce w Europie. Nie stworzyliśmy łączącej nas symboliki (kotyliony i czekoladowy orzeł to jednak za mało). To grzech zapomnienia. Grzech braku polityki tożsamościowo-historycznej. Elity (chyba) wychodziły z założenia, że otwarte granice, Unia, szklane domy w centrum Warszawy, same przemówią i przekonają. Te kwestie położyła centroprawica od Mazowieckiego do Tuska, a także lewica od Kwaśniewskiego do Millera. Brak narracji – nazwijmy to – postępowej i proeuropejskiej spowodowała, że młodzież poszła w kierunku ideologii narodowej, wsobnej, mesjanistycznej. Tak się musiało stać, bo pustkę ideową i mało wyrazisty przekaz – upraszczając – lewicowo-liberalny musiało zastąpić imaginarium przeciwstawne. Imaginarium, które daje młodym poczucie dumy i wspólnotowości, a także wskazuje winnych i wrogów.
Václav Havel powiadał, że aby zrozumieć Czecha, trzeba wsłuchać się w rozmowy w gospodzie. A żeby zrozumieć, co aktualnie w polskim narodzie piszczy, warto czytać, co mówią napisy na murach. A tam: żołnierze wyklęci, NSZ, kotwice Polski Walczącej. Dlaczego nacjonalizm zawłaszczył mury, stadiony, rap z bloków, słowem: umysły wielkiej części młodych? Bo lewica i liberałowie nie dali przestrzeni do budowania wspólnoty, nie opowiedzieli swojej historii, nie pokazali stanowczo powodów do dumy, nie dali też prostych odpowiedzi na pytania dotyczące tożsamości i godności. Natomiast na stadionach młodzi mają poczucie wspólnoty, odzyskują godność, odnajdują odpowiedzi na pytania np. o źródło ich trudności i niepowodzeń. Skoro młodzieży nie stworzyliśmy przestrzeni do kreowania wspólnoty i nie przedstawiliśmy ciekawej opowieści o nas samych, to musieli tę wspólnotę wykreować gdzie indziej. My – lewactwo – tego nie zapewniliśmy, bo jesteśmy wszak pozbawionymi tożsamości i pamięci „workami skórno-mięśniowymi”. Próżnia została wypełniona.
7. Wielkomiejskocentryczność
Zacznę od przykładu. Zainwestowaliśmy krocie w Pendolino, które łączy tylko duże miasta, podczas gdy przez lata zamykaliśmy krótkie, lokalne linie, zmniejszaliśmy tam tabor i ofertę, a w rezultacie pozbawiliśmy wielu mieszkańców mniejszych miejscowości dostępu do kolei. Zupełnie inaczej to wygląda w Europie, w której wprowadzając regularny, cykliczny i dostosowany do potrzeb podróżnych rozkład jazdy, poszerzano sieć połączeń. Pociągi jeżdżą do długich godzin nocnych według powszechnej w Europie zasady, że nie należy likwidować ostatniego połączenia, bo wówczas spadnie ilość pasażerów na wcześniejszych kursach (np. w czeskim Cieszynie ostatnie pociągi w czterech kierunkach odjeżdżają ok. 22:30, a w polskim Cieszynie ostatni pociąg jest po 19:00). Jeszcze w 2000 roku kolej w Polsce przewiozła 361 milionów pasażerów, a w 2014 roku już tylko 269 milionów. W tym samym czasie w Niemczech nastąpił wzrost z 1 miliarda 713 milionów do 2 miliardów 23 milionów. Podczas gdy polska kolej w wyniku kolejnych ograniczeń w ofercie boryka się z bardzo niskimi wynikami przewozowymi, Deutsche Bahn pobija rekordy w ilości przewiezionych pasażerów. Natomiast Czesi poinformowali, że do 2014 roku nieprzerwanie od 2009 roku notowali wzrost ilości pasażerów. Dlaczego o tym piszę? Bo to obrazuje model rozwoju jaki w Polsce obraliśmy. Profesor Szahaj nazwał to zjawisko wielkomiejskocentrycznością.
Z punktu widzenia mieszkańca dużego miasta, które kumuluje biznes (a co za tym idzie miejsca pracy), środki na infrastrukturę (również dlatego, że może zaciągnąć duże kredyty) i ofertę rozrywkowo-kulturalną, Polska wykonuje skok cywilizacyjny. Z perspektywy mniejszych miejscowości ta zmiana nie jest tak oszałamiająca. Brak możliwości zatrudnienia w korporacji (najatrakcyjniejsze zatrudnienie to zazwyczaj etat w urzędzie) powoduje wyludnienie, a co za tym idzie brak oferty kulturalno-rozrywkowej. W przeciwieństwie do metropolii, gminy nie mają dużej zdolności kredytowej, co skutkuje mniejszym zasobem środków unijnych na infrastrukturę. I koło się zamyka. Im więcej inwestycji w regionalnej metropolii, tym więcej do niej ściąga biznesu, za nimi atrakcyjne miejsca pracy, zaś za pracownikami przemysł rozrywki i ośrodki kultury. Już dziś Warszawa jest zamożniejsza niż unijna średnia, podczas gdy pośród 20 najbiedniejszych regionów UE aż 5 jest z Polski (województwa lubelskie, podkarpackie, warmińsko–mazurskie, podlaskie i świętokrzyskie). To model rodem z krajów rozwijających się, gdzie metropolie nieustannie puchną.
Przyjęty przez nas wielkomiejskocentryczny model rozwoju prowadzi do pogłębiania się podziału na metropolie i prowincje. Podział na Polskę A i B jest katastrofalny z punktu widzenia budowy wspólnoty i poczucia sprawiedliwości. Kreowanie i brak przeciwdziałania nierównościom – powiedzmy – geograficznym, to zaniedbanie, które mści się na lewicy i liberałach, co widać po mapie politycznej Polski. Ich zasypywanie to wyzwanie na najbliższe lata.
To nie jest akt oskarżenia pod adresem III RP. Za wiele się udało, żeby poprzestać na samobiczowaniu i powtarzaniu „byliśmy głupi”, „byliśmy głusi”. Za dużo dobrze poszło, żeby chować III RP do grobu, budować nową i pisać pod to nową Konstytucje. Niemniej jednak trzeba rachunku sumienia i wyciągnięcia wniosków z popełnionych grzechów.
Bartłomiej Ciążyński
przez Jarosław Tomasiewicz | piątek 23 czerwca 2017 | opinie
Przy okazji dyskusji na temat „Dlaczego lewica przegrała spór o pamięć i tożsamość” na tegorocznym Festiwalu Nowego Obywatela padło – fundamentalne, przyznajmy – pytanie: po co właściwie o tym dyskutować? Tożsamość to jakoby temat charakterystyczny dla prawicy, lewica zawsze więc będzie na tym polu przegrywać, dlatego lepiej „wybrać przyszłość” i zająć się uniwersalną perspektywiczną emancypacją.
Chyba najpierw należałoby pochylić się nad samym pojęciem „tożsamości” i wyjaśnić sobie, o czym mówimy. Czy rzeczywiście tożsamościowość nie ma nic wspólnego z lewicowością? Wszak zachodnia nowa lewica od dekad uprawia „identity politics” adresowaną do mniejszości rasowych, etnicznych, seksualnych, opartą na gender lub światopoglądzie. Prawdziwy festiwal partykularyzmów! Cała koncepcja multikulturalizmu zasadza się na kategorii tożsamości. Dinozaury reprezentujące starą lewicę od dawna wyrzucają to nowolewicowcom jako odstępstwo od marksistowskiej ortodoksji. Nie utożsamiam się z tą klasistowską orientacją, ale rozumiem ją i szanuję.
Można jednak odnieść wrażenie, że w krytyce tej nie chodzi o tożsamość afroamerykańską, muzułmańską, romską, żydowską, gejowską czy feministyczną, a o jedną, konkretną formę tożsamości: o tożsamość narodową. Zwłaszcza o polską tożsamość narodową. W tym wariancie mamy do czynienia po prostu z ojkofobią w kamuflażu uniwersalizmu: „Nienawidzę was, moi wąsaci sąsiedzi chlejący wódę w oparach grilla, wy seby, janusze i grażyny słuchające disco-polo i chamskich wiców, wy Ferdkowie i Waldkowie Kiepscy w dresach i niemodnych garniturach, i chciałbym żebyście zniknęli sprzed moich oczu! Chciałbym, żeby było nowocześnie, swobodnie, egzotycznie, kolorowo, fajnie, tak jak jest na całym świecie – tylko nie tutaj”.
I do tego pierwotnego odruchu dorabia się wyrafinowaną racjonalizację, teorie o genetycznym skażeniu polactwa „folwarczną mentalnością” etc. Skoro zaś z polaczkami nic pozytywnego nie da się uczynić, to jedynym wyjściem jest rozpuszczenie polskości w europejskości, a finalnie w uniwersalności („polonoliza”, jak pisał Kazimierz Malinowski w „NIErządzie”). Teorie te mają dla swych wyznawców nie tylko tę zaletę, że pozwalają z pogardą traktować ciemną masę, ale dodatkowo ich fatalizm zwalnia od realnej pracy politycznej, uzasadniając uwieszanie się u klamki zagranicznych instytucji.
Ojkofobia nie jest jednak niczym lepszym ani szlachetniejszym od ksenofobii, natomiast na pewno jest mniej racjonalna. Jest nieracjonalna choćby dlatego, że trudno jest pozyskać kogoś, komu na każdym kroku okazuje się pogardę, niechęć, w najlepszym razie irytację. Ludzie nie są głupi. Fałszywą sympatię zresztą też wyczują.
W dodatku nadzieje na rychły zanik narodów, tak żywe w okresie triumfującej globalizacji lat 90., okazały się złudne. Globalizacja, paradoksalnie, doprowadziła do ożywienia nacjonalizmów, postrzeganych jako forma oparcia, jakiegoś zakotwiczenia w chaotycznym świecie. We współczesnej epoce narastających wstrząsów geopolitycznych procesy te będą prawdopodobnie ulegały – już ulegają! – wzmocnieniu. To Sławomir Sierakowski napisał: „Nacjonalizm is not dead. To jedyna ideologia, której udało się przetrwać w czasach postideologicznych. To jedyna idea, którą ludzie odbierają jak niekwestionowaną prawdę. Odwołujący się do nacjonalizmu populiści zyskują poparcie w każdym kraju niezależnie od przyjętego modelu gospodarczego i stanu gospodarki” (choć wnioski z tej konstatacji wyciągnął oczywiście takie same, jak z wcześniejszego przeświadczenia o końcu nacjonalizmu).
Naród stanowi REALNĄ (a nie utopijną) formę solidarności społecznej, która może mieć różne – pozytywne i negatywne – oblicza. W dyskusji na Festiwalu Nowego Obywatela padł argument, że należy się odwoływać do uniwersalistyczno-emancypacyjnego dorobku lewicy, którym jest m.in. dekolonizacja. Zabawne. Sudańscy mahdyści, partyzanci Mau-Mau z Kenii, projapońscy nacjonaliści Sukarno w Indonezji – jako bojownicy uniwersalizmu. Właśnie dekolonizacja dokonana została w imię celów na wskroś partykularnych, narodowych. Jeśli lewica odegrała w niej jakąś rolę, to tam – jak w Wietnamie – gdzie sięgnęła po hasła narodowowyzwoleńcze, gdy odwoływała się akurat do tożsamości.
Tożsamość jest niezbędnym spoiwem każdego społeczeństwa, które nie jest w stanie funkcjonować, jeśli więzi międzyludzkie zostaną zredukowane do nagiej gry interesów. Od tego się nie ucieknie. Otwarte jest tylko pytanie o kształt tej tożsamości – inną jest tożsamość francuska, inną jankeska, inną saudyjska. Natomiast kwestionując samą potrzebę tożsamości, udziela się zarazem odpowiedzi na pytanie, dlaczego lewica przegrała ten spór. Oczywiście odwoływanie się do tradycji i tożsamości nie jest jedynym sposobem na legitymizację własnej pozycji politycznej. Stan polskiej lewicy unaocznia jednak empirycznie, że innych pomysłów na legitymizację ona też nie ma.
dr hab. Jarosław Tomasiewicz
przez Jan Przybylski | niedziela 18 czerwca 2017 | opinie
Polską branżę tłumaczeń tworzy, jeżeli wierzyć danym GUS, około 60 000 podmiotów, osiągających obroty rzędu miliarda złotych. Większość tych podmiotów to jednoosobowe działalności gospodarcze. Funkcjonuje też pewna liczba tłumaczy pracujących na podstawie umów cywilno-prawnych. Lekko zaokrąglając można uznać, że zagadnienie dotyczy około 100 000 osób. Czy to dużo, czy mało, trudno jednoznacznie powiedzieć. Ale dla porównania: w górnictwie pracuje około 150 000 ludzi. Ktoś mógłby się obruszyć na niestosowność zestawienia. Oczywiście, warunki pracy w porównaniu do sztolni (bo już nie w administracji) są zupełnie odmienne, jednak wypada zauważyć, że informacja jest jednym z podstawowych towarów. Ktoś inny mógłby zauważyć, że bez tłumaczy, poza przysięgłymi, świat, w którym przecież wszyscy znają języki, mógłby się doskonale obejść. Zapewne tak, polecam jednak zapoznanie się z instrukcją obsługi skomplikowanej maszynerii, napisaną po angielsku przez Włochów, Japończyków czy Finów. Może się okazać, że czytelnik i autorzy mają cokolwiek inne wyobrażenia języka, w którym biegły jest teoretycznie niemal każdy, i chociaż słowa są jasne, nie chcą za bardzo składać się w zrozumiałą z marszu całość.
Wśród tłumaczy najwięcej jest zapewne lingwistów, dla których jest to zajęcie naturalne. Na podstawie własnych doświadczeń z branży zakładałbym jednak, że nie jest to dominacja przytłaczająca. Próg wejścia jest bowiem bardzo niski. Próbować może każdy, kto rozumie jakiś język obcy i potrafi wypowiadać się prawidłowo we własnym. W praktyce w grupie czynnych translatorów jest np. całkiem wielu naukowców, pracujących w swojej dziedzinie lub niedoszłych, jak niżej podpisany, który trafił do niej po dwóch latach poszukiwania jakiejś ścieżki życiowej wyprowadzającej z bagna, w jakie wpakował się z nieocenioną pomocą promotora pracy doktorskiej, kwitującego faktyczny brak wyników badań radosnym: „To świetnie, panie Jasiu, nie narobimy się przy interpretacji”. Działam w branży od przełomu lat 2005 i 2006, zaliczyłem pracę jako tłumacz stacjonarny, kierownik projektu i freelancer, więc mogę, jak mi się wydaje, pokusić się o postawienie pewnej diagnozy.
Właściwy wywód zacząć trzeba od pewnej polemiki z powszechnie przyjętym zastosowaniem pojęcia „umowy śmieciowe”, odnoszącym się przede wszystkim do umów o dzieło, rozciąganym jednak często na jednoosobowe działalności gospodarcze. Niestety, w tej akurat branży śmieciowe były zawsze umowy o pracę. Kiedy w 2007 r. decydowałem się na rozpoczęcie działalności czysto freelancerskiej, dla tłumacza zatrudnionego w biurze tłumaczeń w dużym mieście nieosiągalnym marzeniem była zazwyczaj pensja wynosząca 2000 złotych na rękę. Jeżeli płacono kwoty tego rzędu, to przez połączenie najniższej pensji krajowej z lipną umową o dzieło. Właściciele biur woleli rozstać się z nawet bardzo dobrym tłumaczem, niż zapłacić mu obiektywnie przecież niewysoką kwotę. Próbując łączyć freelancing z pracą kierownika projektu, zauważyłem szybko, że moje przychody z działalności pozaetatowej znacznie przekraczają to, co płaci mi pracodawca. Decyzja nie była zatem trudna.
Uogólniając nieco, pracując na podstawie umowy o dzieło można było z jednej strony przy rozsądnej wydajności i portfelu klientów zapewniającym ciągłość, z drugiej jednak bez szaleństw takich, jak praca po 16 godzin na dobę 7 dni w tygodniu, bez problemów osiągnąć dochody brutto trzy razy wyższe, niż na etacie, przekładające się z uwagi na korzystne zasady opodatkowania naturalnych w tym przypadku umów o dzieło na jeszcze lepszy stosunek kwot „na rękę”. Nie znaczy to, że właściciele biur są jakimiś bezwzględnymi wyzyskiwaczami. Ich działalność jest obarczona różnymi czynnikami ryzyka, wśród których dominują niestabilność dopływu zleceń i kursów walut. W tej sytuacji w firmie okresy gorączki przeplatają się z takimi, w których sensacją jest przelot muchy. Niemniej jednak fakt pozostaje faktem, a przemysł, jeżeli czymkolwiek się różnił od tej branży, to jeszcze niższymi zarobkami. Efekt był taki, że do biur przychodziło się poterminować, nauczyć zawodu, a następnie wyruszyć na szerokie morza własną łupinką, aby móc łowić całkiem sporo jak na krajowe warunki.
Skoro zatem jest dobrze, to o czym w ogóle mowa? Oczywiście o pieniądzach. Sytuacja jest niestety taka, że przez tych 10 z górą lat stawki nominalnie stoją w zasadzie w miejscu. Skoro inflacja w tym okresie wyniosła niemal 20% – to de facto spadają. Dużo prościej znaleźć nowego, lepiej płacącego klienta, niż wynegocjować coś z aktualnym. Niestety, branża podlega bardzo negatywnej presji cenowej, wynikającej z paru przyczyn.
Pierwszą jest drastyczna nierównowaga podmiotów. Zlecającymi dużo i stale są światowe koncerny, o obrotach rzędu nawet kilkuset miliardów rocznie. Po drugiej stronie stoją biura, których obroty wynoszą pojedyncze miliony złotych oraz tłumacze osiągający w przypadku dobrego prosperowania przychody rzędu stu kilkudziesięciu tysięcy (być może są jakieś gwiazdy, o wybitnej specjalizacji i mające znakomitych klientów, jednak i tak mowa o różnicach procentowych, nie rzędów wielkości). Wielu jednak nie prosperuje dobrze, a średnio, czyli w okolicach średniej krajowej. Po iluś latach trudno zająć się czymś zupełnie innym, a z rady „załóż firmę” już się skorzystało. Klienci jednak wywierają stałą presję na „taniość”, co siłą rzeczy odbija się na jakości. Prawidłowo prowadzony proces tłumaczenia składa się z trzech etapów: tłumaczenie właściwe, korekta merytoryczno-językowa i ostateczne wygładzenie językowe (plus procesy DTP). Angażuje to jednak trzy osoby. Kiedy bezwzględną przewagę ma tańsza oferta, zazwyczaj rezygnuje się z etapu właściwej korekty, odsyłając klientowi surówkę, sprawdzoną pod kątem pisowni, ogólnej spójności i ewentualnej obecności ewidentnych nonsensów. Klienci niestety to aprobują, świadomie nie przydzielając funduszy na korektę czy domagając się tłumaczenia za zredukowaną stawkę, bez korekty. Nazwalibyśmy takich Januszami biznesu, jednak nie chodzi o świeżo wzbogaconych hurtowników skarpetek, słabujących w zakresie kapitału kulturowego, lecz o wspomniane wysokotechnologiczne koncerny obracające wieloma miliardami dolarów.
Normą jest dzielenie projektów między wielu wykonawców, z preferencją najtańszych, co powoduje po jakimś czasie występowanie w pamięciach programów wspomagających tłumaczenie pięciu tłumaczeń danego terminu – niezgodnych z szóstym, zawartym w słownikach. Informowany o tym klient wzrusza ramionami wobec osoby odpowiedzialnej za dany rynek i instruuje „zróbcie tak, żeby było dobrze, ale więcej nie zapłacimy” (casus koncernu o obrotach przekraczających 200 miliardów dolarów).
Swoje zrobiły tu globalizacja i platformy internetowe. Jeszcze przed 10-15 laty zagraniczna firma o ustalonej renomie zwracała się do swojego polskiego odpowiednika. Rewolucja sieciowa sprawiła, że może szukać najtańszego tłumacza bezpośrednio, sondując rynek pod jednym kątem: kto zrobi to za najniższą cenę. Skutek jest taki, że wykonawcy dobrzy (biura stosujące wspomniany kompleksowy proces) są wypierani, a przynajmniej poważnie naciskani przez kiepskich, konkurujących wyłącznie ceną. Trzeba mieć oczywiście świadomość, że rynek polski jest znacznie mniejszy od francuskiego czy niemieckiego i to będzie przekładało się na stawki możliwe do osiągnięcia.
Last but not least – bardzo wiele złego zrobiły instytucje państwowe. Ogromne projekty związane z tłumaczeniem dokumentów UE czy NATO, miast być błogosławieństwem dla rynku, stały się jego przekleństwem. Powód był jeden i został już wspomniany: cena jako zasadnicze kryterium wyboru. Wśród tłumaczy krążyły, niebędące niestety legendami, opowieści o biurach, które wygrywały przetargi dotyczące dokumentów unijnych. W stanie rzeczy, w którym przyzwoita cena tłumaczenia wynosiła 30 zł brutto za stronę, a bardzo słaba – 20 złotych, docierały informacje o oferowanych przez zwycięzców stawkach rzędu 14 złotych. Biuro mogło sobie to odbić wielkością zlecenia, jednak ktoś te tłumaczenia wykonywał. Pytanie tylko: jak… Praktyka ta niestety nie odeszła w przeszłość. W zeszłym roku złożono mi propozycję udziału w projekcie dotyczącym tłumaczenia bardzo specjalistycznego tekstu, stworzonego przez kluczową instytucję ponadnarodową, zlecaną na mocy wiążących zobowiązań przez bardzo ważny organ krajowy. Stawka była o 20% niższa od zwykłej, według pożądanych standardów już niedostatecznej. Biuro przy tym twierdziło (i nie ma powodu, aby mu nie wierzyć), że samo na tym praktycznie nic nie zarabia, nie są ponadto przydzielone środki na korektę. Jedyną wartością dodaną tego zlecenia był prestiż…
Mamy zatem sytuację, w którym wszyscy się męczą. Biura narzekają. Według ankiety Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, w pełni zadowolone ze stawek są zaledwie 4% respondentów, zdecydowanie niezadowolonych mamy 22%, raczej niezadowolonych – 39%. Tłumaczenia książek zawsze były uznawane za słabo płatne, ale można bez wielkiego ryzyka założyć, że wśród przekładających inne teksty sytuacja nie będzie lepsza. Oczywiście wciąż mowa o (co najmniej) perspektywach zarobków zupełnie nieporównywalnych z polską przeciętną, jednak jest o nie coraz trudniej.
Cechą konstytutywną branży jest przy tym praktyczny brak zorganizowania. Rozmaite ciała co prawda istnieją, jednak z powodu zdecydowanej mniejszościowości mają charakter cokolwiek dekoracyjny i trudno usłyszeć ich głos. A jeżeli dobywa się on, dotyczy spraw biur tłumaczeń, jak niedawno w kwestii protestu wobec hurtowego kwestionowania przez ZUS, na wydumanych podstawach prawnych, umów o dzieło (powtórzę na wszelki wypadek, żeby nie zostać źle zrozumianym: abstrahując od np. dyskusji dotyczącej opodatkowania czy obciążenia składkami ZUS, sama forma umowy cywilno-prawnej jest w przypadku tej branży naturalna i nie krzywdzi pracobiorcy, więc akurat tu spełnia zadanie, dla którego została powołana). W tej sytuacji mamy do czynienia ze zderzeniem pojedynczego biura czy tłumacza z megakorporacją, w której pierwsza strona nie ma żadnych szans. I zamiast rynku klienta występuje jego tyrania. Powszechne zrzeszenie do jakiegoś stopnia wyrównywałoby szanse – w końcu klient nie za bardzo ma możliwość przeniesienia realizacji tych akurat zleceń do np. Laosu, bo w Polsce jest „za drogo”. W sytuacji zupełnego rozbicia tracą jednak wszyscy wykonawcy.
Być może istnieje jakieś dno, od którego branża się odbije – bo gdzieś jest granica niskiej jakości z jednej, a opłacalności nawet dla koprobiur, jak się je wdzięcznie nazywa, z drugiej. Może zadziała zasadnicze ograniczenie zakresu stosowalności umów o dzieło, a pośrednio rządowe programy, takie jak minimalne stawki godzinowe. Zasadniczy problem jednak pozostanie nierozwiązany. Presja będzie trwała, uzupełniana o nowe czynniki.
Jednym z nich są silnie promowane przez klientów tłumaczenia maszynowe. Zapewne jest to ciekawa i w jakimś zakresie perspektywiczna technika, jednak w realiach branży z uwagi na różnice strukturalne między językiem polskim a zachodnioeuropejskimi, przybiera postać: „Masz tu napisane, co mniej więcej znaczy tekst, zrób z tego prawidłową polszczyznę. Za pół ceny zwykłego tłumaczenia”. Wśród tego „mniej więcej” przeważa bezwartościowy bełkot, w którym terminy inżynieryjne są tłumaczone na spożywcze, a zamiast mocować się z chaotycznym ciągiem wyrazów, przypominającym majaczenie w malignie, lepiej i szybciej pominąć go zupełnie, tłumacząc od zera. Ale klient przecież dał nam w wianie coś, co wycenia na połowę wartości…
Zakładając realistycznie, że spontaniczne zrzeszenie pracowników branży raczej nie nastąpi (trudno tego oczekiwać, skoro więdną i znikają nawet kanały komunikacji, jakimi jeszcze niedawno były branżowe fora), można zastanawiać się nad możliwością odgórnego wypromowania go. Z uwagi na własną historię zawodową byłbym pierwszym protestującym przeciwko jakiemuś zamykaniu całej branży czy wysokim progom wejściowym na wzór tłumaczy przysięgłych, bo to zapewne spowodowałoby niesłuszne uprzywilejowanie lingwistów, którzy, pomijając wszystko inne, mogą być bardzo złymi tłumaczami technicznymi, medycznymi czy naukowymi, mając mizerne pojęcie o specyfice zagadnień. Ale już narzucenie wszystkim mającym odpowiedni wpis do KRS-u rozsądnie skalkulowanych stawek minimalnych po prostu pomogłoby wszystkim. Rzecz jasna, instytucje państwowe musiałyby zacząć rachunek sumienia i naprawę od siebie oraz oferowanych przez siebie warunków. A morał jest taki: niezrzeszeni i niezorganizowani nie mają racji i są na rynku miażdżeni bez litości.
dr Jan Przybylski
przez Piotr Mirocha | poniedziałek 12 czerwca 2017 | opinie
Kto wiedział, jak się nazywał urzędujący prezydent Austrii? Do niedawna nikt. Kto wiedział, co się dzieje w tym kraju, oprócz noworocznego koncertu filharmoników, imprezy skądinąd arcykonserwatywnej? Od paru lat nikt. Dopiero trwające ponad pół roku wybory prezydenckie w 2016 r. przypomniały, że Austria jest czymś więcej niż najstabilniejszym przyczółkiem Zachodu, służącym wschodnim Europejczykom do zarabiania euro. Tymczasem na październik rozpisano już przyspieszone wybory parlamentarne.
Przypomnieliśmy sobie o istnieniu tego kraju, gdy dzienniki doniosły o wynikach pierwszej tury prezydenckiej elekcji – wygrał ją kandydat skrajnej prawicy. Był to Norbert Hofer, kandydat partii FPÖ, która w późnych latach 90. zasłynęła nagonką na mniejszość słoweńską, a dziś zdobywa poparcie obiecując osiągnięcia austriackiego państwa socjalnego, ale tylko dla „prawdziwych Austriaków”. Fakt, że ograniczenia dostępu do mieszkalnictwa czy opieki zdrowotnej oznaczają w istocie zniesienie tych świadczeń, nie odstręcza sporej grupy wyborców – zwłaszcza ludności z prowincji, która z wielu tych udogodnień i tak nie korzysta.
Drugie miejsce zajął kandydat Zielonych, Alexander van der Bellen, który po niezwykle długiej kampanii wyborczej został w grudniu 2016 r. prezydentem republiki. Kandydaci tradycyjnych partii Wielkiej Koalicji – socjaldemokratów (SPÖ) i chadeków (ÖVP) – nie mieli szans. Tymczasem Austria była dotąd urządzona jako państwo partyjne, w którym liczne instytucje są zdublowane (istnieje np. Czerwony Krzyż sympatyzujący z socjaldemokratami i osobny, bliski chadekom; podobnie jest z klubami sportowymi czy organizacjami turystycznymi), a jeszcze więcej z nich jest tradycyjnie związanych z jedną z dwóch wielkich partii – centrala związkowa czy koleje są więc tradycyjnie „czerwone”, a izba przemysłowo-gospodarcza – „czarna”.
Nietrudno sobie wyobrazić, że wyjście z czarno-socjaldemokratycznego klinczu nie musi być koniecznie skrajnie prawicowe i ksenofobiczne. Dojrzewanie ruchów społecznych często musi potrwać sporo czasu, ale w czerwcu ubiegłego roku z inicjatywy pluralistycznego lewicowego bloga Mosaik zorganizowano konferencję nowej inicjatywy. Ruch nazwano Aufbruch – co znaczy po niemiecku przełom albo wymarsz. Na konferencji organizacyjnej obecne było ponad 1000 osób, najwięcej na tego rodzaju wydarzeniu austriackiej lewicy społecznej od dziesięcioleci.
Były więc Socjalistyczna Młodzież Austrii, młodzieżówka socjaldemokratów, Młodzi Zieloni – podobnie niezbyt zadowoleni z polityki „dorosłej” partii, były organizacje kobiece, inicjatywy przeciwko ACTA, umiarkowani trockiści z Socjalistycznej Partii Lewicy i przedstawiciele największych związków zawodowych. Aufbruch z jednej strony nie zorganizowało się w formalną strukturę partyjną, z drugiej zaś przeprowadziło szereg protestów pracowniczych (m.in. w wielkiej sieci drogerii Müller), spotkania organizacyjne również w mniejszych miejscowościach kraju czy blokadę budowy szkodliwej dla środowiska elektrowni wodnej na rzece Murze. Są więc duże szanse na przezwyciężenie pułapek sfragmentaryzowanej polityki Nowej Lewicy odziedziczonych po 1968 r. i na stworzenie na nowo ruchu na rzecz emancypacji każdego.
Wydaje się, że utrzymanie entuzjazmu z pierwszych miesięcy ruchu – bardzo podobnego do atmosfery kongresu założycielskiego polskiej Partii Razem – może być trudne bez formalizacji działania organizacji. To zaś wymaga pilnej odpowiedzi na pytania o jej stosunek do istniejących formacji politycznych, których członkowie znaleźli w Aufbruchu. Nadzieja jednak znów się pojawiła.
Pewne alternatywy dla duopolu zużytych chadeków i socjaldemokratów i dla agresywnej prawicy FPÖ istnieją też w polityce samorządowej. Dużą rolę we władzach Wiednia odgrywają Zieloni – w praktyce jednak największe poparcie uzyskują w zgentryfikowanych dzielnicach śródmiejskich i reprezentują głównie interesy nowego mieszczaństwa. Stąd też wiele miejsca w ich dyskursie zajmują kwestie ekologicznego transportu, ale już w zakresie coraz mniej aktywnej polityki mieszkaniowej samorządu słychać głównie deklaracje dobrej woli, nie zaś chęć zupełnej zmiany warunków gry. Jednak w ramach bronienia interesów nowego mieszczaństwa Zieloni są w stanie pójść nawet na sojusz ze skrajną prawicą i podjąć brutalne policyjne akcje przeciwko migrantom, jeżeli tylko prowadzą nieszkodliwy skądinąd handel marihuaną, ale – zbyt blisko zamożniejszych dzielnic.
Drugą siłą w samorządzie drugiego co do wielkości miasta Austrii, Grazu, jest po tegorocznych wyborach Komunistyczna Partia Austrii. Odważną reprezentacją interesów eksmitowanych lokatorów i pracowników – porównywalną do działalności Piotra Ikonowicza i Ruchu Sprawiedliwości Społecznej – utrzymują od lat swoją pozycję. Jednak ich siła opiera się głównie na kilku charyzmatycznych postaciach, takich jak Elke Kahr. Widać więc ograniczenia ruchów lewicowych i alternatywnych na poziomie samorządowym.
Jeżeli kryzys może być szansą, to pojawiła się ona dla działaczy wywodzących się z Młodych Zielonych. Z jednej strony góry partyjne pogrążyły się w Realpolitik, okraszonej transformacją energetyczną. Z drugiej strony, wola młodych do konsekwentniejszego wyrażania pomysłów na zmianę reguł gry tłumiona była przez konieczność podejmowania decyzji jednogłośnie w stowarzyszonym zrzeszeniu studenckim GRAS.
W październiku 2016 r. stworzono alternatywne zrzeszenie, Zielonych Studentów i Studentek (Grüne Studierende), decydujące demokratyczną większością, o mocno socjalnej agendzie. Zimą 2017 r. doszło do konfliktu z górami partyjnymi, które nie zgadzały się na istnienie dwóch równoległych organizacji studenckich. Konflikt eskalował: przewodnicząca Młodych Zielonych Flora Petrik poparła istnienie obu organizacji, a w odpowiedzi szefowa klubu parlamentarnego Zielonych Eva Glavischnig doprowadziła do wydalenia całej młodzieżówki en bloc. Kiedy można oczekiwać rezultatów sporu? W Polsce Młodym Socjalistom stworzenie Razem zajęło dziesięć lat. Z drugiej strony, szansą mogłoby być nadanie nowego pędu Aufbruchowi przez młodych ludzi wyrzuconych z Zielonych.
Wyzwania czasów są jednak coraz większe. Chadecy z ÖVP przyjmują kurs coraz bardziej zbliżony do faszyzującej prawicy FPÖ, a z drugiej strony bardziej akceptowalny dla części społeczeństwa, bo reprezentowany przez chadeków i ich nowego lidera, Christiana Kurza, jeszcze młodszego i jeszcze przystojniejszego mężczyznę niż Norbert Hofer. Zapowiedziane na jesień 2017 r. wybory parlamentarne mogą przynieść nową koalicję. Nowy lider chadeków neoliberalne dogmaty o nieuniknionej konkurencji i erozji prawa pracy miesza bowiem z mruganiem okiem do antyemancypacyjnych poglądów Kościoła Katolickiego i, przede wszystkim, do jadowicie ksenofobicznych uogólnień ruchów faszyzujących.
Nie można ukrywać, że takie postawy znajdują pewne poparcie, a dawne robotnicze twierdze Czerwonego Wiednia zaczynają skłaniać się ku skrajnej prawicy. Z jednej strony 24% mieszkańców Wiednia pozbawiona jest obywatelstwa i związanych z nimi przywilejów. Z drugiej, ubywa dóbr wspólnych i świadczeń (czyli: środków na mieszkania, emerytury, szkolnictwo) powiązanych z obywatelstwem.
Dla osób z „obywatelstwem korporacyjnym”, multipassem i abonamentem na Luxmed, nawet jeśli nie bardzo zamożnych, taki problem jest abstrakcyjny. U tych, których jedyne obywatelstwo to obywatelstwo austriackie, powstaje wrażenie, że kołdra jest za krótka. Kwestią przyszłości ruchów emancypacyjnych jest to, czy zdołają one zaproponować konkretne rozwiązania przejściowe i przekonujące postulaty.
Kluczowe wydaje się przekonanie wyzyskiwanej większości, że nie jest to bynajmniej pościelowa kwestia krótkiej kołdry, że idzie o coś więcej niż interwencje socjalne na rzecz wykluczonych mniejszości: o emancypację różnorodnej, ale nieuprzywilejowanej większości. W tym celu jednak zarówno w Austrii, jak i w Polsce potrzeba ruchu politycznego, który zakwestionuje reguły dotychczasowej polityki.
przez Tomasz S. Markiewka | wtorek 30 maja 2017 | opinie
Noam Chomsky jest uznawany za jednego z najsłynniejszych intelektualistów na świecie – częściowo z powodu swoich dokonań językoznawczych, ale sławę zawdzięcza przede wszystkim komentarzom politycznym. W Polsce pisze się jednak o nim zastanawiająco mało. Gdy zaś już ktoś o nim wspomina, to często w negatywnym kontekście.
Jednym z niewielu tekstów w polskiej prasie poświęconych w całości Chomsky’emu jest artykuł Macieja Nowickiego o wymownym tytule „Najgłupszy intelektualista na świecie”. Ta opublikowana blisko dekadę temu mowa oskarżycielska przeciw amerykańskiemu badaczowi kończy się bezlitosnym wyrokiem: Richard Posner w swojej książce o public intellectuals twierdzi, że naukowiec, który osiągnął sukces w swojej dziedzinie, może użyć tego autorytetu, by pouczać ludzi w sprawach, w których jest absolutnym kretynem – pisze Nowicki. – Nie istnieje lepszy przykład tego fenomenu niż Noam Chomsky.

Większość przeciwników Chomsky’ego nie potrafi mu wybaczyć radykalnej krytyki Stanów Zjednoczonych, która – ich zdaniem – prowadzi często do wybielania wrogów USA. Negatywny stosunek do Ameryki jest też zapewne jednym z powodów, dla których o autorze wydanej niedawno książki „Who Rules the World?” pisze się u nas tak mało. Stany Zjednoczone są w Polsce wciąż uznawane za wzór do naśladowania. Owszem, czasem prawicowi politycy i publicyści popsioczą na prezydenta z Partii Demokratycznej, a liberałowie na prezydenta z Partii Republikańskiej, ale ogólny konsensus jest taki, że Ameryka jest w porządku. Kiedy proponuje – bezpośrednio bądź za pośrednictwem kontrolowanych przez siebie instytucji, takich jak Światowa Organizacja Handlu – deregulację gospodarki, to ją deregulujemy. Kiedy zaprasza nas do pójścia na wojnę, to idziemy, nawet jeśli ta toczy się w kraju, który niczym nam nie zawinił. Kiedy chce wybudować u nas tajne więzienia z pogwałceniem prawa międzynarodowego, to nasi politycy wznoszą się ponad podziałami i nie mają z tym większego problemu.
Chomsky natomiast jest bezlitośnie krytyczny zarówno wobec rządu amerykańskiego, jak i świata biznesu skupionego wokół Wall Street, niezależnie od tego, czy w Białym Domu zasiadają Bush, Obama czy Trump. Aby zrozumieć, skąd bierze się tak negatywny stosunek twórcy gramatyki generatywnej do, było nie było, własnego kraju, trzeba najpierw pojąć, jakie obowiązki jego zdaniem spoczywają na intelektualistach. Właśnie na to pytanie odpowiada Chomsky w eseju otwierającym „Who Rules the World?”. Jego zdaniem intelektualiści dzielą się na dwie grupy. Z jednej strony są ci, którzy patrzą własnej władzy na ręce i konsekwentnie krytykują jej błędy oraz występki. Z drugiej, ci, którzy biorą stronę rządzących i oskarżają o brak patriotyzmu każdego, kto odważy się ich skrytykować. Nietrudno odgadnąć, w której grupie widzi siebie Chomsky. Amerykański badacz uważa, że jego obowiązkiem jest krytykowanie władzy własnego kraju, tak jak obowiązkiem intelektualisty francuskiego jest krytykowanie władzy francuskiej, a polskiego – polskiej. Ostatecznie w większości przypadków polski czy amerykański intelektualista mają większy wpływ na postępowanie, odpowiednio, władzy polskiej oraz amerykańskiej, niż na to, co robią Rosjanie, Irańczycy lub Chińczycy. W przypadku USA postawa krytyczna jest szczególnie pożądana, ponieważ jest to kraj o potężnych wpływach: politycznych, militarnych, kulturowych oraz ekonomicznych. Gdy Ameryka robi coś źle, negatywne konsekwencje odczuwa cały świat.
Chomsky zauważa, że nasza postawa wobec intelektualistów krytycznych zawiera sporą dawkę hipokryzji. Krytyków z obcych państw – szczególnie, gdy uważamy je za wrogie – traktujemy zupełnie inaczej niż krytyków we własnym kraju. Jeśli na przykład jakiś intelektualista rosyjski ostro skrytykuje Putina, jest określany w Stanach Zjednoczonych (i większości krajów zachodnich) mianem „odważnego”, „bezkompromisowego”, „uczciwego” i „moralnego”. Gdy jednak równie mocnej krytyki wobec własnego państwa dokona intelektualista amerykański, zostanie nazwy „zdrajcą”, „wariatem”, „anty-Amerykaninem” czy też „ideologiem”. Choć lubimy wypowiadać się na temat tego, co jest etycznie słuszne, a co jest złe, to w rzeczywistości głównym podziałem, jaki stosujemy, jest rozróżnienie na „naszych” oraz „nie-naszych” – powiada Chomsky. Nie-nasi intelektualiści krytykujący nie-nasze kraje są bohaterami, natomiast nasi intelektualiści krytykujący nasz kraj są kretynami.
Wątek podwójnych standardów przewija się w esejach Chomsky’ego nieustannie. Autor „Who Rules the World?” proponuje na przykład prosty eksperyment myślowy. Co by się stało, gdyby Niemcy nazwali swój najnowszy samolot wojskowy lub rodzaj bomby „Żydem” bądź „Cyganem”? Opinia publiczna, jak najbardziej słusznie, uznałaby to z pewnością za ponury żart i natychmiast zażądała zmiany nazewnictwa. Jednak dokładnie tego rodzaju obraźliwych i niesmacznych nazw używają bez większych konsekwencji Amerykanie. Misję zabójstwa Osamy Bin Ladena amerykańskie władze militarne określiły mianem „Geronimo”, od przydomka słynnego wodza indiańskiego. Wzbudziło to protesty wśród rdzennej ludności Stanów Zjednoczonych, ale większa część opinii publicznej oraz polityków nie wydawała się tym zaniepokojona. Wszak jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że amerykańskie nazewnictwo militarne odwołuje się do kultury indiańskiej. Nazwy takie jak „Apache” czy „Black Hawk” są dobrze znane także w Polsce. Jak sugeruje Chomsky, najwyraźniej rdzenni mieszkańcy USA wymordowani masowo przez białych imigrantów nie są wystarczająco „nasi”, aby przejmować się takimi rzeczami i uważać je za niestosowne.
W podobny sposób krytykuje Chomsky „wojnę z terroryzmem”. Amerykańskie władze – a za nimi duża część zachodniej opinii publicznej – lubią przedstawiać swoje działania jako walkę na rzecz szerzenia demokracji i wolności. Problem polega na tym, że to umiłowanie demokratycznych rządów jest wybiórcze. Istnieje przytłaczająca liczba dowodów, że demokracja jest wspierana tylko o tyle, o ile pasuje do społecznych i ekonomicznych celów władz amerykańskich oraz ich sprzymierzeńców – pisze Chomsky. W czasie Zimnej Wojny Stany Zjednoczone nie wydawały się zbytnio przejmować tym, czy dany kraj jest demokratyczny. O wiele ważniejsze było, po której stronie konfliktu amerykańsko-radzieckiego stały jego władze. Idealnym przykładem jest postępowanie Amerykanów wobec Wietnamu czy Kuby. Podobnie mają się obecnie sprawy z Bliskim Wschodem. Chomsky w kilku esejach powraca do sondażu przeprowadzonego wśród mieszkańców tego regionu. Okazuje się, że za największe zagrożenie uważają oni USA i gdyby mieli wybór, wypędziliby Amerykanów jak najdalej od swoich krajów. Czemu trudno się dziwić, zważywszy na liczbę ofiar cywilnych, za które odpowiedzialność ponoszą Stany Zjednoczone, oraz przejawianą od wielu lat skłonność USA do wspierania usłużnych im dyktatorów. Słuchanie opinii obywateli Egiptu, Tunezji czy Iraku nie wydaje się jednak wchodzić w obręb amerykańskiej misji szerzenia demokracji.
Chomsky zarzuca też władzom swojego kraju całkowitą nieskuteczność w walce z terroryzmem. Nieskuteczność, która wynika jego zdaniem z przyjęcia najbardziej prymitywnych form walki – inwazji wojskowej, tortur oraz powszechnej inwigilacji. Amerykański badacz przypomina o tym, że jednym z celów Bin Ladena, o którym ten otwarcie mówił, było wciągnięcie Stanów Zjednoczonych w długotrwałe i pochłaniające ogromne środki finansowe zmagania militarne. Koszty prowadzonych przez Busha-Obamę wojen w Iraku oraz Afganistanie są obecnie szacowane na 4,4 biliona dolarów – podaje Chomsky, nazywając to przy okazji „wielkim zwycięstwem” byłego przywódcy Al-Kaidy. W dodatku postępowanie władz amerykańskich doprowadziło do dalszej destabilizacji regionu i najprawdopodobniej zwiększyło liczbę osób chętnych do wspierania organizacji terrorystycznych.
Kolejnym celem krytyki Chomsky’ego jest amerykańska polityka gospodarcza. Deregulacja gospodarki, obniżanie podatków najbogatszym, narzucanie innym krajom rozwiązań korzystnych dla USA (czy, dokładniej, dla niewielkiego odsetka mieszkańców tego kraju) – to lista najważniejszych grzechów przedstawiona przez autora „Who Rules the World?”. Chomsky wskazuje na problemy, o których pisze dzisiaj większość znanych ekonomistów, od Paula Krugmana po Thomasa Piketty’ego. Realne dochody klasy średniej stoją w miejscu od mniej więcej lat 80. XX wieku. Z kolei dochody oraz majątki najbogatszych systematycznie rosną. Na domiar złego system polityczny USA coraz bardziej działa na zasadzie „jeden dolar, jeden głos”, zamiast „jedna osoba, jeden głos”. Tworzy to rodzaj błędnego koła. Jak klasy niższe i średnie mają zmienić politykę na swoją korzyść, skoro nie posiadają niezbędnych środków, aby konkurować z milionerami, których stać na własne media, finansowanie kampanii wyborczych czy przeznaczanie ogromnych środków na cele lobbystyczne? Dla Chomsky’ego jest to kolejny dowód na to, że umiłowanie demokracji wśród amerykańskich elit istnieje jedynie w sferze retoryki.
Co gorsza, Stany Zjednoczone ze względu na swoje wpływy są w stanie narzucać tego rodzaju niszczące rozwiązania także innym krajom. Dzieje się tak między innymi za pośrednictwem międzynarodowych traktatów handlowych. Komentując jeden z nich – porozumienie NAFTA podpisane przez USA, Meksyk i Kanadę – Chomsky stwierdza, że jest to rzadki przypadek umowy, która potrafiła pogorszyć warunki ludzi pracy we wszystkich trzech krajach, jakie ją podpisały. Trudno w tym kontekście nie pomyśleć, z jakim entuzjazmem polskie elity polityczne oraz spora część mediów wypowiadały się na temat TTIP oraz CETA – analogicznych traktatów między Unią Europejską oraz Stanami Zjednoczonymi (TTIP) i Kanadą (CETA). Kolejny przykład na to, jak wielka jest siła perswazji amerykańskiej władzy polityczno-biznesowej.
Jak widać, Chomsky stawia najcięższe zarzuty ludziom rządzącym Ameryką. Nie chodzi tylko o to, że wylicza on wszystkie grzechy USA z ostatnich kilkudziesięciu, a nawet kilkuset lat. Chomsky nie omieszkuje też podsumowywać swoich wyliczeń ostrymi sformułowaniami. Na przykład nazwa Partię Republikańską „najgroźniejszą organizacją na świecie”. Na pierwszy rzut oka to oskarżenie może się wydawać mocno na wyrost, ale Chomsky ma nienajgorsze argumenty. Republikanie od wielu lat aktywnie wspierają idee, których negatywne konsekwencje odczuwają miliony, a w jednym przypadku potencjalnie nawet miliardy ludzi. Są gorącymi zwolennikami agresywnej polityki zagranicznej, w tym z użyciem sił wojskowych. Jej efektem jest zatrważająca liczba ofiar, w tym cywilnych, oraz postępująca destabilizacja wielu rejonów świata. Popierają rozwiązania gospodarcze, które – o czym mówi głośno coraz więcej ludzi – dla garstki osób oznaczają ogromne bogactwo, a dla przytłaczającej większości biedę lub, w najlepszym wypadku, umiarkowane powodzenie. Hamują równouprawnienie grup dyskryminowanych: kobiet, społeczności LGBT oraz mniejszości etnicznych. W dodatku od kilkudziesięciu lat zawzięcie zwalczają większość prób przeciwdziałania zmianom klimatycznym. Republikanie nie szczędzą środków – zarówno finansowych, jak i retorycznych – aby blokować wszelkie ambitniejsze projekty walki z globalnym ociepleniem. Za ten błąd możemy zapłacić wszyscy.
Chomsky ma więc mocne argumenty nawet na poparcie swoich najbardziej radykalnych tez. Nie oznacza to, że niczego nie można mu zarzucić. Niekiedy amerykański intelektualista niebezpiecznie balansuje na granicy między „skupianiem się na błędach naszych” (co jest zrozumiałym podejściem) a „nazbyt łatwym usprawiedliwianiem bądź przymykaniem oczu na błędy nie-naszych” (co budzi już poważne wątpliwości moralne). Przy czym trudno mu zarzucić jednoznaczne przekroczenie tej cienkiej linii. Na przykład, wbrew temu, co twierdzi wspomniany na początku Nowicki, Chomsky nie wychwalał Pol Pota i nie negował jego zbrodni. Niemniej jego komentarze w tej sprawie, szczególnie początkowo, zbyt mocno upraszczały sprawę, skupiając się przede wszystkim na błędach Amerykanów.
W przypadku „Who Rules the World?” podobne wątpliwości budzą fragmenty, w których Chomsky wspomina o konflikcie na Ukrainie. I znowu, trudno nie przyznać mu racji, gdy pisze, że zaniepokojenie, jakie wyraża Rosja w odpowiedzi na perspektywę włączenia Ukrainy do NATO, jest z politycznego punktu widzenia zrozumiałe. Gdyby Meksyk albo Kanada chciały wstąpić do sojuszu wojskowego nadzorowanego przez Rosję, Amerykanie też nie byliby raczej zachwyceni i próbowaliby temu zapobiec – zauważa Chomsky. Problem polega na tym, że amerykański badacz zapomina w tym wszystkim o… samych Ukraińcach i ich tragedii. Kiedy pisze o interwencjach USA na Bliskim Wschodzie albo w Ameryce Łacińskiej, bardzo słusznie podkreśla perspektywę Irakijczyków, Kubańczyków czy Panamczyków. Nie uwzględnia jej jednak, gdy wspomina o Ukrainie – nagle kraj ten staje się tylko kartą przetargową w relacjach między USA a Rosją. Oczywiście, Chomsky mógłby się tłumaczyć, że jego uwagi nie wynikają z lekceważenia problemów samych Ukraińców i Ukrainek, ale z konsekwentnego stosowania strategii „ujawniania podwójnych standardów”. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że autor „Who Rules the World?” sam wpada w pułapki amerykanocentryzmu. Tak jak wielu jego rodaków, gdy mówi o Europie Środkowej i Wschodniej, ma kłopoty z dostrzeżeniem czegokolwiek mniejszego niż Rosja lub ewentualnie Unia Europejska.
Trudno zatem uznać Chomsky’ego za nieomylny wzór cnót moralnych, choć amerykański badacz brzmi czasem tak, jakby próbował się na kogoś takiego wystylizować. Nie zmienia to jednak faktu, że mówi rzeczy warte wysłuchania i przemyślenia. Na szczęście nie mamy w Polsce problemu ze zbytnio idealistycznym podejściem do Rosji. Dlatego naiwności oraz przeoczenia Chomskiego, gdy idzie o Europę Wschodnią, nie stanowią dla nas większego zagrożenia – jesteśmy je w stanie szybko wyłapać. Kłopoty, z jakimi zmagamy się w naszym kraju, polegają raczej na pochopnym przejmowaniu lęków i uproszczeń pielęgnowanych przez elity Stanów Zjednoczonych oraz ich sprzymierzeńców. Najdobitniej świadczy o tym stosunek dużej części polskich polityków i opinii publicznej do krajów arabskich. Jest on niestety skażony perspektywą dobrzy-my versus źli-oni, ewentualnie oświeceni-my versus zacofani-biedni-oni, w której brakuje miejsca na subtelności w ocenie sytuacji. Chomsky stanowi dobrą odtrutkę dla tej jednoznacznej wizji świata. Dlatego byłoby dobrze, gdyby jego poglądy stały się w Polsce szerzej znane.
dr Tomasz Markiewka
przez Karol Trammer | środa 24 maja 2017 | opinie
Dokąd popłyną fundusze unijne, których nie zdoła wydać kolej?
Gdy wiceminister rozwoju Witold Słowik udzielał na przełomie lutego i marca 2017 r. wywiadu miesięcznikowi „Rynek Kolejowy” na temat szans na pełne wykorzystanie funduszy unijnych na infrastrukturę kolejową w ramach unijnej perspektywy finansowej na lata 2014-2020, uciekał się do zaklęć: – Żeby coś w ogóle mogło się udać, trzeba wierzyć, że jest to możliwe.
W Ministerstwie Rozwoju wiara w kolej topnieje jednak z miesiąca na miesiąc. W połowie kwietnia 2017 r. wiceminister Jerzy Kwieciński – najważniejszy w rządzie człowiek od programów unijnych – ujawnił podczas konferencji prasowej, że coraz poważniej myśli się o planie awaryjnym, zakładającym przesunięcie na inne przedsięwzięcia części funduszy zarezerwowanych na modernizację linii kolejowych.
Nie ma szans
Kwieciński o konieczności stworzenia planu B przekonał się po sprawdzeniu skuteczności wykorzystywania funduszy przez odpowiadającą za modernizację sieci kolejowej spółkę PKP Polskie Linie Kolejowe: – Mam małą wiarę, że wszystko pójdzie dobrze. Z takim tempem nie ma szans na to, że wykorzystamy wszystkie pieniądze. Zwłaszcza że wiele prac zostało zaplanowanych na ostatnie lata perspektywy, a doświadczenie z poprzednich lat jest takie, że żadnego z projektów nie udaje się ukończyć w terminie.
Nieuchronnie nadciągającym problemom w wykorzystaniu całości funduszy zarezerwowanych na infrastrukturę kolejową coraz baczniej przygląda się Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej. Resort ten powstał w listopadzie 2015 r. po wyborach wygranych przez Prawo i Sprawiedliwość. Szefem ministerstwa jest Marek Gróbarczyk, który dla tego stanowiska porzucił znacznie bardziej lukratywną funkcję posła do Parlamentu Europejskiego.
Kierowany przez Gróbarczyka resort po nieco ponad pół roku funkcjonowania doprowadził do przyjęcia przez radę ministrów „Założeń do planów rozwoju śródlądowych dróg wodnych w Polsce na lata 2016-2020 z perspektywą do 2030 roku”. Dokument został przyjęty 14 czerwca 2016 r.
Następnie MGMiŻŚ sprawnie przeprowadziło procedurę przystąpienia Polski do konwencji AGN („Europejskie porozumienie o głównych śródlądowych drogach wodnych o znaczeniu międzynarodowym”). Sprawę załatwiono w ciągu czterech miesięcy: 28 października 2016 r. uchwałę o przystąpieniu do konwencji podpisała premier Beata Szydło, 14 grudnia 2016 r. sejm jednogłośnie przyjął stosowną ustawę, którą następnie 11 stycznia 2017 r. również jednogłośnie i bez poprawek zaakceptował senat i 6 marca 2017 r. akt ratyfikacji konwencji AGN został podpisany przez prezydenta Andrzeja Dudę.
– Dzisiaj transportu wodnego w Polsce w zasadzie nie ma – mówił prezydent po ratyfikowaniu konwencji. – Transport rzeczny jest tańszy niż transport drogowy, a przede wszystkim nieporównywalnie bardziej ekologiczny, jest transportem przyszłości. To wielkie zadanie, które wiąże się z wielkimi inwestycjami.
Nieodwracalne zobowiązanie
Polska wraz z przyjęciem konwencji AGN zobowiązała się, że główne ciągi rzeczne dostosuje do parametrów przynajmniej IV klasy żeglowności – głębokość, promienie zakoli czy prześwity pod mostami umożliwiające ruch statków o ładowności 1000-1500 ton. Obecnie Wisła na przeważającej długości spełnia parametry klasy Ib (dla statków o ładowności 180 ton), natomiast Odra głównie parametry klasy II (dla statków o ładowności 500 ton) i klasy III (dla statków o ładowności 700 ton).
Przyjęcie konwencji AGN wymusza dostosowanie do parametrów IV klasy żeglowności Wisły, Odry, Bugu oraz Drogi Wodnej Wisła-Odra (składają się na nią Brda, Kanał Bydgoski, Noteć i Warta). Koncepcja resortu gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej zakłada dostosowanie Odry oraz Wisły między Oświęcimiem a Krakowem od razu do wyższej klasy Va, a także wykopanie Kanału Śląskiego, który połączy Wisłę w Oświęcimiu z Odrą w pobliżu Kuźni Raciborskiej.
Według wstępnych wyliczeń MGMiŻŚ, realizacja powyższych planów ma kosztować co najmniej 76,8 mld zł. Pieniądze te miałyby zostać wydane na pogłębienie i regulację rzek, stworzenie stopni wodnych, budowę nowych śluz i wydłużenie istniejących, jak i na złagodzenie zakoli rzecznych, co w języku specjalistów od gospodarki wodnej nazywa się „przebudową niewymiarowych łuków”.
– Już żaden inny rząd w przyszłości nie będzie mógł odstąpić od realizacji tych inwestycji. Przyjmujemy na siebie nieodwracalne zobowiązanie realizacji tego przedsięwzięcia, niezwykle istotnego dla gospodarki naszego kraju, determinującego jego rozwój – mówił Marek Gróbarczyk po ratyfikowaniu konwencji AGN przez prezydenta.
Zidentyfikowano potencjalne źródła
W „Założeniach do planów rozwoju śródlądowych dróg wodnych w Polsce na lata 2016-2020 z perspektywą do 2030 roku” wskazano, że tylko do 2020 r. na główne szlaki wodne należy przeznaczyć 8,9 mld zł.
Największym problemem szerokich planów rozwoju sieci dróg wodnych jest brak funduszy. Jak czytamy w założeniach, Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej „zidentyfikowało potencjalne źródła finansowania przedsięwzięć”. Wśród nich wymieniono fundusze Unii Europejskiej: Fundusz Spójności, Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego czy instrument „Łącząc Europę” (CEF).
Tyle że środki te generalnie zostały już rozdysponowane. Jeśli chodzi o transport wodny, to – według planów sporządzonych jeszcze przed przystąpieniem Polski do konwencji AGN – unijne pieniądze mają trafić przede wszystkim do portów morskich. Gros środków z funduszy unijnych wesprzeć ma infrastrukturę kolejową. Krajowy Program Kolejowy na lata 2016-2023 przewiduje przedsięwzięcia modernizacyjne o łącznej wartości 66 mld zł – z czego źródłem 56 mld zł są właśnie fundusze unijne. Jeśli jednak dojdzie do opóźnień w realizacji programu inwestycyjnego przez spółkę PKP Polskie Linie Kolejowe, Unia Europejska nie przekaże środków w zaplanowanej wysokości – w tej sytuacji sposobem na zachowanie tych pieniędzy przez Polskę będzie przesunięcie ich na inne przedsięwzięcia.
Z gałęzi na gałąź
Ministerstwo Rozwoju nie podjęło jeszcze decyzji, na co zostaną przeznaczone unijne pieniądze, których nie będzie w stanie wykorzystać spółka PKP PLK. Wśród ekspertów od programów unijnych coraz częściej mówi się, że po tą część funduszy chce sięgnąć Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej. Zgodnie ze scenariuszem tego resortu, niewykorzystane przez kolej pieniądze miałyby wspomóc realizację pierwszego etapu dostosowywania rzek do wymogów konwencji AGN, czego koszt oszacowano na – przypomnijmy – blisko 9 mld zł. Czy jednak wizja przesunięcia „kolejowych” funduszy na inną gałąź transportu jest w ogóle realna?
Cofnijmy się do przełomu 2010 i 2011 r., gdy stało się jasne, że spółce PKP PLK nie uda się wykorzystać całości funduszy przyznanych w ramach poprzedniej unijnej perspektywy finansowej 2007-2013. Odpowiadająca wówczas za wykorzystanie unijnych dotacji minister rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska dążyła do tego, by pieniądze z opóźnionych modernizacji linii kolejowych przeznaczyć na rozbudowę infrastruktury drogowej. Komisja Europejska nie zgodziła się jednak na przerzucenie wsparcia poza sektor transportu przyjaznego środowisku. Ostatecznie więc z pieniędzy unijnych, które pierwotnie były zarezerwowane na modernizację sieci kolejowej, dofinansowano zakupy pociągów i inwestycje w miejski transport szynowy.
Jednocześnie część funduszy udało się zatrzymać przy infrastrukturze kolejowej. Bruksela przystała bowiem na propozycję zgłoszoną na początku 2011 r. przez ówczesnego wiceministra infrastruktury Andrzeja Massela, by wsparcie z dużych modernizacji bez szans na terminowe zakończenie przesunąć na – finansowane wcześniej tylko z budżetu państwa – rewitalizacje linii kolejowych (oszczędne modernizacje możliwe do szybkiego przygotowania i krótkiej realizacji dzięki ograniczonemu zakresowi wymiany infrastruktury, jednak istotnie wpływające na poprawę prędkości pociągów i przepustowości linii).
Ekologiczny korytarz kontra natura
Unijni urzędnicy, którzy kilka lat temu byli niechętni wobec przesuwania „kolejowych” funduszy na drogi, w kwestii dróg wodnych mogą być bardziej otwarci na rozmowy. Zwłaszcza że w Ministerstwie Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej od początku nie zapomina się o cytowaniu w opracowaniach „Białej Księgi Transportu” Komisji Europejskiej. A w dokumencie tym – przedstawiającym wizję systemu transportowego w Europie – żegluga śródlądowa jest obok kolei wskazywana jako pożądana alternatywa dla transportu po drogach: „Do 2030 r. 30% drogowego transportu towarów na odległość powyżej 300 km należy przenieść na inne środki transportu: kolej lub transport wodny, zaś do 2050 r. powinno to być ponad 50% tego typu transportu. Ułatwi to rozwój efektywnych ekologicznych korytarzy transportowych. Aby osiągnąć ten cel, musimy rozbudować stosowną infrastrukturę”.
Tamą dla realizacji planów MGMiŻŚ może być jednak to, że doliny polskich rzek wskazanych w konwencji AGN to obszary objęte unijnym programem Natura 2000, który na celu ma zachowanie cennych gatunków i siedlisk przyrodniczych. Tymczasem podniesienie klas żeglowności wymagać będzie regulacji rzek, łagodzenia ich zakoli czy budowy stopni wodnych. Tworzenie „ekologicznych korytarzy transportowych” przekształci polskie rzeki w plac budowy nieodwracalnie zmieniający ich naturalny charakter, unikatowy w skali całej Europy. Pytanie, jak do tej sprzeczności ostatecznie podejdzie Komisja Europejska.
Kolej rozwija żeglugę
Powodzenie planów przesunięcia części funduszy unijnych z infrastruktury kolejowej na drogi wodne może zapewnić finansowanie dla pierwszych inwestycji na potrzeby masowej żeglugi śródlądowej. One mogą stać się stopą w drzwi, uzasadniającą finansowanie kolejnych przedsięwzięć, które wcale nie ograniczą się tylko do udrażniania rzek i kanałów czy budowy portów.
Kryteriów stawianych w konwencji AGN nie spełniają na przykład dziesiątki polskich mostów. Przeprawy nad rzekami o klasie żeglowności IV i Va muszą bowiem zapewniać prześwit między przęsłem a lustrem wody nie mniejszy niż 5,25 m (wartość wylicza się dla wysokiej wody żeglownej, czyli najwyższego stanu wody dopuszczającego żeglugę).
Spośród przerzuconych nad Odrą mostów kolejowych zbyt niskie są te w Opolu (prześwit 3,84 m), w Głogowie (prześwit 3,90 m), koło Czerwieńska na linii do Zbąszynka (prześwit 4,39 m) i na linii do Szczecina (prześwit 3,79 m) oraz graniczny most w Kostrzynie (prześwit 3,67 m). Kryteriów dla klas IV i Va nie spełnia również szereg mostów drogowych. Jedynie w przypadku Odry wstępne analizy wykazały konieczność przebudowy kilkudziesięciu mostów – poinformował dr inż. Andrzej Kreft z Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Szczecinie podczas konferencji, która w lutym 2017 r. odbyła się w Ministerstwie Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej.
Na Drodze Wodnej Wisła-Odra za niskie są trzy mosty kolejowe w Bydgoszczy – na Brdzie na linii w kierunku Torunia (prześwit 3,26 m) i na Magistrali Węglowej (prześwit 5,15 m) oraz na Kanale Bydgoskim na linii do Piły (prześwit 4,70 m). Kryteriów IV klasy żeglowności nie spełnia też most w Drawskim Młynie (prześwit 3,40 m), którym linia kolejowa Poznań – Szczecin przekracza Noteć. Z kolei na Wiśle zbyt niskie w są dwie przeprawy kolejowe: most na odcinku Spytkowice – Alwernia o prześwicie 4,60 m i most drogowo-kolejowy koło Tarnobrzega o prześwicie 4,50 m.
Co więcej, w przypadku części mostów prześwity mogą zmniejszyć się poniżej wymaganych wartości wskutek zbudowania stopni spiętrzających wodę. Z kolei szereg mostów cechuje się rozpiętością między filarami uniemożliwiającą przeprowadzenie szlaku żeglugowego o szerokości wymaganej dla klasy IV (40 m) lub klasy Va (50 m) – problem dotyczy między innymi mostu kolejowego na Wiśle między stacjami Kraków Główny i Kraków Płaszów.
Tak oto przyjęta dwa miesiące temu przez Polskę „wodna” konwencja AGN może zmusić kolej do zbudowania wielu mostów od nowa czy, w najlepszym wypadku, do ich skomplikowanej przebudowy.
Czy cała gra w żeglugę śródlądową jest warta świeczki? Dr Przemysław Nawrocki z organizacji ekologicznej WWF stwierdził na łamach „Gazety Wyborczej”: – Z wyliczeń Romana Żurka, profesora Instytutu Ochrony Przyrody PAN, wynika, że częściowe przeniesienie transportu kontenerów z polskich dróg na polskie rzeki ograniczy emisję CO2 ledwie o 1,5%. Sensowniejsze byłoby przeniesienie tirów na tory.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/89 maj-czerwiec 2017); www.zbs.net.pl