Demokracja z wisienką

Dzięki temu widać wyraźniej niż dotąd, że polska demokracja trwa tylko dzięki instytucjom stworzonym odgórnie. I chwała Panu. Ale dzięki temu samemu widać też wyraźniej niż dotąd, że demokratyczne instytucje i wybory raz na jakiś czas tworzą demokrację ledwie fasadową. Bo co z tego, że wybieram sejm i senat, skoro nie mam wpływu na to, jacy ludzie pojawiają się na listach kandydatów. I jeśli nie mam na kogo głosować, mogę tylko na wybory nie pójść albo pójść i oddać głos nieważny – co w tych wyborach wybrało zaskakująco wielu z nas, bo aż 2,4% głosujących. 335 tysięcy ludzi.

Przyszedł więc chyba czas na zakorzenianie demokracji na samym dole. Czas na przekonanie ludzi, że tylko realny wpływ każdego z nas na życie społeczności może demokratyczny system uczynić żywym, a nie malowanym.

Dla mnie, najważniejszym dziś pytaniem jest: Jak sprawić, żeby Obywatele chcieli i mogli mieć realny wpływ na życie całej społeczności? To wielkie pytanie rozbija mi się na kilka mniejszych.

– W jaki sposób wyłaniać kandydatów do sejmu i samorządów?

– Jaka powinna być najlepsza dla naszej młodej demokracji ordynacja wyborcza?

– Jak wymusić na rządzących zawarcie czegoś w rodzaju nowej umowy społecznej, w której obywatele wspólnie określą, w jaki sposób będą wydawane ich podatki, ustalą priorytety, na które przeznaczą w odpowiednich proporcjach swoje pieniądze. Powiedzą, ile chcą wydać na ochronę zdrowia, bezpieczeństwo, edukację, finansowanie partii politycznych i organizacji pozarządowych.

– Jak wypromować współpracę zamiast nieustającej walki i rywalizacji i jak zmusić rządzących do rozwiązywania problemów poprzez dochodzenie do kompromisów i konsensusów zamiast dotychczasowego przyjmowania rozwiązań wedle woli silniejszego?

– Co powinno się znaleźć na liście decyzji obowiązkowo konsultowanych w referendach z całym społeczeństwem po uczciwej i trwającej ustalony czas publicznej debacie: czy tylko udział w wojnie i sojuszach wojskowych – czy wszelkie kwestie ważne społecznie i wzbudzające spory?

– Jak rządzący mają nas bronić przed swoją własną manipulacją?

– Jak ograniczyć marketing polityczny, który z wyborów robi tylko medialne widowisko?

***

Demokracja nie spadła nam z nieba – drogą powolnych prób i błędów ewoluowała, by stać się systemem gwarantującym obywatelom reprezentację. Ale dziś, pozostając w przekonaniu, że działamy w demokracji, funkcjonujemy w stanie pełzającej wojny wszystkich ze wszystkimi. Przez ostatnie dwa lata wrogów definiował nam PiS. Teraz, wykształciuchy, odebrawszy pole, zrobią – zapewne – to samo.

Tak się dzieje, ponieważ każdy dostrzega tylko swoje. I to jest w porządku, bo od zobaczenia wyraźnie własnego interesu zaczyna się demokratyczna zabawa. Ale tylko się zaczyna.

Jeśli za dostrzeżeniem własnego interesu nie idzie także dostrzeżenie interesów – skomplikowanie poplątanych – otoczenia, w którym wszyscy wspólnie żyjemy, to zamieniamy demokrację w siłową przepychankę. I widzimy wszystko w wersji zero-jedynkowej. Moherowy beret czy przyjaciel Adama Michnika będzie albo totalnie dobry, albo totalnie zły. Podobnie: liberał, postkomunista, ekolog, zwolennik lustracji.

Niby używamy w dyskusjach argumentów, ale tak naprawdę szukamy tylko tego, co potwierdzi naszą siłę i da nam przewagę. Nad tym wrednym przeciwnikiem. Który ma swoje wredne interesy.

Tak się dzieje, ponieważ przyzwyczailiśmy się myśleć, że demokracja to rządy większości. Może i miało to sens przy mniejszym zróżnicowaniu społeczeństw, przy wyraźniej dyskryminowanych grupowych interesach. Teraz sensu już nie ma.

Niby to wiemy. I dlatego tylko raz na cztery lata dajemy sobie „oficjalny” czas na prezentację wyłącznie własnych punktów widzenia. Po to, żeby zaprezentowane zostały wyraźnie. Po to – taka jest w każdym razie oficjalna wersja – żeby ludzie mogli dokonać wyboru: do tego mi bliżej, do tego dalej. Potem, kiedy już każdy się opowie za jakąś opcją, kiedy wiadomo niby jaka jest większość – teoretycznie powinien przyjść czas na spokojne i dbające o interesy różnych grup rządzenie: dzielnicą, miastem, państwem. Ale nie przychodzi.

Nikt nie widzi, że ma przed sobą cztery lata pracy na wspólną rzecz. Widać tylko tyle, że już za cztery lata kolejne wybory, które muszę wygrać ja, moja opcja, moje stanowisko. Bo jak nie wygra, to nastąpi koniec świata.

Więc walczymy. No bo przecież mało czasu do następnych wyborów.

Ale właściwie po co w takiej sytuacji mam chodzić do wyborów? Jeśli ja krzyczę tylko „moje!, moje”, podobnie krzyczeć będzie sąsiad z domu obok, z innego miasta, z drugiego końca Polski. Tak naprawdę każdy z 30 milionów wyborców potrzebowałby własnego reprezentanta, którym w dodatku sam umiałby być najlepiej. No i co możemy zrobić? Bić się o to „moje”, każdy z każdym? – bo przecież nikt nie ustąpi.

Bo wszyscy są przekonani, że wołanie „moje” jest w demokracji najważniejsze.

Aż w końcu zorientujemy się, że od lat stoimy w tym samym miejscu, jakby nas ktoś przykleił klejem do glazury. Włosy posiwiały, zmarszczki na twarzy – ale klej trzyma. Ważne, że to nasz własny klej, prawda?

A może potrzebujemy jednak bardziej zrównoważonego rozwoju? Nie tylko w odniesieniu do środowiska przyrodniczego?

Może musimy sobie napisać na lustrze, że człowiek jest już tak zrobiony, że owszem, musi wiedzieć jaki jest jego interes, jego stanowisko, jego opcja. Ale JEDNOCZEŚNIE potrzebuje się czuć częścią jakiejś całości. Potrzebuje przynależeć do wspólnoty a nie tylko do części, czyli (pars-partis) partii.

Liberalny czy konserwatywny, chadecki czy socjaldemokratyczny – wygrać wybory, w których obywatele rzeczywiście będą mieli realny wybór, może zapewne tylko taki twór, który dbając o interesy poszczególne i traktując KAŻDY Z NICH NA RÓWNI, będzie PROGRAMOWO szukać ich równowagi z interesem tak ulotnym, jak interes wspólny.

***

Teoretycy i praktycy negocjacji już dawno odeszli od strategii wyszarpywania dla siebie największego kawałka tortu. Dziś już wiadomo, że najefektywniejsze są negocjacje nastawione na współpracę – kiedy staramy się powiększyć wspólny tort, który mamy do podziału. A nawet dodajemy do niego jeszcze ciasto jogurtowe i koktajl truskawkowy. Najlepiej z wisienką na czubku.

Żądam wisienki!

Finis Poloniae?

Ów slogan widniejący nad bramą piekieł w „Boskiej komedii” Dantego dobrze opisuje sytuację, którą mamy w Polsce po 21 października. I bynajmniej nie mam na myśli przede wszystkim zwycięstwa opcji skrajnie liberalnej, choć i to musi budzić niepokój. Wynik wyborów oraz związane z nim zjawiska obrazują problemy dużo poważniejsze niż to, że przez kilka lat będą rządzić „aferałowie”.

Wybory świadczą przede wszystkim o umacnianiu się polityczno-medialnej oligarchii. Nie, nie tej bynajmniej, którą PiS straszył w wystąpieniach swoich liderów. Nie chodzi o żaden „powrót III RP”. Jest coś znacznie gorszego. Mamy do czynienia z postępującą monopolizacją sceny politycznej przez kilka podmiotów, które zasilane ogromnymi dotacjami z budżetu już na starcie, bez żadnej dyskusji programowej, zyskują ogromną przewagę nad wszelką konkurencją – po prostu zasłonią ją billboardami i zagadają spotami wyborczymi. W dodatku to właśnie im sprzyjają wielkie media. Wszelkie ugrupowania spoza układu, zwłaszcza „radykalne” i „awanturnicze”, nie mają żadnych szans, by choć trochę poważniej zaznaczyć swoją obecność na scenie politycznej. „Wielka polityka” będzie się więc coraz bardziej kręciła w zaklętym kręgu tych samych dobrze znanych, od lat zużytych postaci oraz ich wiernych przybocznych, swoistych następców tronu w partyjnych dynastiach. Wszelkie ruchy będą się odbywały w obrębie tego środowiska – „nową jakością” będą kolejne wersje UW-bis, PC-bis, KLD-bis i PZPR-bis.

Wybory z 21 października okazały się triumfem polityki reklamowo-telewizyjnej oraz tzw. dobrego wrażenia, jakie na głosujących zrobili liderzy poszczególnych partii. Jeszcze bardziej niż we wszystkich poprzednich wyścigach o elekcję ważne było to, czy przywódca partii jest miły i „wyważony”, a spór programowy bazował na tandetnych sloganach. PiS straszył powrotem liberałów, tak jakby sam przez dwa lata w poważniejszym stopniu odszedł od wytycznych polityki liberalnej. PO obiecywała drugą Irlandię, tak jakby sukces Zielonej Wyspy miał cokolwiek wspólnego z polską syntezą prymitywnego liberalizmu gospodarczego i peerelowskiej spuścizny. PSL jak zwykle obiecywał, że dogada się z każdym, tak jakby jego elektoratowi – głównie rolnikom i mieszkańcom prowincji – było obojętne, jakie rozwiązania przyjmie nowy parlament. A główne media i LiD straszyli triumfem autorytaryzmu i wzywali do „obrony demokracji”, tak jakby coś wspólnego z demokracją miało kilkanaście lat III RP, w której niepodzielną władzę w gospodarce i świecie opinii sprawowała świta Michnika.

Jednak wyborcy dali się na to nabrać – i to wyjątkowo licznie jak na polskie realia. Efektem jest brak w nowym parlamencie ugrupowań „skrajnych”. Totalną klęskę poniosły Samoobrona i LPR, które w stosunku do czasów swej świetności zanotowały mniej więcej dziesięciokrotnie mniejsze poparcie. Mimo szumnych zapowiedzi swych liderów, sromotnie przegrała także Polska Partia Pracy, po raz kolejny zyskując wynik niespełna 1-procentowy. I bynajmniej nie ma się z czego cieszyć, nawet jeśli – jak niżej podpisany – nie sympatyzujemy zbytnio z żadną z tych partii. Wbrew potocznej opinii, serwowanej głównie przez zwolenników liberalizmu politycznego, zdrowa demokracja nie jest bowiem taką, w której nie ma miejsca na „skrajności”. Wręcz przeciwnie – obecność w dyskursie publicznym partii podważających konsensus pokazuje, że z demokracją wszystko jest w porządku, bo toczy się w niej ożywiona debata, artykułowane są sprzeczne stanowiska i postulaty, pojawiają się nowe idee i propozycje, a różnorodne grupy społeczne mają wyrazicieli swoich poglądów. Skrajności i radykalizmu można było – i należało to czynić – bać się w czasach, gdy naziści i komuniści wprost postulowali samą likwidację parlamentaryzmu i swobód obywatelskich. Ale w dzisiejszej Europie takie obawy i porównania są zupełnie ahistoryczne i pozbawione sensu, świadcząc bądź to o kretynizmie, bądź o cwaniactwie tych, którzy się nimi posługują.

Obecność Samoobrony, LPR i PPP w parlamencie byłaby oznaką znakomitego zdrowia polskiej sceny politycznej, nie zaś jej choroby. Byłoby tak również dlatego, że partie owe wnosiły jako jedyne jakieś merytoryczne treści i postulaty do toczonej debaty. Nie zawsze mądre i merytorycznie uzasadnione, lecz bazujące na czymś więcej niż slogany; stawiające ważkie pytania, nawet jeśli udzielające kiepskich odpowiedzi. Można nie zgadzać się np. z pomysłem szkolnych mundurków autorstwa Romana Giertycha, ale oznacza to spór o wartości i metody wychowawcze. Można nie podzielać anachroniczno-gierkowskiej wizji gospodarki proponowanej przez PPP, ale jest ona wyłomem w jednomyślnym naśladowczym liberalizmie. Można nie mieć zaufania do programu Andrzeja Leppera, streszczonego w haśle „Balcerowicz musi odejść”, ale jego partia była przynajmniej symbolicznym reprezentantem tych warstw społecznych i środowisk, których zadowoleni ideolodzy i propagandyści „polskiej drogi do kapitalizmu” w ogóle nie raczyli dostrzegać jako współobywateli. Gdyby te trzy partie nie znalazły się w Sejmie dlatego, że przegrały uczciwą debatę o celach i sposobach rozwoju Polski, nie byłoby problemu. One przegrały jednak z billboardami, sloganami, ładnymi i łatwymi skojarzeniami, z chamskimi nagonkami i ironiczno-głupkowatymi komentarzami, z przemilczaniem i marginalizowaniem, z medialnymi zarządcami masową wyobraźnią.

Warto wspomnieć też o nowym fetyszu powyborczych komentatorów, czyli wysokiej frekwencji. Mamy tu ciekawy paradoks. Te same media, które niejednokrotnie potępiały populizm np. Leppera, teraz zachwycają się faktem, że spora ilość Polaków ruszyła do urn właśnie po wyjątkowo populistycznie brzmiących zachętach. Całe elita polityczno-kulturowa straszyła nas niemalże końcem świata, jeśli nie zagłosujemy. Albo nadal miał rządzić zamordystyczny PiS, a szwadrony śmierci z CBA wciąż rozstrzeliwać posłanki opozycji, albo cała armia tajnych współpracowników SB znów pieczołowicie tkać nitki ledwo co naderwanego Układu. Nic dziwnego, że trochę więcej ludzi niż zwykle ruszyło na wybory.

Pytanie jednak samo ciśnie się na usta: i co z tego? Wyższa frekwencja byłaby czymś godnym uwagi i pochwały, gdyby oznaczała większe zaangażowanie w życie publiczne. Tymczasem każdy, kto zajmuje się tą „działką” w Polsce, może stwierdzić coś dokładnie przeciwnego. Rośnie liczba ludzi zdegustowanych polityką. Partie przyciągają nie sympatyków-idealistów, lecz karierowiczów, a te z nich, które nie oferują personalnych profitów, najczęściej przypominają sektę z nieomylnym guru na czele i zaślepionymi, „betonowymi” wyznawcami. Organizacje pozarządowe – poza kilkoma rozreklamowanymi przez media i zajmującymi się tematyką „chwytającą za serce” – tchną martwotą, będąc miejscem etatowej pracy garstki ich liderów, nie zaś ośrodkiem koncentracji społecznej energii i zaangażowania. Stale maleje ilość czasopism ideowo-politycznych wszelkich opcji – stare upadają, nowe szybko kończą żywot, a spora część istniejących zamienia się w blade kopie wysokonakładowych dzienników i tygodników, zamiast być miejscem pogłębionej debaty i refleksji. Dużych czasopism o wyrazistej linii politycznej też jest coraz mniej, a ich nakłady spadają – mamy za to wciąż potężniejszy „klan” nijakich, niezbyt różniących się od siebie wielkich gazet, w których zresztą można przeczytać teksty tych samych autorów. Na spotkania dyskusyjne czy pokazy „zaangażowanych” filmów przychodzi w dużych miastach po kilkadziesiąt osób, z których znakomitą większość stanowią emeryci i studenci. Podobne ilości uczestników gromadzą demonstracje i pikiety, poza tymi, które odgórnie zrobi jakaś wielka partia lub centrala związkowa. Do tego dochodzi swoista specjalizacja – co z tego, że ileś osób w całym kraju robi sensowe rzeczy, skoro nie wyściubiają oni nosa poza swoje opłotki ani nie próbują współpracować; często zresztą nie mają nawzajem pojęcia o swoim istnieniu. Ekolodzy są tylko od ekologii, działacze rolniczy widzą jedynie problemy upraw i hodowli, związkowców interesują prawa pracowników w ich zakładzie, ale już nie w sąsiednim, katolicy nie dogadają się z ateistami, a feministki ze środowiskiem, które nie rozpatruje każdego problemu przez pryzmat płci. Nie ma też elementarnej solidarności. Kto dziś jest w stanie uwierzyć, że ćwierć wieku temu w kraju nad Wisłą górnicy strajkowali w imieniu lekarzy, aby tamci nie musieli odchodzić od łóżek chorych – dziś lekarze odchodzą od tych łóżek bez wahania, a górników mają za roszczeniowy motłoch, który ciągle chce coś zabrać „podatnikom”.

W efekcie niemal cała działalność publiczna jest mizerna, z wyjątkami, które dotyczą spraw „niekontrowersyjnych” (czyli nie naruszają niczyich interesów) lub są na rękę wielkim graczom – co to komu szkodzi, że Owsiak kupi sprzęt szpitalowi, a Caritas nakarmi bezdomnych, skoro w ten sposób państwo będzie miało mniej „klientów” na głowie. Nie ma w Polsce żadnego ożywienia politycznego, choć tak orzekli pożal się Boże analitycy, dla których wyznacznikiem aktywności społecznej jest to, że Polacy w ostatnich miesiącach często rozsyłali e-mailowo żarty o Kaczorach, Donaldzie i Aleksandrze Filipińskim. Mamy natomiast marazm i atrofię publicznego zaangażowania – i z każdym rokiem zjawisko to przybiera większe rozmiary.

Świetnie to widać nie tylko wtedy, gdy owa „aktywność” sprowadza się do chwilowych zrywów, najczęściej niewiele kosztujących (kartka wrzucona do urny, SMS wysłany „w szczytnym celu”, nałogowe bicie piany na forach internetowych), ale także po stosunku społeczeństwa do różnych inicjatyw. Chyba jeszcze nigdy w historii Polski nie było tak jak dzisiaj, gdy różnej maści społecznicy są powszechnie uważani albo za frajerów, albo wręcz oskarża się ich o utajone niecne interesy – „bo przecież za darmo by tego nie robili”. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest mnóstwo, podobnie jak winnych, lecz nie zmienia to faktu, że nie istnieje u nas żadne społeczeństwo obywatelskie, a nawet jego silne zalążki. Wszelkie inicjatywy, poza stworzonymi przez elitę i/lub namolnie reklamowanymi przez wielkie media, toną w bagnie obojętności, podejrzliwości, malkontenctwa i krytykanctwa.

Wybory Anno Domini 2007 są nie tyle przełomem, co raczej ostatnim gwoździem do trumny. Oznaczają one zablokowanie – finansowe, medialne, kadrowe – kanałów artykulacji interesów społecznych. Nie ma co liczyć nawet na tak elementarny bunt społeczny, jak obrona interesów ekonomicznych. Niezadowoleni – i często najbardziej aktywni – wyjadą do pracy zagranicę, środki pomocowe z Unii zapchają usta pozostałym, a postępująca atomizacja społeczna, liberalna propaganda i atmosfera wzajemnej podejrzliwości sprawią, że niezadowoleni będą usiłowali wyrwać coś ze wspólnej kasy dla siebie kosztem reszty – czy to wspólnie (jak grupy branżowe), czy w pojedynkę. Bardziej wymagającym lub wrażliwym zaserwuje się banialuki o „pokoleniu JP2”, „wartościach rodzinnych” albo „europejskiej modernizacji” i „nowoczesnych standardach”.

Chciałbym się mylić.

Naród i piaskownica

Z jednego październikowego dnia:
W TVN: rozemocjonowany, zgodnie z europejskim formatem Kuba Wojewódzki, z Pawłem Kukizem, który trochę się o sobie i życiu dowiedział, bo wpadł w poważną chorobę i musiał się z niej – z siebie dawnego – wyleczyć.
Wojewódzki nie może zaakceptować, że ktoś głosuje na Kaczyńskiego – musi go uznać za durnia.
Wielu porządnych zwolenników PiS-u nie może sobie wyobrazić, że ktoś nie głosuje na PiS – uważają go za durnia.

Kukiz mówi trzeźwo: chciałbym, żeby wygrała Platforma, ale jak wygra PiS – zaakceptuję. I będę wreszcie wiedział, jaki jest mój kraj. Jaki jest naprawdę. Jakie opinie w nim przeważają. Dlatego zresztą namawia, żeby iść na wybory i głosować.

Projekt „Zabierz babci dowód” w internecie.
Bo babcie głosują moherowo. Ktoś na to wpadł. Miał, na pewno, dobre intencje.

Internetowy salon24.pl – dyskusje, z których wiele, może nawet większość, skupia się, zacietrzewia, dławi, gotuje, ponieważ wciąż ktoś tam chce zmieniać drugiego. Jeśli masz inny pogląd niż ten, kto akurat cię przeczytał, najczęściej wywołasz wściekłą, i to od razu wściekłą na ciebie osobiście, falę wrogich komentarzy.

Jakby było tak, że skoro pokazuje się głos inny niż mój – nie mogę przejść nad tym do porządku, muszę zareagować, zareagować natychmiast, muszę ten inny głos natychmiast zniszczyć, unicestwić i muszę bić się o to do ostatka. Bo jak tego nie zrobię, to…

To co? To nie zostanę zauważony ze swoim istnieniem? Moje – inne – poglądy zostaną niezauważone? Boję się, że inni mnie nie zauważą, wiec i ja innych nie zauważam z ich innymi poglądami, tylko od razu każę im te poglądy zmienić, żeby były takie jak moje? A jak ten inny nie chce poglądów zmieniać – ja, ze swoimi, innymi poglądami, biję się o to do utraty tchu? To co, że słowami. Energia w nich taka, jakby bomby wodorowe latały.

Co powoduje miotaczami bomb – na przykład – salonowych? Dziecięca nadzieja, że jeśli wszystko na świecie będzie tak samo jak u mnie w głowie, to wreszcie będę bezpieczny? A jak nie będzie tak ja u mnie w głowie – to będzie znaczyło, że wkoło sami wrogowie i trzeba iść na wojnę, żeby niszczyć innego? I, że trzeba się na tej wojnie zatracić – bo nie może być tak, żeby inni z ich innym niż moje zdaniem żyli tu obok mnie. Przecież mnie zniszczą z moją innością.

Czy to wciąż to samo dziedzictwo pokoleń? Pod zaborami, pod władzą czerwonych, pod władzą pierwszych solidarno-europejskich? Pokoleń bez ojców, z których wielu zostało w Katyniu? Z matkami, które musiały – same przerażone – dać dzieciom gwarancję bezpieczeństwa na długie życie w świecie?

Nikt tego narodu nigdy nie słuchał. Pod zaborami, pod władzą czerwonych, pod władzą pierwszych solidarno-europejskich. Wszyscy mu coś kazali. Aż naród zaparł się w sobie i mówi: koniec, musi być tak, jak ja chcę!

Tyle, że naród nie jest shomegenizowany. Jeden – z narodu – myśli tak, drugi myśli inaczej. Każdy się zaparł, że teraz wreszcie jego racja będzie wysłuchana i zauważona.

I jak się naród nie pozabija i nie znienawidzi wzajemnie, to przejdzie do następnego etapu. W którym zauważy, że jedni i drudzy, każdy ze swoją innością, ma prawo tu być. Bo i tak już tu jest.

To się chyba nazywa rozwój. Że Naród się rozwija. Na razie siedzi Naród w piaskownicy i krzyczy do każdego innego niż on: idź sobie! Życzę więc sama sobie – ale jak ktoś chce to i jemu, innemu, też – spotkania na kolejnych urodzinach. Takich, gdzie będzie tort ze świeczkami i lody, i gdzie zaśpiewamy sobie sto lat: mohery i aksamitne kapelusze przy jednym stole.

A potem spokojnie wybierzemy sobie rząd i zajmiemy się życiem. Które jest krótkie i piękne.

P.S. Dziękuję salonowi24.pl, Kubie Wojewódzkiemu i pomysłodawcom akcji „babciowej” za tę lekcję.

Wykształciuchy i japiszony

Stare wykształciuchy schodzą ze sceny, by ustąpić miejsca japiszonom idei i propagandy. Wykształciuch jest karykaturą inteligenta. Stworzeniem moralnie i politycznie podejrzanym, rodzajem pasożyta wegetującego w trzewiach organizmu państwowego kosztem jego zdrowia. Istotą wyobcowaną z ducha narodowego, niechętną prawdzie, kultywującą jedynie interesy i język własnej koterii, zatruwającą ojczysty krwioobieg swoim jadem. Jest wynikiem nieudanego eksperymentu społeczno-politycznego, który zaczął się hen, przed dziesięcioleciami, a po transformacji ustrojowej przeszedł lekką mutację, by dostosować się do rzeczywistości. Taki właśnie jest wykształciuch w oczach swoich przeciwników: typ niesympatyczny, podejrzany i godny pogardy.

Skazą na definicji wykształciucha jest jednak to, że od początku nosiła na sobie brzemię upolitycznienia. Nie był to termin „bezinteresowny poznawczo”, ale taktyczny zwrot, dystynkcja wyróżniająca jeszcze jednego zbiorowego przeciwnika IV RP. Co prawda sympatyzujący z moralną rewolucją myśliciele próbowali nieco zobiektywizować, unaukowić wykształciucha, osadzić go w historyczno-kulturowym kontekście, nawiązać do Sołżenicyna, ale bez większych skutków. „Wykształciuch” nie po to był potrzebny, by go nadto sublimować i dookreślać na gruncie historii idei. Zaczął więc żyć własnym, pogmatwanym i niejasnym życiem, wyskakując tu i ówdzie jak diabeł z pudełka, by śmieszyć, tumanić, przestraszać.

Wykształciucha szybko polubili i przekuli na własną broń przeciwnicy rządzącej jeszcze partii. Obelgę zamienili w dumny sztandar ludzi niepokornych wobec kaczystowskiego reżimu. Wypowiadając to słówko, mrugają znacząco okiem: „wiemy, żeś inteligent pełną gębą, ale przyjmij na siebie tę nazwę jako znak ideowo-politycznego namaszczenia i wtajemniczenia, wspólnoty interesów”. I błyskawicznie przybyło osobników ostentacyjnie obnoszących się z mianem wykształciucha – kalumnia zamieniła się w komplement, środowiskowy znak rozpoznawczy, określający choćby miłośników życia i twórczości Adama Michnika. Inni zaś, choć nie tak jasno zdeklarowani światopoglądowo, czy nawet pogubieni w meandrach historii, polubili „wykształciucha” z przekory, albo pod wpływem poczucia fatalizmu i rezygnacji, przyzwyczajeni do dyshonorów ze strony władzy i społeczeństwa, wcale częstych pod tą szerokością geograficzną.

Taka sytuacja jeszcze bardziej rozjuszyła politycznych/ideowych japiszonów, często młodych, dwudziesto-, trzydziestokilkuletnich Don Kichotów moralnej rewolucji. Oni to bowiem, po części w ramach pokoleniowego buntu, współ-wyznaczają i rozpowszechniają standardy myślenia o swoich starszych kolegach, zramolałych w służbie PRL-owi i III RP inteligento-wykształciuchach. Oni to uważają się za depozytariuszy świadomości niczym nie sfałszowanej, arcypatriotycznej i suwerennej, tyleż spragnieni prawdy, co władzy, jej profitów i dobrobytu zasłużonego w ramach nienazwanego wprost aktu „sprawiedliwości dziejowej”. Inteligent-wykształciuch, który inaczej definiuje własną samoświadomość i poczucie lojalności, to w świetle ich założeń postać umysłowo nieuczciwa, tożsamościowo podejrzana, której miejsce jest na śmietniku historii.

I gdzie tu prawda? Między bezkrytycznym samouwielbieniem i apoteozą wykształciucha a jego całkowitym potępieniem leży szerokie pole dla interpretacji. Przede wszystkim problem polega na tym, że krytycy wykształciuchów, definiując ich jako sieroty po Polsce Ludowej albo współpracowników i współuczestników elit zawłaszczających III RP, nie zauważają, że byli/są oni (o ile nie należeli do wąskiej grupy pierwszoplanowych beneficjentów transformacji) takimi samymi ofiarami przemian ustrojowych, jak tzw. zwykli ludzie, za którymi chętnie wstawiają się obecni prominenci. Nie widzą także, iż środowiska inteligenckie, wychowywane/edukowane jeszcze w PRL-u, przy całej złożoności swoich biografii i różnorodności życiowych wyborów nie były w swej masie demiurgami, ale zakładnikami historii, z całym brzemieniem obiektywnie istniejących uwarunkowań i możliwości.

Dziś polityczne japiszony, wzajem sobie potakując, ciesząc się poparciem i protekcją swoich starszych kolegów, nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za ponoszone słowa i nie muszą obawiać się niczego z tego, co ongiś było udziałem wykształciuchów. Dana im jest łaska późnego urodzenia i korzystając z tego przywileju wyciągają swoje małoduszne wnioski wobec wykształciucha jako podmiotu zbiorowego. Nie budzi ich współczucia ta rzesza rodaków, częstokroć oszukiwana w nie mniejszym stopniu, niźli „zwykli ludzie”, poddawana manipulacjom i praniu mózgu, ratująca się – często bezwiednie – przed duchowym, tożsamościowym kryzysem w grupach wzajemnej adoracji. Nie budzi ich współczucia ani głębszej refleksji ta małomiasteczkowa albo wiejska inteligencja, która swój awans społeczny zawdzięcza Polsce Ludowej, bo akurat w innej żyć nie mogła, a pozwoliła sobie na luksus posiadania życiowych ambicji.

Owszem, ta inteligencja zwróciła się na początku lat 90. ku Unii Wolności – ale jaki promil tych ludzi mógł znać wszystkie niuanse politycznych kompromisów, planów transformacji, podejmowanych decyzji i poglądów faktycznie głoszonych przez „wierchuszkę”? Zresztą, i tak dość szybko zdała sobie sprawę, że jest samotna. A małomiasteczkowy wykształciuch, choćby wiele rozmyślał o tolerancji, zachodnich standardach demokracji itp. głoszonych wszem i wobec dobrodziejstwach, a przy tym pomstował na rodzimy ciemnogród, to i tak ciężko pracował za grosze w swojej szkole, obserwując z przerażeniem, że ubywa mu z roku na rok resztek szacunku, jaki mniej lub bardziej sztucznie podtrzymywano w PRL.

Dziś, rozważając kwestie czysto formalne, wynikające ze zmiany ustrojowej, o wiele łatwiej jest być inteligentem. Ale szczerze mówiąc, nie widać wielu kandydatów do tej grupy: ani w centrum, ani po lewej, ani po prawej stronie. Dziś w modzie jest ideowo-polityczny japiszon, albo japiszon pragmatyczny, spec od manipulacji wyobraźnią, pragnieniami i przekonaniami. Taki japiszon może nosić za politykami teczkę, albo udzielać się w mediach. Może być młodym pracownikiem IPN-u albo doradcą wysokiego urzędnika państwowego. Od wykształciuchów różni go to, że jest jeszcze za młody, by przeżyć jakikolwiek głębszy ideowy, duchowy kryzys, nie ma też żadnych wątpliwości co do swojej misji. Nie żywi złudzeń, że służy jedynej prawdzie. Jest w fazie wschodzącej: dopiero za 30-40 lat usłyszy podobne zarzuty, jakie dziś stawia tym, których za swoimi mentorami określa mianem wykształciuchów. Pewnie będzie zaskoczony, o ile wcześniej nie spocznie w trumnie.

Nie ma sensu przystawać do towarzystwa tych, którzy z premedytacją wykorzystują wykształciuchów do własnych celów, na siłę poprawiając im samopoczucie i zbiorowo rozgrzeszają każde ich głupstwo i przewinę. Z drugiej jednak strony: ideowo-polityczne japiszony ze swymi niewinnymi buźkami i wcale pokaźnym arsenałem polityczno-koteryjnych psikusów i słownych manipulacji również nie zasługują na większe zaufanie. Kto czyni się zakładnikiem jakiejkolwiek ideologii, ten choćby miał buzię cherubinka, musi budzić nieufność, tym bardziej, gdy kroczy w triumfalnej pozie. Zwycięzcy są zawsze bardziej niebezpieczni niż przegrani. Przynajmniej do czasu, gdy historia nie pobruździ im twarzy zmarszczkami i nie przygnie sumień do ziemi. Wtedy jednak ktoś inny krzyknie im w twarz: wykształciuchy!

Jednostka wszystkim?

Jeśli odrzucimy obiegowe slogany polityczne, a przyjrzymy się stojącym za nimi tezom i działaniom partii czy innych podmiotów, mamy szansę dostrzec podziały nieco inne niż schemat lewicy i prawicy. Będą to w dodatku podziały znacznie ważniejsze.

Kiedyś, mówiąc umownie, lewica reprezentowała biednych i wykluczonych, a prawica zamożniejszych i włączonych w główny nurt społeczeństwa i jego etosu kulturowego. Prawica opowiadała się za tradycyjnymi postawami, lewica zaś uważała, że należy je zredefiniować w imię ideałów nowych, lepszych i bardziej wzniosłych. Dziś nie zostało z tego wiele poza sloganami. Oczywiście oba te obozy nadal podkreślają swoje „klasyczne” posłannictwo. Lewica twierdzi, że broni słabych i upokorzonych, prawica akcentuje przywiązanie do „starych dobrych czasów” i ich dziedzictwa. Ale w praktyce niewiele z tego wynika.

Znaczna część lewicy przypomina w krajach wysokorozwiniętych kogoś, kto kręci się w kółko. Sporo wysiłków tego środowiska koncentruje się bowiem na sprawach już dawno wygranych. Weźmy choćby feminizm, wolność światopoglądową, rasizm czy prawa homoseksualistów. W zasadzie w żadnym z „cywilizowanych” krajów nie istnieją już realne bariery, które kobietom, gejom i lesbijkom, innowiercom czy osobom innego koloru skóry uniemożliwiałyby takie samo życie, jak reszcie społeczeństwa. Oczywiście zdarzają się – nie na gruncie prawa czy wzorców kulturowych, lecz w realnych zachowaniach różnych środowisk – postawy niechęci wobec takich osób. Ale w skali ponadjednostkowej trudno mówić o realnych dolegliwościach czy dyskryminacji. Nawet jeśli homoseksualista zostanie pobity ze względu na swą orientację, kobieta potraktowana prymitywnym seksistowskim żartem, a czarnoskóry otrzyma gorszą posadę niż biały, są to zdarzenia o skali marginalnej lub stale malejącej, zgodnie też potępiane na gruncie oficjalnego prawa, powszechnych wzorców kulturowych oraz postaw zwyczajowych.

Środowiska, które dawniej padały ofiarą realnych prześladowań lub przynajmniej niedogodności, dziś są w skali masowej w sytuacji o niebo lepszej, w zasadzie nie różniącej się od tak czy inaczej pojmowanej większości. Jeśli gdzieś nie spełniono ich oczekiwań, to chyba tylko tam, gdzie postulaty rozbijają się o barierę nie tyle „zacofania” postaw większości, co o logicznie i biologicznie uwarunkowane wątpliwości. Tak dzieje się np. w przypadku braku zgody na adopcję dzieci przez pary homoseksualne, zwłaszcza męskie. Jednak nawet te – przyjmijmy na moment, że są one realne – przejawy dyskryminacji, są w dzisiejszej kulturze i porządku prawnym rekompensowane wieloma przywilejami dla środowisk mniejszościowych. Rozwiązania prawne oraz nieformalne wzorce są bardziej „uczulone” na problemy i odczucia różnych grup mniejszościowych niż na podobne dolegliwości „milczącej większości”. Łatwiej otrzymać środki finansowe na wsparcie grup homoseksualnych niż na afirmację seksualności heteroseksualnej. Prościej zasłużyć na grzywnę lub wyrok za „homofobię” niż za „heterofobię”, bardziej wyrozumiale traktuje się postawy rasistowskie w wydaniu czarnych niż białych, większe konsekwencje grożą szydzącym ze stylu życia mniejszości niż z zachowań powszechnych. Nawet w popkulturze „odmienność” przynosi większe profity niż przeciętniactwo. Bilans utrudnień i ułatwień wychodzi więc przynajmniej na zero, a sporo faktów przemawia za tym, że nierzadko rozmaite środowiska chronione przed dyskryminacją mają de facto lepiej niż „normalsi”, stając się swoistymi świętymi krowami.

Wydawałoby się, że w takiej sytuacji – ewidentnie osiągniętego celu – współczesna lewica nie tyle zwiększy zainteresowanie prawami kobiet, gejów czy mniejszości etnicznych, lecz zmniejszy ilość czasu, środków i uwagi poświęcanych tym środowiskom. Nic z tego – od ładnych kilku dekad są one wciąż „na topie”, a „walka o prawa” przypomina sytuację z piosenki o tym, że nie chodzi o złapanie króliczka, lecz o niekończącą się gonitwę za nim. W każdym razie trudno dziś na serio powiedzieć, że główny nurt lewicy krajów wysokorozwiniętych zajmuje się przede wszystkim grupami osób faktycznie wykluczonych społecznie, wyzyskiwanych, prześladowanych i marginalizowanych.

Nie wynika to przy tym wcale z faktu, że obecna sytuacja ekonomiczna czy kulturowa jest zupełnie odmienna niż wtedy, gdy kształtowały się zręby lewicowych programów. Owszem, w tzw. pierwszym świecie nie ma już takiego proletariatu fabrycznego, jak w czasach Marksa. Ale przecież wielkość szeregów pracowników najemnych – tych poddanych wyzyskowi, alienacji, a przynajmniej pozbawionych możności decydowania o sobie na płaszczyźnie miejsca zatrudnienia – wcale nie jest znacząco mniejsza niż w XIX wieku. Zmieniła się tylko ich „lokalizacja” – zamiast fabryk przemysłowych zaludniają oni biura usługowe. Ich sytuacja formalno-prawna, ochrona ustawowa czy status społeczny są oczywiście lepsze niż przed wiekiem, ale w ostatnich dekadach – inaczej niż w przypadku gejów, Afroamerykanów czy „wyzwolonych” kobiet – ulegają one pogorszeniu.

Neoliberalizm i globalizacja sprawiły, że pracownik najemny ma dziś gorzej niż 30 lat temu – mniejsza pewność utrzymania etatu, niższe są wzrost wynagrodzeń i wysokość płacy realnej, brak reprezentacji politycznej. Nie sposób wyobrazić sobie dziś znaczącej i poważnej siły politycznej, która zabiegałaby np. o odebranie kobietom praw publicznych lub przywrócenie segregacji rasowej. Natomiast na porządku dziennym są sytuacje, w których politycy głównego nurtu nie tylko zgadzają się, ale wręcz zachęcają do obniżania standardów zatrudnienia, zmniejszenia zakresu pomocy socjalnej czy deprecjonowania statusu społecznego pracowników najemnych. Lewica miałaby więc nadal co robić, gdyby tylko chciała zmagać się z realnymi problemami spod znaku wykluczenia i wyzysku.

Weźmy dla odmiany współczesną prawicę i jej deklaracje o obronie tradycji. Tu problem jest nieco bardziej złożony niż w przypadku lewicy, która bardziej jawnie odwróciła się od „starych” grup odniesienia. Prawica teoretycznie jest taka, jak dawniej – ma pełne usta frazesów o obronie rodziny, narodu, naturalnych postaw i stylu życia, nierzadko sięga też po otoczkę religijną. Ale także ona – podobnie jak lewica – skapitulowała przed „koniecznościami” narzucanymi przez wzorce neoliberalne.

Uderzające jest to, że prawica stała się bardzo prorynkowa wtedy, gdy z punktu widzenia obrony tradycyjnych wartości przestało to mieć jakikolwiek sens. Można było zrozumieć gospodarczy liberalizm prawicy wtedy, gdy różnorakie lewicowe eksperymenty ekonomiczne cechowały się inżynierią społeczną i w imię sztucznych, nowych wizji rozbijały tradycyjny, dotychczasowy porządek. Wówczas można było uznać rynek za mniej szkodliwy i niejako bardziej naturalnie wymuszający zmiany społeczne. Z takich właśnie pozycji np. niemieccy ordoliberałowie krytykowali niektóre pomysły socjaldemokratów i zwykłych chadeków, wskazując na negatywne skutki uboczne centralizacji przemysłu czy zbyt silnej ingerencji państwa w sektor firm prywatnych.

Dziś jednak liberalna gospodarka nie ma żadnej znaczącej konkurencji o anty-rynkowym obliczu. Natomiast w epoce globalizacji to właśnie wolny rynek stał się główną siłą rozbijającą dotychczasowy ład kulturowy, wprowadzającą chaos w stabilne społeczności oraz dewastującą „oswojony” styl życia. Żadne decyzje władzy centralnej nie mają obecnie takiej mocy sprawczej w kwestii zmiany ludzkich postaw w skali makro, jak czynią to „spontaniczne” procesy zachodzące w ramach gospodarki wolnorynkowej. Weźmy choćby zjawiska, które prawica uznaje za patologie i potępia w czambuł, jak np. pornografia czy narkotyki. Jeśli państwo przyzwala na istnienie takich zjawisk, uznając, że sprawą swobodnego wyboru jest to, jakie obrazki ktoś ogląda i jakie substancje zażywa, to nie istnieje przecież poważniejsze zaangażowanie władzy żadnego kraju w celowe i nasilone promowanie takich zachowań. Za to zarówno pornografię, jak i narkotyki skutecznie promuje wolny rynek – legalny, jak w przypadku wydawnictw pornograficznych, czy mafijny, jeśli chodzi o narkotyki. Prawicowcy starannie pomijają fakty niewygodne dla ich wizji, ukazując z lubością np. kraje skandynawskie jako te, które odgórnie promują „zgniliznę moralną” przy pomocy ustaw i innych instrumentów formalnych. Pomstowaniu na „niemoralny socjalizm” towarzyszy jednak zupełne przemilczanie tego, że większość tych samych zjawisk rozkwita na jeszcze większą skalę bez pomocy państwa w wolnorynkowych Stanach Zjednoczonych.

Ale zostawmy „patologie”, czyli ulubiony temat prawicy. Wolny rynek dokonuje ogromnych przeobrażeń w sferze postaw społecznych na wielu innych płaszczyznach, które choć mniej „niemoralne”, w równie wielkim, a nawet znacznie większym stopniu podkopują tradycyjny system wartości. Kryzys rodziny, religii, kultury wysokiej czy obyczajów dokonuje się przy znacznym udziale sektora komercyjnego. Promuje on taki etos, który zapewnia większy zbyt oferty handlowej niż dotychczasowa etyka. W interesie rynkowych bossów leży to, żeby postawy oparte na skromności, umiarze i obowiązkach zastąpić etosem spod znaku „róbta co chceta”. Człowiek wyzbyty ograniczeń kulturowych i społecznych jest idealnym konsumentem – nie ma on bowiem żadnych powodów, poza niedoborami finansowymi, aby rezygnować z oferty dostarczanej przez rynek. Im bardziej jest „wolny”, tym bardziej można go wciągnąć w sieć kolejnych gadżetów, stylów życia i wyborów konsumpcyjnych.

W takim świecie nie ma miejsca na żadną trwałą tożsamość, na stałą identyfikację z grupą odniesienia wymagającą poświęceń – możliwa jest co najwyżej chwilowa moda na „tradycyjne” produkty, na przejściową fascynację „wartościami chrześcijańskimi” czy „rodzinnymi”, które porzuci się wtedy, gdy nastanie nowa moda, a kolejne podniety wyprą z rynku dotychczasowe. Nie ma większego znaczenia, czy na liście bestsellerów książkowych znajdzie się pamiętnik striptizerki lub poradnik New Age, czy któraś z papieskich encyklik lub rozważania kardynała Dziwisza – dopóki każdorazowo będzie to tylko chwilowa fascynacja, stymulowana reklamą.

Współczesny wolny rynek, który „wydostał” się z ograniczeń wspólnotowych – czy to lokalnych, czy w obrębie państwa narodowego – wywraca do góry nogami stabilizację społeczną na jeszcze inne sposoby. Inwazja dokonuje się nie tylko w sferze symbolicznej, na gruncie oferty konsumpcyjnej, lecz także w znacznie bardziej namacalny sposób. Nie da się abstrahować od biologicznych i psychologicznych uwarunkowań człowieczeństwa. Inaczej funkcjonuje się np. w małej „oswojonej” wspólnocie, a inaczej w chaotycznej, „pulsującej” zbiorowości. Mniej podatna na różnorakie patologie i problemy będzie rodzina, której członkowie mają pewną, stałą posadę w jednym miejscu, bardziej zaś taka, na której realia rynku pracy wymuszają ciągłą mobilność przestrzenną, częste przekwalifikowanie się jej członków czy okresowe bezrobocie. Inaczej funkcjonuje wspólnota, która nawet za cenę spowolnienia rozwoju ekonomicznego zyskuje „małą stabilizację”, niż taka, która może się pochwalić szybkim wzrostem PKB, a jednocześnie jest wydana na łaskę i niełaskę „inwestorów”, dziś lokalizujących fabrykę w Wielkopolsce, a za 5 lat przenoszących ją na Ukrainę.

Prawica neoliberalna zdaje się jednak zupełnie nie rozumieć takich uwarunkowań, zastępując zmierzenie się na serio z problemami tandetnym moralizatorstwem i ślizganiem się po ich powierzchni. Tego rodzaju konserwatystom wydaje się, że rozwiązaniem jest zbudowanie kaplic w centrach handlowych, produkowanie przez Disneya banalnych filmów o rodzinkach i dzieciaczkach oraz wycofanie pornografii z oferty Wal-Marta. Tymczasem kluczowe z punktu widzenia faktycznego kultywowania tradycyjnego stylu życia jest to, że centra handlowe wypierają różnorodne lokalne punkty usługowe i transferują zysk do odległych central, że tandetny komercyjny banał, wspierany zmasowaną i nachalną reklamą, opanowuje umysły dzieci i rodziców, a Wal-Mart jest czołowym ośrodkiem promocji konsumpcyjno-hedonistycznego stylu życia.

Lewica zamiast wykluczonymi i wyzyskiwanymi zajęła się problemami bzdurnymi i wspieraniem tych, których sytuacja jest całkiem niezła. Prawica natomiast upatruje rozwiązania problemów w takich strukturach i zjawiskach, które te problemy generują i potęgują. Obie postawy nie są jednak przypadkowe, nie stanowią chwilowego zagubienia czy wypadku przy pracy. Wydaje się, że są one w znacznej mierze pochodną kapitulacji obu tych tendencji ideowych przed liberalizmem i apoteozą praw jednostki. Zarówno socjalizm, jak i konserwatyzm w znacznej mierze porzuciły perspektywę wspólnotową, ulegając forsowanemu przez liberalizm indywidualizmowi, stawiającemu na pierwszym miejscu potrzeby jednostek lub niewielkich grup.

Ma to swoje przyczyny historyczne. Nowoczesna lewica wyciągnęła wnioski z okropieństw komunizmu, a prawica to samo uczyniła z faszyzmem. Można oczywiście w nieskończoność rozkładać oba totalitaryzmy na czynniki pierwsze, odżegnywać się od ich związków z „klasycznymi” ideałami humanistycznego socjalizmu czy religijnego konserwatyzmu, kwestionować prawicowość hitleryzmu oraz lewicowość stalinizmu. Nie zmieni to jednak faktu, że oba te reżimy stanowiły „uskrajnienie” części wątków zawartych w socjalizmie i konserwatyzmie. To, co Majakowski wyraził z aprobatą w słowach „Jednostka – zerem, jednostka – bzdurą”, stało się ponurą rzeczywistością obu totalitaryzmów, w tym zarówno sensie, że pojedyncza osoba była tam zupełnie nieistotna i bezradna, jak i w takim, który Hannah Arendt sportretowała na przykładzie Eichmanna, ukazując człowieka jako malutki, w zasadzie bezwolny trybik ogromnej śmiercionośnej maszyny. W tym sensie bardzo dobrze, iż lewica i prawica przemyślały negatywne doświadczenia płynące z eskalowania myślenia w kategoriach „jedności”. Sęk w tym, że słusznie potępiając faszyzm i komunizm, wylano z kąpielą dziecko wspólnotowości i zbytnio zaufano perspektywie liberalnej.

Oczywiście na dzisiejsze postawy ludzi składa się o wiele więcej czynników niż „zdrada” dokonana przez lewicę i prawicę – choćby takich, jak ogromne przeobrażenia technologiczne, które stymulowały liczne zmiany w strukturze społecznej i stylach życia. Jeśli w ciągu kilku godzin ogromne masy ludzi przemieszczają się o tysiące kilometrów w przeróżnych kierunkach, nagminne są wirtualne kontakty ze znajomymi z drugiej półkuli, a przycisk pilota w ułamku sekundy dostarcza nam obrazów życia w zupełnie innych realiach niż nasze, to oczywiście nie jest możliwe, że nienaruszone pozostaną dotychczasowe punkty odniesienia i identyfikacje. Świat musiał się zmienić i nie ma sensu płakać nad rozlanym mlekiem ani bezproduktywnie wzdychać za „starymi dobrymi czasami”. Jednak o ile pewne zmiany były nieuchronne jako skutki uboczne – nie zawsze zresztą negatywne – przemian w innych dziedzinach, o tyle część przeobrażeń dokonała się w pełni celowo i przy braku oporu.

Lewica i prawica doznały porażki, gdyż tak jak kilka dekad wcześniej zaakceptowały twierdzenie, iż „jednostka niczym”, tak teraz równie bezmyślnie skapitulowały przed liberalną wykładnią mówiącą, że „jednostka wszystkim”. Na takim gruncie są bezradne wobec zachodzących zmian, a także niezdolne do obrony tych wartości i grup, które były ich głównym historycznym punktem odniesienia. Teoretycznie socjaliści i konserwatyści nadal odwołują się do porządku wspólnotowego – jedni do społeczeństwa, drudzy do narodu. Ale w praktyce opowiadają się za perspektywą indywidualistyczną lub stają się lobby reprezentującymi cząstkowe odłamy wspólnoty, nierzadko kosztem interesów jej innych odłamów.

Lewica upodobała sobie rozmaite mniejszości, dowodząc, że zajmowała się ich prawami zawsze. Nie dodaje jednak, że dawniej broniła np. mniejszości seksualnych czy etnicznych, ale jednocześnie wymagała od nich wzajemności wobec grup większościowych oraz akceptacji pewnego minimum światopoglądowego i identyfikacji ze „wspólną sprawą”. Dziś natomiast lewica przekonuje, że „wszyscy” powinni bronić np. gejów przed dyskryminacją, lecz od samych gejów nie wymaga tego, aby wsparli walkę o prawa rolników czy pracowników najemnych oraz nie traktowali „większości” jako obiektu pogardy (bo jest „Ciemnogrodem”) lub jako dojnej krowy, która ma im zapewniać wymierne i symboliczne przywileje.

Prawica, choć bardziej kamufluje porzucenie etosu wspólnotowego, czyni podobnie. Uważa, że jej zadaniem jest przychylanie nieba przedsiębiorcom i spełnianie ich zachcianek, a jednocześnie wszelkie próby zobowiązania tych podmiotów do świadczeń na rzecz wspólnoty traktuje jako karygodny zamach na swobody rynkowe.

Jeszcze bardziej widoczny jest ten absurd w tzw. polityce prorodzinnej. Po pierwsze, mamy do czynienia z dziwaczną konstrukcją prawicowych punktów odniesienia – są to bowiem jedynie naród i rodzina. Naród, czyli byt stosunkowo niekonkretny i płynny, zwłaszcza w epoce mobilności, przenikania się wpływów kulturowych i istnienia niemal całkowitej swobody w kwestii autoidentyfikacji. Z kolei rodzina jest nie tylko – jak mawiano w PRL-u – podstawową komórką społeczną, lecz także komórką najsłabszą. Nie ma ona bowiem, bez oparcia w innych strukturach, w zasadzie żadnego wpływu na procesy zachodzące w skali ponadjednostkowej. Wspieranie wyłącznie rodzin przypomina dbałość o poszczególne kulki, bez dbałości o łożysko, w którym one tkwią. Tymczasem prawica koncentrując się na rodzinie, niemal całkowicie zaniedbuje wszelkie inne rodzaje wspólnot – zawodowych, terytorialnych, a nawet religijnych (te są doceniane tylko wtedy, gdy można je wykorzystać do jakiegoś celu, np. mobilizacji wyborczej).

Po drugie, apoteozie rodziny, rozumianej wyłącznie jako para małżeńska z małymi dziećmi, towarzyszy niemal zupełny brak zainteresowania dla problemów innych osób – czy to rodzin bezdzietnych, czy z dziećmi już dorosłymi, czy samotnych lub żyjących w nieformalnych związkach. Tak jakby te formy były tworzone przez ludzi z definicji gorszych i mniej wartościowych z punktu widzenia życia społecznego. A przecież istnieją setki rodzajów aktywności równie znaczących, jak wychowanie dzieci oraz dziesiątki rodzajów wspólnot, które na równi z rodziną mogą i powinny tworzyć struktury zdrowej społeczności.

Po trzecie zaś, polityka prorodzinna w wykonaniu współczesnej prawicy nacechowana jest sprzecznościami, jeśli nie schizofrenią. Z jednej strony mamy becikowe, czyli budżetowe finansowe wsparcie narodzin dziecka, co motywowane jest m.in. tym, że reprodukcja biologiczna stanowi podstawę zapewnienia podstaw bytu obecnych dorosłych, gdy staną się emerytami. Ale w tym samym czasie prawica podejmuje decyzje skutkujące „indywidualizacją” systemu emerytalnego i postępującym sprywatyzowaniem, a więc „odwspólnotowieniem” innych istotnych sfer, np. lecznictwa, zakładów opiekuńczych itp. W efekcie całe społeczeństwo finansuje rodzące się dzieci, nie mając żadnej pewności, że one kiedyś sfinansują potrzebujących członków tegoż społeczeństwa – większy sens w kwestii zapewnienia sobie oparcia na starość ma chyba nawet gra w totolotka…

Ta wręcz obsesyjna koncentracja uwagi i wysiłków prawicy na rodzinie wydaje się kamuflażem porzucenia perspektywy naprawdę wspólnotowej. Dokładnie to samo można powiedzieć o lewicowej fiksacji na punkcie „tożsamości” marginalnych grupek mniejszościowych. Można tu zresztą podejrzewać także – zapewne podświadome – dążenie do odróżnienia się od liberałów, którzy realizują podobną politykę. Gdyby nie prawicowe slogany o „wartościach rodzinnych” oraz lewicowe o „obronie wykluczonych”, oba te środowiska nie różniłyby się nawet werbalnie od liberalnego centrum, hołubiącego jednostkę i indywidualne preferencje, tak jak nie różnią się od niego już dawno w kwestii systemu wartości, punktów odniesienia i proponowanych rozwiązań.

Jednak zarówno z punktu widzenia politycznej identyfikacji, jak i przede wszystkim potrzeb społecznych, socjaliści i konserwatyści powinni od liberałów odróżniać się nie namiastkami perspektywy wspólnotowej, lecz jej dobitnym i pozbawionym strachliwości wyartykułowaniem i realizacją. Tak, jak błędna i szkodliwa była opcja spod znaku „jednostka niczym”, tak równie zgubny, choć nie w tak widowiskowy i zbrodniczy sposób, jest etos cechujący się zawołaniem „jednostka wszystkim”. Ta eskalacja indywidualizmu uderza bowiem w same podstawy polityki konserwatywnej i socjalistycznej oraz w interesy ich historycznych podmiotów. Nie da się bowiem na gruncie skrajnego liberalizmu, zarówno światopoglądowego, jak i ekonomicznego, kultywować ani ideałów egalitarnych, ani tradycyjnych wartości.

Liberalizm, nieskrępowany ani z lewa, ani z prawa, prowadzi w oczywisty sposób wprost do społeczeństwa zarazem coraz bardziej skrajnych nierówności, jak i coraz bardziej dynamicznych zmian, wyznaczanych wyłącznie kolejnymi falami mód i zachcianek kreowanych przez rynek. Co więcej, prowadzi też do egoizmu i atomizacji społecznej tak wielkich, że na ich gruncie nie będzie możliwa jakakolwiek zmiana. Socjalizm i konserwatyzm będą mogły przybrać wyłącznie karykaturalne postaci: batalii zorganizowanych grup interesów o doraźne łupy (nierzadko wyszarpane kosztem równie lub jeszcze bardziej słabych grup) oraz tworzenia chwilowych wysepek, czy raczej gett „tradycji” na oceanie coraz większego chaosu i barbarzyństwa.

Kiedyś socjalizm i konserwatyzm były największymi wrogami. Dziś ich wspólnym wrogiem jest liberalizm. I jeśli tego nie dostrzegą, spełnią się słowa poety z wiersza dla dzieci: „Na nic wasze swary głupie, wszystkie wnet zginiecie w zupie”.

Wyznania melancholika

Rozmyślając nad treścią tego felietonu, stawiałem sobie zadanie ambitne: naszkicować koncepcję „melancholii politycznej” jako doświadczenia trapiącego od lat, nas Polaków, ludzi niezakorzenionych w sferze publicznej i zatopionych w polityczno-historycznej apatii, obywatelskim smutku i niemożności. Chciałem też zadać pytanie, jak kształtują się relacje między polityczną melancholią a demagogią. Szybko jednak zdałem sobie sprawę, że nawet formuła felietonu nie pozwala na tak daleko idącą spekulację. Bo to, że doskwiera mi melancholia polityczna, nie znaczy, że ogół współobywateli odczuwa to samo. Wszak machają do mnie z telewizora bliźni strojni w polityczne barwy, którzy – jak sądzę – wprost tryskają energią polityczną w drodze ku lepszej, jak zwykle, przyszłości.

Ograniczę zatem studium politycznej melancholii do introspekcji, co najwyżej pozwalając sobie tu i ówdzie na niewinne uogólnienia. Zacznę od tego, że kampanii wyborczej oczekiwałem z jako takim zainteresowaniem i pewnym ożywieniem intelektualnym. Że pójdę do wyborów – nie ulegało dla mnie najmniejszej wątpliwości: wszak ojczyzna to nasz wspólny, zbiorowy obowiązek. Zawczasu, niejako intuicyjnie, określiłem, które partie nie wchodzą w zakres mego zainteresowania, po czym cierpliwie oczekiwałem jakimi propozycjami programowymi, jako potencjalnego wyborcę, zaszczycą mnie pozostałe ugrupowania. Jako niepoprawny i zdeklarowany mięsożerca uwielbiam bowiem kiełbasę wyborczą.

Pewnego deszczowego dnia, tuż po wyjściu z tramwaju, ochlapał mnie samochód, przejeżdżający z nadmierną prędkością uliczką pełną dziur w asfalcie. Zezłoszczony, pomyślałem cokolwiek demagogicznie, że ktokolwiek wygra te i następne wybory, to i tak te cholerne samochody będą wciąż na mnie chlapać, wjeżdżając pełną parą w dziury w połatanym niechlujnie asfalcie. Przypomniałem sobie równocześnie, że przy pięciokilometrowym odcinku drogi nieopodal mojej rodzinnej miejscowości stoją trzy skromne krzyże, każdy oznaczający śmiertelne ofiary. Trzy trupy na pięć kilometrów wąskiego paska zdeformowanego przez koleiny asfaltu, po którym od dobrych kilkunastu lat pędzą TiR-y – oto arytmetyka postępu. Myśli te, choć z czasem odpłynęły, to jednak zatruły mi smak kampanii wyborczej i – niczym kamyczek w bucie lekkomyślnego piechura – zaczęły jątrzyć się melancholią. Bynajmniej, nie znaczy to, że przyjąłem za swój argument Donalda Tuska o 13 tysiącach upolitycznionych ofiar wypadków drogowych w ciągu ostatnich dwóch lat. Zacząłem raczej rozmyślać, czy aby jedyny pożytek, jaki obywatele czerpią z rodzimych karteli partyjnych, to pląsający w telewizji poseł. Oczywiście, szybko zdałem sobie sprawę, że to także jest myśl demagogiczna.

Czas płynął, w polityce wrzało jak w kotle trzech wiedźm i z przerażeniem spostrzegłem, że przybywa we mnie myśli demagogicznych, a ja sam pogrążam się w melancholii. Ubywało mi entuzjazmu, decyzja wyborcza nie zyskiwała na klarowności, myśli rozpraszały się w nieokreślonym smutku i byle jakich, niedoprecyzowanych sądach. Poczęła mnie dręczyć jakaś nieokreślona tęsknota, która – jak to w przypadku melancholii bywa – nie ma jasno określonego celu, przez co nie wiadomo, czy tęskni się za czymś, co było, czy za tym, co ma nadejść. Tęskni się i pogrąża w cichej desperacji niejako bezinteresownie, dla samej tęsknoty i smutku.

I oto na moich oczach PiS toczył oligarchomachię w dekoracjach wyborczych spotów. Aleksander Kwaśniewski zatoczył się w czasoprzestrzeni od Kijowa od Charkowa. Na moich oczach „Samoobrona” z sobie tylko przyrodzoną zdolnością ujęła w klamrę ideową różnorodność polskiej lewicy. Jan Maria Rokita pod osłoną małżonki wykonał zgrabny taktyczny manewr na z góry upatrzone pozycje. A ja, mimo tego bogactwa zdarzeń i ferii ideowych potyczek pogrążałem się w melancholii, nie mogąc w tym wszystkim znaleźć miejsca dla siebie. Jakby odebrana mi była zdolność utożsamienia się z tym światem, w którym uczestnictwo jest przecież znakiem mej obywatelskiej podmiotowości, znakiem możności wyboru i współodpowiedzialności za ojczyznę. A przynajmniej jako taki zwykł się przedstawiać – i w tym względzie dopadły mnie myśli demagogiczne i przykre.

Na dodatek, w pewien melancholijny wieczór sięgnąłem po „Złą godzinę” Marqueza i tam na własne nieszczęście trafiłem na zdanie: „zmienił się rząd, obiecywał spokój i bezpieczeństwo i z początku wszyscy w to wierzyli. Ale urzędnicy nadal są ci sami”. Słowa te również odczytałem nader demagogicznie, myśląc o tych wszystkich sympatycznych i kompetentnych oraz absolutnie nieskorumpowanych urzędnikach niższego, średniego, wyższego szczebla, którzy odporni są na zmiany władzy, ewentualnie ulegają lekkim przepoczwarzeniom kadrowym, by od lat sprawnie zarządzać publicznym dobrem. Są to czasem ludzie, z którymi spotkanie nie wiedzieć czemu przyprawia o ból głowy zwykłych zjadaczy chleba.

Właściwie nie jestem pewien, czy jest dla mnie jeszcze nadzieja przed najbliższymi wyborami, by wyrwać się z melancholii. Werble partyjne grają do boju, elektoraty się mobilizują, w powietrzu aż świszczy od walki o lepszą Polskę, a ja melancholijnie patrzę na pacjentów wywożonych z likwidowanego częstochowskiego szpitala i czekam debaty między Kaczyńskim a Kwaśniewskim. Melancholijnie i jak najbardziej demagogicznie myśląc, że nic to, k…, nie zmieni.