Wdzięczna i szczęśliwa bez emerytury

Drogie kobiety!

Piszę do was z małej litery i z kuchni, czyli z miejsca, w którym powinnam być. 14 grudnia gazety podały podały, że nasze emerytury – o 35 procent niższe niż emerytury mężczyzn – będą niższe o kolejne 15 procent.

Naprawdę przesadziłyśmy. Nie wolno tak traktować mężczyzn. To nie jest sprawiedliwe. Musimy zaprzestać prześladowania mężczyzn samym faktem naszego istnienia. Musimy się w końcu usunąć.

Mężczyźni z takim trudem rządzą światem. Tyle mają z tym kłopotów. Nie powinnyśmy stwarzać im dodatkowych problemów. Same widzicie: i profesor Marek Góra, twórca systemu emerytalnego, i Jeremi Mordasewicz, przedsiębiorca z Lewiatana, i nawet cały Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową, martwią się teraz kwestią naszych emerytur. Zaraz będzie się też tym problemem martwił i zajmował swój cenny czas Doradca Pana Premiera do spraw społecznych, Pan Michał Boni. A może i sam Premier pochyli nad tym kłopotem swoje zapracowane czoło. Nie możemy dłużej godzić się na to, by przez nas mieli tyle zmartwień!

Musimy wreszcie jasno przyznać, że te okropne kobiety, które nazwały siebie feministkami i wywalczyły dla nas sto lat temu prawa wyborcze i prawo do nauki – popełniły błąd. Nie powinnyśmy mieć żadnych praw. Uznajmy wreszcie, że one się nam naprawdę nie należą i zwróćmy je prawowitym właścicielom – mężczyznom. Jesteśmy przecież gorszym gatunkiem człowieka i powinnyśmy uszanować to miejsce w szeregu, które wyznaczyła nam natura.

***

Robię właśnie to, do czego jestem przeznaczona. Gotuję na parze rybę, bo dziecko ma chory żołądek i nie może smażonego. Laptopa, na którym piszę do was ten list, przyniosłam do kuchni, żeby mi się ryba nie rozgotowała. Wiem, iż ten komputer mogę mieć dlatego, że jakiś światły mężczyzna go zbudował, inny dostarczył do sklepu, inny jeszcze – sprzedał. A rybę mogłam kupić dlatego, że jeszcze jeden światły mężczyzna ciężko dla mnie pracował nad ustawą o zabezpieczeniu społecznym i tylko dzięki niemu teraz, kiedy jestem chora, po 30 latach pracy dostaję z ZUS-u 459 złotych minus podatek.

Dziś jeszcze przesyłam swoje wezwanie do kobiet przy pomocy e-maila. Ale wiem, że powinnam zamknąć wszystkie swoje internetowe konta. Powinnam przestać zaśmiecać sieć, w której mężczyźni rozwiązują swoje poważne, globalne problemy. Od jutra przestanę – tego wymaga ode mnie obywatelska odpowiedzialność. Uważam też, że wszystkie powinnyśmy zamknąć kobiece strony internetowe, a także zlikwidować niepotrzebne kobiece organizacje – stwarzamy nimi w świecie tylko tłok i bałagan.

Od dziś powinnyśmy też wszystkie zgodzić się co do tego, żeby nie wysyłać więcej żadnych, ale to absolutnie żadnych pism do polityków z jakimikolwiek żądaniami. Przejrzyjmy na oczy i zgódźmy się: nie wolno nam robić takich rzeczy! Przeszkadzamy tylko mężczyznom poważnie zajmować się sprawami świata. Zajmujemy ich cenny czas. Musimy ich za to przeprosić!

Ja przepraszam i od dziś jestem mężczyznom wyłącznie wdzięczna. I wzywam Was Wszystkie: Wy też bądźcie wdzięczne!

Zrzeknijmy się prawa do emerytur! Po co nam one? Te o 35 i jeszcze 15 procent mniejsze niż męskie emerytury, przekażmy solidarnie na ich męskie, zasłużone konta emerytalne. Już dziś! Aby jutro mężczyźni odpoczywali na emeryturach z poczuciem, że na ten odpoczynek w pełni zasłużyli. A my zejdźmy ze sceny publicznej! Przestańmy utrudniać im życie!

Przestańmy chodzić na wybory – tyle mają potem kłopotu z liczeniem naszych głosów. Zwolnijmy miejsca w szkołach – niech w małych klasach zdobywają wiedzę potrzebną do wywoływania światowych wojen i rozwiązywania problemów. To jest przecież najważniejsze. To prawdziwa praca, która popycha świat do przodu. Nie możemy tego dłużej nie dostrzegać!

Znajmy swoje miejsce w szeregu i trzymajmy się tego miejsca! Popełniłyśmy ogromny błąd uznając, że świat potrzebuje nas tak samo jak ich. Czas przejrzeć na oczy. Tak, jak jest oczywiste że mamy siedzieć w kuchni i opiekować się naszymi dziećmi, równie oczywiste jest i to, że za całą zapłatę powinno nam starczyć to, że możemy czuć wdzięczność wobec panów. Tak, możemy wnieść nasz mały, zgodny z miejscem, które nam przeznaczono, wkład w to, żeby działało prawo i sprawiedliwość i żeby żyło się lepiej. Wszystkim.

Anna Mieszczanek

Fot. autorki Zosia Zija

______________

Poprzednie felietony tej autorki znajdziesz tutaj

P. S. Ryba wyszła pyszna.

Wszyscy jesteśmy podejrzliwi

Wśród środowisk, które krytykują nie tyle ten czy inny rząd lub opcję polityczną, lecz cały „system”, często pojawia się opinia – czy raczej zarzut – że bierność społeczna jest efektem „ogłupienia” Polaków. Przekonują, że obywatele naszego kraju są łatwowierni, naiwni, zbyt mało krytyczni, dają się zwodzić ładnym słówkom i hasłom rzucanym pod publiczkę, a propaganda establishmentu robi im wodę z mózgu. Jedynie garstka przenikliwych buntowników nie dała się omamić. To ci „oświeceni” demaskują knowania reżimu oraz organizują przeciwko niemu rachityczne 100-osobowe demonstracje, które toną w morzu obojętności.

Czy rzeczywiście tak jest? Na pewno podobny osąd nie należy do całkowicie pozbawionych sensu. Można bez problemu wskazać, że w krajach np. Europy Zachodniej krytyczna reakcja społeczeństwa na wiele działań rządu, klasy politycznej czy lobby wielkiego biznesu, jest znacznie bardziej powszechna niż w Polsce. Nie ma w zasadzie znaczenia, o jaki problem chodzi – czy będzie to „interwencja zbrojna” w jakimś „złym” kraju, czy rządowe plany zmniejszenia zabezpieczeń socjalnych. Pojedyncze marsze antywojenne czy demonstracje przeciwko „reformom” gromadzą setki tysięcy uczestników, czyli tyle, ile uzbierałyby w skali roku razem wzięte wszystkie polskie protesty na dowolne tematy.

Jeszcze bardziej wymowne będzie porównanie Polski do Stanów Zjednoczonych, które zazwyczaj traktujemy jako kraj odmóżdżonych tłuściochów, po całych dniach zajadających się hamburgerami przed telewizorem z głupawymi filmami. W USA istnieją jednak tysiące prężnych inicjatyw społecznych, krytycznych wobec Wielkiego Rządu lub Wielkiego Biznesu. Bardzo radykalne czasopisma osiągają tam kilkudziesięciotysięczne nakłady, sprzedawane całkowicie poza „kioskową” siecią dystrybucji, wyłącznie w prenumeracie pocztowej. Społeczeństwo żywo reaguje na zjawiska, które mu się nie podobają – tysiące osób na rozmaite sposoby „knują” przeciwko rozmaitym decyzjom czy wydarzeniom. Na tym tle Polacy wypadają nader mizernie.

Oczywiście takie porównania są ułomne, gdyż nie biorą pod uwagę setek przyczyn składających się na odmienną sytuację różnych społeczeństw. Można wskazać choćby na to, że kultura społeczno-polityczna USA i państw Europy Zachodniej kształtowała się dłużej i w znacznie bardziej sprzyjających warunkach niż w naszym kraju. To, co u nas dopiero raczkuje lub z mozołem się odradza, tam ma wieloletnie tradycje i solidne zaplecze w postaci wzorców kulturowych i stosownych instytucji. Można dodać też, że lepsza jest sytuacja materialna tamtejszych społeczeństw, a o aktywność obywatelską łatwiej, gdy nie trzeba walczyć o elementarne podstawy bytu.

W tym wszystkim są jednak pewne kwestie problematyczne. Otóż w różnorakich sondażach opinii publicznej Polacy wcale nie wypadają tak źle. Przeciwko szczególnie szkodliwym postaciom, działaniom i decyzjom – weźmy choćby Leszka Balcerowicza, inwazję na Irak czy niesławne „cztery reformy” AWS-u – opowiada się większość społeczeństwa. Podobnie jest z poparciem udzielanym np. tak zohydzanym przez media i stronniczo przedstawianym zdarzeniom, jak rolnicze blokady dróg czy demonstracje górnicze. Znaleźć można oczywiście także kontrprzykłady, choćby bardzo wysokie poparcie dla członkostwa w Unii Europejskiej, zbieżne z – no właśnie – wyjątkowo nasiloną propagandą. Ale w tym przypadku utrzymująca się wysoka, a nawet rosnąca akceptacja dla integracji europejskiej pokazuje, że społeczeństwo autentycznie uznało, iż taki wybór leży w jego interesie. Zdarzają się co prawda kurioza – Polacy najbardziej w Europie ufają np. dziennikarzom – ale trudno z takich specyficznych i dziwacznych trendów wyciągać wioski o braku krytycznego myślenia.

Nie ma powodów, by uznać, że Polacy w swej masie są wyjątkowo „ogłupieni” czy podatni na propagandę. Tym bardziej, gdy weźmiemy pod uwagę, że w kluczowych kwestiach panuje u nas zgoda wszystkich znaczących podmiotów ponad politycznymi podziałami, że debata publiczna jest mizerna i toczy się w z góry ustalonych ramach, że brak w niej poważnych środowisk alternatywnych (media często i chętnie nagłaśniają opinie np. Centrum im. A. Smitha – ciekawe, czy podobnie traktowałyby Centrum im. J. Keynesa albo im. W. Röpkego, gdyby takowe istniały?).

Problemem jest natomiast chyba coś innego niż brak krytycyzmu. Postawię tezę – czysto „felietonową”, a więc popartą jedynie własnymi obserwacjami i intuicją – że Polaków cechuje krytycyzm nadmierny, przeradzający się w jałowe krytykanctwo, z którego nie wynika żadna publiczna aktywność. To ostatnie z kolei jest pochodną cechującego Polaków braku zaufania do siebie nawzajem. Wcale nie jest tak, że wyjątkowo podatni na różnoraką propagandę są mieszkańcy kraju nad Wisłą. Polacy bardzo krytycznie i nieufnie oceniają wiele wywodów i działań autorstwa „onych”. Tyle że nieufności wobec establishmentu towarzyszy brak zaufania względem niemal wszystkich innych środowisk i podmiotów. Trudno w takich warunkach o prężne, zbiorowe działanie, bo opiera się ono na poczuciu wspólnoty, na choćby minimalnym przekonaniu o jednym celu większej grupy.

Pokazują ten problem także różnorakie sondaże. Okazuje się, że Polacy w niewielkim stopniu ufają sobie wzajemnie. Mamy zaufanie do kilku „poważnych” instytucji, a przede wszystkim do członków rodziny. Natomiast niewielkie jest do „obcych” – znajomych, mieszkańców tego samego miasta czy dzielnicy, członków tej samej branży czy grupy zawodowej itp. Niezbyt ufamy też organizacjom społecznym, poza najbardziej znanymi, zajmującymi się „ckliwą” tematyką, z liderami prezentowanymi w mediach w pozytywnym świetle. Poza najbliższym kręgiem rodzinnym i towarzyskim oraz odległymi instytucjami, w Polsce istnieje poważny kryzys zaufania wobec różnych struktur i środowisk „średniego szczebla”.

Gdyby wziąć pod uwagę opinie wypowiadane w prywatnych rozmowach, nasi rodacy wcale nie są bezkrytyczni wobec struktur władzy i kapitału. Oczywiście część osób nabiera się na piękne słówka i takież koszule czy krawaty polityków, inni wierzą w to, że Konfederacja Pracodawców Prywatnych składa się z filantropów, którzy prawa pracownicze chcą ograniczać po to, aby Polska była krajem płynącym mlekiem i miodem. Nie sądzę jednak, żeby odsetek takich osób był znacząco większy niż w dowolnym kraju. Za to znakomita większość ma jakieś „ale” a to do rządu, a to do instytucji, które działają źle „za nasze pieniądze”, a to do biznesu – „wiadomo, że” reklamy kłamią, hipermarkety oszukują na czym tylko mogą, a szef-pracodawca to kawał łotra i cwaniaka. Problem w tym, że są to na ogół wywody bez większej wartości, przyjmujące postać pomstowania przed telewizorem czy przy butelce. Bo gdy pada propozycja wspólnego rozwiązania jakiegoś, niewielkiego choćby, problemu, wówczas okazuje się, że potencjalni sojusznicy też są w taki czy inny sposób podejrzani i niegodni zaufania.

I znów można by doszukiwać się przyczyn takiego stanu rzeczy w przeróżnych zjawiskach i wydarzeniach z przeszłości odległej lub całkiem niedawnej. Tradycji zbiorowego działania nie mamy zbyt wiele. Autentyczne społeczeństwo obywatelskie istniało ostatnio w międzywojniu, też zresztą mocno krępowane sanacyjnym centralizmem, a nierzadko zamordyzmem. W PRL-u społecznikostwo wtłaczano w sztywne, biurokratyczne formy, częstokroć zależne od woli i humoru kacyka któregoś szczebla, z kolei inicjatywy opozycyjne przybierały postać bądź to wielkich zrywów i buntu, bądź konspiracyjnej tajnej roboty. Poza okresem solidarnościowego „karnawału” trudno w ostatnich dziesięcioleciach wskazać tradycje normalnego zbiorowego działania, a tamte doświadczenia trudno uznać za ponadczasowe, skoro oparte były na nieistniejącym już modelu dwubiegunowego podziału oraz wyrazistym wspólnym wrogu.

Z „Solidarnością” wiąże się bez wątpienia inna istotna przyczyna braku zaufania. Ruch ten wyzwolił ogromne nadzieje i oczekiwania, a jego liderzy zgromadzili ogromny kapitał społecznego zaufania. Co z tym zrobili, to mniej więcej wiadomo. Skończyło się albo blamażem szybkim i totalnym, jak w przypadku Lecha Wałęsy, albo rozłożoną na raty utratą wiarygodności, jak w przypadku środowiska Unii Wolności i „Gazety Wyborczej” (ta ostatnia zachowała część dawnej pozycji „procentowej” tylko dlatego, że tracąc jedne grupy zwolenników, zyskała inne – Adam Michnik nie jest już „idolem” robotników i „przyjacielem ludu”, lecz bożyszczem części klasy średniej i wyalienowanej ze społeczeństwa inteligencji humanistycznej, często bardzo interesownej i związanej z „michnikowcami” rozmaitymi zależnościami).

W Polsce skompromitowało się też mnóstwo podmiotów, które powinny absorbować i organizować społeczną energię. Od liderów związków zawodowych, którzy okazywali się najlepszymi kumplami i sojusznikami nie pracowników, lecz pracodawców, przez bohaterów jednego epizodu, którzy popularność i zaufanie roztrwaniali niemal natychmiast, ulegając pokusie indywidualnej kariery (tak było z kobietą, która dzielnie walczyła z wyzyskiem w hipermarketach, a później uznała, że koniecznie musi zostać posłanką), kończąc zaś na tzw. organizacjach pozarządowych, w których kwitnie nieróbstwo i cwaniactwo, zaś one same częstokroć są prywatnymi folwarkami liderów i miejscem zatrudniania ich koleżków, kuzynów czy małżonków. To wszystko prawda, a ludzie mają prawo nie ufać autorom takich wyczynów i podejrzliwie traktować inicjatywy im podobne.

Swoje robi też polityczna wojna wszystkich ze wszystkimi. Nie ma sensu kultywować naiwnej wizji, w której podziały polityczne są całkiem nieistotne, a światopogląd autorów jakiejś inicjatywy jest zupełnie bez znaczenia. Problem polega jednak w Polsce na tym, że nawet najbardziej „niepolityczne” działania i sfery aktywności zostają uwikłane w przepychanki ideologiczno-partyjne. Zwykła chęć uczczenia pamięci o Powstaniu Warszawskim będzie części środowisk „śmierdziała prawicą”, a chęć skutecznej ochrony skrawka przyrody inni uznają za „lewacką ekologię”. W ten sposób już na starcie wprowadza się atmosferę podejrzliwości i węszenia „kto za tym stoi”. Widziałem na własne oczy tego typu zachowania w tak, zdawałoby się, niewinnych przypadkach, jak próba stworzenia placu zabaw i ochrona parku przed zamianą w podziemny parking.

Na wyższym poziomie eskalowanie postaw „politycznych” też robi swoje. Lewica, szczególnie ta radykalna, namiętnie węszy odchylenia prawicowo-nacjonalistyczne, akceptując tylko tych, którzy spełniają kryteria czystości ideologicznej w stu procentach. Dochodzi tu do tak kuriozalnych sytuacji, jak – przykład autentyczny – wymuszenie przy pomocy nagonki na wieloletnim działaczu pewnej organizacji, na co dzień nie zajmującej się w ogóle sprawami „obyczajowymi”, udziału w tzw. paradzie równości. W ten sposób miał on zdjąć z siebie odium ciążących od dawna podejrzeń, iż ulega „konserwatywnej hegemonii ideologicznej”. Na prawicy jest dokładnie tak samo, jednak paranoja na punkcie tropienia heretyków – aczkolwiek robi ona to zazwyczaj w bardziej kulturalny sposób niż lewackie sekty – zostaje tu spotęgowana tzw. realizmem politycznym. Jeśli ktoś nie wie, na czym on polega w omawianej kwestii, to skrótowo informuję, że w wersji utylitarnej i niezbyt wysublimowanej chodzi o kultywowanie przekonania, że wszystko ma drugie dno, nikt niczego nie robi całkiem bezinteresownie, a jeśli np. krytykujemy jakąś instytucję, to tylko po to, aby wygryźć stamtąd kogoś i zająć jego miejsce. W efekcie zamiast rozsądnej ostrożności i czujności, mamy permanentną podejrzliwość, która w dodatku urasta do rangi cnoty i kunsztu politycznego.

Wszystkie te czynniki i zjawiska, zebrane w całość, skutkują daleko posuniętą atrofią mobilizacji społecznej. Polacy są podejrzliwi wobec wielu negatywnych zjawisk, procesów i instytucji, ale jeszcze bardziej wobec siebie nawzajem. To znakomicie paraliżuje aktywność obywateli, zdolność wspólnego działania i inicjowanie struktur oporu. Ułatwia za to napuszczanie jednych na drugich, stosowanie zasady „dziel i rządź”, wpuszczanie społecznej energii w kanał domysłów, rozliczeń, nieustannego analizowania wiarygodności itp. Gdyby Polacy cechowali się ponadprzeciętną podatnością na propagandę, to mizerne przejawy aktywności społecznej traktowaliby z obojętnością lub wchodziliby z nimi w polemikę pełną ideologicznego zacietrzewienia. Tymczasem w ich postawach dominuje właśnie ton nieufności: o co im chodzi – na pewno o pieniądze, coś kombinują, za darmo by tego nie robili, ktoś ich podpuścił, skąd mają tyle czasu na takie protestowanie itd., itp. Takie komentarze dotyczą przeróżnych spraw, powtarzane są niczym mantra w dowolnym przypadku. Jeśli ktoś zajmuje się czymś wykraczającym poza indywidualną karierę, życie rodzinne i rozrywkę, nie tyle jest dziwaczny lub nie ma racji, lecz w oczach komentatorów najczęściej jest właśnie podejrzany.

Nie zamierzam nikogo przekonywać do całkowitego porzucenia podejrzliwości. Jest ona potrzebna także wtedy, gdy zaistniałe wspólne inicjatywy mogą skręcić w niewłaściwym kierunku lub paść łupem różnych „złych ludzi”. Namawiam jednak do refleksji nad tego rodzaju powszechną podejrzliwością i krytykanctwem. Dziś nie tyle potrzeba wielkiej idei, jasno wytyczonego celu czy dużych środków finansowych na puszczenie w ruch maszynerii tego, co oznacza wyświechtany termin społeczeństwa obywatelskiego. Potrzeba odbudowy zaufania oraz nabrania dystansu wobec podejrzliwości. Jak to zrobić – nie wiem. Wiem natomiast, że im dłużej będzie dominowała logika spod znaku „człowiek człowiekowi wilkiem”, tym więcej osobników z tego stada zostanie zagryzionych. I każdy z nas może być następną ofiarą.

Pękło serce dzwonu

Kontekst historyczny znany, postać również, takoż zarzuty wobec niej; kariera polityczna w III RP nie mniej oczywista dla każdego średnio zorientowanego Polaka. Lech Wałęsa budzi, budził i będzie budzić emocje swoich rodaków. Stał się marką. Dobrze sprzedającą się marką. Dziennikarze, którzy z nim rozmawiają, w swoich słowach i gestach mieszają zachwyt z mniej lub jawną ironią, jeśli nie szyderstwem. Trudno powiedzieć, czy do Wałęsy to dociera, bo sprawia wrażenie mocno w sobie rozkochanego. No ale ma prawo do tej miłości: mógł być dziś dożywającym swoich dni, schorowanym emerytem czy rencistą, stojącym w długich kolejkach do lekarzy, smętnie spoglądającym na odcinek renty/emerytury, patrzącym z rezygnacją w ekran telewizora w swoim skromnie urządzonym M-2 lub M-3, a jest historycznym Lechem Wałęsą. I niech mu wyjdzie na zdrowie.

Lech Wałęsa za spore pieniądze postanowił uświetnić obchody dziesięciolecia francuskiego hipermarketu Carrefour w Polsce. Jak wiadomo, hipermarkety to koła zamachowe polskiej gospodarki i wzór cnót wszelkich w relacjach pracownik (szczególnie ten najniższego szczebla) – pracodawca, o wysokich zarobkach nie wspominając. Nie mówiąc już o niezwykłej wprost łatwości założenia związku zawodowego w hipermarkecie. Carrefour nie pozostaje tutaj w tyle. O taką Polskę walczył Lech Wałęsa, więc nic też dziwnego, że dobrze się czuje w otoczeniu ludzi, którzy ją tak urządzają. Tym bardziej, że obiecano mu wynagrodzenie. Jak sam przyznał „Życiu Warszawy”: „Oczywiście, że mi zapłacili. Za taki występ dostaję od dziesięciu do stu tysięcy euro. Ja zarabiam po parę milionów w ten sposób. Myśli pani, że za trzy tysiące złotych ja bym był w stanie żyć?”.

Lech Wałęsa żyć musi (godnie!), dlatego na dziesięciolecie Carrefoura palnął mówkę na temat „Odpowiedzialności w biznesie”. Temat jak znalazł między wódkę i zakąskę, czy jak się zwie tego typu konsumpcja w wyższych sferach. W zasadzie nie ma powodów do zdziwień i zaskoczeń. Oburzać też się szczególnie nie warto, bo nawet jeśli człowiek się irytuje, to dla zdrowia lepiej sprawę rozbroić sarkazmem. Przecież nikt tak wiele od Wałęsy nie wymaga: prosta, czysta, mówiona robota. Ponoć nawet twórcza, bo Wałęsa mógł powiedzieć co chce, w czym, jak wiadomo, celuje od lat. A przecież gotówkodawcy mogli sobie zażyczyć skakania przez mur, podawania nogi, wspólnego śpiewania z Jean-Michel Jarrem, czy nawet, kto wie, rajdu motorówką. Albo i picia wódki z ludźmi honoru.

Ale nic z tych rzeczy: chodziło tylko, by swą osobą usankcjonować praktyki pewnej szacownej firmy, która tak wiele dobrego zrobiła dla Polaków i pewnie, jeśli jej tylko pozwolić, zrobi jeszcze więcej. A Lech Wałęsa, cóż, w klapie obok Matki Boskiej znajdzie się pewnie jeszcze miejsce dla logo francuskiego hipermarketu. To by nawet do siebie w tym kontekście pasowało, wszak, co powtarzam nie od dziś, żyjemy w państwie godnym kaplic w hipermarketach.

Właściwie to zastanawia mnie tylko jedno. W naszym pięknym kraju nie brak autorytetów, dookreślanych epitetem „moralne”. Autorytety te nie szczędzą rąk i atramentu oraz papieru, gdy tylko komu w Polsce dzieje się krzywda, gdy zostanie popełniona gruba, polityczna niestosowność, czy wręcz – jak to miało miejsce ostatnimi laty – gdy narodowi zajrzał w oczy kaczofaszyzm. Autorytety moralne piszą i gardłują w zaciszu gabinetów oraz w salonach mediów czy jakichkolwiek innych placówek, na jakie zostały pchnięte. Z oczu wyziera im smutek i zgorszenie, pałają świętym (albo świeckim) oburzeniem i w ogóle spalają się w imię słusznych racji. Serca im biją jak dzwony i cały naród wie, że nie musi pytać, komu te dzwony tak biją, bo przecież właśnie jemu: czy to na trwogę, czy na zwycięstwo, czy na ochotę. Wówczas opinia publiczna popada w ekstazę, damy mdleją nad bezami i w ogóle wszystkim jest dobrze, a najlepiej tym, którzy żyją z tego bicia serc (bo przecież nie piany).

Co mnie zatem zastanawia? I nawet trochę smuci, bo pomimo złośliwości żal mi czasem tych naszych autorytetów moralnych i nawet tęsknię za takimi, których na kilometr nie czuć układzikami. Ano, myślę o tym, czemu nikt na poważnie nie podniósł kwestii, czy Wałęsie wypada pojawiać się w pewnych miejscach, fetować z niektórymi osobami, swoją obecnością uspokajać sumienia ludzi, którzy na to nie zasłużyli. Powiem więcej: czy wolno mu się sprzedawać za pieniądze, robić z siebie małpę w cyrku, dawać się wreszcie ośmieszać i wykorzystywać ludziom, którzy w dupie mają odpowiedzialność w biznesie, za to świetnie wiedzą co to public relations i ile zarobili, np. na głodowych pensjach swoich polskich pracownic i pracowników. Czy Lechowi Wałęsie, jeśli traktować jego mit serio (a przecież właśnie do tego przekonują nas autorytety), wolno było pojawić się w takim towarzystwie? I co się stało z etosem „Solidarności”, co się stało z tą demokratyczną ponoć, niepodległą Polską, co się stało z jej elitami, że nie ma komu wstawić się za rzeszą pracowników wszystkich hipermarketów, w których ostatecznie ugodziło zachowanie Wałęsy?

Przestrzeń publiczna potrzebuje symboli, czytelnych symboli, jasnej wizji tego, co dobre, co złe, co wypada, a czego czynić nie należy, jeśli się jest choćby kimś takim jak Lech Wałęsa, jeśli walczyło się kiedyś w imię klasy robotniczej, jeśli się z niej czerpało siły i od niej zyskiwało polityczny, społeczny mandat. I także ci wszyscy, którzy dziś, w 2007 roku, mogą czerpać korzyści z pracy pracowników najemnych, z fizycznej lub umysłowej słabo opłacanej pracy swoich podwładnych, by budować fortuny własne, swoich firm, instytucji i korporacji, którzy wreszcie mogą publicznie zabierać głos i robić za recenzentów rzeczywistości – niech pamiętają, że zawdzięczają to nie tylko swoim zdolnościom, ale czasom tamtej Solidarności i tym ludzkim masom, którym ona niegdyś dawała nadzieję.

Gdy zatem Lech Wałęsa na imprezie Carrefoura za grube pieniądze fraternizuje się z wyzyskiwaczami – to czy nie powinien zabrzmieć dzwon na trwogę? Może powinien. Tylko że dawno pękło w nim serce.

Grant, komfort, absurd

Przypomniała mi o tym radiowa Trójka – już po wyborach, a jeszcze przed tworzeniem nowego rządu, w senne niedzielne popołudnie, podczas którego nie wydarzało się tradycyjne w Polsce polityczne mordobicie. Wysłuchałam wiadomości – o tym, że 15 organizacji z Anglii stowarzyszyło się, żeby ratować las Sherwood. 180 hektarów starych dębów jeszcze zostało. Było więcej. 15 organizacji zaczyna więc akcję ratunkową. „Rzeczpospolita” podała tego samego dnia, że organizacje te „w grudniowym konkursie Wielkiej Loterii (BIG Lottery) chcą wygrać 50 mln funtów (70 mln euro) na ten cel. Loteria jest filią brytyjskiej Loterii Krajowej, sponsorującej wiele rozmaitych inicjatyw”.

Jeśli 15 organizacji nie wygra na loterii, napisze pewnie wspólny wniosek o grant do Unii Europejskiej w ramach jakiegoś lokalnego partnerstwa, pilnując terminów a także – o, to nawet najbardziej – formalnych wymogów właściwych wnioskom grantowym. Ten wniosek oceni kilkunastu lub kilkudziesięciu unijnych urzędników na różnych szczeblach: lokalnych, ponadlokalnych, regionalnych. Jeśli procedury zostaną spełnione, 15 organizacji być może dostanie unijny grant na ratowanie dębów, w cieniu których Robin Hood krył się przed zakusami niecnego Szeryfa. Tym samym za pieniądze podatnika z Langwedocji czy Katalonii uratujemy zapewne jakiś fragment starego angielskiego lasu. I wilk będzie syty, i Manchester City – jak mawia mój znajomy.

Tylko czy to ma sens?

Dlaczego nie zadbały o ten las jakieś – utrzymywane za pieniądze podatników – władze? Dlaczego nie zadbały o stworzenie prawa, które uniemożliwiałoby wycinanie starych dębów, skoro wiadomo, że trzeba je chronić?

Po co właściwie wybieramy sobie w Europie od paru setek lat posłów do parlamentów? Narodowych, a teraz i brukselskich? Czy nie po to właśnie, żeby dbali o dobro wspólne? Jeśli nie dbają – po co nam oni?

Zdaje się, że zbudowaliśmy i utrzymujemy system, który służy tylko działaniu tegoż systemu.

Godząc się na istnienie i finansowanie państw oraz na taki a nie inny system wyłaniania reprezentantów Narodów, tworzymy obywatelom komfortowe warunki do stowarzyszania się przeciwko nie-działaniom władz, które ci właśnie obywatele wybierają.

Czy to ma sens? To sensu nie ma.

Hmm, ale ja w tym żyję. Podobnie jak 15 angielskich organizacji, które zapewne za jakiś czas zasiądą do pisania wniosków o unijny grant. A także liczni wyborcy w krajach unijnych, którzy w słodkich przerwach między wyborami a tworzeniem rządów zwolnieni są z obowiązku przysłuchiwania się politycznym mordobiciom o różnym poziomie natężenia.

W pustej przestrzeni zawsze ma szanse pojawić się jakaś ożywcza myśl. Mnie – poraziła.

Co by z taką myślą zrobił Robin Hood?

Neofici-troglodyci

Neofici-troglodyci

Jest takie środowisko, które nosi nazwę Polska Partia Pracy, będące polityczną „wypustką” śląskiego związku zawodowego Sierpień 80. Szerszej publiczności PPP jest mało znana. Uważniejszym obserwatorom sceny politycznej kojarzy się z regularnym uzyskiwaniem wyników wyborczych poniżej 1%. Osobom jeszcze bardziej wnikliwym z tym, że w dwóch ostatnich wyborach – parlamentarnych i samorządowych – wystawiała kandydatów, o których kandydowaniu nie wiedzieli nawet oni sami (tak było w 2006 r. w woj. lubuskim, a niedawno na Opolszczyźnie). W ostatnim wyścigu wyborczym PPP dała się też poznać z innego krętactwa, tym razem w wielu okręgach wystawiając osoby o znanych nazwiskach, aby wyborca błędnie skojarzył je z kimś popularnym. Ten rodzaj żerowania na cudzej sławie i dorobku przybierał różne formy – od groteski, gdy kandydatka PPP na Podbeskidziu nazywała się Małysz, przez cwaniactwo, gdy listę tej partii w stolicy otwierał Borowski, po zwykłe, delikatnie mówiąc, sukinsyństwo, jak w Gdańsku, gdzie legendarnego lidera „Solidarności”, Andrzeja Gwiazdę, usiłował podrabiać lider listy PPP, Jarosław Gwiazda. Takich przypadków na listach PPP było w całym kraju kilkadziesiąt, a w większości z nich „znanego” kandydata przysłano z drugiego końca Polski, więc o żadnym przypadku nie ma tu mowy. Była to celowa strategia oparta na oszustwie i próbie manipulowania nastrojami wyborców. Tu i ówdzie zresztą przyniosła zamierzony efekt – najlepsze wyniki wśród ogólnie mizernego poparcia tej partii otrzymali w Krakowie niejaki Stanisław Ziobro (podrabiający wiadomo kogo), a w Katowicach – Klemens Uszok (żerujący na popularności prezydenta Katowic, Piotra Uszoka).

Takich „sukcesów” PPP ma na koncie jeszcze całkiem sporo. Na przykład od ponad roku wydaje, za pieniądze wspomnianego związku Sierpień ’80, gazetę „Trybuna Robotnicza” (nazwa zainspirowana – tak twierdzą wydawcy – tytułem bardzo zakłamanego dziennika, wydawanego pod patronatem PZPR przez prawie cały PRL), którą anonsowano jako „lewicowy tygodnik opinii”. Skończyło się na mizernej gazetce, której poziom przywodzi na myśl raczej „Fakt”. Z tą różnicą, że w „Fakcie” nie zdarzają się tak często błędy ortograficzne i co kilka numerów nie drukują czołobitnych wywiadów z własnym sponsorem (tym w TR jest Bogusław Ziętek, jako przewodniczący zarazem PPP, jak i Sierpnia ’80), a brukowiec choć brukowiec, to i tak doborem tematów i różnorodnością opinii przewyższa partyjny biuletyn. Ten rzekomy „tygodnik opinii” osiąga sprzedaż na poziomie „aż” kilku tysięcy egzemplarzy. Gdyby ktoś nie wiedział, to w kategorii tygodników ogólnopolskich taki poziom czytelnictwa wywołuje wyłącznie uśmiech politowania. Zasięg tego pisemka dobrze obrazują także wyniki jego inicjatyw. Gdy w wakacje „Trybuna Robotnicza” ogłosiła apel poparcia dla głośnego w całym kraju strajku pielęgniarek, popieranego przez grubo ponad połowę Polaków, uzbierała pod nim… 143 głosy.

Całe to towarzystwo nie byłoby warte zawracania sobie nim głowy, gdyby nie to, że mimo wyżej opisanych faktów i zagrywek (łatwych do sprawdzenia w epoce Internetu), uroiło sobie, iż ma prawo ferować wyroki i rozliczać wszystkie inne środowiska, oczywiście sugerując przy okazji, że samo jest bez skazy. Nie dość, że PPP i jej przybudówki namolnie autoreklamują się jako najprawdziwsza lewica w Polsce – na co machnąłbym ręką, bo takie przekomarzanie się jest dobre dla dzieci z piaskownicy – to w dodatku osoby z tego środowiska nie ustają w zarzucaniu innym organizacjom i pismom a to „tworzenia propisowskiej pseudolewicy”, a to „sprzedania się Samoobronie”, a to „sympatyzowania ze skrajną prawicą”. Abstrahując od szczegółów tego typu donosów, przeważnie kłamliwych lub przynajmniej opartych na manipulacji, obficie produkowanych przez ludzi związanych z PPP, można im odpowiedzieć: i kto to mówi?

Wszelkie dyskusje o „prawdziwości” czyjejś lewicowości, nonkonformizmie i niesprzedajności są najczęściej jałowe, znamionując postawy sekciarskie, paranoję lub brudne porachunki. Bywają też zasłoną dymną dla faktycznych postaw osób oskarżających. W Polsce w piętnowaniu innych środowisk za „faszyzm”, „współpracę z prawicą” itp. brylują osoby, które same, owszem, kolaborują. Tyle, że ze skrajnymi liberałami, służąc im jako psy gończe, mające atakować wszystkich tych, którzy zakwestionują interesy nie tyle niekonkretnych „wielkich koncernów” czy dobroczynne skutki „globalizacji”, lecz po imieniu nazwą negatywne zjawiska, decyzje i procesy zachodzące tutaj i teraz w interesie ich sponsorów. Ten radykalizm na pokaz przyjmuje postaci tak groteskowe, że nietrudno o parsknięcie śmiechem.

Chyba najbardziej dobitnym przykładem jest bardzo, ale to bardzo lewicowe i radykalne wydawnictwo Książka i Prasa. Na łamach kilku jego gazet możemy regularnie znaleźć tyrady przeciwko kapitalizmowi, peany na cześć rewolucji i partyzantek zbrojnych, laurki o Trockim i Guevarze oraz gromy ciskane na „prawicowych kolaborantów z wielkim kapitałem” itp. A zaraz obok tego wywiad z Aleksandrem Smolarem z Fundacji Batorego (trudno o bardziej symboliczną instytucję w kwestii promocji w Polsce neoliberalnego modelu), obrona Adama Michnika przed niesprawiedliwymi atakami „oszołomów” etc. Nasi niezwykle bojowi antykapitaliści przed ostatnimi wyborami promowali Lewicę i Demokratów, przekonując, że „LiD to hit” i że należy „pójść w LiD”.

Nic dziwnego, że ten straszliwie groźny radykalizm, te zajadle antykapitalistyczne tyrady, okraszone zdjęciami bojowników w kominiarkach i z karabinami, jakoś niespecjalnie budzą grozę na liberalnych salonach. A wręcz przeciwnie – owi pogromcy neoliberalizmu są regularnie promowani w „Gazecie Wyborczej” tuż obok hagiograficznych wywodów na temat Leszka Balcerowicza i jego „cudu” gospodarczego, a w głównej siedzibie SLD, dziś zjednoczonego z ex-Unią Wolności, kolportowane jest na dużą skalę ich super-wywrotowe pismo „Le Monde Diplomatique”.

Jak widać, licytowanie się w radykalizmie z takimi postaciami jest groteskowe. Oni są radykalni – tyle że w gębie. Przekomarzanie się z nimi w kwestii lewicowości jest jałowe, bo należałoby je prowadzić w konkurencji z ludźmi, którzy bardzo głośno krzyczą, ale nic poza tym nie robią. Czyli byłaby to dyskusja nie o efektywności, lecz o efektowności. Jako człowiek ceniący konkretną robotę, nie odczuwam potrzeby konkurowania z takim pajacowaniem. „Obywatela” od początku interesowało nie to, co ktoś opowiada, lecz co i jak robi. W efekcie popieraliśmy te inicjatywy i osoby, które podejmowały sensowne działania, nawet jeśli czyniły to pod niezbyt nam miłymi nazwami czy w imię niezbyt mądrych uzasadnień. Krytykowaliśmy też kierowanie się sloganami i etykietkami zamiast oceną realnych interesów i skutków.

Owszem, zdarzało się nam chwalić prawicę, gdy jej reprezentanci proponowali rozwiązania bardziej prospołeczne niż „lewicowcy” z SLD. Owszem, nasi ludzie publikowali w prasie prawicowej – tyle tylko, że głosili tam nie pochwały nieskrępowanego rynku czy nacjonalizmu, lecz przeciwnie, wskazywali na wady takich poglądów. Owszem, odcinaliśmy się niejednokrotnie od kurczowego trzymania się podziału na lewicę i prawicę, gdyż uważamy, że ważniejsze od koloru sztandarów są rzeczywiste czyny i decyzje, a w polskich realiach ten podział jest tym bardziej fałszywy, że „lewicę” reprezentują u nas byli SB-cy i kapusie, cyniczni milionerzy pokroju Urbana czy zwolennicy podatku liniowego w stylu Leszka Millera. Ani się tego nie wstydzimy, ani nie wypieramy – owszem, wolimy Zbigniewa Romaszewskiego niż generała Kiszczaka, podobnie jak Andrzeja Gwiazdę niż Jacka Kuronia, bo to ludzie Kiszczaka strzelali do strajkujących robotników z ostrej broni, a ludzie Kuronia zafundowali Polsce skrajny liberalizm gospodarczy, nierówności społeczne i kilka milionów bezrobotnych. I nie zmienią tego faktu żadne donosy o „wysługiwaniu się prawicy” czy „ciągotkach faszystowskich”, obficie produkowane przez naszych „przyjaciół” siedzących w kieszeni Agora SA i SLD.

Jednak o ile zarówno my, jak i wiele innych środowisk może spokojnie znosić takie zagrywki i głupkowate oskarżenia ze strony „prawdziwej lewicy” opłacanej przez neoliberałów, o tyle w przypadku, gdy zaczynają się tym zajmować najmniej odpowiedni ludzie, warto powiedzieć kilka słów. A do tych ludzi należy wspomniana Polska Partia Pracy, która szczególnie groteskowo wygląda w roli arbitra oceniającego czyjąś lewicowość. Wystarczy przypomnieć kilka łatwych do sprawdzenia faktów – dziś bardzo starannie przemilczanych przez liderów PPP – aby stwierdzić, że kto jak kto, ale właśnie oni powinni milczeć jak grób w kwestii oskarżeń i podejrzeń o „wysługiwanie się prawicy”, „faszyzm”, „współpracę z Samoobroną, skompromitowaną udziałem w prawicowej koalicji” itp. Gdyby bowiem ich samych zacząć z tego rozliczać, to przy odrobinie honoru i uczciwości powinni popełnić zbiorowe harakiri.

Zobaczmy, jak wygląda „konsekwentna lewicowość” Polskiej Partii Pracy. Skąd się w ogóle wzięło to ugrupowanie? Powstało w roku 2001 na bazie ówczesnej koalicji wyborczej „Alternatywa”. W skład „Alternatywy” oprócz związku zawodowego Sierpień ’80 (liderzy Daniel Podrzycki i Bogusław Ziętek) wchodziły m.in. takie „lewicowe” ugrupowania, jak KPN-Ojczyzna, Narodowe Odrodzenie Polski (NOP) oraz część Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego (grupa rozłamowa, reprezentująca głównie prawe, „radiomaryjne” skrzydło partii). Była to prawica, przy której PiS to formacja centrowa. O NOP wystarczy powiedzieć, że to ugrupowanie odwołuje się wprost do tradycji przedwojennej „Falangi”, pochwalało apartheid, regularnie publikuje w swoich czasopismach wywody Davida Irvinga i było wydawcą pierwszej w Polsce książki negującej zagładę Żydów, jej skalę i metody hitlerowców – była to pozycja pod wymownym tytułem „Mit holocaustu”.

Dla liderów Sierpnia ’80 nie był to bynajmniej pierwszy taki sojusz. Rok wcześniej, przy okazji wyborów prezydenckich, poparli oni generała Tadeusza Wileckiego, kandydata Stronnictwa Narodowego, które kilka miesięcy później było głównym konstruktorem Ligi Polskich Rodzin. Ich sojusznikiem w manewrach zmierzających do stworzenia ugrupowania ponoć „konsekwentnie lewicowego”, był Mariusz Olszewski. W roku 1997 został on posłem z listy AWS, rekomendowanym przez ZChN. Odszedł z AWS i jako bardzo bliski współpracownik Jana Łopuszańskiego utworzył Koło Poselskie Porozumienia Polskiego, a następnie z KPN-owcami współtworzył Klub Parlamentarny Alternatywa. Był bardzo aktywnym parlamentarzystą, z trybuny sejmowej kilkakrotnie stając w obronie Radia Maryja.

Klub Parlamentarny Alternatywa w sojuszu z Sierpniem ’80 szukał sojuszników nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Jednego z nich znalazł we Francji. Był to Front Narodowy Jean-Marie Le Pena, czyli ugrupowanie, które „prawdziwa lewica” od zawsze nazywa rasistowskim i neofaszystowskim. Kontakty były owocne – wiosną 2001 r. przybył do Polski zastępca Le Pena w FN, Bruno Gollnisch. Spotkał się właśnie z posłami Alternatywy oraz z liderami Sierpnia ’80, którzy podejmowali go z honorami. Entuzjastyczna relacja z wizyty ukazała się w czasopiśmie tego związku – „Kurierze Związkowym”. Czytamy tam: „Trzeba mieć nadzieję, że spotkania takie jak z profesorem Bruno Gollnischem w KWK Wujek ugruntuje wśród społeczeństwa Polskiego przekonanie, że myślenie o własnym narodowym interesie i zachowaniu politycznej oraz gospodarczej suwerenności, nie jest odosobnione. Jest tylko skutecznie zagłuszane przez realizujące ponadnarodowe interesy, euroentuzjastycznie nastawione media”. Wkrótce nastąpiła rewizyta – tym razem Sierpień ’80 wysłał delegację umundurowanych górników na demonstrację Frontu Narodowego w Paryżu. Zaiste lewicowa wycieczka.

Czy to wszystko przeszkodziło „antyfaszystom” i „prawdziwym lewicowcom” we współpracy z Sierpniem ’80 i PPP? Ależ skąd. Ludzie zwykle tropiący „kolaborację z faszystami” do siódmego pokolenia wstecz, tym razem doznali nagłej amnezji. Sojusznicy Le Pena i NOP-u doznają cudownej metamorfozy po wyborczej porażce i ze skrajnej prawicy idą na skrajną lewicę. A ta, choć zapalona w tropieniu faszyzmu i „faszyzmu”, nigdy nie wybaczająca nawet najmniejszych przejawów współpracy z prawicą, tym razem momentalnie zapomina, wybacza i przemilcza to, co zwykle powoduje u niej ogrom histerii, rozliczeń i oburzeń. Choć związki Ziętka i spółki ze skrajną prawicą były jawne i silne jeszcze w latach 2001-2002, to już w 2005 do PPP i Sierpnia ’80 na całego lgnie radykalna lewica. Laurki na cześć tych formacji publikuje portal lewica.pl, współpracuje z nimi lewicowo-radykalny związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza, liderzy świeżo nawróconej lewicy są wychwalani przez „kawiorową lewicę” stołeczną, niemal wszystkie środowiska mikrolewicy i wielu znanych „antyfaszystów” (szczególnie warszawscy, wrocławscy, poznańscy i górnośląscy) paradują bez wahania i zażenowania u boku szefa PPP i Sierpnia ’80 Ziętka oraz jego zastępcy Olszewskiego. Gdy nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Ze związkowej kasy, hojnie sypane inicjatywom mikrolewicy. Drobiazgowy „antyfaszyzm”, podobno stanowiący sedno światopoglądu tych ludzi, przehandlowano momentalnie.

Do tej kolekcji „konsekwentnie lewicowych” faktów warto dołożyć kolejną ciekawostkę personalną. Otóż niejaki Zbigniew Marcin Kowalewski, jeden z „mózgów” PPP i czołowy publicysta polskiej edycji „Le Monde Diplomatique”, równie chętnie rozliczający inne grupy i osoby z niedostatecznej lewicowości oraz z rzekomej kryptoprawicowości, też dziwnym trafem ma słabość do bardzo specyficznych poszukiwań ideowych. Wymieńmy tylko dwa najbardziej znamienne przykłady. Już kilkanaście lat temu promował on kuriozalną tezę, że ukraińska zbrojna formacja nacjonalistyczna, UPA, ewoluowała w pozytywną stronę „rewolucyjnego nacjonalizmu”, a wręcz stanowiła dobry punkt wyjścia do działań o charakterze lewicowym. Na łamach trockistowskiego pisma „Dalej!” pisał o tej formacji: „/…/ doszedłem do wniosku, że UPA była bardzo typowym ruchem narodowowyzwoleńczym. Przez 45 lat każdemu, kto usiłowałby dochodzić prawdy o UPA groziło zmiażdżenie przez państwowy aparat (nie tylko) ideologiczny pod zarzutem, że stara się rehabilitować lub gloryfikować kolaborantów reżymu hitlerowskiego. Oswoiłem się z tą groźbą do tego stopnia, że zarzut ten nie robi już na mnie żadnego wrażenia”. Odważny lewicowiec Kowalewski za nic miał zatem powszechnie znane fakty, jak uprzednia kolaboracja części twórców UPA z hitlerowcami, wcześniejsza przynależność części członków UPA do dywizji SS-Galizien, antysemityzm, zaawansowany szowinizm itp.

Takie wywody wywołały wówczas oburzenie prof. Ludwika Hassa, nestora polskiego trockizmu, byłego więźnia stalinowskich gułagów, który zaprotestował przeciwko tak jednostronnemu „odkłamywaniu” historii UPA. Kowalewski nadal trwał przy swoich fascynacjach, a w polemice z prof. Hassem przywołał inny bardzo wymowny wzór do naśladowania. Oprócz rehabilitacji „narodowowyzwoleńczej” UPA, lewica powinna jego zdaniem zrozumieć fenomen „czarnego nacjonalizmu”, reprezentowanego przez amerykańską formację Naród Islamu (Nation of Islam). Kowalewski zaczął bowiem promować w latach 90. właśnie tzw. czarny nacjonalizm. Jego zdaniem, potężną i obiecującą siłą antykapitalistyczną w USA są Afroamerykanie. Kowalewski w jednej ze swoich broszur nie omieszkał w całkiem pozytywnym świetle zaprezentować jednego z czołowych działaczy murzyńskiego nacjonalizmu, Louisa Farrakhana. Jest to lider wspomnianego Narodu Islamu – sekty religijno-politycznej, skupiającej głównie Czarnych z uboższych warstw społecznych. W obszernym wywodzie Kowalewskiego można co prawda znaleźć drobne wzmianki o antysemityzmie Farrakhana, ale giną one wśród długich wywodów o tym, jaką dobrą robotę on i Naród Islamu robią wśród murzyńskiej młodzieży i kierują ją ku rewolucji antykapitalistycznej. Tymczasem Farrakhan jest znany z tak kuriozalnych wypowiedzi, jak np. taka, że Żydzi to „krwiopijcy, prosto z synagogi Szatana, z religią z rynsztoka”, „Żydzi opanowali handel niewolnikami i wstrzykują czarnym niemowlętom AIDS” itp. Nation of Islam wierzy też w „żydowski spisek” – organizacja ta prowadziła w amerykańskich campusach kolportaż „Protokołów Mędrców Syjonu”, opatrzonych agresywnym antysemickim komentarzem.

Na końcu wyliczanki weźmy na tapetę jeszcze jeden wątek. Otóż ludzie związani z PPP bardzo ostro skrytykowali niedawno sojusz z Samoobroną, jaki zawarła część ugrupowań lewicowych pod wodzą Piotra Ikonowicza. W swojej krytyce twierdzili oni, że Samoobrona po pierwsze nie jest lewicowa, a po drugie – skompromitowała się wspólnymi rządami z prawicą. „Zapomnieli” jednak wspomnieć, że liderzy Sierpnia ’80 już kiedyś chętnie dogadywali się z nielewicową Samoobroną. W roku 2000 wraz z Samoobroną i wspomnianym gen. Wileckim, Sierpień 80 utworzył Blok Ludowo-Narodowy, który jednak szybko się rozpadł wskutek wybujałych ambicji personalnych liderów każdej z grup go tworzących. „Zapomnieli” też dodać, że zanim Ikonowicz zdecydował się na sojusz z Lepperem, oni sami prowadzili z Samoobroną rozmowy na temat wspólnego startu w wyborach 2007. Do zgody nie doszło, gdyż – jak powiedział mi jeden z czołowych polityków Samoobrony, biorący w tych rozmowach bezpośredni udział – PPP zażądała zbyt wielu „dobrych” miejsc na wspólnych listach. Gdy Samoobrona, prowadząca rozmowy z kilkoma środowiskami radykalnej lewicy, porozumiała się z Ikonowiczem, wówczas ludzie z PPP przypuścili na niego zajadły atak.

Jak wspomniałem, licytowanie się w tym, kto jest najprawdziwszą i najbardziej konsekwentną lewicą, uważam za pozbawione sensu. Nie uważam też, że fiksacja na punkcie „czystości ideologicznej” to cecha godna kultywowania. Pamiętam, że liderzy Sierpnia ‘80 nie tylko paradowali z zastępcą Le Pena, ale także dzielnie bronili interesów pracowników w różnych zakładach. Nie przeszkadza mi, że ktoś domagał się z trybuny sejmowej traktowania Radia Maryja nie gorzej niż innych rozgłośni, bo to zarówno uczciwe, jak i rozsądne (można RM krytykować za różne rzeczy, ale nie należy zapominać, że to jedno z niewielu dużych mediów, które miało odwagę ukazać także ciemne strony liberalizmu gospodarczego i podważyć fałszywą propagandę sukcesu, towarzyszącą polskiej transformacji). Nie przeszkadza mi również współpraca z Janem Łopuszańskim, bo mimo oczywistych różnic ideologicznych pamiętam, że jako jeden z niewielu posłów miał on odwagę głosować przeciwko poparciu Polski dla barbarzyńskich bombardowań Serbii przez NATO. Nie uważam, by współpraca z KPN-em stanowiła grzech śmiertelny, gdyż była to formacja antyliberalna gospodarczo, a sojusz z nią pokazuje właśnie, jak kalekie i fałszywe jest bezmyślne posługiwanie się etykietkami lewicy i prawicy. Nie mam nic przeciwko poszukiwaniom ideowym, nieszablonowym pomysłom i postawom, a wręcz wielokrotnie do nich zachęcałem, bo na tym polega wolność przekonań i słowa, a takie postawy prowadzą do wypracowania nowych rozwiązań zamiast bezmyślnego powtarzania dawno zużytych dogmatów i sekciarskich formułek. Jestem też w stanie zrozumieć, że liderzy związku zawodowego – oraz każdy inny człowiek – mogą błądzić i niejednokrotnie mylić w swoich ocenach i sojuszach, co nie przekreśla ich raz na zawsze. A wreszcie – uważam, że ludzie mają prawo do zmiany poglądów i postaw, i że nie należy w nieskończoność wypominać im błędów z przeszłości.

Ale trzeba pamiętać o jednym. Otóż jeśli tacy ludzie chcą, żeby ich traktować właśnie po ludzku, bez zaciekłości i pamiętliwości, to oni sami powinni innych traktować w identyczny sposób. Jeśli natomiast ekipa z byłymi posłami AWS-u w składzie zaczyna rozliczać kogoś z „kolaboracji z prawicą”, jeśli niedawny sojusznik NOP-u i Le Pena oskarża innych o ciągoty faszystowskie, jeśli niedoszły koalicjant Samoobrony traktuje kilka tygodni później sojusz z tą partią jako zdradę i skandal, jeśli ktoś, kto wybielał UPA i promował Farrakhana zaczyna węszyć u innych „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne” – to warto sprowadzić go na ziemię, a innym przypomnieć to i owo.

Bo można od biedy znieść zapał neofity – nie należy natomiast pokornie znosić wybryków troglodyty.

Remigiusz Okraska

Post scriptum z roku 2019: Polska Partia Pracy uległa rozwiązaniu w roku 2017. W wywiadzie „pośmiertnym” jej lider Bogusław Ziętek zrobił psikusa liberalno-lewicowym „antyfaszystom” i pochwalił politykę PiS.

Potęga złudzenia

Jedną z ulubionych książek rodzimych antykomunistów, „Opium intelektualistów” Raymonda Arona, otwierają dwa cytaty. Karol Marks: „Religia jest westchnieniem istoty przygniecionej nieszczęściem, duszą świata bez serca, tak jak jest duchem epoki bez ducha. Jest opium dla ludu”. Simone Weil: „Marksizm nie jest niczym innym niż religią, w najbardziej nieczystym sensie tego słowa. Ma on w szczególności tę cechę wspólną z wszelkimi niższymi formami życia religijnego, że używa go stale, według jakże słusznego wyrażenia Marksa, jako opium dla ludu”.

Ideologia jest perwersyjną wersją religii. W porządku ziemskim obiecuje to wszystko, co judaistyczna/chrześcijańska ortodoksja zastrzega dla rzeczywistości nadprzyrodzonej. Unicestwienie zła, jego ostateczne odrzucenie i zapomnienie przez rodzaj ludzki – oto pilnie strzeżona tajemnica, którą komunizm zamierzał wydrzeć religii. I tu objawia się potęga złudzenia, której zwykle nie jest w stanie sprostać nawet potęga smaku: człowiek poddany rygorom ideologii traktuje rzeczywistość jako niemal doskonale modalną. Jeśli teraźniejszość nie może sprostać przyjętym kryteriom, to przyszłość jawi się jako ich niekwestionowalne spełnienie. Wyznawca jest przekonany (choć przekonanie to przynależy bardziej do porządku wiary, niż tego, co określamy mianem „naukowej pewności”), że świat, jaki postrzega, zło jakie się w nim dokonuje, niewspółmierność tego, co głosi z tym, co istnieje – może już tu znaleźć ostateczne wytłumaczenie. Słowo może stać się ciałem, choć ciało doznaje straszliwych katuszy; katuszy, które potrafi wymienić dziś każdy sztubak.

Złudzenie jest także kategorią historyczną. Bodaj jedną z najpoważniejszych. Stąd dziejowa amnezja tych, którzy – opisując komunizm w perspektywie mitologii narodowej – zatrzymują się na pejoratywnych opisach, zamykających akces doń w określeniach „zdrada”, „podłość” czy „głupota”. Te epitety są jednak w większości przypadków rzutowaniem w przeszłość własnych namiętności ideowych/politycznych. Bynajmniej, nie znaczy to, że są one gorsze (czy lepsze) od namiętności tych, którzy przed dziesięcioleciami opowiedzieli się za (sowieckim) komunizmem. Są jednak znacznie bardziej nudne, konformistyczne, bezpieczne, lecz mają tę wzniosłą legitymację moralną, która ich zwolennikom pozwala stawiać się w jednym szeregu z Kardynałem Stefanem Wyszyńskim i księdzem Jerzym Popiełuszko.

Oczywiście, trudno za pomocą stricte racjonalnych argumentów pojąć, z jakich przyczyn dla wcale znacznej części wschodnich Europejczyków (Polaków, Niemców, Żydów, Rosjan) wcielany w życie komunizm okazał się tak atrakcyjną propozycją. Bodaj każdy z tych piewców sowieckiej rzeczywistości mógł przy odrobinie intelektualnego wysiłku dowiedzieć się z pewnych źródeł, co dzieje się w „ojczyźnie światowego proletariatu”. Zaś ci, co byli najbliżej, którzy w sercu i pamięci mieli smak Rosji, okrutnej, a przecież o wiele łagodniejszej niż sowiecka, mieli pewność zupełną co do wydarzeń rozgrywających się za wschodnią granicą. A mimo to wszyscy oni mieli nadzieję. Mieli wiarę. Mieli miłość. Z tych trzech największa była wiara: w wypełnienie dziejowej sprawiedliwości, w historiozoficzne usprawiedliwienie świata, który oczom niewtajemniczonych wydawał się okrutny i bezrozumny. Ale czy to, co uchodzi za głupstwo dla świata, nie jest mądrością w oczach Historii?

Nazwijmy to raz jeszcze potęgą złudzenia, któremu siły przydawał katastroficzny nastrój epoki. I ogromne wyczucie krzywdy ludzkiej, straszliwej dysproporcji między światem i warunkami życia bogatych i biednych, nędzy, która dziś jest już dla nas niepojęta jako powszedni sposób życia całych społeczności. I niechęć do sanacyjnej Polski, jej instytucji i praw, jej niczym nie usprawiedliwionego triumfalizmu wobec rozszalałych żywiołów. Akces wielu młodych inteligentów był odruchem moralnego sprzeciwu wobec zastanej rzeczywistości, sprzeciwu opartego na ideologii, której dobrodziejstwa miały się okazać wysoce problematyczne i tragiczne. Był też oznaką, o czym mówią wprost świadkowie epoki, wykorzenienia albo wyobcowania z poczucia lojalności narodowej, kulturowego braku utożsamienia z Polską oficerów, kleru i mieszczan. Czekali zatem na dzień gniewu, który musiał nadejść i tak czy inaczej stać się zaczątkiem nowego świata. Ale gdy mit przestaje być możliwością i przepoczwarza się w realną politykę, wówczas poddani potędze złudzenia chcąc nie chcąc stają się odpowiedzialni za swoje wybory. A ubóstwiona Historia nie wstawia się za swoimi wyznawcami – roztapia się w banalności zła i dobra.

Dlaczego felieton na tak oklepany temat? Komunizm, antykomunizm, opowieści starszych państwa i młodych narwańców na usługach polityki historycznej – to wszystko już znamy, jesteśmy za lub przeciw. Ale co zrozumieliśmy z potęgi złudzenia? Ono jest treścią każdej ideologii, jest także treścią demokratycznej polityki, przyczyną sprawczą wydarzeń, moralnym usprawiedliwieniem działań, a także warunkiem sine qua non tego, co zwie się pragmatyzmem. Dlaczego tak jest? Bo polityka, jaką znamy, choć wydaje się tylko cieniem minionych potęg, jest świetnie zamaskowanym dziełem propagandy, mitem o jedności, pokoju i dobrobycie. Owszem, ma swoich kontestatorów i zaprzańców, ale także oni są skazani na własne złudzenia. A rzeczywistość? Powstaje jako starcie wielu iluzji, nieustający, wciąż korygowany kompromis między zakładnikami złudzeń.

Oczywiście, bardzo nieprzyjemna jest ta myśl, żeśmy tylko narzędziami fantasmagorii. I dość nieprawdopodobna wobec gęstej sieci wydarzeń, instytucji, ludzkich zachowań, zwanych rzeczywistością. Trudna do przyjęcia ze względu na ludzką wolność, godność, odpowiedzialność za własne czyny. I może to jest najdziwniejsze i najstraszliwsze na tym świecie, który św. Augustyn określał mianem „krainy, gdzie wszystko jest inaczej”: ponosimy odpowiedzialność za własne i cudze złudzenia, niczym za zerwanie owocu z drzewa poznania dobrego i złego. Lecz kto nie pozna złudzeń, zawsze będzie dzieckiem.