Liberalizm Kalego

Pastwienie się nad prymitywizmem myślenia neoliberalnego nie należy do zajęć twórczych ani ciekawych. Prostactwo tej wizji uderza w ogóle, a szczególnie w wykonaniu najbardziej aktywnych pracowników wolnorynkowego pionu propagandowego. Człowiek obcujący z wywodami prof. Winieckiego czy Witolda Gadomskiego ma poczucie, że poglądy neoliberalne zajmują szczytowe miejsce na podium fanatyzmu i braku autorefleksji, konkurując chyba tylko z ortodoksyjnym komunizmem. Jak mawia Ryszard Bugaj, w przypadku głosicieli takich poglądów odczuwamy wrażenie, że mają oni „bezpośredni kontakt z Historią” – to znaczy wiedzą, jak ten świat został raz na zawsze poukładany, co się stanie, jakie powinny być żelazne reguły postępowania zawsze i wszędzie. Na wątpliwości nie ma u nich miejsca.

Gdyby nie ogromna forsa, jaką beneficjenci tego absurdalnego systemu wydają na autopromocję – wszak „wolne” i „niezależne” media liberalne żyją głównie z reklam wielkich firm, więc nie podważą nigdy na serio ich interesów – mało kto byłby w stanie uwierzyć w te bajki. Liberałowie są przekonani, że ich poglądy są logiczne, naukowe i zdroworozsądkowe, lecz jednocześnie nie mogą zrozumieć, że gdyby takie faktycznie były, to nie istniałyby tak wielkie rzesze ludzi wątpiących w owe „oczywistości”.

Bywają jednak sytuacje, w których propaganda liberalna osiąga tak wysoki poziom absurdu, że staje się swoim zaprzeczeniem. Niedawno znalazłem właśnie coś takiego. Oto w „Rzeczpospolitej” z 18 września, w dziale ekonomicznym, tuż obok siebie zamieszczono dwie niepowiązane informacje. Po „sklejeniu” w jedną całość stanowią wymowny przykład fałszywości liberalnej wizji gospodarki i społeczeństwa.

Pierwsza dotyczy państwowych dotacji dla górnictwa. Nietrudno zgadnąć, jaka jest poetyka artykułu. Dowiadujemy się, że znów władowano w te okropne kopalnie mnóstwo budżetowych pieniędzy. Czytamy, że „Spółki węglowe dostaną w najbliższych siedmiu latach prawie 2,7 mld zł wsparcia z budżetu. Dotychczas państwo wpompowało już w nie ok. 42 mld złotych. Dodatkowe miliardy dla spółek węglowych to efekt hojności posłów i senatorów, którzy przegłosowali pomoc zapisaną w ustawie o strategii dla górnictwa na lata 2007-2015”. Oprócz tego mamy oklepane zwroty i opinie: „nieustanne dopłaty”, „stare, tradycyjne górnictwo”, „dopłacać będziemy miliardy złotych” itp. Nic nowego – o górnictwie wszystkie „obiektywne” media trąbią od lat to samo.

Tuż obok tej połajanki pod adresem „budżetożernego” górnictwa zamieszczono inny tekst. Czytamy w nim: „27 mln zł dotacji z budżetu dostanie koncern Toshiba, który zbudował fabrykę na Dolnym Śląsku. Łączna wartość pomocy publicznej dla tej inwestycji sięgnie 84 mln zł”. Tym razem ton tekstu jest diametralnie różny. To już nie jest górnictwo – przestarzałe, niepotrzebne, nierentowne. To przyszłościowa, nowoczesna i dochodowa branża – produkcja telewizorów. Ani słowa potępienia pod adresem budżetowego rozdawnictwa. Wręcz przeciwnie, autor tekstu uspokaja nas, cytując wypowiedź ministra gospodarki: „Całość pomocy ma się zwrócić w ciągu trzech lat”.

Liberalizm jest podobny do przysłowiowej łaski pańskiej, która na pstrym koniu jeździ. To samo zjawisko ocenia on całkiem różnie. Rozdawnictwo budżetowych środków jest złe, gdy wspiera państwowe kopalnie. Jest natomiast dobre, gdy pieniądze trafiają do zagranicznego koncernu. Autorzy i redaktorzy nie mają nawet cienia wątpliwości, nie widzą sprzeczności, nie próbują się zastanowić nad zupełnym brakiem logiki tych wywodów. Chcą, by państwo nie dało ani grosza na „niesłuszne” przedsięwzięcia gospodarcze, wspierało zaś hojnie te „słuszne”. Słuszne są prywatne i zagraniczne. Niesłuszne – państwowe i polskie.

Tu pozwolę sobie na dygresję. Otóż doskonale wiem, że „prawdziwy” liberalizm oznacza brak jakichkolwiek dotacji – zarówno dla Toshiby, jak i dla górnictwa. Tak jest w teorii, czy raczej w utopii. Takiego liberalizmu świat bowiem nigdy nie widział na większą skalę (a może raczej widział, ale w epoce jaskiniowej i plemiennej) i ma on tyle wspólnego z rzeczywistością, co rajskie wizje komunizmu Marksa z ponurym „realnym socjalizmem” ZSRR. Liberalizm w praktyce oznacza właśnie nie rezygnację z dotacji w ogóle, lecz wspieranie wybrańców, którymi zawsze okazuje się wielki prywatny biznes.

Na pierwszy rzut oka wszystko jest tu rozsądne. Kopalnie wydają się przestarzałe, nierzadko przynoszą straty finansowe, wydatki na nie są znaczne. Fabryka telewizorów jest nowoczesna, będzie rentowna, a dotację otrzyma stosunkowo niewielką. Ale czy aby na pewno tak to wygląda? Owszem, kopalnie dostały na przestrzeni kilkunastu lat około 40 miliardów złotych – Toshiba w ciągu trzech lat otrzyma 84 miliony. Różnica, zdawałoby się, kolosalna. Perspektywa zmienia się, gdy weźmiemy pod uwagę inne wskaźniki. Otóż w fabryce telewizorów pracuje około 700 ludzi, planowane jest zwiększenie tej liczby do tysiąca. Tymczasem kopalnie zatrudniają obecnie mniej więcej 120 tysięcy osób. Czyli około 120 razy więcej niż Toshiba. Podobnie jest z zatrudnieniem u kooperantów i dostawców – tu górnictwo znów daje utrzymanie znacznie większej liczbie osób. Idąc dalej, nieporównywalne są również przychody budżetu z obu źródeł. Milczeniem pomija się bowiem fakt, że nierentowne kopalnie płacą podatki dokładnie tak samo, jak rentowne prywatne firmy, a nawet rzadziej niż tamte korzystają z rozmaitych ulg i zwolnień fiskalnych. W każdym razie, budżet otrzymuje od górników znacznie więcej podatków niż od TV-Japończyków.

To nie koniec. Weźmy pod uwagę wizję krachu obu porównywanych podmiotów. Likwidacja fabryki Toshiby, choć dotkliwa dla okolicy, oznacza kłopoty raptem kilku tysięcy osób (pracownicy, kooperanci i ich rodziny). Nawet w regionie o trudnej sytuacji ekonomicznej jest to grupa, która ma szansę odbić się od dna. Wyobraźmy sobie natomiast likwidację kopalń. Oznacza to, że w jednym województwie pracę traci 120 tysięcy osób, do tego kooperanci i rodziny – razem ogromna rzesza ludzi. Nawet w regionie prężnym ekonomicznie oznacza to wielkie problemy nie tylko gospodarcze, ale i społeczne. Nagle placówki handlowe i usługowe tracą wiele tysięcy klientów dysponujących pensjami. Pojawiają się zaległości w opłatach za mieszkanie, prąd i gaz – mniej przychodów mają więc spółdzielnie mieszkaniowe i firmy. Nagle placówki pomocy społecznej zyskują wiele tysięcy podopiecznych, nie mających za co żyć. W ślad za bezrobociem i niepewnością (szukanie nowej pracy, niemożność spłaty kredytów itp.) pojawiają się, jak zwykle w takich sytuacjach, różnorakie patologie społeczne. Więcej jest przestępstw, należy zatem zwiększyć środki dla policji. Ludzie biedni i znerwicowani częściej chorują, trzeba więc podnieść nakłady na służbę zdrowia. W obiegu „prywatnym” jest mniej gotówki, za to budżet musi wyłożyć jej więcej, choć najpierw traci część wpływów podatkowych z powodu zamknięcia kopalń.

To nie koniec problemów nasuwających się w efekcie porównania Toshiby i kopalń. Owszem, można powiedzieć, że górnictwo nie należy do branż nowoczesnych. Nawet sam jego wizerunek raczej odpycha niż budzi zaufanie – brud, czerń, nie to co nowoczesne i sterylnie czyste hale fabryki telewizorów, zbudowane z plastiku, szkła i aluminium. Ale górnictwo polskie jest, wbrew mitom, całkiem niezłe w skali światowej z punktu widzenia stosowanych technologii, dzięki czemu zresztą jest stosunkowo bezpieczne w porównaniu z kopalniami w wielu krajach. Co więcej, towarzyszy mu rozbudowana infrastruktura – to setki trwałych budynków, kilometry rur z gazem i wodą, linie przesyłowe prądu, bocznice kolejowe, drogi samochodowe itp. Górnictwo jest inwestycją o „twardym” charakterze – jego dotowanie oznacza wydatki na wieloletnią substancję przemysłowo-techniczną, która współtworzy ogólną infrastrukturę regionu. Fabryka telewizorów to natomiast „miękka” inwestycja – kilka hal z prefabrykatów, postawionych w pośpiechu na terenie elementarnie przygotowanym do tego celu. Nie oznacza ona żadnego szerzej pojętego rozwoju danego miejsca. Dziś jest – jutro może jej nie być. Budżetowe pieniądze wydane na kopalnie wiążą się z inwestowaniem w wieloletni potencjał gospodarczy regionu i jego zaplecze techniczne. Mamy pewność, że w dowolnej chwili, w przypadku zmniejszenia koniunktury, nikt tego wszystkiego nie zlikwiduje w kilka miesięcy i nie wywiezie TIR-ami choćby na Ukrainę czy do Turcji, bo tam będą niższe koszty pracy czy większy rynek zbytu. Natomiast dotując z budżetu fabrykę telewizorów, wspieramy de facto wielką niewiadomą i coś zupełnie nietrwałego.

Idźmy dalej i porównajmy znaczenie obu dotowanych podmiotów dla całokształtu życia gospodarczego i społecznego w Polsce. Czy to się komuś podoba, czy nie, górnictwo stanowi główne zaplecze energetyczne kraju. I co więcej, nie widać dla niego realnej alternatywy. Zasoby ropy i gazu ziemnego kurczą się w skali światowej w szybkim tempie, ich ceny wciąż rosną. W dodatku oba te surowce energetyczne w przeważającej mierze musimy importować, będąc w efekcie uzależnionymi od rozmaitych kaprysów dostawców, a gdy w grę wchodzi także polityka – od gry interesów i ścierających się wpływów. Posiadanie znacznych złóż węgla i możliwości wydobywczych oznacza większe bezpieczeństwo energetyczne, co przekłada się na fundamenty życia każdego obywatela: zapewnienie dostaw prądu dla mieszkań i gmachów publicznych, produkcję energii dla gospodarki i wiele innych elementarnych potrzeb. Wystarczy sobie wyobrazić sytuację, w której górnictwa w Polsce nie ma, ogromne dodatkowe kwoty musimy przeznaczyć na zakup ropy i gazu, których dostawca – Rosja, postanawia nas szantażować, a ceny na rynku światowym idą znacznie w górę z powodu jakiegokolwiek kryzysu na Bliskim Wschodzie. Węgiel nie jest pierwszym lepszym surowcem, który można w dowolnej chwili zastąpić w równie dowolnej ilości czymś innym, bez narażania się na dodatkowe koszty, kłopoty i ryzyko perturbacji. Nie można go też łatwo w dowolnej chwili zacząć wydobywać „od nowa” – budowa nowej lub rozruch starej kopalni to ogromny wydatek, a wydajne, wykwalifikowane i doświadczone zastępy górników nie spadną z nieba na zawołanie. Tymczasem telewizory nie są ani produktem kluczowym dla trwania społeczeństwa, ani nie ma problemu z ich zakupem w dowolnej ilości za granicą po zwykłej, nie wywindowanej cenie, podobnie jak nie ma żadnych kłopotów z szybkim wybudowaniem nowej fabryki sprzętu RTV.

Kolejny wątek całej sprawy dotyczy kwestii własności i ukierunkowania dotacji. Pieniądze w budżecie pochodzą głównie z podatków płaconych przez obywateli Polski. Ci obywatele, co oczywiste, tworzą i finansują państwo po to, by dbało o wspólne dobro. Cóż dziwnego czy złego zatem w tym, że polskie państwo wspiera finansowo polskie państwowe kopalnie? Co więcej, można się zastanowić, dlaczego to samo państwo wspiera prywatny japoński biznes. Od biedy można uznać, że to ostatnie wsparcie uzasadnione jest zatrudnieniem w fabryce Toshiby kilkuset obywateli Polski. Jednak wówczas zupełnie bzdurne i pozbawione logiki stają się pretensje, że to samo państwo dotuje miejsca pracy dla 120 tysięcy innych swoich obywateli.

Wbrew pozorom, nie uważam, aby górnictwo miało być jakąś świętą krową, która zasługuje na nieograniczone dotowanie z budżetu. Przedsiębiorstwa państwowe nie mogą działać wbrew elementarnym regułom dotyczącym wydajności pracy, konkurencyjności itp. Ani kopalnie, ani żadne inne zakłady nie powinny być łupem politycznych łowców posad, oferować super-przywilejów, marnotrawić środków finansowych, być finansową studnią bez dna czy stanowić zaplecza lub przykrywki dla niejasnych interesów i przekrętów (o czym w przypadku kopalń mówi się od dawna). Powiem więcej – odpowiedzialność w przypadku dysponowania publicznymi środkami powinna być większa i surowiej egzekwowana niż w sektorze prywatnym. To wszystko nie zmienia faktu, że neoliberalna wizja problemu nie jest warta funta kłaków.

Jak wspomniałem, krytyka mielizn myślenia liberalnego nie jest zajęciem zbyt twórczym i pasjonującym. Jednak rozłożenie takich sloganów propagandowych na czynniki pierwsze nie tylko pokazuje brak w nich logiki, ale także coś znacznie gorszego. Otóż liberalizm spod znaku wychwalania dotacji dla Toshiby i pomstowania na dotowanie kopalń jest po prostu stronniczym i oczywistym stawaniem na straży interesów japońskich przeciwko interesom polskim. Świadomym czy nie – trudno ocenić. Pewne jest jednak, że nie powinno mieć miejsca w gazecie będącej częściową własnością Skarbu Państwa. Jeśli już jakiś budżet powinien mieć udział w tej propagandzie, to nie polski, lecz japoński.

Kato-prawica

Media prawicowe roją się od rozważań o wpływach lewicy i liberałów na instytucję Kościoła oraz na debatę poświęconą kwestiom religijnym. Wedle nich, wpływy te są ogromne i destrukcyjne, sięgając samych szczytów hierarchii oraz sedna doktryny religijnej. Oprócz zewnętrznych zagrożeń chrześcijaństwa, równie ważne, a nawet ważniejsze – przekonują oni – są negatywne tendencje wewnętrzne. W tej wizji problemu zło czai się w środku Kościoła, a jego rozsadnikiem są różnorakie środowiska nie dość – wedle tej teorii – prawowierne. Co zaś jest prawowierne, najlepiej wiedzą katolicy-prawicowcy.

Zło jest stopniowalne i wielorakie. Dla jednych jego uosobieniem będzie liberalny czy „postępowy” nurt katolicyzmu, w rodzaju „Tygodnika Powszechnego” i „Więzi”, a zwłaszcza ci jego przedstawiciele, którzy czynnie współpracują ze środowiskami nielubianymi przez prawicę. Dla innych będzie to ekumenizm religijny lub próby zmiany stosunku wobec środowisk dotychczas „wyklinanych” (np. homoseksualiści). Dla kolejnych – nowoczesne metody ewangelizacji bądź wykorzystanie w praktyce Kościoła (choćby oprawa Mszy Świętej) różnych nowych rozwiązań. Jeszcze inni oburzą się na „lewackie” inspiracje w nauczaniu społecznym kilku ostatnich papieży. Są i tacy, którzy kwestionują zasadność i prawomocność samego II Soboru Watykańskiego, zarzucając mu „zaledwie” zbytnie naginanie katolickiego kanonu w kwestii dogmatyki i liturgii, albo nie bawiąc się w takie niuanse i sugerując, że podczas jego obrad silnie zaznaczyły się wpływy dostojników Kościoła, inspirowanych bolszewizmem i wątkami masońskimi.

Nie będę tu szczegółowo zajmował się kwestią zasadności tych zarzutów. Z jednej strony, wierni mają prawo do zaniepokojenia takimi czy innymi zjawiskami w łonie Kościoła. Z drugiej, część tych teorii bliska jest zwykłej paranoi oraz ociera się o uzurpowanie prawa do wyrokowania o kwestiach, których rozstrzyganie nie należy do zwykłych członków wspólnoty katolickiej, lecz do odpowiednich instytucji kościelnych. Nawiasem mówiąc, widać tu zwykłą niekonsekwencję, a może raczej cwaniactwo. Prawicowi katolicy często formułują pod adresem swych liberalnych odpowiedników sugestię, że Kościół i chrześcijaństwo nie są „koncertem życzeń” i że jeśli komuś nie odpowiada stosunek kleru czy hierarchów do np. praw homoseksualistów, wówczas powinien wystąpić z Kościoła, nie zaś próbować go zmieniać wbrew dotychczasowej tradycji i wykładni wiary. Jednocześnie sami kwestionują wiele decyzji i zmian sygnowanych przez osoby powołane na mocy tradycji do ich podejmowania.

Ważniejsze od rozstrzygania, jakie zmiany katolicyzmu są uprawnione – do czego zresztą nie mam ani kompetencji, ani prawa – wydaje mi się właśnie wskazanie na hipokryzję uzurpatorów oraz niebezpieczeństwo ich działań. Czynią oni bowiem dokładnie to samo, co z taką pasją krytykują – samozwańczo przyznają sobie prawo do decydowania o tym, jaki ma być Kościół. Co więcej, będąc lustrzanym odbiciem swoich ideowych przeciwników, zagrażają zarówno jedności katolicyzmu, jak i jego doktrynalnemu obliczu. Potępiając „kato-lewicę”, jak nazywają chrześcijańskie środowiska „liberalno-postępowe”, sami tworzą „kato-prawicę”, która traktuje Kościół i chrześcijaństwo czysto instrumentalnie, a z jego doktryny wybiera tylko to, co jest dla niej wygodne.

Są oczywiście pewne stałe ramy doktryny katolickiej oraz praktyki Kościoła w kwestiach zarówno zasad kultu religijnego, jak i postępowania wobec poza-konfesyjnych zjawisk i problemów współczesnego świata. Katolicyzm ma długą tradycję i wielokrotnie potwierdzane zasady wiary i dogmatyki, których nie można zmieniać ot tak sobie, na czyjeś życzenie czy zawołanie. Rzeczywiście, Kościół nie jest koncertem życzeń, a jego hierarchowie – chłopcami na posyłki rozmaitych grup interesu. Nie zmienia to faktu, że Kościół przez wieki był organizmem żywym, ewoluującym i określającym się zarówno wobec zmiennych zjawisk, jak i tego, co dopiero, czasem zupełnie znienacka, pojawiło się w toku biegu dziejów. Czy były to nowe prądy intelektualne, czy nowatorskie wynalazki techniczne o dalekosiężnych skutkach, czy procesy społeczne – Kościół wypracowywał swoje stanowisko w oparciu o szczegółowe rozpoznanie sytuacji, nie zawsze kierując się tradycją, gdyż często chodziło o zjawiska bezprecedensowe w dziejach. Co więcej, nierzadko na przestrzeni zaledwie kilku dekad znacząco zmieniało się oblicze danego problemu. Inne aspekty określały „kwestię robotniczą” pod koniec XIX wieku, w realiach „dzikiego” kapitalizmu, inne zaś w epoce powojennych ustabilizowanych welfare states. Inne były zagrożenia związane z kulturą konsumpcyjną w epoce niedoborów produktów oraz istnienia licznych barier w dostępie do nich, inne zaś są one w czasach, gdy w sporej części globu bieda oznacza nie brak pożywienia czy dachu nad głową, lecz dystans w kwestii posiadanych dóbr realnych i symbolicznych wobec tych, którzy mają ich jeszcze więcej.

Kościół katolicki okazał się instytucją trwałą, potrafiącą przetrwać kolejne epoki i ogromne zawirowania dziejowe między innymi dlatego, że umiejętnie łączył wierność fundamentom doktryny z adaptacją do pojawiających się wyzwań i przeobrażeń. Gdyby chciał być zbiorowością, której członkowie drżą z obawy przed każdą kolejną „nowinką” i nie potrafią zmienić swej pozycji ani o centymetr, nigdy nie zyskałby ogromnych wpływów i znaczenia. Byłby zapewne czymś na kształt Amiszów – ortodoksyjnej sekty dziwaków, sympatycznej, ale jednocześnie w oczywisty sposób „bezpłodnej” w kwestii mierzenia się z wyzwaniami realnego świata. Terminem, który najlepiej określa charakter Kościoła, wydaje się być „rewolucja konserwatywna” – próbuje on dokonać daleko idących zmian w obliczu świata i duszach poszczególnych ludzi, rozumiejąc jednak, że są pewne granice, poza którymi zmiany przestają mieć wartość lub obracają się we własne przeciwieństwo. Mówiąc inaczej: nie wszystko jest możliwe, ale wiele można zmienić.

Kościół sytuuje się poza dychotomią lewicy i prawicy. Z jednej strony, jest rewolucyjny – bo bez wątpienia taki właśnie charakter miał Chrystusowy bunt przeciwko pogańskiej „realpolityce” oraz ufundowany na nim Kościół, nowa wspólnota wiernych, ukonstytuowana ponad dotychczasowymi tradycyjnymi podziałami, np. etnicznymi czy warstwowymi. Z drugiej strony, jest konserwatywny, gdyż trafnie rozpoznając wiele ograniczeń natury ludzkiej (znakomicie symbolicznie wyrażonych w doktrynie o grzechu pierworodnym), zaleca ostrożność wobec zbyt śmiałych planów, wizji i rozwiązań w świecie doczesnym. Zagrożeniem dla Kościoła są tyleż postulaty zbyt liberalne, usiłujące go zepchnąć na pozycję całkowitej spolegliwości wobec wymogów „ducha czasu” i zmieniających się trendów, jak i zbyt konserwatywne, próbujące uczynić zeń strukturę skostniałą, przenikniętą duchem oblężonej twierdzy.

„Kato-prawica” usiłuje nas przekonać, że jedynym zagrożeniem dla Kościoła jest zbytnie uleganie różnym „nowinkom” – doktrynalnym, obyczajowym, formalnym, społecznym. Kreśli ona obraz lewicowo-liberalnych spisków i knowań, mających sprawić, że katolicyzm stanie się zupełnie pogodzony z dzisiejszą „cywilizacją śmierci”. O ile jednak taki obraz zjawiska nosi pewne – choć nie aż tak wielkie – znamiona prawdy w odniesieniu do najbardziej rozwiniętych krajów świata, o tyle w Polsce, wbrew namolnej propagandzie, jest to problem marginalny, a wpływy „kato-lewicy” pozostają wśród ogółu wiernych znikome. Jeśli coś zagraża polskiemu katolicyzmowi, to bynajmniej nie liberalno-chrześcijańska rubryka w „Gazecie Wyborczej”, „Tygodnik Powszechny” czy kilka niszowych periodyków, bo ich wpływ na wiernych jest znikomy. Tym zagrożeniem jest natomiast raczej ogólna bylejakość polskiej formacji religijnej i „pokazowy” charakter kultu religijnego. Swoje robi także naiwność i prymitywizm sporej części kleru, oceniającego postawy wiernych w kategoriach czysto ilościowych, np. wedle częstotliwości udziału w nabożeństwach, nie zaś według znajomości prawd wiary oraz stosowania się w codziennym życiu do zasad moralności chrześcijańskiej (tę ostatnią zresztą sprowadza się głównie do kwestii seksualnych – zatem za dobrego katolika uchodzi typek gardłujący przeciwko pornografii, który jednocześnie w swej firmie traktuje pracowników jak niewolników). Wydaje mi się nawet, że większym zagrożeniem niż „postępowe” środowiska chrześcijańskie, jest dla polskiego Kościoła właśnie „kato-prawica”. Ona bowiem ma większy wpływ na wiernych.

Czytając polską prasę prawicową, dowiemy się głównie o konflikcie czy wręcz fundamentalnej sprzeczności między katolicyzmem a nurtami lewicowymi. Przypominają więc nam one, że różne lewicowe ugrupowania i teorie zostały mniej lub bardziej dobitnie potępione przez Watykan – czy to marksizm, czy teologia wyzwolenia. Dowiemy się też, że chrześcijaństwo było wyłącznie prześladowane przez wszelkie „postępowe” ruchy i zrywy społeczne – rewolucja francuska, meksykańska i październikowa, wojna domowa w Hiszpanii, wszędzie tam tysiące zamordowanych katolików obciążają sumienia „postępowców” i w efekcie raz na zawsze wyjaśnia to ponoć prawdziwe cele i zamiary środowisk nie-prawicowych. Z tej wizji nie dowiemy się jednak, iż choć Kościół odrzucił marksizm, to jego doktryna społeczna bardzo poważnie potraktowała problem kapitalistycznego wyzysku i bynajmniej nie uznała, że jest to kwestia wydumana. Nie dowiemy się także, iż oprócz rzeczywistych konfliktów – nierzadko krwawych i zbrodniczych – między różnymi emanacjami tendencji lewicowych a chrześcijaństwem, istniały także przykłady zgoła odmienne, jak choćby silnie chrześcijańskie inspiracje wielu środowisk socjalistycznych na płaszczyźnie idei czy konkretnych inicjatyw (choćby amerykański ruch skupiony wokół pisma „Catholic Worker”).

Historia katolicyzmu to nie tylko odcięcie się od najbardziej skrajnych nurtów teologii wyzwolenia, ale także liczne encykliki społeczne, mocno krytykujące kapitalizm, czy całe nauczanie Jana Pawła II o godności pracy ludzkiej, konieczności szacunku i przestrzegania praw pracowników najemnych i społecznej odpowiedzialności posiadaczy środków produkcji. Tymczasem jeśli „kato-prawica” zachwyca się np. Gilbertem Chestertonem, to jedynie jako wspaniałym obrońcą wiary i Kościoła, przemilczając równie istotny wymiar jego rozważań, czyli konsekwentną, wieloaspektową krytykę tzw. wolnego rynku i przypisanych mu jako reguła – nie zaś wyjątki – negatywnych tendencji.

O ile część „kato-prawicy” przypomina groteskową sektę – tęskniącą za św. Inkwizycją, przywróceniem monarchii, ustanowieniem „religii państwowej” i „zdelegalizowaniem” liturgii mszalnej w językach narodowych – o tyle jej bardziej cywilizowana część ma znaczne wpływy w mediach i od lat skutecznie urabia opinię publiczną. To doprawdy paradoksalne, a raczej przerażające, że w ojczyźnie Papieża-Polaka, na cześć którego wiwatowały milionowe tłumy i któremu postawiono setki pomników jak kraj długi i szeroki, niemal wszystkie czasopisma katolickie propagują prymitywną ideologię wolnorynkową w sferze gospodarczej, a w kwestiach kulturowych jak papuga powtarzają bzdurne slogany wymyślone przez jankeskich troglodytów.

Sączą one czytelnikom wywody o błogosławieństwach wolnego rynku – jeśli go krytykują, to najwyżej za to, że bywa „niemoralny” (bo oferuje np. pornografię), nie zaś za oparte na wyzysku i pogardzie stosunki pracy, nie za propagowanie myślenia materialistycznego i skrajnie utylitarnego (a przecież to właśnie na takim podłożu wyrasta później pornografia czy akceptacja aborcji), nie za to, co w Biblii określano mianem „kultu Złotego Cielca”. Jeśli piszą o patologiach społecznych, to wyłącznie przez pryzmat błędów poszczególnych jednostek, nie zaś piętnując istniejące uwarunkowania systemowe, które niezwykle silnie oddziałują na społeczeństwo, znacznie ułatwiając jego członkom popełnianie grzechów.

Jako remedia również nie są proponowane rozwiązania długofalowe, sięgające sedna problemu i oparte na poszanowaniu godności człowieka. Ot, dobry szeryf pozamyka i wystrzela złych przestępców, Caritas łaskawie nakarmi głodne dzieci, a biznesmen-filantrop w ramach kaprysu zakupi nowy ambulans dla szpitala. Natomiast za prostytutki trzeba się dużo modlić, żeby przestały zarabiać ciałem i zechciały „żyć godnie”, pracując na kasie w hipermarkecie za 1000 zł miesięcznie. Tak w skrócie wygląda polska katolicka refleksja społeczna – jest to mieszanka XIX-wiecznych zabobonów ekonomicznych oraz „odkryć” neokonserwatywnych amerykańskich think-tanków, które wielki biznes opłaca za głoszenie bzdur korzystnych dla niego. Czy będzie to popularny katolicki tygodnik „Gość Niedzielny”, czy chrześcijańsko-prawicowa publicystyka „Rzeczpospolitej”, czy periodyki intelektualne tego środowiska, zawsze jest to podobny zestaw banałów i propagandowych hasełek. A rzecz dzieje się w kraju, z którego pochodził Jan Paweł II – tymczasem dowolna z jego encyklik społecznych ma wymowę pozwalającą ten zestaw „kato-prawicowych” idiotyzmów odesłać tam, gdzie jest jego miejsce i skąd pochodzi, czyli wprost do diabła.

„Kato-lewicowcy” przedstawiają siebie nierzadko jako katolików heterodoksyjnych, poszukujących odpowiedzi nawet kosztem stuprocentowej wierności doktrynie. Tak też są oceniani przez swoich oponentów i krytyków – jako „zdrajcy”, „odstępcy” i „mąciciele”. Natomiast „kato-prawicowcy” na każdym kroku podkreślają, że stanowią opokę Kościoła, że ani na jotę nie odejdą od kanonu wiary. W kwestii „kato-prawicy” można zatem z pozycji kogoś, komu leży na sercu dobro Kościoła, sformułować taką prośbę: chroń nas Boże od przyjaciół, bo z wrogami sami sobie poradzimy.

Wstęp do rewolucji

Hasło „rewolucji moralnej”, z którym zarówno Prawo i Sprawiedliwość, jak i Platforma Obywatelska, szły do ostatnich wyborów, było jedynym w historii III Rzeczpospolitej liczącym się projektem politycznym, alternatywnym wobec zastanej rzeczywistości. Wizja uzdrowienia polskiej sfery publicznej i przewartościowania priorytetów społeczno-politycznych okazała się na tyle nośna, że stała się bezdyskusyjnym punktem odniesienia w debacie medialnej i chętnie używanym argumentem zarówno przez jej zwolenników, jak i przeciwników. W wyobraźni protagonistów nieistniejącej IV RP rewolucja moralna zawisła jak miecz Damoklesa nad wszechobecnym Układem. Z kolei sceptycy i zdeklarowani przeciwnicy traktowali ją jako dopust Boży, polityczne monstrum puszczone przez radykałów na żywioł bez kagańca. Dwa ostatnie lata dały tym ostatnim sporo okazji do szyderstw, przynoszących tym większą satysfakcję, że pozwalały zapomnieć o licznych „dobrodziejstwach” III RP, które zgotowali swoim rodakom.

Dziś odtrąbiono już zmierzch rewolucji moralnej i rychły powrót do demokratycznej świetności minionych czasów. Do jej przyzwoitości i wysokich standardów, do tych chwalebnych dni, gdy społeczeństwo obywatelskie rozkwitało w pełnej krasie po miastach, wsiach i miasteczkach. Tak, to była piękna epoka, przerwana raptem przez populistów i klerofaszystów. A jeśli były błędy i wypaczenia? Fraszka wobec zbrodni dwóch ostatnich lat!

Oczywiście, powyższy opis jest przerysowany. Także dlatego, że na dobrą sprawę rewolucji moralnej nie było. Ten projekt, zarysowany w sumie dość pobieżnie, przygotowany naprędce po podsycanej przez media kompromitacji rządu Millera, scalający kilka koncepcji z dziedziny politologii, filozofii polityki i socjologii, oparty na doświadczeniu politycznym kilku postsolidarnościowych polityków, miał wszystkie wady i zalety raczkującej wizji. Tylko propagandziści partyjni PiS mogli wierzyć, lub podawać do wierzenia, że ich projekt jest zapięty na ostatni guzik i nie ma możliwości jakiejkolwiek pomyłki, że będą działać ze sprawnością automatów, bezbłędnie rozpoznając, gdzie dobro i zło i niczym najsprawniejszy chirurg dokonywać operacji na żywej tkance polskiej państwowości, by przywrócić organizm do pełnej sprawności. Szybko jednak się okazało, że pacjent wierzga i – mówiąc obrazowo – nie wszystkim jego członkom odpowiada zafundowana terapia. I że rewolucja moralna nie odbywa się w sterylnych warunkach. Zaś politycy Prawa i Sprawiedliwości niedwuznacznie zaczęli dawać do zrozumienia, iż nie do końca odpowiadają im pomocnicy w podjętym przez siebie dziele: nie dość czyści jak na wymarzoną IV RP.

To, co było chwalebnym wyzwaniem rewolucji moralnej, rzuconym zastanej rzeczywistości, miało się też okazać jej piętą achillesową. Jasno zadeklarowana konieczność prowadzenia integralnej, etycznej polityki w służbie państwa/społeczeństwa, przeciwstawionej zepsuciu III RP, była przecież swoistym novum. Jednak bezpośrednie odwołanie do kategorii dobra i zła w programie partii niesie ze sobą ryzyko ich upolitycznienia, instrumentalizacji; wtedy też łatwo o utożsamienie dobra z własną opcją ideowo-polityczną i zepchnięcie przeciwnika w otchłań zła. Tu już nie ma miejsc na dialog, każdy kompromis określa się mianem „zgniłego”. Sytuacja zyskuje z pozoru na klarowności, czy jednak różni się od tej wersji polityki, w której o wszystkim przesądza interes własnej koterii? Dobro na usługach polityki traci swoją bezinteresowność, przestaje służyć ogółowi, by zamienić się w wygodny pretekst dla mniej lub bardziej jasnych poczynań. A przeciwnik wcale sprawnie potrafi to wykorzystać. I on posługuje się orężem obiektywizmu i słusznej racji.

Co jednak ciekawe, bezpośrednim przeciwnikiem na niwie publicznej dla partii koalicyjnych (czy też samego PiS) nie były bynajmniej ugrupowania opozycyjne. Platforma, sfrustrowana niespodziewaną porażką, miotała się bezsilnie między werbalną agresją (by odróżnić się od PiS) a ugodowością (by odróżnić się od SLD), zaś po-PRL-owska lewica musiała szukać wytchnienia i uprawomocnienia dla dalszej egzystencji w ramionach największego Narcyza polskiej sceny politycznej: środowiska Unii Wolności. Wyobraźnia społeczna pozostałaby pod kontrolą piewców rewolucji moralnej, gdyby nie skonfliktowana z nimi część mediów. One to de facto przez ostatnie dwa lata pełniły rolę skutecznej opozycji. Wałęsa, Tusk, Frasyniuk, Olejniczak, Geremek, Osiatyński, a później także Kwaśniewski – plejada gwiazd przygasłych lub niedoszłych znalazła schronienie za medialną barykadą, zbyt słaba, by samodzielnie przeciwstawić się triumfującym rewolucjonistom. Którzy przecież, prawdę mówiąc, kuleli od początku, rozdzierani koniecznością niechcianej koalicji, co rusz wieszcząc przedterminowe wybory. A jednak – byli konsekwentni. Rewolucja moralna stała u bram. Ba, zajrzała nawet za wrota III RP, choć pewnie nie z tym wdziękiem, jaki wymarzyli sobie jej miłośnicy. To, co było, wystarczyło jednak, by w mediach ukazać ją Polsce i światu jako ni to groźnego, ni to strasznego potworka.

Nie ma się co łudzić – jesteśmy zakładnikami własnej historii, nasza klasa polityczna nie zstąpiła tutaj z nieba. Idee w zderzeniu z ziemią odkształcają się, poddane tutejszym prawom. Oczywiście, inną rzeczą jest ocenić, co zrobiono, co można było zrobić i co warte było, jest i będzie zmiany. Nawet jeśli wstęp do rewolucji moralnej w wykonaniu PiS to krok raczkującego dziecka, to przecież nie da się już twierdzić, wbrew oczywistym faktom, że możliwy jest tylko jeden model transformacji, zaaplikowany Polsce po 1989 roku. Powstał rzeczywisty punkt odniesienia, nośna idea, polityczna perspektywa, która przecież dopiero co zaczyna swój żywot. Oczywiście, nie brak takich, którzy z chęcią by o niej zapomnieli, bo dobrze wiedzą, że nie przyniesie im nic dobrego. I zrobią wiele, by potraktować ją jako rzecz chybioną i zaprzeszłą. Dlatego nie mamy właściwie zbyt dużego pola wyboru: za albo przeciw, mimo wszystkich niuansów i zastrzeżeń.

Dziś jednak – i to chyba jest największym niepowodzeniem wstępu do moralnej rewolucji – jej kontury zatarły się za sprawą niejasności politycznych sporów i decyzji podejmowanych przez rządzących. Także dzięki mrówczej pracy tych, którzy od początku grali na ośmieszenie całego projektu. Jasne kryteria etycznej polityki rozmyły się na oczach widowni i pozostało to wrażenie, które Polacy dobrze już poznali: partyjnych gierek, korzystania z aparatu państwa do własnych potrzeb, triumfalizmu nieudaczników i totumfackich władzy. Nawet jeśli jest to obraz nie do końca prawdziwy, to jednak ma swoją siłę oddziaływania i trzeba się z nim liczyć. A sceptycyzm, najzdrowsza postawa wobec świata, który często znamy z trzeciej ręki, nie pozwala bezkrytycznie ufać moralnym rewolucjonistom oraz ich zaciężnym kadrom różnych szczebli. Widać jednak, że III RP, jaką ją znamy i doświadczamy, ciągle budzi nieprzyjemne skojarzenia i nieufność sporej części elektoratu. A IV RP nie jest jedynie projektem garstki polityków, jako tako realizowanym przez ostatnie lata, ale czymś oczekiwanym przez wcale liczną rzeszę Polaków. Na naszych oczach kończy się najprawdopodobniej pierwsza próba, z której trzeba wyciągnąć wnioski. Wstęp do rewolucji jest być może w pośpiechu zabazgraną notatką, wsuniętą w karty polskiej historii. Co nie znaczy, że nie stanie się kiedyś osobnym rozdziałem. Ale co do tego nie ma żadnej pewności. Choć lepsza taka niepewność, niż poddanie się myśli, że najlepiej nam było za Geremka.

Smutek nieistniejącego świata

30 kwietnia 1982 r. Bronisław Łagowski wygłosił na Uniwersytecie Jagiellońskim wykład zatytułowany „Filozofia rewolucji czy filozofia państwa?”. Okazją było zbliżające się święto 1 maja. Łagowski mówił: „Nasz kraj wraz z innymi krajami socjalistycznymi uczestniczy w pewnej przygodzie historycznej, upajającej jednych i przerażających drugich, która to przygoda wydaje mi się niezwykła i bez precedensu w skali dziejów powszechnych. Panujący u nas ustrój w swoich rozstrzygających zasadach nie ukształtował się – jak to z reguły w dziejach społeczeństw bywało – na drodze ewolucji, nie metodą prób i błędów, nie poprzez wiekowe konflikty i kompromisy, lecz został stworzony od razu – mówię o jego rozstrzygających założeniach – jako teoria, jako ideologia. /…/ Twórcą tej ideologii był intelektualista z Nadrenii, z prastarego miasta Trewiru, przechowującego pamięć średniowiecznych millenaryzmów i mesjanizmów. Ten to myśliciel stał się naszym Solonem i Likurgiem, naszym i całej Słowiańszczyzny”.

I twierdził dalej: „Są słowa, które dla samych skojarzeń, jakie wywołują, przyjemnie jest słyszeć: słowa takie, jak »wolność«, »demokracja«… Są inne słowa, które ze względu na same skojarzenia wydają się przynosić niedobre wieści. Takim słowem jest na przykład »konserwatyzm«. Proponowałbym osłabić nieco uprzedzenia w stosunku do tego słowa, jak też w stosunku do tego, co oznacza. Przede wszystkim nie powinniśmy sądzić, że konserwatyzm jest największym złem, jakie się może zdarzyć naszemu państwu i aparatowi władzy tego państwa. Konserwatyzm w pewnym sensie jest nieunikniony i naturalny w dobrze funkcjonującym państwie”.

Trzeba dziś mocno wysilić wyobraźnię (najlepiej wspartą rzeczową wiedzą), by zrozumieć, jakie emocje i jakie myśli musiało wzbudzić wśród słuchaczy to filozoficzne i polityczne „credo” Łagowskiego. Wykład, który miał uświetnić pierwszomajowe święto, był wszak apoteozą konserwatyzmu, niepozbawionego elementów liberalnych, określonego mianem „filozofii państwa” i przeciwstawionego „filozofii rewolucji”, czyli de facto temu wszystkiemu, co legitymizowało władzę w krajach bloku wschodniego od ich powstania. Gdzieś u źródeł tej filozofii, której przeciwstawił się Łagowski, trwał wszak mit Października 1917 r., oficjalnie nie do podważenia w ówczesnym czasie. Mową władzy był – przynajmniej deklaratywnie – język lewicy, język „ludzi pracy”, język „mas ludowych”, pełen sloganów o budowaniu „socjalistycznej przyszłości”. W Polsce trwał stan wojenny, który miał pomóc władzy odzyskać kontrolę nad życiem społeczeństwa. Świeża była pamięć pierwszej „Solidarności”, w znacznej mierze ruchu lewicowego, tyle że na przekór oficjalnej „lewicowości” korumpującego się państwa. I oto, wobec tych żywiołów, Łagowski głosił zerwanie z rewolucyjną utopią marksizmu, kultem anty-rynkowości i proponował rehabilitację „homo oeconomicus”, który „działa według zasady rzeczywistości i kieruje się głównie egoizmem”. Moralność rewolucyjna traktuje taką jednostkę jako chorą – twierdził Łagowski – podczas gdy to ona stanowi źródło ekonomicznej wydajności. Człowiek musi być wolny od ideologii, także po to, by móc zbudować silne państwo.

Ów stary tekst z minionej epoki wciąż wyznacza miejsce profesora w filozoficznym i społeczno-politycznym uniwersum. Niegdysiejszy publicysta „Tygodnika Powszechnego”, dzisiejszy felietonista związanego z Sojuszem Lewicy Demokratycznej „Przeglądu” nie przestał być konserwatywnym liberałem, który – przynajmniej deklaratywnie – za swój obowiązek uważa trzeźwe, nieuprzedzone myślenie, niezależne od panujących mód intelektualnych. Traktując niezwykle poważnie swe związki z Oświeceniem (jego konserwatyzm jest pozbawiony elementu religijnego, metafizycznego, opiera się raczej na uznaniu racji historycznych, czy wręcz historiozoficznych), z niezwykłą nieufnością traktuje ogólnonarodowe mity, którymi karmi się świat polityki i wyobraźnia społeczna, uznając je raczej za zabobony krępujące niedojrzałe ludy, niźli wzniosłe opowieści narodów poznających swój byt.

W jego publicystyce ta awersja wobec mniemań i namiętności ogółu, niejednokrotnie wyrażana dość brutalnie, choć z elegancją, wiąże się z troską o los państwa, wpisuje się w dziejową wizję, która nie wyklucza żadnego etapu historycznego w życiu Polski. To sprawia, że nie jest cynikiem, ale raczej – w swej twórczości – człowiekiem żyjącym nadzieją, że da się połączyć pragmatyzm, technokratyzm władzy z pewną moralną klasą jej sprawowania. I tu rodzi się smutek nieistniejącego świata: bo polska polityka nie może zaoferować Łagowskiemu tego, co traktuje z taką powagą. Jego sojusz z post-PRL-owskimi epigonami lewicy, wbrew temu, co twierdzą oponenci profesora, wynika nie tyle z poczucia tożsamości z byłymi przywódcami aparatu partyjnego PZPR, co z przekonania, że to właśnie w tym środowisku, które uczyło się władzy nieco dłużej, można znaleźć choć trochę historycznej, geopolitycznej, ekonomicznej „trzeźwości myślenia”, politycznego realizmu, który ratuje państwo przed szaleństwem mitologii. Przynajmniej taki pogląd wydaje się przezierać z kart jego publicystyki. Ale może to być wizja fałszywa: dziś nie jest już tak oczywiste, kto w Polsce uprawia „real politik”, a kto żywi się jedynie sentymentami rodem z III RP, nakazującymi czcić tylko jeden paradygmat polityczny.

Jako student wydziału filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego uczestniczyłem przed kilkoma laty w znakomitym kursie z filozofii polskiej, prowadzonym przez prof. Łagowskiego. Autor „Filozofii politycznej Marucego Mochnackiego” jest znawcą rodzimej myśli filozoficznej. Tym bardziej przykre jest wrażenie, że Łagowski-myśliciel coraz bardziej zatraca się w publicystycznej doraźności. Jego teksty sprzed lat, zebrane w tomach „Co jest lepsze od prawdy?” (1986), „Liberalna kontrrewolucja” (1994), „Szkice antyspołeczne” (1997) mają o wiele większy ciężar gatunkowy niźli teksty zebrane w ostatnio wydanym tomie „Duch i bezduszność III Rzeczypospolitej. Rozważania”. A może filozofia polityki i kultury, wizja jedności tych światów, oparta na konserwatyzmie i klasycznym liberalizmie, które Łagowski tak umiejętnie łączył w całość jako wykładowca i autor dawniejszych tekstów, musi odejść w cień pod naporem publicystycznego opisu świata, w którym wciąż tak mało trwałości? Może wszystko, co najważniejsze, zostało już przez Łagowskiego opowiedziane? I pozostaje jedynie to niedowierzanie, gorycz krytyki, z którą filozof stara się podzielić ze światem, by nie pozwolić mu zapomnieć o jego iluzjach? Także w imię własnych, niespełnionych iluzji?

W kwietniu tego roku w krakowskiej restauracji „Chimera” odbyła się konferencja naukowa z okazji 70-tej rocznicy urodzin profesora. Zgromadziła wcale liczną rzeszę uczestników i znakomitych panelistów, na czele z prof. Andrzejem Walickim i Henrykiem Woźniakowskim z Wydawnictwa „ZNAK”. Znamienne, że do Łagowskiego przyznają się tak ludzie związani z konserwatyzmem, także katolickim, jak i zadeklarowani liberałowie (na czele z prof. Walickim). Jego uczniowie wspominali zajęcia z profesorem z lat 80-tych, gdy jako członek PZPR (pozostał nim do końca) głosił wykłady pozbawione cienia nowomowy. Łagowski opowiadał studentom o Tukidydesie, Makiawelim, Monteskiuszu, Hobbesie, tak by dać życie ich ideom, by znajdowały swoje miejsce w teraźniejszości pomimo upływu wieków i zmienionego kontekstu dziejowego. To charakterystyczne dla Łagowskiego: żadnej myśli nie traktuje jako obcej, choć nie każdą jest wstanie uznać za swoją.

Jako myśliciel jest o wiele bardziej „wielkoduszny”, niż jako publicysta. Z tym, że ową drugą rolę pełni coraz częściej. Na dobrą sprawę Łagowski ma bodaj tylko dwóch wrogów: są nimi socjalizm i anarchia, niosące w sobie zarzewie „zbiorowych urojeń”. Mocą niezbadanych wyroków historii (i całkiem przyziemnych okoliczności społeczno-politycznych) jego przeciwnicy, jak mniema, usadowili się po prawej stronie sceny ideowo-politycznej. Czy można wymierzyć większy policzek myślicielowi, który przedstawia się jako konserwatysta? Nie sądzę. I także to stało się pewnie przyczyną takich a nie innych wyborów Łagowskiego po 1989 roku.

Z perspektywy czasu taki obrót spraw jasno zdaje się zapowiadać tekst profesora z 1991 roku: „List otwarty do Trzydziestolatków”. Łagowski niedowierzał ludziom „Solidarności”, niedowierzał początkującym politykom opozycji, którzy wówczas, na gruzach rozpadającego się ustroju, przychodzili do władzy. Podejrzewał, że tkwią w kajdanach uproszczeń i mitów zarówno anty- jak i stricte PRL-owskich. Ale czy ze względu na ludzi władzy konserwatysta ma prawo obrażać się na państwo? Czy nie powinien szukać państwowotwórczego sensu w ich działaniach, pomimo własnych sympatii?

Posługując się pewną metaforą: oto stara bolączka filozofów, którzy starają się wychować (a przynajmniej nie żałują im dobrych rad) na władców nie swoje dzieci: światy mędrców, ludów i polityków rządzą się własnymi prawami, zderzają się ze sobą albo ignorują, a nawet gdy znajdują przez chwilę wspólny język, to tylko po to, by zrozumieć, w jak niewielkim stopniu wzajem się pojmują. Filozof zatem, by uczynić swą mowę bardziej zrozumiałą dla „tamtych”, czyni krok w ich kierunku. I może dlatego właśnie myśliciel przybrał maskę publicysty, dookreślając swoje miejsce ideowo-polityczne – by przez tę wyrazistość, przez powszedniość słowa, rezygnującego z nadto wysublimowanej hermeneutyki znaczeń wzbogacić dyskurs publiczny o własny głos. Tak, by uczynić mniej nieznośnym smutek nieistniejącego świata. I sprawić, by mógł choćby po części zaistnieć.

Polska goła

Rządy braci Kaczyńskich miały w zamierzeniu przerwać wreszcie okres swoistej wielkiej smuty, kiedy to po roku 1989 zamiast wymarzonej wspaniałej Polski wszystko było nie tak. Żyliśmy w krainie wszechstronnego absurdu, którego poszczególne przypadki mogłyby z powodzeniem trafić do jakiejś światowej księgi rekordów i zająć tam poczesne miejsce.

Dawni komuniści stali się czołowymi zwolennikami wolnego rynku. Dawni SB-cy – obrońcami swobód obywatelskich. Dawni partyjni koledzy Czesława Kiszczaka, autora osławionej akcji „Hiacynt” – orędownikami praw mniejszości seksualnych. Dawni kumple Moczara – przeciwnikami antysemityzmu. Dawny wrażliwy społecznie Jacek Kuroń dał się poznać jako zwolennik liberalizmu i wspólnik Balcerowicza. Symbol antykomunistycznej opozycji, Adam Michnik, został politycznym przyjacielem generała Jaruzelskiego. „Gazeta Wyborcza”, czyli środowisko dawnego „Tygodnika Mazowsze”, okazała się pracodawcą agenta SB Lesława Maleszki, nawet po jego zdemaskowaniu. Szemrane interesy Jana Kulczyka zyskały certyfikat wiarygodności od ojców paulinów z symbolicznego klasztoru na Jasnej Górze. Największym przyjacielem Polski jawili się Niemcy, którzy od kilku stuleci, dziwnym trafem, zapisywali się na kartach historii w zgoła odmiennej roli. Rosnące wskaźniki biedy i wykluczenia społecznego oznaczały „wzrost gospodarczy” i „doganianie Europy”. Jednobrzmiący chór masowych mediów był „pluralizmem”, zaś brutalne nagonki na wszelkich przeciwników – „tolerancją”. Wyprzedaż strategicznych przedsiębiorstw i banków przedstawiana była jako „polska racja stanu”. Masowa, planowa likwidacja wielu zakładów pracy stanowiła wyraz „etatyzmu” i „nadmiernej ingerencji państwa w gospodarkę”. 40-złotowe zasiłki z opieki społecznej były przejawem „postawy roszczeniowej” i „mentalności socjalistycznej”. Tę wyliczankę można ciągnąć niemal w nieskończoność, ale szkoda zdrowia i czasu.

Wydawało się, że owa sytuacja nie będzie miała końca, a teatr absurdu potrwa przynajmniej kilka dekad. Gdy dziś słyszę opinie, że w Polsce nie da się żyć, a jedynym wyjściem wobec sytuacji politycznej i ekonomicznej jest emigracja do Anglii czy Szwecji, to przypominają mi się nastroje panujące wśród moich przyjaciół i znajomych na przełomie wieków. My też wówczas chcieliśmy wyjeżdżać, nie widząc tu dla siebie miejsca w obliczu, zdawałoby się, niemożliwej do przezwyciężenia hegemonii – jak trafnie określił to Cezary Michalski – „jednej partii [SLD] i jednej gazety [„Wyborczej”]”. Bo i co innego można było uczynić? Autentyczna lewica mogła tylko tęsknie wzdychać, rozpamiętując początki Unii Pracy, mającej szansę stać się formacją faktycznie prospołeczną i antykomunistyczną zarazem. Autentyczna prawica zaś mogła ronić łzy na wspomnienie rządu Jana Olszewskiego. A jednym i drugim zbierało się na wymioty, gdy widzieli, że za szyldem „społeczeństwa obywatelskiego” czai się stado cwaniaków żyjących z grantów Fundacji Batorego, otrzymywanych na mentalną tresurę „Ciemnogrodu” i wciskanie społeczeństwu kitu, że podstawowym problemem dzikiego kapitalizmu są niedostateczne zachwyty nad paradami gejów i lesbijek. I rzeczywiście, wielu z nas wyjechało, inni uciekli w prywatność, jeszcze inni zaczęli przechodzić do obozu wroga – a garstka pozostałych nawet nie miała do nich pretensji. Bo z tonącego okrętu uciekają szczury, lecz ci, którzy wraz z łajbą idą na dno, mają bardzo umiarkowaną satysfakcję…

I wtedy stał się cud. Gdy okazało się, że „Przychodzi(ł) Rywin do Michnika” i rozpętała się afera związana z próbami regulacji mediów, cieszyliśmy się jak dzieci. Nie dlatego przecież, że jej takie postacie, jak Czarzasty czy Jakubowska były bohaterami naszej bajki, lecz z tego powodu, że ich faktyczne czy urojone geszefty zachwiały potężnym gmachem. Podobną radość sprawiły nam wyniki wyborcze Samoobrony i LPR-u w roku 2001. Również nie dlatego, że Andrzej Lepper jawił się komuś z nas jako mąż stanu i mąż opatrznościowy zarazem, ani dlatego, by zbieranina neoendeckich dziwolągów węszących obce spiski dawała nadzieję na stworzenie sensownej alternatywy systemowej. Wystarczyło nam to, że wszechwładza liberalnej elity doznała uszczerbku, choćby był on tylko symboliczny. W takiej Polsce znów chciało się żyć, bo wreszcie można było w niej oddychać pełną piersią.

A później było tylko lepiej. Post-peerelowski ancien regime sypał się jak domek z kart. Były skandale, wyroki, komisje śledcze. Były sondaże opinii publicznej. W szerokim obiegu pojawiły się tezy spychane przez lata na margines jako „teorie spiskowe”. Napiętnowanie w „Gazecie Wyborczej” już nie przekładało się na powszechny środowiskowy ostracyzm wobec ofiar nagonki. Prysł mit kapitalizmu, który tuż tuż, jeszcze trochę, już za rogiem, objawi się jako kraina dobrobytu. Gdy tak wielka część społeczeństwa znalazła się za burtą, gdy w niemal każdej rodzinie ktoś pozostawał bez pracy, nie dało się już wmawiać, że to efekt niedostatecznego wdrożenia zasad wolnego rynku, a bezrobotnymi są wyłącznie lenie i nieudacznicy. Coś pękło, coś się skończyło – ten tytuł głośnego tekstu Jacka Żakowskiego okazał się dobrze oddawać sytuację o kilka lat późniejszą niż ta, którą opisywał oryginał.

I wtedy stał się drugi cud. Pojawił się zarówno nowy język ideologicznego opisu rzeczywistości, jak i sukces ugrupowań politycznych, które go sformułowały. Jałowe ględzenie o „komunie” i „wartościach chrześcijańskich” oraz ich antytezach ustąpiło miejsca zdefiniowaniu konfliktu w kategoriach klasowych. Spór „Polski solidarnej” z „Polską liberalną” nie tyle odrzucał kulturowy wymiar konfliktu, ile wzbogacał go wreszcie o kategorie ekonomiczne. We właściwym świetle ukazywał polskie realia – kraju, w którym toczy się bitwa między elitą liberalną gospodarczo i obyczajowo, a „Ciemnogrodem”, który nie tylko jest wyzyskiwany ekonomicznie, ale również poddawany opresji kulturowej. Już sama zmiana języka opisującego podziały społeczne była ważnym wydarzeniem. Jednak prawdziwym przełomem stała się zbudowana na tym fundamencie przemiana – jak się wkrótce okazało, niestety krótkotrwała – w dziedzinie realnej polityki.

Tuż przed wyborami roku 2005 było oczywiste, że w nowym parlamencie silną pozycję będą miały właśnie „solidarny” PiS oraz populistyczno-lewicowa Samoobrona. Ale nikt nie spodziewał się tego, co zdarzyło się później. Jak dziś pamiętam, że wielu z nas szło oddać głos na PiS tylko po to, żeby w planowanej koalicji rządowej właśnie ta partia miała możliwie jak najsilniejszą pozycję, bo liberałowie-aferałowie z PO jawili się jako ogromne zagrożenie ekonomicznych interesów „szarego człowieka”. Nikt z nas nie spodziewał się wtedy, że możliwy jest zupełnie inny scenariusz.

Koalicja z Samoobroną oznaczała nie tylko – choć i to było czymś bardzo ważnym – faktyczne przezwyciężenie anachronicznego podziału wyznaczanego stosunkiem do PRL i zastąpienie go teraźniejszymi wyzwaniami. Była ona przede wszystkim nadzieją na to, że bracia Kaczyńscy serio potraktowali „klasowy” wymiar antagonizmów politycznych w Polsce. Nawet dokooptowanie LPR-u, znacznie słabiej akcentującego kwestie ekonomiczne, a wręcz ocierającego się o liberalizm gospodarczy, pozwalało mieć nadzieję na kurs rządowego okrętu w dobrym kierunku. Co prawda „kapitalizm narodowy” to ideologia raczej krótkowzroczna, ale zawsze mniej szkodliwa niż reprezentowanie interesów burżuazji kompradorskiej i ponadnarodowej oligarchii finansowej w wykonaniu liberałów „bezprzymiotnikowych”. Do pełni szczęścia brakowało chyba tylko pozyskania antyliberalnego PSL-u, a przede wszystkim – co stanowiło trudność natury obiektywnej – obecności w Polsce bardziej „miejskiej” niż Samoobrona lewicy patriotycznej. Taki Rząd Jedności Narodowej, oparty na krytyce liberalizmu i neutralizowaniu jego skutków, byłby największym szczęściem Polski od roku 1918. Jednak koalicja PiS – SO – LPR i tak była wielkim powodem do radości, tym większym, że zaledwie kilka miesięcy wcześniej realną wizją był „Prezydent Tusk” i „premier z Krakowa”, ucieleśniający najgorsze cechy chamskiego liberalizmu oraz paniczykowatej dulszczyzny.

W Polsce miała dokonać się sanacja. Jednak, jak wspomniałem, myśliciel z Trewiru dostrzegł tę prawidłowość, że historia powtarza się jako farsa. Z sanacyjnych rządów Piłsudskiego bracia Kaczyńscy wzięli to, co najgorsze, pomijając jej pozytywne aspekty. Jest to tym bardziej dotkliwe, że o ile Marszałek miał wśród przeciwników naprawdę porządne osoby i wartościowe partie, a ówczesny spór dotyczył raczej strategii i metod politycznych oraz ambicji personalnych i temperamentów, o tyle dzisiaj PO i współczesny „Centrolew” to poza nielicznymi wyjątkami zbieranina albo miernot i durniów, albo łotrów, albo bezideowych cwaniaków.

Dwuletnia rzeczywistość rządów właśnie zdemontowanej koalicji stała przede wszystkim pod znakiem bezradności. Zamiast realizacji egalitarnej polityki otrzymaliśmy kontynuację kursu liberalnego, którego symbolem stały się nazwiska Gilowskiej w roli ministra finansów i Gwiazdowskiego jako szefa ZUS. Nie wprowadzono rozwiązań całościowych, systemowych, typowych dla polityki „socjaldemokratycznej”, kładąc nacisk na okazjonalne prezenty w rodzaju becikowego czy symbolicznych podwyżek zasiłków socjalnych, czyli zabiegi przepełnione duchem paternalistyczno-filantropijnym. Niewiele poza szumnymi zapowiedziami wyszło ze zwiększenia ochrony praw pracowników najemnych, za to pracodawcy dostali kilka kolejnych prezentów, jakby mało było ich dotychczasowej wszechwładzy. Interesy wielkiego kapitału nie zostały naruszone nawet odrobinę, czego wymownym świadectwem jest utrzymanie możliwości zmuszania zatrudnionych przez hipermarkety do harówki w niedziele. W kraju ogromnych różnic społecznych bogaci dostali prezent w postaci likwidacji podatku spadkowego, żeby owe dysproporcje pogłębić i utrwalić na lata.

Ekonomiczna „baza” została w rękach liberałów, wbrew temu, co stało się przyczyną wyborczego sukcesu PiS, czyli zdefiniowaniu konfliktu w kategoriach ekonomicznych. Nacisk położono na kwestie polityczne i kulturowe. W tym właśnie należy upatrywać fiaska koalicji. Liderzy obozu władzy przedstawiają problem – zwłaszcza post factum – jako starcie uczciwych i konsekwentnych „szeryfów” z całymi zastępami łotrów i oszustów, skupionych zarówno w opozycji, jak i w partnerskiej do niedawna Samoobronie. Ale jeśli odrzucimy tę propagandę, to okazuje się, że konflikt przebiegał między obsesyjnym poruszaniem się w sferze mitów przez liderów PiS, a konkretnymi, twardymi oczekiwaniami Samoobrony w kwestii prowadzenia polityki prospołecznej. To, co wydawało się przezwyciężone w trakcie kampanii wyborczej, wróciło z impetem po zwycięskim marszu ku władzy. Tworzenie „Polski solidarnej” ustąpiło miejsca tropieniu agentów, spisków, powiązań, patologicznych struktur, demaskowaniu, ujawnianiu itp. Spory w koalicji okazały się kłótnią między pragmatykami a idealistami. Zwykle mam dla idealistów wiele sympatii, ale nie wtedy, gdy poza ideałami nie widzą realnego świata, a one same zmieniają się w mity i obsesje.

Oczywiście część „demaskatorskich” działań PiS była i jest potrzebna. Nie ma wątpliwości, że Polska post-komunistyczna jest w wielu istotnych dziedzinach przeżarta patologicznymi układami i że sporą część newralgicznych miejsc systemu politycznego, gospodarczego czy medialnego obsadzili reprezentanci przeróżnych szkodliwych grup interesu – i tych, których korzenie sięgają dalekiej przeszłości, i tych powstałych już w „nowej rzeczywistości” demokratycznej Polski. Bezpardonowa rozprawa z nimi byłaby nie tylko pożądana z punktu widzenia jakości i celowości działań państwa – usprawniając jego struktury, nakierowując je na służenie dobru wspólnemu, torpedując żerowanie na publicznym groszu. Byłaby istotna także pod względem symbolicznym, obnażając wiele mitów i dętych autorytetów, rozbijając system wzajemnego poklepywania się po plecach i stosowania zasady „ręka rękę myje”. Problem polega jednak na tym, że w praktyce politycznej PiS-u takie działania stały się jedyną sferą zainteresowania jego liderów.

Tymczasem spora część społeczeństwa zamiast igrzysk chce chleba, czy raczej – konkretów odczuwalnych i przekładających się na ich codzienne życie. Nie rozplątywania „szarej sieci” w biznesie, lecz skutecznego systemu pomocy bezrobotnym i wykluczonym społecznie. Nie spektakularnych aresztowań lekarzy-łapówkarzy, lecz łatwo dostępnych i porządnych publicznych usług medycznych. Nie rozliczania oficerów WSI, lecz sprawnej i konkretnej pracy policji przeciwko złodziejom samochodów, stadionowym chuliganom czy parkowym bandziorom. Nie tropienia afer korupcyjnych, lecz potanienia horrendalnie drogich i trudno dostępnych mieszkań. Oczywiście patologie agenturalno-łapówkarsko-lobbystyczne należy zwalczać bez pardonu, ale to nie one stanowią sedno rzeczywistości społecznej.

Władza PiS okazała się bezradna – mniejsza o to, czy z powodów ideologicznych, biograficznych czy jeszcze jakichś innych – wobec większości problemów, jakie trapią społeczeństwo. Liderzy tej partii nie rozumieją, że rola wszelkich patologii jest być może znaczna, ale to nie one określają sedno i charakter zachodzących zjawisk. Słuchając ich wypowiedzi można dojść do wniosku, że żyjemy na malutkiej wyspie, otoczonej zewsząd ogromnym oceanem, bez styczności z innymi zbiorowościami. A przecież wystarczy spojrzeć na kraje Zachodu – gdzie nigdy nie było komunizmu, zaś struktury władzy są o wiele bardziej przejrzyste niż u nas, podobnie jak styk polityki z biznesem – albo na te kraje postsocjalistyczne, gdzie rozliczenia poprzedniego systemu i ujawnienia agentów dokonano już dawno temu (byłe NRD, Czechy), by przestać wierzyć w to, że wszelkie polskie nieszczęścia wynikają z dziedzictwa PRL-owskiej przeszłości czy grzechów okresu transformacji. Doprawdy, nie wiem czy śmiać się, czy raczej płakać, gdy widzę ludzi, którzy w obliczu inwazji skomplikowanych problemów epoki globalizacji, neoliberalizmu i gospodarczego neokolonializmu szukają panaceum na wszelkie nieszczęścia w lustracji, rozbijaniu „układów” i tropieniu personalnych powiązań…

Nic dziwnego, że polityka oparta na tak krótkowzrocznych i błędnych przesłankach nie przynosi spodziewanych efektów. Prawdziwy problem pojawia się jednak dopiero w momencie, gdy zamiast wyciągnąć wnioski z porażek i błędów, zaleca się intensyfikację dotychczasowych działań, wierząc, że gdy będą one jeszcze „prawdziwsze”, wówczas przyniosą rezultaty. Ta szlachetna głupota przypomina mi idealistów komunistycznych. Oni na wszelkie wady realnego komunizmu reagują nie refleksją nad założeniami wyjściowymi i ich sensem, lecz wezwaniami do powrotu do źródeł. Bracia Kaczyńscy i ich ekipa robią dokładnie to samo – gdy coś nie gra, to zamiast weryfikacji swojej ideologii, uważają oni, że problem w zbyt „słabym” jej wdrażaniu. Za mało zdemaskowanych agentów, za mało śledztw, za mało ujawnionych powiązań, zbytnia pobłażliwość w stosowaniu przyjętych zasad…

O ile jednak ortodoksyjni komuniści kultywują swoje dziwactwa w małych grupkach, o tyle PiS czyni to na skalę całego państwa. Pokłosiem takiej ideologii jest niemożność rozpoznania przyczyn własnych błędów – widzi się tylko, że „coś tu nie gra”, jednak nie rozumie dlaczego. Stąd zamiast zmian w samej ideologii, jest tylko zmiana w jej stosowaniu. Rażą mnie publicystyczne porównania obecnej władzy do zamordyzmu bolszewickiego, ale jest coś na rzeczy w wykpiwaniu wywodów Kaczyńskich jako przypominających stalinowską tezę, że w miarę postępów socjalizmu walka klas się zaostrza. Bo tak to właśnie działa w partii politycznej, która przemienia się w ideologiczną sektę z nieomylnymi guru. Świetnie to było widać na przykładzie, zdawałoby się, pozapolitycznego sporu o Dolinę Rospudy. Rządzący, zamiast spokojnie posłuchać argumentów drugiej strony i najzwyczajniej w świecie zmienić szkodliwy wariant przebiegu tej trasy, będący zresztą przecież spadkiem po poprzednich rządach (co można było w dodatku wykorzystać propagandowo), potraktowali czysto techniczny spór jako ideologiczny i polityczny atak na samych siebie. Dowiedzieliśmy się więc o spisku ekologów i „Gazety Wyborczej” – spisku nie tylko w tej konkretnej sprawie, ale mającego na celu zahamowanie wręcz całego rozwoju Polski, nie wiadomo zresztą w zasadzie na czyje zlecenie, Brukseli, Berlina czy Putina, bo w obiegu krążyły różne wersje.

Władza oparta w tak skrajnym stopniu na ideologii nie przyjmuje bowiem do wiadomości, że mogła się pomylić, dokonać złej oceny sytuacji, a jej oponenci mogą od czasu do czasu mieć rację. Z władzą tak motywowaną nie opłaca się – gdy jest dostatecznie silna – wchodzić w spór. Nie dość, że postawi na swoim w tej konkretnej sprawie, to jeszcze w myśl zasady „na złość babci odmrozimy uszy”, popełni czym prędzej identyczny błąd w podobnych dziesięciu czy stu przypadkach, żeby zagłuszyć ewentualne wątpliwości własne i społeczeństwa. W tej logice bowiem każdy, kto kwestionuje cokolwiek z teorii i praktyki politycznego hegemona, staje się od razu jego śmiertelnym wrogiem, którego należy zniszczyć.

Oczywiście byłoby głupotą sądzić, że w polityce przeciwnicy dają rządzącym same cenne wskazówki i chodzi im wyłącznie o wspólne dobro. Jednak idealizm podniesiony do rangi absolutu sprawia, że nigdy nie próbuje się nawet rozważyć argumentów drugiej strony, a każde odstępstwo od głównego wzorca traktowane jest jako krecia robota o dalekosiężnych diabelskich celach. Dlatego też Samoobrona, która nie odwoływała się do tej samej ideologii „antyagenturalnej”, lecz kładła nacisk na wspólny – jak się jej jeszcze wówczas zdawało – mianownik „Polski solidarnej”, w naturalny sposób z sojusznika stała się wrogiem. W koalicji nie było już rozbieżnych ocen i różnic w akcentowaniu tych samych kwestii, lecz „warcholstwo” i „torpedowanie działań rządu”. Andrzej Lepper z „trudnego partnera” zmienił się w „przestępcę”, a jego partia w „element patologicznego układu” czy „obrońców III RP”.

Rzekoma afera łapówkarska w ministerstwie rolnictwa nie była żadnym momentem zwrotnym. Wystarczyło uważnie wsłuchać się we wcześniejsze – i to o dobrych kilka miesięcy – wypowiedzi liderów PiS, by wiedzieć, że drogi obu partii się rozchodzą, a każdy pretekst do zakończenia współpracy będzie dobry. Warto przypomnieć rozważania o zablokowaniu przestępcom możliwości kandydowania do parlamentu, niedwuznacznie wymierzone w Leppera, a padające z ust prominentnych polityków PiS. W tych wywodach pomijano oczywisty fakt, że Lepper – cokolwiek by nie sądzić o jego stylu uprawiania polityki – nie został skazany za żadne przestępstwo kryminalne, lecz za działalność publiczną spod znaku obywatelskiego nieposłuszeństwa. Człowiek, który blokował egzekucje komornicze zadłużonych gospodarstw, wysypał na tory przemycane zboże, albo w oparciu o dostępne sobie informacje formułował oskarżenia polityczne wobec polityków i biznesmenów, jest postacią kontrowersyjną i niekoniecznie godną poparcia, ale nie jest złodziejem, łapówkarzem, mordercą czy defraudantem. Gdyby to wszystko chcieć wpisać do katalogu z napisem „przestępstwa”, to przestępcami okazaliby się Mahatma Gandhi, Nelson Mandela czy Wojciech Drzymała – i nie zmienia tej oceny nawet fakt, że były to postaci sympatyczniejsze niż lider Samoobrony.

Lepper musiał stać się obiektem napaści nie dlatego, że dokonał czynów wątpliwych prawnie lub moralnie, lecz z powodu odmiennej oceny sytuacji i podejmowanych priorytetów. To nie jest żaden spór personalny między uczciwym szeryfem a rzezimieszkiem, ani też walka partii „czystej” z „podejrzaną”, lecz konflikt między tymi, którzy hasło „Polski solidarnej” potraktowali jako wyborczy wabik, a tymi, którzy do dziś traktują je serio. Nie mam przy tym na myśli tego, że socjalne propozycje Samoobrony są trafne, a przedstawicielom owej partii na pewno nie zdarzyły się kolizje z prawem czy zasadami etycznymi. Logika wydarzeń wskazuje jednak, że taki sam los, jaki spotkał Leppera, stałby się – choć zapewne pretekst byłby inny – udziałem każdego innego koalicjanta czy nawet kogoś z PiS-u, gdyby i oni zamiast położenia nacisku na tropienie agentów i demaskowanie „układów” zażądali wywiązania się z obietnic prowadzenia polityki prospołecznej. A gdy chce się uderzyć psa, to kij zawsze się znajdzie.

I PiS ten kij znalazło. Jest on bardzo wątpliwej jakości. Nawet pomijając wszelkie zastrzeżenia i duże znaki zapytania wobec akcji CBA i stosowanych przez nią metod, trudno uwierzyć, aby oskarżanie Leppera o chęć przyjęcia łapówki miało sensowne podstawy. Zawrotna nie była kwota, którą minister rolnictwa miał otrzymać. Tym bardziej, gdy mówimy o człowieku, który po latach funkcjonowania w roli folkloru politycznego dostał się wreszcie na salony, zyskując poważną szansę pozostania tam do końca życia. Lepper biorąc łapówkę w tym momencie, musiałby być skończonym idiotą, a przecież cała jego kariera pokazuje, że mimo braków w wykształceniu i obyciu, jest to człowiek inteligentny. Dla jednorazowego przypływu gotówki, której kwota może budzić zazdrość zwykłego śmiertelnika, ale przecież nie człowieka ze szczytów władzy, ryzykowałby on nie tylko odpowiedzialność karną, lecz także zakończenie kariery politycznej. Czyniłby to w dodatku jako lider partii, która na celowniku mediów i przeciwników politycznych znajduje się nieustannie, a on sam wnikliwie obserwowany i poddawany analizom jest jak mało która inna osoba w Polsce. Naprawdę trudno w to uwierzyć.

To wszystko nie byłoby warte analizy, gdyby nie skutki takiego obrotu sprawy. A skutki owe to kres marzeń o „Polsce solidarnej” oraz o istotnym zwrocie w kwestiach społeczno-gospodarczych. Wszystko wskazuje na to, że choć nie czeka nas powrót do realiów sprzed „afery Rywina” i wyborów roku 2001, to nie ma także szans na zakwestionowanie neoliberalnej ścieżki, którą podąża Polska po roku 1989. Czy będą to samodzielne rządy PO, czy jej koalicja z LiD-em, czy też powrót PO-PiS-u, tak czy tak w kwestiach „bazy” czeka nas tylko zmiana na gorsze. Obecna partia władzy szybko porzuciła hasła solidarystyczne, potwierdzając przy okazji, że nigdy nie traktowała ich serio i nie rozumiała nawet, na czym taka polityka miałaby polegać. Paradoksalnie, dla PiS-u koalicja z PO jako silniejszym partnerem byłaby idealnym rozwiązaniem – pomijając spory ambicjonalne i animozje personalne, bracia Kaczyńscy mogliby w tym układzie zająć się tym, w co wierzą i poza co ich horyzonty nie wykraczają. Liberałowie z PO mogliby w spokoju prowadzić politykę korzystną dla finansowej oligarchii, byleby robili to z „czystymi rękoma” (jak ich idolka Margaret Thatcher), a PiS nie przeszkadzałby im w tym wcale, w najlepsze tropiąc agentów, rozliczając przeszłość, promując „wartości chrześcijańskie”, „walcząc z przestępczością” itp. Lepszego prezentu – poza samodzielnymi rządami, co jest nierealne – partia braci Kaczyńskich nie mogłaby otrzymać od losu.

Sęk w tym, że to, co dobre dla PiS-u, niekoniecznie jest dobre dla Polski. Zwłaszcza dla „Polski solidarnej”.

Wolni z wolnymi, równi z równymi

Dominująca opcja proamerykańska w polskiej polityce zagranicznej jest zarówno w pewnym sensie zrozumiała, jak również – niestety – obarczona sporą i wciąż rosnącą liczbą kłopotliwych implikacji. Gorący temat budowy elementów tzw. tarczy antyrakietowej na terytorium naszego kraju zmusza chcąc nie chcąc do refleksji nad tym, jak mogłaby wyglądać opcja alternatywna.

Problem w tym, że ledwie ktoś zasugeruje, iż Wuj Sam niekoniecznie jest najbardziej fortunnym partnerem, czy raczej protektorem Polski, wrzuca się śmiałka do worka pełnego epitetów, z których najłagodniejszy to „rusofil”, a kolejne są już znacznie bardziej obraźliwe. Choć ostre pyskówki polityczne i towarzyszące im prostactwo „argumentów” (przerzucanie się „faszystami”, „populistami”, „komunistami” czy „liberałami”), są chlebem powszednim naszej debaty publicznej, to właśnie w tej jednej kwestii – sojuszu z USA – chór jest jednomyślny, a nieliczne wyjątki poddane zostają nagonce wyjątkowo zajadłej i bezpardonowej. Nawet jeśli nie przybiera ona postaci steku oszczerstw i kalumnii, to i tak bazuje na daleko posuniętych, krzywdzących uproszczeniach.

Dobrym, niedawnym przykładem jest tekst Barbary Fedyszak-Radziejowskiej, zamieszczony w „Rzeczpospolitej” z dnia 16 lipca. Komentując plany powołania wspólnej partii na bazie Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin, autorka nazywa ów twór „Partią miłośników Rosji”. Co znamienne, teza taka nie pojawia się jako wniosek płynący po prostu z analizy programów czy praktyki obu stronnictw. Fedyszak-Radziejowska pisze bez owijania w bawełnę: „Jedyną świeżą i oryginalną na naszej scenie politycznej programową ofertą tworzącej się partii będzie /…/ sympatia do Rosji. Trudno sądzić, że jest to oferta atrakcyjna dla szerokich rzecz wyborców. Sytuacja jednak może się nieco zmienić. Polacy bowiem – jak wiadomo – są przeciwnikami instalacji tarczy antyrakietowej na terenie naszego kraju. Dlatego boję się, że ten aspekt może okazać się najbardziej nośną częścią kampanii LiS”.

Określenie „partia miłośników Rosji” jest eleganckie na tle epitetów, jakimi obdarza się zazwyczaj tych, u których czołobitny stosunek wobec USA sytuuje się poniżej normy. Nie zmienia to faktu, że jego autorka dość swobodnie, a wręcz nonszalancko, wpisuje obie wzmiankowane partie w schemat miłośników Rosji, choć cechuje je zaledwie – i to raczej w wydaniu Samoobrony niż LPR – pewien sceptycyzm wobec nachalnej i ślepej opcji prozachodniej (w partii Andrzeja Leppera wypływa w dodatku raczej z pragmatyzmu gospodarczego, który zbyt często innym partiom jest przesłaniany przez tzw. politykę historyczną). Trudno byłoby wskazać np. jakieś znaczące postawy LPR, które świadczyłyby o prorosyjskiej orientacji polityków tej partii. Można wręcz zaryzykować tezę, że jak na spadkobierców idei Romana Dmowskiego jest ona zadziwiająco powściągliwa wobec Rosji, podobnie zresztą jak w kwestii postaw antyzachodnich, które wyczerpują się głównie w krytyce centralistyczno-unijnych projektów europejskich. Fedyszak-Radziejowska jednak mimochodem demaskuje kiepską logikę własnych opinii. Wedle niej – i mnóstwa podobnych autorów – wystarczy być ostrożnym wobec pomysłów USA, aby zasłużyć na miano miłośnika Rosji. Takie uproszczenie, choć zrozumiałe na gruncie sporów politycznych i napiętnowania przeciwników, rzutuje jednak wielkim, ponurym cieniem na jakość debaty o polityce zagranicznej i sojuszach międzynarodowych.

Niezbędne będzie tu zastrzeżenie o odmiennej wymowie. Otóż w Polsce sympatia wobec USA jest znacznie bardziej uzasadniona i ugruntowana, niż chcieliby to widzieć zwolennicy bojowego „antyamerykanizmu”. Sprawa nie jest bowiem tak jednoznaczna, jak choćby w części krajów Europy Zachodniej. Ma ona przynajmniej kilka istotnych aspektów.

Po pierwsze, Stany Zjednoczone w jakimś stopniu – trudnym do jednoznacznego oszacowania – przyczyniły się do upadku komunizmu i nastania systemu, który choć nie pozbawiony licznych i dotkliwych wad, ma jednak wystarczająco dużo zalet, by uznać go za jakościowo lepszy niż poprzedni ustrój. Piszę to jako ktoś, kto Ronalda Reagana uważa za ideologicznego maniaka, ekonomicznego szaleńca oraz politycznego łotra. Jego prostacka wersja chrześcijaństwa, typowa dla amerykańskiego sekciarstwa, połączona z apoteozą szkodliwej wiary w tzw. wolny rynek, to wszystko zaś wsparte w polityce zagranicznej o działania z pogranicza zwykłych zbrodni, stanowiły wyjątkowo groźną mieszankę wybuchową, a jej negatywne skutki dla świata i samych Stanów Zjednoczonych są odczuwalne jeszcze dziś. Nie da się jednak ukryć, że – jakkolwiek motywowana oraz realizowana – jego polityka wobec ZSRR i całego Bloku Wschodniego miała wpływ na korzystny dla Polski upadek komunizmu. Gdyby nie Amerykanie, kto wie, jak wyglądałaby dziś nasza część Europy, ale można wątpić, by wyglądała lepiej niż obecnie.

Po drugie, istotna jest kwestia geopolityczna. Jakkolwiek strach przed Rosją wydaje się w Polsce mocno wyolbrzymiony a resentymenty „zaborczo-sowieckie” stanowczo nazbyt rozdęte, nie należy popadać w drugą skrajność i twierdzić, że ten olbrzymi, znaczący kraj, „przyzwyczajony” w toku dziejów do sytuacji, w której „kurica nie ptica, Polsza nie zagranica”, nie ma wobec nas żadnych zakusów, wynikających choćby ze zwykłej sprzeczności interesów, nie zaś z jakiejś demonicznej „antypolskości”.

Podobnie dzieje się z Niemcami , które to państwo tylko nader naiwni mogą postrzegać jako tygrysa pozbawionego, na własne życzenie, wszystkich zębów tylko dlatego, że razem z nami należą do wspólnego europejskiego klubu. W klubie owym, wbrew marzeniom sporej rzeszy prognostyków, nie zanikły ani antagonizmy narodowe, ani sprzeczności interesów, ani dbałość poszczególnych nacji o siebie, także kosztem dobra wspólnego. Unia Europejska co najwyżej łagodzi takie zjawiska, nie eliminując ich na trwałe, a powszechna harmonia nie zapanuje w niej choćby tylko z tego powodu, że poszczególne części składowe Wspólnoty znajdują się na nieraz diametralnie odmiennych szczeblach drabiny rozwojowej. To, co dobre dla nowoczesnego bogacza, niekoniecznie musi być właściwą receptą dla uboższego i zapóźnionego kuzyna.

W efekcie takiego obrotu sprawy, wcale nie takie głupie wydaje się szukanie wsparcia w podmiocie odległym geograficznie, lecz potężnym i mającym na Starym Kontynencie pewne interesy do załatwienia. Stąd też sojusz z USA wcale nie jest dla Polski aż tak bardzo negatywny choćby właśnie w kontekście stosunków sąsiedzkich oraz „gier i zabaw europejskich”, jak chcieliby to widzieć różnej maści bezrefleksyjni „antyamerykanie”.

Po trzecie wreszcie, nie można lekceważyć nastrojów społecznych. Polska jest tym krajem spośród byłych demoludów, w którym sympatie wobec Stanów Zjednoczonych są od lat najsilniejsze, nie zmniejszając się nawet pod wpływem negatywnej oceny niektórych konkretnych działań władz USA (jak choćby podejmowane interwencje militarne). Wynika to z różnych, nie do końca jasnych przesłanek, wśród których można wymienić choćby fascynację mitycznym bogactwem Jankesów, pewne podobieństwa w wojowniczo-indywidualistycznym etosie kulturowym obu nacji, czy też liczną w XX wieku imigrację naszych rodaków za ocean. To wszystko skutkuje większą „naturalnością” sojuszu z USA niż miałoby to miejsce w takich krajach, jak np. Czechy czy Serbia.

Pewna „proamerykańskość” Polski byłaby zatem zarówno zrozumiała, jak i służąca naszym interesom w takim właśnie kontekście. Jednak także w tym przypadku sprawdza się ludowa mądrość, że co za dużo, to niezdrowo. Sojusz ze Stanami Zjednoczonymi przybiera coraz bardziej negatywną postać z co najmniej trzech względów. Pierwszy z nich, to kwestia moralności. Oczywiście wiem, że w polityce zbytnie przywiązanie do tej sfery może się skończyć w najlepszym razie śmiesznie, w najgorszym zaś strasznie. Możliwości wyboru sojuszników są zazwyczaj ograniczone, skazując na alianse z towarzystwem wątpliwej jakości. Czasem nie ma innego wyjścia, jak tylko zacisnąć zęby w imię wyższej konieczności. Polityczny przyjaciel/sojusznik – co już dawno zauważył Carl Schmitt – wcale nie musi budzić naszej sympatii na gruncie „prywatnym”, a wręcz przeciwnie, może nam się wydawać antypatyczny.

Sęk w tym, że polityka USA w ostatnich latach zaczyna przekraczać wszelkie granice, co sprawia, iż sojusz z właśnie antypatycznym typem zaczyna niebezpiecznie przypominać komitywę ze zwykłym, pozbawionym wszelkich skrupułów, sukinsynem. Bombardowania Serbii czy napaść i okupacja Iraku, wszystko to obficie podlane sosem prymitywnych kłamstw i zaawansowanego propagandowego prania mózgów, są zbyt wysoką ceną, którą płacimy jako sojusznicy USA w takich przedsięwzięciach. Granica między dbałością o własne interesy a współudziałem w zbrodni zostaje przekroczona, i niczego nie zmienią tu wywody o rozmaitych rzekomych „koniecznościach” – od czasu pamiętnej piosenki Kelusa wiadomo wszak, że „tutaj warto zrobić historyczny przytyk, niejeden folksdojcz był real polityk”.

Swoją drogą, znamienny jest rozdźwięk między religijnymi deklaracjami polskiej prawicy i powszechnym wśród polityków różnych opcji kultem Jana Pawła II, a totalnym lekceważeniem stanowiska Watykanu i Papieża-Polaka właśnie w kwestii „humanitarnych interwencji”, „przywracania demokracji” itp. Gdy papież bezpardonowo potępiał aborcję, to wtedy był dobrym namiestnikiem Kościoła – gdy ten sam papież potępił wojny wszczynane przez USA, był on „szlachetny, lecz naiwny” lub, o zgrozo, „podatny na lewacką propagandę”…

Kolejna istotna kwestia, która wskazuje na zbyt daleko posunięte związki z USA, to „jakość” wzajemnych relacji. Trudno oczekiwać, żeby sojusz olbrzyma i karzełka opierał się na faktycznej równości stron – o „partnerstwie” i „wzajemności” można mówić wiele i podniośle, ale asymetria owego układu jest oczywista. W tym konkretnym przypadku Polska jednak idzie za daleko – nawet karzełek bowiem powinien mieć swój karzełkowy honor i niekoniecznie zgadzać się na rolę chłopca na posyłki. Tymczasem kolejne „układy” z USA – zakup F-16, udział w agresjach militarnych, kwestia offsetu, a ostatnio czołobitny stosunek wobec „oferty” tzw. tarczy antyrakietowej – pokazują, że nasz „sojusz” z USA opiera się na zasadzie „pan każe – sługa musi”.

Nie mam przy tym na myśli, jak ktoś mógłby opacznie zrozumieć, zachęt do targowania się i np. „wyciśnięcia” ze Stanów Zjednoczonych zniesienia wiz w zamian za ulokowanie u nas elementów tarczy antyrakietowej. Jakikolwiek sojusz, choćby bardzo nierówny, nie powinien mieć wyjścia awaryjnego w postaci rozumowania „zgodzimy się na to, ale dajcie nam to i to”, lecz opierać się na zasadzie „na to się po prostu nie zgodzimy”. Tymczasem już sam sposób negocjowania uzgodnień z władzami USA przez polskich polityków skutecznie leczy z naiwnego mniemania, że któryś z nich potrafiłby się faktycznie „postawić” Wielkiemu Panu Zza Wielkiej Wody.

Trzeci wreszcie negatywny aspekt ożywionych relacji ze Stanami Zjednoczonymi to przenikanie stamtąd prymitywnej ideologii neoliberalnej (neokonserwatywnej), nie ograniczającej się bynajmniej do sfery ekonomicznej. Ślepy kult wolnego rynku i apoteoza ograniczania społecznych funkcji państwa to tylko jeden element tego problemu. Inny to równie ślepy kult PKB, na wzrost którego składają się w równym stopniu budowane nowe mieszkania, co i np. „dobrodziejstwa” wypadków samochodowych, bo pogrzeby ofiar, koszty leczenia rannych czy remontów rozbitych aut też stymulują wzrost gospodarczy, co nie przeszkadza różnym maniakom w wychwalaniu owej dwuznacznej „koniunktury”. Do tego dochodzi sprowadzenie sfery etycznej i religijnej do postaci uproszczonej, zindywidualizowanej: „jeśli wszyscy będą się modlić i nie popełniać grzechów, to świat będzie dobry”. Brak w niej zrozumienia, że w chorym społeczeństwie poszczególne jednostki, choćby „najlepsze”, również zachorują, bo oprócz jednostkowych grzechów istnieją też ogólnospołeczne źródła problemów, zwane przez Jana Pawła II „strukturami grzechu”.

Na gruncie takich „wartości” wyrasta ostatecznie polityka nastawiona na zwalczanie skutków, nie zaś eliminowanie przyczyn – bo inaczej nie może być w zbiorowości zatomizowanej, opartej na jednostkowych relacjach a to z Wolnym Rynkiem, a to z Prawami Obywatelskimi, a to z Panem Bogiem. Efektem jest przekonanie, że gdy zamożniejszy da biedniejszemu złotówkę, to filantropia rozwiąże problem biedy, że gdy wierni pomodlą się za zagubionych, to „wartości chrześcijańskie” zatriumfują, a gdy kilku bandziorów surowo ukarzemy, to inni się przestraszą i przestaną być bandziorami. Ta naiwna i zupełnie nieskuteczna mieszanka prowincjonalnych przesądów oraz ideologii powstałej w oderwanych od realnego świata salonach wielkomiejskich „konserwatywnych” milionerów, zdobywa w Polsce coraz większą popularność właśnie za sprawą polityczno-kulturowej zależności od wpływowych środowisk amerykańskich. Kiedyś mieliśmy czytanki o Leninie, dziś mamy podobny bełkot Radosława Sikorskiego i jego przyjaciół-neokonsów.

Wszystko to sprawia, że nawet nie popadając w naiwny „antyamerykanizm”, Polsce na dobre wyszedłby rozbrat z nowym Wielkim Bratem. Pytanie jednak, co w zamian. Najczęściej formułowana alternatywa mówi po prostu o Unii Europejskiej jako przeciwwadze dla USA. Wedle tej wizji, Polska powinna wspierać wysiłki na rzecz daleko posuniętej integracji Starego Kontynentu, nawet za cenę znacznego „roztopienia” w nowym, centralistycznym tworze. Oczywiście nawet najwięksi entuzjaści tego pomysłu nie spodziewają się, aby Stany Zjednoczone Europy mogły w jakiejś realnej perspektywie dorównać potęgą Stanom Zjednoczonym Ameryki Północnej. Niemniej jednak, europejskie siły zbrojne, aktywna wspólnotowa polityka na forum instytucji międzynarodowych, pewna „euro-autarkia” w gospodarce czy umocnienie znaczenia euro kosztem dolara – wszystko to sprawiłoby, że ci, którzy dziś sięgają USA do kolan, urośliby na wysokość ich pasa, a może nawet ramienia.

Wizje tego rodzaju są rozmaitej proweniencji – „europeizm” równie dobrze może wypływać z lewa (np. środowisko „Krytyki Politycznej”), jak i z prawa (nieistniejące już pismo „Stańczyk”), może być doktryną członków politycznego i kulturowego establishmentu, ale również najgłębszych czeluści antysystemowego undergroundu. Jest w nich sporo racji – czy to wtedy, gdy zwracają uwagę na słabość państwa narodowego w epoce globalizacji lub niezdolność przezwyciężenia rodzimego marazmu bez bodźców z zewnątrz, czy wtedy, gdy wskazują na wspólne dziedzictwo kultury zachodniej albo terytorialną bliskość i silne związki ekonomiczne. Nawet jeśli są to wizje nie do końca przekonujące, wskazują na istnienie problemów, których nie da się rozwiązać chowając głowę w piasek.

Podstawowy problem z tak zarysowaną alternatywą polega na tym, że de facto powiela ona podstawowe wady opcji proamerykańskiej. Tutaj także nie ma mowy o żadnej równości stron sojuszu. Polska będzie traktowana jako gorszy krewny – zarówno na płaszczyźnie ekonomicznej, jak i w sferze podejmowania kluczowych decyzji – a nasze możliwości zmiany owej sytuacji są niewielkie. Każdy z silnych graczy będzie dbał przede wszystkim o własne interesy, a tradycyjnie prorosyjskie sympatie Niemiec i Francji niespecjalnie zabezpieczają nas także ze wschodniej flanki. Nie należy również mieć złudzeń w kwestii zasad moralnych naszych europejskich sojuszników – Belgrad bombardowały amerykańskie samoloty, ale zachęcały je do tego całe szeregi europejskich propagandzistów, w dodatku głównie ze środowisk lewicowo-liberalnych. Podobnie jest ze sferą ideologiczną – tak jak USA wciskają „wartości” kołtuńsko-prawicowe, tak UE przegina w drugą stronę, papierkiem lakmusowym naszej normalności czyniąc rozwiązania i wartości, do których kraje Zachodu dorastały dekadami mimo niewsadzenia ich do obyczajowej „zamrażarki”, jaką w wielu kwestiach był PRL (trudno o tak dużą w Polsce jak w USA np. tolerancję wobec homoseksualizmu, skoro wtedy, gdy tam ruch na rzecz ich praw święcił triumfy, u nas bezpieka i gliniarze robili akcję „Hiacynt”). W obu przypadkach nie jest to ani sojusz równego z równym.

Nie jest oczywiście możliwe ot tak, po prostu, zerwanie sojuszów z USA i UE. Wbrew śmiałym, lecz dziecinnym wizjom różnych radykałów, nie jest to także sytuacja pożądana i akceptowana przez społeczeństwo, i bynajmniej nie tylko dlatego, że poddano je zmasowanej propagandzie i praniu mózgów. Warte byłoby natomiast rozważenie takiego rozwiązania, które wzmocniłoby naszą pozycję w ogóle, zwiększyło zakres niezależności od wspomnianych dwóch potęg, a także nie zaowocowało zamianą dżumy na cholerę (jaką byłoby dostanie się w rosyjską strefę wpływów). Co konkretnie mam na myśli? Sojusz wolnych z wolnymi i równych z równymi. Mówiąc mniej metaforycznie: zacieśnienie współpracy z krajami Europy Środkowo-Wschodniej, czyli odświeżenie koncepcji tzw. Międzymorza.

Wszystkie kraje Europy Środkowo-Wschodniej mają podobne problemy i sytuację, co stanowi dobry punkt wyjścia do połączenia sił. Większość z nich w przeszłości stanowiła obiekt zakusów Rosji lub Niemiec (a często obu tych krajów), z kilkoma wyjątkami, które znajdowały się na celowniku innych europejskich potęg (np. Francji). Do dziś w wielu z nich trwa subtelna gra będąca kontynuacją tamtych procesów – czy będą to konflikty z mniejszością rosyjską na Łotwie i w Estonii, czy „wojna domowa” na Ukrainie, czy roszczenia tzw. wypędzonych wobec Polski i Czech, czy aktywna rola Niemiec w podsycaniu konfliktów na Bałkanach.

Wszystkie te kraje mają za sobą również trwający pół wieku epizod wcielenia do Bloku Wschodniego, czyli suwerenności ograniczonej na rzecz ZSRR. To wspólne doświadczenie historyczne uczuliło je na problem niepodległości i tożsamości narodowej – nawet jeśli dziś w referendach ich obywatele cedują część prerogatyw na instytucje ponadnarodowe, kraje te wciąż ożywia debata na temat „polskości”, „słowackości” czy „rumuńskości”.

Historyczne doświadczenie skutkuje także znacznie większym niż w Europie Zachodniej dystansem wobec obu totalitaryzmów, nie zaś tylko faszyzmu. Nawet jeśli spore części społeczeństw tęsknią za „starymi dobrymi czasami” Tity, Kadara czy Gierka, jest to raczej tęsknota za „małą stabilizacją”, której tak brakuje w dzisiejszym świecie hiperkapitalizmu, niż za ideałami komunistycznej utopii. Choć ocena przeszłości budzi gorące spory, obywatele tej części Europy znacznie lepiej zdają sobie sprawę z tego, jak wyglądały „błędy i wypaczenia” komunizmu niż dzieje się to w przypadku społeczeństw Zachodu, gdzie na większą skalę przebija się co najwyżej prawda o „złym stalinizmie”, który po śmierci Józefa Wissarionowicza był już – wedle popularnych tam opinii – całkiem cool.

Doświadczenia realnego socjalizmu przyczyniły się do kolejnego podobieństwa między krajami dawnego Bloku Wschodniego. Mimo zaawansowanej inżynierii społecznej i agresywnego promowania wzorców „nowego człowieka”, poprzedni system niejako zakonserwował dawne systemy wartości. Efektem zacofania gospodarczego i konsumpcyjnego, a także pewnej dyscypliny koniecznej w warunkach państw autorytarnych, jest znacznie mniej zaawansowany niż w krajach Zachodu rozkład pierwiastka religijnego, etyki wspólnotowej i tradycyjnej moralności. To właśnie realny socjalizm, ze wszystkimi swoimi ideologicznymi meandrami, sprawił, że w naszej części Europy mamy do czynienia z tak silnym oporem, czy choćby niechęcią wobec najbardziej skrajnych i bzdurnych tendencji kulturowo-obyczajowych. Choć „liberalni konserwatyści” nigdy tego nie pojmą swymi móżdżkami, Władysław Gomułka był mniejszym zagrożeniem dla tradycji kulturowej i religijnej niż Ronald Mc Donald, nawet jeśli ten pierwszy oficjalnie zajmował się „krzewieniem świadomości socjalistycznej”, a drugi wychwala „świętą własność prywatną”.

Jeszcze jednym z efektów sowietyzmu, ale także wcześniejszej historii gospodarczej tej części Europy (traktowanej w międzywojniu nierzadko jako „wewnętrzne kolonie” Starego Kontynentu), jest również podobny status gospodarczy i poziom rozwoju instytucjonalnego. Najpierw zapóźnienia modernizacyjne, a następnie forsowne, ślepe ich nadrabianie, po roku 1989 zaś „terapie szokowe”, złożyły się pospołu na taki status gospodarczy, który nie daje szans na doszlusowanie do zachodniego peletonu. Nawet pewne wyjątki – Estonia czy Czechy – raczej potwierdzają regułę, tym bardziej, że dotyczą krajów, których liczba ludności i warunki naturalne (położenie, wielkość terytorium, zasoby) pozbawiają złudzeń w kwestii nadziei na całościowo rozumianą – czyli mierzoną nie tylko wzrostem PKB – potęgę. Jeśli nawet te „rodzynki” wysforują się nieco przed resztę krajów regionu, to dysproporcje nie staną się tak wielkie, jakie są i wciąż będą istniały między tutejszymi liderami a zachodnimi bogaczami typu Anglia czy Niemcy. Dlatego w ramach takiego sojuszu nie należałoby się raczej obawiać, że któryś z partnerów zdominuje pozostałych.

Ostatni wreszcie, może najmniej ważny, lecz również istotny czynnik, to położenie geograficzne. Wszystkie te kraje znajdują się w jednym „ciągu”, tworząc blok zwarty terytorialnie, co ułatwia prowadzenie wspólnej polityki i daje wiele szans rozwojowych. Do tego należy dodać położenie między Wschodem i Zachodem oraz na części szlaków z Południa na Północ, będące kolejnym czynnikiem, który przy odpowiedniej strategii może dać olbrzymie korzyści.

Trudno oczywiście dziś oczekiwać powstania wkrótce jakiegoś silnego, zjednoczonego bloku regionalnego, który wprost rzuciłby rękawicę Unii Europejskiej czy posłał w diabły amerykańskich oficjeli i ich agentów wpływu. Zapewne taki radykalny rozbrat nie byłby też korzystny dla jego członków, nawet gdyby był możliwy. Ale gdy mamy do czynienia z presją trzech gospodarczych i politycznych potęg – USA, UE i Rosji – to warto zastanowić się nad sojuszami regionalnymi. Sojuszami opartymi o podobieństwa kulturowe i analogiczne interesy polityczne. Sojuszami bazującymi na współpracy podmiotów stosunkowo równych i niezdolnych narzucić partnerom tak upokarzających warunków, jakie dziś oferują nam lokatorzy Białego Domu, NATO-wscy generałowie, unijni „eksperci” oraz gazowo-naftowi oligarchowie sterowani z Kremla. To oczywiście wizja wymagająca ogromnej pracy i jeszcze większej odwagi, ale też mogąca coś na serio zmienić w nieustannej grzej w fatalizm służenia ciągle obcym panom.