Zakład Upokorzenia Społecznego

Drogi Michale,

jeśli dobrze pamiętam, jak się widzieliśmy ostatni raz, był późny wieczór, środek Warszawy, ulica Okólnik. Właśnie zebrał się pierwszy raz po latach stanów wojennych i po-wojennych zespół „Tygodnika Solidarność”. Pan Tadeusz jeszcze nie był premierem, Małgorzata Niezabitowska jeszcze nie była jego rzeczniczką, a Jan Dworak jeszcze nie szefował publicznej telewizji. Ja właśnie wydałam zrobioną dla podziemnej Karty książkę o Marcu ‘68 roku, a za nagrodę z Fundacji Polcul wyglazurowałam – dumna jak paw – łazienkę. Na tym zebraniu kąpaliśmy się wszyscy razem w pianie z wielkich nadziei na to, że wreszcie będzie normalnie. Rok był 89.

18 lat później Ty zostałeś doradcą premiera Tuska do spraw społecznych i cieszysz się – w prasowym wywiadzie („GW” z grudnia) – że zusowi wreszcie się coś udało. Że udał mu się, mianowicie, system rent okresowych, który eliminuje nieuczciwych i powoduje, że nie marnują się podatnicze pieniądze.

Ta właśnie radosna opinia jest głównym powodem mojego listu do Ciebie. Listu pół-otwartego, bo napisać całkiem otwarcie co naprawdę czuje ktoś, kto jest chory, dostał się w tryby przyznające okresowe renty i domaga się poszanowania własnej godności – to byłby donos na siebie samego o planowanie złych czynów. Formuła pół-otwarta uchroni mnie przed niechybnymi trudnymi do zniesienia następstwami.

Empatia pożądana

Ponieważ zachorowałam, od trzech lat kontaktuję się nieustająco z zusem, jestem więc prawdziwym ekspertem. Mam dwa grube segregatory pism, które zus przysłał do mnie przez ten czas i pism, którymi ja na nie odpowiadałam oraz trzeci segregator, w którym chowam – jak największe skarby – mnóstwo papierów od lekarza rodzinnego, nie rodzinnego, szpitalnego i jakiego tylko się chce, ponieważ te skarby – wyłącznie w oryginale – są przedmiotem mielenia machiny przyznającej okresowe renty.

Trzech czwartych tego, co zus do mnie napisał – nie rozumiem. A przecież czytam grube książki, a nawet je piszę. Gdy przychodzi kolejny polecony, a jakże, z pieczątką zus – wpadam w panikę. Dlatego wnoszę, by do któregoś z ważnych urzędowych rejestrów wpisać nową jednostkę chorobową: fobię zus-owską lub fobię biurokracyjną. Symbol F-zus lub F-b. Druk: zus zla lub zus bla, bla, bla. Wielu lekarzom oszczędziłoby to czasu przy diagnozowaniu pacjentów.

Może moje kontakty z zusem byłyby łatwiejsze, gdyby ucięło mi rękę albo nogę. Ale chyba nie. Ciągle czytam albo oglądam w programach interwencyjnych historie, których zawartość da się streścić tytułem artykułu z Dziennika: Zus zmusza kalekę do pracy. Może byłoby mi łatwiej, gdybym chorowała na społecznie akceptowalną „poważną” chorobę typu rak. Ale i to chyba nie – dziennikarze opisali tych historii na pęczki. Clou jest choćby w dziennikowym tekście pod tytułem Zus czekał, aż jej mąż umrze. Żeby – rzecz jasna – nie zapłacić renty choremu na raka.

Ale jest jak jest. Ani jeszcze nie „zeszłam” ani nie mam wyrazistej choroby somatycznej, a tylko pojawiające się co czas jakiś biedne, choć wymagające szpitala, psychosomatyczne komponenty. Tu serce szaleje, tu jakieś zapalenia żołądka, tu alergia – na zmianę. Mnóstwo proszków na to, które kosztują mnóstwo pieniędzy. Niezmienna tylko depresja, na którą też proszki. I nie-spanie przed kolejną wizytą w zusie.

Nie oczekuję więc od Ciebie zrozumienia, bo wiem, że to skomplikowane. Oczekuję jedynie próby empatycznego wyobrażenia sobie, jak może się czuć chory i coraz bardziej zmęczony człowiek, wessany w tryby zusowskiej machiny. Niby władz umysłowych nie stracił, a jednak czuje się nie a propos, jak niemowlę. Rozsypały mu się ze stresu stare mechanizmy obronne, pozwalające jakimś cudem znosić absurdy życia społecznego przez 15 lat transformacji, a nowe dopiero się wykształcają. To trwa. Na to potrzeba czasu. Ale zus, drogi Michale, czasu Ci nie da, bo ma bardzo dobrze działający system rent okresowych.

Obywatele pod specjalnym nadzorem

Co pół roku będziesz się musiał stawiać na żądanie, po to, by sprawdzono wiarygodność Twoją i Twojego lekarza, który zna Cię i leczy. Przecież możecie być w zmowie i oboje kłamać, żeby wyłudzić.

Zaufanie zaufaniem, ale porządek musi być, prawda?

Zus będzie Ci więc mówił, że jesteś zdrowy, Ty się będziesz odwoływał. Zanim tryby machiny rozpatrzą odwołanie i wezwą Cię znów przed oblicze, nie będziesz miał z czego żyć. Potem, hurtem przyślą Ci pieniądze za kilka miesięcy, bo jednak po odwołaniu lekarz orzecznik zgodzi się, że ci się należy. No i zaraz po tym znów wypadnie termin okresowego sprawdzenia, czy jesteś chory czy nie, bo system rent okresowych działa świetnie. Pójdziesz do lekarza. On Ci napisze, że jesteś chory. Ledwo zdążysz się ucieszyć, a już dostaniesz pocztą pismo, że zus odwołał się od decyzji własnego orzecznika, bo uważa inaczej. Znów nie masz za co kupić lekarstw. Potem znów możesz sobie zrobić mały zapas, bo dostaniesz znów hurtem, kilka rent za pół roku. Potem znów wypadnie Ci kolejny termin stawienia się przed oblicze systemu sprawdzającego zasadność przyznania rent okresowych. Ja się tak bujam ze trzy lata Ciekawa jestem, ile czasu Ty byś wytrzymał.

Zus wygląda pewnie na bardzo przyjemną i nieźle zorganizowaną instytucję, jeśli przyglądać się mu z perspektywy kawy w gabinecie prezesa albo trenera szkolenia, który uczy pracowników zusu, jak mówić petentom dzień dobry i patrzeć miedzy brwi, kiedy owi są zdenerwowani. (Dziennik)

Z perspektywy plastikowego krzesełka, na którym w korytarzu zasiadają chorzy ludzie, by mogły przed nimi defilować urzędniczki z tonami papierów, stukające obcasikami różnych gabarytów – widok nie jest już tak przyjemny.

Przypuszczam, że Tobie nie zdarzyło się siąść po tej drugiej stronie – na krzesełku pod drzwiami lekarza orzecznika zusu. Nie wiesz jak to jest, kiedy lekarz Ci się nie przedstawia, kiedy na wizytówce na drzwiach widnieje nazwisko kobiety, a ty wchodzisz i widzisz faceta lub odwrotnie. Nie wiesz jak może być, kiedy, zwiedziony miłym tonem pytania co panu dolega, zaczynasz swoją trudną opowieść i słyszysz gromkie: niech się pan weźmie w kupę i idzie do roboty. Nie wiesz jak to jest, kiedy jakaś kobieta czy facet w białym kitlu – znaczy lekarz – nie patrzy nawet na ciebie przez kwadrans. Patrzy w Twoje papiery, patrzy w Twoje wezwanie do poważnego lekarza orzecznika, ogląda Twój dowód osobisty i za każdym razem przepisuje obowiązkowo Pesel. Patrzy na twoje ręce, nogi czy brzuch, bo przecież Cię bada. Ale na Ciebie – nie spojrzy. Omija Cię wzrokiem.

Groźby w majestacie prawa

Ale przecież zus o Ciebie dba. Ma całkiem dobry system prewencji rentowej. Choć nie wiem co byś zrobił, gdyby trzy razy kazali Ci jechać do sanatorium, ty trzy razy prosiłbyś o zmianę terminu i miejsca na wygodniejszy dla Ciebie – bo dziecko chore, bo jakieś trudne rodzinne sprawy. No i pokój chciałbyś w tym sanatorium jednoosobowy, a oni Ci dają miejsce w trójce. Ty ich prosisz – a oni swoje. Że masz się podporządkować. I za każdym razem na papierze, który przysyła Ci zus, widnieje wyraźnie, że jak pacjent nie będzie współpracować – czyli mieć własne wymagania – to świadczenie, czyli renta, może być cofnięte. Poprosisz, żeby Ci podali urzędową drogę odwołania od ich sanatoryjnej decyzji – dowiesz się, że odwołać się nie można, bo przecież to orzecznik orzekł.

Jakieś prawa człowieka czy pacjenta? Jakieś prawo wyboru lekarza? Zapomnij. Tu jest niby wolny kraj, ale jak się wpatrzysz – to zobaczysz, że nie całkiem.

Wymuszanie bezrobocia i wyłudzanie składek

Nie wiesz jak to jest, kiedy próbujesz w tym bałaganie trwać, próbujesz nie zamknąć firmy, bo przecież masz nadzieję, że w końcu wszystko będzie dobrze i wrócisz do pracy. Przecież prezes zusu nie zamyka go, kiedy choruje, to i ja nie zamknę – myślisz. Ale orzecznik wie lepiej od Ciebie, że powinieneś już dawno tę firmę zamknąć, bo tak to wyglądasz na wyłudzacza.

Nie wiesz jak to jest, kiedy przypadkiem, na korytarzu przed sekretariatem, dowiadujesz się, że jak się odwołujesz od jakiejś zusowskiej decyzji i np. nie masz przedłużonej renty, to – hura, hura – nie musisz płacić za firmę (która nie przynosi dochodu, ale niestety istnieje) wszystkich składek zusowskich, lecz tylko jedną, zdrowotną. Czy może chorobową. To zdaje się różnica ale ja do tej pory tego nie łapię. Nie wiesz jaka to radocha!

Nie wiesz też, że nie zwrócą ci tej składki zapłaconej od działającej na własną zgubę firmy, jeśli przedłużą Ci rentę. Co tam, z radości, że masz chwilę spokoju, chętnie zapłacisz za ten sam okres dwa razy. W końcu jesteś krezusem. Masz rentę. Na pewno wiesz jaka jest średnia wysokość renty w Polsce. Mnie się nawet nie chce sprawdzać.

Jak się poczujesz lepiej i chciałbyś pomału wrócić do pracy – na razie na pół etatu – to owszem, będziesz mógł. Ale składki na zus musisz zapłacić całe.

Ich Troje

Nie zdarzyło Ci się też pewnie stanąć przed komisją złożoną z trzech obcych Ci osób – nie wiesz kto to jest, bo przecież się nie przedstawią. Jedna czyta Twoje papiery, druga Cię pyta po raz trzydziesty w ciągu trzech lat, czy masz jeszcze firmę, czy już ją zamknąłeś, trzecia pisze coś na maszynie, więc nie słyszysz tej drugiej osoby. Spędzasz tam 17 minut, z zegarkiem w ręku, w czasie których oni zdążyli także obejrzeć Twój dowód i przepisać Pesel, pouczyć, że przysługuje Ci zwrot kosztów dojazdu, ale przecież za taksówkę Ci nie zwrócą, fanaberie masz, oraz obruszyć się, że odmawiasz rozebrania się do majtek, bo Ci przeszkadza brak parawanu i ostre światło. No i po tych 17 minutach wywalą Cię na korytarz, żebyś poczekał i posiedział na krzesełku, z płaszczem na kolanach, bo wieszaka nie ma – po co, przecież to zus, a nie kawiarnia. No i mówią Ci, że masz wrócić do pracy, a jak zapytasz dlaczego?, odpowiedzą Ci, że nie ma obiektywnych przesłanek które by stwierdzały niezdolność, a subiektywne ich nie interesują. No.

To wrócisz pewnie do domu, wypłaczesz się przez telefon swojemu lekarzowi, który przecież wie co ci jest, bo rozmawiał z Tobą długie godziny. Potem weźmiesz proszki na uspokojenie i napiszesz kolejne odwołanie.

Niekompatybilność

W międzyczasie zus przyśle Ci kolejną decyzję, w której domagać się będzie zwrotu nienależnie pobranego świadczenia. Bo zus policzy Twoje dochody inaczej niż urząd skarbowy. Dla zus dochodem jest nie to, co rzeczywiście zarobiłeś, ale to, od czego masz obowiązek zapłacić składkę gdy masz tę cholerną firmę, która nie przynosi dochodu, bo Ty chorujesz i nie pracujesz. Twój psi obywatelski obowiązek to odprowadzić składki do zus od najniższej krajowej pensji. Ta najniższa pensja to około 1500 zł. I to jest twój dochód, choć go na oczy nie zobaczyłeś, bo przecież chorujesz i nie zarabiasz. Taki polski Paragraf 22, którego nawet Orwell by nie wymyślił, drogi Michale. A jak to opowiesz młodemu prawnikowi, którego poprosisz o pomoc w napisaniu odwołania, bo już nie masz na to siły, to Cię zapyta: paragraf jakiej ustawy?

No jak to jakiej? Polskiej. Przez polski Parlament przyjętej. I przez zus realizowanej.

Ludzie polegają na tym, że czują

Nie wiem jak Ty byś się z tym wszystkim czuł. Ja się czuję upokorzona. I wściekła. Choć o wściekłości nie napisze, bo po to – jak pamiętasz – list jest pół-otwarty. Domyśl się, proszę, jak wielka może być ta wściekłość.

Na ścianie mogę sobie powiesić mój dyplom Polculu, żeby sobie przypomnieć jak kiedyś było miło. Teraz jestem tylko petentem zusu. Teraz, dla zusu, którego kształt i Ty współtworzyłeś – jestem tylko potencjalnym oszustem, który chce coś wyłudzić.

Dziennikarze pocieszają: Molocha nie trzeba się bać. 80-letnia łodzianka właśnie wygrała w sądzie z ZUS-em. (Dziennik)

Sama też chętnie się pocieszam, że po to przecież mamy demokratyczne państwo prawa, żeby od każdej głupiej decyzji można się było odwołać nie do kacyka z kace, tylko do niezawisłego sądu. Więc powinnam się cieszyć. Oddawać do sądów kolejne durne decyzje i cieszyć się, czekając na wygraną. To dlaczego ja się nie cieszę?

Po pierwsze dlatego, że jestem w złej formie. No, chory człowiek jestem. Oczekuję – jeśli nie wsparcia ze strony instytucji, która po to powstała, żebyśmy my, obywatele, nie byli bez pomocy w razie życiowych kłopotów – to przynajmniej traktowania mnie z należytym szacunkiem i nie powodowania dodatkowych stresów.

W naszym cudownie liberalnym systemie, który wszystko przelicza na pieniądze, nie umiem na razie wyliczyć, ile pieniędzy straciłam przez to, że kolejni lekarze orzecznicy czy członkowie zusowskich komisji traktowali mnie jak oszusta, którego trzeba na czymś przyłapać. O ile dłużej – przez to właśnie – biorę jakieś proszki i nie wracam do zwykłej formy? Bo co wrócę – to kolejny papier z zusu powoduje kolejną małą zapaść. Z którą jakoś tam się da uporać – ale to trwa. Tracę na to czas. Tracę pieniądze, których w tym czasie nie zarabiam. Ale w końcu jakiś prawnik mi to policzy. I wtedy poproszę zus o zwrot. Może nawet z odsetkami, tak przez zus ulubionymi.

Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego się nie cieszę, że mam prawo się z zusem procesować, tylko wręcz przeciwnie.

Mam, otóż, poczucie, że budując to nasze wyśnione państwo prawa, wybudowaliśmy sobie sami klatkę, w której zgodnie z procedurami i niespójnymi absurdalnymi przepisami, więzimy – patrząc jak się szamocze – coś tak nieprzeliczalnego na pieniądze, jak godność ludzkiej, pojedynczej osoby.

Na polskim styku liberalnego z katolickim, pod ciężarem procedur i artykułów ustaw coraz bardziej niezrozumiałych dla zwykłych ludzi – pada ostatecznie mit mojej młodości. Że pojedynczy człowiek i jego godność muszą być najważniejsze. I że trzeba o to solidarnie dbać.

Gdybym to wiedziała na tym zebraniu „Tygodnika”…

Gdybym to wiedziała wcześniej, jak mnie weryfikowali w stanie wojennym…

Być może nie poszłabym tą drogą, którą poszłam. I innych bym przestrzegała: ludzie, którzy macie głupawe nadzieje na lepszy świat po polskim komunizmie – nie idźcie tą drogą. I jedźcie lepiej na Filipiny, bo tu nie ma czego szukać. Albo siedźcie w domach razem z waszymi psami – Sabami i kotami o nieustalonych imionach. Zresztą, róbta co chceta, tylko nigdy nie liczta na zaklad ubezpieczeń społecznych i konsekwentnie piszta te nazwe z małych liter. Omijajta go szerokim łukiem. Lub żądajta odszkodowań. To w końcu Wasze pieniądze.

Anna Mieszczanek

Fot. autorki Zosia Zija

______________

Poprzednie felietony tej autorki znajdziesz tutaj

Solidarność aspołeczna

Na pierwszy rzut oka, hasło „solidarność społeczna” wywołuje pozytywne odczucia. Większość społeczeństwa kojarzy je z takim systemem gospodarczym i konkretnymi rozwiązaniami, które oznaczają, iż lepiej sytuowani troszczą się o tych, którzy radzą sobie gorzej. Już rdzeń owego terminu – „solidarność” – nacechowany jest swego rodzaju „ciepłem” i troską. „Solidarność społeczna” to pewien ideał etyczno-ustrojowy, któremu przyklaśnie mnóstwo osób z prawa i z lewa, inspirowanych rozmaicie pojmowanymi ideałami zarówno humanistyczno-socjalistycznymi, jak i katolicko-narodowymi. Niemal odruchowo kojarzymy go bowiem z ładem wspólnotowym i myśleniem w kategoriach prymatu interesu zbiorowości nad jednostkowymi egoizmami. Lewicowcom owa solidarność przypominać będzie trzeci człon zawołania „wolność, równość, braterstwo”. Prawicowcom zaś skojarzy się z biblijnym wezwaniem „Jedni drugich brzemiona noście” (z listu św. Pawła do Galatów), powtórzonym przez Jana Pawła II w słynnej homilii wygłoszonej w Gdańsku 12 czerwca 1987 r.

Oczywiście skrajnie lewicowy malkontent przypomni, że do tradycji jego obozu należy raczej walka klas niż solidaryzm. Z kolei malkontent skrajnie prawicowy oznajmi, że owszem, solidaryzm jak najbardziej, ale żaden społeczny, lecz narodowy. Będą też, co jasne, malkontenci liberalni, którzy albo solidaryzm krytykują jako taki, albo uznają, że powinien on funkcjonować w postaci wyłącznie dobrowolnej – gdy ktoś chce solidaryzować się z innym, niechże go wesprze z własnej kieszeni, nie czyniąc z tego powszechnej zasady ustrojowej. Tymi ostatnimi nie warto się zajmować, choćby – zostawiając na boku argumenty natury moralnej, które do nich nie docierają – z tego względu, że nawet bardziej rozwinięte gatunki zwierząt uznają konieczność wymuszenia pewnych zachowań dla dobra całej wspólnoty. Wyższość szympansów nad skrajnymi liberałami polega na tym, że nie wierzą one w bzdurne teorie o „niewidzialnej ręce rynku”, która wystarczy dla zapewnienia zbiorowości optymalnych warunków bytowania. Inni ludzie też nie są tak naiwni, dlatego też absolutnie wolny rynek istniał ostatnio w epoce jaskiniowej.

Wróćmy jednak do zwolenników solidarności społecznej. Spór między nimi dotyczy najczęściej metod i zakresu powszechnego solidaryzowania się członków społeczeństwa. Mało kto wierzy już, że w zaawansowanym technologicznie i skomplikowanym społeczeństwie można zostawiać np. ciężko i przewlekle chorych na łasce jakiejś formy filantropii. O ile jednak część uczestników sporu uznaje, że państwo powinno finansowo gwarantować, powiedzmy, przeszczep wątroby, ale już nie plomby na zębach, o tyle inni przekonują, że brak budżetowego finansowania owych plomb sprawi, iż osoby ubogie będą miały jamę ustną w fatalnym stanie. Są to jednak spory techniczne, dotyczące stopnia finansowej wydolności państwa, jego priorytetów oraz poziomu odpowiedzialności człowieka za własny los. W tych sporach, nierzadko głośnych i zajadłych, nie kwestionuje się jednak samej zasady naczelnej.

Warto dodać, że solidarność społeczna nabrała takiej pozytywnej mocy znaczeniowej nie przypadkiem. O jej powodzeniu zadecydowało samo życie, a konkretnie niebywałe osiągnięcia tzw. państw opiekuńczych w kwestii gwarantowania społeczeństwu nie tyle nawet dobrobytu, co bezpiecznej stabilizacji. Kilkadziesiąt powojennych lat to w niemal każdym cywilizowanym kraju okres rozkwitu gospodarczego i społecznego, a zarazem praktyczne potwierdzenie skuteczności i sensu idei solidarności społecznej. Oczywiście państwa opiekuńcze nie zawsze wywiązały się ze swoich zadań w stu procentach, przytrafiły im się także pewne „błędy i wypaczenia”, lecz i tak można ów okres uznać za swoisty złoty wiek krajów, które wprowadziły owe rozwiązania. W tych z nich, które na drodze do dobrobytu zaszły najdalej, niewiele zmieniła nawet późniejsza ofensywa neoliberalizmu. Tu i ówdzie, jak np. w krajach skandynawskich, uległy zmianie formy opiekuńczości, na mniej zbiurokratyzowane i „sztywne” (dlatego w Danii bardzo łatwo zwolnić pracownika, żeby firmom umożliwić reagowanie na cykle koniunktury, ale jednocześnie ów pracownik ma zapewniony wysoki zasiłek oraz konkretną pomoc państwa w zdobyciu nowego etatu). Gdzie indziej, np. na Wyspach Brytyjskich, niedawne szaleństwa liberalnych „reform”, są dziś stopniowo korygowane, a opiekuńczość wraca do łask, dostosowując się do nowych realiów kulturowych, instytucjonalnych i społecznych.

Państwa opiekuńcze przywołałem nieprzypadkowo. Wydaje się bowiem, że zasada solidarności społecznej największy sens ma w krajach o stosunkowo podobnym poziomie dochodów ludności oraz przy aktywnych wysiłkach instytucjonalnych na rzecz egalitarnego podziału bogactwa narodowego. Wówczas rzeczywiście „jedni drugich brzemiona noszą”, wspierając tych, którym obecnie z jakiegoś względu powodzi się gorzej oraz umożliwiając wciąż istniejącym grupom zmarginalizowanym znaczne zmniejszenie dystansu wobec wyższych szczebli drabiny dochodów. W krajach pozbawionych polityki egalitarnej i nękanych drastycznymi różnicami społecznymi/majątkowymi, wezwanie do solidarności społecznej oznacza nierzadko coś zgoła odmiennego. Prowadzi do wspierania zamożnych przez ubogich.

Świetnie widać to na przykładzie stale powracającego postulatu wprowadzenia odpłatności za studia. Zwolennicy rozwiązań prospołecznych niejako odruchowo bronią bezpłatnego korzystania ze szkolnictwa wyższego. Uważają, że odpłatność jest na rękę zamożnej mniejszości, która chce się wymigać od finansowania wspólnego dobra, jakim jest bezpłatna nauka młodzieży z rodzin ubogich. I rzeczywiście, w społeczeństwie stosunkowo egalitarnym, gdzie dominującą grupą byłaby warstwa osób o przyzwoitych dochodach, a zbiorowości ubogich i zamożnych stanowiłyby niewielki procent ogółu, obrona bezpłatnych studiów byłaby postulatem sensowym. W kraju dużych nierówności społecznych i o sporej zbiorowości osób o niskich dochodach, postulat bezpłatnych studiów nie stanowi natomiast bynajmniej rozwiązania „prospołecznego”. Wręcz przeciwnie – tak naiwnie pojmowana równość i „solidarność społeczna” oznaczają zgodę na ugruntowanie nierówności. W efekcie bowiem wcale nie dzieje się tak, że zamożni partycypują w kosztach nauki ubogich i wspierają ich w osiąganiu lepszego wykształcenia. Jest odwrotnie – to ubodzy finansują zamożnym bezpłatne kształcenie.

Są dwa aspekty tego problemu. Po pierwsze, ubogich jest w Polsce znacznie więcej niż zamożnych. Nawet progresja podatkowa, w naszym kraju zresztą niewielka, zwłaszcza gdy oprócz sztywnych stawek podatkowych uwzględnimy rozmaite ulgi i przywileje (a to dla przedsiębiorców, a to dla zawodów zwanych wolnymi czy „artystycznymi”, a to opodatkowanie towarów luksusowych), nie zmienia faktu, że większość wpływów budżetowych pochodzi od osób niezamożnych – ubogich i przeciętnie sytuowanych – jako płatników podatków bezpośrednich lub jako tych, na których producenci, handlowcy i usługodawcy przerzucają koszt pośrednich obciążeń podatkowych. Pieniądze na wydatki budżetowe pochodzą w znacznej mierze od „szarej masy”, nie zaś od garstki „królów życia”.

Po drugie, znacznie większa presja w kwestii podejmowania studiów dotyczy młodzieży z rodzin, gdzie istnieją tradycje zdobywania wyższego wykształcenia, a te rodziny są statystycznie zamożniejsze od niewykształconych, choć oczywiście w tej ostatniej kwestii znajdziemy sporo wyjątków. Co więcej, siłą rzeczy to właśnie rodziny zamożniejsze stać w większym stopniu na bezpłatną edukację swoich pociech. Ta bezpłatna edukacja wcale nie jest bowiem bezpłatna. Pięcioletnie studia dzienne oznaczają o 5 lat późniejsze wejście na normalny rynek pracy (nawet zakładając możliwość dorabiania w trakcie nauki, nie będzie to praca pełnoetatowa), czyli odsunięcie w czasie osiągania dochodów. W dodatku same studia też kosztują. Pół biedy, gdy ktoś mieszka w ośrodku akademickim – wtedy wystarczy bilet miesięczny i wydatki na inne koszta (kserokopie, zakup podręczników itp.). Ale gdy dochodzi koszt wyjazdu do innego miasta, wówczas w grę wchodzi wynajem mieszkania, zakup żywności, podróże do domu rodzinnego itd. W efekcie bezpłatne studia kosztują sporo – nie dość, że młody człowiek nie zarabia na siebie, to jeszcze wspomniane wydatki poboczne dochodzą na skromnym poziomie do tysiąca złotych miesięcznie. Jest oczywiste, że rodzina niezamożna może sobie na taki „luksus” pozwolić rzadko, a jeśli nawet, to za cenę bardzo dużych wyrzeczeń.

Stąd też młodzież niezamożna najczęściej wybiera studia zaoczne. W tygodniu pracują, w weekendy studiują. To ostatnie robią za pieniądze nie tylko spore, ale i stanowiące niemałą część budżetu swoich uczelni. Nie chcę powiedzieć, że na studiach dziennych spotkamy wyłącznie dzieci bogatych rodziców, które przez 5 lat pędzą na ich koszt „bananowy” żywot. Jednak na podstawie własnych obserwacji mogę stwierdzić, że studia dzienne – bezpłatne – są w znacznie większej mierze wybierane przez młodzież nie tyle może bogatą, co przyzwoicie sytuowaną, zaś studia zaoczne – jak najbardziej płatne – chcąc nie chcąc wybiera młodzież mniej zamożna, jeśli oczywiście w ogóle jakiekolwiek studia wybiera.

I tak oto rzekoma solidarność społeczna, polegająca na bezpłatnych studiach, oznacza, że ubożsi finansują bogatym zdobywanie wyższego wykształcenia. Ktoś, kto nie ma znacznych dochodów, sponsoruje studia – z podatków własnych lub rodziców – komuś, kogo rodzice mają dochody na tyle duże, iż stać ich na 5-letnią edukację dzieci. Gdy niezamożna młodzież nie podejmuje studiów, na studia zamożnych płacą podatki jej rodzice i ona sama, jeśli podejmie pracę. Gdy niezamożna młodzież studiuje zaocznie, to za bezpłatne dzienne studia zamożnych płaci niejako trzy razy: raz z podatków rodziców, drugi raz z podatków własnych, a trzeci raz finansując uczelnię z czesnego.

Nie jest to bynajmniej jedyny taki przypadek. Wiele „równościowych” rozwiązań staje się swoją karykaturą w społeczeństwie znaczących nierówności. Jeśli „becikowe” przyznajemy wszystkim rodzicom świeżo urodzonych dzieci, to wspieramy finansowo w równym stopniu tych, którzy jedzą kaszankę i tych, którzy jedzą kawior. Jeśli wprowadzamy procentowe ulgi podatkowe dla rodzin wielodzietnych, to ubodzy posiadacze czworga dzieci zaoszczędzą np. 700 zł, a ich zamożni odpowiednicy – 7 tysięcy. Jeśli likwidujemy podatek spadkowy, to jedni za darmo przekażą następcom M-3 w blokowisku, a inni – dwie wille i cztery limuzyny. Jeśli „cały naród buduje autostrady”, tzn. finansuje je z budżetu, to korzystają z nich przede wszystkim ci, którzy po pierwsze mają samochody, po drugie – ich styl życia i pracy opiera się na częstym podróżowaniu, po trzecie wreszcie – korzystny dla nich jest taki system gospodarki, którego istotnym elementem jest transport towarów na znaczne odległości. Innymi słowy: korzysta na nich ktoś, kto sprowadza lub wysyła TIR-y pełne towarów, ale nie ktoś, kto piecze chleb na lokalny rynek lub sprzedaje kapustę na targu. Takie przykłady można mnożyć niemal w nieskończoność. Myślę jednak, że powyższe wystarczą do ukazania braku sensu w tak pojmowanej solidarności społecznej, która stanowi własne przeciwieństwo – zamiast wsparcia mniej zamożnych przez bogatych, strumień gotówki płynie w dokładnie przeciwnym kierunku.

Dlatego też hasło „solidarności społecznej” należy traktować z dystansem do czasu, aż nierówności majątku i dochodów zostaną mocno „spłaszczone”, mniej więcej do stanu znanego z Niemiec, Francji czy Skandynawii. Gdy dziś zwolennicy pogłębiania tych nierówności zaproponują np. wprowadzenie odpłatności za wyższe studia, gdyż ma to być ponoć sprawiedliwe i uczciwe, powinniśmy im odpowiedzieć tak: niezamożni za studia (zaoczne) już płacą lub w ogóle nie korzystają tego luksusu – teraz najwyższy czas, żeby zaczęli za nie płacić także zamożni. Innymi słowy, „bezpłatność” i „równość” nie są w obecnym systemie korzystne dla tych, którzy są w gorszej sytuacji. Oni wprost i bez cienia zażenowania powinni przejąć liberalne hasła „nierówności” i „odpłatności” – i skierować je przeciwko swoim adwersarzom. Nierówność? Proszę bardzo – niech bogaci płacą znacznie wyższe podatki (bez żadnych ulg)! Odpłatność – jak najbardziej, niech ludzie o pełnych portfelach płacą za każdą usługę publiczną, czas skończyć z „darmowymi obiadami”! Zamiast kurczowo trzymać się idei bezpłatnych studiów czy służby zdrowia, powinniśmy jasno i twardo postawić żądanie, żeby osoby zamożne płaciły za korzystanie z tych usług.

Zapewne zapytacie, jak to zrobić. Odpowiedź jest prosta: przegłosujmy bogatych – nas jest więcej. W dodatku jest nas na tyle dużo, że możemy sobie pozwolić na lekceważenie zachowawczych i bojaźliwych hasełek. „Solidarność społeczna”? Proszę bardzo, ale najpierw stwórzmy dla niej warunki. Na dziś dość już solidaryzowania się głodnych z sytymi.

Strachy na Lachy

Nie będzie to felieton o książce „Strach”. Nie znam jej i prawdopodobnie nie poznam, nie wystarczy mi czasu ni chęci. Zdążyłem jednak zapoznać się już ze sporą liczbą prasowych komentarzy i medialnych doniesień, a także internetowych dyskusji. Przerażająco czarno-białych, ogłupiająco jednowymiarowych, w których przeważającymi uczuciami są albo złośliwa satysfakcja z powodu soli sypanej na polskie rany, albo święte oburzenie, podszyte – przepraszam za mocne słowa – zoologicznym wręcz antysemityzmem, na który nakłada się antykomunistyczny/antylewicowy resentyment. Kolejna z publicznych debat (które dziś coraz częściej i z coraz większą intensywnością znajdują swe miejsce w Internecie) przypomina magiel. Z tą różnicą, że w maglu przynajmniej solidnie zajmowano się odzieżą.

To prawda, nie raz, nie dwa służymy jako Polacy za chłopca do bicia tzw. światowej opinii publicznej w sprawie antysemityzmu. Myślę, że ten przeklęty przez nowożytną historię i przeczołgany przez totalitaryzmy skrawek Europy jest dla Zachodu i części (nie tylko amerykańskich) środowisk żydowskich doskonałym panaceum na własne wyrzuty sumienia i kłopoty z pamięcią historyczną. Nigdy specjalnie nie liczono się z naszymi opiniami, a lata zamknięcia w PRL-u i bynajmniej niełatwy światopoglądowo czas przejścia do III RP, nie ułatwiły nam zadania. Są państwa, instytucje, środowiska, opinie, które uznaje się za miarodajne i są takie, które funkcjonują w drugiej, albo i trzeciej lidze. My z pewnością nie graliśmy (i bodaj wciąż nie gramy) w Lidze Mistrzów. Inni lepiej od nas, za większe pieniądze, z lepszą infrastrukturą i kadrami grają swoimi ideami. Przykre i pewnie niesprawiedliwe, ale sprawiedliwość wbrew pozorom nie jest akurat tą wartością, którą przelicza się międzynarodowe relacje.

Odnoszę jednak przykre wrażenie, że nie ułatwiamy sobie bynajmniej zadania, traktując książkę Grossa z tym histerycznym zacietrzewieniem, bliskim niemal chęci publicznego linczu. Bynajmniej, nie uważam, że Rosjanie, Chorwaci czy Turcy in gremio zareagowaliby z większą klasą na publikacje dotyczące drażliwych zagadnień w ich dziejach. Nie obchodzą mnie nawet reakcje Żydów na ich wewnętrzne czy ogólnoludzkie problemy z historią. Kultura społeczna nie na tym polega, by własne problemy egzorcyzmować, powiadając: „tamci robią jeszcze gorzej”. Interesuje mnie przede wszystkim polskie społeczeństwo i jego dobrostan. I choć z pewnością wielu się z tym nie zgodzi, sądzę, że warunkiem koniecznym dla pogłębienia własnej świadomości narodowej będzie uznanie całej złożoności procesów historycznych, narodowościowych, społecznych, ekonomicznych, politycznych, ideologicznych, które wegetują zapoznane w zaułkach białych plam.

Książka Grossa jest stronnicza. Owszem. Kłopot w tym, że nawet w dziedzinie czysto naukowej nie ma książek stuprocentowo obiektywnych. Jedynym bytem obiektywnym w sposób zupełny jest – z definicji – Absolut. On jednak, o ile mi wiadomo, nie wydaje książek ani w ZNAK-u, ani w żadnej z narodowo-katolickich oficyn. Skazując nas tym samym na lekturę książek spłodzonych przez byty nie mniej od nas ułomne, choć często nieporównywalnie inteligentniejsze i bardziej pracowite. Książka Grossa jest celowo stronnicza – doda ktoś. I owszem, także tego nie można wykluczyć, choć dociekanie ludzkich intencji bez znajomości osoby zawsze jest jedynie hipotezą.

Rzecz jednak w tym, że nawet jeśli książka Grossa jest stronnicza i pisana ze złą wolą, albo w imię czyjegoś interesu, to i tak, chcąc nie chcąc, stanowi jeszcze jeden wektor, jeszcze jedną płaszczyznę i punkt odniesienia w tym – ostatecznie wcale niezgorszym – porządku rzeczy, określanym mianem pluralistycznego. Umożliwia dyskusję. Ale kłopot w tym, że debaty nie ma. Istnieje – póki co – ciąg zniechęcających monologów, prowadzonych przez środowiska i osoby absolutnie wzajem impregnowane na argumenty adwersarzy, pilnie strzegące wyznaczonych linii demarkacyjnych, broniące ustanowionego przez się status quo niczym świętej relikwii własnych koncepcji. Szczęściem dla każdego z nas dostęp do wszystkich tych opinii jest dziś powszechnie dostępny.

Jedno jest dla mnie pewne. Polacy mordowali i wydawali Niemcom Żydów. Niemcy mordowali wszystkie nacje, skupiając się ze szczególnym okrucieństwem na tych, które z racji rasistowskich założeń uznali za „rasy niższe”. Żydzi wydawali Niemcom i Żydów i Polaków, a pewnie też przedstawicieli innych narodów. Liczba motywów dla tych obrzydliwych czynów była niezmierna i tak niezgłębiona, jak niezgłębiony może być człowiek, szczególnie w czasach pogardy i wszechogarniających ideologii. Nie jestem historykiem, nie będę na udowodnienie powyższych tez przytaczał fakty garściami. Każdy czytelnik przy odrobinie wysiłku może do nich dotrzeć. Mam jednak na udowodnienie swej tezy argument podstawowy, z niedoskonałości natury ludzkiej, która tyleż jest metafizyczna, co empiryczna, bo potwierdza ją codzienne doświadczenie każdego z nas. Owa niedoskonałość, zło, niegodziwość, zdolność do występku, są jednymi z nielicznych, przyznaję ze smutkiem, uniwersalnych doświadczeń ludzkości. Chcąc nie chcąc, nie mogę zatem wykluczyć, że i w książce Jana Tomasza Grossa zawarte jest przykre, jątrzące ziarno prawdy na temat mojego narodu. Ot, strachy na Lachy: nieco z bujdy i mitu, nieco z rzeczywistego lęku, przyczajonego na skraju świadomości.

Niestety, dla powyżej wyłożonych skrótowo przyczyn obawiam się, że Jan Tomasz Gross zwyciężył, zwyciężył nad naszym zdrowym rozsądkiem, a pośrednio – poczuciem przyzwoitości. Czy zrobił to w sposób nieprzyzwoity i krzywdzący? Nie byłoby w tym nic nowego pod słońcem: jedno zło świetnie współgra z innym. Z pewnością jednak dał jeszcze jeden argument przeciwko tym z nas, którzy zrobią wszystko, by wybielić obraz własnego narodu i wszelką odpowiedzialność zepchnąć na innych: Żydów, komunistów, Niemców czy po prostu nie-Polaków. Ostatecznie, i on i my przyczyniamy się do kolejnego zwycięstwa historycznego zła. I nie ma dla tego żadnego dobrego usprawiedliwienia, nie znajdzie go nawet najbardziej dyspozycyjna wobec naszej świadomości społecznej i aparatu państwa prokuratura.

Pozwolę sobie na górnolotność: być może ten rodzaj zła wyrzuca się jedynie modlitwą i postem. Ale – jak wiadomo – żaden „prawdziwy Polak” na to nie pójdzie. Nawet gdyby faktycznie pewien rodzaj szczerego i odważnego uznania własnego współuczestnictwa w zbrodni miałby być faktycznym świadectwem naszej wielkości. Nie myślę tu bynajmniej o manierze politycznie poprawnego przepraszania wszystkich za wszystko przy nadarzającej się okazji. Raczej – paradoksalnie – o dumnym uznaniu tak wielkości, jak i słabości własnej historii: przede wszystkim ze względu na dobro własnej kultury narodowej.

Krzysztof Wołodźko

P. S. Rozumiem, że jest wielu ludzi, którzy z przyczyn biograficznych czy rodzinnych nie mogą przemóc w sobie np. antyżydowskich resentymentów. Nie mnie to oceniać. Ale nie mam żadnego zrozumienia dla dwudziesto-, trzydziestoletnich „prawdziwych Polaków”, którzy z radykalnej, rzekomo iście narodowej „polityki historycznej” uczynili treść swego światopoglądu. Są równie przydatni dla Polski, co Jan Tomasz Gross.

Tendencyjne tendencje

W późnych latach 90. Aspire stanowiło przykład brytyjskiego przedsiębiorstwa społecznego. Firmę stworzyło dwóch absolwentów Oxfordu: Paul Harrod i Nark Richardson. Aspire zatrudniała osoby bezdomne w charakterze akwizytorów sprzedających produkty wytworzone zgodnie z zasadami sprawiedliwego handlu (Fair Trade). Do 2001 r. firma zarobiła 1,6 miliona funtów i była jednym z pierwszych przedsiębiorstw społecznych w Wielkiej Brytanii, które rozszerzyło swoją działalność poprzez franczyzę.

Harrod i Richardson byli przyjaciółmi z dzieciństwa. We dwójkę tworzyli w Oxfordzie studencki teatr i radio. Harrod studiował historię, Richardson psychologię. Byli również wolontariuszami w licznych organizacjach charytatywnych zajmujących się bezdomnymi. Stwierdzili wówczas, że wiele programów poniosło porażkę, gdyż skupiało się bardziej na symptomach bezdomności niż na jej przyczynach. Byli przekonani, że zapewnienie bezdomnym płatnego zatrudnienia i szkoleń będzie bardziej skuteczne niż oferowanie żywności i schronienia.

Po ukończeniu studiów w Oxfordzie w 1998 roku, Harrod i Richardson wrócili do rodzinnego Bristolu (Anglia), aby wypróbować ten nowy sposób pomagania osobom bezdomnym. „W rzeczywistości nie chcieliśmy prowadzić firmy” – mówił Harrod. „Jednak skoro oferowaliśmy zatrudnienie, uważaliśmy, że musimy stworzyć firmę mającą szansę utrzymania się na rynku”.

Wcześniej Harrod pracował w niepełnym wymiarze godzin, jako akwizytor katalogowej firmy Betterware (znana marka w Wielkiej Brytanii). Dzięki temu doświadczeniu poznał zarówno zasady funkcjonowania firmy katalogowej, jak i umiejętności wymagane od akwizytorów. Umiejętności tych, w większości, mogły nauczyć się również osoby bezdomne.

Tworząc Aspire, Harrod i Richardson przystosowali model firmy katalogowej w ten sposób, aby dostosować go do swoich społecznie sprawiedliwych celów. Postrzegali wynagrodzenie, uzależnione od sprzedaży za niesprawiedliwe, dlatego oferowali swoim pracownikom pensję stałej wysokości, bez względu na ilość sprzedanego towaru. Chcieli pomagać zarówno ludziom z innych krajów, jak i tym, którzy zamieszkują Wielką Brytanię. Dlatego zdecydowali się na sprzedaż produktów uzyskiwanych zgodnie z zasadami sprawiedliwego handlu, takich jak drobne artykuły gospodarstwa domowego, biżuteria, upominki. Wyroby te pochodziły głównie od zajmujących się Sprawiedliwym Handlem organizacji Traidcraft i Oxfam.

Ponieważ Aspire nie była nastawiona na zysk i w dużej mierze opierała się na wolontariuszach, była w stanie utrzymać się na rynku. Działała więc z sukcesem, aż tu nagle…

…pod koniec 1999 roku Harrod i Richardson zaprosili do Aspire doradcę Terrance’a Roslyna Smitha, który dołączył do grupy zarządzającej. W przeciwieństwie do założycieli firmy, Smith był zaangażowany w wiele projektów związanych z przedsiębiorstwami społecznymi. Doszedł on do wniosku, wraz z twórcami Aspire, że przedsięwzięcie musi rozwijać się, aby odnieść sukces.

I już w lipcu 2003 roku firma zbankrutowała.

Skrótu tego, co działo się pomiędzy zaproszeniem do grupy zarządzającej doradcy biznesowego a owym bankructwem, dokonałam oczywiście tendencyjnie, żeby – jak mówi Janek Pospieszalski, który zamienił kontrabas w Voo Voo na mikrofon w TVP – pokazać tendencję.

Tendencja globalnej gospodarki jest taka, że ma być rozwój. Ta tendencja jest sprzeczna z tendencją gospodarki na ludzką miarę, która ma służyć ludziom – żeby po prostu mieli z czego żyć.

Inna tendencja globalnej gospodarki, wynikająca z tendencji wymuszającej rozwój jest taka, że trzeba się z tym rozwojem i wypracowywaniem zysku strasznie spieszyć, bo inni nas prześcigną i dla nas zabraknie.

Ta znów tendencja sprzeczna jest z podstawową tendencją demokracji, która wymaga czasu dla zaprezentowania własnych potrzeb i – potem – dla znalezienia kompromisowych rozwiązań godzących te zróżnicowane potrzeby.

Nasze życie płynie między tymi tendencjami. A my stajemy się specjalistami od godzenia wody z ogniem. Lub ofiarami tych tendencji, które akurat zyskują większą moc.

Cala nadzieja w tym, że jak już tendencje nazwane, łatwiej zdecydować, którą z nich chcemy wzmacniać swoim pojedynczym działaniem.

Trudno w to uwierzyć, ale od każdego naszego działania coś naprawdę zależy. Nie na darmo wszyscy dreamerzy świata wciąż śpiewają: come together.

Anna Mieszczanek

Fot. autorki Zosia Zija

* Tekst znajduje się tutaj:
http://www.ekonomiaspoleczna.pl/x/325066

______________

Poprzednie felietony tej autorki znajdziesz tutaj

Każdy inny, wszyscy potrzebni

Co jakiś czas przez Polskę przetacza się utrzymany w histerycznym tonie spór o to, kto jest godny wsparcia i wiarygodny jako podmiot współtworzący obywatelską rzeczywistość. Dzieje się tak najczęściej wówczas, gdy chodzi o pieniądze publiczne. Media lewicowe i liberalne są oburzone, że dotację państwową otrzymały (lub choćby starają się o to) środowiska prawicy, a media tej właśnie opcji – że wsparto lewicę. Czy będzie to dotacja dla Młodzieży Wszechpolskiej, czy dla Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, czy dla gejów i feministek, czy dla stowarzyszenia tradycyjnych katolików – repertuar jest zawsze ten sam. „To skandal! Im się nie należy” – przekonują w identycznym tonie przedstawiciele obu opcji, odmawiając swoim przeciwnikom czerpania środków z budżetu.

Ale nie tylko o pieniądze budżetowe tu chodzi – odmawiają im także prawa do samego istnienia, a przynajmniej kwestionują zasadność materialnych podstaw tegoż. Media liberalne bardzo przejmują się pochodzeniem darowizn dla Radia Maryja, wciąż sugerując, że są one jakieś „lewe” – a to z rzekomo zagarniętej zbiórki na ratowanie Stoczni Gdańskiej, a to od polonijnego biznesmena uwikłanego pół wieku temu – znów rzekomo – we współpracę z nazistami. Z kolei media katolicko-narodowe na tej samej zasadzie piętnują nie-budżetowe źródła finansowania środowisk lewicowych, mniejszości seksualnych lub ekologów. Można się dowiedzieć, że są oni wspierani przez Sorosa, Agorę czy innych „nieprawomyślnych” lub „zagranicznych” darczyńców. Tego typu wywody obu stron sporu pojawiają się często wraz z towarzyszącą im sugestią, że gdyby nie te „trefne” pieniądze, to dana inicjatywa nie mogłaby funkcjonować, jest więc skażona swoistym grzechem pierworodnym.

O finansowaniu różnych środowisk z budżetu nie ma co zbyt wiele pisać, bo tutaj motyka nieustannie przygania gracy. Lewica krytykuje dotacje dla grup prawicowych, lecz bez zażenowania finansuje swoich pupilków, gdy akurat ma wpływ na rozdział państwowych środków. Prawica czyni dokładnie tak samo. Nie ma żadnej różnicy w kwestii skali zjawiska i stosowanych metod, choć obie opcje lubią moralizować i przedstawiać się jako uczciwe i przyznające dotacje wyłącznie wedle merytorycznego klucza. Tego typu uznaniowe dysponowanie publicznym groszem dotyczy nie tylko aspektu politycznego. Nie raz bywało w Polsce tak, że np. ministerstwo środowiska rozdzielało dotacje na te same „neutralne” działania (np. edukacja ekologiczna) nie wedle jakości składanych wniosków czy dorobku ich autorów, lecz bez cienia zażenowania przydzielało je tylko tym organizacjom, które były miłe i spolegliwe wobec aktualnego szefa resortu. Każdy, kto choć otarł się o problematykę wsparcia dla tzw. NGO’sów (organizacje pozarządowe) z jakiejkolwiek instytucji publicznej, ten dobrze wie, że z uczciwością, bezstronnością i merytoryczną oceną zasadności dotacji można się spotkać nie jako z regułą, lecz raczej wyjątkowo. Cały ten system wymagałby sporego przewietrzenia.

Nie to jednak wydaje mi się najbardziej istotne w omawianym temacie. Otóż wspomniane pyskówki dotyczące tego, kto, komu i za co płaci – już nie z budżetu, lecz ze środków prywatnych sponsorów czy fundacji – zawierają jeden niebezpieczny motyw. Spoza aspektu finansowego przeziera coś znacznie bardziej istotnego: odmawianie różnym środowiskom prawa do funkcjonowania jako integralnych elementów tego, co określa szlachetny, lecz w Polsce zupełnie wyświechtany termin „społeczeństwo obywatelskie”. Nie kwestionuję faktu, że warto, a nawet należy się bacznie przyglądać finansowemu aspektowi działania różnych środowisk – temu, „kto za to płaci” i w jakim celu to czyni. Nic dobrego jednak nie wynika z utożsamienia „niesłusznych” (czyli innych niż nasze) poglądów jakiejś grupy z posiadaniem przez nią takiego czy innego sponsora. Innymi słowy: nieuczciwe jest podważanie czyjegoś zaangażowania społecznego oraz szczerości wyznawanych poglądów poprzez sugestie, że „ktoś” za to płaci i tylko – oraz właśnie – dlatego są one takie, jakie są.

Jest oczywiste, że pieniądze mają znaczny wpływ na postawy ludzkie. Jednak sprowadzanie całego problemu różnic ideowych i światopoglądowych do tego, że naszym adwersarzom „ktoś za to płaci”, jest kopaniem dołka, w który samemu wpadnie się prędzej czy później. Nie chodzi wcale o oczywisty fakt, że owa broń jest obusieczna i nam też ktoś może zarzucić „trefne” źródła finansowania. Znacznie gorsze jest niszczenie w ten sposób „mentalnej tkanki” autentycznego społeczeństwa obywatelskiego. Ono bowiem, jeśli ma być żywym, pełnym werwy organizmem, musi pulsować setkami i tysiącami inicjatyw o przeróżnych wizjach, poglądach i metodach działania, nawet sprzecznych i wzajemnie skonfliktowanych. Taka zaś jego wersja, w której istnieją wyłącznie „słuszne” i „godne” inicjatywy, jest de facto atrapą. Nie odzwierciedla bowiem faktycznego społecznego zróżnicowania poglądów, a także konfliktów i ścierania się różnych wizji. To ostatnie zjawisko, jeśli tylko przybiera cywilizowaną postać i rozsądnie zakreślone granice, jest czymś pozytywnym z punktu widzenia rozwoju społecznego, zapobiegając stagnacji, kostnieniu i degeneracji rozmaitych struktur i instytucji. Co więcej, wykluczanie „niesłusznych” inicjatyw odcina sporą część obywateli od możliwości otrzymania lekcji wspólnego działania, powiększając za to skalę i zasięg marazmu.

Gdyby wcielić w życie wizje społecznego zaangażowania, jakie wyłaniają się z ataków mediów lewicowych i prawicowych, to otrzymamy sytuację, w której rozkwitają i są wspierane przedsięwzięcia jednej opcji ideowej, a brakuje lub istnieją w rachitycznej postaci te wyrastającej z odmiennego światopoglądu. Z góry można więc założyć, że znaczna część społeczeństwa, nierzadko jego połowa albo i więcej, otrzymuje wprost komunikat: macie siedzieć cicho i nic nie robić, nie ma dla was miejsca w przestrzeni publiczno-kulturowej. Oczywiście i na szczęście, życie biegnie innym torem i ani myśli podporządkować się fanatycznym zwolennikom którejś z opcji. Jednak ich ciągłe wzajemne nagonki tworzą złą atmosferę dla rozbudzenia społecznej aktywności. Czy to feministki, czy nacjonaliści, ciągle słyszą połajanki pod swoim adresem i napotykają kwestionowanie zasadności własnego zaangażowania publicznego.

W polskich realiach jest to tym bardziej szkodliwe, że mamy nie nadmiar, lecz daleko posunięty niedobór aktywności społecznej. Gdybyśmy byli Szwajcarią lub USA, moglibyśmy sobie do woli wybrzydzać i marudzić, że takie czy inne podmioty sfery „obywatelskiej” nam nie odpowiadają. Jednak w Polsce każdy, kto współtworzy klimat niesprzyjający rozwojowi inicjatyw społecznych, działa po prostu na szkodę kraju. Gdy jest to dziennikarz specjalizujący się w pisaniu donosów na „złe” inicjatywy wedle zapotrzebowania z redakcji, trudno oczywiście wymagać, aby zachowywał się inaczej. W 99% przypadków osobom z tego środowiska jest zapewne obojętne, czy faktyczne społeczeństwo obywatelskie istnieje oraz w jakiej znajduje się kondycji. Współczesne wielkie media mają charakter elitarno-oligarchiczny i ciężko w nich natknąć się na kogoś, kto serio traktowałby te ideały, które kiedyś przyświecały każdemu porządnemu dziennikarzowi. Gdy jednak do nagonek na samo prawo publicznego działania grup obywateli zjednoczonych jakąś ideą przyłącza się osoba aktywna w inicjatywie o podobnej formie, lecz innej opcji ideowej, jest to wyjątkowo szkodliwe i krótkowzroczne.

Szkodliwe – gdyż w ten sposób psuje ona wózek, na którym wspólnie, nawet jeśli wbrew własnej woli, jadą. Istnienie prężnej, tętniącej energią i aktywnością struktury społeczeństwa obywatelskiego, jest na rękę każdemu, kto nie zamyka się w czterech ścianach i gronie najbliższych, lecz chce aktywnie współkształtować warunki życia własnego i swojej wspólnoty. Im więcej jest stowarzyszeń, fundacji i instytucji współpracujących z nimi, niezależnych mediów obywatelskich, wypracowanych reguł i mechanizmów działania, a także – odbiorców takiej aktywności, tym lepsze warunki istnieją dla kolejnych tego typu przedsięwzięć, niezależnie od ich przesłania ideowego.

Myślenie wykluczające „niesłuszne” środowiska z obywatelskiego „obiegu” jest też krótkowzroczne. Nie bierze pod uwagę faktu, że ilość osób angażujących się w takie inicjatywy jest i będzie ograniczona. Czy to z powodu cech charakterologicznych, czy z uwagi na zainteresowania, czy też wskutek sytuacji życiowej, część osób nie bierze i nie będzie brała aktywnego udziału w tworzeniu społeczeństwa obywatelskiego. W zależności od warunków, liczba ta jest w danym kraju większa lub mniejsza, ale nawet w najbardziej sprzyjającym otoczeniu i przy rozbudzonej aktywności nie obejmie ona całości, a zapewne nawet przeważającej części populacji. Jeśli wykluczymy którąś – obojętnie jaką – opcję ideową z możliwości podejmowania inicjatyw, to w efekcie zmniejszamy także szanse na rozwój własnej. Do działań społecznych rzadko lub wcale włączają się osoby całkowicie bierne. Z trwających już kilkanaście lat obserwacji realiów organizacji pozarządowych wnioskuję, że znacznie częściej spotkać można w grupie lewicowej „konwertytę”, czyli kogoś, kto dawniej działał w prawicowej, i odwrotnie, niż kogoś, kto nigdy nie zajmował się taką aktywnością. Oczywiście nie dotyczy to młodzieżowego „narybku”, który dopiero zaczyna swoją przygodę z działalnością społeczną, ale i w tym przypadku bardzo często rolę czynnika motywacyjnego odgrywa przykład działalności rodziców, rodzeństwa czy kolegów z klasy lub podwórka. Blokując jeden z kanałów postaw społecznikowskich, uniemożliwiamy wielu osobom rozbudzenie takich pasji, nabycie stosownych kompetencji, wdrożenie się w procedury i zasady działania. Podcinamy gałąź, na której sami siedzimy. O tym, że wyrządzamy szkodę jakości życia publicznego w Polsce – nie trzeba już wspominać.

Jak najdalszy jestem od hołdowania naiwnym hasłom w stylu „kochajmy się!”. Istotą demokracji jest nie tylko wypracowanie całej serii konsensusów, lecz także istnienie nieustannych konfliktów, ścieranie się sprzecznych interesów, wizji i poglądów. Jest zrozumiałe, że każda zorganizowana grupa chce dla siebie „wyrwać” jak najwięcej, narzucić innym to, co uważa za słuszne. Ustawodawcy, władze wykonawcze, instytucje publiczne i inne podmioty mają obowiązek dbać o to, aby konfliktom nadać cywilizowaną postać, sensowne ramy i chronić elementarne interesy przegranych. Jednak my sami, zorganizowani obywatele, też powinniśmy starać się o zachowanie „pola gry” w jak najlepszym stanie. Bez wątpienia, używając metafor wojennych, jedna strona konfliktu ma prawo strzelać do drugiej. Jeśli jednak na terytorium, które stało się przedmiotem sporu, zdetonujemy bombę atomową, wówczas zwycięstwo okaże się pyrrusowe, bo podbite ziemie zostaną na wiele lat skażone.

W kraju rachitycznej, wątłej i niemrawej aktywności społecznej, w kraju, gdzie niezwykle trudno nakłonić ludzi nawet nie tyle do pomocy innym, lecz do walki o własne prawa i interesy, w kraju powszechnego zniechęcenia i narzekania – ostatnia potrzebna rzecz, to odmawianie nielicznym inicjatywom społecznym prawa do działania tylko dlatego, że nie podoba nam się ich światopogląd czy źródła finansowania. Feministki, geje, piewcy kosmopolityzmu, Rodzina Radia Maryja, stowarzyszenia „homofobów”, nacjonaliści itd., itp., wszyscy oni zasługują na prawo do nieskrępowanego publicznego działania i pozyskiwania środków finansowych, jeśli tylko nie łamią obowiązującego prawa. Odbudowa podstawowej tkanki społeczeństwa obywatelskiego to kluczowe zadanie na dziś w państwie tak straszliwie spustoszonym pod tym względem. Jeśli tego nie uczynimy, to w nieskończoność będą w Polsce rządziły kolejne kohorty oligarchów, wyalienowanych ze społeczeństwa, w żaden realny sposób nie poddanych kontroli, przypominających sobie o nas tylko wtedy, gdy mamy zapłacić podatek i oddać głos w (pseudo)wyborach.

Santa Claus musi odejść

Niezależnie od tego, jak bardzo religijnym społeczeństwem są Polacy, trudno nie spostrzec, że porządkiem świętowania zawładnął biznes. W biznesie zaś chodzi o pieniądz, nie o sacrum, więc około-świąteczne formy oddziaływań na potencjalnych klientów są przyjemnie trywialne i absolutnie niezobowiązujące. W tym kluczu Boże Narodzenie to okazja do chwili dobrego samopoczucia, (iluzji) finansowej beztroski, nieco bardziej kosztownej konsumpcji, nie zaś do – brzydko mówiąc – głębszych refleksji. Okolicznościowy święty Mikołaj, a także jego renifery, to funkcjonariusze reklamy, którzy z chrześcijaństwem mają tyle wspólnego, co diabeł ze święconą wodą.

Co prawda „altruizm” i „empatia” oraz tym podobne pozytywy, podtrzymujące tkankę społeczną i przypominające nam, żeśmy ludźmi, wciąż są na tyle niezbędne, że trzeba dla nich wygospodarować nieco miejsca, dlatego jak co roku o tej porze można tu i ówdzie spotkać odzianych w czerwień osobników ze sztucznymi brodami, jak czają się w miejscach publicznych na bliźnich, szczególnie na dzieci i ładne dziewczęta, by wręczyć im świątecznego cukierka. Taka okolicznościowa ciągutka ma nam, zaganianym i troszku poirytowanym przedświąteczną atmosferą, zapewnić chwilę wiary w ludzkość: że jesteśmy dla siebie dobrzy, że się przynajmniej lubimy, jeśli nawet nie kochamy, że w ogóle miło jest być człowiekiem i cieszyć się nadchodzącą Wigilią. I w ogóle: ho, ho, ho! – jak powiada poczciwy Santa Claus, figura radosnego konsumpcjonizmu, która w wolnej Polsce przyjęła się znacznie lepiej, niźli w zniewolonej Died Maroz.

Właściwie, jeśli o mnie chodzi, to chromolę takie święta. Ludzie w tramwajach nerwowi, na chodnikach nerwowi, w miejscach użyteczności publicznej – także nerwowi. Nie mówiąc o tłoku na pocztach i wyciągających się zewsząd puszkach na datki. Wszyscy chcą, żebym był dla nich dobry i szczodry, a tego nawet moje lewackie serce długo nie zniesie. Nie mówiąc o portfelu. W telewizji przybywa filmów na wszelkie możliwe sposoby poniewierających świętym Mikołajem i „Opowieścią wigilijną” Dickensa. Jak wiadomo, nadmiar wszelkich wartości prowadzi do ich inflacji – czyli w pewien sposób – braku. To może paradoks, a może nawet czysty absurd: ale im bardziej się robi wokół świątecznie, tym mniej jest świątecznie. By zacytować zdanie z powieści pewnego geja (w ramach nigdy nieustającej walki z homofobią): „jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca?”. No właśnie. Nie zachwyca. Mierzi. Żenuje. Irytuje.

I jeszcze te świąteczne kartki, smsy, maile i mmsy. To już nawet nie święty Mikołaj, ale roznegliżowana panienka, (teraz dzieci zamykają oczy) goła dupa z wielkim biustem uśmiechająca się kusząco, z nieodmiennym napisem: „Wesołych Świąt”. No a co to są te Wesołe Święta? Niemal dokładne przeciwieństwo wszystkiego, czym się nas kusi w ramach przedświątecznej oferty. No ale może to przesada? W końcu robimy co możemy, by dać znać bliźnim, że o nich pamiętamy, formy są nam po części narzucone – jesteśmy w swojej masie zakładnikami tej ufundowanej na marketingu kultury, o którą ponoć walczyły pokolenia Polaków, pragnących wybić się na niepodległość. A że to PRL-owski ustrój miał nas niegdyś wyzwolić od dominacji pieniądza, to i nie dziwota, że mamona i wszystkie rzeczy, które jej są, teraz biorą odwet za dziesięciolecia utajonego, prowadzonego w pohańbieniu żywota. Ho, ho, ho! – przytaknie gruby amerykański imperialista, co zamiast cygara we wrednym pysku ma stuletni zarost i minę zażywnego staruszka, który żywot spędził w dobrobycie, a przy okazji jest koroną wszelkich cnót. Co najwyżej ogląda świerszczyki w toalecie. Albo podgląda renifery w stajni. Tfu, chciałem rzec, dogląda reniferów w stajni.

“So this is a Christmas” – jak śpiewał John Lennon – “War is over, Hare Rama if you want it”, i tak dalej, i tym podobne. Chyba za dużo tego Kristmasa wokół nas. Poprzedzone Adwentem Boże Narodzenie, jak się zdaje, prowadzi żywot utajony, w podziemiu. Kościoły, w których odprawia się roraty, znów są po części katakumbami. Tam słowa i rzeczy, biblijne opowieści o oczekiwaniu na nadejście Boga i człowieka, mają swój prawdziwy sens. Można by rzec żargonem nieco filozoficznym: stamtąd można się jeszcze wydobyć z platońskiej jaskini świata, niczym wąskim, wąziutkim przejściem ku prawdziwej jasności. Zaczerpnąć odrobinę dobra, która przywraca sprawom właściwy sens. Ocala piękno, ale i nie skrywa szpetoty, naszej, ludzkiej szpetoty, którą tak umiejętnie maskujemy w dzień powszedni.

W nielubianej przez pogromców religijnej ciemnoty kruchcie, święty Mikołaj jest świętym, Boże Narodzenie jest narodzeniem Boga i człowieka, zawołanie „Wesołych Świąt” rzeczywiście oznacza radość. Tam człowiek odzyskuje swoją historię, która okazuje się być czymś więcej niż pochodem nie napawających bynajmniej większym optymizmem stuleci i tysiącleci. Tam wreszcie człowiek, chcąc nie chcąc, odzyskuje jako taki kontakt z pięknem polskiej mowy i jej tradycjami. Ba, staje się istotą ponadczasową, powtarza słowa, które niegdyś wypowiadali biblijni prorocy: „Spuście nam na ziemskie niwy, Zbawcę z niebios, obłoki”.

Nadchodzące Święta mają dwa przepiękne momenty: łamanie się opłatkiem i puste nakrycie przy wigilijnym stole. Wszyscyśmy z tym oswojeni i bodaj nikt nie może nam tego zabrać. Nawet Santa Claus, gdyby podniósł rękę na te znaki, ryzykowałby jej odrąbaniem, że twórczo nawiążę do klasyka polskiej myśli i praktyki politycznej. Stare, uświęcone zwyczajem pokoleń znaki, których nie trzeba reklamować, które nie są na sprzedaż, które nie przestaną być modne w następnym sezonie. Przeżywaliśmy je jako dzieci, uczestniczyliśmy w nich jako ludzi młodzi i oby towarzyszyły nam też na starość. To są znaki naszego człowieczeństwa, skądinąd trudne znaki – oznaczają otwartość, ufność, gościnę, nawet odwagę, jeśli serio potraktować puste talerze. Santa Claus któregoś dnia zaczopuje się w kominie i kopnie w kalendarz, renifery zwieją do tajgi lub trafią do rzeźni; kto wie, może nawet prawa rynku przestaną znaczyć, ile znaczą i zastąpią je inne formy ideologii – my pozostaniemy z opłatkiem i oczekiwaniem na (nie)spodziewanego gościa. Oby nigdy zamiast pustego miejsca nie towarzyszyła nam w ten czas pustka – czego sobie i Drogim Czytelnikom życzę.