Wolny Tybet, wolny zysk, ściąć krasnoludka?

Łatwiej się złościć, że ci inni tacy okropni i głupi i robią wszystkie te złe rzeczy, których my nie lubimy i musimy przeciwko nim protestować.

Tybetańskie flagi, z którymi demonstruje Zachód przeciwko łamaniu praw człowieka w Tybecie, produkowane są w Chinach. Robotnicy, którzy mieli je na swojej taśmie produkcyjnej, zobaczyli je w transmisji telewizyjnej, pomyśleli, że przecież nie po to je produkowali, żeby świat nie lubił teraz Chin i donieśli na własnego szefa władzom komunistycznym, ale jednak i nieco otwartym na liberalny wolny rynek. Szef prawdopodobnie już siedzi, podobnie jak tybetańscy mnisi.

Jak mógł się zdarzyć absurd tak piramidalny, a jednocześnie jak w soczewce skupiający wszystkie główne wady naszego ociekającego hipokryzją, najlepszego ze światów?

Nie zdarzyłby się w zewnętrznym świecie, gdyby w naszych głowach po innych ścieżkach biegały sobie krasnoludki przenoszące informacje między neuronami. Obecnie owe krasnoludki ułożyły informacje – z których składamy skalę naszych wartości – w naszych głowach w piramidę, na szczycie której zalega wartość pod nazwą „Zysk”.

Zysk jest wartością naczelną dla cywilizacji informacyjno-technicznej XXI wieku.

Gdyby krasnoludki naniosły mułu informacyjnego nieco inaczej, gdyby na szczycie piramidy ułożyła się na przykład wartość pod nazwą „Prawa Człowieka” czy „Godność Pojedynczej Osoby” – chińscy robotnicy nie musieliby donosić na swojego szefa, a on płaciłby podatki swojemu komunistyczno-liberalnemu państwu od całkiem innej produkcji, nie od wytwarzania flag z napisem „Wolny Tybet”. Mógłby, na przykład, produkować koszulki z napisem „Pojedyncze jest ważne” albo drukować Kartę Praw Podstawowych, żeby edukowali się obywatele Europy. Na to byłoby zapotrzebowanie, więc nawet coś by zarobił.

Gdyby inna wartość niż ZYSK zaległa na szczycie piramidy, nikomu nie przyszłoby do głowy w świetle jupiterów zarabiać wielkich pieniędzy na zawodach sportowych i jeszcze czynić z tego wzór do naśladowania dla innych. Nikt nie wykorzystywałby wolnych teoretycznie mediów, żeby uzasadniać jak wielki skok ku demokracji wykonają Chiny, gdy tylko zetkną się ze świetlaną Olimpiadą. Przywódcy krajów europejskich nie przestraszyliby się, że ich kraje stracą za dużo pieniędzy, kiedy chińskie rynki zamkną się przed nimi.

Oczywiście, wszystko przez krasnoludki.

Należałoby je postawić przed jakimś krasnoludzkim trybunałem. Osądzić. Ściąć. I iść dalej zarabiać pieniądze bez tego cholernego dysonansu poznawczego, że niby to… a jednak… całkiem co innego.

Chyba, żeby krasnoludki poddać reedukacji. Niekoniecznie w chińskich obozach pracy. We własnej głowie.

Anna Mieszczanek

Fot. autorki Zosia Zija

______________

Poprzednie felietony tej autorki znajdziesz tutaj

A jednak się kręci!

Powyższe slogany słyszymy nieustannie z radia i telewizji, czytamy je w gazetach, książkach i na monitorze komputera. Rynek, prywatna własność, konkurencja – o tak, to podobno zawsze działa świetnie. Reszta wręcz przeciwnie – nie działa wcale. „Żadnych eksperymentów” – wrzeszczą liberalni fanatycy. Wrzeszczą dlatego, aby zagłuszyć fakty, które podważają ich wywody. Aż tu nagle, w samej „Gazecie Wyborczej”, która zapewne po śmierci Balcerowicza zażąda jego beatyfikacji, znalazłem niepozorną notkę. W proch i pył rozbija liberalne wywody.

Notka ukazała się 9 kwietnia w dziale gospodarczym, pod tytułem „Miasta sprzedają tańsze paliwa”. Zacytujmy w całości, bo warto:

W Polsce powstają kolejne stacje benzynowe prowadzone przez spółki komunalne. Przez obniżenie marży na sprzedaży paliw udaje im się zmusić konkurencję do obniżek cen.

Gminne stacje paliw działają już w Rzeszowie, Płocku czy Białymstoku, o podobne właśnie walczą kierowcy z Gorzowa, Opola i Kielc. Zasada działania jest prosta, na miejskiej działce stację buduje spółka komunalna i sprzedaje benzynę z małą marżą, co kompensuje sobie wielkością obrotów. Reakcją na takie rozwiązanie jest często obniżenie cen paliw u konkurencji nawet w całym mieście.

Dwa lata temu w Rzeszowie prezydent miasta Tadeusz Ferenc zabiegał, by ceny za litr benzyny spadły poniżej 4 zł. Obliczono, że tamtejsze Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne stać na obniżenie marży na własnej stacji. Kiedy marża spadła, w ciągu tygodnia obroty stacji się potroiły, a konkurenci zareagowali natychmiast. Teraz paliwo PB 95 można tam kupić nawet za 3,98 zł na kilku małych stacjach i przy hipermarketach, a wielkie koncerny paliwowe obniżyły ceny do 4,14 zł. Miasto planuje budowę kolejnej własnej stacji.

Do podobnej decyzji inne samorządy nakłania też Białystok. – W listopadzie uruchomiliśmy swoją stację i na razie udało nam się ukształtować ceny w najbliższej okolicy. W tym roku będziemy mieli ponadmilionowy zysk. Za te pieniądze kupimy nowe autobusy i zbudujemy dwie kolejne stacje – mówi Dariusz Ciszewski, prezes Komunalnego Przedsiębiorstwa Komunikacji Miejskiej w Białymstoku.

Mechanizm nie do końca sprawdził się za to w Płocku, gdzie mieści się paliwowy koncern PKN Orlen. Choć miejska stacja pęka w szwach, obniżki cen w całym mieście są minimalne.

Koniec cytatu. Dodajmy, że komunalna stacja w Płocku, choć nie doprowadziła do obniżenia cen w mieście, jest dochodowa (czyli miasto zarabia), a jej klienci – mieszkańcy miasta – płacą mniej za benzynę, czyli oszczędzają.

Co z tego wynika? Przede wszystkim to, że owe stacje podważają rzekomo żelazną regułę, iż własność publiczna jest zawsze gorsza niż prywatna i że musi być nieskuteczna, marnotrawna itd. Oczywiście nietrudno zrozumieć, że w Polsce, po niemal półwiekowej przygodzie z fatalnie działającymi upaństwowionymi punktami handlowymi czy usługowymi, wciąż żywe są obawy przed skutkami eksperymentów. Nietrudno również zrozumieć neoficki zapał w wychwalaniu wolnego rynku i własności prywatnej. Gdybyśmy mieli to od dawna, mniej byłoby zachwytów, więcej natomiast krytycyzmu. Ale niewiedza czy zapalczywość zwolenników rynku nie mają mocy sprawczej w kwestii zmiany rzeczywistości – od ich ględzenia komunalne stacje benzynowe nie przestaną generować zysków, oferować tańszego paliwa i nierzadko zmuszać konkurencję do obniżki cen.

Co ciekawe, tego typu eksperymenty gospodarcze trudno skrytykować z pozycji rozsądnego zwolennika wolnego rynku. Jednym z argumentów najczęściej używanych przez liberałów jest bowiem stwierdzenie, że konkurencja prywatnych podmiotów, nastawionych na zysk, gwarantuje konsumentowi optymalne zaspokojenie potrzeb. W tym przypadku tak właśnie jest mimo nie-prywatnej działalności! Klient otrzymuje niższą cenę za taki sam produkt, nie ponosząc żadnych dodatkowych kosztów, skoro stacje benzynowe są rentowne i nie trzeba do nich dopłacać z miejskiego budżetu.

Łatwo zgadnąć, jaki będzie zarzut wobec takiej formy własności i jej usług. Otóż dowiemy się, że zadaniem władz miejskich nie jest mnożenie sfer działalności i wkraczanie tam, gdzie z powodzeniem poradzi sobie sektor prywatny. Ilu dodatkowych urzędników należałoby zatrudnić, żeby nadzorowali zaangażowanie miasta czy gminy np. w pieczenie chleba, sprzedaż piwa, wyświetlanie filmów i dostarczanie wielu innych produktów? Oczami wyobraźni widzimy zapewne setki biurokratów maszerujących zwartym szeregiem do wciąż rozbudowywanych – trzeba ich pomieścić! – budynków urzędowych.

No dobrze, ale właściwie w czym problem? Po pierwsze, zadaniem władz lokalnych jest tworzenie lepszych warunków życia mieszkańców. Jeśli gminna stacja benzynowa czy piekarnia są w stanie dostarczyć tańsze produkty, to mieszkańcy ewidentnie na tym korzystają. Po drugie – skoro te formy działalności generują zysk, to wypracowują środki zarówno na rozmaite wydatki budżetowe, jak i na pensje dla dodatkowych pracowników, którzy muszą „ogarnąć” całość spraw związanych z takimi inicjatywami. Po trzecie – jeśli, jak w przypadku benzyny, skutkują obniżeniem cen, to obalają tezę, że tylko konkurencja prywatnych podmiotów na wolnym rynku pozwala osiągnąć możliwie najlepszy efekt z punktu widzenia konsumentów. Wygląda wręcz na to, że dopiero ingerencja w ów rynek ze strony podmiotu nie-prywatnego przywróciła faktyczną konkurencję.

Pójdźmy krok dalej. Bez trudu można znaleźć wiele sfer działalności, które dotyczą spraw ważniejszych niż płyn napędzający samochody. Z droższą benzyną da się żyć, natomiast znacznie trudniej funkcjonować w realiach np. drogiej żywności czy lekarstw. Dlaczego nie miałby istnieć komunalny sklep spożywczy, który zamiast wikłać się w układy z hurtowniami, skupowałby płody rolne bezpośrednio od okolicznych rolników, a bardziej zaawansowane produkty – od ich nieodległych wytwórców? Pominięcie kosztów marży hurtowej i dążeń do maksymalizacji zysku pozwoliłoby obniżyć ceny i sprawić, by mieszkańcy wydawali mniej na żywność. Komunalna apteka mogłaby natomiast oferować leki z mniejszą marżą, a w dodatku tylko tańsze produkty zamiast ich odpowiedników, które kosztują dwa razy drożej wyłącznie dlatego, że mają inną nazwę (najlepiej z końcówką „-ex”) i bardziej kolorowe opakowanie oraz słodszą powłoczkę tabletki.

Nie uważam, by wolny rynek czy własność prywatna były złe zawsze i wszędzie. Wręcz przeciwnie – sądzę, że słabość wielu „etatystycznych” koncepcji gospodarczych, a zwłaszcza ich praktycznych form, wynika z fanatyzmu ich twórców, będącego lustrzanym odbiciem tego, który cechuje postawę (neo)liberałów. Rozumiała to zresztą ta część krytyków kapitalizmu, która nie skompromitowała się wcieleniem w życie systemu będącego przeciwieństwem swoich teoretycznych założeń i obietnic. Czy przedwojenna Polska Partia Socjalistyczna opowiadała się za upaństwowieniem ogółu przedsiębiorstw? A skąd – optowała za gospodarką trójsektorową, czyli współistnieniem własności prywatnej, spółdzielczej i państwowej, a właściwie to za czterosektorową, bo podmioty komunalne też były w tych kręgach nierzadko przywoływane jako osobny, niezależny element układanki. Podobnie było z wszystkimi udanymi realizacjami koncepcji socjaldemokratycznych w krajach Zachodu – tam obecność różnych form własności zaowocowała nie tylko niespotykanym w dziejach poziomem, powszechnością i tempem rozwoju społecznego (tzw. złota trzydziestka, czyli 30 powojennych lat), ale również rozszerzeniem swobód jednostek oraz ugruntowaniem demokracji, czyli czymś dokładnie odwrotnym niż komunistyczne dziadostwo i zamordyzm.

To zresztą „realny socjalizm” pospołu z ideologiczną ofensywą neoliberalizmu sprawił, że wszelkie dyskusje o alternatywach gospodarczych traktowane są podejrzliwie, a wyznawcy wolnego rynku mogą do woli wykrzykiwać: „Żadnych eksperymentów”. W Polsce widać to doskonale. Nasz kraj przed wybuchem II wojny światowej daleki był od ideału. Nawet biorąc poprawkę na zaledwie 20-letni staż odrodzonego państwa, można mówić o wielu błędach, zmarnowanych szansach i niepodjętych inicjatywach. Ale okres międzywojnia jest jednocześnie najlepszym przykładem bzdurności hasła „żadnych eksperymentów”. Polska była bowiem wtedy – patrząc z obecnej perspektywy – jednym wielkim eksperymentem! Kilka milionów osób zrzeszały samopomocowe kasy oszczędnościowo-kredytowe. Wiele tysięcy ludzi pracowało w licznych spółdzielniach, jeszcze więcej – korzystało z ich usług. W znacznej ilości miast istniały banki komunalne, które dzięki finansowemu zaangażowaniu władz lokalnych oferowały – tak jak dzisiaj czynią to wspomniane stacje benzynowe – usługi dla sporych grup klientów na zasadach korzystniejszych niż prywatne podmioty komercyjne. Spółdzielczy Instytut Naukowy był powszechnie szanowaną instytucją naukowo-badawczą, a katedry spółdzielczości istniały na kilku państwowych uniwersytetach. Znanych działaczy spółdzielczości, np. Franciszka Stefczyka, powoływano na znaczące państwowe stanowiska w sferze gospodarczej, a wieloletnia działalność w „eksperymentach” spółdzielczych nie przeszkadzała piastować najwyższych godności, jak było w przypadku prezydenta Stanisława Wojciechowskiego. „Eksperymenty” nie były żadnym dziwactwem, lecz dokonywały się w blasku fleszy i pochwał, jak choćby budowa obiektów Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.

Tego wszystkiego nie zniszczył kapitalizm. Zniszczyła to komuna, która nie tylko rozbiła materialną bazę alternatywnych form własności i nowatorskich sposobów zaspokajania ludzkich potrzeb. Zdewastowała ona także ideologiczną nadbudowę takich działań. To, co wspólne, okazało się niczyje, można było je do woli niszczyć, eksploatować czy lekceważyć. Efekt jest taki, że znacznie więcej pochwał pod adresem własności prywatnej i komercyjnego wolnego rynku słychać w Polsce niż w dowolnym kraju, gdzie owe mechanizmy i idee są znacznie bardziej ugruntowane. A ile osób wie, że przyjaźniejszy klimat dla spółdzielczości jest w liberalnych Stanach Zjednoczonych niż w Polsce, gdzie ponoć pełno mamy homo sovieticus, którzy niechęć wobec kapitalizmu wyssali z mlekiem matki.

Oczywiście swoje zrobiła też postawa polskiej, pożal się Boże, lewicy. Gdy już łaskawie porzuci ona tematykę aborcyjno-gejowsko-feministyczno-antyklerykalną, względnie – dostrzeże, że od czasu XIX-wiecznej mobilizacji proletariatu co nieco się na świecie zmieniło, sięga po tematykę ekonomiczną. Niestety, jest z tym więcej kłopotów niż pożytku. Kilku podstarzałych fanatyków i zapatrzonych w nich studentów chciałoby upaństwowić i kontrolować wszystko, mniej więcej w stylu Lenina z okresu przed wprowadzeniem NEP-u. Inni z kolei uważają, że niezależnie od realiów kulturowych, powinniśmy naśladować pomysły meksykańskich Zapatystów albo którejś z innych aktualnie modnych inicjatyw – im bardziej egzotycznych, tym lepiej. Obrazu dopełniają mózgowcy z „Krytyki Politycznej”, która wzbogaciła merytoryczny poziom polskiej lewicy tak bardzo, że przez ponad 5 lat działania zdołała w kwestiach gospodarczych sformułować „program” brzmiący mniej więcej tak: „ma być jak w Szwecji lub w Finlandii”. Zapewne ta Szwecja i Finlandia spadną Polakom z nieba jako prezent od Ducha Dziejów.

Efekt jest taki, że środowiska, od których należałoby oczekiwać inspiracji w dziedzinie alternatyw gospodarczych, nie mają zielonego pojęcia ani o polskich tradycjach takich inicjatyw, ani o istniejących udanych – co nie znaczy doskonałych – przykładach tego, że oprócz prywatnej własności i kapitalistycznej konkurencji można działać inaczej. Czytam od lat chyba wszystkie polskie periodyki mniej lub bardziej lewicowe i na palcach mógłbym policzyć pochodzące z nich informacje o sprawnych polskich spółkach pracowniczych, spółdzielniach, grupach producenckich, barterze bezgotówkowym itp. A gdy opublikują jakąś teoretyczną rozprawę na ten temat, to koniecznie musi być to coś napisanego na drugim końcu świata, a w swej naiwności i utopijności bijącego na głowę nawet najsłabsze spośród rozpraw klasyków polskiej myśli kooperatywnej: Mielczarskiego, Chmielewskiego, Wojciechowskiego, Thugutta czy Rapackiego. Wszyscy oni są przekonani, że „inny świat jest możliwy” – ale gdy zapytamy ich, jak miałby wyglądać ten inny, niekapitalistyczny porządek, otrzymamy zestaw sloganów na poziomie licealisty.

Komunalne stacje benzynowe pokazują nie tylko to, że nie-prywatne może być skuteczne i sprawne. Uświadamiają one, że możliwe, a nawet potrzebne są rozmaite eksperymenty, które ochronią społeczeństwo przed wadami rynku oraz usprawnią proces optymalnego zaspokajania ludzkich potrzeb. Jak widać na tym konkretnym przykładzie, już sprawdzonym w praktyce, podmioty publiczne, w dodatku nie nastawione na maksymalny zysk, mogą pełnić pozytywną rolę. Między zamordystycznym, niewydolnym komunizmem a wadliwym wolnym rynkiem istnieje miejsce na rozmaite szczeble pośrednie.

„Żadnych eksperymentów”? Naprawdę tak sądzicie, drodzy liberałowie? No to płaćcie więcej za benzynę na prywatnych stacjach – macie przecież wolny wybór.

Wyzwolić strasznych mieszczan

Nic też dziwnego, że od kilku lat przez miasto przemaszerowują pod tęczowymi flagami seksualni rewizjoniści i mistrzowie podejrzeń, dekonspiratorzy i demistyfikatorzy pruderii, obłudy i obyczajowego zaścianka. Tak będzie i w tym roku. I właściwie nie chciałoby mi się już o tym mówić ni pisać, bo sprawa z roku na rok budzi we mnie coraz większe znudzenie i obojętność, gdyby nie pewna – skądinąd zabawna – informacja z programu tegorocznych obchodów walki z ciemnotą i kołtunerią w imię wszystkiego, co światłe i postępowe, a przy tym związane – excusez le mot – z poczciwym ciupcianiem. Tak to już bowiem utarło się na nowej lewicy, że walczy z kapitalizmem głównie genitaliami. Brzydko mówiąc: pieprzy kapitalizm z całych sił. Choć mam spore obawy, że – mówiąc obrazowo – cała para idzie w gwizdek.

Zatem w ramach tegorocznego festiwalu seksualnie wyzwolonych „Kultura dla tolerancji” będzie można zobaczyć reklamowaną jako „wydarzenie specjalne” wystawę zdjęć zatytułowaną nowocześnie, bo z angielska: „Cumfaces”. Będzie tam można zobaczyć portrety ludzi przeżywających orgazm. Szczerze mówiąc, oglądanie gęb bliźnich w chwili erotycznego uniesienia wydaje mi się tyleż niesmaczne, co zabawne – to trochę tak jak z Gargantuą i Pantagruelem. No ale widać zaliczam się do strasznych mieszczan, o których zaraz będzie mowa. Otóż ulotka reklamująca to śmiałe wydarzenie artystyczne głosi, iż „efektem [zmagań z płcią i obiektywem] jest cykl prac, które wyciągają seksualność z mieszczańskiej sypialni i śmiało wprowadzają ją w przestrzeń publiczną”.

Tak zatem nowa lewica ożywia stary mit strasznych, purytańskich, pruderyjnych, kołtuńskich mieszczan i przeciwstawia jej świeżość swej ideologii. Co prawda ta świeżość trąci myszką starej, poczciwej dekadencji, no ale umówmy się, że dekadencja zawsze jest cool, a mieszczanie to zacofańcy, egzystujący w strefie mroku zbędnych tabu, intymności i poczucia, że po to wymyślono alkowę, by nie czynić jej rzeczą publiczną. Cyganeria zwyczajowo wie jednak lepiej, czego ludziom do szczęścia potrzeba. Trzeba ich epatować wyzwoloną sztuką, by wreszcie sami doznali wyzwolenia i oczyszczenia. Ku czemu i po co? To właśnie jest dla mnie niejasne.

Rzecz jasna, sztuka współczesna na usługach lewicy jest sztuką społecznie zaangażowaną. Wrażenia estetyczne (choć z zasady nie grzeszy ich nadmiarem) są tu narzędziem i pretekstem dla przekazania ideologii, która nie tylko ma interpretować świat, ale i go zmieniać. Rzecz jasna, na lepsze. Straszni mieszczanie, ze swymi uprzedzeniami i zabobonami, ze swym mniej lub bardziej rozwiniętym systemem moralnym i etycznym, wyniesionym choćby z religii, nadają się jak znalazł na ilustrację z propagandowego opowiadanka: raz jako chłopiec do bicia, dwa (jedno nie przeczy drugiemu) jako przedmiot kaznodziejskich starań i wysiłków nowej lewicy.

Zastanawia mnie, jaki zbawienny skutek społeczny ma przynieść tego rodzaju „wydarzenie artystyczne”? I cóż mamy zawdzięczać wywleczeniu seksu z mieszczańskiego łoża na oczy szerszej widowni? Wyzwolenie i szczęście zapewne. Tu jednak zaczyna się pewien kłopot: jakie wyzwolenie, jakie szczęście? Mam przykre wrażenie, że cały ten projekt niewiele różni się od pogadanek seksuologów z pism dla nastolatków i świerszczyków dla pryszczatych młodzieńców: spełnij się, bądź bezpruderyjny itp. Oto wielki, wspaniały projekt społeczny na poziomie snu erotomana. Nikt nie odmawia erotomanom marzeń, ale – bądźmy szczerzy – nie jest to wizja akceptowalna na poziomie ludzkiej wspólnoty. Coraz więcej seksu w przestrzeni publicznej – jeśli to rozumie nowa lewica przez wolność, jaką proponuje ogółowi, to obawiam się, że jej projekt upadnie znacznie szybciej niż ktokolwiek może się tego spodziewać. Stanie się po prostu nudny i jałowy, przestanie szokować i absolutnie nie będzie odpowiadał na jakiekolwiek faktyczne zagrożenia i bolączki społeczne.

No chyba że o czymś nie wiem, że coś pomijam. Może takie „kumfejsy” (że pozwolę sobie ukuć taki termin na potrzeby tego felietonu) mogą realnie przyczynić się do zmniejszenia przypadków pedofilii, molestowania seksualnego (w rodzinach, miejscach pracy, na uczelniach, w polityce)? Może wywierają jakieś dobroczynne skutki w relacjach międzyludzkich? O niczym takim nie wiem, dlatego traktuję je jako stricte ideologiczny projekt formacji idącej na jałowym biegu, której popularność, jak sądzę, wynika przede wszystkim z tego, że znajduje dla siebie grunt i poklask w intelektualnie miałkiej, treściowo nijakiej, jałowej i znudzonej sobą kulturze masowej.

Bo nie oszukujmy się: nowa lewica, z całą swą obsesyjną walką o seksualną emancypację i epatowaniem widza/czytelnika ekscesami, nie jest niczym rewolucyjnym, ni odkrywczym. Bazuje na znudzeniu konsumenta odpowiednio sformatowanego przez współczesne środki prania mózgu, który w przerwach między pracą a snem przerzuca kanały TV, surfuje po Sieci i szuka choćby cienia mocniejszych wrażeń. I to jest właśnie jego wyzwolenie: rozrywka. Tudzież rozrywka bardziej wyrafinowana, z polorem czegoś intelektualnie pogłębionego, zaangażowanego i – rzecz jasna – modnego, a zatem słusznego: „kumfejsy”. Tu dochodzimy do paradoksu: człowiek nie przestaje być strasznym mieszczaninem nawet wtedy, gdy rozprawia publicznie o seksualnej rewolucji. Mało to wokół nas „wyzwolonych” hipokrytów?

Odczuwam jednak pewną obawę, że może po prostu jestem staroświecki i kompletnie nie wyznaję się na nowoczesności i nic a nic nie pojmuję z jej dobrodziejstw. I zamiast krzyczeć: „Pornografowie wszystkich płci, łączcie się!”, wieczorami obłudnie zasłaniam zasłony. I że czuję wstyd. Czy jestem mniej szczęśliwy i mniej wyzwolony od tych, co w parku uchylają poły długich płaszczy? Nie wiem. Ale jakoś trudno mi sobie wyobrazić społeczeństwo zdominowane przez sympatycznych panów w długich płaszczach. Choćby wychowanych w/na kulturze dla tolerancji.

Krzysztof Wołodźko

P. S. I jeszcze jedno, choć to nie fair, bo to argument ad personam. Zastanawia mnie, ilu z tych piewców „wyzwolenia seksu” zdecydowałoby się na miłość w miejscu publicznym. Może trzeba by na tę okoliczność przepytać organizatorów i czołowe postacie rodzimej nowej lewicy. Można by sprzedawać bilety, a środki z nich uzyskane przeznaczyć na jakiś godny cel…

Siostra Miłosierdzia

Tego, że zaplątała się nasza nieufna europejska demokracja. Do tego stopnia, że tylko o jednym procencie naszych własnych podatków wolno nam decydować samodzielnie.

O pozostałych 99 procentach decydują tradycyjnie nasi przedstawiciele, wybierani w sposób, który obywateli nie satysfakcjonuje, ale który satysfakcjonuje przedstawicieli obywateli. Właśnie przeczytałam, że sztandarowy pomysł naszych przedstawicieli z Platformy – okręgi jednomandatowe – odkłada się do lamusa z powodu nacisków naszych przedstawicieli z PSL-u. Po raz kolejny znika szansa na to, żeby obywatele zyskali nieco więcej wpływu na przestrzeń publiczną, a tym samym na sposób, w jaki nasi przedstawiciele dysponują naszymi podatkami. Który obywateli raczej nie satysfakcjonuje, rzecz jasna.

A jednak Duch Dziejów robi postępy.

W zamierzchłych czasach peerelu walczyło się z władzą o socjalizm z ludzką twarzą. Miarą postępu dziejowego jest fakt, że obecnie obywatele mogą już walczyć z władzą o ludzką twarz parku miejskiego.

To się dzieje naprawdę. Już mi się nie chce w kółko pisać tego samego: że władzę sobie sami wybieramy, że ją sami opłacamy. A potem, jak zwykle:

„Mieszkańcy protestują od ponad roku. Wytykają władzom dzielnicy, że dotychczasowe spotkania miały charakter informacyjny, a nie konsultacyjny. – Zwołali nas, pokazali plany i kazali się cieszyć z rewitalizacji parku – krytykuje Maria Środoń”. Z warszawskiej Ochoty, tym razem.

„– Brak konsultacji społecznych to był błąd – przyznaje Maurycy Seweryn, wiceburmistrz dzielnicy. – Ale park potrzebuje rewitalizacji, a pieniądze daje na to miejskie Biuro Ochrony Środowiska – przypomina /…/ Wskazówki biura określają, jak mają wyglądać warszawskie parki /…/ Ci, którzy odpoczywają w parku, nie dają za wygraną. W sobotę przyszło tam kilkadziesiąt osób z wózkami i bez. Po dyskusji postanowili założyć stowarzyszenie, które będzie walczyło o »park z ludzką twarzą«”. (http://miasta.gazeta.pl:80/warszawa/1,34862,5097981.html)

Obywatele! Potrzebujemy jakiejś Siostry Miłosierdzia! Może być nawet bez twarzy.

Odwracanie kota ogonem

Popełnić błąd to ludzka rzecz. Uciekać od odpowiedzialności i kontynuować błędną strategię, to już tylko głupota. Niestety, cechuje ona środowiska lewicowe – także te, które próbują nas przekonać, że reprezentują „nową jakość” i wysokie standardy intelektualne.

Mam na myśli recepcję dwóch książek. Pierwsza to „Klęska »Solidarności«” Davida Osta, druga – „Co z tym Kansas?” Thomasa Franka. Obie mówią właściwie to samo, tyle że jedna o Polsce, druga zaś o sytuacji w USA. Ich główna teza brzmi mniej więcej tak: środowiska prawicowo-konserwatywne dokonały manipulacji w debacie publicznej, przenosząc środek ciężkości sporu z kwestii ekonomicznych na kulturowe („wartości”). Prawica, kierując „gniew ludu” na „odstępstwa od kulturowej normy”, pozyskuje poparcie wyborców wykluczonych ekonomicznie (pracownicy najemni, ubodzy, bezrobotni itd.), lecz zamiast prowadzić politykę zgodną z ich interesami, czyni wręcz przeciwnie – wspiera taki model gospodarki, który wykluczonych jeszcze bardziej wyklucza. Ci zaś, zamiast porzucić prawicę, wspierają ją nadal, gdyż wciąż ulegają wizji „kulturowego zagrożenia”. Obywatele-wyborcy, choć prawica nie oferuje im polepszenia sytuacji bytowej, uważają ją za swoich reprezentantów, gdyż broni przed tym, co postrzegają jako zjawiska wymierzone w ich styl życia i światopogląd. Mówiąc konkretniej: ubodzy co prawda tracą na liberalizacji kodeksu pracy, obniżaniu podatków dla bogaczy, likwidacji wielu świadczeń socjalnych itp., lecz mimo to popierają prawicę, która swoje neoliberalne poglądy przysłania „krucjatą” w obronie moralności: przeciwko prawom gejów, feminizmowi, liberalnej polityce karnej, aborcji itd. W efekcie, za „wierność wartościom” ubodzy płacą cenę „pustej miski”. Prawicowi demagodzy posługują się retoryką dotyczącą „wartości”, aby wyżyłować pracowników najemnych i odwrócić ich uwagę od sedna sprawy. Politykę skoncentrowaną wokół polepszenia sytuacji ekonomicznej społeczeństwa zastąpiły batalie kulturowe, dotyczące „ładu moralnego”.

Thomas Frank mówi o tym na przykładzie amerykańskiego stanu Kansas, który z punktu widzenia standardowych reguł politycznych powinien stanowić wyborcze zaplecze Demokratów, czyli (centro)lewicy. Tymczasem tamtejsi mieszkańcy, głównie niezamożni, w dużej mierze pracownicy najemni, niższe warstwy klasy średniej, bezrobotni, beneficjenci pomocy społecznej itp., od jakiegoś czasu udzielają poparcia neoliberalnej prawicy, czyli Republikanom. Ich faworyci wprowadzają po wygranych wyborach rozwiązania jeszcze bardziej korzystne dla wielkiego biznesu i elit finansowych, a pogarszające sytuację niższych warstw społeczeństwa. Te ostatnie, zamiast w kolejnych wyborach przegnać precz tych, którzy działają na ich szkodę – i to wymierną w dolarach i poziomie życia – popierają ich po raz kolejny, zwabieni hasłami o zwalczaniu „niemoralności”, „chaosu kulturowego” czy „machinacjach liberalnych [obyczajowo] elit”. To samo zdaniem Davida Osta miało miejsce w Polsce, gdy „Solidarność”, wyrastająca z masowego ruchu robotniczo-społecznego, po roku 1989 zamiast zwalczać neoliberalne reformy, wspierała je, odciągając uwagę społeczeństwa „tematami zastępczymi”: potępianiem aborcji, demaskowaniem „wrogów Polski” czy pomstowaniem na postkomunistów. W obu książkach schemat jest ten sam: zła, podstępna i wyrachowana prawica podrzuciła społeczeństwu kwestie moralne jako główny punkt sporu, zaś błędem lewicy jest co najwyżej przyjęcie takiej sytuacji za dobrą monetę (w USA) czy swoiste „zdradzenie” robotników przez lewicowo-liberalne elity, niegdyś związane z nimi (w Polsce).

Na szerszej płaszczyźnie, gdy analizujemy trendy światowe, nie zaś tylko polskie czy amerykańskie, mowa o problemie określanym jako „postpolityczność”. Czyli o zastąpieniu sporu o charakterze społeczno-ekonomicznym (progresja podatkowa, rola i wielkość sfery publicznej, pomoc socjalna, model gospodarki itp.) przez debatę o kwestiach kulturowych (moralność, wartości, styl życia, seksualność etc.). Jest to bez wątpienia słuszna obserwacja, zresztą oczywista, gdy porównamy „zawartość” obecnych debat publicznych z tymi, które miały miejsce np. 50 lat temu. Samo to, że ukazują się książki na ów temat, jest zjawiskiem pozytywnym, gdyż zwracają uwagę na zaburzenie proporcji. Powiedzmy to wprost: niezależnie od tego, jak bardzo jesteśmy uduchowieni i idealistyczni, najpierw musimy się najeść i mieć dach nad głową, abyśmy mogli się modlić, kultywować tradycje narodowe czy uczestniczyć w kulturze.

Jednak na tym kończą się zalety wspomnianych książek i dzisiejszych lewicowych lamentów. Zawarta jest w nich bowiem jedna całkowicie fałszywa teza. To nie prawica zmanipulowała świadomość wyborców i podrzuciła im tematy „lajfstajlowe” czy „seksualne”. Uczyniła to sama lewica, ładnych kilkadziesiąt lat temu, a dziś zbiera gorzkie owoce takiej postawy. Krytykowanie prawicy za to, że reprezentuje interesy raczej społecznych elit niż „dołów” i że broni „wartości” zamiast „pełnej miski”, ma taki sam sens, jak zgłaszanie pod adresem słońca pretensji o to, że świeci. Prawica robi od dziesiątków lat to samo – taka jest jej polityka, taka partyjna tradycja, takie oczekiwania zwolenników tej opcji. Nie musiała ona niczego zmieniać, niczym manipulować – po prostu była konsekwentna. Dokładnie odwrotnie jest natomiast z lewicą. Przez wiele lat reprezentowała klasowy, ekonomiczny interes społeczeństwa i jego niższych warstw, rozumiejąc, że tylko na gruncie materialnej stabilizacji możliwa jest kulturowa emancypacja i że bardziej tolerancyjne są społeczności „najedzone” niż „głodne”. Co więcej, spora część lewicy uważała, że jej zadaniem nie jest „wyzwalanie” nikogo na siłę – dbano o dobrą sytuację materialną robotników, uznając, że po pierwsze ich kultura i styl życia reprezentują pozytywne wartości, a po drugie, że to sami robotnicy powinni decydować, jak będą żyli, w co wierzyli itd.

To właśnie lewica, bez żadnego wkładu prawicy w ten proces, porzuciła swój etos i zamiast kwestii klasowych, na sztandar wciągnęła sprawy obyczajowe. Począwszy od lat 60. i młodzieżowej rewolty tamtej dekady, lewica coraz bardziej lekceważyła tematykę ekonomiczną. Stopniowo środek ciężkości jej zainteresowań przenosił się z praw pracowników najemnych na feminizm, mniejszości seksualne, styl życia i konsumpcji, imigrantów czy mniejszości etniczne („tolerancja”, „różnorodność”) itd. Im dłużej trwał ów proces, tym mniej było miejsca na kwestie socjalne, w wielu przypadkach zupełnie ustępujące tematyce „obyczajowej”. Ba, robotnicy i niższe warstwy społeczeństwa nierzadko byli przez lewicę uznawani za „reakcyjnych”, gdy okazało się, że nie nadążają z akceptowaniem wzorców i postaw podsuwanych przez awangardową elitę. Robotnik okazywał się „ksenofobem”, „drobnomieszczaninem”, „homofobem”, „zwolennikiem patriarchatu”, a przynajmniej nie dość gorliwie przyswajał najnowsze trendy kulturowe.

W najlepszym razie lewica uznała, że pracownicy najemni mogą być zaledwie jednym z wielu podmiotów tworzących zaplecze tego środowiska politycznego, obok rozmaitych grup bazujących na tożsamości nie ekonomicznej, lecz kulturowej czy po prostu seksualnej. W wielu przypadkach lewica poszła jednak znacznie dalej, uznając, że bliższe niż „zastygłe” środowiska robotnicze są jej młodzieżowe subkultury, liberalna obyczajowo część klasy średniej, najróżniejsze „wyluzowane” grupy bazujące raczej na wspólnym modelu konsumpcji niż definiowane wedle stosunku do posiadania środków produkcji czy miejsca w stratyfikacji klasowej.

Oczywiście swoje zrobiło też „samo życie”. W ostatnim półwieczu dokonały się ogromne przeobrażenia kulturowe, technologiczne, komunikacyjne itp., co wpłynęło na dotychczasowe podziały społeczne. Paradoksalnie jednak, lewica znacznie mniej uwagi poświęciła „nowym wykluczonym”, zajmując się głównie „nową elitą”. Nowe rozwiązania technologiczne czy kulturowe dokonały tego, czego bezskutecznie domagały się bojowe ruchy społeczne – to nie sufrażystki „uwolniły” kobiety z domów i „garów”, lecz uczynił to dynamiczny kapitalizm, potrzebujący dodatkowych pracowników i konsumentów. „Kura domowa” po prostu przegrała z „business woman” czy choćby z „wyzwoloną kobietą”. Zamiast przedstawiać gejów jako „zboczeńców” czy „dziwaków”, jak czyniono dawniej, kapitalizmowi bardziej na rękę jest dziś traktowanie ich jako pełnoprawnych konsumentów i stymulowanie ich dążeń do materialistycznego „spełnienia”. Różne kulturowe tabu i ograniczenia hamują rozwój kolejnych sektorów konsumpcji. Jeśli wielki kapitał i elity społeczne odwołują się do konserwatywnych wartości, to bardzo wybiórczo, w ramach reagowania na postawy dysfunkcjonalne z punktu widzenia stabilizacji systemu. Czasem promują np. „szeryfa”, który „rozprawi się z przestępcami”, ale żadnej ponadnarodowej korporacji czy elicie finansowej nie byłaby przecież na rękę reaktywacja surowego etosu rodem z Dzikiego Zachodu, opartego na niewielkiej konsumpcji, skromnym życiu, oszczędności i dbałości o wspólnotę kosztem wielu indywidualnych zachcianek.

Swoje zrobiła też kapitulacja lewicy przed narastającą od lat 70. inwazją neoliberalizmu i tendencji globalizacyjnych. Łatwiej było zajmować się „dyskryminacją gejów”, „równouprawnieniem kobiet” czy „tendencjami rasistowskimi” niż walką z coraz bardziej brutalnym wyzyskiem ekonomicznym i deregulacją rynku pracy. Tym bardziej, że do lamusa odeszły dotychczasowe wyraziste podziały społeczne i sposoby mobilizowania różnych grup. Nie było już jednego „proletariatu”, lecz zróżnicowane „subkultury” w łonie klasy robotniczej. Nie było też stabilnego etosu, lecz dynamiczne zmiany w jego obrębie, sprawiające, że dawną jedność postaw i świadomości pracowników najemnych zastąpiły znaczne różnice choćby pokoleniowe. Sam wyzysk też nie był już tak łatwy do zdefiniowania jak wtedy, gdy w jednym przedsiębiorstwie pracowało kilkadziesiąt tysięcy osób, a szefostwo w imię maksymalizacji zysków dokonywało zwolnień grupowych lub obniżki płac.

Wszystkie te czynniki złożyły się pospołu na to, że lewica z „klasowej” stała się „kulturową”. To ona zapoczątkowała proces dominacji „postpolityki”, wszczynając raczej batalie kulturowe niż ekonomiczne. Prawica nie tylko pozostała wierna sobie i koncentracji na „wartościach”, lecz szybko zrozumiała, że zmiana postawy lewicy jest dla niej niezwykle korzystna. O ile wcześniej lewica, mówiąc kolokwialnie, zwracała się do prawicy tak: „przestańcie gadać o chodzeniu do Kościoła, gdy ludziom nie starcza do pierwszego”, o tyle później ta sama lewica przekonywała już, że „nie ma alternatywy wobec wolnego rynku, więc pogadajmy o tym, dlaczego czepiacie się gejów”. Lewica przestała zagrażać ekonomicznym interesom elit finansowych, przestała mobilizować „gniew ludu”, a w dodatku jej postulaty obyczajowe nierzadko były postrzegane jako wymierzone w „małą stabilizację” niższych warstw społecznych. Te ostatnie zresztą, w efekcie niekorzystnych dla nich przeobrażeń gospodarczych, „usztywniły” swoje postawy – nie od dziś wiadomo, że „jak trwoga to do Boga” i że społeczeństwa mniej stabilne stają się bardziej podatne na postawy nietolerancyjne. To nie żaden spisek czy choćby strategia prawicy sprawiły, że pole bitwy przesunęło się z kwestii ekonomicznych na kulturowe. Próby zrzucenia z siebie odpowiedzialności za ten fakt nie zmienią sytuacji.

Tym bardziej, że lewica mówi „A”, lecz nie potrafi powiedzieć „B”. Jaki bowiem wniosek wyciągnęła z trafnego rozpoznania obecnej sytuacji? Czy postanowiła porzucić tematykę i retorykę „obyczajową” na rzecz „klasowej”? Skądże – ona postanowiła łaskawie sięgnąć po hasła „socjalne”, łącząc je z „moralnymi”. Trudno spodziewać się, że w efekcie takiej reorientacji cokolwiek ulegnie zmianie – jest to bowiem działanie spod znaku „jak zmienić wszystko, by wszystko zostało po staremu”.

Lewica nie rozumie – czy po prostu nie chce przyznać – że dziś gorszej sytuacji pracowników najemnych towarzyszy znacznie lepsza sytuacja różnych środowisk „kulturowych”. Współczesny rynek pracy jest z punktu widzenia robotnika gorszy niż ten z lat 50. czy 60. – o wiele bardziej niestabilny, wymagający ciągłych postaw przystosowawczych (mobilność przestrzenna, dokształcanie, ruchomy czas pracy itp.), dysponujący ogromną gamą środków „miękkiej represji” (rozbicie firmy na mniejsze oddziały, outsourcing czy całkowite przeniesienie produkcji za granicę), a jednocześnie pozbawiony silnego przeciwnika w postaci dawnego państwa narodowego i jego polityki fiskalnej czy celnej. Natomiast współczesna kultura jest w porównaniu z tą sprzed pół wieku o wiele bardziej sprzyjająca środowiskom „obyczajowym”. Dziś mało który polityk nowoczesnego państwa pozwala sobie na wypowiedzi jawnie homofobiczne, antykobiece czy rasistowskie, natomiast całe zastępy członków klasy politycznej nieustannie pouczają i strofują pracowników najemnych, bezrobotnych, beneficjentów pomocy socjalnej itp. Owszem, kolorowi imigranci czy kobiety na ogół są traktowani gorzej na rynku pracy, ale wynika to nie z tego, że bossowie biznesu mają rasistowskie czy patriarchalne poglądy, lecz dlatego, że grupy te, samoidentyfikując się poprzez odwołania do rasy czy płci, wykopują przepaść między sobą a resztą pracowników najemnych, który to podział liberalne elity jeszcze wzmacniają, bo zasada divide et impera jest im na rękę. Ciekawe dlaczego w wielkich mediach promowane są tożsamości płciowe, seksualne czy etniczne, lecz nie ma tam miejsca na popularyzowanie etosu wyrastającego choćby ze wspólnego miejsca pracy czy z zajmowania podobnej pozycji w strukturze klasowej.

Orientacja seksualna czy płeć nie zamykają dziś drogi – przynajmniej oficjalnie – na żadne stanowiska w biznesie, nauce, mediach, kulturze i w sferze publicznej. Natomiast zróżnicowanie dochodów między bogatymi a biednymi jest kilkadziesiąt razy większe niż ćwierć czy pół wieku temu, podobnie jak formalne i nieformalne bariery wynikające z tego. Mówienie o sojuszu i wspólnocie interesów gejów i bezrobotnych jest zupełnie pozbawione sensu. I nie zmienia tego fakt, że wśród homoseksualistów też występuje bezrobocie – bo gej identyfikuje się bardziej ze swoim stylem życia niż z pozycją zawodowo-klasową, dlatego też to nie heteroseksualny bezrobotny jest przezeń postrzegany jako towarzysz wspólnej walki. Mogą zaistnieć takie doraźne sojusze, ale i one raczej podkopują powrót do polityki klasycznie lewicowej niż wspierają ten proces.

Pewien konserwatyzm klasy pracującej jest bowiem faktem. Mówią o nim wszelkie badania socjologiczne. Lewica jednak błędnie interpretuje ów konserwatyzm, bądź to akceptując, bądź krytykując pogląd, jakoby robotnik był rozmodlonym ksenofobem potępiającym aborcję i homoseksualizm. Tymczasem konserwatyzm niższych warstw społecznych rzadko przybiera charakter „ideologiczny”, nie stanowi spójnego, całościowego zestawu poglądów. Częściej przejawia się natomiast w cenieniu stabilizacji kulturowej, niechęci wobec pochopnych zmian, przywiązaniu do środowiskowych postaw i stylu życia. Przeciętny robotnik czy bezrobotny nie spędza pół dnia z różańcem w ręku, ale chrzci dzieci i posyła je do komunii, a jeśli nie przyjmuje księdza po kolędzie, to raczej dlatego, że mierżą go faktyczne czy domniemane „wybryki” kleru niż z tego powodu, że naczytał się ateistycznych broszur. Przeciętny robotnik nie tropi na swoim osiedlu gejów i nie urządza ich pogromów, ale jednocześnie pomysł adoptowania dzieci przez homoseksualistów wydaje mu się co najmniej dziwaczny. Przeciętny bezrobotny nie jest krwiożerczym nacjonalistą, ale wzrusza się, gdy podczas występu reprezentacji odgrywają hymn – i trudno mu zostać sojusznikiem kogoś, kto posługuje się sloganami typu „patriotyzm to idiotyzm” lub uważa celebrowanie pamięci o Powstaniu Warszawskim czy Piłsudskim za przejaw „faszyzmu”. Bezrobotny nie musi uważać, że „baba nadaje się tylko do garów”, ale raczej nie przekonamy go, iż warunkowany płciowo i kulturowo podział ról społecznych jest całkowicie bez sensu.

Lewica jest tymczasem przekonana, że wystarczy do mocno eksploatowanej tematyki obyczajowej dołożyć trochę „ekonomii i socjalu”, aby odzyskać niższe warstwy społeczne z rąk prawicy. Nic z tego. Oczywiście jednostkowe przypadki tego typu są możliwe, a domorośli stratedzy cieszą się, gdy na niszowej feministycznej Manifie pojawi się delegacja górników z równie niszowego związku zawodowego. Ale naiwne jest przekonanie, że w masowej skali polscy górnicy czy hutnicy zbratają się z twórcami „sztuki nowoczesnej”, doktorantami spędzającymi czas na debatach o patriarchacie lub z bywalcami stołecznych gejowskich klubów. To są po prostu zupełnie inne światy, nie tylko w sferze kultury, ale również ekonomii – nawet jeśli doktorant nie zarabia więcej niż robotnik wykwalifikowany, to dalszy ciąg „kariery zawodowej” prawdopodobnie będzie oznaczał niewielkie zmiany lub stagnację u robotnika oraz znaczący rozwój u doktoranta.

Nie wystarczy zatem, że lewica dołoży do postulatów obyczajowych hasła socjalne, „zmiksuje” to i spróbuje przyciągać różne grupy społeczne. Co więcej, gdy na serio zacznie stawiać postulaty ekonomiczne, w sposób zagrażający interesom kapitału, to zniknie z wielkich mediów i salonów, które dziś chętnie ją zapraszają, by epatowała aborcją, egocentrycznymi polemikami czy w najlepszym razie odwołaniami do „modelu skandynawskiego”, pozbawionymi jakichkolwiek konkretów i postulatów dotyczących polskiego „tu i teraz”. Zresztą, wystarczy spojrzeć, jak ta salonowa lewica reagowała choćby na wyborcze sukcesy Samoobrony – pierwszego tak znaczącego ruchu plebejsko-rewindykacyjnego w Polsce – i przypomnieć jej ówczesny jazgot o „populizmie”, niczym nie różniący się od jazgotu neoliberałów z „Wprost” i Business Centre Club, by sprawdzić szczerość „socjalnych” deklaracji tej lewicy, która pyta „co z tym Kansas?”.

Gdyby lewica wyciągnęła wnioski „z Kansas”, powinna nie tyle całkowicie porzucić tematykę kulturową, ile znacząco zmienić zawartość tego katalogu swoich postulatów. Wyrazistemu, czy wręcz bojowemu akcentowaniu postulatów ekonomicznych, stanowiących sedno programu politycznego, powinny towarzyszyć odwołania do tych wartości, które są istotne dla klas niższych i środowisk wykluczonych. Lewica powinna odebrać prawicy monopol na patriotyzm, powinna nie wstydzić się przyznać, że w życiu ludzi istotną rolę odgrywa np. rodzina czy praktyki religijne, że niższe warstwy społeczeństwa pragną raczej stabilizacji niż kolejnych eksperymentów kulturowych. Przede wszystkim lewica powinna zrozumieć, że w sferze światopoglądowej dokonała się olbrzymia zmiana. O ile kiedyś wielki kapitał, burżuazja i elity społeczne były w większości konserwatywne obyczajowo, a w dodatku zainteresowane kultywowaniem zastanego porządku, o tyle dzisiaj jest zupełnie inaczej – stanowią one nierzadko awangardę „postępu” i stymulują rozliczne, głębokie zmiany w sferze kultury. W sytuacji, gdy kobiety były traktowane jako maszyny rozpłodowo-kuchenne, gdy orientacja homoseksualna stanowiła przyczynę poważnych represji, gdy kolor skóry był podstawą napiętnowania człowieka, wówczas lewica miała moralny obowiązek upominać się o równe traktowanie takich grup. Dziś wszelkie podstawowe prawa takich środowisk są już dawno zagwarantowane ustawami i innymi regulacjami, sprzyjają im dominujące trendy kulturowe, a one same mają wpływowych obrońców w postaci współczesnych ugrupowań liberalnych-burżuazyjnych.

Zadaniem lewicy w takich realiach nie jest obrona „mniejszości” (co nie znaczy, że ma popierać ataki na nie), ani polityka skoncentrowana na „tożsamości”. Jest nim natomiast reprezentowanie interesów „wyklętego ludu ziemi”. A to oznacza nie tylko korzystne dlań postulaty ekonomiczne, ale także akceptację światopoglądu i systemu wartości pracowników najemnych, bezrobotnych, wykluczonych itp. W przeciwnym razie lewicy pozostanie wyłącznie biadolenie, że jej potencjalny elektorat jest sprawnie rozgrywany przez prawicowych orędowników „wartości”. Lewica, której „twarzami” są Jacek Żakowski, Kazia Szczuka czy Wilhelm Sasnal jest skazana na to, że będzie pytać „co z tym Kansas?”. Pytać bezradnie i do usr… śmierci.

Co za ludzie!

Pomijam tu kwestię formy i treści (dez)informacji podawanych przez te portale. I tak najważniejsze są tam krzykliwe tytuły i obrazki. Zdumiało mnie co innego: poziom chamstwa, agresji i braku jakichkolwiek hamulców etycznych u tzw. komentatorów. O wulgarności i nagminnych problemach z ortografią – nie wspomnę. Tak sobie myślę: gdyby dziś Dante pisał „Boską komedię”, w którym kręgu piekielnym umieściłby internautów? I czy możliwe, byśmy mieli w sobie tak mało kindersztuby i zwykłej przyzwoitości?

Jak wyglądałby Polaków portret własny, któremu jako model służyłby tzw. przeciętny internauta. Byłaby to zapewne postać szpetna i wredna, z mordą swarliwą, ustami wykrzywionymi w butnym albo złośliwym uśmieszku, tępym wzrokiem ignoranta absolutnie przekonanego do swoich racji. Twarz durnia z pięścią zaciśniętą w kułak, gdy akurat nie wystukuje swoich złotych myśli na klawiaturze.

Oczywiście, przesadzam. Zdaję sobie sprawę, że wśród przeciętnych zjadaczy internetowych wieści są ludzie kulturalni, subtelni, życzliwi światu i bliźnim. Jak zwykle, nikną gdzieś w cieniu, są ledwo słyszalnym kontrapunktem pośród kakofonii sieciowych wrzasków. Chamowi zawsze jest łatwiej: swoją (ir)rację potrafi wyartykułować dosadnie i bez jakichkolwiek skrupułów. Jak powiada młodzież: taki lajf.

Zastanawia mnie najbardziej, skąd w nas tyle złości i agresji. Przecież ci ludzie, których ordynarność drażni mój zmysł estetyczny (i etyczny) w Internecie, są zapewne tymi samymi osobami, które mijam codziennie na ulicy, w tramwaju, w sklepach, na uczelni i w kościele. Tak, anonimowo łatwiej przychodzi wyładować złość, bez jakiegokolwiek skrępowania użyć słów i argumentów, które byłoby wstyd wypowiedzieć w obecności drugiego człowieka. Może więc Internet jest formą terapii (choć nie wiem, czy to dobre słowo), stwarzającą możliwość odreagowania codziennych kłopotów, stresów i zmartwień. Może ów tępy brutal, walący pięścią w stół jak niegdyś tow. Chruszczow w mównicę ONZ, jest małym, zalęknionym człowieczkiem, trzęsącym się ze strachu przed sobie podobnymi istotami. Może ma szefa skurczysyna, może nieprzyjemnego sąsiada, może dzieli łoże z Ksantypą, a jego dzieci są gorsze niż siedem egipskich plag. I gdy siada, biedny, przed komputerem, czuje się nagle jak pan i władca wirtualnej przestrzeni. Wszystko to być może, choć brzydko jest wdawać się w analizę bliźniego swego zapośredniczonego (via internet).

Możliwe, że Sieć ujawnia nasze prawdziwe oblicza, zaś na sądzie ostatecznym będziemy rozliczani z naszych nicków. I okaże się, żeśmy bardziej istnieli na niby, niźli faktycznie. Żeśmy cali byli nickami, słowami, emotikonami, linkami itp., itd. Żeśmy całe życie zmarnotrawili na wirtualną agresję, durnotę i chamstwo. W sumie głupio być sądzonym za wirtualny żywot, rzecz jednak w tym, że prawdziwe są nasze palce i myśli, którymi rzygamy na monitor.

Zresztą, pomijając eschatologię (wersja dla niewierzących): to jednak jakieś dziwne i straszne, marnować tyle czasu na internetowy zgiełk. Przecież można by w tym czasie popatrzeć na drzewo, niebo, na staruszka przechodzącego ulicą. Można by się (jak najbardziej bezproduktywnie) zamyślić, uciąć sobie drzemkę, popatrzeć, czy na półce nie stoi jakaś dawno nie czytana książka, napisać staromodny list do rodziców, wsadzić go do staromodnej koperty i pójść wysłać na równie staromodną (by nie powiedzieć: archaiczną) pocztę. Wszystko to można zrobić, miast sączyć jad bliźniemu swemu i zapluwać się wirtualną śliną.

Cóż, zostawiam drogich czytelników z tymi uwagami, pocieszając się myślą, że korzystający z Internetu czytelnicy „Obywatela” mają w życiu ważniejsze sprawy i większe ambicje, niźli żywot internetowego trolla.