Michał Anioł fruwa jak żaba z SB

Agent, nie – mówię – ale piszą, że jego sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej jest „pomostem” pomiędzy Kościołem rzymsko-katolickim a wiarą żydowską, zawiera zawoalowane symbole żydowskie i coś tam niemiłego wobec papieża.

Rabin Benjamin Blecha, profesor talmudyzmu na nowojorskim Yeshiva University oraz Roy Doliner, przewodnik wycieczek po Watykanie, którzy napisali o tym książkę „The Sistine Secrets: Unlocking the Codes in Michelangelo’s Defiant Masterpiece” (już na liście bestsellerów „New York Times”, zaraz pewnie będzie i u nas) zwracają uwagę, że Michał Anioł, malując na sklepieniu tylko postaci ze Starego Testamentu, stawiał nam pytanie: dlaczego zapominamy o naszych prawdziwych korzeniach (http://wiadomosci.onet.pl:80/1495172,2679,1,tajne_przeslanie_michala_aniola,kioskart.html). Autorzy dostrzegli też na malowidłach kształty hebrajskich liter, z których każda ma sekretne znaczenie. Sugerują, że drzewo życia widoczne na freskach, to nie jabłoń, lecz – zgodnie z żydowską tradycją – figowiec. Twierdzą też, że na sklepieniu ukryta jest krytyka papieża Juliusza II, który to wszystko zamówił, ale ponieważ Michał Anioł zdegustowany był papieską korupcją, namalował proroka Zachariasza na jego podobieństwo, a widocznemu za nim aniołowi kazał czynić wyjątkowo obsceniczny gest nad jego głową.

Marco Bussagli, profesor historii sztuki rzymskiego uniwersytetu, uważa, że ujawnianie antykatolickich i antychrześcijańskich treści wskazuje, iż syndrom Dana Browna uderza ponownie. W dobre imię katolicyzmu – jak rozumiem.

Autorzy książki z kolei uważają, że cała Kaplica Sykstyńska zbudowana została według tych samych proporcji, co Świątynia Jerozolimska i jest zagubionym mistycznym przesłaniem powszechnej miłości, zawartym tam, byśmy je odczytali.

Choć nie oni pierwsi próbują zobaczyć to, co – być może – ukryte. O Kaplicy Sykstyńskiej już w 1950 roku Joaquin Diaz Gonzalez, dyplomata wenezuelski, napisał broszurę, w której utrzymywał, że w układzie postaci w Sądzie Ostatecznym ukryty jest zarys twarzy Dantego. Zobaczył tam również obraz Jezusa na krzyżu. W 1990 roku Frank Meshberger wykazywał w „Journal of the American Medical Association”, że centralna scena ukazująca Boga i Adama wyciągających do siebie ręce odwzorowuje kształt mózgu i rdzenia kręgowego. W roku 2000 dr Garabed Eknojan wypatrzył w malowidle kształt nerki.

Każdy odczytuje to, co może.

Wśród terapeutów rodzinnych popularna jest relacja z eksperymentu Humberto Maturany, chilijskiego biologa, który – jako stypendysta Massachusetts Institute of Technology – w latach 50. XX wieku odkrył, że żaba widzi tylko muchy lecące z lewej strony na prawą i nigdy nie zobaczy tych, które lecą odwrotnie. Brakuje jej w siatkówce odpowiednich receptorów.

To wskazywać może, że nasza percepcja rzeczywistości nie jest tak klarownie fotograficzna, jak się wielu z nas zdaje. Rozpoznajemy to, do rozpoznawania czego jest zdolny nasz „aparat”, percepcja jest w pewnym sensie złudzeniem a organizm okazuje się być zamkniętym systemem informatycznym, który nie czerpie informacji bezpośrednio z zewnątrz, a tylko poprzez ich przetworzenie. W skrócie: to, co organizm postrzega, jest uwarunkowane naturą jego własnej struktury.

Gdyby żaba miała w siatkówce receptory umożliwiające jej reagowanie na muchy lecące z prawej do lewej, to by wiedziała, że takie muchy istnieją. A tak?

Wyobrażam sobie, że ci, którzy widzą tylko z prawa na lewo lub wręcz przeciwnie, z pewnością nie mieliby żadnych trudności z udowodnieniem że Michał Anioł mógł być tajnym agentem SB, STASI, Mossadu lub KGB. I mogliby przekonywać, że to właśnie od Michała Anioła zaczął się dramat polskiej pokłóconej „Solidarności”, sterowanej w roku 1980 – i dziś także – przez SB, w osobie Wałęsy. Tak jak dziś przekonuje do tego Andrzej Gwiazda, którego uwielbiałam w Sierpniu za trzeźwe widzenie sytuacji, a którego za nic nie mogę zrozumieć dziś.

No tak. Każdy rozumie to, co może.

„Bolek” nie spadł z nieba

Prawdę mówiąc, obecna wrzawa wokół Lecha Wałęsy wydaje mi się coraz bardziej niesmaczna. Bynajmniej nie dlatego, żebym wierzył w krystaliczną czystość noblisty. Nie dlatego też, abym miał coś przeciwko badaniu esbeckich archiwów bez taryfy ulgowej. Albo przeciwko ujawnianiu kapusiów. Nie, nie widzę żadnych – ani etycznych, ani politycznych – powodów, żeby funkcjonowała jakakolwiek święta krowa, której przeszłości nie można poddawać analizie. W przypadku Wałęsy jest to tym bardziej konieczne, że w ciągu ostatnich kilku dekad wątek jego domniemanej współpracy z SB pojawiał się w obiegu publicznym wielokrotnie. I to w dodatku – o czym „zapominają” dzisiejsi obrońcy czci ex-prezydenta – nie tylko za sprawą „oszołomów” i „frustratów”. Wątpliwości wobec podejrzanych uwikłań Wałęsy wyrażał podobno już w czasie solidarnościowego „karnawału” choćby Jacek Kuroń. Gdyby chodziło o anonimowe plotki dotyczące, dajmy na to, wiejskiego proboszcza czy małomiasteczkowego biznesmena, można by machnąć ręką. Jeśli jednak tego rodzaju wątpliwości pojawiają się wobec postaci tak istotnej w najnowszych dziejach kraju, to tym bardziej należy się zająć owym problemem.

W całej sprawie TW „Bolka” widzę jednak aspekt, który każe się zastanowić nie nad Wałęsą, lecz nad wieloma jego obecnymi przeciwnikami. Gdy bowiem obserwuje się ilość krytyki czy po prostu obelg padających pod adresem Wałęsy, nie sposób nie zadumać się nad kondycją Polaków – tych samych, którzy Wałęsę przez lata uwielbiali, oklaskiwali, nosili na rękach, a następnie masowo poparli w wyborach prezydenckich. Wałęsa nie spadł z nieba – skrywanie jego prawdopodobnej współpracy z SB nie zmienia faktu, że wszelkie jego inne wady były od dawna widoczne, jawne i znane wszystkim tym, którzy nie mieli na oczach klapek ślepej miłości do „naszego Lecha”. Nie mogę się też oprzeć wrażeniu, że ci, którzy na niego dziś najgłośniej pomstują, to te same osoby, które najdłużej i najmocniej wierzyły w geniusz Wałęsy.

Rozpatrując problem na płaszczyźnie ogólnej, lider „Solidarności” został nim nie na mocy boskiego werdyktu, lecz ze społecznego nadania. Nawet gdyby przyjąć za prawdziwe najbardziej skrajne i niekorzystne dla Wałęsy wersje wydarzeń, czyli pojawiające się sugestie, że jego współpraca z SB nie zakończyła się wcale w roku 1976, lecz trwała znacznie dłużej, a „służby” promowały „swojego człowieka” jeszcze w trakcie formowania i istnienia „Solidarności”, to nawet ta mało prawdopodobna wersja wydarzeń nie zmienia faktu, że popularność Wałęsy była w znacznej mierze spontaniczna i autentyczna. Nawet biorąc poprawkę na potencjalne – co nie znaczy, że faktycznie zaistniałe! – możliwości manipulacji nastrojami członków i sympatyków „Solidarności”, żaden esbek nie chodził i nie wbijał im pałką do głów kultu „Lecha”.

Wręcz przeciwnie. Polacy wielbili Wałęsę już wtedy, gdy „Solidarność” rozwijała się żywiołowo, a esbeckie próby manipulacji nastrojami społecznymi ponosiły fiasko – co przyznają także przeciwnicy Wałęsy – wskutek niesamowicie rozwiniętej jawności i demokracji wewnątrzzwiązkowej. O ile po wprowadzeniu stanu wojennego owa demokracja zanikła, a „Solidarność” przekształciła się w organizację kadrową, z niejawnym i skomplikowanym procesem decyzyjnym, o tyle w latach 1980-81 to wszystko działo się na oczach i przy udziale setek tysięcy ludzi. Oczywiście reżim komunistyczny mógł próbować rozmaitych manipulacji, mógł w taki czy inny sposób wspierać bardziej wygodną dla siebie grupę działaczy „Solidarności” przeciwko innym jej grupom, ale jeśli odrzucimy wątpliwej jakości teorię o totalnej manipulacji i „reżyserii” zdarzeń na niesamowitą skalę, to nie sposób uznać, że Wałęsę na szczyty wynieśli esbecy, nie zaś działacze, także szeregowi, opozycji antykomunistycznej.

W mojej – czysto intuicyjnej – ocenie, decydującą rolę odegrali nie esbecy, lecz Polacy. A konkretnie dwie przypadłości, których istnienie wydaje mi się faktem niemożliwym do precyzyjnego zbadania, lecz widocznych gołym okiem nie raz i nie dwa. Po pierwsze, Polacy lubią miłe słówka, lubią, gdy ktoś opowiada im to, co chcą usłyszeć. Wałęsa pasował do tej roli znakomicie – z jego postawą wyrażoną po latach formułą „za, a nawet przeciw”, z jego dość prymitywnymi, ale nierzadko celnymi bon motami i frazeologią idealną na wiecowe „podbijanie serc”, z jego brakiem konkretów formułowanym w nader… konkretnym języku. „Lechu” miał talent ludowego polityka i przywódcy tłumów, a w Polsce zostało to zwielokrotnione przez społeczne oczekiwania. Czy to w czasach pierwszej „Solidarności”, czy później, gdy obiecywał każdemu po 100 milionów. Nawet w swoim skrajnym egocentryzmie, wyrażonym najpełniej w przekonywaniu, że „to ja obaliłem komunę”, jest on bardzo polski, przypominając np. wódczane przechwałki wielu naszych rodaków.

Druga zaś kwestia, która w moim odczuciu ułatwiła wyniesienie Wałęsy na wyżyny, to nasza narodowa niezdolność do działań długofalowych. Polacy są idealnym odzwierciedleniem biblijnego wezwania „obyś był zimny lub gorący”. Wielokrotnie pokazaliśmy, że stać nas na wielkie zrywy i bohaterskie czyny. Tyle, że ich dopełnieniem jest marazm i obojętność, gdy już opadnie pierwszy zapał lub minie zagrożenie. Ci sami ludzie, którzy – jestem pewien – w obliczu np. napaści z zewnątrz znów biliby się do ostatniej kropli krwi nawet w sytuacji ogromnej przewagi wroga, są w realiach pokoju niezdolni do tego, żeby odmówić sobie dwóch piw miesięcznie i masowo wpłacać choćby po 5 zł, aby stworzyć trwały niezależny ruch społeczny czy polityczny, bez łaski sponsorów i konieczności dwuznacznych uwikłań. Poza „stanami podwyższonej bojowości”, mizernie wychodzą nam spokojne, stonowane, lecz wytrwałe działania. Oczekujemy natomiast, że jakiś geniusz, jakiś Wódz, dokona cudu, odmieni wszystko bez naszego udziału – kolejne wydania tego swoistego kultu jednostki przetaczają się przez polską ziemię z zadziwiającą nieodmiennością, ponad politycznymi podziałami, od Piłsudskiego, przez Andersa, Gomułkę, Gierka, Jana Pawła II, Wałęsę, Kwaśniewskiego itd. Jaka jest najczęstsza reakcja Polaków na jakikolwiek problem ujawniony w mikro- lub makroskali? „Ktoś powinien coś z tym zrobić!”. Nie my, nie wspólnym wysiłkiem, nie razem – ktoś. Tu także Wałęsa ze swoim wybujałym ego, ale także z wyraziście autorytarnymi poglądami, idealnie trafił w zapotrzebowanie społeczne. Po co mamy starać się my, skoro on oferował nam to swoje nieustanne ja, ja, ja…

Cechy Wałęsy bardzo kontrastują z postawami jego konkurenta o pozycję lidera pierwszej „Solidarności”, Andrzeja Gwiazdy. Myślę, że właśnie dlatego Andrzej ową rywalizację przegrał. Po pierwsze, mówi on ludziom to, co myśli, nie zaś to, co oni chcą usłyszeć – i nierzadko są to rzeczy niemiłe, surowe, biegnące w poprzek utartych schematów. Po drugie, Andrzej jest autentycznym demokratą – uważa, że nie żaden cudotwórca, lecz my sami, wspólną pracą, powinniśmy odmienić Polskę na lepsze, że jak sobie pościelimy, tak się wyśpimy. Wspominam o tym nieprzypadkowo. Dziś bowiem, w ogniu sporu o „Bolka”, można zaobserwować wiele cudownych nawróceń. Gdyby na serio potraktować np. komentarze na forach internetowych, można by uznać, że Wałęsa był od dawien dawna podejrzewany przez ogromną ilość Polaków o różne podłe sprawy, zaś Gwiazda cieszył się przez lat niekwestionowanym szacunkiem i wielkim poparciem społecznym.

Ale przecież wszyscy wiemy, że Wałęsa wysoko wygrał z Gwiazdą w wyborach na stanowisko lidera pierwszej „Solidarności”. Gdy w okolicach „okrągłego stołu” mnóstwo osób fetowało powrót „Lecha” z podziemnego zmarginalizowania, wokół Gwiazdy skupiła się zaledwie garstka osób kwestionujących zarówno sam „okrągły stół”, jak i swoisty „zamach stanu”, jakim było budowanie nowej „Solidarności” przez drużynę zauszników Wałęsy, z pominięciem wielu tych, których przed stanem wojennym delegaci Związku wybrali do Komisji Krajowej. Gdy kilka lat później Wałęsa zasiadał w Belwederze, ciesząc się jeszcze całkiem sporym poparciem społecznym, Gwiazda nie zdołał w wyborach 1993 r. zarejestrować ogólnopolskich list Komitetu Wyborczego „Poza Układem”. Dziś jednak Gwiazda jest wychwalany przez tych, których spora część przynajmniej do połowy lat 90. wielbiła Wałęsę. Wielbiła, bo miał Matkę Boską w klapie, był „za, a nawet przeciw”, obiecywał po 100 milionów, „tymi ręcami obalił komunizm” itd.

Oczywiście można powiedzieć, że gdyby podejrzenia w kwestii TW „Bolka” znano wcześniej, to rozwój sytuacji wyglądałby inaczej. Albo gdyby była lustracja. Albo gdyby „układ” dopuścił Gwiazdę do mediów w roku 1989 na taką samą skalę, na jaką zaoferował to Wałęsie czy Michnikowi. Być może coś by to zmieniło, ale prawdę mówiąc nie sądzę, że w istotnym stopniu. Wystarczy bowiem spojrzeć na to, kim są dzisiejsi krytycy Wałęsy i ile oni zrozumieli z tego wszystkiego. Ich zarzuty wobec domniemanego „Bolka” koncentrują się na współpracy z SB, a z nowszych wydarzeń dotyczą współudziału w odwołaniu rządu Jana Olszewskiego lub „wspierania lewej nogi”, czyli planu wzmocnienia postkomunistów za prezydentury Wałęsy. Wniosek z tego taki, że gdyby Wałęsa nie współpracował z SB, wsparł rząd Olszewskiego i dobił „lewą nogę”, wszystko byłoby OK. Matka Boska w klapie, 100 milionów dla każdego i certyfikat niewinności z IPN-u wystarczyłyby do tego, żeby atakowany „Bolek” mógł być wciąż wielbionym „Lechem”.

Żeby krytykować Wałęsę, nie trzeba oryginałów czy kopii jego domniemanych donosów z lat 70. Nie trzeba też wspierania „lewej nogi”. W zupełności wystarczą te jego poczynania, na które krytycy nie zwracają uwagi. Czyli poparcie dla prywatyzacji w wersji, która nie uwzględniała ani interesów narodowych, ani sytuacji milionów ludzi-pracowników. Czyli lekceważenie społeczeństwa i jego opinii o kształcie nowej Polski. Czyli wspieranie takiego modelu gospodarki i polityki, które musiały poskutkować szybką i głęboką oligarchizacją. Czyli przedkładanie pustosłowia i tanich gestów nad realne i konkretne decyzje mające na celu dbałość o dobro wspólne. O tym, że Wałęsa jest postacią szkodliwą, znacznie bardziej przesądza jego wsparcie dla Balcerowicza niż domniemane pisanie donosów na kolegów ze stoczni, choć oczywiście to drugie jest bardziej obrzydliwe w kategoriach moralnych.

Sęk w tym, że dzisiejszym krytykom Wałęsy przeszkadza właśnie TW „Bolek”, nie zaś wspólnik Balcerowicza. Czyni to krytykę Wałęsy zupełnie jałową, bo w najlepszym razie prowadzi ona do konstatacji, że wyrzucanie ludzi na bruk z mieszkań i masowe bezrobocie nie byłyby złe, gdyby tylko realizowali to „dzieło” ludzie z IPN-owskim świadectwem moralności. Tak zresztą na serio myśli mnóstwo przeciwników Wałęsy – ich zdaniem, cały ten bandycki, latynoski model kapitalizmu, zainstalowany w Polsce po roku 1989, jest zły wyłącznie dlatego, że wcielali go w życie esbecy oraz dawni funkcjonariusze partyjni. Aha, no i ekipa Michnika, która zatrudniła Maleszkę i lekceważyła „ochronę życia poczętego”. Gdyby ten sam syf zafundowali nam „prawdziwi Polacy”, nieskażeni ukąszeniem esbeckim, rozmodleni i zaczytani w farmazonach Michalkiewicza czy innego speca od demaskowania „obcych knowań”, wszystko byłoby w porządku…

Niedawno w „Rzeczpospolitej” Rafał Ziemkiewicz przypomniał mimochodem prostą, lecz nadal jakby nieobecną prawdę. Taką, że bracia Kaczyńscy, dziś przedstawiani jako główni oponenci „Bolka”, nie tylko w kluczowym momencie go wspierali, ale przede wszystkim zwalczali konkurencyjną wizję nowej Polski, którą reprezentował właśnie Gwiazda. Zacytujmy fragment tekstu Ziemkiewicza, bo sam bym tego lepiej nie ujął niż ulubieniec prawicowych czytelników: „w chwili, gdy wśród ludzi »Solidarności« dokonywał się fundamentalny podział na tych, którzy mieli rządzić wolną Polską, i tych, którzy zostali z niej »wyślizgani«, Kaczyńscy nie znajdowali się po stronie Andrzeja Gwiazdy, Anny Walentynowicz i Krzysztofa Wyszkowskiego, o Kornelu Morawieckim nie mówiąc. Przeciwnie, brzemiennej w skutki decyzji Wałęsy, aby nie zwoływać legalnych władz »Solidarności« z roku 1981, ale tworzyć pod historyczną nazwą nowy związek z działaczy mu posłusznych, Jarosław Kaczyński bronił nawet wtedy, gdy od dawna był już z pierwszym prezydentem III RP śmiertelnie pokłócony (co jednak nie dziwi, bo bronił swoich ówczesnych wyborów). Przypominanie tego, co po latach udało się załagodzić orderami Orła Białego, nie jest dziś braciom Kaczyńskim na rękę”.

Nie jest to na rękę nie tylko Kaczyńskim, ale także wielu dzisiejszym krytykom „Bolka” i autorom peanów na cześć Gwiazdy. Bo to właśnie oni w kluczowym momencie wspierali Wałęsę przeciwko Gwieździe – nie dlatego, że nie wiedzieli o agenturalnej przeszłości „Lecha”. Dlatego, że ów „Lechu” oferował im to, czego chcieli: wielkie obietnice, żadnych wymagań, trochę sloganów i Matkę Boską w klapie. Gwiazda oferował im coś wręcz przeciwnego.

Cieszę się, że IPN-owskie akta wydobywane są na światło dzienne, że spadają maski, że skończyło się zamiatanie brudów pod dywan. Ale jeśli jedynym skutkiem ma być to, że ci, którzy dali się nabrać Wałęsie, teraz dadzą się nabrać komuś podobnemu, lecz lepszemu tylko dlatego, że nie donosił na kolegów i nie wspierał „lewej nogi”, to całe to zamieszanie nie ma żadnego sensu. Bo lekcja ze sporu Gwiazda – Wałęsa to nie jest lekcja o wyższości porządnego człowieka nad kapusiem. To lekcja o wyższości samodzielnego myślenia, krytycyzmu i społecznej aktywności nad stadnymi odruchami, lenistwem intelektualnym i wiarą w idola, który zrobi coś za nas. Jeśli z tego wszystkiego zostanie tylko pomstowanie na agentów i zapatrzenie w nowego, tym razem nieuwikłanego Wodza, to wniosek będzie wyłącznie jeden. Taki mianowicie, że na głupotę i naiwność nie ma lekarstwa – nawet w IPN-ie.

Wrobieni w patriotyzm?

Narodowe powstanie kibiców piłki nożnej stało się faktem, rozpoczęło się EURO 2008. W mediach i na ulicach naszych miast przybyło bieli i czerwieni. Wielkie koncerny, czy to warzące piwo dla mas, czy to preparujące hamburgery, czy to produkujące chipsy lub zajmujące się finansami, stroją się w patriotyczne piórka, czyniąc z narodowych barw świetnie sprzedający się sportowy gadżet. Na zbiorowych uniesieniach można nieźle zarobić, umiejętnie podsycana euforia sprawia, że ludzie chętniej sięgają do portfeli. Łopotanie flag i dźwięk hymnu oraz okolicznościowych przyśpiewek nieźle się komponują z szelestem banknotów. Nawet obecny trener polskiej drużyny uległ pokusie, by przed EURO 2008 dorobić sobie w reklamie…

Trudno w tych dniach nie być kibicem i trudno nie czuć sympatii i zainteresowania losami polskiej jedenastki. Tym bardziej, że przecież wszyscy, jakeśmy Polakami, świetnie znamy się czy to na polityce, czy na sporcie. Że o pogodzie nie wspomnę. Bynajmniej, nie jesteśmy jako naród odosobnieni w tym poczuciu swoich wysokich kompetencji, taki już urok współczesności, oswojonej z myślą o szczególnych znaczeniu tzw. głosu opinii publicznej (inna sprawa, na ile słusznie). Taki jej urok i taki wymóg: trzeba mówić, trzeba wyrażać opinie, trzeba plotkować, trzeba uczestniczyć w masowych rozrywkach i – że tak powiem – narracjach.

Teraz przyszedł czas na opowieści o piłce nożnej, dyskusje przy stołach i przed telewizorami, w knajpach i tramwajach, na czatach, blogach i mainstreamowych mediach o piłkarskich agonach. Mówić, pisać, łopotać flagą, wymachiwać biało-czerwonymi rekwizytami. Ubierać się w polskie barwy. Wyczekiwać zwycięstw i z goryczą komentować ewentualne (i wcale prawdopodobne) porażki. Hej, kto Polak, na mistrzostwa!

Interesujące, na ile jest to zjawisko oddolne, spontaniczny zachwyt sportową walką i kunsztem drużyn i zawodników, na ile szczery jest w swych patriotycznych uczuciach ów biało-czerwony tłum, a na ile wszystko to jest wynikiem z premedytacją tworzonych w biurach ekonomistów, piarowców, marketingowców projektów, wyliczony na duży zysk. Trudno tę proporcję oddać w procentach, bo przecież całość zjawiska jest konglomeratem mnóstwa czynników. Dla mnie osobiście: nieco schizofrenicznym. Choć jestem wybitnie „niedzielnym kibicem”, to jednak z dużą przyjemnością i – nie ukrywam – z przejęciem myślę o występach polskiej drużyny i życzę jej jak najlepiej. Myślę sobie wtedy, że to „nasi”, choć na dobrą sprawę zapominam o nich pięć minut po zakończeniu meczu. Wiem jednak, że są tacy, którzy te widowiska zroszą rzęsistymi łzami: a to radości, a to smutku. Ewentualnie potężnym kacem. Z drugiej jednak strony, uśmiecham się złośliwie, gdy widzę przybranych w okolicznościowe biało-czerwone koszulki pracowników sieci fast-foodów albo telewizyjne reklamy piwnego cieńkusza (by nie nazwać tego mocniejszym słowem). Od tego mają Dodę, Krzysztof Ibisza, Mariusza Max-Kolonko i kogo tam jeszcze.

Nie lubię zatem, gdy ktoś wrabia mnie w patriotyczne uniesienia, za które każe sobie jeszcze płacić i wymusza uczestnictwo w stadnych odruchach. Nie dlatego, że są one z natury gorsze od wysublimowanego indywidualizmu tych, co to „nie lubią tłumu”. Ale dlatego, że nie chcę się czuć trybikiem show-bizu, z premedytacją przystrojonego w narodowe szatki. Sport – tak, przerwy reklamowe – nie, emocje – jak najbardziej, gadżety – nie. Tyle mogą zrobić od siebie w trosce o tzw. idee olimpijskie i szacunek dla biało-czerwonych barw. Choć, z drugiej strony, barwy te są naszym wspólnym dobrem, a kultura masowa jednym z nielicznych medium, dzięki któremu mogą przemówić dziś nam z całą siłą do wyobraźni. Bo trudno wyobrazić sobie stadion, na którym gra polska drużyna bez czytelnych znaków obecności naszych kibiców. I tu znów dopada mnie niepewność: może czasem trzeba dać się wrobić w patriotyzm? Taki od wrzasku, piwska i dobrej, choć i męczącej zabawy.

Do ZOO, obywatele!

Ale i trwają w pewnym sensie razem, choć wciąż jeszcze okopani po różnych stronach swoich barykadek. Co napawa mnie nadzieją.

Jakiś czas temu nie wytrzymało kilku blogowiczów z portalu www.salon24 – gdzie właśnie blogować zaczyna także Obywatel. Po kłótni odeszli do swojego forum: www.tekstowisko.com. W Tekstowisku też się potem pokłócili i co poniektórzy, nawet ci, co tekstowisko zakładali, powracali do Salonu24. Niektórzy będąc już w Tekstowisku, komentowali jednak dalej teksty w Salonie, ludzie z Salonu zaglądali też do Tekstowiska. Sytuacja zrobiła się w końcu taka, że teksty sporej grupy autorów pojawiają się jednocześnie w Salonie i Tekstowisku. Tak jakby sama różnica poglądów czy stylów działania nie była wystarczającym powodem do tego, żeby przestać istnieć we wspólnej przestrzeni. Bo i nie jest!

Ja siedziałam w Salonie, choć blisko mi było do tych, co poszli robić Tekstowisko. Próbowałam się więc i do Tekstowiska zarejestrować – z opcją, że w Salonie też zostaję – ale maszyna tekstowiskowa mnie wciąż nie przyjmowała, krzycząc, że hasło nie takie albo adres e-mailowy zły. Widać maszyna uznawała, że należy być albo po jednej, albo po drugiej stronie. Ale w końcu, z miesiąc temu, udało mi się i także moje teksty pojawiają się teraz jednocześnie w obu portalach. Ufff…

Wszystko co wyżej było po to, żeby przywołać interesujący tekst z Tekstowiska właśnie. Parę dni temu ezekiel napisał swoją Receptę na demokrację, w której pysznie i skrótowo zdiagnozował sytuację w polskiej polityce.

Polityczność stała się domeną marketingu. Dzisiejsza polityka jest produktem. Dzisiejsza polityka jest wirtualna. Kwestie w niej poruszane to, jak to nazwał Sadurski [w tekście „salonowym” – przypis AM], a przed nim specjalna jednostka jednego z tabloidów, która sama na siebie mówi „Tematy z dupy wzięte”. /…/ Słynny bon mot Libermana „wszyscy kłamią, ale to nie jest ważne, bo i tak nikt nikomu nie wierzy” realizuje się na Wiejskiej, na konferencjach prasowych, w Pałacu Elizejskim, w Białym Domu. Kochający Tusk i jego nienawistny dziadek z Wehrmachtu rechoczą nam w twarz. A stojący za nimi specjaliści od marketingu wypełniają kieszenie kilogramami złotówek pochodzącymi z naszych podatków. Kieszenie tym cięższe, im głośniejszy rechot. /…/

Dzisiejsza demokracja jest soczewką gnuśnego społeczeństwa. Wyemancypowaliśmy i przez tą emancypację dialektycznie zamknęliśmy się na powrót w więzieniu. Jest to więzienie podkultury i konsumpcji, która pożera łapczywie to, co tylko może. Tu spełnia się mroczny sen Tocqueville’a. Rewolucja ma w zwyczaju pożerać własne dzieci, a demokracja znowu zjada własny ogon. Autentyczność ekspresji została zawłaszczona przez wielkie korporacje, a polityczność przez PR.

(http://tekstowisko.com/post-nowoczesny/54840.html#comment-560799)

Napisałam ezekielowi, że diagnoza pyszna tak bardzo, że aż mu zazdroszczę, że nie ja ją napisałam. Bo zazdroszczę. I złoszczę się, że duzi, dorośli ludzie wciąż robią wodę z młodych mózgów. Z Instytutu Przywództwa Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego dostałam właśnie zaproszenie na Eksperckie warsztaty dla liderów społeczno-politycznych. Weekendowe, a jakże. I czytam te ciężkie głupoty podawane do wierzenia młodym, wchodzącym w świat polityki:

/…/ Instytut Przywództwa jest profesjonalną jednostką edukacyjną Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego. Misją Instytutu jest upowszechnianie wiedzy o przywództwie i związanej z nim etyce oraz kreowanie liderów. Instytut działa pod patronatem Sekretarza Generalnego Rady Europy pana Terry’ego Davisa. Celem /…/ jest kształcenie profesjonalnych i silnych moralnie liderów politycznych, aby Polska mogła kontynuować umacnianie swoich struktur i mechanizmów demokratycznych. /…/ Celem warsztatów jest przekazanie rzetelnej wiedzy na temat etycznego i skutecznego przywództwa politycznego, jak również społecznego i biznesowego. /…/ Program szkolenia /…/ obejmuje cztery kluczowe zagadnienia:

– Wprowadzenie do marketingu politycznego
– Teoria i ćwiczenia z wystąpień publicznych
– Zastosowanie Neurolingwistycznego Programowania (NLP) w polityce
– Praca z kamerą i mikrofonem

Marketing i NLP – biblie, bez znajomości których wstyd dziś zabierać się do publicznego działania. A co to jest to Neurolingwistyczne Programowanie? Jakby ktoś nie wiedział, zacytuję ze strony www.nlp.pl

NLP zaczęło powstawać we wczesnych latach siedemdziesiątych, gdy Richard Bandler, matematyk i terapeuta Gestalt, oraz John Grinder, wówczas dobrze zapowiadający się profesor lingwistyki, rozpoczęli badania nad pracami trójki wybitnych terapeutów, powszechnie uznawanych za ekspertów w swoich dziedzinach. Ekspertami, których pracę obserwowali Bandler i Grinder byli: twórca terapii Gestalt Fritz Perls, terapeutka rodzinna Virginia Satir oraz prawdziwy mistrz w dziedzinie medycznej hipnozy dr Milton H. Erickson. Pomimo, że każda z tych osób używała pozornie różnych metod, uważano, że wszyscy uzyskują nieomalże „magiczne rezultaty” w pracy z pacjentami. /…/ w badaniach opierano się nie na tym, co Perls, Satr i Erickson myśleli, że robią, lecz na zaobserwowanych w rzeczywistości wzorach zachowania oraz strukturach lingwistycznych używanych przez nich w trakcie pracy. /…/ Bandler i Grinder osobiście przetestowali te wzory, aby sprawdzić, czy uda im się osiągnąć takie same rezultaty. Gdy okazało się, że uzyskali zbliżone wyniki, opracowali procedury pozwalające nauczyć tego inne osoby. /…/ NLP jest zestawem technik, postaw wobec świata oraz metodologii… które umożliwiają ludziom zmienianie, wzbogacanie oraz eliminowanie zachowań tak, jak tego chcą. /…/ NLP jest także podstawą dynamicznie rozwijającej się w USA i Kanadzie dziedziny określanej mianem „technologii Motywacyjnych”, stosowanych przez największe firmy i organizacje. Z usług doradców motywacyjnych korzystają tam narodowe zespoły olimpijczyków, szefowie największych koncernów, a nawet kolejni prezydenci USA.

I tak to wiedza, która wyrosła z obserwacji pracy trójki genialnych terapeutów, pomagających ludziom w kłopotach, włożona w łapki nieodpowiednie staje się tym, czym brzytwa włożona w ręce małpy.

Z dwojga złego wolę jednak małpy. Z Janerką Lechem. Już mamy dość, już mamy dość, już mamy dość, już mamy dość… Wtedy idziemy do ZOO!

Anna Mieszczanek

Fot. autorki Zosia Zija

Tradycja i tradycje

Niemal zawsze, gdy mowa o tradycji, w użyciu jest liczba pojedyncza. Gdy zamkniemy oczy i pomyślimy „Polska”, pojawia się pewna ilość symboli, postaci, wizerunków – dla każdego z nas zapewne nieco innych. Gdyby ktoś zwrócił nam uwagę, że tego czy innego wydarzenia lub osoby brakuje w naszej wizji, być może skłonni bylibyśmy dołożyć je do zbioru o nazwie „tradycja”, choćby z zastrzeżeniem, że to jej „złe” oblicze. Jednak poza takimi ustępstwami, nadal uważamy, że istnieje coś takiego, jak jedna główna tradycja i ewentualnie jakieś „mniejszości”, sytuujące się na jej obrzeżach.

Jeszcze bardziej widać to w sferze publicznej. Gdy z płaszczyzny osobistych odczuć i wyobrażeń przeniesiemy się w sferę instytucji, mediów, oświaty, debat publicznych itp., okazuje się, że proces dominacji i uprawomocniania każdej tradycji odbywa się nieodmiennie kosztem innych – czy to przez intensywną promocję tej jednej, a przemilczanie innych, czy wręcz za pomocą zohydzania którejś z nich – a o dokooptowaniu żadnego elementu nie ma mowy, gdyż wszystkie wizje tradycji występują tam jako zbiory zamknięte. Jest to oczywiście pochodną walk o rząd dusz, o wpływy polityczne, o legitymizację poszczególnych opcji.

Na „wielką” tradycję składa się wiele pomniejszych, których dobra kondycja sprzyja dobrej kondycji całości. Tymczasem, w polityczno-medialnych sporach powodzeniu jednej z owych sub-tradycji towarzyszy nadwątlenie innych. W efekcie jakaś część zbiorowego dziedzictwa zatraca się, a jej „wyznawcy”, nie mając żywotnego punktu odniesienia, mimowolnie odsuwają się od polskości. Są to rzeczy dość oczywiste. Ale mam wrażenie, że nie do końca uświadamiamy sobie wymiar zjawiska. W każdym razie do mnie ten problem z całą mocą dotarł dopiero niedawno za sprawą dwóch dość przypadkowych zdarzeń.

Przygotowując tekst o Helenie Radlińskiej, czytałem poświęconą jej książkę Ireny Lepalczyk. Na końcu tej monografii znajduje się wkładka z fotografiami. Jedna z nich przedstawia fragment pokoju bohaterki książki, z portretem jej brata oraz kawałkiem regału. Na owym regale w oczy rzucił mi się od razu grzbiet jednego z leżących tomów. Charakterystyczny napis na nim zwrócił moją uwagę nie przypadkiem. Po prostu na półce stojącej teraz za moimi plecami leży taka sama książka. Nosi tytuł „Ludwik Krzywicki – praca zbiorowa poświęcona jego życiu i twórczości”, wydana została przez warszawski Instytut Gospodarstwa Społecznego w 1938 r. Kupiłem ów egzemplarz pół roku temu – przekreślone pieczątki świadczą, że kiedyś był w zbiorach Gminnej Biblioteki Publicznej Warszawa-Bemowo, a wcześniej lub później w prywatnych rękach, o czym świadczy dedykacja na karcie tytułowej. Brzmi ona: „Z wspomnieniami dawnych planów i marzeń – Wanda, 24 XII ‘53”.

I tak oto książka wydana przed wojną zdołała ją najpierw przetrwać, prawdopodobnie tuż po wojnie jeden z egzemplarzy uwieczniono na zdjęciu pokoju prof. Radlińskiej, kilka lat później jakaś Wanda podarowała komuś inny egzemplarz, następnie książka przeleżała gdzieś ponad pół wieku, aż pod koniec roku 2007 trafiła w moje ręce. Można zatem powiedzieć, że na przestrzeni 70 lat (1938-2008) mieliśmy do czynienia z podtrzymywaniem pewnego wycinka tradycji – książka o Krzywickim była dla kogoś ważna, ktoś co jakiś czas robił z niej użytek itp.

Ale właśnie w roku 2008 aż cisną się na usta pytania: kogo dziś obchodzi Krzywicki, kto poza garstką pasjonatów o nim pamięta, kto próbuje w jego książkach oraz w książkach o nim odnaleźć odpowiedzi, wskazówki, wizje… Ludwik Krzywicki jest co prawda obecny na kartach historii, tych najbardziej specjalistycznych, ale przecież trudno o nim mówić w kategoriach polskiej tradycji – żywej, twórczej, inspirującej. Kiedyś jeden z czołowych myślicieli polskiej lewicy, nieortodoksyjny interpretator Marksa, a jednocześnie wybitny naukowiec, autor niezliczonej ilości prac naukowych, o ogromnych zainteresowaniach i wręcz legendarnej pracowitości. Dziś nieobecny, zapomniany, bo i kto miałby go promować, skoro bliska mu opcja polityczna nie funkcjonuje lub ogranicza się do niszowych grupek, a polski tzw. obieg intelektualny z programową wręcz niechęcią traktuje tutejsze tradycje, ślepo zapatrzony w importowane nowinki z Zachodu. Krzywicki, który swego czasu inspirował spore zastępy Polaków oraz wpływał na ich wizje świata i ojczyzny, w zasadzie „nie istnieje”.

Drugie dające mi do myślenia zdarzenie było w sumie podobne, choć jednocześnie odmienne w pewien dość znaczący sposób. Nieco przypadkowo zabrałem do pociągu i przeczytałem wydaną w podziemiu, powielaczową broszurkę z esejem Adama Michnika „Rozmowa w Cytadeli”, z roku 1983. Powiem to od razu: lektura „Rozmowy…” może przyprawić o palpitacje serca osoby przyzwyczajone do standardów dzisiejszej publicystyki redaktora „Gazety Wyborczej”, przepełnionej pogardą i poczuciem wyższości wobec swych przeciwników, portretowanych w bardzo czarnych barwach. Jest to bowiem esej niezwykle „empatyczny” i to w dodatku wobec tradycji ideowej, która sytuuje się na antypodach „michnikowszczyzny”, mianowicie – endeckiej. Czytelnicy „Gazety Wyborczej”, karmieni dziś czarną legendą polskiego nacjonalizmu, mieliby spore problemy z recepcją tego tekstu sprzed ćwierćwiecza. Ale nie tylko oni – także dzisiejsza prawica, szczególnie ta młoda i zapalczywa, nie zdołałaby zapewne ułożyć w swoich schematycznych, czarno-białych głowach faktu, że Michnik pisze o Dmowskim w znacznej mierze afirmatywnie, a wręcz krytykuje antyendeckie stereotypy swego środowiska.

Znów jednak ciśnie się na usta pytanie: kto z obozu lewicowo-liberalnej inteligencji byłby dziś w stanie napisać, czy choćby bez nadmiernych emocji przeczytać taki tekst. Pamięć o tradycji myśli endeckiej jest w Polsce znacznie bardziej żywa niż o wspomnianym Krzywickim. Jeszcze silniejszą pozycję ma przecież autor „Rozmowy w Cytadeli” – przez sporą część inteligencji darzony wręcz świeckim kultem. Ale ani wyznawcy, ani Mistrz, przywoływany przez nich przy byle okazji jako „młot na Ciemnogród”, nie sięgają dziś po ten tekst, a tym bardziej po podobny sposób analizowania odmiennych niż ich własna idei politycznych.

Nie istnieje zatem kolejny ważny element polskiej tradycji intelektualno-politycznej: krytyczna, lecz w sumie przychylna analiza dorobku endecji, dokonana przez kogoś z zupełnie innego obozu politycznego. Oczywiście sami „narodowcy” też nie sięgają po ten tekst – a sądzę, że jego przypomnieniem wprawiliby Michnika, a zwłaszcza jego zwolenników w dużo większe zakłopotanie niż używając prymitywnych zarzutów o UB-eckiej przeszłości jego brata czy jeszcze bardziej prymitywnie odmawiając jemu samemu „polskości”.

Takich przykładów można by znaleźć więcej, o kilku zresztą wspominałem w poprzednich felietonach. Z polskiej świadomości i debaty intelektualnej wyrugowano takie choćby tradycje, jak lewica patriotyczna, lewicowo-demokratyczna „frakcja” w ruchu ludowym czy lewicowo-syndykalistyczno-patriotyczny nurt w pierwszej „Solidarności”; patrząc z innej strony – z niemałym trudem, ale na niszową skalę odgrzebano spod zwałów zapomnienia nacjonalistyczne środowisko Sztuki i Narodu. Oczywiście wszystkie te tradycje nie zostały całkiem zniwelowane. Istnieją niewielkie grupki ich epigonów, jest trochę naukowców-pasjonatów, którzy w małych wydawnictwach publikują kilkusetstronicowe monografie o Moraczewskim czy emigracyjnym PPS-ie, czasem ktoś – np. taki dziwoląg jak ja – przypomni którąś z tych postaci czy grup w artykule prasowym. Ale poza tym swoistym gettem czy niszą, nie ma dla nich miejsca w debacie publicznej.

Oczywiście tak zapewne było do pewnego stopnia zawsze. Coś zapominano, coś przeoczono, coś zostawało przygniecione pomówieniami i tendencyjnymi ocenami. Tym razem jednak jest znacznie gorzej. Po pierwsze, PRL przerwał ciągłość zarówno ideową (cenzura, białe plamy historii), jak i personalną (zamordowanie, zmuszenie do emigracji lub uniemożliwienie działalności publicznej przedstawicielom kilku opcji politycznych). Po drugie, na zasadzie reakcji na to zjawisko, po 1989 r. mamy do czynienia z neofickim zapałem przypominania jednych, a przemilczania innych opcji ( pisałem tu niedawno, że IPN chętnie propaguje wiedzę o „narodowym podziemiu zbrojnym”, ale już niekoniecznie o tej części ruchu ludowego, która nie zgodziła się na dyktat komunistów). Po trzecie, dziś polityczna debata odbywa się za pośrednictwem masowych (i to bardzo) mediów – opcje obecne w nich ulegają dodatkowemu wzmocnieniu i popularyzacji, zaś nieobecne są jeszcze bardziej marginalizowane i spychane w niepamięć.

To wszystko ma swoje skutki. Przede wszystkim zubaża polskość, bo z jej dostępnej, znanej i popularnej wersji wyklucza ważne elementy. To z kolei ogranicza rozwój intelektualny, bo nie znamy wielu ciekawych wzorców i skazani jesteśmy na wysiłek swoistego odkrywania Ameryki wiele lat po Kolumbie. A wreszcie – skutkuje niemożnością odnalezienia się w „obiegu” politycznym tych osób, które mają pecha nie utożsamiać się z popularnymi opcjami. Co w Polsce ma zrobić osoba o poglądach prospołeczno-lewicowych, lecz zarazem niezainteresowana roztrząsaniem problemów gejów i lesbijek lub zachwytami nad Chavezem? Albo ortodoksyjny katolik, który nie jest wyznawcą „świętej własności prywatnej” i nie wierzy, że niewidzialna ręka rynku rozwiązuje wszelkie problemy? Albo ktoś, kto chciałby dowartościować wieś i „Polskę B”, lecz niekoniecznie w towarzystwie wiecznych „działaczy” z PSL-u, którzy trzęsą gminą nieprzerwanie – choć zmieniając szyldy – od czasów wczesnego Gomułki?

Tak, wiem, to banał – tradycja składa się z wielu tradycji. Banał, niestety, bardzo często zapominany. Wolterowi przypisuje się deklarację, że choć nie zgadza się z czyimiś poglądami, to oddałby życie za możliwość ich głoszenia przez tego kogoś. Z tradycją jest dokładnie tak samo: nie zgadzając się z wieloma jej „odłamami”, warto dbać o to, aby mogły one istnieć, a nawet rozkwitać. Bo zyskuje na tym, nie zaś traci, ta jedna, wspólna tradycja.

Patriotyzm grilla

Łopotały biało-czerwone flagi, skwierczały grille, opustoszałymi ulicami rządziła wcale przyjemna cisza.

13 maja dotarł do mnie rachunek za prąd. Data nadania: 5 maja bieżącego roku. Nie wysłano go z drugiego końca Polski, ale z miasta, w którym mieszkam. Jakim cudem trwało to tak długo, to już słodka tajemnica Poczty Polskiej. Tajemnica, która wprawia mnie w bezbrzeżne zdumienie i zmusza do przykrej konstatacji, że coś tu jest cholernie nie tak. Nie jest to zresztą konstatacja dotycząca tylko tej firmy. Powszechnie spotykanym odczuciem, dotykającym wielu znanych mi ludzi jest to, że polskie instytucje robią wszystko, by nas do siebie zniechęcić. O ile mogło to być zrozumiałe w PRL-u, gdzie w zasadzie każde zło można było zrzucić na „onych”, po blisko dwudziestu latach III RP nie pozostaje nic innego, jak uważnie przyjrzeć się samym sobie.

Nie dziwię się zwolennikom teorii liberalnych, postulujących jak najszersze ograniczenie kompetencji państwa i jego biurokratycznej struktury. Ja sam, gdy rok w rok przeżywam takie lub inne perypetie z Urzędem Skarbowym, mam jak najszczerszą chęć, by wszystkich tych urzędników, niesympatycznych albo/i niekompetentnych, traktujących petenta jak intruza, szlag trafił. Albo przynajmniej, żeby ci funkcjonariusze pokracznego Lewiatana dali święty spokój zarówno mi, jak i zarobionym przeze mnie pieniądzom. Ale cóż, zwycięża instynkt samozachowawczy, który podpowiada, że trzeba zgodzić się na istniejące „reguły gry”, by nie wpakować się w jeszcze gorszą kabałę. Bo przeciętny człowiek wobec ludzi reprezentujących Instytucje jest tylko mało znaczącym elementem, dodatkiem do przepisów, okólników, załączników, sterty papierów i masy znacznie ważniejszych obowiązków, jakie spoczywają na barkach (ludzi) Instytucji. Państwo to wciąż Oni – schowani w gmachach i pokojach, do których zwykły śmiertelnik nie ma dojścia. Oni, którzy od lat reformują służbę zdrowia i szkolnictwo, zreformowali system emerytalny i zrobili niemal wszystko, by skutecznie walczyć z reprodukcją. Gdy zatem myślę o Onych, budzi się we mnie czasem nie tylko arcy-liberał, ale i anarchista. Jak najbardziej bakuninowski, odczuwający atawistyczną radość na myśl o zniszczeniu Molocha.

W jednym z felietonów, pomieszczonych w wydanej właśnie przez „Obywatela” książce „Poza układem”, Joanna Gwiazda pisze: „wyhodowaliśmy cud natury – cielę z dwoma głowami: państwo »socjalistyczne« jeśli chodzi o ściąganie haraczu ze społeczeństwa i »liberalne«, jeśli za miarę liberalizmu przyjmiemy brak świadczeń dla społeczeństwa. Ani ono socjalistyczne, ani liberalne, tylko zwyczajnie złodziejskie /…/” („List otwarty do czytelnika prawicowca”, s. 156). Jeśli mierzyć ostatnich 20 lat liczbą afer, gospodarczych przekrętów to faktycznie trudno oprzeć się wrażeniu państwa, które żeruje na dziesięcioleciach ludzkiej pracy. Obywatele nie pozostają dłużni: powszechne praktyki zatrudniania na czarno, emigracja, wykorzystywanie każdej luki prawnej, każdej niekonsekwencji lub niezborności, łapówkarstwo – podjazdowa wojna między Molochem a obywatelami trwa w najlepsze. Parafrazując Sienkiewicza: nieufność i niechęć zatruły krew pobratymczą. O ile bowiem Polak może być dumny (a przynajmniej bywa) ze swego poczucia narodowego, ze swojej historii i tradycji narodowych, o tyle na co dzień własne państwo jest mu obojętne, czy – ściśle mówiąc – zachowuje wobec niego bezpieczny dystans, modląc się, by go przy jakiejś okazji nie dopadło. Ale Moloch dorwie cię nawet na urlopie: gdy, np. przejazd i tak marną, choć jak najbardziej płatną autostradą, przypomina tor z przeszkodami.

Stąd tytułowy, majowy „patriotyzm grilla”, który w gruncie rzeczy polega na tym, by na kilka dni uciec od rzeczywistości i mieć święty spokój, ewentualnie pomachać biało-czerwoną chorągiewką, sycąc duszę podniosłymi hasłami. I bodaj nic tak nie jednoczy Polaków (choć z osobna), jak patriotyzm grilla. Czy to zły patriotyzm? Bynajmniej, w sam raz na dzisiejsze czasy, w sam raz dla ciężko zarobionych ludzi. Najbardziej ludzki, bez przymieszki hipokryzji państwa, które ma jak najmniej racji po temu, by nakłaniać Polaków do bardziej wzniosłych form patriotyzmu. Lepszy dobry piknik niż myśl, że do miłości ojczyzny nakłaniają cię ludzie, którzy niemal nic oprócz pustych obietnic dla ciebie nie mają. Nic oprócz obietnic i często opresywnych, dysfunkcyjnych instytucji i rozwiązań ustrojowych.

Tu jednak pojawia się jeszcze jeden kłopot. Bo „Oni” to w gruncie rzeczy my sami, w naszych instytucjonalnych funkcjach. Wielokrotnie miałem okazję spotykać się z ludźmi, którzy jako urzędnicy, działacze polityczni itp. persony reprezentujące Lewiatana z tych lub innych przyczyn utrudniają życie swoim bliźnim i skutecznie zniechęcają Polaków do własnego państwa. Prywatnie bywają mili, uczynni, wyrozumiali; prywatnie sami mają setki i tysiące powodów, by narzekać na absurdy polskiego życia i sytuacje, w których uczestniczą i prawa, które współtworzą. Prywatnie boleją i pomstują na jeszcze innych Onych; prywatnie bezradnie załamują ręce, albo obiecują, że zrobią co się da, „w miarę swoich możliwości”. Prywatnie, w ramach patriotyzmu grilla, obficie polanego alkoholem, są jak do rany przyłóż i skłonni nieba bliźniemu przychylić. Ale cóż, przychodzi chwila, gdy znów muszą przeistoczyć się w Onych. Jest w tym jakiś tragizm, albo i tragikomizm, która sprawia, że cała rzeczywistość społeczno-polityczna nabiera tragikomicznego wymiaru. Szczęściem, Polak potrafi i jakoś żyje, kształci się, a nawet bogaci i wychowuje dzieci z tym garbem na plecach, któremu imię dzisiejsza Polska.